UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Tytuł PROZY LIPCA
zdobyło ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee.

Serdecznie gratulujemy! :D

Zimna furia

KRYMINAŁ, HORROR, THRILLER, SENSACJA
Pomysły moich powieści kryminalnych znajduję zmywając. Jest to zajęcie tak głupie, że zawsze rodzi we mnie myśl o zabójstwie. ~ Agatha Christie
Awatar użytkownika
Johny
Posty: 22
Rejestracja: 26 maja 2015, 18:27

Zimna furia

Post autor: Johny » 15 listopada 2015, 18:44

Wtręt z perspektywy czasu: zalecam pominięcie kilku moich początkowych postów. Zdaje się, że dalej jest lepiej. :bag:

Kurka, błądzę, cierpię i się zmagam więc podzielę się... Ten fragment stanowi jeden z fillerów. Zrozumiałem, że aby finalnie osiągnąć zamierzone 250 stron potrzeba mi tego typu "momentów" bo samą akcją i fabułą właściwej treści nie dam rady wypełnić formatu powieści. W zasadzie to nie jest wypełniacz absolutny bo przedstawione tutaj zdarzenie czyli przekazanie dokumentów a właściwie późniejsze zrozumienie przez protagonistę ich zawartości istotnie posuwa rozwój zdarzeń (następny post). Proszę Was o krytyczną ocenę otoczki w którą to ubrałem. Czuję sam pewne wady ale nie chcę nic sugerować, a raczej potwierdzić braki lub nadmiary.
Wersja beta 2. Serdecznie proszę o komentarze w wolnej chwili. Nawet najcięższego kalibru krytyka będzie mile widziana. Może nie spłynie jak po kaczce ale na pewno mną nie wstrząśnie :c[]:


Ostrożnie odstawiłem nieco zbyt delikatną porcelanową filiżankę na sprawiający jeszcze bardziej eteryczne wrażenie spodek. Uszko, mimo iż budziło we mnie sporą nieufność przetrwało. Niestety ostatni łyk kawy smakował podobnie jak pierwszy, zbyt łagodnie, bez charakteru a aromat nieprzerwanie dominowały odstręczające kwiatowe nuty. Poczułem się trochę nieswojo przez to, że nie bylem w stanie docenić wykwintnego napoju. Przecież zamówiłem mieszankę z górnej półki na domiar ta została podana w gustownej zastawie przez kelnera którego mimika i najdrobniejszy gest zdradzały, że bardzo szanuje swój fach. Ale cóż mogłem poradzić, pewnie trzeba urodzić się koneserem by móc docenić i delektować się tego typu bądź co bądź niszowymi produktami.
Stawałem się coraz mocniej zniecierpliwiony chociaż to nie mój gość się spóźniał, po prostu ja zjawiłem się w umówionym miejscu sporo przed czasem. Nie miałem nic lepszego do roboty więc pomyślałem, że zażyję nieco cywilizowanego świata.

Przyznam, że usytuowanie jak i sama koncepcja oprawy najbardziej charakterystycznej z restauracji krakowskiego Sheratona od początku wywarła na mnie pozytywne wrażenie. Dla The Woody Olive zagospodarowano pasaż pomiędzy poszczególnymi sekcjami hotelu. Pół otwarta przestrzeń dawała temu miejscu oddech a bywalcom poczucie swobody. Od środka galerie korytarzy wyglądały jak loże operowe. Przez rozpostarty cztery piętra wyżej przeszklony sufit pogodne niebo dostarczało dużo światła, chociaż pewnie gdy aura była mniej sprzyjająca ulatywało stąd estetyki. Na prawo od wejścia witało wzrastające z olbrzymiej kamiennej donicy ponad trzy metrowe egzotyczne drzewo którego listowie zaskakiwało żywym, intensywnie zielonym ubarwieniem. Któraś z niezliczonych odmian cyprysa? - nie jasno przypuszczałem.
Pokrytą sosnowymi deskami podłogę wypełniało szesnaście idealnie kwadratowych stolików. Przy każdym z nich ustawiono czterykroć sprawiających wrażenie wygodnych wyplatanych z wikliny foteli. Siedziałem w jednym z nich już prawie godzinę więc mogłem stwierdzić, że tak, wzrokowa obietnica jest szczera i takie właśnie są. Czuło się tutaj przestrzeń z każdej strony, głównie dzięki temu, że zbyt wysokie usytuowanie stropu zrównoważono luźnym rozmieszczeniem wyposażenia. Poza tym wszelkie sprzęty zdradzały zastosowanie materiałów najwyższej jakości a całość była przemyślana tak by osiągnąć kompromis pomiędzy swobodą a elegancją.
- Fajne miejsce dla jeszcze fajniejszych ludzi, nic tylko strzelić sobie selfie i wrzucić na jakiś „społem” cacy, cacy – pomyślałem, sarkazmem próbując przykryć to, że czułem się tutaj niezręcznie niczym nomen omen słoń w składzie porcelany.

Dezorientacja to słowo ostatnio stanowiło refren hymnu mojego pogmatwanego żywota. Chociaż wychodząc z zasady by mierzyć siły na zamiary to jednak nigdy nie odmawiałem wyzwaniom. Na ten moment jednak nie byłem w stanie zdefiniować kierunku, co więcej nie byłem pewien samego siebie więc gdzież mi jeszcze było do jakiegokolwiek celu?
- Właśnie kurwa mać! Pasowało by się wreszcie zdecydować co jest właściwie moim celem? Zamierzam podążać do niejasnego końca czy w pewnym momencie odpuścić? Może najlepiej będzie dla wszystkich jeżeli poddam się już teraz? – Kolejny raz maglowałem swe ego i znów bez odmiany coś się we mnie zagotowało i dalej nie rozumiałem jak zmniejszyć żar albo gdzie ukierunkować kipienie. Zabolało mnie bo bierność była całkowicie sprzeczna z moim organizmem, a raczej tak chciałem to widzieć bo innych wymówek nie miałem sił wynajdywać.
Znowu naszła mnie refleksja czy raczej dylemat; jakim cudem nie zwariowałem w trakcie tych długich miesięcy najpierw całkowitej bezradnej bezczynności a później tygodnia po tygodniu jej zwalczania?
Bezwiednie napiął się nawet najmniejszy z moich mięśni, poczułem wilgoć pod wykrochmalonym kołnierzykiem. Wzdrygnąłem się na wspomnienie wózka inwalidzkiego, oddziałów szpitalnych i tamtejszych wymyślnych sprzętów rehabilitacyjnych. Tego jak wtedy uważałem nieprzemijalnego czasu gdy byłem uwięziony przez niemoc swego ciała. Znów zapragnąłem przewodnika bym zrozumieć mógł niuanse.
Kto z tych którzy na ich własne szczęście nie mieli okazji poznać różnicy uwierzył by, ze powrót do zdrowia, dawnej sprawności może kosztować więcej sił, odporności psychicznej i bólu… wszelkiego niż najperfidniejsze ze szkoleń wojskowych? Nikt!
Tygodnie na afrykańskiej pustyni, doby na granicy hipotermii pośród najwyższych szczytów tego globu? Ha, ha ha zaawansowane szkolenie komandosów w jakich brałem udział w tej perspektywie jawiło mi się jako fraszka! Cóż, nikt, ani ja ani ktokolwiek inny wobec takiego wyzwania niestety nie otrzyma możliwości wyboru ale poznawszy koszt jestem tego pewniejszy niż podatków i śmierci nie znajdzie się na tym padole ani jeden smakosz pierwszej z opcji! Jednostek wypaczonych masochizmem nie rozumiem więc w tym miejscu nie rozpatruję.
Cholera o z byt wielu nie potrzebnych kwestiach myślę, czy aby na pewno wszystko jest w porządku? Robert… jest we mnie ja jestem nim. Tak , tak przytakiwałem sobie podołałem wszystkiemu nie uległem nie zgubiłem cugli w tym zamęcie. A może to zwyczajnie przeoczyłem? W końcu czy znajdzie się gdzieś wariat który sam z siebie stwierdzi, że oszalał? Częściej niż bym chciał zadawałem sobie pytanie ile zostało z tego ja którym kiedy byłem.

Spojrzałem za przezroczysty sufit, tworzące go grube prostokątne tafle szkła miały opalizująco niebieski odcień nieco fałszując naturalne barwy. Szlag by to trafił, pewnie dlatego to dzisiejsze nieskazitelnie czyste niebo przesadnie przypominało tamto nad Adriatykiem z zeszłego lata. Kurwa mać dlaczego ten widok tak nieznośnie drażni moje spojówki?

- Hajakuuu, eeehheee, heee, faster men! – Czwórka biesiadników kilka stolików dalej ewidentnie się rozkręcała. Kolejne buteleczki sake dostarczane regularnie przez kelnera wydatnie przyczyniały się rozluźnieniu atmosfery.

Dwóch typowych młodych, prężnych salarymanow z kraju kwitnącej wiśni w towarzystwie pary, prawdopodobnie miejscowych: mężczyzny i kobiety opijało jakiś poważniejszy międzykontynentalny biznes. Wszyscy oscylowali między trzydzieści, trzydzieści pięć lat. Doskonale się bawili, byli tacy pewni, żywi nakierowani na przyszłość. Zreflektowałem się, że mogli być młodsi ode mnie najwyżej kilka lat, trzy może pięć, dlaczego wobec tego patrząc na nich czułem się jak zrzędliwy staruszek?
Wdrukowany, podświadomy wręcz nawyk obserwacji sprawiał, że chcąc nie chcąc uderzały mnie marionetkowe reakcje, sztywne pozy, sztampa personelu. Miałem wrażenie, że ten świat uparł się by razić kiepskim aktorstwem i wnet pierwotne uczucie relaksu wyparło znużenie. Przewijający się ludzki strumyk szemrał raz głośniej częściej niemrawo, często się zrywał się lecz nie ustawał. W jego skład wchodzili przede wszystkim pracownicy okolicznych korporacji, dostrzegłem też rezydentów, głównie dzieci i kobiety.

Drzwi uchyliły się po raz niezliczony któryś i w końcu zza tafli mrożonego szkła w stalowym okuciu wychynęła osoba spoza tego schematu. Prawie sześćdziesięcioletni mężczyzna zwrócił moją uwagę gdy tylko przekroczył próg, blond czupryna z przedziałkiem po prawej jak zawsze wyróżniała go z przeciętności. Z tej odległości nie potrafiłem jednoznacznie stwierdzić, czy bardzo się zmienił ale siwizna raczej nadal się go nie imała.
Ojciec Julii ubrany był w swym nieodłącznym stylu, przewodzącym na myśl maniery anglosaskie lub akademickie. Miał na sobie jasno beżową tweedową marynarka w kratę, do tego płócienne spodnie i brązowe mokasyny. Pod łokciem ściskał klasyczną aktówkę która miałem okazję po raz kolejny potwierdzić towarzyszyła mu podczas każdego wyjścia. Trudno było ocenić czy kierowała nim w tej kwestii ekstrawagancja, przyzwyczajenie czy też względy praktyczne jednak byłem pewien, że wnętrze tej teczki skrywa zawartość z którą nieuchronnie będę musiał się zmierzyć. Ubiór doskonale harmonizował z jego spokojną, opanowaną osobowością. Był człowiekiem raczej niezbyt gadatliwym, którego uważałem za wzór taktu i dobrego wychowania. Na tym tle jego małżonka jawiła się niczym drobne żywe sreberko. Pozorny kontrast charakterów w praktyce doskonale się uzupełniał, tworząc nawet po tylu latach związek emanujący harmonią. Julia właśnie po ojcu odziedziczyła racjonalność a po matce zapał.

Majewski rozglądał się sprawiając wrażenie nieco roztargnionego, gdy masę spojrzenia spotkały się twarz mu się ściągnęła. Odpowiedział skinięciem głowy na moje i ruszył ku stolików za którym siedziałem.
Ostatni raz rozmawialiśmy twarzą w twarz grubo ponad rot temu. Wymieniliśmy kilka zdań przez telefon jeszcze gdy byłem hospitalizowany a później kontakt wygasł naturalnie. Zarówno dla rodziców Julii jak i dla mnie podtrzymywanie jakichkolwiek stosunków było by pustym rytuałem, nastręczającym jedynie zbędnych przykrości. Obie strony zdawały się rozumieć to doskonale. Dlatego gdy w zeszłym tygodniu po kilkunastominutowej bitwie z myślami zdecydowałem się wykonać telefon do Marka Majewskiego miałem wątpliwości czy zechce się ze mną spotkać. Potrzebowałem informacji, jego kontaktów ucieszyłem się, że nie odmówił. Jednak w tej chwili czułem podenerwowanie, poczucie winy, wypełniał mnie chaos. Zupełnie nie wiedziałem jak powinienem się zachować.

- Witaj Robercie. Spotkanie mi się nieoczekiwanie przeciągnęło ale chyba się nie spóźniłem? - przywitał się zerkając na stojącą przede mną pustą filiżankę. Oczywiście nawet nie spojrzał na zegarek. Punktualność bardzo sobie cenił a gdyby coś mu rzeczywiście wypadło wówczas na pewno odpowiednio wcześniej by do mnie zadzwonił.
- Dzień dobry Panie Karolu. Nie, nie skąd. Proszę usiąść.
- To dobrze, dobrze - odetchnął. Wymieniliśmy krótki uścisk dłoni.
- Tyle razy Cię prosiłem byś zwracał się do mnie po imieniu a Ty dalej taki formalny. - rzucił dobrze mi znaną formułkę zajmując miejsce. Tym razem jednak w jego głosie nie usłyszałem jak niegdyś wyrzutu jedynie zwyczajne stwierdzenie.


cdn.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 480
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Zimna furia.

Post autor: Krin » 18 listopada 2015, 22:01

Po pierwsze, bez kropki w tytule. ;)
Uszko, mimo iż budziło we mnie sporą nieufność (przecinek, bo z wtrąceniem mamy do czynienia) przetrwało.

Przecież zamówiłem mieszankę z górnej półki na domiar ta została podana w gustownej zastawie przez kelnera ( obowiązkowy przecinek przed "który") którego mimika i najdrobniejszy gest zdradzały, że bardzo szanuje swój fach.

Na dodatek, chyba zgubiłeś, którąś część zdania.

Dalej występują podobne wariacje na temat interpunkcji, więc daruję sobie wymienianie wszystkiego po kolei, lecz po prostu polecę bliższe przyjrzenie się zasadom.

Któraś z niezliczonych odmian cyprysa? - nie jasno przypuszczałem.

Raczej: przypuszczałem niejasno.

Przy każdym z nich ustawiono czterykroć sprawiających wrażenie wygodnych wyplatanych z wikliny foteli.

"Czterykroć" to nie jest dobre słowo. Brzmi jakby ustawiali je tam cztery razy, a nie ustawili tam cztery fotele.

- Fajne miejsce dla jeszcze fajniejszych ludzi, nic tylko strzelić sobie selfie i wrzucić na jakiś „społem” cacy, cacy – pomyślałem, sarkazmem próbując przykryć to, że czułem się tutaj niezręcznie niczym nomen omen słoń w składzie porcelany.

Trudno jest ukrywać coś przed samym sobą we własnych myślach za pomocą sarkazmu. Mówiąc szczerze, nie wyobrażam sobie.

Dezorientacja ( myślnik albo przecinek) to słowo ostatnio stanowiło refren hymnu mojego pogmatwanego żywota.

