UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Tytuł PROZY LIPCA
zdobyło ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee.

Serdecznie gratulujemy! :D

Murrough - morski wojownik

KRYMINAŁ, HORROR, THRILLER, SENSACJA
Pomysły moich powieści kryminalnych znajduję zmywając. Jest to zajęcie tak głupie, że zawsze rodzi we mnie myśl o zabójstwie. ~ Agatha Christie
Awatar użytkownika
Slaxl
Posty: 41
Rejestracja: 30 września 2012, 13:33

Murrough - morski wojownik

Post autor: Slaxl » 08 października 2012, 21:43

Murrough
morski wojownik



1. Atlantyckie fajerwerki
2. Odległe wody
3. Owca na śniadanie
4. Dotyk chmur
5. Ognioodporny mastiff
6. Smocza mama naraza mojego ojca na zawał serca
7. Smoczy talizman
8. Pojednanie
9. Smocza Księga
10. Pakt
11. Serce ma swoją pamięć

Atlantyckie Fajerwerki Według niektórych granice Trójkąta Bermudzkiego kończą się u wybrzeży Irlandii. To właśnie tutaj mieszkam, a moja historia jest równie niezwykła jak tajemnica tego miejsca.
Nasz domek został wybudowany na zielonym urwisku przez mojego dziadka. Z okna miałem widok na wiecznie niespokojny ocean Atlantycki, a do najbliższych sąsiadów trzeba było przejść kilka kilometrów. Tuż obok nas rosły potężne drzewa, prawdopodobnie ostatnie zielone płuca w okolicy. Na szczęście las był na tyle dziki, że mieszkało w nim zaledwie kilka ptaków oraz królików, no i – oczywiście – znałem go jak własną kieszeń.
Miałem wtedy brązowe, kręcone włosy do ramion, nigdy ich nie czesałem, za co mama karała mnie brakiem deserów. Spodnie nosiłem na szelkach, ponieważ dostawałem je po swoim starszym bracie, który był wtedy ode mnie potężniejszy. Zawsze trzymałem przy sobie notatnik w skórzanej oprawce.
Byłem spokojny i trzymałem się z daleka od tłumów, poza tym nikt za mną nie przepadał. Mimo to miałem jednego przyjaciela: Pirana. Pochodził z bardzo religijnej rodziny, w przeciwieństwie do mojej. Był naszym najbliższym sąsiadem. Czasami, kiedy chcieliśmy się spotkać, a było już ciemno, wysyłaliśmy sobie znaki świetlne, które były dobrze widoczne na tle głębokiej, ciemnej nocy.
Jego rodzice, w odróżnieniu od moich, byli nadopiekuńczy.Czasami Piran musiał wymykać się z domu, aby móc pójść ze mną na plażę. Wyjątkową plażę: niewielką wyrwę wpośród stromych urwisk, wysypaną różnorodnymi kamieniami, najczęściej dużymi płytami skalnymi do połowy zanurzonymi w wodzie, a ocean często zalewał ją podczas sztormów. Chodziliśmy tam i zbieraliśmy różne przedmioty wyrzucone przez fale.
Pewnego wieczoru umówiliśmy się na skarpie za lasem, aby obserwować nietypowe zjawiska dziejące się co noc na atlantyckim niebie. Wraz z Piranem interesowaliśmy się zjawiskami paranormalnymi, które już na początku lat sześćdziesiątych powoli zaczynały być wyśmiewane przez większość młodzieży, a przez dorosłych ignorowane. Prowadziliśmy śledztwa na własną rękę, przyglądaliśmy się niebu przez lunetę mojego taty, a notatki robiliśmy w notesie. Póki co zdołaliśmy jedynie dowieść, że jaskrawo żółte punkty, które szybko przemieszczały się nad naszymi głowami już wczesnym wieczorem, to wcale nie statki UFO, tylko chrabąszcze.
- Od kilku dni obserwuję dziwne wyładowania atmosferyczne przypominające smugi ognia – tłumaczyłem Piranowi, kiedy szliśmy na miejsce obserwacyjne – w tamtych miejscach – dodałem wskazując ręką lekko na zachód.
Piran robił dodatkowe notatki w naszym wspólnym notesie.
Kiedy dotarliśmy, jako pierwszy spojrzałem przez lunetę. Nie było widać smug ognia, mimo to na niebie aż roiło się od innych tajemniczych zjawisk, które były nam już znane: złote oraz srebrne błyskawice, iskry, przypominające te z nieudanych fajerwerków, czy też chmury, skumulowane w jednym miejscu, tworzące chwilami niewielkie trąby powietrzne. Zauważyliśmy także dziwne zjawiska dziejące się na wodzie, nietypowo spokojna tamtego wieczoru tafla wody wybuchała na horyzoncie, jakby na dnie eksplodowała bomba. Znad terenu objętego mianem Trójkąta Bermudzkiego dochodziły odgłosy niewiadomego pochodzenia: ryki, piski, skowyczenia oraz świsty, podobne do tych, które wydaje ogromny bicz przeszywające powietrze. Czułem się, jakby przed nami toczyła się bitwa nie z tego świata.
- Murry – Piranowi łamał się głos, kiedy mówił – spójrz tam.
Skierowałem lunetę w stronę wskazaną przez przyjaciela i zaniemówiłem: zaledwie kilka kilometrów przed nami rozbłysła potężna kula ognia, która wygasła, nim wpadła do wody. Zaraz po tym rozległ się potężny ryk, przypominający gardłowy warkot rozwścieczonej niedźwiedzicy. Oko wciąż miałem przytknięte do lunety skierowanej w miejsce, gdzie pojawił się ogień. W bladym świetle Księżyca zdołałem ujrzeć jedynie czerwony, słaby blask, jakby światło odbijające się od metalu.
Od razu rzuciłem się do notatnika, a Piran kazał sobie zaraz wszystko opowiedzieć.
- Może to był tylko wojskowy samolot? – zaproponował niepewnie.
Spojrzałem na niego krytycznie.
- Samoloty nie zieją ogniem. – zaprzeczyłem. – Poza tym zapomniałeś, że jest zakaz latania oraz pływania na tej części Atlantyku. Zapytam jutro ojca, co sądzi na ten temat.
Piran przyjął moją krytykę i spoglądał w milczeniu na rozświetlony na różne kolory horyzont.
Nie baliśmy się tego, ponieważ nawet nie wiedzieliśmy, co to było. Może to tylko prywatny teren pobliskiego wojska, gdzie wykonywali manewry ćwiczebne? W nocy, nikogo uprzednio o tym nie informując… Tak, to bardzo w ich stylu.
Przemawiała przez nas ciekawość i chęć przeżycia przygody.

