UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Tytuł PROZY LIPCA
zdobyło ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee.

Serdecznie gratulujemy! :D

Heidenhainstraße 13 [Proza Marca 2018]

FANTASTYKA
W odróżnieniu od literatury realistycznej, fantastyka jest literaturą bardzo aktualną. ~ Kir Bułyczow
Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Heidenhainstraße 13 [Proza Marca 2018]

Post autor: pierdoła saska » 09 stycznia 2018, 22:25

Bo w zasadzie dawałam to w pierwszej wersji i cóż, niech się rozdział zamknie ;)



i nie ma jak zaczynac rok 2018 czymś napisanym w eee 2014-15 i później redagowanym raz, drugi... trzeci in progress :facepalm:

Heidenhainstraße 13 S. Jentsch W okolicy mówiono, że na ostatnim piętrze kamienicy przy Heidenhainstraße 13 mieszka czarodziej. Oczywiście, robiono to tylko szeptem, a już na pewno nie wspominano o nim w pobliżu kościoła przy Kaiserstraße. Co innego na skwerku albo w tramwaju – osiemnastce – który zatrzymywał się przy Klinice Uniwersyteckiej. Tam szeptem i za osłoną Breslauer Neueste Nachrichten opowiadano, że to nie żaden hochsztapler i naciągacz, ale prawdziwy czarodziej, który rozmawia z duchami, leczy wszelkie dolegliwości, potrafi zajrzeć w przyszłość albo rzucić zły urok. Między Kaiser i Paßbrücke słyszeli o nim wszyscy i każdy uważał, że zna kogoś, kto z czarodziejem rozmawiał i wiele na tym zyskał. I choć tak go sobie chwalono, to jednak w ściszonych głosach krył się strach, dodający dreszczyku emocji rozmowom. Dorośli, jak dzieci, szeptali między sobą o krewnych i znajomych, co pchani koniecznością zwrócili się do czarodzieja po pomoc, a przy każdej kropce rozglądali się jakby z obawy przed niepowołanymi uszami. W ciągu miesiąca od chwili sprowadzenia się czarodzieja do pustego profesorskiego mieszkania, mówienie o nim stało się grą salonową na Przedmieściu Piaskowym.
– Bratanek znajomej był u niego, gdy zachorowała jego narzeczona. Mówił, że czarodziej przyjechał gdzieś z dalekiego wschodu. Bratanek znajomej jest lingwistą i po akcencie doszedł do tego wniosku – pani Brandt opowiadała szeptem przyjaciółce, co sama usłyszała kilka dni wcześniej. – Powiedział, że być może pochodzi nawet gdzieś z głębi Rosji. Opowiadał mi też niesamowite rzeczy zasłyszane z kolei od swoich znajomych, podróżujących naukowo w tamte strony – dodała z przejęciem, niezdolna jednak przytoczyć żadnej z tych opowieści. Zbyt nią wstrząsnęły, gdy ich słuchała, by zdołała zapamiętać szczegóły.
Pani Jentsch przysłuchiwała się jej z uwagą i zapamiętywała wszystko, co tylko tyczyło się czarodzieja. Obie spędzały popołudnie w cieniu drzew okalających skwerek przy Heidenhainstraße, uważnie przy tym obserwując, jak ich synowie bawią się ze sobą. Chłopcy biegali w najlepsze, śmiejąc się, jak to tylko dzieciom wolno w ich niedorosłej naiwności. Pani Jentsch spojrzała ukradkiem w stronę okien przeciwległej kamienicy i odszukała te od mieszkania czarodzieja. Drgnęła, gdy dostrzegła ruch zasłonki.
Czy ją zauważył Co sobie pomyślał Czy zaraz wyjdzie na należący do mieszkania taras i zacznie ją obserwować Widywano go wszak tam nie raz i nie dwa!
Odetchnęła i spojrzała na syna. Widok chłopca podrzucającego piłkę pomógł jej przywołać z powrotem spokojny uśmiech. Z nieco zlęknioną czułością spoglądała na dziecko i utwierdzała się w przekonaniu, że dłużej zwlekać nie może. Już od tygodnia nosiła się z zamiarem odwiedzenia czarodzieja w bardzo poważnej sprawie, miała bowiem nieodparte wrażenie, że mąż coś przed nią ukrywa i obawiała się najgorszego. Nie zdrady, bo to można by rozwikłać ugodowo, ale długów lub co gorsza długów i choroby.
– Słyszałam – odezwała się słabym głosem, gdy pani Brandt zamilkła na chwilę – że nie zawsze oczekuje pieniędzy za swoje usługi. I że nigdy nie mówi, czego oczekuje na początku rozmowy. Odkłada to na jej koniec, tak że nie wiadomo nigdy, czy na pewno się coś zyska, czy może pogrąży jeszcze bardziej.
– W kościele przestrzegają, że przez obcowanie z nim można duszę stracić, ale to mogą być puste groźby. Oni się go boją i...
Pani Brandt przerwała nagle i poderwała z miejsca. W kilku krokach zbliżyła się do swojego syna i stanowczym tonem zaczęła rugać go za rzucanie kamieniami w stronę psa pana Müllera. Saskia Jentsch westchnęła i ponownie spojrzała ku oknom na trzecim piętrze. Też bała się czarodzieja, ale jeszcze bardziej obawiała się zostać sama na świecie. Poza mężem i jego rodziną nie miała nikogo, kto mógłby ją wesprzeć, a życie, jakie wiodły kobiety niezamężne, same borykające się ze światem, nie było na jej nerwy. Przywykła do bycia tą, którą się opiekują. Nie nauczono jej niczego innego i paraliżujący strach ogarniał ją, gdy zostawała w pokoju sama. Rodzice i dziadkowie już pomarli, więc nie mogliby wziąć jej ponownie pod swój dach. Nie miała rodzeństwa, a cała dalsza rodzina mieszkała poza Prusami. Gdyby mąż zmarł i faktycznie miał długi, wówczas ona i pięcioletni Thomas szybko skończyliby na bruku.
Odetchnęła głęboko, wystraszona samą myślą o tym. Dla dobra własnego zdrowia i spokoju dziecka musiała odwiedzić czarodzieja i wiedziała, że czas nie gra na jej korzyść, a ciągłe odwlekanie tak przerażającej wizyty może zakończyć się tragicznie. Nie mogła ryzykować szczęścia swojego dziecka! Spojrzała na chłopca, bacznie przyglądającego się koledze obsztorcowywanemu przez matkę, jakby było to co najmniej przednie widowisko, i podjęła decyzję.
Jutro.
Jutro już na pewno zdobędzie się na odwagę.

Od rozmowy z panią Brandt minęły trzy słoneczne dni, w czasie których nie umiała się zebrać w sobie i odwiedzić czarodzieja. Jutro goniło jutro, a twarde postanowienia miękły tak, jak w czwartkowy poranek rozmiękała ziemia na skwerze przy Heidenhainstraße. Saskia nie mogła odpędzić od siebie myśli, że ktoś ją rozpozna i doniesie mężowi lub jednemu z jego znajomych, i koniec końców Herman i tak się dowie. Byłaby wówczas skończona. Pan Jentsch kochał swoją małżonkę nad życie i nie zniósłby nawet podejrzenia, że mogłaby go zdradzać, a przecież niemożliwością było, aby powiedziała mu, po co odwiedzała czarodzieja! W dodatku mówiono o nim, o czarodzieju, że jest młody, a przynajmniej młodo wygląda, i przystojny. Gdyby chociaż był stary i zgrzybiały, to miałaby cień nadziei, a tak?
Wrześniowy dzień miał w sobie coś z późnej jesieni. Zachmurzyło się jeszcze w nocy i od rana ulice spływały deszczem. Z okien Saskia widziała iskry strzelające z trakcji tramwajowej niemal za każdym razem, gdy torowiskiem przejeżdżał skład jadący w stronę Hali Stulecia lub centrum. Przyglądała się im pogrążona w rozmyślaniu o niewyraźnej przyszłości. Krople deszczu bębniły o parapet i zagłuszały wszystkie inne dźwięki. Dzięki temu czuła się bezpieczniejsza w swoim spiskowaniu. Synek bawił się w sąsiednim pokoju pod okiem opiekunki i nie słyszała go, zupełnie jakby nie istniał, a ona była sama. Sama ta możliwość przeraziła ją i pchnęła do działania. Hermana nie było w domu, Thomas miał opiekę, a przyodziana w palto chroniące przed deszczem mogła liczyć na to, że pozostanie niezauważona.
„Wszak w takie dni ludzie nie wychodzą chętnie z domów" – sama siebie próbowała przekonać.
– Heike, muszę na chwilę wyjść – oznajmiła opiekunce, stojąc w progu bawialni i z trudem ukryła zaskoczenie. Jej głos brzmiał pewnie, nie drżał i nie było w nim ani jednej podejrzanej nuty.
Dziewczyna przytaknęła grzecznie i Saskia uspokoiła się. Bez pośpiechu opuściła mieszkanie, przystanęła w drzwiach kamienicy i otuliła się dokładniej szalem. Uliczka przed nią była pusta, podobnie skwer oddzielający ją od bliźniaczych kamienic trzynastej i piętnastej. Wiatr dął niezachęcająco, jakby chciał wszystkich utwierdzić w przekonaniu, że nie powinni wychodzić z domów ani nawet zbliżać się do zimnych okien. Saskii dodawał odwagi. Niespiesznie obeszła skwer, aby nie ubrudzić błotem butów, w głowie zaś układała sobie scenariusze spotkania. Dobierała słowa niezbędne do wyłuszczenia dręczącej ją niepewności i próbowała przygotować się na reakcję czarodzieja. Wszak mógł zakpić z niej lub wyśmiać głupie kobiece problemy. Nie słyszała, żeby przez niego na światło dzienne wypłynęła czyjaś tajemnica, ale z drugiej strony mieszkał tu dość krótko i nie wiedziano, jak długo pozostanie. Może czarodziej póki co zbierał informacje i planował, jak je wykorzystać Może kara dla naiwnych miała dopiero nadejść
Pewnym krokiem weszła pod numer trzynasty i, nie poświęcając uwagi stróżowi, zaczęła wchodzić po schodach tak, jakby była tu gościem umówionym i nie istniały powody, aby ją zatrzymywać. To nie było dla niej trudne. Lata przy boku Hermana nauczyły ją tej pozornej pewności siebie, tak ważnej na towarzyskich spotkaniach, na których była jego ozdobą.
Strach dopadł ją dopiero na drugim piętrze i omal się nie rozmyśliła, gdy wyobraźnia podsunęła jej najróżniejsze rzeczy, których w zamian mógł zażądać czarodziej. Może pozostanie samą na bruku nie było najgorszym, co mogło ja spotkać Z trudem przełknęła ślinę. Pokonując ostatnie stopnie, mocno zaciskała dłoń na wyślizganej, drewnianej poręczy. Na trzecim piętrze, niezdolna zapukać, dłuższą chwilę wpatrywała się w pozbawione tabliczki z nazwiskiem drzwi. Gdy w końcu zebrała w sobie dość odwagi, aby to uczynić, głuchy odgłos uderzeń przyprawił ją o palpitacjęe serca. Cisza, która nastała później, nijak nie ukoiła nerwów. Spłoszone myśli powtarzały niczym mantrę: może nikogo nie ma w domu, może nikogo nie ma w domu... Bo przecież, tłumaczyła sobie, był środek dnia i czarodzieja mogło nie być w mieszkaniu. Niemożliwym było, aby nigdzie nie pracował i żył tylko z tego, co mu ludzie dali w zamian za usługi. A poza tym...
Szczęknął skobel otwieranego zamka i drzwi uchyliły się. Pani Jentsch zamarła.
– Tak? – zapytał młody mężczyzna.
Saskia przyglądała mu się w milczeniu, a w głowie kołatało jej pytanie „Czy to on? Czarodziej?" Patrzył na nią z góry, ale z pewnością był niższy od Hermana. Inna rzecz przecież, że jej Hermann był bardzo wysokim i potężnie zbudowanym mężczyzną. Tego młodego człowieka dało się opisać jako nieco ponad przeciętnego wzrostu. Miał pocieszną twarz i przenikliwe niebieskie oczy. Jego jasne włosy były dość krótkie i pozostawały w nieładzie, jakby dopiero co wyszedł z łóżka. Tej teorii przeczył bardzo porządny strój. Nie wiedziała, co o nim sądzić.
– W czym mogę pani pomóc? – odezwał się ponownie wciąż tym samym spokojnym tonem, który uspokoiłby ją w każdej innej sytuacji.
Drgnęła.
– Ja przepraszam, nazywam... Nazywam się Saskia Jentsch i szukam... – Przerwała, aby wziąć głęboki wdech i ułożyć w głowie pełne zdanie, a nie zacinać się jak panna, która przedwcześnie wyszła na salony. – To może zabrzmi niepoważnie, ale powiedziano mi, że tu znajdę czarodzieja...
– Ach. – Mężczyzna westchnął. – Pani do niego. Proszę. – Przepuścił ją w drzwiach. – Na lewo, proszę. Herbaty?
Przytaknęła. Bezskutecznie próbowała pohamować chęć przyjrzenia się wszystkiemu w niedużym salonie z oknami wychodzącymi na skwer. Nie spodziewała się niczego konkretnego, ale z pewnością liczyła na coś z duszą, tymczasem wydał się jej bardzo nijaki. Na półkach stało tylko kilka książek, brakowało rodzinnych pamiątek czy drobiazgów, które zbiera się przez całe życie. Monotonię ścian zakłócał jeden obraz – scena myśliwska nie najwyższych lotów – i nic ponadto. Zupełnie, jakby ktoś się stąd już wyprowadzał albo wręcz przeciwnie – dopiero sprowadził i wciąż czekał na większość swojego dobytku. Obie te opcje były po części prawdziwe, ale o tym Saskia Jentsch nie pomyślała, zbyt przejęta niezwykłością sytuacji i swoim własnym losem. Gdyby zaś wsłuchała się bardziej w słowa mężczyzny, który powitał ją w drzwiach, z pewnością usłyszałaby akcenty nietypowe dla prowincji Śląskiej czy nawet dla całych Prus. Nie rozpoznałaby w nim górnosaksońskiego, bo Herbert starał się mówić w wysokim niemieckim, gdy przebywał poza rodzinną Saksonią (a i w niej się pilnował) ale z pewnością pozwoliłoby to ustalić jej coś o gospodarzu. Może nawet podałaby w wątpliwość słowa znajomego znajomej pani Brandt o tym, że czarodziej pochodzi ze wschodu? To jednak już minęło i w jej pamięci zdążyło zostać zepchnięte na margines tego, co ważne. Wśród spraw liczących się były salonik i bębniący w parapet deszcz, nie najciekawsza scena myśliwska na ścianie, obłożony ładnymi kaflami piec w rogu pokoju, kilka gazet na stoliku – ale tak ogólnych, że niemówiących niczego szczególnego o kimś, kto mógł je czytać. Z zamyślenia wyrwało ją skrzypienie parkietu pod stopami wchodzącego mężczyzny. W pierwszej chwili Saskia miała wrażenie, że go przed chwilą widziała i jedynie przebrał się w tej krótkiej chwili nieobecności, ale zmieniła zdanie, ledwie się odezwał. Jego głos był wyższy i z niósł energię, której jej tego dnia brakowało. Ponadto, w przeciwieństwie do Herberta, który otworzył drzwi pani Jentch, Jost nie przykładał takiej wagi do sposobu, w jaki mówił. Po trosze dlatego, że nie uczono go od dziecka języka ambitnej literatury, a po trosze dlatego, że nie chciało mu się uważać na każde słowo i akcent. Na co dzień aż nadto wyraźnie słychać było jego saksońskie pochodzenie w szelestach i słowach nigdzie indziej niespotykanych. Jednak zdenerwowana Saskia w ogóle nie zwróciła na to uwagi. Zarejestrowała tylko fakt, że mężczyźni byli do siebie bardzo podobni na pierwszy nieśmiały rzut oka.
– Witam. Miło mi gościć tak piękną damę – mówił, stawiając na stoliku tacę, dość prostą, z dwiema filiżankami i czajniczkiem.
Serwis zdecydowanie nie pasował do tacy. To była porcelana; Saskia Jentsch była tego pewna i miała rację, a gdyby posiadała większe rozeznanie w temacie, to wiedziałaby, że pochodziła ona z Miśni.
– Cóż to za sprawa sprowadziła panią w nasze skromne progi w tę, przyznajmy to otwarcie, okropną pogodę
– Ja... – Odetchnęła głęboko. – Ja słyszałam, że pan wie różne rzeczy i być może jest w stanie odpowiedzieć na nękające mnie pytania. Pytanie – poprawiła się szybko i spojrzała na niego prosząco.
Siedział już na wprost niej. W jego postawie było coś z wiecznego studenta, podróżnika i zawadiaki, a zarazem budził w niej szacunek, co nie było takie znowu łatwe. Obyta jeszcze we własnym domu, a później pod dachem Hermana, znała sławnych ludzi sztuki i przemysłu z Breslau i nie zdarzało się często, aby ktoś o nieznanym jej statusie społecznym i majątkowym sprawił, że czuła się jak uczennica na pensji. Nie wiedziała, że mężczyzna na wprost niej jest szerzej znany jako doktor Wippert. Tu, w Breslau, jeszcze mało kto go kojarzył, ale w Dresden na uniwersytecie można było o nim usłyszeć. W Leipzig również, choć przebywał tam tylko rok. Zapadł ludziom w pamięć nie tylko w katedrze historii, ale i poza nią. Jednak dla Saskii nie miało to znaczenia.
– Nie wiem, czy mnie pani i pani źródła nie cenią za wysoko – roześmiał się. – Proszę się częstować herbatą. I szczerze przyznać muszę, że obawiam się, iż mogę nie podołać...
Stropiła się i szybko sięgnęła po filiżankę. Pijąc małymi łyczkami, zastanawiała się, jak powinna zadać dręczące ją pytanie. W swych scenariuszach każdorazowo niemalże podświadomie zakładała, że czarodziej będzie z góry wiedział, o co jej chodzi, tymczasem rzeczywistość okazała się całkiem odmienna. Nawet czarodziej był inny. Przeciętny. Normalny w sposób wręcz bolesny i to zrodziło w niej cień zwątpienia. Podejrzenie, że może to wszystko to tylko żart lub wręcz spisek Hermana. Czy byłby do tego zdolny? Zadrżała.
– Ja... ja martwię się o mojego męża – wydusiła z siebie, nie odwracając wzroku od trzymanej w dłoniach filiżanki. – Ostatnio późno wraca do domu. Czasami w dni wolne wychodzi i nie chce mi powiedzieć, dokąd się udaje. W dodatku wygląda tak smutno. – Upiła łyk herbaty i milczała dłuższą chwilę. Jost, nie przerywał jej. – Obawiam się o jego zdrowie – dodała w końcu. – Czy on... czy jemu coś dolega? Ja sobie nie wyobrażam zostać bez niego! Serce by mi pękło!
Nie dał po sobie poznać, że ostatnie zdanie, wypowiedziane zlęknionym głosem uderzającym w nieco zbyt wysokie tony, naprawdę go przejęło. Miał już wielu gości z winy plotki, która skutkiem kilku towarzyskich żartów rozpełzła się po Przedmieściu Piaskowym, i tylko nieliczni potrafili go poruszyć. Zwykle go bawili. Herbert określał to mianem znieczulicy, jednak nie krytykował za nią zbytnio, bo całe zamieszanie z czarodziejem mierziło go. Oczekiwał po wyjeździe do Breslau spokoju, w którym mógłby tworzyć, tymczasem rzeczywistość spłatała mu figla. Życie ich okrojone zostało z towarzyskich spotkań, w których należało uczestniczyć, bowiem takie były relacje i społeczne wymogi. W zamian jednak pojawili się tacy nieproszeni goście jak Saskia Jentsch i jej podobni naiwni, którzy z sobie tylko znanych powodów przezwyciężali wstyd i obawy, i przychodzili do nich. Czasami rano, czasami wieczorem, niekiedy w południe – nie dało się tego przewidzieć i irytowało to Herberta, choć starał się tego nie okazywać.
Jost założył nogę na nogę i w zamyśleniu wpatrywał się w herbatę w filiżance. Wskroś jasnobrązowego płynu było widać malowane na jej dnie kwiatki. Dla Saskii wyglądało to tak, jakby właśnie tam szukał odpowiedzi na jej pytania. Tak naprawdę szukał jedynie słów, aby wyrazić to, co już wiedział.
Deszcz nieprzerwanie bębnił o parapet.
Herbert stał w otwartym oknie w sąsiednim pokoju i wdychał wilgotne powietrze. Drzewa przed nim szumiały złowrogo, niewidoczny stąd tramwaj zgrzytał kołami przy hamowaniu, a ponad to wszystko wybił się klakson przejeżdżającego w pośpiechu auta. Ze swojego miejsca Herbert nie był w stanie nawet określić czy ktoś się tak straszliwie spieszył ku Kaiserstraße, czy może jechał ku Hitlerstraße i nawet go to nie interesowało. Jego myśli krążyły wokół nieistniejących ludzi z jego krótkiego opowiadania, bo wyznaczony przez redaktora termin zbliżał się nieubłaganie. Westchnął ciężko, nie mogąc pojąć, czemu dał się namówić na wyjazd do Breslau. Nowe miejsce, nowe bodźce, inspiracja – oczywiście zgadzał się z tym, ale coraz mniej był pewien przewagi tego nad nawarstwiającymi się minusami. Nieznana mu kobieta w salonie była jednym z nich.
Kolejny grzmot przetoczył się ponad miastem.
Saskia Jentsch drgnęła wystraszona.
Jost uśmiechnął się do niej ciepło i odstawił filiżankę z nieruszoną herbatą na stolik. W skupieniu pomasował palcami nasadę nosa i odetchnął głęboko.
– Nie ma pani powodów do obaw, zaręczam – odezwał się w końcu. – Pani małżeństwo jest bezpieczne.
Tak lakoniczna wypowiedź zawierała w sobie wszystko, co było potrzebne, aby uspokoić Saskię. Nie musiała znać szczegółów. Nie musiała wiedzieć, co stoi za dziwnym zachowaniem jej męża, jeśli tylko samemu małżeństwu nic nie zagrażało. Odetchnęła. Na moment poczuła się lepiej – lżej. Dopiero po chwili dopadł ją drugi strach – widmo nieokreślonej wciąż zapłaty za uspokojenie jej myśli.

Czarodziej
Jost przysiadł na szerokim parapecie i założył ręce na piersi. Szarość dnia kontrastowała z jego jasnymi włosami, skręcającymi się w cherubinowe loczki, i zieloną marynarką, co do której Herbert miał mieszane uczucia. Niby była całkiem przyzwoita, a jednak, zwłaszcza w taki dzień jak ten, wydawała się zbyt krzykliwa. Kłuła w oczy niczym ostatnie letnie źdźbła trawy wyrastające ponad zalegające w parku jesienne liście. Tymczasem Jost zdawał się darzyć ją wielkim sentymentem i z chęcią zakładał niemal na każdą okazję. Ściągał tym ku sobie uwagę, a co za tym szło, także ku Herbertowi i tym również przyczyniał się do rosnącej sławy czarodzieja. Herbert czuł się z tego powodu bardzo nieszczęśliwy. Może mniej by mu to wadziło, gdyby nie to, że mimo braku pokrewieństwa on i Jost byli do siebie tak podobni, iż ludzie niezaznajomieni z nimi bliżej, a jedynie kojarzący stąd czy stamtąd, zwykli ich mylić. Gdy od czasu do czasu ktoś zaczepił Herberta na ulicy, pytając czy przypadkiem nie widzieli się ostatnio u tego czy owego, to ten, nawet nie próbując zachować dla siebie swojej skwaszonej miny, odpowiadał, że nie, nie widzieli się, bowiem go tam w ogóle nie było i zapewne chodzi o Josta Wipperta, którym on – Herbert von Brunsert – nie był. Rozmówca wówczas przepraszał za pomyłkę i oddalał się, nie tyle speszony błędem, co urażony wyrazem twarzy Herberta. Skwaszone, oburzone i pogardliwe miny były bowiem jedną z tych dziedzin mowy ciała, którą tenże opanował do perfekcji. Właśnie z jedną z nich przekroczył próg salonu chwilę po tym, jak z cichym uderzeniem drewna o drewno zamknęły się drzwi do mieszkania, a kroki Saskii Jentsch odbiły się echem po klatce schodowej.
– Miła kobieta, aczkolwiek nieco znerwicowana, jak na kogoś, kto nie ma na sumieniu nic poza wybujałą wyobraźnią.
– Okłamałeś ją
– No wiesz, Herbercie! – Jost oburzył się z taką energią, że aż wydawała się ona niewłaściwa w deszczowy dzień. – Nie okłamałem jej. Najszczerszą prawdę powiedziałem. Mąż jej nie zdradza ani nie choruje śmiertelnie, a przynajmniej nic o tym nie wiadomo. Prowadzi jedynie pewne rozmowy związane z jego pracą, które jeśli zakończą się po jego myśli, będą stanowiły piękną niespodziankę dla jego małżonki. A wiem o tym, bo zdarzyło mi się go spotkać raz czy dwa tu i tam. Żadnych sztuczek, ot byłem we właściwym miejscu o właściwym czasie. Zresztą naprawdę co jak co, ale w myślach czytać nie umiem. – Wzruszył ramionami i przeciągnął się. – I nie rozumiem, czemu założyłeś, że kłamałem. Chyba że... – zamilkł na chwilę.
Zszedł z parapetu i w nieprzesadnie długich krokach podszedł do stojącego wciąż w progu pokoju Herberta. Zatrzymał się zaledwie kilka centymetrów od niego i spojrzał mu w oczy. Nie było to trudne, bo wśród współdzielonych przez nich cech wyglądu był również wzrost.
– ...ty wiesz coś więcej właśnie dzięki sztuczkom, za które tak lubisz mnie krytykować. Co swoją drogą uważam za zupełnie nieuzasadnione i podobne zawiązywaniu chustki na oczach przy pojedynku z pistoletami. Ale zważ, że uznaję twoje prawo, aby w ogóle to krytykować, a nie wyzywam cię od idiotów, którzy o niczym nie mają pojęcia. Ty je masz, oczywiście!, ale po prostu brak ci jeszcze obycia i stąd takie a nie inne poglądy.
Herbert słuchał w cierpliwym milczeniu, z którego nie były w stanie wytrącić go ani życzliwe uśmiechy, ani pobłażliwe uniesienia brwi, ani przykładanie ręki do serca, choć musiał przyznać, że nawet jak na siebie Jost robił zacne przedstawienie o człowieku oświeconym, pochylającym się nad swym uczniem. Ktoś obserwujący ich z boku mógłby się nawet na to nabrać, uznać prawdziwość takiej relacji między nimi, jednak dla Herberta było to tylko odgrywanie roli, żart, który w ostatnich tygodniach wypływał w różnej postaci i budził jego uzasadnione obawy. Wcześniej Jostowi rzadko zdarzało się robić coś więcej niż uśmiechać się i wzruszać ramionami, gdy Herbert oskarżał go o uciekanie się do szemranych sztuczek.
– Za kilka lat... – Z westchnięciem Jost cofnął się o trzy kroki i skłonił wpół.
Herbert przewrócił oczami i bez słowa minął go w drodze do fotela. Usiadł i sięgnął po porzuconą na podłokietniku książkę, po czym wciąż nawet nie spojrzawszy na Josta, zaczął czytać.
– Herbercie von Brunsert, wiedz, żem jest z ciebie dumny.
Odpowiedziało mu milczenie, więc nie dodając nic więcej opuścił salonik tak, jak to już kilkakrotnie miało miejsce w ostatnich tygodniach, a i kilkakrotnie zdarzyło się na krótko przed wyjazdem z Drezna. Ktoś postronny nie widziałby w tym niczego niezwykłego. Niechęć Herberta do odstawianego przedstawienia zdawała się być wyraźna i niejednemu cicha rejterada wydawałaby się na miejscu. Jednak nie w jego własnej opinii. Nie oderwawszy spojrzenia od książki westchnął i zacisnął mocniej dłoń na Bogu ducha winnej okładce. Wszystko było nie tak. Wesołość Josta w deszczowy dzień, odstawione przedstawienie i wycofanie się bez słowa – coraz bardziej i bardziej działało mu to na nerwy, szarpało nimi, domagając się, aby przerwał miesiące cierpliwego oczekiwania i po prostu zapytał, co też takiego chodzi Jostowi po głowie. Co sprawia, że aż tak narusza utarte schematy, tak zapędza się w grę Jego sytuacja aż nadto przypominała tę, w której znalazła się Saskia Jentsch z tą kluczową różnicą, że on nie wiedział, do kogo mógłby się zwrócić o pomoc.



