UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Tytuł PROZY LIPCA
zdobyło ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee.

Serdecznie gratulujemy! :D

Na razie bez tytułu

KRYMINAŁ, HORROR, THRILLER, SENSACJA
Pomysły moich powieści kryminalnych znajduję zmywając. Jest to zajęcie tak głupie, że zawsze rodzi we mnie myśl o zabójstwie. ~ Agatha Christie

Czy warto kontynuować?

Tak
2
100%
Raczej tak
0
Brak głosów
Nie
0
Brak głosów
Napewno nie, bo nudne
0
Brak głosów
 
Liczba głosów: 2

Awatar użytkownika
Grafoman
Posty: 40
Rejestracja: 20 listopada 2014, 18:00

Na razie bez tytułu

Post autor: Grafoman » 02 lutego 2015, 20:02

Jak w ankiecie... Czy w ogóle warto?
Nie wiem, czy moge to tu zawalifikować, ale nie znajduję innego miejsca. To znaczy: chciałbym, żeby można byłoby to umieścić w tym dziale... Jak wyjdzie, nie wiem. To rozszerzona wersja mego odstresu (niedokończona, na wartsztacie), którego kawałek prezentowałem na Egopompowni. Proszę sygnalizować wszelkie znamiona gniotowatości,nudy itd, a w razie zupelnej niezdatności tekstu do czytania, proszę o szczere wyrażanie swoich myśli na ten temat.
To spontan...
Pozdrawiam,
Grafoman