Znów zapragnąłem przewodnika bym zrozumieć mógł niuanse.

Znowu niewłaściwy szyk zdania. Bardziej by nawet pasowało: by zrozumieć niuanse. Takie same znaczenie, a mniej słów. Postaraj się unikać zbędnych wyrazów.

wszelkiego niż najperfidniejsze ze szkoleń wojskowych? Nikt!

Słowa "niż najperfidniejsze" sugerują, że przed nimi powinien znaleźć się przymiotnik w stopniu wyższym, ale znajduję się "wszelkiego". Nie jest to stopień wyższy i nie dziwota, bo nie ma stopnia wyższego od "wszelki". Wszelki to wszelki np. wszelkie możliwości, czyli wszystkie możliwości, a skoro wszystkie to już ich więcej być nie może. Nie sądzę również, żeby szkolenia wojskowe mogły być "perfidne".

Cholera o z byt wielu nie potrzebnych kwestiach myślę, czy aby na pewno wszystko jest w porządku?

Takie i ja mam wrażenie.

- Hajakuuu, eeehheee, heee, faster men! – Czwórka biesiadników kilka stolików dalej ewidentnie się rozkręcała. Kolejne buteleczki sake dostarczane regularnie przez kelnera wydatnie przyczyniały się rozluźnieniu atmosfery.

Nie rozumiem powodu wyróżnienia tego fragmentu kursywą.

Na tym tle jego małżonka jawiła się niczym drobne żywe sreberko.

To znaczy jak?

Majewski rozglądał się sprawiając wrażenie nieco roztargnionego, gdy masę(/) spojrzenia spotkały się twarz mu się ściągnęła.

Odpowiedział skinięciem głowy na moje i ruszył ku stolików (przecinek) za którym siedziałem.

Odpowiedział skinieniem głowy i ruszył ku ( komu? czemu?) stolikowi, za którym siedziałem.

- Witaj Robercie. Spotkanie mi się nieoczekiwanie przeciągnęło ale chyba się nie spóźniłem? - przywitał się

"Się" to również powtórzenie, a mnóstwo go jest w całym tekście. To zdanie wybrałam tylko jako przykład.
Nie rozumiem też, dlaczego ten fragment również został wyróżniony kursywą.

- Tyle razy Cię prosiłem byś zwracał się do mnie po imieniu a Ty dalej taki formalny. (nie stawiamy kropek, gdy słowo związane jest z czynnością mówienia) - rzucił dobrze mi znaną formułkę zajmując miejsce. Tym razem jednak w jego głosie nie usłyszałem jak niegdyś wyrzutu jedynie zwyczajne stwierdzenie.


Nie wiem, czy tego się właśnie spodziewałeś, ale ten tekst to prawdziwy interpunkcyjny koszmar. Pomijasz przecinki, zamieniasz kropki z przecinkami, momentami zbijasz razem dwa różne zdania. Ledwie można coś zrozumieć przez ten chaos. Ponadto strasznie długaśne składasz te zdania, co nie tylko utrudnia ci właściwe umieszczenie znaków interpunkcyjnych, ale jest tez zwyczajnie ciężkie do czytania. Do tego dochodzi cała masa zbędnych słów, niekiedy zupełnie niepoprawnych sformułowań i parę literówek.

Nie jestem specjalistą, w tym temacie, ale nie chcę być też gołosłowna, więc pozwolę sobie na nieco dokładniejsze przyjrzenie się losowemu fragmentowi, mając nadzieję, iż uczynię to bezbłędnie.

Majewski rozglądał się , sprawiając wrażenie nieco roztargnionego. Gdy nasze spojrzenia spotkały się, twarz mu się ściągnęła. (Pominę tu kwestię "sięjozy", bo to twój tekst i tylko ty wiesz, jak byś to zmienił.) Odpowiedział skinieniem głowy na moje i ruszył ku ku stolikowi, za którym siedziałem.
Ostatni raz rozmawialiśmy twarzą w twarz grubo ponad rot rok temu. Wymieniliśmy kilka zdań przez telefon jeszcze , gdy byłem hospitalizowany , a później kontakt wygasł naturalnie.

Trochę tych błędów jest i takie samo stężenie, albo nawet większe, występuje w całym tekście.

Wypadałoby mi również powiedzieć coś na temat fabuły, ale niestety okazuje się to wyjątkowo trudne, ponieważ jeśli już coś zrozumiałam, to w większości były to opisy. Mnóstwo opisów. Więcej! Mnóstwo zbędnych opisów. Naprawdę nie musimy wiedzieć wszystkiego i nawet nie chcemy. Mój wzrok tylko prześlizgnął się po tych zdaniach i nic nie zapamiętałam. Tyle się tylko stało, że rozmawiali przy stoliku. Opowiedzenie historii bohatera również jest istotne, ale nie całej naraz. To nie tylko uniemożliwia ich zapamiętanie. Dawanie wszystkiego od razu znacznie utrudnia zaciekawienie czytelnika. Więcej! Kiedy czytelnik nie zna bohatera, nawet go to nie obchodzi.

Podsumowując, przytłoczyły mnie opisy oraz interpunkcyjno-składniowy chaos. Nie jest to tekst spisany na straty, ale wymagający wielu poprawek. Gdybyś miał jakieś wątpliwości na temat tego, co napisałam lub zwyczajnie się ze mną nie zgadzał, chętnie podyskutuję.

Pozostaje mi tylko życzyć weny. :)
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Johny
Posty: 22
Rejestracja: 26 maja 2015, 18:27

Re: Zimna furia.

Post autor: Johny » 20 listopada 2015, 18:57

Właśnie na to liczyłem - na zdiagnozowanie w tekście przypadłości jakich nie dostrzegłem albo ignorowałem. Po przeczytaniu całości nadmiar opisów faktycznie przytłacza chociaż te akurat zamierzałem przetrzebić. Na tym etapie bohater będzie już dosyć szczegółowo przedstawiony więc muszę ograniczyć się tylko do rysu jego aktualnego stanu psychiki.
Za długie zdania wypominała mi jeszcze nauczycielka w szkole podstawowej. Gdzieś przeczytałem, że najlepiej tworzyć takie z minimum sześciu słów i nie przekraczać dwudziestu kilku. Nadgorliwość jak sądzę normuje moje frazy w górnej strefie.
Składnia, interpunkcja, siejoza (nie złośliwa ani zaraźliwa mam nadzieję) oraz permanentne wtrącenia stanowią nie lada problem. Trochę przejrzałem. Brak mi podstaw nie da się ukryć. Freestyle w mowie ujdzie ale na piśmie razi. Mam tylko obawy czy uda mi się to wszystko okiełznać.
Dziękuję za poświęcony czas, za sensowną analizę. Naprawdę dużo to dla mnie znaczy. Biorę się za obróbkę i pozdrawiam.

Awatar użytkownika
Johny
Posty: 22
Rejestracja: 26 maja 2015, 18:27

Re: Zimna furia

Post autor: Johny » 21 grudnia 2015, 19:49

Witam Was po zbyt długiej przerwie.
Dobrze, że grudzień się kończy… Cudem znalazłem trochę czasu i przeprowadziłem edycję „tego czegoś wyżej” ale wyszło biednie. Więc zdecydowałem się na rewoltę. Lepiej brzmi narracja w trzeciej osobie, zgodzicie się? Poza tym przechrzciłem część bohaterów. Ponownie bardzo proszę o komentarze.


Na miejscu umówionego spotkania Werner zjawił się kilkanaście minut po czternastej. Był sporo przed czasem. Nie miał nic lepszego do roboty więc pomyślał, że nie zaszkodzi zażyć odrobinę cywilizowanego świata. Alternatywą było bezcelowe człapanie po pustym mieszkaniu, oglądanie telewizji, opróżnienie flaszki wódki i temu podobne atrakcje. Jego dni były bliźniaczo podobne jeden do drugiego, więc skorzystał z pretekstu by pobyć trochę między ludźmi.

Z ulgą odnotował, że jest już w obszarze kontrolowanym przez klimatyzację. Głęboko napełnił płuca rześkim powietrzem Przez chwilę poczuł się jak nomada, który z mozołem osiągnął zamierzoną oazę. Poprawiając marynarkę, omiótł wzrokiem całą przestrzeń.
Zarówno usytuowanie jak i wystrój, najbardziej oryginalnej pośród restauracji krakowskiego Sheratona, wywarły na nim pozytywne wrażenie. Dla The Woody Olive zagospodarowano pasaż łączący osobne sekcje hotelu. Przez rozpostarty cztery piętra wyżej przeszklony sufit, klarowne niebo dostarczało mnóstwo światła. Wysokie usytuowanie stropu, zostało zrównoważone przez luźne rozmieszczenie wyposażenia. Całość została przemyślana tak, by osiągnąć kompromis pomiędzy swobodą a elegancją. Dodatkowo pół otwarta przestrzeń przydawała temu miejscu oddechu, wrażenia swobody.
Na prawo od wejścia przykuwał wzrok ponad trzy metrowy cyprys. Wzrastał z imponujących rozmiarów kamiennej donicy. Jego szata wdzięczyła się żywą, intensywną zielenią. Dalej w głębi za efektownym iglakiem, kryły się podwójne wahadłowe drzwi prowadzące do toalety. Po lewej był łukowaty kontuar, sięgający niemal do połowy pomieszczenia. Pokrytą sosnowymi deskami podłogę zajmowało dziewiętnaście, idealnie kwadratowych stolików. Każdy zdobiła śnieżno-biała serweta oraz smukły storczyk wybijający z kryształowego flakonu. Wokół blatów ustawiono dwie pary głębokich foteli. Były one wyplecione z wikliny i sprawiały wrażenie wygodnych.
Pomijając personel zaplecza, wewnątrz restauracji Robert zliczył kilkanaście osób. Kelner, barmanka oraz czternastu… nie piętnastu gości. Właśnie z toalety wyłoniła się elegancko ubrana, około pięćdziesięcioletnia, mimozowata kobieta. Tuż po wyjściu stanęła na moment. Zewnętrzną częścią palców wskazujących przetarła kąciki oczu, dyskretnie potarła policzki po czym wróciła swe miejsce. Przy stoliku czekał na nią poważny, czy raczej bardziej naburmuszony nastolatek. Rysy tej dwójki zdradzały pokrewieństwo. Prócz personelu, rezydentów - głównie dzieci i kobiet - można tu było dostrzec pracowników okolicznych korporacji. Pora lunchu powoli dobiegała końca.

Robert wypatrzył sobie wolne miejsce w dalszym zakątku restauracji, nieco na uboczu. Rozsiadł się w rzeczywiście komfortowym fotelu a chwilę później kelner postawił przed nim zamówioną filiżankę kawy. Malutkim łykami skosztował gorącego napoju. Skrzywił się i podejrzliwie zajrzał do środka. W taki dzień kufel lodowatego piwa pasował by mu znacznie bardziej ale postanowił, przynajmniej na razie, zrezygnować z alkoholu.
Za oknem lato prezentowało swe walory w pełnej krasie, mimo iż do jego końca został niecały tydzień. Od wielu dni temperatury regularnie przekraczały trzydzieści stopni. Wątłe obłoki tylko z rzadka i bardzo oszczędnie zraszały spierzchnięty Kraków. Dopiero wieczory pozwalały odetchnąć. Wernera wściekało to do szpiku kości, zresztą jak wiele z tego co widział, z czym się stykał, co słyszał. Przez brak zorganizowania oraz regularnego zajęcia jego myśli zbyt często dryfowały do sfery której chciał unikać.
Gdyby trzynaście miesięcy temu podjął lepsze decyzje? Jeżeli zaistniała by wówczas odrobinę inna koniunkcja zdarzeń, reakcji, wypowiedzianych słów? Jak wiele błahostek uczyniło z jego życia przegraną partię pokera? Czuł, że tą decydującą rozgrywkę ma już za sobą. Kolejne rozdania przestały go pociągać. Zostały mu dezorientujące emocje, wykwitające z bezkresu odrętwiającej nostalgii. Wspomnienia, które w innych okolicznościach sytuowały by go wśród najszczęśliwszych na świecie – okrutnie dręczyły.
Mężczyzna założył ręce na piersiach i zapatrzył się w przezroczysty sufit. Tworzące go grube, prostokątne tafle szkła wpadały w opalizujący, niebieski odcień. Nieco fałszowały naturalne barwy. Pewnie dlatego to dzisiejsze, nieskazitelnie czyste niebo tak bardzo przypominało mu inne. Tamto nad Adriatykiem, którym beztrosko sycił się zeszłego lata.
- Szlag by to trafił! – zaklął pod nosem. Ten widok zarazem go przyciągał, jak i nieznośnie drażnił spojówki. Próbował się skupić, jednak kotłowisko myśli nie dawało za wygraną. Szczególnie dziś, jak bumerang wracały najbardziej irytujące.
- Około 10% procent osób zaginionych nigdy nie zostaje zlokalizowanych.
- Szanse odnalezienia poszukiwanych drastycznie maleją z każdym kolejnym dniem, by po miesiącu oscylować wokół błędu statystycznego.
- W przypadku porwań po upływie czterdziestu ośmiu godzin, przypadek uznaje się za patowy. Następna doba niemal wyklucza odzyskanie ofiary żywej.
- Jedynie nieliczni sprawcy porwań zostają ustaleni i osądzeni.
- Kontrole wykazują rażące nieprzygotowanie policji na tym polu. Najpoważniejszy problem stanowią: lekceważenie zgłoszeń, ospałość podejmowanych działań, brak procedur oraz szkoleń.
Podsumowując - system zawodzi na całej linii a szczególnie blado wypada to w krajach Europy południowej oraz wschodniej.
Przedstawione w lipcu wnioski, dorocznego raportu Komisji do spraw Społecznych, boleśnie zachwiały jego determinacją. Wcześniej zdawał sobie sprawę, ze złożoności sytuacji bardziej intuicyjnie. Dopiero to pismo, przypadkowo wyszperane w sieci, sygnowane logo Parlamentu Europejskiego uzmysłowiło mu na co się zamierza. Kolejny raz ogarnęła go szewska pasja.
- Statystyki! Pierdolone oszustwo! - syknął nienawistnie w przestworza.
„Nie, nie człowiek to nie woda, nie wyparuje bez śladu” – kontynuował już w duchu. „Nie istnieją zbrodnie doskonałe, jedynie nieudolne dochodzenia. W najbliższych dniach wracam. Przepraszam, że nie za dwa trzy dni jak obiecałem, lecz dopiero teraz. Wybaczysz mi skarbie, prawda?”
Na każdej osobie odpowiedzialnej za to co spotkało Sylwię orzekł wyrok skazujący. Postanowił, że wbrew wszystkiemu odkryje prawdę a gdy to nastąpi, nie okaże litości. Tak, doskonale wiedział, że postępuje samolubnie a zarazem niczym szaleniec ale właściwie nie miał wyboru. Jedynie w tej mętnej pogoni upatrywał dla siebie ratunku. Decyzja została podjęta, teraz tylko pozostało mu odkryć gdzie wbić kły, od czego zacząć. Miał nadzieję, że dziś uzyska jakieś wskazówki.

