UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Zapraszamy do udziału w nowym INSTANCIE! :D

Zachęcamy też do głosowania na TEKST WRZEŚNIA!

Jaja leminga, czyli jeden dzień Williama Kociuby

OBYCZAJ, PSYCHOLOGICZNE, HISTORYCZNE
Nie ma psychologii. Jest tylko biografia i autobiografia. ~ Thomas Szasz
Awatar użytkownika
szczepantrzeszcz
Posty: 213
Rejestracja: 07 lutego 2014, 12:52

Jaja leminga, czyli jeden dzień Williama Kociuby

Post autor: szczepantrzeszcz » 27 lutego 2017, 20:41

Opowiadanie tym razem krótkie. Wiecie co to jest: białe i długie, do samej ziemi? Broda od kawału, na którym oparłem swoją historię. Ale jak to zazwyczaj bywa tekścik posłużył do przemycenia paru innych przemyśleń, niekoniecznie politycznie poprawnych. Humor chłopski, niewyrafinowany, jednak przy odrobinie tolerancji ze strony potencjalnego czytelnika życzenia miłej lektury nie będą ironią.


Jaja leminga, czyli jeden dzień Williama Kociuby.

William Kociuba obudził się przed szóstą. Głowa go nie bolała, jednak czy był to powód do radości? Dobrze wiedział, że za parę godzin boleć zacznie, a wieczorem znowu będzie Suma Wszystkich Kaców wzmocniona drętwieniem palców, niechęcią do spożywania napojów alkoholowych i poczuciem zagrożenia ogólnego. Tak samo jak wczoraj, przedwczoraj, przedprzedwczoraj...
William Kociuba miał o kacu blade pojęcie, a to z tego powodu, że natura wyposażyła go w bardzo mocny łeb, co w połączeniu z wrodzonym asekuranctwem i nabytym wychowaniem praktycznie uniemożliwiało pełne i głębokie przeżycie zespołu dnia następnego. Pomimo luk w doświadczeniu życiowym William Kociuba swój przedwieczorny stan zwykł konsekwentnie nazywać "Sumą Wszystkich Kaców", wbrew opiniom lekarzy, pragnąc podświadomie (a po części świadomie) odsunąć problem do następnego poranka.
Problemów, które musiał odsuwać, namnożyło się w ostatnich czasach ponad miarę, jednak wszystkie owe problemy były odsuwane z podziwu godną konsekwencją, rzec by można wdziękiem i zawsze w porę, tak, aby żaden problem nie wszedł w interakcję z innym problemem i nie pogorszył kiepskiego samopoczucia Williama Kociuby.
William Kociuba był arcymistrzem w odsuwaniu wszystkich problemów. Wszystkich, z wyjątkiem jednego. Jakiś czas temu zaczęła go boleć głowa. Ból pojawiał się w porach popołudniowych, nasilał z godziny na godzinę, a wieczorem, już nie do zniesienia, sprawiał, że William Kociuba zaczynał myśleć o samobójstwie. Po wykonaniu dokładnych badań lekarskich, które wykluczyły wszystko, co może stanowić bezpośrednie zagrożenie życia (z glejakiem i wysokim ilorazem inteligencji włącznie), powiedziano mu, że jest zdrowy jak byk, ale jego jądra naciskają na podstawę kręgosłupa. Ów anatomiczny szczegół, ponad wszelką wątpliwość stanowiąc bezpośrednią przyczynę cierpienia, stał się problemem, którego nie było sposobu odsunąć.

* * *

— Obudziłeś się już, kochanie? — Eulalia Kociuba, jak co dzień, zadzwoniła punktualnie o ósmej trzydzieści.
— Mhyyyy.
— Głowa cię nie boli? — Troska w głosie matki, a właściwie troska w połączeniu z tonem głosu, niejednego mogłaby przyprawić o myśli samobójcze, jednak nad ranem William był twardy.
— E, e.
— Ale pamiętasz, że dzisiaj o trzynastej jesteś umówiony z profesorem Różanieckim? — Problem odsuwany kilkanaście razy znowu dał o sobie znać.
— Nooo. — Arcymistrz w odsuwaniu poczuł głębokie zmęczenie, które powoli zaczęło się przekształcać w nastrój równie głębokiej rezygnacji.
— Mogłabym po ciebie przyjechać i jeszcze...
— Nieeeee!!!
— Nie musisz się tak denerwować. Nie powinieneś się tak denerwować. W twojej sytuacji... — Pani Eulalia zaczęła mówić szybciej i przeszła w nieco wyższe rejestry, a to zapowiadało, że rozmowa prędko się nie skończy.
— Wc-le się n'nerwuję...
— Ale pamiętasz, że dzisiaj o czternastej trzydzieści ciocia Wiktoria umówiła cię z panią Aliną?
— Tak!!!
— Nie musisz się tak denerwować. Nie powinieneś się tak denerwować. W twojej sytuacji... — Pani Eulalia przeszła w jeszcze wyższe rejestry, co zapowiadało, że rozmowa potrwa dłużej niż zazwyczaj.
Rozmowa rzeczywiście trwała długo, dłużej niż zazwyczaj, jednak odniosła pozytywny skutek. Po odłożeniu słuchawki ofiara mamusinej troski poczuła rześkość, niemal euforię. Zawsze, kiedy natrafiał na problem, którego nie był w stanie odsunąć (rozmowa z apodyktyczną kobietą do takich należała), a po jakimś czasie problem sam się odsuwał, William czuł charakterystyczną lekkość pozwalającą góry przenosić. Taka sytuacja była jego żywiołem.
Dzień zapowiadałby się wspaniale, gdyby nie fakt, że jego jądra ciągle naciskały na podstawę kręgosłupa i w związku z tym za siedem, najdalej za osiem godzin zacznie go boleć głowa.