Rozdział I
Spotkanie
Podróż koleją była jedną z niewielu rzeczy, które lubił. Ściślej rzecz ujmując, nie tyle pociągała go perspektywa długich godzin, spędzonych w przedziale, co możliwość spotkania ciekawych ludzi. Jako psychiatra interesował się osobowością, jako malarza-amatora zajmował go wygląd i sposób, w jaki poruszają się nowopoznane osoby. Lubił przyglądać się im w zupełnym milczeniu, czasami tylko zadając stereotypowe pytania współpasażera typu: „Gdzie pan/pani jedzie, do której stacji, albo: co dają w Warsie na obiad?” Teraz jednak nie wybrał się na dworzec dla przyjemności i nie miał żadnych nadziei na to, że spotka go coś ciekawego. Odkąd naczalstwo mianowało go głównym ordynatorem Oddziału Psychiatrycznego w Psimordkach miał mnóstwo pracy. Przede wszystkim, pracował nad sobą, starał się nadążyć za duchem postępu, a także nauczyć się nowych technik pracy i panowania nad personelem, który, wbrew zwyczajowi, był wyjątkowo łaskawy w stosunku do nowego zarządcy i nie stwarzał zbyt wielu kłopotów.
Niedawno otrzymał z „góry” rozkaz wyjazdu za granicę w celu doskonalenia zawodowego. Nigdy nie lubił nagłych zmian klimatu, a nade wszystko nie cierpiał wilgoci, toteż, gdy dowiedział się, że wysyłają go do Anglii, wściekł się na dobre. Profesor Harkos, naczelnik „góry” do spraw dyscyplinarnych i organizacyjnych, ze stoickim spokojem wysłuchał zażaleń młodszego kolegi i skwitował to krótko, po swojemu: „Albo pan jedzie do Anglii, albo zdegradujemy pana do stanowiska pielęgniarza. Co pan woli?” Wobec tak jednoznacznej groźby musiał ustąpić i oto stał na dworcu, oczekując na pociąg do Brukseli, skąd przesiąść się miał do zwykłego autobusu, dostać się nad Kanał La Manche i stamtąd ruszyć do Stanmore, gdzie, według planu, spotkać się miał z ordynatorem tamtejszego szpitala. Najdziwniejsze było to, że nie podano mu żadnych informacji o zakwaterowaniu, wyżywieniu, ani czasie, jaki miał tam spędzić. Najbardziej niepokoiło go to, że nic nie wie o miejscu, do którego jedzie, ani o tym, kto jest głównym ordynatorem szpitala. Z angielskim, całe szczęście, radził sobie nawet nieźle, i tylko to go pocieszało.
Pociąg wjechał na stację ze stuosiemdziesięciominutowym opóźnieniem, co jeszcze bardziej rozjuszyło i tak już niespokojne nerwy profesora Andrejewskiego. Do przedziału wsiadł więc zły i, ulokowawszy się przy oknie, wyjął z walizki podręcznik psychiatrii z zamiarem odgrodzenia się od całego świata za pomocą jego twardej, czarnej okładki. Czytanie zakłóciło mu pojawienie się współpasażera, który wpadł do wagonu dosłownie w ostatnim momencie. Profesor, wbrew zwyczajowi, nie spojrzał nawet na gościa.
- Dzień dobry panu. Zdaje się, że czeka nas wspólne siedemnaście godzin. – Przybysz uśmiechnął się zjadliwie i spytał po chwili: – Czyta pan „Podręcznik Psychiatrii profesora Browna”? Ciekawe, prawda?
- Tak, bardzo interesująca lektura. – Andrzejewski nie miał najmniejszej ochoty na wdawanie się w rozmowy o rzeczach, dotyczących jego pracy, ale nieznajomy typ nie dawał za wygraną:
- Jeśli można wiedzieć, dokąd pan zmierza?
- Do Anglii.
- Świetnie się składa, bo ja również. A gdzie dokładnie? Przypadkiem nie do Stanmore?
- Zgadł pan.
- To wyśmienicie! – w głosie nieznajomego zabrzmiała szczera radość.
Profesor Andrzejewski ukradkiem zerknął na przybysza i zadrżał na widok długiej laski, jaką zwykli nosić niewidomi. Sam nie wiedząc czemu zapytał:
- Przepraszam, czy mógłby mi pan powiedzieć, jakim cudem zgadł pan tytuł czytanej przeze mnie książki, skoro, jak widzę, jest pan… no…
- Niewidomy? – rozmówca uprzejmie przechylił głowę w stronę profesora. – To kwestia wprawy, poza tym, czuć od pana psychiatrią.
