UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!



Zachęcamy do głosowania na TEKST WRZEŚNIA oraz w INSTANCIE

Ciszej nie będzie [+16, kontynuowane]

KRYMINAŁ, HORROR, THRILLER, SENSACJA
Pomysły moich powieści kryminalnych znajduję zmywając. Jest to zajęcie tak głupie, że zawsze rodzi we mnie myśl o zabójstwie. ~ Agatha Christie
Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1832
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Ciszej nie będzie [+16, kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 04 grudnia 2017, 14:16

Ciszej nie będzie

Feels like I'm falling,
Into a world.
Into a world,
I can't control

I hear it calling,
Down in my soul.
Gripping my bones,
It won't let go.

Wake me up,
Won't you wake me up.
I'm caught in a bad dream,
Caught in a bad dream.
Wake me up,
I wanna feel the sun.
Ruelle, Bad Dream

I

Beta
Siedzę na spękanych kaflach podłogi i patrzę na swoje dłonie.
Krew schnie na nich bardzo powoli, delikatnie ściąga skórę i nie mogę pozbyć się myśli, że przy całym zdrętwieniu ciała nie powinnam tego odczuwać. Ból, zmęczenie, nudności. Cokolwiek, ale nie coś równie subtelnego.
Nie pamiętam już, czyja to krew. To nie ma znaczenia, skoro wszyscy są martwi.
Zbieram się w sobie, zbieram się bardzo powoli, by oderwać spojrzenie od własnych palców. Wiem, co zobaczę.
Swoją porażkę.
Nie lubię przegrywać. Nie chcę przegrywać. Nie mam prawa przegrywać.
Więc tkwię na granicy oczywistej decyzji, bo wiem, że dopóki tego nie zobaczę, tak naprawdę jeszcze nie przegrałam. Jeszcze mogę udawać, że nic się nie stało.
– Hristino.
Zamykam oczy. Przykładam skrwawione dłonie do uszu i je także próbuję zamknąć, ale to przecież niemożliwe.
– Hristino, wstań.
– Nie.
Tak trudno przychodzi mi rozpoznanie własnego głosu. Jeszcze trudniejsze jest odszukanie w pamięci momentu, w którym podjęłam decyzję, że w ogóle odpowiem.
Pamięć.
Chciałabym móc nadal jej ufać.
– Przyjdą tu.
Wiem, że przyjdą. To niemożliwe, żeby zapach krwi ich nie zwabił, zwłaszcza tak intensywny.
Ciekawe, czy będę w stanie rozpoznać ich twarze. Ciekawe, czy będę wiedziała, który z nich zatapia kły w mojej szyi. Henda? Moisze? Herszel?
– Hristi, do cholery!
Czuję dłonie wpychające się bezczelnie pod moje ramiona, ręce próbujące dźwignąć moje ciało z podłogi. Wyrywam się i zaczynam wrzeszczeć. Wrzeszczę jak oszalała, ryczę jak zwierzę i tak oto wreszcie zaczynam rozpoznawać swój głos.
Tak. To ja.
To cała ja.
A jednocześnie otwierają się ponownie moje oczy i widzę. Ciała, ciała i jeszcze więcej ciał Śniących, a wokół nich smugi krwi. Krew na ścianach. Krew spływająca ciężkimi kroplami po okiennej szybie. Jest po zmroku, więc wcale nie wydaje się czerwona, a czarna.
Mogłabym pomyśleć, że to smoła.
Mogłabym.
Mogłabym w to nawet uwierzyć, gdybym się postarała. Oszukiwanie własnych zmysłów to tylko kwestia praktyki, a dla takich jak ja czy Iliana wręcz kwestia przetrwania.
Nie mam sił wyczerpana walką więc czuję, jak mimo protestów ciągnie mnie po podłodze. Sama też zostawiam za sobą szeroką strugę, ale wątpię, żebym to ja tak krwawiła. Musiałabym być martwa.
Iliana mówi coś, ale nie słyszę co, bo wciąż krzyczę. Nie mogę przestać.
Czuję, jakbym miała nie przestać do końca świata.

Gamma
Pamiętam dzień przeprowadzki. To taki klasyczny początek koszmaru, nie? Najpierw pakownie swojego piętnastoletniego wówczas życia do pudełek, a potem kilka godzin jazdy i rzygania do woreczka ziołowym posmakiem niby to zwalczających chorobę lokomocyjną tabletek, a na końcu konieczność wejścia w rolę obcego w nowym miejscu, które już na pierwszy rzut oka nie sprawia wrażenia przyjaznego. Rozciągająca się na pięciu wzgórzach, wyrastająca ponad nie koszmarną palisadą drapaczy chmur Bjała Zagora wyglądała jak getto, a nie nowy dom, jak więzienie, i od samego początku kojarzyła mi się z kostnicą, gdzie ludzie zostali ciasno poupychani w nieskończonych rzędach szuflad.
Wolałabym nigdy nie dowiedzieć się, jak blisko podeszłam do prawdy.
Mogłam nie mieć pojęcia o wielu sprawach. Mogłam nigdy nie rozmawiać z rodzicami na temat wojny domowej, a w związku z tym tego, dlaczego podjęli tak nagłą decyzję i dlaczego porzucamy wszystko – dom, ogród, przyjaciół i ciepłe morze – dla ciasnego mieszkania w jakimś okropnym wieżowcu w środku jeszcze gorszego miasta, ale pewne rzeczy wyczuwałam intuicyjnie. Jak na przykład to, że gdyby mieli jakikolwiek wybór, nigdy by ani mnie, ani mojej siostry do tego nie zmusili.
To byli poczciwi, ale trochę głupi ludzie. Uważali, że niewiedza nas ochroni. Uważali też chyba, że nie wiem, do czego służą serwisy informacyjne i nie potrafię czytać.
Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że piętnastoletnie życie zajmuje pudełek całkiem sporo, na pewno więcej niż życie niemal dwudziestopięcioletnie. Nie byłam w stanie zabrać wszystkiego. Wściekło mnie to i część rzeczy po prostu zniszczyłam – podarłam pamiętniki, plakaty i pocztówki, a czego nie zdołałam podrzeć, wyniosłam za dom i podpaliłam w nocy. Potem stałam i patrzyłam, jak ogień trawi to, co uważałam wówczas za swoje skarby i korzenie. Wraz z moim małym ogniskiem płonęły zacznie większe – widziałam ich łuny na nocnym niebie. Ludzie puszczali z dymem całe domy, podobnie jak ja wkurzeni i zbuntowani na swój małostkowy, bezsilny sposób.
Ktokolwiek miał przyjść tu po nas, nie dostanie niczego – pewnie dopiero lata później dotarło do mnie, jak bardzo to podejście było bez sensu i że pewnie przesiedleńcy ponosili za całą sytuację dokładnie tyle samo winy, co my.
To nauczyło mnie nie przywiązywać się do rzeczy. Gdybym przeprowadzała się dziś, wcisnęłabym po prostu trochę kasy w kieszeń kurtki i trochę – na wszelki wypadek – w biustonosz.
Bjała Zagora zupełnie nie przypominała Iszny, z której pochodziłam. Była wielka, zatłoczona i zimna, pachniała ołowiem i ciężką mgłą. Ulokowano nas w jednym z wieżowców zbudowanych szybko w miejsce może ostatniego parku w metropolii. Takie blokowiska wtykano, gdzie się da, żeby pomieścić wszystkich przesiedleńców. Nie miałam już swojego pokoju, musiałam dzielić się przestrzenią z siostrą. I cały czas paliłyśmy światło, bo inne bloki zbudowano tak blisko naszego, że praktycznie nie odsłaniałyśmy okien. A nawet, gdybyśmy je odsłaniały, prawdopodobnie i tak nie docierałoby do nas światło słoneczne.
W mojej nowej klasie było tyle osób, ile w całej mojej byłej szkole. Nie potrafiłam zaprzyjaźnić się z nikim i też niespecjalnie próbowałam. Nie byliśmy z tych samych światów i czułam to aż nadto wyraźnie – gdybym nie czuła, to by mi o tym przypomniano – a nigdy nie należałam do osób odczuwających potrzebę płaszczenia się przed innymi, byleby zostać zauważoną. Zresztą to nie do końca tak, że mnie nie zauważano – próbowano mnie nie zauważać. Ale jest ta granica, gdy ignorowanie staje się ostentacją i wszyscy w moim otoczeniu tę granicę przekraczali – tak miejscowi, jak i ci, których po prostu przesiedlono wcześniej. Ci drudzy nawet intensywniej, bo czuli potrzebę, żeby po prostu postawić się w hierarchii wyżej od kogokolwiek, choćby od takich samych frajerów jak oni.
Ich nienawidziłam szczególnie.
Dorastałam więc w swoim ciemnym pokoju, ucząc się tego miasta niechętnie i w swoim tempie, najchętniej zza okien mieszkania na dziesiątym piętrze. Miałam siostrę. Miałam rodziców. I psa, z którym nie mogłam się już bawić w ogrodzie i którego nie było za bardzo gdzie wyprowadzać na długie spacery, więc miewał odpały i z nudów zjadł mi najlepsze trampki. I to mi wystarczyło.
Może po trzech dniach od przeprowadzki dowiedziałam się jeszcze, że w mieście są także one. A stało się to tak, że dziewczyna, obok której przymusowo mnie posadzono i która była z tego powodu równie zadowolona, co ja, po prostu nie przyszła na lekcje. Ucieszyłam się. Założyłam, że jest chora albo po prostu wagary i dopiero potem dowiedziałam się, że nic z tych rzeczy,
Została wyssana. Tak to określały inne dzieciaki z klasy.
– To nic takiego – przekonywali mnie rodzice, usiłując też chyba przekonać samych siebie. – Przecież ludzie jakoś tu jednak żyją.
Żyją i umierają, a kto w takim mrowiu będzie się przejmował paroma kolejnymi zgonami? Władzom to pewnie na rękę, myślałam, jak się likwiduje przeludnienie, zwłaszcza, jak mają na głowie przesiedleńców. Choć że rozumiem te mechanizmy, długo ukrywałam. Dla nich – dla moich rodziców. Dla tego, że tak bardzo się starali i nigdy nie wyjaśnili, dlaczego, choć mam już prawie szesnaście lat, wciąż zabraniają mi wracać po zmroku. Szczęśliwie o nocowanie u koleżanek się nie kłóciliśmy, bo nie miałam koleżanek.
To wydawało się proste, choć oczywiście obrażona na cały świat nie miałam na to najmniejszej ochoty – dostosować się do paru zasad i żyć dalej, na tyle bezpiecznie, na ile było to możliwe na terenie łowieckim krwiożerczych bestii.

