UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Tytuł PROZY LIPCA
zdobyło ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee.

Serdecznie gratulujemy! :D

Zimna furia

KRYMINAŁ, HORROR, THRILLER, SENSACJA
Pomysły moich powieści kryminalnych znajduję zmywając. Jest to zajęcie tak głupie, że zawsze rodzi we mnie myśl o zabójstwie. ~ Agatha Christie
Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Zimna furia

Post autor: Siemomysła » 21 kwietnia 2016, 08:33

Hej ho!
Zatem wybaczam 8)
Ufff...

Tym razem musisz wybaczyć brak wyłapywania literówek i takich tam. Nie ogarniam się z życiem.
Ot zaistniała naturalna, niemal bezwarunkowa androgeniczna reakcja.
W jakim sensie użyłeś tu słowa androgeniczna?
Chłopaki nie płaczą i tak mają – taka sytuacja.
Dla mnie androgeniczny znaczy pozbawiony cech płciowych. I nadal nie rozumiem jego użycia w tym miejscu.
- Panie Majewski, wkrótce wyjeżdżam. Do Chorwacji, do Splitu. Bo muszę tam na miejscu… Wiem, że teraz to… Ale nie mogę tego zostawić… Nie w ten sposób, rozumie Pan! - ciągnął gmatwając się, gubiąc wątki. Mówił pośpiesznie jakby chciał zagadać jakiekolwiek reakcje.
Nie chciałem wcześniej nadmiernie akcentować stresu. Po to wybuchł on w dialogu. Robert nie jest marmurowy. Wcześniej go zmiękczyłem, ale że tutaj zaprezentowałem środek fabuły może dlatego brzmi dziwnie.
Brzmi dla mnie dziwnie, bo wcześniej jestem cały czas w jego głowie i nic nie zapowiada tego jąkania się, bo on moim zdaniem ma jasny cel i po to się spotkał z ojcem Sylwii, a tu nagle nie umie go sformułować. Bo co? Pan Majewski powie: źle robisz, zostaw to władzom, nie wolno łamać prawa, brzydki chłopcze?

Co do nowego fragmentu - najpierw odpowiem na Twoje pytanie spod niego:
Tak, ciut miękkie mi się to wydaje. Też mi to jakoś słabo leżało na Robercie. Myślę, że znacznie fajniej byłoby to spożywanie posiłków, bo z nią i plażę, bo z nią i co tam jeszcze było takie cudownie słodkie z nią - ująć w jednym dosadnym zdaniu. I może powstrzymaj się od tego pierścionka. Znaczy - to jest tak bardzo schematyczne - skoro on już zaplanował oświadczyny to na miliard procent czytelnik wie, że to się nie uda, czyli coś się z nią stanie, bo nie z nim, nie? Ale to oczywiście jest Twój tekst, nie piszesz go dla mnie ani ja go nie piszę, więc wcale nie oczekuję, że mnie posłuchasz. Ale zapytałeś, to odpowiadam.
A imię Sylwii jest fajne i nieczęsto wykorzystywane. Po co go zmieniać? I Roberta też zostaw w spokoju. Umiałbyś w ogóle o nim myśleć innym imieniem? o.O


Teraz ode mnie: czy to jest sam początek? Czemu nie zaczynasz od imienia bohatera, tylko potem gdzieś tam w środku nim rzucasz, zaraz po silnie konfudującym:
Przeszklony, ozdobny pasaż osłaniający frontową fasadę portu lotniczego imitował skupisko kwiatów. Olbrzymie kielichy syntetycznych lilii z trudem wyłapywały deszczówkę i stalowymi łodygami odprowadzały do kanalizacji.
Ależ mnie to zdanie zatrzymało na dłuższą chwilę - acz przyznam, że jak już zrozumiałam to zobaczyłam to w całej okazałości. Ale czy skupisko kwiatów, nie mogłoby się zmienić w "klomb"? Najlepiej "nienaturalnych rozmiarów"? Wiem, znów jestem inwazyjnym czytelnikiem :bag: ale bo to dlatego, że myślę, że warto szukać łatwiejszych w odbiorze sposobów wyrażania myśli.
Od kiedy pozytywnie zareagowała na jego zainteresowanie, postanowił żadnej innej nie postrzegać jako kobiety.
? To znaczy magicznie przestanie rozróżniać płcie? Czy chodzi po prostu o to, że przestanie się gapić napotkanym babom na cycki? Wydaje mi się, że to nie są rzeczy, które się postanawia. On sobie mógł uświadomić, że przestał zauważać inne, jeśli był takim właśnie typem mężczyzny. Z drugiej strony - jest wojskowym, poukładanym i w ogóle. To widać w tym określeniu: pozytywnie zareagowała na zainteresowanie, to jak opis z jakiejś operacji wojskowej, nie z relacji międzyludzkiej, więc może i mógł wydać taki rozkaz swemu mózgowi? Ale to tym bardziej mi te wcześniejsze najukochańsze i późniejsze cieszenia do niego nie pasują. Rozdwojony jest jakiś. Z trzeciej strony - miłość robi ludziom dziwnie.
Był całkowicie zdezorientowany materią otrzymanego niedawno rozkazu, chaotyczną formą i nieprzystającą improwizacją.
Nie pasuje mi to słowo. Rozkazy mają treść. I już. To taka istniejąca i stała fraza: treść rozkazu. Nie widzę powodu, by ją zmieniać, bo ta zmiana brzmi nienaturalnie.
Młodszych, sprawniejszych, a przede wszystkim dostępnych.
Takich chłopaków z Lublińca na przykład! ;)
Z Krakowa do Splitu jest lekko licząc tysiąc dwieście kilometrów, więc przy maksymalnych prędkościach CASA-y C-295M
Ta odmiana jest dziwna. Jak mam to przeczytać? kasay? bo taki jest odruch, a chyba mówi się jednak (zapis fonetyczny ofkoz) "kasy". Nie wiem, jak pomóc :(

A pojawienie się Tupolewa <3 Bo czemu? Jak? O co tu chodzi, że go wyciągnęli ze złomowiska niemalże?

