UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Zapraszamy do udziału w nowym INSTANCIE! :D

Zachęcamy też do głosowania na TEKST WRZEŚNIA!

Tytułu to to jeszcze nie ma.

KRYMINAŁ, HORROR, THRILLER, SENSACJA
Pomysły moich powieści kryminalnych znajduję zmywając. Jest to zajęcie tak głupie, że zawsze rodzi we mnie myśl o zabójstwie. ~ Agatha Christie
Awatar użytkownika
Kompot
Mącikompot
Posty: 425
Rejestracja: 21 sierpnia 2012, 23:40

Re: Tytułu to to jeszcze nie ma.

Post autor: Kompot » 19 czerwca 2013, 12:19

SpoilerShow
Rozdział 1

Nie wiem, kim jestem. Nie posiadam poczucia osobistości (Absolutnie tego tu nie powinno być. Poczucie osobowości i brzmi jak poczucie bycia blondynką. Żaden normalny człowiek nie czuje swojej osobowości... nie wiem czy poczuciem osobowości mogą się wykazać ludzie z osobowością wieloraką, chociaż tutaj wyczuwanie tej drugiej byłoby minimalnie logiczne w literacki sposób. Jako psychol sprzeciwiam się istnieniu poczucia osobowości! XD), wspomnień, planów na przyszłość. Spoglądam w mieniącą się kałużę i nie mogę pojąć tego, co próbuję ujrzeć. Wzdycham ciężko i przecieram nadgarstkiem czoło, zaraz to cofam się i siadam na marmurowej ławie pod starymi kolumnami, tak, aby nie raziło mnie złote słońce. Przejeżdżam dłonią po policzku, próbując choć trochę urzeczywistnić zaistniałą sytuację (jeśli coś zaistniało, to automatycznie jest urzeczywistnione. Proponuję jak w przypadku poczucia osobowości zapisać to inaczej.) i znaleźć dowody na to, że ja naprawdę istnieję. Dziwię się temu, ale nie odczuwam uczucia bezradności czy paniki. Nie czuję za wiele, jestem w stanie czuć jedynie przyjemny chłód bijący od ławki. Spoglądam przed siebie, na niższy plac otoczony rządami kolorowych kwiatów, pomiędzy którymi snują się nieznajome osoby. Niektórzy wyglądają normalnie; ubrani w garnitury bądź piękne suknie. Innych, tak, jak siebie, nie potrafię opisać. Rozróżniam jedynie mężczyznę od kobiety.
Daleko przede mną stoją ogromne srebrne bramy. Co chwilę uchylają się wpuszczając na nasz plac oślepiające światło, a pojedyncze osoby kierują się ku wyjściu. Siedzę na ławie długi czas, trzy bramy otwierają się i zamykają na przemian. Słońce cały czas nie zmieniło swojego miejsca a pomiędzy rzędami kwiatów pojawiają się nowe osoby. Nie przejmuję się (nie widzę powodu do przejmowania się tym, że słońce świeci, a ludzie łażą między rabatkami) tym, czuję w sercu dziwną obojętność. W pewnym momencie bramy otwierają się, a ja podświadomie wiem, że czekają na mnie. Podnoszę się z ławy i spokojnym krokiem kieruję się w ich stronę, by zaraz zniknąć w oślepiającym świetle. Zamykają się za mną, wbijając chłód w moje plecy.
W jednej sekundzie powracają do mnie wszystkie błahe wspomnienia. Podczas oczekiwania na otwarcie się drugiej bramy próbuję odszukać w stronicach pamięci coś, co wytłumaczyłoby choć trochę zaistniałą sytuację. Nic nie odszukuję. Czuję w ustach jedynie ulubiony smak, słyszę w uszach rock 'n' rollowe brzmienia, chociaż podświadomie czuję, że to tylko przedsmak sekretów mojej tajemnicy (masło maślane. Tajemnica zawiera poufne informacje, tak jak i sekret. Chociaż tajemnica jest naładowana mocniej od sekretu. Ale i tak brzmi to jak masło maślane.). W jednej chwili przelewają się przeze mnie wszystkie możliwe uczucia, to wszystko momentalnie odebrało mi siły, mimowolnie padam na marmurową posadzkę, jakby przygniotły mnie wszystkie grzechy świata. Kiedy odzyskuję świadomość, słyszę ponad sobą basowy głos oraz drugi, zdecydowanie mniej przyjemniejszy, syczący skowyt przeplatany ze słowami. Podnoszę wzrok i widzę przed sobą dwie potężne postaci. Po prawej stronie stoi dojrzały mężczyzna odziany w śnieżno - złote szaty, po jego lewej stronie unosi się trudna do opisania postać. Emanuje ciemną mocą, posturą przypomina węża. To jest takie nierealne. Nie jestem w stanie wydusić z siebie słowa, czuję, że niepytanym nie należy odpowiadać. Mrużę oczy, ponieważ jasna (jasna co?) świeci tak jasno, że nie jestem w stanie spojrzeć na nią bez mrużenia oczu. Kiedy podnoszę się do pionu, głosy milkną i czuję na sobie uważne spojrzenia.
- W poprzednim wcieleniu byłeś prawym człowiekiem. - odzywa się jasna postać. Zauważam, że nie zwraca się do mnie ze względu na płeć, a na gatunek, który jest rodzajnikiem męskim. Nadal nie wiem, jakiej jestem płci. - Tym razem należy ci się wybór.
Nie jestem w stanie oderwać od niego wzroku. Czuję, że zgodzę się na każde jego polecenie, jemu nie wolno się przeciwstawiać. Przytakuję z wdzięcznością, kiedy postać po lewej stronie odzywa się swoim syczącym, powolnym głosem.
- Nie zmarnuj tej okazji. Może się już nigdy nie powtórzyć.
Jasna osoba wykonuje ku mej postaci gest, czuję, jak moje ciało wiotczeje. Wspomnienia znowu zalały mój umysł. Teraz widzę wszystko dokładniej. Przypomina mi się mój dom, chociaż teraz nie wiem, gdzie on jest. Widzę w środku osoby, których nie znam, ale domyślam się, że to moja rodzina. Zapewne tam, przy stolę, siedzę ja. Nadal nie wiem, kim jestem. Widzę włochatego psa, a za nim stojak z masą różnych płyt muzycznych. Obok gitarę i mnóstwo plakatów znanych gitarzystów. Najgłupsze jest to, że nie wiem nawet, jak się nazywają. Zaraz po tym całe życie minęło mi przed oczami, niczym kilku klatkowy film. Czuję, że znowu upadnę, jednak tym razem podtrzymała mnie dobra postać. Podnoszę się i patrzę na niego z wdzięcznością. On zaś ponownie odpowiada.
- Masz szansę wykreować swoje nowe życie od podstaw.
Ogarnia mnie dziwne uczucie pustki. Nie wiem nawet jak się nazywam, a już mam wybierać, kim będę przez najbliższe osiemdziesiąt lat? Inne uczucia są mi obce. Nie czuję zdziwienia zaistniałą sytuacją. Osoby stojące przede mną są łaskawe.
- Jakie było twoje największe marzenie? - mroczna postać wciąż milczy, najwidoczniej nie była tak pozytywnie nastawiona do mnie, jak ten po prawej. Zastanawiam się przez moment nad odpowiedzią na tak absurdalne pytanie. Przecież nie mam pamięci. Po chwili jednak słowa same wypływają mi z ust.
- Chcę zaznać prawdziwego Rock n' Rollowego życia. - to były moje pierwsze słowa, które zostały wypowiedziane mimowolnie, odruchowo. Zaraz po nich usłyszałem cichy chichot wyłaniający się z mroku. Wężowa postać zasyczała zwycięsko, aczkolwiek nadal się nie odzywała.
- Co byś chciał osiągnąć? - pytał dalej.
- Chcę być sławną osobom. - wypowiadam słowa w nijakiej osobie. Nie potrafię inaczej. - Chcę nie martwić się o pieniądze, oraz być na prawdę szczęśliwym i szalonym człowiekiem.(To nie jest błąd... tylko zakwiczałam sobie, bo wyobraziłam sobie pokrętnego Gina z lampy, który spełnia to życzenie. Nosz przecie idealny przepis na bardzo długi pobyt w psychiatryku XD) - nie zdaję sobie sprawy z tego, jak głupio brzmią moje słowa. Chcę jedynie osiągnąć cel, zrealizować skryte marzenia, których najwidoczniej nie udało mi się spełnić w poprzednim życiu.
- W jakich czasach chcesz żyć? - o krok z ciemnej mgły wysuwa się tajemnicza postać. Zauważam rogi oraz zielony, bezwonny odór (jak odór czy zapach może być bezwonny? Albo coś pachnie i jest zapachem, smrodem, odorem, albo nie i wtedy nie ma zapachu odoru.). Najwidoczniej dla krwisto czerwonej osoby ważniejsze są szczegóły, na przekór pałającej dobrocią jasnej postaci.
Wbijam zamyślone spojrzenie w marmurową posadzkę od której odbija się jasna poświata. Próbuję wyszperać coś z pamięci, zastanawiam się, co inni odpowiedzieliby na moim miejscu. Zapewne, że w teraźniejszości. Ale czy teraźniejszość to nie jest pojęcie względne? Dla Alberta Einsteina także była teraźniejszość, kiedy umierał. Może bardziej trafne byłoby pojęcie nowożytność? Po dwudziestych latach? Wiem, że wokół tych czasów kręci się sprawa.
- Lata siedemdziesiąte. - odpowiadam.
Belzebub chichocze radośniej, zauważam, jakby rósł w mocy.
- Masz okazję do wybrania swoich atutów. - odpowiada jasna postać.
Czuję, że świat stoi przede mną otworem. Skupiam się, przecież bazuję jedynie na wspomnieniach. Gdyby nie one, moja osoba zostałaby ślepo rzucona w obojętne czasy z losową szatą. Nad kolejnym zadaniem zastanawiam się długo. Nie chcę podejmować decyzji pochopnie.
- Chcę mieć talent. – mówię krótko.
Jedyne, co daję radę usłyszeć, to przeszywający mnie rechot diabła (mondry diaboł :heart: ). Nie jestem w stanie kontrolować swojego ciała ani tego, co się z nim dzieje. Czuję, że zawiodłem Boga. Liczył na coś więcej z mojej strony. Zaraz po tym słyszę jego słowa kierowane do Diabła, jakby dochodziły do mnie zza ściany. Prawdopodobnie próbuje wytłumaczyć mu, żeby dał mi szansę. Jednak ja tracę jakiekolwiek czucie i po prostu znikam. Wszystko rozpływa się, jakbym moje oczy nie mogły złapać ostrości. Z czasem widzę jedynie ciemne i jasne światło bijące od postaci, następnie mój wzrok wędruje po łuku i w jednej chwili widzę sufit, a potem oślepiające światło (Powinnaś popracować nad bogactwem języka. Synonimy słowa światło: blask, lśnienie, jasność, iluminacja).

