UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Zapraszamy do udziału w nowym INSTANCIE! :D

Zachęcamy też do głosowania na TEKST WRZEŚNIA!

Coś niedobrego

OBYCZAJ, PSYCHOLOGICZNE, HISTORYCZNE
Nie ma psychologii. Jest tylko biografia i autobiografia. ~ Thomas Szasz
Awatar użytkownika
Zaimek
Posty: 38
Rejestracja: 11 sierpnia 2016, 17:59
Lokalizacja: Olsztyn
Kontaktowanie:

Coś niedobrego

Post autor: Zaimek » 24 marca 2018, 22:43

Coś niedobrego

Nim jeszcze otworzyłem oczy, wiedziałem już, że stało się coś niedobrego. Wszystko było takie jak zawsze: w domu panowała cisza, o szybę stukały gałęzie kołysanego wiatrem jesionu. Może tylko słońce, które kładło się jaskrawą plamą na przeciwległej ścianie, miało inną niż zwykle barwę. Jakby zmatowiałą.
Wstałem z łóżka po jakichś pięciu minutach, czując podskórnie, że z dniem dzisiejszym wiele się w moim życiu zmieni. Przywdziałem wiszące na krześle ubrania i zgodnie ze swoim codziennym zwyczajem zszedłem na dół.
Mamy nigdzie nie było: ani w kuchni, ani w pokoju gościnnym, ani nigdzie indziej. Pomyślałem, wbrew podszeptom intuicji, że może pojechała do sklepu. Rzuciłem okiem na podwórko: rower stał przy szopie.
Poczułem się bardzo, bardzo źle. Nie chcąc dopuścić do głosu niepokoju, robiłem machinalnie to, co zwykle; wyjąłem z lodówki mleko, nalałem do garnka, ustawiłem gaz. Wziąłem do ręki leżącą na parapecie książkę i próbowałem czytać. Ale to, co czytałem, wydało mi się puste, pozbawione znaczenia. Odłożyłem więc lekturę na miejsce i raz jeszcze spojrzałem za okno. Drzwi od szopy były uchylone — dlaczego przed minutą tego nie zauważyłem?
Zakręciłem gaz i podreptałem w stronę przedpokoju, nie bardzo się spiesząc. Pamiętam, że nawet dwukrotnie zawiązywałem i rozsznurowywałem buty, posłuszny jednemu ze swoich ówczesnych natręctw. Na zewnątrz przywitał mnie oślepiający blask listopadowego słońca. Kury rozgdakały się na mój widok i zagrodziły mi drogę — nie dostały dzisiaj jeść. Cofnąłem się do przedpokoju i wyszedłem zaraz znowu, tym razem z wypełnionym po brzegi woreczkiem foliowym. Entuzjazm pierzastych głodomorów nie miał granic: skakały mi do kolan, szarpały dziobami za nogawkę, wrzaskliwie dopominały się o swoje. Pewien zuchwały kogucik, na prawo i lewo rozdając dziobem kuksańce, pobudził mnie nawet do śmiechu.
Kiedy rozsypałem już całe ziarno, wsunąłem pusty woreczek do kieszeni i zgodnie z pierwotnym zamiarem ruszyłem w kierunku szopy. W połowie drogi zdałem sobie sprawę, że wcale nie chcę tam iść. Zatrzymałem się. A może zadzwonić do babci? Tak, to konieczne.
Zawróciłem do domu, znalazłem telefon i połączyłem się z babcią. Powiedziałem jej, że stało się coś niedobrego. Tak to właśnie ująłem: coś niedobrego. Babcia oznajmiła, że lada chwila przybędzie. Pozostawało więc tylko czekać.
Poszedłem na górę, do swojego pokoju. Czas oczekiwania postanowiłem skrócić sobie Alicją w krainie czarów.
Po mniej więcej półgodzinie usłyszałem trzask drzwi frontowych; z dołu rozległ się czyjś głos. Nieco zdziwiony wstałem od biurka i poszedłem w kierunku schodów. Głos rozległ się powtórnie — i wtedy poznałem, że jest to głos mojej babci.
Stała w progu, cała we łzach, zakrywając usta dłonią. „Chodź, Maciuś, pójdziesz ze mną” — powiedziała. Objęła mnie silnie i wyprowadziła raz na zawsze z tego przeklętego domu.