* * *

Droga do pracy zajmowała pół godziny. Na piechotę trwałoby to dwadzieścia minut, jednak kilka miesięcy temu William postanowił słuchać tego lekarza, który nie zalecał nadmiernego wysiłku. Stojąc w mokotowskich korkach, zachowywał olimpijski spokój. Przychodziło z łatwością tym bardziej, że nigdzie nie musiał się spieszyć. W korporacji, w szczególności w departamencie reklamy, najwyraźniej doceniano fakt, że w przeciwieństwie do swoich koleżanek i kolegów niczego nie symulował, tylko zwyczajnie opieprzał się przez kilka godzin, prowadząc intensywne życie towarzyskie i ostatnio nieco mniej intensywne — seksualne. Z punktu widzenia pracodawcy William Kociuba stanowił kompilację klasycznej świętej krowy ze stertą worków cementu, które kiedyś zamokły, i których nie ma jak ruszyć. Taki stan rzeczy zawdzięczał zarówno rodzicom, jak również ojczymowi. Rozwiązanie Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej — matki karmicielki, nie zaszkodziło żadnemu z nich. Eulalia Kociuba, po przejściu na wcześniejszą emeryturę, zajmowała się naprawianiem świata, ojciec mianował sam siebie fachowcem w dziedzinie teorii zarządzania i wiceprezesując znaczącej instytucji finansowej, intensywnie pracował nad dynamiką własnej kariery naukowej, a ojczym, w wyniku kolejnej pozytywnej weryfikacji, niecierpliwie oczekiwał nominacji na stopień pułkownika.
Brak pośpiechu jest obiektywnie dobry. Przekonała się o tym dziewczyna, przejeżdżając na rowerze po przejściu dla pieszych. William Kociuba miał przyzwoity refleks i jechał powoli, więc nie tylko zdążył w miarę łagodnie zahamować, ale również ten, co jechał za nim, zatrzymał się z piskiem opon kilka centymetrów od zderzaka niespełna rocznej Vectry.
— Na piechotę, głupia kurwo, się po przejściu chodzi!!! — Facet, któremu niewiele brakowało, aby wjechać w rozłożysty zad Williamowej gabloty, szybko zidentyfikował sprawcę zamieszania i dawał upust swojemu zdenerwowaniu.
Panienka obrzuciła krytycznym spojrzeniem wściekłego kierowcę. Następnie spojrzała w stronę tego, co zahamował jako pierwszy. Siedzący za kierownicą uśmiechał się promiennie. Odwzajemniła uśmiech, popedałowała dalej, a William, którego z niepojętych przyczyn podniecały dziewczyny na rowerach, pomyślał, że niedługo przyjdą upalne dni i panienki zamienią długie, bezpłciowe dżinsy na krótkie, seksowne spodenki, znacznie lepiej nadające się do jazdy w szerokim rozumieniu pojęcia "jazda".
Pomimo lekko zaokrąglonego brzucha i pomimo tego, że metr siedemdziesiąt osiągał dopiero wtedy, gdy w butach na grubej podeszwie umieszczał wkładki ortopedyczne, Kociuba-junior (w przeciwieństwie do ojca) miał powodzenie u kobiet i, co nie zawsze idzie w parze, kochał nie tylko swoją miłość do kobiet, ale kochał również kobiety. Nie można było powiedzieć tego samego o rowerach. Mniej więcej rok temu, po burzliwym rozstaniu z kolejną partnerką życiową, postanowił zacząć prowadzić zdrowy tryb życia. Kupił bicykl, model z najwyższej półki, taki z przerzutką w piaście i hamulcami tarczowymi, a następnie zaczął testować możliwości nowej zabawki. Możliwości okazały się znaczne, rzec by można przerosły oczekiwania. Próbując zahamować wyłącznie przednim hamulcem, wywinął potężnego kozła i następnym obrazem, jaki zarejestrował, był sufit szpitalnej izby przyjęć. Chociaż obrażenia okazały się powierzchowne, uznał, że rower nie jest tym, co tygrysy lubią najbardziej. Sprzęt poszedł w odstawkę i przy boleśnie intensywnym wsparciu ze strony matki niefortunny cyklista doszedł do wniosku, że czwarty krzyżyk jest właściwym przedziałem wiekowym, aby zacząć prowadzić bardziej stateczny tryb życia. Co ciekawe, przeżyta konfuzja nie zmieniła Williamowych poglądów w kwestii panienek — amatorek kolarstwa. Z jego punktu widzenia i te zażywające jazdy na świeżym powietrzu, i te ćwiczące w siłowni, na rowerach stacjonarnych, wyglądały niesamowicie atrakcyjnie.
Zaparkował. Energicznie wysiadł z samochodu. Kilka niecierpiących zwłoki spotkań (oczywiście towarzyskich) będzie musiał odbyć przed południem. Dzisiaj nie spędzi zbyt wiele czasu w firmie. Najpierw wizyta u tego pieprzonego jełopa Różaneckiego... opsss poważny błąd: "Różanieckiego" — światowej sławy ortopeda wściekał się strasznie, kiedy ktoś przekręcał dostojne nazwisko. Potem wizyta u pani Aliny. Jego niegdysiejsza korepetytorka, za pośrednictwem ciotki Wiktorii, zgodziła się pomóc w przetłumaczeniu pewnego niemieckiego artykułu. Była to nader zawiła rozprawa, traktująca o procesach jądrowych zachodzących w związkach chemicznych, jakie tworzył pierwiastek zwany torem. Artykuł, którego nikt na uczelni nie mógł zrozumieć (albo udawał, że nie rozumie), stanowił istotny punkt pracy doktorskiej. Z inicjatywy i na zlecenie towarzysza ojca trzy lata temu otworzył przewód, który obecnie kontynuował z coraz mniejszym entuzjazmem, ale co było robić? Jego kochany tata, choć wzrostem ustępował latorośli o dobre kilka centymetrów, stanowił wulkan energii. Stał konsekwentnie na stanowisku, że ani pełnoletniość syna, którą ten osiągnął kilkanaście lat temu, ani fakt porzucenia rodziny (z panienką od owego syna młodszą) nie stanowią przeszkody, by planować i kierować karierą jedynaka, a jedynak... po prostu dawał sobą kierować. Poczynania ojca, przed którym czuł respekt, budziły w nim bardziej rezygnację niż entuzjazm i tylko stosowane przez Williama perfekcyjne uniki oraz wrodzony optymizm pozwalały utrzymywać w miarę poprawne stosunki. W całej rozciągłości sprawdzała się zasada, że jeżeli ktoś potrafi cieszyć się życiem, nawet najbardziej troskliwa rodzina jest bez szans.
Dobrze, że w przeciwieństwie do Różanieckiego perspektywa tego drugiego spotkania, pomimo, że budziła w nim lekki niepokój, należała zdecydowanie do lepszych, atrakcyjniejszych aspektów nadchodzącego dnia. William Kociuba po prostu darzył panią Alinę wielką i bezinteresowną sympatią.
Skoncentrowany na własnych problemach nie zauważył roślinki, która wbrew wszystkiemu wyrosła pomiędzy płytami parkingu i jakby zdając sobie sprawę z ulotności chwili, z tego jak niewiele jej czasu dano, zakwitła pięknym kwiatem, naruszając sterylną szarość betonowej dżungli. Ale William spoglądał w okna na czternastym piętrze i kwiatek, który miał pod nogami, niewiele go obchodził. W perspektywie nadchodzącego weekendu i wyjazdu do Zakopanego dzień zapowiadałby się nieźle, gdyby nie fakt, że jego jądra, naciskając na podstawę kręgosłupa, staną się za kilka godzin przyczyną udręki.