Rozdział 2
Gonię ojca po pokoju, próbując złapać go za materiał czarnej koszulki. Niestety, ojciec jest za szybki i ucieka na drugi koniec domu, wbiega po schodach na piętro i znika za drzwiami swojej sypialni. Biegnę za nim. Doganiam go w pokoju, nagle obraz zmienia się w jedną, długą smugę a ja czuję pieczenie w okolicach kolana. Podnoszę się, siadam i podciągam kolano pod siebie. Słone łzy powoli spływają mi po policzku, zamazanym spojrzeniem spróbuję obejrzeć skaleczenie, kiedy ojciec klęka przy mnie. Ściąga brwi w wyrazie współczucia, ale (a? Współczucie nie wyklucza pocieszającego, dającego otuchy uśmiechu) na jego ustach (dobrze, że nie gościł na czole ;) ) gości nikły, ciepły uśmiech. Otacza mnie ramieniem i podciąga ku górze, abym mógł usiąść mu na ugiętym kolanie. Ociera mi łzy z policzka i spogląda ku górze. Z zaciekawieniem kieruję wzrok w tą samą stronę, co mój tata. Domyślam się, co chce teraz powiedzieć - w końcu całkiem nieźle go znam.
- Jak myślisz, co on by zrobił na twoim miejscu? - pyta, wskazując podbródkiem na wiszący na jasnej ścianie plakat The Vegas Kings, chociaż doskonale wiedziałem, że chodzi o Dio. Kiedyś mi wyznał, że jest dla niego jak ojciec. Spytałem dlaczego, a on wtedy uśmiechnął się wymijająco i powiedział, że dowiem się z czasem. Nienawidzę, kiedy tak mówi.
Zastanawiam się chwilę nad odpowiedzią. Tata wspominał o nim kiedy tylko miał do tego okazję, więc postać Ronniego jest mi bliższa niż moja babcia mieszkająca kilka ulic dalej.
- Nie wiem, ty zawsze mówisz, co on by zrobił.
Ojciec wybucha śmiechem i stawia mnie na dywanie. Uśmiecham się szeroko, bez większego powodu i spoglądam na niego. Ma bardzo długie czarne włosy, które leją się na jego ramiona oraz plecy, zlewając się z ciemnym materiałem koszulki. Uwielbiam podchodzić do niego od tyłu, kiedy siedzi na podłodze i okręcać się jego włosami. Są na tyle długie, że mogę owinąć się dwukrotnie. Jego ramiona są silne i kolorowe od tatuaży. Oczy natomiast ma ciemne, szkliste a spojrzenie, jakim mnie często obdarza, jest pełne troski i miłości. Kiedy się nudzi lubi obracać swoim kolczykiem w lewej brwi.
Moja mama nieco różni się od ojca. Jej rude, kręcone włosy sięgają do ramion, na które często opadają kolorowe szale bądź chusty. Niekiedy przyglądam się rano zwinnym ruchom jej dłoni, kiedy podkreśla swoje błękitne oczy czarną kredką oraz jak maluje oczy na różne kolory pasujące do jej obcisłych sukienek. Czasem, kiedy przekomarza się z tatą, ojciec woła na nią hipiska. Nie wiem, co to znaczy, ale podoba mi się to słowo, a ona reaguje na nie tak samo, jakbym zawołał „mamo!”. To po niej mam piegi na nosie i policzkach. Mama czasami śmieje się ze mnie, ponieważ uważa, że zestawienie czarnych piórek - tak mówi na moje puszyste włosy - z kilkoma piegami pod szarymi oczami to nietypowe zestawienie. Nie przeszkadza mi to. Tak samo nie przeszkadza mi fakt, że posiadam takich rodziców, a nie innych. Koledzy ze szkoły czasami pytają się mnie, kim jest mój tata, że tak wygląda. Ja wtedy patrzę się na nich ze zdziwieniem, i myślę, że przecież on wygląda normalnie. To ich ojcowie są nudni i dziwni.
Tak na prawdę to nie wiem kim jest mój ojciec. Często siadam naprzeciwko niego i śpiewam różne ballady, kiedy on gra na gitarze. Moja mama rzadko bywa w domu, ponieważ pracuje w jakiejś dużej firmie, często też projektuje stroje w domu do późnej nocy. Produkuje ubrania dla różnych sławnych osób, zazwyczaj są to muzycy, ponieważ to wokół nich kręci się całe nasze życie.
- Tato - podchodzę do niego. Stoi przy swojej gitarze i próbuje ją dostroić po moim wczorajszym graniu, więc spogląda na mnie z góry swoim spokojnym i troskliwym spojrzeniem. Czasami mnie to dziwi, ponieważ niejednokrotnie widziałem, jaki tata potrafi być wobec innych ludzi. Nie raz przyglądałem się z daleka, jak się z kimś bił bądź komuś groził. Ale dla mnie jest inny, zawsze mnie to zastanawiało, ale bałem się pytać. Spogląda na mnie pytająco. - Naucz mnie grać na gitarze.
Cały wieczór spędzam z ojcem na ćwiczeniu jednej prostej melodii. Kiedy tata uważa, że czegoś zdołał mnie nauczyć, chwytam gitarę z autografem Robby'ego Kriegera i zbiegam ostrożnie po schodach, gdyż wiem jak cenna jest dla nas ta gitara. Znajduję matkę w salonie, który jest przestronny, aczkolwiek skromnie urządzony. Nie ma przepychu, nienawidzę go, ale spotkałem się z nim w wielu domach moich kolegów ze szkoły i nie przypadł mi do gustu. Hipiska siedzi przy stoliku krawieckim i wykonuje kolejne projekty. Podbiegam do niej w podskokach, a ta, zdziwiona, podnosi głowę i ściąga ku górze brew, aby skupione spojrzenie przerzucić z gitary na moją dziecięcą twarz (bez podniesienia brwi nie mogłaby przerzucić spojrzenia z gitary na swoje dziecko?). Nie potrzebuję usłyszeć słów, aby wiedzieć, że jest zaciekawiona. Spoglądam za głowę mamy i widzę opierającego się o framugę drzwi ojca z włosami zarzuconymi na plecy. Muszę się przed nimi popisać.
Przypomina mi się koncert The Doors, na którym byłem wraz z tatą kilka miesięcy temu. Siedziałem mu wtedy na ramionach i podziwiałem dających koncert Doorsów. Teraz zamieniam się z nimi rolami, to ja staję na scenie, a oni są tylko widzami. Biorę wdech i uderzam w struny. Mój piskliwy głos także rozbrzmiewa w pokoju ku zdziwieniu ojca. Jest to uproszczona do granic możliwości piosenka Light My Fire. Tekst znam na pamięć, mimo, że album, z którego pochodzi utwór, został wydany zaledwie kilkanaście tygodni temu. Po chwili już jest po wszystkim, oddycham z ulgą oddając gitarę mojemu nauczycielowi. Kłaniam się nazbyt entuzjastycznie i posyłam rodzicom uśmiechy. Chcę, aby ten wieczór trwał wiecznie, ponieważ nie tylko słyszę tonę pochwał od rodziców, ale także pierwszy raz zagrałem coś na gitarze i równocześnie zaśpiewałem, a dodatkowo wyszło mi to całkiem nieźle. Słyszę od mamy, że jestem nadmiernie uzdolnionym ośmiolatkiem, a potem wszyscy wybuchamy śmiechem.
- Nawet najwięksi artyści potrzebują snu, Seth. - mówi łagodnie ojciec i wysyła mnie na górę. Z żalem opuszczam parter i kieruję się posłusznie do pokoju, gdzie zasypiam pogrążając się w marzeniach o karierze prawdziwego rockaman.
Przed zaśnięciem jednak zastanawiam się jeszcze, co począć. Mam dopiero osiem lat, ale tata naopowiadał mi tyle historii o dorastających gwiazdach rocka, że i ja zapragnąłem taki być. Chcę przeżyć przygodę mojego życia, razem z ojcem. To moje marzenie, największe, jakie tylko istnieje w mej głowie. Myślę, jak wyjechać z mojej rodzinnej Kalifornii i przedostać się do Holywood. Gdybym pojechał z tatą, byłoby łatwo, ale jaki prawdziwy rockman ucieka z domu z rodzicem? Muszę jeszcze wiele zaplanować.