Deszcz kolejną godzinę wściekle bębnił w szybę, tramwaj ze zgrzytem kół wyhamował na Tiergartenstraße a wiatr świszczał w kominie i nic nie dawało nadziei, że ulegnie to rychłej zmianie. Jost siedział przy biurku i z wyrazem skupienia na twarzy turlał niewielką kostkę po rozłożonej mapie prowincji śląskiej. Pomimo że była wczesna jesień i temperatury nie spadły znacząco, to od pieca kaflowego biło przyjemne ciepło, wysuszające powietrze w pokoju. Awersję do chłodu i wilgoci Jost miał głęboko zakorzenioną jeszcze z tego okresu w swoim życiu, którego wolał nie wspominać ani w myślach, ani na głos. Wybuchy, lasy, okopy i niekończące się mgły, zmieniające mundur w wiecznie przesyconą wodą tkaninę, która zachowywała niewiele ze swojego pierwotnego przeznaczenia. Gdy w końcu pewnego dnia obudził się w szpitalu, to najpierw zauważył, że jego koszula jest sucha, a dopiero potem, że cały bok ma w opatrunkach po tym, jak rozorał go eksplodujący obok ładunek wybuchowy. Ale to było dawno temu i nie poświęcał zbyt wiele uwagi tym wspomnieniom. Zamiast tego wpatrywał się w mapę.
Bursztynowa kostka kolejny raz potoczyła się po niej, przecięła obrys Dresden, ledwie mieszczący się na arkuszu, otarła się o Breslau i zatoczyła łuk tak, by wylądować przy malutkim Fürstenstein. I ponownie na wierzchu widniało pięć oczek. Nie cztery, nie sześć, a pięć. Każdej ściance przypisał jedną z potencjalnych sytuacji, pozornie równie możliwych i niemożliwych. Tygodniami odrzucał te, które nie wypadały nigdy i zastępował je nowymi. Z uniwersyteckim zacięciem zawężał każdą z pozostałych opcji, aż pozostała ostatnia szóstka i nie wiedział, którą opcję lubi najbardziej, a której najzwyczajniej w świecie się boi. To zresztą było już bez znaczenia, bo od poprzedniego wieczora piąta wypadała za każdym razem.
Spojrzał przez okno wychodzące na podwórze i uśmiechnął się w sposób zupełnie nieradosny i nijak nieprzystający do wesołości bijącej z przedstawienia, które odstawił w salonie niespełna godzinę wcześniej przy pani Jentch, a także po jej wyjściu. Śmiał się życzliwie z obaw Herberta co do sztuczek, jakby to nie było nic wielkiego. A jednocześnie wiedział, że to właśnie przez nie ich życie zostanie wywrócone do góry nogami.
Obrócił kostkę w palcach. Naprawdę wolałby, aby turlała się to tu, to tam, kierowana ślepym losem i najzwyklejszymi prawami fizyki. To, że było inaczej, nie oznaczało, że oszukuje prawdopodobieństwo, a że kończy mu się czas. Póki tylko co trzeci, a potem co drugi rzut powtarzał ten sam schemat, wciąż wiele się mogło wydarzyć – wmawiał to sobie od przeszło dwóch miesięcy i do wczoraj działało.
Rzucił raz jeszcze, ale wynik był dokładnie taki sam. Piątka na Fürstenstein.
Westchnął ciężko.
„Dziś jest dziś" – pomyślał i zacisnął dłoń na kostce. Czuł, jak jej ostre krawędzie wbijają się w skórę boleśnie; dają niezbędny do działania impuls, bez którego tkwił w miejscu i tylko rzucał raz za razem, licząc, że zdarzy się cud. Problem tkwił w tym, że tak naprawdę nie wierzył w cuda.
Przeciągnął się i wstał. Chwilę później już był przy drzwiach wyjściowych i zakładał płaszcz. Musiał działać póki trwał poryw chwili, póki nie przemyślał wszystkiego na lewo i prawo i nie pogrążył się w odrętwieniu, które już na niego czekało. Uciekał przed nim i miał wrażenie, że ucieczka staje się podstawą jego istnienia, ale teraz przynajmniej wydawała się czymś właściwym, a nie tylko odwlekaniem nieunikonionego.
– Herbercie, zbieraj się – oznajmił głośno. – Zabieram cię na spacer.
Z salonu odpowiedziało mu mruknięcie niosące w sobie tyleż niechęci, co wzburzonego niezrozumienia. Dokładnie tego się spodziewał. Tu i teraz odgrywał przedpremierowo rolę Hermana Jentscha, przedstawiającego żonie tak długo skrywany sekret. Z tą tylko różnicą, że niespodzianka miała być mniej radosna.
– Tak, Herbercie. Wychodzimy. Podjedziemy tramwajem na Ring, przespacerujemy się, zajdziemy do Marii Magdaleny-
– Co ci znowu chodzi po głowie, Jost?
Herbert stał w przejściu między pokojami. W dłoni nadal trzymał książkę i nie wyglądał, jakby się spieszył do wyjścia, ale sam fakt, że ruszył się z wygrzanego fotela, był już znaczący.
– Dobra kawa i ciastko na Ringu. Wiem, że Albrecht ma się zatroszczyć o coś słodkiego i jeśli poczekam godzinkę, to niechybnie się tego doczekam, ale nie chcę czekać. Zbieraj się.
– I? Uprzedź mnie, niech mam choć szansę przygotować się psychicznie na to, co ma mnie spotkać.
– Herbercie... Proszę, zbieraj się. Wyjaśnię później.
Herbert jeszcze chwilę ociągał się z podjęciem decyzji, w końcu jednak doszedł do wniosku, że inaczej, jak przystając na propozycję nieoczekiwanego spaceru, niczego więcej się nie dowie.
Złapali dziewiątkę tuż koło domu. Przez całą drogę zamienili jedynie kilka słów, bardziej pozwalając zalewać się rozmowami innych. Przemoczeni mieszkańcy miasta, podsychając tu nieco, mówili o świeżo ogłoszonym planie czteroletnim i nadziei, jaką niósł. Dwóch młodych kawalerów, dyskutowało o zbliżającym się otwarciu pobliskiego kawałka Reichsautobahn, który miał połączyć Breslau z Liegnitz, i związaną z tym wizytą prezydenta. Chwilę tylko Jost i Herbert byli słuchaczami ich rozmowy, nim mężczyźni z powrotem wyszli na uporczywie siąpiący deszcz. Gdy jednak tramwaj zatrzymywał się przy Ohlauerstraße, pierwszy raz w ciągu tego dnia nie padało. To od razu poprawiło nastrój Josta i sprawiło, że nie pytając Herberta o zdanie, ruszył w stronę kościoła Marii Magdaleny. Zmianę planu Herbert przyjął w milczeniu, choć nie był pewien, czy cieszy go ona. Najszczęśliwszy byłby, siedząc w domu i czytając książkę lub może pisząc kolejne niezobowiązujące opowiadanie, o które tak upominał się drezdeński redaktor. Wspinanie się na którąkolwiek z wież kościoła nie stanowiło spełnienia jego marzeń, a jednak to właśnie czynił. Krok za krokiem pokonywał kolejne stopnie obszernej wieży i nawet nie próbował dociekać, w jakich układach z ludźmi stąd jest Jost, że tak bez kłopotu się tu dostali. Miał tylko nadzieję, że to właśnie były układy, a nie sztuczki, bo w przypadku tych drugich zawsze gnębiło go przeczucie, że coś jednak pójdzie nie tak i wtedy jego problemy zaczną być problemami przez wielkie P. Tymczasem, oddychając ciężko, znaleźli się na poziomie Mostku Pokutnic i Jost właśnie otwierał prowadzące nań drzwi. Stary zamek ustąpił bez trudu nawet bez użycia klucza. Zawiasy nie odważyły się zaskrzypieć i już chwilę później podmuch chłodnego wiatru uderzył w nich, jakby liczył na to, że zniechęci obu do wyjścia na zewnątrz.
„Czasami i wiatry potrafią być naiwne jak dzieci" – pomyślał Herbert, podążając za Jostem.
Ten w kilku długich krokach przeszedł na drugą stronę i sprawdził czy drzwi południowej wieży są zamknięte na głucho, a potem spojrzał nagląco na stojącego w progu Herberta. Wokół nich roztaczała się panorama Breslau: od pobliskiego ratusza i kościoła świętej Elżbiety po kościół świętego Pawła na zachodzie. Przy dobrej pogodzie było stąd widać nawet odległą Zobtenberg. Jednak tego dnia nie mieli szans, aby zobaczyć tę dziwną górę pośrodku równiny. Jost oparł się o balustradę i spoglądał w przeciwnym kierunku. Jego wzrok błądził między wieżą ciśnień na prawym brzegu Oławy i siedzibą rejencji Śląskiej przy Lessingplatz, a myśli szukały dobrego sposobu na zaczęcie rozmowy.
Chwile, gdy Jostowi brakowało słów, zdarzały się rzadko i niemal nigdy przy Herbercie, ten dzień był jednak wyjątkowy pod wieloma względami.
– Gdybyśmy tu byli wczoraj – odezwał się wciąż odwrócony do Herberta plecami – to powiedziałbym, że niegłupio byłoby wyjechać z Breslau dokądkolwiek, ale dziś to już zupełnie bez sensu. Przeznaczenie ustaliło się i jest jak zamarznięta rzeka, a ja mogę mówić co chcę, a to nie zmieni najbliższej przyszłości.
– Nie wyszła ci ta metafora – odparł Herbert rzeczowo, wręcz oschle i Jost nie miał o to do niego żalu. Sam Herbert uważał, że po pierwsze ma rację, po drugie ma prawo do takiego zachowania choćby z racji tego, że cokolwiek miał zaraz usłyszeć, powinien był poznać to już jakiś czas temu.
Obaj o tym wiedzieli.
– Wiem. Ty na pewno znalazłbyś lepsze określenie dla tego okresu, gdy przyszłość przestaje być sumą wielu różnych ścieżek, pomiędzy którymi można wybierać, a życie jest cudowną niespodzianką. Gdy nie warto się już starać, bo i tak stanie się to, co ma się stać. Ale tę dyskusję możemy odłożyć na kiedy indziej. – Odwrócił się i zmierzył Herberta uważnym spojrzeniem, a to samo w sobie wzbudzało niepokój, bo nie pasowało do dotychczasowej teatralności. W końcu wydawało się, że wyłoży karty na stół i pomimo przeciągającego się milczenia Herbert odetchnął z ulgą.
– Czytałeś „Nadchodzącą rasę" Bulwer–Lyttona?
– Owszem.
– Wiesz zatem, czym jest opisana tam Vril. I wiesz, czym jest Towarzystwo Vril. Obaj nie raz słyszeliśmy o nim choćby od Schmidta, bo to modna plotka. Czarodziej też jest plotką, a jednak stoję tu i choć mówię to z niechęcią, to Towarzystwo jest niemniej materialne co ja. W dodatku wydają się zainteresowani Reinhardem Kircherem, a pod tym pseudonimem kryjesz się ty.
Herbert nie zaprzeczył, choć w myślach stanęło mu, że zważywszy na wkład Josta w wymyślanie niektórych wątków, można by roboczo założyć, że Reinhard Kircher to oni obaj. Jednak zamiast powiedzieć to na głos, bacznie obserwował i słuchał.
– A to mnie martwi. Pierw tylko zgadywałem, że o niego chodzi, teraz jestem już pewien. Nim odwiedziła nas pani Jentch, Albrecht przyniósł odpowiedź na depeszę, którą wysłałem do Dresden. Ktoś pytał Schmidta o Kirchera, o ciebie, o to gdzie wyjechałeś. Nie gniewaj się, że wypytywałem go za twoimi plecami. Nie chciałem cię martwić. Ale teraz wiem już, że ktoś nas niebawem odwiedzi. Może nawet dzisiaj, bo nie ma już miejsca na zmiany, więc to musi zdarzyć się szybko. Nie wiem dokładnie kto to będzie, to zbyt drobny detal, a ja już nie mam czasu zgadywać. Zresztą znasz moje metody. Sztuczka z listą, mapą i kostką – zaśmiał się. – Graliśmy w to nie raz, choć w mniej ważnych sprawach. Nieważne. To już było. Czego jestem pewien, to że chodzi o Kirchera, rzeczy nadprzyrodzone i vril, a także o wyjazd, bo to pewne, że odwiedzisz Fürstenstein. Ono pojawia się już za każdym razem, gdy próbuję sprawdzić co czeka nas dalej. Nie unikniesz tej wycieczki, choć mam nadzieję, że uda nam się wybrać razem.
Herbert znał grę Josta, ale nigdy nie przypuszczał, że może się ona sprawdzić w skali większej niż zgadywanie jaka będzie pogoda kolejnego dnia lub czy pociąg się spóźni. Ba! Znał nawet mechanikę tej gry i sam nie raz pomagał dopracować pytania i odpowiedzi tak, aby pozostało w nich jak najmniej niejednoznaczności, a i tak wtedy chodziło o proste rzeczy. Ile scenariuszy musiał stworzyć Jost, żeby od przeczucia, że coś się wydarzy dotrzeć do Towarzystwa, miejsca i daty, to z trudem mógł sobie wyobrazić. Dziesiątki, może nawet setki i przez cały ten czas krył się z tym za pozorami normalności, a teraz tak po prostu przyznał się od słowa do słowa i już mówił dalej, jakby to był jedynie nieważny szczegół. Złość podeszła Herbertowi do gardła, ale nie dał tego po sobie poznać. Zdusił ją, byle tylko dowiedzieć się w końcu o co chodzi.
– Tak naprawdę martwi mnie co innego – te słowa Jost wypowiedział ciszej, nieco bardziej do siebie, ale też nie tak, aby go Herbert nie zdołał usłyszeć.
Kilka kropel deszczu spadło na mostek łączący dwie wieże kościoła i Jost spojrzał w wiszące nisko szare chmury, marszcząc brwi niczym zirytowany nauczyciel.
– Zaraz – pogroził niebu, jakby ono mu przerwało, ale zamiast podjąć wątek, milczał dalej, zapadał się w pułapki słów i niepewności. Klarowne obawy rozpadały się na niedostatecznie precyzyjne słowa, z których każde mogło zostać zinterpretowane na opak.
– Boisz się.
Jost przytaknął.
– Towarzystwo szuka dowodów na istnienie sił pozazmysłowych. Szuka twoich sztuczek. – Zniósł spojrzenie spode łba jakim obdarzył go Jost i mówił dalej ze spokojem, który nie powininen towarzyszyć zgadywaniu, a przecież to właśnie robił. Zgadywał za podpowiedź mając jedynie wiele lat spędzonych z Jostem. – Mojej również, tak, ale moja to takie nic przy twoich wszystkich. Jeśli chcą potwierdzenia lub zaprzeczenia, to mamy dla nich szybką odpowiedź. – Pierwszy raz od rozmowy w przedpokoju brzmiał, jakby obudziła się w nim ciekawość silniejsza od znużonego zirytowania zachowaniem Josta w ostatnich tygodniach i tym nagłym spacerem. – Chyba że chodzi im o coś więcej? Jost?
– Nie wiem! I to właśnie mnie martwi. – Jęknął i pokręcił głową rozczarowany swoją niewiedzą. – Czy ich pytanie będzie ogólne, czy szczególne? Od kilku dni zastanawiam się nad tym, wertując twoje opowiadania w przywiezionych z Dresden gazetach i wciąż nie wiem! Jakbym nie próbował do nich podejść, to przy żadnym nie czuję tego rozlewającego się ciepłem po ciele uczucia, że oto dotknąłem prawdy i wszedłem na właściwą ścieżkę! Nie wiem!
Herbert spojrzał na Josta podejrzliwie. Oto tracił on panowanie nad sobą. Głos miał wciąż daleki od krzyku, ale głośniejszy niż na co dzień, słowa wymawiał nieco wyraźniej niż miał to w zwyczaju, a dłonie zaciskał w pięści – to nie było niczym wielkim i kto inny może nie przywiązałby do tego większej wagi, ale Herbert wiedział, że jest to coś niezwykłego. Od kiedy w pewną wiosenną noc, gdy na chwilę umilkł ostrzał, Jost postanowił, że świat nie będzie mu się narzucał ani wzbudzał w nim lęku, nieczęsto zdarzało się, aby tracił grunt pod nogami na tyle, aby razem z nim stracić spokój ducha. Tymczasem teraz najwyraźniej tak się właśnie stało.
– Jakby w ich przesyconych myśleniem o paranormalnych siłach i niezbadanych cywilizacjach głowach zrodziło się coś, na co ani ja, ani ty jeszcze nie wpadliśmy! – Ciągnął z przejęciem i poirytowaniem słyszalnym w głosie i widocznym w gestach. Zaciskał dłoń na wysokiej balustradzie i drżał. Nie był w stanie skupić spojrzenia w jednym punkcie, więc wodził nim nerwowo od Herberta po wieżę i dalej ku szklanej kuli wieńczącej jedną z pobliskich kamienic, i z powrotem ku Herbertowi. – Ale... ale byliśmy dość blisko, by poprzez ileś skojarzeń doszli do wniosku, iż mógłbyś im pomóc!
– Moglibyśmy, Jost, moglibyśmy – wtrącił bardzo ugodowym tonem von Brunsert, licząc że wyrwie go w ten sposób z ciągu myślowego na tyle, aby na powrót złapał dystans do sprawy i uspokoił się. – Od lat nie napisałem niczego, do czego nie dorzuciłbyś swoich trzech groszy – dodał i Jost tylko skinął głową w odpowiedzi.
Odetchnął, ale dłonie wciąż zaciskał tak mocno, że bielały mu knykcie.
– Ale mnie nie wymieniają jako autora i nawet Schmidt, bo przez niego znaleźli nas aż w Breslau, tylko on mógł powiązać Kirchera, to miasto i ciebie, niespecjalnie zdaje sobie sprawę z mojego wkładu. Dla niego tylko jeden człowiek kryje się pod pseudonimem Reinharda Kirchera i jesteś nim ty. To zresztą teraz nieważne! – westchnął zirytowany i przeczesał dłonią wilgotne włosy. – Nie mam pojęcia co szykują., ale nie wydaje mi się, żebym należał do ich planu. Wiem za to, że dziś skończyły się wszystkie inne opcje i Fürstenstein jest miejscem, do którego prowadzi ta jedyna ocalała. I wiem, że chodzi o vril. Co do tego nie mam wątpliwości, więc Herbercie, co sądzisz o tej tajemniej sile opisanej w „Nadchodzącej rasie", o książce i o Towarzystwie?
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Heidenhainstraße 13

Post autor: pierdoła saska » 09 stycznia 2018, 22:29

A. Meinel
Albrecht Meinel po raz ostatni nieznacznie skłonił się stojącemu przed nim mężczyźnie i z wyuczoną w czasie wielu lat życia pokorą zapewnił, że przekaże swojemu pracodawcy zarówno słowa niezapowiedzianego gościa jak i napisany przez niego list. I choć wyglądał bardzo profesjonalnie – był tego absolutnie pewien – to jednak profesor Stolzer nie wydawał się do końca przekonany. Ciągle się wahał czy nie spróbować przeczekać chociażby w służbówce Meinela do czasu, aż pojawi się gospodarz. Nie było tego po nim widać tak bardzo, ale Meinel pracował w służbie u różnych mniej lub bardziej znamienitych osób od przeszło trzydziestu lat i nauczył się dostrzegać także to, czego ludzie pokazywać nie chcieli. Na tym bowiem polegało niekiedy odgadywanie, czegóż to się od niego tym razem oczekuje. Jedno spojrzenie, gest lub brak tychże musiały czasami wystarczyć, a zatem uważne obserwowanie weszło mu w krew. Daleko mu jednak było do chronicznej podejrzliwości cechującej na przykład pracowników służb bezpieczeństwa, choć z pewnością i tam jego usługami by nie wzgardzono. Blechschmidt to kiedyś jasno stwierdził, a jego zdanie w tej sprawie było znaczące i miało posmak propozycji, której jednak nigdy nie wypowiedziano wprost. Na co dzień Albrecht Meinel był raczej przyjaźnie nastawionym do świata mężczyzną w wieku nieco ponad pięćdziesięciu lat. To, że przyglądał się profesorowi Stolzerowi nieco uważniej, wynikało tylko z tego, iż o to poprosił go Jost, a końcówka ostatniej wojny i lata po niej nauczyły go, że takich próśb z jego strony należy słuchać. Zresztą sam fakt, że Jost przed wyjściem zostawił mu kartkę z informacją, iż może spodziewać się najścia kogoś nieznajomego, a zatem niech odłoży część pozadomowych sprawunków na później i czeka na niego, był tu dostatecznym argumentem. Skąd Jost wiedział, że profesor Stolzer zjawi się u nich, tego Meinel już nie dociekał.
– Zapewniam, że przekażę panu Kircherowi pańskie słowa i jeśli zajdzie taka potrzeba osobiście doręczę panu jego odpowiedź do hotelu Reichshof pokój siedemnaście – zapewnił ponownie i uśmiechnął się poczciwie.
Profesor zmrużył oczy. Robił to już kolejny raz i Meinel był pewien, że musiał albo zapomnieć okularów, albo nie przespać spokojnie poprzedniej nocy.
– Niestety naprawdę nie wiem, kiedy wróci do domu, wyszedł bowiem nagle i nie uprzedzając mnie ani w kwestii celu swojej wycieczki, ani jej długości – dodał, zmuszając swój głos, aby wyrażał mieszankę ubolewania i rozgoryczenia, którego tak naprawdę nie czuł, bo i dlaczego miałby? Jeśli Jost i Herbert wychodzili gdzieś razem, to nie widział powodów, aby się o nich obawiać, a co za tym szło, aby wiedzieć, dokąd się udają i kiedy wrócą.
– Tak, tak, rozumiem. Młodzi. Dobrze, ale proszę mu to przekazać natychmiast, jak wróci. To bardzo ważne!
– Oczywiście, proszę pana – zapewnił i mało brakowało, aby nie trzasnął przy tym obcasami butów. Coś w profesorze przywoływało w nim odruchy z wojska.
– Jest tu telefon?
– Niestety nie, proszę pana. Niemniej, jeśli pan sobie życzy, to mogę poprosić pana Kirchera o zadzwonienie do pana do hotelu od naszych sąsiadów.
– Proszę to zatem zrobić. Do widzenia.
Albrecht Meinel stał w progu służbówki, dopóki kroki profesora nie ucichły na tyle, aby z całą pewnością mógł stwierdzić, że jest już na pierwszym piętrze. Dopiero wówczas zamknął cicho drzwi i wrócił do swojego niewielkiego biurka, dosuniętego do okna wychodzącego na podwórze. W skupieniu zapalił stojącą na nim świecę i z zacinającej się szuflady wyciągnął pomięty zeszyt. Kilka kartek pokrytych odrobinę niezgrabnymi literami spadło na podłogę. Meinel zaciumkał z niezadowoleniem, ale schylił się po nie. Były to listy, które otrzymywał od Josta, gdy ten przebywał z dala od domu von Brunsertów. Meinel ostrożnie odłożył je na bok i sięgnął po pióro – pseudoprezent od Josta. W skupieniu zanotował słowa profesora Stolzera, aby ich nie zapomnieć przed końcem dnia, po czym wrócił do swoich zajęć tak, jakby nic niezwykłego się nie wydarzyło.