Krótko tym razem, ale mam nadzieję, że coś tam z tego mojego narzekania wyciągniesz :)
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Zimna furia

Post autor: Siemomysła » 21 kwietnia 2016, 19:05

PS. Ofkoz, że jak zwykle pomyliłam "y" z "e". Znaczy weź i zapomnij, że pisałam cokolwiek o androgenicznym ;)
Teraz pójdę sobie napisać sto razy, które słowo co znaczy.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Johny
Posty: 22
Rejestracja: 26 maja 2015, 18:27

Re: Zimna furia

Post autor: Johny » 30 kwietnia 2016, 14:11

Ahoj, więc... wracam. Okres, w trakcie którego pióro (czyt. Klawiatura) mocno mnie parzyła jest za mną. Oby! Zatem:
- Panie Majewski, wkrótce wyjeżdżam. Do Chorwacji, do Splitu. Bo muszę tam na miejscu… Wiem, że teraz to… Ale nie mogę tego zostawić… Nie w ten sposób, rozumie Pan! - ciągnął gmatwając się, gubiąc wątki. Mówił pośpiesznie jakby chciał zagadać jakiekolwiek reakcje
Brzmi dla mnie dziwnie, bo wcześniej jestem cały czas w jego głowie i nic nie zapowiada tego jąkania się, bo on moim zdaniem ma jasny cel i po to się spotkał z ojcem Sylwii, a tu nagle nie umie go sformułować. Bo co? Pan Majewski powie: źle robisz, zostaw to władzom, nie wolno łamać prawa, brzydki chłopcze?
Myślę, że bohater nie musi być koniecznie poukładany, raczej powinien ewoluować, nawet zaskakiwać negatywnie. Chciałbym postawić Roberta na huśtawce postrzegania i rozumienia świata, oraz samego siebie. Czy bohater nagle pozbawiony wszelkich fundamentów, stając się chwiejnym, niepewnym siebie musi być niewiarygodny? Na pewno nie, ale przyznaję Ci tu rację. Skoro decyzja jest już za nim, powinien ja przekazać jak na mężczyznę przystało. Scena do korekty, jak mnóstwo innych.
Co do nowego fragmentu - najpierw odpowiem na Twoje pytanie spod niego:
Tak, ciut miękkie mi się to wydaje. Też mi to jakoś słabo leżało na Robercie. Myślę, że znacznie fajniej byłoby to spożywanie posiłków, bo z nią i plażę, bo z nią i co tam jeszcze było takie cudownie słodkie z nią - ująć w jednym dosadnym zdaniu. I może powstrzymaj się od tego pierścionka. Znaczy - to jest tak bardzo schematyczne - skoro on już zaplanował oświadczyny to na miliard procent czytelnik wie, że to się nie uda, czyli coś się z nią stanie, bo nie z nim, nie? Ale to oczywiście jest Twój tekst, nie piszesz go dla mnie ani ja go nie piszę, więc wcale nie oczekuję, że mnie posłuchasz. Ale zapytałeś, to odpowiadam.
A imię Sylwii jest fajne i nieczęsto wykorzystywane. Po co go zmieniać? I Roberta też zostaw w spokoju. Umiałbyś w ogóle o nim myśleć innym imieniem? o.O
Od początku wydawało mi się, że za bardzo falsetem w tym miejscu pojechałem. Tylko to potwierdziłaś. Pierścionek wyleci, albo stanie się tajemniczym puzderkiem obracanym w kieszeni, z późniejszymi objaśnieniami. Poza tym zamierzam skrócić ścieżkę do pierwszego zwrotu akcji. Szykują się tu porządne cięcia. Natomiast co do imion, chyba rzeczywiście się z obecnymi zżyłem.
Przeszklony, ozdobny pasaż osłaniający frontową fasadę portu lotniczego imitował skupisko kwiatów. Olbrzymie kielichy syntetycznych lilii z trudem wyłapywały deszczówkę i stalowymi łodygami odprowadzały do kanalizacji.
Ależ mnie to zdanie zatrzymało na dłuższą chwilę - acz przyznam, że jak już zrozumiałam to zobaczyłam to w całej okazałości. Ale czy skupisko kwiatów, nie mogłoby się zmienić w "klomb"? Najlepiej "nienaturalnych rozmiarów"? Wiem, znów jestem inwazyjnym czytelnikiem :bag: ale bo to dlatego, że myślę, że warto szukać łatwiejszych w odbiorze sposobów wyrażania myśli.
Przyznaję, mam nawyk szprycowania tekstu słownymi dziwolągami, a tam gdzie można zobrazować myśl celnym słowem klepię wiele wyrazów. Próbowałem opisać obiekt autentyczny, na podstawie zdjęcia. Wejście wspomnianego lotniska jest niezwykle oryginalne i dlatego miałem problem ze skutecznym oddaniem tego na piśmie. Nienaturalnych rozmiarów rabata pewnie wygra konkurs. Przeszklony, ozdobny pasaż też musi się zmienić, np. w syntetyczne, fantazyjne zadaszenie.
Młodszych, sprawniejszych, a przede wszystkim dostępnych.
Takich chłopaków z Lublińca na przykład! ;)
Brawo, wydało się. Robert Werner - od 2005 r. służba w JWK Lubliniec. Kilkakrotnie odznaczony, awansowany na kapitana, później musiałem go zdegradować. Inaczej zamiast włóczyć się po Afganistanie (Ups! Wygadałem) wysiadywałby tyłek za biurkiem i nie miałbym o czym pisać.
Z Krakowa do Splitu jest lekko licząc tysiąc dwieście kilometrów, więc przy maksymalnych prędkościach CASA-y C-295M
Ta odmiana jest dziwna. Jak mam to przeczytać? kasay? bo taki jest odruch, a chyba mówi się jednak (zapis fonetyczny ofkoz) "kasy". Nie wiem, jak pomóc :(
A pojawienie się Tupolewa <3 Bo czemu? Jak? O co tu chodzi, że go wyciągnęli ze złomowiska niemalże?
Pewno najlepiej będzie napisać samo CASA C-295. Co do Tupolewa, potrzebowałem samolotu szybkiego ze sporym zasięgiem. Myślałem, że skoro jednostka nie została oficjalnie wycofana to jest lotna. Upewniłem się jednak - jest inaczej. Poślę więc Robina na spotkanie z przeznaczeniem: Embarerem z międzylądowaniem, albo czarterowanym c300 od Ryana. Takie opcje, na podobnej trasie są realne i chyba nawet miały już miejsce

Wszystkie Twe uwagi przyjmuje z wdzięcznością i w zasadzie z każdą z nich się zgadzam… dziwne, bo skądinąd kłótliwy ze mnie typ. Dzięki za poświęcony czas, zwłaszcza że wspomniałaś o pracy na własnym projektem. Pozdrawiam i życzę owocnej twórczości.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1825
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Zimna furia

Post autor: Kruffachi » 08 lipca 2016, 13:46

Totalnie nie wiem, od czego zacząć.

