UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Tytuł PROZY LIPCA
zdobyło ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee.

Serdecznie gratulujemy! :D

Dziwne spotkania Franka Wilsona (kontynuacja) [+16]

KRYMINAŁ, HORROR, THRILLER, SENSACJA
Pomysły moich powieści kryminalnych znajduję zmywając. Jest to zajęcie tak głupie, że zawsze rodzi we mnie myśl o zabójstwie. ~ Agatha Christie
Awatar użytkownika
Nazareth
Posty: 65
Rejestracja: 20 stycznia 2017, 13:06

Dziwne spotkania Franka Wilsona (kontynuacja) [+16]

Post autor: Nazareth » 23 stycznia 2017, 12:39

Od autora: W poniższym tekście mogą zdarzyć się błędy i niedociągnięcia, nie oczekuję od nikogo, że będzie je wypisywał i poprawiał, podobnie jak nie oczekuję, że zostaną zignorowane nie wpływając na ocenę tekstu.


Zemsta drwala
Kariera przedstawiciela handlowego to niełatwy kawałek chleba. Ci z nas, którym się poszczęściło, mają za rewir miasto lub gminę, ja niestety do nich nie należę. Spędzam życie w drodze – jeżdżąc po całej północnej Montanie, sprzedaję chłodziarki przemysłowe. Być może nie brzmi to zbyt ekscytująco, ale wierzcie mi, w tym fachu nie brakuje przygód.

Tamtej nocy jechałem do nowego klienta, który zakładał hurtownię drobiu, gdzieś pośrodku niczego. Po drodze zgubiłem się kilkukrotnie, klucząc wśród nieoznaczonych dróg gruntowych, nim w końcu udało mi się dotrzeć do małej mieściny, której szukałem. Całe „centrum” składało się z kościoła, sklepu wielobranżowego i baru połączonego z hotelem. Zwykła dziura, ale zdarzało mi się bywać w gorszych.

Było już ciemno i późno, gdy wreszcie wynająłem pokój. Nic specjalnego, łóżko z zapadniętym materacem, zakurzone zasłony i brudna umywalka, wystarczyło jednak, by złapać kilka godzin snu i rano ruszyć do pracy. Zdarzało mi się już nocować w różnych warunkach i będąc zupełnie szczerym, cieszę się za każdym razem, gdy nie muszę spać w samochodzie. Rzuciłem plecak na ziemię i na chwilę wyciągnąłem się na łóżku. Nie chciałem jednak jeszcze kłaść się spać, postanowiłem zejść do baru i zjeść późną kolację, może wypić parę drinków, by rozluźnić się po przebytej drodze.

Hotelowa knajpa, na szczęście, prezentowała wyższy standard niż moja kwatera. Nic wyszukanego, ale było czysto i schludnie. Klientów było niewielu: para w kącie wymieniająca namiętne spojrzenia, grupka gołowąsów śledząca mecz footballu na starym telewizorze i ponurak na końcu baru. Sam również zająłem miejsce przy barze, odpowiednie dla ludzi zdrożonych i samotnych. Kelnerka pojawiła się natychmiast i obdarzając mnie wątłym uśmiechem, zapytała, w czym może mi pomóc. Zamówiłem stek z frytkami i colę. Nie cierpię jednak jeść samemu. Można by pomyśleć, że zdążyłem się przyzwyczaić, ale jest to chyba jedna z tych rzeczy, których nigdy nie będę w stanie zmienić. Zerknąłem więc w stronę ponuraka pochylonego nad kuflem piwa i gdy pochwycił mój wzrok, skinąłem głową w pozdrowieniu. Po chwili wahania odpowiedział mi tym samym.

– Urokliwe miejsce. Nie sądzi pan? – spróbowałem zagaić, a mężczyzna wzruszył ramionami. – Jest pan tutejszy? – Pokręcił przecząco głową.

Facet w oczywisty sposób nie należał do rozmownych, ja jednak tęskniłem za dialogiem z kimś innym niż moje samochodowe radio, więc nie miałem zamiaru łatwo odpuścić.

– Nie interesuje pana mecz? – Ruchem głowy wskazałem telewizor, a on znowu jedynie wzruszył ramionami. – Pan mi wybaczy, ale od dawna z nikim nie rozmawiałem... Mimo wszystko nie chcę się narzucać. Nie narzucam się?

Nieznajomy wbił we mnie przenikliwe spojrzenie. Po dłuższej chwili podniósł się ze stołka i wolno ruszył w moją stronę, by usiąść koło mnie. Przez chwilę trwaliśmy w niezręcznej ciszy.

– Chciałeś rozmawiać. Rozmawiaj więc, kochanieńki – odezwał się w końcu mój nowy kompan, mówiąc wolno i prawie szeptem, jakby był nienawykły do wypowiadania swych myśli na głos.

– No więc tak... – zacukałem się. – Jestem Frank. Frank Wilson, sprzedaję chłodziarki przemysłowe. Jestem tu w interesach. A ty?

– Jon – odszepnął zwięźle, a ja od razu się domyśliłem, że nie jest to jego prawdziwe imię. Nie żeby sprawiało mi to jakąś różnicę.

– Miło mi poznać. Czym się zajmujesz, Jon?

– Jestem drwalem – odparł z ociąganiem.

– Jasny gwint! Drwalem?! Czemu nienawidzisz drzewa, stary? – zażartowałem w odpowiedzi, mając nadzieję, że w ten sposób uda mi się przełamać lody.

– Bo to popaprane, mordercze sukinsyny – odparł prawie natychmiast, dalej patrząc w swój na wpół opróżniony kufel zamiast na mnie.

– Jasne! – wybuchnąłem śmiechem. – Popaprane sukinsyny! A to ci dopiero!
Mimo mojego rozbawienia oblicze ponuraka Jona pozostało bez wyrazu. Po chwili jego twarz stężała i jedna ręka zacisnęła się na blacie.

– Czy widzisz, żebym się śmiał? – wysyczał.

– Zaraz, ty... – Zawahałem się. – Ty mówisz poważnie?!

– A wyglądam ci na żartownisia? Cholerne drzewa zniszczyły mi życie, zabrały rodzinę. Banda liściastych skurwysynów! – Ostatnie słowa prawie krzyczał, bijąc ręką w blat kontuaru.

„Rewelacja...” – pomyślałem. „Trafił mi się kolejny świr”. Cóż, nie pierwszy raz w swoich wojażach trafiłem na osobę o niepewnej kondycji umysłowej. Wielu z nich jednak potrafi dostarczyć taniej rozrywki, a ten wydawał mi się zupełnie oderwany od rzeczywistości, a zatem interesujący.

– Dobrze, spokojnie! – Uniosłem ręce w pokojowym geście. – Nie miałem zamiaru się naśmiewać. Po prostu nie spodziewałem się takiej odpowiedzi i zdarza mi się chichotać, gdy się denerwuję. Mogę postawić ci drinka?
Jon nadal przewiercał mnie wściekłym spojrzeniem, ale po chwili przytaknął. Gestem wezwałem kelnerkę.

– Kolejne piwo dla mojego kompana, a dla mnie martini. – Dziewczyna zerknęła na mnie trochę z ukosa, ale przyjęła zamówienie. – To jak, kolego? Opowiesz mi, o co chodzi z tymi drzewami?

– Heh... i tak mi nie uwierzysz – westchnął mój rozmówca.

– Sprawdź mnie. Słyszałem niejedną szaloną historię – odpowiedziałem z uśmiechem.

– Nie taką jak moja. Wszytko zaczęło się, gdy byłem jeszcze chłopcem. Widzisz, dziadunio mój był cieślą.
Prawdziwym, nie takim jak ci teraz, miękodupce. Nie miał maszyn. Ba, w warsztacie nawet długo prądu nie miał, póki mu się oczy nie zaczęły psuć i mu mój tatuńcio światło elektryczne musiał podłączyć. Nie, nie, kochanieńki, on wszystko robił rękami. Miał strugi, dłuta i kupę innego żelastwa, którym, wiórek po wiórku, obcinał nadmiar drewna, by zrobić z niego mebel albo narzędzie, czasem nawet jakąś zabaweczkę dla nas, dzieciaczków.

Kelnerka pojawiła się z naszym zamówieniem, a ja pomyślałem, że trafiłem w dziesiątkę, gadając z tym wariatem i kroi się ciekawa historia, którą przywiozę ze sobą do domu. Jon zwilżył gardło długim łykiem piwa i podjął przerwaną opowieść.