Ulewa zaatakowała ze zdwojoną siłą w chwili, gdy Herbert i Jost przekroczyli próg kamienicy. Wyglądało to tak, jakby chmury wstrzymywały oddech przez cały czas, gdy mężczyźni niespiesznie, bo spacerując przez park, Kaiserbrücke i Uferzeile, wracali z kawiarni do domu. Albrecht Meinel usłyszał ich, gdy pokonywali ostatnie stopnie i wychynął ze swojej służbówki na klatkę schodową, nie odezwał się jednak, dopóki go nie zauważyli i nie przerwali prowadzonej rozmowy.
– Był do pana gość – zwrócił się do Herberta.
Jost sarknął cicho i nie czekając na ciąg dalszy, zniknął w mieszkaniu.
– Mów dalej – zachęcił Herbert, patrząc na zamykające się drzwi.
Czego nie wydobył od Josta, to prostego wyjaśnienia, dlaczego dokładnie uważa całą sytuację, za tak ważną, aby robić wokół niej tyle zamieszania. Nie chodziło o to, że powątpiewał w Jostowe przeczucie, ale czuł potrzebę poznania konkretu. Czegoś bardziej namacalnego niż owo „Raczej to, czego chcą. Albo, że ujmę to inaczej, martwi mnie to, że nie jestem pewien, czego chcą". Podejrzewał, że dla Josta niepewność jest dostatecznym powodem. Działał motywowany niemożliwym do nazwania przeczuciem, które może (ale nie musi!) być słuszne. Bardzo ludzkie zagubienie u niego potęgowało się i wynaturzało niczym cień pod dziecięcym łóżkiem, zmieniający się w potwora. Głównie dlatego wysłuchawszy Meinela, skreślił na szybko kilka zdań odpowiedzi i kazał służącemu pójść z nią do profesorostwa i poprosić o możliwość skorzystania z telefonu.
Bankiety, wieczorki literackie, zorganizowane kolacje, premiery – wszystkie rodzaje spotkań narzucających określone formy mierziły go. Znosił je tylko wtedy, gdy na szali było rodzinne nazwisko lub jego własny, dobrze pojęty interes, a i tak redaktor niekiedy narzekał na jego nietowarzyskość. W tym przypadku nie był pewien czy naprawdę sam może coś na tym zyskać lub stracić, ale postanowił załatwić rzecz jeszcze tego samego dnia i spotkać się z Stolzerem, kimkolwiek ten człowiek był.
„Jeśli nie dla mnie samego, to dla spokoju Josta" – tłumaczył sobie czekając na odpowiedź.
Nie trwało to długo. Zgodnie z jego propozycją umówili się na siedemnastą w Torwache, do którego profesorowi było blisko, a Herbert nie miał żadnej kontrrpropozycji.
To była ta prostsza część popołudnia.



– Jost...
Gdy Herbert wszedł do salonu, gotowy do wyjścia na umówione spotkanie, Jost siedział na szerokim parapecie i z głową opartą o szybę.– Pojedziesz ze mną – Zapytał raz jeszcze, łudząc się, że Jost nie śpi, a jedynie się zamyślił.
Odpowiedziało mu niepozostawiające wątpliwości milczenie. Przewrócił oczami i stanął oparty o ścianę obok okna, wpatrzony wyczekująco w śpiącego i jemu zrobiło się sennie.
– Zatem nie pojedziesz – westchnął. – I co ja z tobą mam? Tylko żebyś nie miał potem do mnie pretensji – pogroził bez przekonania i wyszedł na chwilę tylko po to, aby wrócić z ciepłym pledem. Okrył nim Josta, a chwilę później opuścił mieszkanie, instruując na odchodnym Albrechta, by pilnował pieca w salonie.
Meinel pokiwał głową i odprowadził go wzrokiem, a gdy był już pewien, że Herbert nie zawróci, wślizgnął się do mieszkania, by sprawdzić czy należy dorzucić drewna już teraz, czy może najpierw zagrzać wodę na herbatę.
– Jeszcze się pali – powitał go już w progu salonu znużony głos Josta.
Mężczyzna nadal siedział na parapecie i szczelnie otulał się pledem, jakby ten mógł odpędzić mniej fizyczne, a bardziej podświadome wrażenie otaczającej go wilgoci.
– Wiesz, gdzie Herbert umówił się na to...? – zapytał nie odwróciwszy spojrzenia od widoku za oknem. Nawet nie umiał znaleźć odpowiednich słów w mętliku myśli w głowie. Od lat nie czuł się tak żałośnie, jak tego wrześniowego popołudnia i nawet nie miał siły być zły na siebie.
– W Torwache.
– Daleko – mruknął i wzdrygnął się na myśl, że mógłby się jednak złamać i spróbować wybrać na spotkanie, na które go nie zapraszano. Pomyślał o tym, jakby to było znaleźć się w zatłoczonym i ciepłym wnętrzu kawiarni, o której już nie raz słyszał, nigdy jednak jej nie odwiedził, ale jedyne, co poczuł, to chłód bijący od zimnej szyby.
„A zatem nie powinno mnie tam być" – pomyślał.
Meinel w milczeniu otworzył ciężkie drzwiczki pieca kaflowego i dorzucił do środka dwa kawałki drewna.
– Jak się nazywał ten...
– Profesor Stolzer – odparł Albrecht, domyśliwszy się, kto krył się pod przydługą pauzą.
Najwyraźniej, wbrew temu, co służący początkowo przypuszczał, Jost faktycznie zdrzemnął się i teraz z pewnym trudem powracał na jawę, skoro umknęło mu nazwisko człowieka, którego pojawienia obawiał się od wielu tygodni. W dodatku pogoda, przed którą usilnie bronił się od rana, w końcu zdołała nim zawładnąć i dokładała się do nie najlepszego samopoczucia.
– Herbert był zły?
– Nie wyglądał na zdenerwowanego, gdy wychodził – zapewnił.
– Nie pytam, jak wyglądał! – Jost pokręcił głową zirytowany i przeczesał dłonią włosy. Wciąż były wilgotne i przez to jeszcze bardziej poskręcane niż zazwyczaj. Westchnął zrezygnowany i wstał z parapetu. – Pytam, czy był zły? Znasz go i znasz mnie, więc daruj sobie poprawność polityczną, nawet jeśli masz ją już niemal wyrytą w kościach! Wiesz, o co pytam...
Powłócząc nogami, podszedł do pieca i odetchnął z ulgą, gdy otuliło go suche ciepło bijące od niego. Uśmiechnął się słabo i dla służącego był to dostateczny znak, że przeprasza go za wybuch sprzed chwili. Albrecht Meinel znał Josta od dwudziestu lat i w tym czasie widział jak z chłopaka, którego porwała wojenna zawierucha, dorósł on. Jak ratując życie przypadkowego dzieciaka, Herberta, zyskał przyjaciela i protektorów, a on sam dzięki jego pośrednictwu w końcu pracę, którą w sumie lubił. Umiał też rozpoznać, gdy ten chce być niesympatyczny, a gdy wychodzi mu to przypadkiem choćby ze zmęczenia i dlatego nie zamierzał chować urazy.
– Raczej sprawiał wrażenie zatroskanego – odparł.
Jost jęknął i zapadł się w miękki fotel, stojący tuż obok pieca. Przez moment sprawiał wrażenie dziecka, a nie kogoś, kto już jakiś czas temu przekroczył wiek lat trzydziestu. Przygryzając wargę, zastanawiał się nad tym, kiedy popełnił błąd. Czy w chwili, gdy zaproponował wyjazd do Breslau? Czy może jeszcze wcześniej? A może nie powinien był namawiać Herberta, aby przyjechał tu razem z nim? Może rodzinna kamienica w Dresden okazałaby się bardziej niedostępną fortecą niż profesorskie mieszkanko w śląskiej stolicy? Tylko że wtedy, w środku lipca, cały wyjazd wydawał mu się najlepszym z możliwych rozwiązań! Czy naprawdę już wówczas przeznaczenie się ustaliło i tylko on był tak głupi, że wierzył, iż może coś zmienić Nie potrafił sobie odpowiedzieć na to pytanie, a to tylko pogłębiało jego frustrację. Niemal codziennie choć raz dopadały go wątpliwości, a on, uśmiechając się chytrze, spychał je na dalszy plan, ignorował i zagłuszał. W ostatnich dniach stał się w tym prawdziwym mistrzem. Potem zaczęło padać. Leżące na pięciu rzekach Breslau stało się jeszcze wilgotniejsze i to w sposób, jakiego nienawidził. To była ta wilgoć, poruszająca w głowie lawinę skojarzeń, wydobywająca na światło dzienne wspomnienia chwil, o których wolałby zapomnieć. A jakby tego było mało, to w deszczowe popołudnie runęła jego ostatnia linia obrony.
„Gdyby chociaż miało to miejsce dzień wcześniej, gdy słońce wciąż świeciło nad miastem i nic nie sugerowało zmiany aury"
Ale machina wydarzeń ruszyła do przodu, a irracjonalne wrażenie, że stoi na drodze, na końcu której czeka tylko nieszczęście, przyprawiało go o ból głowy. I gdyby choć umiał nazwać to, co stało za nieokreślonym uczuciem!
Dzwony na wieży kościoła Lutra wybiły siedemnastą.
Nawet nie zauważył, że Albrecht zostawił go samego i zapewne jeszcze długo nie zwróciłby na to uwagi, gdyby nie to, iż służący wrócił i włożył mu w dłonie kubek z herbatą. Gorące naczynie grzało, a ostry zapach rumu sprawił, że Jost wrócił myślami do salonu. Roześmiał się pod nosem i potarł wierzchem dłoni oczy, aby odpędzić resztki snu.
– Albrechcie, pytam cię jako kogoś, kto nie dość, że żyje o dwie dekady dłużej niż ja, to jeszcze zna mnie nie od wczoraj. Czy twoim zdaniem staję się paranoikiem? Tu odgrywam mądrego doktora, tam szastam radami, uśmiecham się, a z drugiej strony... nawet nie wiem jak to nazwać – westchnął zrezygnowany i przybity własną niezbornością słowną. – Auć. Gorące.
– Powinno być gorące – stwierdził Meinel rzeczowo i usiadł w drugim fotelu.
Normalnie by sobie na coś takiego nie pozwolił, bo i owszem znał zarówno Josta i Herberta od bardzo dawna i były lata, gdy stosunki między nimi były o wiele mniej sformalizowane, to jednak tu i teraz on był pracownikiem, a von Brunsert jego pracodawcą. Jost Wippert tkwił pomiędzy nimi, jednak nie wystarczyło to, aby Meinel na co dzień uważał, że przez to wolno mu więcej. Ale ten dzień był inny, a atmosfera w pokoju przesiąkła aromatem herbaty z rumem szybciej niż wydawałoby się to fizycznie możliwe i zasady obowiązujące tu i teraz rozpuściły się w niej do granicy nieistnienia. W ich miejsce obudziły się wspomnienia i dawno już nieprawdziwe zależności, a w ich świetle Meinel powinien był usiąść, bo stanie i pochylanie się nad Jostem wydawało się nie do pomyślenia.
– W taki deszczowy dzień to najlepsze – dodał.
– Wiem, wiem. Dziękuję. Od samego zapachu mi lepiej, nawet jeśli sparzyłem sobie język. – Przytaknął Wippert i wyciągnął przed siebie nogi tak, że palcami niemal dotykał zdobionych kwiatowym wzorkiem kafli. – Więc, Albrechcie? Stałem się paranoikiem?
W pokoju było cicho, wręcz za cicho jak na gust Josta, ale nie chciało mu się ruszać do gramofonu. Nie zamierzał również prosić o nastawienie płyty Albrechta, bo to mogłoby sprawić, że zadane przez niego pytanie nie doczekałoby się odpowiedzi. Zapomnieliby o nim na rzecz muzyki i przypomniałby sobie, że je zadał, gdzieś w środku nocy, kiedy nie mógłby pójść go powtórzyć.
– Myślę, że nie – odparł w końcu służący, patrząc na Josta. – Ale jeśli chodzi o to, jak próbujesz kontrolować swoje życie, to myślę, że teraz masz więcej do stracenia niż wtedy, gdy się poznaliśmy w 1915 i gdybym miał porównywać Josta Wipperta z tamtych lat i tego, którego widzę teraz, to uznałbym, że obecny nie jest paranoikiem, ale jego bujna wyobraźnia zaczyna iść w szranki z tą Herberta. Różnica jednak tkwi w tym, że ten drugi wykorzystuje swoją do tworzenia opowieści, podczas gdy ten pierwszy zaczyna pozwalać jej przejąć kontrolę nad sobą.
– Zatem jest paranoikiem – podsumował Jost i roześmiał się głośno.
Przez wysokie okna do pokoju wpadało szare późnopopołudniowe światło, a krople deszczu spływały po szybie tak samo, jak robiły to pół godziny wcześniej, ale atmosfera zrobiła się mniej senna i bardziej optymistyczna.
– Tego nie powie-
– Wiem, że tego nie powiedziałeś, ale summa summarum do tego się wszystko sprowadza. – Nie podejrzewał, że Meinel próbował być miły zaprzeczając. Po prostu tak mu wyszło. Wierzył w jedno, ale gdy zaczął mówić, wyłuskiwać dlaczego uważa tak a nie inaczej, to w pewnym sensie sobie zaprzeczył i Jost nie miał mu tego za złe. Nawet ulżyło mu nieco, gdy usłyszał taką prawdę wypowiedzianą przez kogoś namacalnego, a nie jedynie słyszaną we własnych myślach. – Że spróbuję się wspiąć na wyżyny porównań, zwłaszcza, że nie ma z nami Herberta, by mógł mnie skrytykować za me pożałowania godne próby, to powiem tak... Kiedyś byłem jak statek walczący ze sztormem, a teraz bardziej przypominam latarnię morską na wyspie. Zapieram się, byle tylko nic nie ruszyło mnie z miejsca, z tej rzeczywistości, którą sobie upodobałem. Gdy coś może nie pójść po mojej myśli, to zamiast przyjąć to i sprawić, aby jednak było z korzyścią dla mnie, to ja okopuję się lub uciekam, co bardziej odpowiada naszej obecnej sytuacji. Mam rację
Meinel milczał i pił herbatę, bowiem także dla siebie ją przyrządził. Nie była ona niczym wybitnym, ot najtańsza, jaką mógł kupić, i na przykład Herbert za nią nie przepadał. Jednak dla niego i Josta doprawiona rumem przywodziła wspomnienia i choćby dlatego ją pili. Trudno mu było rozsądzić, czy przedstawione porównanie miało sens. Po pierwsze latarnia morska wydawała mu się budowlą zbyt stabilną, aby można ją było kojarzyć z Jostem, który zwykł twierdzić, że życie to największa przygoda, jaka spotyka człowieka i nie wypada przesiedzieć jej w czterech ścianach. Jeśli jednak sam Jost się do niej porównał, to może to on – Meinel – nie miał racji i faktycznie można już było mówić o paranoi?
– Mówił coś przed wyjściem? – Jost zmienił temat, bo dla niego było już jasne, jak brzmi odpowiedź i cokolwiek chciał dodać Albrecht nie miało dla niego znaczenia.
– Prosił tylko o przypilnowanie pieca.
„Powinienem był z nim pójść mimo wszystko. Mimo przeczucia, że nie jest to miejsce dla mnie" – pomyślał Jost i skarcił się za sam fakt, że mu coś takiego postało w głowie. Wszak Herbert nie był dzieckiem i umiał radzić sobie z ludźmi być może nawet z większą wprawą niż on sam – Jost otwarcie to przyznawał. Potrzeba było kogoś więcej niż jakiegoś profesora, aby go zbałamucić. Odetchnął zatem głęboko i zmrużył oczy. Zapach herbaty z rumem działał kojąco na nerwy. W czasie wojny, gdy w wilgotną noc Albrecht dzielił się z nim kubkiem, wydawało się, że na chwilę świat normalnieje. Potem, wraz z chłodem i wilgocią przeszywającymi do szpiku kości, rzeczywistość powracała, ale tym cenniejsze były te minuty, gdy kubek był pełny. Wspomnienia tamtych lat wypełniły jego myśli, a wraz z nimi przyszła fala znajomego ciepła rozlewająca się po całym ciele. W pierwszym odruchu roześmiał się, bo jedno było tak nieprzystające do drugiego, że inaczej nie mógł zrobić. W kolejnym poderwał się z miejsca.
– Wychodzę! – oznajmił. – Przekaż Herbertowi, że wybrałem się na uniwersytet coś pilnie załatwić, ale wrócę na kolację. Mogę się najwyżej nieco spóźnić – mówił, jednocześnie zakładając płaszcz. – Jeśli nie będzie chciał, to niech na mnie nie czeka. I niech nie wybiera się do mnie na uczelnię, bo jeszcze się przypadkiem rozminiemy! Ten człowiek mówił, że nazywa się Stolzer i jest profesorem, tak? Nie powiedział profesorem czego?
Albrecht przytakiwał w milczeniu i zaledwie kilka minut później został sam, a na klatce schodowej echem odbijały się kroki zbiegającego Josta. Gdyby na odchodnym tamten zapytał go o zdanie, to służący odpowiedziałby, że w tym krótkim monologu dostrzegł chłopaka, którego poznał w czasie wojny. Tego, który potrafił podjąć się dostarczenia wiadomości na pierwszej linii frontu, twierdząc, że na pewno nic mu się nie stanie, choć jeszcze kilka miesięcy wcześniej omal tam nie zginął. Nie zaś kogoś, kto pogrąża się we własnej paranoi bądź okopuje w obawie przed czymś, co może go spotkać.
– Dobrze – powiedział do pustego mieszkania i zebrał kubki.
Czasami nie nadążał ani za Herbertem, ani za Jostem. Miał wrażenie, że ich świat działa inaczej niż ten, który on widzi i nigdy niedane będzie mu pojąć, w czym dokładnie tkwi różnica. Wiedział jedynie, że fakt, iż w kilka minut po wyjściu Wipperta deszcz ustał, raczej nie był zbiegiem okoliczności. Wszak Jost nie cierpiał wilgoci.




R. Kircher
Idąc na spotkanie Herbert myślał o tym, co powiedział Jostowi o Vril. Patrząc z góry na miasto mówił raczej o książce niż sile jako takiej, bo nie umiał myśleć o niej inaczej, jak o narzędziu fabularnym.
– To satyra – stwierdził. – Prześmiewcze dumanie człowieka nad utopiami. Nie nazwałbym tej książki dziełem odkrywczym, na pewno nie w sensie wskazywania przez nią kierunku rozwoju ludzkości. A sama Vril... Nie wiem czy wiesz o tym, że Lytton nie napisał tej książki po to, aby przedstawić Vril, ale raczej stworzył Vril, żeby przekazać pewne inne idee – powtarzał, co sam przeczytał i z czym zgadzał się, bo zrobiłby dokładnie tak samo, gdyby kiedykolwiek porwał się na pisanie czegoś bardziej zobowiązującego niż dotychczasowe opowiastki. – Towarzystwo, o którym mówimy i uważamy za prawdziwe, według plotek jednak skupia się właśnie na idei tej siły, zamiast na ogólnym przesłaniu. Towarzystwo – spróbował w końcu przejść do tego, co z pewnością najbardziej interesowało Josta – widzi we Vril siłę umysłu, którą możemy w sobie odkryć, przynajmniej tyle słyszałem tu i tam, raczej w formie plotki. Ci co uważają, że istnieje czasami twierdzą, że to fasada, za którą kryje się coś większego i ważniejszego, co musi pozostać ukryte.
Jost drgnął i Herbert zamilkł, powodowany nadzieją, że ten wtrąci coś od siebie. Wyśmieje, zakpi z oczywistej oczywistości lub okaże teatralny zapał do tej rzekomo nowej idei. Nic takiego się jednak nie stało. Przechylony ponad barierką Jost wpatrywał się w biegnącą przed kościołem Schuhbrücke i sprawiał wrażenie nieco nieobecnego.
– A jeśli chodzi o Vril naprawdę... – westchnął i spojrzał na Josta. – Naprawdę o to pytasz? Przecież obaj wiemy, że tak. Już to powiedziałem. Czy to jest Vril, czy coś innego, to skutek jest ten sam i dlatego tu dziś jesteśmy. Jeśli zaś chodziło ci o Towarzystwo, tylko nie chciałeś przejść do sedna od razu, co jest dla ciebie dziwne... – Nie bez satysfakcji zauważył, że ta uwaga sprawiła, że Jost w końcu spojrzał na niego. – Lytton przedstawił w książce swoją utopijną cywilizację, której wszyscy członkowie byli w stanie korzystać z Vril, tak jak wśród nas normą jest posiadanie wzroku czy słuchu. Jedni korzystają lepiej, inni gorzej, ale wciąż panuje pewna równość. Jeśli i u nich istniała ona zawsze, to wszystko jest proste, jeśli nie, to jak wyglądała ich droga ku osiągniętej utopii? Nie śmiem zgadywać i nie mam pojęcia jakie plany mogłoby mieć Towarzystwo, gdyby znalazło niepodważalną odpowiedź na pytanie czy człowiek zdolny jest do takich cudów jak czytanie w myślach i inne. Jakkolwiek pięknie brzmi ich upublicznienie, to znasz mnie. Nie podoba mi się cała ta plotka o czarodzieju, a to skutek tylko kilku twoich gier z kostką. Ludzie są zafascynowani, ale przede wszystkim się boją. Ta kobieta rano brzmiała na przerażoną, gdy żegnała się z tobą i po raz kolejny pytała czy na pewno nie powinna jakoś zapłacić.
– Podsłuchiwałeś
– Trudno było nie, a uwierz mi, chciałbym. To mieszkanie jest jednak za małe.
Wippert, wciąż oparty przedramionami o kamienną balustradę, spojrzał w stronę Herberta i zmrużył oczy. Mimo szarości dnia wokół nich nie traciły nic z jaskrawości swojego błękitu. Milczał chwilę, po czym uśmiechnął się i wzruszył ramionami.
– Oj nie przesadzaj – odparł z cieniem wesołości w głosie.
A potem wrócili i Albrecht przekazał wiadomość od profesora Stolzera i wszystko diabli wzięli. To nie nastroiło Herberta najlepiej.