Może od diagnozy, na której oprę resztę komentarza. Jeśli jest kompletnie nietrafiona, komentarz prawdopodobnie też taki będzie, więc szkoda czasu na przebijanie się przez niego.

Wydajesz się osobą o myśleniu raczej konkretnym, nastawionym na szczegóły, bardziej zmysłowym niż abstrakcyjnym. I tak też piszesz. Czytając kolejne wersje (przeczytałam wszystkie), nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że dopieszczasz swoją wizję w głowie, skupiając się na bardzo małym wycinku, zajmujesz nieistotnymi z punktu widzenia czytelnika detalami takimi jak na przykład dobór imion, ale brakuje Ci myślenia o tym, co tworzysz, jak o tekście literackim. Szerszej perspektywy. Przy czym nie do końca mam tu na myśli perspektywę opowieści - kto wie, może masz ją już wymyśloną do ostatniego wydarzenia (bo raczej nie zdania, jest różnica) - a raczej właśnie perspektywę literacką.

Pojadę troszkę Ingardenem w wersji okrojonej, ale potrzebnej, żeby zilustrować, co mam na myśli. Kiedy rodziła się teoria literatury, on jako pierwszy mówił o tym, że tekst literacki składa się z warstw. Jest jak piętrowe ciastko, które chronologia kroi na plasterki. To, co przedstawiasz, to tylko jeden poziom. Liczy się także to, w jaki sposób to robisz. Tymczasem wydaje się, jakbyś za punkt honoru obrał sobie doprowadzenie do perfekcji przelewania na słowa własnych wyobrażeń konkretów. Wiem, jak wygląda kuchnia, wiem, z jakiej broni korzysta Robert, wiem, jak wyglądają mijający go ludzie, ale nie pozwalasz mi przekroczyć granicy między wiedzą a poczuciem i zbudowaniem własnego wyobrażenia. Na przeszkodzie stoi kilka rzeczy.

O szczegółowości wspomniałam, druga z nich to transparentność stylu. Wszystko jest tu oczywiste. Wszystko dzieje się w pełnym świetle reflektorów, nic nie miga mi na skraju pola widzenia, nie zmusza do snucia domysłów i - w konsekwencji - nie uruchamia wyobraźni. I po raz kolejny nie mam na myśli wydarzeń, a fakt, że wszystko, co zostaje stwierdzone, zostaje stwierdzone z całkowitą lub nieomal całkowitą pewnością. Nie ma atmosfery. Nie ma klimatu. I - niestety - nie ma emocji. Wynika to z faktu, że, pisząc, zupełnie nie myślisz o tworzywie, jakim jest język. Nie korzystasz z jego możliwości, a tymczasem trzy dobrze dobrane słowa potrafią nie tylko zastąpić szczegółowy opis, ale też przekazać to, czego nie da się zawrzeć w czytelnych informacjach.

Zmiana perspektywy z pierwszoosobowej na trzecioosobową to z pewnością był dobry pomysł, ale nie dlatego, że tak „lepiej brzmi”, a właśnie dlatego, że transparentność całkowicie kłóci się z pierwszoosobówką, przedstawiającą wszak proces myślowy, skrajnie zindywidualizowaną i subiektywną relację, a nie sprawozdanie. Nawet przyjęcie perspektywy czasu przeszłego, poukładania wydarzeń i odczuć w głowie nie jest w stanie tego zatrzeć. Oczywiście charaktery są różne, bardziej i mniej racjonalne, ale nawet skrajna racjonalność nie oznacza kasacji perspektywy i wrażeń. One dopiero ulegają procesowi racjonalizacji, nie są punktem wyjściowym, a – pisząc pierwszoosobówką – odwołujesz się w dużej mierze właśnie do punktu wyjściowego.

Zresztą podobne zarzuty, choć w mniejszym natężeniu, mogę powtórzyć odnośnie do wersji trzecioosobowej, a to z tego względu, że serwujesz trzecioosobówkę spersonalizowaną. I konstrukcyjnie jest to wybór bardzo trafny, wszak mamy do czynienia z wyraźnym głównym bohaterem, wokół którego orbituje wszystko inne. Ale nadal – nie wiem, jak ten człowiek myśli, nie wiem, jakimi kategoriami, nie wiem, jakie ma nawyki językowe, nie wiem tak naprawdę, co czuje (znaczy, niby wiem, ale nie współodczuwam).

Stylowo też nie jest najlepiej. Pomijam błędy ortograficzne (pisownia łączna i rozłączna) oraz interpunkcyjne. Czasem dokonujesz po prostu bardzo dziwnych wyborów leksykalnych, jakbyś bał się pisać w sposób prosty. Nie chodzi o długość zdań, tylko o nagromadzenie zupełnie niepotrzebnych peryfraz i opcji z końca listy synonimów. Nie twierdzę, że jest to nietrafione w każdym wypadku, ale w tym – i owszem, niestety.

Ale są też pozytywy, to bez wątpienia. Pracujesz nad swoim pisaniem, jesteś w ten fajny, dobry sposób uparty, a to ważne, jeśli chcesz się rozwijać, bo przecież bez wysiłku nic nie przychodzi. Tak naprawdę też fakt, że w tak poważny, szczegółowy sposób podchodzisz do materiału, może stanowić solidną bazę na przyszłość. Tak się właśnie widzę – jako twórcę przede wszystkim solidnego. Mam więc na dzieję, że mój komentarz, skądinąd bardzo krytyczny, czego mam nieprzyjemną świadomość, będzie zasygnalizowaniem pewnych problemów, nie powodem frustracji.

Pozdrawiam serdecznie ;)
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Johny
Posty: 22
Rejestracja: 26 maja 2015, 18:27