W tej części Irlandii, w której mieszkałem, były wtedy ferie, dwa tygodnie wolnego od szkoły. Siedziałem z rodzicami i bratem przy stole jedząc śniadanie. Po zjedzeniu tata wychodził do pracy, a mama po zakupy do miasteczka. Wykorzystałem więc okazję, aby zapytać ojca, który jest w samorządzie naszej niewielkiej mieściny zwanej Ellen, ‘aby zawsze świeciło nam słońce’. Spytałem go więc, czy nie wie czegoś na temat ćwiczeń wojskowych nieopodal wybrzeża.
- Nic mi na ten temat nie wiadomo. – odpowiedział.
- Zatem… - pociągnąłem niepewnie – czym są te światła nad Atlantykiem?
- Jakież to światła?
Tata nawet na chwilę nie oderwał wzroku od gazety leżącej obok talerza z jajecznicą. Mój brat próbował podebrać mi śniadanie, więc polizałem palec i przejechałem nim po policzku Quinlana. Parsknął z obrzydzeniem i wytarł twarz o obrus.
- Nie widziałeś ich, tato? – spytałem zdziwiony zaraz po tym, jak skutecznie obroniłem swoją jajecznicę. Tylko ślepiec nie zwróciłby uwagi na coś tak przyciągającego uwagę, jak to, co się działo popołudniu.
- Nic a nic.
- Pokażę ci wieczorem!
- Mówiłem ci, tato. – wtrącił się Quilan, plując mi w twarz okruszkami z maślanej bułeczki. – Teraz to już jest za późno na zwykłego psychiatrę.
- Quilan! – tata aż odwrócił wzrok z gazety i przeniósł go na nas w momencie, kiedy brat próbował wsadzić mi palec do ucha. – Dobrze Murry, gdy wrócę, pokażesz mi te ‘światła’. Może rzeczywiście ktoś nielegalnie łowi ryby.
Cieszył mnie fakt, że rodzice nie wypytywali mnie dlaczego szwendam się po nocy. Zapewne gdybym zniknął na kilka dni, nie przejęli by się tym, w końcu nic mi się tutaj nie może stać, a nawet jeśli spadnę z urwiska, to i tak nie muszą się spieszyć. Nie ingerowali w to, co robiłem, szczególnie kiedy były ferie.

Wieczorem tata wrócił z pracy i udał się ze mną i Piranem na skarpę, z której najlepiej było wszystko widać. Tak jak zawsze, na niebie roiło się od nietypowych błysków, a fale uderzające o wysoki brzeg nieco tłumiły ryki. Ognistych kul nie zauważyłem.
- Widzisz? – zapytałem pewnym siebie głosem.
- Tak, widzę. – odpowiedział. – Te trzy nieruchome gwiazdy są niby takie niezwykłe?
Spojrzałem na niego jak na kretyna. Piran dał mu do ręki lunetę i kazał spojrzeć w miejsce, gdzie tworzyła się trąba powietrzna i dookoła której błyskały się srebrne pioruny.
- Zbiera się na burzę. – powiedział składając lunetę. – Wracajmy do domu bo zmokniemy.
- Ale tato! – zawyłem bezradnie. – Słyszysz te ryki? Tam naprawdę coś się dzieje!
Ojciec podszedł do krawędzi skarpy przytykając dłoń do ucha.
- Murry, to tylko fale! Przestań robić z siebie błazna i wracajmy do domu. Twoja matka na pewno czeka już z kolacją. Piran, czuj się zaproszony.
Ręce mi opadły. Jak to możliwe, że tata nie widział czegoś tak oczywistego? W końcu ja z Piranem to widzieliśmy, mało tego, widzieliśmy to codziennie. Żałowałem, że nie stać nas było na aparat fotograficzny, aby mieć dowody.
Ostatni raz spojrzałem przez ramię na opadającą do wody trąbę powietrzną, usłyszałem ryk, westchnąłem ciężko i wróciłem do domu.


Słowo wyjaśnienia, żeby nie było nieporozumień : )
Według niektórych granice Trójkąta Bermudzkiego podciągane są aż pod same wybrzeża Irlandii, to właśnie tam dzieje się póki co akcja. Dodatkowo rozdziały ogólnie piszę dłuższe, aczkolwiek ten był pisany na kartkach, pod przypływem weny i braku dostępu do laptopa (kabelek się złamał). Jestem także w trakcie pisania drugiego opowiadania, nieco bardziej kreatywnego i wymagającego inwencji twórczej, tak więc proszę o wyrozumiałość jeśli gdzieś zmieniłam czasy (z przeszłego na teraźniejszy, gdyż tamto opowiadanie jest właśnie tak pisane) ale zarazem wytykanie wszystkich błędów itd. Korekty postaram się wprowadzić jak najszybciej! Ogólnie dziękuję za uwagę i życzę miłego czytania, jeżeli ktoś zaczyna od końca.

Awatar użytkownika
wołszebnik
Posty: 1106
Rejestracja: 03 czerwca 2012, 11:09
Lokalizacja: http://www.facebook.com/joanna.gadawska?ref=tn_tnmn
Kontaktowanie:

Re: Murrough - morski wojownik

Post autor: wołszebnik » 08 października 2012, 23:11

SpoilerShow
Według niektórych granice Trójkąta Bermudzkiego kończą się u wybrzeży Irlandii. To właśnie tutaj mieszkam, a moja historia jest równie niezwykła, jak tajemnica tego miejsca.
wciąż niespokojny ocean Atlantycki
trochę kłuje mnie po oczach to 'wciąż'. Tak, jakby nie była to immanentna cecha Atlantyku, tylko jakby był jakiś sztorm (nie wspomniany przecież w tekście, bo tekst się dopiero zaczął) i ocean pozostał wciąż niespokojny. Może lepiej podmienić na 'wiecznie niespokojny', czy coś w ten deseń?