* * *

— Twoje imię pisze się przez jedno "el", czy przez dwa "el"? — Basia, sekretarka, zasiadła z plikiem kartek przy Williamowym biurku.
— Przez dwa el. — Nie miał ochoty opowiadać po raz dziesiąty, że trzydzieści cztery lata temu jego matka przeżywała kolejne zauroczenie jakimś amantem z Hollywood i że obiekt westchnień nosił imię "William". Kociuba nie miał nic przeciwko swojemu imieniu (przeciwko nazwisku miał), jednak dyskusji pewnego rodzaju unikał jak ognia. Nie cierpiał kina, nie cierpiał telewizji, a w dzieciństwie nawet Bolek i Lolek nie byli w stanie przyciągnąć go do telewizora. Po prostu nie miał ochoty wdawać się w kolejne rozważania na temat wszystkich Williamów, jacy w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych brylowali na srebrnym ekranie. William Kociuba, chociaż zdawał sobie sprawę z nieaktualności takich marzeń, miał umiarkowaną ochotę przelecieć Basię i tylko to sprawiało, że nie starał się spławić dziewczyny jak najszybciej.
— A wiesz, że dzisiaj Pan Chwost obchodzi urodziny? — Basia już od kilku miesięcy nie miała ochoty na Williama. Po prostu z braku lepszego zajęcia postanowiła kontynuować rozmowę.
Tomasz Chwościk, zwany Panem Chwostem, był naczelnikiem działu współpracy z telewizją i wyróżniał się tym, że nie obchodził imienin, tylko urodziny. Wyróżniał się jeszcze wyszukanymi i brutalnymi sposobami traktowania kobiet, co z kolei stanowiło przyczynę, dla której Basia wylądowała w łóżku nie z Williamem (a wszystko było na najlepszej drodze ku temu), tylko z Panem Chwostem. Pan Kociuba ów fakt przyjął po męsku i niespecjalnie żałował. Po pierwsze pójście do łóżka z jakąś sado-maso kłóciło się z jego ostrożną naturą, a po drugie Basia miała metr siedemdziesiąt wzrostu. Bardzo pociągały go wysokie kobiety, ale pokazywać się z taką u boku? Tak czy inaczej urodzinową imprezę przewidziano na godzinę trzynastą i z przyczyn obiektywnych całe to zamieszanie z Panchwostową celebrą go nie dotyczyło. O trzynastej musiał odbyć wizytę u doktora Różanieckiego. Może i lepiej.
— Niestety. — Zrobił zbolałą minę numer pięć. — O pierwszej mam wizy... mam sprawę do załatwienia. Na mieście.
— Wizytę? — Edmund Perseusz Kazabi spoglądał ponad ścianką Williamowego boksu. — Mistrz kolarstwa mieć kłopoty ze zdrowiem? — Na jego śniadym pysku samozadowolenie walczyło z samozachwytem.
— Do you have a problem? — William w ten niedwuznaczny sposób zasugerował, że Arab, a w zasadzie obywatel Francji, skoro nie umie, nie powinien mówić po polsku.
— Ya nyema, ziadna prablem. — Ciapaty, chociaż mową Mickiewicza posługiwał się całkiem sprawnie, rozmyślnie zaczął kaleczyć język.
Za ścianką rozległ się chichot kilku głosów. Należało albo przystąpić do kontrataku, albo jak najszybciej zrejterować. William Kociuba wybrał to drugie, bardziej optymalne rozwiązanie. Zdecydowanym ruchem złapał kubek z kawą i wstał zza biurka.
— Sorry friends, mam za chwilę spotkanie. — Ruszył w stronę korytarza. — Za godzinę wracam — rzucił przez ramię takim tonem, jakby od jego obecności miały zależeć losy świata.
Lekko rozczarowane i średnio znudzone towarzystwo zaczęło szukać innej ofiary.
— Cześć Will, dobrze, że cię widzę. — Przed wejściem do windy bezpośredni przełożony Kociuby szczerzył swoje perfekcyjne uzębienie w szerokim uśmiechu.
— Cześć — mruknął tonem najmniej zachęcającym, na jaki w trakcie porannej kawy potrafił się zdobyć.
— Przysłali z Paryża jakiegoś dupka, specjalistę od szkoleń indywidualnych. — Ton głosu nie zniechęcił szefa. — Jesteś pierwszym na liście do przeszkolenia.
— A nie mógłbym być ostatni?
— Nie. Sam widzisz, wszyscy zarobieni po uszy. Po tobie przychodzi Grzęda, ta co zastępuje księgowego w operacyjnym. — Winda ruszyła w dół, a szef uśmiechnął się jeszcze szerzej.
William doszedł do wniosku, że gdyby zajrzeć głębiej w ten uśmiech, to zęby trzonowe, ósemki, na pewno nie byłyby ostatnimi. Właściciel okazałej szczęki, zupełnie nieświadom charakteru rozważań, jakie prowadzi jego rozmówca, spoglądał wyczekująco.
— Z czego jest to szkolenie? — Wypadało okazać chociaż minimum zainteresowania.
— Podobno z metodologii przeprowadzania szkoleń. Z grubsza polega to na indywidualnej rozmowie. Najpierw wchodzisz ty, potem kolejny absztyfikant. Idź teraz, z marszu. Potrwa to nie więcej niż pół godziny. Gość zajął salę konferencyjną i stara się wyglądać na kogoś bardzo ważnego. Spławiłbym człowieka, ale nie wiem, co za jeden i wolę nie ryzykować. — Kiedy byli sami, dyrektor w stosunku do swego podwładnego przejawiał ponadnormatywną, szaleńczą wręcz szczerość.
Wzruszył ramionami. Grzędę znał jak zły szeląg i bardzo się cieszył, że nie będą siedzieć obok siebie. Szkolenie z metodologii przeprowadzania szkoleń było kolejną kosztowną operacją, która służyła wyłącznie do wyprowadzania żywej gotówki za granicę. Mógł oczywiście stanąć okoniem. Świadomość bycia świętą krową i tego, że może więcej, towarzyszyła mu od dzieciństwa, ale czy warto? Jeżeli nie on, wezmą kogoś innego i ktoś będzie miał znowu pretensje. Ktoś zechce się odegrać. Machnął ręką i ruszył w stronę uchylonych drzwi sali konferencyjnej.
— Dzień dobry, panie Koczuba. — Płynna angielszczyzna wielkiego jak szafa typa wyraźnie kontrastowała z nieporadnością w wymawianiu nazwiska. — Nazywam się Pierre Chesterfeld-Wunderbaum. Został pan wyznaczony do odbycia szkolenia. Proszę usiąść. — Wskazał wyjątkowo niewygodne krzesło. Sam zasiadł w fotelu po przeciwnej stronie stołu i popatrzył krytycznie na materiał, który należało wyszkolić. — Przyjechałem do was z Paryża...
Nadęty ton i parszywa, zadowolona morda wystarczyły, aby William poczuł głęboką niechęć, która, w miarę jak trener opisywał swoje osiągnięcia i zalety, przekształciła się w coś pośredniego pomiędzy odrazą, a całkowitą dezaprobatą. Gabarytami i pewnością siebie przypominał trochę ojczyma, ale obecny mąż matki, kiedy mówił, mówił konkretnie, a ten po prostu ględził.
— Panie Chesterfield... — przerwał, kiedy trener zebrał się do nabrania kolejnego oddechu.
— Chesterfeld, panie Koczuba, Chesterfeld-Wunderbaum. Proszę się do mnie zwracać właściwie. Ja nie przekręcam pańskiego nazwiska. — Dupek się nieco zaperzył.
— Panie Chesterfeld. Poinformowano mnie, że szkolenie potrwa dwadzieścia pięć minut. Na jedenastą wyznaczono bardzo ważne spotkanie, na którym być muszę, a za kwadrans przyjdzie dyrektor działu księgowości i obawiam się, że nie zechce czekać.
Typ obruszył się jeszcze bardziej, ale koniec końców zaczął udawać, że prowadzi szkolenie. William udawał, że notuje, a chociaż w trakcie piętnastominutowej peory padło kilka zdań o tym, jak ważne jest prawidłowe wymawianie nazwiska, nie wziął tego do siebie i nie przerywał. W międzyczasie drzwi Sali konferencyjnej otwierały się kilkukrotnie. To szefowa księgowości dawała do zrozumienia, że czeka na korytarzu i marnuje swój cenny czas. Dla Williama również nie ulegało wątpliwości, że kolejna osoba powinna zająć jego miejsce. On sam czuł się wyszkolony do granic wytrzymałości.
— Długo musiałam czekać! — Kiedy tylko zabrał swój kubek z zimną już kawą i wyszedł, Grzęda dała upust swojemu niezadowoleniu.
Wzruszył ramionami i pomaszerował w kierunku wind. Nie miał ochoty rozmawiać. Z jego punktu widzenia baba, jak zwykle ubrana w korporacyjny kostium, była całkowicie aseksualna. Do tego nadęta, ambitna, głupia i podobnie jak specjalista z Paryża mająca fioła na punkcie prawidłowego wymawiania swojego imienia i nazwiska. Pomyślał, że rozmowa, jaka za chwilę nastąpi, może być bardzo ciekawa, jednak nie miał zamiaru podsłuchiwać. Pani Grzędosława Świerszcz-Wrzaszczyńska zamknęła za sobą drzwi.
Ponieważ winda w górę nie nadchodziła, zdążył jeszcze usłyszeć (pomimo, że pomieszczenie spotkań było dobrze wytłumione) początki awantury, która na podobieństwo burzowej chmury szybko formowała się pod sklepieniem sali konferencyjnej. Powoli wstawał normalny, roboczy dzionek, dzionek wiosenny i słoneczny, dzionek mało ważnych zdarzeń, lekki a przyjemny, czas który należało wykorzystać do maksimum, zanim ucisk jąder na podstawę kręgosłupa nie spowoduje bólu głowy.

