UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Tytuł PROZY LIPCA
zdobyło ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee.

Serdecznie gratulujemy! :D

Ostatni przystanek [zakończone] [grudniowa Chałwa]

KRYMINAŁ, HORROR, THRILLER, SENSACJA
Pomysły moich powieści kryminalnych znajduję zmywając. Jest to zajęcie tak głupie, że zawsze rodzi we mnie myśl o zabójstwie. ~ Agatha Christie
Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 134
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Ostatni przystanek [zakończone] [grudniowa Chałwa]

Post autor: nuklearna_wiosna » 04 lutego 2014, 00:50

Mój pierwszy tekst tu, więc stres. Nie był prezentowany do tej pory szerszej publiczności, więc tym bardziej stres. (Wcześniej widziały dwie osoby. Zapewniam, że jeszcze żyją, więc chyba można bezpiecznie czytać xD).

Teoretycznie jest to horror, aczkolwiek zdaję sobie sprawę, że straszyć, to ja mogę najwyżej twarzą, więc niech będzie opowieść z dreszczykiem z elementami kryminału :)

Część 1 z 4



Ostatni przystanek
To już ostatni na dziś tramwaj na tej trasie. Jeszcze tylko chwila i będzie można wreszcie pójść do domu, odpocząć po ciężkim dniu.
Robert ulotnił się już wcześniej. Zawsze zrywał się z roboty kiedy chciał, nic nikomu nie mówiąc. Z jednej strony takie zachowanie irytowało, z drugiej jednak, nawet, kiedy Robert był, to nie przykładał się szczególnie do pracy, nie robiła zatem różnicy jego obecność bądź nieobecność. Natomiast Marcin, na początku wagonu, jak zwykle radził sobie doskonale. Julian był zdania, że aby czerpać aż taką satysfakcję z bycia kontrolerem biletów w tramwaju, trzeba chyba mieć od urodzenia spaczony charakter.
Osobiście szczerze nie znosił tego zajęcia i zamierzał rzucić je, kiedy tylko pojawi się taka możliwość. Życie poukładało się nie do końca tak, jakby sobie tego życzył i w tej chwili potrzebował jakiegokolwiek zatrudnienia. Niechętnie wykonywał zatem swoje obowiązki, jednocześnie rozglądając się za inną pracą. Wiedział, że stąd i tak go w końcu wywalą. Nie olewał roboty aż tak jak Robert, mimo to jednak zdecydowanie za często odpuszczał. Próbował tłumaczyć sobie, że nie robi przecież nic złego. Pasażerowie powinni skasować bilet, w przeciwnym wypadku muszą ponieść konsekwencje. To uczciwe. Takie rozumowanie jednak również nie pomagało i Julian zmuszony był przyznać, że wykonując ten zawód mija się z powołaniem na całej linii. Dlatego też z prawdziwą ulgą witał koniec każdego dnia pracy.
Także i teraz myślami był już w domu. Marcin na szczęście skontrolował tych kilka zmęczonych, nijakich osób, którym przyszło podróżować dziś ostatnim tramwajem. Została tylko jedna dziewczyna na końcu wagonu, więc Julian skierował się w jej stronę.
Przysypiała z głową opartą o szybę i zdecydowanie nie sprawiała wrażenia trzeźwej.
- Dobry wieczór – powiedział.
Naprawdę chciał, żeby jego głos zabrzmiał pewnie i dziarsko, jednak to, co z siebie wykrztusił przypominało raczej ochrypły jęk. Z podwójną mocą uświadomił sobie jak bardzo jest zmęczony i jak bardzo nienawidzi tej pracy.
Dziewczyna najwyraźniej nie spała tak mocno, jak mu się z początku wydawało. Otworzyła oczy i spojrzała na niego bezmyślnie. Miała niezdrowo bladą cerę i ciemny, rozmazany makijaż. Sinawy odcień cienkich warg także mógł być efektem użycia kosmetyków, ale równie dobrze mógł nim nie być. Wizerunku dopełniały kolczyki w wardze, w nosie oraz w brwi, a spod obszernego kaptura czarnej bluzy wystawały krótkie kosmyki brązowych włosów. Na pierwszy rzut oka wyglądała jak małoletnia fanka mocnej muzyki i swobodnych obyczajów, jednak po chwili dało się zauważyć, że ma więcej, niż kilkanaście lat.
- Poproszę bilet do kontroli – wyrecytował Julian niechętnie.
- Coo...? - wymamrotała dziewczyna.
Postukał palcem w swój identyfikator. Był zły, że na koniec dnia trafiła mu się taka delikwentka. W dodatku Marcin, zwykle chętny do pomocy przy użeraniu się z opornymi pasażerami, tym razem siedział bezczynnie wciąż na początku wagonu i wyglądał przez okno.
- Kontrola biletów – powtórzył zatem Julian z rozdrażnieniem, choć raczej cicho, bo nie lubił robić scen. - Czy ma pani ważny bilet uprawniający do przejazdu?
Jeszcze przez chwilę gapiła się na niego spojrzeniem wyzutym całkowicie z inteligencji, za to jednoznacznie wskazującym na nadużycie substancji odurzających, po czym nagle uśmiechnęła się szeroko, ukazując drobne, zadziwiająco białe zęby.
- Mam! - zakomunikowała radośnie.
- W takim razie proszę mi go pokazać – polecił, zastanawiając się, co będzie usiłowała mu wcisnąć.
Chwilowe ożywienie w jej wzroku zgasło momentalnie i znów wpatrywała się w niego, jakby mówił w jakimś nieznanym języku.
Westchnął w duchu.
- Proszę pokazać swój bilet – powtórzył cierpliwie. - Inaczej będę zmuszony wypisać mandat.
- A, bilet! - wykrzyknęła, jakby dopiero teraz dotarło do niej, o czym mowa. - Trzeba było tak od razu!
Nie odpowiedział, patrzył tylko jak przetrząsa kieszenie bluzy. Miała drobne, nerwowe dłonie o krótkich paznokciach nie pomalowanych, o dziwo, na czarno - zgodnie z gotyckim wizerunkiem, ani na żaden inny kolor.
- O, jest! - ucieszyła się i wyciągnęła w jego stronę lekko zgnieciony świstek.
Spodziewał się zobaczyć paragon ze sklepu, albo papierek od gumy do żucia, tym większe było jego zdziwienie, gdy dotarło do niego, że trzyma w ręku ważny bilet. Zdumiało go, że w tym stanie zachowała na tyle przytomności umysłu, by go skasować. I że w ogóle trafiła w szczelinę kasownika.
- Yyy... dziękuję – wyjąkał tylko, bo nic innego nie przyszło mu do głowy.
Nagle usłyszał głos Marcina.
- Co się tak gapisz na to siedzenie? - zawołał kolega, stojąc już przy drzwiach. - Nasrał tam kto?
Julian skrzywił się z niesmakiem. Może i dziewczyna nie wyglądała szczególnie korzystnie, ale to jeszcze nie powód, by ją tak obrażać i to głośno, przy pozostałych pasażerach.
- Rusz się! - kontynuował Marcin. - Zabieramy się stąd!
Julian, niewiele myśląc, wyskoczył za kolegą z wagonu. Znaleźli się na wąskiej, cichej i pustej już o tej porze ulicy, oświetlonej niezbyt gęsto umieszczonymi latarniami, z których połowa i tak nie działała. Stukot odjeżdżającego tramwaju wydawał się dziwnie nie na miejscu w tej wypranej z naturalnych kolorów, odrealnionej scenerii. Zasłuchany w ten dźwięk Julian nie zauważył nawet, że wciąż ściska w dłoni bilet, który podała mu dziewczyna. W końcu ocknął się z chwilowego zamyślenia, odnotował ten fakt i zaklął cicho.
- Co jest? - zapytał bez większego zaciekawienia Marcin, dosłyszawszy przekleństwo.
- Nic takiego – mruknął Julian. - Kurde, nie oddałem jej biletu. Nie będzie już chyba żadnej kontroli na tej trasie?
- Co? - wymamrotał odruchowo Marcin, chwilę później jednak dotarło do niego, co usłyszał. - Nie, chyba nie będzie. Ale że co? Komu nie oddałeś biletu?
- No tej dziewczynie z tramwaju.
- Jakiej... Co?! Podpieprzyłeś bilet pasażerce?! Dobre! - zarechotał głupkowato.
- Przecież nie zrobiłem tego specjalnie – burknął Julian z rozdrażnieniem, ale Marcin nie słuchał, chichotał dalej.
Pracowali razem wystarczająco długo, by Julian zdążył przyzwyczaić się do niewyszukanego poczucia humoru kolegi, nie reagował zatem.
- Dobra – westchną w końcu. - Ja idę. Do jutra.
Nie zamierzał sterczeć tu, dopóki ten głupek nie przestanie łaskawie kwiczeć ze śmiechu. Odwrócił się i - nie czekając na odpowiedź - ruszył opustoszałą ulicą w stronę tonącego w mroku małego parku, którym zamierzał przejść na skróty do domu.
Wiedział, że Marcin nie przejmie się tym chłodnym pożegnaniem. Nigdy nie byli przyjaciółmi i nie zanosiło się na to, by mieli nimi kiedykolwiek zostać.
Julian przerwał niezbyt pozytywnie nastrajające rozmyślania na temat swoich relacji z kolegą po fachu. Nagle zorientował się, że wciąż trzyma w ręku nieszczęsny bilet zabrany pannie z tramwaju. Rozejrzał się za koszem na śmieci, żadnego jednak nie dostrzegł. Zdawał sobie sprawę, że tej okolicy niewiele mogło zaszkodzić a już na pewno nie jeden mały papierek, jednak z jakiegoś powodu nie wyrzucił go, tylko wsunął do kieszeni spodni.
Wsunął i natychmiast wyjął z powrotem.
To, co dostrzegł kątem oka, gdy chował sfatygowany świstek wzbudziło w nim cień niepokoju a przy dokładniejszych oględzinach mógł z całą pewnością stwierdzić, że coś tu było ewidentnie nie tak.
W porządku, przyznawał sam przed sobą, że kiedy sprawdzał bilet ostatniej pasażerce odczuwał zmęczenie, rozdrażnienie i ogólne zniechęcenie. Ale czy mógł się aż tak pomylić?! Spodziewał się przecież, że naćpana dziewczyna świadomie, bądź nieświadomie, może próbować go oszukać i ze szczególną uwagą spojrzał na kawałek papieru, który mu wręczyła. Mógłby przysiąc, że był to skasowany bilet tramwajowy. Wziął go wtedy do ręki i trzymał do tej pory, więc jakim cudem teraz spoglądał na zwykły skrawek białej kartki, umazany z jednej strony czymś ciemnym, co po chwili, ku swemu przerażeniu, zidentyfikował jako krew?!
Nie zauważył, by dziewczyna była ranna. Dłonie z całą pewnością miała czyste. Wiedział, bo przyglądał się im przez chwilę, kiedy szperała w kieszeniach bluzy. Dla pewności zerknął jeszcze na swoje ręce ale, tak jak się spodziewał, nie odkrył na nich żadnej rany ani zadrapania, mogącego zostawić ten ślad.
Obejrzał plamę w świetle latarni i poczuł się jeszcze bardziej nieswojo, gdy rozpoznał w niej wyraźny odcisk palca.
Jestem bardziej zmęczony, niż sądziłem, pomyślał. Dałem sobie wcisnąć kartkę upaćkaną prawdopodobnie krwią jakiejś narkomanki!
W nagłym odruchu obrzydzenia zamierzał ją wyrzucić, jednak w ostatniej chwili zmienił zdanie i szybko włożył papierek z powrotem do kieszeni. Czuł się, jakby robił coś złego. Gdzieś na obrzeżach świadomości kołatała mu absurdalna myśl, że dziewczyna, którą wziął po prostu za nieszkodliwą ćpunkę, zmyślnie sobie z niego zakpiła, by zobaczyć jego reakcję. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że nawet teraz jest gdzieś w pobliżu, że obserwuje go, stojąc poza zasięgiem blasku latarni.
Próbował odegnać te myśli. Tłumaczył sobie, że to niemożliwe. Gdy wysiadał z tramwaju ona właśnie ponownie zapadała w sen. Nie wyglądała na kogoś, komu chciałoby się śledzić obcych ludzi w środku nocy. Nawet zakładając, że jednak wysiadła już na następnym przystanku, potrzebowałaby sporo czasu, by go dogonić.
Nie, tej dziewczyny nie mogło tu być a brudna kartka nie była nigdy niczym innym, jak tylko brudną kartką i wyłącznie jego rozkojarzenie sprawiło, że wziął ją za bilet. Postanowił jak najszybciej zapomnieć o całym incydencie. Miał nadzieję, że nigdy już nie spotka tej dziwnej pasażerki.
Jego nadzieja legła w gruzach kilka dni później.