Beta
Dziś mam lat dwadzieścia pięć. Nie mam już rodziców, ani psa, trampki dawno kupiłam nowe, ale nadal mam siostrę.
I nadal władza zmusza mnie do życia obok wampirów.
Wpadamy do obskurnej łazienki na stacji benzynowej, Iliana pakuje mi głowę pod kran i puszcza zimną wodę. Napiera na barki i nie pozwala się wyrwać. Jej ciało na plecach dociska mi żebra do krawędzi umywalki całym swoim ciężarem. Kaszlę i pluję, ale ona nie zwraca na to uwagi. Czuję w nosie ostry zapach mydła, czuję, jak wciera mi je we włosy i jak szoruje, jakby prała szmatę.
Jestem naga. Moje unurzane w krwi ciuchy zostawiłyśmy daleko stąd, podobnie jak jej najlepszy płaszcz, który ubrudziłam.
Ściekające po rozpalonym czole strugi zimnej wody powoli chłodzą mi umysł. Zaczynam myśleć. Zaczynam analizować, choć za wszelką cenę staram się nie wspominać.
Chciałabym móc odwarknąć, że sama się umyję, ale nie robię tego, bo za bardzo drżą mi dłonie. Nie dałabym rady nawet utrzymać mydła.
Iliana milczy. W tym milczeniu jest wszystko, co mogłaby teraz powiedzieć. Wszystkie te "Wiedziałam, że to zły pomysł".
Wiem, że nigdy tego od niej nie usłyszę.
Zamykam oczy, zaciskam je najmocniej, jak mogę, żeby ograniczyć ilość mydlin, która się do nich dostaje. I tak pieką, jakby miały zaraz wypłynąć.
Gdyby tylko wraz z nimi mogły wypłynąć obrazy z mojej głowy, chętnie bym im na to pozwoliła. Przez resztę nocy i cały następny dzień będę oglądać kreskówki dla trzylatków. To czasem pomaga.
Gamma
Wszyscy wiedzieliśmy o nich przynajmniej tyle, że naprawdę istnieją. Trudno byłoby przeoczyć ich obecność; nie zauważać chociażby śladów po żerowaniu. Nie słynęły bowiem z dyskrecji, nie one – bezczelni i żyjący w słusznym poczuciu bezkarności drapieżnicy zaznaczający swoją dominację, wyrywając ofiarom kości z ciał, krępując je w okrutnych pozycjach, wycinając wnętrzności i wydłubując oczy. Nie słynęły też z litości i jeśli ktoś pojawił się w nieodpowiednim miejscu i czasie, jeśli ktoś przekroczył niewidzialną granicę ich łowczej domeny, płacił za to życiem. Świadków napadów można było więc ze świecą szukać. Podobno w ostatnich latach zarejestrowano trzech, w tym dwóch przebywało obecnie w stanie katatonii, a jednego pochowano po rozległym zawale osłabionego skrajnie silnymi dolegliwościami lękowymi serca.
Podczas swojego małego prywatnego śledztwa faktów zebrałam o nich jednak zaskakująco mało. Nie prowadzono statystyk dotyczących liczebności populacji, nie gromadzono danych pozwalających zlokalizować ich siedliska, choć policja oznaczała niektóre obszary w mieście jako szczególnie niebezpieczne. Wystarczył jednak jeden rzut oka na udostępniane przez komendy mapy, by zorientować się, że za większą liczbę morderstw na objętych ostrzeżeniami terenach odpowiada raczej sposób organizacji przestrzeni, wąskie uliczki i niedoświetlenie w połączeniu z bezpośrednim sąsiedztwem dużych ludzkich skupisk. To nie pozwalało wyciągać zbyt daleko idących wniosków.
Nikt nie potrafił powiedzieć mi nawet, czy polują pojedynczo czy stadami, bo na nagraniach z miejskiego monitoringu pojawiali się jako rozmazane plamy i smugi. To, co słyszałam na ulicach i w plotkach, brało swój początek raczej w popularnych wyobrażeniach, nie w twardych faktach poddanych analizie.
Wkurzało mnie to, bo ja lubię fakty i analizy.
Wkurzało mnie to, bo oboje moi rodzice zginęli z rąk tych kreatur tylko dlatego, że wydawało im się, że w centrum miasta będą bezpieczni nawet po zmroku. Potem znaleziono ich samochód z przebitymi oponami i głębokimi rysami na masce oraz wokół klamek. Ich ciała zostawiono na fotelach, spokojne i zimne, choć bez oczu. Pozbawione krwi do ostatniej kropli. Matce wycięto wątrobę, ojca pozbawiono genitaliów.
I ja wiem, jak to brzmi, ale naprawdę – chciałabym, żeby to było takie proste i żeby istniała chociaż iluzoryczna szansa na to, że zemsta będzie mi w jakiejkolwiek formie dana. Równie dobrze mogłabym jednak próbować zrewanżować się na wietrze lub deszczu. O nich przynajmniej, o rządzących nimi mechanizmach, wiedziałam więcej i nikt nie odwracał wzroku, kiedy próbowałam dopytywać.
Więc nie, zemsta nie wchodziła w grę. Zresztą martwi to słaba motywacja, martwym nic ani nikt już nie pomoże, a na pewno nie pomogłoby im, gdybym postanowiła sama zginąć. Nie to też, że zamierzam komukolwiek pomagać. Mam dwadzieścia pięć lat – dużo mniej niż to miasto i mniej niż większość decyzyjnych osób w nim. Nie jestem im niczego winna. Wszystko, wszystkie społeczne prawa wskazują raczej na to, że to w ich gestii leży zapewnienie mi opieki, nie na odwrót. Natomiast z moich obserwacji wynika dość jasno, że nikt niczego w temacie nie robi.
Mają w dupie mnie, ja będę miała w dupie ich – to proste i uczciwe.
Więc nie, nie zemsta i nie poczucie obowiązku, a po prostu ciekawość.
To chyba trochę chore, że zaczęło fascynować mnie to, co zrobiło ze mnie i z mojej siostry sieroty.
Bardzo słusznie mówią, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła.
Beta
Od dawna już nie przeglądam się w lustrach, bo od dawna nie żyję już w świecie, w którym nie są niczym więcej, jak tylko taflą szkła i warstwą glinu. Zdecydowanie wolałam tamten świat, nawet jeśli z optyki dostałam w szkole dwóję i to dopiero za czwartym podejściem, a fizyk wyzwał mnie od debilek, tak naprawdę i w gruncie rzeczy zadowolony, bo potwierdzałam jego wygodną teorię o niższości intelektualnej napływowych.
Nie potrzebowałam jednak żadnych zwierciadeł, by wiedzieć, jak wyglądam. Paliły mnie oczy i ogólnie cała twarz. Końcówki włosów, które mogłam dostrzec, były połamane i matowe od mydła, splątane jak pakuły w starym materacu i myślałam, że i tak będę musiała ogolić się do zera.
A gdyby i tego było mi za mało, zawsze mogłam spojrzeć na Ilianę.
– Masz – wepchnęła mi we wciąż zimne, zasiniałe dłonie kubek z herbatą.
Nie byłyśmy bliźniaczkami, ale dzielił nas tylko rok i prawdopodobnie niewiele w kodzie DNA. Obie miałyśmy ten sam sercowaty kształt twarzy, piegi, małe nosy, ciemne oczy i ciemne, proste włosy, których nawet bez szorowania mydłem nie można by określić mianem lśniących. Obie też miałyśmy drobne, niezbyt białe i nieco krzywe zęby oraz duże, okrągłe uszy, ale tylko Iliana cierpiała z tego powodu na kompleksy.
Podobieństwo to było przekleństwem głównie dla niej, bo gdziekolwiek nie poszła, natychmiast kojarzono ją z młodszą, bezczelną i nieużytą siostrą, usiłującą naburmuszoną miną ukryć brak połowy mózgu. Dla ambitnej i pracowitej dziewczyny, która nigdy nie zamierzała godzić się z tym, że pochodzi z gorszej kasty i zamierzała jeszcze im wszystkim pokazać, naprawdę byłam kulą u nogi.
Nie powiem, czasem pozwalała mi to odczuć. Ale wtedy ja w rewanżu zaczynałam ciążyć bardziej – doskonale wiedziałam, jak to robić.
Stare dobre czasy, w których się nie znosiłyśmy.
Trudno jest lubić kogoś, kto jest od ciebie tylko o rok starszy, ale wszyscy wokoło jakby mnożyli ten czas przynajmniej razy pięć, bo tak. Ilianę zawsze stawiano mi za wzór. Zawsze powtarzano mi, że powinnam się zachowywać jak ona, uczyć jak ona i ubierać jak ona, to znaczy jak dziewczynka, a nie w trampki i rozmiar za duże rybaczki, ale jednocześnie na każdym kroku czułam, że nadal traktują mnie jak dziecko. Kiedy ona dostała pod choinkę skrzypce, mi dali zabawkową farmę z zestawem plastikowych świnek.
Zestaw. Plastikowych. Świnek.
Przysięgam, że przez kolejne trzy lata wtykałam jej te głupie świnki między struny skrzypiec, aż jedna z nich nie strzeliła mi w ryj. Do dzisiaj mam szramę na wskroś nosa.
A teraz nią pachnę, bo mam na sobie jej dresową bluzę. Jedną z tych, w których nigdy nie wyszłaby na ulicę, ale jest ciepła i miękka. I ma kaptur. Lubię kaptury, lubię chować się w nich jak żółw w skorupie, mniej słyszeć i mniej widzieć.
Unoszę kubek do ust i ostrożnie biorę łyk herbaty. Jest gorzka i mocna – dokładnie taka, jakiej mi trzeba, by kontynuować bolesny proces układania myśli.
– Będę musiała tam wrócić – wyrzucam z siebie, nie patrząc ani na Ilianę, ani właściwie na nic.
– Do Sypialni? – pyta zdziwiona.
– Nie – kręcę głową. – Do Gniazda.
Moja siostra milczy. I tym razem nie jestem wstanie powiedzieć, jakie dokładnie słowa się za tym milczeniem kryją, choć parę opcji wydaje się bardziej prawdopodobnych.
– Pojebawszy – kwituje w końcu, wypuszczając powietrze przez nos.
Zaciskam zęby i dłonie na kubku – przeraża mnie, jak mało mam w nich siły. Jakbym się nadal do końca nie obudziła.
– Muszę wiedzieć, co poszło nie tak – syczę.
– Wszystko! – warczy w odpowiedzi Iliana. – Wszystko poszło, kurwa, nie tak!
Przeklina niezwykle rzadko. Raczej jest spokojna, opanowana, rzeczowa i skupiona na celu. Zawsze taka była. To nagłe zerwanie się z krzesła i bezsensownych parę kroków w stronę okna też nie kojarzy się z jej normalnym stanem. To wystarczy, żebym nabrała pewności – nie powiedziała mi wszystkiego, co wie.
– Jak długo byłam w letargu? – pytam.
Milczy.
– Iliana. Odpowiedz.
Obraca się do mnie plecami, widzę, jak spina się jej ciało, jak wszystkie mięśnie protestują przeciwko wyrzuceniu z gardła kilku nędznych słów.
– To nie była twoja...
– Odpowiedz.
– Trzy dni.
Zamieram.
Przekroczyłam normę pięciokrotnie. I nie, Iliana nie ma racji, że to nie była moja decyzja.
Była.
Ponoszę winę za każdego zabitego w amoku Śniącego. Wiedziałam, co grozi mi i co grozi im, kiedy obudzę się po zbyt długim letargu.
I podjęłam to ryzyko. Nie potrafię sobie tylko przypomnieć, co mnie do tego skłoniło, bo serio, nie jestem może człowiekiem najłatwiejszego charakteru, ale nigdy nie kładę na szali niczyjego życia, jeśli nie mam ku temu mocnych podstaw.
– Potrzebujesz snu – stwierdza twardo Iliana. – Normalnego snu. W tym stanie i tak nie jesteś zdolna myśleć racjonalnie.
Pewnie ma rację. Z ludzkiego punktu widzenia pewnie ma rację, ale wampiry nie śpią i jeśli coś się spierdoliło, nie będą czekać, aż zadzwoni mój budzik.

Gamma
Iliana była ode mnie rok starsza, więc to ona pierwsza opuściła sierociniec, w którym umieszczono nas po śmierci rodziców. Picza nie odezwała się do mnie potem ani razu, nie przysłała mi nawet świątecznej kartki. Nigdy nie zapomniała mi tych durnych świnek i jeszcze paru innych rzeczy.
Zanim zaczęło mnie to martwić, zdążyłam się naprawdę, ale to naprawdę wściec. Obraziłam się na dobre trzy miesiące, a potem wreszcie ocknęłam, poszłam do dyrekcji, żeby prosić o jakiś kontakt i informacje na temat siostry. Powiedziano mi, że Iliana dostała niskie stanowisko korporacyjne w ramach programu wdrażania wychowanków ośrodków opiekuńczych w dorosłe życie, że dobrze sobie radzi, że z pensji i dotacji od państwa finansuje naukę w szkole policealnej.
To sprawiło, że resztki mojego niepokoju wypaliły się w gniewie. Bo przecież wcześniej, mimo że się nienawidziłyśmy, to jednak trzymałyśmy się razem, a teraz nagle, choć dzielił nas tylko rok, ona była już dorosłą, była jedną z nich – szczurów tego miasta – i pewnie zupełnie o mnie zapomniała. O mnie, o swojej przeszłości, którą na moich oczach zaczynała traktować jak kulę u nogi i coś, co podcina jej skrzydła. Obserwowałam, jak przestaje wspominać Isznę i jak nawet przestaje wypowiadać jej nazwę, czasem tylko rzucając coś o "tej wiosze, w której kiedyś mieszkaliśmy". Bjała Zagora pociągała ją możliwościami, chciała się wybić i stanąć na własnych nogach.
No i wybiła się, uczyła, robiła karierę, a mnie, z całym tym równie bezsilnym, co bezsensownym buntem, zostawiła samej sobie.
Im mniej dni dzieliło mnie od mojej własnej pełnoletności, tym bardziej byłam pewna, że mi nie pójdzie tak dobrze. Nie pójdzie mi w ogóle, bez względu na to, jak opiekuńczy socjal będzie próbował na siłę wcisnąć mnie w miejskie mechanizmy fermy kurcząt dla krwiopijców. Nie pójdzie mi w ogóle, bo nie zamierzałam pozwolić, żeby poszło. Chciałam wybrać swoją własną drogę, choćby ta droga miała mnie zaprowadzić na ulice. Jeśli nawet zginę zagryziona przez wampira, myślałam, to przynajmniej nie utuczona ich paszą.
Kiedy nadszedł dzień, w którym miałam opuścić ośrodek, nadal wydawało mi się, że w tym postanowieniu jest sporo sensu. Zawiązałam trampki, zapięłam czerwoną kurtkę i zawiązałam szalik ruchami zdecydowanymi, jakbym ubierała mundur i szła się bić o coś znacznie ważniejszego niż moje nastoletnie poczucie godności.
Sama bitwa obejmowała zresztą dwudziestominutową przejażdżkę do urzędu, byle jakie wypełnianie testów i kwestionariuszy oraz garść burkliwych odpowiedzi.
A potem postawiono mnie przed wyborem i wszystko obróciło się do góry nogami.
– Będę z tobą szczera – powiedziała urzędniczka w szarym kostiumie i upiętych starannie włosach. Miała niewiarygodnie długie ręce. – W tym mieście nie czeka cię nic dobrego. Będzie cię nienawidziło równie mocno, co ty je, i to się nigdy nie zmieni. Możesz harować w jakiejś fabryce, w której znajdziemy dla ciebie przydział, po dwanaście godzin na dobę przez następne kilkadziesiąt lat, a potem przewrócić się i umrzeć.
– Jak moja siostra – rzuciłam kąśliwie, ale zostałam zignorowana.
– Albo możesz się na coś przydać.
Zaplotłam ręce na piersi i niecierpliwie zamachałam trampkiem, a na twarz przywołałam wyraz, który wtedy miałam za ironiczny uśmieszek. Dziś wiem, że to ta śmieszna bezczelna minka, za którą co drugiemu mijanemu nastolatkowi masz ochotę dać w mordę, bo sama wielokrotnie z trudem się przed tym powstrzymałam. Ale wtedy wydawało mi się, że jestem uciekającym z klatki tygrysem, a nie obgryzającym nogawkę spodni szczeniaczkiem.
– Przydać? – prychnęłam. – Wam? Temu miastu? Pierdolę to miasto!
Urzędniczka nie odpowiedziała. Po prostu bez słowa podsunęła mi pod nos szarą papierową teczkę. Odchyliłam się na krześle, zaczęłam bujać, nie rozplatając rąk i nie robiąc niczego, by podnieść papiery z blatu oddzielającego nas biurka. Ale kobieta była cierpliwa. Znacznie cierpliwsza niż ja kiedykolwiek miałam być.
W końcu fuknęłam, przewróciłam oczyma obrażona i łaskawie wzięłam teczkę do rąk.
Wewnątrz były zdjęcia moich rodziców. Martwych. Wyssanych i okaleczonych.
Wypuściłam wszystko z rąk i fotografie rozsypały się wokół mnie makabrycznym wieńcem. Postanowiłam, że nie będę opuszczać wzroku.
– Co to ma znaczyć...? – spytałam ochryple, wściekła na siebie, że cała drżę i że najpewniej zaraz się rozpłaczę. Że wciąż mam za mało doświadczenia, żeby zachować zimną krew i kamienną twarz. Byłam twarda, byłam zbuntowana, od dwóch lat wkładałam wiele wysiłku w to, by wmówić sobie, że pewne rzeczy po prostu się dzieją.
To nie mogło runąć tak po prostu.
– Ty nam powiedz, co to znaczy – odparła kobieta, patrząc wprost na mnie, obserwując wszystkie objawy mojego postępującego kruszenia się jak przyrodnik amator obróconego na plecy i bezradnie machającego odnóżami żuka pod szkłem powiększającym.
– Nie rozumiem! – wybuchłam, zrywając się z krzesła. – Czego ode mnie chcecie?!
Kobieta nie kazała mu usiąść. Nie kazała mi się nawet uspokoić, jakby miała świadomość, że to nigdy nic nie daje.
– Takie wypadki jak ten twoich rodziców zdarzają się średnio dwa miesięcznie – powiedziała za to. – Wystarczająco, żeby szary obywatel to zauważył, ale jednocześnie na tyle mało, żeby nie zaburzać funkcjonowania miasta, zwłaszcza teraz, gdy nadciągnęły kolejne fale przesiedleńców z południa. Będę z tobą szczera: większość ludzi decyzyjnych tu ma to głęboko. Statystyka daje im legitymację do ignorowania problemu. Ale sądzę po prostu, że mają szczęście i nikt z ich bliskich nie padł jeszcze ofiarą wampirów. Może potrafią ich chronić. Nas nie będzie chronił nikt, chyba że weźmiemy sprawy w swoje ręce.
– Konkrety – wyplułam z siebie, próbując przekuć rozbicie w stal. Wiedziałam, że to potrafię, choć nie wiedziałam jeszcze wówczas, jak jestem w tym dobra i że kiedyś będzie to moją główną bronią.
– Konkretnie chcę, żebyś została Śniącą. To dobra kariera dla takich jak ty.
Dla takich jak ja – przesiedleńców bez szans na awansowanie powyżej rangi gówna przylepionego do butów prawowitych mieszkańców Bjałej Zagory.
– Oferuję ciekawą pracę i niezłe pieniądze – dodała kobieta, po czym raz jeszcze zmierzyła mnie uważnym spojrzeniem. – Jeśli przeżyjesz.