Nie mam snów dzisiejszej nocy. Nie miałem ich także wczorajszej jak i przedwczorajszej nocy.

Dziś jest poniedziałek, dlatego muszę wcześniej wstać, aby nie spóźnić się do szkoły. Schodzę do kuchni, gdzie zastaję ojca przygotowującego dla mnie kanapki. Rozglądam się, ale nie dostrzegam matki.
- Musiała się dzisiaj wcześniej stawić w pracy. (bez kropki) - powiedział ojciec nie odwracając się do mnie podczas sprzątania po robieniu śniadania. Nie pierwszy raz tata czyta mi w myślach. Zastanawiam się, czy z czasem i ja odkryję takie zdolności. Póki co siadam przy stole i piję sok pomarańczowy machając nogami w powietrzu. Roznosi mnie energia, chociaż na samą myśl o pójściu do szkoły odechciewa mi się jeść, ponieważ nie jestem lubiany w klasie. Nie było dnia, w którym czegoś by mi nie wytykali. Ostatnio, na przykład, ciągle przeszkadza im mój ubiór; nieco za duże koszulki z nazwami zespołów często robionymi przez moją mamę, rozpinane koszule, skórzane kurtki i spodnie, trampki albo ciężkie buty. Najbardziej nie podobają im się, mimo wszystko, moje włosy, które są długie, ciemne i gęste. Ciągną mnie za nie i specjalnie mylą z dziewczynami, ale tata powiedział mi, żebym się tym nie przejmował i że on miał gorzej kiedy był w moim wieku. Raz nawet zaśmiał się mówiąc, że napisał swoją pierwszą piosenkę przelewając swoje wszystkie żale i problemy związane ze szkołą na papier, a ja mu wtedy obiecałem, że też kiedyś coś napiszę a potem nawet to zaśpiewam.
Ojciec podchodzi do stołu i przesuwa po nim talerz z kanapkami w moją stronę. Spogląda na mnie, kiedy jem, a potem opiera się łokciami o drewniany blat i dłońmi zwiniętymi w pięści podpiera podbródek. Końcówki włosów prawie że muskają stół. Czuję się nieswojo, kiedy wbija we mnie nieruchome spojrzenie. Uśmiecha się delikatnie a następnie mówi:
- Dużo masz dzisiaj lekcji w szkole?
- Pięć.
Jem kanapki spoglądając na niego pytająco. Nienawidzę, kiedy milczy, ale niestety - mówi niewiele. Zazwyczaj nie odzywa się niepytany.
- Mama wróci późno - kontynuuje - może zostałbyś dzisiaj w domu? Poćwiczylibyśmy Light My Fire.
Unoszę wysoko brwi i nieruchomieję na chwilę, nie odrywając wzroku od ojca. Nie wiem, czy sobie ze mnie żartuje, ale przytakuję tak entuzjastycznie, jak nigdy. Za każdym razem, kiedy udaje mi się nie iść do szkoły, czuję się jakby spadał mi kamień z serca. Nie dlatego, że nie lubię się uczyć, po prostu nienawidzę moich kolegów.
Tata uśmiecha się długo a następnie tarmosi mi puszyste, lekko kręcone włosy. Zapewne wyglądam, jakbym się nie czesał kilka dni, ale nie przeszkadza mi to. I tak się dziś nie czesałem, nigdy się nie czeszę, jeśli mama mnie do tego nie zmusza.
Kończę śniadanie i biegnę do pokoju ojca, który siedzi na łóżku i gra wstęp do Light My Fire. Wskakuję na miękki materac i opieram się plecami o ramę łóżka, przyglądając się tacie w ciszy, nim ten nie skończy. Kiedy już ma dla mnie czas, prosi, abym zagrał i zaśpiewał to samo co wczoraj. Wychodzi mi nieco gorzej, ale nie peszę się. Tak już mam, że nie poddaję się za pierwszym razem, ponieważ zazwyczaj po kolejnych próbach jest coraz lepiej. Tak właśnie jest: za drugim razem śpiewam pewniejszym głosem oraz lepiej trafiam kostką w strony. Ojciec słucha w ciszy i w skupieniu, a po wykonaniu utworu mówi co mam poprawić, dzięki czemu szybko się uczę. Godzinę później umiem już płynnie śpiewać pierwszą zwrotkę, a gra wychodzi mi coraz korzystniej. Tata pokazuje mi kolejne chwyty, dzięki czemu moje wykonanie coraz bardziej przypomina oryginał. Kolejne godziny mijają jak minuty. Czas, który spędziłbym w szkole, poświęciłem na granie i śpiewanie razem z ojcem. Czuję się dziwnie ze świadomością, że kiedy mama wróci z pracy, będę musiał ją okłamać.
- Tak mamo - mówię spokojnie patrząc ojcu w oczy - byłem w szkole. Nudno jak zawsze.
To jest pierwszy raz, kiedy tata uczy mnie kłamać i nakłania do czegoś złego. W naszym domu nigdy nie było surowych reguł i zakazów. Po prostu każdy robił to, co uważał za słuszne, a niektóre tematy nigdy nie były poruszane, bo po prostu czuliśmy, że nie powinniśmy tego robić. Wiem, że to inaczej niż w domach moich rówieśników, rozmawialiśmy kiedyś o tym na lekcji, ale ja po prostu nie potrafię żyć inaczej. Od zawsze jestem wolny i żyję z tą świadomością, zresztą ojciec ciągle mi to powtarza; że jestem wolnym człowiekiem i że to ode mnie zależy, jak potoczy się moje dalsze życie. Mogę osiągnąć wszystko, co tylko będę chciał, ciężką pracą, ponieważ talent już mam. Tak uważa mój mentor, więc tak musi być, wierzę mu.
- Nie przestępuj tak nerwowo z nogi na nogę. (albo bez kropki albo koryguje z dużej litery) – koryguje mnie. – Wiesz, jaka jest mama. Od razu zacznie coś podejrzewać.
Przytakuję i próbuję ponownie kłamać.
Mama wraca do domu, jest późny wieczór. Kłamię jej prosto w oczy, a ona nawet tego nie zauważa – jest zbyt zmęczona. Skoro nic mi się nie stało, kiedy kłamałem, to może nie jest to takie złe, jakby się mogło wydawać? Postanawiam, że będę kłamać częściej, w końcu nic się nikomu nie stanie, a ja może będę mógł uciec w ten sposób od problemów.
SpoilerShow
Dziś mija drugi miesiąc od moich piętnastych urodzin. Chodzę do nowej szkoły, jednakże tam nadal nieprzychylnie tolerują mnie oraz mój styl. Daję sobie jednak (niepotrzebne, bo w poprzednim zdaniu nic nie wróży problemów) radę, kilka razy wylądowałem u dyrektora za bójki. Ojciec mnie, na szczęście (myślę, że nie ma przyczyn by traktować to jako wtrącenie i wydzielać przecinkami), rozumie, natomiast mama często robi mi awantury. Z czasem mam już tego dość, coraz mniej czasu spędzam w domu i każdego dnia wymyślam kolejny pretekst, aby z niego wyjść.
Są jednak w szkole dwie osoby, które mnie rozumieją, tylko dla nich chodzę tam chodzę (i kropka zamiast przecinka), gdyby nie oni, zapewne już by mnie z niej wyrzucili.
Hayley, tak samo jak Stenley, jest w moim wieku). Ma długie, kręcone i puszyste, jasno rude włosy z pasemkami w kolorach tęczy. Nigdy nie widziałem jej w spódniczce, tak samo Stenley, który przyjaźni się z nią od kiedy tylko pamięta. Hayley ma delikatne rysy twarzy, zaokrąglony nos i sporo piegów na policzkach, natomiast lekko odstające uszy, które próbuje za każdym razem zakryć, dodają jej uroku. Błękitne oczy przeszywają wrednym spojrzeniem praktycznie każdą osobę, z którą się nie przyjaźnimy. Tak samo jak ja lubi się bić i denerwować innych, ale mimo wszystko jest delikatna (wrażliwa. Chyba że delikatnie ciągnie za włosy i strzela w psyk z gracją), czasami zdarza się jej płakać, kiedy nikt nie widzi.
Natomiast Stenley jest najniższy z nas wszystkich, a na dodatek, najgrubszy. Ma czarno brązowe, zawsze brudne włosy do ramion, nieco zadarty nos i jest największym fanem KISS na świecie, stąd też pochodzi jego pseudonim. Czasami nawet zdarza mi się zapomnieć, jak naprawdę się nazywa. Na temat Paula Stanleya ma podobnego bzika, co mój ojciec na punkcie Dio, czasami już nas tym denerwuje. Zawsze jesteśmy wobec siebie szczerzy i wierni, jakbyśmy się znali do urodzenia, chociaż ja przyjaźnię się z nimi dopiero od moich czternastych urodzin. Szczęśliwie wszyscy mieszkamy blisko siebie, dlatego możemy spotykać się kiedy tylko chcemy.
Trudno jest mi stwierdzić, czy się zmieniłem przez te kilka lat. Można powiedzieć, że wydoroślałem, stałem się niezależny i z dnia na dzień coraz bardziej buntowniczy. Powoli zaczynam się określać, moja osobowość się kształtuje i dojrzewa. Z wyglądu nieco się postarzałem, (świetne) włosy wciąż mam długie, do połowy pleców, ciemne, jednak nieco jaśniejsze niż wcześniej. Kręcą się i posiadają tysiące nierozczesywanych pęków i kołtunów.