Re: Zimna furia

Post autor: Johny » 20 lipca 2016, 22:32

Powitki!
Zacznę ad personam, mimo iż bardziej na miejscu byłoby ad rem. Ale to tylko dla własnego alibi.
Cóż, na pewno jesteś osobą młodszą ode mnie, bez wątpienia wykształconą literacko . Masz oczekiwania dotyczące tego typu twórczości. Tylko czy na pewno historia, którą ja chcę przenieść na papier ma być bliższa w formie - Tołstojowi niż Ludlumowi, czy MacLeanowi?
OKEJ, a teraz meritum.
Styl, ortografia, interpunkcja. Dotychczas tą cześć twórczości traktowałem jako rzecz drugorzędną. Mea culpa! Coś jakby - ja sobie opiszę co mi się w korze roi, a później znajdę osobę kompetentną do okiełznania tegoż. Podzielę odpowiedzialność za takową naiwność pomiędzy: braki w podstawach, lenistwo i autokorektę Word’a;).
Dalej.
Rozumiem co chciałaś przekazać w tym akapicie:
„Pojadę troszkę Ingardenem w wersji okrojonej, ale potrzebnej, żeby zilustrować, co mam na myśli. Kiedy rodziła się teoria literatury, on jako pierwszy mówił o tym, że tekst literacki składa się z warstw. Jest jak piętrowe ciastko, które chronologia kroi na plasterki.”
Rozumiem, powtórzę, ale myślę, że nie mogę (właściwie nie potrafię sobie tego nawet wyobrazić) w każdej scenie dawać tortu. Cholerka to dopiero byłby kryminał! Jednak muszę Ci niniejszym podziękować za natchnienie! Oficjalne: DZIĘKUJĘ. Wyciągnąłem z tego niesamowity wniosek dla siebie. Oprócz wątków pobocznych, z punktu widzenia historii natywnej - nieistotnych zapychaczy, wepchnąłem bardzo sensowny IMHO;) watek. Nazwałbym go sinusoidalny, z definicji równoległy. Będzie to taką klamrą spinającą wstęp z epilogiem oraz furtką dla kontynuacji.
Lecimy dalej.
„Zresztą podobne zarzuty, choć w mniejszym natężeniu, mogę powtórzyć odnośnie do wersji trzecioosobowej, a to z tego względu, że serwujesz trzecioosobówkę spersonalizowaną. I konstrukcyjnie jest to wybór bardzo trafny, wszak mamy do czynienia z wyraźnym głównym bohaterem, wokół którego orbituje wszystko inne. Ale nadal – nie wiem, jak ten człowiek myśli, nie wiem, jakimi kategoriami, nie wiem, jakie ma nawyki językowe, nie wiem tak naprawdę, co czuje (znaczy, niby wiem, ale nie współodczuwam).”
Oooo! Akurat to mnie cholernie cieszy! Gdyby po zapychaczach czytelnik „rozgryzł” bohatera, z którym przyjdzie mu obcować przez ponad 200 stron, to byłbym rozczarowany! I drobna złośliwość: „odnośnie do wersji”, czy ja wiem?
„O szczegółowości wspomniałam, druga z nich to transparentność stylu. Wszystko jest tu oczywiste. Wszystko dzieje się w pełnym świetle reflektorów, nic nie miga mi na skraju pola widzenia, nie zmusza do snucia domysłów i - w konsekwencji - nie uruchamia wyobraźni. I po raz kolejny nie mam na myśli wydarzeń, a fakt, że wszystko, co zostaje stwierdzone, zostaje stwierdzone z całkowitą lub nieomal całkowitą pewnością. Nie ma atmosfery. Nie ma klimatu. I - niestety - nie ma emocji. Wynika to z faktu, że, pisząc, zupełnie nie myślisz o tworzywie, jakim jest język. Nie korzystasz z jego możliwości, a tymczasem trzy dobrze dobrane słowa potrafią nie tylko zastąpić szczegółowy opis, ale też przekazać to, czego nie da się zawrzeć w czytelnych informacjach.”
Powyższe spostrzeżenia, najbardziej dały mi do myślenia. Teraz, ponownie czytając to co napisałem, widzę sekwencje w których nawet skrócenie niektórych zdań, powinno wnieść efekt o którym wspominasz. Prawdę mówiąc: wątków z gatunku emocjonalnych i klimatycznych jeszcze tutaj nie zamieściłem, wiec widzę dla siebie szansę na progres opinii herbu - Kruffachi.

Podsumowując: głębszą analizę całokształtu zostawiam na koniec. Wtedy, do tekstu starannie przyłożę filtr, zawierający wszystkie cenne sugestie, także Twoje.
Teraz trudzę się wątkiem: kryptonim – Bruksela. Postaram się zawrzeć tam nieco nauki i poddać „tutejszej” weryfikacji.
CDN. Pozdrawiam.
Ps. Mógłby wreszcie ktoś wspomnieć, że ten tytuł żenujący, nieco, hę? :grzybki:

... i jeszcze:
Ale nadal – nie wiem, jak ten człowiek myśli, nie wiem, jakimi kategoriami, nie wiem, jakie ma nawyki językowe
Nawyki językowe bez wątpienia uwiarygadniają bohatera. O dziwo! Dwóm, czy trzem postaciom z drugiego szeregu zaimplementowałem parę słów nałogowych.
Robertowi nie, przynajmniej świadomie. Myślę wykonać przeszczep autorski. Zauważyłem, że często zaczynam wywód od: "Taaa" i "Cóż". Oprócz czynów - takie odzywki powinny "przyprawić" Wernera, prawda? Ale czy to nie za mało i czy takiemu typowi będą pasować? Muszę to przetrawić. Niemniej, poproszę o zaopiniowanie.

Awatar użytkownika
Johny
Posty: 22
Rejestracja: 26 maja 2015, 18:27

Re: Zimna furia

Post autor: Johny » 07 października 2016, 19:07

Cześć. A nuż ktoś zerknie do tematu i podrzuci opinię, sugestię, lub dwie ... Między szalonymi skokami z wątku na wątek postanowiłem skrobnąć nowe wprowadzenie. Wydaje mi się, że w kilku miejscach teks jest "nabrzmiały", ale mogę się mylić. Otóż i ono:

Ostatniej doby swojego życia sierżant Josip Sanader czuł się zwyczajnie, ani lepiej, ani gorzej. Pod koniec zmiany odczuwał niewielkie zmęczenie i dręczyła go zgaga. Bez większego zainteresowania przewracał kolejne kartki zalegających przed nim akt. Sprawy zostały zamknięte i nie budziły wątpliwości, ale i tak zamierzał je przejrzeć jeszcze raz, lub dwa. Mężczyzna był przeciętnego wzrostu i średniej budowy ciała. Zaczesane do tyłu włosy powoli się przerzedzały. Ubierał się trochę za poważnie jak na swój wiek. W szafie miał kilka marynarek w odcieniach miedzy grafitem, a czernią, których nawet jego żona do końca nie rozróżniała, jedna z nich zwisała z oparcia krzesła. Stanowił typ człowieka zasadniczego i powściągliwego. Jedyna fanaberia jaka publicznie okazywał był ciemny zarost wokół ust. W życiu prywatnym przypominał swojego ojca. Po nim odziedziczył manierę natychmiastowego zamykania się w sobie, gdy tylko zanosiło się na jakiekolwiek spięcie. Uważał, że odłożenie w czasie kwestii emocjonalnych zawsze je w końcu likwiduje, dlatego w takich sytuacjach starannie ważył słowa.
Urodził w sierpniu 1985 w niewielkiej wiosce położonej opodal jeziora Perucko. Chcąc nie chcąc i sporo przed tym zanim zaczęło to mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie - zmienił obywatelstwo z jugosłowiańskiego na chorwackie. Gdyby ktoś zapytał czy coś z tamtego czasu pamięta, zupełnie szczerze odpowiedziałby: nie! Niekiedy jednak miewał sny, w których z wysokiego wału, ukradkiem wpatruje się w nucącą hipnotyczną kołysankę; bezdenną głębię - ciemniejszą niż Adriatyk podczas najcięższych sztormów. Nikomu o tym nie wspominał głównie ze względów zawodowych. Pracował w policji już ponad dziesięć lat. Szybko awansował w hierarchii „Temeljnej” nie dlatego, że był szczególnie predestynowany ku temu, także nie dzięki walorom intelektualnym. Nie był nadzwyczajnie błyskotliwy, chociaż racjonalności i chłodnej oceny nikt nie mógł mu odmówić. O tym, że został jednym młodszych, dwubelkowych sierżantów w Żupanii zadecydowały jego solidność, oraz zdrowie. Przełożeni zawsze mogli na nim polegać. Nie zdarzyło się, by w trakcie całej swej służby skorzystał z jednego dnia wolnego, ponad to co nakazywał kodeks pracy. Oczywiście pośród funkcjonariuszy stanowił ewenement. Domyślał się, że inni widzą w nim jedynie, pnącego się bezwzględnie w górę oportunistę. Jego koledzy przychodzili do pracy z niechęcią. Każdy z nich młodzieńcze ideały pogrzebał, pośród brudu pokrywającego większość zadań. Sander też nie miał już złudzeń, że cokolwiek uda się zmienić. Dawno przestał widzieć się jako jasny promień, kolący kryminalistów. Dostrzegał, że to mrok ma większy wpływ na niego, niż odwrotnie. Mimo to na posterunku spędzał więcej czasu niż gdzie indziej.

Kochał swoją rodzinę nade wszystko, jednak czasem miał wrażenie, że się dusi. Zupełnie jakby coś kładło ręce na jego krtani, gdy tylko byli razem. Za każdym razem, wracając do niewielkiego mieszkanka w bloku, czuł się jakby wchodził na pole minowe. W 1992 roku jego rodzina uciekała przed krwawą wojną, wówczas zginęła jego matka. Ojciec nigdy o tym nie mówił, a sam miał ledwie kilka lat, więc oczywiście nie pamiętał nic z tamtych dni. Nie mógł odeprzeć wrażenia, że wtedy doznawał podobnego niepokoju.
Dzieciaki były żywe niczym odpalone fajerwerki. Młodszy jadł, napełniał pieluchy i wrzeszczał z pasją godną globalnej sprawy. Starszy był chyba inkarnacją Houdiniego, ulatniał się jak kamfora i pojawiał znikąd, przyprawiając o palpitacje. Nadal nie pojmował dlaczego ulegli jego prośbie o szczeniaka. Zdaje się, że Elena pierwsza skapitulowała, chociaż kiedy indziej potrafiła „pokazać charakterek”. Josipowi wydawało się, że jej głos z biegiem lat zaczął uderzać w coraz wyższe tony. W niczym nie przypominała tej cichej hipiski, która przykuła jego wzrok podczas jednej ze spraw. Jednak podziwiał ją za to, że potrafi nad tym bajzlem zapanować, także nad nim i nie zwariować. Nigdy jej o tym nie powiedział, ale obiecywał sobie, że nadrobi to jak tylko wszystko się uspokoi. Gdy chłopcy trochę podrosną, dostanie awans, gdy przeprowadzą się do własnego domu, wtedy będzie takim mężem na jakiego zasługuje. Teraz jeszcze przez jakiś czas poświęci się pracy. Dzięki nadgodzinom i gorliwemu wypełnianiu obowiązków przybliżał się do tego celu.

- Sanader, wpadnijcie do mojego gabinetu przed wyjściem. – Skrzeczący głos przerwał jego rozmyślania. Łysy komendant przybrał przyjacielsko – głupkowaty wyraz twarzy, zupełnie nie zdając sobie sprawy z tego, że jest jak otwarta księga. Ten był przeznaczony na okazje z gatunku: „zaraz wrzucę ci na grzbiet robotę, trochę mi przykro, ale wiem, że nie odmówisz”. Inspektor Ante Krasic liczył sobie pięćdziesiąt dziewięć lat, był mężczyzną niskim, o pulchnej budowie ciała i przebiegłej twarzy. Brak zdecydowania i płochliwość sprawiały, że nie cieszył się autentycznym szacunkiem swych podwładnych. Gdyby nie ranga i mundur nikt by się z nim nie liczył, zaś to, że zaszedł tak wysoko zawdzięczał koneksjom rodzinnym.
Josip spojrzał na zegarek - minęła osiemnasta. Właściwie, już nie powinno go tu być, ale jak to miał w zwyczaju, zasiedział się nad zaległymi dokumentami.
Krasic siedział w głębokim obrotowym fotelu i wiercił się, zapewne w przypływie ataku hemoroidów. Odgradzało go wielkie biurko zastawione najróżniejszymi gratami. Znalazło się na nim miejsce dla wielu rodzinnych fotografii, zabytkowej stalowej lampki, afrykańskich figurek i innych „niezbędnych przedmiotów”, które ciągle zmieniały konfigurację. Pośród tego wszystkiego mikry, łysy człowieczek wyglądał trochę jak podminowany powstaniec na barykadzie. Josip potarł policzek by ukryć uśmiech. Szef powitał go z tą samą namolną miną co wcześniej.
- Co za czasy Sander, do czego to doszło! Dzisiejsza młodzież jest zupełnie bez wychowania. Może nie cała. - Zerkną ukradkiem na jedną z ramek. - Nie uczy się jeden z drugim, a z ciężkiej pracy śmieje. Tylko używki i chuligaństwo im w głowie. Winne jest miękkie państwo, mówię wam sierżancie! Dawniej to na wszystko trzeba było tyrać. A teraz? Weźmie taki zasiłek i ma wszystko w nosie! Dobrze mówię?
Josip pokiwał głową twierdząco. Wolał się nie odzywać, bo wiedział, że inaczej owijaniu w bawełnę nie będzie końca.
- Chuligaństwo gdzie się nie ruszyć, ale nie możemy pozwolić wchodzić sobie na głowę, prawda? – Odwrócił wzrok od Josipa i wbił spojrzenie w mahoniową żyrafę, jakby pierwszy raz ją zobaczył. - Na osiedlu przy Savarskiej, tam obok parku, kojarzycie, ktoś regularnie wybija okna. Z częstszych patroli nic sobie robią. Trzeba by to sprawdzić…
Podniósł błyszczącą rzeźbę i obracał chwilę w dłoniach, bacznie badając każdy detal. Na koniec potrząsną głową wyraźnie zniesmaczony i odstawił ją na bok. Tak daleko od siebie, na ile pozwoliły mu przykrótkie kończyny. Później wyrównał szereg fotografii i zapadł w oparcie fotela. Nadal patrzył wszędzie tylko nie swojemu podwładnemu w oczy.
- Pokazalibyście Sanader odznakę, spróbowali przemówić do rozumu, a nawet możecie pistoletem postraszyć, gdyby element okazał się oporny.
- Tak jest panie inspektorze. Często dochodzi do incydentów? Mieszkańcy nikogo nie podejrzewają?
- Tamtejsi mieszkańcy to dobrzy, zasobni obywatele. Wszyscy się znają i szanują, dlatego prawdopodobnie sprawcą jest ktoś z innych dzielnic. Siostra mówiła… – Krasic zaciął się na chwilę, ale uznał, że nie ma sensu dłużej lawirować i kontynuował już bez zażenowania. – W zeszłym tygodniu zniszczono dwa okna w domu mojej siostry i drzwi balkonowe po sąsiedzku. Wcześniej miało miejsce jeszcze kilka podobnych incydentów. Zawsze po północy.
- Nie doszło do kradzieży?
- Nie, wyłącznie wandalizm, ale zaczyna odbijać się to na zdrowiu mieszkańców. – Szczere współczucie zagrało w głosie Krasica.
- Rozumiem panie inspektorze. Pokręcę się w tamtej okolicy i zbadam sprawę. – Sanader zasalutował.
- Dziękuję sierżancie. Oczywiście wezmę to pod uwagę przy ustalaniu świątecznych premii. Możecie odejść.