– No i pewnego dnia dziaduniowi przywlekli to drzewo, wielkie bydlę, żeby z niego szafę zrobił dla jakiegoś bogacza. Przyjął zlecenie, bo czemu nie miałby. Pierwszy dzień, co to drzewo zaczął z kory ciosać, drzazga mu w rękę wlazła, długa jak ołówek. Dziadunio był twardy jak gwoździe, więc się nie przejął, drzazgę wyciągnął i wrócił do pracy. Na drugi dzień jednak obudził się z gorączką, a trzy dni później nie obudził się już wcale.
Pochowaliśmy dziadunia jak się należy, tatuńcio mu nawet trumnę zbił z tego drzewa, co go zabiło. Z jego śmiercią jednak nie mógł się pogodzić wujcio Steven, młodszy brat tatuńcia. Jednej nocy popił się tęgo, to, co z drzewa zostało łańcuchem przyczepił do traktora i pojechał wywieźć do lasu, bo już patrzeć na nie nie mógł. Rano żeśmy się dopiero zorientowali, że go nie ma, a to była już zima, więc poszliśmy w las jego śladem. Z tego co znaleźliśmy, doszliśmy do wniosku, że jak odczepiał kłodę, ta się przeturlała i mu przytrzasnęła nogę, potem wilki go zjadły. Musi być, że sierściuchy są z liściastymi w zmowie. Tak oto, przez jedno drzewo straciłem dziadunia i wujcia – zakończył Jon, smętnie zwieszając głowę.

To było przednie. Zabrzmi to może gruboskórnie, ale robiłem wszystko, co mogłem, by tylko się nie śmiać. Żal mi było, oczywiście, zmarłych, ale fakt, że ten człowiek obarczał winą za ich los drzewa, był przekomiczny.

– To straszne – powiedziałem na głos. – Nie sądzisz jednak, że to zrządzenie losu, a nie roślinna konspiracja, było przyczyną tych niefortunnych wypadków?

– Ech... żeby to był koniec, kochanieńki, to pewno bym tak myślał, ale nie, to dopiero początek. Tatuńcio też był cieślą. Widzisz, dziadunio nauczył go fachu. Ale po tamtych wypadkach nie chciał już robić mebli. Gdy pochowaliśmy wujcia, wpadł w amok jakiś, wziął siekierę i zwalił każde drzewo w promieniu pięciuset metrów od naszego domu. Każde jedno, kochanieńki! Leżały tam wkoło naszego domu całą wiosnę i lato, które tamtego roku było upalne. Jednej nocy, już na jesień, obudziło mnie coś i jak otwarłem oczy było tak jasno, że myślałem, że to już nowy dzień się zaczął. Zdążyłem założyć spodnie i koszulę, nim się zorientowałem, że to pożar. Wszystkie te drzewa, co je mój tatuńcio zwalił, płonęły dookoła naszego domu. Obudziłem więc jego i mamuńcię, i udało nam się stamtąd jakoś wydostać, ale Eliza, moja siostrzyczka, nam się gdzieś zgubiła i już nigdy żeśmy jej nie widzieli. Zabrały ją drzewa.

Po swoich ostatnich słowach, Jon opróżnił kufel i zapatrzył się gdzieś w dal. Wykorzystałem moment, by dać znać kelnerce gestem, że jesteśmy gotowi na drugą kolejkę. Mimo tego, że w historii mojego rozmówcy trup ścielił się gęsto, naprawdę miałem nadzieję, że to jeszcze nie koniec. Zacząłem się zastanawiać, ile pechowych przypadków musi się człowiekowi przydarzyć, nim postrada rozum.

– Po tym sprzedaliśmy ziemię. Wyprowadziliśmy się do miasta, z dala od lasu. Kupiliśmy mieszkanie na parterze w kamienicy. Tatuńcio zaczął pracować w hucie, byle dalej od drzew. Ale pewnego wieczora, gdy siedział w fotelu ze swoją wieczorną szklanką whisky, przed naszą kamienicą przejeżdżała ciężarówka z drewnem. Gdy mijała nasz dom, pękł łańcuch i jedna z bali zleciała z przyczepy, wpadła przez nasze okno i przygwoździła tatuńcia do jego fotela. To wtedy zrozumiałem, że te bydlaki poprzysięgły sobie na nas zemstę, że będą nas ścigać gdziekolwiek nie pójdziemy.
Mamuńcia wyjechała do swojej siostrzyczki, do Nevady. To jest pustynia i była tam bezpieczna. Zmarła dopiero kilka lat temu i nie sądzę, by drzewa miały z tym coś wspólnego. Ja z kolei wróciłem w rodzinne strony, niosąc ze sobą tatuńciową siekierę. Byłem młody i chciałem walczyć. Walczę do dziś. Pozostaję w ciągłym ruchu, to jedyna przewaga, jaką mamy nad tymi liściastymi gnojami. Ruszamy się dużo szybciej, więc biegam jak partyzant z miejsca na miejsce, nie dając im szansy na odwet. Wykańczam je wojną szarpaną.

– Stary, wybacz mi – nie wytrzymałem – ale kurwa, to są tylko drzewa!

– Widzisz – powiedział ze smutnym uśmiechem – wiedziałem, że mi nie uwierzysz, kochanieńki. To nie są tylko drzewa. One chcą, żebyś tak myślał. Ale to tylko pozory, to cierpliwi asasyni, stojący w milczeniu przez lata albo nawet wieki i planujący mord, wyczekując okazji. Gdy ta się nadarzy, rzucają się bez zastanowienia, by zaspokoić płynącą w ich żywicy żądzę krwi. To psychopaci, bestie zamaskowane omszałą korą, zwyrodniali mordercy! – Jon znów krzyczał.

Nie wiedziałem, co mam powiedzieć, więc tylko wychyliłem do końca swoją szklankę martini. W następnej chwili walczyłem o oddech. Coś zagnieździło się w moim przełyku, uniemożliwiając mi zaczerpnięcie powietrza. Nie mogłem tego wykrztusić, nie mogłem zrobić niczego. Spanikowany wstałem, zataczając się i przewracając stolik. Potem światła zgasły.

Obudziłem się dzień później w szpitalu. Jon siedział przy moim łóżku. Gdy zobaczył, że się otworzyłem oczy, podszedł do mnie.

– Oliwka – powiedział. – Z twojego martini. Prawie cię zabiła, kochanieńki. Miałeś dużo szczęścia. Drzewa oliwne to jedne z najbardziej popapranych sukinsynów, z jakimi się zetknąłem. Syndrom małego drzewa, tak myślę.

To powiedziawszy, zabrał swoją kurtkę przewieszoną przez oparcie szpitalnego fotela i odszedł bez pożegnania. Opowiedziałem tą historię wiele razy, często też myślę o tym dniu, w którym pewnie bym zginął, gdyby nie szalony Jon. Do dziś nie wiem, czy wierzę w jego zwariowaną historię, ale nigdy już nie zamówiłem martini. Także meble zacząłem kupować stalowe, tak na wszelki wypadek.
Z mroku zabobonu wyszliście i w mrok zabobonu powrócicie, ażeby tarzać się w grzechu i bujnie obrastać diabelstwem!

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Dziwne spotkania Franka Wilsona [+16]

Post autor: Siemomysła » 24 stycznia 2017, 08:24

– Bo to popaprane, mordercze sukinsyny – odparł prawie natychmiast, dalej patrząc w swój na wpół opróżniony kufel zamiast na mnie.
Śmiechłam.
I parę razy później. Przy syndromie małego drzewa na przykład też.

Jeśli mi coś nie pasowało to słowo "asasyni" w ustach drwala. Nie komponowało się z resztą jego wypowiedzi. Zwykli swojscy "zabójcy" byliby lepsi moim zdaniem - nie potknęłabym się na nim. I ta szklanka martini, bo mózg uparcie łączy martini z kieliszkiem, ale to wywołało tylko myśl: "ech, dziewczyna nawet nie wie, jak podać martini" ;)
Mamuńcia wyjechała do swojej siostrzyczki, do Nevady. To jest pustynia i była tam bezpieczna. Zmarła dopiero kilka lat temu i nie sądzę, by drzewa miały z tym coś wspólnego.
A to jest dobry akcent. Uprawdopodobnia opowieść drwala i gdybym była Frankiem ten moment byłby dodatkową motywacją (podstawowa do oliwka oczywiście), żeby trzymać się z daleka od drzew.

Napisane sprawnie, bohater zarysowany na tyle, żeby czytelnik chciał go posłuchać, narracja dobrana do treści idealnie. Dobra opowieść do kawy.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
RebelMac
Posty: 42
Rejestracja: 22 stycznia 2017, 13:23
Lokalizacja: Bielsko - Biała

Re: Dziwne spotkania Franka Wilsona [+16]

Post autor: RebelMac » 24 stycznia 2017, 12:32

Opowiadanie z pomysłem. Właściwie taki jeden długi dialog ale przyznaję, że zabawny. Słowo Asasyni nie pasuje mi do drwala, po za tym fajna maniera z mamuncią i tatunciem. Ogólnie pozytywnie i na plus, me gusta. Koniec przewidywalny ale właśnie tak powinien wyglądać.

Pozdrawiam.