Cafe Torwache mieściła się w niewielkim pawilonie, który przywodził Herbertowi na myśl zminiaturyzowany zamek obronny o irracjonalnie wielkich oknach. Dla przypadkowych przechodniów wydawał się on tym mniejszy, że wybudowano go pomiędzy kościołem Bożego Ciała, strzelającym wysoko w niebo jak przystało na budowlę gotycką, a wznoszącym się na sześć pięter domem handlowym Wertheimów. Nawet stojący obok pomnik Fryderyka Wilhelma był wyższy! Sama kawiarnia stanowiła kwintesencję tego, czego Herbert nie lubił. Gęsto ustawione stoliki i krzesła niemalże zupełnie przesłaniały podłogę, a gwar rozmów wypełniał przesycone zapachem kawy powietrze nieustannym bzyczeniem. Jeśli odwiedzał takie miejsca, to tylko w celu zebrania materiału do pisanej opowieści lub za namową Josta.
Teraz był sam, ale ten raz był wyjątkowy.
Profesora znalazł bez trudu. Opis, usłyszany od Meinla, był aż nadto trafny i Herbertowi przeszło przez myśl, że służący nie zapamiętał tego wszystkiego ot tak i przypadkiem, co budziło pewne określone podejrzenia, ale nie był to czas ani miejsce, aby się nad nimi roztkliwiać. Lawirując pomiędzy ludźmi, ruszył w stronę stolika ustawionego tuż przy witrynie. To właśnie tam siedział starszy mężczyzna zaczytany, zgodnie z umową, w Breslauer Neueste Nachrichten. A przynajmniej sprawiał on wrażenie pogrążonego w lekturze, bo tak naprawdę uważnie przyglądał się sali ponad gazetą i szukał kogokolwiek podobnego do opisu Reinharda Kirchera. Faktem niezaprzeczalnym było jednak, że drezdeński wydawca nie bez powodu lubił i promował literaturę, ale jej nie tworzył. W krótkiej rozmowie ze Stolzerem postarał się jak najlepiej przedstawić wygląd poszukiwanego człowieka, ale koniec końców jego opis pasował do jednej trzeciej mężczyzn mieszkających w Breslau i jednej czwartej gości kawiarni. Mimo tego profesor nie okazał zaskoczenia, gdy zagadnął go mężczyzna w wieku lat około trzydziestu – profesorskie doświadczenie obstawiało trzydziestu trzech i dobrze, że były to tylko myślowe rozważania a nie zakład, ponieważ Herbert (a dla profesora Reinhard) był o pięć lat młodszy.
To Jost zaczął już czwartą dekadę życia, co na tę chwilę pozostawało bez znaczenia.
Zamówili kawę, obaj minimalistycznie czarną, i po kawałku strucli z jabłkiem – profesor nalegał, jakby przeczuwał, że gość może chcieć mu umknąć jak najszybciej. Ciasto na talerzyku miało zatem wydłużyć czas spędzony przezeń przy stoliku. Takie podejście sporo mówiło o tym, za jakiego człowieka wziął Herberta – młody, samotny, trochę podróżnik i literat, ale niezbyt ambitny, więc ciastko wystarczy.
– Bardzo dziękuję, że zechciał się pan ze mną tak szybko spotkać – zapewnił, ledwie złożyli zamówienie. – Postaram się nie zająć panu więcej czasu, niż to absolutnie konieczne dla wyłuszczenia mojej sprawy.
Herbert zapanował nad swoją twarzą na tyle, aby nie uśmiechnąć się, usłyszawszy w myślach niemalże dokładne zaprzeczenie wypowiedzianych słów.
„Zajmę tyle czasu ile jest mi potrzebne, zwłaszcza, że ja tu pracuję, a pan nie ma nic do roboty i może poświęcić mi nawet cały dzisiejszy wieczór, jeśli uznam to za stosowne."
Tak brzmiało to, co profesor naprawdę chciał powiedzieć i wyuczony ton, maniery oraz naprawdę miły wyraz twarzy nie mogły zmylić Herberta. Potrzeba było znacznie więcej, aby go okłamać, ale o tym Ditmar Stolzer nie wiedział. Podobnie jak nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo nietrafna była jego opinia. Wziął von Brunserta za jednego z tych młodych gniewnych, którzy zyskali swoje pięć minut sławy dzięki szczęściu i tyle.
„Wydał taki kilka opowiadanek ku uciesze tych i owych, ale na tym się jego dotychczasowe osiągnięcia kończą" – tak o nim myślał, gdy szedł na spotkanie. Może gdyby zawczasu udało mu się dotrzeć do prawdziwego nazwiska Reinharda Kirchera, to zamiast próbować go teraz oczarować perspektywami stabilniejszej sławy, wymyśliłby coś innego. Bardziej obliczonego na ludzi, którzy mogli robić karierę naukową, ale nie chcieli. Takich, którzy nie szukają sławy i pieniędzy, bo pierwsze nie jest im potrzebne, a drugie wynieśli z domu. A co najważniejsze, inaczej by wówczas interpretował gesty Herberta. Nie uznałby uśmiechu przy pierwszym kęsie strucli za punkt dla siebie, a wziął go najwyżej za wyuczoną życzliwość. W obu przypadkach by się mylił, ale w tym drugim o wiele mniej. Herberta strucla bowiem nie zachwyciła, była dla niego za słodka, ale uśmiechnął się na myśl, że przypadłaby ona do gustu Jostowi, bo smakowała niemal identycznie jak ta, podawana w jednej kawiarni w Meißen.
Tymczasem zachęcony profesor począł prezentować swoją sprawę i szybko stało się jasnym, że przynajmniej co do natury rzeczy Wippert się nie pomylił. W zawiłych słowach profesor Stolzer przeszedł od refleksji na temat rozwoju powojennej Europy do rozwoju ludzkości jako takiej, od przewagi współczesnych nad pierwotnymi do kolonizatorów i misjonarzy niosących kaganek kultury i oświaty pośród niewiedzących. Skończył w miejscu, w którym Herbert się tego spodziewał, nie dał jednak po sobie poznać, że czuje się tym wywodem niemalże znużony, bowiem wszystko to były stwierdzenia oczywiste i komuś, kto ukończył studia humanistyczne, znane. Studiował co prawda filozofię, ale w sprawach poruszanych przez profesora miał dostateczną wiedzę, aby nie trzeba było mu streszczać tych idei. Prowadzić za rączkę przez historyczne zawiłości, tak boleśnie uproszczone, że Herbert w myślach uśmiechał się do wizji Josta pomstującego na takie podejście. Opowiadanie mu o tym, że „maluczcy i niedouczeni" często dopiero po latach docenić mogli przekazaną im wiedzę, zrozumieć, że niesłusznie się jej tak kiedyś opierali, mijało się z celem w równym stopniu, co podkreślanie, że w nowych czasach metody powinny być inne. Oświecone! Natomiast ich wdrażanie poprzedzić należy starannymi przygotowaniami. Zainteresował się dopiero, gdy profesor przeszedł z oni na my – Towarzystwo Vril.
– Mamy swoją siedzibę w Berlinie – tłumaczył Dietmar Stolzer tonem człowieka, który sporą część swego życia poświecił na wkładanie wiedzy do głów innych ludzi. – Ale nie ograniczamy się jedynie do niego. Rekrutujemy swych członków z całej Rzeszy i sięgamy nawet do naszych rodaków w krajach bałtyckich. Niektórzy przeprowadzają się do stolicy, inni pozostają z nami w stałym kontakcie listownym. Nie mogę teraz zdradzić ich tożsamości, ale zaręczam, iż są w naszych szeregach zarówno ludzie sztuki jak i cenieni naukowcy nawet z samego Rewela. Naszym celem jest nieść kaganek oświaty i kultury na wzór dawnych misjonarzy i kolonizatorów, ale nie gdzieś za oceanem. Na to przyjdzie dopiero czas, wcześniej jednak musimy zająć się własnym podwórkiem. Tu, u nas w kraju, a potem w całej Europie. To wielka sprawa, której się podejmujemy, jak pan na pewno rozumie.
Herbert w to nie wątpił. Mieszkając pod jednym dachem z Jostem, miał nader dobre wyobrażenie o tym, jak niekiedy ten kaganek kultury i oświaty był noszony przez kolonizatorów, i miał na ten temat wyrobione własne zdanie. Nie zamierzał się jednak z profesorem o to wykłócać i niepotrzebnie przedłużać spotkania, zwłaszcza że te porównania nie miały wiele wspólnego z głównym tematem. Były, według niego, dość topornym sposobem uwznioślenia własnego działania i równie dobrze mogły nijak nie być związane z prawdziwymi motywacjami twórców Towarzystwa. Po prostu ładnie brzmiały. Pisząc swoje historie, nie raz, nie dwa poświęcał dokładność opisu dla jego brzmienia. Zaś tu i teraz najbardziej był ciekaw, czego takiego dowie się o Towarzystwie i sile, w którą wierzyli jego członkowie
Stolzer opisywał Vril w optymistycznych barwach i nie miał wątpliwości, że ona istnieje. Nie mówił wprost, że każdy ją w sobie ma na wycigąnięcie ręki. Lawirował pomiędzy ładnymi frazami o pracy nad sobą w celu odkrycia tego niezwykłego daru a poszukiwaniami tych, w których on tkwi i pomocą im. Sugerował ostrożnie, że kiedyś było inaczej, lepiej, ale potem ten niebywały dar się rozcieńczył – tego dokładnie słowa użył. Nie krępował go fakt, że Herbert niespecjalnie się w rozmowie udzielał, skubał widelczykiem swoją struclę i pił kawę, sporadycznie spoglądając przez okno na ulicę.
– To, czym się zajmujemy, jest swoistą misją, jak pan już zapewne pojął. W naszym społeczeństwie zwykło się ostracyzować odmiennych. Nawet teraz, gdy o seansach spirytystycznych nie mówi się już ze śmiechem, jak o występach podrzędnych ulicznych kuglarzy, to jednak daleko tu do powszechnej akceptacji. Osoby o talentach dalece wykraczających poza pojmowanie większości społeczeństwa, są przedmiotem szykan i dociekań bardziej odpowiednich dla zwierząt laboratoryjnych!
Trzeba było Stolzerowi przyznać, że sztukę wykładania miał opanowaną do perfekcji. Nie mówił monotonnie, a pozwalał swojemu głosowi wznosić się i opadać tak, że trudno było go nie słuchać. Jednocześnie nie okraszał swojego wykładu nadmierną liczbą gestów. Nie wyglądał jak ktoś, kogo tak pochłonęły własne słowa i idea im towarzysząca, że zapomniał o całym bożym świecie. Wręcz przeciwnie. Nawet podnosząc głos, by zaakcentować niektóre sprawy, robił to tak, aby siedzący przy sąsiednich stolikach ludzie nie mogli zbyt wiele z ich rozmowy usłyszeć.
– A tymczasem... to właśnie oni są prekursorami. Oni odkryli w sobie moc, która tkwi uśpiona w wielu ludziach, i z czasem mogą pomóc pozostałym zrobić to samo. Są Nadchodzącą Rasą – zakończył dobitnie, przywołując tytuł książki.
– Nie rozumiem, jaki to ma związek ze mną – przyznał Herbert, odstawiwszy pustą filiżankę na spodek.
– Panie Kircher...
Z racji pory dnia Cafe Torwache przeżywała oblężenie. Gwar rozmów sprawiał, że było to miejsce zarazem najlepsze i najgorsze do prowadzenia poufnych rozmów. Herbert powoli miał już tego dosyć i w myślach gotował się do wyjścia. Profesorskie mieszkanko wynajęte nieco po znajomości przez Josta kusiło go ciszą i spokojem, a w dodatku deszcz za oknem w końcu przestał padać. Tylko jedna rzecz trzymała go jeszcze na miejscu. Ostatnia z przewidzianych Josta, która wciąż nie padła w tej jednostronnej rozmowie. Miała być jak wisienka na torcie, tylko sam nie umiał rozstrzygnąć, czy woli, aby pojawiła się faktycznie, czy żeby Wippert się mylił.
Fürstenstein.
– ...przed swoim wydawcą i kim pan tam jeszcze chce, może pan udawać. Wręcz rozumiem, że pan udaje! Ale proszę... Ja wiem i rozumiem pana opowieści – odparł profesor dość cicho i tonem pełnym spokoju, obliczonym na wzbudzenie sympatii i okazanie wsparcia. – Jest pan w nich zbyt dokładny, trafia pan w sedno sprawy z taką łatwością, że mnie pan nie oszuka. Zatem proszę, rozmawiajmy szczerze.
Stolzer wierzył w to, co mówił. Nie kłamał – tego Herbert był pewien i nieco mu wiara tego człowieka imponowała mu. Żałował, że przyszedł tu sam i Jost nie mógł usłyszeć tego półszeptu, w którym żadna sylaba nie drżała z niepewności. Na co komu było zastanawianie się nad prawdziwością Vril? Jeśli profesor stanowił miarę dla reszty Towarzystwa, to oni w swoich rozważaniach byli już o wiele dalej. To obudziło w Herbercie ciekawość, której się nie spodziewał, a ledwie zdał sobie z niej sprawę, już nie mógł opędzić się od myśli, że na mostku nie powiedział Jostowi najważniejszego. Tak ludzie bali się czarodzieja i lepiej byłoby, gdyby nigdy w niego nie uwierzyli, ale teraz ciekawość pchała Herberta na drogę, na którą jeszcze rano nie chciałby wchodzić. Gdyby tak mógł popatrzeć z boku na tych, co próbowaliby zmienić nastawienie ludzi. Mógłby to potem gdzieś wykorzystać, zaprawić fikcją.
Odetchnął i skupił się na nieprzerwanie płynących słowach profesora.
– Czy w związku z tym zechciałby pan na dzień czy dwa odwiedzić mnie i dwójkę moich podopiecznych w zamku Fürstenstein, gdzie dzięki dobrym układom obecnie przebywamy?
Kawa się skończyła, a po strucli zostały same okruszki, Stolzer natomiast czekał na odpowiedź. Nie spuszczał wzroku z Herberta, nie zwracał uwagi na podniesione głosy ludzi, którzy właśnie weszli do kawiarni i zdawał się wręcz nie mrugać, ale to akurat było jedynie złudzeniem.
– Nie mogę udzielić odpowiedzi teraz. Nie jestem w Breslau sam i nie mogę sam podjąć takiej decyzji.
Profesor stropił się na krótką chwilę, pokiwał głową i uśmiechnął przyjaźnie.
– Oczywiście, rozumiem. Zaręczam, że z mojej strony nie ma najmniejszego problemu, aby przyjąć was oboje – zapewnił. – Do pojutrze będę przebywał w hotelu Reichshof i gdyby zechciał pan udzielić mi do tego czasu odpowiedzi, byłbym zobowiązany.
Herbert nie wątpił, że profesor rozumie, ale problem jednak widzi. Nie zdradziły Stolzera ani gesty, ani głos, ani dobór słów. Było to coś mniej namacalnego, co z braku lepszego określenia Herbert nazywał aurą.
Gdyby jednak pominąć nazewnictwo, jedno było pewne – miał rację, jak zawsze. Profesor faktycznie w swoich działaniach nie uwzględnił osoby, która teraz w sposób oczywisty wydawała mu się związana z nagłym wyjazdem Reinharda Kirchera z Dresden do Breslau. Sam nie rozumiał, jak mógł o tym wcześniej nie pomyśleć! Po trosze przypuszczał, że za bardzo wziął sobie do serca uwagi drezdeńskiego wydawcy o tym, że Kircher jest ponoć sympatycznym, ale niezbyt towarzyskim człowiekiem. Teraz musiał na poczekaniu zmienić plany i nie dawało mu to spokoju. Nie dał tego po sobie poznać, oczywiście. Uiścił rachunek, twierdząc, że to wszak on nalegał na spotkanie, i raz jeszcze, już stojąc na ulicy, zapewnił, że serdecznie zaprasza Reinharda do Fürstenstein, po czym odszedł wzdłuż fosy ku Neue Taschenstraße, przy której znajdował się jego hotel.
Herbert odetchnął i spojrzał w ciemne niebo. Nadal nie padało.

H. von Brunsert

Drgnął, gdy szczęknął skobel zamka i z przedpokoju powiało chłodem. Płomień świecy zachwiał się i przez moment wydawać się mogło, że zaraz zgaśnie, jednak w porę zamknęły się drzwi do mieszkania przy Heidenhainstraße 13 i wszystko wróciło do normy. Herbert wstał i powoli podszedł do progu.




Gdy wrócił do domu przed ponad godziną, zastał w nim jedynie Meinela, co było niespodziewane i niepokojące zarazem. Przez całą drogę z Torwache zastanawiał się, jak zacznie rozmowę z Jostem. W jakich słowach opowie o profesorze i zaproszeniu, którego pojawienie się w rozmowie Wippert przewidział tak trafnie. Powiedzenie, że miał we wszystkim rację wydawało się za proste i za bardzo przypominało wywieszenie białej flagi, poddanie się temu, co Jost postanowi -- czymkolwiek by to było. W pierwszym odruchu Herbert uznał to za niedopuszczalne, w drugim zwolnił kroku, obejrzał się przez ramię na rzekę i zwątpił, bo tego dnia, to on mówił i odpowiadał. Jost pytał. Zwykle było na odwrót i wcale się ta zmiana Herbertowi nie podobała. Stawiała go w sytuacji, gdy brak mu było wiedzy, aby przewidywać, co stanie się dalej. Przez moment poczuł się jak bohater jednego ze swoich opowiadań zdany na łaskę i nie łaskę autora. Odezwał się w nim pan i władca świata przedstawionego, który właśnie z przerażeniem odkrył, że jest tylko bohaterem. Nerwowy śmiech podszedł mu do gardła, ale zdławił go bez trudu, odwrócił się od rzeki i zdecydowanym krokiem ruszył nabrzeżem do domu.
Gdy wchodził do kamienicy, miał już w głowie ułożone, co powie i jak to zrobi, jakim tonem i w jakich słowach zawrze średnio pochlebną opinię o Stolzerze i zainteresowanie raczej samym zamkiem, a mniej badaniami profesora.
„To nie jest prowincjonalny pałacyk" – wyjaśniał sam sobie, wchodząc na trzecie piętro. Drewniane stopnie skrzypiały cicho przy każdym kroku, jakby mu przytakując, ale on nie zwracał na nie uwagi. Tak bardzo zapadł się w świat własnych myśli, że gdyby któryś z sąsiadów wyjrzał przez szparę w drzwiach sprawdzić, kto to idzie, zobaczyłby jedynie cień powoli wspinający się ostatnie piętro, a Herbert nawet nie zwróciłby uwagi na smugę światła, jaka niechybnie by się przy tym pojawiła. – „To zamek i to położony w niesamowitym miejscu. Namawiałeś mnie do wyjazdu, mówiąc, że może tu znajdę wenę do dzieła, które chodzi mi po głowie, a nie tylko do opowiadanek, w których się nie realizuję. A skoro tak, to teraz ja cię proszę, pojedźmy tam."
To brzmiało wcale nieźle.
Przekroczył próg spokojnie, bo choć był zdenerwowany, to wyniesione z domu wychowanie sprawiało, że rzadko kiedy stres wpływał na jego gesty i niszczył pozorny spokój.
Dopiero ciemność i cisza mieszkania zdołały to uczynić.



A potem zaczęło padać.



W chwili, gdy stał w progu, spoglądając na Josta, miał w głowie pustkę. Coś powinien był powiedzieć, skoro Wippert wrócił, tymczasem zupełnie nie wiedział co i jak. O ileż łatwiej było zmuszać fikcyjnych bohaterów do odbywania znacznie trudniejszych rozmów i sprawiać, że brzmiały one prawdziwie, porywały wyobraźnię czytelników i nakłaniały, żeby czytali dalej!
– O! Jesteś już. – W końcu to Jost odezwał się pierwszy, gdy już uporał się ze zdjęciem przemoczonego płaszcza, a zanim zabrał się za zzucie butów. – Opowiadaj! Jak spotkanie? Miałem rację
Nie tego się Herbert spodziewał, wracając i mając w pamięci stan, w jakim Josta zostawił, jego nastrój przed południem i zachowanie w ostatnich dniach. Tygodniach?
– Lepiej ty powiedz, co robiłeś, że wyglądasz...
Herbertowi na chwilę zabrakło słów. Najbardziej na miejscu wydawało się stwierdzenie, że Jost jest przemoczony do suchej nitki, ale było w tym określeniu coś, co sprawiało, że myśli zatrzymywały mu się gwałtownie może nie tyle co przerażone, ale zdumione do granic możliwości. Sekundę później owo zdumienie przerodziło się w niepewność z posmakiem lęku, bo Jost odpowiedział.
– Wracałem od profesora Voita rowerem, pożyczonym zresztą od niego, w deszczu, co widać. Rozpadało się, jeszcze jak rozmawialiśmy i za nic nie chciało przestać, a ja nie chciałem narzucać się gospodarzom i zostawać zbyt długo. – Wzruszył ramionami, a Herbert ani trochę nie poczuł się uspokojony tym wyjaśnieniem. Wręcz przeciwnie. – Daj mi chwilę, niech się tylko przebiorę w coś suchego i opowiadaj. Jadłeś już
– Jost...
– Tak? – odparł, patrząc przez ramię, bo właśnie zamierzał zniknąć w kolejnym pokoju.
– Na pewno wszystko w porządku?
– Tak, nie rozumiem, czemu pytasz – mówiąc to, odwrócił się przodem do Herberta, oparł o framugę i zaczął mu się uważnie przyglądać.
– Jechałeś tu w deszczu. – Zaakcentował ostatnie słowo. – To dostatecznie dobry powód, abym czuł się zaniepokojony, a mógłbym dodać do tego kilka innych, ale powstrzymam się, bo bardziej od ich obwieszczania ciekawi mnie to, co ty masz mi do powiedzenia.
– Herbercie – westchnął Jost i roześmiał się.
Uczucie deja vu skrobało von Burnserta w podstawę czaszki. Oto znów się z niego śmiano, życzliwie kpiono w żywe oczy, tak jak to miało miejsce rano i przyznać musiał, że było w tym coś uspokajającego.
– Wyjaśniłem ci kiedyś, że łatwiej deszcz powstrzymać od spadnięcia, nim się zacznie, niż wtedy, gdy już trwa w najlepsze, poza tym może to wszystko kwestia szczęścia, a ja sobie jedynie wmawiam, że to trudne i łudzę się, że mam nad deszczem władzę. Nieważne. Przecież obiecałem wrócić na kolację; mniemam, że Albrecht ci to przekazał. Zatem jestem i chętnie wysłucham relacji z twojego spotkania ze Stolzerem, bo nie ukrywam, jestem jej bardzo ciekaw – zakończył, uśmiechając się w sposób, który nie pozostawiał wątpliwości, co do tego jak szczere są jego słowa.
Zresztą i bez tego Herbert nie miałby powodów, aby w nie wątpić.
– Mogłeś pójść ze mną – mruknął zupełnie niepotrzebnie, z czego zdał sobie sprawę nim skończył mówić. – Przebierz się. Powiem Albrechtowi, że wróciłeś i czas na kolację.
– Mogłem, wiem, że mogłem. Mea culpa, Herbercie, ale mam nieodparte wrażenie, że dobrze się stało, iż tak się nie stało – roześmiał się z brzmienia własnych słów. – Jestem niemal pewien, że nie powinno było mnie tam być. Tak pewien, jak byłem tego, że ktoś zjawi się dzisiaj u nas, tak jak to uczynił pan Stolzer – powiedział do jego pleców i zniknął w pokoju.
W pośpiechu zdjął z siebie mokre ubranie i szybko znalazł cokolwiek suchego. Może i obiecał wrócić, może i wziął do serca słowa Albrechta i rozkazał samemu sobie dać się póki co ponieść chwili, ale to nie zmieniało faktu, że wilgoci oraz mokrych ubrań nie cierpiał tak samo, jak jeszcze kilka godzin temu. Z radością znalazł się w ciepłym salonie i przy brzęku sztućców wymógł na Herbercie relację ze spotkania. Zwłaszcza interesował go sam profesor, mniej to, co miał do zakomunikowania. Vril znał, a o zaproszeniu wiedział na długo nim Stolzer zapukał do drzwi ich mieszkania. Jednak o człowieku jako takim nie posiadał żadnych informacji. Popołudniowa wycieczka nie przyniosła mu oczekiwanych odpowiedzi, ale nie dał tego po sobie poznać, siedząc przy stole w domu Voitów. Wszak, przyznał przed samym sobą, gdy w strugach deszczu wracał z Peuckherstraße, byłoby to zbytnim uśmiechem losu, gdyby profesor Voit znał Stolzera. Jeśli by tak było, to on sam pewnie kojarzyłby go ze słyszenia. Środowisko naukowe mogło się niektórym wydawać dość małe i zwarte, ale jednak istniały tam prawdziwe przepaści, jeśli nie geograficzne, to te między dziedzinami wiedzy. Tu, podejrzewał Jost, obie przepaści nakładały się na siebie. Berlin, Leipzig, Breslau; historycy i tęgie głowy od psychologii i modnych nauk społecznych. Zdać się musiał zatem tylko na krytyczny osąd Herberta.