Sędzia odgwizdał koniec pierwszej połowy, Sanader opuścił głowę i rozmasował zesztywniały kark. Z pewną niechęcią sięgnął do marynarki po telefon, wyszukał kontakt zapisany jako domowy i wywołał połączenie. Po kilku sygnałach usłyszał w słuchawce dziecięcy głos:
- Halooo?
- Antonio? Tata mówi.
Odpowiedział mu wybuch płaczu.
- Dlaczego ryczysz Antonio?! – Sanader poczuł ukłucie niepokoju.
- Bo, bo, boo… Bawiłem się z Ciapkiem i teraz Mirko płacze i ma... ma... maaaama mnie skrzyczała! – Sześciolatek zawodził niczym strażacki alarm, a z oddali dobiegały krzyki, szczekanie i kolejne raźne kwilenie.
Uff, nie ma powodów do paniki - Sanader odetchnął z ulgą. Z grubsza miał pojęcie co teraz dzieje się w mieszkaniu i jakie jest zdanie sąsiadów na ten temat.
- Antonio, słuchaj! Uspokój się, dobrze? Za chwilę mama się uspokoi. Bądź dużym chłopcem i przestań płakać, jasne?
- Jestem juz duuzym chłopcem. Yhhhy... - Antonio powstrzymywał łkanie.
- Zuch, mój duży synek! A teraz daj mamę do telefonu.
- Dobze.
- Josip szlag mnie trafia! O której będziesz. – Po chwili odezwał się zachrypnięty kobiecy głos.
- Nie czekajcie dzisiaj na mnie. Wrócę późno, pewnie dopiero nad ranem.
- Znowu?! Mirko jest dzisiaj nie możliwy, a Antonio jak zwykle. Brak mi słów! Powinieneś częściej być w domu.
- Cholera, mówisz jakbym się w tym czasie zabawiał. Cały dzień szukałem jednego pajaca, a teraz jeszcze muszę sprawdzić kto w nocy rozrabia, myślisz, że mi się to uśmiecha?
- Ja też już z tym wszystkim nie wytrzymuję! Czasem myślę, że sam jeden pracujesz na tym zasranym posterunku.
- Dużo chłopaków urlopy pobrało. Znasz Krasica - służbista, nie lubi gdy sprawy stoją w miejscu. - Wyjaśnił pojednawczym tonem.
- Powinieneś się postawić, rodzina jest ważniejsza.
- Wiem kochanie, ale robię to dla nas.
- Tak mówisz, ale wydaje mi się jakbyś... – Elena urwała i przez chwilę słyszał jedynie drżący oddech. – Ech, uważaj na siebie!
- Oczywiście, pa złotko.
- I Josip...
- Tak?
- Okres mi się spóźnia...
Ponownie po obu stronach linii telefonicznej nastała cisza, tym razem dłuższa i pełna napięcia.
- Halo Josip, jesteś tam?
- Jestem. – Sanader nie wiedział co powinien w tej chwili odpowiedzieć. Czuł się przytłoczony, potrzebował więcej czasu, aby przetrawić niespodziewaną nowinę.
- Słyszałeś co powiedziałam?
- Tak. Porozmawiamy jak wrócę.
- Dobrze.
- Na razie.
Mężczyzna schował telefon, nic sobie nie robiąc z sygnalizatora rozładowania baterii. Po czym wyjął lnianą chusteczkę i drżącą dłonią wytarł zroszone czoło. Sanader lubił tą niedużą knajpkę położoną niedaleko od posterunku. Lokal znajdował się nieco na uboczu, dzięki czemu zachował tradycyjny, nieco gnuśny dalmatyński klimat. Odkrył to miejsce w trakcie jednego z patroli, tuż po tym jak otrzymał przydział. Od tamtego czasu gościł tu niezliczoną ilość razy. Cenił sobie intymną atmosferę, piwniczny - tchnący wilgocią chłód latem i samogon spod lady zimą. W tej chwili poczuł się jakby upał, który już od miesiąc osaczał południową Chorwację, podstępnie przejął nawet to pomieszczenie.