* * *

Żadnego spotkania nie miał, jednak w najbliższy piątek trzyosobowy dział współpracy z najważniejszą gazetą w kraju, plus William, jako menadżer do spraw bliżej nieokreślonych, wyjeżdżali w delegację do Zakopanego. Tego rodzaju delegacje miały tendencję do niespodziewanego wydłużania się w czasie, niekiedy również w przestrzeni, więc przygotowania należało rozpocząć niezwłocznie. Wjechał pięć pięter wyżej i bez pukania wkroczył do przestronnego pomieszczenia.
— Od pewnego czasu wystarczyło siąść na rower i po kilkuset metrach dostawałem zadyszki. Po dziesięciu kilometrach czułem się, jakbym przejechał czterdzieści. Byłem kompletnie wyczerpany. — Donośny głos słyszał jeszcze na korytarzu. — ...i tak przez tydzień. W końcu wymiękłem. Poszedłem do kardiologa.
W pokoju było sześć osób. Oba fotele zajęte. Usiadł za pustym biurkiem Dżajanta, który rozwalony na kanapie znowu opowiadał swoją ulubioną historię.
— Kardiolog mnie zbadał... próba wysiłkowa, ok, echo serca, ok, wyniki krwi jak młody bóg... Zaczął chrzanić, że wiosna, że po czterdziestce należy stopniowo, że roweru nie trzeba odstawiać, a ze mną coraz gorzej. Pamiętacie, dojeżdżałem do roboty osiem kilosów z małym hakiem i byłem kompletnie wykończony. Tak, jakbym w pedałach miał pięćdziesiąt.
— Nie w pedałach, tylko w gejach — wtrąciła Mary z personalnego. — Trochę poprawności panowie.
Rozległy się śmiechy. Dżajant, który pomimo lekkiej nadwagi i niewielkiego wzrostu (w porywach osiągał metr sześćdziesiąt) dysponował nieprzebranymi zasobami energii, należał do najbardziej maniakalnych rowerzystów w promieniu kilkuset metrów. Tajemnicą poliszynela było, że należy również do elitarnej grupy kochających inaczej. Pomimo tak zasadniczych różnic światopoglądowych William darzył go sympatią i to sympatią odwzajemnioną. Dlatego siedział cicho. Po raz dziesiąty (a może dwudziesty) słuchał historii, która z miesiąca na miesiąc rozrastała się o nowe detale.
— Drugi kardiolog — tu padło znane nazwisko — powiedział to samo, ale przepisał jakieś pastylki.
— Zapewne placebo — dodał ktoś.
— Oczywiście, że placebo, ale za to cholernie drogie. No i rzecz jasna nie pomogło. Kompletnie nie pomogło! A co ciekawe, jak poszedłem na siłownię, to nic. Kompletnie nic! Wyciskałem tonę i byłem świeżutki. Na bieżni tak samo. Ten palant wyjaśniał, że to trzeba brać przez kilka miesięcy, że od razu nie zadziała. W końcu wysłał mnie do neurologa.
Facet się rozgrzewał, ale William, jak zawsze w takich wypadkach, zachowywał olimpijski spokój. Kurdupelek, święta krowa, podobnie jak on sam, był jednym z nielicznych, z którym nadawał na wspólnej fali i który po części umniejszał Williamowy kompleks wzrostu. Właściwie to przyszedł, aby dokończyć kawę i ustalić, o której i czyim samochodem ruszą w piątkową trasę.
— Przez miesiąc zrobiłem trzysta kilometrów, większość w Kampinosie. Rok wcześniej, o tej samej porze, miałem już ponad pięćset, ale po prostu nie dawałem rady. Kompletna klapa! Tak czy inaczej któregoś dnia przychodzę do mojego szpenia od bicykli... tracę ochotę, aby jeździć, ale jak się umówiłem, to trzeba przyjść, a on do mnie, że ośka z przodu krzywa i pyta się głupio, czy niczego nie czułem. A co miałem czuć? Kompletnie nic nie czułem! Facet wymienił to gówno. Pojechałem do Czerska, zrobiłem wtedy chyba osiem dych i nic. Byłem jak nowo narodzony.
Średnio-entuzjastyczny rechot (rechotał przede wszystkim Dżajant) świadczył, że historia jest powszechnie znana.
— A ja za dwa tygodnie jadę na Teneryfę. — Mary, z braku innych zajęć postanowiła pociągnąć dyskusję.
— Pojechałem w zeszłym roku. Kompletna porażka! — Zapalonemu cykliście nie tylko rower, ale również słowotok, obficie okraszany słówkiem "kompletnie", był niezbędny do życia. — Na jednym kąpielisku prąd był taki silny, że mi prawie majtki zdjęło.
— A może ci jeszcze loda zrobiło? — Ktoś rzucił pełnym powątpiewania tonem.
Tym razem salwa śmiechu o mało nie rozsadziła pomieszczenia i chociaż Dżajant umilkł na prawie sto osiemdziesiąt sekund, dyskusja przeplatana wybuchami dobrego humoru trwała nadal. William odpłynął. Najpierw wyobraził sobie Kampinos i nagą Grzędę żwawo pedałującą na rowerze. Odgonił tę myśl jako zbyt perwersyjną. Po prostu stwierdził, że bardziej podnieca go rower. A może jego dolegliwość przeniosła się na potencję? Kontrolnie wyobraził sobie Mary, drobną laskę, solidnie wymalowaną brunetkę, niebrzydką i nieprzeciętnie zgrabną. Tym razem dla odmiany naga dziewczyna pedałowała na stacjonarnym w siłowni. Nie, wszystko w porządku. Erekcja o mało nie rozerwała mu rozporka. Z zamyślenia wyrwał go Dżajant, opowiadając kolejną historię, tym razem o Edwardzie. Dwa lata temu, Edward, jego ojczym, zaplątał się (William był przekonany, że nieprzypadkowo) na jakieś firmowe spotkanie integracyjne i od tamtej pory miał w korporacyjnym towarzystwie status gwiazdy pierwszej wielkości. Z punktu widzenia pasierba, historia, chociaż jak zwykle ubarwiona przez opowiadającego, była neutralna i, w przeciwieństwie do samego Edwarda, nieciekawa. Do aktualnego męża swojej matki miał stosunek ambiwalentny. Nie przepadał za nim, ponieważ przysparzał zbyt wielu problemów, które później trzeba było odsuwać. Z drugiej strony nie raz i nie dwa okazał się pomocny, a co ważniejsze zawsze znajdował wspólny język z Kociubą-seniorem. Dziwne. Różnica wzrostu obu dżentelmenów wynosiła dokładnie trzydzieści siedem centymetrów (na korzyść Edwarda), a różnica temperamentów wydawała się nawet większa. Jeszcze dziwniejsze było, że w owym tandemie pierwsze skrzypce grał Kociuba-senior, ale to akurat Will potrafił zrozumieć. Poza tym, dopóki nie poznał Edwarda, William Kociuba żywił głębokie przekonanie, że nie można mieć głupszego nazwiska niż "Kociuba". Kiedy Edwarda poznał, przekonał się, że jednak można.
Po godzinie tłok w pokoju zmalał. Stał i tępo spoglądał w okno. Nie zauważył, że powietrze zrobiło się niezwykle czyste. Nie zauważył, że z wysokości siedemnastego piętra można błądzić wzrokiem, można dostrzegać szczegóły, które na co dzień przed obserwatorem ukryte. Ale William nie zwracał uwagi na szczegóły... po prostu nie był drobiazgowy.
— Ja ci mówię — kiedy wszyscy wyszli, Dżajant bezceremonialnie przerwał zabezmyślenie — ty nie łaź po ortopedach. To kompletnie nie ma sensu. Ty idź do jakiegoś rehabilitanta...
— Przyjdzie czas i na rehabilitanta — Jego przyjaciel, choć wiedział co nieco o istocie problemu, nie był wprowadzony w szczegóły... i bardzo dobrze. Kociubie włos się zjeżył na samą myśl, że jakiś osiłek mógłby go masować po jajach, by te nie naciskały na podstawę kręgosłupa... i żeby głowa go nie bolała.

* * *

Przyjęcia u doktora Różanieckiego odbywały się zgodnie z harmonogramem. Punktualność była cechą nie tylko królów, ale również, a może przede wszystkim, słynnego profesora-ortopedy. Inna sprawa, że na każdą wizytę przeznaczał równe dwadzieścia pięć minut. Ani minuty dłużej, ani minuty krócej. Powiadano, że nawet nagła śmierć pacjenta w gabinecie, nie zmieniłaby rozkładu jazdy.
— Wszystkie prześwietlenia, tomograf również, wskazują jednoznacznie. Pańskie jądra naciskają na podstawę kręgosłupa.
Usłyszał to, co spodziewał się usłyszeć. Pewność w głosie nie pozostawiała wątpliwości, że mistrz-od-kręgosłupów kontroluje sytuację.
— Oszczędzę technicznych szczegółów — kontynuował, gapiąc się średnio-obojętnie na zdjęcie rentgenowskie — jednak bez wątpienia taki właśnie stan rzeczy jest przyczyną pańskich dolegliwości. — Zamyślił się głęboko. — To musi boleć, zwłaszcza w godzinach wieczornych.
Klepał mantrę, którą William słyszał już chyba dziesięć razy w gabinecie lekarskim i raz u jakiegoś znachora-szarlatana.
— Boli. Wieczorami jest nie-do-wy-trzy-ma-nia. Szukam odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób rozwiązać problem.
— Sprawa jest bardzo prosta. Proponuję usunięcie jąder.
— Yyyyyp!? — Wyraz twarzy Williama mówił sam za siebie. Taką propozycję złożył jak dotąd jedynie znachor-szarlatan.
— Ja zdaję sobie sprawę, że moja sugestia może się wydać panu drastyczna, ale proszę myśleć jak człowiek, który za pięć lat wkroczy w dwudziesty pierwszy wiek. Jest pan dojrzałym mężczyzną i operacja w żadnym wypadku nie uczyni z pana eunucha, a stosując odpowiednią kombinację środków hormonalnych, będzie się pan mógł cieszyć...
Facet w kitlu rozkręcał się, a William, w miarę jak słuchał, tracił pierwotne wrażenie, że jego rozmówca urwał się z choinki. To, co mówił miało sens, nie sprawiało wrażenia wyboru pomiędzy dwiema równie złymi możliwościami. Dopiero tutaj, w gabinecie, chory uświadomił sobie, że przecież nigdy nie myślał o posiadaniu dzieci.
— Trzeba koncentrować się na sobie, na własnym rozwoju. — Profesor Różaniecki zauważył, że jego słowa nie pozostają bez wpływu na pacjenta. — Więcej może pan dla świata uczynić, jeżeli zapewni sobie odpowiedni standard życia. Obecne, wyznaczone cyklicznie nawracającymi dolegliwościami, nie wydaje mi się warte pańskiej osoby — uśmiech numer jedenaście potwierdzał absolutną-szczerość-słów.
Wprawdzie zabieg, choć według opinii najlepszego z fachowców był banalny i nie przedstawiał żadnego ryzyka, wymagał wyłożenia kasy, od której przeciętnie zarabiającym zakręciłoby się w głowach, ale za to gwarantował najwyższy możliwy komfort pobytu w szpitalu i rzecz jasna całkowitą dyskrecję.
— Kwestię prokreacji należy pozostawić jednostkom, które zajmują niższe miejsca w strukturze. — Ortopeda uznał, że rybka połknęła haczyk i teraz trzeba jedynie umiejętnie pociągnąć. — W naszym środowisku zwracamy uwagę na inne, bardziej istotne, aspekty egzystencji. Ja rozumiem, że podjęcie decyzji zawsze wymaga czasu. Jesteśmy ludźmi rozsądnymi, nieprawdaż?
Kociuba, potężnie dowartościowany i całkowicie przekonany, skinął głową. Perspektywa radykalnego uwolnienia od kłopotów, które dobre kilka miesięcy temu zamieniły jego życie w piekło, jawiła się jako wrota raju.
— Proszę w zaciszu domowym przemyśleć problem, poradzić się bliskich. Tu jest moja wizytówka. Może pan dzwonić o każdej porze dnia i nocy. — Empatia, wielka jak Pałac Kultury i Nauki imienia Józefa Stalina, zabrzmiała w głosie chirurga. W tym samym momencie spojrzał na zegarek.
"Wizyta skończona" rozległo się w głowie Williama. Kiedy opuszczał gabinet, udawał, że czuje się do końca przekonany. Przestał udawać dopiero wtedy, kiedy wyszedł na świeże powietrze.
Dobre dwadzieścia minut siedział na ławce przed budynkiem. Najpierw uspokoił myśli. Skoncentrowany na własnych problemach nie zauważył okazałego monumentu — Słupa Żelaznego, który sto siedemdziesiąt lat wcześniej postawiono dla upamiętnienia budowy Traktu Brzeskiego. Ale William był bardzo niezadowolony ze stanu dróg, po których musiał się poruszać i budowa jakiejś drogi przed dwoma bez mała wiekami niewiele go obchodziła.
Głowa na razie nie bolała. Sprężył się i zrobił to, co potrafił najlepiej. Odsunął problem. Potem spojrzał na zegarek. Do spotkania z panią Aliną pozostało czterdzieści minut. Zdąży. O tej godzinie korki jeszcze nie utrudniały jazdy. Choć punktualność nie była najmocniejszą stroną Williama Kociuby, bardzo mu zależało, aby tym razem się nie spóźnić. Zwykle około drugiej jego kręgosłup zaczynał powoli wysyłać niepożądane sygnały do układu nerwowego, jednak wizyta u światowej sławy lekarza oraz fakt, że miał to już za sobą, sprawiły, że nie czuł bólu, ani nawet zapowiedzi bólu. Niestety, jego jądra w dalszym ciągu naciskały na podstawę kręgosłupa i nie zmieniało to w niczym beznadziejnej sytuacji, oraz tego, że najdalej za dwie godziny głowa boleć będzie.