Uciekam z kilku ostatnich lekcji, Hayley i Stenley idą na warsztaty muzyczne, ale ja ich nie lubię. Są dla mnie zbyt prymitywne, dlatego postanowiłem na nie nie chodzić. Wyślizguję się przez okno w męskiej łazience i wykradam się tylnym parkingiem, aby nikt mnie nie przyłapał. Mam już w tym wprawę. Nie mogę wrócić tak wcześnie do domu, ponieważ dzisiejszego dnia matka pracuje w domu szkicując i projektując nowe stroje. Postanawiam, że wpadnę do przyjaciół ojca, którzy mieszkają kilka przecznic od nas. Podejrzewam, że właśnie tam znajduje się tata.
Trzech przyjaciół mieszka w jednym, niewielkim domku bez ogródka. Ich dom to istna rudera, schody trzeszczą, miejscami zapadły się deski, więc trzeba gdzieniegdzie przeskakiwać po przynajmniej dwa stopnie, aby nie złamać sobie nogi w szczelnie. Z dachu odpadło większość dachówek, a woda z rynien spływa do garażu. Jedno stłuczone okno zostało przykryte starym obrazem. Zawsze mnie dziwił fakt, że niektórzy ludzie, którzy posiadają dużo pieniędzy, wolną mieszkać w takiej ruderze niż w willi z basenem, bowiem przyjaciele ojca mają sporo kasy. Grywają po knajpach, piszą piosenki i odsprzedają je różnym mniej i bardziej znanym artystom, grają na różnych festiwalach, nigdy za darmo. Jeden z nich od czasu do czasu gra w pobliskiej filharmonii.
Wszystkie moje rozważania rozwiewają się, kiedy wchodzę do środka bez pukania. Nigdy nie byłem w środku, jedynie czasem przychodziłem tutaj i czekałem przed domem na ojca. Wiedziałem, że mogę tam wchodzić, nawet bez wcześniejszego powiadamiania gospodarzy o wizycie, ale nigdy nie czułem takiej potrzeby.
Rzuca mi się w oczy pokaźne pianino oraz mnóstwo markowych wzmacniaczy oraz gitar. Dookoła stoją puste oraz pełne butelki po whisky oraz cygara.
W ciemnym salonie siedzi Simon oraz Tony. Są całkowicie pijani. Simon ma ciemną skórę i czarne, krótkie włosy, zaś Tony długie blond i brudne, związane w niedbałą kitkę. Blondyn ma twarz schowaną pomiędzy ramionami, jest oparty o stół, zapewne przysnął. Simon zaś spogląda na mnie nieprzytomnym spojrzeniem i chyba mnie nie poznaje, mimo to uśmiecha się lekko.
- Gdzie Eric? – pytam o swojego ojca.
Ciemnoskóry potrzebuje chwili, aby zrozumieć, o kogo pytam. Następnie unosi palec i wskazuje na sufit nad sobą. Prosty przekaz, ojciec jest na górze. Ciekawi mnie, w jakim jest stanie. Czy także się upił? A może po prostu potrzebował ciszy i spokoju, gdyż miał wenę i chciał coś napisać? Bardzo bym chciał, żeby tak było. Zarzucam wygodniej plecak na ramię i ostrożnie wchodzę po drewnianych schodach. Znajduję się na drugim piętrze. Przede mną ciągnie się korytarz niczym z niskobudżetowego horroru: miejscami tapeta odpada ze ścian, długi dywan wywija się na wszystkie strony, a światło, które wpada do pokojów przez stare okna prześlizguje się przez pootwierane drzwi bądź puste framugi na korytarz(przecinek) tworząc klimatyczny półmrok, który, kiedy przechodzę przed drzwiami, pada mi na twarz. Na piętrze, mimo ładnej pogody, jest chłodno i czuć wilgoć. Kiedy idę przed siebie, stare deski skrzypią pod stopami tak samo jak te na schodach. Zaglądam do pokojów. W niektórych stoją puste szafki, w innych kilka łóżek poustawianych obok siebie tworząc jedno wspólne. W innych nie ma nic, a w jeszcze kolejnych stoją stare, nieużywane sprzęty muzyczne. Na samym końcu znajdują się lekko uchylone drzwi. Otwieram je lekko, a te cicho skrzypią. Ojciec siedzi tyłem do mnie, na łóżku z wysokimi narożnikami, opierając się o drewnianą poręcz. Nie reaguje na skrzypienie, ciemne włosy całkowicie zasłaniają mu twarz. Na łóżku obok niego leży chłopak, o kilka lat starszy ode mnie. Ma dredy, które rozsypały mu się na twarzy opartej o ramię. Oczy ma lekko uchylone, tak samo usta. Obojętnie podnosi na mnie wzrok, kiedy robię krok w ich stronę. Okrążam szerokim łukiem łóżko, prawie że snuję się pod ścianą niczym cień w słabo oświetlonym pomieszczeniu. Kurz unosi się w powietrzu, zauważam to, kiedy spoglądam pod słońce. Półmrok przysłania twarz ojca. Ma trzydzieści trzy lata, ale gra świateł i jego nieobecna mina powoduje, że wygląda na o wiele starszego. Czuję ogarniające mnie powoli przerażenie. Podchodzę bliżej, na tyle, że gdybym chciał, mógłbym dotknąć dłonią brudnego materaca. Ma uniesioną głowę, jakby spoglądał w sufit pod łagodnym kątem. Czoło ma spocone, a ręka bezwładnie opada z łóżka. Wędruję w jej stronę wzrokiem, a następnie spoglądam na leżącą pod łóżkiem pustą strzykawkę. Przenoszę zranione spojrzenie na ojca, a ten uśmiecha się do mnie delikatnie, wręcz przerażająco spokojnie. Wygląda na takiego, jakby było mu wszystko obojętne, a płyn ze strzykawki przynosił mu ukojenie i radość, którą tłumi i zachowuje narcystycznie (ojej, nie. Egoistycznie.) jedynie dla siebie. Jakbym ja się nie liczył. Jakby nie istniała moja matka, nasz wspólny dom. Gdybym był słaby, płakałbym. Ale ja już sobie postanowiłem, nigdy nie będę słaby, nigdy nie będę taki, jak mój ojciec. Ta decyzja zapada w ciągu kilku sekund. Nigdy w życiu nie tknę narkotyków, aby nikt mnie nie porównywał do niego. W tym momencie całkowicie stracił w moich oczach. Krzyczę wściekle i wybiegam z pokoju. Nie zważam na skrzypiącą podłogę ani na oślepiające mnie momentami światło padające na ściany i moją twarz. Obojętne są mi brakujące stopnie w schodach oraz wystające wszędzie gwoździe i drzazgi. (ale ty nie jesteś im obojętny :P)
Chcę po prostu jak najszybciej stąd uciec.
Trzaskam wyjściowymi drzwiami i biegnę środkiem ulicy. Szczęśliwie uliczki pomiędzy domkami są mało ruchliwe. Biegnę długo, wybiegam po za obrzeże naszego osiedla, znikam w podmiejskich slumsach i padam wyczerpany pod wiaduktem wbijając sobie w plecy twarde przedmioty znajdujące się w moim plecaku. Czarne włosy opadają mi na twarz i przylepiają się do mokrych policzków oraz czoła. Oddycham głośno. Z czasem się uspokajam, a moją uwagę od ojca odciąga odgłos nadjeżdżającego pociągu towarowego tuż nad mą głową. Zakrywam dłońmi uszy, gdyż echo jest nie do zniesienia. Po kilku minutach powolna maszyna znika w lesie, a ja mogę odsunąć ręce od głowy. Opieram się o betonowy mur i spoglądam w stronę leśnej polany. Zamyślam się, jednakże znów nie pozwolono mi na długie rozmyślania. Kątem oka zauważam z lewej strony jakiś ruch. Reaguję natychmiast, odwracam się i kładę dłonie na ziemi, gotów do ucieczki. W miejscu, w którym się znajduję, nie jest bezpiecznie, w każdej chwili zza rogu może wyjść jakiś zboczeniec bądź złodziej, a ja zapewne miałbym wtedy marne szanse. Nabieram powietrza w płuca, jednak szybko je wypuszczam, kiedy zauważam psa. Sięga mi do kolan, jest bardzo puszysty i brudny. Prawdopodobnie, gdyby był czysty, jego sierść byłaby lekko kręcona i mieniła się w odcieniach szarości oraz bieli. Uszy ma oklapnięte, a nadmierna ilość kołtunów na pysku zasłania mu oczy. Ogon uniesiony jest wysoko, lekko porusza nim na wietrze w obydwie strony. Uśmiecham się z wyraźną ulgą i rozluźniam mięśnie. Po chwili gwiżdżę krótko spoglądając na psa, który bez wahania podbiega do mnie kilkoma długimi susami. Pada mi w objęcia, a ja się dziwię, że niektóre zwierzęcia potrafią tak szybko zaufać. Dzięki niemu myśl o ojcu zdołała omsknąć się na drugi plan. Pies próbuje polizać mnie po twarzy, jednak ja daję sobie radę odsunąć go na bok. Po chwili siada naprzeciwko mnie, jakbyśmy byli starymi kumplami, którzy spotykają się po latach. Ale ja nigdy nie miałem psa i raczej nie będę mieć, ponieważ moja mama za nimi nie przepada.
– Pewnie jesteś głodny, co? – pytam go nie oczekując odpowiedzi. Kiedy pies zauważa, że sięgam do plecaka, podrzuca na zmianę przednie łapy, jakby maszerował na siedząco. Wyjmuję kanapkę z kiełbasą i daję mu ją. Łapie chleb w locie i szybko je, jakby się obawiał, że zabiorę mu jedzenie. Spoglądam na niego w milczeniu, a przez mój umysł przelewa się fala uczuć, która powoduje, że moje ciało delikatnie drży, jakby było mi zimno. Przez chwilę nie mogę tego opanować, ale kiedy odwracam wzrok od psa i przenoszę go na odległą polankę, na której lądują czarne kruki, uczucie odchodzi pozostawiając za sobą spokój. Kiedy już się wyciszam, postanawiam, że pobawię się z psem a potem zabiorę go do domu. Może uda mi się przekonać matkę?
Ale kiedy się odwracam, psa nie ma. Pozostawił po sobie jedynie kilka okruchów białego chleba oraz mieszane uczucia w moim sercu.