Tak było dwa dni temu. W dniu szarym i deszczowym, zupełnie do początku września niepasującym. Dziś było dziś. Na niebie nad Breslau pozostały pojedyncze puchate chmury, spomiędzy których słońce patrzyło na miasto i przeglądało się w jego rzekach. Wiatr wiał ze wschodu i stojąc przy rozwidleniu Odry, na tyłach terenów wystawowych, można było się zasłuchać w szum drzew, podobny, a jednak różny od szelestu padającego deszczu. Jost uśmiechał się, stojąc oparty o szorstki pień i wystawiał twarz ku słońcu. Gdyby mógł, stałby tak cały dzień i rozmyślał o mało ważnych rzeczach. Z czasem zacząłby ignorować tramwaje, przejeżdżające przez niedostatecznie odległy most, śmiech dzieci zachwyconych ogrodem zoologicznym, od którego oddzielał go jedynie mur i wszystkie inne hałasy. Byłby tylko on, wiatr...
Roześmiał się i mrużąc oczy, spojrzał na stojącego kawałek dalej Herberta. Musiał patrzeć pod słońce i nie uszło jego uwadze, jak wiecznie niedające się ułożyć loczki tworzą wrażenie aureoli wokół herbertowej głowy. Stąd blisko było jego skojarzeniom do aniołków na freskach w kościele wniebowstąpienia w Dresden. Nie mógł się nie roześmiać, gdy wizja Herberta z puchatymi, białymi skrzydełkami zaatakowała go szybciej, nim zdążył odwrócić wzrok. Zgiął się w pół i spróbował nie śmiać za głośno, ale w ogólnym rozrachunku w oczach Herberta bardziej to zaszkodziło niż pomogło. Kiepsko tłumiony śmiech kojarzył się z rozpaczliwymi próbami złapania powietrza. Mało eleganckimi i niestawiającymi go w najlepszym świetle w oczach przypadkowych spacerowiczów, których szczęśliwie nie było akurat na wale. To jednak mogło się w każdej chwili zmienić i Herbert nie dawał im zbyt wiele czasu.
– Powiesz mi, co cię tak rozbawiło czy mam się zacząć domyślać
Pytanie pozornie nie zawierało groźby, podobnie jak ton, jakim je zadano, ale jej obecność było oczywista. Nikt, kto znał Herberta dłużej, nie śmiałby w to wątpić, a niewiele było osób, które znały go tak długo jak Jost. Nie należało pozwalać komuś, kto hobbystycznie dorabiał pisaniem krótkich nowel i opowiadań, na dopowiadanie sobie cudzych motywów, bowiem takiej wyobraźni nie można było przecenić!
– Aniołki z fresku – odparł Jost, wyprostowawszy się wcześniej. Nie śmiał się już ani nie chichotał, ale pełen samozadowolenia uśmiech wciąż rozciągał mu ustach. – Stoisz pod słońce i twoje włosy... luźne skojarzenie – dopowiedział na widok uzasadnionego powątpiewania w oczach Herberta. – Sam bym pewnie też tak wyglądał, ale przy twoim wyuczonym, poważnym wyrazie twarzy efekt jest znacznie ciekawszy. Twoja matka sporo by dała, aby móc cię zobaczyć tak, jak ja przed chwilą. Mogłaby powspominać swojego aniołeczka i zapewniam, że nie przywołuję tego jako marnej próby przytyku. Ot, luźne skojarzenia powodowane tą piękną pogodą.
Herbert przewrócił oczami i westchnął. Sześć kroków, tylko tyle potrzebował, aby znaleźć się przy Joście. Byli niemal tego samego wzrostu, ale opierając się o drzewo, Wippert tracił kilka cennych centymetrów i Herbert mógł się nad nim pochylić, spojrzeć nań z góry z pobłażliwym uśmiechem, którego nauczył się od ojca.
– Mniemam więc, że powinienem być szczęśliwy, że poznaliśmy się, gdy miałem dziesięć lat, a nie mniej. Wówczas twoje skojarzenia byłyby poparte wspomnieniami, a nie jedynie wyobraźnią, o której plastyczności, wybacz, ale mam nie najwyższe mniemanie. Zarazem wyrażam żal, że kiedy byśmy się nie poznali, to i tak ja ciebie w takim anielskim wykonaniu bym pewnie nie zobaczył z racji różnicy wieku między nami.
Jost patrzył na Herberta tym razem z sukcesem stoczywszy walkę ze śmiechem. Uśmiechu jednak nie powstrzymywał. Całym sobą, wszystkimi myślami, był tu i teraz, i miał nadzieję, że nikt nagle nie wyjdzie zza zakrętu, żeby przerwać tę chwilę. Miał wrażenie, że jeśli to się stanie, wspomnienia ich prawdziwego pierwszego spotkania spadną na nich niczym walący się dach budynku i pogrzebią dobry humor do końca dnia, a pewnie i dalej.
Wojny nigdy nie wspominało się lekko.
– Podejrzewam jednak, że okazałbyś się diablęciem w anielskim wdzianku.
– Masz o mnie naprawdę straszne zdanie, Herbercie, a dla postronnych spacerowiczów, to raczej ty teraz jawiłbyś się bardziej diabelsko.
Odpowiedziało mu prychnięcie i odrobina więcej przestrzeni niż miał jeszcze przed sekundą. Nie dość jednak, aby mógł podejrzewać, że nie wzbudzą zainteresowania i wcale mu to nie przeszkadzało. Wyprostował się, patrząc Herbertowi w oczy i uśmiechając się w sposób, który – był tego niemal pewien – przestał mieć w sobie chytre zacięcie, a zaczął wyglądać głupawo i naprawdę mu to nie przeszkadzało.
– Czyżbym widział rumieniec? – skłamał bez mrugnięcia okiem.
– Imaginuj sobie dalej, Joście. Tymczasem odpowiedz mi na jedno pytanie, nim będziemy musieli wracać do mieszkania i jechać do Fürstenstein. Jesteś pewien, że chcesz tam jechać Jesteś pewien, że zgadzasz się, abym ja tam pojechał
Jost zamknął oczy i milczał dłużej, niż byłoby to wskazanym, ale Herbert nigdy nie szczędził mu czasu, gdy zależało mu na usłyszeniu odpowiedzi. I to nie jednej z tych krótkich, uspokajających, które mniej mają wspólnego z pytaniem, a więcej z kulturalnym odesłaniem petenta gdzie bądź – byle daleko.
– Chcę... -- Jost nie otworzył oczu. Mówił cicho, tak, by nikt poza Herbertem nie mógł go usłyszeć, choć wciąż byli na wale sami. Wyjaśniał, bo czuł, że musi to zrobić, jeśli wszystko ma się ułożyć. Jeśli paranoja sprzed kilku dni ma pozostać tam, gdzie jej miejsce – w przeszłości. – Bo widzisz, sam ci przecież powiedziałem, że przeznaczenie się usztywniło. A to znaczy tyle, że nawet, gdybym w swoim rozchwianiu i optymizmie rodem z nurtu fin de siecle postanowił nas obu zabić, bo czemu nie?, byle tylko do tego spotkania i wyjazdu nie dopuścić, to nic bym nie zdziałał. Może siebie bym zabił, ale ty, choćby i cudem, ocalałbyś i spotkał się z profesorem Stolzerem; to raz – wyjaśnił lekkim tonem, jakby chciał się śmiać z samego siebie i Herbert tylko z grzeczności nie przerwał mu i nie wyśmiał tej marnej próby. – A dwa... To jest jeszcze prostsze. Przecież zapytałem cię, co myślisz o Towarzystwie i twoje zdanie bardziej niż mniej pokrywa się z moim, zatem mój... nazwijmy to strach. Mój strach w pewnym stopniu zakrawał na brak zaufania, a ja, Herbercie, zapamiętaj to proszę, ufam ci od dawna i nic się w tej mierze nie zmieniło, więc cokolwiek wydarzy się dalej... – Wzruszył ramionami. – I nie , nie wiem, co się stanie. Nawet nie próbuję zgadywać – dodał, nie kłamał.
Herbert westchnął i uśmiechnął się. Gdyby znajdowali się w czterech ścianach mieszkania, posunąłby się dalej w niemym wyrażaniu swojej aprobaty dla słów Josta, ale tyły ogrodu zoologicznego temu nie sprzyjały. Podarował sobie jakiekolwiek słowa, bo naprawdę nie były potrzebne, a gdy coś jest zbędne, to odwołanie się do tego jedynie wzbudza podejrzenia – tego nauczył go ojciec i choć nie podejrzewał Josta o dopatrywanie się drugiego dna w jego zachowaniu, to jednak wolał milczeć. Bez słowa odwrócił się i powoli zaczął iść z powrotem ku Paßbrücke, pewien, że Wippert pójdzie za nim.
Wciąż mieli czas, by trwać w zawieszeniu tak charakterystycznym dla wyjazdów. Nie było sensu się za nic zabierać, ale siedzenie bezczynnie mierziłoby niepomiernie, więc doszedłszy do Paßbrücke, nie przekroczyli Odry, ale skręcili w przeciwną stronę – ku Hali Stulecia. Budowla, którą oglądali już wiele razy, wciąż robiła na nich wrażenie. Jost patrzył na nią i głośno zastanawiał się, kto miał rację. Ci, co twierdzili, że jej projekt przypomina pudło na kapelusze, czy ci, co opowiadali się za gazometrem. Przed przyjazdem do Breslau zdążył zaczytać się w ciekawostkach o mieście, które na krótko stać się miało jego domem. Nie przyznawał nawet przed samym sobą, że zrobił to tylko po części z zawodowej ciekawości, a bardziej szukając czegokolwiek, co zajęłoby jego myśli i tchnęło w nie optymizm. Teraz z powodzeniem mógł raczyć Herberta anegdotami dotyczącymi potężnej hali, stawu oraz pergoli tuż obok.
– Przyznam, że z zatkniętą na czubku flagą mi najbardziej kojarzy się z tortem – stwierdził w końcu, gdy przechodzili najodleglejszym od hali kawałkiem pergoli.
– Masz dziwne skojarzenia.
– Czemu? Moim zdaniem nie jest ono gorsze od tamtych, a może wręcz właściwsze. Gdyby bowiem spróbować powiązać wygląd z okazją, na jaką wybudowano tę halę, to czy taki tort nie pasowałby lepiej do uczczenia rocznicy zwycięstwa pod Leipzig niż pudło na kapelusze? Oczywiście, co kto woli! Ktoś może uznawać wyższość takich pudeł, zwłaszcza pełnych, nad ciastami, ale ja preferuję jednak słodkości. Zwłaszcza po tym, jak opowiedziałeś mi o strucli z Cafe Torwache. To było z twojej strony brutalne.
Herbert westchnął w odpowiedzi i nie dodał, że proponował Jostowi wybranie się tam rano, skoro samochód zorganizowany przez profesora Stolzera miał przyjechać po nich dopiero po godzinie czwartej po południu. I że sam Jost uznał, iż nie, nie chce, kiedy indziej może, ale póki co woli pójść nad rzekę. Zatem tam właśnie poszli. Co prawda wciąż mogli złapać tramwaj i pojechać do centrum, ale w słonecznym rozleniwieniu już nawet Herbertowi się to nie uśmiechało. Bardziej skłaniał się ku znalezieniu jakiegoś miłego miejsca w okolicy. Najlepiej mniej zatłoczonego niż sztuczny staw przed halą i okalająca go szeroka ścieżka pełna ludzi pogrążonych w swoich rozmowach. Gdyby to tylko od niego zależało, to najchętniej wróciłby do mieszkania i skorzystał z tego, że na balkonie powinno być teraz słońce. Nie podejrzewał jednak, aby taka opcja odpowiadała Jostowi, zatem nawet tego nie zaproponował. Skręcił z pergoli między drzewa i w kierunku Hitlerstraße.
– Z bardzo lokalnego punktu widzenia, to bitwa pod Leipzig była przełomowa nie tylko dlatego, że była wielka, i w zasadzie od niej, a nie od Waterloo można by liczyć czas, kiedy już przesądziło się, że Napoleon przegra. To także wtedy, trzeciego dnia dokładnie, znaczna część sprzymierzonych z Francuzami wojsk saksońskich zmieniła front – Jost opowiadał historię, którą już niegdyś przekazał Herbertowi, ale utonęło to w niepamięci lat. – Zdania są podzielone, czy to bardziej był akt tchórzostwa, czy rozsądne działanie, zważywszy na to, jakie szanse miała armia Napoleona na zwycięstwo i jak układały się sasko-francuskie stosunki na co dzień. A układały się, powiedziałbym, paskudnie i byłby to eufemizm. Opowiadałem ci, jakie wydarzenie odnotowano, gdy wojska francuskie przebywały w Dresden?
Herbert w zamyśleniu poprowadził ich w stronę mieszkania, ale tak naprawdę nie zamierzał tam trafić od razu, a po uprzednim zatrzymaniu się w kawiarni na rogu. Kilka stolików tworzyło tu przyjemny ogródek z widokiem na most. W jego planie Jost zorientował się, gdy w połowie opowieści o tym, Herbert dyskretnie pociągnął go za rękaw marynarki ku Cafe Tiergarten. Uśmiechnął się wówczas i już chciał powiedzieć, że naprawdę mogą wrócić do siebie, ale nie zdążył.
– Pamiętam tę historię – odezwał się Herbert. – A teraz nie każ mi się prosić. Zapraszam cię, aby zadośćuczynić złu jakim było opowiedzenie ci o strucli – dodał i uśmiechnął się. – Matka, w swoim ostatnim liście, kazała mi cię nieco porozpieszczać, bo nawet ona zauważyła, że byłeś ostatnimi czasy dziwnie nieswój.
Jost stropił się i skrzywił brzydko. O ile wizja bycia porozpieszczanym za pomocą słodyczy wielce mu się podobała, to zupełnie inaczej miało się to z faktem, że nawet pani von Brunsert zauważyła, że coś jest nie tak. Zwłaszcza że ostatni raz widzieli się przeszło miesiąc temu i wówczas wydawało mu się, że całkiem nieźle kryje się z gryzącymi go obawami. Był też drugi problem, który dopadł go, ledwie przebrzmiały słowa Herberta, i to on sprawił, że Jost zatrzymał się nagle i utkwił w nim spojrzenie.
– Przepraszam – szepnął świadom, że Herbert musiał dużo dłużej wiedzieć, że coś go dręczy, a mimo to nie zapytał nigdy, co to takiego. Czekał cierpliwie, aż on sam zdecyduje się tym podzielić.
– Chodź. Proszę...



Czasami Herbert zastanawiał się, czy Jost kiedykolwiek wyrośnie z dziecięcego wręcz uwielbienia dla ciast, ale szybko dochodził do wniosku, że to ani nie jest ważne, ani prawdopodobieństwo tego nie mieści się w wartościach wartych rozpatrywania.
– Leipzig to była bitwa. Dżdżysty i zimny październik na grzęzawiskach, w których nomen omen część austro-pruskiej armii ugrzęzła w pewnym momencie. Właściwie to chcieli się przeprawić przez rzekę, ale wszechobecne błoto pokrzyżowało im plany – roześmiał się, ale nie jednym z tych pogodnych śmiechów, które rodziły się z prawdziwego rozbawienia lub szczerej kpiny, ale tym z gatunku refleksyjnych zaśmiań do gdybologicznej rzeczywistości. Do co by było, gdyby nie ugrzęźli? Westchnął i wsparł brodę na dłoni. – Niektórzy mówią, że saksońska zmiana frontu ostatniego dnia bitwy to było tchórzostwo. Inni, i z tymi ja się zgadzam, że słuszna decyzja, która i tak zapadła za późno, ale takiegośmy wówczas mieli króla i tyle. Konkretny był w tych sprawach, rzekomo, jak wyrocznia delficka.
– Niektórzy nazywają to ostrożnością.
– Tak dalece posunięta ostrożność u króla, gdy sprzymierzeniec mu kraj łupi i roznosi, jest cechą wysoce niepożądaną, przyznasz. Nikt, kto zmierza do konkretnego celu, nie powinien być przesadnie ostrożny, bo niczego nie osiągnie. To jak ten profesor. Opowiadałeś mi, w jakim tonie prowadził z tobą rozmowę i przyznasz, że gdyby był bardziej spolegliwy, kładł po sobie uszy i ostrożnie badał grunt, to pewnikiem za kilka godzin wciąż siedzielibyśmy w Breslau, a nie w Fürstenstein.
– Może tak byłoby lepiej...
Jost roześmiał się głośno, aż zwrócił tym uwagę nielicznych gości lokalu. Kilka spojrzeń, zdaniem Herberta, jasno wyrażało niechęć wobec takiego zachowania i słusznie był pewien, że obcy w tych stronach akcent Josta potęguje to uczucie. Miał też rację, uważając, że Jost doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Pokręcił zatem tylko głową i uśmiechając się, pił kawę, wysłuchując anegdotek sprzed stu i więcej lat.



koniec rozdziału pierwszego...





...drugi sformatuję jakoś szybko xD
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Heidenhainstraße 13

Post autor: pierdoła saska » 10 stycznia 2018, 16:49

Z dedykacją dla Krin, która teraz trzyma mi kota ;)




2
M. Ackenhausen
Samochód skręcił z głównej drogi w wąską dojazdówkę do zamku. Kierowca nieco piłował silnikiem, wjeżdżając pod stromy podjazd i wszyscy odetchnęli z ulgą, gdy wreszcie wyjechali na bardziej płaski kawałek i zrobiło się nieco ciszej. Ponad pagórkiem widać już było stajnie, ale minęli je i zatrzymali się kawałek dalej przed ciężką bramą. Kierowca zatrąbił dwa razy, płosząc tym wszystkie gołębie, które przysiadły na kamiennych kolumnach. Matthias Ackenhausen odwrócił się, na ile mógł, ku Herbertowi i opowiadał o zamku.
Tak naprawdę Ackenhausen nie wiedział do niedawna nawet o istnieniu Fürstenstein i cała jego bogata w szczegóły historia była jedynie powtórzeniem tego, co sam usłyszał przed kilkoma dniami. Szczęśliwie dla siebie, pamięć miał fenomenalną i potrafił bez trudu przytoczyć zasłyszaną opowieść tak, jakby czynił to nie pierwszy raz i był wręcz pasjonatem tematu.
Jost nie słuchał go ani wcześniej, ani teraz. Spoglądał przez boczną szybę na widok po lewej stronie. Wstrzymał na moment oddech, gdy drzewa przerzedziły się na tyle, że było widać stojący na krawędzi skały zamek. Z całą pewnością ich gospodarze znaleźli sobie lokum, gdzie nikt nieproszony nie był w stanie im przeszkadzać. Niemała budowla wznosiła się na krawędzi skały, jakby wyrosła z niej przed laty, a nie została wybudowana. Robiła wrażenie i nie mógł odeprzeć myśli, że na tym najbardziej grupie profesora zależało. Zerknął na Herberta, ale on patrzył na Ackenhausena i słuchał raczej nie tylko z grzeczności.
– Zajmujemy kilka komnat, dzięki dobrym układom. To miejsce jest znacznie ciekawsze i lepsze do naszych działań niż kwatery w Breslau. Poza tym jest tu znacznie spokojniej, coś co profesor sobie bardzo ceni. Na pewno sam wam o tym powie, jak tylko wróci. Korzystając z dobrej pogody on i Clärchen wybrali się na Zobtenberg, ale z pewnością wrócą na kolację i wtedy będziemy mogli się wszyscy poznać.
Przejechali pod arkadą oraz pomiędzy budynkami służbowymi i właśnie objeżdżali prostokątny klomb kwiatowy. Matthias zaczął rozwodzić się o ogrodach poniżej i widoku z centralnej wieży, wszystko, byle raz przemycona informacja nie wróciła nieproszona. Jak na razie dość było powiedzieć, że swoje lokum zawdzięczają znajomościom – drobny sygnał, że je mają – ale nie należało się spowiadać z tego, cóż to za znajomości. Po prawdzie Ackenhausen tę informację trzymał głównie dla siebie i nawet profesor wiedział tylko tyle, ile było absolutnie niezbędne. Nie wspominając o Clärchen, której wiedza była pomijalna, jak zawsze. Nie od tego Clara Sonnerein miała śliczną główkę, aby wiedzieć, jak działa świat ekonomii, długów, zysków i przysług, o których niektórzy woleliby zapomnieć.
– Służba pokaże obu panom pokoje. – Płynnie przeszedł z roli przewodnika wycieczki w rolę gospodarza.
Od opuszczenia samochodu aż do schodów w westybulu zamku nie zamilkł ani na chwilę i ani na moment nie przestał się uśmiechać. Gdyby sytuacja była nieco inna i Jost nie czułby się jak człowiek stąpający po cienkim lodzie, to z pewnością zacząłby darzyć pełną sympatii zazdrością tego wyższego od siebie i większości społeczeństwa mężczyznę. Ale że wciąż nie był pewien czego się spodziewać i czy szykować się na atak już teraz, czy za chwilę, to tylko uśmiechnął się półgębkiem i w milczeniu analizował każde jego słowo i gest.
– W imieniu profesora przekazuję panom, abyście czuli się tu jak u siebie. Mamy pozwolenie na poruszanie się po całym zamku, choć ze względu na jego mieszkańców staramy się tego nie nadużywać. Spotkamy się przy kolacji za dwie godziny, ale jeśli tylko miałby któryś z panów jakiekolwiek pytania, to proszę o mnie pytać służbę. Na pewno mnie znajdą.
Herbert miał mieszane odczucia względem szybkiego rozdzielenia jego i Josta. Zdawało się, że ich pokoje były położone możliwie daleko od siebie. Dalej, niż spodziewał się po wyjaśnieniu Ackenhausena, że w sumie spodziewali się gościć tylko jedną osobę, nie dwie, i musieli nieco improwizować. Był niemal pewien, że gdyby chcieli, to mogliby temu jakoś zaradzić, ale jednocześnie odnosił wrażenie, że dopadają go powidoki podejrzliwości Josta. I to nie tej zwykłej, szukającej fundamentów spisków, tylko po to, aby potem namawiać Herberta do zmieniania ich w fikcję literacką, a tej, która zaprowadziła ich ma wieże kościoła. Rozkładając na biurku teczkę z fragmentami swoich rękopisów, nie mógł odpędzić wspomnienia twarzy Ackenhausena, gdy Jost przekroczył próg kamienicy. Czego by tamten w ramach powitania nie powiedział, to dla Herberta jasnym było, że kłamał przynajmniej w tych chwilach, gdy starał się być poprawny politycznie. Nie dać do zrozumienia, że spodziewał się ujrzeć kobietę, mniejsza już nawet, jakiej obyczajności. A ponad wszystko, pod płaszczykiem braku oczekiwań, nie okazać, że taki obrót spraw sprawił mu ulgę, a wręcz ucieszył. I trzeba mu było oddać, że robił to naprawdę świetnie, lepiej niż profesor w Torwache, ale Herberta i tak oszukać w tym względzie nie mógł.
Spodziewali się kobiety – pomyślał przygładzając dłonią papiery. Roześmiał się cicho w sposób, w jaki nie zrobiłby tego w towarzystwie, bo tak wiele mówiło o umysłach tutejszych spiskowców i tak pasowało do zachowania profesora. W zasadzie powinien się za to obrazić i przez chwilę rozważał wrócenie do tego tematu przy kolacji, wyjaśnienie, że nie jest biednym, szukającym sławy chłopakiem, który jedzie w świat za miłością. Szybko mu jednak ochota na tu mu przeszła i został jedynie z ciekawością Dlaczego tak założyli? Czy tak sami z siebie, bo wobec braku informacji to wydawało się najlogiczniejsze? A może powinien dziękować Schmidtowi?
Prychnął rozbawiony.
– Na pewno przez niego -- powiedział sam do siebie nim zdążył opanować odruch.

Przypuszczenia Herberta były bardziej niż trafne i przebywając w swoich pokojach, Matthias nie mógł się przestać śmiać, ilekroć przypominał sobie ten moment, gdy zobaczył Wipperta. Nie rozumiał, jak mógł dać się tak zaskoczyć! Skąd tak ślepo wierzył, że osobą towarzyszącą Kircherowi będzie kobieta? Przez insynuacje Clary?
Odetchnął głęboko i spojrzał w bogato zdobiony sufit.
Nie.
Znów się roześmiał. Wszystko bowiem zaczynało się i kończyło na osobie profesora Stolzera, który po spotkaniu z Kircherem był zadowolony z rozmowy, a zarazem zaniepokojony początkowym brakiem zapału pisarza. Wyimaginował sobie panią kircherowego serca, jednie w oparciu o słowa drezdeńskiego redaktora, który wspomniał, że Kircher z jakiś osobistych powodów, których wyjawić nie raczył, opuścił Dresden zaledwie dwa lub trzy tygodnie temu. Matthias nigdy nie przypuszczał, że profesor ma duszę romantyka i dopowie sobie historię o wyjeździe z miłości i go nią zarazi jak odrą. Przeciągnął się, leżąc na łóżku, i wsłuchał w ciszę powoli zapadającego wieczoru.
– A może raczej jest takim pesymistą, że pierwsze, co przyszło mu na myśl, było tym, co najbardziej krzyżowałoby mu plany? – powiedział cicho w przestrzeń i obrócił się na brzuch.
Dociekać, która z opcji jest bliższa prawdy póki co nie potrzebował. Liczyło się, że atmosfera przy kolacji będzie milsza, niż się spodziewał, a to wprawiało go w pogodny nastrój. Poza tym o wiele lepiej komunikowało się dobre wieści.
Myśl o posiłku sprawiła, że usiadł. Na dworze ściemniło się już zupełnie i pewien był, że lada moment profesor Stolzer wraz z Clärchen wrócą do Fürstenstein i gdy ona i ich goście będą przygotowywali się do posiłku, na niego spadnie obowiązek zrelacjonowania wydarzeń dnia oraz jego własnych opinii. Podejrzewał, że powinien być dumny, iż profesor tak sobie ceni jego zdanie, ale siedząc na miękkim łóżku w słabo oświetlonej komnacie, nie miałby żalu, gdyby ten jeden raz nim wzgardził. W końcu Kirchera już spotkał, a Wippert...? Matthias nie miał o nim wyrobionej opinii i nie zamierzał dzielić się tymi kilkoma spostrzeżeniami, które do tej pory poczynił. Dlaczego więc nie miało być mu dane błogie lenistwo aż do posiłku? Roześmiał się tak głośno, że słychać to było aż za drzwiami, ale akurat nie przechodził tamtędy nikt, kto by go usłyszał. Wstał i spojrzał w okno, w ciemność, pustkę i noc. Wziął głęboki wdech i zmrużył oczy. Dreszcz zrodził się w prawym barku i smyrgnął po plecach niemal do pasa.
– Wrócili – westchnął i przeciągnął się.