Przez moment skrył twarz w dłoniach, po czym ciągle mocno dociskając przesunął je ku dołowi jakby dopiero co wynurzył się z głębin. Zrobił kilka głębokich, powolnych oddechów. Wrócił na ziemię i zastał tu wiercące go na wskroś spojrzenie. Stolik usytuowany bliżej centrum sali, okupowały cztery osoby nie kryjące dobrego humoru. Kolejne drinki regularnie dostarczane przez kelnera, miały w tym istotny udział. Dwóch Azjatów w towarzystwie pary miejscowych, prawdopodobnie opijało udany interes. Mężczyzna siedzący na wprost, wpatrywał się w Roberta z jawnym niepokojem. Policzki miał pokryte nalotem dwudniowego zarostu, wysoko podgolone boki głowy oraz żelowany na bakier czub od czoła aż po kark. Klonowana świeżymi trendami twarz, spoglądała z lekko obwiśniętą żuchwą. Chwilę wcześniej zwrócił uwagę na mamroczącego coś pod nosem, podejrzanego osobnika.
- Eeehheee, heee, toom huaii, men!, What you’re waiting for?! Macek! Hee he he – ponaglony przez kompanów japiszon chwycił szklaneczkę i stracił zainteresowanie perspektywą dalszą niż na wyciągnięcie ręki. Po chwili już wspólnie cała czwórką rechotali jedno przez drugiego.
Roberta nie obeszło, że stał się sprawcą chwilowego deliktu. Beznamiętnie otaksował towarzystwo. Trzech mężczyzn miało na sobie ciemne, niemal bliźniacze, dopasowane garnitury oraz białe koszule. Dwóch jak zakładał Chińczyków siedziało do niego tyłem. Jednak widoczne od czasu do czasu profile, nie budziły wątpliwości co do dalekowschodnich korzeni. Strój kobiety odróżniał się jedynie garsonką. Zresztą w podobnym, obcisłym stylu i równie grafitowo-czarnych odcieniach. Przedstawicielka płci pięknej, oględnie ujmując, była urody nie wyróżniającej się. Spięte w krótki kucyk blond włosy odsłaniały wysokie czoło. Nos miała odrobinę haczykowaty, blisko osadzone oczy oraz wąskie usta. Jej twarz zdradzała inteligencję i zdecydowany charakter. Nosiła się prosto a jednocześnie tak, by podkreślić wysportowaną sylwetkę.
„Na pewno jest w fazie prężnej kariery oraz niezobowiązujących znajomości. Natomiast głową do interesów a zwłaszcza alkoholu, zdaje się nie ustępować pozostałym” - ocenił z dozą uznania.

Dwie małe czarne od chwili gdy wszedł do restauracji, Werner był już całkowicie zniecierpliwiony. Na szczęście osoba, z którą był umówiony za parę minut powinna się zjawić. Odstawił nieco zbyt delikatną porcelanową filiżankę na sprawiający jeszcze bardziej eteryczne wrażenie spodek. Uszko, mimo iż budziło sporą nieufność, przetrwało. Były wojskowy zaczynał czuć się trochę jak na żmudnej misji. Po raz kolejny zlustrował przestrzeń będącą w promieniu jego wzroku. Za oknem upał nie odpuszczał. Lejący się góry żar wespół ze smogiem metropolii tworzyły paskudny duet. Zmuszeni stawić temu czoło przechodnie snuli się ospale. Pobocze po przeciwnej stronie jezdni zdominował ogromny bilbord. Twarz szczerząca się szalbierczo obok słów: „Zgoda Ponad Podziałami” falowała w rozpalonym powietrzu. Już sam widok tego wszystkiego był wykańczający.
Wewnątrz restauracji trochę się przerzedziło. Jednak przy międzykontynentalnym stoliku, raut trwał w najlepsze. Dziewczyna właśnie odstawiła drinka, rzuciła kilka słów i szybkim, choć wyraźnie chwiejnym krokiem ruszyła w przeciwną stronę. Obcisłe spodnie eksponowały zadbaną figurę. Sprężyste pośladki tańczyły do rytmu wybijanego twardymi koturnami. Przez chwilę Robert nie potrafił oderwać oczu od tego widoku. Dostrzegł, że koledzy dziewczyny podzielają jego uwagę. Nie zdarzyło się nic nadzwyczajnego. Ot zaistniała naturalna, niemal bezwarunkowa androgeniczna reakcja. Mimo to ogarnęło go jakieś nieprzyjemne uczucie. Jednym haustem dopił kawę i skrzywił się, tym razem jeszcze mocniej niż poprzednio.

Cztery minuty przed piętnastą drzwi restauracji uchyliły się i zza tafli mrożonego szkła w stalowym okuciu, wychynął prawie sześćdziesięcioletni mężczyzna. Blond czupryna z przedziałkiem natychmiast pozwalała go wyłowić z przeciętności. Ojciec Sylwii ubrany był w swym nieodłącznym stylu, przewodzącym na myśl maniery anglosaskie lub akademickie. Miał na sobie jasno beżową, tweedową marynarkę w kratę, koszulę bez krawata. Do tego płócienne spodnie i brązowe mokasyny. Ubiór harmonizował z jego spokojną, opanowaną osobowością. Był człowiekiem raczej niezbyt gadatliwym, którego uznawano za wzór taktu i dobrego wychowania. Majewski rozglądał się sprawiając wrażenie nieco roztargnionego. Pod łokciem ściskał klasyczną aktówkę z którą nigdy się nie rozstawał. Gdy napotkał spojrzenie Roberta twarz mu się nieznacznie ściągła. Odpowiedział na skinięcie głowy i ruszył w jego stronę.
Ostatni raz rozmawiali, prawie rok temu. Wymienili kilka zdań przez telefon, jeszcze gdy Werner był hospitalizowany. Później kontakt wygasł naturalnie. Zarówno dla rodziców Sylwii jak i dla niego podtrzymywanie jakichkolwiek stosunków niosło by głównie przygnębienie. Obie strony zdawały się widzieć to podobnie. W zeszłym tygodniu Robert stoczył długą bitwę z myślami, nim wbił w telefon numer Karola Majewskiego. Potrzebował każdej dostępnej informacji, być może jego kontaktów. Odetchnął z ulgą gdy ustalili spotkanie. Jednak w tej chwili całe wzburzenie ożyło ze zdwojoną siłą. Miał wrażenie jakby nagłe podmuchy klimatyzacji owiewały mu kark.

- Witaj Robercie. Nieco przeciągnęło mi się spotkanie ale chyba nie jestem spóźniony? - przywitał się zerkając na stojącą przed nim pustą filiżankę. Oczywiście nawet nie spojrzał na zegarek. Bardzo sobie cenił punktualność. Gdyby rzeczywiście coś mu wypadło, wówczas na pewno odpowiednio wcześniej by o tym uprzedził.
- Dzień dobry Panie Karolu. Nie, nie skąd. Proszę usiąść.
- To dobrze, dobrze - odetchnął. Wymienili krótki uścisk dłoni.
- Tyle razy Cię prosiłem, abyś zwracał się do mnie po imieniu a Ty ciągle jesteś taki formalny. - Zajmując miejsce rzucił dobrze znaną formułkę. Tego upalnego popołudnia Robert nie usłyszał w jego głosie, jak niegdyś, wyrzutu a jedynie zwykłe stwierdzenie.

Awatar użytkownika
Heap
Posty: 27
Rejestracja: 18 października 2015, 15:55

Re: Zimna furia

Post autor: Heap » 06 stycznia 2016, 12:02

No cóż... ogólne moje uczucia przedstawiają się następująco: trudno było mi się wgryźć w tekst. Nie jest zawiły, ale nie wiem czemu momentami nie mogłem płynnie tego czytać. Historia jakaś porywająca nie jest. Sam w sumie nie wiem co mam o tym tekście sądzić. Tak mi się przynajmniej wydaje :| Nic konstruktywnego nie napisałem, ale cóż, może los tak chciał... no, mam usprawiedliwienie ;D
Heap jest tylko jeden.

Awatar użytkownika
Johny
Posty: 22
Rejestracja: 26 maja 2015, 18:27

Re: Zimna furia

Post autor: Johny » 07 stycznia 2016, 18:38

Dzięki kolego Heap za wyrażenie opinii. Bardzo jest to dla mnie cenne.
Powyższy wycinek będzie przerywnikiem, oddechem dla całej historii. Ta osiągnie wg. moich wczesnych szacunków - na oko - ponad 200 stron. Zatem oczywistym jest, że fabularnie nie wiadomo o co chodzi. Istotne są chyba kwestie, na które zwróciłeś uwagę: prostoty i płynny przekaz. Zapychacz, skoro sam nie wiele wnosi powinno się chociaż gładko przebrnąć. Skoro stwarza to problemy to nie jest dobrze.
Jak sądzisz (bo sam siebie nie jestem w stanie zdiagnozować) co najbardziej zaburza czytanie mojego tekstu: składnia zdań, niespójna treść albo coś innego?
Niedawno czytałem opowiadanie Anioł Przemocy – Snerga i też miałem odczucie rwanej narracji. Więc może jest dla mnie nadzieja.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Zimna furia

Post autor: Siemomysła » 25 stycznia 2016, 14:27

Hej! Zajęło mi nieco czasu, by się zorientować, że coś się w tym temacie dzieje, ale się zorientowałam i jestem. Parę słów ode mnie zatem.

Wersja pierwsza
Zanim się zorientowałam, że całkowicie przebudowałeś koncepcję zdołałam już co nieco powiedzieć w temacie ;) Zostawię parę uwag, które możesz wykorzystać ogólnie, jak mi się wydaje.
Przy każdym z nich ustawiono czterykroć sprawiających wrażenie wygodnych wyplatanych z wikliny foteli.
Zastanawia mnie jaki masz cel w takim udziwnianiu. Ja akurat jestem typem, który lubi nadmiar słów, przesadne opisy, spuchnięte akapity. Przyznam, że dobrze mi się czyta ten fragment, że zatapiam się w nim niejako, ale jednak gdy wyskakuje na mnie takie "czterykroć" to mam nieodparte wrażenie, że coś jest nie tak. Że to tak przesadne, że aż niepoprawne. Odrywa mnie to od błogiego wchłaniania Twych słów, a przecież ten pierwszy opis kawy i filiżanki i wrażeń mnie ujął.
Chociaż wychodząc z zasady by mierzyć siły na zamiary to jednak nigdy nie odmawiałem wyzwaniom.
Wychodziłem. "Wychodząc" nie pasuje do "chociaż".
Bezwiednie napiął się nawet najmniejszy z moich mięśni, poczułem wilgoć pod wykrochmalonym kołnierzykiem. Wzdrygnąłem się na wspomnienie wózka inwalidzkiego, oddziałów szpitalnych i tamtejszych wymyślnych sprzętów rehabilitacyjnych.
Fajne. Jeśli to pierwsze wspomnienie o tej sytuacji, to nieźle wprowadzasz czytelnika. Tak znienacka i mocnym akcentem. Pisałeś we wstępie, że do filler, ale czy to faktyczne początek Twego tekstu? Od tego fragmentu zaczniesz? Byłoby fajnie.
Pod łokciem ściskał klasyczną aktówkę która miałem okazję po raz kolejny potwierdzić towarzyszyła mu podczas każdego wyjścia.
To zdanie bez interpunkcji zdecydowanie gubi sens i brzmi niczym "Kali krowa kraść". Ogólnie łyso mi to mówić, bo sama nie ogarniam interpunkcji, ale u Ciebie dzieją się rzeczy pod tym względem niesamowite. Nawet poczciwe "który" pozbawiasz towarzystwa przecinka ;)
Na tym tle jego małżonka jawiła się niczym drobne żywe sreberko.
Powiedzenie brzmi "żywe srebro". Po co je zmieniać? Sreberko to to, czego używają świstaki do zawijania :P


O. I właśnie doczytałam do końca i widzę, że dostaliśmy jednak fragment ze środka. Prawdę mówiąc poczułam się zawiedziona, bo liczyłam na historię, w którą się wkręcę. Widzę po tym pierwszym fragmencie, że bohater ma za sobą traumę, domyślam się, że coś złego spotkało jego żonę, czyli Julię i wcale bym nie uważała, że to zły punkt wyjścia do opowieści. Odnoszę też wrażenie, że lubisz snuć opowieść, dodawać smaki i kolory, wiesz - tekst robi się taki zawiesisty, jeśli się używa tylu słów. W tym opisie oczekiwania na kogoś w restauracji to było całkiem fajne, moim zdaniem.



Wersja druga
W taki dzień kufel lodowatego piwa pasował by mu znacznie bardziej ale postanowił, przynajmniej na razie, zrezygnować z alkoholu.
Razem.
Jeżeli zaistniała by wówczas odrobinę inna koniunkcja zdarzeń, reakcji, wypowiedzianych słów?

Fajna ta wyliczanka dotycząca statystyk. Lepsze naprowadzenie na to, co się stało. Bohater nabrał charakteru. Pokazujesz to, że odruchowo wszystkie szczegóły notuje w pamięci, a nie mówisz nam o tym. Faktycznie lepiej Ci idzie trzecioosobówka, ale przyznam, że szkoda mi tego opisu filiżanki i kawy z pierwszej wersji :bag:
Dopiero to pismo, przypadkowo wyszperane w sieci, sygnowane logo Parlamentu Europejskiego uzmysłowiło mu na co się zamierza.
„Nie, nie człowiek to nie woda, nie wyparuje bez śladu” – kontynuował już w duchu. „Nie istnieją zbrodnie doskonałe, jedynie nieudolne dochodzenia. W najbliższych dniach wracam. Przepraszam, że nie za dwa trzy dni jak obiecałem, lecz dopiero teraz. Wybaczysz mi skarbie, prawda?”
Leciutki dreszcz. Emocje fajnie Ci tu wyszły. W tamtej wersji on był rozmemłany nieco, skupiał się na sobie. Choć to wejście z rehabilitacją nadal uważam za dobre.
Przez moment skrył twarz w dłoniach, po czym ciągle mocno dociskając przesunął je ku dołowi jakby dopiero co wynurzył się z głębin.
Na moment.
Klonowana świeżymi trendami twarz, spoglądała z lekko obwiśniętą żuchwą.
Eee... tego nie zrozumiałam w ogóle... Twarz spoglądała z obwiśniętą żuchwą? W ogóle klonowana? W sensie jesteśmy w jakiejś przyszłości?
Roberta nie obeszło, że stał się sprawcą chwilowego deliktu.
Deliktu. Nie znam słowa, poszłam do gugla, znalazłam i nadal nie wiem, czemu go tu użyłeś. Z ciekawości pytam: jaki jest sens tego zdania?
Obcisłe spodnie eksponowały zadbaną figurę.
Czy nie pisałeś wcześniej, że miała na sobie spódnicę?


Podsumowując. Druga wersja jest zgrabniejsza. Dostajemy emocje bohatera, których nie było w pierwszej (owszem, niby o nich pisałeś, ale nie było ich czuć), co z w ogóle może się wydawać dziwne, bo przyjęło się uważać, że to pierwszoosobówka daje pole do epatowania emocjami. Fajnie wplotłeś traumę, dałeś wgląd w przeszłość. Tym niemniej brak mi tego o rehabilitacji i żal drobiazgowego opisu uczuć przy kawie.