Kiedy zdaję sobie z tego sprawę, wszystkie wspomnienia z dzisiejszego dnia powracają do mnie niczym silny podmuch wiatru. Czuję, jak przygniatają mnie do ziemi nie pozwalając się unieść. Moje usta mimowolnie ściągają się w jedną, równą kreskę, a brwi unoszą się ku górze. Jestem wściekły. Chcę mu zrobić krzywdę, chcę zrobić coś, co by zraniło ojca. Podnoszę się z ziemi, a nogi same niosą mnie do pobliskiego baru. Mimo wczesnej godziny, jak na spożywanie alkoholu, jest tu całkiem sporo ludzi. Okna są pozamykane, a jedyne oświetlenie to kilka żółtych lamp tworzących przytłaczającą aureolę ponad barkiem oraz kilkoma stolikami i zdartą, skórzaną kanapą w rogu. Siadam na wysokim taborecie i zamawiam coś mocnego, nawet nie wiem dokładnie co. Ze starych, słabych głośników snują się trzeszczące kawałki The Animals. Podczas czekania na trunek rozglądam się przez ramię po lokalu. Na kanapie siedzi kilku mężczyzn z kobietą pośrodku. Jeden z nich, nie uczestniczący w rozmowie, patrzy się na mnie pytająco. Odwracam wzrok i biorę w dłoń szklankę z ostro pachnącym napojem. Krzywię się delikatnie a następnie wypijam całość jednym łykiem. Nie jest to pierwszy raz, kiedy próbuję alkoholu. Niejednokrotnie po szkole spotykaliśmy się u Hayley albo Stenleya i piliśmy piwo albo podkradaliśmy rodzicom whisky, jednakże czegoś tak mocnego jak to, nie piłem nigdy. Po chwili uspokajam się i zamawiam raz jeszcze to samo. Barman nie pyta się mnie o wiek, tutaj nie ma takich reguł. W slumsach najważniejsze jest, aby zarobić, a nie żeby żyć zgodnie z prawem. Podoba mi się to, że można robić to, na co się ma ochotę. Szybko wypijam drugą porcję wódki z nadzieją, że nie wypali mi to gardła. Po chwili już czuję jej skutki. Płacę barmanowi z nieskromną nadwyżką pozostawiając portfel na ladzie. Jest w nim spora ilość pieniędzy, gdyż dopiero co dostałem kieszonkowe, a siedzący na kanapie mężczyzna najwidoczniej to zauważa, ponieważ pojawia się za mną tak szybko, że aż przestraszam się na jego widok. Barman odchodzi umyć szklanki pozostawiając nas samych, ale teraz jest mi to obojętne. Facet siada obok mnie. Ubrany jest w szary garnitur, włosy ma przystrzyżone krótko, a w dłoni trzyma drewnianą laskę. Całkowicie różni się od mojego ojca, który stroni od trendów mody. Spoglądam na niego wyzywająco.
- Chcesz spróbować czegoś nowego? – pyta wyciągając z wewnętrznej strony garnituru niewielką strzykawkę.
Czuję gorącą falę zdenerwowania oblewającą moje ciało. Oddycham nieco szybciej niż przed chwilą, a drżące ręce ściągam z lady aby ukryć je w kieszeniach skórzanych spodni. Przecież obiecałem sobie… Nigdy nie będę taki jak ojciec. Ale może będąc taki jak on, zranię go najbardziej, jak tylko będę mógł? Mrużę oczy przeszywając mężczyznę spojrzeniem. W jednej chwili czuję wobec niego wściekłość, że tak bezczelnie mnie zagadał, ale z drugiej strony jestem się rozdarty. Po chwili ponownie zalewa mnie wściekłość. Kim ja jestem w oczach tego faceta, że może tak po prostu do mnie podejść i zaproponować heroinę?
Mimo tego, wszystko dzieje się tak szybko. Niosą mnie emocje.
– Za ile? – pytam ze złudną nadzieją przeciągając czas na odpowiedź.
- Dla ciebie pięćdziesiąt.
W ataku emocji nie potrafię racjonalnie myśleć i zgadzam się, płacę i łapiąc strzykawkę biegnę w stronę toalet. Zamykam się w kabinie i podciągam rękaw. Wiem, jak zapodać sobie heroinę. Kiedyś rozmawiałem o tym ze Stenleyem, jego starszy brat się zaćpał i niejednokrotnie widział, jak ją sobie wstrzykiwał. Ręce tak mocno mi drżą, że ledwo trzymam śliską strzykawkę. Siadam na sedesie i patrzę na igłę. Łapię ją zębami i wyciągam pasek ze spodni, którym posługuję się niczym opaską uciskową na ramię. Odwlekam zatyczkę z igły i tym razem przytrzymuję zębami pasek zaciskając go na ramieniu. Przysuwam igłę do żyły, prawie przebijam skórę, kiedy odrzucam strzykawkę na bok. Odbija się od ściany toalety i pada pod moje nogi. Z furią przygniatam go ciężkim butem, całkowicie niszcząc to, co pozostało po pękniętej strzykawce. Opuszczam rękawy i wychodzę z kabiny stając przed lustrem i obmywając sobie twarz lodowatą wodą z kranu. Staram się nie patrzeć sobie w oczy. Spoglądam w bok a moje spojrzenie pada na paczkę papierosów z zapałkami w środku. Bez zastanowienia chwytam je i chowam do kieszeni. Nie ukradłem, znalazłem. Wychodzę z pubu wpadając na mężczyznę, który sprzedał mi heroinę. Szturcham go mocno ramieniem, które wręcz mnie piecze od uderzenia i wychodzę. Ponownie biegnę przed siebie, tym razem już kieruję się w stronę domu. Z czasem zwalniam i maszeruję. Wyciągam papierosy, odpalam jednego i zaciągam się. Prawie że się duszę, kaszlę, ale potem kolejny raz się zaciągam, i znów. Zaraz po pierwszym papierosie wyciągam z paczki drugiego i spalam go jeszcze szybciej. Chowam papierosy do plecaka, aby starczyły mi na dłużej i wracam do domu.
Matka jakby nigdy nic nadal siedzi przy biurku i pracuje, nawet nie zauważa, kiedy wracam. Cieszę się, nie chcę, aby widziała mnie w takim stanie. Nie zdejmuję pancernych butów ani skórzanej kurtki, która była (jest) już tak zniszczona, że każdy normalny człowiek by mnie wyśmiał – ale nie obchodzi mnie to. Matka zaś goni za modą jak zwariowana. W ostatnich latach zaczęła nosić długie, kolorowe suknie i zapuściła włosy, dodatkowo nawet przefarbowała się na blond, jeszcze jaśniejszy, niż miała do tej pory. Już całkowicie przestaję zwracać na to uwagę, gdyż nawet gdybym chciał, nie zrozumiałbym tego. Zastanawiałem się kiedyś nad tym. Nigdy nie zrozumiem, co fajnego jest w byciu takim, jak wszyscy, w ubieraniu się tak, jak wszyscy i w zachowywaniu się tak, jak wszyscy. Dlatego więc wywracam oczami spoglądając na jej fioletowo-zieloną suknię przepasaną eleganckim paskiem nim wejdę na schody i zniknę w swoim pokoju zamykając się na klucz. Padam na łóżko uderzając butami o framugę (framuga drzwiowa lub okienna. Rama łóżka. ) łóżka i lekko ją wyszczerbiając. Spoglądam na otaczające mnie dookoła plakaty, które w większości zostały wykonane ręcznie przez moją mamę oraz ojca. Ojciec ma świetną pamięć, wystarczy, że raz pójdzie na koncert, a po powrocie może namalować z pamięci każdego członka zespołu. Czasami opisuje ich matce i ona wtedy rysuje. Wieszam sobie plakaty na ciemnych ścianach, aby nadać pokojowi charakteru, gdyż normalne plakaty są bardzo trudno dostępne w kalifornijskich sklepach.
Przyłapuję się na mimowolnym myśleniu o ojcu i nie mogę się od tego odwieźć(Odwieźć - odwozić
1. oddalić, odciągnąć coś; 2. namówić do zaniechania czegoś)
. Do tej pory był dla mnie wzorcem do naśladowania, mentorem i nauczycielem, a co najważniejsze, ojcem i przyjacielem. Czuję w głębi serca pustkę, jakby już umarł. W końcu tak skończył brat Stenleya. Zaćpał się. Mój ojciec też się pewnie zaćpa. Tak to już jest z narkotykami. Przełykam głośno ślinę i spoglądam na rzemienie na swojej lewej ręce. Ciągnę za nie wbijając je sobie w nadgarstek. Jestem rozbity, ale jest we mnie zbyt mało silnej woli, aby przeciwstawić się ojcu w tej sprawie. Walczyłem o zmianę szkoły, walczyłem o wyższe kieszonkowe oraz awanturowałem się bez większego sensu, ale wewnątrz czuję, że gdyby ojciec wszedł teraz do mojego pokoju i chciał ze mną porozmawiać, ja nie potrafiłbym wykrztusić z siebie nawet najmniejszego słowa. Nie płakałbym, po prostu – milczałbym na zewnątrz (niepotrzebne), a w duchu wyłbym i krzyczał, aby przestał. Jego spokój na twarzy zawsze mnie onieśmielał. Nigdy nie krzyczał, zapewne nawet nie zakrzyczałby, gdyby zdał sobie sprawę z tego, że go nakryłem. Nawet do końca nie wiem, jak zachowuje się osoba po zażyciu heroiny. Dzisiaj miałem okazję się dowiedzieć, ale stchórzyłem. A może właśnie byłem odważny? Nie uległem słabości tak, jak mój ojciec?
Przechodzę po łóżku i podchodzę do dachowego okna. Otwieram je na oścież i wychylam się, podciągam i wychodzę na dach. Idę niczym kot, z tyłem wyżej uniesionym niż z głową, muskając palcami czerwone dachówki aby utrzymać równowagę. Siadam na trójkącie ponad moim pokojem, gdzie mogę usiąść i nie bać się, że spadnę dziesięć metrów w dół. Spoglądam na radosne dzieciaki z sąsiedztwa wracające ze szkoły do domu, sąsiadkę wyprowadzającą chudego psa oraz jakąś rowerzystkę. Może muszę mieć teraz ciężko, żeby w przyszłości mieć lżej? W końcu żeby zjechać z góry, wpierw trzeba na nią wjechać. Zastanawiam się nad tym spoglądając na jadącą poboczem uliczki kobietę.
Wygrzebuję z plecaka, którego nadal mam przy sobie, papierosy i odpalam jednego z nich. Nie smakują najlepiej, najmocniejsze także nie są, ale zawsze lepsze coś niż nic. Odpalam zapałkę i podpalam go (dwa razy odpala tego samego papierosa), zaciągając się mocno. Czuję się, jakbym palił od kilku lat. Zaciąganie się nie sprawia mi problemu, ba, wręcz staje się przyjemne, a ja po chwili uspokajam się. Może to był jednorazowy wybryk ojca? Może chciał spróbować, nie spodoba mu się to i po prostu już nigdy tego nie weźmie? Może to wszystko przez tych jego nieszczęsnych przyjaciół? Przecież widziałem ich dzisiaj, jeden był lepszy od drugiego. W tym momencie doceniam moich przyjaciół, którzy mimo wszystko, są normalni. Na samą myśl o nich uśmiecham się delikatnie, wręcz niezauważalnie.
Z niepewnością spoglądam w swoją przyszłość. Nie jestem pewien, czy chciałbym wiedzieć już teraz, jakby wyglądała. Mógłbym się przerazić; co by było, gdybym poszedł śladami ojca? A może zostanę księgowym, a resztę życia spędzę pod krawatem?
Wiem jedno, muszę jak najszybciej dorosnąć.