* * *

Stary dom na Żoliborzu niczym nie różnił się od pozostałych. Nie licząc poobijanych tynków, wyglądał tak samo, jak dwadzieścia lat temu, kiedy umiejętność posługiwania się językiem Goethego zaczął kształcić pod okiem starszej pani. W dzieciństwie Kociuba-junior był przekonany, że zdolności językowych nie posiada, że nauka nie ma sensu, a nauczyciel języka niemieckiego, będąc odmiennego zdania i za nic mając wysoką pozycję towarzysza Kociuby-seniora, wlepił Williamowi dwóję na okres. Zajęcia uzupełniające okazały się koniecznością.
Początki były trudne. Ponadprzeciętna uroda korepetytorki (pomimo szóstego krzyżyka) zrobiła na uczniu siódmej klasy piorunujące wrażenie, jednak pierwsza lekcja bardziej przypominała lodowaty prysznic niż wstęp do krainy czarów i... fantazji seksualnych. Ściślej rzecz ujmując, rozwydrzony czternastolatek został wzięty za mordę tak, jak nigdy przedtem, ani potem. Nie było krzyków, straszenia ojcem (tyleż surowym, co niekonsekwentnym) — wystarczyło spojrzenie bazyliszka i nie znoszący sprzeciwu ciepły, spokojny ton głosu.
Bardzo szybko wewnętrzny bunt zmienił się najpierw w zainteresowanie, a potem w coś, co ciężko było nazwać. William nie próbował odróżniać swojej fascynacji Panią Aliną od fascynacji przedmiotem. Nauczyciel niemieckiego miał rację: William zdolności językowe posiadał. Po sześciu miesiącach nauki poczynił ogromne postępy nie tylko w niemieckim, ale również polskim, choć z ojczystym językiem od zawsze był na bakier. Jeszcze większe postępy poczynił w przedmiocie, którego nie znosił wręcz obsesyjnie — w historii. Nawet zaczęło mu się podobać. W tym ostatnim przypadku jego gwałtowny i niekontrolowany wzrost umiejętności praktycznych stał się przyczyną katastrofy. Pani Alina, były żołnierz Armii Krajowej, rodzona siostra nieżyjącego już legendarnego majora "Besta", przekazywała swemu pupilkowi własną wersję dziejów, różniącą się od tej, której wymagano w szkole przeznaczonej dla dzieci wysokich partyjnych bonzów. Uczyniona przez Williama uwaga, że w szeregach Armii Ludowej roiło się od rzezimieszków najgorszego autoramentu, wzbudziła jedynie rewolucyjną czujność, jednak pytania dotyczące Katynia nie mogły pozostać bez echa. Ojca wezwano nie do szkoły, ale do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Kiedy wrócił, wyglądał jak zbity pies, który jednakowoż ugryźć może. Potem, w zaciszu domowym, strasznie wygrażał pani Alinie, jednak w bezpośredniej konfrontacji (tak przynajmniej twierdziła ciocia Wiktoria) okazał się potulny jak baranek, oświadczając jedynie, że korepetycje osiągnęły zamierzony cel.
— Witam pana Williama. — Genowefa, powiernica i gospodyni pani Aliny, otworzyła drzwi i uśmiechnęła się szeroko. — Jak ten czas leci, jeszcze niedawno młokos z tornistrem, a dzisiaj zapewne znaczna osoba.
— Pani Genowefo. — Niegdysiejszy sztubak lekko skłonił głowę. — Mówi się, że tym, co z tłumu wystają, częściej głowy spadają, a małemu najwyżej... berecik.
— Jednak pragnienie, by wspiąć się na szczyt, tkwi w każdym z nas i niekiedy przesłania sens owej wspinaczki. — Pani Alina stanęła w otwartych drzwiach salonu.
Chociaż w środowisku, w którym wyrósł, zwyczaj całowania w rękę był passe, Will pochylił nisko głowę i ucałował podaną dłoń — ot jeszcze jeden uboczny skutek korepetycji sprzed lat dwudziestu. Poczuł się dobrze, swojsko, tak, jak dawnymi czasy, tak, jakby powróciło coś bardzo ulotnego i bardzo ważnego.
Dopiero kiedy siedli do herbaty, a starsza pani zagłębiła się w lekturze, popatrzył na nią tak, jak facet patrzy na kobiety. Czasu, który upłynął, nie sposób było ukryć, zresztą pani Alina niczego ukrywać nie zamierzała. Może właśnie dlatego nie wyglądała na swoje siedemdziesiąt kilka lat. Ta sama piękna, mądra, skupiona nad tekstem twarz, te same oczy, w których i błyskawicę, i dobroć znaleźć łatwo. Ale włosy, dawniej ciemnozłote, jedynie poprzedzielane białymi pasemkami, dziś już zupełnie siwe. Znacznie więcej zmarszczek, nie tylko w kącikach oczu czy ust... Poczuł ukłucie, jakiś niemy, podświadomy protest wobec nieuchronności przemijania.
Było też coś, co pozwalało spoglądać na sprawę inaczej. To samo pianino, te same meble, te same książki. Ten sam Kossak nad kredensem (podobno gospodyni znała Mistrza Wojciecha osobiście), ta sama zastawa i wielka rokokowa cukiernica ze scenką rodzajową.
— Szukasz miejsca, w którym czas się zatrzymał? — Czytająca, nie podnosząc oczu, dobrze wiedziała, co w duszy pupilka gra. — On płynie Will, płynie, a my razem z nim. Trzeba płynąć, nie można pozwalać, aby unosił nas jedynie pęd wydarzeń.
— Czasem ten pęd jest za bardzo... zbyt wartki, jak na siły człowieka.
— Dlatego trzeba szukać. Patrzeć i szukać. Trzeba chcieć szukać, cały czas, aż do końca swoich dni.
— Szukać czego?
— Tego, co warto mieć. Ty sam wiesz najlepiej. Każdy szuka czegoś innego. Człowiek, który to napisał — wzrokiem wskazała na artykuł — szuka czegoś, ale wcale nie chce znaleźć. Tak jakby ktoś postawił nieprzekraczalną barierę, poza którą niczego nie wolno napisać.
— Gdzie to pani wyczytała?
— Pomiędzy wierszami. To bardzo chaotycznie napisana praca i szczerze mówiąc napisana bardzo nieelegancko. Nie znam fizyki, niewiele rozumiem, ale wcale się nie dziwię, że i ty, inżynier, dla którego niemiecki nie jest językiem ojczystym, również nie możesz zrozumieć. Powiedz, proszę, własnymi słowami, czym się zajmujesz.
William opowiedział o tym, jak ojciec uznał, że jego latorośl powinna zrobić doktorat, o promotorze pracy, który pamiętając Williamowe zaangażowanie w studenckich czasach, podchodził do sprawy z równie małym entuzjazmem, jak potencjalny kandydat na doktora nauk technicznych. Trwało długo, jednak pani Alina potrafiła nie tylko pięknie mówić. Potrafiła również pięknie słuchać.
— Koncepcja wykorzystania schematu tor-proaktyn-uran powstała chyba ze dwadzieścia lat temu — powiedział, kiedy już wyrzucił wszystko, co mu leżało na wątrobie — jednak nikt się tym nie zajmował, chociaż wygląda bardzo obiecująco. Nie ma odpadów, nie ma niebezpieczeństwa niekontrolowanej reakcji.
— Z tego, co wyczytałam, zapasów tego — zerknęła do artykułu — toru jest bardzo dużo, prawda?
— Dokładnie.
— Will, ja myślę, że twojemu promotorowi nie chodzi wcale o to, że, mówiąc kolokwialnie, obijałeś się w czasie studiów. On się ciebie boi. Uważa, że ty wcale nie chcesz napisać doktoratu.
— Tylko co?
— Nie chciałabym rzucać podejrzeń, mogę się mylić, ale wydaje mi się, że on postrzega cię jako potencjalną przeszkodę w badaniach. Twierdzisz, że to może być obiecująca technologia?
— Tak mi się wydaje, tak mówią...
— I twierdzisz, że nikt się tym poważnie nie zajmuje.
— Nikt. — Tym razem w głosie Williama Kociuby zabrzmiała pewność.
— Zastanawiające, nieprawdaż?
— Nie zastanawiałem się w ten sposób, natomiast coraz częściej zastanawiam się, czy mam ochotę kontynuować...
— Tego dylematu nikt za ciebie nie rozwiąże. Takie właśnie dylematy miałam na myśli, mówiąc, że trzeba chcieć szukać. No dobrze, pokaż, których fragmentów nie rozumiesz.
Wychodząc od Pani Aliny czuł się trochę mądrzejszy, jednak niewielki entuzjazm, z jakim otwierał przewód doktorski zmniejszył się niemal do zera. Ale i tak był z wizyty zadowolony. Potrzebował takiej rozmowy. Przekręcił kluczyki w stacyjce. Musiał szybko dotrzeć do domu. Zegar na tablicy pokazał czwartą trzydzieści. Jądra, cały czas naciskając na podstawę kręgosłupa, sprawiły, że zaczynała go boleć głowa.

