UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Tytuł PROZY LIPCA
zdobyło ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee.

Serdecznie gratulujemy! :D

Odważni

KRYMINAŁ, HORROR, THRILLER, SENSACJA
Pomysły moich powieści kryminalnych znajduję zmywając. Jest to zajęcie tak głupie, że zawsze rodzi we mnie myśl o zabójstwie. ~ Agatha Christie
Awatar użytkownika
Maradine
Posty: 795
Rejestracja: 15 lutego 2011, 16:31
Lokalizacja: Elantris
Kontaktowanie:

Odważni

Post autor: Maradine » 15 grudnia 2012, 20:37

Odważni

Carmelo był podróżnikiem na długo przed tym, nim go poznałam. Ile lat, czy nawet wieków to trwało – nie wiem, nigdy nie pytałam, a on sam także nie wykazywał chęci podzielenia się tą informacją. Zresztą to nie tak, że jakoś specjalnie mnie to interesowało, Carmelo po prostu był tym, kim był, takim go znałam i to mi wystarczało. Nasze relacje przedstawiały się dosyć niecodziennie. Nie był moim znajomym ze szkoły, z podwórka, z zajęć dodatkowych. Właściwie jeśli chodzi o nasze pierwsze spotkanie, to odbyło się ono w jednym z moich snów, kiedy jedliśmy razem z panem Salvadorem desery lodowe na środku pustyni. To jednak nieco inna historia i być może opowiem ją innym razem. Nie była też ona aż tak niesamowita jak przygoda, która przytrafiła mi się całkiem niedawno.

16 października 2xxx roku, 3 w nocy

- Jeszcze nie śpisz? – Jak zwykle zjawił się niespodziewanie na środku mojego pokoju.
- Oglądam – odpowiedziałam krótko, zamykając klapę laptopa i przesuwając się na łóżku, by zrobić mu trochę miejsca. Od razu usiadł, nawet nie myśląc o zdjęciu brudnego podróżnego płaszcza.
- Znowu? Co takiego tym razem?
- O świecie, który z pozoru jest doskonały, jednak tak naprawdę każda myśl i działanie ludzi jest monitorowane. Ci, których uzna się za zdrajców zostają usunięci przez służby porządkowe. Znikają ze wszystkich list, rejestrów… Ich obecność zostaje wymazana z rzeczywistości.
Carmelo przez chwilę milczał, po czym uśmiechnął się smutno.
- Ciekawe, czemu się na to zgodzili? – zapytał. – Przecież wszyscy teraz tak bardzo cenią sobie wolność i własne zdanie.
- Bali się – odpowiedziałam bez dłuższego namysłu. Podróżnik spojrzał na mnie z zaskoczeniem.
- Czemu tak uważasz?
- Bo tylko strach może zmusić ludzi do ostateczności. Taki sposób rządzenia, poprzez pranie ludziom mózgów i usuwanie „śmieci”, może dać poczucie bezpieczeństwa.
- Fałszywe.
- Fałszywe jest tylko to, w co nie wierzymy. – Otuliłam się szczelniej kołdrą. – A nawet jeśli… Wystarczy, że strach zniknie. Nie będzie trzeba bać się wojny, terroryzmu, zdrady, śmierci. Czasem byłoby miło, gdyby przerażenie zniknęło na zawsze.
- Chciałabyś tego? – zapytał, szukając czegoś w kieszeni. Zakładałam, że swojego dziwnego, złotego zegarka.
- Oczywiście, że nie – prychnęłam, na co zamarł na chwilę, po czym spojrzał na mnie z zaciekawieniem, oczekując na wyjaśnienie. – W każdej książce fantasy mistrz poucza młodego wojownika, że rezygnacja ze strachu nie jest siłą, tylko słabością. Każdy musi z tym walczyć, i owszem, jest to trudne, ale właśnie to czyni nas ludźmi i pozwala odnaleźć w sobie energię do przezwyciężenia tego uczucia.
- W każdej książce fantasy – powtórzył z uśmiechem.
- No co? Nie realia mają znaczenie, a przekaz – naburmuszyłam się.
- Chciałabyś zostać podróżnikiem? – spytał znienacka. Milczałam przez chwilę, po czym skrzywiłam się lekko i odwróciłam twarzą do ściany.
- Nie bardzo – burknęłam. – Jestem raczej z tych leniwych.
- Ale na pustyni z Salvadorem było fajnie, prawda? – zaśmiał się.
- To był tylko sen. Sny to co innego – westchnęłam.
- Mówiłem ci już kiedyś, że niekoniecznie – przypomniał.
- Co z tego – ucięłam i naciągnęłam kołdrę na głowę. – Możesz już iść, chcę spać.
- Niestety, nie tym razem – powiedział, a ja już mogłam sobie wyobrazić malujący się na jego twarzy chytry uśmieszek. – Powinnaś się ucieszyć, to będzie prawie jak dobra książka! – Szybkim ruchem ściągnął mi z twarzy kołdrę i położył palec na moim czole. Mogłam tylko westchnąć z irytacją. Chwilę później wszystko zastąpiła ciemność.

Carmelo chyba nigdy nie był typem osoby, która zbytnio przejmowała się cudzym zdaniem. Wydaje mi się, iż zawsze wierzył, że jako podróżnik widział już tyle i doświadczył tak wiele, że jego osąd każdej sytuacji jest tym właściwym. Nie chodzi nawet o jego charakter, nie jest zły. Po prostu zdaje sobie sprawę ze swojej nieomylności, która jest niezaprzeczalna, z której strony by nie spojrzeć. Tacy ludzie nie powinni chodzić po świecie, to przerażające. A może po prostu trudne do zaakceptowania dla tych, którzy popełniają błędy i później muszą ich żałować.


17 października 2xxx roku, świt

W każdej opowieści o kimś odbywającym jakąś magiczną podróż, lub po prostu budzącym się ze stanu snu lub nieprzytomności, rzeczony bohater po przebudzeniu długo ociąga się z otwarciem oczu. Najpierw wydaje mu się, że leży w swoim łóżku, choćby była to po prostu opuszczona stodoła, później szemrze coś w stylu „jeszcze pięć minut”, gdy usłyszy jakiś dźwięk lub ktoś go dotknie, a gdy już nadejdzie ten pamiętny moment uniesienia powiek i, co za tym idzie, odnalezienia się w rzeczywistej sytuacji, następuje ogromne zdumienie, czasem nawet wsparte okrzykiem typu „Ach! Cóż ja tu robię? Gdzie jestem?!”.
Ja nie miałam takiego problemu, od razu zerwałam się na równe nogi, czując jak moje mordercze intencje względem Carmelo próbują przekształcić się w czyny. Rozejrzałam się w poszukiwaniu ofiary, jednak najwyraźniej już dawno uciekła. Tak oto po raz kolejny zostałam podróżnikiem z przymusu.
W kieszeni znalazłam pomiętą karteczkę z narysowaną wyszczerzoną gębą i napisem „Powodzenia!”, pozostawioną tam przez tego cwaniaczka. Mordercze intencje wyparowały, zastąpione przez uczucie rezygnacji. W tej krótkiej wiadomości Carmelo przekazał mi właściwie wszystko, co musiałam wiedzieć – schemat ten sam co zwykle, zadanie takie jak zawsze. Musiałam po prostu wydostać się z miasta, w którym mnie wyrzucił. Gdyby chodziło o zwykłe zakupy w Warszawie, nie byłoby z tym najmniejszego problemu, jednak miejsca, w które wysyłał mnie Carmelo były odrobinkę inne.
- Jeśli nie wpakuję się w żadną aferę, to w weekend posprzątam sama cały dom – obiecałam sobie, jakby tym samym próbując zmusić los do zostawienia mnie w spokoju. Domu nie posprzątałam. To by było zbyt proste.