Z przystanku autobusowego, przy którym wysiadałem, trzeba było przejść trzy kilometry, aby znaleźć się w Bajorach Małych, moim nowym miejscu zamieszkania. Szło się krętą, piaszczystą drogą, wysadzaną po obu stronach leciwymi drzewami. Lubiłem tamtędy chodzić niezależnie od pory roku; późną jesienią miałem codziennie okazję obserwować malownicze zachody słońca, zimą natomiast moja wyobraźnia, pobudzana mrokiem, znajdowała nie lada pożywkę we wspaniałościach widmowego krajobrazu, zasiedlonego przez pokraczne wierzby, jabłonie i dęby.
Rzadko kiedy można było się tam na kogoś natknąć. Wprawdzie korzystali z tej drogi wszyscy mieszkańcy wsi, ale ponieważ w Bajorach Małych stało zaledwie osiem domów — nieczęsto mijałem któregoś z sąsiadów. Zwłaszcza o tej porze, kiedy ludzie pracowali w polu.
Raz zdarzyło mi się spotkać Ankę, dziewczynę z sąsiedztwa.
— Cześć — zagadnęła — jakieś plany na wieczór?
— A co, robicie coś?
— Paweł skombinował sprzęt, będzie czapa. — Uśmiechnęła się porozumiewawczo.
— O dziewiętnastej?
— Przy cegielni.
Cegielnia była rozpadającym się, nieużywanym już od wielu lat budynkiem, w którym zagnieździły się szczury i nietoperze. Urządziliśmy tam sobie prowizoryczną melinę.
Po przyjściu do domu przywitałem się z babcią, zjadłem obiad i zniknąłem w sypialni, która od paru miesięcy służyła za mój własny pokój. Do dziewiętnastej pozostawało jeszcze trochę czasu. Chciałem w coś pograć na podarowanym mi przez wujka komputerze, ale ostatecznie przedrzemałem tych kilka godzin. Kiedy się obudziłem, była za kwadrans siódma. Poderwałem się pośpiesznie z tapczanu, założyłem bluzę i poszedłem przepłukać czymś usta. Powiedziałem babci, że wychodzę.
Na zewnątrz panował trudny do zniesienia chłód. Z czarnego nieba spadały na ziemię płatki śniegu, opisując w powietrzu kręgi. Z ust unosiła się gęsta para, a zmarznięta ziemia trzeszczała pod nogami. W umówionym miejscu spotkałem Pawła: dziurkował właśnie sreberko od papierosów.
— Cześć.
— Elo.
— Dużo tego masz?
— Cały gram.
Wiatr zaświszczał i zmusił nas do ukrycia się w cegielni. W oddali szczekały psy. Wkrótce dołączyła do nas Anka, przynosząc ze sobą czipsy i półtoralitrową butelkę z plastiku. Zrobiliśmy w niej nacięcie, przedziurkowane pozłotko umieściliśmy w szyjce; Paweł wyciągnął z kieszeni zioło i zaczął je kruszyć. Na ten widok przeszedł mnie znajomy dreszcz, który miał w sobie tyleż ekscytacji, co i lęku — właściwie to nigdy nie wyzbyłem się obaw związanych z paleniem trawy. Pokruszone grudy wysypał z miniaturowego woreczka na zagłębione w szyję sreberko i zgodnie z naszym towarzyskim rytuałem ciągnął jako pierwszy — miał w końcu najmocniejsze płuco. Ustami przywarł do nacięcia, płomień zapalniczki przyłożył do rozsypanych okruchów — i wziął porządnego bucha, wypełniając butelkę gęstym, białym dymem. Kiedy mi ją odstępował, z oczu pociekły mu łzy. Zaciągnąłem się, jak tylko umiałem, a kiedy w płucach zabrakło już miejsca, przyszła kolej na Ankę. Po drugiej rundzie obramowany wyłamaną futryną widoczek na zewnątrz (chylący się ku ziemi płot na tle śniegu) nabrał kreskówkowych barw. Twarz Anki nie stanowiła już jednolitej całości, lecz raczej zbiór odrębnych detali: samoistne oczy, samoistne usta, samoistny nos. Uśmiechnęła się do mnie. Doznałem nieprzyjemnego wrażenia, po którym zacząłem się kołysać to w jedną, to w drugą stronę — aż nagle uprzytomniłem sobie, że to Paweł szturcha mnie za ramię i powtarza: „No ciągnij, kurwa, ciągnij”. Zbliżyłem usta do nacięcia i po raz trzeci zaaplikowałem sobie porządną dawkę. Anka wyciągnęła w pewnym momencie ramię, ale jej dłoń nie pokonała wcale odległości, jaka dzieliła ją od plecaka, lecz niejako od razu chwyciła za szelkę: będąc w punkcie A, pojawiła się nagle w punkcie B, bez żadnych przejść.