Theta
Nigdy nie byłam w Gnieździe na jawie, z ciałem. I nigdy nie zamierzam się tam w ten sposób pojawiać. Nie przeżyłabym tego. Nawet ja nie mam w sobie dość buty, żeby zakładać scenariusz, w którym udaje mi się uciec lub obronić przed wampirami.
Ale tak naprawdę wcale nie muszę.
Bo jestem Śniącą.
Letarg to w gruncie rzeczy nic przyjemnego, ale da się przyzwyczaić, a daje nad krwiopijcami tę jedną zasadniczą przewagę, że póki nie wiedzą, gdzie znajduje się twoje ciało, nie mogą cię skrzywdzić. Trudno ugryźć duchową manifestację, a jeszcze trudniej wyssać z niej krew.
Co więcej, kiedy nawiedzam ich w tym stanie, widzę znacznie więcej niż mogą zarejestrować ludzkie oczy. Percepcja na jawie obejmuje to, co widzieliśmy na nagraniach z miejskiego monitoringu – smugi i cienie, bardziej wrażenie czyjejś obecności niż obecność faktyczną. Tak widzę ich twarze, znam ich imiona. To sprawia, że stają się mi w odrażający sposób bliscy.
Zwłaszcza że to działa w dwie strony – oni nie mogą skrzywdzić mnie, a ja nie mogę skrzywdzić ich.
Mogę rozmawiać. Mogę prowadzić gry i przekonywać, ale nie mogę nikomu najzwyczajniej w świecie dać po mordzie.
Kto by pomyślał, że zostanę kimś w rodzaju dyplomaty? No, na pewno nie ja. I na pewno też nie Iliana.
W tym stanie w ogóle nie przypominam siebie z jawy. Nie mam trampek, przetartych jeansów i sportowej kurtki. Jedna sprawa to kwestia bezpieczeństwa – gdybym została zidentyfikowana, krwiopijcy zapewne zrobiliby wszystko, żeby mnie znaleźć, kiedy nie będę spać, i zlikwidować. My, Śniący, za dużo o nich wiemy. Za wiele już rozumiemy, żeby nie dostrzegali zagrożenia. Musimy więc bezwzględnie dbać o zacieranie śladów i anonimowość. Inna kwestia jest taka, że obcowanie z wampirami narzuca pewien dress code i choć oczywiście przez pierwsze wizyty z całych sił się przeciwko temu buntowałam, ostatecznie dałam się złamać. Ich obecność nawet dla sennej mary jest dość sugestywna i przytłaczająca, by ignorować pewne kwestie. Myślałam początkowo, że przychodząc do nich podobna do takiej, jaką jestem, zaznaczę, że się ich nie boję.
Potem zrozumiałam, że nie odbierają tego jako wyznaczanie granic i rzucane im wyzwanie, a wręcz przeciwnie.
Bawiłam je.
Chyba nic nigdy nie wkurwiło mnie bardziej, niż zrozumienie tej kwestii – byłam zabawna. Trochę żałosne, że to właśnie sprawiło, że wreszcie dorosłam i spojrzałam na swoje szamotanie się z boku.
Więc nie, nie ma trampek. Zresztą letarg ma jeszcze tę zaletę, że nie obowiązują mnie tu także inne prawa fizyki, w tym Pierwsze Prawo Szpilek głoszące, że jeśli nie wyjebiesz się po pierwszych dwóch krokach, prawdopodobieństwo wyjebania się po trzecim wzrasta dwukrotnie. Mogą być tak wysokie, jakie tylko sobie wymyślę, a wyobraźnię mam naprawdę bujną. Zresztą nie lubię czuć się kurduplem, a wampiry to w większości istoty blisko dwumetrowe. Sobie samej też dodałam więc parę centymetrów.
Świat po tej stronie, czy odbierany na tych falach raczej, też wygląda inaczej niż to, co pamiętam z jawy. Przestrzeń zdaje się rozciągać i zwężać, jak jej się żywnie podoba. Wieżowce sprawiają wrażenie trzy razy wyższych i połączonych gdzieś nade mną w łuki, tak że ulice przypominają raczej tunele. Idę nimi, a właściwie płynę, ciągnąc za sobą pretensjonalny biały tren.
Czekam na zaproszenie.
Magia progów i wrót działa we Śnie także na mnie. Nie mogę tak po prostu wejść, gdzie mi się podoba. Nie to, żebym nie próbowała – obudziłam się, zrzygałam i nie mogłam spokojnie zasnąć przez następny tydzień. Uznałam więc, że nigdy więcej.
Nienawidzę czekać.
Zwłaszcza kiedy czuję, jak czas niemal fizycznie przecieka mi przez palce.
Ale wreszcie asfalt pęka u moich stóp i widzę schody prowadzące w zimną ciemność.
– Pozwól mi wejść – mówię.


c.d.n.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Ciszej nie będzie [+16, kontynuowane]

Post autor: pierdoła saska » 05 grudnia 2017, 12:18

Jak powiem, że czytało się dobrze, to Ameryki nie odkryję. Ty to już nie ten poziom, kiedy coś może po prostu nie wchodzić do mózgu. Za to czytało mi się dość wolno. Pierwsza scena była, za przeproszeniem, z pierdolnięciem. Trzecia - łazienkowa - miała jeszcze moc tamtej, ale piąta już w tempie zaczynała bardzo przypominać drugą i czwartą, czyli te o mocno retrospekcyjnym charakterze i gdzieś czułam niedosyt mięska na kościach. Co prawda ta piąta odbija się w końcówce i wchodzi w teraźniejszość z mocą, ale jakoś takoś. To jest tak, że ja wiem, że te kosteczki będą mi potrzebne, bo świat tu jest ważny i trzeba go zrozumieć, choć w minimalnym stopniu, aby te bardziej bieżące rzeczy miały sens, więc czytałam je uważnie, ale jednocześnie ze świadomością, że one budują to co już było i stawka jest... no w zasadzie jej nie ma i mam wrażenie, że to wyhamowanie nastąpiło nieco za szybko.

A już przy świecie pozostając, to jestem zaintrygowana co i jak, co z tym całym miastem i o co dokładnie chodzi ze śniącymi. Zaciekawiłaś mnie, może nie wsiorbałaś na tym etapie, ale z całą pewnością masz moją uwagę, bo to i owo chce zrozumieć. Póki nie zrozumiem, póty w sumie ciężko mi powiedzieć coś więcej, bo jestem nieco jak to dziecko we mgle i muszę się jeszcze trochę popatrywać w te cienie, żeby mi coś z tego wyszło. Także tak, ubijaj dalej krzaczory i inne :P
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 220
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Ciszej nie będzie [+16, kontynuowane]

Post autor: MononokeGirl » 05 grudnia 2017, 12:22

Już ostrzyłam sobie na to zęby wczoraj, jak tylko zauważyłam, że to wrzuciłaś, ale byłam w transie pisania, więc poczekało to do dzisiaj. Zwłaszcza, że to nie Odpad, gdzie musiałabym sobie zarezerwować godzinę lub dwie na czytanie i komcianie tego nawału tekstu xDDDD Wstałam sobie dzisiaj pół żywa (Bezsennsość Kontratakuje 3), więc uznałam, że to idealny stan, aby brać się za wampiry. Zatem z opuchniętymi oczami, pod którymi czułam piasek i zupką pieczarkową obok odpaliłam sobie "Ciszej"... Zupa mi ostygła nietknięta, oczy już nie pieką, bo całkiem się obudziłam. Bardziej, niż po shotach z coli czy puszce Burna xD

Co tu powiedzieć więcej? Lubię. Lubię zbuntowaną nastolatkę (Zasada Szpilek xDDDD I Zestaw. Plastikowych. Świnek. xDDD). Lubię sekret skrywany przez duże miasto. Lubię kryzys przesiedleńców i imiona, nazwy jakich użyłaś - sugerują bardzo dużo. Lubię Śniących, magię progów.

Dwa razy niepokojąco zapaliła mi się lampka ostrzegawcza.
"Nikt nie potrafił powiedzieć mi nawet, czy polują pojedynczo czy stadami, bo na nagraniach z miejskiego monitoringu pojawiali się jako rozmazane plamy i smugi."
i
"Z ludzkiego punktu widzenia pewnie ma rację, ale wampiry nie śpią i jeśli coś się spierdoliło, nie będą czekać, aż zadzwoni mój budzik."
Pomyślałam: Nie Kruff nie idź w tą stronę. Nie idź. To Sparkląca Strona Mocy. Wampiry śpią, qrcze, w dzień. I palą się w słońcu, nooooooo. Zapamiętaj przynajmniej, że się palą. Płoną. Jarają się.

Ale tak poza tym to biorę :redstar: :redstar: :redstar: :redstar: :redstar:
:fire: :fire: :fire: PŁOŃ I PISZ! :fire: :fire: :fire:

Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1832
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Ciszej nie będzie [+16, kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 05 grudnia 2017, 14:06

Dziękuję Wam pięknie za szybki odzew :D
Nie zaznaczyłam tego we wstępie, ale, no, wiecie, jak jest z tym tekstem - wyprowadziłam mózg na spacer i spuściłam ze smyczy, więc nie wiem, co wymyśli. Może i sparklenie XDDD Nie, żart, żadnego sparklenia, ale pod szeroko rozumiany sparklizm mogę czasem podchodzić, przed tym ostrzegam. Nie mam ambicji ani walki z popkulturowym wizerunkiem, ani rewitalizacji tematu i trochę nie bez przyczyny dałam w podtytule ten kicz ^^ Mam nową gumową kaczuszkę i patrzę, gdzie trzeba nacisnąć, żeby piszczała. Obawiam się, że to wszystko i może w związku z tym nie powinnam jednak tego wrzucać :facepalm:
Mam nadzieję, że to wyhamowanie trochę się wyrówna, bo też nie zakładam długiej formy i jakieś tam rzeczy muszą stać się szybko, żeby mogły się szybko skończyć XD Ale uwagę biorę na klatę, będę pamiętać o możliwości wywołania takiego wrażenia na przyszłość.
*dyg*
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Ciszej nie będzie [+16, kontynuowane]

Post autor: Kanterial » 05 grudnia 2017, 23:42

Totalnie i zupełnie nie rozumiem o jakie wyhamowanie chodzi (tu odnośnie do komentarza Marszy) i wręcz zbałam się, że chyba nie wyczuwam tak podstawowej jednostki pisarskiej, jak tempo. Bo nie tylko nie czułam, że coś mi zwalnia albo przyśpiesza, ale też teraz (po przeczytaniu dwukrotnym) nie jestem w stanie zrozumieć, o co chodzi. Ale to taka dygresja. Że serio - chyba jeszcze jestem za cienka, żeby wyczuć, co jest budowane jak i w jakim celu, gdzie przyśpiesza i hamuje :facepalm: właśnie do mnie dotarło, że moje teksty to zaprzeczenie wyczucia tempa najprawdopodobniej

a piszę o tym w sumie po to, żeby dać znać, że nie mam uwag pod tym względem. Nie czuję się mega ekspertem, ale to akurat dobrze i zaznaczam, że retrospekcje nie narzucały mi się. To znaczy jasne, jak teraz się zastanowię nad tym, że one musiały być, to nabiera sensu, ale nie myślałam o tym czytając. I czytałam bez takich rzeczy (których w sumie tu się bałam) jak właśnie uciążliwa świadomość dążeń autora.
Pisałaś kiedyś o zestawie małego filologa (?) i on mi czasem niszczy czytanie tekstów haczących o te bardzo popularne, uklepane motywy. Tak, mówię głównie o fantasy klasycznym. Ale cholera, wampiry są równie klasyczne. W sumie to prawie jak elfy ostatnimi czasy. Więc bałam się bardzo, że zobaczę szkielet i twoje zamiary pod słowami, ale nie widziałam i kończę już esej na ten temat

Bardzo mi się podoba. Przy czym też nie będę udawać, że tekst jest w moim typie. Jest porażająco nie w moim typie wręcz XD i to samo w sobie świadczy o jakości, skoro dałam radę przeczytać i wzbudził pozytywne odczucia.

Po raz pierwszy od dawna zaliczyłam momenty, gdzie nie byłam pewna o co chodzi. To znaczy - czytając twój tekst. Kilka razy musiałam zatrzymać się, przeczytać coś dwa razy i pomyśleć. Naprawdę pomyśleć. Raz chodziło o samo zdanie (to znaczy przeczytałam je wolniej i dobrze dodałam magiczne przecinki w głowie i nabrało sensu - btw zdanie o Bjałej Zagorze wyrastającej drapaczami chmur z pięciu wzgórz), kilka razy po prostu musiałam się skupić i zwolnić tempo, a raz w ogóle nie dałam rady i muszę przyznać (z bólem) że nie rozumiem chyba, o co chodzi przy lustrach.
Że dawno nie używała lustra, bo teraz lustra nie służą jako lustra? Już nie są tylko szkłem i glinem?
Czyli w takim razie jednak broń, wnioskuję? Czy co?

Podoba mi się zwięzłość i podział na małe partie. Bardzo, ale to bardzo. Wchodzisz w tekst z buta i gdyby któraś scena była dłuższa (zwłaszcza pierwsza, która mimo zajebistości i ogromnego potencjału emocjonalnego może być strzałem w głowę, zważywszy na fakt, że czytelnik nie zna i nie lubi jeszcze głównej bohaterki) mogłabym poczuć niechęć. Tymczasem wyważyłaś ilość słów i naprawdę (co szanuję i na co szczególnie zwracam uwagę) nie starałaś się na siłę zmusić mnie-czytelnika do polubienia Hristiny albo do współczucia i litości.
Jestem też zaskoczona pozytywnym odbiorem właśnie Hristiny (choć możliwe nadal, że moja sympatia do niej jest wynikiem takiej buntowniczej reakcji mózgu na to, czego nie zrobiłaś, a co zrobiłaby połowa autorek powieści o wampirach) i to dla mnie nowość, że ten typ osobowości (faktycznie kierunek Jurij) w kobiecie może mi się podobać. Że go zniosę i będę trawić. Na razie trawię i nie odrzuca mnie Hristina i to jest wielkie i nowe dla mnie odkrycie.
Serio, jeśli w końcu poznam główną bohaterkę, która mnie nie będzie wkurwiać, to może wreszcie zacznę przełamywać tę zakodowaną niechęć do kobiet w pisaniu i czytaniu. Czekam. Chciałabym. Ta laska rokuje dobrze.

No i chyba pierwszy raz w życiu poczułam inny rodzaj "połączenia" z postacią. Bo tak. Słusznie napisałaś na sb. Nie pisze się o siostrach. A siostry, to jednak. To jednak są. Coś wiem o tym.
Więc tak, ok, dobra, trafiłaś w miękkie, znam Ilianę. znam ją całkiem dobrze i opisy straszą mnie prawdziwością. A to automatycznie sprawia, że Hristina... i tak dalej. Ciekawy efekt. Cieszę się nim. Dziękuję, chociaż nie miałaś tego w planach.
PS. udane świnki.

Słaby komć, ale dopiero się rozgrzewam, a to nie PŻtka tylko kicz o wampirach, nie?
Tak na serio to nie wierzę w ten kicz, ale niech ci będzie. Chwilowo nie mam zarzutów właściwie żadnych, jestem wciągnięta, nie czuję niechęci (WOW!), boję się tylko, że wampiry to będą trochę klasyczne obrazki (jednak płeć męska u nich będzie ciężka do przekucia w nowe) ale niczego nadal nie wiem... No i w sumie, cholera, przydałoby się ogarnąć trochę. Czemu niby Hristina jest winna, jak to będzie na dole schodów i jak to się wszystko potoczy.

Kilka nowych i kilka zapomnianych czytelniczych odczuć. Nie mogło być lepiej przy tekście wymyślonym w jedną noc. Wiesz o tym?
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1832
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Ciszej nie będzie [+16, kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 08 grudnia 2017, 21:54

Dziękuję przepięknie :heart: Zdanie o palisadzie jest do poprawy, to o lustrach rzuciłam trochę z rozmysłem zadymione, może nie powinnam... A co do tempa, jeszcze nikomu nie udało się wytłumaczyć mi, jak nim operować, więc zdaję się na intuicję >.> Też się kiedyś nauczę.

Teges...

II No one calls you honey when you're sitting on a throne
I'll be high up in that tower, he'll be down there getting stoned
Beware the patient woman, cause this much I know
No one calls you honey when you're sitting on a throne

Cause I am, I am a little wicked
I am, I am
Hands red, hands red just like he said
I am a little wicked

As I lay me down to sleep
I will not scream, I will not weep
If he should die before he wakes
I'll pray the Lord his soul to take
Valerie Broussard, A Little WickedBeta Leżę. Nie mogę się ruszyć.
Wiem, że się ślinię.
Wiem, że Iliana ma rację. Potrzebuję snu.
Prawdziwego snu.