17 października 2xxx roku, wieczór

Cały dzień zabrało mi zorientowanie się, gdzie dokładnie się znalazłam. Jeśli chodzi o podróże Carmelo, to możliwe, że odbywały się one pomiędzy różnymi wymiarami, może też czasami, a nie tylko miejscami. Wbrew moim złym przeczuciom, nie zaatakowały mnie jeszcze żadne skrzydlate aligatory, ani ludzie polujący na przybyszów mających mniej niż metr siedemdziesiąt wzrostu. Pierwszym, co nasunęło mi się na myśl podczas zwiedzania okolicy, było to, że miasto jest bardzo klimatyczne. Uliczki między wysokimi kamienicami były brukowane, co od razu wywołało uśmiech na moich ustach – coś mi mówiło, że nie natknę się na żadne samochody, za którymi szczerze nie przepadałam. Być może lekko niepokojące było to, że gdziekolwiek nie poszłam, widziałam tylko budynki, wszystkie takie same, ciasno do siebie przylegające. Nie było żadnych bram, ogródków, bocznych uliczek, ani miejsca typu targ, czy zwykły plac. Wszystko zdawało się być czymś w rodzaju labiryntu. Mimo wszystko nie przerażało mnie to, w końcu wciąż mogłam zobaczyć niebo i natknąć się na przechodniów. Poza tym, Carmelo nie zostawiłby mnie w miejscu bez wyjścia.
Koło południa, w ramach orientacji w terenie, zajrzałam do jakiegoś sklepu, który zdawał się należeć do krawca. W środku znajdowało się mnóstwo półek z belami materiałów, oraz pełno wieszaków z gotowymi już ubraniami. Udając zainteresowanie strojami, przyjrzałam się innym klientom. Ich ubiór nie różnił się zbytnio od mojego, język, którym się posługiwali brzmiał zupełnie jak polski. Jedynym nowym elementem była waluta – dziwne, ciężkie monety, wyglądające na srebrne i złote.
Później odwiedziłam jeszcze parę miejsc, próbując odgadnąć, co jest specjalnego w tym mieście. Każde miejsce, do którego wysyłał mnie Carmelo, było w jakiś sposób „skażone”. Raz chodziło o fanatyzm religijny, raz o pozbawienie ludzi możliwości kontaktu słownego. Wszystkie te zabiegi miały na celu podporządkowanie mieszkańców władzom, zapobiegnięcie buntom, co w ostateczności prowadziło do zanikania umiejętności samodzielnego myślenia, wszyscy stawali się pustymi lalkami. Istniało na to mnóstwo różnych sposobów, a każdy o którym wiedziałam, utwierdzał w przekonaniu, że nikt nie może wyrządzić człowiekowi więcej szkody niż inny człowiek.
*** Siedziałam na schodach jednego z budynków, opierając się plecami o ścianę. Miałam już serdecznie dosyć tego całego chodzenia i szukania wyjścia z miasta. Każdy zaczepiony przeze mnie przechodzień, na pytanie o jakąś główną bramę, czy most prowadzący na zewnątrz, odpowiadał wymieniając nazwę „Sektor siódmy” i wskazując w jakimś kierunku. Nie dostałam żadnej innej wskazówki, nikt nie miał też czasu, by mnie tam zaprowadzić, przez co błąkałam się tylko w labiryncie uliczek. Gdy niebo zabarwiło się na pomarańczowo, a gdzieś za rogiem rozbrzmiał niosący się czystym echem głos saksofonu, momentalnie spłynął na mnie wysiłek całego dnia. Zanim się spostrzegłam, zamknęłam oczy i zapadłam w drzemkę.
We śnie nawiedzały mnie obrazy dzisiejszych wydarzeń, porządkując mi myśli i pozwalając jeszcze raz zwrócić uwagę na pewne sytuacje. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, że mieszkańcy, których widywałam, często spożywali jakieś tabletki. Czyżby to miało być to? Jednak nie zaobserwowałam jakichś szczególnych zachowań, które mogłyby one powodować…
Nagle coś uderzyło w moją nogę, wyrywając mnie ze snu. Z mimowolnym okrzykiem zaskoczenia otworzyłam oczy. Ciemność. Zamrugałam kilkakrotnie, próbując przyzwyczaić do niej swoje oczy. Jakby na zawołanie, wzdłuż całej ulicy zapaliły się latarnie. Pierwszym, co zauważyłam, była osoba siedząca trzy stopnie wyżej i trzymająca się za kostkę z niezadowolonym wyrazem twarzy.
- Przepraszam! – Zerwałam się na równe nogi, przy okazji zrzucając na uliczkę coś grzechoczącego jak pudełko z tabletkami. – Głupio zrobiłam, zasypiając w takim miejscu. Pewnie cię przestraszyłam. Nic ci nie jest?
- Prze… Co? – zapytał chłopak, a jego usta wykrzywiły się z rozbawienia. Natychmiast spochmurniałam. Cudownie, może jeszcze każe mi błagać o wybaczenie?
- Powiedziałam, że przepraszam – wycedziłam przez zaciśnięte zęby. Naprawdę nie lubiłam takich typów.
- Nie to! To drugie – wyjaśnił, wprawiając mnie w zakłopotanie. Może jednak źle go oceniłam… No pięknie, nie ma to jak od razu warczeć na poszkodowanego.
- „Pewnie cię przestraszyłam” – powtórzyłam. To z tego się śmiał? Taki odważny z niego gość?
- Zabawne słowo – skwitował, po czym wstał lekko. Czyli jednak nic mu nie było. Żartowniś… Zerknęłam na niego, zastanawiając się co może być śmiesznego w słowie „przestraszyć”, i podchwyciłam jego wyczekujące spojrzenie. Czyżby coś mówił, a ja nie usłyszałam?
- Pytałeś o coś?
- Tak, co to znaczy. Jeszcze nigdy tego nie słyszałem, czy to slang uliczny? – „A czy ja wyglądam ci na kogoś, kto zna uliczny slang?”, chciałam zapytać, jednak zaraz się zreflektowałam. Przecież przed chwilą spałam sobie smacznie na schodach. „Pewnie dla niego wyglądam na jakąś bezdomną”, pomyślałam w ramach użalania się nad sobą. I właśnie wtedy dotarł do mnie sens jego pytania. Rozmowa z Carmelo, tabletki spożywane przez mieszkańców, chłopak nieznający znaczenia słowa „strach” – wszystko wskoczyło na swoje miejsca.

W podróżach, na które wysyłał mnie Carmelo, nienawidziłam prawdy, która kryła się za pozornym spokojem tych miejsc. Nienawidziłam tego, że potwierdzało się tam istnienie złych lub zdeformowanych cech, które posiada każdy człowiek. Nienawidziłam także strachu, że w mojej rzeczywistości kiedyś stanie się coś podobnego, a ludzie nie będą potrafili się obronić; że tym, którzy zdadzą sobie z tego sprawę, pozostanie tylko pogrążyć się w bólu i żalu, poczuciu własnej beznadziejności. Najbardziej jednak nienawidziłam faktu, że mogę tego wszystkiego doświadczyć i obudzić w sobie te pesymistyczne myśli, bo mimo wszystko nie był to tylko wymysł, film, czy opowieść. Choć te wszystkie rzeczywistości był inne od mojej codziennej, nadal były prawdziwe.