- Acha… - skonsternowany profesor nie znalazł innej, bardziej sensownej odpowiedzi.
- Jeśli można wiedzieć, jakie jest pańskie nazwisko? Przypadkiem nie Andrzejewski?
- Tak. A skąd pan to…?
- Och, to proste. Byłem kiedyś u pana w szpitalu. Był pan wtedy bodajże zastępcą profesora Nalewki w... Nie pamiętam w tej chwili nazwy miejscowości, proszę wybaczyć.
- W Psimordkach?
- O właśnie!
- Teraz, po tym, jak rok temu zamordowano profesora Nalewkę, to ja jestem ordynatorem. Słyszał pan o tym zabójstwie?
Nieruchome oczy nieznajomego nabrały niepokojącego blasku.
- Trudno o czymś nie słyszeć, jeśli się to koordynuje.
Profesor Andrzejewski zbladł i gdyby nie to, że pociąg pędził z prędkością 90 kilometrów na godzinę przez wąski nasyp o stromych, kamienistych zboczach, byłby niezawodnie wyskoczył przez okno.
- Milczy pan? Proszę się nie bać, skończyłem z tą robotą już dwa miesiące temu. Nerwy nie te, co kiedyś, poza tym... – były kryminalista przelotnym gestem wskazał na zmatowiałe, zielone oczy, których nieosłaniany żadne okulary przeciwsłoneczne.
Andrzejewski czuł, jak pocą mu się dłonie. Postanowił jednak kontynuować rozmowę i starać się skierować ją na nieco bardziej neutralne tory:
- Nie nosi pan okularów?
- Po co? Oczy wyglądają całkiem normalnie, mogę nawet poruszać nimi w razie potrzeby, tyle że nic nie widzę. Rozumiem, gdyby były pokryte bielmem, ale tak…
- A jak to się stało?
- Co? Zabójstwo?
- Nie… Jak stracił pan wzrok?
- To proste. Wystarczą dwa gramy dziesięcioprocentowego roztworu metanolu dziennie przez dwa tygodnie, a straci pan wzrok na amen bez zmętnienia rogówki.
- Dlaczego? – profesor nie mógł uwierzyć w to, co słyszy.
- Dlaczego? Otóż groziło mi dożywocie za przestępstwa, które organizowałem. Postanowiłem więc spowodować poważny uszczerbek na zdrowiu. Przynajmniej formalnie. Wybrałem symulowanie choroby psychicznej, bo, jak pan chyba wie, wariat za swoje czyny nie odpowiada. Jak na razie mi się udaje, wymaga to ode mnie tylko udawania leczenia i zbierania, a raczej kupowania, dokumentacji z historii choroby o moich wizytach u psychiatry. To tyle.
- Dlaczego w takim razie pozbawił się pan wzroku?
- Żeby uzyskać etykietkę osobowości skrajnie zaburzonej trzeba zrobić coś, co nie mieści się w głowach urzędnikom służby zdrowia. Świadome i dobrowolne zadawanie sobie cierpienia jest najprostszą drogą dostania się na obserwację do szpitala psychiatrycznego, a stamtąd blisko już do diagnozy o zaburzeniu osobowości, o tym, że jest się paranoikiem ze skłonnościami masochistycznymi i już. Wystarczy dostarczyć odpowiednie dokumenty do sądu i jest się oczyszczonym z zarzutów, bo dlaczego ktoś, kto przez dwa tygodnie wypalał sobie nerw wzrokowy, nie mógłby, pod wpływem szaleństwa, zabić paru osób?
Profesor Andrzejewski zamyślił się. Miał przed sobą człowieka, któremu nie był w stanie przyporządkować żadnego ze znanych sobie typów osobowości. Nie był też w stanie pojąć, dlaczego jego rozmówca poświęcił wzrok w zamian za coś tak ulotnego jak wolność i jaki był impuls, który skłonił go do tego czynu.
W przedziale zapanowała ponura cisza, urozmaicana tylko miarowym stukotem kół pociągu. Profesor odłożył wciąż trzymany w ręku podręcznik Browna na półeczkę, przymocowaną pod oknem, i odchyliwszy się do tyłu, oparł głowę o miękką gąbkę oparcia. Zachodzące słońce raz po raz oświetlało migotliwym blaskiem siedzącą w półmroku postać niewidomego eks-kryminalisty, który zdawał się spać. Patrząc na śpiącego współpasażera, Andrzejewski mimowolnie przymknął oczy. „Jest w nim coś niezwykłego…” pomyślał, czując, jak sen powoli podpełza mu pod powieki.