Awatar użytkownika
Nazareth
Posty: 65
Rejestracja: 20 stycznia 2017, 13:06

Re: Dziwne spotkania Franka Wilsona [+16]

Post autor: Nazareth » 24 stycznia 2017, 18:07

Siemomysła
Bardzo dziękuję za komentarz. Celne uwagi, zabójcy albo skrytobójcy brzmieli by lepiej od asasynów. A szklanka martini, to efekt ignorancji autora, który był drwalem a nie barmanem... nie zaraz, autor był również barmanem ale w strasznej mordowni, i martini nigdy nie podawał ;)
Cieszę się, że śmiechłaś bo to był cel, ale inne przygody Franka, mogą cię już nie rozbawić.

RebelMac
Dzięki za komentarz. To prosta historyjka więc zakończenie też jest proste, cieszę się że nie wymagasz od niego więcej ;)
Z mroku zabobonu wyszliście i w mrok zabobonu powrócicie, ażeby tarzać się w grzechu i bujnie obrastać diabelstwem!

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Dziwne spotkania Franka Wilsona [+16]

Post autor: Kanterial » 25 stycznia 2017, 05:20

Dawno już nie komentowałam krótkich tekstów (serio, jakieś same długie na forum łapię XD) i aż tak dziwnie pisać krótki komentarz... Ale cóż mogę powiedzieć poza tym, że mi się podobało?

Historia zaskakująca i to mocno, właściwie do końca nie miałam pojęcia jak chcesz rozwiązać akcję, jaką szykujesz pointę i o czym w sumie będzie całość. Bardzo pozytywnie oceniam takie trzymanie czytelnika w niepewności. Lubię, osobiście. Znów nie szarżowałeś w humorem i był na tyle przyjemnie zaserwowany, że się nie narzucał. Za to pełen szacun. Rozbawiły mnie z dwa, trzy momenty, a wiadomo, że tekstem o wile trudniej kogoś rozbawić niż zwykłą nawet rozmową. Teksty o drzewach to już totalna miazga - absurdalna nienawiść Jona z jednej strony mnie ubawiła, a z drugiej wprawiła w taką... konsternację(?) która została aż do końca.

Dołączam do uwagi Siemomysły - szklanka Martini brzmi dla mnie nierealnie.

I tak właściwie, poza lekkością i rozbawieniem, ten tekst poniekąd mnie ruszył. Tak delikatnie. Tym, co wyłaniało się z postawy głównego bohatera - przyzwyczajeniem do różnych, dziwnych spotkań, sfiksowanych ludzi. Może wręcz było to pewne zobojętnienie. Delikatnie przygnębiający akcent.
Zacząłem się zastanawiać, ile pechowych przypadków musi się człowiekowi przydarzyć, nim postrada rozum.
a to, wyżej, naprawdę udane.

Dzięki.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Dziwne spotkania Franka Wilsona [+16]

Post autor: pierdoła saska » 26 stycznia 2017, 10:01

Trochę ten gawędziarz kulał mi na początku. Jakoś tekst nie płynął, melodia się cięła i nie wsiąkłam, nie zasłuchałam się, musiałam się wczytać z nieco większym zapałem z mojej strony, czyli norma, ale tak sobie o tym pisze w kontekście podtytułu tematu.
Ale przeskakując trucie wstępne, to pomysł opowieści o życiu drwala *-* Kupuję to, a zwłaszcza ten kawałek, gdzie Frank pyta przestrzeń/czytelnika o to ile przypadków musi się zdarzyć, zanim ktoś postrada zmysły i zacznie wierzyć w spisek czy w to, że drzewa są bestiami pożądającymi ludzkiej krwi. I samo to byłoby ciekawą zastanawiajką, gdyby po prostu opowiedział jak usłyszał tę historię od Joe, ale zakończenie daje taką drugą odpowiedź. I to mi się podobało, bo na samym finiszu zmieniało odpowiedź, która nasuwała się na myśl wcześniej - bo nie, wcale nie wiele, szaleństwo jest zaraźliwe drogą słuchową, przez opowieści. No z małą pomocą zbiegów okoliczności… a może tam żadnego zbiegu okoliczności nie było? ;)
W sumie nie wiem czemu pomyślałam najpierw, że wykończyć go chciała wykałaczka z oliwki, ale sama oliwka też czemu nie.
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1820
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Dziwne spotkania Franka Wilsona [+16]

Post autor: Kruffachi » 26 stycznia 2017, 19:05

Dodam łyżkę dziegciu do tej beczki miodu ;) No, zawsze musi się znaleźć jakiś malkontent i tym razem będę to niestety ja, bo mi się nie podobało właściwie... w całości. Ale mam nadzieję, że po tak pozytywnym odbiorze jeden komentarz negatywny poczytasz sobie jako sygnał do przemyśleń, a nie cios.

Największy problem miałam z narratorem i to na dwóch płaszczyznach. Najpierw zirytował mnie dokumentnie jako człowiek - choć to oczywiście żadną miarą nie jest zarzut wobec autora. Ani Ty nie masz obowiązku tworzyć postaci, które polubię, ani ja lubić wszystkich. Ten mnie wkurzał tak, że nóż się w kieszeni otwiera. Po prostu nie znoszę takich typów, przerażają mnie. Zaczepiających, oczekujących rozmowy, wyobrażających sobie, że mam obowiązek spełniać ich socjalne zachcianki. Ja nie wiem, ludzie uważają, że to sympatyczne i inspirujące, że się tyle można od nieznajomych nauczyć, ale ja nienawidzę być takim nieznajomym, zwłaszcza kiedy nie mam dokąd uciec, a zdarza mi się to z jakiegoś powodu często, jakby złośliwość losu. I najczęściej w przedziale pociągowym, właśnie nad otrzymanym dopiero co obiadem w knajpie itp. Dlatego wkurzyła mnie ta jego bezczelność, ten brak szacunku dla strefy intymnej innych ludzi, a przynajmniej ja tak to odebrałam. Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że szuka nie rozmówcy, a ofiary. I jego stosunek do drwala, taki lekceważący, taki turysty w ZOO, to było okropne, jeżyło mi włoski na karku i przywoływało wojenne flashbacki z kontaktów z takimi ludźmi.

No ale dobra, skoro już wylałam żale... Czasem jest jednak tak, że bohatera nie lubię, ale chwyta mnie jego wewnętrzne gadanie, narracja płynie. Tu, niestety, tego nie czułam. Czułam się nie tak, jakby ktoś dawał mi wgląd do swojej głowy, a tak, jakby usadził na twardym krześle i brzęczał nad głową. Może to właśnie dlatego, że nie potrafię powiedzieć o nim niczego ponad to, że jest wkurzającym socjalnym wampirem i - w moim odczuciu - zwyczajnym dupkiem. Może ja go po prostu nie chciałam słuchać, a ponieważ w stylu tego opowiadania nie znalazłam niczego urzekającego, ani na moment o tym nie zapomniałam.

Historia drwala też mnie niestety nie poruszyła i nie zaskoczyła. Cały czas miałam to wrażenie, że gdzieś już to czytałam, tylko nie wiem gdzie i kiedy. I nadal to wrażenie mam. Ani mnie nie przeraziło, ani - tym razem - nie rozbawiło. Sam drwal jawi się jako postać w swym konstrukcie znacznie sympatyczniejsza, nawet jeśli nieco karykaturalna, ale też oparta na dość klasycznym i oczywistym kontraście wyglądu, sposobu wysławiania, dojrzałości emocjonalnej i czynów. Niemniej cały czas czułam, że znacznie chętniej bym tę opowieść zobaczyła jego oczyma, choć oczywiście wówczas byłby to zupełnie inny tekst i jako czytelnik nie mam prawa wymagać, bo to mój osobisty "widzimiś". W każdym razie, ta jego historia po prostu po mnie spłynęła. Wszystko spływało albo denerwowało aż do samej pointy, która to może i mnie zaskoczyła, ale jednocześnie wywindowała powieść drwala na poziomy absurdu i pokazała go raczej jako paranoika, a już prawie, prawie mu uwierzyłam. Z tego też powodu trudno mi było przyjąć późniejsze zachowanie narratora, no bo jednak to powiązanie oliwki ze sprawą jest na chłopski rozum grubymi nićmi szyte.

Tyle ode mnie, aż mi głupio :grzybki:
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Nazareth
Posty: 65
Rejestracja: 20 stycznia 2017, 13:06

Re: Dziwne spotkania Franka Wilsona [+16]

Post autor: Nazareth » 29 stycznia 2017, 14:56

Kanterial
Dziękuję za komentarz, miło mi że poza humorem zauważyłaś też inną stronę tego opowiadania i przyjemnie mi niezwykle, że udało mi się Ciebie rozśmieszyć a tekst przypadł do gustu. Mam nadzieję, że kontynuacja Cię nie rozczaruje.

Marsa
No cóż, jeśli chodzi o wstęp starałem się by wyszedł jak historia komiwojażera o gawędziarskim zacięciu, nie historia gawędziarza o komiwojażerskim zacięciu. Jeżeli to ma sens. Chciałem by był trochę lakoniczny, może nawet suchy, niewprawny.
Cieszę się, że historia się spodobała i że zastanowiły Cię zbiegi okoliczności, które oddziaływały na obydwu bohaterów. Mam nadzieję, że inne przygody Fraka też przypadną Ci do gustu.