— Ja mam już dosyć — powiedziałem głucho.
Roześmieli się w odpowiedzi.
Ich dobry humor nie trwał jednak długo, gdyż w następnej chwili rozległ się w czeluściach cegielni upiorny wrzask, od którego poszło nam wszystkim w pięty. Pierwsza wybiegła Anka, pozostawiając cały swój ekwipunek na pastwę losu. Ja dałem dyla tuż za nią, Paweł zerwał się ostatni.
— O Boże! o Boże! — krzyczała Anka, pędząc w stronę pól. Paweł też krzyczał, ale w amoku niczego nie rozumiałem. Dopiero kiedy zatrzymaliśmy się jakiś kilometr od cegielni, o mało nie wyzionąwszy ducha, spostrzegliśmy, że Paweł gdzieś przepadł.
— Co z nim? — zaczęła panikować Anka. — Maciek, co z nim?
— Zniknął.
— Co to, u diabła, było?
— Chodź, trzeba go przecież znaleźć.
Ruszyliśmy z powrotem, jakkolwiek nie bez pewnych oporów. W naszych uszach wciąż rozbrzmiewał przeraźliwy wrzask, który wypłoszył nas z budynku. Po przejściu kilkudziesięciu metrów usłyszeliśmy Pawła. Z jego bełkotliwych okrzyków wyrozumiałem tylko, że ja i Anka mamy nie po kolei w głowie.
— E, Paweł!
Nasze głosy niosły się po pustych zagonach.
— Maciek! Ja wam wytłumaczę, wy nic nie rozumiecie! — wrzeszczał.
— Nie drzyj tak gęby! — fuknęła Anka, sama nie lepsza.
Przypadliśmy do siebie, Paweł wczepił mi się palcami w ramiona. Dyszał ciężko.
— Pokręciło was?!
— A ty co — głuchy jesteś?
— To tylko nietoperz!
Wymieniliśmy z Anką zawstydzone spojrzenia. Nie pamiętam już, kto pierwszy parsknął śmiechem — grunt, że po kilku sekundach rżeliśmy wszyscy troje. Kiedy nam w końcu przeszło, odniosłem wrażenie, że od chwili, w której skryliśmy się przed wiatrem w cegielni, minęły długie godziny. Zerknąłem na zegarek: było dwadzieścia po siódmej.
— Ale czapa — podsumowałem.
— Weź tak z rodzicami gadaj — odezwał się Paweł.
— Moi od razu by wyczaili — powiedziała Anka.
— A babcia twoja kumata? — Paweł szturchnął mnie w bok.
— Nie bardzo, szczerze mówiąc.
— Ale gdybyś się jej teraz pokazał, to nie ma bata — kapnęłaby się od razu. Anka, zobacz no, jak on wygląda!
Anka otaksowała mnie wzrokiem i zaczęła rechotać razem z Pawłem.
— Nie śmiejcie się ze mnie — zaprotestowałem, unosząc nieśmiało kąciki warg.
Ryli jeszcze głośniej.
— No popatrz, przecież to jest wcielony narkoman! Ha, ha, ha!
Traciłem powoli rezon.
— Ślina ci leci! — zawołała Anka, trzęsąc się od śmiechu.
Sięgnąłem ręką i uświadomiłem sobie, że usta miałem cały czas rozdziawione, a po brodzie spływała mi flegma.
— Cholera jasna — wybełkotałem.
— Oj, Maciek, Maciek... — W głosie Pawła słychać było protekcjonalną wyższość.
Zapragnąłem pójść do domu, ale wiedziałem, że w tej chwili jest to jeszcze niemożliwe.
— Jak ciapa się zachowujesz — drążył Paweł. — Nie wstyd ci? Przed Anką?
Spojrzałem na nią z ukosa i zobaczyłem malującą się na jej twarzy pogardę.