* * *
Obudził go chłód. W pierwszej chwili nie miał pojęcia, gdzie się znajduje i dlaczego jest mu tak zimno i niewygodnie. Odruchowo dopiął kurtkę, roztarł zziębnięte dłonie i dopiero wtedy się rozejrzał. Ciemność dookoła rozpraszał jedynie sinoniebieski blask, którego źródła Julian nie był w stanie zlokalizować. Wydawało mu się, że to jakiś neon na zewnątrz, jednak ze swojego miejsca nie mógł go zobaczyć.
Wiedział już gdzie jest. Rozbudził się też na tyle, by uświadomić sobie, dlaczego się tu znalazł. Nie przebierając w słowach wymamrotał pod nosem, co sądzi o Marcinie, motorniczym, o pasażerach i w końcu o sobie samym, bo ostatecznie przecież należało się powstrzymać i nie zasypiać w tramwaju! Nie mógł uwierzyć, że nikt go nie obudził. Ani Marcin, gdy wysiadał, ani żaden z podróżnych. A to, że kierowca, odstawiając pojazd na tor postojowy, w ogóle go nie zauważył, że ktoś śpi w wagonie było wręcz niepojęte!
- No i pięknie, jasna cholera! - warknął półgłosem na zakończenie tyrady. - Pięknie, zajebiście!
Wyjął z kieszeni telefon i nawet się nie zdziwił widząc, że bateria jest rozładowana. Jak pech, to pech! Perspektywa spędzenia tu całej nocy nie należała do szczególnie zachęcających, ale innego wyjścia w tej chwili nie widział. Spojrzał przez okno, rozglądając się się za ochroniarzami. Pomyślał, że jeśli porządnie załomocze w szybę, może uda mu się przyciągnąć ich uwagę. Wypatrzenie czegokolwiek na zewnątrz okazało się jednak niewykonalne. Panowała tam ciemność, jakiej próżno szukać w mieście, nawet w nocy. Przeszedł go dreszcz, niemający nic wspólnego z panującą w wagonie skądinąd nie najwyższą temperaturą.
Przecież zajezdnia przez całą noc była rzęsiście oświetlona, podczas gdy tutaj mrok rozpraszało jedynie sinoniebieskie światło. Wcześniej, zanim się do końca rozbudził, wziął je za odblask neonu, jednak całkowita czerń za oknem wyraźnie świadczyła o tym, że żadnych neonów w pobliżu nie było. Gdyby były, musiałyby przecież oświetlać całą okolicę. Nie, to świeciło coś wewnątrz wagonu, ale nie dostrzegł, co właściwie mogłoby to być. Wszystkie świetlówki były wyłączone a blask zdawał się istnieć sam z siebie, bez żadnego źródła, jakkolwiek absurdalnie by to nie brzmiało.
Może to światło z jakiegoś zapasowego generatora? Może wyłączyli prąd, dlatego cała zajezdnia pogrążyła się w ciemności?
Myśl, że wcale nie znajduje się w zajezdni była zbyt niepokojąca, by wprost dopuścić ją do świadomości, dlatego Julian desperacko szukał jakiegoś oczywistego wytłumaczenia, jednak ta sytuacja wyraźnie przerastała racjonalizatorskie zdolności jego, zwykle przecież zdyscyplinowanego, umysłu.
Pamiętam, że jechałem ostatnim tramwajem, myślał rozpaczliwie. Usiadłem, czekając na kolejnych pasażerów i przysnąłem. Gdzie indziej jak nie w zajezdni miałbym w takim razie być?!
Nagłe, gwałtowne wrażenie czyjejś obecności niemal zwaliło go z nóg. Sam nie był pewien, czy usłyszał oddech, czy może ledwie uchwytny szelest odzieży. Może kątem oka zauważył minimalne poruszenie, a może nie miała miejsca żadna z tych rzeczy. Może po prostu poczuł w pewnym momencie, że nie jest sam w wagonie.
- O żesz kur... O ja pier...!
Wyglądało na to, że było z nim gorzej, niż przypuszczał, skoro nie był w stanie nawet zakląć.
- Cały czas tu byłaś?! - wykrztusił roztrzęsiony, gdy wreszcie dostrzegł dziewczynę.
Gardło miał tak ściśnięte, że ledwo artykułował, a trzepoczące serce uparcie nie chciało się uspokoić, zdecydowane chyba rozsadzić mu klatkę piersiową. Opadł na siedzenie, z trudem powstrzymując mdłości.
Rozpoznał ją mimo półmroku. Przez akcję z fałszywym biletem doskonale wryła mu się w pamięć. W dodatku była ubrana identycznie jak wtedy, tylko tym razem głębiej naciągnęła kaptur. Nie widział jej twarzy, ale wiedział przecież, że to ona. Znów zdawała się przysypiać na ostatnim siedzeniu, dokładnie tak, jak przedtem.
Tylko jak mógł jej wcześniej nie zauważyć?!
- Cały czas tu byłaś? - powtórzył i z zadowoleniem stwierdził, że głos ma już mniej piskliwy, niż przed chwilą.
Pytanie nie należało do najmądrzejszych, no bo niby jak mogło jej tu wcześniej nie być? Zauważyłby przecież, gdyby weszła przed momentem. Musiała drzemać spokojnie przez cały czas a on zwyczajnie nie zwrócił uwagi, zajęty próbą zrozumienia sytuacji, w której się znalazł.
Spała najwyraźniej dość mocno, bo nawet nie drgnęła.
- Ale się przestraszyłem – mruknął już bardziej do siebie, niż do niej.
Odpowiedział mu upiorny chichot, jeżący włoski na karku, choć dziewczyna nadal wyglądała na pogrążoną we śnie.
- Nie wiem, co cię tak bawi – warknął.
Zajął miejsce na wprost środkowych drzwi. Siedział teraz tyłem do dziewczyny i wpatrywał się w okno, usiłując dostrzec cokolwiek, jednak ciemność była nieprzenikniona.
- Jesteśmy tu zamknięci i do rana się nie wydostaniemy! - uświadomił ją cierpko.
- Nie – powiedziała stanowczo.
Głos dochodził zdecydowanie ze zbyt bliska...
Drgnął zaskoczony i odwrócił się gwałtownie. Siedziała tuż za nim, choć jeszcze chwilę temu dzieliło ich pół wagonu. Co dziwne, dalej wyglądała, jakby spała. Mimo że była tak blisko, nie mógł dostrzec jej twarzy, bowiem głowę miała opuszczoną i wciąż nakrytą kapturem.
- Co: nie? - zapytał poirytowany.
- Nie wydostaniesz się stąd rano.
Głos niewątpliwie dobiegał spod kaptura, sama dziewczyna jednak nie poruszyła się nawet nieznacznie. Wyglądało to tak, jakby ktoś usadowił na siedzeniu kukłę z wmontowanym głośnikiem.
- Owszem – przekonywał coraz bardziej roztrzęsiony – wydostanę się!
Znów zachichotała i wreszcie spojrzała na niego. Atmosfera tego miejsca najwyraźniej rozstrajała go coraz bardziej, bowiem na widok jej zbyt mocno umalowanej, ale w gruncie rzeczy całkiem zwyczajnej twarzy odczuł ulgę tak niebotyczną, że zdumiało to nawet jego samego. Jakby podświadomie spodziewał, że spod kaptura spojrzy na niego... no właśnie, co?
Nagle poczuł się strasznie wyczerpany. Dziewczyna wpatrywała się w niego nieruchomo a jedno spojrzenie w jej oczy pozwoliło Julianowi stwierdzić, że znowu była pod wpływem narkotyków. Nie poprawiło mu to nastroju, ale przynajmniej tłumaczyło bzdury, które opowiadała i ten upiorny śmiech.
- Zabierzesz mnie stąd? - zapytała nieoczekiwanie.
- Jakbyś nie zauważyła, to chwilowo nie mam takiej możliwości – burknął.
- Jeśli stąd wyjdziesz – uściśliła, wciąż wlepiając w niego spojrzenie bez wyrazu. - To weźmiesz mnie ze sobą?
- Gdzie, do cholery, mam cię wziąć?! I jakie znowu „jeśli”, co?! Oczywiście, że wyjdę i nigdzie cię nie wezmę! Pójdę sobie w swoją stronę, a ty pójdziesz w swoją, jasne?!
- No to nie – powiedziała spokojnie. - To nie wyjdziesz. Nie wyjdziesz stąd nigdy.
- Daj mi spokój, naćpana wariatko! - wrzasnął całkowicie już wyprowadzony z równowagi.
- Stąd nie ma wyjścia – oznajmiła z niezachwianą pewnością.
- Zamkniesz się wreszcie?! - jęknął i ukrył twarz w dłoniach
Ku jego zdumieniu faktycznie zamilkła. Pochyliła głowę tak, że znów nie było widać jej twarzy, oparła się o szybę i siedziała bez ruchu dłuższą chwilę. Julian odetchnął spokojniej sądząc, że zasnęła, jednak jego ulga okazała się przedwczesna. Gdy pogrążył się we własnych myślach i niemal zapomniał o jej obecności, odezwała się nienaturalnym, drewnianym głosem.
- Jestem taka samotna.
Odwrócił się w jej stronę, jednak nie odpowiedział. Może i było mu jej trochę szkoda, ale nie miał ochoty na spoufalanie się. Kto w dzisiejszym chorym świecie nie czuje się czasem odrobinę samotny, pytał w myślach sam siebie, zdecydowany ignorować jej zwierzenia.
- Jestem taka samotna – rzekła ponownie monotonnym głosem, wyraźnie niezrażona brakiem reakcji. - Jestem taka samotna. Jetem taka samotna. Jestem...
Powtarzała się, jak zacięta płyta.
- Daj spokój – mrukną wreszcie Julian bardziej z irytacją, niż ze współczuciem.
- Nie mam nikogo. Nie mam gdzie pójść – wyrecytowała wciąż dziwnie beznamiętnie.
Gwałtownym szarpnięciem uniosła głowę, kurczowo zacisnęła palce na oparciu zajmowanego przez Juliana siedzenia i utkwiła w nim najbardziej dzikie i nieludzkie spojrzenie, jakie kiedykolwiek widział. Mimo, że jej twarz pozostała bez wyrazu, wzrok wskazywał, że mentalnie przebywała teraz gdzieś bardzo daleko.
- Zabierz mnie ze sobą – powiedziała martwym głosem, który kontrastował z szaleństwem w oczach.
To wariatka, pomyślał czując, jak ogarnia go strach. Nie ten abstrakcyjny niepokój, który dręczył go, odkąd obudził się w ciemności. Tym razem był to racjonalny, namacalny lęk o własne bezpieczeństwo. Nie spotkał nigdy osoby obłąkanej i nie miał pojęcia, czego może się spodziewać.
„ Nie wyjdziesz stąd nigdy”, powiedziała. Wzdrygnął się na to wspomnienie, jednak zaraz spróbował się uspokoić. To przecież tylko drobna dziewczyna, co mogłaby mu zrobić...
Jednak nie wyglądała, jakby chciała go zaatakować. Przeciwnie, uśmiechnęła się szeroko, aczkolwiek jej twarz nie stała się przez to mniej przerażająca.
- Myślę, – powiedziała wolno - że bylibyśmy dobrymi przyjaciółmi.
- Tak – odburknął dla świętego spokoju.
Prowokowanie wariatki, przebywając z nią w zamkniętym pomieszczeniu nie wydało mu się najlepszą opcją.
- Tak – powtórzył ze ściśniętym gardłem. - Bardzo możliwe.
- Więc zgadzasz się? - zapytała wpatrując się w niego uważnie a szaleństwo w jej oczach ani myślało znikać.
- Z... Zgadzam? - zająknął się. - Na co?
- Zgadzasz się zostać moim przyjacielem?
Ona jest obłąkana i naćpana, pomyślał. Nieobliczalna. Jutro niczego nie będzie pamiętała.
- Przyjacielem. – Odchrząknął. - Tak. W porządku. Niech ci będzie.
- Dobrze – uśmiechnęła się, tym razem nawet sympatycznie, a obłęd zniknął z jej wzroku tak nagle, że Julian nie wiedział już, czy kiedykolwiek naprawdę tam był. - Od teraz będziemy już razem.
Jej ton nie był już przerażająco monotonny. Przeciwnie, mówiła konkretnie i rzeczowo. Wniosek był zatem prosty – dał się nabrać. Dał się podejść jak dzieciak! Wystraszył się zwykłej modulacji głosu i spojrzenia, które można łatwo wytrenować, a przy śladowym talencie aktorskim, nawet wyemanować spontanicznie. Zakładając oczywiście, że bezdenna otchłań szaleństwa w jej wzroku nie była jedynie wytworem jego wyobraźni, rozbudzonej niecodziennym położeniem.
Tak, czy inaczej, właśnie złożył obietnicę przyjaźni podejrzanej ćpunce, wiążącej z nim jakieś plany, najwyraźniej stojące w opozycji do jego własnych. Miał nadzieję, że zachowanie dziewczyny to tylko skutek zażycia narkotyków, wygłupy, które nawet jej samej przestaną wydawać się zabawne kiedy wytrzeźwieje.
A jeśli nie?
- Jakie znowu razem? - zaoponował słabo, całkowicie już skołowany. - Słuchaj, ja...
Nie dane mu było dokończyć. Drzwi wagonu otworzyły się z trzaskiem, a pomarańczowy blask latarni, który bez ostrzeżenia wlał się do środka wszystkimi oknami oślepił go na chwilę.
Wyglądało na to, że awarię opanowano. Julian stał jeszcze przez moment lekko oszołomiony, po czym ruszył do wyjścia. Obawiał się, że jego przymusowa towarzyszka zechce podążyć za nim, więc poszukał jej wzrokiem, zdecydowany ostro zareagować, gdyby zamierzała się do niego przyczepić, jednak nie zauważył jej w pobliżu. Zdziwiło go to, ponieważ nie widział, żeby wysiadała. Wyskoczył pospiesznie z wagonu, by rozejrzeć się po okolicy. Zapytany, dlaczego szuka dziewczyny, z którą nie chce mieć nic wspólnego zapewne nie umiałby odpowiedzieć. Prawdopodobnie miało to coś wspólnego z potrzebą przekonania samego siebie, że ludzie nie rozpływają się w powietrzu ot tak, po prostu. Omiótł wzrokiem teren, nawet obszedł dookoła zaparkowany tramwaj, jednak na próżno.
Dziewczyny nigdzie nie było.
* * *
Następnego dnia postanowił pójść w ślady Roberta i urwać się z pracy wcześniej. Wiedział, że Marcin nie będzie miał nic przeciwko temu, a nawet gdyby, Julianowi nie zrobiłoby to większej różnicy.
Miał dość. Myśl, że wszyscy dookoła stroją sobie z niego głupie żarty powracała uporczywie, przybierając powoli bez mała charakter paranoi.
Ochroniarze z nocnej zmiany kategorycznie zaprzeczyli, jakoby w czasie podanym przez Juliana wystąpiła jakakolwiek awaria i gotowi byli przysiąc na wszystko, że w zajezdni ani na moment nie zgasły światła. W dodatku nieodpowiedzialny kierowca feralnego tramwaju uparcie łgał w żywe oczy twierdząc, że sprawdził pojazd dokładnie po odstawieniu go na tor parkingowy i nikogo absolutnie w nim nie było. Nikt też nie widział w nocy na terenie zajezdni żadnej dziewczyny, a wagon, który zostawili otwarty, według relacji ochroniarzy nad ranem był zamknięty.
Nic niepokojącego się nie stało, wszystko jest w porządku, nie ma się czym przejmować.
Julian rozmyślał o tym bez przerwy i takim sposobem kompletnie nie mógł skupić się na pracy. Kiedy podjechał kolejny tramwaj, do którego wszyscy trzej mieli wsiąść podjął decyzję i oznajmił kolegom stojącym już na stopniach wagonu, że się zmywa.
- Czekaj! - krzyknął za nim Marcin. - Co ty odwalasz?!
- Ciężką noc miałem – odparł Julian niechętnie, odwracając się przez ramię.
Marcin jako jedyny potwierdził wersję Juliana odnośnie nocnych wydarzeń ale tylko w niewielkim stopniu. Przyznał mianowicie bez większej skruchy, że faktycznie, zagapił się i zostawił go śpiącego w tramwaju. Pretensje kolegi zbył machnięciem ręki i krótkim: „Oj dobra już, sorry, okej?”
Nie, nie było okej i między innymi dlatego Julian nie poświęcił mu w tej chwili już więcej uwagi, nie wystosował przeprosin ani przekonującego wyjaśnienia. Tramwaj odjechał, a on pomaszerował przed siebie, zdecydowany jakoś przyjemnie spędzić to wczesne popołudnie i przynajmniej na chwilę zapomnieć o upiornych wydarzeniach ostatniej nocy.
Drgnął, gdy usłyszał za sobą szybkie kroki. Odwrócił się odruchowo i przystanął zdziwiony.
- Co ty tu robisz? - zawołał, widząc znajomą twarz.
Nieliczni kręcący się w pobliżu ludzie spojrzeli w jego stronę z umiarkowanym zainteresowaniem, automatycznie rozglądając się za osobą, do której się zwracał, po czym szybko stracili zainteresowanie.
Ku niemu zmierzał Robert.
- Wysiadłem zaraz na następnym – wyjaśnił, kiedy podszedł bliżej. - Miałem nadzieję, że cię dogonię. Marcin świetnie poradzi sobie sam. Nie oszukujmy się, i tak nie jesteśmy zwykle szczególnie pomocni.
- Ty zwłaszcza – Julian uśmiechnął się z wysiłkiem. - Czy ty kiedykolwiek w ogóle kogoś spisałeś?
Robert wzruszył ramionami.
- Kogoś kiedyś pewne tak – odparł wymijająco.
- Jakim cudem jeszcze cię nie wylali?
- A bo ja wiem? Może przez niedopatrzenie? Niewątpliwie prędzej czy później wylecę, ale przecież nie będę się podkładał. Póki co nic nie mówią, płacą podstawę, więc co mi szkodzi trochę pojeździć?
Julian pokręcił głową zdumiony, a dezaprobata dla takiej postawy walczyła w nim z autentycznym podziwem.
- Do tej pory myślałem, że nie da się olewać roboty bardziej, niż ja.
- Da się, da.
Dzień jak na koniec września był ciepły i przyjemny, usiedli zatem w ogródku przed małą knajpką. Nie zważając na wczesną porę Julian zamówił piwo dla nich obu i kontynuował rozmowę.
- Dlaczego właściwie za mną dzisiaj wysiadłeś? – zapytał.
Do tej pory w zasadzie ze sobą nie rozmawiali. Robert przychodził do pracy kiedy chciał i tajemnicą pozostawało, jakim sposobem zawsze bezbłędnie ich znajdował. Kiedy akurat w środku dnia nabrał ochoty na wypełnianie zawodowych obowiązków wsiadał, jak gdyby nigdy nic, do tego tramwaju, którym właśnie jechali i przyłączał się do nich w milczeniu. Oddalał się równie nieoczekiwanie i wszystko to sprawiło, że Julian jakoś do tej pory nie miał okazji, by dłużej z nim porozmawiać. Zamienili ze sobą ledwie kilka słów przez dwa miesiące wspólnej pracy, a najwyraźniej i tak było to sporo, bo na przykład do Marcina Robert nie odzywał się chyba wcale, w każdym razie Julian nigdy nie był tego świadkiem.
- Słyszałem o twojej nocnej przygodzie – rzekł Robert tonem wyjaśnienia.
- Nic dziwnego – mruknął Julian. - Chyba każdy słyszał. Zrobiłem zadymę na całą zajezdnię i wyszedłem na debila, bo wszyscy utrzymują, że mam urojenia.
- A co mają mówić twoim zdaniem? Przecież lepiej zrobić z ciebie wariata, niż się przyznać do olania obowiązków, nie? Ochrona pewnie drzemała i przespała awarię, a kierowca zwyczajnie dał dupy i nie sprawdził tramwaju.
Brzmiało to aż nazbyt rozsądnie i Julian zawstydził się, że sam na to nie wpadł, zamiast automatycznie podejrzewać siebie o problemy z psychiką. Od razu poczuł się lepiej.
- Pewnie masz rację – mruknął. - Dobrze, że chociaż Marcin jest wystarczająco bezczelny, żeby się przyznać, że mnie zostawił śpiącego w tym tramwaju.
- Marcin to menda – skrzywił się Robert. - Odwalił mi kiedyś podobny numer.
- Tobie? - zdziwił się Julian. - Kiedy?
Robert nigdy nie jeździł do późna, więc jak niby...
- Jakiś czas temu. Pracowałem z nim już wcześniej.
- Byłeś już wcześniej kanarem?! - Julian zdziwił się, że osoba zupełnie bez predyspozycji do wykonywania tego zawodu ma najwyraźniej staż pracy dłuższy, niż on sam. - Myślałem, że zacząłeś, kiedy do nas dołączyłeś. Znaczy dwa miesiące temu.
Robert pokręcił głową.
- Nie – mruknął. - Kawał czasu już jeżdżę.
- Ciągle z takim samym... hm... zaangażowaniem?
Robert zachichotał.
- No nie powiem, żebym był nadgorliwy.
Tym razem Julian zdumiał się naprawdę. Dwa miesiące „niedopatrzenia” jeszcze dało się jakoś wytłumaczyć, ale kto go trzymał aż... aż...
- Czyli ile już w tym robisz? - zapytał wciąż osłupiały.
- No, dobrych dziesięć miesięcy.
Aż dziesięć miesięcy! Kto go trzymał aż dziesięć miesięcy?!
- Ja prawie tyle samo – wykrztusił.
- No to pewnie ciebie dali Marcinowi na moje miejsce. Jeździłem z nim trochę na samym początku, ale nie wytrzymałem. Musiałem na jakiś czas... zmienić otoczenie. Teraz znowu muszę go znosić, ale trochę odpuściłem. Dalej go nie lubię, tyle że nie mam już na niego takiej alergii jak kiedyś.
- To dlatego w ogóle z nim nie gadasz!
- A o czym mam z nim gadać? To kretyn. Ma dwa gramy mózgu a i to w porywach. A w dodatku podłą naturę. Nie chcę żeby ktoś mnie z nim kojarzył.
- I mówisz, że i ciebie tak kiedyś urządził, jak mnie wczoraj?
- Yhm. Zaraz na samym początku. Kierowca też mnie nie obudził, dlatego mogę ci z czystym sumieniem powiedzieć, że to nie ty masz źle w głowie, tylko oni naprawdę olewają notorycznie swoje obowiązki.
Julian wysiorbał ostatni łyk piwa i natychmiast pomyślał o zamówieniu kolejnego, zawahał się jednak spostrzegłszy, że Robert swojego nawet nie tknął.
- Coś nie tak? - zapytał wskazując jego pełną szklankę. - Może ty nie pijesz alkoholu? Przepraszam, zamówiłem a nawet nie spytałem...
- Nie, w porządku – mruknął Robert. - Jakoś nie mam dzisiaj ochoty. Ale ty się nie krępuj. Możesz wziąć moje, co ma się zmarnować?
Julian nieco się zdziwił, jednak skorzystał z propozycji.
Ostatecznie wypił sam jeszcze dwa piwa i o dziwo wcale nie czuł się niezręcznie w towarzystwie niepijącego kolegi. Alkohol słabo dziś na niego działał, za to tematy jakoś ciągle się nie kończyły. Julian nie pamiętał, kiedy ostatnio zdarzyło mu się z kimś tak swobodnie porozmawiać. Nawet ze swoją dziewczyną dawno już nie gadał szczerze i od serca. Nie układało im się ostatnio najlepiej czego przyczyną – może nie główną, ale na pewno jedną z ważniejszych – było to, że Daria nie akceptowała jego pracy.
- Mógłbyś robić cokolwiek! - marudziła z pretensją. - Cokolwiek! Jesteś młody, zdrowy, masz wykształcenie pomaturalne, a wybrałeś zawód, w którym możesz znęcać się nad ludźmi jak jakiś... prymityw!
- Nad nikim się nie znęcam! - oponował, ale ona nie słuchała.
- W ogóle powinno się ten zawód zlikwidować! - gorączkowała się. - Inaczej uregulować sprawy z biletami autobusach i tramwajach! Gdzie indziej jakoś się dało! Bo czy ktokolwiek darzy jakąś szczególną nienawiścią konduktorów w pociągu? Osoby sprzedające bilety w prywatnych busach? Nie. A wiesz dlaczego? Bo oni wykonują swoją pracę...
- Ja też wykonuję swoją pracę!
- Bo oni wykonują swoją pracę jawnie – dokończyła z naciskiem. - A ty się ukrywasz, stwarzasz atmosferę paranoi i jesteś opresyjny!
Nie bardzo wiedział, co na to odpowiedzieć, zwłaszcza że z większością jej argumentów głębi duszy się zgadzał.
- Przecież szukam innej pracy! - przypominał urażony. - Staram się!
- Widać niedostatecznie!
Tego rodzaju wymiany zdań nie zdarzały się na szczęście często, jednak Julian wiedział, że dezaprobata Darii nie słabnie ani na chwilę. Nawet, kiedy nie robiła mu wyrzutów odnosiła się do niego chłodniej niż kiedyś.
O tym również opowiedział Robertowi, a także o paru innych sprawach, które do tej pory uważał za zbyt osobiste, by się z nich zwierzać. Jego towarzysz słuchał uważnie, czasami o coś pytał, ale powstrzymywał się od komentarzy a tym bardziej od zasypywania go dobrymi radami. Sam mówił niewiele, ale nie było to milczenie w żaden sposób znaczące. Dziś to Julian chciał się wygadać a Robert po prostu nie przeszkadzał mu w tym.
- Dzięki za dzisiaj – powiedział Julian, gdy wreszcie wstali od stolika, by udać się każdy w swoją stronę.
Spojrzał na wyświetlacz telefonu, Cyfry elektronicznego zegarka przeskoczyły właśnie z dziewiętnastej pięćdziesiąt dziewięć na dwudziestą. Wyglądało na to, że spędzili tu prawie sześc godzin!
- Nie ma sprawy – mruknął Robert w odpowiedzi na podziękowanie. - Co się tak wpatrujesz w tę komórkę? Napisali ci, że wygrałeś turbo dynamiczną trzepaczkę do jajek pokrytą teflonem?
- Turbo co? - wymamrotał Julian z roztargnieniem. - Niee... godzinę sprawdzałem. Chyba się trochę zasiedzieliśmy.
- A komu to przeszkadza?
Julian pomyślał, że zapewne przeszkadzałoby Darii. W pierwszej chwili przestraszył się, że nie zdążył na spotkanie, jednak zaraz skonstatował z ulgą, że nie byli na dziś umówieni. I bardzo dobrze. Dopiero by się nasłuchał, gdyby nie pojawi się punktualnie na randce. Nawet jeśli nie powiedziałaby mu tego wprost, to i tak zapewne za powód jego spóźnienia uznałaby wyżywanie się w tramwaju na jakimś biednym podróżnym. Najpewniej na zagubionej sierotce, albo na bezbronnej staruszce. Na kobiecie w ciąży? Nawet nie wiedział, że jego dziewczyna ma tak wybujałą fantazję, dopóki nie zaczęła mu przypisywać skłonności sadystycznych. To, co czasem potrafiła wymyślić, przechodziło ludzkie pojęcie.
Po tym, jak Robert pożegnał się i poszedł do domu, Julian postanowił jeszcze pospacerować. Włóczył się bez celu po blokowiskach, póki nie zrobiło się zupełnie ciemno. Przysiadał na ławkach przy pustych placach zabaw i wpatrywał się w oświetlone okna mieszkań. Toporne i nijakie wieżowce za dnia przygnębiały go i przytłaczały. Paradoksalnie to właśnie wtedy wydawały się opustoszałe, nie zaś w nocy, kiedy ciemność litościwie ukrywała brzydotę brudno szarych ścian, odpryskującą z balkonów farbę, śmieci na deptanych notorycznie trawnikach, nierówności chodników oraz żałosne, rachityczne badyle pretendujące do miana ozdobnych krzewów w przyblokowych ogródkach. Dopiero nocą, kiedy martwe za dnia okna rozświetlał ciepły blask, można było odnieść wrażenie, że ludzie tu faktycznie żyją, pracują, bawią się, śmieją i smucą. W dzień zdawali się tylko sunąć jak widmowe cienie po tej paskudnej okolicy, stanowiącej jakby wersję demo post apokaliptycznej rzeczywistości.
Z zamyślenia wyrwało go skrzypienie huśtawki rozbujanej silniejszym podmuchem wiatru. Uznawszy, że czas wracać, podniósł się z ławki i powlókł niechętnie w stronę swojej kamienicy.
Gdyby tylko nie był tak pogrążony w myślach i bardziej zwracał uwagę na to, co się dzieje dookoła niego, od razu zorientowałby się, że coś jest nie tak, a przyczyna wprawienia w ruch huśtawki przestałaby być tak oczywista. Zbyt bardzo jednak skupił się na swoich refleksjach, by zauważyć, że tego wieczora nie wiał najlżejszy nawet wiatr...
[/align]
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

Awatar użytkownika
A. Mo'zart
Posty: 162
Rejestracja: 05 lipca 2012, 22:07
Lokalizacja: Dom
Kontaktowanie:

Re: Ostatni przystanek [kontynuowane]

Post autor: A. Mo'zart » 04 lutego 2014, 08:50

Przede wszystkim cieszę się, że wyszłaś ze swoją twórczością do ludzi, zamiasc cisnąć ją w kątach wszystkich szuflad w okolicy. Odetchną. Te szuflady, znaczy się. Moją opinię już znasz, więc nie będe się powtarzał, nic się nei zmieniła od tamtego czasu. Ale i tak będę powtórnie czytał, bo chcę poznać zakończenie, no i zawsze dobrze sobie odświerzyć dobrą literaturę (i pogryzę jak ktoś będzie miał inne zdanie, a co! ;) ). O opinię czytelników moiim zdaniem bać sie nie musisz, a przynajmniej trochę się podbudujesz, co Tobie i światu wyjdzie na dobre.

dobra, koniec bredzenia.

Awatar użytkownika
wołszebnik
Posty: 1106
Rejestracja: 03 czerwca 2012, 11:09
Lokalizacja: http://www.facebook.com/joanna.gadawska?ref=tn_tnmn
Kontaktowanie:

Re: Ostatni przystanek [kontynuowane]

Post autor: wołszebnik » 06 lutego 2014, 10:26

Wiosna, przeczytałam.
Podejrzewam, że rzecz będzie o
SpoilerShow
wampiryzmie ;/
czyż nie? :P I na razie rozwija się sprawnie, plastycznie, intrygująco.
Widzę tu jakieś powiązanie z Mo... więc daruję sobie uwagi o technikaliach, bo nie wiem, czy życzysz sobie takich ingerencji i podpowiedzi w tym zakresie. Więc wyłącznie o fabule.
Szczerze przyznam Ci, że początkowe akapity stanowią najsłabszą stronę i to niestety źle. Te [początkowe akapity to w końcu wizytówka tekstu, czas, gdy czytelnik podejmuje decyzję, czy zostaje z opowieścią, czy ją sobie odpuszcza.
A tam masz i językowo tak ciut, no bez rewelacji, a i do obserwacji pewne zarzuty naturalnie przychodzą.
Wiedział, że stąd i tak go w końcu wywalą. Nie olewał roboty aż tak jak Robert, mimo to jednak zdecydowanie za często odpuszczał. Próbował tłumaczyć sobie, że nie robi przecież nic złego. Pasażerowie powinni skasować bilet, w przeciwnym wypadku muszą ponieść konsekwencje. To uczciwe.
No to w końcu odpuszczał, czy kierował się zasadą, że to uczciwe, by pasażerowie kasowali bilety za przejazd? Jeśli to drugie, to raczej nie odpuszczał.
i jeszcze:
Spodziewał się zobaczyć paragon ze sklepu, albo papierek od gumy do żucia, tym większe było jego zdziwienie, gdy dotarło do niego, że trzyma w ręku ważny bilet. Zdumiało go, że w tym stanie zachowała na tyle przytomności umysłu, by go skasować. I że w ogóle trafiła w szczelinę kasownika.
- Yyy... dziękuję – wyjąkał tylko, bo nic innego nie przyszło mu do głowy.
Przepraszam, ale co niby innego miałoby mu przyjść do głowy? To najbardziej naturalne zachowanie w tej sytuacji, a komentarz po wypowiedzi zdaje się sugerować, że wcale nie.

Za to później jest już poezja. Przykuwasz uwagę, chwytasz za nos czytelnika i nie puszczasz do ostatniej literki. Stąd właśnie wspominam o tym początku, bo po prostu trochę szkoda, tekst jest rewelacyjny, ale traci na swym starcie.