- Naprawdę nie wiesz, co? – zapytałam, nie oczekując innej odpowiedzi niż „tak”. Chłopak skinął głową, a ja tylko westchnęłam.
- Nie masz gdzie pójść? – Spojrzał na mnie ze współczuciem, na co w myślach obiecałam sobie zabić Carmelo jak tylko go zobaczę. Chyba wprost uwielbiał pakować mnie w dziwne sytuacje.
- Właściwie to… Umówiłam się z kimś przy głównym wyjściu z miasta, ale nie bardzo wiem jak tam trafić. Tak jakby… Nie jestem miejscowa.
- Jesteś podróżniczką?! – zawołał chłopak z entuzjazmem, który mnie zaskoczył.
- Można to tak nazwać – mruknęłam, odnawiając w myślach obietnicę zabicia Carmelo. Moja mina musiała chyba wyglądać w tej chwili nieco dziwnie, co wywnioskowałam po zdezorientowanym wyrazie twarzy mojego towarzysza.
- Mogę cię tam zaprowadzić – zaproponował chwilę później. Zgodziłam się bez wahania.
Gdy byliśmy już prawie na końcu uliczki, zdałam sobie z czegoś sprawę.
- Na pewno możesz być poza domem kiedy jest już tak cie…
- Ej, wy tam! – Czyjś okrzyk przerwał mi w pół słowa. Zerknęliśmy za siebie, by upewnić się, że chodzi o nas. Przy schodkach kamienicy, od których chwilę temu odeszliśmy, stał mężczyzna w mundurze. W ręku trzymał jakiś przedmiot, którego nie mogłam dojrzeć ze względu na dzielącą nas odległość. – To wasze? – krzyknął w naszą stronę i potrząsnął dłonią. Grzechot odbił się echem między budynkami.
- Ach, to moje tabletki – powiedział chłopak obok mnie. – Musiały wypaść, kiedy…
- Jesteście zatrzymani w imieniu prawa! – Policjant, bo zapewne tym właśnie był, ruszył w naszą stronę, odpinając od paska kajdanki.
- Dziwne – mruknął mój towarzysz i założył ręce na piersi. Miał zamiar tak czekać? Poczułam jak moje serce przyśpiesza ze strachu. Nie chciałam wiedzieć, co się z nami stanie, jeśli zostaniemy zatrzymani.
- Biegniemy – powiedziałam cicho. Zerknął na mnie pytająco.
- Co?
- Biegniemy! – Złapałam go za rękaw i pociągnęłam mocno, zmuszając go do ruszenia się z miejsca.
- Stójcie! – rozległo się za nami, jednak nawet się nie obejrzałam. Skręciłam w najbliższą uliczkę, ciągnąc za sobą milczącego teraz chłopaka. Nie wydawał się zaniepokojony, tylko lekko zdziwiony.
Biegliśmy tak przez dobrą chwilę, co jakiś czas mijając mieszkańców miasta. Żaden z nich nie zwrócił na tę gonitwę większej uwagi, po prostu patrzyli na nas, po czym wracali do swoich zajęć. Każdy miał obojętny wyraz twarzy, niektórzy nawet nie usuwali nam się z drogi. Jakby wcale się nie obawiali, że coś może im się stać, gdy na nich wpadniemy, albo chociaż tego, że skoro goni nas stróż prawa, możemy być kryminalistami. Poczułam jak mimowolnie do oczu napływają mi łzy. Byłam smutna i zła jednocześnie, nie umiałam zaakceptować takiego otoczenia, takiego zachowania. Moim jedynym życzeniem w tamtej chwili było po prostu uciec jak najdalej od tego miejsca.
Nagle, tuż za kolejnym z niezliczonych zakrętów, poczułam czyjąś dłoń zaciskającą się na moim ramieniu, a następnie mocne szarpnięcie w bok. Ktoś wciągnął mnie i mojego towarzysza do jakiegoś budynku. Usłyszałam trzask zamykanych drzwi. Serce waliło mi jako oszalałe ze strachu i niepewności. Czy właśnie zostaliśmy ocaleni, czy wręcz przeciwnie? Podniosłam wzrok na nieznajomą osobę, która okazała się być dziewczyną niewiele starszą ode mnie.
- Udało wam się – powiedziała radośnie i uśmiechnęła się szeroko. – Złapałam was, bo pomyślałam, że skoro uciekacie, musicie być jednymi z nas. Bałam się, że możecie nie dać rady!
- Bałaś się – powtórzyłam i odetchnęłam z ulgą, po czym oparłam się o ścianę korytarza i osunęłam na podłogę, zamykając oczy.
- „Jednymi z nas”? – zapytał mój towarzysz, a na jego twarzy malowało się niezrozumienie. Nasza wybawczyni popatrzyła na niego uważnie, marszcząc brwi.
- Kiedy ostatnio brałeś tabletki? – chciała wiedzieć.
- Ach, właśnie! – Chłopak sięgnął do kieszeni spodni, jednak zaraz przypomniał sobie, że je stracił. – Właściwie za chwilę będzie pora na trzecią, ale zgubiłem moje. Mogłybyście mi jedną pożyczyć?
Dziewczyna spojrzała na niego z politowaniem, po czym pokręciła głową.
- Nie mam ich, nie przyjmuję już od paru lat. – Zerknęła na mnie pytająco.
- Nawet nie wiem co to, nie jestem stąd – wytłumaczyłam, na co tym razem oboje wlepili we mnie zdumione spojrzenia.
- Podróżniczka – powiedziała dziewczyna, jakby do siebie, a jej twarz przybrała wyraz zachwytu.
- Można to tak nazwać – westchnęłam, po raz trzeci tego dnia skazując Carmelo na śmierć.
- Ach, przepraszam, że tak was tu trzymam. Chodźcie dalej – zaproponowała po chwili milczenia nasza wybawicielka.
Usiedliśmy w salonie, obserwując się nawzajem. Każde z nas pochodziło z innego świata, i to nie tylko dosłownie, jak w przypadku moim i tej dwójki. Ich także wiele dzieliło, mimo iż żyli praktycznie obok siebie. Moja wyobraźnia, jak zwykle otwarta na różne pomysły, podsunęła mi wyjaśnienie wszystkich zaistniałych sytuacji. Dziewczyna zapewne należała do czegoś w rodzaju tutejszych rebeliantów, co z miejsca zapewniło jej moją sympatię. Z chłopakiem sprawa miała się nieco inaczej – najwyraźniej wychowany był w sposób, który nie pozwalał mu dopuszczać do zadawania sobie pytań o sens przyjmowania tych tajemniczych tabletek. Nie mogłabym jednak powiedzieć, że mnie to odrzucało. Mimo, że jego zachowanie czasem wydawało się mechaniczne, dostrzegałam w nim potencjał na stanie się jednym z przeciwników systemu.
- Więc… Czym właściwie są te tabletki? – zapytałam, chcąc potwierdzić moje przypuszczenia.
- Powodują hamowanie uczucia strachu – wyjaśniła dziewczyna. – Każdy musi przyjmować je trzy razy dziennie, inaczej zostanie ono odblokowane. Wszyscy od najmłodszych lat wychowywani są w przekonaniu, że to dla dobra społeczeństwa. Ci, którzy odmawiają, zostają pochwyceni przez wysłanników władz, po czym znikają i nigdy nie wracają. – „Czyli miałam rację, że uciekłam”, pomyślałam z ulgą. Naprawdę nie chciałam się dowiedzieć, co by się z nami stało. – Nie rozumiem tylko, czemu cię ścigano – kontynuowała, zwracając się do chłopaka. – Po twoim zachowaniu mogę stwierdzić, że nie jesteś jednym z nas, którzy nie dają się podporządkować.
- Jak unikacie złapania? – zapytałam, gdy on nie odpowiedział.
- To proste. – Uśmiechnęła się. – Do pudełek po tabletkach wrzucamy cukierki, które wyglądają tak samo i zachowujemy się, jakby były to one.
- Nie wierzę, że nikt nie dostrzegł różnicy – powiedziałam sceptycznie.
- A jednak. Nikt nie podchodzi do nas i nie sprawdza, czy to coś innego. Poza tym… Może jest nam łatwiej udawać, skoro kiedyś już tego doświadczyliśmy.
Skinęłam głową, przyznając jej rację, po czym zerknęłam na chłopaka. Wtedy uderzyło mnie coś w jego wyglądzie. Był dziwnie blady, jego oczy były zamknięte, a pięści zaciśnięte. Natychmiast zerwałam się z fotela, w którym siedziałam.
- Ej! Co się stało? Nic ci nie jest? – zawołałam, podbiegając do niego z niepokojem kołaczącym się wewnątrz mnie. Nie poruszył się, ani nie odpowiedział. Spojrzałam w kierunku naszej gospodyni, szukając wyjaśnienia lub pomocy. Dziewczyna wstała powoli i uśmiechnęła się do mnie uspokajająco.
- To strach – powiedziała cicho. – Nie wziął tabletki, więc teraz musi tego doświadczyć. – Podeszła do chłopaka i położyła mu dłoń na ramieniu.
- Ale… Czemu w taki sposób? – zapytałam, uspokajając się nieco. Chciałam jakoś pomóc, jednak wiedziałam, że nie ma na to sposobu. Każdy powinien sam przezwyciężać swoje słabości.
- Na każde nowe uczucie człowiek reaguje zdumieniem, czasem nawet zaniepokojeniem. Próbuje wytłumaczyć sobie samemu co i dlaczego się z nim dzieje. Jak więc miałby zareagować? Tym bardziej, że strach nie jest miłym uczuciem. Żeby go przezwyciężyć, pozbyć się z myśli, trzeba najpierw zaakceptować to co ze sobą niesie i pogodzić się z pewnymi myślami. Brak strachu powoduje, że człowiek staje się pustą skorupą, kukiełką. Nie obawia się śmierci, konsekwencji swoich czynów. Może zanika też jego wyobraźnia, współczucie, smutek. Można mieć wiele wspólnego, dzieląc się z innymi tylko tym co miłe i dobre, ale co z tego, skoro z braku tego jednego uczucia wszystko może zostać miłym i dobrym? Gdzie znajdzie się miejsce na refleksję nad własnymi czynami, gdzie na moralność?
W milczeniu skinęłam głową i przysiadłam obok chłopaka, także kładąc mu dłoń na ramieniu.
- Wszystko mija, nawet strach – powiedziałam cicho. – Można spojrzeć na niego zarówno jak na krótki błysk, jak i stałego towarzysza. Najlepiej jak na nauczyciela odwagi, bo bez odrobiny strachu jest ona zwykłą głupotą.
Kiedy nasz towarzysz wreszcie się uspokoił i usnął, wstałam z miejsca i skierowałam się do wyjścia. W drzwiach zatrzymałam się jednak na chwilę i obejrzałam na dziewczynę.
- Wiesz, jeśli chcecie, zawsze możecie uciec. Gdzieś, gdzie nie dosięgnie was ten system, ani władza. Gdzie ludzie nie będą tylko pozornie szczęśliwi.
- Wiem – odpowiedziała. – Jednak czy nie byłoby to samolubne? Jest tu jeszcze wielu ludzi, których nie możemy zostawić w nieświadomości. Może nie każdemu się to spodoba, ale chciałabym, aby pewnego dnia wszyscy mogli nauczyć się odwagi. – Przytknęłam jej ze zrozumieniem. – Wyruszasz w kolejną podróż? Trafisz do wyjścia?
- Mam przeczucie, że nie będę miała problemów z powrotem – odpowiedziałam szczerze. – A jeśli chodzi o „kolejną podróż”… Najbardziej lubię w nich to, że nie ciągną się w nieskończoność. Wracam do domu. Zajmij się dobrze tym chłopakiem. Myślę, że będzie miał kiedyś dużo do powiedzenia – zaśmiałam się. Dziewczyna uśmiechnęła się ciepło i skinęła mi głową na pożegnanie.
Kiedy zamknęłam za sobą drzwi domu, na zewnątrz czekał na mnie Carmelo.
- A więc to już koniec – powiedziałam z ulgą. – Wracajmy.
-Może jeszcze jedna podróż? – zapytał podróżnik, z cwanym uśmieszkiem na ustach.
- A w życiu!!!

_______________________________________________________________________________________________

kilka słów od autorki:
Znaczy tego... Nie pisałam tego na początku, żeby przypadkiem nie zniechęcić kogoś do czytania moimi wątpliwościami co do jakości tekstu. Pani polonistka i jeszcze kilka osób mają inne zdanie, ale ja nie mogę się pozbyć odczucia, że coś mi w tym wszystkim nie pasuje. Podejrzewam, że wiem co, ale nie umiałabym tego zmienić, ponieważ mam taki zwyczaj, że nie ruszam w swoich tekstach nic z treści, kiedy już skończę pisać :P
Ogólnie to jeszcze może dodam, że daaaawno nic nie wrzucałam, więc bądźta łaskawi :bag:
PS. A to wszystko wina Wołszy... :roll:
Obrazek

Awatar użytkownika
Dr. Gonzo

Re: Odważni

Post autor: Dr. Gonzo » 16 grudnia 2012, 19:35

Parę błędów było, interpunkcyjnych, ale niezbyt dużych, raz delikatnie sie pogubiłem, ale bez większego zamieszania. A tak to cóż na plus idzie stworzony świat, przyjemna historyjka z morałem na dobranoc. Do tego dialogi, czytasz je na głos? Bo jak nie to masz wrodzony talent. W końcu pierwsze dialogi, które tutaj czytam, które brzmią naturalnie, pasujące do osób i do sytuacji. Kurcze no, nie ma się do czego przyczepić. Dla mnie bomba i z przyjemnością wpiszę Cię na listę osoób, których pracę warto czytać.

Awatar użytkownika
Nowokaina

Re: Odważni

Post autor: Nowokaina » 16 grudnia 2012, 20:06

Odnosząc się do Twojego komentarza, chyba sama powinnam pokazywać swoje prace polonistce póki jeszcze chodzę do liceum. Być może udałoby się jej wybić mi z głowy karierę pisarza.
A wracając, podpisuję się rękami pod tym, co napisał mój poprzednik. Masz przyjemny styl, wszystko pisane jest prostym językiem, co oznacza, że nie lubisz komplikować sobie życia. Jedynie mogłabym się przyczepić do wyszczególnionych przez Ciebie dat. Według mnie są one niepotrzebne, tym bardziej, że nie określiłaś jasno roku.
Sama postać podróżnika jest na tyle interesująca, iż jestem ciekawa, w jaki sposób zaczęła się owa znajomość z główną bohaterką. Gdyż fakt, że pojawia się on i znika jest mi już znany. Jestem jak najbardziej za tym, byś stworzyła jakąś kontynuację.
Nie trudno pozbyć się mi także porównań do książek fantasy, gdzie dana postać pojawia się niespodziewanie w nieznanym jej mieście czy innym miejscu, najczęściej za pomocą magii. Nie żebym była fanką tego typu książek obecnie, ale swego czasu różne rzeczy się czytało.
Weny życzę.
Pozdrawiam.