— Mogliśmy się dzisiaj przekonać, kim tak naprawdę jesteś. — Twarz Pawła przybrała demoniczny wyraz, w którym nie mogłem dopatrzyć się już ani cienia sympatii. Te jego nagłe metamorfozy, zachodzące bez żadnej uchwytnej przyczyny, zawsze zbijały mnie z tropu. — I przykro mi to mówić, ale raczej nie masz powodów do dumy.
Wbijał we mnie oskarżycielskie spojrzenie, pod którym się kurczyłem i któremu przyznawałem w duchu słuszność.
— Wiesz o tym?
Nie odpowiedziałem.
— Jak się z tym czujesz?
— Nie za dobrze.
Nagły podmuch kazał mi skrzyżować ręce na piersi i skulić się jeszcze bardziej. Anka patrzyła na mnie jakoś krzywo.
— Masz przechlapane — ciągnął Paweł smutnym tonem, jak gdyby stwierdzającym niewątpliwe, acz trudne do zaakceptowania fakty. — I już raczej tego nie zmienisz. Choćbyś się starał... Masz w ogóle jakąś dziewczynę?
— Nie mam — odpowiedziałem głucho.
— No widzisz. Co jest z tobą nie tak?
— Nie wiem.
— Żałosny jesteś.
— Dobra, daj mu spokój — powiedziała Anka.
Za gardło schwycił mnie bolesny skurcz, a świat wydał mi się nagle najgorszy z możliwych. Byłem bliski płaczu.
— I co, rozpłaczesz się teraz? Do babci pobiegniesz? Mamusia cię już nie przytuli.
Pociemniało mi w oczach, dłoń sama zacisnęła się w pięść. Zalała mnie fala dzikiej nienawiści. Rzuciłem się na drania bez słowa, ale nim zdążyłem wyprowadzić cios, leżałem już na ziemi. Czarne niebo, czarne serce, czarna przyszłość.
— Co tu się, do cholery, wyrabia!?
— To on zaczął!
— Skoczył na niego!
— Smarkacze zasrane! Wódkę piliście?!
Pochyliła się nade mną jakaś czarna postać.
— Wstawaj!
Schwyciła mnie za rękę i szarpnęła. Zatoczyłem wzrokiem po czarnych polach, po których hulał wiatr.
— Marsz do domu! Wszyscy, ale migiem!
Mimo woli ruszyłem w kierunku wsi, w pewnej odległości od Anki i Pawła. Za nami dreptał tajemniczy osobnik, którego nie rozpoznałem. Miał nas ciągle na oku, nie było więc opcji, żeby zwiać gdzieś i przeczekać, aż faza przejdzie. Na widok skromnej, babcinej chałupki, w której mieszkałem, poczułem przemożną potrzebę zagrzebania się w swoim łóżku, tak aby nikt mnie już nie nękał i nie zmuszał do czegokolwiek. Kroczący z tyłu mężczyzna przystanął i odprowadził mnie wzrokiem do drzwi (dwukrotnie odwróciłem głowę w nadziei, że może da spokój i sobie pójdzie). Jak tylko wszedłem do środka, nogi się pode mną ugięły — bijące z głębi mieszkania ciepło obezwładniło mnie i pogorszyło jeszcze mój stan. No i ciągle miałem wrażenie, że jestem w jakiejś kreskówce. Z pokoju po prawej wyłoniła się babcia: pękate monstrum o niezmiernie komicznym wyrazie twarzy.
— Już wróciłeś?
Przytaknąłem, usiłując zachować powagę.
— Kruszewicz dzwonił.
Zamarłem. Kruszewicz był moim wychowawcą.
— Maciek, masz dziesięć zagrożeń!
W jednej chwili przeszła mi ochota do śmiechu. Spuściłem nos na kwintę. Płacz mojej babci miał w sobie coś tak nieskończenie smutnego, że i mi się ten smutek udzielił.
— Przecież nie obarczam cię żadnymi obowiązkami, staram się zapewnić ci jak najlepsze warunki... Odejmuję sobie od ust, żebyś ty miał co jeść. Odkładam na twoje studia z tej marnej emerytury... A ty mi się jak odwdzięczasz?
— Poprawię to — powiedziałem bez przekonania.
— Teraz? Jak już jest koniec semestru? ... Zostaniesz na drugi rok. O Boże, mój Boże...
Postąpiłem krok, później drugi — i pozostawiłem płaczącą babcię za sobą, marząc już tylko o tym, żeby zamknąć się w swoim pokoju i o wszystkim zapomnieć.
ciąg dalszy w przygotowaniu