Theta
– Pozwól mi wejść – powtarzam, choć nie powinnam tego robić.
Brzmię, jakbym krzyczała.
Dość ciekawe, że dopiero przebywając z wampirami, człowiek zaczyna zauważać, jak głośni są inni ludzie. Po wyjściu z pierwszych letargów niemożliwie mnie wkurzali przez dobrych parę godzin od przebudzenia. Potem ten czas sukcesywnie się wydłużał – do dobry, dwóch, pięciu – aż wreszcie po prostu przestał mijać.
Masz pojęcie, jak głośno oddychasz? Jak okropnie jesz? Jak ciężko i nieustannie szumi krew w twoich żyłach? Ciało to jedna wielka elektrownia zdecydowanie przekraczająca wszelkie standardy emisji hałasu. Można oszaleć, mieszkając w jednym z nich, więc nawet zamknięcie się w kiblu nie przynosi ulgi na zbyt długo. Zresztą wszyscy mieszkamy w blokowiskach. Po rurach niosą się rozmowy, odgłosy spłuczki, srania, pryszniców, a często też seksu. Boże święty, seks w łazience powinien być zakazany! Kiedyś dorwę tego sapiącego Don Juana spod trzydziestki i własnoręcznie urwę mu jaja, przysięgam.
Coraz trudniej mi w tym ciągłym hałasie wytrzymać. Przebywając w tłumie, ocieram się już o furię, czasem muszę gryźć się po dłoniach, żeby nie zacząć wrzeszczeć.
W świecie wampirów tego wszystkiego oczywiście nie ma. Ich ciała są idealnie ciche, bo nic się w nich nie dzieje, nic się nie przelewa. Mam wrażenie, że kiedy z nimi przebywam, słyszę nawet opadający kurz.
Poza tym zawsze mówią szeptem, bo nie muszą przekrzykiwać własnych flaków. A kiedy już decydują się z jakiegoś powodu podnieść głos, w tej wszechogarniającej ciszy efekt jest potworny. Osobiście byłam świadkiem dwukrotnie i nie chcę nigdy więcej. Nawet gdybym nie wiedziała, że przebywam wśród krwiożerczych bestii, śniłoby mi się to po nocach.
Spieszy mi się jak cholera, ale do pęknięcia w asfalcie podchodzę bardzo powoli – to rytuały, a ja już i tak dałam popis zniecierpliwienia, powtarzając zaklęcie. Wszystko musi odbywać się w określony sposób i nawet ja nie mogę złamać zasad, bo zerwę niepisany pakt, który utrzymuje nas wszystkich w stanie względnego bezpieczeństwa. Jak ironicznie by to nie brzmiało wobec kolejnych ofiar. No, ale to jednak bezpieczeństwo na polu minowym.
– Wejdź. Jesteś zaproszona.
Zaczynam schodzić. Pokonuję tylko parę doskonale gładkich stopni, czekając, aż pojawi się mój przewodnik – ten, który wprowadzi mnie do Gniazda, ale też ten, który ma prawo mnie wyegzorcyzmować i odesłać z powrotem do ciała, jeśli przekroczę granicę.
To też już widziałam i to czterokrotnie, choć mnie samej nie spotkało nigdy. Gdyby mnie spotkało, byłabym tylko smętnym warzywkiem przez parę kolejnych tygodni, a potem przez parę miesięcy do pełnego wyzdrowienia jeszcze blablała i wymagała zmiany pieluchy. I nigdy już nie dostała pozwolenia na zejście do Gniazda. Wampiry się nie pierdolą, wyrzucając człowieka na zbity pysk.
Widzę bujającą się w ciemnościach latarnię jak zagubiona gwiazda. Jej światło jest zimne, słabe i ledwie wydobywa z mroku tak zarys stopni, jak i wysoką na dwa metry, smukłą sylwetkę trzymającego lampion wampira. Baranie, zakręcone rogi są tu dość wyraźnym akcentem.
– Wróciłaś – głos Moisze jest jak szelest wiatru niosący lekką sugestię zaskoczenia, nic więcej. Jeszcze chwilę temu byłam w świecie żywych, więc ledwie go słyszę, ale wiem, że zaraz się przyzwyczaję.
– Nie spodziewaliście się, że wrócę?
Postanowiłam za wszelką cenę nie pozwolić im się domyślić, że nie wiem, nie pamiętam, co zaszło. Nie mam pojęcia, czy to dobra taktyka, ale w Gnieździe nigdy nie można być tego pewnym. Zresztą jeśli gdzieś w okolicy jest Herszel, i tak wszystko bierze w łeb.
Nawet nie miałam się z kim skonsultować. Nawiązanie kontaktu z centralą zajęłoby wieki, a mój oddział – łącznie z dowodzącym Kalinem – własnoręcznie rozniosłam na strzępy niecałą dobę temu. To, co robię, to czysta samowolka. Coś, za co się nie tylko wylatuje. To coś, za co dostaje się kulkę w łeb.
To chyba bez sensu łudzić się, że nikt nigdy się o tym nie dowie, i powinnam spodziewać się raczej, że kara mnie w końcu dogoni. Ale to przeświadczenie, które we mnie tkwi – że ryzyko jest niezbędne – napędza mnie i jednocześnie przeraża, więc nawet nie dopuszczam do siebie myśli o kroku w tył.
– Nie, nie spodziewaliśmy się – odpowiada Moisze po prostu i rusza przodem, oświetlając mi schody.
Żadne z nas tego światła tak naprawdę nie potrzebuje, ale to też rytuał. Błędny ognik sprowadzający duszę na manowce.
Rytuały są ważne. Najważniejsze tak naprawdę. Cały sekret polega bowiem na tym, że nie jestem tu jako człowiek. Nie jestem tu nawet jako senna mara, choć oczywiście wampiry wiedzą, w jaki sposób je przechytrzyliśmy. Ale jednak pojęcie człowieczeństwa w najpełniejszym znaczeniu jest im po prostu obce, zwłaszcza w tym świecie – również dla nich obcym.
Pod tym względem odrobinę je rozumiem, bo dla mnie Bjała Zagora też nigdy nie będzie domem.
To znaczy, żaden z nich nigdy nie był człowiekiem. Nie takim człowiekiem jak ja czy którykolwiek ze Śniących, nie takim, jak którakolwiek z ich ofiar, choć z pewnością za życia byli istotami do nas podobnymi, ale nie takimi samymi, bo z drugiej strony lustra.
Taka ironia, że to dziecięce bajki i stare bujdy są tu prawdziwe, a nie pierdolona optyka, z której miałam wymęczoną dwóję. Otóż świat po drugiej stronie lustra naprawdę istnieje. I naprawdę – twarz, w którą patrzysz każdego ranka, usiłując rozkleić powieki zimną wodą i myjąc zęby, to nie jest twoja twarz z tu i teraz. Mózgi nas oszukują, niwelują drobne różnice analogicznych rzeczywistości pełnych analogicznych losów i przedziwnych czasowych pętli. Czasem tylko coś pęka w systemie, ale większość ludzi zwala to na karb przemęczenia, alkoholu albo tej głupiej optyki.
Ale dlatego właśnie wampiry nie mają odbicia w lustrach – bo ich pętle zostały zerwane, przeszli przez zwierciadło i po prostu są już tylko po jednej stronie; po naszej stronie, która pierwotnie była dla nich tą drugą. A my po śmierci pokonamy odwrotną drogę ku swojemu odbiciu, choć staram się specjalnie o tym nie myśleć.
To pokręcone i potrzebowałam sporo czasu, żeby to poukładać. Ale musiałam, bo to prowadzi do zrozumienia fundamentalnej w mojej pracy rzeczy – dla wampirów nie jesteśmy ludźmi. Nawet słabi, nawet śmiertelni i podatni na ich ataki, jesteśmy demonami Drugiej Strony.
To dlatego te rytuały. I to dlatego w ten sposób wyglądają miejsca zbrodni. Fakt, że okaleczono między innymi moich rodziców, nadal mnie wkurwia, ale patrzę na to inaczej, odkąd wiem, skąd się wzięło. Nam też ludowe podania i przesądy każą przekłuwać zmarłym pięty, obcinać głowy i robić inne takie przyjemności. I wampiry postępują podobnie – zabezpieczają się przed powrotem i zemstą wypędzonych demonów. To po prostu pierwotne magiczne praktyki. Mam na ten temat bardzo obszerne notatki i ogromną nadzieję, że nikt nigdy ich nie znajdzie i nie zinterpretuje w nieodpowiedni sposób.
Po to w końcu zaczęłam schodzić do Gniazda – żeby wiedzieć. I jeszcze przynajmniej do wczoraj nadal to pozostawało moją motywacją, choć prace posuwają się niezwykle wolno. Wampiry nie są szczególnie chętne do dzielenia się opowieściami, strzegą swoich sekretów i niejednokrotnie wszystko, na czym mogę się oprzeć, to obserwacje i pojedyncze półsłówka.
Choć Moisze akurat miewa nieco lepsze dni czy raczej noce, kiedy da się z nim pogadać i nawet coś wyciągnąć. To on wytłumaczył mi między innymi, dlaczego sala tronowa Baronowej ma lustrzane ściany, chociaż przecież żaden z wampirów nie może podziwiać swojego odbicia.
Wcale nie dziwi mnie, że to on wyszedł, żeby sprowadzić mnie po schodach. Podczas mojej pierwszej wizyty w Gnieździe także był moim przewodnikiem i – na ile się orientuję – często przypada mu ta rola. Zgaduję, że głównie ze względu na stosunkowo łatwą do przetrawienia dla człowieka aparycję – łatwą nawet mimo baranich rogów poznaczonych wyżłobionymi inskrypcjami, którym wolę się za długo nie przyglądać. Według wszelkich naszych standardów zdecydowanie jest przystojny, ale też umówmy się, że to u krwiopijcy nie zaskakuje, a nieco ciemniejsza skóra sprawia, że brak krwi w żyłach nie rzuca się tak bardzo w oczy. Przynajmniej nie przez pierwsze kilka chwil, a potem człowiekowi i tak wszystko jedno, bo ląduje otoczony przez surrealistyczny koszmar.
Oczywiście puste spojrzenie czarnych oczu bez białek i tęczówek może deprymować, ale nie bez znaczenia zostają długie, prawie kobiece rzęsy, regularne ciemne brwi, wysokie czoło i delikatnie asymetryczna twarz, co akurat wśród wampirów jest niezwykle rzadkie.
Długo dochodziłam sama ze sobą do tego, co właściwie nie odpowiada mi w ich twarzach. Poza oczywiście oczami i niekiedy przedziwnymi indywidualnymi cechami, które jednak mogłam wykluczyć z grona podejrzanych, jako że stanowiły zmienną. Aż pewnego dnia olśniło mnie, że chodzi właśnie o symetrię. U człowieka to normalne, że jedno oko ma większe i wyżej, że jeden kącik ust opada bardziej, że szczęka jest po lewej szarsza i tak dalej. A oni wyglądali jak z wytwórni bardzo dziwnych lalek dla bardzo zboczonych gotów. Jakby zamiast czaszek mieli czystą matematykę.
Doprawdy, że wśród tych wszystkich dziwności zwróciłam uwagę akurat na to. Może to ten sam efekt, jaki wywołuje obcy układ gwiazd na niebie.
Poza tym Moisze – w pewnym ograniczonym zakresie i przy przyłożeniu odpowiedniej skali – może uchodzić za otwartego. Rzecz jasna wystarczy, żeby odsłonił czterocentymetrowe kły i czar pryska, ale pułapka jest dość skuteczna i wielu Śniących się w nią złapało.
Większość oczywiście już nie żyje.
To w końcu potępieńcy. Istoty tak złe za życia, że po śmierci spotkał je ten szczególny rodzaj kary bez przebaczenia. Schodzenie do Gniazda to za każdym razem jak spacer po więzieniu o najostrzejszym rygorze tuż po tym, jak puściły zamki w celach.
– Dlaczego miałabym nie wrócić? – robię, co w mojej mocy, by brzmieć buńczucznie, może nawet jak lekko obrażona. Wszystko po to, by nie zdradzić, jak mało wiem, i wymusić jakieś wyjaśnienia.
Mam dziś szczęście – udaje się przynajmniej to drugie.
– Spodziewaliśmy się, że będziesz teraz chronić swoje ciało.
W sam żołądek. Panie Moisze, jest pan niekwestionowanym mistrzem darta. Dziesiątka z zamkniętymi oczyma i ruchomym celem.
Gdybym była w swoim ciele, adrenalina właśnie zrobiłaby mi sieczkę z mózgu.
Gdybym była.
Ale nie jestem, dzięki Niebiosom, że nie jestem. I tak potrzebuję jednak chwili na otrząśnięcie się z szoku, choć podstawowy i najważniejszy wniosek i tak się już wyszedł przed szereg i drze się na mnie z przerażenia.
– Teraz...? – wyrywa mi się.
Wampir przystaje, więc ja automatycznie też. Patrzy na mnie tymi okropnymi oczyma, które nigdy nie mrugają. Przypominające popękane naczynka czarne ślady na jego twarzy wcześniej nie wydawały mi się aż tak wyraźne.
Moisze nie komentuje mojego pytania nawet jednym słowem, ale wcale nie musi. Potrafię sobie wyobrazić, co powiedziałby, gdyby miał w zwyczaju tracić energię i czas na bezsensowne pogaduszki.
Chyba wyczerpałam całe należne mi szczęście.
– Powiedziałam wam? – pytam więc, bo nie ma sensu dalej kozaczyć i udawać, że wiem więcej od niego.
Właściwie nie ma sensu udawać, że wiem cokolwiek. To stawia mnie w naprawdę paskudnej sytuacji, bo oznacza, że będę musiała przynajmniej w ograniczonym zakresie zaufać Moiszemu i jego intencjom – nie temu, że są dobre, nie jestem ani tak naiwna, ani rąbnięta, ale po prostu, że nie są sprzeczne z moimi.
– Moisze, powiedz mi! – niemal go błagam i na innym poziomie mnie to wkurwia. – Zabiłam cały swój oddział! Gołymi rękoma!
– Wiem – odpowiada spokojnie. – Nie ma w tym mieście ani jednego wampira, który by nie wiedział.
Gamma Oczywiście zanim pierwszy raz pozwolono mi zapaść w letarg, zanim w ogóle wytłumaczono mi, czym jest, musiałam przejść szereg teoretycznych szkoleń.
– Zapomnijcie wszystko, co wydaje się wam, że wiecie o wampirach – słyszałam na nich bezustannie, aż zaczęłam tym zdaniem autentycznie rzygać. Szybko zrozumiałam, że wszyscy tu wolą zakładać, że jestem idiotką. – Zapomnijcie o czosnku, srebrze i wodzie święconej, o Nosferatu, Drakuli i Edwardzie. O Edwardzie zwłaszcza. Nie będzie żadnych romansów...
Nawet by mi do głowy nie przyszły, Pomijając wszystko inne, uważam jednak nekrofilię za dość obrzydliwą.
– ...ale też z was żadna Buffy i żaden van Helsing.
To bowiem absolutna podstawa podstaw – wampiry są martwe. Naprawdę martwe. A to oznacza, że nie pracuje ich układ krwionośny, limfatyczny ani hormonalny. Nie ulegają emocjom, nie boją się, nie pożądają, nie chorują i nie zmagają z ograniczeniami, jakie nam, żywym, funduje organizm. Tak naprawdę nigdy nie są ani wściekłe, ani po naszemu rozbawione. Wszystko, co możemy tłumaczyć sobie na ludzkie reakcje, to tylko lustrzane odbicia pamięci. Rezonanse. Odległe echa potrzebne wyłącznie do komunikacji między osobnikami. Martwe jak sami krwiopijcy rytuały.
Są jakby zamrożone w czasie. Są jak trupy w szufladach kostnicy, tylko jeszcze lepiej zakonserwowane.
Naszą krwią.
To oznacza także – o czym przekonałam się nieco później – że raz zadana rana nigdy się nie zagoi, ale też nie stanowi dla wampira żadnego zagrożenia. I naprawdę nie ma znaczenia, czy starannie pokroiłabym takiego srebrnym nożem, czy po prostu wbiła zardzewiały gwóźdź w oko. Efekt byłby ten sam, czyli co najwyżej lekkie zaburzenie estetyki, które, pozbierawszy się, moja niedoszła ofiara skutecznie zamaskowałaby jakąś ekstrawagancją.
Dla wampira ciało to trochę przedmiot i jeśli się zepsuje, nie ma on oporów, żeby coś wypreparować, coś zmienić albo coś sobie wszczepić, choć większość wynaturzeń, jakie oglądałam, to jednak efekt przejścia przez lustro. Podobno wywleka z duszy echo jej prawdziwego obrazu. Więc nie dziwią mnie już rogi, skrzydła, ogony, szpony i kopyta, a nawet zastępujące niekiedy tkankę kamień lub metal.
Wtedy jednak umierałam z nudów i przez tę jedną krótką chwilę mojego życia wydawało mi się, że, godząc się na przystąpienie do programu, podjęłam naprawdę złą decyzję. Choć inna sprawa, że gdybym jej nie podjęła, to pewnie zniknęłabym cicho i smętnie w jakimś zaułku. Może oficjalnie jako kolejna ofiara wampira. Zawsze byłam raczej praktykiem.
Praktyka zaczęła się z kolei od wizyty w podmiejskim szpitalu – nie pierwszej mojej zresztą, bo zanim dopuszczono mnie w ogóle do części teoretycznej, przeszłam tam szczegółowe badania. Nie, to miejsce nie kojarzy mi się z niczym dobrym. Jest ponure, zimne i wyłożone białymi kaflami z tym okropnym brązowym wzorkiem w ramach bordiury. Są tam okna z łuszczącą się białą farbą – także na niektórych szybach – i potworny sprzęt z lat sześćdziesiątych.
I nigdy nie ma tam innych pacjentów poza nami.
Nie pamiętam, bym kiedykolwiek była dość naiwna, żeby brać to za dobrą monetę, a potem potwierdzono i trzy razy przekroczono moje najgorsze obawy.
Bo tak, kluczem do wszystkiego jest sen, a raczej utrzymanie mózgu w konkretnej fazie, kiedy wzrasta aktywność odpowiednich ośrodków i częstotliwość odpowiednich fal, zachowanie w tym wszystkim pełnej świadomości, a potem nauczenie się opuszczania ciała. Och, mądrości na ten temat można znaleźć mnóstwo i w ezoterycznych gazetkach, i na bardzo dziwnych forach internetowych, ale prawda jest okrutna – człowiek to istota cholernie elastyczna, ale nie wszechwładna. Dlatego potrzebujemy wspomagania. A nawet całego systemu wspomagającego.
Jego część ulokowano wprost w naszych ciałach. To małe elektrody pobudzające odpowiednie części mózgu w odpowiednim czasie. Robią to, czego nie jest w stanie załatwić medytacja, ale też najczęściej to one są przyczyną wypadków i sądzę też, że to one odpowiadają za ten przykry fakt, że wyrzuceni przez wampiry z powrotem do ciała Śniący nie są zdolni do samodzielnej egzystencji przez kilka następnych miesięcy. Reszta to farmakologia. Różne prochy od "poszerzania świadomości" i te sprawy. No trudno, jak trzeba to trzeba. Jeśli mi się spalą obwody, przynajmniej nie będę mogła powiedzieć, że spędziłam życie, pierdząc w stołek.
Nie zmienia to jednak faktu, że trepanacja czaszki nie jest fajna. Operacje na mózgu przeprowadza się przy pełnej świadomości pacjenta. Leżałam na boku, było mi okropnie, miałam halucynacje i bez przerwy zmuszano mnie do rozwiązywania prostych testów obrazkowych. Ze trzy razy myślałam że umrę. Było mi na zmianę straszna i śmiesznie albo wszystko zaczynało zwisać, a bólu głowy, jaki po wszystkim zaliczyłam, nie da się porównać z żadnym kacem mordercą ani nawet z żadnym wyjściem z letargu, o czym przekonałam się jakiś czas potem.
Miałam wrażenie, że wszystkiego muszę się potem uczyć od początku – która ręka jest prawa, a która lewa, czym różni się wchodzenie po schodach od schodzenia, jak przełykać, żeby się nie dławić i innych pierdół. Najgorsze tygodnie mojego życia.
Podczas których byłam absolutnie sama, a moja siostra dostała większe mieszkanie i podwyżkę z racji zdobytego dyplomu i certyfikatów z trzech szkoleń.
Rzadko płaczę, ale wtedy płakałam całe noce. Ze złości. Z żalu.
Nie, jednak bardziej ze złości.
A potem zaczęto mnie wprowadzać w świat Śnienia i te pierdoły znowu wróciły tam, gdzie ich miejsce, czyli do kibla.
Jest taka miejska legenda, która mówi, że jeśli coś pójdzie nie tak w chwili zasypiania i mimo paraliżu sennego zachowasz świadomość, prócz tych wszystkich paskudnych sensacji związanych z paniką i niemożnością złapania oddechu, zobaczysz wokół swojego łóżka krąg ciemnych postaci.
Owszem, zobaczysz.
Nie znaczy to jeszcze, że jesteś martwy, ale znaczy, że wzięli cię pod uwagę i wpisali w odpowiednie rubryczki. Gratuluję.
To bezwzględni i okrutni drapieżcy, ale nie działają pochopnie. Dbają o to, żeby nie musieć się spieszyć przy wyborze ofiary. Szukają odpowiedniej grupy krwi, osobnika bez chorób zakaźnych, bez problemów z niedoborami, z prawidłową morfologią i z zerem zmian miażdżycowych. Właściwie znalezienie się na ich liście do konsumpcji oznacza, że można przestać chodzić do lekarza, ale to jednak słabe pocieszenie.
A wszystko dlatego właśnie, że ta granica między snem a jawą to tak naprawdę jedyny punkt, w którym możemy się spotkać inaczej niż jako łowca i ofiara.