Tuż obok nas rosły prawdopodobnie ostatnie zielone płuca w okolicy.
Wiem o co Ci chodzi... ale nie. Tę metaforę można niestety potraktować zbyt dosłownie. Wystarczy, że dodasz nazwę drzew, a będzie świetnie, ot choć np:
Tuż obok nas rosły brzozy, prawdopodobnie ostatnie zielone płuca w okolicy.
Ale same 'zielone płuca'... Slaxl, nie.

Miałem wtedy brązowe, kręcone włosy do ramion, a mama nie dawała mi deserów za karę, ponieważ nigdy ich nie czesałem.
Źle to wygląda, naprawdę. Spróbuj pobawić się szykiem:
Miałem wtedy brązowe, kręcone włosy do ramion, nigdy ich nie czesałem (nie miałem w zwyczaju ich czesać), za co mama karała mnie brakiem deserów.
Na moje oko lepiej, po prostu widać przyczynę i skutek.

po za tym nikt za mną nie przepadał.
ort, ort, ort, ort, łącznie ;)

Jego rodzice, w odróżnieniu od moich, byli bardzo nadopiekuńczy.
Czy zdanie coś straci? ;)

Czasami Piran musiał wymykać się z domu, aby móc pójść ze mną na plażę. Plaża ta była wyjątkowa: niewielka wyrwa wpośród stromych urwisk
jeśli zmienisz szyk, powtórzenie będzie zgrabniejsze, rzeczownik uwypuklony, będzie to po prostu wyglądać na zabieg literacki:
Czasami Piran musiał wymykać się z domu, aby móc pójść ze mną na plażę. Wyjątkową plażę: niewielką wyrwę pośród...
Często zostawała zalewana podczas sztormów.
Nie jestem pewna, czy potrafię zasugerować coś w związku z tym zdaniem, nie zmieniając go całkowicie. Ale przeczytaj je na głos: jest złe.
może: Morze często zalewało ją podczas sztormów?

które już na początku lat sześćdziesiątych powoli zaczynały być wyśmiewane przez większość młodzieży, a przez dorosłych ignorowane.
Szczerze mówiąc... zjawiska paranormalne mają swych wielbicieli i wyznawców do dziś...
Nie wdając się w szczegóły i używając tylko sloganów... ja na przykład wierzę w duchy :bag:
to wcale nie statki UFO, tylko chrabąszcze.
przecinek
czy też chmury, skumulowane w jednym miejscu, tworząc chwilami niewielkie trąby powietrzne.
a 'tworzące' nie zabrzmi aby bardziej gramatycznie?

która wygasła, ni, wpadła do wody.
eee, 'ni to zgasła, ni wpadła do wody'?


Po za tym zapomniałeś
acz jesteś konsekwentna ;)

Zapylam jutro ojca, co sądzi na ten temat.
to jakieś slangowe określenie, czy literówka?
W nocy, nikogo ówcześnie o tym nie informując…
nie pasuje tu to słowo. Ówczesny odsyła do czasów omawianych, a oni nie dyskutowali o żadnych wcześniejszych wojskowych manewrach. Chodzi Ci o 'uprzednio'.

Po zjedzeniu tata wychodził do pracy, a mama po zakupy do miasteczka.
po posiłku może?

jak to, co się działo południu.
po południu?

plując mi na twarz okruszkami z maślanej bułeczki.
plując w twarz?

kiedy ciemnowłosy brat próbował wsadzić mi palec do ucha.
tiyyaaa, uroki narracji pierwszoosobowej :roll: Generalną zasadą pierwszoosobówki jest upodobnienie narracji do naturalnej wypowiedzi. Zastanów się, czy mówiąc w ten sposób o wydarzeniach powiedziałabyś "ciemnowłosy brat". Moim zdaniem w sytuacji życiowej, przekazując relację nie myślałabyś o kolorze włosów. Ot brat. Gnojek, którego widzisz na co dzień. Brat.

w końcu nic mi się tutaj nie może stać, a nawet jeśli spadnę z urwiska, to i tak nie muszą się spieszyć.
eee, czy to nie jest sprzeczność logiczna?

Tak jak zawsze, na niebie roiło się od nietypowych błysków,
przecinek
Hmm, króciutko. Generalnie, jestem pozytywnie zaskoczona, mimo tego spoilera, tam wyżej, gdzie są znalezione przeze mnie błędy.
Przyjemnie prowadzisz narrację, zgrabnie zarysowujesz akcję, nęcisz tajemnicą... i urywasz :none2:
Podobało mi się, choć żałuję, że nie dowiedziałam się za wiele. Znaczy się... dowiedziałam się dokładnie tyle, ile taki krótki fragment powinien zawierać... tylko czemu, na licha, on jest taki krótki? O.o


Edit: nie będę pisać kolejnego posta, tylko wtrącę.. Hell coś znalazł i nie zauważył:
tata aż odwrócił wzrok z gazety
odwraca się wzrok od czegoś... czy już mi się coś miesza? O.o
A tymczasem w pewnym EL (acz z pewnością nie Dorado, zbyt ubogo tamże na to), gdzie prawowstecz:
Obrazek Acz wybaczmy demokracji, Orwell rzekł, wszak nie bez racji, że to w każdej delegacji,pod gajerkiem, przy korycie, pod krawatem, pcheł poszycie...
zbieżność nazw absolutnie przypadkowa