Być może cdn... :bag: :bag: :bag: :bag: :bag: :bag:
"Ja "beznadziejność nadchodzących dni" -
Witam odważnym i rycerskim : "phi" !!" ;)

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Narazie bez tytułu

Post autor: pierdoła saska » 03 lutego 2015, 09:59

Na wstępie, to wcięcia akapitu nie bolą :P a jakoś lepiej sie czyta, kiedy sa obecne także przy dialogach :)

Do strony stricte technicznej jakoś nie czuję potrzeby się odnosić. Było ok w moim odczuciu. Jeśli jednak chodzi o część merytoryczną, to kilka kwiatków mnie się do gardła rzuciło. Jak choćby to o degradowaniu ordynatora do poziomu pielegniarza. Ummm. Szpital to nie wojsko i pielęgniarz nie jest szeregowacem, a ordynator generałem, żeby drugiego degradować do poziomu pierwszego. Żeby byc pielęgniarzem kończy się inne studia, niż żeby być psychologiem i w ogóle... eeeee. Już pomijając stereotypowość w podejściu do pogody w tym fragmencie, to motyw z degradowaniem się kupy nie trzyma. Idąc dalej, to motyw z czekaniem na pociąg do Brukseli i dalej autokar, to ja nie wiem jak to wygląda w branży medycznej, ale generalnie w biznesie i podróżach są dwa czynniki, które się stara zoptymalizować: czas i koszty. Czyli chce się, żeby pracownik możliwie najmniej czasu spędził w podróży - bo jak siedzi w podróży, to nie ma go w pracy i żeby to nie kosztowało fortuny. Poniżej pewna rozkmina logistyczna na temat "dlaczego opcja przedstawiona nie ma wg mnie sensu" i ja rozumiem klimat i w ogóle, ale jak ktoś - bohater - na nia przystał, to nie wiem w jakim świecie on żyje i jakim cudem zaszedł dość jednak wysoko w karierze zawodowej. :|
► Pokaż Spoiler
Najdziwniejsze było to, że nie podano mu żadnych informacji o zakwaterowaniu, wyżywieniu, ani czasie, jaki miał tam spędzić.
i mimo tego pojechał...
Zdaje się, że czeka nas wspólne siedemnaście godzin.
jak w spoilerze, chyba z przesiadką :] ale już pomijając logistyke przejazdu, a zapewniam, że w samolotach tez potrafi być ciekawie i tym bardziej nie da się wyjść w połowie drogi xD, to hymmmm. Tekst ma klimat, a przynajmniej ma kolor, czytajac go widze jakieś takie szarości przetykane ciemna zielenią i czernią. Jest spokój, tylko brakuje mi przemyślenia - uzasadnienia, takich a nie innych wyborów poza "imperatywem fabularnym". Rozumiem, że to i owo tworzy klimat, ale jeśli nie trzyma się kupy, to samo sobie podkłąda, wg mnie, nogę :/ A ja jestem człek, co przy czytaniu odruchowo skupia się na pierdołach, a nie na ogóle i finalnie, doczytawszy do ostatniej kropki czuję się zaintrygowana osoba kryminalisty, tyym jak bez żadnych skurpułów opowiedział tyle o sobie i chciałabym wiedziec dlaczego to zrobił, bo jakoś, że ot tak, to eemmmm. Z drugiej strony mam bardzo mieszane uczucia co d o głównego bohatera, bo niby winien być człek zawodowo doświadczony, a jakos tak... dał się wrobić w kiepawy dojazd, a nie jest studentem, by pokornie kiwac głową i barac co dają, to że nie umiał przyporządkować żadnego ze znanych sobie typów osobowości do gościa przed sobą, to tez tak... w sensie nawet nie widac by próbował. Takie... Obrazek
Podsumowując, to chciałabym zobaczyć jak wybrniesz z tych niektórych rzeczy i dokąd to doprowadzi :)

PS i wg mojej wiedzy, to jednak "na razie" a nie "narazie" ;)
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Grafoman
Posty: 40
Rejestracja: 20 listopada 2014, 18:00

Re: Narazie bez tytułu

Post autor: Grafoman » 03 lutego 2015, 10:27

Dzieki. Czulem, ze bedzie cos na rzeczy w przejazdem. Googlowalem wczoraj i tak mi wyszlo, co prawda nie w PKP... z lotami masz racje, moze taneij byloby tego profesorka wyslac samolotem... Hmmm...
Co do jego spostzregawczosci, to ja widze go jako ciamajde, ktory daje sie we wszystko wrabiac. Tu z mojej strony blad opisu i przekazu... Sam fakt, ze pracuje w Psimordkach, nie wiem, czy to cos pokazuje, ale nazwa jest malo zachwycaja... :bag: Jezeli jeszcze jakas krytyka przyjdzie Ci do glowy, to jak najbardziej prosze o nieowijanie w bawelne. :)
Dzieki raz jeszcze,
Grafoman
PS Co zas sie tyczy tej degradacji, to mimo ze nie jest to struktura wojskowa, to zdaje mi sie, ze jednak jest cos na rzeczy. :)
"Ja "beznadziejność nadchodzących dni" -
Witam odważnym i rycerskim : "phi" !!" ;)