Czas na ogólne wrażenia. W pierwszej części nie podobała mi się przewidywalna wizja nieba, a zwłaszcza typowego diabła i anioła. Diabeł oczywiście cieszy się z rockowego wyboru, bo...? No właśnie powielony stereotyp szatańskich i zdeprawowanych rockmanów. To mi się nie podobało. Natomiast w dwóch pozostałych, realnych częściach jest znacznie lepiej. Drugi fragment podoba mi się ze względu na kontakt ojca z synem i parę fajnych śmiesznostek. W trzecim już odpłynęłam. Na myśl przyszedł mi film "Kings of dogtown", ale jedynie klimat mi go przypominał. Fajnie się czytało o świecie z punktu widzenia naiwnego, zbuntowanego nastolatka, który przy tym nie był śmieszny w złym tego słowa znaczeniu. Świetny motyw z psem, który znika. Mam wrażenie, że to mógł być motyw przełomowy. Zobaczymy jak pójdzie ci dalej. PILNUJ POWTÓRZEŃ i wzbogacaj język.

Masz kwiatek :flower:
Obrazek

Awatar użytkownika
Slaxl
Posty: 41
Rejestracja: 30 września 2012, 13:33

Re: Tytułu to to jeszcze nie ma.

Post autor: Slaxl » 02 lipca 2014, 22:22

Rozdział Cztehery

Czasami czuję się bardzo samotny mimo, iż otaczają mnie ludzie.
Zazwyczaj niewiele mogę na to poradzić – zazwyczaj staram się skupić na czymś swoje myśli. Najczęściej po prostu biorę gitarę, siadam na rogu łóżka i gram - czasami potrafię grać godzinami. Wtedy nie słyszę ani krzyku dzieciaków za oknem, ani wołania matki na obiad, czy też dzwoniącego telefonu. Po prostu totalna pustka – jedyne, co się wtedy liczy, to tylko moje myśli skupione na grze. Konkretna sztuka, jedna droga, nic nie jest mnie w stanie rozproszyć. Wtedy jest najlepiej.
Po jakimś czasie taka samotność zaczyna mi nawet sprawiać przyjemność.
Nie jestem jednak typem samotnika – najnormalniej w świecie potrzebuję towarzystwa, chociaż czasami stwarzam pozory, iż jestem całkowitym aliantem, gburem i typowym sukinsynem, który jest zamknięty w sobie i wpatrzony jedynie w swoją gitarę i szlugi.
Dlatego mimo pochmurnej pogody rzucam ostrożnie gitarę na niezasłane łóżko stojące pod dużym oknem wychodzącym na osiedlową uliczkę i jak własny cień snuję się po długim korytarzu. Schodzę po schodach, kiedy zauważam wychodzącego ze swojego pokoju ojca. Bardzo się zmienił od kiedy przyłapałem go pierwszy raz na zażywaniu heroiny. A minęły dopiero dwa lata…
Mimo, że bardzo nie chcę tego zauważać, zaczynam dostrzegać zmiany w ojcu. Jego zachowanie nie zmieniło się tak bardzo, jak sam wygląd: twarz stała się zmęczona, oczy podkrążone, włosy coraz częściej tworzą jedną, bardzo nieogarniętą, brudną całość. Dłonie i ręce ma posiniaczone, a policzki czerwone mimo, że skóra zazwyczaj jest blada jak trup.
Martwię się o niego coraz bardziej, aczkolwiek moje emocje najczęściej biorą górę, przez co staję się agresywny i podenerwowany.
Mimo wszystko przerzucam na ojca troskliwe oczy i staram się go zrozumieć. Schodzę ze schodów i spoglądam na niego pytająco, kiedy ten się lekko uśmiecha. Jedną z niewielu rzeczy, która się u niego dotychczas nie zmieniła, jest ten ciepły uśmiech, którym potrafił mnie obdarzyć. Kiedy go widzę, po prostu miękną pode mną kolana i mam ochotę rzucić mu się w ramiona, schować twarz w jego czarnej bluzie i zacząć szlochać błagając, aby przestał, bo ja nie mogę go stracić.
Ale nie potrafię.
Wiem, że gdybym coś takiego zrobił, ojciec by mnie nie wyśmiał. Ale i tak nie potrafię tego zrobić. Czasami mam takie dziwne uczucie, że już prawie biegnę w jego stronę, ale nogi wrastają mi w podłoże.
Nie tak mnie wychował – nie mogę być miękki.
– Szedłeś gdzieś? – pyta spokojnym głosem spoglądając na mnie wręcz czarnymi w ciemnym świetle pochmurnego wieczoru oczami.
Kręcę przecząco głową.
– Ja właśnie wybierałem się do Starego Johna pograć coś. Wiesz, w końcu jest piątek wieczór. Może postawią nam piwo. – Śmieje się cicho spoglądając z zaciekawieniem na moją reakcję.
Uwielbiałem to i nadal kocham. Uwielbiam spędzać wieczory grając z ojcem po knajpach. Już nie pamiętam, ale podejrzewam, że robiłem to od małego. Przytakuję ochoczo i wskakuję z powrotem na schody, kiedy naglę zatrzymuję się.
– Gdzie matka?
Ojciec spogląda na mnie z dołu i wzrusza bezradnie ramionami.
– Pewnie w pracy. – odpowiada dość wymijająco, choć widzę, jak bardzo boli go jej ciągła nieobecność.
Wzdycham w duchu i biegnę do swojego pokoju po gitarę, aby spędzić nadchodzący wieczór tak, jak lubię najbardziej.