Kruffachi
W brew temu co sobie myślałaś, ucieszył mnie twój komentarz, bo wreszcie jest ktoś komu mogę przyznać się do mojego małego brudnego sekretu... Ja też nie lubię Franka. Oczywiście nie jako opowiadań (wtedy bym ich nie pisał), ale jako postaci.
Ten tekst opublikowałem już dość dawno temu w odmętach internetu i największym zaskoczeniem było dla mnie właśnie to, że wszyscy lubią pana Wilsona, który jak słusznie zauważyłaś jest emocjonalnym pasożytem, wygłodniałym rozrywki samolubnym egocentrykiem. Miał w moim zamyśle przedstawiać sobą niektóre cechy współczesnego społeczeństwa "oglądaczy" - ludzi chciwych sensacji, uważających, że życia ludzkie to teatrum zaprojektowany specjalnie dla nich (jak w piosence Jacka Kaczmarskiego "Błogosławię zło").
Tak, drwal był karykaturalny i stworzony na wyrost, ale jak sama, słusznie, zauważyłaś został on przedstawiony z perspektywy Franka, więc nie do końca, możemy być pewni obiektywności.
Nie potrzebnie Ci głupio Kruff, jeśli postaci wywołały w Tobie emocje, nie ważne czy pozytywne, czy negatywne, znaczy że nie były one papierowe. A to już coś. Zresztą, jestem tutaj by otrzymać krytykę i usłyszeć zdanie innych ludzi na temat tego co piszę. Każde zdanie też na pewno wezmę pod uwagę - nie ważne czy się z nim zgodzę czy nie.
Mam nadzieję, że mimo iż to opowiadanie nie spodobało ci się, dasz Frankowi drugą szansę i zajrzysz do kolejnej odsłony jego przygód, która będzie zupełnie inna niż ta.
Z mroku zabobonu wyszliście i w mrok zabobonu powrócicie, ażeby tarzać się w grzechu i bujnie obrastać diabelstwem!

Awatar użytkownika
Nazareth
Posty: 65
Rejestracja: 20 stycznia 2017, 13:06

Re: Dziwne spotkania Franka Wilsona (kontynuacja) [+16]