Awatar użytkownika
wołszebnik
Posty: 1106
Rejestracja: 03 czerwca 2012, 11:09
Lokalizacja: http://www.facebook.com/joanna.gadawska?ref=tn_tnmn
Kontaktowanie:

Re: Odważni

Post autor: wołszebnik » 18 grudnia 2012, 11:40

Taaa, zawsze wina wołszy :P
Szczerze mówiąc, nie jestem pewna na ile różna ta wersja jest od tej, którą widziałam w prapremierze, czy nie jest różna? O.o

Cóż mogę powiedzieć, powtórzyć podziękowania dla autorki za pyszną lekturę, tym niezwykłą, że ja naprawdę nie lubię prozy pierwszoosobowej, więc nie tak łatwo jest przebić się przez moją do tego typu pisarstwa niechęć. Tobie się udało, Maro. Umiesz opowiadać, klarownie, dość potoczyście, a jednak ze świetnym wyczuciem, kiedy przerwać i ruszyć dalej.
Zastanawiałabym się, czy nie warto rozszerzyć tej opowieści, pokazać istotę zniewolenia społeczeństwa w tamtym miejscu, totalitaryzm, takie tam. Acz byłoby to bawienie się motywami już w kulturze obecnymi, nawiązaniem do Orwella, czy nawet Matrixa (hah! tam tabletka na uświadomienie, tu tabletki na kontrolę).
Doczepić mogę się jedynie klątwy czasownika "być", acz cóż, tego doczepić mogę się niemal u każdego autora. Więc skoro innych zaniedbań nie dostrzegam, to zostawiam tylko taką malutką sugestyję: większość zdań da się przerobić tak, by tego czasownika nie używać i one naprawdę brzmią wówczas o niebo lepiej.

i nie marudź, bo w łeb! Bardzo się cieszę, że znów coś opublikowałaś ;)
A tymczasem w pewnym EL (acz z pewnością nie Dorado, zbyt ubogo tamże na to), gdzie prawowstecz:
Obrazek Acz wybaczmy demokracji, Orwell rzekł, wszak nie bez racji, że to w każdej delegacji,pod gajerkiem, przy korycie, pod krawatem, pcheł poszycie...
zbieżność nazw absolutnie przypadkowa

Awatar użytkownika
Maradine
Posty: 795
Rejestracja: 15 lutego 2011, 16:31
Lokalizacja: Elantris
Kontaktowanie:

Re: Odważni

Post autor: Maradine » 18 grudnia 2012, 18:48

@Gonzo, dziękuję, jestem mile zaskoczona Twoim przychylnym komentarzem ^^

@Nowokaina - to nie tak, że jej pokazuję (choć zdarzyło się w zeszłym roku), to po prostu była praca domowa. Aczkolwiek jak dla mnie to nie ma znaczenia, i tak jest tekstem, po prostu pisanym z ukierunkowaniem na antyutopię. Jeśli masz dobrą polonistkę, to korzystaj póki możesz, moja dała mi kilka fajnych rad co do tekstów. Polonistom można przed wszystkim zaufać w kwestii błędów stylistycznych, rusycyzmów (u mnie są chyba ze 3 tutaj) oraz interpunkcji.

@Wołsza, dziękuję again :D Cieszę się, że taki stary wyjadacz jak Ty akceptuje maue Marowe dziełko. Co do rozwinięcia - pomysł jest, jasne, jednak nie ma czasu, ani motywacji. Może kiedyś, ale nie przymierzałabym się zbyt optymistycznie do tego.
Co do narracji pierwszoosobowej, przez przypadek stała się u mnie odruchowa w tekstach... Sama nawet tego nie zauważam. Aczkolwiek tu była bardziej zamierzona, gdyż w temacie było "jesteś", co automatycznie mnie ukierunkowało na ten typ ^^"

Jeszcze raz dziękuję wszystkim czytająco-komentującym!
Obrazek

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Odważni

Post autor: Kanterial » 19 grudnia 2012, 22:15

-Może jeszcze jedna podróż?

dzedżarłaś spację u góry.

Było jeszcze kilka, ale wczoraj skasowałam cały swój komentarz i dziś tak się rozzłościłam, pisząc go znowu, że odpuściłam szukanie tych paru błędów. Chyba dwa przecinki i jakaś literówka. // jeszcze pewnie wyedytuję posta i dam znać

Co do samego tekstu, to przeczytałam go tego samego dnia, w którym został wrzucony na forum, ale jakoś nie mogłam zabrać się do komentowania, bo sama nie wiedziałam, co myśleć. Chodzi oczywiście o fabułę i przesłanie (bo nie wątpię, że jest takowe), a nie o techniczną część, której się nie czepię. Wymienię może te epitety, które znasz już z moich komentarzy, takie jak: przyjemnie, płynnie, ciekawie. Właściwie nic one nie znaczą dla kogoś, kto zdaje sobie sprawę z tego, że technicznie pisze ładnie.
Dlatego musiałam pomyśleć, bo doszłam do wniosku, że jedyny wartościowy komentarz dla Ciebie (ode mnie) będzie się musiał tyczyć myśli zawartych w tekście.
Mi te przemyślenia wydały się pesymistyczne (wiem, że wiesz, ja na wszystko tak patrzę), zwłaszcza podsumowanie - bycie dobrym i miłym nie jest prawdziwe i wymierne, gdy są to jedyne uczucia. Z braku strachu wyniknąć może wiele rzeczy, ale nie dadzą one prawdziwego efektu - mi to pasuje do głębszych myśli, do życia. Myślę, że osoba znająca autora może pokusić się o nadinterpretację i zrozumienie tego w taki sposób. Może? I hope so.

czekam na kontynuację i przepraszam za słaby komentarz xD
ciężko mi się komentuje twoje prace, pewnie dlatego, że wszystkie chyba mi się podobają . Są takie... Poczciwe. Każda przypomina mi o autorce, która też taka jest. O.o
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Maradine
Posty: 795
Rejestracja: 15 lutego 2011, 16:31
Lokalizacja: Elantris
Kontaktowanie:

Re: Odważni

Post autor: Maradine » 20 grudnia 2012, 05:39

Nie będzie kontynuacji, lasko :bag:
Nie da rady.
Obrazek

Awatar użytkownika
Kompot
Mącikompot
Posty: 423
Rejestracja: 21 sierpnia 2012, 23:40

Re: Odważni

Post autor: Kompot » 21 grudnia 2012, 22:59

Piszesz ładnie, starannie, bez większych błędów, ale z tego zdajesz sobie już sprawę. Mogę więc odnieść się tylko do fabuły, bo w sprawach techniki ci raczej nie pomogę.

Sam pomysł podróżników międzywymiarowych jest urzekający. Niestety w wielu miejscach miałam problem z twoim opowiadaniem. Trupa napisałaś z nonszalancją, błyskotliwym humorem, wartką akcją, przyjemnymi opisami i lekkimi zwrotami akcji. Tamten świat łyknęłam, jak pelikan bez mrugnięcia okiem. Polubiłam postacie i w pewnym sensie tęsknie za nimi. Tu już było trudniej. Poniżej uwagi do tego co mi nie przypadło do gustu.

Bohaterka zachowuje się, jak czterdziestoletni wujek Andrzej, któremu się już nic nie chce, który marudzi na smak uszek kupnych na równi z tymi robionymi z borowików w domowym zaciszu. Jest strasznie irtyującą małolatą. Pogrzebana żywcem <-- z tym mi się ta laska kojarzy. Podróż za darmoszkę, przygoda... o mój słodki boże, tylko nie to. Dlaczego mnie tak karzesz?! Jednym słowem SIC! Gdzie entuzjazm, który jest domenom młodych??? Pewnie, że te podróże nie należały do najprzyjemniejszych... dla bohaterki, ale wydaje mi się tak płaska i średni ciekawa przez to. :/


Chyba, Maro, wpadłaś w rolę Carmelo. Bardzo często piszesz, że tak jest w każdym przypadku. Jak jest w każdej książce fantasy i jak jest w przypadku każdej tajemniczej/niechcianej podróży. Mogę zrozumieć, że to jakaś wkurzająca maniera głównej bohaterki, ale szczerze takie heurystyki zwykły stosować mało rozgarnięte osoby.XD Jeśli ja tak uważam, to tak jest! HA!

"Raz chodziło o fanatyzm religijny, raz o pozbawienie ludzi możliwości kontaktu słownego. Wszystkie te zabiegi miały na celu podporządkowanie mieszkańców władzom, zapobiegnięcie buntom, co w ostateczności prowadziło do zanikania umiejętności samodzielnego myślenia, wszyscy stawali się pustymi lalkami." - O_O Czy sugerujesz, że głuchoniemi nie mogliby się zbuntować, a co gorsza nie są zdolni do samodzielnego myślenia? I jaki do jasnej ciasnej ma to związek z fanatyzmem religijnym??? Ja wiem o co chodzi, ale przykłady, które wybrałaś nie łączą się ze sobą w żaden sposób, mało tego nie wydają mi autentyczne. Pomijając fakt, że wynalezienie języka było wielkim wyczynem, który pomógł nam stworzyć cywilizację, nawet nie chcę sobie wyobrażać, jak ucierpiałby na tym nasz kraj, gdyby noworodkom np. odcinali języki.
Jeśli to metafora cenzury... no to jest słaba.XD

"- „Pewnie cię przestraszyłam” – powtórzyłam. To z tego się śmiał? Taki odważny z niego gość?
- Zabawne słowo – skwitował, ..." - Jej straszliwie sztucznie to wyszło. Ja wiem chłopak nie odczuwa strachu, ba nie ma w swym słowniczku takiego słowa, ale... To bardzo, bardzo prosty sposób zdradzenia głównego problemu i to w dość przerysowany sposób wprost z bajki, żeby nie powiedzieć z opka.
- Lubisz jeść profiteroles?
- Hahaha, jakie zabawne słowo co to znaczy? - Już pomijam sztuczność sytuacji. Chodzi o subtelność, a raczej jej brak.