Awatar użytkownika
Slaxl
Posty: 41
Rejestracja: 30 września 2012, 13:33

Re: Murrough - morski wojownik

Post autor: Slaxl » 08 października 2012, 23:25

Bardzo dziękuję! Pokazałaś mi wiele błędów, które tak na prawdę mi po prostu umknęły; literówka, którą wordzik zmienił według swojego uznania, a ja po czytaniu tego kilkakrotnie po prostu przeoczyłam :bag:
Będę teraz na to wszystko bardziej zwracać uwagę.
(ps. też wierzę w duchy :tanczy: )
A przy okazji... Z tym bratem... chciałam go w pewien sposób opisać, ale z racji tego (jak również zauważyłaś) Murry widzi go codziennie i głupio by było, gdyby musiał go nagle opisywać. No ale dobra, jeszcze jakoś Wam go przedstawię.
Następny kawałek będzie dłuższy, obiecuję!
(jutro poprawię błędy, teraz lecę spać)

Awatar użytkownika
Luck315

Re: Murrough - morski wojownik

Post autor: Luck315 » 09 października 2012, 09:43

Początek zapowiada się ciekawie. Mam nadzieje, że będzie tak dalej.

Awatar użytkownika
Hellbringer

Re: Murrough - morski wojownik

Post autor: Hellbringer » 14 października 2012, 14:22

WITAJ.

O mój Boże!... Zacznę komentować, jak przestanę się śmiać ;] Co mnie tak rozśmieszyło? To, co napisałaś!

Wyluzuj, chodzi o to zdanie na samiutkim końcu: „ogólnie dziękuję za uwagę i życzę miłego czytania, jeżeli ktoś zaczyna od końca”. No proszę, jak to łatwo człowieka rozbawić. Poprawiłaś mi humor, przez co przestanę być obiektywny... ale chyba ci to nie przeszkadza, co? Łap link do piosenki, już pora zacząć.

Rzecz pierwsza, która się w oczy najbardziej rzuca – estetyka. Zaczniemy od ogółu, przejdziemy do szczegółu, czyli najpierw wystawię ci za nią ocenę w mojej SUPER DZIESIĘCIOSTOPNIOWEJ SKALI! Otrzymujesz zadowalającą szósteczkę, już wyjaśniam dlaczego:

— tytuł opowiadania jest wyszczególniony, powiększony, wyśrodkowany – za co masz plus, ale równoważy go ten przesadzony cień, który sam tytuł otacza... Oczywiście to moja subiektywna ocena, może innym się podoba - dla mnie jest to zbyt przesadzone.
— wielki minus za brak konsekwencji, czyli inny rodzaj cienia w podtytule. Rozumiem, że tytuł i podtytuł nie muszą być jednakowe, ale ich style się gryzą ze sobą... Poza tym cień to twór światła, które nie może padać na podtytuł zgoła inaczej niż na tytuł.
— plus za czcionkę, ładna jest. Minus za to, że jest za mała. I znowu zaznaczam – to tylko moja ocena, ale pamiętaj, że nie wszyscy na forum muszą mieć dobre oczęta. Weźmy na przykład takiego wołszebnika. Ty wiesz, że ona jest po trzydziestce?! A dinozaury, proszę pani, słabe oczęta mają.
— minus za brak akapitów, plus za to, że przynajmniej oddzielasz akapity od siebie.
— minus za półpauzy czy dywizy zamiast pauz w dialogach.

Ta da! Musisz wiedzieć, że na początek każdy dostaje pięć punktów w skali, potem można to już tylko obniżyć albo podnieść... No dobrze, skrytykowałem, ale sama krytyka to jeszcze nie pomoc... Dlatego mam dla ciebie...

GARŚĆ PORAD:
SpoilerShow
— tytuły i podtytuły można zrobić jako obrazki w różnych programach, ale jeśli nie umiesz się tymi programami posługiwać (jak na przykład ja!) polecam ci pewną stronę... Cooltext — ta strona umożliwia szybkie stworzenie czegoś, co może lekko wygląd naszego opowiadania poprawić i wpłynąć na to, jak będzie je odbierał czytelnik. Naciśnij mnie, naciśnij mnie :D Pod tym linkiem masz przykład, jak to może wyglądać (zaznaczam od razu — gdyby nagle złapał cię altruizm i chciałabyś skomentować moje wypociny, nie trać na to czasu, pisz to opowiadanie dalej!).
— czcionkę można powiększyć (Nobla za okrycie roku otrzymuje Charyzmat!).
— akapity robi się tak:

Kod: Zaznacz cały

[tab=30]
. Znacznik ten w edytorze znajduje się nad buttonem z napisem „align=” i ma wygląd zbliżony do kwadrata... ale ma też strzałkę :D
— piękne pauzy tworzymy za pomocą lewego alta i klawiatury numerycznej (tej z prawej strony, z cyferkami), wprowadzając kombinację lewy alt + 0151. Półpauzy robimy tak: lewy alt + 0150.
I to tyle o estetyce!
Nowy fragment komentarza, to i nowa piosenka, ale zespół ten sam: smacznego! Oceniam poprawność tekstu na siedem i pół. Teraz zajmiemy się poprawkami stylistycznymi i innymi takimi, żeby ten wynik poprawić.
SpoilerShow
- Od kilku dni obserwuję dziwne wyładowania atmosferyczne przypominające smugi ognia – tłumaczyłem Piranowi, kiedy szliśmy na miejsce obserwacyjne – w tamtych miejscach – dodałem wskazując ręką lekko na zachód.
Piran robił dodatkowe notatki w naszym wspólnym notesie.
Kiedy dotarliśmy, jako pierwszy spojrzałem przez lunetę.
Hm... Na czerwono zaznaczyłem powtórzenie, którego unikniesz, zamieniając człon wypowiedzi narratora („w tamtych miejscach”) na coś innego, może coś w stylu, „o, tam!”. Na niebiesko zaznaczyłem niedopowiedzenie. Niby to żaden błąd, ale ja bym dodał „tam” po „kiedy” a przed „dotarliśmy”, a poza tym wydaje mi się, że za szybko przechodzisz do tego patrzenia przez lunetę. Ja (ciągle tylko to ja, ja i ja, egocentryk ze mnie!) napisałbym to zdanie tak: „kiedy tam dotarliśmy, wyjąłem lunetę i spojrzałem przez nią jako pierwszy”. Dodam jeszcze, że styl wypowiedzi bohatera jest dobrany niezbyt odpowiednio, wydaje się być zbyt dorosły, a przecież bohater jest jeszcze dzieckiem, nieprawdaż? :]
Nie było widać smug ognia [...]
Ej, znowu te smugi ognia? Na mój gust to powtórzenie, którym wykazujesz nieduży zasób słownictwa. Uwaga, podaję wyrażenia synonimiczne... Płomienne pręgi, pasy pożogi... I więcej mi się nie chce szukać ;] Jeśli masz problem ze znajdywaniem podobnych słów czy wyrażeń, to skorzystaj z internetowego słownika synonimów.
Zauważyliśmy także dziwne zjawiska dziejące się na wodzie, nietypowo spokojna tamtego wieczoru tafla wody wybuchała na horyzoncie,
Oj, oj. Przecinek... Czy w złym miejscu? Nie, nie, nie. Sam przecinek zły, lepszy myślnik.
Skierowałem lunetę w stronę wskazaną przez przyjaciela i zaniemówiłem: zaledwie kilka kilometrów przed nami rozbłysła potężna kula ognia, która wygasła, nim wpadła do wody. Zaraz po tym rozległ się potężny ryk, przypominający gardłowy warkot rozwścieczonej niedźwiedzicy. Oko wciąż miałem przytknięte do lunety skierowanej w miejsce, gdzie pojawił się ogień.
Coś już o bogactwie językowym wspominałem...
Wykorzystałem więc okazję, aby zapytać ojca, który jest w samorządzie naszej niewielkiej mieściny zwanej Ellen, ‘aby zawsze świeciło nam słońce’. Spytałem go więc, czy nie wie czegoś na temat ćwiczeń wojskowych nieopodal wybrzeża.
Ugh. Te zdania bolą, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę poprzednie (ładne i składne). Trzeba je inaczej ułożyć, całkiem inaczej. Zapraszam do kombinowania, nie będę wszystkiego na swoją modłę przecież poprawiał ;]
Tata nawet na chwilę nie oderwał wzroku od gazety leżącej obok talerza z jajecznicą. Mój brat próbował podebrać mi śniadanie, więc polizałem palec i przejechałem nim po policzku Quinlana. Parsknął z obrzydzeniem i wytarł twarz o obrus.
Hahaha! Dobre, duży plus.
- Quilan! – tata aż odwrócił wzrok z gazety i przeniósł go na nas w momencie, kiedy brat próbował wsadzić mi palec do ucha. – Dobrze Murry, gdy wrócę, pokażesz mi te światła.
POJEDYNCZY CUDZYSŁÓW? SERIO? Szacun.
- Zbiera się na burzę. – powiedział składając lunetę. – Wracajmy do domu, bo zmokniemy.
Czerwonej kropki nie powinno być, niebieski przecinek powinien zaistnieć.

KONIEC POPRAWEK? Nie, zawsze jest coś do poprawienia, pamiętaj o tym i szukaj błędów sama! Może nie znaleźliśmy wszystkiego i wciąż czają się w tekście jakieś pomyłki...

Nowa piosenka! Pomińmy estetykę i błędy, osądźmy część merytoryczną. I jak zwykle przejdziemy z ogółu do szczegółu. Ocena ogólna to... osiem. Gratuluję.

Co do stylu pisania – dobry z zadatkami na bardzo dobry lub nawet mistrzowski, byle ci się tylko chciało ćwiczyć. I tu mam kilka rad – opisy bardziej rozbuduj, używaj czasami rozbudowanych, poetyckich metafor (o ile chwila jest podniosła lub można zwolnić z tempem narracji), częściej wspominaj o odczuciach bohaterów.

Postacie – nie przesadzone, ale też niezbyt dobrze dobrane... Właściwie jedna. Chodzi mi o głównego bohatera, wypowiada się jakby był dorosły, a nie jest. Ok, załóżmy, że jest bardziej dojrzały, niż rówieśnicy... to niewiele zmienia. Szkoda, że nie określasz jego wieku (choć z drugiej strony to dobrze, za dużo informacji o postaci męczy), wtedy można by coś dobrać... W każdym razie – pracuj dalej nad różnicowaniem stylów wypowiedzi postaci.

Fabuła i akcja... I tu mam odrobinę problem, bo fragment jest króciutki... Ale chciałbym więcej, jeśli już muszę być szczery, bo zaciekawiło mnie to wszystko. Świat przedstawiony w opowiadaniu jest pociągający, bo łączy w sobie zwykłą, szarą rzeczywistość nas otaczającą z czymś niesamowitym ;]

I to chyba tyle, koleżaneczko. Po więcej zgłoś się, jak dasz z siebie więcej i coś opublikujesz.

Awatar użytkownika
Quenya
Posty: 176
Rejestracja: 16 czerwca 2012, 06:27
Lokalizacja: Północno - wschodnia część Polski :)
Kontaktowanie:

Re: Murrough - morski wojownik

Post autor: Quenya » 17 października 2012, 18:44

O kurczę... jestem tak zaintrygowana tą opowieścią, że chcę czytać dalej! To był bardzo ciekawy kawałek prozy. Dobrze napisany, żadnych jak dla mnie zgrzytów. Opisy są, bogate słownictwo masz, ale nadal jestem ciekawa co to za te światła. Kurcze, dawaj kolejną część, bo chcę czytać dalej. Oderwałam się nawet od nauki do geografii, żeby sobie to przeczytać, bo ostatnio czasu nie mam na nic ;/
Ale jestem ciekawa jak dalej poprowadzisz tą akcję i masz bardzo lekki styl. Chcę więcej!
I mam prośbę, jak coś opublikujesz tutaj, to proszę o informację na PW, bo często dość ostatnio nie zaglądam, a z chęcią to przeczytam i to naprawdę ;)
Życzę WENY :D
Ci, których najtrudniej kochać, najbardziej potrzebują naszej miłości.