No i może dasz nam coś więcej?
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Johny
Posty: 22
Rejestracja: 26 maja 2015, 18:27

Re: Zimna furia

Post autor: Johny » 26 stycznia 2016, 23:07

Cześć i dzięki za odzew.
Przyznaję, nie przypilnowanie przecinków i ewidentnych byków było mojej strony niepoważne ale późniejsza edycja postu pod tym kątem, wydała mi się z kolei - ja wiem... obłudna i tchórzliwa? A teraz meritum.
Przy każdym z nich ustawiono czterykroć sprawiających wrażenie wygodnych wyplatanych z wikliny foteli.
Zastanawia mnie jaki masz cel w takim udziwnianiu. Ja akurat jestem typem, który lubi nadmiar słów, przesadne opisy, spuchnięte akapity. Przyznam, że dobrze mi się czyta ten fragment, że zatapiam się w nim niejako, ale jednak gdy wyskakuje na mnie takie "czterykroć" to mam nieodparte wrażenie, że coś jest nie tak. Że to tak przesadne, że aż niepoprawne. Odrywa mnie to od błogiego wchłaniania Twych słów, a przecież ten pierwszy opis kawy i filiżanki i wrażeń mnie ujął.
Roberta nie obeszło, że stał się sprawcą chwilowego deliktu.
Deliktu. Nie znam słowa, poszłam do gugla, znalazłam i nadal nie wiem, czemu go tu użyłeś. Z ciekawości pytam: jaki jest sens tego zdania?
Czterykroć i delikt robią wg mnie za rodzynki, chciałem się chełpić oryginalnym słownictwem. Rozumiem jednak, że może to zaburzać strumień przekazu. Sens zadania z deliktem? Miałem na myśl, że protagonista widzi swoje dziwactwo ale reakcje otoczenia mu dyndają. Delikt - wykroczenie - niestosowne zachowanie, w ten sposób sobie kombinowałem.
Policzki miał pokryte nalotem dwudniowego zarostu, wysoko podgolone boki głowy oraz żelowany na bakier czub od czoła aż po kark. Klonowana świeżymi trendami twarz, spoglądała z lekko obwiśniętą żuchwą. Chwilę wcześniej zwrócił uwagę na mamroczącego coś pod nosem, podejrzanego osobnika.
Eee... tego nie zrozumiałam w ogóle... Twarz spoglądała z obwiśniętą żuchwą? W ogóle klonowana? W sensie jesteśmy w jakiejś przyszłości?
Chodziło mi o to, że koleś jest doskonałym naśladowcą bieżących trendów i wygląda jak tabuny naśladowców (kopii) Beckhama czy innego Biebera. Zwis kopary - bo zdziwiony jest.
Bezwiednie napiął się nawet najmniejszy z moich mięśni, poczułem wilgoć pod wykrochmalonym kołnierzykiem. Wzdrygnąłem się na wspomnienie wózka inwalidzkiego, oddziałów szpitalnych i tamtejszych wymyślnych sprzętów rehabilitacyjnych.
Fajne. Jeśli to pierwsze wspomnienie o tej sytuacji, to nieźle wprowadzasz czytelnika. Tak znienacka i mocnym akcentem. Pisałeś we wstępie, że do filler, ale czy to faktyczne początek Twego tekstu? Od tego fragmentu zaczniesz? Byłoby fajnie.

O. I właśnie doczytałam do końca i widzę, że dostaliśmy jednak fragment ze środka. Prawdę mówiąc poczułam się zawiedziona, bo liczyłam na historię, w którą się wkręcę. Widzę po tym pierwszym fragmencie, że bohater ma za sobą traumę, domyślam się, że coś złego spotkało jego żonę, czyli Julię i wcale bym nie uważała, że to zły punkt wyjścia do opowieści.


Nie przypieczętowałem jeszcze bezapelacyjnie punktu otwarcia. Akcja dzieje się na przestrzeni ponad półtora roku i wiele momentów wydaje mi się atrakcyjnych na pierwszy rozdział. Jednak później, jedne bardziej inne mniej, sprawiają problemy z uwzględnieniem wszystkich aspektów. Wstępnie, rzecz zaczyna się niemal okrągły rok wcześniej.
Chronologię zdarzeń widzę tak: łubu dubu - ciskam garść plag egipskich na protagonistę, skok w niedaleką przeszłość, powrót do teraźniejszości, bohater powoli zbiera się do kupy i szuka odpowiedzi (tutaj sytuuje się powyższy wyrywek), znajduje pierwsze poszlaki a potem robi grandę, zbiera więcej informacji i robi jeszcze większa grandę, gdzieniegdzie wstawię też trochę wtrętów odleglejszej przeszłości.
Odnoszę też wrażenie, że lubisz snuć opowieść, dodawać smaki i kolory, wiesz - tekst robi się taki zawiesisty, jeśli się używa tylu słów. W tym opisie oczekiwania na kogoś w restauracji to było całkiem fajne, moim zdaniem.
Owszem, staram się uwzględnić jak najwięcej cech danej scenerii. Boję się tylko, że nie umiem inaczej i że całokształt będzie raził schematycznymi opisami. Nie wiem też czy taka wiwisekcja nie będzie zgrzytać w fabule nasyconej przemocą, poruszającej najniższy pierwiastek ludzkiej natury. Muszę nad tym popracować.
Faktycznie lepiej Ci idzie trzecioosobówka, ale przyznam, że szkoda mi tego opisu filiżanki i kawy z pierwszej wersji :bag:
Masz na myśli ten akapit:
"Ostrożnie odstawiłem nieco zbyt delikatną porcelanową filiżankę na sprawiający jeszcze bardziej eteryczne wrażenie spodek. Uszko, mimo iż budziło we mnie sporą nieufność przetrwało. Niestety ostatni łyk kawy smakował podobnie jak pierwszy, zbyt łagodnie, bez charakteru a aromat nieprzerwanie dominowały odstręczające kwiatowe nuty. "
... i nie żartujesz sobie ze mnie? Zatem chyba wróci w 3D. :)
Obcisłe spodnie eksponowały zadbaną figurę.
Czy nie pisałeś wcześniej, że miała na sobie spódnicę?
Dobra, TO POZAMIATANE! Niczym:

Obrazek
No i może dasz nam coś więcej?
Oczywiście, jeszcze nie raz nie dwa poproszę o Wasze opinie. Zresztą ciągle czytam poradniki dla pisarzy i szukam właściwego sposobu spisania pomysłów. Na pewno zdecydowałem się na porzucenie narracji pierwszoosobowej i Julii. Trochę się motam; co powinno być teraz dla mnie priorytetem; korekta narracji czy nowe wątki. Na razie wybrałem to drugie, więc całokształt jest kompletnym chaosem. Ogólnie to chcę uzyskać bohatera niekoniecznie sympatycznego, raczej skurkowańca, niezrównoważonego, budzącego mieszane uczucia. Postawię przed nim wybory, w których zachowa się podle, nie będąc do tego szczególnie przymuszonym.
Więc już wkrótce: :heart: & :kill:
Pozdrawiam.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Zimna furia

Post autor: Siemomysła » 27 stycznia 2016, 08:08

Sens zadania z deliktem? Miałem na myśl, że protagonista widzi swoje dziwactwo ale reakcje otoczenia mu dyndają. Delikt - wykroczenie - niestosowne zachowanie, w ten sposób sobie kombinowałem.
Delikt to jednak określenie prawnicze. I po prostu nie złożyło mi się w taki sens. Zwłaszcza, że niby on był "przyczyną deliktu", nie? Raczej popełnił delikt? I jak chwilowego? Gdybym czytała ten tekst nie znając dobrze polskiego, a znając na tyle, by się poruszać w literaturze i nie znałabym konkretnie tego słowa, to z kontekstu przetłumaczyłabym sobie ów "delikt" na "niesmak", "niepokój", "zażenowanie", "dyskomfort". W żadnym razie nie na "stał się sprawcą chwilowego wykroczenia".
Chodziło mi o to, że koleś jest doskonałym naśladowcą bieżących trendów i wygląda jak tabuny naśladowców (kopii) Beckhama czy innego Biebera. Zwis kopary - bo zdziwiony jest.
Przesadziłeś z metaforycznością ;) W ogóle myślenie mi w kierunku naśladowania nie poszło - gdybyś wstawił tam jakieś "jakby" to i owszem mogłabym ogarnąć.
Masz na myśli ten akapit:
"Ostrożnie odstawiłem nieco zbyt delikatną porcelanową filiżankę na sprawiający jeszcze bardziej eteryczne wrażenie spodek. Uszko, mimo iż budziło we mnie sporą nieufność przetrwało. Niestety ostatni łyk kawy smakował podobnie jak pierwszy, zbyt łagodnie, bez charakteru a aromat nieprzerwanie dominowały odstręczające kwiatowe nuty. "
... i nie żartujesz sobie ze mnie? Zatem chyba wróci w 3D. :)
Mam na myśli i nie kpię. I myślę, że jeśli ostrożnie, bez przesady i ze świadomością, co się robi to zestawienie takich kawałków z przemocą i gwałtowną brutalnością wcale nie szkodzi, a wręcz przeciwnie.

No. To PISZ :)
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Johny
Posty: 22
Rejestracja: 26 maja 2015, 18:27

Re: Zimna furia

Post autor: Johny » 24 lutego 2016, 20:09

Hallo, witam.
Uzupełniłem i wygładziłem trochę wypełniacz. Za parę dni wrzucę fragment fabuły, którą wstępnie widzę jako rozdział pierwszy.
Widzę, że cuduję z uwypukleniem dialogów. Niech mi ktoś proszę podpowie jak ujednolicić monologi, myśli bohatera. Zwłaszcza w odróżnieniu od dialogów typowo fabularnych. Myślę żeby pierwsze dawać w cudzysłowach, lub bez ostrzeżenia, a drugie kursywą, czy ze spacjami.
Jest spora swoboda co do tego, zarówno w poradnikach jak i w praktyce. Wszelkie inne wskazówki, jak zwykle, na wagę złota...


W trzypokojowym mieszkaniu przy ulicy Bronowickiej panoszył się półmrok. Zza niedbale ułożonych zasłon próbował wedrzeć się do środka upalny poranek. Drapieżne pazury słonecznego światła kładły się na ścianach. Kontrast sprawiał, że ciemność skrywająca dalsze fragmenty pomieszczeń stawała się tym bardziej nieprzenikniona. Dzień w pełni wziął górę nad nocą tylko w niewielkiej, typowej dla bloków sprzed półwiecza kuchni. Pod oknem z podniesionymi roletami znajdował się stolik dosunięty do samego kąta. Przed nim dwa, nierówno ustawione krzesła. Ścianę po lewej zapełniały segmentowe meble, z kuchenką gazową w centrum i wysoką lodówką w rogu. W pomieszczeniu dominowała biel, przełamana brązem blatów, krzeseł oraz podłogi. Słychać było szum palnika rozpalonego pod srebrzystym czajnikiem, oraz dobiegający z sąsiedniego pokoju głos spikera programu informacyjnego. Właśnie niestosownie rześkim tonem odczytywał komunikat o zagrożeniu suszą. Ta i kolejne informacje – zapowiedziane na wrzesień referendum oraz prognozy upałów na kolejne dni – powtarzały się w natrętnym cyklu.

Wsparty o bok stolika, Robert trwał w bezruchu doskonałym. Spod na wpół przymkniętych powiek patrzył wprost przed siebie. Mogło się wydawać, że nie mruga powiekami, nie oddycha, i że w ogóle wszystko dookoła dosięgła jakaś nienaturalna stagnacja. Mężczyzna niczego nie czuł, nic nie słyszał, na nic nie zważał. Po prostu wpatrywał się w karteczkę, przymocowaną do frontu lodówki magnesem w kształcie biedronki. Jego myśli błądziły w przeszłości.
Żółty skrawek papieru zapisano szykownym wyraźnym pismem. Litery układały się w kilka wierszy: „Wiesz, dobrze czasem coś mieć w lodówce i kawa się kończy”, „Sobota, kolacja u mnie, NIE ZAPOMNIJ!, „Robek… kochany był ten cmok w czoło”.
Tamtego ranka gdy wychodził udawała że śpi, wiedział to doskonale. Tak bardzo odpowiadały mu relacje z Sylwią, ta ich swoista, niewyartykułowana umowa. Gdy dostawał rozkazy wystarczyło, że zasygnalizował w paru słowach czekające go zadanie. Za każdym razem widział w jej oczach niepokój gdy musiał na jakiś czas wyjechać ale nigdy nie dramatyzowała. Nie żądała detali, ani tym bardziej relacji post factum. Czuł ciepłą radość gdy witała go nadpobudliwym słowotokiem z nieudolnie skrywaną ulgą. Jednak zawsze tej satysfakcji towarzyszyło nieprzyjemne ukłucie. Wtedy ignorował je i nie dociekał skąd brał się dysonans. Kładł to na karb własnych przeżyć, rozprężenia po wcześniejszym skoku adrenaliny. Dopiero niedawno zdał sobie sprawę, że taki układ choć dla niego optymalny ją musiał wyniszczać nerwowo. Nie mieściło mu się w głowie, jakim był wówczas samolubnym prostakiem. Jak bardzo w tym względzie przypominał, o zgrozo – swego ojca.

Z dnia na dzień wspomnienia oraz wrażenia rozmazywały się, wspólnie spędzone chwile traciły kontury. Nie ważne jak bardzo próbował uchwycić przeszłość, nie mógł pokonać jej praw. Tamto uczucie, gdy dzień wart był roku odeszło. Z przerażeniem poją, że już nigdy nie doświadczy takiej magii. Oczu w milczeniu mówiących wszystko, ciepła splecionych dłoni, słów jak motyle serce muskających, pocałunków bez umiaru… Nie dostanie już szansy by się zmienić, nie będzie mógł z nią porozmawiać, przekomarzać, znów liczyć jej piegów. Czas miniony. Nie był przesądny, śmieszyli go ludzie wierzący w pecha czy klątwy. Ale niepokoiło go, że być może sam sprowadził zgubę na swój świat. Już wtedy, w chwilach gdy całego wypełniało go szczęście, przemyśliwał kiedy to się skończy. Przecież nic nie trwa wiecznie, zwłaszcza tak krucha sielanka nie może – powtarzał sobie.
Wiele razy sięgał by zgnieść blaknący papierek i cisnąć go jak najdalej. Jednak za każdym razem kończyło się na dociśnięciu samoprzylepnej warstwy do chłodnej płaszczyzny. Może powinien poprosić Magdę żeby się wszystkim zajęła? Brał też pod uwagę przeprowadzkę, ale zupełnie nie miał pomysłu dokąd powinien uciec i czy w ogóle cokolwiek by to zmieniło.
Toczył go wewnętrzny konflikt. Nie potrafił pozbyć się drobnostek, cierni które raniły go każdego dnia. Jednocześnie nienawidził siebie za ozięble skalkulowane decyzje. Prawdopodobnie na przełomie marca i kwietnia uświadomił sobie, że została przekroczona granica za którą jego czyny przestały mieć większe znaczenie. Po tym jak oberwał od podrzędnego rzezimieszka zrozumiał, że nie posiada żadnego manewru. Zdecydował - zacznie szperać wokół zniknięcia Sylwii dopiero gdy będzie w stanie podołać każdemu wyzwaniu.
Zaczepny gwizd czajnika narastał z każdą sekundą. Lecz dopiero gdy sięgną najwyższych, wibrujących tonów zdołał pobudzić Roberta do działania. Zakręcił kurek i zalał wrzątkiem trzy czubate łyżeczki ciemnej kawy, wypełniające dno glinianego kubka. Parę razy zamieszał łyżeczką, wciągną głęboko w nozdrza wilgotny gorzki aromat i zmów zamarł.
Świstek na lodówce, szczoteczka do zębów, trochę ciuchów i ... zdjęcia, sporo tych ostatnich. Coś jeszcze? Prawda, kubek z którego piła kawę Sylwia.
Jak na dwuletnią znajomość zadziwiająco niewiele. Co prawda częściej spotykali się u niej, ale tam z kolei on nie odcisnął swego piętna .Właściwie kim byli dla siebie, bo przecież prowadzili niemal osobne życia? Czyżby jedynie na pewnym etapie podążali równoległymi ścieżkami, biegnącymi blisko ale jednak samoistnie? Z wściekłością cisną łyżeczkę do zlewu, ta odbiwszy się kilka razy w stalowej niecce znieruchomiała pod ścianą, na kafelkowym gzymsie.
Robert postawił kubek na stoliku pod oknem, tuż obok pudelka Gauloises, zapalniczki i popielniczki. Rytualnie przeliczył pozostałe papierosy, choć doskonale orientował się jaki będzie wynik. Wyłuskał jednego zaś kartonik z dwunastoma pozostałymi przesunął pod samą ścianę. Przez chwile delektował się słodkawym zapachem przesuszonego tytoniu. Sprawiało mu to przyjemność w przeciwieństwie do samego palenia. Po chwili jednak sięgnął po zapalniczkę, zaciągnął się głęboko i otrzymał piekielny pakiet doznań: drapiące pieczenie w gardle, ból w klatce piersiowej, oczy zaszły łzami i zamąciło mu się w głowie. Kiedyś nie robiło to na nim wrażenia ale teraz palił jedynie sporadycznie. Za każdym razem z takim samym zaskoczeniem, odkrywał jak dosadnie mocne cholerstwo powstaje nad Sekwaną. Nie zdecydował się na razie na kolejny haust dymu. Wcisnął papierosa w karb popielniczki i razem z zapalniczką przesuną na bok. Kilka razy siorbnął gorącej kawy i kubek także odstawił, robiąc przed sobą wolne miejsce.