Wchodzę z ojcem do pubu – wszędzie unosi się dym papierosów oraz woń piwa czy też innego alkoholu. Na pianinie brzdąka jakiś starszy facet, nie jestem w stanie nawet ocenić dokładnie jego wyglądu, ponieważ cały lokal oświetla zaledwie kilka żółtych lamp tworząc senny półmrok. Uwielbiam takie klimaty, czuję się wtedy najlepiej – wiem, że kiedy jestem na scenie i gram, patrzy się na mnie wiele osób. Taki półmrok daje mi komfort i poczucie, że jednak nie jestem w stu procentach przed nimi obnażony i mogę zachować choć troszkę tego, co im daję, dla siebie.
Ojciec macha ręką do Johna siedzącego za barem, a ja się rozglądam po lokalu. Nie znajduję jednak wzrokiem żadnych znajomych. Może to i lepiej? Do takich melin chodzą zazwyczaj emerytowani harleyowcy i pijacka niż społeczna. Ja nie należę ani do tych, ani do tych.
Stary Johny faktycznie jest stary. Siedzi zgarbiony naprzeciwko mojego ojca za ladą pożółkłego baru. Ma siwe włosy związane w kitkę oraz bardzo długą, równie białą brodę, a kiedy się śmieje, jego duży, tłusty brzuch podskakuje niebezpiecznie na wszystkie strony. Ja za gościem nie przepadam, ale mój tata grywał z nim kiedyś w jakiejś kapeli.
Nie zwracając uwagi na ojca, który właśnie sobie zamówił piwo, wchodzę na podwyższenie, które robi za ogólną scenę i rozstawiam dwa podwyższane taborety, kilka metrów obok pianina. Przynoszę także dwa wysokie mikrofony i rozstawiam obydwie gitary blisko siebie, opierając je o drewnianą, ciemną ścianę. Nagłośnienia nie ma tutaj prawie w ogóle, aczkolwiek stary Johny zawsze prosi nas o to, abyśmy używali mikrofonów. Ponoć tak jest bardziej profesjonalnie.
Po chwili dołącza do mnie ojciec. Stawia piwo przy taborecie i zajmujemy swoje miejsca. Przez następną godzinę, może nieco więcej, wykonujemy kilka coverów oraz pojedyncze własne utwory. Wiele improwizujemy, wiele przeróbek w ogóle – poza tym samym tekstem – nie brzmi jak oryginał, ponieważ dysponujemy jedynie dwoma gitarami akustycznymi i własnymi głosami. W miarę możliwości gramy kilka utworów z pierwszej płyty Black Sabbath, którą obydwoje wielbimy i znamy na pamięć, zwaną po prostu „Black Sabbath”, a potem nawet ze dwa czy trzy utwory z trzeciego albumu tejże grupy „Master of Reality”. Poza ulubionym zespołem ojca gramy pojedyncze kawałki The Animals bądź The Doors, a głównym wokalem jest mój ojciec, którego chrypiący głos z niezłym pieprznięciem pasuje prawie do każdego utwory z tych lat.
Dziwię się, czemu ojciec jeszcze nie zrobił wielkiej kariery muzycznej i jest skazany na granie jedynie w takich melinach, jak ta. Od zawsze uważam, że marnuje swój talent, ale pytany o to nie odpowiada.
Po tym minimalnym koncercie siadam z ojcem przy barze i razem ze starym Johnym pijemy piwo. Z każdą chwilą oczy ojca robią się coraz bardziej zmęczone i czerwone. A może jedynie tak mi się wydaje w tym świetle…. Kto by to wiedział. Odwracam wzrok, a zaraz po tym zajmuję się nudną i beznadziejną rozmową z Johnym, kiedy to ojciec znika.
- No i jak tam w domu, młody? – pyta stary John. Od zawsze jest z niego ciekawski koleś. – Matka trochę częściej w domu bywa?
- Nie.
- Pracą się zajmuje? Brakuje wam pieniędzy?
- Nie ma jej w domu całymi dniami, pewnie pracuje, co niby innego ma robić?
Mój rozmówca krzywi się i wypija kolejny łyk piwa smakującego jak siki. A ja z każdym momentem jestem coraz bardziej zdenerwowany, bo ojciec nie wraca. Mam przecież podstawy, aby być podejrzliwym wobec niego. Już mu nie ufam.
- A co tam u tych twoich przyjaciół? – Kontynuuje w zaparte. – Ojciec mi o nich opowiadał. Ponoć spędzasz z nimi więcej czasu, niż z samym Erickiem!
Śmieje się, jakby było z czego. Posyłam mu jednoznaczne spojrzenie, ale postanawiam odpowiedzieć. Z tego bycia niemiłym aż czasem mam wyrzuty sumienia. Jestem niemożliwy.
- Oni mnie najlepiej rozumieją.
- Ah, a co ty? – Znów zaczyna się śmiać, a ja czuję, jak zaczynam się gotować w środku. – Jakiś tajemniczy jesteś, że trzeba się z tobą specjalnym szyfrem porozumiewać? Co? Ah, ja już ledwo pamiętam, jak to jest być nastolatkiem. Ale Seth, posłuchaj. Ja tam może nie rozumiem za wiele, natomiast wiem jedno; twojemu ojcu jest ciężko. Wykaż się wobec niego choć trochę zrozumieniem.
- To chyba nie jest twoja sprawa, John. – syczę. – Muszę sprzątnąć sprzęt.
Szybko wstaję od baru i staram się nie patrzeć na grubego, wścibskiego gbura. Za kogo on się uważa, żeby mi prawić, jaki mam być wobec ojca ćpuna? Czy on cokolwiek rozumie? To nie on patrzy, jak jego najbliższa osoba sama się zabija i ma gdzieś uczucia innych. Muszę odsunąć się od faceta, inaczej mu przyłożę.
Oddycham szybko, kiedy wchodzę na podest i odpinam mikrofony. Muszę się czymś zająć czekając na ojca, inaczej oszaleję.
Idzie. Ojciec siada przy barze i zaczyna rozmawiać ze starym Johnem.
Ostatnie minuty spędzam w letargu. Nie wiem, ile go nie było. Dwadzieścia minut? Trzydzieści? Nikomu normalnemu tyle czasu nie zajmuje szczanie. To oczywiste, że poszedł sobie wstrzyknąć heroinę. Szybko sobie z tym poradził.
Jestem czerwony z wściekłości. Łapię dwie gitary i zeskakuję z podestu. Kilka dziewczyn z pierwszych stolików spogląda na mnie z zaciekawieniem, ale ja to ignoruję. Podchodzę do ojca i łapię go za ramię.
- Musimy porozmawiać. – rzucam szybko, starając się nie patrzeć w jego zaćpane oczy. – Żegnaj, John.
Wychodzę z baru i opieram się o gmach. Ludzie mijają mnie obojętnie, a ja wyciągam z kieszeni papierosa, zapalam go i zaciągam się porządnie. Odgarniam z czoła kosmyk ciemnych włosów i wsadzam je za ucho.
Czekam na niego.
- Ćpałeś. – syczę przez zaciśnięte zęby, kiedy ojciec wychodzi z baru. Wygląda jak duch, żywa zjawa. Strasznie schudł, wszystkie jego ciuchy są na niego zdecydowanie za duże. W wieczornym świetle jego oczy są czarne i nieprzytomne. – Ćpasz nawet w mojej obecności!
Ojciec opiera się bokiem o mur i patrzy na mnie pustym spojrzeniem. Ledwo stoi.
- No i co? Nic nie powiesz? – Ponoszą mnie emocje. Wymachuję rękoma, aż popiół spada z papierosa i ucieka z podmuchem wieczornego wiatru. Przechodnie omijają nas szerokim łukiem. – Jak możesz nam to robić? Już nic dla ciebie nie znaczę? Te narkotyki cię zabijają!
- Gówno prawda. – Ojciec spuszcza wzrok na popękane płyty chodnika. – Najwięksi mordercy to ludzie.
Wbijam w niego zdezorientowane spojrzenie. Nie mogę uwierzyć w to, co powiedział.
- O czym ty mówisz?
Ojciec wzdycha ciężko. Już nie pamiętam, kiedy po raz ostatni zwróciłem się do niego „tato”.
- Kiedyś zrozumiesz. – szepcze.
Nie mam siły. Nigdy nie potrafiłem z nim rozmawiać, tak samo jest w tym momencie. To się nigdy nie zmieni.
Śmieję się ze wściekłości i nie wiem, gdzie podziać spojrzenie. Mieszają się we mnie uczucia. Z jednej strony jestem wściekły na niego, na cały świat. Z drugiej zaś widzę, jak go tracę i nie mogę z tym nic zrobić.
- Idź na odwyk. – proponuję powoli łagodniejąc.
Znam ten wyraz twarzy. Patrzę na ojca modląc się w duchu, aby wreszcie się przełamał. Ale widzę tylko, jak zakłada maskę, przytakuje i mówi bez przekonania:
- Dobrze. Niedługo pójdę.
Ile ja już razy to słyszałem? Czuję się bezsilny, macham na niego obojętnie ręką i odchodzę.

- No co zrobisz? – pyta retorycznie Stanley – Nic nie zrobisz.
Stanley, człowiek dobra rada. Szczęśliwie Hayley jest nieco mądrzejsza od tego grubasa, zawsze stara się coś doradzić.
Siedzę obok przyjaciół w ruinach starej zajezdni pociągów wystarczająco daleko od domu. Miejsce jest dość upiorne, ale lubimy je. Mało kto tu przychodzi, bo nic tu już nie ma. Złomiarze pozabierali stąd wszystko, z czego mogli mieć zysk. Przez wielkie ramy, w których nie ma już okien, zaczęły przebijać się korony drzew, a na betonie wciąż leżą pozostałości po naszej ciągłej obecności: gdzieniegdzie dopalone ogniska, paczki po jedzeniu i papierosach, puszki po piwie. To jest zdecydowanie lepsze od jakiegoś tam domku na drzewie.
- To ciągnie się już za długo. – Trafnie zauważa Hayley. –Musisz w końcu z nim poważnie porozmawiać.
- Myślisz, że tego nie robiłem? – oburzam się. – Uwierz mi, przez dwa lata miałem co do tego mnóstwo okazji!
- Niekoniecznie dwa lata. – wtrąca się Stanley. – Mój brat ćpał już jakiś czas, nim się zorientowałem.
Milczę, bo nagle braknie mi języka. Ciszę przerywa Hayley.
- Może zgłoś to na policję?
- Zwariowałaś? Własnego ojca mam podpieprzać?
- Lepiej, żeby wylądował w pace czy trzy metry pod ziemią?
Oni nic nie rozumieją. Moje relacje z ojcem nie są typowe. Nie jestem w stanie tak po prostu wkopać go do więzienia, tylko dlatego, że wpakował się w niezłe gówno.
Patrzę bezradnie na Stanleya, szukając w nim oparcia. Może ma jakiś pomysł? Każdy będzie lepszy od wpakowania mojego ojca do paki. Ale grubas tylko spogląda na mnie ze współczuciem, a jedyne co ma do zaoferowania, to pączek albo dwa.
- Seth, nie poddawaj się. – Dziewczyna kładzie mi rękę na ramieniu. – Musisz walczyć do końca.
- But baby please don't refuse – Stanley na każdą okazję ma jakiś cytat ze swoich ulubionych piosenek. Ale to nie jest najlepszy moment na zabawne wcięcia, choć stwierdzam, że cytat jest trafny. - You know you got nothin' to lose.
Hayley posyła mu mordercze spojrzenie, a ja nie reaguję w ogóle. Skowyt grubasa nawet nieco poprawia mi humor.
- Pamiętaj – dodaje Hayley – zawsze masz nas. W końcu zobowiązuje nas pakt krwi, nie?
- Jasne. Wiem, że na was zawsze mogę liczyć. Co mi po ojcu, który potrafi już tylko ćpać?
Nikt tego nie komentuje. Po prostu wyciągamy spod klapy pociągu, naszej skrytki, po piwie i zaczynamy rozmowę na inny temat, choć ja myślami wciąż jestem przy ojcu.