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Na razie bez tytułu

Post autor: pierdoła saska » 04 lutego 2015, 08:24

W kwestii degradacji, to pogrozić wymówieniem umowy - jakkolwiek takie rzeczy, to potem można próbowac po sadach ciagać na ten przykład - to jeszcze jak najbardziej. Gościu jest ordynatorem, można mu zagrozić, że ze stanowiska kierowniczego przejdzie na bardziej szeregowe, jako po prostu jeden z lekarzy takich, jakimi sam obecnie kieruje. Ale ta degradacja do pielęgniarza? To trochę tak jakbyś uznał, że zdegradujesz pilota samolotu do księgowego, albo vice versa. Mają oni różne wykształecenie. Obaj powinni nieźle znać matematykę, więc jak ten pielęgniarz i psychiatra będa mieć wspólny mianownik, ale czy zamienienie ich miejscami dobrze by się skończyło, to ja nie wiem.


A Psimordki brzmią mi normalnie xD Tworki też nie brzmią dumnie. Lubiąż jakąs tam dume w nazwie ma, ale tyż bez szału :P
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 480
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Na razie bez tytułu

Post autor: Krin » 05 lutego 2015, 14:51

Uhuhuhuhu... To strasznie trafić na kogoś, kto ma psychiatrę w najbliższym otoczeniu... Bardzo straszne. Może moja wiedza nie jest w tym temacie jakaś ogromna, ale myślę, że dla przeciętnego zjadacza chleba przyzwoita.

Po pierwsze komunikat do Marszy-> PSYCHIATRA I PSYCHOLOG TO NIE JEST TO SAMO. Podstawowa różnica jest taka, że psychiatra jest lekarzem i musi ukończyć medycynę. Konsekwencją jest m.in. możliwość wypisywania przez niego recept. Zdarza się psychiatrom nawet i ciąże prowadzić, jeśli mają akurat kogoś takiego na oddziale, a mają często. A psycholog to psycholog. Nie może przepisywać leków i jego pacjenci nie są chorzy psychicznie na ogół. Mogą być, jeśli pracuje na oddziale psychiatrycznym, ale nie muszą.

Grafomanie,

1. Marsza ma racje. Jak wspominałam psychiatra jest lekarzem i raczej nie da się go degradować do pielęgniarza, bo to są inne studia. Nie sądzę też, żeby jakakolwiek 'góra" mogła mu grozić. Słyszałam już, jak to dyrektor szpitala próbował grozić ordynatorowi zwolnieniem. Ordynator uprzejmie zasugerował mu, że łatwiej będzie zwolnić dyrektora niż jego, bo żeby być ordynatorem, to trzeba się na czymś znać. Słowa te okazały się prorocze, bo tydzień później dyrektor już w tym szpitalu nie pracował.

2. Profesorem to się nie zostaje od tak. Nie wiem wprawdzie czy profesor zwyczajny czy nadzwyczajny, ale to jednak poważny tytuł naukowy i ludzie go noszący raczej nie zajmują się pracą w zwykłym szpitalu w jakiejś dziurze. Gdyby faktycznie dawał sobą pomiatać, nie wiem, jak zostałby profesorem.

3. Psychiatrzy wypuszczeni na ulice na prawdę nie zajmują się od razu analizowaniem osobowości innych ludzi. Jestem skłonna twierdzić, że nawet w ogóle się tym nie zajmują. To nie ich działka.

4. Jakim cudem ktoś wysyła PROFESORA na szkolenie i to w takiej formie? lekarze w celu doszkalania się wyjeżdżają na konferencję. (Nierzadko w ciepłych krajach do 5-gwiazdkowych hoteli, ale też zupełnie normalne konferencje np. w Warszawie, Gdańsku, Łodzi i innych.) Na pewno nikt nie wysłał by go sobie do Anglii, żeby tam pracował. Psychiatrów brakuje. Ciągle słyszę, że nie ma komu pracować. Słyszałam o sytuacji, kiedy 17 lekarzy zwolniło się ze szpitala, bo miało dosyć dyrektora (powracamy tu do punktu drugiego) i od razu znalazło pracę.