Theta
– Nie zabiliście mnie – stwierdzam na wydechu rzecz równie oczywistą, co zaskakującą.
To nie mieści mi się w głowie. Przecież byli już Śniący, którzy wpadli. Nierzadko właśnie dlatego zresztą, że dali się uwieść pozornej otwartości Moiszego i uwierzyli, że jest "inny". Wszyscy kończyli w ten sam sposób. Nie tylko zabici, ale też oskórowani, ze starannie wypreparowanymi ścięgnami rozpiętymi wokół ciała na kształt pajęczyny.
Tak bardzo się nas obawiają. Tak bardzo dbają, żebyśmy po śmierci nie mogli ich dosięgnąć.
– Nie – odpowiada Moisze, jakby to wyjaśniało wszystko.
Nie wyjaśnia niczego. Na pewno nie mi.
Jako mara senna też nie mam emocji, ale moje ich odbicia są znacznie silniejsze niż te wampirze i czasem naprawdę czuję, jakby krew nadal uderzała mi do głowy, a hormony szalały, robiąc ze mnie swoją kukłę. I tak właśnie czuję się w tym momencie, gdy mimo całej wiedzy i zdobytego doświadczenia, usiłuję złapać wampira za ramię. Oczywiście moje widmowe palce przenikają przez rękaw jego czarnego płaszcza, nie zostawiając na materiale nawet jednej zmarszczki. Moisze musi jednak jakoś odczuwać moją obecność, bo odwraca ku mnie twarz.
– Tak? – pyta.
– Dlaczego – chrypię.
Wzrusza ramionami w łudząco znajomym geście.
– Herszel – odpowiada tylko.
To jedno imię wystarczy, żebym zamarła z na wpół otwartymi ustami i naprawdę pustą głową. Niezdolna do wykonania ani jednego kroku więcej.
– Zdaje się, że cię lubi.
Naprawdę, Moisze, nie musiałeś tego dodawać.
Oczywiście nie chodzi o ludzkie lubienie. Nie chodzi o nic związanego z sympatią.
Chodzi o czysty interes i grę według zasad, których nadal nie potrafię pojąć.

Gamma
Pamiętam oczywiście swoje pierwsze zejście do Gniazda. I drugie. I trzecie. I pewnie z piętnaście następnych, bo bez przerwy coś mnie zaskakiwało i zbijało z tropu. I podczas żadnego z tych zejść nie zwróciłam na Herszela większej uwagi. Oczywiście był tam – zawsze w tym samym miejscu tuż za tronem Baronowej, jakby nigdy się z niego nie ruszał – to, jeśli przebywaliśmy u niej – lub po prostu w wygodnym kącie; ale milczał, nie podchodził bliżej i wydawało mi się, że wszyscy pozostali także go ignorują. Gówno wtedy jeszcze wiedziałam o świecie, o świecie wampirów zwłaszcza, więc założyłam, że to po prostu ochroniarz. Ktoś, kto rzuci się na podskakującego Baronowej pobratymca, żeby zamienić go w garść prochu i tyle.
Założyłam tym samym, że ponieważ się z nim nie rozmawia i nie pyta się go o zdanie, jest kimś mniej ważnym. Zresztą aparycją też nieszczególnie się wyróżniał.
Na pewno nie na tle Baronowej.
Ona sama rozmawiała ze mną zawsze, siedząc na tronie. Ubrana w czarną, obszytą kruczymi piórami suknię z satyny, nieruchoma jak posąg, blada jak marmur, w półmroku wampirzych włości właściwie błękitna. Zawsze w rozłożystym pióropuszu przypominającym czarny, połyskujący jak atrament pawi ogon w oprawie ze srebra połączonym z maską całkowicie zakrywającą górną połowę jej twarzy, w tym oczy.
Była na swój sposób piękna, ale w ten specyficzny sposób, który dobrze jest oglądać na wystylizowanych gotyckich grafikach, niekoniecznie twarzą w twarz. Szybko zaliczyłam ją do grona wampirów, z którymi najmniej lubię przebywać, ale też szczęśliwie nie za często mnie do tego zmuszano. Baronowa stoi w hierarchii wysoko – na tyle wysoko, by nie zawracać jej głowy wizytami Śniącej, jeśli ta nie ma czegoś naprawdę ważnego do przekazania, a przez pierwsze lata służby niczego takiego nie miałam. Nikt nie powierza nowicjuszom gardłowych spraw.
No, bardziej gardłowych, bo jednak fucha jest specyficzna.
– Podejdź bliżej – rozkazała, kiedy po raz pierwszy zostałam dopuszczona przed jej oblicze, choć ton miała tak beznamiętny, że właściwie trudno było uznać to za rozkaz. – Chcę cię zobaczyć.
Poruszały się tylko jej czarne usta; ledwie przy tym opadał podbródek, mięśnie zdawały się pochodzić z innej bajki. Nie drgnęła żadna z długich, ułożonych na podłokietnikach dłoni ukrytych w rękawiczkach ze skóry, nie poruszyła się głowa, uniesiona wysoko, mimo na pewno cholernie ciężkiego pióropusza i wplecionej w niego misternej fryzury z włosów tak lśniących, że Iliana spaliłaby się z zazdrości na miejscu. Wampirzyca nie poprawiała pozycji, nie poprawiała fałd na ubraniu. Po jakimś kwadransie znosiłam ten bezruch już z największym trudem. Zgromadzeni u stóp tronu inni krwiopijcy, choć również niezbyt ekspresyjni, przy niej wydawali się bandą nadpobudliwych przedszkolaków, a ja sama sobie małpą na LSD.
Ponieważ Baronowa mówiła o zobaczeniu, założyłam, że kiedy faktycznie podejdę, dostrzegę w jej masce jakieś szpary na oczy, ale nie – pod fantazyjną draperią z koronki była tylko gładka metalowa powierzchnia.
Wygodnie uznałam więc, że to tylko takie słowa.
Nigdy więcej nie popełniłam tego błędu podczas obcowania z wampirami.
Szelest sukni Baronowej był w tej ciszy jak huk toczącej się w dół lawiny – zdecydowanie dość, żeby zwrócić moją uwagę. Ona sama jednak nadal tkwiła nieruchoma i zimna i tylko rąbek spódnicy uniósł się nieco i coś zaczęło spod niej wypełzać. Widziałam dwie ręce – ramiona suche i poskręcane jak gałęzie drzewa. Widziałam fragment chudych pleców z wystającym kręgosłupem i wreszcie zobaczyłam też łysą głowę o olbrzymich wodnistych oczach.
Nie wiem, co sprawiło, że nie krzyknęłam. Głupiego kroku w tył nie zdołałam jednak powstrzymać.
Twarz – niemal dziecięca, na ile potrafiłam to ocenić, zwłaszcza wobec zasłoniętej tym razem dolnej połowy, choć maską zdecydowanie mniej wyrafinowaną i przypominającą raczej narzędzie tortur – gapiła się na mnie bezczelnie i nieprzerwanie. Głowa przekrzywiała się to w prawo, to w lewo niemal w ptasi sposób. Wydawało mi się, że słyszę skrzypienie.
Kąciki czarnych ust Baronowej uniosły się lekko i właśnie wtedy usłyszałam to jedno bolesne słowo.
– Zabawne.


Theta
Teraz znów patrzę na Baronową i krzyk zamiera mi na ustach.
Nadal siedzi na swoim tronie, nadal wyprostowana i z uniesioną głową, ale jej suknia jest porozrywana i wisi na niej w strzępach, a z piersi wyrastają dziesiątki, setki chudych ramion wyglądających jak wykute w metalu. Spod maski i wolaki wypływają czarne zacieki. Druga głowa – ta z oczami – leży u stóp wampirzycy odrąbana. Dłonie zwrócone są wnętrzem ku górze, palce zastygłe w przykurczu na podobieństwo szponów.
Wiem, że nie jest martwa. Wampiry nie umierają – mają to już za sobą. Wampiry zasypiają.
Wszystkie lustra, którymi wyłożone były jeszcze do niedawna ściany sali, leżą strzaskane na posadzce. Nikt ich nie sprzątnął. Podejrzewam, że nikt nie odważył się ich nawet dotknąć.
– Kto to zrobił...? – szepczę dziwnie strwożona.
Nie powinno mnie to przerażać. To bestia. Krwiopijca. Najobrzydliwsze zło. Powinnam się cieszyć, że jeden z tych potworów został unieszkodliwiony i nie wiem, naprawdę nie wiem, kiedy pozwoliłam sobie na dość przyzwyczajenia do tej chorej rzeczywistości, żeby teraz nad radością przeważał strach przed niespodziewaną zmianą układu.
– Sądziłem, że to ty mi powiesz, kto to zrobił – odpowiada Moisze. – Czy raczej, kto za to odpowiada, bo oboje wiemy, że ręce to tylko narzędzie.
– Przecież wiesz, że to nie ja! – Przyznaję, ocieram się już o panikę. To nie jest trudne ze świadomością, że oni wiedzą, jak wygląda moje ciało, a jeśli je znajdą, znajdą też pewnie Ilianę i nie zostawią świadków.
Za łatwo wyprowadzić mnie z równowagi. Muszę się uspokoić. Wycofać. Wypełnić głowę postaciami z kreskówek, owinąć się kocem.
– Wiem. Ale jesteś od nich. Liczyłem, że zdążyłaś się dowiedzieć.
– Niczego nie pamiętam, do cholery!
Czarne oczy mierzą mnie lodowato.
– Nie podnoś na mnie głosu – upomina Moisze.
Jego ton jest jak otrzeźwiający policzek. To nie czas na uleganie panice, Hristi. Nie czas i zdecydowanie nie miejsce.
– Wybacz – proszę, bo nie mam wyboru. Nie musi mi udowadniać, że przekroczyłam granice. – Zasnęła? – pytam, nadal zaskoczona tym, jak przerażony mam głos.
– Nie mamy pewności – odpowiada Moisze.
Stoi obok mnie i również patrzy na Baronową, a przynajmniej tak sądzę, bo ma zwróconą ku niej twarz. Nigdy wcześniej nie widziałam, by unosił głowę w jej obecności tak wysoko, choć nadal pozostaje lekko pochylony, jakby w ciągłej gotowości do ukłonu.
Wampiry zasypiają na zawsze. To tego właśnie się boją. To dlatego piją naszą krew – żeby odroczyć dzień, w którym zasną. Oznacza do dla nich wieczne czuwanie i całkowitą utratę kontroli nad swoim losem. Ale nadal odczuwają głód.
I tak na zawsze, bez możliwości powrotu.
– Co teraz...?
– Będziemy uznawać ją za naszą panią, jak długo będziemy mogli – odpowiada Moisze, jakby była to najoczywistsza z oczywistości. – A potem zaczniemy walkę o władzę.