Awatar użytkownika
Slaxl
Posty: 41
Rejestracja: 30 września 2012, 13:33

Re: Murrough - morski wojownik

Post autor: Slaxl » 17 października 2012, 21:32

SERDECZNIE DZIĘKUJĘ!!!! Jestem w szoku, nikt nigdy mnie tak pozytywnie nie ocenił!!
Dla Was chyba rzucę piątkową kartkówkę z matematyki i będę pisać, ponieważ koncepcja jest, wena w sumie także, aczkolwiek gorzej z czasem.
Piosenki od szanownego Charyzmatu (tak się odmienia? :bag: ) znane i lubiane, a jakże!
Najbardziej jednak uradowało mnie stwierdzenie Queny o lekkim stylu pisania, ponieważ od kiedy pamiętam, wszyscy wytykali mi, że jest z nim słabo, że ciężko się czyta. Może to też zależy od rodzaju opowiadania, ponieważ równocześnie piszę coś związanego z typowym rock 'n' rollowym życiem, gdzie wszystko jest dokładnie opisane i myślę, że rzeczywiście może się to trudno czytać, ale zwróciłam na to uwagę, jak mi o tym powiedziano (poniosło mnie podczas pisania...)
W każdym razie postaram się niedługo coś opublikować :D

Awatar użytkownika
wołszebnik
Posty: 1106
Rejestracja: 03 czerwca 2012, 11:09
Lokalizacja: http://www.facebook.com/joanna.gadawska?ref=tn_tnmn
Kontaktowanie:

Re: Murrough - morski wojownik

Post autor: wołszebnik » 17 października 2012, 21:35

Slaxl pisze:
W każdym bądź razie postaram się niedługo coś opublikować :D

W każdym razie... *to silniejsze od niej*

Konstrukcja "w każdym bądź razie" *wzdryga się* jest hybrydą prawidłowych "w każdym razie" i "bądź co bądź".

Eeee, masz serducho, by spamietać: :heart:
A tymczasem w pewnym EL (acz z pewnością nie Dorado, zbyt ubogo tamże na to), gdzie prawowstecz:
Obrazek Acz wybaczmy demokracji, Orwell rzekł, wszak nie bez racji, że to w każdej delegacji,pod gajerkiem, przy korycie, pod krawatem, pcheł poszycie...
zbieżność nazw absolutnie przypadkowa

Awatar użytkownika
Slaxl
Posty: 41
Rejestracja: 30 września 2012, 13:33

Re: Murrough - morski wojownik

Post autor: Slaxl » 17 października 2012, 21:48

Zapamiętam sobie :D

Awatar użytkownika
Hellbringer

Re: Murrough - morski wojownik

Post autor: Hellbringer » 18 października 2012, 18:04

Nawet konkretniej kontaminacja, Black ;]

Awatar użytkownika
Quenya
Posty: 176
Rejestracja: 16 czerwca 2012, 06:27
Lokalizacja: Północno - wschodnia część Polski :)
Kontaktowanie:

Re: Murrough - morski wojownik

Post autor: Quenya » 18 października 2012, 19:12

A u mnie, to tak przy okazji moją nazwę odmienia się tak: Quenyi ;)
Ci, których najtrudniej kochać, najbardziej potrzebują naszej miłości.

Awatar użytkownika
Slaxl
Posty: 41
Rejestracja: 30 września 2012, 13:33

Re: Murrough - morski wojownik

Post autor: Slaxl » 21 października 2012, 22:18

ODLEGŁE WODY Przez kilka następnych dni prawie że cały czas przebywaliśmy na skarpie, którą w końcu ochrzciliśmy jako skarpę bermudzką. Kiedy było jasno, anomalie uspokajały się, a na niebie latały jedynie wielkie ptaki, prawdopodobnie mewy lub kormorany. W oddali widzieliśmy wyskakujące z wody morskie olbrzymy. Cieszyłem się, że tak często mogłem obserwować wieloryby. Także sporadyczne ryki docierały do naszych uszu, kiedy się przysłuchaliśmy.
Ogniste kule pojawiały się na horyzoncie coraz częściej, mimo to nic niezwykłego się nie działo. Wraz z Piranem nudziliśmy się przez połowę ferii, dlatego największą dla nas atrakcją było oczekiwanie na sztorm, a kiedy ten już nadszedł, wybraliśmy się wspólnie na naszą plażę. Na skałach leżało kilka martwych ryb, muszelki, deski, sieci rybackie oraz mnóstwo glonów. Skakałem ze skałki na skałkę trzymając w dłoni plecak, do którego potem wrzucałem znalezione przedmioty. Przez ostatnią noc woda zalała połowę głazów, przez co plaża się bardzo zmniejszyła, dlatego Piran brodził w kaloszach po kostki w wodzie.
Wrzucaliśmy do plecaków wszystko, co wydawało nam się ciekawe. Czasami nawet musieliśmy wślizgiwać się pomiędzy dwa głazy, aby wyjąć poplątaną sieć lub kawałek dużej muszli.
Akurat kiedy Piran powiedział, że musimy zbierać się na obiad, zauważyłem pod powierzchnią wody coś ciekawego, zaplątanego w uszkodzoną sieć. Podszedłem szybko do brzegu i sięgnąłem ręką w głąb lodowatej wody, ale okazało się, że sieć jest zdecydowanie głębiej, niż mi się wydawało. Przerzuciłem plecak przez ramię i położyłem się na jednej z kamiennych płyt, które tworzyły naszą plażę i ponownie sięgnąłem po przedmiot, a kiedy wyjąłem go z wody, od razu wrzuciłem do plecaka i pobiegłem za przyjacielem.
Przy posiłku rodzice nie przejęli się tym, że miałem przemokniętą koszulkę. Zapewne już się przyzwyczaili, że wracam z dworu cały brudny.
- Tak, Quinlan - odpowiedziałem bratu, kiedy ten zasugerował, że się posikałem. - Wszyscy wiemy, że jesteś bardzo bystry, aczkolwiek czy masz mózg? Hmm… to już nie jest takie pewne.
Oberwałem za to, a brukselkę miałem nawet za uszami.
Po obiedzie poszedłem do swojego pokoju i wyjąłem z plecaka na podłogę wszystkie rzeczy, większość z nich wciąż ociekała wodą, gdyż większość z nich wciąż ociekała z wody. Wszystko odłożyłem na bok i zająłem się siecią rybacką, szukając błyszczącego przedmiotu. Długą chwilę zajęło mi wysupłanie go spośród poplątanych oczek, co utrudniały licznie wczepione, śliskie glony. W końcu udało mi się go wyjąć. Był to duży, śnieżnobiały kieł: złamany i porządnie wykruszony. Przypuszczam, że rekina, bądź innego wielkiego zwierzaka morskiego. Zdołałem zrobić w zębie niewielką dziurkę, przez którą przewlokłem rzemyk i zawiesiłem go sobie na szyi.