"- To proste. – Uśmiechnęła się. – Do pudełek po tabletkach wrzucamy cukierki, które wyglądają tak samo i zachowujemy się, jakby były to one." - Nooo taaaa. Geniusze zła i partyzanci. Ale jakoś mnie to nie dziwi, że władze są takimi debilami żeby się na to nabrać, skoro chcą kogoś likwidować, bo mu z kieszeni piguły wypadły... XD

Dla mnie ten świat jest tak nieautentyczny, że aż boli. Nie mogłam się wczuć w historię, bo przedstawiałaś ją tak, że termin strach skurczył się do jakiejś mikroskopijnej ceszki.
Wyobraźmy sobie, że strach nie istnieje. Jeśli nie istnieje strach, jedno z podstawowych dla naszego instynktu przetrwania, uczuć pierwotnych, to niestety:

- Wszyscy byliby psychopatami. Ludzie nie odczuwający strachu, a raczej ci którzy odczuwają go w inny sposób niż normalni ludzie, nazywani są psychopatami. Świat bez moralności i pełen ludzi, którzy nie boją się zabić brata, zgwałcić matki, zjeść psa sąsiada. Nie wiem jak miałoby to pomóc władzy w ich kontroli. Strach to jedno, ale jeśli ktoś chce ci odebrać wolność, to niezależnie od lęku pojawia się bunt. Mam wrażenie, że od zarania wieków, władze starają się w nas strach potęgować. Ludzie zastraszeni są zwyczajnie potulni. Popatrz na dekalog. Zabijesz idziesz do piekła, gdzie smażyć się w oleju do końca świata. Strach przed grzechem do niedawna był głównym narzędziem kontroli.

-Jednym z negatywnych objawów strachu jest to, że powstrzymuje nas przed konsekwentnym dążeniem do celu. - czyli lepiej zastraszać, niż tworzyć nieustraszonych

- Gwałtowne zmniejszenie populacji. Ludzie nie baliby się bólu dopóki by go nie odczuwali. Normą by było skakanie z wieżowców, bo tak. Ignorowanie symptomów chorobowych. I tak dalej. Ludzie, jak lemingi? No cóż, władze raczej korzystają na przyroście PKB, więc znów nie wiem po co.


"Brak strachu powoduje, że człowiek staje się pustą skorupą, kukiełką. Nie obawia się śmierci, konsekwencji swoich czynów. Może zanika też jego wyobraźnia, współczucie, smutek." - Cóż niby wiesz o co chodzi, ale nie wyciągasz z tego wniosków.

Najbardziej przeszkadza mi fakt, że końcówka, gdzie wszystko powinno się wyjaśnić niestety nic za sobą nie niesie. Zupełnie jakbyś miała dość tekstu i chciała go skończyć już, teraz, w tej chwili. Chłopak boi się jakieś 5 sekund, po czym wszystko jest niby jasne i oczywiste. Nie będę się rozwodzić. Moim zdaniem to błąd. Koniec i zakończenie to bardzo ważne momenty, zwłaszcza w krótkiej formie. Procesy pamięciowe... Efekt świeżości zapewnia autorowi to, że czytelnik zechce czytać dalej, Efekt pierwszeństwa natomiast, zmusi czytelnika do zapamiętania opowiadania jako... no właśnie dobre albo złe.

Mam nadzieję, że jakkolwiek nie poprawiasz tekstów po ich skończeniu, to jednak mój komentarz w jakiś sposób ci pomoże. Nie zalecam pośpiechu w każdym razie. Życzę nieprzerwanej weny i wielu udanych riserczów.
Obrazek

Awatar użytkownika
Maradine
Posty: 795
Rejestracja: 15 lutego 2011, 16:31
Lokalizacja: Elantris
Kontaktowanie:

Re: Odważni

Post autor: Maradine » 22 grudnia 2012, 20:05

Przepraszam, że jestem 40 letnim Wujkiem Andrzejem *nie żeby w sumie miała być tą postacią* :bag:

Co do przykładów, to może tak trochę z dupy, ale to odnośniki do innych opowiadań z Carmelo, tak samo jak to z lodami i Salvadorem, choć wiem, że nie wszyscy mieli możliwość to czytać :bag:

Jeśli chodzi o końcówkę, to rzeczywiście trochę mi się spieszyło, następnego dnia miałam to oddać do szkoły. Wszystko jest okrojone i może się wydawać nienaturalne, bo próbowałam się zmieścić ze wszystkim co najważniejsze mając maaało czasu :bag:

I ogólnie to nie będę się kłócić, bo jak sama wspominałam, nie pasuje mi kilka rzeczy w tym tekście. Porównałaś to do "Trupa" - w sumie główna różnica między tymi tekstami polega na tym, że na "Trupa" pomysł przyszedł sam, a tu trzeba było mnóstwo głowienia się i pisania na siłę :bag: . Słaba wymówka, no ale jak dla mnie wystarczający dowód na to, że wychodzi mi tylko wtedy, kiedy mi się podoba i chce się pisać xD

Dziękuję za tak obszerny komentarz i poświęconą uwagę :)
Obrazek

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Odważni

Post autor: Joa » 23 grudnia 2012, 22:37

Szczerz się o Maro! Jam mam zły humor i słodzić nie będę! Nie masz na to co liczyć! Mueheheheszki.

*piękny tytuł*


SpoilerShow
Carmelo był podróżnikiem na długo przed tym, nim go poznałam. Ile lat, czy nawet wieków to trwało – nie wiem, nigdy nie pytałam, a on sam także nie wykazywał chęci podzielenia się tą informacją. Zresztą to nie tak, że jakoś specjalnie mnie to interesowało, Carmelo po prostu był tym, kim był, takim go znałam i to mi wystarczało. Nasze relacje przedstawiały się dosyć niecodziennie. Nie był moim znajomym ze szkoły, z podwórka, z zajęć dodatkowych. Właściwie jeśli chodzi o nasze pierwsze spotkanie, to odbyło się ono w jednym z moich snów, kiedy jedliśmy razem z panem Salvadorem desery lodowe na środku pustyni. To jednak nieco inna historia i być może opowiem ją innym razem. Nie była też ona aż tak niesamowita jak przygoda, która przytrafiła mi się całkiem niedawno.
Podoba mi się ten fragment. Zgrabny i jest cudowny. Carmelo - od razu wyobraziłam sobie ludzkiego 3bita.


Umm... zdecydowanie najlepszą częścią opowiadania jest rozmowa Bohaterki z Karmelem (muhehehszki) i te fragmenty kursywą. Kocham twój styl pisania. Słowa, które używasz, ich dobór, mnogość synonimów... Naprawdę, życzę Ci, byś pisała tak dobrze po wsze czasy.
Cieszy mnie też to, że podejmujesz oryginalne tematy, nie boisz się ich, a i sobie z nimi dajesz radę. Jedyne czego żałuję, że nie było to jednak dłuższe. Pobyt w mieście zdecydowanie za krótki dla mnie.
Czekam na dalsze fragmenty, bo twój styl, historie, które opisujesz są naprawdę dobre. Nie, nie dobre. Humm... Nie mogę znaleźć słowa. Ale wiedz, że nie są mi obojętne.
Powodzenia!
Obrazek
Dziękuję.
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
Maradine
Posty: 795
Rejestracja: 15 lutego 2011, 16:31
Lokalizacja: Elantris
Kontaktowanie:

Re: Odważni

Post autor: Maradine » 23 grudnia 2012, 22:48

Haha, co do kursywy i dialogów z Carmelo, to też są to moje ulubione fragmenty, najlepiej mi się je pisało i jestem z nich dumna xD <3
Joła <3
Obrazek

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Odważni

Post autor: pierdoła saska » 24 grudnia 2012, 07:51

SpoilerShow
Odważni

Carmelo był podróżnikiem na długo przed tym, nim go poznałam. Ile lat, czy nawet wieków to trwało – nie wiem, nigdy nie pytałam, a on sam także nie wykazywał chęci podzielenia się tą informacją 【w zasadzie to wykazywanie chęci w tym kontekście nie do końca gra. Wykazywałby chęci, jakby podpuszczał ja by zapytała, a mi się widzi, że jemu chyba było niespieszno dzielić się ta informacją, bo nigdy sam wątku nie zaczął. Tak~ czepiam się.】 Zresztą to nie tak, że jakoś specjalnie mnie to interesowało, Carmelo po prostu był tym, kim był, takim go znałam i to mi wystarczało. Nasze relacje przedstawiały się dosyć niecodziennie. Nie był moim znajomym ze szkoły, z podwórka, z zajęć dodatkowych. Właściwie jeśli chodzi o nasze pierwsze spotkanie, to odbyło się ono w jednym z moich snów, kiedy jedliśmy razem z panem Salvadorem desery lodowe na środku pustyni. To jednak nieco inna historia i być może opowiem ją innym razem. Nie była też ona aż tak niesamowita jak przygoda, która przytrafiła mi się całkiem niedawno.