* * *

— Witaj Williamie. — Na kanapie siedział rozwalony major Edward Knypa, aktualny mąż pani Eulalii Kociuby. — Musimy porozmawiać. Sprawa jest ważna.
Nie dość, że palił papierosa, nie dość, że zasmrodził całe mieszkanie, to jeszcze bezczelnie nachodził pasierba w chwili, kiedy głowa zaczynała boleć tak, że chciało się wyć i łazić po ścianach. Widok potężnego faceta i jego pancernej mordy był ostatnią rzeczą, jaką pogrążony w swoim cierpieniu chciałby oglądać. W pierwszym odruchu miał ochotę uciekać z własnego domu, jednak powietrze z niego uszło. Z rezygnacją zamknął drzwi.
— Siadaj. — Gość wskazał sąsiedni fotel. Najwyraźniej zapomniał, że w tym mieszkaniu to William Kociuba jest gospodarzem.
William usiadł. Nie miał zamiaru szarpać się z ojczymem, tym bardziej, że major w swoim przyjaznym stosunku do wszystkich ludzi na ziemi wyznawał zdrową zasadę: raz na jakiś czas, dla higieny psychicznej, warto z kogoś wypruć flaki.
— Whisky? — Edward w funkcji pana domu czuł się doskonale. Na stoliku stała napoczęta Tullamore Dew i dwie szklanki.
— Muszę wziąć leki.
— Zaproponowałem skuteczniejszą terapię, ale jak wolisz. Twoje zdrowie. — Uniósł szklankę. — Jak tam doktorat?
— Tak sobie. Kłopoty ze zdrowiem i na głowie wiele innych zmartwień. — Był wyjątkowo szczery. Po prostu nie miał siły zastanawiać się, jaka odpowiedź sprawi, że jego ojczym szybciej opuści mieszkanie.
— Mam dla ciebie propozycję.
— ? — William popatrzył wzrokiem tak mętnym, że każdy na miejscu byłego esbeka zrezygnowałby z dalszej dyskusji, ale major nie takie spojrzenia potrafił zamieniać w żywe zainteresowanie.
— Kiepsko ci idzie praca. Szczerze mówiąc twój promotor również nie wydaje się zainteresowany ani kontynuacją współpracy ani... — chwilę się zamyślił — samym tematem.
William, kiedy nie bolała go głowa, miał inne zdanie. Jego promotor był entuzjastą nowej technologii. Jednak kiedy Williama bolała głowa, konsekwentnie zgadzał się z każdym rozmówcą. A nawet gdyby się nie zgadzał... Edward Knypa, mistrz perswazji wielokryterialnej, mistrz wagi ciężkiej, miał w zanadrzu wiele innych argumentów. Zaczął od perspektyw, jakie niesie ze sobą wykorzystanie ogniw fotowoltaicznych. Zaraz później uzupełnił listę zalet długą listą możliwych tematów nowej pracy doktorskiej. Nie zapomniał o opcji zwiększenia dotacji na badania, dając do zrozumienia, że komisja nie będzie tego wszystkiego drobiazgowo rozliczać. Możliwości awansu po takim doktoracie prezentowały się równie okazale, co liczba ciekawych konferencji w ciekawych miejscach, na które należałoby pojechać.
William, kiedy nie bolała go głowa, prezentował krytyczne podejście do solarnych form energii. Lista możliwych tematów nowej pracy doktorskiej interesowała go w równym stopniu, co jego aktualna praca doktorska. Możliwość zrobienia przekrętów przy okazji finansowania badań nie pociągała ani trochę — niepotrzebne ryzyko, a pieniędzy i tak ma tyle, ile chce. Perspektywy awansu nie wywołały zainteresowania — zaciszny boksik na czternastym piętrze, wygodny fotel, biurko i dupa wypięta na najważniejsze światowe problemy były dokładnie tym, czego potrzebował. Jednak Williama bolała głowa i zainteresowanie rozbudził jedynie wywód o konferencjach...
Ale taką rozmowę mógł do ciężkiej cholery przeprowadzić rano, kiedy poczuje się lepiej!
Nieproszony gość nadawał głosem coraz donośniejszym.
Kociuba-junior nie zastanawiał się, skąd jego interlokutor tyle wie o formach pozyskiwania energii, a nawet gdyby się zastanawiał... Edward Knypa, kiedy o czymś mówił, mówił dobitnie, z głębokim przekonaniem i nigdy nie ulegało wątpliwości, że zawsze wie o czym mówi... po prostu wie.
— Prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, tylko po tym, jak kończy — wygłosił obowiązującą od pół roku formułkę i uniósł kolejną szklankę whisky, uznając, że pasierb został ostatecznie przekonany... przekonany na obie łopatki.
Skończył.
Kiedy major wreszcie wyszedł, kandydat na doktora nauk technicznych, słaniając się na nogach, otworzył wszystkie okna i zaczerpnął świeżego powietrza. W pierwszym odruchu miał chęć wypić drugą połówkę rozpoczętej flaszki, ale przecież lekarze... Rozmowa z ojczymem sprawiła, że prawie nie widział na oczy. Bolało przy najdrobniejszym ruchu, bolało nawet wtedy, kiedy się nie ruszał.
Bolało go wszystko!!!
I wtedy William Kociuba podjął decyzję. Miał dosyć bólu i miał wielką ochotę coś zmienić w swoim życiu. Jutro zadzwoni do doktora Różanieckiego, czy może Różaneckiego — łeb dawał do wiwatu tak, że nie potrafił powiedzieć, jaka forma jest poprawna. Nie! Zadzwoni dzisiaj! Teraz!
Pięć minut później ustalił termin, usunięcia jąder, aby nie naciskały na podstawę kręgosłupa i aby głowa go więcej nie bolała.

* * *

Podjęcie decyzji nie rozwiązało sprawy do końca. Zmniejszyło wprawdzie dolegliwości, jednak poczuł się po prostu głupio. Zażył leki, wziął prysznic, ból głowy zmalał. Potem wypił pół szklanki Tullamorka (Edward, kiedy do niego przychodził, zawsze przynosił swoją ulubioną whisky) i ból głowy zmalał jeszcze odrobinę. Wypił kolejne pół szklanki. Powinien poczuć ulgę, ale William Kociuba wcale nie poczuł ulgi. William Kociuba w dalszym ciągu czuł się głupio. Zapragnął coś uczynić.
Cokolwiek!
Ale co?
W tym stanie nie mógł siąść za kierownicą. Zrobił więc to, co zawsze robił w podobnej sytuacji — z wysokości dwunastego piętra wyjrzał przez okno. Skoncentrowany na własnych problemach nie zauważył kamiennej dżungli znaczonej tysiącem świateł. Nie zauważył szerokich alei wypełnionych pędzącym blaskiem aut. Nie pomyślał, że każde takie światło znaczy ludzki los do innego losu podobny, a zarazem zupełnie różny, tak, jak różni bywają ludzie... Jego wzrok zatrzymał się na świecącym kilkaset metrów dalej szyldzie sklepu z męską odzieżą.
Niezależnie od jąder naciskających na podstawę kręgosłupa, niezależnie od bólu głowy, niezależnie od wszystkiego, William Kociuba postanowił się porządnie ubrać.