Czekam. Intryguje mnie przeczuwana ukryta więź między Robertem a tamtą dziewczyną.
SpoilerShow
Mam wrażenie, że zarówno dziewczyna jak Robert nie są postaciami realnymi, że tylko Julian ich dostrzega i będzie musiał odkryć co takiego Marcin zrobił swojemu dawnemu kumplowi z roboty.
A tymczasem w pewnym EL (acz z pewnością nie Dorado, zbyt ubogo tamże na to), gdzie prawowstecz:
Obrazek Acz wybaczmy demokracji, Orwell rzekł, wszak nie bez racji, że to w każdej delegacji,pod gajerkiem, przy korycie, pod krawatem, pcheł poszycie...
zbieżność nazw absolutnie przypadkowa

Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 197
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Re: Ostatni przystanek [kontynuowane]

Post autor: Kimchee » 06 lutego 2014, 20:42

Podoba mi się! Jest klimat (Kassandry lubią klimat), ale jest subtelny (to Kassandry też lubią, zwłaszcza w tekście grozy). Piszesz dobrze, ładnie operujesz językiem, więc tekst czyta się szybko, przyjemnie, co bardzo pomaga we wczuciu się we wspomniany klimat. Nawet nie rzuciły mi się w oczy żadne błędy. Może jakieś powtórzenia, ale nic nagminnego czy irytującego. Tekst bardzo wciąga
Bohaterowie są fajni - wiarygodni i do lubienia. Sama osobiście nigdy nie dostałam mandatu od kanara, ale ci, co dostali, pewnie w życiu nie posądza kogoś takiego o posiadanie uczuć. Julian jest sympatyczny, bardzo wiarygodny w swoich domysłach i niezadowoleniu z pracy; współczuję, że musi pracować jako kontroler, współczuję takich współpracowników. Roberta i Marcina też polubiłam, choć - w przeciwieństwie do głównego bohatera - są odmalowani prostym, długim pociągnięciem. Obaj mają jednak charakter i są jacyś.
Teraz największa zagwostka, czyli dziewczyna. Czytnęłam przed chwilą, co napisała wołszebnik. Sama skłaniam się ku teorii, że dziewczynę ktoś zamordował w tramwaju i tera straszy, ale zobaczymy, jak będzie się ten wątek rozwijał. Ewentualnie to taki złośliwy duszek, co się przyczepi do bohatera i zrujnuje mu życie prywatne.
Chciałabym napisać coś mądrzejszego, ale widać ostatnio zrobiłam się puchata i wszystko mi się podoba - a może to ludziska tu tak dobrze piszą (oby to drugie) Edit:
Czytnęłam przed chwilą, co napisała wołszebnik.
Tu chodziło o wampiryzm. Natomiast, dopiero Smaug mi uświadomił, że zapomniałam dodać, że rola Roberta mnie intryguje.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Ostatni przystanek [kontynuowane]

Post autor: Siemomysła » 06 lutego 2014, 20:51

Dobry wieczór!

Zachęcona przez wołszę na krzypudle wpadłam sobie poczytać i czasu na czytanie poświęconego nie żałuję ani trochę, a wręcz przeciwnie czekam na ciąg dalszy, by sprawdzić swe podejrzenia, co do fabuły. Ogólne wrażenie jest takie, że piszesz bardzo ładnie, zrozumiale, płynnie. Jedyne zastrzeżenie mam do otwarcia - naprawdę pogubiłam się w bohaterach. Najpierw myślałam, że to w głowie Roberta siedzi narrator, potem, że w Marcina, a potem pojawił się Julian i to on w końcu stał się pomocnikiem narratora, że go tak nazwę.
Myślę, że warto nad tym początkiem jeszcze popracować, żeby ten chaos pierwszych zdań nie powodował u czytelnika zbędnej ostrożności przy podejściu do dalszego czytania.

Potem z każdym zdaniem jest lepiej, jakbyś się rozkręciła i w końcu stabilizujesz poziom. Nie dopatrzyłam się żadnych zgrzytów, nic mnie nie zatrzymało na dłużej. Leciutko się tylko zwiesiłam w tej zajezdni - gdzie było światło, a gdzie było ciemno na przykład. Musiałam wrócić, bo lubię sobie wyobrazić dokładnie, lecz to akurat najpewniej moja wina, bo za szybko czytam ;)

Cała pierwsza część (przed pierwszymi gwiazdkami) wydaje mi się być jakby prologiem. Jest dość statyczna i wprowadza w rzeczywistość fabularną. Mam wrażenie, że poznajemy tam wszystkie osoby dramatu, co zdaje się potwierdzać fragment ostatni.
SpoilerShow
Robert jest wszak dość istotny, prawda? A jego los podzielił/podzieli Julian?
Również sposób w jaki ją kończysz
SpoilerShow
Jego nadzieja legła w gruzach kilka dni później.
umocnił we mnie to wrażenie otwarcia. Coś jak: a teraz drodzy czytelnicy, posłuchajcie opowieści właściwej. Zgrabne.

Faktycznie jeśli chodzi o wrażenie straszenia, to nie dałam się wystraszyć. Może atmosfera dookoła nie taka, a może właśnie to, że wyraziłaś wątpliwości?
SpoilerShow
Bo w sumie jest to dobrze poprowadzone: najpierw Julian jest zaspany, próbuje racjonalizować, potem dociera do niego obecność i zaczyna się bać. Tylko może za dużo i za spójnie w tym strachu myśli? Moment gdy dziewczyna znajduje się tuż za nim! Właśnie. Tu chyba za mało widać jego strach, albo kolejność jest nie ta.
Może po prostu poczuł w pewnym momencie, że nie jest sam w wagonie.
- O żesz kur... O ja pier...!
Wyglądało na to, że było z nim gorzej, niż przypuszczał, skoro nie był w stanie nawet zakląć.
- Cały czas tu byłaś?! - wykrztusił roztrzęsiony, gdy wreszcie dostrzegł dziewczynę.
Gardło miał tak ściśnięte, że ledwo artykułował, a trzepoczące serce uparcie nie chciało się uspokoić, zdecydowane chyba rozsadzić mu klatkę piersiową. Opadł na siedzenie, z trudem powstrzymując mdłości.
Ja wiem, że on się boi, bo mi to mówisz. Nie boję się z nim. I im dłużej nad tym myślę i patrzę w powyższy cytat, tym bliżej jestem określenia o co mi chodzi - to pierwsze zdanie nie jest potrzebne z tymi wątpliwościami. Niech on będzie pewny, że nie jest sam - nagle, nie w pewnym momencie i tak samo później, gdzie "przypuszcza", że jest z nim gorzej. To znaczy, nie odbierz mnie źle, ja nie chcę ingerować w Twój tekst, po prostu myślę, że aby czytelnik poczuł strach bohatera, fragment musi być dynamiczny, a te wszystkie wątpliwości i rozmyślania Juliana go bardzo spowalniają i zabijają efekt.

Natomiast to zdanie:
- Nie wydostaniesz się stąd rano.
wywołało u mnie napięcie. Muśnięcie grozy na karku. Spokojna, nie agresywna, pewność dziewczyny straszy.
Czekam na ciąg dalszy!
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 134
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Re: Ostatni przystanek [kontynuowane]

Post autor: nuklearna_wiosna » 12 lutego 2014, 00:49

Bardzo dziękuję za wszystkie komentarze :)
Ogólnie powiem, że dziwię się nieodmiennie wszystkim autorom poczytnych serii pisanych na bieżąco. Mój krótki fragment skomentowały cztery osoby, wyrażając jakieś tam przypuszczenia, a ja już nie mogę wytrzymać, już świerzbi język i klawiatura, żeby uchylić rąbka tajemnicy i powiedzieć, czy dobrze się domyślacie, czy nie. Jak pomyślę, że taka Rowling na przykład przez lata była zalewana pytaniami i teoriami i nie puściła pary z ust, to aż mi trudno uwierzyć :D

Wołszo, uwag technicznych życzę sobie jak najbardziej! One są dla mnie nieocenioną pomocą przy redakcji i korekcie. Sama wszystkiego nie wypatrzę (ładny eufemizm, biorąc pod uwagę, że na własne błędy jestem ślepa, jak kret :D), więc jeśli ktoś dostrzeże jakiś zgrzyt i ma czas i ochotę podzielić się spostrzeżeniem, to bardzo doceniam i jestem niewymownie wdzięczna.
Jeśli ktoś nie lubi roztrząsać takich rzeczy publicznie, chętnie przyjmę uwagi na priv.
Co do początków, niestety, generalnie często zdarzają mi się słabe i wiem, że to źle. Zastanawiałam się, czy nie podzielić się z Wami moim pierwszym NaNo, ale nie zdecydowałam się własnie ze względu na początek. Jest chyba gorszy, niż tutaj i zupełnie nie wiem, co z nim zrobić. Będę musiała poważnie pomyśleć nad tym, by moje początki ogólnie były mniej toporne i bardziej zachęcające do zapoznania się z resztą tekstu. Ale to już kwestia redakcji połączonej z autorefleksją, czyli muszę się głęboko nastroić :D

Smaug, tak, jak już Ci wcześniej pisałam, fakt, że słabo mi idzie oddawanie strachu (zresztą nie tylko, ogólnie emocji) ma pewnie związek z tym, że jestem zimna i ponura. A przynajmniej moja narracja zapewne taka jest ;) Za bardzo się skupiam na chłodnym opisie tego, co i jak, a mniej na oddaniu uczuć faktycznie towarzyszących bohaterowi. Będę musiała nad tym popracować, zwłaszcza, jeśli zamierzam straszyć. (Dobrze, że nie próbuję wzruszać, to dopiero byłaby porażka :D Ale kiedyś, w jeszcze nie poddałam tekstu redakcji pod tym kątem. Jeszcze dokładnie sama nie wyłapuję tych miejsc, gdzie powinno być bardziej emocjonalnie, więc jeśli przeczytasz ten fragment i znów coś takiego wypatrzysz, mów od razu. Jest to też prośba do reszty. Jak mi się parę razy pokaże palcem, to w końcu sama nauczę się wychwytywać, że "to własnie tu" :)