16 października 2xxx roku, 3 w nocy

- Jeszcze nie śpisz? – Jak zwykle zjawił się niespodziewanie na środku mojego pokoju.
- Oglądam – odpowiedziałam krótko, zamykając klapę laptopa i przesuwając się na łóżku, by zrobić mu trochę miejsca. Od razu usiadł, nawet nie myśląc o zdjęciu brudnego podróżnego płaszcza.
- Znowu? Co takiego tym razem?
- O świecie, który z pozoru jest doskonały, jednak tak naprawdę każda myśl i działanie ludzi jest monitorowane. Ci, których uzna się za zdrajców zostają usunięci przez służby porządkowe. Znikają ze wszystkich list, rejestrów… Ich obecność zostaje wymazana z rzeczywistości.
Carmelo przez chwilę milczał, po czym uśmiechnął się smutno.
- Ciekawe, czemu się na to zgodzili? – zapytał. – Przecież wszyscy teraz tak bardzo cenią sobie wolność i własne zdanie.
- Bali się – odpowiedziałam bez dłuższego namysłu. Podróżnik spojrzał na mnie z zaskoczeniem.
- Czemu tak uważasz?
- Bo tylko strach może zmusić ludzi do ostateczności. Taki sposób rządzenia, poprzez pranie ludziom mózgów i usuwanie „śmieci”, może dać poczucie bezpieczeństwa.
- Fałszywe.
- Fałszywe jest tylko to, w co nie wierzymy. – Otuliłam się szczelniej kołdrą. – A nawet jeśli… Wystarczy, że strach zniknie. Nie będzie trzeba bać się wojny, terroryzmu, zdrady, śmierci. Czasem byłoby miło, gdyby przerażenie zniknęło na zawsze.
- Chciałabyś tego? – zapytał, szukając czegoś w kieszeni. Zakładałam, że swojego dziwnego, złotego zegarka.
- Oczywiście, że nie – prychnęłam, na co zamarł na chwilę, po czym spojrzał na mnie z zaciekawieniem, oczekując na wyjaśnienie. – W każdej książce fantasy mistrz poucza młodego wojownika 【śmiałabym się hobbystycznie posprzeczać :P】, że rezygnacja ze strachu 【rezygnacja ze strachu, powiadasz. I nie mamy na myśli rezygnowania z czegoś bo nas strach obleciał... Wiem co tu miałaś na myśli, ale nie jestem pewna czy taki zapis nie jest nieco niefortunny; wszak nie chodzi, że ktoś się poddaje i rezygnuje ze strachu, a o to, że strach, nad którym się panuje w jakimś stopniu, jest bardziej siłą niż przeszkodzą, a ci co twierdzą, że się niczego nie boją, to najczęściej głupcy lub ludzie przesadnie zadufani w sobie. Blah, tak sobie gadam. Ot mi coś w mózgu to nie styka】 nie jest siłą, tylko słabością. Każdy musi z tym walczyć 【ummm, z czym? z rezygnacją ze strachu? 】, i owszem, jest to trudne, ale właśnie to czyni nas ludźmi i pozwala odnaleźć w sobie energię do przezwyciężenia tego uczucia. 【wyszło mi, że konieczność ścierania się z czymś daje energię do ścierania się z tym O.o】
- W każdej książce fantasy – powtórzył z uśmiechem.
- No co? Nie realia mają znaczenie 【znaczenia】 – naburmuszyłam się.
- Chciałabyś zostać podróżnikiem? – spytał znienacka. Milczałam przez chwilę, po czym skrzywiłam się lekko i odwróciłam twarzą do ściany.
- Nie bardzo – burknęłam. – Jestem raczej z tych leniwych.
- Ale na pustyni z Salvadorem było fajnie, prawda? – zaśmiał się.
- To był tylko sen. Sny to co innego – westchnęłam.
- Mówiłem ci już kiedyś, że niekoniecznie – przypomniał.
- Co z tego – ucięłam i naciągnęłam kołdrę na głowę. – Możesz już iść, chcę spać.
- Niestety, nie tym razem – powiedział, a ja już mogłam sobie wyobrazić malujący się na jego twarzy chytry uśmieszek. – Powinnaś się ucieszyć, to będzie prawie jak dobra książka! – Szybkim ruchem ściągnął mi z twarzy kołdrę i położył palec na moim czole. Mogłam tylko westchnąć z irytacją. Chwilę później wszystko zastąpiła ciemność.

Carmelo chyba nigdy nie był typem osoby, która zbytnio przejmowała się cudzym zdaniem. Wydaje mi się, iż zawsze wierzył, że jako podróżnik widział już tyle i doświadczył tak wiele, że jego osąd każdej sytuacji jest tym właściwym. Nie chodzi nawet o jego charakter, nie jest zły. Po prostu zdaje sobie sprawę ze swojej nieomylności, która jest niezaprzeczalna, z której strony by nie spojrzeć. Tacy ludzie nie powinni chodzić po świecie, to przerażające. A może po prostu trudne do zaakceptowania dla tych, którzy popełniają błędy i później muszą ich żałować.


17 października 2xxx roku, świt

W każdej opowieści o kimś odbywającym jakąś magiczną podróż, lub po prostu budzącym się ze stanu snu lub nieprzytomności, rzeczony bohater po przebudzeniu długo ociąga się z otwarciem oczu. Najpierw wydaje mu się, że leży w swoim łóżku, choćby była to po prostu opuszczona stodoła, później szemrze coś w stylu „jeszcze pięć minut”, gdy usłyszy jakiś dźwięk lub ktoś go dotknie, a gdy już nadejdzie ten pamiętny moment uniesienia powiek i, co za tym idzie, odnalezienia się w rzeczywistej sytuacji, następuje ogromne zdumienie, czasem nawet wsparte okrzykiem typu „Ach! Cóż ja tu robię? Gdzie jestem?!”.
Ja nie miałam takiego problemu, od razu zerwałam się na równe nogi, czując jak moje mordercze intencje względem Carmelo próbują przekształcić się w czyny. Rozejrzałam się w poszukiwaniu ofiary, jednak najwyraźniej już dawno uciekła. Tak oto po raz kolejny zostałam podróżnikiem 【w sumie to podróżniczką z przymusu.
W kieszeni znalazłam pomiętą karteczkę z narysowaną wyszczerzoną gębą i napisem „Powodzenia!”, pozostawioną tam przez tego cwaniaczka. Mordercze intencje wyparowały, zastąpione przez uczucie rezygnacji. W tej krótkiej wiadomości Carmelo przekazał mi właściwie wszystko, co musiałam wiedzieć – schemat ten sam co zwykle, zadanie takie jak zawsze. Musiałam po prostu wydostać się z miasta, w którym mnie wyrzucił. Gdyby chodziło o zwykłe zakupy w Warszawie, nie byłoby z tym najmniejszego problemu, jednak miejsca, w które wysyłał mnie Carmelo były odrobinkę inne.
- Jeśli nie wpakuję się w żadną aferę, to w weekend posprzątam sama cały dom – obiecałam sobie, jakby tym samym próbując zmusić los do zostawienia mnie w spokoju. Domu nie posprzątałam. To by było zbyt proste.

17 października 2xxx roku, wieczór

Cały dzień zabrało mi zorientowanie się, gdzie dokładnie się znalazłam. Jeśli chodzi o podróże Carmelo, to możliwe, że odbywały się one pomiędzy różnymi wymiarami, może też czasami, a nie tylko miejscami. Wbrew moim złym przeczuciom, nie zaatakowały mnie jeszcze żadne skrzydlate aligatory, ani ludzie polujący na przybyszów mających mniej niż metr siedemdziesiąt wzrostu. Pierwszym, co nasunęło mi się na myśl podczas zwiedzania okolicy, było to, że miasto jest bardzo klimatyczne. Uliczki między wysokimi kamienicami były brukowane, co od razu wywołało uśmiech na moich ustach – coś mi mówiło, że nie natknę się na żadne samochody, za którymi szczerze nie przepadałam. Być może lekko niepokojące było to, że gdziekolwiek nie poszłam, widziałam tylko budynki, wszystkie takie same, ciasno do siebie przylegające. Nie było żadnych bram, ogródków, bocznych uliczek, ani miejsca typu 【nieładnie mi to brzmi, poza tym wcześniej pisałaś o uliczkach - liczba mnoga - brak bocznych uliczek sugeruje istnienie tylko jednej ulicy... albo wszystkie są równoległe O.o można w sumie i tak】 targ, czy zwykły plac. Wszystko zdawało się być czymś w rodzaju labiryntu. Mimo wszystko nie przerażało mnie to, w końcu wciąż mogłam zobaczyć niebo i natknąć się na przechodniów. Poza tym, Carmelo nie zostawiłby mnie w miejscu bez wyjścia.
Koło południa, w ramach orientacji w terenie, zajrzałam do jakiegoś sklepu, który zdawał się należeć do krawca. W środku znajdowało się mnóstwo półek z belami materiałów, oraz pełno wieszaków z gotowymi już ubraniami. Udając zainteresowanie strojami, przyjrzałam się innym klientom. Ich ubiór nie różnił się zbytnio od mojego, język, którym się posługiwali brzmiał zupełnie jak polski. Jedynym nowym elementem była waluta – dziwne, ciężkie monety, wyglądające na srebrne i złote.
Później odwiedziłam jeszcze parę miejsc, próbując odgadnąć, co jest specjalnego w tym mieście. Każde miejsce, do którego wysyłał mnie Carmelo, było w jakiś sposób „skażone”. Raz chodziło o fanatyzm religijny, raz o pozbawienie ludzi możliwości kontaktu słownego. Wszystkie te zabiegi miały na celu podporządkowanie mieszkańców władzom, zapobiegnięcie buntom, co w ostateczności prowadziło do zanikania umiejętności samodzielnego myślenia, wszyscy stawali się pustymi lalkami. Istniało na to mnóstwo różnych sposobów, a każdy o którym wiedziałam, utwierdzał w przekonaniu, że nikt nie może wyrządzić człowiekowi więcej szkody niż inny człowiek.
*** Siedziałam na schodach jednego z budynków, opierając się plecami o ścianę 【random, ale chodziło o balustradę schodów, czy ścianę budynku - zatem nie pytam dokąd prowadziły schody... chyba że przez schody rozumiesz też przestrzeń od ostatniego stopnia do ściany budynku (ta zwykle jest większa niż szerokość pojedynczego stopnia iw ogóle bym jej jednak nie wliczała *bełkocze xD* 】. Miałam już serdecznie dosyć tego całego chodzenia i szukania wyjścia z miasta. Każdy zaczepiony przeze mnie przechodzień, na pytanie o jakąś główną bramę, czy most prowadzący na zewnątrz, odpowiadał wymieniając nazwę „Sektor siódmy” i wskazując w jakimś kierunku. Nie dostałam żadnej innej wskazówki, nikt nie miał też czasu, by mnie tam zaprowadzić, przez co błąkałam się tylko w labiryncie uliczek. Gdy niebo zabarwiło się na pomarańczowo, a gdzieśza rogiem rozbrzmiał niosący się czystym echem głos saksofonu, momentalnie spłynął na mnie wysiłek całego dnia. Zanim się spostrzegłam, zamknęłam oczy i zapadłam w drzemkę.
We śnie nawiedzały mnie obrazy dzisiejszych wydarzeń, porządkując mi myśli i pozwalając jeszcze raz zwrócić uwagę na pewne sytuacje. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, że mieszkańcy, których widywałam, często spożywali jakieś tabletki. Czyżby to miało być to? Jednak nie zaobserwowałam jakichś szczególnych zachowań, które mogłyby one powodować…
Nagle coś uderzyło w moją nogę, 【 taki random gdybologiczny. "uderzyło w moją nogę" i "uderzyło mnie w nogę" niby to samo a wg mnie pierwsze tworzy niepotrzebny dystans między wydarzeniem na narratorem. Nie zaznaczam tego jako błędu czy cuś. Ot tak mnie zastanowił samo zjawisko tego, jak mała zmiana słów zmienia nieco odbiór zdania】 wyrywając mnie ze snu. Z mimowolnym okrzykiem zaskoczenia otworzyłam oczy. Ciemność. Zamrugałam kilkakrotnie, próbując przyzwyczaić do niej swoje oczy. Jakby na zawołanie, wzdłuż całej ulicy zapaliły się latarnie. Pierwszym, co zauważyłam, była osoba siedząca trzy stopnie wyżej i trzymająca się za kostkę z niezadowolonym wyrazem twarzy.
- Przepraszam! – Zerwałam się na równe nogi, przy okazji zrzucając na uliczkę coś grzechoczącego jak pudełko z tabletkami. – Głupio zrobiłam, zasypiając w takim miejscu. Pewnie cię przestraszyłam. Nic ci nie jest?
- Prze… Co? – zapytał chłopak, a jego usta wykrzywiły się z rozbawienia. Natychmiast spochmurniałam. Cudownie, może jeszcze każe mi błagać o wybaczenie?
- Powiedziałam, że przepraszam – wycedziłam przez zaciśnięte zęby. Naprawdę nie lubiłam takich typów.
- Nie to! To drugie – wyjaśnił, wprawiając mnie w zakłopotanie. Może jednak źle go oceniłam… No pięknie, nie ma to jak od razu warczeć na poszkodowanego.
- „Pewnie cię przestraszyłam” – powtórzyłam. To z tego się śmiał? Taki odważny z niego gość?
- Zabawne słowo – skwitował, po czym wstał lekko. Czyli jednak nic mu nie było. Żartowniś… Zerknęłam na niego, zastanawiając się co może być śmiesznego w słowie „przestraszyć”, i podchwyciłam jego wyczekujące spojrzenie. Czyżby coś mówił, a ja nie usłyszałam?
- Pytałeś o coś?
- Tak, co to znaczy. Jeszcze nigdy tego nie słyszałem, czy to slang uliczny? – „A czy ja wyglądam ci na kogoś, kto zna uliczny slang?”, chciałam zapytać, jednak zaraz się zreflektowałam. Przecież przed chwilą spałam sobie smacznie na schodach. „Pewnie dla niego wyglądam na jakąś bezdomną”, pomyślałam w ramach użalania się nad sobą. I właśnie wtedy dotarł do mnie sens jego pytania. Rozmowa z Carmelo, tabletki spożywane przez mieszkańców, chłopak nieznający znaczenia słowa „strach” – wszystko wskoczyło na swoje miejsca.