Mimo obowiązków w jadalni jednak znalazł się pierwszy, idąc wprost od profesora, a wkrótce potem dołączył do niego Wippert, co Ackenhausena w ogóle nie zaskoczyło. Miał podstawy przypuszczać, że profesor Stolzer, dowiedziawszy się o przybyciu długo wyczekiwanego gościa, pobiegł przywitać Kirchera, ledwie za nim samym, Ackenhausenem, zamknęły się drzwi. Natomiast Clärchen z założenia winna była się spóźnić nieco na kolację, jak to dama. Wszystko w imię pięknego wejścia. Dlatego nie okazał zaskoczenia widząc Wipperta w drzwiach. Zamiast tego uśmiechnął się promiennie i zaprosił na bliskie sobie miejsce.
– Wygląda na to, że nas pierwszych głód tu sprowadził. Proszę się nie krępować, bo choć profesor jest z nas najstarszy, a Clärchen jest damą, to z racji różnych rozkładów dnia pozwalamy sobie odstąpić od wymogów etykiety, gdy przychodzi do posiłków. Inaczej rychło zmarłbym z głodu – roześmiał się.
Jost zawtórował mu ostrożnie, rwać się jednak do jedzenia nie zamierzał. Z chęcią przyjął za to kieliszek półwytrawnego rieslinga. Leciutko cierpki posmak wina podziałał jak balsam na jego gardło i skłonił do podjęcia rozmowy.
– Pęd za wiedzą ponad potrzeby ciała?
– Według niektórych owszem, jak przypuszczam. Profesor jest wielce oddanym swojej pracy człowiekiem. Niektórzy twierdzą, że aż za bardzo. – Mówiąc to, Ackenhausen wzruszył ramionami nieco bezradnie, bo cóż on, skromny asystent, mógł tu powiedzieć.
Jost bez trudu odczytał znaczenie tego gestu i bez wahania zapuścił się nieco głębiej w temat.
– Naukowcy tak miewają – odparł tonem nie tyle sygnalizującym troskę, co istnienie wspomnień związanych z rozmową. – Dlatego dobrze, gdy znajdzie się ktoś, kto o nich dba. A najlepiej, jeśli osoba ta będzie troskliwą żoną. Wówczas staje się ona życiodajnym skarbem.
– Obawiam się, że w tym tu przypadku na mnie spadła ta rola – przyznał Matthias z bezradnością, którą wciąż nieobecna Clara Sonnerein uznałaby za uroczą. – Nie śmiem jednak narzekać – dodał pośpiesznie. – To bardzo przyjemna praca, a i wiele mogę zobaczyć, podróżując z profesorem. Świat jest taki interesujący, a w imię idei przewodniej naszych badań podróżuje się nader ciekawie. Dziś Fürstenstein, tydzień temu Postdam, przed miesiącem Kiel. Baden-Baden w połowie wiosny. Nie śmiem narzekać na nudę.
– Lubi pan zatem podróże.
Stwierdzenie zaburzyło melodię monologu. Sprawiło, że Matthias na chwilę stracił wątek i spojrzał na Josta. Z kimś mu się ten sposób mówienia skojarzył blisko i odlegle zarazem, ale moment był zbyt krótki, aby zdążył nazwać to skojarzenie. Musiał mówić dalej, żeby atmosfera nie odmieniła się i nie przesiąknęła podejrzliwością.
– Pasjami – przytaknął i rozbawił go jego własny entuzjazm. – Proszę mi mówić po imieniu. Matthias – dodał, wpadłszy w podobną pułapkę, co jego przełożony uprzednio w Cafe Torwache, bo zaniżył wiek rozmówcy, zbliżając go do własnego i stawiając się w pozycji, w której wypadało mu składać taką propozycję. Josta jednak niezbyt to obeszło i chętnie przystał na taki układ. – Nie jestem człowiekiem, który dobrze czuje się, uwiwszy sobie jedno gniazdko, i swą ciekawość zaspokaja codziennym chodzeniem tymi samymi ulicami. Świat jest na to zbyt wielki, czyż nie?
– Te same ulice potrafią wyglądać znacząco odmiennie w różne dni – odparł Jost wymijająco, ciekaw, dokąd ta rozmowa może prowadzić. Liczył, że na końcu tkwić musi puenta warta uwagi i czasu poświęconego na dochodzenie do niej. Z drugiej jednak strony dopuszczał, że Ackenhausen mówi tylko po to, aby nie zapadła między nimi niezręczna i pełna oczekiwania cisza. – Znam kilka takich miejsc, które warto odwiedzać często, bo zawsze potrafią zaskoczyć.
– Nie wykluczam – odpowiedź Matthiasa padła tak szybko, że ledwo ją Jost pochwycił. – A jednak mnie ciekawi nowe. Nieznane, powiedziałbym wręcz. Gdyby było inaczej, to zapewne nie spotkalibyśmy się tutaj, ponieważ wiódłbym spokojne życie w mym rodzinnym mieście, pracując w ściśle ustalonych godzinach, chodząc na piwo z przyjaciółmi i kto wie, czy nie doglądałbym swej małżonki i potomka. Tymczasem jestem tu, w Fürstenstein, i otwarcie powiem, że mi to pasuje, a myśl o tej alternatywie napawa mnie pewnym obrzydzeniem. Bez urazy.
Jost w odpowiedzi roześmiał się, ale nie w kpiący sposób. Raczej chciał tym wyrazić przynajmniej częściowe zrozumienie, a także rozbawienie względem dopowiedzianych naprędce słów. Jako kawaler nie miał prawa, by czuć się urażonym. W Lipsku wiadomym było również, że Wippert małżonki po prostu nie szuka, a nie nie może znaleźć i na tym temat zawsze ucinano, choć o tym Ackenhausen nie miał prawa o tym wiedzieć.
A przynajmniej Jost w to wierzył.
Bardzo możliwe, że gdyby nazwisko Josta pojawiło się wcześniej, to Matthias zdążyłby się o nim czegoś dowiedzieć z czystej, niepohamowanej ciekawości.
– Na wszystko jest czas i miejsce -- z ociąganiem, ale jednak, Jost podjął temat, aby cisza nie stała się nieznośna; obawa która dręczyła ich obu, choć o tym nie wiedzieli. -- Znaleźć małżonkę, która będzie chciała podróżować lub pozwoli włóczyć się po świecie, nie jest łatwo, więc lepiej chyba pana sposobem wpierw zobaczyć świat, a dopiero dużo później zaszyć się w pieleszach rodzinności i pisać memuary.
– W moim przypadku byłby to z pewnością pamiętniki wiecznego studenta nie z Wiecznego Miasta, choć w Rzymie również zdarzyło mi się być, ale krótko – Matthias roześmiał się i wcale nie dla żartu jedynie zaproponował taki tytuł.
Nawet podróżując z profesorem i tytułując się jego asystentem, bliżej mu było do nadgorliwego studenta niż naukowca. Nie musiał jednak tego tłumaczyć, bo rozmowę o podróżach i memuarach zakończyło pojawienie się profesora wraz z gościem naczelnym. Matthias uśmiechnął się do nich serdecznie i pospiesznie przedstawił profesorowi Wipperta. W spojrzeniu Stolzera pojawiło się skupienie. Studiował przedstawionego mu mężczyznę uważnie, trochę tak jak się przygląda mięsu u rzeźnika lub rasowym klaczom. Jost kojarzył jeszcze ten sposób patrzenia z jednego miejsca: sali wykładowej pełnej studentów ambitnych, acz niekoniecznie lotnych, niekiedy w dodatku leniwych, a przede wszystkim zaspanych i nieskorych do wytężania szarych komórek o tak wczesnej porze. Takim spojrzeniem wyszukiwało się wśród nich tych co bardziej przytomnych i żwawych myślowo albo tych zupełnie do niczego chwilowo niezdatnych – zależnie od humoru. Poznał je w dodatku z dwóch stron. Tak jak profesor Stolzer, z tą tylko różnicą, że profesor zdążył już zapomnieć, jak to jest, gdy nie on patrzy w ten sposób, a na niego patrzą. Jost nie. W dodatku nie stracił wyrobionej odporności i bez skrupułów przyjrzał się profesorowi z równym zaciekawieniem. Porównywał. To było coś, czego profesor robić nie mógł, bo Ackenhausen nie powiedział mu wiele, tymczasem Jost słyszał relację Albrechta, drugi punkt widzenia zapewnił mu Herbert. Trzeci był jego i tak naprawdę nie wnosił niczego nowego do obrazu. Profesor Stolzer wyglądał zupełnie przeciętnie. Wzrostem, posturą czy strojem nie wyróżniał się w żadną stronę, gesty, miny – wszystko to miał takie typowo profesorskie. Nieco pasji, nieco poczucia wyższości przyprószonej szuraniem nosem po wysokim, zdobionym suficie zamkowej komnaty, nieco wyniosłego kurzu na ramionach, ot jeden z wielu. Jost czuł się rozczarowany.
– Bardzo miło mi pana poznać – profesor odezwał się pierwszy i nawet nie wyglądał, jakby bardzo mu to wadziło.
Ot troszeczkę, wszak był starszy.
– Przyjemność jest odwzajemniona. – Jost skłamał gładko, ale nie dość, aby stojący w drzwiach za plecami profesora Herbert na moment nie zmarszczył brwi i nie zacisnął ust w cienką linię. – Bardzo dziękuję za zaproszenie. To niesamowite miejsce i przyjeżdżając na Śląsk, nie przypuszczałem, że dane mi będzie je, ot tak, odwiedzić.
Profesor w odpowiedzi jedynie się uśmiechnął, skinął głową i zajął miejsce u szczytu stołu. W tamtej chwili brakowało już tylko jednej osoby na scenie. Herbert i Jost o tym nie wiedzieli, profesor Stolzer wyczekiwał jedynie z lekką niepewnością, Matthias starał się nie zdradzać narastającego rozbawienia.
W świetle retrospekcji Herbert wspominał tę część wieczoru jako swoiste okopywanie się na upatrzonych pozycjach. Profesor był wręcz nachalnie jowialny w stosunku do niego, a zarazem niemalże ignorował Josta, który z kolei, z gracją lekkiej artylerii, mimo wszystko dochodził do głosu i wtrącał swoje myśli w ciąg dyskusji, ostrzeliwując profesorskie pozycje i z pewnością nie zaskarbiając tym sobie sympatii. Gdyby nie szerokość stołu, to Herbert nie był pewien, czy nie kopnąłby Josta w kostkę, aby go nieco ustawić, ale nie mając szans go dosięgnąć, musiał ograniczyć się do spojrzeń ponad zastawą. Tematyka rozmów była za to rozczarowująca. Po pełnym wiary wystąpieniu – bo tak to nazywał w myślach – profesora w Cafe Torwache i świeższym powitaniu tuż przed posiłkiem przy stole profesor osunął się w odmęty codzienności. O siły nadprzyrodzone zahaczał minimalnie i w kontekście czysto literackim, jakby zupełnie nie to było jego głównym zainteresowaniem i naprawdę pasjonował go proces twórczy, lasy turyngijskie, zabytki Dresden i pogoda wiosną w Leipzig.
A potem pojawiła się Clara.
Panna Sonnerein przyszła spóźniona nie dość, aby uznać to można było za przejaw braku dobrego wychowania i zniewagę wobec gości, ale dostatecznie, aby zapadła w pamięć. Rozmowa już miała swoje tempo, jedzenie zaczynało lekko ciążyć w żołądkach i wydawać się mogło, że nic wielkiego się już nie wydarzy, a wtedy! Matthias nie przewrócił oczami, ale mało brakowało, żeby to zrobił; i tak akurat nikt na niego nie patrzył. Herbert widział drzwi ze swojego miejsca, Jost musiał spojrzeć przez ramię, co zupełnie odruchowo uczynił, profesor tylko przekręcił głowę i przybrał wyraz twarzy, mówiący wyraźnie, że spóźnienia nie pochwala. Akurat. Wszystko szło zgodnie z planem.
Clara Sonnerein zaćwierkała.
– Najmocniej przepraszam za spóźnienie.


R. Heidenhain
Przedpołudnie zastało Matthiasa pośród korespondencji pilnej i pilniejszej. Z przerażającą łatwością naginał wieloznaczność słów do swoich potrzeb, pisząc listy pełne zapewnień i nieuzasadnionego poczucia wyższości, które wcale go nie cechowało w tej chwili, ale to przecież nie on miał się pod nimi podpisać. Uśmiechnął się do ostatniego zawijasa i wieńczącej list kropki oraz litanii celów wyższych i najwyższych, pewności niczym niepopartych i pobożnych życzeń, brzmiących niemalże jak prawdy absolutne, które spływały z treści jak strumienie w Alpach Bawarskich, a warte były tyle, co słowo bremeńskiego kupca i sprzedawcy piwnic. Odłożył kartkę papieru na stosik jej podobnych i przeciągnął się. Listy, które pisał, dzielił na trzy grupy i wciąż nie był pewien, którą z nich lubi najbardziej, a która najmniej. Co było gorsze? Pisanie pełnej naukowego optymizmu i pozornej rzeczowości korespondencji profesora czy raczej tworzenie zwięzłych, niedających pola do oratorskiego popisu listo-raportów, pod którymi podpisywał się już swoim nazwiskiem i wysyłał je do generalleutnanta?
Ten najnowszy składał się zaledwie z pięciu zdań i nie zawierał nawet grzecznościowego zapytania o zdrowie adresata i jego rodziny.
Były jeszcze prywatne listy, chyba najmniej liczna grupa, która byłaby zapewne milsza, gdyby pisał jedynie do pięknych kobiet poznanych w podróży. Niestety, ostatnimi czasy tych było coraz mniej wśród adresatek. Krótkie znajomości zawierane na przyjątkach i wernisażach miały to do siebie, że rozpuszczały się w codziennym życiu z prędkością wprost proporcjonalną do odległości między zainteresowanymi. Podtrzymywanie ich na siłę dla samego tylko wspomnienia nie miało sensu na dłuższą metę, przynajmniej zdaniem Matthiasa. Dlatego w grupie listów prywatnych znajdowały się głównie pełne młodzieńczego zapału i optymizmu elaboraty kierowane do dam znacznie bardziej bogatych w lata, a tym bardziej w fundusze, oraz do znajomych bliższych mu wiekiem, którzy nieobrośnięci majątkiem posiadali jednakże koneksje, które mogły okazać się użyteczne. Nie mógł pozwolić im o sobie zapomnieć. Profesor żył w przeświadczeniu, że to on odkrył prawdę w opowiadaniach Reinharda Kirchera. Natomiast Matthias nie próbował nawet zwrócić jego uwagi na fakt, że to za jego sprawą wydania gazety, w której publikował się Kircher, pojawiały się w nadmorskim hotelu Seeblick wiele kilometrów na północ od Dresden, Leipzig czy Saksonii w ogóle. W pewnym momencie to on zwrócił na nie uwagę Clärchen i to ona, w ostatecznym rozrachunku, rozbudziła ciekawość profesora. Jakby nie było, to od Matthiasa się wszystko zaczęło, ale on nie śmiał przypisywać sobie zasług, bo to zrodziłoby pytania zaczynające się od słów „skąd" i „dlaczego". Bardzo brzydkie, zdaniem Matthiasa, pytania, których naprawdę wolał nie słyszeć, bo odpowiadanie na nie wymagało nie lada uwagi oraz pamiętania detali wszystkich małych kłamstewek i półprawd wypowiedzianych wcześniej. Dlatego zapytany, czy zna tego autora, odpowiadał, że tu pierwszy raz przypadkiem przeczytał fragment jednego z jego opowiadań i pokazał go Clärchen, nie dodając, że sam sprowadzał kolejne numery gazety. Pierwszy przesłał mu znajomy literat amator z Chemnitz po części dlatego, że uznał Kircherowy tekst za ciekawy, a po części powodowany faktem, że sam się akurat w tym numerze opublikował i to z tekstem, który powstał na poły w wyniku zakładu między nim a Ackenhausenem właśnie. Profesor Stolzer naprawdę nie musiał o tym wiedzieć.
Matthias roześmiał się do wspomnienia tamtych lipcowych dni w Poberow. To była jedna z wielu takich sytuacji. Profesor, zdaniem Matthiasa, stworzony był do pracy naukowej i tylko do niej. Dlatego w jego dobrze pojętym interesie było stwarzać mu ku temu warunki tak, by nie zastanawiał się nad pozytywnymi zrządzeniami losu i tym, skąd pochodzą dotacje na jego badania. Gdyby miał o tym pojęcie, mógłby poczuć presjąę i zacząć szukać pseudo-wyników byle tylko zadowolić sponsorów. Zupełnie niepotrzebnie.
Zakleił ostatnią kopertę i ułożył ją na imponującym stosie. Teraz pozostawało mu je nadać, najlepiej osobiście, i czekać aż adresaci, z mniejszą lub większą radością, spiszą swoje odpowiedzi. Podejrzewał, że to potrwa od kilku dni do kilku miesięcy, a ten czy owy może w ogóle nie odpisać. To się zdarzało czasami i niekoniecznie tylko wtedy, kiedy sobie tego życzył. Zdecydowanie łatwiej było poruszać się w tym labiryncie osobiście niż za pośrednictwem papieru i słów ślicznych, ale odartych z niewerbalnego przekazu.
Przeciągnął się. Cztery głuche uderzenia wyrównywanych o blat kopert dały się słyszeć nawet w korytarzu, a potem nastała cisza. Zastanowił się, gdzie przebywają goście profesora, czy Clara nadal namawia Kirchera na wycieczkę na Zobtenberg – jakby samotna góra była bez mała najciekawszą rzeczą na całym Śląsku, a może i w Rzeszy. Przy pierwszej kolacji trzy dni temu w zasadzie nie mówiła o niczym innym, jak o wspinaniu się stromą ścieżką, niesamowitej energii bijącej od drzew i o widokach ze szczytu – podług jego wiedzy nie takich znowu wybitnych, bo po sam szczyt Zobtenberg porośnięty był drzewami i to niemałymi. Nie mogło być mowy o podziwianiu trzystu sześćdziesięciu stopni widoku na równinę, ale Kircher albo o tym nie wiedział, albo nie chciał gasić optymizmu Clary.
Odłożył koperty do szuflady, aby rano osobiście wybrać się do Freiburga na pocztę, i niespiesznie, wręcz z wystudiowanym rozleniwieniem i brakiem zainteresowania, ruszył na poszukiwania żywej i znajomej duszy. Jakiejkolwiek. Matthias Ackenhausen z natury nie był wybredny, a jedynie wyrachowany.
Wybredność charakteryzowała raczej Josta i to on spędzał popołudnie samotnie w pokoju, który mu z taką wielkodusznością ofiarowano na kilka, akcent, dni pobytu w Fürstenstein. Nie czuł się zaskoczony, że Herberta ponownie porwał profesor (a może to była panna Sonnerein?) a jego pozostawiono samemu sobie, rzucając w przelocie: proszę czuć się jak u siebie w domu! Gdyby jeszcze miał takie miejsce, które nazywał swoim domem, to na pewno wiele by uprościło. Stancja się nie liczyła, a wynajmowane w Leipzig mieszkanie też nie kojarzyło mu się odpowiednio. Lubił je, spędzał w nim czas chętnie zarówno sam, jak i w towarzystwie, ale to nie było to. Dom miał kiedyś, przed wojną, gdy mieszkał na zachód od Erfurtu z matką i ojcem, ale to było dawno temu i nie miało już większego znaczenia. Tylko Herbert wiedział, że Jost w zasadzie niewiele pamięta z tego okresu. Nie żeby był wówczas za młody, po prostu zbyt wiele się później wydarzyło i obecne historie, szumnie nazywane wspomnieniami z dzieciństwa, w dużej mierze wymyślił w oparciu o pojedyncze obrazy odarte z kontekstu, wykrzywione i niekiedy pozbawione sensu. Nie rozmawiali o tym. Herbert nawet nie czynił mu wyrzutów, gdy byli tylko we dwoje, a przecież często to robił, gdy chodziło o inne naciągnięcia rzeczywistości.
Świadomość braku miejsca, które w pierwszym bezwarunkowym odruchu kojarzyłby z domem, spadła na niego nagle, gdy pomimo narastającego bólu kolan stał przy oknie i wpatrywał się w przestrzeń. Gdyby znalazł się obok ktokolwiek i zapytał na co patrzy, to Wippert nie umiałby odpowiedzieć. Niczego tam nie było. Niczego ciekawego choćby w najmniejszym stopniu, a mimo to nie umiał oderwać wzroku, bo myśli pożarła mu ciekawość. Czy to źle, że dom nie budzi w nim konkretnych uczuć Nie wywołuje skojarzeń, nie stawia granic i nie otwiera drzwi? Wiedział dobrze, co profesor miał na myśli, gdy wypowiadał tamte słowa, a jednak miał wrażenie, że to wiedza zupełnie pusta. Słownikowa i będąca jak idiom z odległego języka dziwnej kultury nijak z jego własną niezwiązanej. Nie krępuj się, rób, co chcesz w granicach ogólnie przyjętych norm – mówiła – jak we własnym domu, przecież wiesz. Przecież każdy to wie.
W tym momencie Jost powinien był westchnąć, oderwać w końcu wzrok od niezajmującego widoku i zacząć trzeć łzawiące oczy dłońmi, ale tego nie zrobił. Patrzył dalej. Miał dom von Brunsertów. Nie jego własny, nie z pokolenia na pokolenie Wippertowy, tak że wippertyzm, czymkolwiek był, wylewałby się jego oknami, ale zdecydowanie najbliższy temu, co profesor miał na myśli. Dom, w którym się nie wychował, bo trafił do niego, gdy miał już lat osiemnaście i wielu rzeczy z gruntu nieodpowiednich nie udało się małżeństwu Brunsertów z niego wyplenić, ale oddać im musiał, że próbowali i w swej wdzięczności posunęli się dalej, niż wymagała tego grzeczność. Nie mógł nie być im za to wdzięczny. Nie mógł również przeceniać roli Herberta w wyprowadzaniu go na ludzi i prywatnie uważał, że jeśli istniał między nimi dług wdzięczności, to dawno się już on odwrócił i to on teraz powinien był go spłacać. On tylko raz, kierowany instynktem, pociągnął za sobą zagubione w polu dziecko, którego być tam nie powinno. Dzięki temu dziecko przeżyło. Tylko i aż tyle. Oni za to zadbali o znacznie więcej niż to, żeby po wojnie Jost nie zgnił gdzieś, nie rozpił się i nie umarł głupio. Raz jeden o tym napomknął i nigdy więcej tego błędu nie popełnił, ale również nie zapomniał.
Pukanie do drzwi zmusiło go do wyjścia z siebie i żwawego wkroczenia w wieczorne życie zamku, w tym dniu rozgrywającego się na tarasowych ogrodach. Gdy się tam zjawił Clara i Herbert już czekali. Matthias również. Clara siedziała w wiklinowym fotelu otulona barwną chustą i opowiadała z przejęciem o figurze mnicha – znowu – oraz kościele i kamiennym niedźwiadku na szczycie Zobtenberg.
– To naprawdę niesamowite miejsce. Ten widok i ta energia! Jestem pewna, że jeśli poprosimy profesora, to się tam z nami ponownie wybierze chociażby jutro!
Mówiąc to, spoglądała na siedzącego przy tym samym stoliku Herberta, czyli podług jej wiedzy Reinharda. Von Brunsert bowiem nie sprostował ani profesorowi, ani jej, ani towarzyszącemu im na tarasie Ackenhausenowi, że Reinhard Kircher to jedynie jego pseudonim artystyczny. Ten ostatni niepoinformowany stał oparty plecami o kamienną balustradę i sączył piwo, nie okazując nawet połowy entuzjazmu, który promieniował z kobiety. Nie oznaczało to, że nie był zainteresowany wycieczką, która go ominęła. To raczej Clara była przesadnie podekscytowana i nie umiała lub może nie chciała tego ukryć; zdaniem Herberta był to przypadek pierwszy.
– Ona tak zawsze – Matthias odezwał się do stojącego obok niego Josta półszeptem w nadziei na ożywienie rozmowy.
Po pierwszym wieczorze, gdy tylko profesor pojawił się, początkowa swoboda uleciała z ich rozmów. Jost sprawiał wrażenie co najwyżej zaintrygowanego całym zamieszaniem, ale niezaangażowanego. Słuchał, odpowiadał pytany, ale zdaniem Matthiasa wyraźnie stawiał się w pozycji obserwatora. Pozycji, którą to Matthias lubił rezerwować dla siebie i zwykle nie obawiał się konkurencji. Teraz jednak czuł, że trafił na kogoś, kto może przejrzeć jego samego. Było to niespodziewane i ciekawe, więc tym chętniej próbował nawiązać rozmowę, przełamać opór. Zaskarbić sobie cień sympatii, stworzyć wrażenie szemranej komitywy, zwłaszcza że profesor uważał Wipperta za uciążliwy dodatek do Kirchera. Naprawdę trudno było tego nie dostrzec, ale też nikt nie śmiał, nie pofatygował się, zwrócić profesorowi uwagi, że to widać.
Matthias zresztą rozumiał dlaczego profesor okopał się na takiej a nie innej pozycji. Po pierwszej uldze pojawiła się refleksja, a z niej wniosek, dający się streścić w sześciu słowach: wolałby mieć do czynienia z kobietą. Tak to przekazał Matthiasowi. Kobieta stanowiłaby klarowną sprawę i profesor mógłby się zastanowić, jak ją wyeliminować lub przeciągnąć na swoją stronę. Z Jostem problem miał o tyle bardziej zawiły, że nie wiedział, z kim w gruncie rzeczy musi sobie poradzić. Między innymi dlatego zrezygnował z wieczornej rozmowy i wymówił się pracą oraz zmęczeniem. Liczył, że młodzi we własnym gronie mniej będą się pilnować i Matthias uzyska potrzebne mu odpowiedzi. Sam Matthias szczerze w to wątpił i póki co zdawał się mieć rację -- rzecz zupełnie nie zaskakująca.
Jost, zamiast jakoś skomentować uszczypliwą uwagę Ackenhausena, jedynie uśmiechnął się i nie pociągnął wątku, po raz kolejny dowodząc, że jest tutaj, ale tak jakoś nie do końca. Obserwował i to Matthiasa martwiło. Nie bardzo, ale trochę, bo jednak gość przesadnie uważny mógł pokrzyżować im plan i nie żeby coś wielkiego knuli. Nie oni jako oni – Towarzystwo – i już na pewno nie profesor Stolzer jako taki. Na pewno nie Clärchen, wyglądająca na wyraźnie urażoną jego własnym zachowaniem, ale nie dość, aby odpowiedzieć, podjąć grę i wdać się w walkę na słowa. Ale byli inni.
– Panie Kircher – odezwał się Matthias, by nie przeciągać ciszy – wybaczy pan pytanie nieco prywatne... – I Jost wcale nie wstrzymał na sekundę oddechu, ale szklanka w jego dłoni zadrżała nieznacznie wraz z nim całym. – ...ale nie ukrywam, dowiedziawszy się, że pan przyjedzie nie mogliśmy się z Clärchen nie zastanawiać... a w sumie to chyba już nawet wcześniej nas to ciekawiło, naprawdę nieważne kiedy, ale można wiedzieć, jakie studia pan kończył Na podstawie pana opowiadań próbowaliśmy zgadnąć i każde z nas ma swoje typy. Nie zakładaliśmy się, ale... – Uśmiechnął się do Clary, a ona zmrużyła oczy, dłonie położyła na kolanach i zadarła podbródek pewna swego zwycięstwa, nawet jeśli się nie było nagrody jako takiej.
Racja sama w sobie była wiele warta w ich stosunkach.
– Studiowałem nauki społeczne – odparł Kircher, Brunsert, bez cienia zawahania, zakłopotania i czegokolwiek innego, co sugerowałaby, że pytanie mu się nie spodobało.
Ackenhausen roześmiał się, Clara przekrzywiła głowę i patrzyła nieco zaskoczona.
– W sumie, Clärchen, to nawet by pasowało, nie sądzisz? Pan Kircher pisze o ludziach, czasami o kulturach nieistniejących i to ma sens, bo trzeba wiele wiedzieć o tym, jak społeczeństwo funkcjonuje, aby próbować je zmieniać, wyobrażać sobie jego przyszłość lub doskonalsze wersje.
Przytaknęła temu bez słowa, ale zaledwie po sekundzie już patrzyła na gościa i mówiła niegłośno bez cienia wstydu czy skrepowania.
– Zakładałam coś bardziej medycznego.
– I to zanim dowiedzieliśmy się, gdzie mamy posłać auto – dodał Ackenhausen i jasnym było, że Clara nie widzi związku, ba!, może nawet nie zna nazwy ulicy, przy której znajdowały się bliźniacze kamienice i profesorskie mieszkanie na ostatnim piętrze jednej z nich. Nie musiała jej znać, bo i na co byłaby jej ta wiedza, ale gdy Kircher zmarszczył brwi, a Wippert uniósł je zainteresowany, Matthias zrozumiał, że i oni nie mają pojęcia, kto to taki Rudolf Heidenhain. W sumie on sam nie wiedział jeszcze przed kilkoma dniami, ale ciekawość pchnęła go, aby poszukać. – Rudolf Heidenhain zajmował się fizjologią i przez wiele lat wykładał na Uniwersytecie w Breslau. Jednym z tematów, które zgłębiał, była hipnoza, a stąd nie jest już daleko do utajonej potęgi naszych umysłów. To taki zabawny zbieg okoliczności, przyznacie? – Tym jednym pytaniem Matthias przełamał granicę, która dzieliła ich od pierwszego spotkania. Już nie było Matthias i Clara versus panowie Kircher i Wippert, a zamiast tego pojawili się my i wy. Mniej oficjalnie, lżej; o to również profesorowi chodziło, gdy tego późnego popołudnia zaszył się w swoim gabinecie. – A ja – Matthias wrócił do pierwotnego tematu – chyba zasugerowałem się przesadnie tym, jak pan wiąże wątki na przestrzeni lat, wynajduje fakty, do których się pan potem odnosi i tworzy intrygę, i myślałem o czymś bardziej związanym z historią, choć w sumie, jak teraz o tym pomyślę, to może ona być jedynie hobby.
Kircher nie wyglądał na obrażonego, na rozbawionego też nie. Wyraz jego twarzy, to jak siedział w wiklinowym fotelu, jak wyciągnął przed siebie nogi i skrzyżował je w kostkach, jak trzymał koniakówkę swobodnie, choć mowy nie było, aby wyślizgnęła się ona spomiędzy jego palców, sugerowało raczej, że nie pierwszy raz coś takiego słyszy. Gdyby Ackenhausen założył się o to, wygrałby.
– Jost jest historykiem – odparł Herbert, uprzednio westchnąwszy. – I on jest winien pewnym historycznym ciekawostkom w moich opowiadaniach, bo nie umie się nie wtrącać.
Wippert spojrzał ponad krawędzią kufla, zupełnie jakby nie słuchał i dopiero własne imię przywróciło jego myśli do tu i teraz. Nie było to prawdą, choć w istocie na chwilę wyłączył się z rozmowy, rejestrował ją, ale nic więcej. Uciekł mu kontekst. Co gorsza, nie umiał nawet powiedzieć, co takiego pochłonęło go na te kilka chwil, a przyznać, że zgubił się sam w sobie, nie mógł. Spojrzenie Herberta sugerowało mu aż nadto wyraźnie, że nie wypada. Na szczęście to samo spojrzenie było dość uważne, by Brunsert wiedział, iż pomoc jest tu potrzebna, bo sam Jost nie da rady. Jego własne pytania mogły poczekać.
– To w sumie sprowadziło go do Breslau. Przyjechał, żeby pomóc sortować pewną prywatną kolekcję dokumentów przekazaną niedawno uniwersytetowi, ja jestem tu tylko dla towarzystwa.
Ta informacja zupełnie co innego znaczyła dla Matthiasa i co innego dla Clary. Gdy on, powoli pijąc piwo, by zyskać na czasie, w pośpiechu układał sobie nową dynamikę decydujący-towarzyszący i próbował zrozumieć, jak to wpływa na ich plany, ona myślała o czymś zupełnie innym. Powiedzieć, że czuła się zdradzona, byłoby przesadą, ale na pewno nie podobało się jej to, co usłyszała. Opowiadania pana Kirchera, Reinharda, właśnie Reinharda, lubiła bardzo i lubiła go jako człowieka od pierwszej wspólnej kolacji, nieświadoma, że w Reinhardzie-pisarzu Herberta jest może siedemdziesiąt procent. A teraz oficjalnie dowiadywała się, że te opowiadania nie są w pełni jego. I byłoby co najmniej naiwnością z jej strony zakładanie, że pisarz jest niczym samotna wyspa na oceanie lub pustelnik, zamknięty w swojej odciętej od świata pracowni. Przeczuwała to powodowana logiką, a jednak nie umiała pogodzić się z faktem, a nie myślą jedynie, że jest ktoś jeszcze, kto stoi za tymi, tak bliskimi jej, historiami. A nawet jeszcze nie dowiedziała się, że Reinhard Kircher to pseudonim – człowiek wymyślony, złożony z dwóch i doprawiony – kto wie kim jeszcze?! Zdawało się, że wiele rozczarowań czeka pannę Sonnerein w najbliższym czasie.
– Jest tu także po to, żeby patrzeć mi na ręce. Przy okazji umknął przed redaktorem, który w Dresden ma zwyczaj zjawiać się w najmniej odpowiednich momentach i zatruwać spokój – dopowiedział Jost.
– Raczej ma zwyczaj nie uprzedzać, że wprosi się na obiad lub kolację, a potem dziwi się, że nie dotrzymuję terminów.
Matthias przysłuchiwał się temu, jak prowadzą rozmowę. Nie liczyło się, o czym, a to w jaki sposób, jakim tonem mówili i jakie gesty temu towarzyszyły.
– A koniec końców, ty i tak zwykle się szybko wymawiasz i to ja prowadzę z nim długie rozmowy o niczym szczególnym, podczas gdy zza ściany słychać, jak ty stukasz w klawisze maszyny.
Matthias obserwował, jak swobodnie sobie docinają, zapamiętywał który prychał, a który śmiał się i czy było to jedynie zaczepne, czy może już zakrawało na obraźliwe. Tworzył z tego nieopowiedzianą przeszłość. Byli w jego mniemaniu rodziną, ale nie najbliższym kuzynostwem. Zbyt różny mieli sposób bycia, aby przypuszczać, że wychowali się pod jednym dachem, ale też zbyt wiele było między nimi swobody, aby uznał ich jedynie za znajomych, przyjaciół. Nawet gdyby znali się ze studiów, uczyli wspólnie, co wszak było niemożliwe, skoro kształcili się w zupełnie różnych dziedzinach, to nie powinni byli tak łatwo przekraczać granic.
– Dopóki nie wypijecie na tyle, aby je zagłuszyć. A kolejnego dnia rano narzekasz na tupot białych mew lub raczej słoni.
– Herbercie – jęknął Jost i przewrócił oczyma, po czym roześmiał się tak po prostu.
Clara i Matthias za to, zupełnie przeciwnie, spoważnieli nagle i spojrzeli najpierw po sobie, a pół sekundy później po swych gościach.
– Herbercie? – zapytała.
– Reinhard, Herbert, na jedno wychodzi – Jost roześmiał się, bo po prawdzie przecież nie zastrzegli, że będą się tu posługiwać tylko pseudonimem. Tak wyszło, nic więcej. – Reinharda Kirchera wymyśliliśmy kilka lat temu, gdy przyszła wiadomość, że opowiadanie pójdzie w druku, ale Herbert nie chciał się pod nim podpisać swoim nazwiskiem...
Clara Sonnerein przysłuchiwała się temu, nie kryjąc zaciekawienia. Chciała zapytać czemu nie chciał, ale Wippert ubiegł ją i odpowiedział zanim odezwała się choćby słowem.
– Bo tak, bo mogliby mówić, mogłoby nie wyjść i różne strachy młodego pisarza, więc chciał opublikować pierwszy tekst pod pseudonimem, a potem już tak zostało. Z samym imieniem i nazwiskiem wiąże się raczej prozaiczna historia o deszczowym, jak zwykle, Dresden, języku angielskim i jednym dużym kościele na wprost zdecydowanie mniejszej restauracji.