Tuż przed północą Sanader zaparkował służbową Skodę Oktavia w zatoczce - pomiędzy sportowym coupe i limuzyną Alfy. Oparł łokieć na odsuniętym oknie. Noc była ciepła i spokojna. Powietrze nasiąkło żywicznymi aromatami okolicznych drzew, które ożyły po całym dniu spiekoty. Z daleka dobiegało radosne ujadanie pudla, lub innego niewielkiego psa. Wąska jednopasmowa droga opadała łagodnie w stronę wybrzeża, dzięki temu miał doskonały widok na okolicę. Wzgórze po lewej gęsto pokrywały eleganckie domostwa, każde z ze sporym obejściem, często kortem do tenisa i basenem. Josip zafascynowany wpatrywał się jak jedno po drugim gasną światła i wzgórze pogrąża się w spokoju. Mieszkańcy powoli kładli się spać. Próbował sobie wyobrazić jak można się czuć, gdy codziennie o poranku witają złociste słoneczne refleksy, odbijane od fal błękitnego Adriatyku. Gdy ciepła bryza owiewa twarz na powitanie, zapowiadając kolejny udany dzień. Rozmarzył się podążając wzrokiem za światłami statku, płynącego gdzieś u kresu granatowego horyzontu. Wyobrażał sobie jak obejmuje żonę i oboje patrzą na baraszkujące w ogrodzie dzieci. Antonio, Mirko i… zabawnie przebierająca nogami dziewczynka, z szopą krnąbrnych loków identycznych jak te Eleny. Szczęśliwa rodzina - tak sobie wyobrażał swe dorosłe życie. Wysoko zawieszone reflektory, a później pomruk silnika, przejeżdżającego obok dostawczaka sprowadziły Sanadera do nocnej teraźniejszości, wywołując tym samym irytację. Splunął przez odsunięte okno w ciągnący się nad asfaltem ogon słodkawych spalin.
W uszach znów usłyszał przybity głos żony i zrobiło mu się trochę wstyd. Zaczęło docierać do niego, że bez względu na to: czy rzeczywiście będą mieć trzecie dziecko, czy nie, nie może dłużej uciekać i odkładać wszystkiego na później. Wniosek nasuwał się oczywisty - zakup domu. Oszczędności, oraz nieduży kredyt powinny wystarczyć na coś interesującego. Powinni też pomyśleć nad opiekunką dla dzieci, choćby przez kilka dni w tygodniu. Postanowił, że weźmie dzień wolnego i porozmawia o tym z Eleną.
Z zazdrością zerknął na ekskluzywną dzielnicę. Ceny tutejszych nieruchomości były poza jego zasięgiem. Nie wpływało na to nawet mało atrakcyjne sąsiedztwo. Odwrócił głowę w przeciwną stronę. Zza rzędu luźno posadzonych ponurych grabów, odwzajemniła uwagę niczym niezmącona hieratyczna ciemność. Po plecach przebiegł mu nieprzyjemny dreszcz. Po drugiej stronie drogi znajdował się zabytkowy szesnastowieczny cmentarz. Obecnie obiekt miał status nieuczęszczanego, trochę zapuszczonego skansenu. Zupełnie jakby mądrość dziejowa ustanowiła przestrzeń, gdzie władały zapomnienie i śmierć, jako memento dla tętniącego życiem kurortu.
Wtem Sanader ujrzał, snopy reflektorów samochodowych, wżynające się bezceremonialnie w sam środek parku otaczającego nekropolię. Ze zdziwieniem obserwował poświatę podskakującą nad wyboistą ścieżką, prowadzącą wprost ku omszałym katakumbom. Później auto stanęło, światła zgasły i przez moment Josip, nie był pewien czy właśnie nie miał zwidów. Zamrugał oczami i wpatrzył się ciemność. W oddali dostrzegł ledwo skrzące się punkciki żarówek postojowych.

- Jebem ti mater – wymamrotał, gramoląc zdrętwiałe ciało z samochodu.
Ogrodzenie było zbyt wysokie, żeby dostać się do celu na skróty, więc biegiem pokonał odległość dzielącą go od zjazdu. Skręcił w porośniętą wysoką trawą i mchem dróżkę i przykucnął za najbliższym drzewem. Tajemniczy pojazd zatrzymał się jakieś dwieście metrów dalej, na końcu wijącej pośród szpaleru czapiastych krzaków i powykręcanych, sędziwych drzew - alejki.
- Pierdoleni chuligani, zaraz wam nakładę! – Uśmiechnął się, już widząc przerażone twarze, niczego nie spodziewających się podrostków.
Tylne drzwi furgonu były otworzone szeroko na oścież. Wewnątrz nie było nikogo. Żadnego alkoholu, jedynie kilka kartonowych toreb zawierających cement, lub inny materiał budowlany. Mdła sufitowa lampka nie pozwalała odczytać oznaczeń. Gdzieś dalej usłyszał męskie głosy, klnące na czym świat stoi. Ostrożnie przemknął wzdłuż karoserii, niemal potykając się o kolejny pakunek, jak te z tyłu auta. To co zobaczył w srebrzystej księżycowej poświecie sprawiło, że poczuł suchość w ustach, a jego dłoń bezwiednie spoczęła na kaburze. Momentalnie zrozumiał, że nie ma do czynienia z krnąbrnymi rozrabiakami, a czymś dużo poważniejszym. Odruchowo podważył zapinkę służbowego HS 2000. Jednak patrząc na dwóch mężczyzn, mozolnie taszczących podłużny, wywinięty niczym hamak - czarny wór, zawahał się. Coś nakazywało mu się wycofać. Mógł wsiąść do auta, odjechać i zapomnieć o tym co widział… Nie, nie był by sobą. Albo zgłosić przez radio zdarzenie do centrali. Wtedy jednak podejrzani najpewniej ulotnią się nim dotrze wsparcie. Był przekonany, że odpisanie rejestracji doprowadzi jedynie do skradzionego pojazdu.