W podróżach, na które wysyłał mnie Carmelo, nienawidziłam prawdy, która kryła się za pozornym spokojem tych miejsc. Nienawidziłam tego, że potwierdzało się tam istnienie złych lub zdeformowanych cech, które posiada każdy człowiek. Nienawidziłam także strachu, że w mojej rzeczywistości kiedyś stanie się coś podobnego, a ludzie nie będą potrafili się obronić; że tym, którzy zdadzą sobie z tego sprawę, pozostanie tylko pogrążyć się w bólu i żalu, poczuciu własnej beznadziejności. Najbardziej jednak nienawidziłam faktu, że mogę tego wszystkiego doświadczyć i obudzić w sobie te pesymistyczne myśli, bo mimo wszystko nie był to tylko wymysł, film, czy opowieść. Choć te wszystkie rzeczywistości był inne od mojej codziennej, nadal były prawdziwe.

- Naprawdę nie wiesz, co? – zapytałam, nie oczekując innej odpowiedzi niż „tak”. Chłopak skinął głową, a ja tylko westchnęłam.
- Nie masz gdzie pójść? – Spojrzał na mnie ze współczuciem, na co w myślach obiecałam sobie zabić Carmelo jak tylko go zobaczę. Chyba wprost uwielbiał pakować mnie w dziwne sytuacje.
- Właściwie to… Umówiłam się z kimś przy głównym wyjściu z miasta, ale nie bardzo wiem jak tam trafić. Tak jakby… Nie jestem miejscowa.
- Jesteś podróżniczką?! – zawołał chłopak z entuzjazmem, który mnie zaskoczył.
- Można to tak nazwać – mruknęłam, odnawiając w myślach obietnicę zabicia Carmelo. Moja mina musiała chyba wyglądać w tej chwili nieco dziwnie, co wywnioskowałam po zdezorientowanym wyrazie twarzy mojego towarzysza.
- Mogę cię tam zaprowadzić – zaproponował chwilę później. Zgodziłam się bez wahania.
Gdy byliśmy już prawie na końcu uliczki, zdałam sobie z czegoś sprawę.
- Na pewno możesz być poza domem kiedy jest już tak cie…
- Ej, wy tam! – Czyjś okrzyk przerwał mi w pół słowa. Zerknęliśmy za siebie, by upewnić się, że chodzi o nas. Przy schodkach kamienicy, od których chwilę temu odeszliśmy, stał mężczyzna w mundurze. W ręku trzymał jakiś przedmiot, którego nie mogłam dojrzeć ze względu na dzielącą nas odległość. – To wasze? – krzyknął w naszą stronę i potrząsnął dłonią. Grzechot odbił się echem między budynkami.
- Ach, to moje tabletki – powiedział chłopak obok mnie. – Musiały wypaść, kiedy…
- Jesteście zatrzymani w imieniu prawa! – Policjant, bo zapewne tym właśnie był, ruszył w naszą stronę, odpinając od paska kajdanki.
- Dziwne – mruknął mój towarzysz i założył ręce na piersi. Miał zamiar tak czekać? Poczułam jak moje serce przyśpiesza ze strachu. Nie chciałam wiedzieć, co się z nami stanie, jeśli zostaniemy zatrzymani.
- Biegniemy – powiedziałam cicho. Zerknął na mnie pytająco.
- Co?
- Biegniemy! – Złapałam go za rękaw i pociągnęłam mocno, zmuszając go do ruszenia się z miejsca.
- Stójcie! – rozległo się za nami, jednak nawet się nie obejrzałam. Skręciłam w najbliższą uliczkę, ciągnąc za sobą milczącego teraz chłopaka. Nie wydawał się zaniepokojony, tylko lekko zdziwiony.
Biegliśmy tak przez dobrą chwilę, co jakiś czas mijając mieszkańców miasta. Żaden z nich nie zwrócił na tę gonitwę większej uwagi, po prostu patrzyli na nas, po czym wracali do swoich zajęć. Każdy miał obojętny wyraz twarzy, niektórzy nawet nie usuwali nam się z drogi. Jakby wcale się nie obawiali, że coś może im się stać, gdy na nich wpadniemy, albo chociaż tego, że skoro goni nas stróż prawa, możemy być kryminalistami. Poczułam jak mimowolnie do oczu napływają mi łzy. Byłam smutna i zła jednocześnie, nie umiałam zaakceptować takiego otoczenia, takiego zachowania. Moim jedynym życzeniem w tamtej chwili było po prostu uciec jak najdalej od tego miejsca.
Nagle, tuż za kolejnym z niezliczonych zakrętów, poczułam czyjąś dłoń zaciskającą się na moim ramieniu, a następnie mocne szarpnięcie w bok. Ktoś wciągnął mnie i mojego towarzysza do jakiegoś budynku. Usłyszałam trzask zamykanych drzwi. Serce waliło mi jako oszalałe ze strachu i niepewności. Czy właśnie zostaliśmy ocaleni, czy wręcz przeciwnie? Podniosłam wzrok na nieznajomą osobę, która okazała się być dziewczyną niewiele starszą ode mnie.
- Udało wam się – powiedziała radośnie i uśmiechnęła się szeroko. – Złapałam was, bo pomyślałam, że skoro uciekacie, musicie być jednymi z nas. Bałam się, że możecie nie dać rady!
- Bałaś się – powtórzyłam i odetchnęłam z ulgą, po czym oparłam się o ścianę korytarza i osunęłam na podłogę, zamykając oczy.
- „Jednymi z nas”? – zapytał mój towarzysz, a na jego twarzy malowało się niezrozumienie. Nasza wybawczyni popatrzyła na niego uważnie, marszcząc brwi.
- Kiedy ostatnio brałeś tabletki? – chciała wiedzieć.
- Ach, właśnie! – Chłopak sięgnął do kieszeni spodni, jednak zaraz przypomniał sobie, że je stracił. – Właściwie za chwilę będzie pora na trzecią, ale zgubiłem moje. Mogłybyście mi jedną pożyczyć?
Dziewczyna spojrzała na niego z politowaniem, po czym pokręciła głową.
- Nie mam ich, nie przyjmuję już od paru lat. – Zerknęła na mnie pytająco.
- Nawet nie wiem co to, nie jestem stąd – wytłumaczyłam, na co tym razem oboje wlepili we mnie zdumione spojrzenia.
- Podróżniczka – powiedziała dziewczyna, jakby do siebie, a jej twarz przybrała wyraz zachwytu.
- Można to tak nazwać – westchnęłam, po raz trzeci tego dnia skazując Carmelo na śmierć.
- Ach, przepraszam, że tak was tu trzymam. Chodźcie dalej – zaproponowała po chwili milczenia nasza wybawicielka.
Usiedliśmy w salonie, obserwując się nawzajem. Każde z nas pochodziło z innego świata, i to nie tylko dosłownie, jak w przypadku moim i tej dwójki. Ich także wiele dzieliło, mimo iż żyli praktycznie obok siebie. Moja wyobraźnia, jak zwykle otwarta na różne pomysły, podsunęła mi wyjaśnienie wszystkich zaistniałych sytuacji. Dziewczyna zapewne należała do czegoś w rodzaju tutejszych rebeliantów, co z miejsca zapewniło jej moją sympatię. Z chłopakiem sprawa miała się nieco inaczej – najwyraźniej wychowany był w sposób, który nie pozwalał mu dopuszczać do zadawania sobie pytań o sens przyjmowania tych tajemniczych tabletek. Nie mogłabym jednak powiedzieć, że mnie to odrzucało. Mimo, że jego zachowanie czasem wydawało się mechaniczne, dostrzegałam w nim potencjał na stanie się jednym z przeciwników systemu.
- Więc… Czym właściwie są te tabletki? – zapytałam, chcąc potwierdzić moje przypuszczenia.
- Powodują hamowanie uczucia strachu – wyjaśniła dziewczyna. – Każdy musi przyjmować je trzy razy dziennie, inaczej zostanie ono odblokowane. Wszyscy od najmłodszych lat wychowywani są w przekonaniu, że to dla dobra społeczeństwa. Ci, którzy odmawiają, zostają pochwyceni przez wysłanników władz, po czym znikają i nigdy nie wracają. – „Czyli miałam rację, że uciekłam”, pomyślałam z ulgą. Naprawdę nie chciałam się dowiedzieć, co by się z nami stało. – Nie rozumiem tylko, czemu cię ścigano – kontynuowała, zwracając się do chłopaka. – Po twoim zachowaniu mogę stwierdzić, że nie jesteś jednym z nas, którzy nie dają się podporządkować.