Dobra do dzieła! – krótkie komentarze rzucane na głos do samego siebie weszły mu w nawyk. Z kieszeni spodni wyją recepturkę, rozciągną między palcami, zaczesał włosy z czoła i nad uszu i spiął je z tyłu. Uśmiechnął się gorzko – jeszcze jedna pamiątka po Sylwii. Jakkolwiek niewielkim wyzwaniem było wygolenie głowy, maszynką ustawioną na stałą kilkunastu-milimetrową długość, ostatnim razem właśnie ona była mu fryzjerem.
Oburącz przybliżył do siebie niewielki pakunek zajmujący miejsce w centrum stołu. Rozwinął tęgą, mięsistą tkaninę. Na rozłożonej flanelowej chuście spoczywał kanciasty czarny pistolet. Zdobyty kilka miesięcy temu HK USP, wersja SD z charakterystycznie gwintowaną lufą, wystającą około centymetr poza korpus. Kompletu dopełniały: tłumik, zapasowy magazynek oraz cztery pudełka nabojów 9mm. Robert podniósł broń, starannie obejrzał z każdej strony. Nigdy nie używał nakładek oferowanych przez producenta, standardowa rączka leżała mu w dłoni doskonale. Ta zdawała się bardziej szorstka niż to pamiętał. Pistolet wyglądał na nowy, prawdopodobnie nie oddano z niego ani jednego strzału. Szybkie odciągnięcie zamka i zwolnienie do pozycji wyjściowej przebiegło gładko. Zwolnił zapadkę pod spustem, w otwartą dłoń złapał wysuwający się magazynek i zaraz z powrotem wsunął go na miejsce. Werner ścisną mocno, oburącz blisko kilogramowej wagi aliaż stali oraz żywic polimerowych i nagłym, płynnym ruchem wyciągnął przed siebie. Na wysokość oczu. W lewym ramieniu, od łokcia aż po obojczyk czuł ciągnięcie. Jego chwyt nie był taki jak dawniej, ale uznał że jest wystarczająco pewny. Był skupiony, jakby w drzwiach stał nie widoczny przeciwnik. Spojrzał przez szczerbinkę i napiął języczek spustu. Pod palcem czuł kłujce nierówności niedoszlifowanej stali. Mankament masowej produkcji – byle jakie wykończenie oczywiście niekiedy dotykał również broni. Zwolnił skrzydełko bezpiecznika.

Stuk, stuk, stuk – dwie sekundy ciszy, Stuk, stuk, stuk – dwie sekundy ciszy. Stuk, stuk, stuk. Samopowtarzalny mechanizm spustowo-uderzeniowy pracował płynnie, iglica odpowiadała suchymi kilkami.
Przez twarz Roberta przemknął ulotny cień nostalgii. Podparł się na łokciach trzymając broń zadartą w górę. Przytknął głowę do jej płaskiego grzbietu. Zastygł niczym w modlitwie oddając się deliberacji. Rozważał czy ma jakiekolwiek szanse na powrót do jednostki. Jednak nie potrzebował wiele czasu by dojść do jedynej możliwej konkluzji. Odpowiedz była zimna jak stal chłodząca jego czoło. Po pierwsze - w tym stanie nie mowy by zaliczył testy psychofizyczne i tylko będąc ostatnim naiwniakiem mógłby zakładać, że kiedykolwiek będzie inaczej. Po drugie - nikt nie chce pracować z przegrańcami a tak sensytywnym fachu pełne zaufanie jest kluczowe. Po trzecie – wnet wybije mu czterdziestka, oznaczająca w tym świecie wiek matuzalemowy. Być może mógłby zaczepić się na zapleczu, w wywiadzie lub logistyce? Jednak zadania przypadające na najtrudniejsza z taktyk – biała przekraczały jego możliwości. Robotę papierkową należy zostawić jednostkom do tego powołanym. Śledztwo jakie zaczął prowadzić na własna rękę utwierdzało go w tym każdego dnia.

Wrócił do przeglądu morderczej zabawki. Ponownie wypiął magazynek i odłożył obok zapasowego. Oba zasobniki mogące przyjąć piętnaście nabojów każdy były puste. Usunął zaczep demontażowy zatrzaskujący zamek i rozmontował podstawowe elementy. Zespól ruchomy nie wymagający przy dekompozycji dodatkowych narzędzi spoczął na flaneli. Szkielet oblany polimerem, zamek, kuta na zimno lufa o prawoskrętnym przewodzie, oraz mechanizm powrotny złożony z żerdzi i sprężyny nie miały przed Robertem tajemnic. O ile dotychczasowe oględziny przeprowadzał beznamiętnie, tak teraz skrzywił się i cmoknął z niesmakiem. W sumie nic dziwnego, taaaa – skomentował to co zobaczył.
Pistolet przeleżał sporo czasu pozbawiony podstawowej konserwacji i był poddany różnicom temperatur. Sam się do tego przyczynił, więc rudawe plamki na stalowych elementach nie były dla niego wielkim zaskoczeniem. Co prawda niemiecki producent zastosował powłokę teniferową, między innymi podnoszącą odporność na utlenianie, jednak w przypadku broni należy przestrzegać oczywistych zasad. Piwnice przemytników oraz biblioteczka sącząca wilgoć z betonowego węgła zrobiły swoje.

Oględziny doprowadziły go do wniosku, że broń potrzebuje pewnych zabiegów kosmetycznych, ale jest raczej całkowicie sprawna. Dla absolutnej pewności oczywiście i tak potrzebował prób strzeleckich. Kartonowe pudelka opisane Sellier&Bellot FMJ 7,5g. 9x19mm okazały się wypełnione do ostatniej przegródki. Zawierały w sumie 200 naboi. Zatem wystarczającą ilość zarówno dla testów, jak i dla każdej ewentualności jaka zostanie nakreślona przez przyszłość. Tak jak na początku zakładał, będzie musiał zaopatrzyć się w wycior, olej, pilnik, oraz oczywiście kaburę.
Papieros w popielniczce dawno już się stlił, łącznie z filtrem, kawa stała się zimną lurą. Szurnęła sprężyna i ostatni element wskoczył na swe miejsce z krystalicznym szczękiem.
Robert zawinął rynsztunek w materiał. Przez moment zamierzał ponownie ukryć całość gdzieś za tomami powieści Houellebecq’a i Richarda Morgana ale zmienił zdanie. Udał się do sąsiedniego pokoju i zgasił telewizor. Zrobiło się ciemno. Kierując się w stronę okna kopnął bosą stopą butelkę po piwie. Odsuwając zasłony nadal klął szpetnie. Na, niskiej owalnej lawie walały się dziesiątki zadrukowanych stron. Złożył je w równy stos odsłaniając notebooka i kompaktową drukarkę. Wyszukał w Internecie lokalizacje pobliskich sklepów z bronią, oraz myśliwskich. Następnie zlokalizował strzelnice, lecz bardziej zainteresował go opuszczony poligon niedaleko Krakowa. Spojrzał na zegarek, miał prawie pięć godzin czasu do zabicia. Sięgnął po rozmówki polsko - chorwackie i zaległ na bezładnie zaścielonej wersalce.

Na miejscu umówionego spotkania Robert Werner zjawił się kilkanaście minut po czternastej. Był sporo przed czasem. Nie miał nic lepszego do roboty więc pomyślał, że nie zaszkodzi zażyć odrobinę cywilizowanego świata. Alternatywą było bezcelowe człapanie po pustym mieszkaniu, oglądanie telewizji, opróżnienie flaszki wódki i temu podobne atrakcje. Jego dni były bliźniaczo podobne jeden do drugiego, więc skorzystał z pretekstu by pobyć trochę między ludźmi.
Z ulgą odnotował, że jest już w obszarze kontrolowanym przez klimatyzację. Głęboko napełnił płuca rześkim powietrzem Przez chwilę poczuł się jak nomada, który z mozołem osiągnął zamierzoną oazę. Poprawiając marynarkę, omiótł wzrokiem całą przestrzeń.
Zarówno usytuowanie jak i wystrój, najbardziej oryginalnej pośród restauracji krakowskiego Sheratona, wywarły na nim pozytywne wrażenie. Dla The Woody Olive zagospodarowano pasaż łączący osobne sekcje hotelu. Przez rozpostarty cztery piętra wyżej przeszklony sufit, klarowne niebo dostarczało mnóstwo światła. Wysokie usytuowanie stropu, zostało zrównoważone przez luźne rozmieszczenie wyposażenia. Całość została przemyślana tak, by osiągnąć kompromis pomiędzy swobodą a elegancją. Dodatkowo pół otwarta przestrzeń przydawała temu miejscu oddechu, wrażenia swobody.
Na prawo od wejścia przykuwał wzrok ponad trzy metrowy cyprys. Wzrastał z imponujących rozmiarów kamiennej donicy. Jego szata wdzięczyła się żywą, intensywną zielenią. Dalej w głębi za efektownym iglakiem, kryły się podwójne wahadłowe drzwi prowadzące do toalety. Po lewej miał łukowaty kontuar, sięgający niemal do połowy pomieszczenia. Pokrytą sosnowymi deskami podłogę zajmowało dziewiętnaście, idealnie kwadratowych stolików. Każdy zdobiła śnieżno-biała serweta, oraz smukły storczyk wybijający z kryształowego flakonu. Wokół blatów ustawiono dwie pary głębokich foteli. Były one wyplecione z wikliny i sprawiały wrażenie wygodnych.
Pomijając personel zaplecza, wewnątrz restauracji Robert zliczył kilkanaście osób. Kelner, barmanka, oraz czternaścioro… nie piętnaścioro gości. Właśnie z toalety wyłoniła się elegancko ubrana, około pięćdziesięcioletnia, mimozowata kobieta. Tuż po wyjściu stanęła na moment. Zewnętrzną częścią palców wskazujących przetarła kąciki oczu, dyskretnie potarła policzki po czym wróciła swe miejsce. Przy stoliku czekał na nią poważny, czy raczej bardziej naburmuszony nastolatek. Rysy tej dwójki zdradzały pokrewieństwo. Prócz personelu, rezydentów - głównie dzieci i kobiet - można tu było dostrzec pracowników okolicznych korporacji. Pora lunchu powoli dobiegała końca.
Robert wypatrzył sobie wolne miejsce w dalszym zakątku restauracji, nieco na uboczu. Rozsiadł się w rzeczywiście komfortowym fotelu, a chwilę później kelner postawił przed nim zamówienie. Malutkim łykami skosztował gorącego napoju. Skrzywił się i podejrzliwie zajrzał do środka. W taki dzień kufel lodowatego piwa pasował by mu znacznie bardziej, ale postanowił, przynajmniej na razie zrezygnować z alkoholu.

Za oknem lato prezentowało swe walory w pełnej krasie, mimo iż do jego końca został niecały tydzień. Od wielu dni temperatury regularnie przekraczały trzydzieści stopni. Wątłe obłoki tylko z rzadka i bardzo oszczędnie zraszały spierzchnięty Kraków. Dopiero wieczory pozwalały odetchnąć. Wernera wściekało to do szpiku kości, zresztą jak wiele z tego co widział, z czym się stykał, co słyszał. Przez brak zorganizowania, oraz regularnego zajęcia jego myśli zbyt często dryfowały do sfery, której chciał unikać.
Gdyby trzynaście miesięcy temu podjął lepsze decyzje? Jeżeli zaistniałaby wówczas odrobinę inna koniunkcja zdarzeń, reakcji, wypowiedzianych słów? Jak wiele błahostek uczyniło z jego życia przegraną partię pokera? Czuł, że tą decydującą rozgrywkę ma już za sobą. Kolejne rozdania przestały go pociągać. Zostały mu dezorientujące emocje, wykwitające z bezkresu odrętwiającej nostalgii. Wspomnienia, które w innych okolicznościach sytuowałyby go wśród najszczęśliwszych na świecie – okrutnie dręczyły.
Mężczyzna założył ręce na piersiach i zapatrzył się w przezroczysty sufit. Tworzące go grube, prostokątne tafle szkła wpadały w opalizująco niebieski odcień. Nieco fałszowały naturalne barwy. Pewnie dlatego to dzisiejsze, nieskazitelnie czyste niebo tak bardzo przypominało mu inne. Tamto nad Adriatykiem, którym beztrosko sycił się zeszłego lata.
- Szlag by to trafił! – zaklął pod nosem. Ten widok zarazem go przyciągał, jak i nieznośnie drażnił spojówki. Próbował się skupić, jednak kotłowisko myśli nie dawało za wygraną. Szczególnie dziś, jak bumerang wracały najbardziej irytujące.
- Około 10% procent osób zaginionych nigdy nie zostaje zlokalizowanych.
- Szanse odnalezienia poszukiwanych drastycznie maleją z każdym kolejnym dniem, by po miesiącu oscylować wokół błędu statystycznego.
- W przypadku porwań po upływie czterdziestu ośmiu godzin, przypadek uznaje się za patowy. Następna doba niemal wyklucza odzyskanie ofiary żywej.
- Jedynie nieliczni sprawcy porwań zostają ustaleni i osądzeni.
- Kontrole wykazują rażące nieprzygotowanie policji na tym polu. Najpoważniejszy problem stanowią: lekceważenie zgłoszeń, ospałość podejmowanych działań, brak procedur oraz szkoleń.
Podsumowując - system zawodzi na całej linii a szczególnie blado wypada to w krajach Europy południowej oraz wschodniej.
Przedstawione w lipcu wnioski, dorocznego raportu Komisji do spraw Społecznych, boleśnie zachwiały jego determinacją. Wcześniej zdawał sobie sprawę, ze złożoności sytuacji bardziej intuicyjnie. Dopiero to pismo, przypadkowo wyszperane w sieci, sygnowane logo Parlamentu Europejskiego uzmysłowiło mu na co się zamierza. Kolejny raz ogarnęła go szewska pasja.
- Statystyki! Pierdolone oszustwo! - syknął nienawistnie w przestworza.
„Nie, nie człowiek to nie woda, nie wyparuje bez śladu” – kontynuował już w duchu. „Nie istnieją zbrodnie doskonałe, jedynie nieudolne dochodzenia. W najbliższych dniach wracam. Przepraszam, że nie za dwa trzy dni jak obiecałem, lecz dopiero teraz. Wybaczysz mi skarbie, prawda?”
Na każdej osobie odpowiedzialnej za to co spotkało Sylwię orzekł wyrok skazujący. Postanowił, że wbrew wszystkiemu odkryje prawdę i gdy to nastąpi, nie okaże litości. Tak, doskonale wiedział, że postępuje samolubnie a zarazem niczym szaleniec, ale właściwie nie miał wyboru. Jedynie w tej mętnej pogoni upatrywał dla siebie ratunku. Decyzja została podjęta, teraz tylko pozostało mu odkryć gdzie wbić kły, od czego zacząć. Miał nadzieję, że dziś uzyska jakieś wskazówki.