c.d.n.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Ciszej nie będzie [+16, kontynuowane]

Post autor: pierdoła saska » 14 grudnia 2017, 07:31

Ciągle czuje się jakbym szła po pas w bagnie i macała dno stopami, ale ja akurat lubię takie czytanie. Wyjaśniałaś już kim de facto są twoje wampiry i omfg, skłon i szacunek. Powiedzmy, że mam głęboko zakorzenioną i wyniesioną jeszcze sprzed sparkli ostrożność do wampirów. No jakoś nie moja bajka zazwyczaj, więc miałam przy pierwszej wrzutce taki dystans do tematu i poświęcałam im tylko tyle uwagi ile wymagało ode mnie zrozumienie Hristiny. Ciekawiła mnie ta koegzystencja, motywy z tym dlaczego wampiry są ciche, jak ciche są i jak to się przekłada na ich zachowania, nie "bo to takie cool" a prosto po linii biologii, czy raczej faktu, że ona u nich nie działa. Obawiam się, że na tym etapie już możesz spokojnie powprowadzać ludzi w kompleksy jak się to zestawi z tym, jak o tym tekście piszesz na pudle xD Na a potem już w ogóle pozamiatałaś i sprawiłaś, że z ciekawości przeszłam w zafascynowanie. Co ty z tymi wampirami zrobiłaś *-*, to jak wyciągnęłaś esencję jakby wyjaśniającą nazwę, ale dorobiłaś za tym całą swoja historię i fizykę - naprawdę podoba mi się to, jaką droga poszłaś. Chcę ich więcej, chcę ich bardziej poznać, bo gdy już zaczęłaś ich pokazywać, to już nie mogłam na nich nie patrzeć; tak z Baronową na czele (czy ktoś, może ty sama, mógłby narysować to jak pierwszy raz chciała spojrzeć na Hristinę *-*?). Bo jak mówiłam nadal nie wiem na czym stoję, a więc pożądam informacji, ale cierpliwie na nie poczekam. O nich, o Śniących, bo tu tez coś zaczęłaś tłumaczyć, ale na przykład nadal umyka mi dlaczego taka forma komunikacji, po co w ogóle - ciekawam, bo cholernie lubię tak odkrywać sobie świat. :3 Także tak, czekam cierpliwie na trzecią wrzutkę :)


"Poza tym zawsze mówią szeptem, bo nie muszą przekrzykiwać własnych jelit." <3 Absolutnie cudowne zdanie i genialny pomysł.
"Zapomnijcie o czosnku, srebrze i wodzie święconej, o Nosferatu, Drakuli i Edwardzie. O Edwardzie zwłaszcza. Nie będzie żadnych romansów..." <3 xD

"Ciało to jedna wielka elektrownia zdecydowanie przekraczająca wszelkie standardy emisji decybeli." mogę się mylić, bo w sumie znam to tylko po angielsku, ale w rozdziałach specyfikacji zawsze mówi się o emisji hałasu (noise emission) albo nawet o poziomie hałasu w takiej a takiej odległości od urządzenia ^^" wyrażonej w decybelach. To jest pierwszoosobówka, więc siłą rzeczy poprawna być nie musi, ale tak tylko daję znać :P

"Masz pojęcie, jak głośno oddychasz? Jak okropnie jesz? Jak ciężko i nieustannie szumi krew w twoich żyłach? Ciało to jedna wielka elektrownia zdecydowanie przekraczająca wszelkie standardy emisji decybeli. Można oszaleć, mieszkając w jednym z nich, więc nawet zamknięcie się w kiblu nie przynosi ulgi na zbyt długo." — w jednym z czego? coś zjadło tutaj

"Przypominające popękane naczyńka czarne ślady na jego twarzy wcześniej nie wydawały mi się aż tak wyraźne." naczynka?

"Było mi na zmianę straszna i śmiesznie albo wszystko zaczynało zwisać, a bólu głowy, jaki po wszystkim zaliczyłam, nie da się porównać z żadnym kacem mordercą ani nawet z żadnym wyjściem z letargu, o czym przekonałam się jakiś czas potem." straszno, strasznie?
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Ciszej nie będzie [+16, kontynuowane]

Post autor: Kanterial » 17 grudnia 2017, 14:27

Nie spodziewaliście się, że wrócę?
Nierzadko właśnie dlatego zresztą, że dali się uwieść pozornej otwartości Moiszego
Bardzo przyjemnie spędziłam czas.
Jestem pozytywnie zaskoczona opisami, samymi wampirami i tym, jak rozkminiłaś mechanikę świata. Nie dziwię się zajarowi, bo takie mieszanie wierzeń/zabobonów z fizyką i dodawanie tego i owego jest zawsze bardzo kuszące - tu motyw z lustrami wyjaśnił mi nieco wcześniejsze wątpliwości (choć nadal uważam że zdanie z 1 wstawki pozostaje nieczytelne i jeśli już tak szybko pada, to musiałoby być banalniejsze, żeby nie robić wody z mózgu XD) ((a może to po prostu mój mózg ma predyspozycje do wodnienia))
No. Fajny efekt osiągnięty, bo wampiry pozostają bardzo objojętne jako postacie, przynajmniej w moim odczuciu. Przez ich opisy i charakter samego gatunku nie odczuwam potrzeby, by ich nienawidzić (była takowa na początku) ale też w żadnym stopniu nie mam zamiaru czuć sympatii i raczej nie poczuję. Pewnie w tym braku emocji zacznie mnie irytować emocjonalność bohaterki, bo to ona schodzi do Gniazda i ona znosi to wszystko, więc jednak - no raczej - te wampiry coś dla niej znaczyć będą. Mocno się boję własnej reakcji na opisane (o ile padną) sympatie i antysympatie Hristiny.

Podziwiam bardzo, jak pisałam, rozkminienie świata. Osobiście muszę przyznać, że wyraźna niechęć (uraz? XD) bohaterki do optyki niezmiernie mnie bawi, a to "właśnie że nie, nie chodzi o żadną optykę, o żadną fizykę" wyzierające z akapitu o działaniu luster to już taki totalny posmak Hristinowego "HA, WALIĆ TĘ DWÓJĘ" Więc no śmiechłam XD Przez to może z lekkim uśmiechem przyjęłam informacje o oszukujących nas mózgach, które chronią nas przed prawdziwymi obrazami z luster, ale potem w sumie problemów nie było i jakkolwiek nierealny by nie był świat przedstawiony, idzie się przez niego z pewnością, że tak właśnie jest. Mechanizmy wytłumaczone, realia znane, wszystko się układa.
Bardzo, bardzo chylę czoła.

To może być takie balansowanie na granicy - wampiry niby nieludzkie zupełnie, a jednak totalnie ludzkie, bo swoje ciała-przedmioty ubierają w ubrania, zachowują podział płciowy, odkrywają mimikę, mówią z intencjami, działa u nich hierarchia i oczywiście (mega ważne) rytuały, przesądy, wierzenia. Jak z tego wybrniesz, nie wiem, bo może być ciężko, ale takie balansowanie (gdy nie potkniesz się) zwykle wychodzi bardzo efektownie.
Czekam z czytelniczą zajawką.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1832
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Ciszej nie będzie [+16, kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 27 grudnia 2017, 12:43

<3 spam, spam, spam

III
Everybody's looking for something.
Some of them want to use you
Some of them want to get used by you
Some of them want to abuse you
Some of them want to be abused.
(...)
Hold your head up
Keep your head up, movin' on


Sweet dreams, Eurythmics

Delta
Jestem zamknięta w lustrze.
Wszystko niby takie, jakim być powinno, po prostu odwrócone, a jednak drażni mnie, że lewa jest prawą a prawa lewą. Nie mogę stąd wyjść. Próbuję, ale nie mogę. Krążę po mieście w poszukiwaniu zwierciadła. Wchodzę do domów i szukam, ale wszędzie znajduję tylko odłamki - tylko raz na zawsze zniszczone przejścia.
Sama ściskam w dłoni kij do baseballu.
Wchodzę po schodach. Wyżej i wyżej. Piętra zdają się wyrastać nade mną i wiem, że nigdy się nie skończą. Mijam drzwi do kolejnych mieszkań. W żadnym z nich nie ma lustra - wiem o tym, więc nie wchodzę.
Mój cel jest wyżej.
I wyżej.
I wyżej z każdym kolejnym piętrem.
Nie dasz rady, mówi coś wewnątrz mnie. Znam ten głos. Zwykle każę mu się po prostu zamknąć i słucha, bo co on, kurwa, o mnie wie. Prócz tego, że wszystko. Ale nie teraz. Teraz nie mam nad nim władzy i szepcze do mnie wciąż, obnażając słabość.
Ale idę dalej.
Aż wreszcie staję przed odpowiednimi drzwiami. Wchodzę do mieszkania, idę prosto do łazienki. Jest ciemna i zimna, więc zapalam światło i natychmiast zapala się ono także w lustrzanym odbiciu. Dopadam do tafli zwierciadła, opieram o nie dłonie, ale nie reaguje.
Nie mogę przejść.
Nie sama.
Widzę swoje odbicie, które nie jest moim odbiciem.
- Iliana! - wrzeszczę do kobiety łudząco do mnie podobnej, ale jednocześnie tak innej, jak to tylko możliwe. - Iliana! Pomóż mi!
Nie słyszy mnie. Ze spokojem odkręca tusz do rzęs, pochyla się nieco, żeby ułatwić sobie nakładanie makijażu. Cały czas mam to nieznośne wrażenie, że patrzy mi w oczy.
Robi to. Ale jest przekonana, że to jej własne, i będzie o tym przekonana aż do śmierci.
- Wypuść mnie! - drę się rozpaczliwie, a moje zgrabiałe palce powoli osuwają się po szkle. - Iliana, podaj mi rękę!
Zastyga na chwilę. Unosi lekko głowę, jakby coś usłyszała.
To moja szansa. Zwróciłam jej uwagę.
- Iliana!!! - wkładam w ten krzyk całą moc swoich płuc.
Ale ona tylko potrząsa głową jak zbudzona ze snu, odkłada mascarę na umywalkę i wychodzi, gasząc światło.
I mnie również ogarniają ciemności.
Pęknięta żarówka kołysze się nad moją głową w takt złośliwego śmiechu.


Beta
Ilianie co jakiś czas odbija i stwierdza, że założy rodzinę. Marin należy do grona jej nieudanych eksperymentów.
No dobra, moja siostra ma gust, jeśli chodzi o ubiór, przyznaję. Dobrze wygląda w tych swoich szmatkach i potrafi tak upiąć siano na głowie, że wcale nie wygląda jak siano. Ale jeśli chodzi o facetów, to chyba jest naprawdę ślepa albo jeszcze bardziej zdesperowana, niż jestem skłonna zakładać. No ale też powiedzmy sobie szczerze, że jako napływowe - co cały czas mamy w nazwisku i papierach, będziemy miały do końca życia - nie stoimy w pierwszym rzędzie atrakcyjnych panien na wydaniu i raczej nie mamy co marzyć o księciu na białym koniu. Nawet jednym na pół.
Marin jest niski i grubawy. Nie, że jest misiaczkiem. Jest po prostu tłusty. I rudy. Na domiar złego to artysta malarz. Eksperymentator. Performer. Pan Ja Wam Kurwa Mózgi Na Nakrętki Przerobię. Naprawdę nie wiem, co musiała wypalić albo wypić Iliana, żeby zgodzić się pójść na randkę i co musiał odwalić, żeby wierzyła, że taki typ jest dobrym kandydatem na męża - zwłaszcza dla niej. Nie znoszę go. Tak szczerze i naprawdę. To znaczy już trochę mniej niż kiedyś. Kiedyś sądziłam, że kręci się przy mojej siostrze, bo zwęszył łatwy kąsek i jego ambicją życiową jest zostać utrzymankiem korporacyjnej gwiazdki. Potem zrozumiałam, że jest na taki skomplikowany plan zwyczajnie za głupi.
A potem jeszcze - sześć lat po tym, jak zostałam Śniącą - odtajniono nasz program i koleś dowiedział się, że jego łanabi szwagierka grywa w brydża z wampirami. Omal się nie zszedł na samozapłon.
Więc cóż, powiedzmy, że jego zagracone, śmierdzące rozpuszczalnikami i zielskiem na wenę mieszkanie to nie jest to miejsce, w którym chciałam się obudzić.
- Kurwa... - wyplułam z siebie trochę kota.
Spaślak Marina najwyraźniej uznał kołtun na mojej głowie za swoje nowe legowisko i teraz majta mi ogonem po twarzy.
- Weź tego...
Szczęśliwie nie muszę kończyć, bo kot - przy wtórze protestacyjnych miauknięć - znika z poduszki, na której leżę. A bliska byłam paru inwektyw, które nie zostałyby mi wybaczone już nigdy.
Poduszka jest zielona w czerwone czaszki, przysięgam. Chyba najbrzydsza rzecz, jaką kiedykolwiek widziałam.
- Obudziłaś się.
- Otóż to, Watsonie.
Marin patrzy na mnie tymi swoimi przećpanymi oczyma. W ramionach wciąż trzyma kota i przychodzi mi do głowy, że to kolejny przypadek upodabniających się do siebie zwierzaka i opiekuna.
- Gdzie Iliana? - pytam.
- Tu jestem.
Chcę odwrócić głowę, by na nią spojrzeć, ale potworny ból przeszywa mi kark i potylicę. Do oczu momentalnie napływają łzy. Po chwili dociera do mnie także, że mam nudności. Dawno już nie znosiłam letargu równie źle, ale zwalam to na karb poprzedniego maratonu i braku należytego odpoczynku przed kolejnym zejściem do Gniazda.
Kurwa, Gniazdo.
Przecież nie ma już Gniazda. A przynajmniej nie ma Gniazda, które znałam.
Zaciskam dłonie w pięści, gdy pamięć zaczyna wciskać mi przed oczy obraz Baronowej przyszpilonej do własnego tronu i jej drugiej głowy, odrąbanej, leżącej u stóp wampirzycy. Jak to w ogóle możliwe? Kto tego dokonał? Kto się odważył i dlaczego reszta klanu nie zdołała obronić swojej pani?
- Hristi? Wszystko w porządku?
Mam tyle pytań. Tyle pytań, na które chyba nie chcę znać odpowiedzi.
- Nie - odpowiadam zgodnie z prawdą. - Chcę herbaty. Gorzkiej. Mocnej.
- Rusz się - nakazuje Iliana Marinowi, a ten fuka z niezadowoleniem, ale podnosi się z krzesła. Po paru latach nawet bardzo rwanego związku z moją siostrą musiał się nauczyć, że to nie jest kobieta, z którą można bezkarnie dyskutować.