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1830
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Coś niedobrego

Post autor: Kruffachi » 07 kwietnia 2018, 19:55

Nie mam zbyt wiele do powiedzenia, bo też niewiele pokazałeś na razie i jeszcze nie potrafię ocenić, dokąd zmierzasz, i czy aktualny sztafaż nie jest przykrywką dla czegoś świeższego. W końcu każda opowieść musi mieć jakiś punkt wyjścia i musi się jakoś zaczynać.

Przyznaję, że pierwszy fragment był chyba najbardziej klimatycznym kawałkiem Twojej prozy, jaki czytałam, a mocno wydaje mi się, że przeczytałam wszystko, co tu wrzuciłeś. Gdzieś zniknęły synonimy z trzeciej pozycji w słowniku i od razu czyta się to lepiej - decyzja tym bardziej trafiona, że patrzymy tam na świat z perspektywy dziecka i takie wybory leksykalne byłyby tym jaskrawsze. Podobało mi się to zagranie z niedopowiedzeniem, to oparcie wszystkiego na przeczuciu i nie pokazanie ostatecznie, co stało się w szopie. Ewentualny opis zburzyłby cały nastrój, a tak całkiem udanie oddałeś to, co robią z ludźmi takie wydarzenia, to uciążliwe wrażenie niedokończenia i pewnego odrealnienia. Podobał mi się też opis reakcji chłopca, taka jakby wewnętrzna walka, jaką toczył z przeczuciem za pomocą prostych czynności niejako przywracających porządek rzeczy (jak choćby karmienie kur bez ciągnięcia wątku, dlaczego właściwie nie zostały nakarmione), podobało mi się także to, że zamiast ostatecznie pójść do szopy, zadzwonił do babci. Cała ta scena ładnie narratora charakteryzuje jako jednostkę raczej wycofaną i raczej bierną. We wszystkim tym to właśnie ta charakterystyka zainteresowała mnie bardziej - dużo bardziej niż trauma związana z utratą matki (skojarzenia podpowiadają, że śmiercią samobójczą, ale nie padło to wprost, więc i ja pewności nie mam - przynajmniej na razie).