No to lecimy! ;)
Część 2 z 4



* * *
Z wielkiego lustra w ciężkiej, bogato zdobionej ramie spoglądała na niego jego własna zmęczona twarz. Przepłukał ją obficie zimną wodą, niewiele to jednak pomogło. Poczuł się źle już w drodze do domu, a tuż po przekroczeniu progu silne mdłości pognały go do łazienki. Nie miał pojęcia, co mogło spowodować tak nagłą zmianę samopoczucia. Zupełnie nie czuł się pijany, więc to nie mogło być to.
Spojrzał na odbitą w lustrze, pogrążoną w mroku część mieszkania. Drzwi do łazienki za jego plecami były otwarte. Tak się spieszył, by sobie ulżyć, że nie pomyślał nawet o zamknięciu ich. Mieszkał sam i na dobrą sprawę nie musiał w ogóle troszczyć się o zamykanie jakichkolwiek drzwi, z wyjątkiem oczywiście wejściowych. Patrząc w zwierciadło widział zatem odbijający się w nim korytarz i - również otwarte - drzwi do obszernego salonu naprzeciwko. Tam nie docierała już smuga światła z łazienki. Salon oświetlał jedynie mdły blask latarni ulicznych, przesączający się przez grube zasłony, które były zaciągnięte zawsze, niezależnie od pory dnia.
Julian nienawidził tego mieszkania. Należało do jego ciotki, która z sobie tylko znanych powodów wyraziła życzenie, by to właśnie Julian się nim zaopiekował podczas jej nieobecności. Sama nieobecność spowodowana była ponoć złym stanem zdrowia wiekowej damy, która wizytowała chyba wszystkie możliwe szpitale i sanatoria, przy czym ustalenie aktualnego miejsca jej pobytu graniczyło z niemożliwością, podobnie, jak zdobycie informacji, na co właściwie się leczy. Z rodziną utrzymywała kontakt jedynie przez prawnika, który miał obowiązek sprawdzać regularnie, czy Julian dobrze dba o mieszkanie. Ponadto nie podawał żadnych istotnych informacji, prócz tego, że starsza pani jest w trakcie sporządzania testamentu, a do czasu ogłoszenia go wszystko ma pozostać tak, jak jest.
Ta absurdalna sytuacja trwała już trzeci rok i nic nie wskazywało na to, by cokolwiek miało się zmienić. Jednak teoretycznie ciotka mogła wrócić w każdej chwili, a w testamencie wcale nie musiała wyznaczyć Juliana na spadkobiercę. Powiedziane było jedynie, że ma on pilnować mieszkania, a nie że je kiedykolwiek otrzyma. Biorąc to wszystko pod uwagę, nie potrafił poczuć się tam jak w domu. Zajął najmniejszy pokój, przyrządzał w kuchni proste posiłki, korzystał z łazienki i to wszystko. Do pozostałych pomieszczeń nie wchodził, jeśli nie musiał. Od czasu do czasu zajrzał by zetrzeć kurze, otworzyć okna, czy podlać nieliczne rośliny doniczkowe.
Ogólna atmosfera starej kamienicy nieodmiennie sprawiała, że czuł się nieswojo. Pokoje o wysokich sufitach wdawały mu się zbyt duże i zimne, a wrażenia przytulności nie udało się ciotce uzyskać nawet za pomocą wszechobecnych koronek i kwiecistych zasłon, narzut, oraz abażurów, do których miała najwyraźniej słabość. W salonie i dwóch sypialniach dominowały brązy, róż, i purpura, przetykane okazjonalnie zgaszoną zielenią. Na ścianach wisiała masa ozdób – od ludowych haftów i plecionek, po kiczowate obrazy przedstawiające głównie kwiaty i dzieci. Zasłony były zawsze zaciągnięte, nie tylko w salonie, ale też w pozostałych nieużywanych obecnie pokojach. Prowadzące do owych pokoi ciężkie, dwuskrzydłowe drzwi otwarte zostały na stałe, według zamysłu ciotki, która tak dalece nie widziała potrzeby zamykania ich, że nawet pozastawiała skrzydła komódkami i stolikami.
Julian codziennie walczył ze sobą, ostatecznie zmuszając się do pozostawienia wszystkiego tak, jak jest. Wiedział, że jedna drobna zmiana pociągnęłaby za sobą następne, aż w końcu ciotka powróciłaby z kolejnego sanatorium cudownie ozdrowiała, tylko po to, by paść na zawal w progu, nie poznawszy własnego mieszkania. Jedynie swoją klitkę, stanowiącą coś w rodzaju starodawnego pokoju dla służby, przystosował odrobinę do własnych potrzeb i gustów. Jednak, pomijając może usuniecie wszystkich ozdób, na których były kwiatki, nie zrobił tam żadnej większej rewolucji.
Głęboka zaduma nad niekomfortową sytuacją mieszkaniową sprawiła, że mimo intensywnego wpatrywania się w lustro, dopiero po dłuższej chwili zdał sobie sprawę z tego, co właściwie widzi. W ciemnym salonie ktoś stał! Julian dostrzegał wyraźnie postać na tle jaśniejszego prostokąta balkonowego okna. Odwrócił się błyskawicznie, jednocześnie czując gwałtowne uderzenie gorąca.
W pokoju po drugiej stronie korytarza nie było nikogo. Odetchnął z ulgą i bez większych oporów zrzucił przywidzenie na karb zmęczenia. Ponownie odwrócił się do lustra.
Była tam. Drobna, czarna sylwetka, niewątpliwie ludzka i dziwnie znajoma...
Ponownie spojrzał przez ramię i tym razem nie zdziwił się nawet, widząc, że miejsce, w którym przed chwilą stał tajemniczy intruz jest puste. Powtórzył swój eksperyment kilka razy, chcąc się upewnić, że nieproszony gość nie robi sobie głupich żartów. Ostatecznie z miejsca, w którym stał, Julian widział jedynie niewielką część pokoju. Schowanie się, gdy patrzył wprost i wyjście, gdy odwracał się do lustra nie powinno nastręczać szczególnych trudności, ale w tempie, jakie narzucił, podobne manewry był się nie udały. A jednak efekt był ciągle taki sam. Sprawdził jeszcze czy lustro nie wisi pod żadnym nienaturalnym kątem, pozwalającym na odbijanie czegoś, czego normalnie z tego miejsca nie widać, jednak nic takiego nie zaobserwował. Wisiało przymocowane płasko do ściany jak zwykle, a zważywszy jego wielkość i ciężar ozdobnych ram, potrzeba byłoby chyba średniej wielkości dźwigu, by je w ogóle ruszyć. Wszystko wskazywało na to, że w zwierciadle odbijał się ktoś, kogo fizycznie w mieszkaniu nie było.
I Julian chyba nawet wiedział, kto to taki.
To niemożliwe, powtarzał sobie w myśli. Złapał się na tym, że kurczowo zaciska palce na brzegach umywalki. Rozluźnił chwyt i zmusił się, by jeszcze raz spojrzeć w lustro. Nic się nie zmieniło. Osoba... istota, której absolutnie nie powinno tam być, nadal uparcie sterczała w jego salonie. Czy też w lustrze. Sam nie bardzo wiedział, gdzie właściwie była, zakładając, że w ogóle była. Bo przecież bardzo możliwe, że...
- Nie! - powiedział do siebie głośno. - Nie jestem żadnym wariatem!
Zdawało mu się, że z salonu dobiegł cichy chichot.
Miał trzy możliwości. Mógł zostać w łazience do końca świata a przynajmniej do rana. Otrząsnąć się choćby na chwilę z odrętwienia, zamknąć drzwi, by nie oglądać w lustrze tajemniczego widziadła i poczekać do świtu w nadziei, że upiór zniknie. Mógł uciec do swojego pokoju i - jak w dzieciństwie - ukryć się przed nocnymi strachami pod kołdrą. Być może jakimś cudem doczekałby takim sposobem wschodu słońca i nie zszedł na zawał. Rano uspokoiłby się, odzyskał zdolność trzeźwej oceny sytuacji i uznał to wszystko za sen lub przywidzenie. Czuł jednak, że już wystarczająco dużo dziwnych zdarzeń zignorował w ostatnich dniach. Należało w końcu coś przedsięwziąć, by określić naturę tych zjawisk. Wolał już otwartą konfrontację, niż siedzenie z głową pod kołdrą, w obawie, że to coś mogłoby na przykład zmaterializować się nagle w jego pokoju.
Pozostawała zatem trzecia możliwość.
Nie wyłączywszy światła w łazience, zmusił się do wyjścia. Włącznik w przedpokoju zamontowano przy drzwiach wejściowych. Julian nie dał rady wykonać tych kilku dodatkowych kroków, przemknął zatem ciemnym korytarzem prosto do salonu. Ciotka nigdy nie korzystała z żyrandola w pokojach. Nie wkręciła nawet żarówek. On także tego nie zrobił, zdecydowany niczego w mieszkaniu nie zmieniać. Teraz zatem musiał zadowolić się jedynie światłem dwóch nocnych lampek, stojących na stolikach po obu stronach drzwi. Nie świeciły zbyt intensywnie, więc kąty pomieszczenia i wysoki sufit i tak tonęły w mroku. Jednak mimo tego salon wyglądał całkiem normalnie. Julian omiótł wzrokiem ciężkie meble z ciemnego drewna, ozdobione serwetkami i narzutami w kwiatki. Przyjrzał się ścianom. Wszystkie paskudne ozdoby były na swoim miejscu. Zastygł na chwile, wpatrując się bezmyślnie w wyjątkowo koszmarny obrazek przedstawiający dziewczynkę z różańcem.
No dobrze. Zdobył się na to. Przyszedł tu i... i co? Był równie blisko rozwiązania zagadki, co chwilę temu w łazience, kiedy poważnie rozważał ukrycie się w pod kołdrą u siebie w pokoju. Nie znalazł żadnej wskazówki i znów zaczynał skłaniać się ku pierwotnej teorii o przywidzeniach i przemęczeniu.
Nagle coś wyrwało go z zamyślenia. Z początku nie wiedział, co się stało. Nie usłyszał żadnego podejrzanego dźwięku, nie wychwycił poruszenia. Nie zmieniła się temperatura, ani zapach w pokoju. A jednak nie wszystko było normalnie. Przez dłuższą chwilę zastanawiał się, co w takim razie mogło zwrócić jego uwagę, aż wreszcie zobaczył. Bezwiednie cofnął się o pół kroku, nie mogąc uwierzyć własnym oczom.
Dziewczynka z różańcem. Znał ten obraz bardzo dobrze. Za każdym razem gdy ścierał kurz z ramy zastanawiał się, jak można z własnej woli zawiesić sobie na ścianie coś takiego. Wymalowana na brzydkim, burym tle ciemnowłosa kilkulatka z długim warkoczem ubrana była w szarą sukienkę, a na głowie miała absurdalny wianek z jakichś drobnych kwiatków. Trzymała w dłoniach toporny różaniec z drewna, a jej rozmodlony wyraz twarzy bardziej wskazywał na głębokie upośledzenie psychiczne, niż na religijną ekstazę. Kolorystyka malowidła była przygnębiająca, tematyka irytująco banalna, ale to właśnie idiotyczna mina dziewczynki sprawiała, że Julian tak nie znosił tego obrazu. Przyglądał mu się za każdym razem gdy był w pokoju, próbując dociec, co ciotka widziała w tej wątpliwej ozdobie.
Dlatego też teraz nie miał żadnych wątpliwości. Wyraz twarzy smarkuli to nie był ten odpychający grymas, który nieodmiennie wywoływał u niego niesmak. Nie zauważył tego od razu, bo choć miał wzrok utkwiony w płótnie, myślami był gdzie indziej. Potrzebował dłuższej chwili, by dostrzec zmianę. Wcześniej dziewczynka miała lekko rozchylone wargi i tępe, bezmyślne spojrzenie. Teraz natomiast uśmiechała się złośliwie i patrzyła wprost na niego z wyraźną drwiną. Malowidła nie wykonano zbyt starannie. Julian pamiętał, że oczy przedstawionego na nim dziecka były bez wyrazu. Malarzowi nie udało się też – a może wcale nie próbował – osiągnąć wrażenia głębi. Natomiast te tutaj wyglądały, jakby mała naprawdę na coś patrzyła. Nie, nie na coś. Patrzyła na niego! To spojrzenie było tak realistyczne. Tak...
Żywe?
Bzdura, ofuknął się w myśli. Przecież obrazy nie...
Dziewczynka zamknęła oczy.
Pozostała tak przez dłuższą chwilę, po czym gwałtownie je otworzyła a jej uśmiech niepostrzeżenie stał się jeszcze bardziej ironiczny.
Julian nie wiedział, jak to się stało, że nie wrzasnął. Zresztą może i wrzasnął, sam już nie był pewny. Pokój zawirował mu przed oczami. Miał wrażenie, że upiorny obraz to przybliża się, to oddala, a mała dziewczynka, która ewidentnie nie była tak naprawdę małą dziewczynką, w jednej chwili chichocze, w drugiej natomiast śmieje się w głos dziwnie chrapliwie. Nie dociekał już, co tu było prawdą, a co urojeniem. Gdzie kończyła się rzeczywistość a zaczynała jego... fantazja? Choroba...? Bez namysłu rzucił się ku ścianie, zdecydowany zerwać z niej nawiedzone płótno i zniszczyć je tu i teraz.
- To bez sensu.
Stanął jak wryty. Instynktownie spojrzał na obraz, zanim dotarło do niego, że głos, który przed chwilą usłyszał dochodził z innej części pokoju.
Dziewczynka z różańcem wyglądała normalnie. To znaczy znów jak upośledzona. I znów jej oczy były tylko ciapniętymi byle jak plamkami farby na płótnie. Czyżby ta nagła przemiana była efektem omamów?
- Nie.
Tym razem błyskawicznie zlokalizował źródło głosu. Spojrzał w przeciwległy kąt pokoju, a ona tam była. Siedziała na fotelu ukryta w mroku, ale wiedział, że to ona, tak, jak wiedział wtedy w tramwaju. Tak, jak wiedział, gdy dostrzegł sylwetkę w lustrze.
- Co: nie? - zapytał głupio.
- Nie miałeś omamów. Ja to zrobiłam.
- Skąd wiesz... – wyjąkał. - Jak... Czegoś takiego nie można tak sobie... zrobić.
- Można.
Znów spojrzał na obraz. Czy jeśli teraz go zniszczy, zjawa z fotela zniknie?
- Mówiłam ci już – odezwała się, odgadując jego myśli. - To bez sensu. Mogę użyć innego. Mogę użyć czegokolwiek. Mogę być, gdzie zechcę.
- Bredzisz! - prawie krzyknął. - Włamałaś mi się do mieszkania. Wlazłaś bez pozwolenia, zastraszyłaś jakimiś sztuczkami i chcesz żebym... żebym co?! Żebym uwierzył, że jesteś jakimś duchem, czy coś?!
Wzruszyła ramionami. Tak mu się przynajmniej wydawało, ale w kącie pokoju było zbyt ciemno, by stwierdzić to z całą pewnością. Kiedy się odezwała głos miała spokojny.
- Nie włamałam się.
- Jak to się nie włamałaś?! Ja cię tu nie zapraszałem. Nie wpuściłem cię. Weszłaś bez mojej wiedzy. Wbrew mojej woli. Czyli włamałaś się!
- Nie.
Nagle opadł z sił. Czuł się wykończony ostatnimi wydarzeniami, a zastanawianie się, czego chce od niego ta wiecznie naćpana i nieobliczalna wariatka było ostatnią rzeczą, na którą miał teraz ochotę. Kiedy tak siedziała w pobliżu i rozmawiała z nim, wydawała się zupełnie realna, porzucił zatem pomysł, jakoby mogła być duchem. Wszystkie zjawiska poprzedzające jej „pojawienie się” musiały być zmyślnymi trikami. Nie było go dziś w mieszkaniu od rana. Miała dużo czasu, by przygotować tę szopkę. W tej chwili nie miał nawet ochoty dociekać, jakim sposobem osiągnęła takie efekty. Właściwie to najchętniej poszedłby już spać i nie myślał więcej o tym wszystkim. Ale nie mógł. W jego salonie, a właściwie w salonie ciotki, siedziała dziewczyna prawdopodobnie poważnie chora psychicznie, w dodatku niebezpieczna, jeśli wziąć pod uwagę sposoby, jakimi usiłowała go skołować. Musiał się jej pozbyć, jeśli chciał kiedykolwiek jeszcze spać spokojnie.
- Jak tu weszłaś i czego chcesz? - zapytał już bez nuty paniki w głosie, a nawet z pewnym znużeniem.
- Po prostu weszłam.
- A... po co właściwie?
- Zostaliśmy przyjaciółmi.
A więc jednak pamiętała tę idiotyczną rozmowę w ciemnym wagonie tramwaju. Niech to szlag! Musiała go obserwować, możliwe nawet, że od dłuższego czasu. Bardzo być może, że znała też rozkład jego mieszkania, skoro zdołała tak dobrze zorganizować swoje dzisiejsze show. Ale dlaczego? Dlaczego? Może gdyby nie ten jego lekkomyślny jęzor, gdyby nie złożona niefrasobliwie obietnica, wariatka nie nabrałaby odwagi, by wpakować mu się do mieszkania. Cholera!
- No tak. - Nie zaprzeczył, czując, że musi wziąć odpowiedzialność za swoje słowa, poza tym nie wiedział, jaka byłaby jej reakcja, gdyby zdecydował się wyprzeć złożonej wcześniej obietnicy. - Może i zostaliśmy. Dobra. Powiedzmy, że zostaliśmy. Ale nawet do domu przyjaciela nie wchodzi się tak... tak, jak ty dzisiaj. To, co zrobiłaś to jest włamanie, durna dziewczyno! Przestępstwo!
- Zostaliśmy przyjaciółmi – powtórzyła bezbarwnym tonem.
- No to ja niniejszym zrywam naszą przyjaźń! - zawołał, dostrzegając nikłą szansę na pozbycie się nieproszonego gościa. - Nie chcę się przyjaźnić z włamywaczami! Idź stąd i przyczep się do innego frajera!
Zostaliśmy przyjaciółmi.
- Nie wytrzymam! - wrzasnął nie panując już nad sobą. - Wynoś się, wariatko! Wypierdalaj! Dzwonię na policje i do szpitala, niech się tobą zajmą!
Zaczął macać po kieszeniach w poszukiwaniu komórki. W końcu przypomniał sobie, że zostawił ją w łazience na półce nad umywalką. Ruszył w tamtą stronę, kiedy usłyszał dzwonek do drzwi a zaraz po nim nerwowe pukanie. Zamarł przerażony, zastanawiając się jednocześnie, co jeszcze złego może go dziś spotkać. I to o tej godzinie...
- Otwieraj, Julian! - usłyszał zza drzwi i odetchnął z ulgą.
To tylko Daria. Wydawała się bardzo zdenerwowana, ale lepsze to, niż kolejni wariaci i niewyjaśnione zjawiska.
- Widziałam światło w pokoju! - Nie ustępowała. - Jeśli jesteś w domu i jesteś przytomny, to otwieraj, bo inaczej zadzwonię na pogotowie!
Zdziwił się trochę, bo niby dlaczego miałby potrzebować pogotowia, jednak dla pewności otworzył, bo Daria w tym stanie gotowa była wezwać nawet antyterrorystów.
- No, do cholery, nareszcie! - powitała go. - Co się z tobą dzieje?!
Od kilku dni za sprawą upiornej psychopatki prześladują mnie zjawiska, którym niebezpiecznie blisko do paranormalnych, pomyślał, ale oczywiście nie powiedział tego głośno.
- Nic się ze mną nie dzieje – rzekł za to niezbyt przekonująco. - Nic takiego... Właściwie...
Musiał jej to jakoś powiedzieć. Nie było innego wyjścia. I tak miał zamiar to zrobić, chociaż nie spodziewał się, że będzie do tego zmuszony tak szybko i to jeszcze w takich okolicznościach. Co prawda wariatka nadal siedziała w salonie, jak na razie wyjątkowo cicho i spokojnie, jednak sam fakt, że była tu po północy, raczej nie przemawiał na jego korzyść. Z jednej strony dobrze, że Daria zobaczy ją na własne oczy i będzie mogła się zorientować, jakiego rodzaju to jest osoba. Z drugiej jednak wolałby wyjaśnić to wszystko na spokojnie, złagodzić szok, złość, czy co tam innego by ją w pierwszej chwili ogarnęło.
- Czy ty mi możesz łaskawie powiedzieć, dlaczego nie odbierasz telefonu?! Wydzwaniam do ciebie od siedemnastej! - powiedziała podniesionym głosem. - Mieliśmy dzisiaj zacząć przygotowania do remontu!
Jakiego znowu... A tak, remontu, przypomniał sobie. Postanowili wspólnie odnowić niewielkie mieszkanie Darii i przystosować je dla dwóch osób, żeby Julian mógł przeprowadzić się do niej, kiedy ciotka wreszcie zdecyduje się pojawić.
- To przecież nie dzisiaj – zaoponował skołowany. - Na dzisiaj nie byliśmy umówieni. I nie miałem od ciebie żadnego telefonu.
- Jaja sobie robisz?! - Była tak wściekła, że kiedy gwałtownym ruchem wyciągnęła w jego stronę rękę pomyślał, że chce go uderzyć, jednak ona tylko pokazywała mu coś na wyświetlaczu swojej komórki. - A to twoim zdaniem co jest?
Spojrzał na rejestr połączeń wychodzących. Nie mogło być mowy o pomyłce.
- Dwadzieścia cztery! - jęknął zdumiony. - Ale ja naprawdę nie słyszałem! Sprawdzałem dzisiaj telefon i nikt do mnie nie dzwonił!
- No jeśli ja to dla ciebie nikt, to nie mam więcej pytań! - Lubiła czepiać się słówek, czym doprowadzała go do szału.
- Wiesz, że nie o to mi chodzi! - Teraz już on także wydzierał się, nie bacząc na późną porę, ani na to, że stoją w przedpokoju i doskonale słychać ich na klatce schodowej. - Nie miałem dzisiaj żadnych połączeń! Zresztą zaraz ci pokażę!
Ruszył w stronę łazienki, zdecydowany zabrać stamtąd wreszcie telefon i udowodnić jej to, co powiedział. Prawdopodobnie pomyliła się o jedną cyfrę, kiedy wybierała jego numer i przez pół dnia wydzwaniała do jakiegoś Bogu ducha winnego człowieka!
Zanim doszedł do drzwi, te otworzyły się.
Przystanął na chwile, niczego nie rozumiejąc. Przecież były otwarte. Zostawił je otwarte, idąc do salonu, żeby sprawdzić...
O nie! O cholera! Kurwa, kurwa, tylko nie to!
Zabsorbowany kwestią połączeń widmo, zupełnie zapomniał o niezrównoważonej kobiecie, którą zostawił w salonie, a tymczasem ona jakimś sposobem przemknęła do łazienki tak, że nie zauważył jej ani on, ani - co jeszcze dziwniejsze - Daria, która miała doskonały widok na korytarz za jego plecami.
Teraz natomiast upierdliwa włamywaczka ukazała się w pełnej krasie, niemal w dosłownym znaczeniu tego wyrażenia. Owinięta ciasno kusym ręcznikiem wychynęła z łazienki. Pod spodem nie miała niczego. Bezwstydnie eksponowała zgrabne nogi, a ręcznik zawiązała tak, by podkreślał piersi. Kilka kosmyków wilgotnych, lekko potarganych włosów opadło jej na czoło, zniknął także makijaż rodem z filmów o zombie. Bez niego jej twarz wyglądała świeżo i... tak, cholera jasna, niewinnie!
Julian zatrzymał się gwałtownie. Nie miał pojęcia, co robić. Zanim zdążył zareagować, wariatka odezwała się.
- O co chodzi, kochanie? - Obdarzyła go uroczym uśmiechem, a on poczuł, że oblewa go zimny pot. - Dlaczego tak krzyczysz o tej porze? I kim jest ta pani?
Naprawdę chciał coś powiedzieć. Cokolwiek. Wrzasnąć i wywalić stąd tę bezczelną, prawie nagą dziewuchę. Wytłumaczyć Darii, że to nie to, co myśli. Opowiedzieć jej wszystko. Zadzwonić na policję... Nie zrobił nic. Sterczał tylko z głupią miną, a w uszach szumiało mu tak, że ledwie usłyszał Darię. Już nie krzyczała. Stała pośrodku korytarza jej twarz pobladła gwałtownie i zastygła w wyrazie wściekłości i osłupienia.
- Tą panią proszę się nie przejmować – wycedziła z tłumioną furią. - Ta pani już wychodzi.
- Do widzenia! - krzyknęła za nią dziewczyna. - Było mi bardzo miło, proszę zajrzeć jeszcze kiedyś!
Daria trzasnęła drzwiami i zbiegła po schodach, podczas gdy Julian tkwił jak kołek w mieszkaniu. Powinien ją zatrzymać, jakoś wyjaśnić... Ale czy coś takiego w ogóle można wyjaśnić?! Znam ją z tramwaju, włamała mi się do mieszkania i wyskoczyła na ciebie z łazienki prawie goła, tak dla żartu! To zdanie brzmiało absurdalnie nawet w jego myślach.
- Co ty wyprawiasz, pojebana kretynko?! - ryknął, gdy tylko odzyskał głos. - Przecież ona się do mnie już nigdy więcej nie...
Odwrócił się gwałtownie, zdecydowany wylać na sprawczynię zamieszania całą swoją złość, urwał jednak wpół słowa. Dziewczyny w korytarzu nie było.
Pobiegł do salonu, potem do łazienki, ale i tam jej nie znalazł. Mogła być w którejś z dwóch sypialni ciotki, jednak, kierowany przeczuciem, postanowił je pominąć i udać się od razu do swojej klitki.
Siedziała na łóżku i patrzyła na niego wzrokiem bez wyrazu. Zniknął gdzieś ręcznik, a ona sama z powrotem ubrana była w bure, workowate ciuchy, które tak dobrze zapamiętał. Jakimś cudem zdążyła także od nowa zrobić makijaż, a nawet go sobie rozmazać. Wyglądała dokładnie tak, jak wtedy, gdy zobaczył ją po raz pierwszy. Julian stał zdumiony i próbował znaleźć logiczne wytłumaczenie faktu, że swojej metamorfozy dokonała w niecałą minutę.
- Jakim cudem... - zaczął, ale w ostatniej chwili powściągnął ciekawość.
Uznał, że będzie jeszcze czas na dywagacje o błyskawicznym makijażu. Ponownie spróbował przybrać surowy wyraz twarzy. Faktycznie, był wściekły jak nigdy i chciał tę wściekłość wyładować, ale szok przeżyty tej nocy sprawił, że jego własna twarz nie do końca chciała go słuchać. W takich warunkach groźna mina nie wypadła zbyt przekonująco.
- Coś ty zrobiła?! - warknął tylko, choć zamierzał wyrazić się zdecydowanie bardziej dosadnie.
- Zajebiście mi to wyszło, co nie? - odpowiedziała, posyłając mu najbardziej naćpany uśmiech, jaki w życiu widział.
Dziwne, bo mógłby przysiąc, że kiedy wychodziła z łazienki była idealnie trzeźwa. Niecała minuta na przebranie się, umalowanie i zażycie narkotyku? Nie, to było absolutnie niewykonalne!
- Jakie zajebiście, psychopatko cholerna!? Jakie zajebiście?! Ty wiesz, co ty...
- No, ej, jak w filmie! - kontynuowała, ignorując go całkowicie. - Zawsze chciałam coś takiego zrobić!
- I musiałaś to chore marzenie spełnić moim kosztem?
- Wyluzuj – odparła. - Nic się takiego nie stało. Ta laseczka i tak nie była dla ciebie.
- To nie żadna laseczka, tylko moja dziewczyna! Jesteśmy ze sobą cztery lata i zamierzamy... zamierzaliśmy razem zamieszkać!
- To urocze.
- Możesz mi powiedzieć, czego ode mnie chcesz? - zapytał zrezygnowany. - Właściwie to od tego powinniśmy byli chyba zacząć. Prześladujesz mnie, włamujesz mi się do mieszkania... Po co, dziewczyno? Dla zabawy? Chyba nie zamierzasz mnie zaatakować, bo gdybyś zamierzała, zrobiłabyś to już dawno. Zdaje się, że również mnie nie okradłaś. Większość stojących na wierzchu cennych rzeczy jest na swoim miejscu. Raczej nie masz powodów do zemsty, bo jestem pewny, że nie spotkaliśmy się wcześniej. Nie miałem kiedy wyrządzić ci krzywdy. Zresztą po jaką cholerę w ogóle miałbym ci ją wyrządzać? Co, wlepiłem mandat komuś z twojej rodziny, czy jak? To trzeba było mi nasrać na wycieraczkę! To, co teraz odwalasz, to jest gruba przesada! Powiesz mi, po co to robisz?
- Bo obiecałeś się ze mną zaprzyjaźnić!
Znowu to samo. Ciągle to samo. Czuł, że ta rozmowa do niczego nie prowadzi. Wariatka sprowadzała wszystko do tego jednego, głupiego zdania, które wydusiła z niego w tramwaju.
- Daj już spokój, dobra? - warknął. - Ja nie mówię, że nie mógłbym się z tobą zaprzyjaźnić. Może bym mógł, nie wiem... Może, gdybyś była normalna. Ale ty mnie prześladujesz, straszysz, niszczysz mi życie. Tym nie zdobędziesz mojej przyjaźni!
- A właśnie, że tak!
- Dosyć tego! Wynoś się!
- Nie – odpowiedziała spokojnie. - Ja tu teraz zostanę na trochę.
- Że co?! O nie, nigdzie nie zostaniesz! Dzwonię w końcu na policję! Od razu powinienem był to zrobić, a nie wdawać się z tobą w jakieś...
- A dzwoń sobie – przerwała z ostentacyjną nonszalancją. - Dzwoń, to przyjadą i cię zabiorą do czubków. Ja zniknę, wejdę w obraz i tyle mnie będziecie widzieli.
Jezu, pomyślał wstrząśnięty Julian, ona naprawdę myśli, że umie wchodzić w obrazy!
- Bo umiem – odparła spokojnie, choć przecież nie powiedział tego głośno.
A może powiedział? Miał w głowie taki mętlik, że niczego już nie mógł być pewny. Tak, powiedział. Na pewno powiedział!
- Umiem wchodzić w obrazy – powtórzyła. - I nie tylko.
Kilkanaście minut później udowodniła, że faktycznie umie. Nawet, jeśli nie dosłownie wchodzić w obrazy, to przynajmniej ukryć się tak, że ani Julian, ani dwaj policjanci nie byli w stanie jej znaleźć. Czekała spokojnie do przyjazdu policji, od czasu do czasu rzucając jakieś głupie uwagi, a kiedy w końcu przybyli i Julian poszedł otworzyć drzwi, ulotniła się tyleż błyskawicznie, co tajemniczo. Wszystkie okna były zamknięte, a chodnik pod nimi pusty, nie zdecydowała się zatem na karkołomny skok z drugiego piętra.
- Tutaj nikogo nie ma – powiedział jeden z funkcjonariuszy po dokładnym przeszukaniu mieszkania. - Żadnych śladów włamania, mówi pan też, że nic nie zginęło... Czy kobieta, o której pan mówi, nachodziła pana wcześniej?
- Spotkałem ją już dwa razy, ale nie, w domu mnie nie nachodziła. Dzisiaj to był pierwszy raz. Włamała się!
- Powtarzam, nikt się do pana nie włamał. – Zniecierpliwił się policjant. - Nie ma żadnych dowodów, że zostało popełnione przestępstwo. Zapewniam, że dokładnie obejrzeliśmy zamki...
- Ale ona tu była jeszcze przed chwilą!
- Proszę powiedzieć prawdę. Osoba, o której pan mówi jest pana znajomą, prawda? Nie włamała się, sam ją pan wpuścił, a potem, kiedy spotkanie nie przebiegało po pańskiej myśli, zadzwonił pan na policję, żeby ją wystraszyć. Ona wtedy wyszła, ale było za późno na anulowanie wezwania. Tak było?
- Nie!
- W takim razie musimy uznać, że robi pan sobie z nas głupie żarty!
- Nie, naprawdę!
Policjant westchnął.
- Proszę przyjąć dobrą radę. Niech się pan prywatnie rozmówi ze swoją koleżanką...
- O ile ona w ogóle istnieje – dorzucił drugi, który do tej pory nie odezwał się ani słowem.
- Co pan sugeruje? - oburzył się Julian.
- Nic nie sugeruję.
Policjanci pożegnali się i wyszli. Postanowili nie wyciągać konsekwencji z nieuzasadnionego wezwania, poradzili tylko Julianowi nie mieszać więcej policji w swoje osobiste sprawy.
Z jednej strony był oczywiście wściekły, że wyszedł na głupka, z drugiej jednak ucieszył się, że jego nieproszony gość się ulotnił. Zastanawiał się, jakim sposobem mogła opuścić mieszkanie. Przecież nie miał tu chyba żadnych ukrytych korytarzy... Ostatecznie porzucił rozmyślania. Do niczego nie prowadziły, a nie pozwalały w pełni cieszyć się świętym spokojem.
Wziął w końcu telefon z łazienki i poszedł do swojej klitki. Przed wejściem odetchnął głęboko. Jeśli ona tam będzie... Tak, najbardziej bał się tego, że znów zastanie ją na łóżku, że znów napotka jej naćpane spojrzenie i koszmar zacznie się na nowo.
Nie było jej. Pokoik był pusty, oświetlony jedną, niczym nie osłoniętą żarówką, której wcześniej nie wyłączył. Było jasno, swojsko i bezpiecznie. Nareszcie spokój. Wyciągnął się na łóżku, nie wyjmując pościeli i spojrzał na wyświetlacz telefonu, by sprawdzić godzinę. Ku swemu zdumieniu ujrzał powiadomienia o dwudziestu czterech nieodebranych połączeniach od Darii, z których niemal połowa została wykonana przed dwudziestą, kiedy to ostatni raz patrzył na ekran. Wtedy nie było tam żadnych powiadomień, przez cały dzień nie słyszał też, by ktokolwiek dzwonił. To wszystko nie trzymało się kupy.
A zaczęło się, od kiedy ją poznał! Myśli Juliana znów powędrowały ku tajemniczej dziewczynie, choć przecież miał o niej zapomnieć. Ale jak mógł zapomnieć, kiedy wszystko wskazywało na to, że ona właśnie jest kluczem do zagadkowych wydarzeń, zachodzących ostatnio w jego życiu? No i jakim cudem udało jej się uciec przed policją? Zrezygnowany powrócił do nurtującego go tematu, wiedząc już, że nie jest w stanie skupić się na niczym innym. Choć był zmęczony, czuł, że nie zaśnie, dopóki nie znajdzie przynajmniej w miarę wiarygodnego wyjaśnienia tego, co go dziś spotkało.
- Mówiłam ci, że tak będzie.
Tym razem jednak wrzasnął. Zerwał się z łóżka, chwilę potem usiadł na nim, wciąż rozglądając się dookoła.
- Co się dziwisz? Mówiłam, że tak będzie.
Zlokalizował źródło głosu i przez dłuższą chwilę nie mógł uwierzyć własnym oczom. Usilnie wzbraniał się przed przyjęciem do wiadomości, że właśnie przemawia do niego wykonana na modłę egipską, brzydka, kamienna rzeźba. Stała w rogu pokoju, prawdopodobnie zostawiona tu w charakterze jeśli nie śmiecia, to przynajmniej rzeczy chwilowo zbędnej. Julian nie wyniósł jej, bo nie bardzo miał dokąd, poza tym obawiał się, że transportując ciężką ozdobę porysowałby, nie daj Boże, drogocenny parkiet ciotki, bądź też dokonał innych zniszczeń. Takim sposobem duża, bo sięgająca mu do ramienia, figura siedzącego, wychudzonego kota z długą szyją, wielkimi oczami i sterczącymi uszami, tkwiła sobie spokojnie na swoim miejscu w kącie.
Spokojnie - aż do dzisiaj.
Pewnie dałby radę wmówić sobie, że to kolejna sztuczka. Poukrywane mikrofony, głośniki, nadajniki, pluskwy i co tam jeszcze. Znalazłby mnóstwo różnych wytłumaczeń, gdyby nie to, że widział wyraźnie, w pełnym świetle, że koci pyszczek porusza się, artykułując słowa. W przypadku dziewczynki z różańcem mógł winę za to, co widział zrzucić na panujący w pokoju półmrok, który zmylił jego zmysły i pobudził wyobraźnię, jednak tym razem było jasno, a on widział rzeźbę z bliska. Jakiej sztuczki trzeba by użyć, by osiągnąć taki efekt?!
- Mówiłam, że trochę tu teraz zostanę, to znaczy, że zostanę! - ponownie odezwała się rzeźba.
- Jak ty to robisz?! - zapytał Julian. - Kim ty w ogóle jesteś?!
Nie uzyskał odpowiedzi. Dziewczyna najwyraźniej powiedziała już wszystko, co miała do powiedzenia, bo zamilkła i do rana nie kontaktowała się ani osobiście, ani za pośrednictwem żadnych ozdób i bibelotów.
Julian jednak nie zasnął. Nie mógł się już dłużej oszukiwać. Prześladująca go osoba nie była żywym człowiekiem. Była prawdopodobnie duchem... Tylko czego, u diabła ciężkiego, chciał od niego jakiś duch?!
Był wykończony, jednak myśl, że mógłby zostać wyrwany ze snu przez bezcielesny głos, dobiegający z rzeźby, czy, nie przymierzając, z doniczki z kaktusem, nie pozwoliła mu zmrużyć oczu bodaj na chwilę. Czuł, że zjawa wciąż tu jest, że obserwuje go bardzo uważnie. Poczucie jej obecności było tak dojmujące, że rozważał nawet wyjście z tego nawiedzonego domu teraz, natychmiast, ale nie bardzo miał dokąd pójść. Ciemne, opustoszałe ulice nie wydawały się najlepszą opcją, zwłaszcza, że dziewczyna najwyraźniej mogła ukazywać się wszędzie.
Gdy niebo na horyzoncie zaczęło szarzeć, wyszedł z pokoju i udał się do łazienki, zdecydowany jak co dzień wziąć prysznic i wybrać się do pracy. Nie zależało mu aż tak bardzo na wypełnianiu służbowych obowiązków, chciał jednak wyjść do ludzi, przekonać się, że na zewnątrz wszystko jest w porządku, że świat jeszcze nie oszalał.
Przemykał po mieszkaniu jak złodziej, rozglądając się trwożliwie dookoła. Mogła przecież wychynąć z każdego kąta, odezwać się nieoczekiwanie, zmaterializować bez ostrzeżenia tuż przed nim... Nie zrobiła tego. Nie zrobiła niczego. Prawdę mówiąc wyglądało na to, że w tej chwili w ogóle nie było jej w mieszkaniu. Wrażenie czyjejś obecności zniknęło niepostrzeżenie, pozostała tylko niepewność, co tej nocy wydarzyło się naprawdę, a co było tylko halucynacją.
Ponownie zaczął zastanawiać się, czy aby nie zwiodły go zmysły. Możliwe też, że uległ zmyślnej manipulacji. Mimo że w nocy był skłonny bez oporów przyznać, że ma do czynienia ze zjawiskiem nadprzyrodzonym, teraz, w świetle dnia, znów zajął się poszukiwaniem racjonalnego wyjaśnienia, by chwile później dojść do wniosku, że takowe absolutnie nie istnieje. Ale przecież duchów nie ma! Przecież...
Kiedy dotarł do pracy, był już całkowicie skołowany. Nawrzeszczał na pierwszego skontrolowanego pasażera, mimo że ten posiadał ważny bilet, a kiedy Marcin zainteresował się tym niecodziennym wybuchem, nawrzeszczał również na niego. Nastroju nie poprawiała mu także myśl o Darii. Wczoraj, półprzytomny ze strachu, nie był w stanie się z nią skontaktować, ani wymyślić żadnego przekonującego wytłumaczenia nocnej sytuacji. Jednak odkąd wstał, dzwonił do niej już kilkanaście razy. Bez skutku. Nie odebrała, nie odpisywała również na wiadomości. Nie dziwił jej się. Wiedział też, że w końcu i tak będą musieli porozmawiać. Jedno nie ulegało wątpliwości – Daria widziała dziewczynę, ta zatem nie mogła być jedynie wytworem wyobraźni Juliana.
Chwilę później przyszło mu do głowy coś tak szokującego, że aż zastygł bez ruchu tuż przed pasażerem, który właśnie wyciągał w jego stronę bilet. Julian nie patrzył ani na ten bilet, ani na jego okaziciela, który powoli zaczynał się niecierpliwić. W tej chwili zaprzątała go tylko jedna myśl. A co, jeśli Daria to zaplanowała, bo chce się z nim rozstać? Co, jeśli ta dziewczyna to jakaś jej znajoma, albo wynajęta aktorka?
Bzdura, skarcił się w myśli. Wziął w końcu bilet od mocno już zirytowanego pasażera, spojrzał i zwrócił go bez słowa. Nie miał pojęcia, czy bilet był ważny. Wybite na nim cyfry dwoiły mu się i troiły w oczach, zamieniały miejscami i przekręcały do góry nogami. Jestem zmęczony, uznał Julian. Nic dziwnego, po takiej nocy... Jestem zmęczony i mam paranoję.
To oczywiste, że Daria nie zrobiłaby czegoś podobnego! Znał ją przecież dobrze. Gdyby postanowiła od niego odejść, powiedziałaby mu to wprost. Nigdy nie owijała w bawełnę, a co dopiero mówić o uciekaniu się do perfidnych podstępów! Pewnie nie byłoby jej łatwo, ostatecznie wiedziała przecież, jak bardzo by go to zabolało. Jednak z pewnością zdobyłaby się na szczerość. Miała swoje wady, ale nie było wśród nich skłonności do kłamstwa, kombinowania i manipulacji, nie licząc oczywiście nieszkodliwych fochów i drobnych szantaży. To było jednak coś więcej, zmyślnie uknuta intryga. A knucie intryg nie leżało w naturze Darii.
Ponadto, zakładając nawet, że jakimś cudem taki niecodzienny pomysł przyszedł jej do głowy, to przecież wystarczyłaby tylko akcja z dziewczyną w ręczniku. Wpuszczenie kogokolwiek do jego mieszkania nie stanowiłoby dla niej żadnego problemu. Dał jej przecież klucze, wchodziła i wychodziła, kiedy chciała. Choć miał do niej zaufanie i wiedział, że nie zdemoluje mieszkania ciotki, to teoretycznie pod jego nieobecność mogłaby tam bez przeszkód sprowadzić pułk wojska. Więc owszem, gdyby się uparła, byłaby w stanie zaaranżować tę sytuacje. Tylko po co miałaby go jeszcze straszyć? To było już zupełnie niepojęte. Do wykonania sztuczek z obrazem i rzeźbą, potrzebowałaby zdolnego iluzjonisty. Musiałaby mieć też plan, jak niepostrzeżenie ewakuować koleżankę z jego domu i ukryć przed policją... Po co? Po jaką cholerę miałaby coś takiego robić?!
Nie, to z pewnością nie ona. W takim razie...
- Co się z tobą dzisiaj dzieje?! - Pytanie zadane zostało ostrym, napastliwym tonem, w pierwszej chwili pomyślał więc, że to Marcin.
- Nie powinno cię to interesować! - warknął.
Odwrócił się i wreszcie spostrzegł pomyłkę.
- A, to ty – mruknął przepraszająco, widząc Roberta. - Myślałem, że tamten debil. Już raz się do mnie dopieprzył.
- No bo faktycznie, pracujesz dzisiaj prawie tak źle, jak ja.
- Mam gorszy dzień widocznie.
- Znowu?
- Tak, znowu! Masz z tym jakiś problem?!
- Wyluzuj, dobra? - Robert spojrzał na niego jak na wariata. - Ja nie mam żadnego problemu, ale ty najwidoczniej jakiś masz.
- Wczoraj było do mnie włamanie – odrzekł nie do końca zgodnie z prawdą, jeśli wziąć pod uwagę to, co powiedzieli mu policjanci.
- Żartujesz! - Robert wyglądał na naprawdę przejętego. - Coś zginęło?
- Nie, w sumie to nie było takie zwyczajne włamanie...
Zastanawiał się, czy powinien powiedzieć mu o wszystkim. Wczoraj przekonał się, że Robert jest dobrym słuchaczem i można z nim poważnie porozmawiać. Jednak co innego zwierzać się z kłopotów z dziewczyną, a co innego opowiadać niestworzone historie i zarzekać się, że to prawda.
Przerwał rozważania, kiedy doleciał go strzęp rozmowy dwóch pasażerek siedzących w pobliżu.
- Widzi pani, jakie to są mendy! - mówiła jedna podniesionym głosem. - Widzi taki, że tu każdy człowiek uczciwy, że bilet pokazuje, to już nawet nie łaska się przejść i zerknąć, tylko stoi, jak taki sęp i wypatruje ofiary!
Zorientował się, że nie schował identyfikatora. Cholera! Nie no, tu zupełnie nie było warunków do rozmowy!
- Pogadamy po pracy – rzucił tylko w stronę Roberta i niechętnie wrócił do kontrolowania.
* * *
- Kurde, Julian, przepraszam cię, ale to, co mówisz jest...
- Niewiarygodne, wiem! - przerwał sucho.
Spacerowali bez celu brudnymi, wąskimi uliczkami w pobliżu zajezdni. Po wczorajszej pięknej pogodzie nie pozostał nawet ślad. Choć dochodziła dopiero piętnasta, burzowe chmury sprawiły, że zrobiło się ciemno jak pod wieczór. Wyraźnie zanosiło się na deszcz, zatem kiedy mężczyźni dostrzegli betonowy murek pod wiatą niewielkiego, obskurnego sklepiku, ruszyli ku niemu zgodnie, nawet się nie umawiając.
Julian właśnie skończył opowiadać. Zdecydował się opisać wszystko dokładnie tak, jak to zapamiętał. Liczył się z tym, że może zostać wzięty za wariata, jednak podjął ryzyko, tak bardzo potrzebował się komuś wygadać.
Reakcja kolegi nie zdziwiła go. Jeszcze tydzień wcześniej sam odniósłby się podobnie do tego rodzaju opowieści. Jednak nie wyglądało na to, by Robert zamierzał wyśmiać go, bądź uznać za obłąkanego. Nie kwestionował tego, co powiedział mu Julian. Po prostu, podobnie, jak on, starał się znaleźć wyjaśnienie, które pozwoliłoby na wykluczenie udziału nadnaturalnych mocy w ostatnich wydarzeniach.
- Zapewniam cię, że przemyślałem to bardzo dokładnie – powiedział Julian. - Też miałem nadzieję, że to tylko głupi kawał, próba nastraszenia mnie. Nie mam pojęcia, kto mógłby chcieć zrobić mi coś takiego, ale naprawdę wolałbym, żeby to było to, niż...
- Czyli to faktycznie możliwe, że widziałeś... No właśnie, co takiego widziałeś? Ducha? - ostatnie słowo Robert wypowiedział z powątpiewaniem, ale także z nutą strachu w głosie.
Nie wiem, naprawdę. Przysięgam ci, że nie mam pojęcia, co to było! Dziewczynę widziała również Daria, niestety. Chociaż może i w pewnym stopniu na szczęście, bo dzięki temu wiem, że nie zwariowałem i nie wymyśliłem sobie tego wszystkiego. Nawet zakładając, że to, co się działo z obrazem i rzeźbą, było tylko halucynacją, to dziewczyna z pewnością istnieje, czy jest tym duchem, czy też nim, cholera jasna, nie jest.
- Jeśli uznasz, że nie jest, to musisz się poważnie zastanowić nad tym, kto ma do ciebie aż taki żal, że zadał sobie tyle trudu, by cię wystraszyć. Niby nasz zawód nie cieszy się powszechną sympatią, ale to, co ci się przydarzyło, to coś więcej, niż szarpanina w tramwaju. Może jakimś mandatem naprawdę zniszczyłeś komuś życie... W każdym razie możliwe, że masz wroga i to niebezpiecznego, więc lepiej uważaj.
- A jeśli uznam, że jest?
- Że co jest?
- Że dziewczyna jest duchem – wyjaśnił Julian. - Powiedziałeś, że jak uznam, że nie jest, mam zastanowić się nad potencjalnymi wrogami, okej. Ale co, jak uznam, że jest?
- Nie wiem – przyznał Robert. - Duchy nie są moją specjalnością. Prawdę mówiąc do dzisiaj nie zastanawiałem się nawet poważnie nad tym, czy w ogóle istnieją. Może wezwij egzorcystę?
- Egzorcysta nie jest od duchów, tylko od diabła. Od demonów znaczy.
- Mówiłem, nie znam się. - Robert wzruszył ramionami. - Często się słyszy, że ludzie po śmierci wracają jako duchy, kiedy maja na ziemi jakieś nie załatwione sprawy...
- Nawet jeśli, to co ja mam wspólnego z jej nie załatwionymi sprawami?! Mnie one nie mogą dotyczyć, bo ja tej dziewczyny najzwyczajniej w świecie nie znam!
- Ale może ona zna ciebie.
- Jak to: zna mnie? Jest... albo była... moją wielbicielką? Prześladowcą może?
- Pojęcie nie mam. Głośno myślę.
- Czy ja wyglądam na kogoś, za kim latają psychofanki? - zapytał Julian z rozdrażnieniem. - Nie, z całą pewnością nie wyglądam i zapewniam cię, że jak żyję żadnych psychofanek nie miałem. Powodów do prześladowania mnie też nie dostarczam zbyt wielu. Rzadko wypisuję mandaty, bez przerwy gówniarzerii odpuszczam!
- To ja już nie wiem. - Robert skapitulował. - Nie wiem, nie mam pomysłu. Jedyne, co mogę ci poradzić, to żebyś wyjaśnił jakoś tę sytuację swojej dziewczynie, jeśli ci na niej zależy.
- No zależy... - potwierdził niepewnie.
- Ale? - podpowiedział Robert, bezbłędnie rozpoznając ton wypowiedzi.
- Ale... - Zamyślił się. - No właśnie, ale. Ale co ja jej mam, do cholery, powiedzieć?!
- Możesz prawdę – zaproponował kolega. - Tak, jak mnie teraz. Tylko co ja cię będę oszukiwał, ona w to najprawdopodobniej nie uwierzy.
- No co ty powiesz – mruknął Julian ironicznie. - Ona w to z całą pewnością nie uwierzy. I chyba nie będzie w tym nic dziwnego.
- Możesz próbować zmyślić jakąś bajkę o kuzynce...
- O jakiej znowu kuzynce?!
- Jakiejkolwiek. Albo o sąsiadce ze specyficznym poczuciem humoru.
- Tak. - Julian zaśmiał się gorzko. - Zwłaszcza o sąsiadce. Sąsiadka przyszła do mnie w środku nocy i paraduje mi goła po mieszkaniu! Naprawdę pomysłowe wyjaśnienie!
- Mógł jej się zepsuć prysznic.
- Słyszałem, że istnieją kobiety, które uwierzą w każdą bajkę, ale obawiam się, że Daria nie jest do tego stopnia zaślepiona miłością do mnie, żeby łyknąć coś takiego.
- Dobra, kurde, naprawdę nie mam pojęcia, co możesz zrobić w tej sytuacji. To, co mówisz, brzmi, wybacz, głupio. Ale jednocześnie wydaje się, że mówisz serio...
- Mówię serio – zapewnił wściekły Julian. - Mówię bardzo serio!
Robert nie odpowiedział. Patrzył przed siebie, ale zdawał się nie widzieć niskich, ceglanych budynków po przeciwnej stronie ulicy. Wyglądał, jakby rozmyślał, czy potraktować poważnie zwierzenia kolegi, czy też wziąć je za głupi żart, względnie objaw choroby psychicznej.
Jednak nie uznał za stosowne zdradzić, czy i jaką podjął decyzję.
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Ostatni przystanek [kontynuowane]