Gamma
Baile i Anszel jako wschód i zachód, ja i Baile jako północ i południe. I nie, nie pomyliłam się - tak właśnie wyglądał pierwszy skład, w jakim rozegrałam partyjkę wampirzego brydża. Wampirzy brydż różni się bowiem od ludzkiego tym, że grasz z osobami, które ogólnie w dupie mają zasady, byleby wygrał ten, kto wygrać powinien - a w tym wypadku była to Baile.
Miała o tyle ułatwione zadanie, że faktycznie zajmowała dwa ciała nieróżniące się od siebie absolutnie niczym. Nie była jak para bliźniąt. Nie była też jak rozszczepiona osobowość czy oddzielone od siebie półkule mózgowe. Jest ze sobą w pełni tożsama.
Anszel stoi w hierarchii niżej, a ja znajduję się całkowicie poza nią, więc żadne z nas nie miałoby prawa wygrać, gdybyśmy grali w parze. Baile uznała więc, że ciekawiej i zabawniej będzie, jeśli się podzieli. Wtedy, cokolwiek by się nie stało, przegra z kimś równym sobie.
Przyznaję, miałam myśl, że to dziecinne, ale przeszło mi bardzo szybko, bo już podczas następnej wizyty w Gnieździe, gdy na moich oczach - nigdy nie uwierzyłam, że przypadkiem - Baronowa rozkazała ukarać zbyt krewkiego podwładnego. Nie byle kogo, bo widziałam, że gdy go prowadzono, tak Moisze, jak i Baile pochylali głowy nisko w geście poddaństwa.
Wtedy też pierwszy raz zobaczyłam w akcji Herszela.
Nie tylko nie pochylił głowy, stając na przeciw skazanego. Ledwie skinął nią, mijając Baronową, gdy wychodził zza jej tronu, a krąg, w którym stałam, jak na komendę wykonał krok w tył. Czułam, jak powietrze wokół mnie gęstnieje, widziałam, jak odwracają się spojrzenia i zginają karki. Skazaniec wrzeszczał wniebogłosy, próbował wyszarpać się z łańcuchów, ale kiedy Herszel stanął metr przed nim, zamarł nagle, jakby skamieniał i tylko patrzył na swego egzekutora. Żaden z nich nie mrugał, żaden z nich nawet nie drgnął. Więzień na kolanach, oprawca, górując nad nim. Nie wiem, ile to trwało. Ten bezruch i ta absolutna cisza.
Potem dłoń Herszela uniosła się powoli i zobaczyłam jego szpony. Wyciągnął palec wskazujący i oparł sztych o czoło skazanego tuż pod linią włosów. A potem zaczął ciąć. Milimetr po milimetrze. Powoli, ale pewnym ruchem istoty mającej całkowitą kontrolę nad swoim ciałem i sytuacją - to było naprawdę okropne, to wrażenie, że nie pracuje żaden niepotrzebny mięsień i żadne ścięgno. Nadal patrzyli sobie w oczy. Krąg wokół nich niezmiennie tkwił w bezruchu.
Szpon przeciął twarz i gardło. Oczywiście nie było krwi, choć w atawistycznym odruchu spodziewałam się jej, mimo całej wiedzy, jaką już wówczas posiadałam. Herszel uniósł drugą dłoń i jednym wprawnym szarpnięciem zdarł skórę z czaszki skazanego. Błysnęła biała, martwa kość. W każdych innych okolicznościach bym zwymiotowała. Tak jedynie śniłam koszmary przez następny tydzień.


Beta
Ściskam w dłoniach reklamowy kubek z herbatą. Próbuję je rozgrzać, ale to wcale nie jest takie łatwe, wobec obniżonego kolejnym transem i dawką prochów ciśnienia. Większość skutków ich działania zdążyła się już ulotnić, ale nadal czuję się lekko naćpana. Muszę się oprzeć biodrem o kuchenną szafkę, bo inaczej po prostu bym się przewróciła i zasnęła z powrotem. Dla mnie to tam nic, po prostu wstałabym w swoim czasie i tyle, ale Iliana nie dałaby mi potem żyć. Trułaby gorzej niż matka, chociaż oczywiście na wszystkie inne tematy, starannie unikając sedna sprawy. Bo jeszcze by wyszło, że jej zależy.
Łypię znad kubka najpierw na nią, a potem w stronę zagraconego pokoju pracowni.
- Nie mów mi, że znowu jesteście razem - burczę i biorę łyk herbaty.
Iliana wzdycha, wywracając oczyma.
- Po pierwsze, to nie twoja sprawa - mówi. Ta, jasne, jej życie nie jest moją sprawą, ale moje życie jej jak najbardziej. - Po drugie, naprawdę, to nie jest teraz największy problem.
Mimo wszystko cieszę się, że nazwała Marina problemem.
Ale ma rację, to nie jest teraz największy problem - ani jej, ani mój.
- Będziesz musiała wyjechać - oświadczam bez wstępu.
- Co?
- To. Najlepiej jutro. Albo jeszcze dzisiaj.
- Oszalałaś? - prycha Iliana i otwiera lodówkę. Czegoś w niej szuka. Szeleszczą foliówki, stuka słoik o szklaną półkę.
Ten dźwięk przywołuje powidok niedawnego koszmaru. Ciemną łazienkę. Jej odbicie w lustrze.
Tłumię dreszcz.
- O co ja pytam. Jasne, że oszalałaś. Dawno temu oszalałaś. Dobrze wiesz, że nawet gdybym chciała wyjechać, nie dostanę przepustki.
Tak, przepustka. To może być problem, ale nie taki, z którym bym sobie nie poradziła. I też pewnie nie taki, z którym by sobie nie poradziła Iliana. Jestem przekonana, że ze swoją siłą przebicia coś zdołałaby wynegocjować. Jakąś delegację albo inne gówno.
- To nie są żarty! - cedzę przez zęby. - One wiedzą, jak wyglądam. Znają moje imię. Wiesz, że jeśli cokolwiek...
Przerywa mi brzęk tłuczonego szkła. Iliana stoi zamarła na tle otwartej lodówki, z kapciami obryzganymi ćwikłą.
- Spuściłaś to sobie na nogi? - pytam.
- Co ty powiedziałaś...?
Oczy mojej siostry są ogromne. Przerażone. Nie wiem, czy kiedykolwiek widziałam jej twarz w takim stanie.
- No, więc jak mówię, to nie są żarty - wzruszam ramionami. - Dupa w troki i cię nie ma.
- Hristi, do cholery! - głos skacze jej w górę, ociera się o histerię. Widzę, jak na policzki wypełzają rumieńce.
Przyznaję, trochę nie wiem, co robić.
Nie wiem, jak jej to wszystko wytłumaczyć.
- Jak widzisz, jeszcze żyję, więc masz trochę czasu - zaczynam. - Wampiry zatarły ślady tego, co zrobiłam w Sypialni, ale nie jestem...
Milknę.
Spoliczkowana.
Nim mija szok, Iliana wpada do pokoju jak furia.
- Wyjdź - rzuca w kierunku Marina.
- Ale...
- Wyjdź, powiedziałam! - nie pozwala mu do kończyć. Wściekłym gestem wskazuje drzwi. - Idź na spacer!
Nie wiem, czy moja siostra tak bardzo zdominowała swojego faceta, czy może zadziałało zaskoczenie, ale fakt faktem, że rudzielec karnie podnosi się z fotela, zakłada buty, bierze kurtkę i wychodzi, nie zająknąwszy się nawet o tym, że mieszkanie jest jego. Przez ułamek sekundy jest mi go nawet żal, ale potem dociera do mnie, że to głupie, bo w gruncie rzeczy chodzi o to, żeby go chronić.
- A ty siadaj - syczy Iliana w moim kierunku.
Nadal jestem trochę naćpana, więc i tak bym usiadła. Wkurwia mnie, że ona teraz będzie myśleć, że jej posłuchałam. Akurat. Niedoczekanie. Byłabym mniej skołowana, to dopiero bym jej pokazała.
- Co tam się stało.
Wzruszam ramionami obojętnie, chociaż ta obojętność tkwi tylko w moim ciele. Umysł wciąż plącze się w obawach i domysłach. Wciąż wyje na alarm i wyzywa mnie od pierdoły i idiotki na okoliczność tego, że siedzę zawinięta w koc, zamiast działać.
- Nadal nie pamiętam - odpowiadam szczerze.
- Ale w Gnieździe czegoś się dowiedziałaś.
Przytakuję i chwilę szukam w otępiałym mózgu odpowiednich słów, wystawiając cierpliwość mojej siostry na ciężką próbę.
- Tak. Głównie tego, że zrobili ze mnie totalną idiotkę - odpowiadam wreszcie i jestem niemal pewna, że to dokładnie nie te słowa, o które mi chodziło.
- Wampiry?
- Nie. Śniący.
Przecieram twarz dłońmi, trę mocno, aż nie zaczynam czuć bólu w policzkach. Pakuję sobie kciuki pod łuki brwiowe i próbuję na bieżąco układać wnioski.
- Nie mogę im ufać, Iliana - mruczę na wpół do siebie tak naprawdę. - Coś odwalili. Coś, w co nie zostałam wciągnięta, a co musieli przygotowywać od dawna. Jakiś rytuał. Tak podejrzewam. Po tym, co widziałam.
- A co widziałaś?
Trudno mi się zawsze z nią rozmawia na te tematy. Nigdy nie była w Gnieździe, nie jest Śniącą. Ale to moja siostra, a program i tak został odtajniony po pierwszych znaczących sukcesach. No i Iliana jest dobra w negocjacje - tym w końcu zarabia te swoje koła - więc ostatecznie wydusiła ze mnie nawet położenie Sypialni.
Co zresztą uratowało mi dupę ostatnio.
- Jedna z wampirzyc - mówię więc, nie wdając się w szczegóły - bardzo potężnych wampirzyc, taka suka alfa rejonu, została przez nich załatwiona. Nie wiem, czy ostatecznie i wampiry też nie wiedzą, ale wyglądało to... nieciekawie. W Gnieździe wre.
- Kurwa.
- Będzie jatka, oni tak tego nie zostawią. Nawet gdyby to nie była Baronowa, to, rozumiesz, ktoś z nas uszkodził wampira. Ktoś pokazał, że potrafi to zrobić nawet w tym stadium. Tego się nie da tak po prostu zamieść pod dywan, choćby się nawet okazało, że wszystko to tylko wypadek, w co zresztą nie wierzę.
- Ale skąd wiedzą, że...
Bezradnie kręcę głową.
- Jedyne, co mi przychodzi do głowy - odpowiadam zgodnie z prawdą - to to, że ktoś mnie zdradził. Ktoś z nich, ze Śniących. Może chodzi o to, że jako jedyna w oddziale nie znałam szczegółów planu, a potem za dużo widziałam. Może chcieli się mnie pozbyć. Nie wiem... - Wczepiam palce we włosy, pochylam głowę, usiłując się schować. - Naprawdę nie wiem...
Czuję na barku dłoń. Druga dotyka tyłu mojej głowy i przyciąga mnie lekko. Iliana zamyka mnie w objęciach.