G. Bähr
– Nie wydaje mi się, że mieli zamiar kryć się z tym, raczej wyszło tak przypadkiem – stwierdził Ackenhausen kolejnego dnia rano, gdy jeszcze przed śniadaniem spotkał się z profesorem.
Historia Josta była tak prosta, jak to wstępnie zarysował. Czy George Bähr byłby dumny, że okazała bryła kościoła Najświętszej Maryi Panny na Nowym Rynku w Dresden posłużyła za inspirację dla nazwiska mającego uzupełnić imię, które przeczytane odpowiednio znaczyło tylko tyle, że bardzo pada – nie dało się stwierdzić. Z pewnością w ogóle by go to nie interesowało, tak jak nie interesowało profesora Stolzera. Czy za źródłosłów służył kościół, czy coś równie prostego jak chodnik lub drzewo – nie liczyło się w połowie tak, jak nazwisko prawdziwe, które koniec końców padło poprzedniego wieczora. Clarę ono zafascynowało, Matthiasowi namieszało w teoriach, ale to profesor Stolzer czuł się nim najbardziej poruszony, a może nawet traktował je jak osobistą zniewagę. I nie chodziło o niegdysiejszą szlachecką przeszłość i możliwości, które od lat już nie istniały, bo szlachta jako taka formalnie istnieć przestała, a o przeliczenie tejże na marki. Wszak traktował Kirchera, von Brunserta, jak młodego człowieka, który znalazł pięć minut sławy, dzięki której wyrwał się w wielki świat, ale teraz zaczynał zmieniać zdanie i zbliżać się do prawdy. Herbert pisał, bo lubił i umiał, a rodzina zgadzała się na to nawet, jeśli nie przynosiło to niebotycznego dochodu. Oczywiście jego ojciec byłby szczęśliwy, gdyby syn miał mocniejsze wykształcenie, coś bardziej solidnego do budowania przyszłości, ale w ich obecnej sytuacji i wobec niedyplomowanych wiedzy i wyczucia Herberta, przymykał on na to oko, wspierał i tylko niekiedy wzdychał ciężko, śmiał się smutno i przewracał oczami. Dla Stolzera oznaczało to jednak, że wizją lekkiego dochodu za pomoc w badaniach ani podróżami raczej tego człowieka do współpracy nie przekona.
Ta bolesna świadomość miała mu zepsuć humor na cały dzień, a zapewne trwałoby to nawet dłużej, gdyby nie Clara. W niej pokładał nadzieję i była dla niego światełkiem w tunelu. Dla Josta również – oto nadjeżdżał pociąg, a on nie miał gdzie uciec. Zachwytu panny Sonnerein nie dało się przeoczyć, podobnie jak nie dało się odmówić jej uroku. Nie musiał mieć talentu Herberta, aby wiedzieć, że jest szczera w swoim szczebiotaniu, w tych ochach i achach, w nieukrywanym najlepiej rozżaleniu, wstydzie lub radości. I byłoby wręcz cudownym, że taka istotka istnieje, gdyby nie musiał jej słuchać i patrzeć na nią, bo z każdą wspólnie spędzoną chwilą czuł się parszywiej. Z Ackenhausenem mógł rozmawiać do woli, rzucać na wiatr wskazówki, patrzeć jak on je obróci, mógł się pokusić o przytyk, docinek, który zwykle został odwzajemniony, ale tak na równi, broń Boże mocniej. A z panną Sonnerein nie mogło być o tym mowy. Nawet nie potrafił być na nią porządnie zły, a przecież miał powód. Nie żeby mu się na Zobtenberg spieszyło, bo nie, skądże!, i w ogóle płaskość okolicy bardzo mu pasowała, ale miło byłoby się o wycieczce dowiedzieć nieco wcześniej niż godzinę czy trzy po fakcie.
Spróbował być zły na Herberta, to z zasady było łatwiejsze, ale nie wyszło. Szlachetny, uprzejmy Herbert von Brunsert potrafił raz za razem odsyłać do diabła redaktora z jego zaproszeniami na spotkania, ale Clara Sonnerein stanowiła inną kategorię. Jej odmawiać tej wycieczki nie wypadało, akcent i kropka.
Życząc w myślach Herbertowi, aby zakwasy prześladowały go przez co najmniej kolejny dzień opuścił zamek. Na początek wyszedł tylko na dziedziniec, zszedł do tarasowych ogrodów, a potem zawrócił, przeszedł pomiędzy budynkami służby i pod łukową bramą, za którą rozciągał się zamkowy las, o tej porze roku już coraz mniej zielony. Kwestią dni było, aż poranki zaczną występować w odmianie pochmurnoszarej lub słonecznie mglistej – w obu wykonaniach będą równie wilgotne, a zatem dla Josta niestrawne, a dla panny Sonnerein malownicze, o ile wstanie dość wcześnie, aby je podziwiać.
Szedł powoli, jakby pod stopami miał nie bruk, a wczesnozimowy lód nieśmiało skuwający jezioro, kuszący, ale naprawdę jeszcze za cienki, aby na niego wchodzić. Stawiał kroki ostrożnie, analizował nierówności odciskające się na podeszwach butów, a przede wszystkim wsłuchiwał się w wątpliwej jakości ciszę. Nieopodal bramy zauważył mężczyzn w mundurach, którym nie poświęcił więcej jak sekundy spojrzenia. Stali oparci o mur, za którym zbocze opadało ostro w dół, palili i rozmawiali. Nie krzyczeli, nie podnosili nawet głosów, ale gdy pięciu takich mówi jeden przez drugiego, hałas tworzy się sam. Dodawszy do tego krzątaninę służby, auto wyjeżdżające spomiędzy drzew, wiatr i ptaki, dostawało się nierówny jak droga szum.
Uśmiechnął się krzywo, świadom, że nie ma prawa narzekać. Na balkonie mieszkania przy Heidenhainstraße było głośniej. Tam poza drzewami słychać było jeszcze jak bawią się dzieci, studenci pędzą to na zajęcia, to na tramwaj i pokrzykiwują do siebie, a same tramwaje nie należały do cichych – tak, zdecydowanie tu było ciszej i spokojniej. Można się było w miękkim szumie rozpuścić, zatonąć w samym sobie i pogrążyć w sprawach, na które zwykle brakowało czasu.
Jostowi zupełnie to nie odpowiadało. Cichutkie ja się tak nie bawię szemrało mu w myślach, ilekroć na chwilę zgubił wątek. Powiedzieć, że czuł się wystawiony do wiatru, byłoby eufemizmem, że zdradzony i przechytrzony za to stanowiłoby dobre oddanie sytuacji, choć brutalne. Potrzeba było jeszcze kilku godzin, aby w ogóle dotarło do niego, że prowadzi bitwę, a nie salonową grę, i w ogóle można mówić o przechytrzeniu oraz zdradzie w trakcie pierwszej szarży.
Dopiero kolejnego dnia dotrze do niego, że profesor Stolzer wcale go nie bawi, wcale nie irytuje protekcjonalnym traktowaniem i wcale nie można tu mówić o jakimś wyzwaniu, a jawi się jako przeciwnik i wróg. Wtedy powrócą obawy z Breslau. Te z wycieczki na most łączący wieże kościoła Marii Magdaleny i te, które później wygnały go do profesorostwa, aby zadać kilka pytań i nie usłyszeć rozstrzygających odpowiedzi. To one sprawią, że rozważy ponownie słowa Albrechta i podejmie decyzję, której w żadnych innych warunkach by nie podjął. Wszystko to było przed nim, póki co bowiem wciąż sądził, że to jedynie gra i zabawa i co ma być, to będzie.
Z takim też nastawieniem przyjął zaproszenie Ackenhausena.
Wpadli na siebie przypadkiem w okolicy stajni, pod które to Josta zniosło, sam nie wiedział jak i kiedy, ale pewnie za sprawą grawitacji, do stajni szło się w dół, a on jako miłośnik równin wybierał ten właśnie kierunek wręcz intuicyjnie. Matthiasa zagnały tam obowiązki i coś, co wpływowe damy, z których wsparcia wielokrotnie korzystał, zwykły nazywać młodzieńczym szaleństwem, choć latach było mu bliżej do Josta niż Herberta, a więc jego młodzieńczość zaczynała odchodzić do przeszłości. Nie przeszkadzało mu to jednak wybrać się do Freiburga na pocztę osobiście i właśnie wracał na zamek, gdy jego i Wipperta drogi się skrzyżowały. Dosłownie. Propozycja, aby skorzystać z pogody i wybrać się na Stary Zamek, widoczny choćby z tarasów, nie pojawiła się znikąd. Po pierwsze widzieli go z drogi, więc sam napraszał się jako opcja. Po drugie było dla Ackenhausena jasnym, że zamek – nowy – w Fürstenstein nie stanowi ziemi neutralnej, a jeśli chce się z kimś porozmawiać na przyjaznej stopie, to właśnie takiego miejsca należy szukać. Freiburg był nieco za daleko na niezobowiązującą wycieczkę, za to Stary Zamek i znajdująca się w nim restauracja nie. Poza tym Wippert był przecież historykiem i Ackenhausen uznał, że ruina może mu się spodobać. Nawet, jeśli jej autentyczność na tym etapie była już mocno wątpliwa.
Stary Zamek miał jeszcze jedną zaletę. Znajdował się na przeciwległym wzgórzu i siłą rzeczy sporą część drogi do niego pokonywało się pod górę, a to niekoniecznie sprzyjało rozmowie. Ścieżka była momentami stroma, chwilami wąska i jakiś czas Ackenhausen próbował podtrzymać temat, ale szybko popadli w komfortowe milczenie. Dopiero na szczycie, pomiędzy jasnymi kamiennymi murami, przy drewnianych stołach, ponad którymi w równym stopniu unosił się zapach ciepłego, jesiennego powietrza jak jedzenia, nie mieli wyboru i musieli podjąć porzucone wątki.
Nie było to trudne.
Jost rozparł się na miejscu w największej plamie słońca, jaką był w stanie znaleźć i poczuł się szczęśliwy. Matthias wolał, aby grzało go ono w plecy, przez co dopasowali się idealnie. Zimne piwo, krojony drobno rostbef na zimno, miseczka ciężkiego sosu i paski ostrego żółtego sera dopełniały atmosfery.
– Dlaczego historia? – Pytanie Matthiasa nie nawiązywało do niczego, co powiedzieli sobie tego dnia, a odnosiło się do rozmowy wcześniejszej, do słów wypowiedzianych w innym kontekście i teraz w zasadnie nieważnych. A mimo to zapytał właśnie o to, powodowany czymś więcej niż zwykłą ciekawością.
Jost wzruszył ramionami, co było jedynie odruchem i nijak nie miało związku z odpowiedzią. Ta daleka była od „bo tak", a bliższa bardzo podstawowej potrzebie.
– Chciałem wiedzieć, co będzie, aby unikać nieszczęść, ale to jest oczywiście niemożliwe, zatem poszedłem w drugą stronę – odparł i wzruszył ramionami zupełnie, jakby bawiło go to, co powiedział.
Inną sprawą była prawdziwość jego słów, ale ją należałoby rozpatrywać w kategoriach kiedyś i obecnie. Gdy wybierał kierunek studiów, myślał dokładnie w ten sposób. Wierzył w powtarzalność historii, fraktalną naturę dziejów ludzkich i łudził się, że taka wiedza mu pomoże. Teraz go to bawiło. Jak strasznie pomylił się ze skalą. Jak małe okazały się losy Josta Wipperta w stosunku do losów choćby Saksonii i jak nieporównywalne były ze sobą. Został z intuicją, którą już miał, i wiedzą, którą nabył, a pomiędzy nimi ziała wielka rozpadlina bez dna.
I była jeszcze kostka z bursztynu, spoczywająca na biurku na zamku.
– Gdybym wybierał teraz, to zostałbym konstruktorem, ale...
– Nic nie broni studiować znowu.
– Nie mam natury wiecznego studenta i podejrzewam, że miałbym dość po semestrze lub dwóch. Może się starzeję, ale cichy, suchy, ciemny kąt gdzieś pomiędzy grubymi murami odpowiada moim potrzebom.
Matthias uśmiechnął się porozumiewawczo.
– No tak, historia nie ucieka, tak jak to czynią ludzie, których szuka profesor. Za nimi niekiedy trzeba się najeździć. – Oparł się wygodniej i spojrzał w niebo. Nogi miał skrzyżowane w kostkach, w jednej dłoni trzymał kufel, druga leżała swobodnie na kolanie; nie wyglądał jak ucieleśnienie człowieka spracowanego. – Czasami siłą plotki ktoś do nas trafi ot tak, ale rzadko. Nie zajmujemy się czymś przesadnie dobrze widzianym i ludzi zwykle trzeba namawiać. Są oczywiście wyjątki – zaśmiał się, myśląc o Clärchen, ale nie tylko.
Czego nie dodał, to że plotki chodzą w obie strony. Niekiedy ktoś się o poszukiwaniach profesora dowie dzięki szeptanej ze śmiechem historyjce i uzna, że może to i zabawne, może dziwne i nieprawdopodobne, ale sam w sobie to czuje, więc zajrzy niby tak zupełnie przypadkiem. Niekiedy zaś do ich uszu dotrze, że gdzieś na wsi jest ktoś, kto gnie widelce, albo czyta w myślach.
Plotka o czarodzieju z Heidenhainstraße też do nich dotarła. Do niego w sumie, bo profesorowi jej jeszcze nie przekazał. Nie było takiej potrzeby, bo Stolzera interesował tylko Kircher... von Brunsert.
– Jak w każdej dziedzinie zdarzają się pasjonaci. Szkoda, że często nie mają do zaoferowania nic poza pasją właśnie. A ilość osób do porządkowania dokumentów, sporządzania tabelek i doglądania spraw nie powinna rosnąć w nieskończoność – dodał i wzruszył ramionami.
Sos do podany do mięsa był ostry, hojnie doprawiony czarnym pieprzem i czymś, czego ani Matthias, ani Jost nie umieli nazwać, choć każdy w myślach próbował. W równym stopniu przełamywał goryczkę piwa, co sprawiał, że chciało się bardziej pić i po części dlatego zamówili jeszcze po kuflu.
– Często jednak trudno komuś to wytłumaczyć. Chcą pozostać blisko sprawy, robić cokolwiek i mieć wpływ, jakby się czegoś bali, choć nie wiem czego – skłamał, bo wiedział. Wiedział wręcz doskonale, ale ciekaw był jak Wippert zareaguje. Nawet nie co powie, a jakie uczucia wzbudzi w nim to stwierdzenie. Czy zachwyt świetlaną perspektywą, malowaną przez profesora, w końcu weźmie w nim górę, czy pozostanie wobec niego chłodny jak von Brunsert?
Rozbawienie nie było tym, czego się spodziewał.
– Panie Ackenhausen – Wippert zmełł jego nazwisko, zasmakował w nim, zabawił się akcentem i zmienił zdanie. – Matthiasie, nie każdy jest tak naiwny jak profesor, by wierzyć, że świat zachwyci się, ledwo się dowie o tym, jakie to cuda niektórzy umieją. Czytałem Lyttona i nie tylko jego, znam na wylot wszystkie opowiadania Herberta, bo do każdego jakoś się przyłożyłem, więc naprawdę... – westchnął i przewrócił oczami. – Obaj wiemy, czemu niektórzy wolą trzymać rękę na pulsie, więc nie oszukujmy się, że jest inaczej. Będzie prościej – przy tych słowach roześmiał się i wzniósł kufel w niewypowiedzianym toaście, na który Matthias przystał, a o którym nigdy profesorowi nie wspomniał, choć spotkali się niedługo później, gdy wracali na zamek.

Profesor akurat wychodził, ale nie spieszył się aż tak, aby nie przystanąć na moment i nie zamienić z nimi kilku słów. Żeby nie zdziwić się szczerze, że Jost i Matthias są tu, podczas gdy Clara i Herbert wyjechali na wycieczkę, nie przyznać racji, że pogoda zacna jak na jesień i nie westchnąć nad swym zapracowaniem, które to nie pozwala mu spędzać czasu z nimi. Przy tym ostatnim Matthias pokiwał głową w zadumie udawanej i nieszczerej, ale będąc poza zasięgiem wzroku profesora, mógł sobie na to pozwolić.
– Aż się nie chce siedzieć w czterech ścianach – stwierdził głośno, a profesor w lot to podchwycił.
– Dokładnie, ale cóż, trzeba, prawda, panie Wippert? Z tego, co pan mówił – a w obecności Stolzera nie mówił wiele, i jasnym było, że raczej usłyszał to od Matthiasa lub Clary – i na pana czeka żmudna praca w grubych murach, prawda?
– Owszem, na szczęście nie pali się – odparł Jost i uśmiechnął się tak, że przez chwilę wyglądał, jakby jeszcze nie opuścił studenckiej ławy.
– Zawsze się wydaje, że jest czas, a potem... – Profesor pokiwał głową i westchnął jak ktoś, kto nie raz pewien był, że zdąży, a potem gonił tuż przed terminem. – Proszę nie brać tego za przytyk, po prostu bywa i każdemu się to zdarza.
Jost przytaknął i nie odebrał słów Stolzera jako krytyki, a raczej wziął za mocną sugestię, że pora mu wyjechać.
I słusznie.
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Heidenhainstraße 13