Post autor: pierdoła saska » 13 lutego 2014, 11:16

INFO: komć do poprzedniej, pierwszej, części. Czytałam i pisałam komentarz niejako offline i dopiero wszedłszy na forum, aby go wrzucić zauważyłam, że spóźniłam się o drobne 11 godzin. :bag: Będę nadrabiać, a tymczasem:


Ni du du nie wiedziałam jak się za ten komentarz zabrać i nadal nie wiem czy robię to we właściwy sposób, ale jakoś trzeba, bo chcę skomentować. Problemem jest czy iść w detal, czy w ogół. Pół na pół?

Pół na pół, to miałam poważny czytelniczy problem w okolicy jednej piątej, jednej czwartej tekstu. Był moment, kiedy miałam wrażenie, że oto narrator wziął wiaderko opisane “nastrój + napięcie” i wlał mi jego zawartość przez ucho do głowy w nadziei, że coś z tego wsiąknie mi w mózg. Bo jedno, to wypowiedź bohatera, jego punkt widzenia, a drugie jak mi narrator siada na głowie. I tak Marcin z tekstem o nasraniu na miejsce i później wyskakujący z “jakiej”, a drugie jak się narrator zapętlał na tym bilecie-nie-bilecie i tak strasznie podkreślał jak to z nim coś jest nie tak i jak bohater robi z nim to a nie tamto i wszystko krzyczało, że tak, mam się totalnie spodziewać powrotu dziewczyny z tramwaju i to będzie taaaakie…

I mnie to męczyło. Po prostu już chciałam, aby stało się co ma się stać, bo jedno że bohater pogrąża się w swojej słodkiej paranoi - to jest ciekawe, bo gapie się mu na mózg - a inne jak ten narrator… tak, powtarzam się. I nie, to nie tak, że narratora tu nie lubię, bo lubię i ma sporo bardzo fajnych momentów - będą w cytatach. Ot w tym tam jednym już mnie zaczął wkurzać wręcz ^^”

Scena z tramwaju nocą na zajezdni jest fajna. Trochę chwilami zbyt rzeczowa jak na mój gust, ale może takie były zamierzenia, by jej przesadnie niemistycyzować (ok, to słowo nie istnieje, ale zupełnie nie mogę wymyślić jak to inaczej nazwać >.<). Podobało mi się w niej za to zachowanie dziewczyny. Przekonało mnie całe to jej proszenie, naleganie i zarazem to samo wzbudziło mocne obawy – takie zwykłe czytelnicze obawy w chwili narastającego napięcia; plus za to! :D jedyne co mam na „ale” to to, że nie było tego uderzenia fabularnego, bo narrator wcześniej już tak mnie na nie przygotował, że nie miało nawet co zaskakiwać.

Końcówka mnie zaciekawiła. Zwłaszcza dwa fragmenty i jestem ciekawa czy były tam one tylko jako wypełniacze tła, czy gdzieś dalej powrócą i historia urośnie. O tak, zdecydowanie jestem ciekawa co dalej :)



Poniżej cytatologia różna:
Julian był zdania, że aby czerpać aż taką satysfakcję z bycia kontrolerem biletów w tramwaju, trzeba chyba mieć od urodzenia spaczony charakter.
:heart:
Zdumiało go, że w tym stanie zachowała na tyle przytomności umysłu, by go skasować. I że w ogóle trafiła w szczelinę kasownika.
a to niekiedy problem w stanie pełnej gotowości do starć z życiem... niech żyje kostka brukowa, dziury itd. xD
- Jakiej... Co?! Podpieprzyłeś bilet pasażerce?! Dobre! - zarechotał głupkowato.
hymmmm HYMMMMM zwłaszcza to "jakiej" Tu poczułam się zaintrygowana :D
Julian przerwał niezbyt pozytywnie nastrajające rozmyślania na temat swoich relacji z kolegą po fachu. Nagle zorientował się, że wciąż trzyma w ręku nieszczęsny bilet zabrany pannie z tramwaju. Rozejrzał się za koszem na śmieci, żadnego jednak nie dostrzegł. Zdawał sobie sprawę, że tej okolicy niewiele mogło zaszkodzić a już na pewno nie jeden mały papierek, jednak z jakiegoś powodu nie wyrzucił go, tylko wsunął do kieszeni spodni.
A to jest pierwsze miejsce, gdzie uderzyła mnie pewna niesubtelność narratora
W nagłym odruchu obrzydzenia zamierzał ją wyrzucić, jednak w ostatniej chwili zmienił zdanie i szybko włożył papierek z powrotem do kieszeni. Czuł się, jakby robił coś złego.
Tu zaś zabawa z tym świstkiem papieru zaczęła mnie zdeczka irytować. Mam wrażenie, że za bardzo starasz się skupić moja uwagę na nim... Jedno, że bohater w myślach jest na niej zafiksowany, drugie, że narrator robi się upierdliwie nachalny na własną rękę.
Może to światło z jakiegoś zapasowego generatora?
ummmm emmmm yyyyy... generatory nie świecą. Tak z zasady. Jak świecą, to chyba należy podejrzewać, że były chłodzone wodorem i właśnie są w połowie wybuchu. No chyba ze diesle, ale te tez nie świecą, póki nie zdecydują wybuchnąć. Znaczy może miałaś na myśli "generator światła" cokolwiek by to było, brzmi dziwnie i nie pasuje mi. Po prostu nie i pewnikiem dużo robi tu fakt, że z generatorami mam bardzo dużo do czynienia na co dzień.
- O żesz kur... O ja pier...!
<3 :c[]:
„ Nie wyjdziesz stąd nigdy”,
spacyja?
- Bo oni wykonują swoją pracę jawnie – dokończyła z naciskiem. - A ty się ukrywasz, stwarzasz atmosferę paranoi i jesteś opresyjny!
Mocne @_@
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 134
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Re: Ostatni przystanek [kontynuowane]

Post autor: nuklearna_wiosna » 16 lutego 2014, 02:18

Bilbo, bardzo dziękuję za przydatny komentarz.

Na tego nieszczęsnego narratora trzeba zwracać mi uwagę. Niby tekst w założeniu ma wykorzystywać ograne chwyty z horrorów, więc jeśli chodzi o środki wyrazu, na rewolucyjność nie ma co liczyć. Ale w żadnym razie nie ma to być parodia i nie stawiam na przesadę, więc jeśli narrator jeszcze gdzieś jest zbyt nachalny i przemocą wtłacza czytelnikowi tajemniczość o gardła, to mówić proszę, krzyczeć, wrzeszczeć, bo sama nie zauważę, nawet, jak przejrzę tekst pod tym kątem. Do tego potrzeba spojrzenia z zewnątrz.

Ciekawi mnie, cóż to za dwa fragmenty Cię zaintrygowały. Lubię wiedzieć takie rzeczy. Dzięki temu pilnuję, żeby kierować ciekawość czytelnika w odpowiednią stronę i nie rozwodzić się zanadto nad niepotrzebnymi kwestiami. Może się zdarzyć, że niechcący zupełnie (nie celowo, dla zmylenia tropu) mocniej zaakcentuję coś, co nie będzie miało potem żadnej kontynuacji, czytelnik się nakręci i będzie rozczarowany, a ja nie będę wiedziała, o co mu właściwie chodzi ;)
Wiem, że nie każdy lubi się dzielić domysłami, więc nie naciskam, ale jeśli to możliwe, chętnie się dowiem, co takiego przykuło Twoją uwagę.