Post autor: Nazareth » 29 stycznia 2017, 15:10

Od autora: W poniższym tekście mogą zdarzyć się błędy i niedociągnięcia, nie oczekuję od nikogo, że będzie je wypisywał i poprawiał, podobnie jak nie oczekuję, że zostaną zignorowane nie wpływając na ocenę tekstu.
Dan's macabre
– Frank! Jesteś tam, do jasnej cholery?! – Głos mojego szefa próbował przebić się przez szum dobiegający z głośnika komórki.
– Czekaj chwilę, wyjdę na zewnątrz! Strasznie tu głośno – odpowiedziałem, starając się przekrzyczeć gwar jadłodajni, w której się zatrzymałem.
– Słyszysz mnie? – zapytałem, gdy już stanąłem na dworze.
– Słyszę. A ty mnie?
– Jasno i wyraźnie, szefie. Co się dzieje?
– Zostawisz wszystko, co teraz robisz i pojedziesz na lotnisko w Great Falls, czeka tam na ciebie bilet do Memphis – wykrzyczał mi do ucha.
– Tennessee?! Co ja miałbym robić w Tennessee?!
Zawód komiwojażera to nie łatwy kawałek chleba i sprzedając, chłodziarki przemysłowe pozostawałem w podróży przez większość czasu. Z reguły jednak nie wypuszczałem się poza rejon Montany, Wyoming i obu Dakot. Wiadomość, że mam udać się tak daleko na południe nie lada mnie zdziwiła.
– Masz wynająć samochód i jechać do Nowego Orleanu – odparł w taki sposób, jakby to miało wszystko wyjaśnić.
– Szefie, zaczynam się gubić. Potrzeba mi trochę więcej informacji – wydyszałem zrezygnowany.
– Dobra. Słyszałeś o Katrinie?
– Ten huragan, co jakiś czas temu przetoczył się przez południe? Jasne, że tak. Wszędzie o tym trąbili.
– No właśnie! Dan jest w Luizjanie od paru miesięcy. Był w samym środku, kiedy to cholerstwo uderzyło.
– Jasny gwint! Wszystko z nim w porządku? – spytałem zaniepokojony.
– Tak, tak. Próbował podpisać kilka nowych kontraktów, zacząć sieć dystrybucyjną na południu. No i nie mógł tam trafić w lepszym czasie. Oni tam mają wszystko utopione! Wszystko! A teraz przyjdzie czas na odbudowę, pomoc humanitarną i pieniądze z ubezpieczeń. Będą tam potrzebować chłodziarek, Frank. Dużo chłodziarek, w końcu klimat mają gorętszy niż jaja starego plebana! – dyszał podniecony.
– Bardzo zgrabne porównanie... – odparłem zażenowany.
– Wiem! – Na szczęście stary nie wychwycił sarkazmu w moim głosie. – Więc plan jest taki: wysyłam tam ciebie i Carla. Spotykacie się jutro w Memphis i gnacie do Nowego Orleanu co koń wyskoczy. Tam spotykacie się z Danem, on pomoże wam zacząć, ma już więcej kontaktów, niż sam jest w stanie spamiętać. Dawajcie upusty, rabaty i co tam jeszcze. Chcę przede wszystkim stworzyć rozległą bazę klientów. No i pomóc tym biedakom, oczywiście, też. Wszystko jasne?
– Jak słoneczko, szefie. Zabieram się do pracy.
Rozłączyłem rozmowę i podrapałem się po głowie, dalej tępo patrząc na ekran telefonu. Wiedziałem, że moja firma ma w planach rozszerzenie działalności, ale nie myślałem, że aż tak daleko. Niemniej poczułem ekscytację na myśl o wyprawie na południe. Zmiana otoczenia i nowa przygoda kusiły, poza tym lubiłem Dana, rubasznego byłego strażaka, z którym nie widziałem się od ponad pół roku. Wróciłem do środka, by uregulować rachunek i piętnaście minut później siedziałem w swoim samochodzie, kierując się w stronę Great Falls. Na lotnisko dotarłem około północy i nie musiałem długo czekać na swój lot. Wylądowałem w Tennessee parę minut po szóstej rano.
Kilka razy próbowałem dodzwonić się do Carla. Bezskutecznie, połączenia były przekierowywane wprost do poczty głosowej. Nie miałem jednak zamiaru siedzieć bezczynnie. Wynająłem samochód, dopełniając wszelkich formalności i skierowałem się do lotniskowej restauracji, by zjeść wczesne śniadanie. Około ósmej rozdzwoniła się moja komórka.
– Frank Wilson. – Odebrałem.
– Siema, Frank. Tu Carl. Jesteś już w Memphis?
– Tak. Jestem tu już chwilę. Możemy się spotkać przy wejściu na terminal „B”?
– Jasne, będę tam za kilka minut – powiedział prędko i rozłączył się.
Niedługo później stałem przy szklanych, rozsuwanych drzwiach, wyglądając mojego współpracownika. Po chwili wyłowiłem z tłumu jego zmierzwioną czuprynę. Szedł szybkim krokiem, przepychając się wśród ludzkiej ciżby. Carl był wysoki i chudy, duże okulary i zapinana na guziki koszula z krótkim rękawem nadawały mu wygląd komputerowego maniaka. Mimo że dawno przekroczył trzydziesty rok życia, zachował młodzieńczy wygląd licealisty.
– Carl! – krzyknąłem, stając na palcach i machając w jego stronę. – Carl! Tutaj!
W końcu mnie zobaczył, i targając ciężki, wojskowy plecak, ruszył stronę miejsca gdzie stałem.
– Frank! Jak się miewasz, stary? – Wyszczerzył zęby w głupkowatym uśmiechu.
– Nieźle. Nie mogę narzekać. Auto już mam wynajęte. Jak ruszymy teraz, to powinniśmy być w Nowym Orleanie na obiad.
– Stary zarezerwował nam coś fajnego? Ferrari, Porsche?
– Tak, możesz sobie pomarzyć. – Roześmiałem się.
Doprowadziłem Carla do naszego pojazdu: kilkuletniego niebieskiego Chevroleta malibu.
– Fuj! – Splunął przez zęby. – To w ogóle jeździ?
– Jeździ. Wiem, że lubisz mocne samochody, ale ten jest wystarczający do tego, co mamy z nim zrobić, więc postaraj się zbytnio nie narzekać.
Droga upłynęła nam na żartach i miłej rozmowie. Gdy dwóch samotników z przymusu, takich jak my, spotyka się ze sobą, nie potrafią skończyć gadać. Obaj jesteśmy przyzwyczajeni do długich podróży odbywanych w pojedynkę. Każdy z nas ma swój rewir i z reguły nie wchodzimy sobie w drogę. Szeroko zakrojone operacje takie jak ta, którą mieliśmy rozpocząć w Luizjanie, należały do rzadkości.
Trasa nie mogła być prostsza, w Memphis wskoczyliśmy na drogę stanową 55 i jechaliśmy nią prosto na południe aż do samego Nowego Orleanu. Im bardziej zbliżaliśmy się do celu, tym większy ogrom zniszczeń ukazywał się naszym oczom. Zatopione i zrujnowane domy. Zwalone drzewa i słupy telegraficzne. Mimo że od przejścia huraganu minęło już trochę czasu, służby publiczne nadal nie mogły poradzić sobie z ogromem napraw, jakie miały do wykonania.
Gdy zaczynaliśmy się zbliżać do miasta, wyciągnąłem komórkę i znalazłem numer Dana.
– Frank! – usłyszałem po drugiej stronie, w charakterze powitania. – Gdzie jesteś, chłopie?
– Właśnie dojeżdżamy do drogi I–10.
– Nie wjeżdżajcie na nią! Jest dalej nieprzejezdna. Czekaj, masz coś do pisania? Podam ci adres hotelu. Carl jest z tobą? – Dan jak zawsze zadawał po kilka pytań naraz, nie czekając na odpowiedź.
– Najpierw podaj mi adres. Pogadamy, jak się zobaczymy.
Opis trasy, jaki otrzymałem od Dana, był na tyle dokładny, że GPS odpaliłem jedynie dla pewności. W dwadzieścia minut później znaleźliśmy się na hotelowym parkingu. Na schodach prowadzących do wejścia stał nasz kolega, korpulentny mężczyzna po czterdziestce z imponującym piwnym brzuchem, rzadkimi czarnymi włosami i uśmiechem, który pewnie owijałby mu się dookoła głowy, gdyby nie duże, mięsiste uszy. Na nasz widok zdeptał papierosa i podbiegł, by odbierać nam bagaże.
– Carl, Frank! Nawet nie wiecie jak się cieszę, że was widzę, chłopcy! Wiecie jak to jest być samemu przez taki kawał czasu w obcym miejscu? Jak wam minęła podróż? Macie ochotę na drinka?
Mimo że mówił głębokim basem, wydawał się trajkotać jak nastolatka.
– Na drinka mam zawsze ochotę – wyrwał się Carl.
– A może tak najpierw prysznic? – zaproponowałem. – No i torbę bym chętnie zostawił w pokoju.
To trochę ostudziło ich entuzjazm, ale nie miałem z tego powodu specjalnych wyrzutów sumienia. Napić się człowiek zawsze zdąży, jednak przede wszystkim mieliśmy pracować. Dan odprowadził nas do naszych pokoi, sąsiadujących z jego własnym i zgodziliśmy się spotkać godzinę później, by wyruszyć na miasto.
Przemierzając spustoszone ulice, nie mogłem przestać wyobrażać sobie scen, które musiały się tam rozgrywać miesiąc wcześniej. Na budynkach dokładnie było widać linię, do której sięgała woda. Nadal wszędzie wokoło walały się śmieci, różne przedmioty skradzione przez Katrinę, a także zwykłe patyki. Przestałem słuchać rozmowy moich towarzyszy i przed oczami stanęła mi wzburzona toń pędząca między budynkami. Usłyszałem przeraźliwy skowyt wiatru i ludzkie krzyki tonące w ryku piorunów. Nadal nie podano dokładnej liczby ofiar...
– A ty jak myślisz, Frank? Frank?! – Krzyk Carla wyrwał mnie z otępienia.
– Hę? – odparłem, wciąż trochę zagubiony.
– Kto miał lepsze cycki? Pamela czy Marilyn?
– Marilyn, bo naturalne – odparłem, nie poświęcając jednak temu tematowi większej uwagi.
– „Marilyn, bo naturalne”! – Dan się ucieszył. – Widzisz, Carl? Frank to wie, co dobre! Nie tak jak ty, gówniarzu!
Bar, do którego zawitaliśmy chwilę później, wyglądał jak stodoła, w pośpiechu zaadaptowana na potrzeby odradzającej się społeczności, nie mogącej funkcjonować bez tej zacnej instytucji. Spodobał mi się jednak od razu, pociągała mnie jego surowość, egzotyka południa. Biurka, domowe stoły i szpule po przewodach elektrycznych udawały barowe stoliki. W całym pomieszczeniu nie było również dwóch identycznych krzeseł, nie brakowało za to foteli i kanap, na których siedzieli liczni goście. Na samym środku wygospodarowano miejsce dla zespołu muzycznego grającego bluesowe kawałki. Usiedliśmy za rzeźbionym stołem jadalnym, z którego płatami odchodził lakier. Carl zajął leżak, podczas kiedy ja i nasz przewodnik umościliśmy się na sofie.
– To czego się napijecie, chłopcy? – spytał Dan. – Carl, piwo, tak? A ty, Frank, pijesz martini, dobrze pamiętam?
– Nie! Już nie. Żadnego martini. – Obaj współpracownicy popatrzyli na mnie podejrzliwie. – Opowiem wam, dlaczego, jeśli Dan zgodzi się nam zdać relację z przebiegu huraganu. Tymczasem, jeżeli chodzi o wybór trunków, zdam się na was.
Starszy kolega wzruszył jedynie ramionami i ruszył po pierwszą kolejkę. Po chwili, przed każdym z nas stał kufel i kieliszek.
– Panowie, nie za ostro zaczynacie? – Zaniepokoiłem się. – Myślałem, że mamy jutro pracować.
– Nic się nie bój, braciszku. – Dan roześmiał się. – Jeszcze ci od tej pracy garb zdąży wyrosnąć!
Siedzieliśmy tam długo, pijąc kolejkę za kolejką, zamawiając przekąski, strojąc do siebie głupie miny i prześcigając się w niewybrednych żartach. Dan opowiedział nam o Katrinie, bagatelizując kataklizm i zmieniając swoją opowieść w groteskowy dowcip. Odwdzięczyłem się swoją historią sprzed kilku lat, kiedy to nieomal bym zginął dławiąc się oliwką z martini, gdyby nie przyszedł mi w sukurs szalony drwal, z którym biesiadowałem tamtego wieczora.