Wracam do domu w środku nocy, jestem trochę podpity. Sprawdzam pokoje – w domu nikogo nie ma. Wchodzę do swojego pokoju i z wściekłością uderzam pięścią w ścianę. Kilkakrotny huk knykci o słabą ściankę powoli mnie uspokaja. Nie wiem, ile tak tłukę, coraz częściej tracę rachubę czasu.
Jest mi to obojętne.
Zmęczony odsuwam się od ściany. W domu panuje cisza, słyszę tylko swój ciężki oddech, a po chwili krople krwi kapiące na podłogę. Wzdycham i robię byle jak prowizoryczny opatrunek. Wychodzę z pokoju i spoglądam długim korytarzem w stronę pokoju ojca. Rodzice już dawno ze sobą nie sypiają, ojciec przeniósł się na dobre do innego pokoju, zresztą matki i tak nie ma całymi dniami i nocami w domu, jak i w naszym życiu. Pewnie znalazła sobie jakiegoś faceta, co nie ćpa i syna, który tak wszystkiego nie przeżywa.
Wchodzę do pokoju ojca. W rogu leży gitara, a na półkach leżą pozwijane nuty i plakaty, które kiedyś projektował. Duszno tu i gorąco, bo okna nigdy nie otwiera. Zasłony też są zasłonięte, a łóżko niezasłane. Kładę się na jego łóżku i zasypiam.
Nie mam snów, choć chciałbym, aby były nimi moje życie.

Czy nie uważacie, że te rozdziały są za krótkie?

Awatar użytkownika
StuGraMP

Re: Tytułu to to jeszcze nie ma.

Post autor: StuGraMP » 26 listopada 2014, 19:01

Kolejny zaległy tekst.
Slaxl pisze:Rozdział Cztehery
Czasami czuję się bardzo samotny (przecinek) mimo, (zbędny przecinek) iż otaczają mnie ludzie.

Nie jestem jednak typem samotnika – najnormalniej w świecie potrzebuję towarzystwa, chociaż czasami stwarzam pozory, iż jestem całkowitym aliantem (aliant – sprzymierzeniec, sojusznik; ale chyba nie o to Ci chodziło), gburem i typowym sukinsynem, który jest zamknięty w sobie i wpatrzony jedynie w swoją gitarę i szlugi.

Bardzo się zmienił (przecinek) od kiedy przyłapałem go pierwszy raz na zażywaniu heroiny.

Mimo, (zbędny przecinek) że bardzo nie chcę tego zauważać, zaczynam dostrzegać zmiany w ojcu.

Dłonie i ręce ma posiniaczone, a policzki czerwone (przecinek) mimo, (zbędny przecinek) że skóra zazwyczaj jest blada jak trup.

Kiedy go widzę, po prostu miękną pode mną (mi) kolana i mam ochotę rzucić mu się w ramiona, schować twarz w jego czarnej bluzie i zacząć szlochać (przecinek) błagając, aby przestał, bo ja nie mogę go stracić.

– Szedłeś gdzieś? – pyta spokojnym głosem (przecinek) spoglądając na mnie wręcz czarnymi w ciemnym świetle pochmurnego wieczoru oczami.

Śmieje się cicho (przecinek) spoglądając z zaciekawieniem na moją reakcję.

Uwielbiam spędzać wieczory (przecinek) grając z ojcem po knajpach.

Przytakuję ochoczo i wskakuję z powrotem na schody, kiedy naglę (się) zatrzymuję się. (jeśli tylko jest to możliwe, nie stawiamy 'się' na końcu zdania)

– Pewnie w pracy. (zbędna kropka) – odpowiada dość wymijająco, choć widzę, jak bardzo boli go jej ciągła nieobecność.

(...) ponieważ cały lokal oświetla zaledwie kilka żółtych lamp (przecinek) tworząc senny półmrok.

Do takich melin chodzą zazwyczaj emerytowani harleyowcy i pijacka niż (o ile wiem, 'niż' jest rodzaju męskiego) społeczna. Ja nie należę ani do tych, ani do tych. ('ani do jednych, ani do drugich' – brzmi o wiele lepiej)

Nie zwracając uwagi na ojca, który właśnie sobie zamówił piwo, wchodzę na podwyższenie, które robi za ogólną scenę (przecinek) i rozstawiam dwa podwyższane taborety, (zbędny przecinek) kilka metrów obok pianina.

Nagłośnienia nie ma tutaj prawie ('prawie' czyni dużą różnicę – nagłośnienie albo jest, albo go nie ma; co to znaczy 'prawie'? - w tym przypadku nie ma nagłośnienia, bo sam mikrofon to jeszcze nie nagłośnienie, tak jak jedna jaskółka nie czyni wiosny) w ogóle, aczkolwiek stary Johny zawsze prosi nas o to, abyśmy używali mikrofonów. Ponoć tak jest bardziej profesjonalnie. (śpiewanie do niepodłączonego mikrofonu jest co najmniej śmieszne – nie ma w tym nic profesjonalnego – w ten sposób nie nauczysz się nim posługiwać, nie poznasz jego dynamiki, kierunkowości, z jakiej odległości śpiewać itp.; bardziej przypomina to zabawy dzieci, które śpiewają do drewnianej łyżki)

A może jedynie tak mi się wydaje w tym świetle…. (A co to za nowy znak interpunkcyjny? Wielokropek ma trzy kropki!)

- A co tam u tych twoich przyjaciół? – Kontynuuje (małą literą) w zaparte. – Ojciec mi o nich opowiadał. Ponoć spędzasz z nimi więcej czasu, (zbędny przecinek) niż z samym Erickiem!

- Ah (Ach, och, ech piszemy przez 'ch'), a co ty?

Ah (jak wyżej), ja już ledwo pamiętam, jak to jest być nastolatkiem.

Muszę się czymś zająć (przecinek) czekając na ojca, inaczej oszaleję.

Ojciec siada przy barze i zaczyna rozmawiać ze starym Johnem. (raz jest 'z Johnem', a raz 'z Johnym' – ja tam się na angielskim nie znam, ale trochę mnie to dziwi, bo jeśli już, to powinno być 'z Johnem' – mianownik 'John' – i 'z Johnnym' – mianownik 'Johnny')

– Musimy porozmawiać. (zbędna kropka) – rzucam szybko, starając się nie patrzeć w jego zaćpane oczy.

– Ćpałeś. (zbędna kropka) – syczę przez zaciśnięte zęby, kiedy ojciec wychodzi z baru.

– Kiedyś zrozumiesz. (zbędna kropka) – szepcze.

– Idź na odwyk. (zbędna kropka) – proponuję (przecinek) powoli łagodniejąc.

Patrzę na ojca (przecinek) modląc się w duchu, aby wreszcie się przełamał.

– No co zrobisz? – pyta retorycznie Stanley (kropka) – Nic nie zrobisz.

– Niekoniecznie dwa lata. (zbędna kropka) – wtrąca się Stanley. – Mój brat ćpał już jakiś czas, nim się zorientowałem.

Milczę, bo nagle braknie (brakuje – nie wprowadzaj czasu przyszłego) mi języka.

Nie jestem w stanie tak po prostu wkopać go do więzienia, (zbędny przecinek) tylko dlatego, że wpakował się w niezłe gówno.
Ale grubas tylko spogląda na mnie ze współczuciem, a jedyne (przecinek) co ma do zaoferowania, to pączek albo dwa.

Pewnie znalazła sobie jakiegoś faceta, co nie ćpa (przecinek) i syna, który tak wszystkiego nie przeżywa.
Duże problemy z interpunkcją i zapisem dialogów.
Udało Ci się stworzyć dobry klimat. Można łatwo wczuć się w opisywaną sytuację, trafiasz do wyobraźni. Tyle się mówi o narkomani wśród młodzieży – Ty postanowiłeś odwrócić sytuację... I wyszło ciekawie.

Czy rozdziały są za krótkie? - I taka ilość nie zdołała zainteresować innych, a szkoda.
Ja tu wpadam raz na pół roku, więc nie jestem w stanie pilnować tego na bieżąco.

ODPOWIEDZ