5. Takim manewrem ów przestępca psychiatry, by nie oszukał. Nie wystarczy iść i pokrzyczeć. Psychiatrzy znają całe wzorce zachowań, na podstawie których potrafią rozróżnić poszczególne choroby. Mogą rozpoznać na podstawie zachowania czy masz schizofrenię czy raka mózgu (wiem, ze to nie choroba psychiczna, ale zachowanie czasem mylone). Słyszałam o sposobie, jak rozróżnić schizofrenika, każąc mu opisać rysunek. (Nie, nie podają odpowiedzi typu chciałbym to zjeść ani nic spotykanego w słabych horrorach.) Na dodatek psychiatrzy na co dzień spotykają się z ludźmi, którzy próbują symulować własnie z tego powodu, że popełnili przestępstwo albo nie radzą sobie/chcą nastraszyć krewnych. Myślę, że coś takiego by ich nie ruszyło. Zwłaszcza, że - o ile mi wiadomo - chorzy psychicznie nierzadko podają jakieś chore wytłumaczenie na to, co robią.

I pewnie gdybym miała jakiegoś psychiatrę przy sobie mógłby on tak jeszcze długo wymieniać. Nie wykluczam, ze popełniłam tu jakiś błąd, ale myślę, że dużo z prawda się nie minęłam.

A wniosek z tej bajki jest krótki i niektórym znany
Nie piszemy o czymś o czym pojęcia nie mamy


Życzę powodzenia następnym razem. ;) Risercz to jednak ważna rzecz.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Grafoman
Posty: 40
Rejestracja: 20 listopada 2014, 18:00

Re: Na razie bez tytułu

Post autor: Grafoman » 08 lutego 2015, 17:08

Dzieki wszystkim.
Wlasnie takiej krytyki potrzebowalem. Wylalyscie mi kubel zimnej wody na glowe i widze, ze to najprawdziwszy gniot, ktory nalezy spalic i zniszczyc, by nie zawstydzac swiata. :) Takie otrzezwienie z fazy pisarskiej dobrze robi. Widac, moj nick nie wiele z prawda sie mija... ;)
Dzieki i sorki, ze zajalem czas.. :)
Podro,
A tak ogolnie, to:
:grzybki: i :gulp: :D
"Ja "beznadziejność nadchodzących dni" -
Witam odważnym i rycerskim : "phi" !!" ;)