Byłem już mocno podchmielony, gdy na drugim końcu sali zobaczyłem dziewczynę. Oczywiście w całym lokalu było wiele kobiet, ta jednak wydawała się tak bardzo nie pasować do całego otoczenia, że zacząłem się zastanawiać, jak to możliwe, że nie zauważyłem jej wcześniej. Miała na sobie kraciastą flanelową koszulę, obcisłe dżinsy i kowbojskie buty. Długie pasma tlenionych blond włosów opadały jej prawie do pasa. Wyglądała jak wycięta ze środkowego wschodu kraju i wklejona tutaj, dla żartu. Wydała mi się jednak dziwnie znajoma, tak jakbym już ją wcześniej spotkał.
– Pójdę po następną kolejkę – powiedziałem, wstając od stolika.
Oczywiście, była to jedynie wymówka, chciałem z bliska przyjrzeć się dziewczynie, sprawdzić, czy faktycznie ją znam, czy też to tylko mój umysł, tonący w alkoholowych oparach, płata mi figle. Przechodząc w stronę baru, starałem się dyskretnie spoglądać w jej stronę. Skupiałem się na tym tak bardzo, że mojej uwadze umknęła para tańcząca na namiastce parkietu między stolikami. Zanim zorientowałem się, co się dzieje, tkwiłem w ramionach dwumetrowego murzyna, w miejsce jego partnerki.
– Co ty wyprawiasz, fagasie?! – ryknął mi w twarz z charakterystycznym, kreolskim akcentem. – Ja nie ciągnę w tą stronę!
– Ja... – wybąkałem.
Gdy stojący przede mną mężczyzna wznosił już pięść do ciosu, poczułem rękę owijającą się wokół mojego pasa.
– Gdzie nasze drinki, skarbie? – zapytał ktoś stojący tuż obok mnie wibrującym, zmysłowym głosem.
Spojrzałem w tę stronę i zobaczyłem tą samą dziewczynę, która zwróciła moją uwagę kilka minut wcześniej. Stała tuż przy mnie, obejmując mnie ramieniem, a jej twarz znajdowała się nie dalej niż cal od mojej.
– To twój facet? – zgrzytnął murzyn.
– Mój. Bo co? – odkrzyknęła dziewczyna, biorąc się pod boki i robiąc krok w jego stronę.
– Nic... – odparł mój niedoszły oprawca, stropiony. – Lepiej trzymaj go na krótszej smyczy.
Po czym chwycił swoją partnerkę za rękę i pociągnął za sobą, na drugą stronę baru. W tym czasie oniemiały wpatrywałem się w plecy mojej nieoczekiwanej wybawicielki. Jej jasne włosy opadały pasmami w dół dopasowanej niebieskiej koszuli. Ich linia kończyła się zaraz nad plecionym skórzanym paskiem, który wyraźną granicą oddzielał plecy od bardzo zgrabnej pupy. Obróciła się na pięcie i utkwiła we mnie rozbawione spojrzenie.
– Wisisz mi! – syknęła z przekornym uśmiechem.
– Dziękuję... – wydusiłem z siebie, nie wiedząc, co innego mógłbym powiedzieć.
– Nie ma sprawy! – Parsknęła śmiechem. – To co teraz? Stoimy już na parkiecie, więc może poprosiłbyś mnie do tańca?
– Eee... jasne... – Poczułem rumieniec wypływający mi na twarz. – Jeśli tylko masz ochotę.
Chwyciła mnie pierwsza, nie czekając na mój ruch, którego pewnie jeszcze długo bym nie wykonał. Poczułem, jak jej dłonie zaplatają mi się na karku i objąłem ją w talii, wyczuwając pod palcami fakturę skórzanego paska. Zaczęliśmy się wolno kołysać na boki w rytm bluesowej gitary. Dopiero teraz zauważyłem, jaka jest drobna. Zadzierała głowę do góry, przyglądając mi się uważnie z tajemniczym uśmiechem błąkającym się po jej pełnych ustach. Nie była piękna, bardziej pasowało do niej słowo urocza. Typ wiejskiej dziewczyny, dla której można stracić głowę.
– Przepraszam – powiedziałem, zanim zdążyłem się powstrzymać. – Wiem, jak to zabrzmi, ale... czy my nie spotkaliśmy się już wcześniej? Naprawdę wyglądasz znajomo.
– Hmm... – Przez chwilę tylko na mnie patrzyła, przygryzając delikatnie dolną wargę. – Czy spotkaliśmy się? Chyba można tak powiedzieć, mimo że nie byliśmy sobie przedstawieni.
– Poważnie? – Ucieszyłem się, że nie zrobiłem z siebie głupca. – Musisz mi przypomnieć, gdzie i kiedy!
– To było kilka lat temu. Mały bar w odludnym miasteczku na północy stanu Montana.
– Kilka lat temu zjeździłem całą północ Montany i zatrzymałem się chyba w każdym małym miasteczku, jakie tam mają – zaśmiałem się. – Czy było tam coś charakterystycznego, co mogło zapaść mi w pamięć?
– Tak, chyba tak. – Udała, że się zastanawia. – Prawie tam umarłeś, krztusząc się oliwką.
Zaskoczony zgubiłem krok i ponownie tego wieczora poczułem, jak fala gorąca napływa mi do twarzy. Tamten wieczór nadal był bardzo żywy w mojej pamięci mimo czasu, jaki od niego upłynął. Jednak jedyną osobą, którą dobrze zapamiętałem z tamtego miejsca był szalony drwal Jon. Gorączkowo myślałem o tym, kto jeszcze był świadkiem mojego upokarzającego wypadku. Pamiętałem grupę mężczyzn kibicujących jakiemuś meczowi w telewizji. Para! Była tam para, skryta w cieniu przy jednym ze stolików.
– Pamiętam – odpowiedziałem, starając się ukryć swoje zmieszanie uśmiechem. – Byłaś tam z chłopakiem. Nie będzie zazdrosny, jak się dowie, że ze mną tańczysz?
– O faceta, którego prawie zabiło martini? No co ty? – zachichotała, a mnie, w miarę możliwości, zrobiło się jeszcze bardziej głupio. – Oj! Przestań się już tak wstydzić! Tamtego wieczora widziałam go po raz ostatni, wątpię więc, by mógł być zazdrosny.
– Acha – odparłem, odwracając wzrok od jej przeszywającego spojrzenia.
– No już. Nie będę się z ciebie więcej naśmiewać. Ok? Wypadki chodzą po ludziach.
– Ok – odparłem po prostu, nadal zmieszany.
– A teraz ja pójdę się odświeżyć, a ty możesz iść do baru i kupić mi drinka. Porto, im słodsze, tym lepsze. A potem powiedz swoim kolegom, że niestety dalej będą musieli pić bez ciebie, bo resztę wieczoru spędzasz ze mną. Oczywiście, jeśli chcesz...
– Żartujesz? Mam wybierać między towarzystwem pięknej dziewczyny albo dwóch błaznów? Ciężka sprawa... – zażartowałem w desperackiej próbie odzyskania rezonu.
– Więc dobrze się zastanów!
Dziewczyna puściła do mnie oko i odeszła w stronę toalety, kołysząc na boki biodrami w rytm stukających o drewnianą podłogę obcasów swoich kowbojskich butów. Patrzyłem za nią jak zahipnotyzowany, dopóki nie zniknęła mi z oczu. Szybko zamówiłem w barze dwa piwa i zaniosłem do stolika, przy którym siedzieli Carl i Dan.
– Stary, skąd ty znasz taką laskę? – krzyknął od razu starszy z mężczyzn. – Byłeś wcześniej w Nowym Orleanie, że znasz miejscowe dziewczyny? Ta jest naprawdę w moim typie.
– Miejscowe?! – odparłem, krztusząc się śmiechem. – Żarty się ciebie trzymają, Dan! Poza tym myślałem, że twój typ to tęgie, czarnoskóre pantery.
– A ona ci na co wygląda? – odparł, wychylając łyk piwa, które przed nim postawiłem. – Filigranową blondyneczkę?
– Nie powiedziałbym, że filigranową – powiedziałem powoli, zastanawiając się, w jaką grę gra ten stary zgrywus. – Ale jest dość drobna.
– Cha cha cha! – Grubas ryknął śmiechem. – Drobna?! Szczególnie ta jej dupa wielkości stodoły, w której można by przenocować batalion wojska! Jeśli to dla ciebie znaczy drobna, to jesteś bardziej zboczony ode mnie!
– Czyś ty się naćpał?! – zripostowałem skonfundowany.
Nim jednak miałem możliwość wdać się z nim w dalszą dyskusję, odezwał się milczący dotąd Carl.
– Widzę, co tu się odpierdala! Obaj jesteście równo popieprzeni jak i głupi, jeśli myślicie, że nabierzecie mnie na tak durny numer! Kiedyście to sobie zaplanowali? Jak Frank czekał na mnie na lotnisku, czy może w ciągu tego czasu, jaki zajęło ci wzięcie „prysznica”? – Wykonał palcami gest cudzysłowu. – Nie jestem nawet w połowie tak pijany, jakbym musiał być, żeby się na to nabrać!
– O czym ty mówisz, Carl? – zapytałem, bojąc się, że ktoś mógł dosypać moim towarzyszom jakiegoś świństwa do ich napojów.
– Właśnie, Carl. O co ci chodzi? – poparł mnie Dan.
– Skończcie już, dobra? Żart się wam nie udał i tyle. Rozumiem zamysł, mogło być zabawnie, gdybym był głupszy albo bardziej napruty. Frank tańczy samotnie wolniaka na parkiecie, udając, że gada i obłapia się z jakąś laską. Potem kłócicie się o to, czy była małą blondynką czy grubą murzynką. A ja mam się zastanawiać, co wam odbiło! Bardzo kreatywne, ale to nie przejdzie!
– Rozumiem... – zachichotałem pod nosem. – Jak zwykle powiedziałeś za dużo, Carl. To ja mam być ofiarą waszego dowcipu! Tak się sprawy mają, pozazdrościliście mi szczęścia! Spadam stąd.  Bawcie się dobrze chłopaki. Ja mam randkę.
Nim zdążyli dalej pociągnąć swoją infantylną grę, odwróciłem się na pięcie i odszedłem w kierunku baru, by zamówić wino dla niej, a dla siebie piwo bezalkoholowe. Wywnioskowałem, że wypiłem już za dużo, jeśli poważnie dawałem się wciągać w tak szczeniackie wygłupy. Piękna kowbojka wróciła zaraz, gdy odebrałem drinki. Uśmiechnęła się do mnie, jednym haustem opróżniając pół lampki wina.
– Widzę, że dokonałeś wyboru – powiedziała, mrugając do mnie porozumiewawczo. – To będzie noc twojego życia.
Nie wiedziałem, co mam odpowiedzieć, onieśmielony jej bezpośredniością, więc uśmiechnąłem się tylko, najbardziej męsko, jak potrafiłem. Ona w odpowiedzi wybuchnęła perlistym śmiechem i opróżniła do końca trzymane w ręku naczynie, po czym chwyciła mnie za rękę.
– Chodź – zamruczała zmysłowo, wyginając się w tył. – Chcę tańczyć!
W tamtym momencie zrobiłbym wszystko, o co by mnie poprosiła. Tymi kilkoma niewinnymi ruchami rozpaliła moją chuć do czerwoności. Zostawiłem swoje piwo i rzuciłem na kontuar banknot trzykrotnie przekraczający swą wartością to, co miałem do zapłaty. Nie czekając nawet, aż barman wyda mi resztę, pognaliśmy na parkiet. Kapela grała „I got a woman” Ray'a Charles'a i mimo że kawałek był trochę szybszy, moja towarzyszka przywarła do mnie mocno i chciała jedynie kołysać się powoli, nie zważając na takt i rytm utworu.
– Chciałbyś mnie pocałować, Frank? – wyszeptała mi w pierś, a ja, mimo panującego hałasu, usłyszałem każde jej słowo, tak jakby mówiła wprost do mojego umysłu.
Przymknąłem oczy i pochyliłem w stronę jej lekko rozwartych ust. Czułem na wargach jej oddech, który mimo panującego ukropu wydał mi się chłodny. Dzieliła nas od siebie grubość cienia, gdy ktoś mocno mnie popchnął.
– Odbijany! – usłyszałem gruby bas Dana.