Na moment skrył twarz w dłoniach, po czym ciągle mocno dociskając przesunął je ku dołowi jakby dopiero co wynurzył się z głębin. Zrobił kilka pełnych, powolnych oddechów. Wrócił na ziemię i zastał tu wiercące go na wskroś spojrzenie. Stolik usytuowany bliżej centrum sali, okupowały cztery osoby nie kryjące dobrego humoru. Kolejne drinki regularnie dostarczane przez kelnera, miały w tym istotny udział. Dwóch Azjatów w towarzystwie pary miejscowych, prawdopodobnie opijało udany interes. Mężczyzna siedzący na wprost, wpatrywał się w Roberta z jawnym niepokojem. Policzki miał pokryte nalotem dwudniowego zarostu, wysoko podgolone boki głowy oraz żelowany na bakier czub od czoła aż po kark. Wyglądał jakby został żywcem wyjęty z żurnala omawiającego najświeższe trendy w męskiej modzie. Chwilę wcześniej zwrócił uwagę na mamroczącego coś pod nosem, podejrzanego osobnika. Jednak wnet zmienił obiekt zainteresowania.
- Eeehheee, heee, toom huaii, men!, What you’re waiting for?! Macek! Hee he he – ponaglony przez kompanów, japiszon chwycił szklaneczkę i stracił zainteresowanie perspektywą dalszą niż na wyciągnięcie ręki. Po chwili już wspólnie, całą czwórką rechotali jedno przez drugiego.
Roberta nie szczególnie obeszło, że zwrócił czyjąś uwagę. Beznamiętnie otaksował towarzystwo. Trzech mężczyzn miało na sobie ciemne, niemal bliźniaczo dopasowane garnitury, oraz białe koszule. Dwóch, jak zakładał Chińczyków siedziało do niego tyłem. Widoczne od czasu do czasu profile nie budziły wątpliwości, co do ich dalekowschodnich korzeni. Strój kobiety odróżniał jedynie żakiet z wywijanymi rękawami. Zresztą w podobnym, obcisłym stylu i równie grafitowo-czarnych odcieniach. Przedstawicielka płci pięknej, oględnie ujmując, była urody nie wyróżniającej się. Spięte w krótki kucyk blond włosy odsłaniały wysokie czoło. Nos miała odrobinę haczykowaty, blisko osadzone oczy oraz wąskie usta. Jej twarz zdradzała inteligencję i zdecydowany charakter. Nosiła się nieco sztywno, a jednocześnie tak by podkreślić wysportowaną sylwetkę.
„Na pewno jest w fazie prężnej kariery oraz niezobowiązujących znajomości. Natomiast głową do interesów a zwłaszcza alkoholu, zdaje się nie ustępować pozostałym” - ocenił z dozą uznania.

Dwie małe czarne od chwili gdy wszedł do restauracji, Werner był już całkowicie zniecierpliwiony. Na szczęście osoba, z którą był umówiony za parę minut powinna się zjawić. Odstawił nieco zbyt delikatną porcelanową filiżankę na sprawiający jeszcze bardziej eteryczne wrażenie spodek. Uszko, mimo iż budziło sporą nieufność, przetrwało. Były wojskowy zaczynał czuć się trochę jak na żmudnej misji. Po raz kolejny zlustrował przestrzeń będącą w promieniu jego wzroku. Za oknem upał nie odpuszczał. Lejący się z góry żar wespół ze smogiem metropolii tworzyły paskudny duet. Zmuszeni stawić temu czoła przechodnie snuli się ospale. Na poboczu po przeciwnej stronie jezdni dominował ogromny bilbord. Twarz szczerząca się szalbierczo obok słów: „Zgoda Ponad Podziałami” falowała w rozpalonym powietrzu. Już sam widok tego wszystkiego był wykańczający.
Wewnątrz restauracji trochę się przerzedziło. Jednak przy międzykontynentalnym stoliku raut trwał w najlepsze. Dziewczyna właśnie odstawiła drinka, rzuciła kilka słów i szybkim, choć wyraźnie chwiejnym krokiem ruszyła w przeciwną stronę. Obcisłe spodnie eksponowały zadbaną figurę. Sprężyste pośladki tańczyły do rytmu wybijanego twardymi koturnami. Przez chwilę Robert nie potrafił oderwać oczu od tego widoku. Kątem oka dostrzegł, że koledzy dziewczyny podzielają jego uwagę. Nie zdarzyło się nic nadzwyczajnego. Ot zaistniała naturalna, niemal bezwarunkowa androgeniczna reakcja. Mimo to ogarnęło go jakieś nieprzyjemne uczucie. Jednym haustem dopił kawę i skrzywił się, tym razem jeszcze mocniej niż poprzednio.

Cztery minuty przed piętnastą drzwi restauracji uchyliły się i zza tafli mrożonego szkła w stalowym okuciu, wychynął prawie sześćdziesięcioletni mężczyzna. Blond czupryna z przedziałkiem natychmiast pozwalała go wyłowić z przeciętności. Ojciec Sylwii ubrany był w swym nieodłącznym stylu, przewodzącym na myśl maniery anglosaskie, lub akademickie. Miał na sobie jasno beżową, tweedową marynarkę w kratę i koszulę bez krawata. Do tego płócienne spodnie i brązowe mokasyny. Ubiór harmonizował z jego spokojną, opanowaną osobowością. Był człowiekiem raczej niezbyt gadatliwym, uznawanym przez Roberta za wzór taktu i dobrego wychowania. Majewski rozejrzał się na boki, sprawiał wrażenie nieco roztargnionego. Pod łokciem ściskał klasyczną aktówkę, z którą nigdy się nie rozstawał. Gdy napotkał spojrzenie Wernera twarz mu się nieznacznie ściągła. Odpowiedział na skinięcie głowy i ruszył w jego stronę.

Ostatni raz rozmawiali, prawie rok temu. Wymienili kilka zdań przez telefon, jeszcze gdy Robert był hospitalizowany. Później kontakt wygasł naturalnie. Zarówno dla rodziców Sylwii jak i dla niego podtrzymywanie jakichkolwiek stosunków niosło głównie przygnębienie. Obie strony zdawały się widzieć to podobnie. W zeszłym tygodniu Robert stoczył długą bitwę z myślami, nim wbił w telefon numer Karola Majewskiego. Potrzebował każdej dostępnej informacji, być może jego kontaktów. Odetchnął z ulgą gdy ustalili spotkanie. Jednak w tej chwili całe wzburzenie ożyło ze zdwojoną siłą. Miał wrażenie jakby nagłe podmuchy klimatyzacji owiewały mu kark. Bezwiednie napiął się nawet najmniejszy z jego mięśni, poczuł wilgoć pod wykrochmalonym kołnierzykiem. Wzdrygnął się na wspomnienie wózka inwalidzkiego, oddziałów szpitalnych, tamtejszych wymyślnych sprzętów rehabilitacyjnych i tak jak wtedy, jednocześnie zalało go przytłaczające poczucie winy.

- Witaj Robercie. Nieco przeciągnęło mi się spotkanie, ale chyba nie jestem spóźniony? – zagaił chuderlawy staruszek zerkając na pustą filiżankę. Oczywiście nawet nie spojrzał na zegarek. Bardzo sobie cenił punktualność. Gdyby rzeczywiście coś mu wypadło, wówczas na pewno odpowiednio wcześniej by o tym uprzedził.
- Dzień dobry Panie Karolu. Nie, nie skąd. Proszę usiąść.
- To dobrze, dobrze - odetchnął. Wymienili krótki uścisk dłoni.
- Tyle razy cię prosiłem żebyś zwracał się do mnie po imieniu, a Ty ciągle jesteś taki formalny. - Zajmując miejsce rzucił dobrze znaną formułkę. Jednak tego upalnego popołudnia nie pobrzmiewał w tych słowach wyrzut, jak niegdyś. Robert nic na to nie odpowiedział. Dawniej próbował różnych tandetnych wymówek, byle tylko uniknąć niezręczności zwracania się per ty do starszego od siebie. Teraz tylko uśmiechnął się odwracając głowę.
Werner czekał w milczeniu aż ojciec Sylwii się rozgości. Ten zdjął marynarkę, strzepnął rękawy i złożył symetrycznie na pół. Lekko zakłopotany rozejrzał się na boki i jakby bez przekonania przewiesił ją przez oparcie stojącego z boku fotela. Usiadł na przeciw, odstawił teczkę opierając ją o nogę stolika. W tym czasie Robert przyglądał mu się dyskretnie. Miał przed sobą typowo słowiańskiej aparycji, ubranego stosownie do aury - w jasnych odcieniach, nobliwego pana w średnim wieku. Eksponowana gestykulacja, czytelnie artykułowane wypowiedzi, patrzenie prosto w oczy rozmówcy, nawyk krótkim ruchem głowy odrzucania grzywki, takim go zapamiętał. Jednak coś mu nie pasowało i po chwili zrozumiał chociaż nie był pewien jak to określić. Majewski zdawał się nie w pełni obecny. Wzrok i ton głosu zdradzały, że częścią siebie jest gdzieś indziej. Jedno zdawało się być pewne i nieuniknione - to spotkanie obudziło w obu mężczyznach sporo przykrych widm. Starszy pan założył nogę za nogę, zewnętrzną stroną dłoni wygładził spodnie i znieruchomiał.

- Co u ciebie Robercie? - zapytał patrząc przenikliwie. Kiwał przy tym jakby potakująco głową. – Jak się czujesz? Widzę, że ze zdrowiem już całkiem dobrze.
- Nie narzekam, powoli doszedłem do siebie, a Pan w ogóle się nie starzeje.
- Doprawdy? - uśmiechnął się anemicznie - Żona twierdzi, że nie jestem już młokosem i powinienem bardziej dbać o zdrowie.
- A może dał się Pan w końcu namówić małżonce na wspólne wizyty w spa?
- Broń Boże, nawet za cały koniak Europy…
- Poważnie? Trochę trudno mi w to uwierzyć – parsknął Robert.
- No, może jednak dobre roczniki coś by w tym względzie zdziałały, ale Kimi już mi odpuściła.
- Więc jak się miewa pani Majewska?
- Kimi? – zawahał się nieznacznie. - Już lepiej. Aktualnie odwiedza rodziców…
- Rodziców? W Korei?!
- Tak, wraca na początku września. Ale, ale, podobno podają tutaj świetną kawę? – Majewski zmienił temat.
- Nooo, yyyy... Prawdopodobnie. – Robert musiał spoglądać na porcelanowy drobiazg jak pies na jeża.
- Ach, rozumiem, rozumiem – Majewski odsłonił lewy nadgarstek. Wpatrzył się w cyferblat zegarka, jakby bez cienia wątpliwości chciał się upewnić co do godziny.
- Jest po szesnastej, prawda… Co powiesz na koniaczek? Pora jest akceptowalna, a poza tym to dla zdrowia, czyż nie? – Robert był pewien, że mówiąc to miał przed oczyma Kim Hee Woo - Majewską.
- Świetny pomysł! – zgodził się, chociaż nie przepadał za koniakiem.
Cherlawy kelner już rozpoczął dostojny hals ku ich stolikowi. Niewątpliwie potrafił wyczuć subtelną różnicę między oczekiwaniami klientów, a niepotrzebną namolnością. Kilka łyków koniaku później mężczyźni najwidoczniej osiągnęli nie wyartykułowany konsensus. Faza kurtuazyjna została odfajkowana, czas było przejść do konkretów. Majewski schylił się i sięgnął pod stolik. Brązowa, dwukomorowa aktówka była rozmiaru trochę większego od A4. Wyglądała na nową. Robert w skupieniu wpatrywał się jak wyłania się z niej sztywna foliowa koperta, zawierająca cienki pakiet papierów.
- Tutaj znajdują się dokumenty o które prosiłeś, wszystkie jakie zostały nam przekazane. Było też kilka odmów, ale tamte od ręki wyrzuciłem do śmieci. - Plik wygiął się w zaciśniętych pomarszczonych dłoniach. - To przygnębiające, że w takiej sytuacji jedyne co zostało, to tych kilka nędznych świstków spisanych szablonowym, jałowym tekstem… - Nastało dłuższe milczenie.
- Mogę zapytać po co ci one? – Ponownie zaległa cisza. Robert przez chwilę zastanawiał się jak odpowiedzieć i po namyśle wybrał najprostszy wariant.
- Panie Majewski, wkrótce wyjeżdżam. Do Chorwacji, do Splitu. Bo muszę tam na miejscu… Wiem, że teraz to… Ale nie mogę tego zostawić… Nie w ten sposób, rozumie Pan! - ciągnął gmatwając się, gubiąc wątki. Mówił pośpiesznie jakby chciał zagadać jakiekolwiek reakcje.
- Jestem za to odpowiedzialny i… - zawiesił głos. Chociaż wcześniej miał w głowie gotowy wywód, teraz brakło mu słów. Po chwili Majewski pociągnął wątek.
- Wiem jak się czujesz, ale nie możesz siebie obwiniać, musisz z tym skończyć. Nawet gdyby nie twój – zawahał się – wypadek. Gdybyś natychmiast wrócił myślisz, że coś by to zmieniło? Nasza ambasada naciskała na Chorwatów, policja traktowała sprawę priorytetowo. Nam zostały przypisane role petentów, oczekujących. Żaden z nas nie był w stanie nic poradzić. Obaj byliśmy zmuszeni zdać się na działania innych, dlatego rozumiem twoją frustrację. Nie zamierzam też odwodzić cię od zamierzeń. Zresztą widzę, że jesteś zdecydowany, więc byłoby to i tak bezskuteczne. Robert schylił głowę i wbił wzrok w lezącą przed nim dokumentację.
- Proszę, wszystko zostało przetłumaczone przez tamtejszą ambasadę. – Karol Majewski zdecydowanym ruchem przesunął dokumenty od siebie. - Cokolwiek zamierzasz, życzę ci jak najlepiej. I jeszcze jedno. – Sięgnął ponownie do teczki, wyjął niewielki notatnik oraz długopis. Obłymi ruchami napisał coś wewnątrz, po czym wyrwał stronice i z namysłem położył na reszcie papierów.
- Znajdziesz tutaj namiary na Jacka Boguskiego. Pracuje w ataszacie obrony w Zagrzebiu. To mój kolega ze studiów, powiadomię go o tobie. Więc jeżeli będziesz potrzebował pomocy skontaktuj się z nim. - Oczy emerytowanego dyplomaty zaszły mgłą.
- Wybacz, mam jeszcze coś do załatwienia. Spotkajmy się gdy będziesz znowu w Krakowie. Wstał, podniósł marynarkę z sąsiedniego fotela, przewiesił ją przez lewe przedramię i wyciągnął prawicę.
- Uważaj na siebie i… zadzwoń jeżeli się czegoś dowiesz.
- Oczywiście, odezwę się. Do widzenia, panie Karolu. - Majewski skinął głową i skierował się do wyjścia. Robert odniósł wrażenie, że pożegnalny uścisk dłoni był cieplejszy niż ten na powitanie.