A z tym generatorem to ładnie dałam ciała! :bag: Jest to niefortunny skrót myślowy, bo nawet ja, nie mając kontaktu z żadnymi generatorami wiem, że one fizycznie oczywiście nie świecą! Nie chodziło o to, że światło z niego emanuje, ale że on, według przypuszczeń bohatera, gdzieś tam może być i generować prąd,dzięki temu świeci światło. Muszę to przeformułować, bo wyjdzie na to, że ja i/albo mój bohater uważamy, że generator świeci, a aż tak źle ani ze mną, ani z Julianem jeszcze nie jest :D
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

Awatar użytkownika
AlpenGold

Re: Ostatni przystanek [kontynuowane]

Post autor: AlpenGold » 17 lutego 2014, 00:10

Część 1.
SpoilerShow
Zawsze zrywał się z roboty [przecinek] kiedy chciał, nic nikomu nie mówiąc.
Takie rozumowanie jednak również nie pomagało i Julian zmuszony był przyznać, że wykonując ten zawód [przecinek] mija się z powołaniem na całej linii.
Z podwójną mocą uświadomił sobie [przecinek] jak bardzo jest zmęczony i jak bardzo nienawidzi tej pracy.
Otworzyła oczy i spojrzała na niego bezmyślnie.
Będę się czepiać, ale czy do końca o to Ci chodziło? Bezmyślnie, czyli bez udziału woli, nie zdając sobie z tego sprawy. Nie wiem, to tylko moje przypuszczenia, ale nie chodziło Ci bardziej o wyraz jej twarzy, spojrzenie, żeby to było bezmyślne, a nie wykonana przez nią czynność?
Pracowali razem wystarczająco długo, by Julian zdążył przyzwyczaić się do niewyszukanego poczucia humoru kolegi, nie reagował zatem.
Zdanie dobre takie, ale yodą mistrzem zabrzmiało. [kulawo wyszło, nie mam skilla do tego ;/ ]
Właściwie to nie wiem, czy tak jest dobrze. xD Dziwnie brzmi to "zatem" na końcu. Ale ˜˜jak to mówią – wolnoć Tomku w swoim domku. :D
- Dobra – westchną[ł] w końcu. - Ja idę. Do jutra.
To, co dostrzegł kątem oka, gdy chował sfatygowany świstek [przecinek] wzbudziło w nim cień niepokoju [przecinek] a przy dokładniejszych oględzinach mógł z całą pewnością stwierdzić, że coś tu było ewidentnie nie tak.
Wziął go wtedy do ręki i trzymał do tej pory, więc jakim cudem teraz spoglądał na zwykły skrawek białej kartki, umazany z jednej strony czymś ciemnym, co po chwili, ku swemu przerażeniu, zidentyfikował jako krew?!
Się zachowuje jak nieuświadomiony. :roll: No panna się pomyliła i dała mu nie to, co trzeba... :|
Gdy wysiadał z tramwaju [przecinek] ona właśnie ponownie zapadała w sen.
Nie, tej dziewczyny nie mogło tu być [przecinek] a brudna kartka nie była nigdy niczym innym, jak tylko brudną kartką i wyłącznie jego rozkojarzenie sprawiło, że wziął ją za bilet.
Nie przebierając w słowach [przecinek] wymamrotał pod nosem, co sądzi o Marcinie, motorniczym, o pasażerach i w końcu o sobie samym, bo ostatecznie przecież należało się powstrzymać i nie zasypiać w tramwaju!
A to, że kierowca, odstawiając pojazd na tor postojowy, w ogóle go nie zauważył, że ktoś śpi w wagonie było wręcz niepojęte!
To nie zauważył jego, czy że ktoś śpi? :P
Przeszedł go dreszcz, niemający nic wspólnego z panującą w wagonie skądinąd nie najwyższą temperaturą.
Ja bym to potraktowała jako wtrącenie i oddzieliła przecinkami.
Myśl, że wcale nie znajduje się w zajezdni była zbyt niepokojąca, by wprost dopuścić ją do świadomości, dlatego Julian desperacko szukał jakiegoś oczywistego wytłumaczenia, jednak ta sytuacja wyraźnie przerastała racjonalizatorskie zdolności jego, zwykle przecież zdyscyplinowanego, umysłu.
Jak głoszą słowniki – słowo racjonalizatorski dotyczy osoby ulepszającej coś. Chodziło Ci pewnie o racjonalne myślenie. Ale użycie słów "racjonalny" i "umysł" to tak trochę masło maślane, bo właśnie racjonalność/racjonalizm polega na tłumaczeniu zjawisk za pomocą rozumu, czyli właśnie umysłu. Tak przynajmniej myślę.
Musiała drzemać spokojnie przez cały czas [przecinek] a on zwyczajnie nie zwrócił uwagi, zajęty próbą zrozumienia sytuacji, w której się znalazł.
Dziewczyna wpatrywała się w niego nieruchomo [przecinek] a jedno spojrzenie w jej oczy pozwoliło Julianowi stwierdzić, że znowu była pod wpływem narkotyków.
Julian odetchnął spokojniej [przecinek] sądząc, że zasnęła, jednak jego ulga okazała się przedwczesna.
To wariatka, pomyślał [przecinek] czując, jak ogarnia go strach.
I taka mała sugestia: Skoro zrobi się sporo przecinków po sobie to mogłoby być równie dobrze "czując ogarniający go strach".
- Myślę, [tu z kolei zbędny przecinek] – powiedziała wolno - że bylibyśmy dobrymi przyjaciółmi.
Prowokowanie wariatki, przebywając z nią w zamkniętym pomieszczeniu [przecinek] nie wydało mu się najlepszą opcją.
- Więc zgadzasz się? - zapytała [przecinek] wpatrując się w niego uważnie a szaleństwo w jej oczach ani myślało znikać.
Zapytany, dlaczego szuka dziewczyny, z którą nie chce mieć nic wspólnego [przecinek] zapewne nie umiałby odpowiedzieć.
Nie bardzo wiedział, co na to odpowiedzieć, zwłaszcza że z większością jej argumentów [w] głębi duszy się zgadzał.
Spojrzał na wyświetlacz telefonu, [kropka? :P ] Cyfry elektronicznego zegarka przeskoczyły właśnie z dziewiętnastej pięćdziesiąt dziewięć na dwudziestą.
W dzień zdawali się tylko sunąć jak widmowe cienie po tej paskudnej okolicy, stanowiącej jakby wersję demo post apokaliptycznej rzeczywistości.

Razem.


Część 2.
SpoilerShow
Patrząc w zwierciadło [przecinek] widział zatem odbijający się w nim korytarz i - również otwarte - drzwi do obszernego salonu naprzeciwko.
Julian nienawidził tego mieszkania. Należało do jego ciotki, która z sobie tylko znanych powodów wyraziła życzenie, by to właśnie Julian się nim zaopiekował podczas jej nieobecności.
Pokoje o wysokich sufitach wdawały mu się zbyt duże i zimne, a wrażenia przytulności nie udało się ciotce uzyskać nawet za pomocą wszechobecnych koronek i kwiecistych zasłon, narzut, [bez przecinka] oraz abażurów, do których miała najwyraźniej słabość.
W salonie i dwóch sypialniach dominowały brązy, róż, [bez przecinka] i purpura, przetykane okazjonalnie zgaszoną zielenią.
Wiedział, że jedna drobna zmiana pociągnęłaby za sobą następne, aż w końcu ciotka powróciłaby z kolejnego sanatorium cudownie ozdrowiała, tylko po to, by paść na zawal [ł? :P ] w progu, nie poznawszy własnego mieszkania.
Jednak, pomijając może usuniecie [ę] wszystkich ozdób, na których były kwiatki, nie zrobił tam żadnej większej rewolucji.
Ponownie spojrzał przez ramię i tym razem nie zdziwił się nawet, widząc, że miejsce, w którym przed chwilą stał tajemniczy intruz [przecinek] jest puste.
Schowanie się, gdy patrzył wprost i wyjście, gdy odwracał się do lustra nie powinno nastręczać szczególnych trudności, ale w tempie, jakie narzucił, podobne manewry był się nie udały.
Sprawdził jeszcze [przecinek] czy lustro nie wisi pod żadnym nienaturalnym kątem, pozwalającym na odbijanie czegoś, czego normalnie z tego miejsca nie widać, jednak nic takiego nie zaobserwował.
Nie zmieniła się temperatura, [bez przecinka] ani zapach w pokoju.
Pozostała tak przez dłuższą chwilę, po czym gwałtownie je otworzyła [przecinek] a jej uśmiech niepostrzeżenie stał się jeszcze bardziej ironiczny.
Dzwonię na policje [ę] i do szpitala, niech się tobą zajmą!
Teraz już on także wydzierał się, nie bacząc na późną porę, ani na to, że stoją w przedpokoju i doskonale słychać ich na klatce schodowej.

Coś tu jest z szykiem. T~T Na początku. "Teraz już on także wydzierał się", coś jest, nie? :P Zmieniłabym na coś w stylu "On teraz już także się wydzierał", ale można również inaczej pokombinować.
Prześladująca go osoba nie była żywym człowiekiem. Była prawdopodobnie duchem...
Nie wiem, naprawdę.[...]

Od tego zdania to chyba wypowiedź, więc należy postawić pauzę.
Często się słyszy, że ludzie po śmierci wracają jako duchy, kiedy maja [ą] na ziemi jakieś nie załatwione sprawy...


Takie tam uwagi, to na górze. Nie przejmuj się ilością, w większości, jak już pewnie zdążyłaś zauważyć, są to błędy interpunkcyjne.
Cały czas zastanawiam się, czy wybór zawodu kontrolera biletów jest zamierzony, czy przypadkowy. XD A kiedy czytam o Julianie, przed oczami staje mi taki facet, który kontroluje mi często bilety. Powinien mnie już znać, serio. T~T
Wracając, zastanawiam się, czy jego praca ma coś wspólnego z przeszłością dziewczyny. No bo kurczę, czy można aż tak znienawidzić kanara, żeby mu się naprzykrzać po śmierci? XD Zresztą... w sumie, nie wiem, czy dziewczyna żyje, czy nie. Z pewnością człowiekiem nie jest, ale kto wie, co tam poza nami żyje i co/kto właśnie zagląda mi przez ramię. :P
Dobra... zbaczam z tematu. Powiem krótko: do tej pory bardzo mi się podoba, ale (no nie może być tak idealnie :P ) przeszkodziła mi jedna rzecz. Dokładniej ten moment, kiedy przyszła Daria. Zanim doszłam do momentu, gdy dziewczyna wyszła z łazienki, pomyślałam sobie, że zabawnie by było, gdyby ona wyszła nagle na wpół rozebrana z sypialni Juliana, ale zaraz potem pomyślałam, że to by było jednocześnie takie... nie pasujące do klimatu. A ten bardzo mi się podoba, zwłaszcza w tych momentach "paranoi" Juliana, gdy zastanawia się, czy to co widzi to prawda, czy fikcja, czy jest chory psychicznie, czy też jedynie zmęczony. No i właśnie ten numer z dziewczyną ostatecznie mi się nie spodobał.
Niemniej, podobają mi się również Twoi bohaterowie. O dziewczynie nie muszę wspominać, powiem tylko, że najlepsza jest wtedy, gdy mówi w sposób opanowany albo kiedy się powtarza... Brr, aż mam ciarki. :D Takie rzeczy działają na wyobraźnię. Pomimo niej, najbardziej intryguje mnie Robert. On coś wie! :D Za łatwo uwierzył w to, że Julian mówi prawdę, za łatwo się zaprzyjaźnili... No i to, że olewa robotę, a nadal ją ma. Przecież w naszym kraju długo taki by się nie utrzymał, bo każdy musi robić za pięciu. :D Tylko nie wiem, gdzie w tym wszystkim i w jaki sposób umieścić Marcina, a skoro wprowadziłaś taką postać, to zapewne masz wobec niej jakieś plany... No chyba że to taki ostatnioplanowiec, ale jakoś śmiem w to wątpić. :D
W przeciwieństwie do tego, co napisała Marsza (o narratorze), mi to nie przeszkadzało, aczkolwiek naiwność (jeśli można to tak nazwać) Juliana była nieco uciążliwa. Ja wiem, że jak się dzieje coś, co wykracza poza nasze rozumienie, to za wszelką cenę staramy się to jakoś racjonalnie wytłumaczyć. Przynajmniej uważam, że większość ludzi tak ma. Ale irytujące było to, że ona wylazła z łazienki czyściutka i pachnąca, a minutę później siedziała na fotelu taka jak, z kolei, trzy minuty wcześniej. Przecież tego nie da się w żaden sposób wytłumaczyć, zwłaszcza jeśli miała taki osobliwy makijaż. xD To już było lekkie przegięcie i sprawiło, że zamiast poczuć jakiś niepokój, pomyśleć, że coś jest nie tak, chciałam się zaśmiać. :|
Jeśli chodzi o akcję, to jest w porządku. Tam gdzie potrzeba przyspiesza i w odpowiednim momencie zwalnia, żeby móc zastanowić się nad tymi szarymi blokami w naszym kraju. :P Chwila wytchnienia od głównego wątku jest zawsze potrzebna.
No i w ogóle to nie wiem, co mam jeszcze powiedzieć. Chyba tylko to, że chcę więcej. :tanczy:

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Ostatni przystanek [kontynuowane]

Post autor: pierdoła saska » 17 lutego 2014, 07:26

Czytam dalej, tymczasem kawałki, które mnie zaintrygowały - oj lubię ja sobie rozprawiając nad tekstem, tylko nie każdy taką moją gdybologię lubi. No ale do sedna. Po pierwsze sam ten zawias w rozmowie w tramwaju, gdzie na pierwszy rzut coś nie gra, po czym szybko dociera, po której stronie jest coś nie tak. :) Drugie miejsce, które wybitnie pociągnęło moją wyobraźnię, to rozważania o tym ile to Robert już pracuje jako kanar. W sumie można jeszcze wyróżnić trzeci moment, litanię wyrzutów Darii, bo coś jest dla mnie tam nie tak jak w reszcie tekstu;bardzo się wybija i zwraca uwagę. :)
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Ostatni przystanek [kontynuowane]

Post autor: Siemomysła » 28 lutego 2014, 11:24

Przeczytałam wreszcie część drugą. Przepraszam, że tak długo musiałaś czekać. Mam dobre usprawiedliwienie - czytałam "Złego" na wyzwanie czytelnicze, a to dłuuuuga książka jest ;)

Teraz nadrabiam tyły na forum.

Spoiler przygotowałam pod linkiem Ostatni przystanek - część druga

Może można to uznać za lenistwo, ale ja wolę wierzyć, że to dlatego, że łatwiej przelatywać komcie na marginesach, mając cały tekst przed oczami, niż wyłuskiwać uwagi do pojedynczych zdań. O!

Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko takiej formie. Nie masz?

Powiem Ci, że zaczęłam się przyzwyczajać do sposobu opisywania faktów przez Juliana. Uświadomiłam to sobie dokładnie w tym momencie, gdy przeczytałam zdanie:
Tym razem jednak wrzasnął.
On taki po prostu jest i już. Emocje podaje na chłodno.

A ja jestem ciekawa, co dalej, jaki jest związek dziwnej ciotki z tym wszystkim i kim tak naprawdę jest dziewczyna.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 134
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Re: Ostatni przystanek [kontynuowane]

Post autor: nuklearna_wiosna » 02 marca 2014, 12:44

Wrzucam wreszcie trzecią część. Fragment długi, nawet, jak na moje możliwości, ale chciałam urwać akurat w tym momencie. Tych, co czekali z niecierpliwością na kontynuację (cóż za optymistyczne założenie, że tacy są! :D) przepraszam serdecznie, że tak późno, ale miałam duchy w komputerze i w ogóle okres sturm und drang. Ten ostatni trwa, niestety, ale duchy sprawiają wrażenie, jakby się wyniosły, zatem oto jest... Część 3 z 4



* * *
Darii nie było w domu. Znaczy prawdopodobnie była, ale nie chciała otworzyć. Julian, idąc do niej, ułożył sobie całą przemowę. Postanowił powiedzieć jej prawdę i zaproponować, by przez kilka dni pomieszkała z nim w nawiedzonym domu ciotki i sama spotkała dziewczynę. Był skłonny czekać całe noce na pojawienie się zjawy, byle tylko Daria mu w końcu uwierzyła. Miał nadzieję, że nawet, jeśli jego wyjaśnienia nie zabrzmią wiarygodnie, to chociaż wzbudzą jej ciekawość na tyle, by zgodziła się zrealizować ten pomysł.
Z drugiej strony mnóstwo rzeczy mogło nie wypalić. Duch, choć trudno było się z nim dogadać, najwyraźniej miał jakiś cel i konsekwentnie do niego dążył. Świadomy obecności Darii mógł nie ukazać się wcale, lub uknuć intrygę, która pogrążyłaby Juliana ostatecznie. Zakładając oczywiście, że już nie był pogrążony ostatecznie. No ale nie miał innego pomysłu.
Dobijał się do mieszkania Darii przez kilkanaście minut. Najpierw prosił, żeby otworzyła drzwi, potem zaś, na wypadek, gdyby była w domu i słyszała, co mówi, wyłożył jej swój plan. Nadal nie było reakcji, aż wreszcie zirytowana sąsiadka przepędziła go z klatki schodowej. Powydzierał się jeszcze chwilę pod blokiem, lecz i to nie przyniosło żadnego efektu. Z rzucania kamieniami w okno zrezygnował. Dużymi się bał, a małe nie dolatywały na wysokość trzeciego piętra. Jednocześnie cały czas dzwonił do Darii na komórkę. Rzecz jasna i tu niewiele wskórał. Nagrał się tylko na automatycznej sekretarce, ponownie opowiadając o pomyśle na udowodnienie swojej niewinności i poprosił, by oddzwoniła.
Ostatecznie wrócił do domu kompletnie zdołowany. W dodatku czuł się głupio, bo kiedy minął mu już bojowo-desperacki nastrój, który ogarnął go przed blokiem, uświadomił sobie, że wrzeszczał na całe gardło i z pewnością słyszeli to wszyscy sąsiedzi Darii. Teraz prawdopodobnie mają go za obłąkanego i nawet trudno mieć do nich pretensje z tego powodu.
Teraz, leżąc już we własnym łóżku, rozmyślał o tym, jak bardzo się zbłaźnił. Przecież po czymś takim Daria na pewno nie będzie chętna do pojednania. Zastanawiał się, co zrobić, żeby chociaż zechciała go wysłuchać, jednak znał ją na tyle, by wiedzieć, że równie dobrze mógłby się nie zastanawiać. Chyba w całym wszechświecie nie istniała siła zdolna zmusić Darię do czegoś, na co nie miała ochoty.
Tak czy owak wolał jednak zastanawiać się nad naprawieniem relacji ze swoją dziewczyną, niż leżeć tak w ciemności i dygotać ze strachu. Rozważał możliwość zaśnięcia przy włączonym świetle, ale nie dał rady. Drażniło go, rozpraszało, zatem zgasił je i pełen obaw położył się do łóżka, od stóp do głów owinięty kołdrą, jakby faktycznie miało go to ochronić przed duchem. Chociaż... skoro nie pojawił się do tej pory, to może już nie przyjdzie...
Julian wracał do domu pełen obaw, ale upiornej dziewczyny tam nie zastał. Żadna z salonowych ozdób nie wyglądała podejrzanie, nie rozlegały się dziwne dźwięki a lustra odbijały jedynie rzeczy realne. Tak było przez cały wieczór, tak było i teraz, choć już jakiś czas temu minęła północ. By nie wytrącać się ze stanu względnej równowagi, próbował myśleć o wszystkim, tylko nie o zjawie. Niestety, absolutnie każdy temat, jakim usiłował zająć czekający na sen umysł, ostateczne generował zawsze to jedno niepożądane skojarzenie. Zmuszanie się do nie myślenia zmęczyło go do tego stopnia, że w końcu osunął się w ciężki sen pełen szeptów i cieni majaczących gdzieś na granicy widzialności.
Wiedział, że wróciła. Wiedział, zanim jeszcze zdążył się rozejrzeć. Po prostu obudził się i miał pewność.
Stała nieruchomo koło łóżka i patrzyła na niego. Choć w tej ciemności trudno było dostrzec cokolwiek, nie miał wątpliwości, że ona akurat widzi go doskonale. On sam rozróżniał jedynie ciemniejszą, nieforemną plamę i... tak! lekko jarzące się czerwienią punkciki oczu! Leżał bez ruchu, mając rozpaczliwą nadzieje, że wciąż śni. Wtedy zjawa uśmiechnęła się. Ciemność pękła, tworząc biały kształt poziomego półksiężyca, niczym jakaś upiorna parodia Kota Dziwaka z „Alicji w Krainie Czarów”.
Julian krzyknął chrapliwie budząc prawdopodobnie śpiących za ścianą sąsiadów. Odruchowo chciał wyciągnąć rękę w stronę nocnego stolika i włączyć stojącą na nim lampę, jednak szczerząca się upiornie ciemność znajdowała się po tej samej stronie łóżka. Nie chciał dotknąć tego czegoś. O ile w ogóle było czego dotykać.
Jednocześnie nie mógł tak leżeć i wrzeszczeć do skończenia świata. Przebiegł po łóżku, uważając, by zeskoczyć z niego w miejscu, gdzie mrok nie miał już tej smołowatej gęstości. Dopadł włącznika przy drzwiach i zapalił światło.
Dziewczyna stała tam, gdzie się jej spodziewał. Wyglądała jak zwykle. Nie była nieforemna, jak czarna plama, która chwilę wcześniej tak go przeraziła. Jej oczy nie jarzyły się niepokojącą czerwienią, nie pozostał też nawet ślad po groteskowym uśmiechu.
- Może i nie wyglądam, jak milion dolców, ale nie ma powodu się tak od razu drzeć – odezwała się apatycznie.
- Nie drę się – mruknął urażony, co nie było odpowiedzią ani inteligentną, ani, tym bardziej, zgodną z prawdą. - Co to było przed chwilą?
- Co było? Nic nie było przed chwilą! Czego ty ode mnie chcesz?
- Ja czego chcę?! No żeż jasna cholera! To ty włazisz mi do mieszkania bez uprzedzenia, jak do obory, o każdej porze dnia i nocy! Straszysz mnie, rujnujesz mi życie osobiste i jeszcze twierdzisz, że to ja czegoś chcę?! To ty najwyraźniej czegoś chcesz, tylko za cholerę nie wiem czego, więc może mi po prostu powiedz i miejmy z głowy tę całą szopkę!
Usiadł ciężko na łóżku i wyczekująco wpatrzył się w dziewczynę. Ta stała wciąż w tym samym miejscu z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Ja chcę się tylko zaprzyjaźnić – odpowiedziała spokojnie.
- Nie! Mówiłem ci już, że nie będziemy się przyjaźnić! Ja się nie przyjaźnię z...
- Z? - Dostrzegła jego wahanie. - No, z kim?
- Z... no bo... przecież ty...
- Co: ja?
- Przecież ty nie jesteś żywa!
Spojrzała na niego autentycznie zdumiona, jakby to, co powiedział, było dla niej zupełną nowością.
- Nie jestem... Jak to?!
Ta rozmowa przekroczyła już granicę absurdu i robiła się coraz bardziej surrealistyczna.
- Potrafisz pojawiać się i znikać, kiedy chcesz, wchodzić w rzeźby i obrazy, zmienić wygląd w minutę i straszyć mnie świecącymi oczami i potwornym uśmiechem – wyjaśnił najspokojniej, jak umiał. - Czy żywi ludzie coś takiego potrafią?!
- Jak tak teraz mówisz... to chyba nie – uznała. - Faktycznie. Nie potrafią!
- Jesteś duchem?
- Duchem? Tak, to możliwe. Może jestem duchem. To brzmi rozsądnie.
- Ty nie wiesz, czy żyjesz, czy nie?! - upewnił się.
- No wiesz – odparła lekko zakłopotana. - Zauważyłam, że coś się zmieniło, ale wiesz, na fazie różnie bywa. Myślałam, że to ten towar. Ogólnie tak średnio kontaktuję...
O Jezu! Jezu! Ona umarła naćpana i... i tak jej zostało! Dlatego trudno się z nią dogadać! Ta dziewczyna jest niewątpliwie istotą nadprzyrodzoną, ma umiejętności niedostępne dla śmiertelników, w dodatku nie myśli logicznie, więc nie sposób zgadnąć, jakimi kieruje się motywami. Prawdopodobnie jest zdolna do wszystkiego, tylko nie bardzo wiadomo, w imię czego!
- Słuchaj – powiedział, czując się naprawdę idiotycznie. - Słuchaj, skup się. Najprawdopodobniej hm... nie żyjesz.
- Rozumiem – rzekła z powagą.
- Spróbuj sobie przypomnieć... znaczy... hm... Pamiętasz, jak umarłaś?
- Nie pamiętam. - Westchnęła ciężko. - Niczego sobie nie mogę przypomnieć.
- Wiesz chociaż, jak masz na imię?
- Kornelia – odpowiedziała natychmiast.
Nie potrafił zgadnąć, czy powiedziała prawdę, czy też to było po prostu pierwsze imię, jakie przyszło jej do głowy. Nie pasowało mu do niej, ale nie zamierzał się kłócić. Niech będzie Kornelia.
Zadał jeszcze kilka pytań, ale nie dowiedział się niczego istotnego. Jeszcze bardziej wytrąciło go to z równowagi. Ostatecznie nawet naćpany człowiek powinien chyba pamiętać własne nazwisko! Kornelia nie pamiętała. Wyglądała, jakby naprawdę usilnie próbowała sobie przypomnieć, jednak skończyło się na tym, że podała kilka całkowicie różnych, a na koniec dodała, że „to może któreś z tych”. Zapamiętał wszystkie, chociaż nie sądził, by faktycznie miały mu się przydać.
Chciał także dowiedzieć się od niej, jakie narkotyki zażywała, by sprawdzić, czy faktycznie tylko one są odpowiedzialne za jej dziwaczne zachowanie. Zupełnie nie znał się na duchach, ale pomysł, że narkotyk, będący substancją chemiczną podziałał na niematerialną duszę wydawał się absurdalny. Możliwe, że zadziałał tu jeszcze jakiś inny czynnik. Myśl o ewentualnym „szoku pośmiertnym” wywołała u niego coś na kształt ponurego rozbawienia, jakkolwiek paradoksalnie by to nie brzmiało. Ale i tutaj nie trafił na żaden istotny ślad. Dziewczyna nie pamiętała, że brała. Pamiętała uczucie bycia na haju, ale samego momentu zażywania czegokolwiek nie potrafiła odtworzyć, nie mówiąc już w ogóle o zidentyfikowaniu substancji.
Pytana o rodzinę, przyjaciół, znajomych, miejsce zamieszkania, kręciła tylko głową i rozkładała bezradnie ręce. Właściwie to w tej chwili wyglądała jak zwykła młoda kobieta. Zmęczona, zagubiona, może nawet zrozpaczona, jednak całkowicie normalna. W innej sytuacji pewnie by jej współczuł, jednak zdążył ją poznać na tyle, by wiedzieć, że nie powinien dać się zwieść pozorom. Aż za dobrze pamiętał, jak w jednej chwili z premedytacją pozbyła się Darii z jego życia. Wiedział, że jest zdolna do wszystkiego, a jej cel to najwyraźniej kontrolowanie go i zaanektowanie dla siebie w ramach jakiejś chorej przyjaźni, którą uroiła sobie w ciemnościach tramwajowego wagonu.
Sensu to wszystko nie miało za grosz.
- Wyjdź stąd – rzekł z rozdrażnieniem, kiedy dotarło do niego, że nie uzyska od niej żadnych przydatnych informacji. - Chcę spać!
- To śpij!
- Nie mogę! Jak mam spać, kiedy jakieś straszydło dynda mi nad głową?!
- Pierdol się! - wrzasnęła tak, że aż podskoczył. - Przed chwilą się dowiedziałam, że jestem martwa! Nie chcę być teraz sama!
- To jest chore – mruknął bardziej do siebie, niż do niej. - Pieprzona tragikomedia. To się nie może dziać naprawdę!
Jak to powiedział Robert? Niezałatwione sprawy? Skąd ja mam niby wiedzieć, jakie ta wariatka ma niezałatwione sprawy, skoro ona sama tego nie wie?!