Kilka dni później postanowiłem samotnie przyjrzeć się tym nietypowym zjawiskom dziejącym się nad oceanem. Wykradłem się wieczorem z domu i poszedłem do prywatnego portu ojca, gdzie cumuje swój niewielki kuter rybacki. Przeszedłem po drewnianym pomoście i wszedłem na łódź, po czym rozejrzałem się. Pod sterem siedziały trzy Maskonury. Westchnąłem ciężko, ponieważ wiedziałem, że nie będzie z nimi łatwo.
Mój dziadek wierzył, ze Maskonury to pośmiertne postaci marynarzy, którzy zginęli na morzu i trzeba dla nich zachowywać należyty szacunek. Szanowałem dziadka i jego zasady oraz przekonania, dlatego nawet po jego śmierci starałem się nie wchodzić w drogę tym przypominającym pingwiny zwierzątkom.
Wyjąłem przynętę ojca i zrobiłem długą ścieżkę z małych rybek prowadzącą na drewniany pomost. Po prawie godzinie Maskonury opuściły pokład łajby, a ja byłem gotowy do przygody.
Wtedy nie wiedziałem, co szykuje dla mnie los.
Odwiązałem sznur od pieńka pomostu i stanąłem przy sterze. Potrafiłem sterować - tata bardzo często zabierał mnie ze sobą na ryby. Na naszym wybrzeżu, które jest najbardziej wysunięte na południe, tylko tata i kilka innych osób z rady miasteczka mają prawo tam pływać. Nie przybijają do nas żadne statki, a wszyscy inni boją się tutaj samotnie wypuszczać. Dlatego nie obawiałem się, że ktoś mnie przyłapie, ale mimo to starałem się nie oddalać zanadto od brzegu.
Ale to nie wystarczyło.
Wypłynąłem bez przeszkód na otwarte wody. Łódź płynęła sama, ja jedynie nadawałem kurs, więc trzymałem lunetę przy oku i spoglądałem w niebo. Woda była spokojna.
W pewnym momencie łódź zaczęła się nietypowo kołysać, bardziej niż zwykle. Odszedłem od steru i spojrzałem na taflę wody. Pod nią ujrzałem coś dużego i białego. Niespiesznie przemieszczało się ze dwa, może trzy metry pod łodzią.
W jednej chwili łajba uniosła się ku górze, a ja, gdybym się nie przytrzymał barierki, spadłbym na drewniane skrzynie z rybami na końcu łodzi. Po chwili kadłub opadł z powrotem na wodę, rozbryzgując ją na wszystkie strony.
Byłem przerażony i nie wiedziałem, co robić. Pierwsze, co przyszło mi na myśl, to było rzucenie się do steru i powrócenie do portu, ale to nie było takie łatwe. Ręce mi się trzęsły, wszystko było mokre i śliskie, a czas leciał błyskawicznie.
I wtedy zauważyłem to, czego najbardziej się obawiałem. Znieruchomiałem z dłońmi na sterze i głową uniesioną nieco ku górze. Kilkadziesiąt metrów przede mną z wody powstawał lej sięgający do chmur. Chłód uderzył mnie w twarz, coś zawyło w powietrzu, a kręcone włosy przykleiły mi się do czoła. Trąba wodna nie była na tyle wielka, aby porwać łódź, ale tworzyła potężne fale, które coraz bardziej odpychały mnie od lądu. Byłem oszołomiony i na tyle zdezorientowany, że z trudnością orientowałem się w sytuacji. Łódź znów się zakołysała znacznie przechylając się na lewą stronę, a ja walczyłem o przetrwanie. Coś ogromnego świsnęło mi ponad głową, natychmiast przylgnąłem do drewnianej podłogi. Usłyszałem ryk, taki sam, jaki słyszymy czasem na naszej skarpie, tyle, że ten był zdecydowanie głośniejszy i groźniejszy. Po kilku, a może kilkunastu sekundach wszystko zaczęło ustawać, a ryki oddaliły się. Odeszły tak samo szybko, jak niespodziewanie się pojawiły.
Podniosłem się jednak dopiero wtedy, kiedy uspokoiły się fale. Rozejrzałem się dookoła, ale nie ujrzałem nic niepokojącego. Szczęśliwie niewielka trąba wodna rozpadła się kilkadziesiąt metrów dalej pozostawiając po sobie mgiełkę w miejscach, przez które przechodziła.
Odetchnąłem z ulgą i osunąłem się plecami po drewnianym maszcie. Czułem, że nogi już długo mnie nie utrzymają.
Wiedziałem, w jakim stanie jest łódź. Wiedziałem również, że ojciec mnie za to zabije, a moja śmierć będzie długa i bolesna. Widziałem płaczącą matkę nad moim grobem oraz szeroki, radosny uśmiech na twarzy ich jedynego - od teraz - syna.
Podniosłem się po kilkunastu minutach. Czułem się lepiej więc postanowiłem wrócić do domu i zrzucić całą winę na Quinlana. Oparłem się o barierkę i rozejrzałem za charakterystycznymi skarpami irlandzkich brzegów. Żadnych jednak nie dostrzegłem. Wziąłem lunetę, którą zabrałem ze sobą z domu i rozejrzałem się dookoła. Powoli zaczynał zapadać zmierzch, a wszędzie było pełno ciężkiej mgły i tej nietypowej mgiełki pozostawionej po trąbie wodnej, które wspólnie skutecznie ograniczały widoczność do zaledwie kilku metrów.
- Umrę - powiedziałem z pełnym przekonaniem sam do siebie. Spojrzałem w niebo, na którym nie było widać żadnej gwiazdy. - Jeżeli tata znajdzie wrak łodzi, to mnie zabije - dodałem.