Ostatecznie zawodowa sumienność wzięła górę. Przez otwarte okno od strony kierowcy dosięgnął sterownika świateł. Załączył drogowe, wykrzykując jednocześnie najbardziej autorytarnym głosem, na jaki było go stać:
-Sierżant Sanader, policja! Spokojnie, bez gwałtownych ruchów! Mam broń, ale jeżeli będziecie grzeczni, nikomu nie stanie się krzywda.
Ułamek sekundy później ustawił się tak żeby nie przesłaniać reflektorów. Wyciągnął oburącz pistolet przed siebie i wydał kolejne instrukcje:
– Odłóżcie powoli, cokolwiek tam wleczecie!
Mężczyźni, wcześniej jakby zmrożeni niespodziewaną iluminacja opuścili ciężar w ledwie zaznaczoną koleinę.
- Dobrze, a teraz ręce go góry i bez głupich pomysłów!
Dłonie stojącego przodem mężczyzny powędrowały nad głowę. Zwrócony tyłem ociągał się.
- Kudłaty, niczego nie próbuj! Policjant z takiej odległości nie pudłuje. Łapy w górę i powoli się odwróć!
- Chcesz sprawdzić kto lepiej strzela? Też jestem z policji, a ty zakłócasz tajną operację! – W głosie długowłosego buzowała irytacja, ale zastosował się do nakazu.
Sanader zignorował jego słowa.
- Ty tam, byczku! Podejdź do kamrata!
Gdy mężczyźni stanęli ramię w ramię, odbezpieczył broń i podszedł bliżej, ani na moment nie spuszczając ich z muszki. Przyjrzał się im, na tyle na ile pozwalało blade światło reflektorów. Dryblas z nadwagą, miał niezbyt bystrą facjatę, o nieco wschodnich rysach. Ubrany był w koszulkę na ramiączka i dżinsy. Natomiast niższy, któremu proste długie włosy sięgały ramion nosił lekki garnitur. Wyglądał znajomo. Josip nie potrafił sobie jednak przypomnieć skąd go zna, zresztą mógł się mylić.
- Mówiłeś, że jesteś z policji, on też?
- Powtórzę ci zakłócasz tajną operację! Schowaj broń i wypierdalaj stąd albo…
- Wszystko w swoim czasie. Na razie gęba na kłódkę, bo mi się zaraz palec omsknie Odchyl poły marynarki, powoli! – Sanader uciął wściekłe syczenie.
Długowłosy niechętnie odsłonił tułów. Z kabury pod pachą wystawała mu kolba pistoletu, na pasku połyskiwała odznaka.
- Dwoma palcami wyjmij broń i rzuć w krzaki!
Znajomo wyglądający mężczyzna nie reagował, tylko w wpatrywał się w niego z furią, mrużąc oczy przed oślepiającym światłem.
Sanader obniżył lufę i powiedział zimnym tonem:
- Strzelę ci w nogę i wtedy rozbroję, wybieraj co wolisz.
Pistolet zachrzęścił pomiędzy drobnym gałązkami i ciężko pacnął w wilgne miękkie podłoże.

Sanader, pobieżnym przeszukaniem stwierdził, że podejrzani nie mają innej broni. Podającemu się za funkcjonariusza odebrał legitymację i odznakę. Cofnął się o kilka kroków i obejrzał je dokładnie. Widział w życiu wiele fałszywek i teraz nie miał najmniejszych wątpliwości – jedno i drugie było autentyczne. Odznaka pochodziła z wydziału kryminalnego… Josipowi coś zaczęło świtać. Kika lat temu dwóch detektywów z kryminalnej przejęło od nich śledztwo dotyczące morderstwa. Jeden z nich zwrócił wtedy jego uwagę. Zachowywał się jakby był pod wpływem narkotyków. Właśnie ten tajniak stał teraz przed nim.
- Przypuśćmy, że ci wierzę, ale co za jeden – wskazał ruchem lufy milczącego wielkoluda – i… i co jest w tej torbie.
- Sierżancie Sanader, jedno i drugie, to nie twój kurwa, jebany interes! Gdzie służysz? Zresztą nie ważne. Schowaj ten pistolecik, albo wylecisz na mordę z roboty. Obiecuję ci! – wybuchnął tajniak.
Josip poczuł się zbity z tropu. Targały nim wątpliwości i podejrzenia. Nie mógł sobie wyobrazić, jaki rodzaj operacji policyjnej, może obejmować taszczenie podejrzanego pakunku na cmentarz. W dodatku w środku nocy… Gdyby jednak rzeczywiście działo się coś nielegalnego – pomyślał - to przecież nie pozwoliliby mu tak łatwo odejść. A przed chwilą wyraźnie usłyszał, że ma wypierdalać. Najlepiej będzie ostrożnie się wycofać i zgłosić sprawę Krasicowi - zdecydował. Ostatnie czego mu teraz trzeba to bezrobocie.

- W porządku. Obaj odwróćcie się i zostańcie tu. Ostrzegam jeżeli któryś za mną ruszy, to będę strzelał.
Mężczyźni posłusznie i bez słowa protestu wypełniali jego polecenia, nawet tajniak jakby się uspokoił. Sierżant Sanader cofał się czesząc łydkami sztywną trawę. Gdy znalazł się obok furgonu wsunął pistolet do kabury. Jeszcze raz spojrzał na oświetlone, niczym w ponurej antycznej sztuce – postaci. Zrobił jeszcze krok do tyłu, potem drugi i wtedy usłyszał chrupnięcie pękającej suchej gałązki. Nie pod własnym butem. Tuż za sobą.
Nim zdążył zareagować poczuł jakby zmrożony sopel wnikał mu w plecy. Usłyszał nieprzyjemny zgrzyt i zimno momentalnie wypełniło skostnieniem cały tułów. Pierwotna trwoga zjeżyła mu włosy na karku. Pęcherz odmówił posłuszeństwa i mocz spłynął po udach. Uniósł brwi zdziwiony. Pochylił głowę aż podbródek oparł się o sztywny kołnierz, idealnie wykrochmalonej przez Elenę koszuli. W miejscu, gdzie najniższe lewe żebro łączy się z mostkiem dostrzegł spiczastą wypukłość.
Próbował dobyć broń, ale czyjaś mocarna dłoń wykręciła mu ramie do tyłu. Jednocześnie lodowaty harpun wyszarpnął się z jego wnętrza, wraz z oddechem zabierając chęć oporu. Kolejne dwa ukłucia nadeszły po sobie, w odstępie niespełna sekundy. Widział jak sztych noża wyłania się z jego brzucha i odcina guzik. Próbował krzyczeć, ale nie usłyszały go nawet okoliczne świerszcze.

Upadł na kolana, przycisnął dłonie do piersi i patrzył przez chwilę jak na koszuli, dookoła rozczapierzonych palców, rozrasta się ciemna plama. Kołatały w nim: paniczny sprzeciw, oraz rozpaczliwe szukanie nadziei, choć wiedział doskonale, że jego los został przesadzony. Załkał gdy ręce przestały go słuchać i zawisły bezwładnie. Powoli przechylił się w bok i upadł w pokrytą rosą trawę. Nie czuł już bólu. Resztką sił odchylił głowę ku rozgwieżdżonemu niebu. Widział jak pochylają się nad nim długie, krwiożercze cienie, chciał je rozgonić, ale nie miał sił. Nim wyzionął ducha, szepnął jeszcze bezgłośnie.
- Nie płacz Antonio, mama już się nie złości.

Peace, albo Love. Pozdrawiam.

ODPOWIEDZ