Komentujcie, poproszę!

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Zimna furia

Post autor: Siemomysła » 28 marca 2016, 21:54

Długo się naczekałeś :bag: Nawet nie zauważyłam, że minął ponad miesiąc, odkąd wrzuciłeś. Nieco zaniedbałam forum ze względu i na własne pisanie i na sprawy inne (tak, czuję wstydliwą potrzebę wytłumaczenia się). Ale już jestem, wracam i czytam.

Na początek z technicznych, wątpliwości i uwag innych:
Nie ważne jak bardzo próbował uchwycić przeszłość, nie mógł pokonać jej praw.
Nie z przymiotnikami to będzie razem.
Z przerażeniem poją, że już nigdy nie doświadczy takiej magii.
Zjadłeś "ł".
Lecz dopiero gdy sięgną najwyższych, wibrujących tonów zdołał pobudzić Roberta do działania.
Z wściekłością cisną łyżeczkę do zlewu, ta odbiwszy się kilka razy w stalowej niecce znieruchomiała pod ścianą, na kafelkowym gzymsie.
W ogóle masz tendencję do zjadania "ł" ;)
Robert postawił kubek na stoliku pod oknem, tuż obok pudelka Gauloises, zapalniczki i popielniczki.
Albo zamiany "ł" na "l"... przyznaj, nie lubisz tej niewinnej litery...
Dobra do dzieła! – krótkie komentarze rzucane na głos do samego siebie weszły mu w nawyk.
Tu jest chyba miejsce na odpowiedź na Twe wątpliwości, zatem - jeśli mówi to na głos to sprawa jest prosta - moim zdaniem powinno być jak w dialogu - czyli zaczynasz od myślnika (pauzy). Jeśli mówiłby jedynie w myślach, wtedy warto zaznaczyć to kursywą i pauza na początku nie jest konieczna.
Z kieszeni spodni wyją recepturkę, rozciągną między palcami, zaczesał włosy z czoła i nad uszu i spiął je z tyłu.
Jeszcze parę bez"ł"ów ;) Więcej nie zaznaczam, jeśli się pokażą - po prostu zwróć na to uwagę, przeglądając tekst.
Werner ścisną mocno, oburącz blisko kilogramowej wagi aliaż stali oraz żywic polimerowych
Co znaczy to słowo?
Pod palcem czuł kłujce nierówności niedoszlifowanej stali.
Zjadłeś "ą"?
Mankament masowej produkcji – byle jakie wykończenie oczywiście niekiedy dotykał również broni.
"byle jakie wykończenie" to w tym przypadku zdanie wtrącone - powinno posiadać pauzy po oby stronach, a nie tylko z przodu
Samopowtarzalny mechanizm spustowo-uderzeniowy pracował płynnie, iglica odpowiadała suchymi kilkami.
Klikami? może w ogóle lepiej kliknięciami?
Po pierwsze - w tym stanie nie mowy by zaliczył testy psychofizyczne i tylko będąc ostatnim naiwniakiem mógłby zakładać, że kiedykolwiek będzie inaczej
a "ma" bądź "było" gdzie?
Po drugie - nikt nie chce pracować z przegrańcami a tak sensytywnym fachu pełne zaufanie jest kluczowe.
Tu brakuje "w".
Jednak zadania przypadające na najtrudniejsza z taktyk – biała przekraczały jego możliwości.
ą?
Zespól ruchomy nie wymagający przy dekompozycji dodatkowych narzędzi spoczął na flaneli.
"ł"
W sumie nic dziwnego, taaaa – skomentował to co zobaczył.
Niezależnie od tego, czy mówi na głos, czy w myślach - od nowego akapitu.
Kartonowe pudelka opisane Sellier&Bellot FMJ 7,5g. 9x19mm okazały się wypełnione do ostatniej przegródki.
"ł"
Na, niskiej owalnej lawie walały się dziesiątki zadrukowanych stron.
Ty naprawdę nie lubisz "ł"... OK tych już też nie zaznaczam, bo mię to tylko spowalnia i złości, bo ogólnie to bardzo dobrze się czyta. Gładki styl prezentujesz, łatwy do wchłonięcia :)
Głęboko napełnił płuca rześkim powietrzem Przez chwilę poczuł się jak nomada,
A teraz zjadłeś kropkę :)
Sięgnął po rozmówki polsko - chorwackie i zaległ na bezładnie zaścielonej wersalce.

Na miejscu umówionego spotkania Robert Werner zjawił się kilkanaście minut po czternastej.
Jeśli ten fragment po przerwie idzie bezpośrednio po poprzednim, bez żadnego rozdział taki i taki, czy choćby numerka, albo gwiazdek, to ja bym zrezygnowała z nazywania bohatera pełnym imieniem i nazwiskiem. Bo przecież wszystko od początku jest o Robercie Wernerze. Poprzednie zdanie mówi o tym, że właśnie Robert Werner położył się na wersalce. Gdyby pomiędzy tymi fragmentami był jakiś inny bohater, narrator gdzieś do kogoś by przeskoczył to oczywiście - teraz zaznaczmy czytelnikowi, że chodzi o Roberta Wernera, ale jeśli mowa jest ciągle o nim to zgrzyta.
Gdyby trzynaście miesięcy temu podjął lepsze decyzje? Jeżeli zaistniałaby wówczas odrobinę inna koniunkcja zdarzeń, reakcji, wypowiedzianych słów? Jak wiele błahostek uczyniło z jego życia przegraną partię pokera? Czuł, że tą decydującą rozgrywkę ma już za sobą. Kolejne rozdania przestały go pociągać. Zostały mu dezorientujące emocje, wykwitające z bezkresu odrętwiającej nostalgii. Wspomnienia, które w innych okolicznościach sytuowałyby go wśród najszczęśliwszych na świecie – okrutnie dręczyły.
Być może, gdy pytasz o zapis monologów bohatera, to masz na myśli coś jak ten fragment - moim zdaniem to powinno zostać jak jest - zwykły kawałek narracji, bez wyróżnień. Doskonale widać, że to są jego przemyślenia, ale nie wyróżniasz tego żadnym "pomyślał", czy "rzekł sobie w myślach", więc nie potrzeba tego ani myślnikować ani kursywować :)
- Około 10% procent osób zaginionych nigdy nie zostaje zlokalizowanych.
- Szanse odnalezienia poszukiwanych drastycznie maleją z każdym kolejnym dniem, by po miesiącu oscylować wokół błędu statystycznego.
- W przypadku porwań po upływie czterdziestu ośmiu godzin, przypadek uznaje się za patowy. Następna doba niemal wyklucza odzyskanie ofiary żywej.
- Jedynie nieliczni sprawcy porwań zostają ustaleni i osądzeni.
- Kontrole wykazują rażące nieprzygotowanie policji na tym polu. Najpoważniejszy problem stanowią: lekceważenie zgłoszeń, ospałość podejmowanych działań, brak procedur oraz szkoleń.
Tu z kolei - każde z tych zdań, które dałeś od myślnika, proponuję wrzucić po prostu w cudzysłów. Każde osobno i zapisywać od nowego akapitu. Bo to ewidentnie są cytaty, czy to z prasy, czy z fachowej literatury, czy jakiś dokumentów.
„Nie, nie człowiek to nie woda, nie wyparuje bez śladu” – kontynuował już w duchu. „Nie istnieją zbrodnie doskonałe, jedynie nieudolne dochodzenia. W najbliższych dniach wracam. Przepraszam, że nie za dwa trzy dni jak obiecałem, lecz dopiero teraz. Wybaczysz mi skarbie, prawda?”
A tu dałabym kursywę właśnie - bo mówi w duchu i to odróżniałoby takie momenty od tych powyżej, gdy naprawdę przydałby się cudzysłów w cytowanych fragmentach.
Roberta nie szczególnie obeszło, że zwrócił czyjąś uwagę. Beznamiętnie otaksował towarzystwo.
Razem
Ot zaistniała naturalna, niemal bezwarunkowa androgeniczna reakcja.
W jakim sensie użyłeś tu słowa androgeniczna?
- To dobrze, dobrze - odetchnął. Wymienili krótki uścisk dłoni.
- Tyle razy cię prosiłem żebyś zwracał się do mnie po imieniu, a Ty ciągle jesteś taki formalny. - Zajmując miejsce rzucił dobrze znaną formułkę. Jednak tego upalnego popołudnia nie pobrzmiewał w tych słowach wyrzut, jak niegdyś. Robert nic na to nie odpowiedział. Dawniej próbował różnych tandetnych wymówek, byle tylko uniknąć niezręczności zwracania się per ty do starszego od siebie. Teraz tylko uśmiechnął się odwracając głowę.
Tu się trochę bałagan zrobił w tej wypowiedzi. Mówi cały czas ta sama osoba, więc "enter" po "uścisk dłoni" jest niepotrzebny. Nie jest też potrzebna wielka litera w "a Ty ciągle...", choć to uwaga z innej beczki. Z kolei to co po "formalny" warto jednak odwrócić, a najpierw zrezygnować z kropki, bo "rzucił" to słowo oznaczające sposób mówienia, więc kropki tam być nie powinno. Czyli: "...formalny - rzucił dobrze znaną (tu dołóż komu, czyli Robertowi) formułkę.
W tym miejscu dałabym enter, bo dalej już masz przemyślenia Roberta i to wszystko niepotrzebnie wpadło Ci w didaskalia. Chcesz też napisać, że Majewski usiadł - ale to można zrobić inaczej, niekoniecznie przez "zajmując..." itd.
Usiadł na przeciw, odstawił teczkę opierając ją o nogę stolika.
Razem.
- Nie narzekam, powoli doszedłem do siebie, a Pan w ogóle się nie starzeje.
Zdecydowanie małą literą - to nie list, tylko powieść.
Cherlawy kelner już rozpoczął dostojny hals ku ich stolikowi.
To już taki czep trochę na wyrost, ale tak pieścisz ten tekst, że zwrócę uwagę, skoro moją zwróciło i zgrzytnęło: wcześniej określiłeś Majewskiego jako "chuderlawego" (co mi zresztą dziwnie do niego nie pasowało, ale OK, to Ty go znasz, nie ja ;) ), tu z kolei jest "cherlawy" - dość blisko siebie, dość podobne określenia.
Robert schylił głowę i wbił wzrok w lezącą przed nim dokumentację.
ż
- Panie Majewski, wkrótce wyjeżdżam. Do Chorwacji, do Splitu. Bo muszę tam na miejscu… Wiem, że teraz to… Ale nie mogę tego zostawić… Nie w ten sposób, rozumie Pan! - ciągnął gmatwając się, gubiąc wątki. Mówił pośpiesznie jakby chciał zagadać jakiekolwiek reakcje.
Tu przyznam - lekki dysonans zaliczyłam w kwestii Roberta - on mi się po prostu z taką histeryczną (tak odebrałam tę wypowiedzieć) plątaniną nie kojarzy - gdybyś jakoś zaznaczył, że to nie było normalne, że sam się sobie dziwił, łyknęłabym, w końcu wiadomo, że mnóstwo przeszedł i że spotkanie z ojcem Sylwii jest z wszechmiar stresujące, ale tak bez niczego to jakoś tak dziwne mi się zdało.
- Wybacz, mam jeszcze coś do załatwienia. Spotkajmy się gdy będziesz znowu w Krakowie. Wstał, podniósł marynarkę z sąsiedniego fotela, przewiesił ją przez lewe przedramię i wyciągnął prawicę.
- Uważaj na siebie i… zadzwoń jeżeli się czegoś dowiesz.
Tu znów niepotrzebny enter po "...wyciągnął prawicę." Mówi wciąż ta sama osoba, więc rozdzielasz to na dwa akapity niepotrzebnie, wywołując konsternację czytelnika.


A teraz z tych, co zrobiły wrażenie:
Nie dostanie już szansy by się zmienić, nie będzie mógł z nią porozmawiać, przekomarzać, znów liczyć jej piegów. Czas miniony.
Ładne to. Trochę łagodne, odpowiednio smutne, i jeszcze trochę zmęczone, jak szarpanie się w dobrze zamkniętej klatce. Ogólnie bardzo mi się podoba całe to wejście w przeszłość, ta kartka, której się nie zdejmuje, choć jest jak ostry kamień w bucie. Dobre, dobre.

Dobry też cały ten kawałek, gdy wypróbowuje broń - bardzo dobry, czuć, że wiesz o czym piszesz, całość od razu nabiera wiarygodności. Jeśli nie wiesz o czym piszesz, to wiedz, że jesteś dobry w ściemnianiu, bo ja ten kawałek łykam bez mrugnięcia okiem.

Całkiem ogólnie to powiem, że ja ogromnie rzadko (milion lat już tego chyba nie robiłam) sięgam po książki tego typu - sensacyjne, thrillery czy jako to nazwać. Tymczasem Twoja opowieść o Robercie mnie zaciekawiła zwyczajnie. Szkoda, że dajesz takie poszarpane fragmenty jedynie :(

Podziwiam też jak pieścisz ten tekst. Ile razy podchodzisz do scen. Przyznam, że zwykle stosuję metodę - napisz, a potem ogarniesz, choć zwykle przystępując do pisania kolejnego fragmentu, odruchowo poprawiam ten poprzedni, ale mam uczucie, że to nie to samo.