Wiem, umarłbym wtedy dwukrotnie, ale co to za różnica, skoro właściwie już nie żyję?
Odeszła ode mnie wszelka nadzieja, więc położyłem się krzyżem na samym środku łodzi i wtuliłem się w ciało jakiejś dużej ryby z odciętym pyskiem. Zamknąłem oczy: chciałem zasnąć i obudzić się w domu, w bezpiecznym łóżku i głową bez tak głupich pomysłów, jak ten, aby wypuszczać się samotnie na otwarty ocean, który objęty jest mianem Trójkąta Bermudzkiego.
- Aśś buuh... - westchnąłem do siebie i podciągnąłem nogi pod klatkę piersiową, gdyż było mi zimno.
Minęło kilka chwil, kiedy łódź gwałtownie się zatrzymała, a ja omal nie straciłem zębów o własne kolana. Podniosłem się szybko i podbiegłem do barierki. Mgła była lżejsza, widziałem skały oraz kupki trawy rosnące gdzieniegdzie na wzniesieniu. Pomyślałem, że przypadkowo dobiłem w okolice portu ojca, więc wyskoczyłem z łodzi lądując na śliskich głazach. Okazało się, że zniosło moją łódź do szczeliny pośród głazów w kształcie litery V, tak, że mieściła się tam idealnie kadłubem. Genialne.
Zostawiłem łódź i wdrapałem się pod górkę. Chwilami musiałem przytrzymywać się bujnej trawy, aby nie ześlizgnąć się po błotnistym zboczu. Kiedy udało mi się wdrapać na szczyt, moim oczom ukazał się widok, który znałem tylko z książek. Przede mną rozciągał się potężny las. W Irlandii kilkadziesiąt lat temu wykarczowano większość takich miejsc, gdyż było duże zapotrzebowanie na drewno liściaste, dlatego jedynym lasem, jaki znam, to ten niewielki, liściasty gaj tuż za moim domem. Ten widok zaparł mi dech w piersiach. Nie widziałem końca wśród drzew. Było ich tu tak wiele, że wystarczyło, abym zanurzył się wśród nich na kilka metrów, a zapewne już bym się zgubił!
Dlatego właśnie do niego wbiegłem. Jak na czternastolatka byłem całkiem porywczy.
Było tak, jak to przewidywałem: po kilkunastu krokach zgubiłbym się, gdybym nie wiedział, w którą stronę zawrócić. Ale ja i tak nie zawróciłem. Pomyślałem, że skoro ojciec mnie w domu zabije, to już nic gorszego mnie spotkać nie może.
Kilka zajęcy uciekło przede mną w popłochu. Uśmiechnąłem się sam do siebie; w końcu ktoś się mnie boi. Zawsze to ja się kogoś bałem, zawsze byłem tym najsłabszym, a teraz jest na odwrót! Tak się z tego powodu cieszyłem, że nawet nie poczułem ciepłego oddechu na swoich plecach. Dopiero kiedy usłyszałem łamiącą się za mną kłodę, przez którą przed chwilą przeskakiwałem, postanowiłem się odwrócić. Nim mój wzrok zdążył się wyostrzyć, zacząłem wrzeszczeć. Nigdy chyba nie biegłem tak szybko, jak wtedy. Biegłem przed siebie i nie zwracałem uwagi na smagające mnie po twarzy gałęzie. Zatrzymałem się dopiero wtedy, gdy coś złapało mnie za spodnie, a ja wylądowałem twarzą w błocie zwalniając momentalnie do zera z ponad dwudziestu kilometrów na godzinę.
Bolało, ale nie zwróciłem na to uwagi.
To coś, co za mną biegło pociągnęło mnie za szelki, a ja zaryłem twarzą w błocie tworząc swoją głową całkiem długi rów w ziemi. Do tej pory nawet nie wiedziałem do końca jak smakuje błoto. Teraz już wiem.
Kiedy puściło, odwróciłem się na plecy i spojrzałem przed siebie. Tuż przede mną stała wielka, ciemna postać. Przestałem na chwilę oddychać, kiedy to coś nachyliło się nade mną, a ja ujrzałem jasne nozdrza oraz błyszczące, ciemne oczy. Łuski świeciły się w świetle księżyca, który wysunął się spośród chmur i zdołał przebić przez koronę liści. Zauważyłem także potężne łapy, które stały szeroko rozstawione, a w miejscach, w których ludzie mają barki, temu czemuś wystawały całkiem spore skrzydła.
- No to po mnie... - pomyślałem.
Domyśliłem się, co to za zwierze. Znałem je z legend, które opowiadał mi dziadek, zawsze wierzyłem, że istnieją naprawdę, ale nigdy nie sądziłem, że mogą żyć tak blisko mnie.
Przełknąłem głośno ślinę i zauważyłem, że ten niewielki smok przygląda się kłowi, którego nosiłem na rzemyku. Wyciągnął swoją chudą szyję i szturchnął ząb nosem, a ja o mało co nie dostałem zawału. Mimo to poruszyłem się lekko, aby dotknąć łusek na klatce piersiowej smoka, aby naprawdę przekonać się o tym, że on tu jest.
Ten jednak odskoczył w tył i zarzucił swoim dużym łbem, buchnął malutkim płomieniem z nozdrzy i zatrzepotał skrzydłami, po czym odbiegł w las tak samo nieporadnie, jak to robią krowy biegające z pełnymi wymionami.
Był od nich jednak zdecydowanie szybszy, no i miał nieco większy ogon pełen kolców.



znowu krótkie!

ODPOWIEDZ