- Nie możesz spać, bo nęka cię duch – podsumował jego opowieść Robert, kiedy po pracy siedzieli w barze, a Julian przysypiał nad kuflem piwa.
- Nęka mnie niezrównoważony, naćpany duch z amnezją pośmiertną – sprostował.
- Mówisz, że nie zdawała sobie sprawy z tego, że nie żyje?
- Nie wiem. Tak to wyglądało, ale diabli wiedzą, czy mówiła prawdę. Może znowu w coś gra. W każdym razie nie mogłem oka zmrużyć. Nawet próbowałem, ale sama myśl, że ona siedzi obok... - Wzdrygnął się na to wspomnienie.
- Nie będzie łatwo ustalić, kim ona jest... znaczy... była.
Robert chyba powoli zaczynał przyzwyczajać się do myśli, że jego kolega padł ofiarą istoty z zaświatów, jednak wciąż zaznaczał, że traktuje taką interpretację jedynie, jako hipotezę.
- I tak nie masz żadnego punktu zaczepienia – mówił. - A od czegoś przecież trzeba zacząć, więc pomysł z duchem jest równie dobry, jak każdy inny. Może nawet lepszy, bo w takim wypadku można formułować nawet bardzo śmiałe teorie. Załóżmy, że ona chce za twoim pośrednictwem załatwić jakąś sprawę, której nie zdążyła załatwić osobiście – kontynuował, zapalając się do tematu. - Zadałeś sobie pytanie, dlaczego akurat za twoim pośrednictwem?
- A co? Masz jakieś wątpliwości? Jasne, że sobie zadałem. Dziesiątki razy sobie zadałem!
- I co?
- Wiesz przecież, że nic. Ja jej nie znam. Ile jeszcze razy mam to powtórzyć?!
- Więc może po prostu potrzebowała jakiegokolwiek pośrednika i padło na ciebie. Albo... zaraz... tak! Ty prawdopodobnie dobrze znasz jakąś osobę, do której ona ma interes! Chodzi o to, żebyś coś komuś przekazał!
Uśmiechnął się triumfalnie, ale Julian błyskawicznie sprowadził go na ziemię.
- To się kupy nie trzyma – powiedział zniechęcony. - Skoro ma do kogoś interes, to niech się ukazuje temu komuś!
- Może ten ktoś się boi duchów?
- No tak – mruknął Julian. - Biedny ktoś się boi duchów. Ja je za to uwielbiam i wcale nie jestem bliski zawału i rozstroju nerwowego!
- Czekaj, masz rację! To nie osoba! Prawdopodobnie nie... Ale może miejsce! Jakieś miejsce, w którym często bywasz, albo takie, do którego tylko ty masz dostęp! Może chodzi o to, żebyś coś stamtąd zabrał i przekazał komuś, kto sam nigdy by tego nie znalazł! Albo przeciwnie, może powinieneś to ukryć...
- Naciągane. Przyznaj lepiej, czego się ostatnio naoglądałeś.
- Próbuję pomóc!
- Z jakiegoś powodu cały czas mam wrażenie, że się ze mnie nabijasz!
- Nie nabijam się! Twierdzisz, że masz do czynienia z duchem! Po prostu usiłuję się wczuć!
Julian odetchnął głęboko. Nie było nikogo innego, z kim mógłby porozmawiać, postanowił więc, przynajmniej na razie, ignorować denerwujące zachowania Roberta.
- Nic z tego – powiedział. - Jestem zwyczajnym człowiekiem, nudnym do porzygania. Nie mam dostępu do żadnych pilne strzeżonych miejsc, nie przychodzą mi do głowy żadne tajemnicze przedmioty, których ktokolwiek mógłby ode mnie żądać. Poza tym ona niczego takiego nie mówiła...
- Z tego, co mi opowiedziałeś wynika, że ona nie mówiła w ogóle nic przydatnego – przypomniał Robert. - Jak chcesz się opierać na jej słowach, to równie dobrze możesz się z nią zaprzyjaźnić, bo to było zdaje się jedyne życzenie, które wyraziła wprost. Tylko nie jestem pewny, czy ona faktycznie dzięki temu zniknie.
- Pierwsze dwa razy widziałem ją w tramwaju – rzekł wolno Julian po dłuższej chwili. - Myślisz, że to może mieć związek?
- Myślę, że może. Tylko jaki?
- Sprawdźmy.

Przez większość nocy Julian usiłował sporządzić „portret pamięciowy”, jednak jego umiejętności artystyczne pozostawiały sporo do życzenia. Bohomaz, który ukazał się jego oczom po kilku godzinach pracy, w niczym nie przypominał Kornelii. Ani nikogo innego. Z trudem dało się w nim w ogóle rozpoznać istotę ludzką.
Zmiął kartkę i rzucił z siebie, gestem widywanym czasem na filmach o artystach sfrustrowanych brakiem weny. Odwrócił się odruchowo, chcąc sprawdzić, czy trafił do kosza na śmieci. Nie trafił, pacnął za to w głowę kamiennego kota. Na moment wstrzymał oddech, jednak nic się nie wydarzyło.
Od powrotu do domu Julian nie odczuwał niepokoju związanego z obecnością ducha. Nie miał też wrażenia, że ktoś go obserwuje. Prawdopodobnie upiorna Kornelia straszyła w tej chwili gdzie indziej. I bardzo dobrze, pomyślał, może się w końcu wyśpię.
Następnego dnia poszedł do pracy na popołudniową zmianę, co prawda bez portretu pamięciowego, za to z mocnym postanowieniem znalezienia pośród pasażerów kogokolwiek, kto pamiętałby taką dziewczynę. Dwa razy ukazała mu się w tramwaju na tej trasie. To nie mógł być przypadek.
Jego entuzjazm osłabł już po pierwszych kilku kwadransach. Pasażerowie odnosili się do niego z niechęcią, a nawet wrogością. Większość uważała, że dziewczyna, o którą pyta, to po prostu jakaś wyjątkowo uciążliwa gapowiczka i nie zamierzali mu niczego ułatwiać.
„Nie wiem, a nawet, jakbym wiedziała, to na pewno bym ci nie powiedziała, ty chamie!”
„Coo? Hehe, nawiała ci, co?!”
„Za uczciwą robotę się weź, nie dzieciaki po mieście ganiasz!”
„Weź, spierdalaj!”
„Niedługo jeszcze będą listem gończym ścigać za brak biletu!”
„Odmawiam zeznań! Nic nie powiem bez adwokata!”
Cieszył się, że jednak nie narysował tego portretu. Dopiero by idiotę z siebie zrobił!
Tak, czy inaczej nie znalazł nikogo, kto mógłby mu cokolwiek powiedzieć o Kornelii. Jedni wyśmiewali go, inni reagowali agresją, większość po prostu przecząco kręciła głową. Niektórzy nawet nie próbowali sprawiać wrażenia, że go słuchają, a raz został wzięty za pedofila i omal nie dostał w mordę, chociaż usiłował tłumaczyć, że dziewczyna nie jest nieletnia.
- Nie wiem, proszę pana. Tych wymalowanych i poubieranych na czarno dzieciaków tyle teraz jeździ... Sporo takich dziewczyn widziałam... Proszę opisać dokładniej.
Rozmawiał właśnie ze względnie uprzejmą kobietą w średnim wieku. Ucieszył się, że go nie zbyła i spełnił prośbę, opisując nawet zęby dziewczyny i kształt paznokci.
- Musi panu bardzo zależeć, żeby ją znaleźć – rzekła kobieta z mimowolnym podziwem. - Czy ona zaginęła?
- Noo... Tak jakby.
- Oj... - Wydawała się naprawdę zatroskana. - To spore miasto i mnóstwo tu podobnych dzieciaków, ale mogę popytać po ludziach, może ją ktoś skojarzy. To pana znajoma?
- Yhm. Ma na imię Kornelia.
- Charakterystycznie – ucieszyła się kobieta. - Ktoś mógł ją dzięki temu zapamiętać! A ma pan może jakieś jej zdjęcie? Młodzi ludzie ciągle się teraz fotografują...
- Niee – zająknął się. - Ona... nie lubiła zdjęć.
- Och, proszę o niej nie mówić w czasie przeszłym! - wykrzyknęła poruszona kobieta. - Pana przyjaciółka na pewno się znajdzie! Trzeba być dobrej myśli!
- Tak. - Spróbował się uśmiechnąć. - Tak, chyba ma pani rację.
- Jeśli się czegoś dowiem... – odezwała się dziwnie niepewnym tonem – no wie pan, nie śmiem prosić o numer telefonu, ale może poproszę na policji, żeby panu przekazali...
- Nie, nie – zaoponował gwałtownie. - Ja chętnie podam pani numer! To bardzo ważna spra... Co ty wyprawiasz, do cholery?!
Ostatnie pytanie skierowane było do Marcina, który przemocą odciągnął go od pasażerki, gdy ta właśnie wyjmowała komórkę, by zapisać numer.
- Wysiadaj – warknął Marcin. - Wysiadaj, mówię, przesiadamy się na inną linię!
- Puść mnie! Odwal się! Wreszcie znalazłem kogoś, kto chciał mi pomóc!
- Co ty odpierdalasz?! - zapytał wściekły Marcin. - W detektywa się bawisz?! Chyba trochę przesadzasz, nie sądzisz? Nie mieszaj się w to, bo będziesz miał kłopoty...
- Nie mieszać się? W co?!
- No w to... cokolwiek to jest. W zaginięcie tej jakiejś tam dziewczyny.
- Wiesz coś o tym? - zapytał zdumiony Julian.
No bo właściwie czemu nie? Marcin od dawna jeździ jako kontroler, wczuwa się bardziej, niż Robert i sam Julian, więc pewnie baczniej obserwuje ludzi. Mógł ją spotkać i zapamiętać. Ale to nie wyjaśnia, skąd miałby posiadać jakieś bliższe informacje na jej temat.
- Co wiem? Co wiem? Nic nie wiem! - Wściekał się właśnie. - Po prostu bez sensu się w to pakujesz i tyle. Uważaj lepiej.
- To miała być groźba?
- Julian, kurwa, ale z ciebie idiota!
Po tych słowach wsiadł do tramwaju, który podjechał właśnie na przystanek. Julian wskoczył za nim, chcąc kontynuować rozmowę, ale Marcin rozpoczął kontrolę i ani myślał dalej dyskutować. Do końca zmiany nie powiedział już nic na ten temat, a po pracy zmył się bez pożegnania.
Roberta tego dnia w ogóle nie było w robocie, Julian nie miał zatem z kim podzielić się najnowszymi refleksjami. Gdy szedł do domu ciemnymi ulicami złapał się na tym, że chciałby zastać w nim Kornelię. Zamierzał zapytać ją o Marcina. Może dokładny opis pomoże i dziewczyna go sobie przypomni. Bardzo możliwe, że istniał między nimi jakiś związek, skoro Marcin z takim przekonaniem mówił o kłopotach, które czekają Juliana, jeśli będzie zanadto się nią interesował. Po raz pierwszy pomyślał, że być może „niezałatwiona sprawa” nawiedzającej go młodej kobiety ma charakter nie do końca prywatny.
Rozważając teorię niezałatwionej sprawy, do tej pory zakładał, że chodzi na przykład o przekazanie rodzinie pożegnania i uzyskanie wybaczenia. Ostatecznie wszystko wskazywało na to, że dziewczyna była narkomanką. Być może poczucie winy wobec rodziny, o ile jakąś miała, nie pozwoliło jej po śmierci pójść dalej. Ewentualnie mogła mieć oszczędności, choć było to wątpliwe. Może raczej pamiątki, coś, co miało wartość emocjonalną i co chciała przekazać komuś bliskiemu, komu z jakichś powodów nie mogła, lub nie chciała ukazać się osobiście.
Na to się właśnie przygotował – na wyciągnięcie od niej, co właściwie i komu chciałaby powiedzieć, odnalezienie jej bliskich, zrobienie z siebie czubka, który pojawia się nie wiadomo skąd i twierdzi, że ma wiadomość od ich zmarłej krewnej... Cóż, do tej pory podchodził do tego raczej intuicyjnie. Teraz, kiedy sprecyzował sobie w myśli swój tak zwany plan działania, musiał dojść do wniosku, że nie ma on i nigdy nie miał szczególnych szans powodzenia. Skoro zatem najprostszy możliwy scenariusz jest tak trudny do zrealizowania, to jak on ma sobie niby poradzić z... no właśnie, z czym?
„Nie mieszaj się w to, bo będziesz miał kłopoty”, powiedział mu Marcin. „Uważaj lepiej”...
Wyczuł obecność ducha, kiedy tylko przekroczył próg mieszkania. Ciemność zdawała się gęstsza, niż zwykle i jakby lepka. Włączył światło w przedpokoju, potem kolejno we wszystkich pokojach, łącznie z dwiema nieużywanymi sypialniami. Dziś akurat pojawienie się Kornelii było mu bardzo na rękę, jednak absolutnie nie życzył sobie, by znów zmaterializowała się nagle w ciemności. Z tego, co zdążył zaobserwować, włączone lampy nie były dla niej żadną przeszkodą. Światła dziennego prawdopodobnie nie lubiła, nigdy bowiem nie pokazywała się za dnia, jednak blask żarówek, czy świetlówek w tramwaju nie czynił jej żadnej szkody. Gdy całe mieszkanie było już rzęsiście oświetlone, usiadł w swojej klitce na łóżku i czekał, od czasu do czasu podejrzliwie zezując na kamiennego kota. Dla zabicia czasu próbował po raz kolejny dodzwonić się do Darii. Znów bez skutku.
- Kornelia! - krzyknął w końcu w przestrzeń, przełamując zażenowanie. - Pokaż się!
Nieustannie czuł jej obecność i nie miał wątpliwości, że go słyszy. Zachichotał pod nosem. Jego pierwsza w życiu próba wywołania ducha była nader żałosna. Tym dziwniejszy wydawał się fakt, że poskutkowało.
- Jeśli to mnie wołasz, to jestem tutaj! - dobiegło z przedpokoju. - Ale na imię mam Adrianna. Mówiłam ci przecież!
- Mówiłaś, że Kornelia! - jęknął, przechodząc do miejsca, z którego dobiegał głos.
W korytarzu nie było nikogo. Julian zajrzał do salonu, ale i tam jej nie zastał. Ruszył w stronę sypialni, jednak przechodząc koło wielkiego lustra w przedpokoju przystanął nagle. Podobnie, jak pierwszej nocy, dostrzegł ją w zwierciadle, choć miejsce, w którym powinna stać, by się tam odbijać, było puste.
- Nie rób tak! - wykrztusił, próbując zapanować nad oddechem.
- Jak znowu? - zapytała, ale nie zamierzała czekać na odpowiedź. - Po co mnie wołałeś? I dlaczego mówisz do mnie Kornelia?
- Bo tak mi się ostatnio przedstawiłaś. Co? Jest was więcej?
- Nie rozumiem.
- Ja tym bardziej – westchnął. - Ja tym bardziej...
Wyglądała na jeszcze mocniej naćpaną niż ostatnio, albo może po prostu miała zły dzień, o ile duchy mogą miewać złe dni. Nie przejawiała chęci do rozmowy, więc zaniechał prób ustalenia jej imienia i szybko przeszedł do głównego tematu w obawie, że duch zniecierpliwi się i zniknie.
- Nie pamiętam – odparła obojętnie, gdy opisał jej Marcina. - Facet, jak facet, naprawdę nie pamiętam. Znałam dużo różnych facetów. Albo może wcale nikogo nie znałam... A tramwaje... Pewnie kiedyś jechałam tramwajem...
To ci sensacja, pomyślał. Jechała tramwajem. Niewiarygodne.
- Nie, to bez sensu – rzekł. - Zróbmy inaczej. Czy ty w ogóle pamiętasz cokolwiek z tego, co się działo, zanim mnie spotkałaś?
- Mówiłam, że nie.
- To może być zupełnie wyrwane z kontekstu! - drążył rozpaczliwie. - Obraz, słowo, dźwięk, zapach...
- Nie pamiętam! - krzyknęła już wyraźnie rozzłoszczona. - Czego mnie tak wypytujesz?!
Miał wystarczająco dużo rozumu, by nie wyjawić, że właśnie kombinuje, jak odesłać ją prosto do piekła.
- Mówisz, że chcesz się ze mną zaprzyjaźnić - improwizował. - A ja ciągle nic o tobie nie wiem.
Na wzmiankę o przyjaźni nieco złagodniała, jednak wciąż była nachmurzona.
- Przecież to nieważne – mruknęła. - Wtedy, to było wtedy. Teraz jesteśmy razem. Kogo obchodzi, co się działo wcześniej?
Mnie! Żachnął się w myślach. Mnie obchodzi! Kurde, takim sposobem do niczego nie dojdę! Albo ona naprawdę nie pamięta, albo bardzo się uparła, by niczego nie wyjawić.
Wzruszył ramionami bez przekonania. Skrzywiła się rozczarowana, że nie podziela jej entuzjazmu w kwestii olania tego, co było i skupienia się na świetlanej przyszłości. Czekała, aż powie coś jeszcze, ale nie doczekała się.
- Już? - burknęła po dłuższej chwili. - Skończyłeś przesłuchanie?
- To nie było...
- Skończyłeś, kurwa?! Mogę sobie iść?!
- Idź do diabła! - warknął, zanim zdążył ugryźć się w język.