Zaintrygował mnie Robert i bardzo bym chciała, żeby z ludzi, którzy porwali Sylwię zostały mokre plamy :bag:
Mam nadzieję, że te moje uwagi Ci jakoś tam pomogą i dawaj tę fabułę, co?
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Johny
Posty: 22
Rejestracja: 26 maja 2015, 18:27

Re: Zimna furia

Post autor: Johny » 06 kwietnia 2016, 23:26

Siemomysła pisze:Długo się naczekałeś :bag: Nawet nie zauważyłam, że minął ponad miesiąc, odkąd wrzuciłeś. Nieco zaniedbałam forum ze względu i na własne pisanie i na sprawy inne (tak, czuję wstydliwą potrzebę wytłumaczenia się). Ale już jestem, wracam i czytam.
Nie wiem czy stosujesz NLP, ale czerpię zachętę w Twoich postów. Zwłaszcza ostatnie akapity to dla mnie istna beczka miodu. Zatem wybaczam 8)
Na początek z technicznych, wątpliwości i uwag innych
Tak, owszem i jak najbardziej, bardzo mi to pomaga, bo kilka stron potraf zmylić koncepcję. Nie nadążam pismem za myślą, a czasem na opak. W każdym razie wszystkie Twoje sugestie wezmę sobie do serca. Wcześniej rządziło „się” teraz jak widzę „ł” Następnie:
Ot zaistniała naturalna, niemal bezwarunkowa androgeniczna reakcja.
W jakim sensie użyłeś tu słowa androgeniczna?
Chłopaki nie płaczą i tak mają – taka sytuacja.
- Panie Majewski, wkrótce wyjeżdżam. Do Chorwacji, do Splitu. Bo muszę tam na miejscu… Wiem, że teraz to… Ale nie mogę tego zostawić… Nie w ten sposób, rozumie Pan! - ciągnął gmatwając się, gubiąc wątki. Mówił pośpiesznie jakby chciał zagadać jakiekolwiek reakcje.
Tu przyznam - lekki dysonans zaliczyłam w kwestii Roberta - on mi się po prostu z taką histeryczną (tak odebrałam tę wypowiedzieć) plątaniną nie kojarzy - gdybyś jakoś zaznaczył, że to nie było normalne, że sam się sobie dziwił, łyknęłabym, w końcu wiadomo, że mnóstwo przeszedł i że spotkanie z ojcem Sylwii jest z wszechmiar stresujące, ale tak bez niczego to jakoś tak dziwne mi się zdało.
Nie chciałem wcześniej nadmiernie akcentować stresu. Po to wybuchł on w dialogu. Robert nie jest marmurowy. Wcześniej go zmiękczyłem, ale że tutaj zaprezentowałem środek fabuły może dlatego brzmi dziwnie.
Zaintrygował mnie Robert i bardzo bym chciała, żeby z ludzi, którzy porwali Sylwię zostały mokre plamy
Mam nadzieję, że te moje uwagi Ci jakoś tam pomogą i dawaj tę fabułę, co?
;o ;o ;o Te plamy to za dłuższy czas...Zacznę tak. Wbrew deklaracji porzuciłem rekonstrukcje perspektywy scen, na rzecz wątku mafijnego. Zaznaczę na przyszłość; o ile uznam, że nie zbrukałem fundamentu przyzwoitości i zdecyduję tutaj to ujawnić; k… wulgarnego. Takie jakby piekło na ziemi wobec wcześniejszego nieba doczesnego. Taki mam zamysł, ale jak wybrzmi kompozycja okaże się dopiero gdy wklepię wszystkie słowa. Może aktualnie produkuję worek śmieci… kto wie.
Ale do imentu nie będę konfabulantem, więc wrzucę pośpiesznie dostosowany fragment, będący iskrą fabuły:

Nie dawno temu, za wieloma wzgórzami, licznymi rzekami i kilku państw stolicami. Tam gdzie księżniczki pasły się odłogiem zaczęła się przygoda, tego co wiatrakom się nie kłania… a przepraszam to nie ta bajka.

Dwie godziny wcześniej niebiosa wydały zażartą awanturę adriatyckiemu wybrzeżu, demonstrowały swą potęgę w pełnej okazałości. Było duszno i wilgotno, a błyskawice jedna za drugą rozrywały zaniesione popołudniowe niebo. Wtórowała temu nieustająca kanonada nakładających się na siebie grzmotów. Ciężko zasnute niebo sprawiało wrażenie jakby był już późny wieczór. Tymczasem przed niewielkim lotniskowym terminalem, panował spory ruch, wzdłuż krawężnika parkowały autokary turystyczne, oraz kilka osobówek. Nie starczyło już miejsca dla kolejnej. Srebrny Opel powoli ominął zator i zatrzymał się na pobliskim parkingu. Z wnętrza taksówki wysiadł wysoki, barczysty mężczyzna, ubrany w dżinsy, sportowe trampki, oraz wiatrówkę. Przez ramię miał przewieszoną torbę na długim pasku. Zatrzaskując za sobą drzwi auta momentalnie znalazł się w objęciach para-tropikalnej ulewy. Odległość kilkunastu metrów, jaką musiał pokonać do najbliższego zadaszenia, wystarczyła by przemókł doszczętnie. Przeszklony, ozdobny pasaż osłaniający frontową fasadę portu lotniczego imitował skupisko kwiatów. Olbrzymie kielichy syntetycznych lilii z trudem wyłapywały deszczówkę i stalowymi łodygami odprowadzały do kanalizacji. Będąc już bezpieczny Robert Werner otrząsnął się jak przemoczony pies. Rękawem przetarł twarz, a otwartą dłonią nastroszył krótko obcięte włosy. Z zegarka, który wskazywał tuż przed czwartą po południu, przeniósł wzrok na pozbawiony przysłowiowego błękitu firmament. Widok mocno go zaniepokoił. Na niebie co i rusz wykwitały ogniste pajęczyny wyładowań atmosferycznych. Odniósł jednak wrażenie, że centrum nawałnicy nadchodzącej z południa, lekkim łukiem omija wybrzeże, jakby jej zainteresowanie zaczął przyciągać półwysep Istria.
Z mieszanką rozdrażnienia i przygnębienia spojrzał w kierunku oddalonego o ponad dwadzieścia piec kilometrów, więc niewidocznego stąd miasta. Bezskutecznie usiłował dojrzeć cokolwiek pośród wszechobecnych pagórków i krzaczastych, ciepłolubnych drzew. Gdzieś tam, w pokoju hotelu „Apartament Lavenda” - mieszczącego się na peryferiach Splitu - zostawił Sylwię. Nadal czuł jej objęcia. Najukochańsza, jedyna brzmiało zbyt banalnie by oddać uczucia którymi ją darzył. Od kiedy pozytywnie zareagowała na jego zainteresowanie, postanowił żadnej innej nie postrzegać jako kobiety. Wiele tego lata zrozumiał.
Luksusowy apartament cieszył - bo zamieszkiwał go Sylwią. Architektura Dalmacji czarowała kunsztem i budziła autentyczne zainteresowanie – dzięki temu, że kontekst historyczny przybliżały mu jej usta. Posiłki smakowały niepowtarzalnie – ponieważ spożywał je przy stoliku z nią. Nawet kamieniste plaże niosły pełny relaks, też wyłącznie z jednego powodu. Bez skutku próbował wyprzeć z głowy obraz niepewności emanujący z jej brązowych oczu, smutnej twarzy, spojrzenia pełnego bezsilnego buntu. Uchylonym ustom usiłującym zadać zbędne pytania na które nie było czasu ani odpowiedzi, chciał odpowiedzieć pocałunkiem. W porę jednak pojął, że okazał by się tym samym ostatnim impertynentem. Pozostał im zatem tylko niesmak wymuszonego rozstania i nieukierunkowana złość.
Myśli Wernera wypełniały pytania, na które nie znał odpowiedzi. W tej chwili całym swym ciałem odczuwał słuszność tezy, że niewiedza i niepewność potrafią być bardziej dokuczliwe od złych wiadomości. Bardzo tajemnicze wydarzenie - najwyższego priorytetu - przerwało zasłużony urlop zawodowego wojskowego. Zmusiło do rozłąki z ukochaną kobietą. Był całkowicie zdezorientowany materią otrzymanego niedawno rozkazu, chaotyczną formą i nieprzystającą improwizacją.
Zakładał, że coś naprawdę wielkiego kalibru poważyło zakłócić się jego sielankę. Tylko jeden element, za to szalenie istotny burzył to przypuszczenie. Żadnym sposobem nie potrafił wykombinować kto i z jakiego powodu zdecydował sięgnąć akurat po niego. Komu uroiła się niedorzeczna myśl, by ściągać w tak problematycznym trybie rozprężoną jednostkę? Na dodatek do ostatniej chwili nie mając pewności czy jej dowódca będzie osiągalny.
- Przecież do ciężkiej cholery nie jestem jedynym komandosem w blisko czterdziestu-milionowym kraju. Polska dysponuje kilkoma, doskonale wyszkolonymi oddziałami specjalnymi. - Sam potrafił wskazać mnóstwo żołnierzy o podobnych kompetencjach, nawet przewyższających go wieloma walorami. Młodszych, sprawniejszych, a przede wszystkim dostępnych. Ulokowanych w bazach, oraz ogniskach zapalnych.
Z drugiej strony pragnął antytezy powyższego. Gdyby powód zamieszania okazał się błahy, gdyby udało się rozwiązać problem ekspresowo. Mógłby wówczas dotrzymać danego, trochę na wyrost słowa i jak najszybciej powrócić tam gdzie zostało jego serce. Trzy góra cztery doby, na tyle zadeklarował Sylwii nieobecność. Na ten moment nie miał żadnych, nawet najmniejszych przesłanek, pozwalających stwierdzić, według którego ze scenariuszy potoczą się wydarzenia. Wszystko powinno nabrać sensu w ciągu najbliższej godziny. Do tego czasu na pewno otrzyma dane dotyczące istoty zamieszania.
- Tak czy inaczej dopnę swego, najwyżej odrobinę nadwyrężając prawdomówność, lub procedury. – postanowił. Niedawno uzbroił się w pierścionek zaręczynowy i zdecydował, że w odpowiednich warunkach nie zawaha się go użyć. Ale to później w idealnej chwili. Poczuł się trochę podbudowany. Wyszczerzył bezczelnie zęby do sinej błyskawicy, po czym wkroczył na teren Resnik Airport Split.

Wewnątrz kłębiło się spore grono podróżnych, pielgrzymujących pomiędzy kluczowymi lokacjami. Lokale gastronomiczne, sklep bezcłowy, toalety, strefy odpraw i przylotów wsysały i wypluwały kolejne osoby. Podszedł do noszącego charakterystyczny czarno biały uniform pracownika służby lotniskowej. Niski, korpulentny osobnik został najwyraźniej wcześniej poinformowany o jego przybyciu. Spod sztywnego błyszczącego daszka urzędowej czapeczki bystre oczy kilkukrotnie pokonały drogę od fotografii w dowodzie osobistym, na twarz Wernera i z powrotem. Potwierdziwszy tożsamość bez dalszych formalności odsunął się na bok wskazując intrygującemu pasażerowi kierunek, w którym powinien się udać. Malujące się na opalonym, krągłym obliczu pytania postanowił zachować dla siebie.
- Samolot już przyleciał i teraz tankuje – oznajmił na odchodne łamaną angielszczyzną.
Robert stanął w pół kroku ale zaraz ruszył dalej. „Coś się człowiekowi pomyliło, albo przekazanie chorwackiej myśli na język obcy przekroczyło jego możliwości. Nie ma mowy żeby Kaśka już wylądowała. Z Krakowa do Splitu jest lekko licząc tysiąc dwieście kilometrów, więc przy maksymalnych prędkościach CASA-y C-295M w okolicach czterysta pięćdziesiąt kilometrów na godzinne, zupełnie nierealne!” Jednak na wszelki wypadek skierował się do strefy skąd mógł spojrzeć na APRON. Jednostajną szarość, liczącej kilkaset metrów kwadratowych betonowej równiny ożywiały żółte linie. Pobieżnie omiótł wzrokiem okupującą lotniskowy parking powietrzną flotę. Równolegle do siebie znieruchomiały trzy maszyny. Na przedzie rzucały się w oczy, dwa duże boeingi tanich linii lotniczych, o charakterystycznie krzykliwym ubarwieniu. Zza pasażerskich kolosów wystawał kadłub mniejszej maszyny. Tak jak myślał, nie dostrzegł ani śladu doskonale mu znanej przysadzistej sylwetki CASA-y. Siekący szklaną elewację deszcz zamazywał nieco kształty utrudniając identyfikację, ale samolot którym latał tak wiele razy, był w stanie rozpoznać z kilometra.
Spojrzał baczniej na odrzutowiec obok którego stała cysterna z paliwem. Jego biały kadłub przecinała czerwona linia, a nad nią szereg liter tego samego koloru. Część napisu była przesłonięta, odczytał tylko OLAND, tyle jednak wystarczyło. Na twarzy Wernera wymalowało się osłupienie. Najpierw powoli, krok za krokiem niczym lunatyk ruszył ku wyjściu na płytę lotniska. Mijanym osobom nie poświęcał najmniejszej uwagi. Następnie nie bacząc na ulewę, ruszył biegiem ku obiektowi od którego nie mógł oderwać wzroku. Gdy wreszcie osiągnął drugiego z boeingów ukazał się przed nim w pełnej krasie pięćdziesięciu-metrowy stalowy korpus, o szerokich skrzydłach zwieńczonych przy kadłubie odrzutowymi turbinami. Trzeci silnik prężył się u góry łącząc grzbiet samolotu z jego ogonem.
Wymalowana wstęga na całej długości, na dziobie godło w postaci orła, statecznik opatrzony szachownicą, a tuż przed nią cyfra "sto dwa". Wszystko to w barwach biało - czerwonych. Teraz już bez przeszkód mógł odczytać frazę widniejącą nad szeregiem sączących ciepłe światło okien. REPUBLIC OF POLAND.
Burza jak by traciła swą moc, niebo nadal jednak raziło rzęsistym deszczem. Kolejne fale grubych kropel z szumem i bulgotem szturmowały żelbetonową nawierzchnię. Unosił się ostry, odurzający zaduch spalin i paliwa lotniczego
Werner był pewien swych zmysłów. Nie było najmniejszych wątpliwości miał przed sobą TU-154 oznaczony jako 102. Całkowicie natomiast nie rozumiał dlaczego widzi to co widzi
Interesował się flotą powietrzną na tyle, na ile wynikało to z jego zawodu. Zwyczajnie znał pewne fakty z przekazów medialnych, oraz informacji krążących w wojskowym drugim obiegu.
Pseudonim „Tutka”, egzemplarz o numerze bocznym 102, został wcielony do Polskich Sił Lotniczych mniej więcej w połowie lat 90-tych. Od wtedy zawsze służył jako transport najważniejszych osób w kraju. Kilka lat temu opinie publiczna obiegły informacje, jakoby ulegał ciągłym usterkom. Uniemożliwiając tym samym wypełnianie swej podstawowej funkcji – obsługę pasażera typu VIP. Na początku 2011 samolot pełnił rolę królika doświadczalnego, w związku dochodzeniem dotyczącym destrukcji bliźniaczej sto jedynki. Z końcem tego samego roku zdecydowano, że zostanie wycofany ze służby i sprzedany. Zaś w kolejnych miesiącach pojawiły się informacje o wstrzymaniu sprzedaży, do czasu zakończenia śledztwa prokuratorskiego. Tyle było w wiedzy Wernera. Przypuszczał, że skądinąd najszybszy samolot polskiej bandery, rdzewieje gdzieś w hangarze zapyziałego lotniska, czekając na ostateczny wyrok. Nie postawiłby nawet grosza sprzed denominacji, że za moment wejdzie na pokład tej maszyny.
Mężczyzna tkwił zastygły w bezruchu jak manekin, nieczuły na ulewną burzę targaną chłodnym morskim frontem. Dopiero przeciągły ryk, podchodzącego do lądowania samolotu przełamał jego osłupiałą stagnację. Ocknął się i ruszył w kierunku dalszej burty samolotu, w butach chlupotała mu woda. Przebiegł pod kadłubem, obok pary masywnych przednich kół. Długimi susami, po kilka stopni naraz pokonał samojezdne schody, prowadzące w przestrzeń otwartego luku.

Czy nie brzmi to zanadto sentymentalnie? Zmieniając perspektywę, nanosząc przy tym drobne korekty - jakby miętki zdał mi się bohater alfa opowieści. Powinienem dodać do tagów romans?
Nadal też nie jestem pewien imienia kobiecego. Może lepsza będzie sztampowa Julia, niż dla mnie sympatyczna i niszowa Sylwia? Tych Robertów w zasadzie też wszędzie obrodziło niczym Kim'ów w Koreach...

ODPOWIEDZ