Awatar użytkownika
Aprics

Re: Na razie bez tytułu

Post autor: Aprics » 03 marca 2015, 15:39

Cieszy mnie bardzo, że niefortunny dopisek spod tematu zniknął. Mogę z czystym sumieniem siadać do czytania i komentowania.
Niedawno otrzymał z „góry” rozkaz wyjazdu za granicę w celu doskonalenia zawodowego.
Myślę, że rozkazy możemy z powodzeniem zostawić dla służb mundurowych.
Zwykli szarzy obywatele mogą otrzymać co najwyżej "polecenie służbowe".
Albo pan jedzie do Anglii, albo zdegradujemy pana do stanowiska pielęgniarza. Co pan woli?
Kwestia była komentowana już dostatecznie szeroko, jeśli chodzi o możliwość zdegradowania na stanowisko pielęgniarza - a w zasadzie o brak takiej możliwości.
To ja w takim razie w tym miejscu będę proponować inne rozwiązania, które mogą być dla niesubordynowanych pracowników równie motywujące. Po pierwsze, jeśli przyjmiemy, że faktycznie odesłanie naszego bohatera nastąpiło w trybie polecenia służbowego, to za niestosowanie się do poleceń pracodawcy grozi zwolnienie dyscyplinarne. Oczywiście, może i to nie przystaje do tej sytuacji, ale chyba ma pełnić rolę takiego "bata" nad ludźmi, którzy swojemu pracodawcy powiedzą "nie bo nie", a przecież - mimo wszystko - do poleceń powinni się stosować.
Przyjmując jednak, że jest to rozwiązanie dosyć ekstremalne, to zawsze można grozić pracownikowi jeszcze innymi rzeczami. Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Obcięcie premii, czy czegokolwiek, też może być dosyć dobrym środkiem motywacyjnym.
I jeszcze jedna opcja, która najbardziej się zbliża do tego, co chciałeś zrobić. Pracownika jak najbardziej można przenieść na niższe stanowisko - i przez niższe mam na myśli zarówno mniej prestiżowe jak i gorzej płatne. No bo umówmy się, taki ordynator - pomijam kwestie małomiasteczkowości - to jednak splendor i uznanie i pensja, która pozwala kupić bułkę, a nawet bułkę z szynką. I takiego ordynatora można łatwo splendoru pozbawić, przenosząc go na inne stanowisko, oczywiście pod warunkiem, że będzie ono odpowiadało jego kwalifikacjom zawodowym (a już ustaliliśmy, że stanowisko pielęgniarza w tym miejscu nie pasuje).
Możliwości jest naprawdę wiele i wcale nie trzeba aż tak wiele zmieniać.
Natomiast jeśli chodzi o dobór słownictwa, to znowu jakoś tak po wojskowemu wyszło.
To kwestia wprawy, poza tym, czuć od pana psychiatrią.
:D
(nie żeby do poprawy, jakoś tak mnie to rozbawiło)
SpoilerShow
Mało istotne drobiazgi
Otóż groziło mi dożywocie za przestępstwa, które organizowałem.
Uczulam tylko, że dożywocie i kara dożywotniego pozbawienia wolności, to nie jest to samo.
Użycie w języku potocznym, wydaje mi się, ciągle jeszcze uzasadnione, niestety. Ale nie zmienia to faktu, że błędne.
Wystarczy dostarczyć odpowiednie dokumenty do sądu i jest się oczyszczonym z zarzutów, bo dlaczego ktoś, kto przez dwa tygodnie wypalał sobie nerw wzrokowy, nie mógłby, pod wpływem szaleństwa, zabić paru osób?
I znowu dla ścisłości, niepoczytalnych się nie uniewinnia (bo tak rozumiem oczyszczenie z zarzutów), a postępowanie przeciwko nim się umarza. Różnica niby subtelna, a jednak spora - zwłaszcza w odniesieniu do społecznej oceny takiego wyroku.
- Krótka refleksja własna -
Bardzo fajnie stwierdzenie, że taki psychiatra nie dałby się oszukać, bo nie wystarczy przyjść i trochę pokrzyczeć. I ja się całkowicie z tym zgadzam.
Nie jest dla mnie - natomiast - do końca jasna granica pomiędzy symulowaniem choroby psychicznej w celu uniknięcia organów ścigania, a pomiędzy faktycznymi zaburzeniami. Ja oczywiście lekarzem psychiatrą nie jestem, ale tak na mój tzw. chłopski rozum, jeśli ktoś celowo się okalecza tylko po to, żeby uniknąć sprawiedliwości, to chyba jednak jakieś tam "problemy ze sobą" ma.
Wahałabym się bardzo mocno, czy słowo "normalny" w jakikolwiek sposób do takiej osoby przystaje.

* * *
widze, ze to najprawdziwszy gniot, ktory nalezy spalic i zniszczyc, by nie zawstydzac swiata.
To stwierdzenie jest daleko idącą przesadą. Przede wszystkim dlatego, że sposób prowadzenia narracji jest co najmniej przyzwoity. Czyta się to - powiedzmy - nieźle, całkiem gładko (oczywiście jakieśtam technikala zawsze się wkradną, ale nie jest to bardzo rażące).
Zdecydowanie bym tego nie paliła tylko: a) przemyślała parę kwestii (przecież równie dobrze można naszego profesora wysłać na konferencję, tak jak pisze Krin, można go wsadzić w samolot - motyw drogi będzie, poboczne kwestie zostaną doprowadzone do porządku, a wątek główny pozostanie niezmieniony) b) zrobiła odpowiedni risercz w tym zakresie c) usiadła z powrotem do klawiatury.

Jeśli wersja 2.0 miałaby się kiedykolwiek pojawić - a mam nadzieję, że tak będzie (bez pracy nie ma kołaczy, jak to powiadają) - to ja bardzo chętnie wrócę i przeczytam.

Z pozdrowieniami! :)

ODPOWIEDZ