* * *

Sklep, otwarty z wielką pompą dwa dni wcześniej, należał do tych z wyższej półki, nie tylko cenowej. Na kilku stoiskach można się było zaopatrzyć w pełny asortyment, od płaszczy i butów począwszy, na slipkach skończywszy. Wszystko w najlepszym gatunku. Sprzedawca, człowiek w wieku średnim... takim zupełnie średnim, tuż przed emeryturą, podszedł krokiem niespiesznym, jednak dla Williama Kociuby nie ulegało wątpliwości, że tu i teraz jest najważniejszym klientem wieczoru.
— Chciałbym kupić sportowy garnitur — zaczął nerwowo, zanim subiekt zdążył otworzyć usta.
— Szanowny pan najlepiej będzie wyglądał w angielskiej marynarce. Hmm, może zielona krata z lekką nutą czerwieni? Jak przypuszczam nosi pan rozmiar sto siedemdziesiąt na sto osiem na sto. Spodnie trochę dłuższe, sugeruję sto siedemdziesiąt cztery.
— Zgadł pan.
— Proszę pana, ja nie zgadłem. Ja w tej branży pracuję od czterdziestu lat. O męskiej odzieży wiem wszystko. — Trzy zdania zostały wypowiedziane powoli, z namaszczeniem, nie pozostawiając wątpliwości, że obsługujący najważniejszego klienta wieczoru o męskiej odzieży wie wszystko.
— Zawsze miło porozmawiać z dobrym fachowcem.
Przyniesiona marynarka okazała się jakby szyta na miarę i od razu trafiła w gust Williama. Spodnie również. Satysfakcja z dokonanego zakupu była tak wielka, że przez chwilę głowa przestała boleć, chociaż właśnie teraz powinna boleć najbardziej.
— Pozwolę sobie zaproponować koszulę. — Subiekt postanowił pójść za ciosem — Mamy przebogaty wybór. Jak przypuszczam, pana rozmiar to czterdzieści jeden.
Klient, pomimo powracającego bólu głowy, po raz drugi spojrzał z uznaniem na subiekta.
— Znowu pan zgadł.
— Proszę pana, ja nie zgadłem. Ja w tej branży pracuję od czterdziestu lat. O męskiej odzieży wiem wszystko. Zasugeruję jeszcze kupno butów. Mamy markowe Holdeny. Pan nosi numer czterdzieści trzy. Lewą stopę ma pan minimalnie dłuższą, a oferowana przez nas seria posiada numerację połówkową. Świetnie się pan poczuje, jeżeli zmierzy czterdzieści dwa i pół.
— Skąd pan to wszystko wie?
— Wystarczy popatrzeć jak stawia pan nogi. To najlepiej widać, kiedy staje pan na pierwszy schodek.
— Zadziwiające.
— Proszę pana, ja w tej branży pracuję od czterdziestu lat. O męskiej odzieży wiem wszystko.
William nawet nie zauważył, kiedy w rękach subiekta znalazło się pudełko. Gruba podeszwa przypadła mu do gustu bardziej niż uznana marka, a poza tym miał facet rację. Po założeniu Holdenów (w międzyczasie, nie wiedzieć kiedy, zakupił jeszcze cztery pary skarpet) nie tylko stwierdził, że wygląda co najmniej na metr siedemdziesiąt dwa, ale że buty są ponadprzeciętnie wygodne. Poczuł euforię. Ból głowy znowu ustał i chociaż wiadomo było, że za chwilę powróci, mógł się rozkoszować i eleganckim strojem, i dobrym samopoczuciem. Może decyzję o operacji podjął przedwcześnie?
— Do kompletu brakuje jeszcze slipek. — Sprzedawca brutalnie przerwał błogostan. — Dla pana numer trzydzieści osiem.
— Ha! — Wiliam Kociuba uniósł wskazujący palec w geście triumfu. — I tu się pan pomylił. Noszę trzydzieści sześć.
— Nie może pan nosić trzydzieści sześć.
— A to dlaczego?
— Gdyby pan nosił trzydzieści sześć, wówczas pańskie jądra naciskałyby na podstawę kręgosłupa i bolałaby pana głowa.

* * *

William Kociuba obudził się przed piątą. Głowa go nie bolała i był to powód do radości. Nieziemskiej radości. Dobrze wiedział, że boleć już nie będzie, a Suma Wszystkich Kaców, której po trzech dniach delegacji właśnie doświadczał, sprowadzi się do lekkiego otępienia. Po zjedzeniu śniadania dolegliwości ustąpią i obejdzie się bez drętwienia palców, nie mówiąc już o niechęci do spożywania napojów alkoholowych czy też poczuciu zagrożenia ogólnego. Tak samo jak wczoraj, przedwczoraj i przedprzedwczoraj.
Pomyślał, że skoro już nie śpi, mógłby spakować walizkę. Po trzech dniach, Zakopane nie wydawało się tak atrakcyjne, ale przecież, jak mówiła pani Alina, trzeba szukać. Dzisiaj wyruszali do Poznania. Miał rację Dżajant, kiedy stwierdzał, że porządna delegacja zawsze trwa dłużej niż ją zaplanowano.
Wyszedł na balkon. Skoncentrowany na dobrym samopoczuciu nie zauważył, jak Tatry, wynurzają się z porannych mgieł. Nie zauważył Gwiazdy Porannej świecącej resztkami potężnego nocnego blasku nad Żółtą Turnią. Nie usłyszał, jak wiatr od gór śpiewa wędrowców echem. Wiliam Kociuba spoglądał w siebie.

Lublin, wrzesień 2016

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1830
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jaja leminga, czyli jeden dzień Williama Kociuby

Post autor: Kruffachi » 08 marca 2017, 13:48

Już wiem, że zdecydowanie wolę szczepana "na poważnie". To Williamowych jaj podchodziłam parokrotnie, za każdym razem lądowałam na poboczu lub na jakiejś mieliźnie mało rozbawiona, za to zmęczona mocno. Jeśli w tak długim tekście humorystycznym uśmiechnęłam się nad paroma zdaniami, to nie uznaję tego za dobry wynik. Choć oczywiście możliwe, że po prostu utwór nie trfia w moje poczucie humoru. Niemniej ciągle miałam wrażenie unoszącego się nad słowami zapachu odgrzewanych kotletów, starych dowcipów i modnych powiedzonek. Sam temat taki... nie wiem, trochę jakby wędrowyczowski, a to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej ( ;) ). Jakkolwiek ostrzegałeś lojalnie, jakiego typu to tekst, zatem ze swojego niezadowolenia zarzutu nie czynię, a zostawiam parę zdań jedynie jako sygnał.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
szczepantrzeszcz
Posty: 213
Rejestracja: 07 lutego 2014, 12:52

Re: Jaja leminga, czyli jeden dzień Williama Kociuby

Post autor: szczepantrzeszcz » 08 marca 2017, 22:12

Kruffachi pisze:Już wiem, że zdecydowanie wolę szczepana "na poważnie".
Poważny stan ducha jest ostatnimi czasy mocno deficytowy. Szczepan patrzy i się śmieje.
Kruffachi pisze:Jeśli w tak długim tekście humorystycznym uśmiechnęłam się nad paroma zdaniami, to nie uznaję tego za dobry wynik.
"Jaja leminga" nie nadają się do tego, aby uśmiech pięknej kobiety wywołać, jednak muszę stwierdzić, że podcięłaś mi tym stwierdzeniem skrzydełka. Bardzo chciałem napisać tekst krótki i byłem niemal pewien, że się udało :)
Kruffachi pisze:Sam temat taki... nie wiem, trochę jakby wędrowyczowski
Mimo wszystko zarobiłem komplement :)
Kruffachi pisze:...a to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej
Bardzo słusznie. Odgrzewane kotlety wymagają mocniejszego żołądka i wina w dużych ilościach.
Kruffachi pisze:...zostawiam parę zdań jedynie jako sygnał.
Szczepan dziękuje i cieszy się, że zajrzałaś.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 481
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Jaja leminga, czyli jeden dzień Williama Kociuby

Post autor: Krin » 12 marca 2017, 19:03

Tekst przeczytałam już dłuższy czas temu, zanim jeszcze pojawił się komentarz Kruffy i najbardziej pamiętam, że zaintrygował mnie tytuł. Szczególnie w połączeniu z osobą autora dotychczas kojarzącą mi się z poetyckimi opisami górskich wypraw, a niekoniecznie z jajami leminga.