Theta
Tym razem moim przewodnikiem została Henda i doskonale wiem, że nie jest to dobra wieść.
Henda wyróżnia się głównie tym, że nie ma twarzy. Tak przynajmniej sądzę, bo nic nigdy nie było w stanie rozświetlić cienia rzucanego przez kaptur na tyle, bym dostrzegła chociaż zarys jej podbródka czy nosa. Oczywiście istnieje możliwość, że tam w głębi znajduje się coś, co funkcję tej twarzy spełnia, ale nie byłabym szczególnie zdziwiona, gdyby okazało się, że wcale nie, choć w jakiś sposób musi wysysać krew, więc pewnie posiada jakiś substytut szczęk i kłów.
Może Henda usunęła sobie twarz. One są do tego zdolne. Są zdolne do wszystkiego. Albo też ukarano ją jak tamtego, któremu zdjęto skórę z czaszki. Albo przesadziła podczas jakiejś sesji upiększania. Fakt, że wampirzyca nigdy się nie odzywa i porozumiewa się wyłącznie gestami, zawsze brałam za pewną wskazówkę. To dlatego jej pojawienie się na schodach - tym razem wyrosły przede mną w jednej z blokowych bram - nie jest dobrą wiadomością. Ona się nie odzywa, ja mam się nie odzywać. Nie mają paść żadne słowa, aż nie zejdę na dół. Nie ma możliwości, żebym cokolwiek z niej wyciągnęła i w jakikolwiek sposób przygotowała się na to, co mnie czeka - chociażby przez głupie i bezsensowne zaciśnięcie widmowych pięści.
Nie wiem, w co wampiry ze mną pogrywają. Nie wiem, w co pogrywa ze mną szefostwo i inni Śniący i wszystko to naprawdę napina mi nerwy do granic możliwości. W końcu wybuchnę. Mogę mieć jedynie nadzieję, że w stosunkowo kontrolowanych warunkach i najlepiej z dala od ludzi, na których mi zależy.
Czyli z dala od Iliany.
Drugą charakterystyczną cechą Hendy jest jej suknia. Cała składa się z łańcuchów. Opadają z jej ramion, oplatają talię i brzęczą ciężko wokół nóg. Gdyby śmiertelna kobieta chciała założyć podobną kreację, miałaby pewnie kłopot ze wstaniem z krzesła, a wampirzyca porusza się w tym jak w lekkim jedwabiu. Nie wiem, czy coś mogłoby skuteczniej przypominać mi o ich fizycznej sile niż podobne ekstrawagancje.
Łańcuchy brzęczą zimno spływając za nią po stopniach. Dźwięk jest okropny, lodowaty, zwielokrotniony przez echo i podszyty czymś dziwnym, czymś obcym w tym kontekście. Czymś, co sprawia, że w absurdalny sposób kojarzy się z płaczem.
Staram się to ignorować i całą uwagę skupić na świetle latarni.
Tym razem nie zmierzamy do sali tronowej z zastygłą, chwiejącą się na granicy śnienia Baronową. Zgaduję, że nie mamy po co tam iść, że nikt, prócz osobistej gwardii władczyni, już tam nie przychodzi - chyba tylko po to, by sprawdzić, czy coś wskazuje na to, że zapadła już w sen.
Henda prowadzi mnie głęboko i nisko. Dużo niżej, niż chciałabym być poprowadzona - to znak, że oczekuje mnie ktoś ważny, a po śmierci baronowej przychodzi mi do głowy tylko jeszcze jeden wampir.
I tak, bardzo nie chcę tego mówić, ale poznaję miejsce, w którym się znajdujemy. Poznaję dziwne drzwi przypominające kształtem nachodzące na siebie skrzydła owada i to dziwne wrażenie, że w otoczeniu jest coś sztucznie organicznego. Jakby ktoś próbował pobudzić przestrzeń do życia, ale nie potrafił już sięgnąć pamięcią do czasów, w których wiedział, czym jest życie.
Kiedy wspominałam, że Herszel nie wyróżnia się aparycją, powinnam była dodać, że oczywiście nadal mówimy o wyróżnianiu się na tle wampirów. Bo nie, może z głowy nie wystają mu rogi, może nie ma drugiej głowy, skrzydeł, łusek ani nawet czarnych żyłek wokół oczu, ale wystarczy jedno spojrzenie, by mieć absolutną pewność, że to nie jest ludzka istota.
Po naszemu rzecz ujmując, można by powiedzieć, że Herszel jest albinosem. Nawet rzęsy ma absolutnie białe, bez szczypty pigmentu, co w połączeniu z wampirzymi oczyma i obowiązkową czernią ubrania, którą on akurat lubi dopełniać ciemnym błękitem, daje porażający kontrast. Herszel też - co wyjątkowe i łudzące - mruga. Czasem nawet zdarza mu się opuszczać powieki na dość długo i mam teorię, że jest to jakoś związane z jego darem, tylko nadal nie mam pojęcia jak. W każdym razie, kiedy się z nim rozmawia, można odnieść wrażenie, że niewiele różni się od innych słuchaczy. Ma te same gesty, podobną, wyrazistą jak na krwiopijcę mimikę. Chociaż z tą mimiką może przesadzam, bo kiedy obserwuje się jego twarz, w pewnym momencie pojawia się dziwne wrażenie przesunięcia obrazu. Jakby odtwarzał film, a nie reagował naprawdę. To bardzo luźna teoria, ale czasem zastanawiam się, czy nie jest tak, że czytając myśli innych, na jakimś poziomie sam je odtwarza. Trochę jak w wypadku neuronów lustrzanych, choć oczywiście te w jego martwym ciele nie pracują.
O ile jednak pewne podobieństwa sprawiają, że takiego Moisze łatwo wziąć za na swój sposób swojego, o tyle Herszel jest w tym po prostu przerażający. Nawet w tych zamierzchłych czasach, w których go lekceważyłam, nie pomyślałabym ani przez sekundę, że można mu zaufać.
Boję się go.
Przy wszystkich dziwactwach i okropnościach, jakie widziałam, najbardziej boję się właśnie jego. Tego milczenia. Tej pozornie ruchomej twarzy. Tych zakończonych dziesięciocentymetrowymi szponami dłoni i tej pierdolonej telepatii.
Moje ciało tu jest tylko manifestacją, tylko widmem, a mimo to bezustannie czuję, jakby skrobał mi jednym z tych pazurów w tył czaszki. Od środka. Zostanie z nim sam na sam omal nie przekracza moich możliwości. Chcę stąd uciec. Chcę się obudzić. Marzę o bluzie z kapturem, kocu w kratę, Panu Tulisu i kubku kakao.
A on doskonale o tym wszystkim wie.
Patrzy na mnie długo, lekko marszcząc białe brwi i nie mogę przestać się zastanawiać, komu ten gest ukradł. Jakiejś ofierze?
- Jeśli musisz wiedzieć, tak.
Kurwa.
Kurwa, kurwa, kurwa.
- Usiądź, proszę. - Wskazuje mi krzesło. Zimny błysk przebiega po komplecie pięciu szponów z których jeden wystarczy, żeby w przeciągu ułamka sekundy porozcinać człowiekowi wszystkie ważne tętnice.
To wampir, myślę, żeby się uspokoić. Wampiry nie marnują w ten sposób krwi.
Herszel nie komentuje, ale unosi kącik bladych ust w półuśmieszku. Dobry jest. Mogłabym przysiąc, że przez chwilę widziałam, jak wokół jego oczu tworzą się zmarszczki mimiczne.
- Dlaczego - wyrzucam z siebie, zmuszając widmo do imitacji pozycji siedzącej. Wiem, że nie muszę precyzować i bardzo dobrze, bo każde słowo kosztuje mnie stokroć za dużo.
- Bo tylko tobie mogę zaufać. W pewnym ograniczonym stopniu oczywiście.
Jeśli Herszel mówi coś takiego, to zwyczajnie nie może być przypadek. Ale przecież wie, jak bardzo się go boję. Musi wiedzieć, że gdybym tylko znalazła sposób, to jego pozbyłabym się jako pierwszego.
I albo jest gotów podjąć to ryzyko, albo tak bardzo jest przekonany, że choćbym się dwoiła i troiła, nigdy nie zdołam mu zagrozić.
Pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to zagranie ich kartą - uznanie pozytywnego komunikatu za wstęp do paktu i postawienie warunków. Tylko że to obnażyłoby mnie doszczętnie. Wskazałoby, na czym zależy mi najbardziej.
- I tak wiem.
A ja nie mogłabym mieć nawet cienia nadziei na to, że którykolwiek z krwiopijców dotrzyma danego mi słowa.
Herszel patrzy na mnie uważnie. Milczy.
Zachowuje się, jakbyśmy mieli czas. Bardzo dużo czasu.
- Zapewne wiesz już, że zawdzięczasz nam zatarcie śladów w Sypialni i to, że jeszcze się nikt po ciebie nie zgłosił.
Kiwam głową. Wiem, co znaczą te słowa: Masz u nas dług.
- To, co nas łączy, Hristino - wzdrygam się, słysząc swoje imię w plugawych ustach wampira - to to, że zostaliśmy oszukani. Więcej. Zostaliśmy oszukani przez tę samą grupę interesów. Za to oczywiście grozi zemsta. Na ile rozumiem wasz świat i na ile pamiętam pewne... własne reakcje, twój organizm podpowiada ci, co z tym zrobić.
To prawda. Odkąd się dowiedziałam, jestem tak pobudzona i wkurzona, że ledwie udało mi się zapaść w letarg. Czuję ciągłą potrzebę działania. Ciągły gniew. Mogłabym biec przed siebie wiele godzin, mogłabym tłuc pięściami w ściany. Jedynie lata doświadczenia i troska o Ilianę działają jeszcze jak hamulce. Każą się rozglądać i zastanawiać.
Naprawdę nie potrzebuję, żeby ktoś popychał mnie ku przepaści. Prędzej czy później sama w nią wskoczę.
- Ja nie mam tego komfortu. - Herszel odchyla się na swoim krześle, prostuje długie nogi i splata dłonie na brzuchu. Nadal nie spuszcza ze mnie wzroku. Nadal czuję jego zimne szpony wbite w umysł. - Nie mogę zdać się na instynkty.
- Nie powiesz mi, że cię to bardzo boli - prycham i jeszcze zanim kończę zdanie, wiem już, że popełniłam błąd.
Czarne oczy zamieniają się w pełne wściekłości szpary, wampir zrywa się z miejsca. Metal jego szponów ze zgrzytem wbija się w blat oddzielającego nas stołu. Drewno pęka jak kruche szkło, rozsypuje się w drzazgi. Drugi zestaw szponów zatrzymuje się pół milimetra prze moją krtanią. Herszel szczerzy kły, a z jego twarzy znikają resztki człowieczeństwa.
Tkwię na swoim miejscu sparaliżowana. Niezdolna nawet do odwrócenia wzroku.
Nie mam tu ciała, przypominam sobie.
Ale oni i tak wiedzą, gdzie jest moje ciało.
- Wszystko - syczy Herszel - czego teraz pragnę, to czuć gniew. Pozwolić, żeby to, co mnie wypełnia, spaliło się w gniewie.
Nie od razu dociera do mnie to, co powiedział.
A potem...
- Wszystko, czego pragnę, to ciało.
...potem jest za późno.


c.d.n.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Ciszej nie będzie [+16, kontynuowane]

Post autor: Kanterial » 02 stycznia 2018, 20:22

zatrzymuje się pół milimetra przed moją krtanią.
i jeszcze, z czepiania się: tam jest ta chwila, gdy Herszel dokonuje egzekucji. Od razu (jeszcze przed końcowymi akapitami o Herszelu) zwróciło moją uwagę to, że bohaterka zaznacza, że oba wampiry nie mrugają. Miałam taką myśl, że hej, one chyba w ogóle nie mrugają.
Potem potwierdza się to, bo mruganie jak rozumiem jest u Herszela czymś na kształt ewenementu

No to tak. Część pod "Deltą" mocno mnie zaniepokoiła - przestraszyłam się, że nie jestem pewna, czy narrację nadal prowadzi bohaterka czy może to jej siostra. Bo jednak lustro i jednak ta sama twarz i nagle takie wtf, chwila, czy siedzę w głowie Iliany? Fajnie więc, że to się wyjaśnia i że Hristi wraca myślami do koszmaru, rozwiewając wątpliwości.

Czytało mi się dobrze. Odczucia w sumie stałe - jestem pozytywnie zaskoczona wrażeniem, które wywołuje u mnie główna bohaterka, dobrze się czuję z jej perspektywą i to jest przyjemne i mnie ciekawi bardzo. Wciąż obawiam się swojego stosunku do wampirów i tego, czy on w ogóle będzie. Chyba będzie, bo Herszel wszedł na scenę i ta jego złudna zdolność do naśladowania mimiki bardzo mnie niepokoi. Może być tym, co zaważy na obrazie wszystkich wampirów.
Bardzo uderza mnie to, jak mi działa na zmysły ten tekst. Chyba żaden inny twój aż tak mocno tego nie robił. Tutaj, zwłaszcza przy scenach z wampirami, naprawdę wszystko widzę. Ta wydłużona, gotycka i mroczna wizja wampira (wampirów) bardzo, bardzo kojarzy mi się z kreską Tima Burtona (jego obrazki głównie, choć animowana gnijąca panna młoda nieźle oddaje styl) i te słowa się łączą w spójny, fascynujący obraz. Właśnie, to jest jak oglądanie ilustracji z Devianta. Serio. Sceny w Gnieździe tak na mnie działają. Super.
I jeszcze doszły teraz efekty dźwiękowe, bo z jakiegoś powodu, nie umiem określić dokładnie, te łańcuchy i płaczliwy odgłos "pod nimi" to było... no było. Chyba najmocniej we mnie walnęła ta właśnie chwila. Wyobraziłam to sobie, było prawdziwe, miało sens, choć nie miało sensu bo to wizja tak nierealna i no. Ten.
Chyba najbardziej podziwiam ten aspekt chwilowo - to, jak pokazujesz otoczenie i jak wpływasz na zmysły - poza rozpracowanym pomysłem na mechanikę świata.

Co do fabuły, cieszy mnie, że się rozjaśnia sprawa z pierwszej wrzutki. U mnie trochę łopatologicznie trzeba :facepalm: więc rozmowa sióstr była jak zbawienie. Upewniłam się całkiem, że Hristi została zdradzona, że nie tylko Wampiry są niegodne zaufania i cóż, to brzmi o wiele lepiej jako napęd fabularny, niż sam konflikt z krwiopijcami. Jestem też zafascynowana poniekąd łatwością, z którą info o zabiciu grupy osób przeszło u bohaterki, to obrazuje bardzo jej psychikę.

No i kiedy wampiry zaczynają się skłaniać ku zaufaniu konkretnej osobie, tej właśnie, zdradzonej również przez ludzi... Tu chyba zaczął się mój zajar. Taki w związku z tym, co możesz wymyślić pod hasłem "współpraca". Czekam.

Czekam bardzo.
I nadal - siostry ftw.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 220
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Ciszej nie będzie [+16, kontynuowane]

Post autor: MononokeGirl » 14 stycznia 2018, 11:09

Dawno mnie nie było po komciającej stronie, ale mam zamiar wreszcie ponadrabiać zaległości :D
Co ja mam ci tu mądrego napisać... Nie bardzo potrafię wymyślić coś więcej niż typowe, blogaskowe: "ale fajne, pisz więcej" xD Niestety Kruff, piszesz za dobrze xD Także, qrcze, kiedy pojawi się kolejna wstawka? ???? Czyta się to jak pełnoprawną książkę i jak piszesz o tym jak o farfoclu to ten... Wpędzasz w kompleksy tak trochu :grzybki:
Co do wcześniejszego komcia Marszy z "wolniejszejszym tempem" to ja go nie zauważyłam ani czytając po raz pierwszy, ani po raz kolejny... Tak zaznaczam.
Mam ogromną słabość do urban fantasy i krwiopijców. Dekoracje bardzo do mnie przemawiają, a twoje jak na razie są świetne. Idealnie takie jak tygryski lubią najbardziej. Lubię gotyckość opisów wampirów. Te ich ubrania (płacząca suknia z łańcuchów!), wygląd, odzwierciedlajacy "mhhhroook" duszy - podobają mi się rogi Moisze, pióra i maska Baronowej (jej druga głowa już nieco mniej xd), czy białe rzęsy lub szpony Herszela. Przemawia to do mojej estetyki i chętnie bym ich zobaczyła na ilustracjach w książce, czy na małym ekranie w serialu. Opisy, na których brak narzekałam w RIP i Odpadzie tu są w sam raz. Widzę każdy szczegół, nie było scyny, gdzie był się pogubiła.
Jeszcze co do serialowości - słucham sobie piosenek, które wrzucasz w urywkach i mega mi to pasuje (za Little Wicked dziękuję, bo nie znałam, a podpasowało mi i wylądowało w play liście *^.^*).
Jeśli chodzi o fabułę to zasada "rzuć trupem, a czytelnicy są twoi działa sprawnie" xD Podoba mi się jak zawiązałaś główny wątek. Zapowiada dużo akcji, a biorąc pod uwagę, że główny motyw tej historii to sen to akcja się przyda. Fajnie, że Hristi została postawiona pomiędzy dwoma światami i że nie jest fanatyczką, która by ślepo nienawidziła. Ta jej ciekawość i jakieś zrozumienie wampirów do mnie przemawia. Z drugiej strony ma dobry powód, aby ich nienawidzieć, więc tym bardziej doceniam jej trzeźwe patrzenie na problemy. Nadal ni w ząb nie rozumiem tego jak i czemu Hristi rozniosła swój oddział w strzępy, jak wampiry jej pomogły posprzątać ten bałagan... To, że została zdradzona przez ludzi i musi szukać sprzemierzeńców wśród wrogów jest genialnym napędem. Tak samo jak "śmierć" Baronowej, zagadka w jaki sposób komukolwiek udało się ją dorwać, czy walka o władzę wśród wampirów.
Tak tylko zastanawia mnie wampirze Zaśnięcie... Skąd wiedzą, że to sen ze świadomością i głodem, ale bez możliwości kontroli ciała? Jak to sprawdzili? Bo skoro się nie ruszają i nie piją krwi, która ich konserwuje to pewnie się rozpadają. A w pewnym momencie zostaja same kości. Jakaś dusza byłaby przywiązana do kości i nadal utrzymywała świadomość, głód itd? A jakby te kości przerobić na mączkę kostną to też? Albo spalić? *ciężka rozkmina +milion - wyobraziła sobie tą mączkę i potępioną duszę Baronowej* Chociaż rozumiem, że wierzyć w coś muszą. Coś ich napędza, aby dalej żyć, nawet jako potępieniec. *a gdyby popełnili samobójstwo, nie chcąc krzywdzić innych żywych istot - nawet niby demonów - to czy zostaliby zbawieni, czy potępieni? - rozkmin ciąg dalszy xD* Chociaż ostatnia scena i rozmowa z Herszelem sugerowałaby, że jednak nie mają ciał, a skoro tak to co oni karmią krwią? *tu mózg się zawiesił i czeka na format dysku*
Nie rozumiem też jak to się stało, że Hristi obudziła się w mieszkaniu Marina (Iliana wiedziała, gdzie jest Sypialania, ale skąd wiedziała, że musi pomóc siostrze?) I ogólnie najpierw piszesz, że Hristina sama przechodzi przez szkolenie, a potem nagle się okazuje, że one utrzymują ze sobą kontakt. I nie tylko utrzymują, ale są ze sobą na tyle blisko, że Iliana jej pomaga, martwi się o nią, pociesza ją (chociaż powinna być przede wszystkim wkurwiona tym, że przez lekkomyślność Hristi ona też wpakowała się w to bagno). Mam nadzieję, że szykujesz to w puzzlach gdzieś dalej.
Także ogólnie jestem fanką Herszela. Zły albinos to mój typ od momentu, gdy zakochałam się w Sesshoumaru z "Inuyashy" *i wcale nie mam naturalnych rozmiarów fresku z nim na ścianie...* xD
Pozachwycałam się, pozachwycałam i to tyle... To kiedy kolejna? xD
:fire: :fire: :fire: PŁOŃ I PISZ! :fire: :fire: :fire:

Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Ciszej nie będzie [+16, kontynuowane]

Post autor: pierdoła saska » 15 stycznia 2018, 08:50

To będzie krótki i zapewne mało wnoszący komentarz, ale chcę zaznaczyć, że ciągle czytam. Sęk w tym, że moje odczucia są prawie takie same jak po rozdziale drugim, więc na dłuższą metę powtarzałabym się. Nadal jestem zafascynowana światem, Herszel tylko to zafascynowanie podlał i teraz ono kwitnie. Obrazowość wszystkich wampirzych scen jest niesamowita, biję pokłony, bo czytając widzę to co opisujesz i oż cóż to są za obrazy *-*
Motyw zdrady także dołożył mi się do zaciekawienia - coś się wyjaśniło i w zamian zostawiło po sobie kolejne pytania <3 Doceniam, lubię, chcę więcej.
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

ODPOWIEDZ