Trochę więcej uwag mam do drugiej części, choć zapewne sam klimat małych miejscowości czy wsi został oddany. Pierwszą rzeczą, jaka mi się rzuciła do oczu, było nienaturalne brzmienie przekleństw. One jednak są problemem, jeśli nie zostaną użyte dobrze, a tu w pewnym momencie wybiły nagle jak źródełko, chociaż nic w narracji wcześniej nie zapowiadało takiego języka - a już na pewno nie w wypowiedziach bohatera. I nie chodzi tylko o to, że miałby kląć również w monologach wewnętrznych, bo może się tylko popisuje (choć wydaje mi się, że po jakimś czasie nawet w przypadku gry nastąpiłaby jakaś interferencja). Tu jest jakiś ogólny przedziwny kontrast w sposobie budowania zdań i to brzmi trochę, jakby postaci, której sposób wysławiania niejako już znam poprzez narrację, ktoś nagle na siłę wcisnął do ust cudze kwestie. Druga sprawa jest taka, że w niczyich ustach nie brzmią tam one dobrze. Ale tu niestety tylko marudzę, bo nigdy nie potrafiłam zrozumieć, jak to jest, ze jednym przeklinanie w tekście wychodzi i nadaje smaku, a u innych zawsze będzie się wybijać i sprawiać wrażenie kanciatego.

Trochę mnie też rozczarowała babcia, choć może się jeszcze zrehabilituje. Liczyłam po cichu na ciekawą relację, a ona tak trochę mówi nie jak postać z krwi i kości, a jak model postaci. Ten jej wyrzut jest taki... mało osobisty, taki, że mogłaby to powiedzieć dowolna kobieca postać na jej miejscu. Przyznaję też, że nie do końca ogarniam, skąd się wzięła ta nagła agresja w stosunku do narratora. Nic wcześniej w ich zachowaniu nie dawało cienia podejrzeń, by mieli go tak potraktować, a nie sądzę, by winne miało tu być jedynie zażywanie narkotyków, bo jednak wizja byłaby to trochę zbyt naiwna. Opis całego zdarzenia sugerował mi też, że nie dzieje się to po raz pierwszy i bohater doskonale wie, jak się zachowywać, a to mi kolidowało z treścią dialogu. Więc tak, tę drugą część zdecydowanie odbieram jako słabszą i niespójną.

Więcej napisać na ten moment jeszcze nie mogę, jako że fragment był zbyt krótki i na razie mamy tylko obyczajowe obrazki trochę jak ze współczesnego moralitetu, ale - jak wspomniałam wcześniej - za mało, by choć zgadywać, dokąd zmierzasz.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Zaimek
Posty: 38
Rejestracja: 11 sierpnia 2016, 17:59
Lokalizacja: Olsztyn
Kontaktowanie:

Re: Coś niedobrego

Post autor: Zaimek » 08 kwietnia 2018, 16:02

Dziękuję za komentarz. Cieszę się, że w moim pisaniu dają się zauważyć postępy - to bardzo budujące. Wszystkie Twoje spostrzeżenia odnośnie do pierwszego fragmentu pokrywają się z intencją autorską. Właściwa narratorowi bierność, o której napomknęłaś, wkradła się do opowiadania bez udziału mojej świadomości, jako składnik struktury charakterologicznej, którą zamierzyłem w tekście odtworzyć.

Szczególnie interesująca jest dla mnie uwaga o przekleństwach, że gryzą się z językiem narracji. Niewątpliwie coś z tym będę musiał zrobić, ale przy okazji chciałbym postawić pytanie teoretyczne: czy jeśli narrator jest osobą dorosłą, z właściwym sobie sposobem wypowiadania się, i opowiada o tym, co mu się przydarzyło jako dziecku/nastolatkowi, to czy nie jest uzasadnione przenikanie się jak gdyby dwóch płaszczyzn językowych: tej, która określała jego sposób mówienia, gdy miał lat kilkanaście, i tej, która określa go teraz? I czy w takiej sytuacji konieczne jest zasygnalizowanie wieku narratora już na wstępie, czy może to poczekać do czasu, gdy narracja zacznie zbliżać się ku jego teraźniejszości - i wyjdzie na jaw, że narrator jednak nie jest dzieckiem?