Dochodziła dwudziesta trzecia. Julian siedział na końcu tramwajowego wagonu i patrzył przez okno na skąpane w blasku latarni odrapane mury kamienic, betonowe ogrodzenia, przepełnione pojemniki na śmieci i oświetlone witryny nocnych sklepów. Kolejna popołudniowa zmiana właśnie dobiegała końca. Wszyscy siedzący w tramwaju pasażerowie zostali już skontrolowani, a nowi wciąż nie wsiadali.
- Tu ją spotkałem po raz pierwszy – powiedział nagle wypranym z emocji głosem.
Siedzący przed nim Robert odwrócił się. Nic nie odrzekł, wyglądał, jakby czekał na dalszą część przemowy. Marcin jak zwykle ulokował się z przodu wagonu i nie zwracał na nich uwagi. Od ostatniej rozmowy unikał Juliana na tyle starannie, na ile to było możliwe w tej pracy.
- Siedziała dokładnie na tym samym miejscu, co ja teraz – kontynuował Julian. - Za pierwszym i za drugim razem w tym samym miejscu. Myślisz, że to może być ważne?
- Nie wiem, wszystko może być ważne – odparł Robert z umiarkowanym zaciekawieniem. - Problem w tym, że w naszym wypadku wszystko to i tak za mało. Mówisz, że siedziała w tym miejscu. No i co z tego? Tą trasą o tej godzinie jeżdżą różne tramwaje. Mam na myśli, że nie jest to zawsze ten sam konkretny pojazd. Widziałeś ją obydwa razy w tym samym tramwaju, czy w różnych? Jeśli w tym samym, to potrafiłbyś ustalić, w którym? Być może tam na ostatnim siedzeniu znajduje się jakaś wskazówka.
- Może, ale nie zwróciłem uwagi na tramwaj. Marcin pewnie by rozpoznał, ale ja się nie rozglądam, te tramwaje dla mnie niczym specjalnym się nie różnią.
- No jak to? - zdziwił się Robert. - Może być normalny, albo niskopodłogowy, niektóre różnią się obiciami siedzeń, nie mówiąc już o tym, że każdy jest w niepowtarzalny sposób pobazgrany przez wandali...
- No wiem! - warknął Julian. - Wiem przecież, o co ci chodzi, ale ja naprawdę nie pamiętam takich rzeczy.
- Możesz przeszukać wszystkie w zajezdni – zaproponował niepewnie Robert.
- Aha. Pewnie. I powiem, że po co mi to?
- Coś byś wymyślił.
- Nie jestem dobry w wymyślaniu. Zwłaszcza, że...
Urwał i dyskretnie wskazał przednie drzwi, przez które właśnie wysiadał Marcin.
- Dziwne – mruknął Robert.
Julian kiwnął głowa.
- Dziwne – potwierdził. - Co prawda nawet on się czasem zrywa z ostatniego tramwaju zanim dojedziemy do pętli, ale nigdy przed dworcem. Tam wsiada sporo osób.
- Ciekawe, co go tak dzisiaj popędziło – zastanowił się Robert.
- Może uważa nas za czubków i nie może znieść przebywania z nami?
- Jeśli już, to z tobą. Nie ja widuję duchy i wypytuję o martwe dziewczyny.
- Co do dziewczyny zgoda, z jednym zastrzeżeniem: wypytywałem o zaginioną, nie o martwą. Jeśli chodzi o ducha, Marcin nic nie wie.
- Chyba, że słyszał, jak rozmawiamy – podsunął Robert.
- Kiedy niby? Przez cały czas zachowuje się, jakby miał oparchacieć, gdy tylko znajdzie się na tej samej połowie wagonu co my, a przecież nie wydzieramy się tak, żeby usłyszał mimowolnie.
Koło dworca wsiadła grupa podchmielonych młodych mężczyzn. Żaden nie skasował biletu. Zachowywali się zdecydowanie zbyt głośno. Któryś otworzył piwo, inny zapalił papierosa. Pozostali pasażerowie popatrywali na nich z potępieniem, jednak żaden nie zareagował. Po chwili zaczęli zerkać w stronę kontrolerów, wyraźnie spodziewając się interwencji z ich strony.
- Nie – mruknął Julian. - Ja na to nie mam siły. Marcin pewnie by sobie poużywał, ale ja odpuszczam. Jeszcze tylko dwa przystanki do końca trasy, jakoś sobie poradzą.
Po tych słowach wstał i ruszył w stronę wyjścia, udając, że nie widzi zgorszonych i zawiedzionych spojrzeń pasażerów.
- Boją się zwyczajnie – powiedział ktoś na tyle cicho, by nie rozdrażnić pijanej hołoty, ale wystarczająco głośno, by usłyszeli go Julian i Robert.
- No jasne - odpowiedział inny głos. - Słabszego się zawsze przyczepią, a jak faktycznie kto niebezpieczny, to radź se człowieku sam!
Zrzędliwy pasażer w tym wypadku miał rację. Przynajmniej częściowo. Julian faktycznie bał się konfrontacji z nietrzeźwymi chuliganami. Czuł się z tego powodu paskudnie i było mu wstyd, jednak gdy tylko tramwaj stanął, wyskoczył z wagonu żegnany pogardliwymi prychnięciami. Robert pospieszył za nim.
- Powinniśmy byli coś zrobić – mruknął niepewnie Julian.
- Coś zrobić z czym?
- Z tymi lumpami z tramwaju.
- A, faktycznie, wsiedli jacyś. - Robert lekceważąco machnął ręką. - Nie bardzo zwracałem uwagę.
- Nie no, ty jesteś gorszy ode mnie! - wykrzyknął zdumiony Julian. - Jak można było na nich nie zwrócić uwagi?!
- Myślałem o tym twoim duchu...
- Nie moim! Nie moim, okej?! Nie wiem, czyj to jest duch. Być może to jest bezpański duch, ale na pewno to nie jest mój duch, jasne?!
- Jasne, jasne, nie spinaj się tak. - Robert uśmiechnął się lekko. - Bezpański duch, oczywiście. - No więc myślałem o tym bezpańskim duchu i doszedłem do pewnego wniosku. - Rozsiadł się na ławce pod wiatą przystanku, najwyraźniej planując dłuższą debatę. - Wciąż nie wiemy, dlaczego dziewczyna ukazała się tobie, a nie temu, do kogo ma sprawę, zgadza się? Nawet zakładając, że znasz tę osobę, to dlaczego ty masz przekazywać wiadomość? Jeśli potrafi ukazać się tobie, to powinna też potrafić się ukazać osobie zdolnej faktycznie pomóc jej w domknięciu ziemskich spraw. Nad tym zastanawialiśmy się ostatnio, tak?
- No tak, nie wymyśliliśmy żadnego przekonującego...
- Ale przecież to oczywiste! - przerwał gwałtownie Robert. - Nie mów, że tobie to nie chodziło po głowie!
- Co takiego?
- Wpadłem na ten pomysł już w trakcie tamtej rozmowy, ale z początku uznałem, że to brzmi kretyńsko. Wiesz, jak z taniego horroru. Tyle, że nie ma innego wyjaśnienia.
- Dowiem się w końcu, o czym ty mówisz? - Julian nie usiadł obok Roberta. Stał naprzeciw niego, wcisnąwszy dłonie w kieszenie wiatrówki. Czuł się głupio dyskutując o duchach w nocy na przystanku tramwajowym. Jeszcze bardziej idiotycznie poczuł się, gdy Robert wyjawił mu swój domysł.
- Sądzę, że ta dziewczyna nie chce twojego pośrednictwa w kontaktach z inną osobą. Faktycznie może chodzić o kogoś z twojego otoczenia, ale ona wcale nie chce z tym kimś rozmawiać. Chce ci go tylko wskazać.
- Ale po co?
- Dalej nie rozumiesz? Myślę że ona zginęła tragicznie, a ktoś, kogo znasz, ma na ten temat przydatne informacje, albo nawet brał w tym udział.
- Uważasz, że ona mogła zostać...
- Zamordowana – potwierdził Robert spokojnie. - Zgadza się.
- A Marcin ostatnio dziwnie się zachowuje... - Julian zamyślił się. - Nie, to bez sensu! Nie lubię Marcina, ale nie podejrzewam go o to, że zabija ludzi! Poza tym jeśli ta dziewczyna nawiedza mnie po to, żeby mi kogoś wskazać, to dlaczego tego po prostu nie zrobi?! Jeśli naprawdę została zabita i chce wykrycia sprawcy, powinna chyba naprowadzić mnie na jakiś ślad!
- Tylko że ona utrzymuje, że niczego nie pamięta – przypomniał Robert, ale Julian go nie słuchał.
Nagle dotarło do niego, że stoi w tym samym miejscu, w którym wysiadł po pierwszym spotkaniu z duchem w tramwaju. A ona wtedy dała mu... Naprowadzić na ślad... Przecież...
- Ja mam ślad! - krzyknął tak głośno, że spłoszył czającego się pod pobliskim śmietnikiem kota. - Mam nadzieję, że go nie wywaliłem! - gorączkował się. - Muszę tylko... cholera, Robert, ja lecę! Powiem ci, jak coś będę wiedział!
Zostawił oszołomionego kolegę na pustym przystanku i puścił się biegiem przed siebie. Chwile później poczuł, że nie jest sam. Coś złowieszczego było w szeleście liści, cienie przekształcały się na jego oczach, przybierając niepokojące formy, a blask latarni, zamiast jak zwykle pomarańczowy, tej nocy był niebieskawo zielony. Gdyby w tym świetle zobaczył jakiegoś człowieka, zapewne wziąłby go za upiora.
Te jawne sygnały obecności Kornelii Adrianny jednocześnie wprawiały go w przerażenie i utwierdzały w przekonaniu, że koniecznie musi się jej pozbyć, jeśli chce zachować zdrowe zmysły. Własny stan psychiczny zaniepokoił go jeszcze bardziej, kiedy złapał się na tym, że biegnąc wciąż mamrocze pod nosem.
- Dowiem się – mruczał z zawziętością, jakiej do tej pory nawet u siebie nie podejrzewał. - Dowiem się, kim jesteś i czego ode mnie chcesz!
Usilnie próbując ignorować pełznące w jego kierunku cienie, biegł wyludnionymi, wąskimi uliczkami w stronę domu. Mijał walące się rudery i, lepiej lub gorzej oświetlone, jednak zawsze tak samo przygnębiające podwórka, oferujące mieszkającym w pobliżu dzieciom atrakcje w rodzaju kupy gruzu, czy wyniesionej na śmietnik kanapy. Na jednym z takich podwórek przystanął na chwilę. Pochylił się, opierając dłonie na kolanach i pozostał w tej pozycji, póki nie uregulował oddechu, a jego serce nie przestało łomotać jak oszalałe. Kiedy w końcu był gotów do dalszej drogi, wyprostował się.
W tym momencie zobaczył coś, co sprawiło, że cofnął się bezwiednie a puls ponownie mu przyspieszył, tym razem nie z powodu fizycznego wysiłku.
Na lekko wygiętym trzepaku siedział dzieciak. Na oko pięcioletni, umorusany chłopiec, mimo chłodu ubrany w krótkie spodenki i podkoszulek. Nie wyglądał jednak na zmarzniętego. Nie zdawał się też pogrążony w zabawie. Po prostu patrzył, a Julian nie mógł się zdecydować, czy dziwniejszy był sposób, w jaki siedział – przycupnięty na drążku na ptasią modłę, z rekami złożonymi na kolanach, nie wykazując najmniejszego zachwiania równowagi, czy też jego oczy - zdecydowanie zbyt duże, zbyt jasne, zbyt przenikliwe...
- Do domu, gówniarzu! - wrzasnął Julian piskliwie. - Poszedł stąd! Już cię tu nie ma!
Krzyczał tylko po to, by rozładować emocje. Nie spodziewał się, że zjawa zareaguje. Niewątpliwie bowiem była to zjawa. Normalne dzieci się tak nie zachowują. Normalne dzieci tak nie wyglądają!
- Wynocha! Słyszysz, co mówię?!
Dzieciak wychylił się w jego stronę. Gdyby był normalnym człowiekiem, po takim wyczynie niewątpliwie spadłby z trzepaka. On jednak pozostał w tej nienaturalnej pozycji, wytrzeszczając jeszcze bardziej i tak już wyłupiaste oczy.
Julian chciał uciekać, ale nie był w stanie się poruszyć. Jak zahipnotyzowany patrzył w tę idealnie obojętną dziecięcą twarz. Powietrze wokół niepostrzeżenie stało się nieznośnie ciężkie, a cienie, które znieruchomiały, gdy zatrzymał się dla nabrania oddechu, na nowo podjęły swój upiorny taniec, formując się w kształty rąk, z których jedynie nieliczne przypominały ludzkie. Pazurzaste i błoniaste łapy powoli, lecz nieubłaganie sunęły ku Julianowi po ziemi, oraz po ścianach ponurych kamienic. Cienkie, długie, trójpalczaste dłonie, niepodobne do niczego, co do tej pory widział, odrywały się od gałęzi drzew i kiwały na niego przyzywająco.
Widmowy dzieciak wciąż patrzył.
Julian czuł, że nie może pozwolić, by dotknęły go utkane z cienia ręce. Jeśli do tego dojdzie, będzie zgubiony! Nie potrafił w tej chwili jasno myśleć, ani sprecyzować swoich obaw. Wcale zresztą nie zamierzał tego robić. Dojmująca pewność, że oto nadchodzi koniec, wystarczała za wszelkie logiczne argumenty. Zwisająca z drzewa pajęcza rączka niemal muskała już jego szyję.
Znów spróbował rzucić się do ucieczki jednak nadal nie mógł się ruszyć. Myślał z początku, że to tylko strach, ale nawet, kiedy skupił całą siłę woli, nie udało mu się oderwać stóp od podłoża. Nie był w stanie się przemieszczać, jednak swobodnie poruszał rekami i głową. Być może został przytwierdzony do ziemi tym samym... zaklęciem? – jego mózg wciąż wzbraniał się przed zaakceptowaniem tego słowa – co dzieciak do drążka.
Dwa duchy, myślał gorączkowo. Dwa! Nie wątpił, że Kornelia Adrianna też była w pobliżu. Upiorny gówniarz na trzepaku to jedno, ale cienie i ciężkie powietrze z pewnością były jej wytworem.
- Czego ode mnie chcecie?! - krzyknął. - Zostawcie mnie w spokoju!
Kąciki ust chłopca uniosły się powoli w niepokojącym uśmiechu, on sam jednak nie odezwał się ani słowem. Zamiast tego otworzył usta, pokazując dwa rzędy ostrych zębów, wychylił się jeszcze bardziej w stronę Juliana, przecząc prawom fizyki i zasyczał jak przestraszony i zdenerwowany kot.
Julian szarpnął się odruchowo do tyłu, jednak wciąż nie posunął się ani o milimetr. Przechylił się tylko niebezpiecznie. Zamachał komicznie rękami, próbując utrzymać równowagę i nie pogorszyć swojej i tak już żałosnej sytuacji bezwładnym klapnięciem na tyłek. Udało mu się stanąć prosto i wtedy to poczuł. Chropowato-lepki dotyk cienkiej, chudej rączki zwisającej z najbliższego drzewa... Zaczerpnął gwałtownie powietrza, ale wrzasnąć już nie zdążył.
Chłopiec skoczył.
Bez ostrzeżenia odbił się od drążka, niczym jakaś groteskowa żaba i poszybował ku Julianowi, który odruchowo wyciągnął przed siebie ręce. Nie miał złudzeń, że ta nędzna zapora powstrzyma widmo. Nie bardzo wiedział też, co poczuje, gdy dojdzie do zderzenia. Podświadomie przygotował się na uderzenie.
Uderzenie nie nastąpiło.
W ogóle nic się nie stało. Julianowi wydało się, że wciąż słyszy syk zjawy, jednak gdy otworzył oczy, nigdzie nie dostrzegł upiornego chłopca. To, co wcześniej wziął za syk, było po prostu szelestem liści targanych wzmagającym się wiatrem. Zniknęły także cienkie rączki, utkane z cienia, kurzu i pajęczyny.
Julian spróbował się poruszyć. Ostrożnie oderwał stopę od ziemi. Nie poczuł żadnego oporu. Najwyraźniej gdzieś rozwiał się czar, blokujący jego zdolność przemieszczania się. Mógł iść normalnie. Zebrał wszystkie siły i na drżących nogach oddalił się z tego koszmarnego miejsca.
Gdy tylko trafił do bezpieczniejszej, dobrze oświetlonej części miasta, pełnej nocnych sklepów, jasnych wystaw i jeżdżących mimo późnej pory samochodów, poczuł się, jak w innym świecie, jakby mroczne rejony, które przed chwilą opuścił, nie należały do tego samego wymiaru, co ta swojska, znajoma, nie zasypiająca nawet nocą ulica.
Wracając z popołudniowej zmiany często chodził przez tamte podwórka. Był to jego ulubiony skrót. Nigdy nie bał się takich miejsc, choć obiektywnie mogły zdawać się nieprzyjemne. Poczuł na karku lodowaty dreszcz, gdy uświadomił sobie, że być może okolice na wpół zrujnowanych kamienic od zawsze zamieszkiwały istoty nie z tego świata. Być może niejednokrotnie wieczorami mijał je, ale nie dostrzegał, dopiero kontakt z duchem obudził w nim zdolność widzenia tego, co dla innych niedostrzegalne.
Ta myśl sprawiła, że nogi się pod nim ugięły. Ne zawracał sobie głowy szukaniem ławki. Po prostu usiadł na krawężniku i ukrył twarz w dłoniach.
Nie bardzo wiedział, jakim sposobem dowlókł się w końcu do domu. W głowie miał mętlik, ale jedna myśl powracała częściej, niż inne. Skończyć z tym. Za wszelką cenę sprawić, żeby te zjawiska ustały. Za wszelką cenę pozbyć się tej dziewczyny!
Najchętniej natychmiast po powrocie do mieszkania poszedłby spać, jednak wiedział, że ma jeszcze coś do zrobienia. Próbując opanować zmęczenie i nie myśleć o tym, co wydarzyło się na ciemnym podwórku, udał się do łazienki i zaczął metodycznie przetrząsać wszystkie rzeczy z kosza na pranie. Było ich tam całkiem sporo, Julian bowiem posiadał niepokojącą skłonność do bałaganiarstwa i awersję do prac domowych.
Jako że przykazano mu dbać o mieszkanie ciotki, zmuszał się od czasu do czasu do wykonania kilku podstawowych czynności porządkowych, aczkolwiek w jego własnych rzeczach panował zwykle umiarkowany chaos. Kiedy jeszcze odwiedzała go Daria, miał przynajmniej motywację, by utrzymywać chociaż względny ład. Jego dziewczyna nie znosiła bałaganu i kiedy tylko dostrzegła w mieszkaniu coś, co jej przeszkadzało, marudziła, póki nie sprzątnął. Czasami strasznie go to irytowało, jednak teraz wyraźnie widział, jak bardzo było potrzebne. Wystarczyło zaledwie kilka dnie bez niej, a już góra brudnych rzeczy w koszu urosła do niebotycznych rozmiarów. W tej chwili było mu to co prawda na rękę, jednak obiecał sobie na przyszłość bardziej dbać o porządek.
Gdy tak przetrząsał nerwowo zawartość kosza, światło w łazience zamrugało, po czym zgasło. Zaklął siarczyście i już zamierzał ruszyć na poszukiwanie latarki, kiedy żarówka niespodziewanie na nowo rozjarzyła się blaskiem. Gdy tylko podjął przerwane poszukiwania, zgasła ponownie. To nie mógł być przypadek.
- Dlaczego mi utrudniasz, cholerna idiotko?! - wrzasnął w przestrzeń, całkowicie wyprowadzony z równowagi.
Odpowiedział mu bezcielesny, cichy chichot.
- Próbuję ci pomóc, jakbyś nie zauważyła! - kontynuował rozwścieczony. - Dlaczego mi w tym przeszkadzasz?! Albo powiedz, czego chcesz, albo daj mi robić swoje! A najlepiej to w ogóle zostaw mnie w spokoju! Wynoś się! Chcę z powrotem moje normalne życie!
Światło wciąż migało.
Niemal po omacku Julian znalazł wreszcie w kieszeni spodni to, czego potrzebował. Poplamiony krwią skrawek papieru z wyraźnym odciskiem palca, który kilka dni temu dziewczyna wręczyła mu w tramwaju, a którego on z jakiegoś powodu nie wyrzucił. Przypomniał sobie tamtą sytuację, jednak nie mógł pozbyć się wrażenia, że od tego czasu minęło co najmniej kilka miesięcy, podczas gdy w istocie był to zaledwie tydzień.
Kiedy ostatni raz trzymał w dłoni ten brudny kawałek kartki, stanowił sztandarowy przykład osoby twardo stąpającej po ziemi. Nie wierzył w duchy, ani żadne nadprzyrodzone zjawiska, choć może raczej należałoby powiedzieć, że po prostu się nad nimi nie zastanawiał. Nigdy jemu, ani nikomu z jego otoczenia nie przydarzyło się nic, czego nie dałoby się racjonalnie wytłumaczyć.
Człowiek, który trzymał ten świstek w ręku tydzień temu miał oczywiście swoje codzienne problemy - znienawidzoną pracę, napięte stosunki z dziewczyną i nieuregulowaną sytuację mieszkaniową. Jednakże przez ten tydzień zdążył przestraszyć się niemal na śmierć, stracić dziewczynę, przejść załamanie nerwowe, zwątpić we własne zdrowe zmysły, ostatecznie uwierzyć w duchy i przyjąć do wiadomości, że co najmniej jeden z nich zagościł w jego życiu na dłużej, a także zacząć podejrzewać kolegę z pracy o morderstwo.
Miał nieprzyjemne uczucie, że w błyskawicznym tempie, zupełnie bez udziału własnej woli, stał się kimś innym. Wciąż nie potrafił do końca zaufać temu nowemu sobie. Do tej pory uparcie ignorował wewnętrzny głos, który radził mu postępować instynktownie – jak w filmach o duchach. Podobnie mówił Robert, choć jego wskazówek Julian raczej nie brał na poważnie. Był niemal pewien, że kolega naśmiewa się z niego, nie wierzy w tę całą historię, a gadanie o duchach traktuje po prostu jak nieszkodliwą rozrywkę. Jednak nic innego nie przychodziło mu do głowy, niechętnie zdecydował się więc podjąć prywatne śledztwo.
Musiał po prostu dowiedzieć się, kim jest dziewczyna, jakie niedokończone sprawy na tym świecie nie pozwalają jej pójść dalej, pomóc jej te sprawy pozamykać i tyle. Według tego, co mówią filmy i książki o duchach, powinna wtedy odejść i spoczywać w pokoju.
Ona sama nie była szczególnie pomocna, pozostawał mu zatem jedynie ślad w postaci krwi i odcisku palca na papierze. Wcześniej dziewczyna jakimś sposobem sprawiła, że świstek wyglądał, jak bilet tramwajowy - tak, teraz Julian był przekonany, że nie uległ wtedy optycznemu złudzeniu, ale padł ofiarą nadprzyrodzonej sztuczki. Miał nadzieję, że nie zrobiła tego ponownie i krwawy odcisk palca nadal będzie tam, gdzie wcześniej.
Zerknął nerwowo na kartkę i uspokoił się. Kornelia Adrianna najwyraźniej nie dokonała żadnej nowej manipulacji. Zabrał skrawek papieru, zaniósł do pokoju i ukrył pod poduszką. Zdawał sobie sprawę, że to słabe zabezpieczenie i że jeśli tylko będzie chciała, zmieni jego drogocenny ślad w wiecheć słomy, niezależnie od tego, gdzie by go ukrył. Mimo wszystko jednak czuł się lepiej, mając kartkę obok siebie.
Przed zaśnięciem myślał o tym, czego może się dowiedzieć z analizy próbki krwi i odcisku palca. Najbardziej ucieszyłby się, gdyby to był jej własny odcisk, a ona sama znajdowałaby się w policyjnej bazie danych. Nie było to niemożliwe, jako że prawdopodobnie była narkomanką. Wtedy szybko odkryłby jej tożsamość, spróbował dowiedzieć się czegoś o niej, odnaleźć jej bliskich... Gdyby odcisk należał do jakiegoś bandyty z policyjnych kartotek – też dobrze. Oznaczałoby to, że ten człowiek prawdopodobnie ma coś wspólnego z jej śmiercią. Wtedy Julian musiałby wymyślić sposób, by bez wzbudzania podejrzeń zainteresować sprawą policję. Jeśli jednak odcisk nie figuruje w bazie danych, wtedy... wtedy będzie problem.
Jednak żeby w ogóle czegokolwiek dowiedzieć się o tym odcisku, trzeba było zacząć od telefonu do pewnego człowieka...
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

ODPOWIEDZ