- Jak unikacie złapania? – zapytałam, gdy on nie odpowiedział.
- To proste. – Uśmiechnęła się. – Do pudełek po tabletkach wrzucamy cukierki, które wyglądają tak samo i zachowujemy się, jakby były to one.
- Nie wierzę, że nikt nie dostrzegł różnicy – powiedziałam sceptycznie.
- A jednak. Nikt nie podchodzi do nas i nie sprawdza, czy to coś innego. Poza tym… Może jest nam łatwiej udawać, skoro kiedyś już tego doświadczyliśmy.
Skinęłam głową, przyznając jej rację, po czym zerknęłam na chłopaka. Wtedy uderzyło mnie coś w jego wyglądzie. Był dziwnie blady, jego oczy były zamknięte, a pięści zaciśnięte. Natychmiast zerwałam się z fotela, w którym siedziałam.
- Ej! Co się stało? Nic ci nie jest? – zawołałam, podbiegając do niego z niepokojem kołaczącym się wewnątrz mnie. Nie poruszył się, ani nie odpowiedział. Spojrzałam w kierunku naszej gospodyni, szukając wyjaśnienia lub pomocy. Dziewczyna wstała powoli i uśmiechnęła się do mnie uspokajająco.
- To strach – powiedziała cicho. – Nie wziął tabletki, więc teraz musi tego doświadczyć. – Podeszła do chłopaka i położyła mu dłoń na ramieniu.
- Ale… Czemu w taki sposób? – zapytałam, uspokajając się nieco. Chciałam jakoś pomóc, jednak wiedziałam, że nie ma na to sposobu. Każdy powinien sam przezwyciężać swoje słabości.
- Na każde nowe uczucie człowiek reaguje zdumieniem, czasem nawet zaniepokojeniem. Próbuje wytłumaczyć sobie samemu co i dlaczego się z nim dzieje. Jak więc miałby zareagować? Tym bardziej, że strach nie jest miłym uczuciem. Żeby go przezwyciężyć, pozbyć się z myśli, trzeba najpierw zaakceptować to co ze sobą niesie i pogodzić się z pewnymi myślami. Brak strachu powoduje, że człowiek staje się pustą skorupą, kukiełką. Nie obawia się śmierci, konsekwencji swoich czynów. Może zanika też jego wyobraźnia, współczucie, smutek. Można mieć wiele wspólnego, dzieląc się z innymi tylko tym co miłe i dobre, ale co z tego, skoro z braku tego jednego uczucia wszystko może zostać miłym i dobrym? Gdzie znajdzie się miejsce na refleksję nad własnymi czynami, gdzie na moralność?
W milczeniu skinęłam głową i przysiadłam obok chłopaka, także kładąc mu dłoń na ramieniu.
- Wszystko mija, nawet strach – powiedziałam cicho. – Można spojrzeć na niego zarówno jak na krótki błysk, jak i stałego towarzysza. Najlepiej jak na nauczyciela odwagi, bo bez odrobiny strachu jest ona zwykłą głupotą.
Kiedy nasz towarzysz wreszcie się uspokoił i usnął, wstałam z miejsca i skierowałam się do wyjścia. W drzwiach zatrzymałam się jednak na chwilę i obejrzałam na dziewczynę.
- Wiesz, jeśli chcecie, zawsze możecie uciec. Gdzieś, gdzie nie dosięgnie was ten system, ani władza. Gdzie ludzie nie będą tylko pozornie szczęśliwi.
- Wiem – odpowiedziała. – Jednak czy nie byłoby to samolubne? Jest tu jeszcze wielu ludzi, których nie możemy zostawić w nieświadomości. Może nie każdemu się to spodoba, ale chciałabym, aby pewnego dnia wszyscy mogli nauczyć się odwagi. – Przytknęłam jej ze zrozumieniem. – Wyruszasz w kolejną podróż? Trafisz do wyjścia?
- Mam przeczucie, że nie będę miała problemów z powrotem – odpowiedziałam szczerze. – A jeśli chodzi o „kolejną podróż”… Najbardziej lubię w nich to, że nie ciągną się w nieskończoność. Wracam do domu. Zajmij się dobrze tym chłopakiem. Myślę, że będzie miał kiedyś dużo do powiedzenia – zaśmiałam się. Dziewczyna uśmiechnęła się ciepło i skinęła mi głową na pożegnanie.
Kiedy zamknęłam za sobą drzwi domu, na zewnątrz czekał na mnie Carmelo.
- A więc to już koniec – powiedziałam z ulgą. – Wracajmy.
-Może jeszcze jedna podróż? – zapytał podróżnik, z cwanym uśmieszkiem na ustach.
- A w życiu!!!
Od kilku dni zastanawia mnie co z tym opowiadaniem jest nie tak. Bo coś jest, tego jestem pewna i nie chodzi o to, że czasami styl staje ci się bardziej sprawozdaniowy niż opowiadaniowy („komunikacja słowna” – bo, naprawdę tak na co dzień mówisz? Idziesz pokomunikowac się słownie na temat tego kto wynosi śmieci?), ale to raczej cześć większej sprawy. I tak dziś przemierzając miasto – puste przed godziną 7 więc autko mało ode mnie wymagało – i chyba w końcu doszłam do tego, jak rzecz ubrać w słowa.

Otóż to jest sprawozdanie. Napisane w pierwszej osobie, ale dość zgodne z pewnymi odgórnymi wytycznymi sprawozdań. Głównie zaś z ich bezemocjonalnością. Z jednej strony twoja bohaterka opowiada o czymś już minionym i może mieć do tego duży dystans, z drugiej brakuje mi tu jednak jakiegoś bardziej żywego podejścia do sprawy. Zwłaszcza pod koniec. Na początku „podróży” to było nawet ok, znaczy gusta gustami, ale tam to zgrywało się z fabułą. Bohaterka po raz któryś wylądowała w jakimś dziwnym świecie – sprawozdawcze analizowanie otoczenia tam mi gra. Ale już od momentu, kiedy zaczęła uciekać z tamtym chłopakiem przestaje to tak działać. Tam by się przydało, aby tekst zyskał więcej dynamiki chociażby przez większą reakcję ze strony bohaterki. Skoro ona opisuje to z perspektywy czasu, to czemu by nie mogła dorzucić jak się wtedy czuła, na przykład? Chyba mi się marzy, aby bohaterka nieco bardziej zaznaczyła swoje uczestnictwo w zdarzeniach, bo chwilowo to trochę tak, jakby stała obok i opisywała co ktoś inny robił :/

Co do fabuły, to ogólnie pomysł mi się podoba. Pierwsza scena jest urocza, że tak to ujmę z braku lepszego słowa. Wprowadza Carmelo (i to ciekawie, od razu go polubiłam :D), ideę podróży i nastawienie bohaterki do nich. Dużo, ale na taki kawałek tekstu i takie przedstawienie wyszło w sam raz :) Motyw jedzenia lodów na pustyni był genialny, taka wisienka na torcie z niego :) Sam pomysł podróży mi się podobuje i ciekawym może byłoby kiedyś do niego wrócić? Miałabyś cykl :P

W zasadzie mam do fabuły jedno ale i tyczy się ono świata, który odwiedza bohaterka. No i w sumie to nie „ale” a „dlaczego”. Brakuje mi tam wyjaśnienia czemu rząd pakuje w ludzi psychotropy czy inne takie, aby się nie bali? Strach to ważne uczucie, bardzo ważne z punktu widzenia niektórych rządów. I tu nie chodzi o strach przed władzą, a strach na przykład przed walnięciem głową o szklaną szybę w wysokościowcu i poleceniu z nią w dół – boimy się, więc tego nie robimy ot tak sobie. Strach przed pójściem do więzienia jak się kogoś zabije czy coś ukradnie. Znaczy oczywiście można mówić, że w przypadku tych drugich, to człowieka winien powstrzymywać nie strach a moralność, ale bywa jak bywa, a jedno z drugim nie jest sobie tak bardzo odległe.

Wracając do tematu, do samego końca tekstu pytałam się „dlaczego akurat pozbawiają ludzi strachu”?

No i to chyba tyle. Miło że coś wrzuciłaś ^___^ Pisaj, pisaj.
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

ODPOWIEDZ