Gdy rozwarłem oczy, zobaczyłem, jak potężny mężczyzna wywija piruet moją malutką partnerką. Stałem tam jak słup, z otwartymi z niedowierzania ustami. Czekałem, mając nadzieję, że temperamentna dziewczyna za chwilę wymierzy mu siarczysty policzek i wróci w moje ramiona. Nic z tych rzeczy. Śmiała się, jakby ktoś opowiedział jej wyborny dowcip. Wirowała w szybkim tańcu i mizdrzyła się do Dana tak, jakby nawet nie zauważyła, że mężczyzna, z którym tańczy teraz nie jest tym samym, z którym chwilę wcześniej prawie złączyła się w pocałunku.
– Zdzira... – wydyszałem pod nosem z nienawiścią.
Ruszyłem z powrotem do baru. Wepchnąłem się wściekły między czekających klientów i wydarłem się na barmana:
– Hej! Daj mi Whisky! Całą butelkę!
– Którą? – zapytał zirytowany, mierząc mnie krzywym spojrzeniem.
– Którąkolwiek, mam to w dupie.
Zapłaciłem gotówką, po raz kolejny zostawiając więcej niż solidny napiwek. Wróciłem do stolika, przy którym Carl samotnie sączył piwo i zdegustowany patrzył na tańczące na parkiecie pary.
– Możesz w to uwierzyć?! – rzuciłem bez zbędnych wstępów, rozlewając nam kolejkę do kieliszków. – Myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi, a on odstawia taki numer! Niech sobie zatrzyma tą wywłokę, spasły sukinsyn.
– Frank... tam nikogo nie ma... – odpowiedział Carl bardzo spokojnie, nie spuszczając wzroku z parkietu.
– Pierdol się! – wrzasnąłem. – Dalej będziesz, kurwa, ciągnął tę żenującą grę?! Obaj się pierdolcie! Może uda wam się ją zaliczyć we dwóch, jak się trochę postaracie! Wynoszę się stąd...
Nie czekałem na odpowiedź mojego współpracownika. Porwałem ze stołu butelkę whisky i wyszedłem z lokalu. Nie pamiętałem dokładnie drogi powrotnej do hotelu, ale nie przejmowałem się tym zbytnio. I tak nie miałem jeszcze ochoty wracać. Tułałem się po ulicach zniszczonego huraganem Nowego Orleanu, co jakiś czas pociągając łyk z butelki. Byłem wściekły, rozgoryczony. Miałem nadzieję na miłą przygodę, a tu ktoś, kogo uważałem za przyjaciela, wbił mi nóż w plecy. Niedawna scena z baru, której wszyscy byliśmy uczestnikami, raz po raz odgrywała się w mojej wyobraźni jak zdarta płyta.
„Chciałbyś mnie pocałować, Frank?” – te słowa ciągle brzęczały mi w głowie. Nie wiem, ile czasu tułałem się po ulicach, gdy nagle to do mnie dotarło. Nazwała mnie po imieniu! Nigdy się jej nie przedstawiłem. Ani tej nocy, ani lata wcześniej w Montanie. Wtedy siedziała stanowczo za daleko, by móc podsłuchać rozmowę, którą przeprowadziłem z Jonem. Nie było możliwości, by ta dziewczyna znała moje imię! Jednak powiedziała „Frank”, tego byłem pewien. W moim sercu zakiełkowało ziarno strachu. Nie umiałem dokładnie określić, czego się bałem, było to instynktowne, niemal zwierzęce przerażenie. Wiedziałem jedynie, że muszę działać. Natychmiast.
Wyrzuciłem butelkę wprost na i tak zaśmieconą ulicę, a ona odpowiedziała śmiechem tłuczonego szkła. Gnany impulsem zacząłem biec z powrotem do baru. Niestety i tym razem nie zapamiętałem do końca drogi. Kluczyłem po ciemnych i obcych ulicach, które wyglądały dla mnie prawie identycznie. W końcu jednak zacząłem rozpoznawać otoczenie, które najwidoczniej utkwiło mi gdzieś w podświadomości. Gdy wpadłem z powrotem do lokalu, nie było w nim już ani Carla, ani Dana. Podobnie zniknęła tajemnicza dziewczyna.
Rozpocząłem poszukiwania drogi powrotnej do hotelu. Znowu gubiłem się w wąskich uliczkach, na których nie było żywej duszy. W duchu przeklinałem się za to, że nie wpadłem na pomysł, by zapytać kogoś w barze o drogę. Dopiero po jakimś czasie trafiłem na grupę młodzieży i tłamsząc w sobie obawy, że mogą mnie obrabować i pobić, zapytałem ich, w którym kierunku powinienem iść, by dotrzeć z powrotem na miejsce zakwaterowania. Odpowiedzieli od razu, podając mi szczegółowy opis drogi. Chyba nawet im nie podziękowałem. Puściłem się przed siebie biegiem.
Do hotelu dotarłem w jakieś dwadzieścia minut. Nie czekałem na windę. Pognałem po schodach na górę i zatrzymałem dopiero przed drzwiami pokoju Dana. Nie traciłem czasu na kulturalne pukanie, od razu zacząłem walić w nie pięściami.
– Otwieraj, Dan! – krzyczałem co sił w płucach, nadal czując kleszcze strachu wokół serca. – Słyszysz, spaślaku?! Otwieraj natychmiast!
Na całym korytarzu zaczęły uchylać się drzwi, zaspani ludzie w szlafrokach i pidżamach wychodzili na korytarz przyglądać się scenie, w której grałem główną rolę. Biłem i kopałem przez dłuższy czas, jednak drzwi nadal stały zamknięte.
– Otwieraj, kurwa! Słyszysz?!
Ktoś złapał mnie za ramię. Odwróciłem się i zobaczyłem małego mężczyznę w eleganckim garniturze, któremu towarzyszyło dwóch dryblasów.
– Pan się musi natychmiast uspokoić! – powiedział mikrus podniesionym głosem, a goryle poruszyły się nerwowo.
– Tam jest mój współpracownik, myślę, że coś mu się mogło stać! – krzyknąłem.
Mężczyzna zawahał się, jednak dalej tylko mierzył mnie podejrzliwym wzrokiem.
– On ma chore serce! – To była pierwsza rzecz, jaka przyszła mi do głowy.
Konus w garniturze zmierzył mnie wzrokiem i mocniej zacisnął szczęki, po czym podszedł do drzwi i zastukał w nie wprawnym, prawie mechanicznym ruchem.
– Proszę pana, tu menadżer hotelu! Czy wszystko w porządku? Proszę pana! Proszę otworzyć!
Zza drzwi nie dobiegał żaden dźwięk. Kierownik sięgnął do kieszeni i wydobył z niej magnetyczny klucz, po czym przyłożył go do czytnika. Mechanizm piknął cicho, rozjarzyła się na nim mała zielona dioda i zamek otworzył się z cichym pyknięciem. Mężczyzna nacisnął klamkę i uchylił drzwi. Blade światło księżyca wpadało do pokoju przez otwarte balkonowe okno, oświetlając nagie ciało Dana leżące nieruchomo na łóżku wśród porozrzucanych prześcieradeł.
– Wezwij pogotowie! – syknął menadżer do jednego z osiłków i wraz z drugim wszedł do pokoju, zamykając za sobą drzwi.
Niedługo potem pojawiła się policja, straż i medycy. Dan wyjechał ze swego pokoju na noszach, przykryty białym prześcieradłem. Ja spędziłem noc na posterunku, odpowiadając w kółko na te same pytania. Dopiero nad ranem stróże prawa odstawili mnie do szpitala, gdzie po dokonaniu identyfikacji ciała wydano mi prywatne rzeczy mojego zmarłego kolegi. Byłem niesamowicie otępiały, zdarzenia minionej nocy nadal nie docierały do mnie zupełnie. To wszystko zwyczajnie nie miało sensu.
W końcu, gdy dopełniłem wszystkich formalności i powiedziano mi, że mogę już iść, wymknąłem się z budynku. Nie miałem jednak pojęcia co robić dalej, gdzie mógłbym pójść. Skręciłem więc tylko w wąską alejkę obok szpitala, i usiadłem na schodach przeciwpożarowych, starając się zebrać myśli.
Wyciągnąłem komórkę. Dwadzieścia osiem nieodebranych połączeń. Wszystkie od Carla. Wszedłem w wąską alejkę za szpitalem, by oddalić się od zgiełku ulicy i móc spokojnie porozmawiać. Przycupnąłem na schodach prowadzących do wejścia dla personelu i wcisnąłem przycisk z napisem „oddzwoń”. Po kilku sygnałach w głośniku odezwał się spanikowany głos.
– Frank?! Co się dzieje? W hotelu próbują mi powiedzieć, że Dan nie żyje, że mam rozmawiać z policją. O co tu, kurwa, chodzi?!
– Dan nie żyje, Carl – odpowiedziałem wypranym z emocji głosem. – Widziałem ciało. Zgłoś się na policję. Porozmawiamy później.
Rozłączyłem rozmowę, nie czekając na jego odpowiedź i wyłączyłem telefon. Moją uwagę przykuła paczka Marlboro znajdująca się w przezroczystej torbie z rzeczami mojego byłego współpracownika. Wyciągnąłem ją i poczęstowałem się, nie sądząc, by Dan miał coś przeciwko temu.
– Znajdziesz też jednego dla mnie? – odezwał się głos nad moją głową, który, sądząc po brzmieniu, niewątpliwie należał do miejscowej afro–amerykanki.
– Jasne – odpowiedziałem mechanicznie, wyciągając paczkę w jej stronę.
Była zażywną murzynką, której pasowała dodatkowa waga. Ubrana w białą luźną bluzkę, spod której wylewały się olbrzymie piersi i rozkloszowaną spódnicę zrobioną z łatek we wszystkich kolorach i wzorach, o jakich można tylko pomyśleć. Całości obrazu duszy czarnego południa dopełniał warkocz upleciony z dredów, sięgający jej do kolan. Bez skrępowania sięgnęła po papierosa i wyciągnęła mi z ręki zapalniczkę. Po chwili wypuściła z grubych warg wielki obłok dymu.
– Dzięki, Frank.
W jednej chwili oblał mnie zimny pot, a serce znów ścisnęły kleszcze paniki.
– Ty... – To jedyne, co zdołałem wykrztusić.
– Co jest? Nie poznajesz mnie, skarbie? – odpowiedziała z akcentem, który jest charakterystyczny dla północnej Montany, skąd pochodzę. – Wy, faceci, wszyscy jesteście tacy sami! Dziewczyna zmieni fryzurę i już nie możecie jej poznać.
Zarzuciła grubym warkoczem, śmiejąc się dźwięcznie.
– Dlaczego? – To wydało mi się jedynym logicznym pytaniem.
– Dlaczego co, Frank? – odpowiedziała, mówiąc znów jak murzynka z Nowego Orleanu. 
–  Dlaczego tak wyglądam? Bo każdy widzi mnie tak, jak powinnam wyglądać w miejscu, w któ
rym się o mnie otarł. Dlaczego Dan? Bo umknął mi w trakcie huraganu, tak jak ty umknąłeś mi kiedyś w małym barze pośrodku niczego. Dlaczego więc on zamiast ciebie? Bo wepchnął się w nie swoją kolejkę.
– Ty jesteś...
– Tak.
– Czy przyszłaś teraz po mnie? – wyszeptałem, czując, jak krew odpływa mi z twarzy.
– Nie. Jeszcze nie teraz. To byłoby zbyt proste. Przyszłam się pożegnać. Powiedzieć ci, że na razie jesteś bezpieczny. Ale tylko na razie. Bowiem spotkamy się znowu.
Schyliła się i pocałowała mnie delikatnie w policzek, po czym odwróciła na pięcie i zaczęła wolno oddalać.
– Pamiętaj, Frank! – krzyknęła jeszcze na odchodnym. – Bądź gotowy! Bo nie znasz dnia ani godziny!
Jej szczery, głośny śmiech utonął w zgiełku ulicy.
Siedziałem na schodach szpitala, aż wypaliłem resztę papierosów z napoczętej paczki. Gdy wstałem, miałem wrażenie, że powinienem czuć wiszącą nade mną klątwę. Jednak wbrew logice, czułem się wolny w jakiś niewytłumaczalny sposób. Ponownie otworzyłem torbę z rzeczami Dana i grzebałem w niej, aż znalazłem to, czego szukałem – mały skórzany notes po brzegi wypełniony numerami telefonów i adresami klientów. Przekartkowałem go szybko i spojrzałem na zegarek, wskazywał jedenastą rano. Musiałem się spieszyć. Miałem do wykonania mnóstwo telefonów. Koniec końców, byłem w pracy.
Z mroku zabobonu wyszliście i w mrok zabobonu powrócicie, ażeby tarzać się w grzechu i bujnie obrastać diabelstwem!