Dobrze, że zwróciłaś mi również uwagę na nagłą zmianę zachowania pobocznych postaci w stosunku do głównego bohatera. To był dla mnie jeden z najtrudniejszych punktów i najwyraźniej za mało się przyłożyłem, żeby zrobić to, jak należy. W tym miejscu odwołać się mogę jedynie do swoich doświadczeń, do zaobserwowanych przeze mnie kiedyś zwyczajów panujących w środowisku, w którym się obracałem. Jedną z najciekawszych rozrywek po paleniu było wsiadać komuś na psychę, doprowadzać tego kogoś do stanu, który graniczył z poczuciem totalnego zagubienia i wyobcowania. Zazwyczaj kończyło się to gremialnym śmiechem, ale niekiedy przybierało postać złośliwego naigrawania się, zwłaszcza jeśli ofiary nie darzono sympatią. W opowiadaniu zależało mi na oddaniu tej specyficznej atmosfery pozornych więzi towarzyskich. Ale w ferworze pisania jakoś chyba zaniedbałem ten punkt i wyszło nie do końca tak, jak miało wyjść.

Awatar użytkownika
Zaimek
Posty: 38
Rejestracja: 11 sierpnia 2016, 17:59
Lokalizacja: Olsztyn
Kontaktowanie:

Re: Coś niedobrego

Post autor: Zaimek » 15 kwietnia 2018, 15:10

Że też wcześniej nie wpadło mi to do głowy. Aby osiągnąć spojnosc stylistyczną, wystarczy zbudować dystans między narratorem a postacią, ktora uosabia jego przeszlosc.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1830
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Coś niedobrego

Post autor: Kruffachi » 16 kwietnia 2018, 15:51

Własnie miałam pisać, że ja tego po prostu nie wyczułam - tego dystansu czasowego i perspektywy "po latach". Natomiast nie jestem pewna, czy i z tym wypowiedzi zawierające wulgaryzmy będą naturalne, ale to może być sprawa subiektywna. Jak pisałam wcześniej, nigdy nie rozgryzłam, dlaczego czasem łykam, a czasem trudno mi jest uwierzyć w dany dialog.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Zaimek
Posty: 38
Rejestracja: 11 sierpnia 2016, 17:59
Lokalizacja: Olsztyn
Kontaktowanie:

Re: Coś niedobrego

Post autor: Zaimek » 16 kwietnia 2018, 19:31

Rozwiązaniem mogą się okazać komentarze narratora, sąsiadujące bezpośrednio z wypowiedziami głównego bohatera. Np.:

— Co z nim, kurwa? — zaczęła panikować Anka. — Maciek, co z nim?
— Chuj wie. - Tak się właśnie wtedy wyrażałem.


Albo:

— Czapa jak chuj — podsumowałem, dając wyraz swojej elokwencji.

Część wulgaryzmów usunę, bo rzeczywiście za dużo tego. W każdym razie pomajstruję, zobaczymy, co mi z tego wyjdzie.

Awatar użytkownika
kreSka
Posty: 10
Rejestracja: 01 marca 2018, 20:50

Re: Coś niedobrego

Post autor: kreSka » 21 kwietnia 2018, 10:29

Przepraszam mam pytanie. Zazwyczaj Babcia - daje wnuczkom kasę jest uosobieniem dobroci ciepła i miłości. Skąd więc" pękate monstrum " ? ma to zabarwienie negatywne. Skoro tak określa babcię - czemu się nie wyprowadzi ?!

ODPOWIEDZ