Niepewna jeszcze, o jakie jaja chodziło w tytule, dałam się wciągnąć, bowiem tajemnica co i dlaczego boli dokładnie Williama Kociubę wydała mi się całkiem zajmująca. Tekst jest lekki, więc choć z początku chciałam uszczknąć co najwyżej kawałek, przeczytałam całość za pierwszym razem. I być może nie była to najmądrzejsza i najbardziej zaskakująca lektura w moim życiu (domyśliłam się rozwiązania przy anegdocie z rowerem, choć sam zabieg mi się podoba), była to z całą pewnością lektura przyjemna. Nie śmiałam się, ale też nie doznawałam zażenowania czy czego tam. Tytuł mnie nawet przyprawił o dłuższą rozkimnę natury egzystencjalnej.

Dobrze też, że nie skończyło się jak w dowcipie, bo jeśli się nie mylę, w oryginale facet poszedł do krawca już po operacji...
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
szczepantrzeszcz
Posty: 213
Rejestracja: 07 lutego 2014, 12:52

Re: Jaja leminga, czyli jeden dzień Williama Kociuby

Post autor: szczepantrzeszcz » 13 marca 2017, 09:04

Krin pisze:...najbardziej pamiętam, że zaintrygował mnie tytuł. Szczególnie w połączeniu z osobą autora dotychczas kojarzącą mi się z poetyckimi opisami górskich wypraw, a niekoniecznie z jajami leminga.
Jednym z aspektów (wcale nie najmniej ważnym) górskich wypraw są ogniska. Charakter dyskusji przy ogniskach nieco odbiega od tych, które prowadzimy na salonach, więc sama rozumiesz... ;)
Krin pisze:Tekst jest lekki, więc choć z początku chciałam uszczknąć co najwyżej kawałek, przeczytałam całość za pierwszym razem.
To bardzo wielki komplement. Szczepan, dumny jak paw, dziękuje, pręży pierś i rozkłada kolorowy ogon
:yaaay:
Krin pisze:Tytuł mnie nawet przyprawił o dłuższą rozkimnę natury egzystencjalnej.
Tekst w drugiej warstwie (ogry mają warstwy, ja również) jest smutny, zwłaszcza, że wątek pracy naukowej Williama, choć przerysowany, nie odbiega zbytnio od tego, co w rzeczywistości.
Krin pisze:Dobrze też, że nie skończyło się jak w dowcipie, bo jeśli się nie mylę, w oryginale facet poszedł do krawca już po operacji...
Moja bezgraniczna wiara w człowieka, nawet jeżeli jest zapatrzonym w siebie dupkiem, wyklucza tak drastyczne rozwiązania. :)

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Jaja leminga, czyli jeden dzień Williama Kociuby

Post autor: Kanterial » 19 marca 2017, 08:50

Muszę wspomnieć o bardzo silnym skojarzeniu, które mnie złapało od razu - gdy pierwszy raz przeczytałam tytuł. William Kociuba odpalił w moim mózgu zawleczkę o nazwie "Adaś Miauczyński" i pewna byłam jakoś dziwnie, że dostanę komediową historię o niezadowolonym Polaku i jego dramatyczo-komicznych zmaganiach z rzeczywistością. Może i głupio reagować tak na tekst, jednak rzuciłam okiem i uznałam, że chyba faktycznie przeczucia mnie nie mylą.
Dopiero dziś mnie ruszyło i przeczytałam dokładnie, próbując się pozbyć tego uciążliwego (jak ból Williama) poczucia, że czytam pracę może i ciekawą, może i dobrze napisaną, ale w jakiś sposób oklepaną. Jest tutaj taka domyślna wtórność. Nie w zdaniach. Poza tym powiem, że lubię, jak piszesz, piszesz estetycznie, przyjaźnie i niemęcząco. No, ale... Zgodnie z przyzwyczajeniem (i uprzedzeniem twoim na samej górze!) szukałam w tekście czegoś głębszego niż warstwy najpłytszej. Do tej nie mam uwag technicznych, jest zacna. Przesłanie? Cóż, nie chcę dublować poglądów Krufachi, ale przez cały tekst płynęłam z nadzieją, że zaraz błyśniesz, że będzie takie "och", czekałam na błyskotliwość, zaskoczenie jakieś, świeżość przemyśleń.
Napisałeś tekst haczący o sprawy dawno już nagłośnione, takie, o których wszyscy wiemy i z którymi mamy styczność. I dobrze. Tylko żeby chodzić takimi wydeptanymi ścieżkami, dać się zapamiętać (po tych wszystkich filmach, książkach, żartach, własnych przemyśleniach na wybrany przez ciebie temat) trzeba zrobić coś niezapomnianego. W moim odczuciu - nie zrobiłeś. Nie uśmiechałam się czytając, acz tu akurat jestem pewna, że to wybitnie nie mój typ zabawności. Powtórzenia w tekście mocno mnie męczyły, a nie powinny, bo lubię. Męczyło i kończenie każdej sceny zdaniem o bólu jaj, i nawet takie błahostki jak "pracuję od 40 lat, znam się" napisane trzy razy.

Jestem na tak z twoim stylem, jestem na nie z formą podania przemyśleń, jestem mocno na nie z samym pomysłem na tekst. On mnie jakoś tak dręczy, jakby mógł być dobry i nie był, albo zwyczajnie nie był dla mnie. Ja już to wszystko gdzieś słyszałam.

Wtrącenie jeszcze, bo mi się przypomniało pod koniec: scena z panią Aliną oderwana totalnie. Wiem, że takie miała robić wrażenie, ale sam styl wypowiedzi tej kobiety jest tak sztuczny (tu gra też kontrast z resztą tekstu) że aż chce się zamrugać i oczy potrzeć. Ona mówi, jakby recytowała napisany wcześniej poemat. Mało to naturalne.

Mimo wszystkich uwag doceniam - i warsztat i podjętą próbę. Dziękuję, że wrzuciłeś
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
szczepantrzeszcz
Posty: 213
Rejestracja: 07 lutego 2014, 12:52

Re: Jaja leminga, czyli jeden dzień Williama Kociuby

Post autor: szczepantrzeszcz » 19 marca 2017, 21:31

Kanterial pisze:scena z panią Aliną oderwana totalnie. Wiem, że takie miała robić wrażenie, ale sam styl wypowiedzi tej kobiety jest tak sztuczny (tu gra też kontrast z resztą tekstu) że aż chce się zamrugać i oczy potrzeć.
Do publicystyki wrzuciłem niewielki tekścik o arystokracji - to zamiast wyjaśnień co i dlaczego. Zapewniam Cię, że kiedy ktoś rozmawia z Tobą w taki sposób, jak czyni to pani Alina, nie odczuwasz sztuczności, brzmi bardzo naturalnie i słuchać przyjemnie. Mało takich ludzi zostało.

Szczepan dziękuje za wizytę i za słowo.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Jaja leminga, czyli jeden dzień Williama Kociuby

Post autor: Siemomysła » 05 kwietnia 2017, 14:18

Przeczytałam ze dwa tygodnie temu. Jakoś waćpan powiedział, broda tego dowcipu wlecze się za nim po ziemi i przyznam, że do mnie ta wierzchnia warstwa, że tak nazwę to, co być może mogło śmieszyć, nie dotarła. Było mi po przeczytaniu smutno. Smutno za Williama i jego egzystencję nijaką, a najbardziej to za to, że on zdaje się nawet tej nijakości nie zauważać. Z drugiej strony - może dzięki temu ma szansę być jakoś tam szczęśliwy, jak już ta głowa go boleć przestanie? A ten fragment, gdy wizytuje starszą panią też mi się wydał niepasujący do reszty. Odbieram go tak, że przy tej osobie William nie był sobą. Jakby odbijał nieco jej światła, jej elegancji.

Dziękuję za lekturę, za to jak uważnie piszesz, tak, by czytelnik mógł po prostu wchłaniać treść :)
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
szczepantrzeszcz
Posty: 213
Rejestracja: 07 lutego 2014, 12:52

Re: Jaja leminga, czyli jeden dzień Williama Kociuby

Post autor: szczepantrzeszcz » 05 kwietnia 2017, 21:26

Siemomysła pisze:Było mi po przeczytaniu smutno. Smutno za Williama i jego egzystencję nijaką, a najbardziej to za to, że on zdaje się nawet tej nijakości nie zauważać.
Znaczy jednak coś (chociaż trochę) mi wyszło.
Siemomysła pisze:A ten fragment, gdy wizytuje starszą panią też mi się wydał niepasujący do reszty. Odbieram go tak, że przy tej osobie William nie był sobą.
A może właśnie tam był sobą?
Siemomysła pisze:Jakby odbijał nieco jej światła, jej elegancji.
Fajne sformułowanie, jednak nie o samą elegancję mi chodziło, lecz o kontrast pomiędzy prostym i jednoznacznym światem pani Aliny i światem korpo, który wielki jedynie nazwą.

Serdeczne dzięki za posta. Miło, jak ktoś zajrzy.

ODPOWIEDZ