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Dziwne spotkania Franka Wilsona (kontynuacja) [+16]

Post autor: Siemomysła » 31 stycznia 2017, 12:15

Podobał mi się pomysł na zagadkę. Myśli moje nie szły zupełnie w tym kierunku, choć cały czas zastanawiałam, się czemu Carl jej nie widzi, czy na przykład ma w sobie coś niesmacznego?
Kiedy doszłam do końca - puknął mnie tytuł ;) Taki dosłowny jednak. I taki podwójny jednocześnie. Dobrze, dobrze dobrany.

Frank o ile w pierwszej części ani mnie ziębił, ani grzał, jako osoba - ot wysłuchałam jego opowieści - to teraz pokazał się z brzydkiej, brzydkiej strony. Opanował mnie brzydki śmiech, gdy miał ból, że dziewczyna dała się odbić. To takie ładne - kiedy podrywa Franka, identycznie przypadkowego jak Dan, jest OK, kiedy podrywa tak samo Dana wpada do szufladki "ździra". W tym miejscu śmiałam się w duchu długo i złośliwie. Aż mi wstyd :bag:

Gdzieś momentami miałam wrażenie, że dialogi troszkę kuleją, że robi się sztucznie. Ale potem pomyślałam, że to właściwie nic dziwnego w jowialnych rozmówkach gości, którzy niby się znają, ale mało i tylko z pracy. Trochę udają, trochę grają, trochę się puszą i to się wpisuje w tę dialogową sztuczność.

No i świetne to końcowe niedopowiedziane do trzech razy sztuka. Czekam na ostatnie spotkanie ;)
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1820
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Dziwne spotkania Franka Wilsona (kontynuacja) [+16]

Post autor: Kruffachi » 04 lutego 2017, 11:53

Ta odsłona podobała mi się znacznie bardziej niż poprzednia, choć brakowało takiego elementu jak drwal Jon, kogoś, z kim mogłabym sympatyzować. Przy czym absolutnie nie czynię z tego zarzutu - wręcz przeciwnie, jak sądzę. Bo to po prostu odsłona o innej w oczywisty sposób konstrukcji, nie dźwigała jej jedna postać, dla mnie ratująca poprzednią część, a mimo to odniosłam wrażenie, że jest lepiej. Nawet Frank mi tak bardzo nie przeszkadzał, choć - rzecz jasna - dalej go nie lubię i nie polubię. Ale też tym razem tekst, ładnie osiągnięte napięcie, ciekawsza sceneria, pozwoliły mi docenić wybór właśnie kogoś takiego na narratora. Tym razem miałam takie nagłe skojarzenie z "Fight Clubem" - nie przez fabułę, a właśnie postać takiego pustego w środku amerykańskiego salesmana. To chyba właśnie takie... amerykańskie, a nie ma bardziej dobitnego symbolu konsumpcyjnego społeczeństwa niż Ameryka Północna. Tym razem pomnożone przez trzy.

Pointa mnie nie zaskoczyła, bo szybko nabrałam podejrzeń, a tytuł dodatkowo mnie naprowadził, ale mimo to poczułam budowane przez Ciebie napięcie. Wydaje mi się, że apogeum osiągnęło w momencie, w którym Carl stwierdził, że nikogo tam nie ma, choć był to też ten moment, w którym ostatecznie potwierdziłam swoją teorię. Jak jednak wspomniałam - nie przeszkodziło mi to w dobrej zabawie. Ach, no i ładnie wpisane w kontekst to, dlaczego Dan. Podobało mi się, zwłaszcza w kontraście do jego lekceważącej opowieści o Katrinie.

To czekam na kolejną odsłonę :)
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Nazareth
Posty: 65
Rejestracja: 20 stycznia 2017, 13:06

Re: Dziwne spotkania Franka Wilsona (kontynuacja) [+16]

Post autor: Nazareth » 06 lutego 2017, 12:55

Bardzo wam dziękuję za komentarze i ciepły odbiór. Właściwie nie mam nic do dodania, cieszę się, że ta drastyczna zmiana w konwencji między jedną historią a drugą jakoś "siadła". Następnej części jeszcze nie ma, ale kto wie, może kiedyś ;)
Z mroku zabobonu wyszliście i w mrok zabobonu powrócicie, ażeby tarzać się w grzechu i bujnie obrastać diabelstwem!

ODPOWIEDZ