Post autor: pierdoła saska » 10 stycznia 2018, 16:49

C. Sonnerein Szczęśliwie, według Herberta, Zobtenberg okazała się górą łaskawą. Ścieżka prowadząca na jej szczyt wiodła pomiędzy drzewami i nie była przesadnie stroma, a co za tym idzie – panna Sonnerein całkiem dobrze radziła sobie na podejściu i nie musiał jej nadto pomagać. Również rozmowa układała się przyzwoicie. Wręcz chwilami wydawało się, że panna prowadzi niestrudzony monolog, który jakimś trafem nie pozbawia ją tchu. Herbert zastanawiał się, ile za tym szczęścia i przypadku, a ile faktu, że Clara Sonnerein może wcale nie była taką słodką panienką, na którą od dziecka dmuchano i chuchano, jaką się wydawała. Były to przypuszczenia w dużej mierze zgodne z prawdą i gdyby zapytał wprost o przeszłość Clary, to zarumieniłaby się ona w sposób uroczy, acz wyćwiczony, i zaczęła opowiadać bajkę, którą pokochała jak prawdę. Możliwym też było, że Ackenhausen odpowiedziałby szczerzej, jego bowiem gra Clary bawiła i nic ponadto. Nie czuł się w powinności swoją osobą podbudowywać jej kłamstewka o smutnej przeszłości i zamożnych rodzicach, którzy zginęli w ostatnich latach wojny i zostawili nieboraczkę sierotę na pastwę losu. Ojciec jej, owszem, zginął i to dość głupio. Matka nijak nie umiała sobie poradzić z życiem. Próbowała, jak mogła, i odchowała córkę, ale gdy ta zaczęła się buntować i włóczyć, to już jej upilnować nie potrafiła, machnęła ręką i kazała jej iść gdzie pieprz rośnie, znaleźć męża i choćby w połogu duszę oddać. I pewnie by Clara skończyła nieciekawie, gdyby los nie postawił na jej drodze profesora Stolzera. Mało się nadawał na księcia z bajki, ale ona go tak niekiedy widziała. Częściej jednak jako wróżkę, matkę chrzestną w spodniach. Oczywiście, gdyby aparycją bliższy był Matthiasowi, byłaby losowi wdzięczna. A gdyby wyglądał jak Herbert von Brunsert, to dziękowałaby Bogu, choć będąc obiektywnym, trzeba by powiedzieć, że ci dwaj stanowili dla siebie raczej dobrą konkurencję i wszystko rozbijało się o gusta i guściki.
– Ta figura mnicha, którą mijaliśmy – opowiadała tymczasem – stoi tu ponoć od bardzo dawna i jest z nią związana legenda, że kiedy mnich ten wejdzie na szczyt góry, to nastąpi koniec świata.
– To sporo mu jeszcze drogi zostało – odparł.
– Na szczęście – roześmiała się. – Na szczycie jest jeszcze jedna ciekawa rzeźba. Wiążą ją z dawnymi kultami, bo to miejsce od wieków znane było ze swojej mocy. – Odetchnęła głęboko i można było pomyśleć, że naprawdę chłonie aurę tego miejsca, przesyca się magią niesamowitej góry, usytuowanej pośrodku rozległej równiny, jakby ją tam ktoś specjalnie usypał, aby się ludzie dziwili. Zresztą być może obie te rzeczy były prawdziwe. – Odwiedziłam już kilka podobnych miejsc, ale to jest wyjątkowe. A pan zwiedzał takie szczególne miejsca?
Herbert zamyślił się szczerze. Niespecjalnie przywiązywał wagę do tej strony mistycyzmu i rzadko ją wykorzystywał, a zatem nawet jeśli był kiedyś w miejscu według panny Sonnerein szczególnym, to mógł po prostu o tym nie wiedzieć. Poza tym nie podróżował wiele, choć nie narzekał. Jakkolwiek miniona wojna odbiła się negatywnie na jego życiu, o tyle wciąż znajdował się znacząco ponad średnią.
– Raczej nie – odparł. – Nie jestem miłośnikiem podróży.
– A jednak wybrał się pan do Breslau.
Roześmiał się i przyznał jej rację.
– Nie było to jednak moim pomysłem, a raczej dałem się namówić Jostowi na jego „będzie ciekawie, poznasz nowe miejsce i znajdziesz nowe pomysły". Czasami trudno mu odmówić.
Clara Sonnerein w ostatnim zdaniu nie znalazła niczego niepokojącego i nie zapamiętała go na długo. A szkoda, bo może wówczas profesor zmieniłby raz obraną strategię.
– Mnie to bardzo cieszy – przyznała. – Inaczej może nie udałoby się spotkać.
W to Herbert wątpił. Jak nie tu, to gdzie indziej, przecież Jost jasno to stwierdził, jednak tę myśl zachował dla siebie.
– Panna dużo podróżowała?
– Trochę. Profesor przedkłada ponad wszystko pracę w terenie. Szuka ludzi, a jak mówi, tego nie można robić, kiedy jest się zamkniętym w czterech ścianach uniwersyteckiego gabinetu, więc od wiosny do późnej jesieni zwykle wyjeżdżamy. Zimę natomiast spędzamy w mieście. Gościmy wówczas niesamowitych ludzi, których poznaliśmy wcześniej i w laboratoriach profesor weryfikuje ich zdolności. Brał pan kiedyś udział w takim badaniu?
– Nie zdarzyło się.
– Najczęściej chyba odbywa się zgadywanie kart, bo to test dobry zarówno dla czytających w myślach, jak i przewidujących przyszłość. Nieco tylko różni się procedura w obu tych przypadkach, ale karty są te same. Proste, białe kartoniki z podstawowymi figurami geometrycznymi. Profesor twierdzi, że od tego należy zaczynać. Że klarowne formy są najlepsze dla początkujących do przewidzenia, a zarazem najłatwiej zweryfikować wówczas wyniki, zwłaszcza że przy testach na telepatię często nie ma się do czynienia z wyraźnym obrazem, a ideą, uczuciem. Zatem im bardziej skomplikowany obiekt, tym ta idea jest bardziej zawiła i trudniej rozsądzić czy się udało, czy nie. Chciałbyś to kiedyś zobaczyć albo spróbować swoich sił
Idąc jako pierwsza, nie mogła widzieć, że uśmiechnął się półgębkiem – zupełnie nieelegancko i pani von Brunsert nie byłaby z syna dumna, gdyby dane jej to było zobaczyć – a nierówny wydech więcej miał wspólnego ze śmiechem niż ze zmęczeniem podejściem.
– Zobaczyłbym chętnie, ale raczej nie widzę sensu w próbowaniu. Byłby to raczej test szczęścia i niczego więcej.
Zwolniła, spojrzała na niego przez ramię zaskoczona, co najmniej, niepewna i wystraszona na zapas.
– Nigdy nie wykazywałem się zbyt dobrą intuicją, więc takie sztuki są raczej dla mnie niedostępne – dopowiedział, a panna Sonnerein odetchnęła z wyraźną ulgą.
Nie była głupia i nie wierzyła profesorowi bezwarunkowo we wszystko, czy raczej wierzyła, ale miewała chwile zwątpienia i tak teraz, na moment dosłownie, dopadło ją przeświadczenie, że być może dla Herberta to wszystko żart. Że pisał swoje historie tylko po to, aby złowić takich jak oni, by zajrzeć za szafę i odkryć tajemnicę, bo o Towarzystwie Vril się mówiło po cichu i nie raz, nie dwa określano je inną nazwą, ale wiadomo było, o co chodzi. O jakie badania i teorie, i wiedziała, że w równym stopniu bawią one, co przerażają, ciekawią i odstręczają najróżniejszych ludzi, ale przede wszystkim mają charakter plotki i domysłu. Czyż celność opowiadań Reinharda Kirchera, Herberta von Brunserta, nie była zbyt piękna, aby być prawdziwą Może stworzył je jako przynętę
„Stworzyli" – poprawiła się w myślach, nim chwila dobiegła końca.
– Ale możliwość zobaczenia czegoś takiego jest dla mnie intrygująca. Słyszałem co nieco o różnych testach, jakie wymyślono, aby weryfikować prawdziwość stwierdzeń o nadprzyrodzonych zdolnościach różnych ludzi. – Nie powiedział wprost, że większość z nich nie powstała z myślą, aby te zdolności potwierdzić, ale raczej aby udowodnić oszustwo; nie wypadało. – Zdarzało mi się nawet próbować je samemu wymyślać na potrzeby historii – tu oczy Clary Sonnerein rozjaśniły się zupełnie jakby wewnętrzny blask był czymś prawdziwszym niż ładnym zwrotem – i nieraz z Jostem zastanawialiśmy, się jak udowodnić istnienie czegoś komuś, kto nie jest w stanie tego postrzegać. Wątpienie jest rzeczą bardzo ludzką. Ono i lęk przed wszystkim, co jawi się jako silniejsze, lepsze, a zarazem jest niedostępne.
– Nikt nie powinien obawiać się tego, co jest w nas samych i wymaga jedynie odkrycia.
– Zatem uważa panna, że w każdym drzemie to coś, co pozwala czytać w myślach, przenosić przedmioty siłą woli i przewidywać przyszłość
– A także by odczytywać emocje innych, dostrzegać zmiany w ich aurze i swobodnie rozmawiać bez względu na dzielącą odległość – dodała.
Nie zatrzymali się, ale zdecydowanie zwolnili, nie tylko dlatego że droga stała się bardziej stroma. Panna Sonnerein to spoglądała przez ramię, to próbowała iść tyłem, to zrównywała się z Herbertem i będąc z nim ramię w ramię, mówiła dalej.
– Znamy póki co ludzi, którzy odnaleźli w sobie tylko jedną z tych umiejętności, ale to dlatego że wciąż jesteśmy niedorośli. Wiele nam jeszcze brakuje, aby odkryć pełnię własnego potencjału, ale to oznacza jedynie, że powinniśmy pracować, starać się zrozumieć samych siebie, a nie mówić, że się nie da lub może kiedyś się będzie dało i dlatego teraz usiądziemy i poczekamy aż to samo nastąpi. Na tym polega nasza praca. Towarzystwo mam na myśli. Ja coś potrafię, rozumiem, choć bardzo intuicyjnie, to jednak bardziej niż na przykład Ralf, który z kolei potrafi zaglądać w myśli innych ludzi, odgadywać, co ich gnębi. Ja tego nie umiem, ale wymieniając doświadczenia, możemy się wiele od siebie nauczyć i kiedyś każde z nas będzie płynne w obu zdolnościach.
– A panny zdolność to...
– Zaglądam w przyszłość – ledwie wypowiedziała te słowa, a zaczęła się śmiać. – Ale proszę, nie wyobrażaj sobie wielkich rzeczy. Nie jestem w stanie przewidzieć wyników gonitwy lepiej niż wytrawny fan, choć na pewno jestem w tym lepsza od pierwszej lepszej osoby od czasu do czasu zaglądającej na hipodrom i stawiającej kilka marek na tego czy innego konia. Obecnie najlepiej radzę sobie z kartami właśnie, bo są takie klarowne. Czarne na białym. Wszystko inne, to jak odcienie szarości. Rozmyte i niewyraźne.
– Nieutrwalone – wymsknęło mu się zanim w ogóle pomyślał, co chce powiedzieć i do czego odnieść. Bo Jost tak właśnie mówił o niedalekiej przeszłości, w którą nie tyle zaglądał, co ona niekiedy gnębiła go sama, wypływała z podświadomości, gdzie zapewne czaiła się cały czas i zatruwała sny i myśli nieuzasadnioną obawą. A gdy próbował zrozumieć, co się stanie, to pozostawała rozmyta, jak nieukończony obraz pozostawiony na deszczu i niekiedy nawet kostka nie była w stanie mu pomóc. Pozostawało czekać, aż się utrwali i nie można już będzie uniknąć jedynego scenariusza. Tak, jak to miało miejsce w przypadku spotkania profesora Stolzera. Najpierw profesor tylko to postanowił i pojawiła się pierwsza linia, potem dotarł do redaktora, potem trafił do Breslau i z każdą kolejną decyzją zmniejszały się szanse ich ucieczki i przyszłość – wyjazd do Fürstenstein – stawała się nieunikniona. Przeznaczenie się utrwaliło i tyle – tak w tamten deszczowy dzień, gdy udali się do kościoła Marii Magdaleny, Jost to określił.
Nie pierwszy raz zresztą.
– Właśnie! – rozpromieniła się. – Karty są określone, nie ma wariacji i ich obraz nie zmienia się. Wiedziałam, że zrozumiesz.
Już widzieli szczyt przed sobą. Przerwa w drzewach przebłyskiwała jasnym słońcem, słyszeli głosy ludzi korzystających z ładnej pogody i spędzających czas przed schroniskiem. Kwestią minut było, aby i oni się tam znaleźli i mogli spojrzeć na wznoszącą się ponad korony bryłę kościoła, do którego drzwi prowadziły strome schody. To obok niego stała wygładzona przez deszcze i wiatry kamienna figura. Słynny niedźwiedź raczej mikrych rozmiarów, ale i tak wzbudzający emocje. Zwłaszcza u panny Sonnerein.
– Po prostu mam dryg do słów – odparł skromnie. – To pasowało najlepiej do tego, co panna opisała – skłamał.
– Pasuje idealnie i lepiej bym tego nie określiła. Pozwolisz, że będę od dziś tak to właśnie nazywać
– Oczywiście. – Bo jak miałby jej zabronić
– Dziękuję. A demonstrację możemy zorganizować na zamku po powrocie. Mamy ze sobą karty, bo muszę ćwiczyć, więc czemu nie? – Widać było po niej, że bardzo cieszy ją ta perspektywa.
– Jostowi też się na pewno spodoba. Jego pasją jest historia, ale gdyby ograniczał się tylko do niej, to pewnikiem niewielki miałbym z niego pożytek przy pisaniu.
– Dużo ci pomaga?
Rozmowa zamarła w tym punkcie, bo wyszli na wieńcząca Zobtenberg łąkę. Wrócili do niej dopiero, gdy pogłaskali niedźwiedzia, odwiedzili schronisko i znaleźli sobie wygodne miejsce, gdzie mogliby usiąść i odpocząć, nawet jeśli nie mogło być mowy o zapierającym dech w piersiach widoku na otaczającą górę równinę.
– Czyta, wtrąca się, bardzo chętnie krytykuje i strofuje jak nieogarniętego studenta, jeśli napiszę coś, z czym się nie zgadza. Wówczas każdy z nas mówi, dlaczego swoją wersję uważa za poprawniejszą i zwykle jego argumenty są lepsze. – I tak od słowa do słowa opowiedział pannie Sonnerein, jak pisze, jak wymyśla i z każdą anegdotką, historią i żartem jej zafascynowanie rosło i bledło zarazem, gdy potakując i uśmiechając się, próbowała rozstrzygnąć, gdzie naprawdę tkwi Reinhard Kircher.
Gdy wieczorem spotkali się wszyscy przy kolacji, wciąż o tym myślała. Profesor odpytywał, bo trudno to było nazwać inaczej, Herberta, jak podobała mu się wycieczka.
Jak sama góra?
Atmosfera?
Czy widoki zrobiły na nim wrażenie?
A rzeźba?
Jak z kościołem, który dominuje nad polaną na szczycie? Czy nie jest niesamowity na swój sposób? To taka prosta bryła, ale górująca nad człowiekiem w sposób tak znaczący, że trudno się pod nią nie zamyślić, czyż nie?
Czy Clara panu opowiedziała...?
Ale jej trudno było się skupić na biegu rozmowy. Odzywała się rzadko i zwykle tylko zapytana, niekiedy nie raz. Czuła na sobie uważne spojrzenie Matthiasa. Nie gapił się, o nie. Po prostu zerkał i co najmniej kilka razy ich oczy się spotkały. Nie odwracała wtedy wzroku, a przynajmniej nie za szybko. Słuchała, jak Herbert odpowiada, jak słowa płyną, budują, jeśli nie napięcie, to atmosferę – ani razu nie odpowiedział tylko jednym słowem. Zawsze co najmniej zdaniem, a zwykle kilkoma.
– Nietrudno mi sobie wyobrazić ludzi dawno temu przyglądających się tej górze i doszukujących się w niej nierealnych, magicznych wręcz, rzeczy. Ten niewielki masyw zdaje się najzwyczajniej w świecie nie przystawać do tego miejsca. Trochę tak, jakby go tu przeniesiono z jakiegoś innego zakątka świata.
– Prawda? – podjął profesor. – To czyni go tak wyjątkowym, ale czy to jedynie? Góra zdecydowanie zwraca uwagę wszystkich i gdyby w tym miejscu istniała równina taka jak wokoło to wielu w ogóle by się nie zastanowiło nad tym, czy jest w tej konkretnej lokalizacji coś wyjątkowego. Nawet przez myśl nie przeszłoby im, aby to robić i trudno by mieć o to do nich żal. Góra to znak.
– Albo zbieg okoliczności – wtrącił Jost.
– Nie był pan tam – profesor ubiegł Herberta w odpowiedzi i von Brunsert zamarł z niewypowiedzianym „bardzo fortunny" na ustach. – To miejsce jest szczególne.
– Ależ nie neguję. – Jost wzruszył ramionami i spojrzał na profesora pogodnie. Jego talerz był już niemal pusty i nie wyglądało na to, że będzie jeszcze czegokolwiek dokładał, ale w dłoni wciąż trzymał widelec, niczym wskaźnik. – Ale wcale związku między wyjątkowością miejsca a górą być nie musi. Jedno i drugie może wynikać z zupełnie różnych spraw – dodał. – Kultura, która odpowiedzialna jest za postawienie na szczycie figury niedźwiadka, mogła sobie upodobać to miejsce nie dlatego, że wyczuwali bijącą od niego moc, że tak to nazwę, a po prostu dlatego, że był to najwyższy obiekt w okolicy, a niebo, jako nieosiągalne, kojarzyło się zawsze z domeną bogów. Poza tym mówimy tu między innymi o plemionach słowiańskich, a w ich panteonie Perun, bóg od piorunów, stał wysoko w hierarchii. Zresztą nie tylko u nich. Grecki Zeus, rzymski Jowisz... – wzruszył ramionami i odłożył widelec. Zamilkł na chwilę dostatecznie długą, żeby zdążyli jedynie pochłonąć pierwszą dawkę informacji, ale nic więcej. Nie dał profesorowi dojść do słowa i, zapytani, Clara i Matthias otwarcie stwierdziliby, że ta sama belferska maniera cechowała ich obu. – Gwałtowność burz zdecydowanie fascynowała naszych przodków, zwłaszcza na ziemiach takich jak te. Odległych od morza, niedręczonych trzęsieniami ziemi, niedoświadczających zgubnych erupcji wulkanów, choć tu, ciekawostka, nie tak daleko stąd znajduje się jeden wulkan, ale wiele o nim powiedzieć nie mogę. Ot, sam fakt zasłyszany od znajomego geologa – nazwiska nie podał, bo i tak jedynie Herbert by je skojarzył, nie było więc sensu mieszać. – Współcześnie mamy tendencję doszukiwać się niesamowitości w życiu naszych przodków, trochę jakby powodowani tęsknotą. Próbujemy uczynić ich życie mniej prozaicznym. Pracować, jeść, co się wypracowało, spać, płodzić dzieci, pracować, jeść, spać i tak dalej ad infinitum nam nie odpowiada. Chcemy, aby w ich życiu było coś więcej. Byli więc bogowie. Niewłaściwi bogowie, czego potem naszych przodków nauczono, jednych szybciej, innych trzeba było dłużej przekonywać – roześmiał się. – Tu, gdzie teraz jesteśmy, jakoś do dziesiątego wieku, nieco na zachód, w Saksonii podobnie, ale z kolei Bawarczycy szybciej docenili interes monoteistyczny. – I znów pauza.
Clara Sonnerein słuchała zaciekawiona. Matthias Ackenhausen również, choć mniej go historyczne szczegóły interesowały, a bardziej to, jak na ten wykład, bo naprawdę nazywanie tego wystąpienia inaczej mijało się, jego zdaniem, z celem, reaguje profesor Stolzer. Jeszcze się nie złościł, zdradzał nawet pewne objawy zainteresowania, nawet jeśli widoczne tylko dla Ackenhausena.
– Ale to była dygresja, a skupiając się na niesamowitości góry jako takiej i miejsca jako takiego, to może dla przeciętnego Hansa, choć tego imienia wtedy jeszcze na tych ziemiach raczej nie używano, żadne tajemnicze energie i atmosfery duchowe nie miały znaczenia. Mogły sobie być, a mogło ich nie być, a on i tak patrzyłby na Zobtenberg z bogobojnym zafascynowaniem, bo jest to góra pośrodku równiny i tyle. To takiemu Hansowi wystarczyło. Za to jego kolega, Vladko, był ślepy i nic mu było po tej górze, ale czuł tę moc. – I choćby się chciało, nie można było powiedzieć, że Jost używał tego słowa z pogardą. Przeciwnie, brzmiał nader poważnie. – A skoro ją czuł, to nikt mu nie musiał stawiać znaku, że o tu i konkretnie tu ona siedzi. Mógłby to być kawałek lasu jak każdy inny, a on i tak powiedziałby, że tu trzeba czcić. A że miałby autorytet tego, co ma posłuchanie wśród bogów, to by go posłuchano i też nie dopraszano by się o inny znak. Znakiem mogła być susza, epidemia, powódź lub pożar, ale góra? – Spojrzał po nich wszystkich, a zarazem nie patrzył na nikogo szczególnego. – Oczywiście. Czemu by nie uznać, że zarówno Hans i Vladko naraz mieli rację. Dla każdego coś dobrego, jak to mówią. Jednak nazywanie Zobtenberg znakiem implikuje, że ktoś ten znak tam postawił, a to już grząskie tereny. O ile wiem, Schneekoppe wygląda nieco tak, jakby usypano ją ludzkimi rękoma, pomijam skalę takiego przedsięwzięcia, o tyle Zobtenberg niekoniecznie. Zatem zastanowiłbym się dwa razy przed nazwaniem jej w ten sposób. Niech sobie będzie wyjątkowa i niesamowita, ale że jest znakiem?
Matthias zaklaskałby, gdyby to uchodziło. Clara milczałaby, gdyby zamiast patrzeć na siedzącego obok Ackenhausena Josta, spojrzała na profesora, który przecież nie mógł się kłócić z tak postawioną sprawą. A przynajmniej Matthias nie widział takiej opcji, z drugiej strony, nie on skończył studia i zagrzebał się dalej w jednej, małej dyscyplinie, w której z wiekiem stałby się może asem. Albo i nie. Nie wytrwałby.
– Ale jeśli uważać ją za znak, to jest o wiele ciekawiej – odezwała się Clara.

J. Blechschmidt
Pociąg przyjechał na Freiburger Bahnhof w środku dnia, gdy ruch w mieście był największy. Konduktorzy nawoływali podróżnych do wysiadania, powtarzając, że to już ostatnia stacja. Cóż, ktokolwiek odwiedził wcześniej ten dworzec, wiedział, że fizycznie niemożliwym jest, aby bez zawracania pociąg mógł stąd pojechać dalej, była to bowiem stacja czołowa i sprawiało to, że Jost myślał o niej jako o czymś ostatecznym. Bez żalu wyszedł na peron i skierował się ku wyjściu. Pogoda dopisywała, choć rano, gdy dojeżdżał z Fürstenstein do Freiburga, powietrze było rześkie i żałował, że nie założył cieplejszego okrycia. Teraz, przechodząc przez plac w stronę fosy miejskiej, nie pozostał w nim nawet ślad tamtego żalu. Z radością szedł Schweidnizerstraße w cieniu wysokich budynków wybudowanych tuż poza granicą Altstadtu. Mógł oczywiście podjechać tramwajem, ale swoim zwyczajem wolał się przejść i zdobyć więcej czasu na przygotowanie się do czekającej go rozmowy.
On i Jens Blechschmidt według niektórych byli przyjaciółmi, a według innych zaciekłymi wrogami i nie dało się powiedzieć, którzy naprawdę mają rację, a którzy srodze się mylą. Sami zainteresowani zachowywali w tej sprawie zachowawcze milczenie, jakby ich słowa mogły przesądzić o wszystkim i zniszczyć subtelną równowagę. Prawdą za to było, że poznali się w czasie wojny w mniej dramatycznej sytuacji niż ta, która zetknęła losy Josta i Herberta. Żaden z nich nie był wtedy o włos od śmierci, a ich wkład w wojnę ograniczał się wówczas do pracy w odleglejszym od frontu fragmencie sieci zaopatrzeniowej. To miało się szybko zmienić, ale spotkali się właśnie tam, w ciężarówce, którą ktoś musiał poprowadzić – padło na Jensa, a Jost znalazł się w niej jako dodatkowa para rąk. Wydarzenie to nie miało w sobie niczego niezwykłego i gdyby na nim tylko poprzestali, to zapewne w roku 1936 zdążyliby już dawno o sobie zapomnieć.
Zatrzymał się tuż za drzwiami i zamrugał, gdy jego oczy przyzwyczajały się do chłodnego cienia panującego w budynku. Portier przyglądał mu się ukradkiem z zawodowym zainteresowaniem, gotów lada moment go wylegitymować. Nim jednak do tego doszło, Jost odetchnął i sam zwrócił się do niego z pytaniem.
– Mógłby pan poinformować untersturmführera Blechschmidta, że pan Wippert postanowił skorzystać z jego zaproszenia?
– Był pan umówiony? – wyrzucił z siebie portier bez wahania i zadarł głowę, aby utkwić badawcze spojrzenie w Joście.
– I tak, i nie. Untersturmführer Blechschmidt powiedział mi kiedyś, żebym odwiedził go tutaj, jeśli tylko będę w Breslau. A tak się składa, że ledwie kilkanaście minut temu wysiadłem z pociągu, zatem można powiedzieć, że w pewnym stopniu owszem, jestem umówiony – odparł, nie kryjąc rozbawienia, niestety druga strona go nie podzielała.
– Jeśli nie był pan umówiony, to untersturmführer Blechschmidt może nie znaleźć dla pana czasu. Mogę jednak przekazać do niego zapytanie o odpowiedni termin i jeśli zgłosi się pan jutro, to zostanie panu przekazana wyznaczona przez unte-
Jost westchnął i spojrzał uważnie na portiera. Chłopak, bo trudno mu było go nazwać mężczyzną, był na oko o kilka znaczących lat młodszy od Herberta, a już na pewno nie pochodził z rodziny, która wychowałaby go w sposób, który by te lata zdołał zamaskować. Co innego Herbert, który swoim zachowaniem sprawiał, że brano go za starszego od Josta.
Temu tutaj – przeszło Jostowi przez myśl, gdy starał się przestać porównywać obcego wojskowego wyrostka do von Brunserta – nawet wyprasowany na sztywno mundur nie pomagał.
W zielonych oczach chłopaka widział marzenia o wspinaniu się po szczeblach kariery wojskowej i o drzwiach, które ona przed nim otworzy.
Nic nadzwyczajnego – przyznał przed samym sobą i uśmiechnął się sympatycznie, jednak to ani trochę nie złagodziło jego spojrzenia.
– Panie...
– Holz – odpowiedział chłopak aż nazbyt pospiesznie.
– Panie Holz, uważam, że sam pan wie najlepiej, iż najlepszym, co może pan teraz zrobić, jest wykonanie telefonu do gabinetu untersturmführera Blechschmita i przekazanie mu, że Jost Wippert postanowił się z nim spotkać. Teraz. Nie mam racji?
– Owszem, ma pan – odparł natychmiast i chwycił za słuchawkę telefonu tak gwałtownie, że omal nie zrzucił rzeczy z biurka.
Minutę później, gdy ją odkładał, miał nietęgą minę, bowiem nie do końca był pewien, czemu ją trzyma i z kim w zasadzie rozmawiał oraz o czym. Mgliste wspomnienie wybierania numeru wewnętrznego rozpływało mu się w pamięci jak zapach kamfory. Na to Jost jednak nie zwrócił większej uwagi, bo zbyt zajmowało go wpatrywanie się w schody prowadzące na wyższe pietra i ignorowanie pisku, który świdrował mu w uszach; Herbert powiedziałby, że za karę. Za to, co nazywał sztuczkami Josta i czego nie akceptował, a przede wszystkim, czego Jost zobowiązał się nigdy, ale to nigdy nie używać, chyba że naprawdę będzie to ostateczna ostateczność.
Czując jak chłód grubych murów wnika mu w marynarkę, był pewien, że tej sytuacji Herbert by za tak ważną nie uznał. Wręcz przeciwnie w pewnym sensie, bo jeśli trudno było określić naturę relacji między Jostem a Jensem Blechschmidtem, to nazwanie tej między Herbertem a Jensem nie nastręczało trudności i nie dało się tam znaleźć przyjaznych uczuć.
Uśmiechnął się, gdy untersturmführer Blechschmidt pojawił się u szczytu schodów w stroju sugerującym, że lada moment raczej opuszczą ten budynek.
– Jens – odezwał się tak, jakby samo imię mogło być ekwiwalentem przywitania.
– Jost.
Uznanie obecności tego drugiego wystarczało.
Udali się do Cafe Torwache, fakt, który Josta bardzo rozbawił, i które to rozbawienie Jens nie za bardzo był w stanie zrozumieć, nie znając kontekstu. Tego zaś mu nie przedstawiono i nic nie wskazywało na to, że się to zmieni. Usiedli przy stoliku na drugim, odkrytym, poziomie kawiarni. Wiatr wiejący wzdłuż Schweidnizerstraße oraz godzina sprawiły, że było tu jeszcze pusto.
– Więc?
Ton Jensa jasno dawał do zrozumienia, że zmęczyła go ta wymuszona, ugrzeczniona rozmowa, którą prowadzili w drodze, nawet jeśli to był bardzo krótki spacer. Wiedział bardzo dobrze, że gdyby Jost zjawił się w Breslau na chwilę, to nie zawitałby do niego. Gdyby faktycznie miał być tu dłużej i coś lub ktoś nakłoniłby go do złożenia wizyty, to Wippert z radością załatwiłby to możliwie najoficjalniejszą drogą w nadziei, że grafik Jensa spotkanie uniemożliwi i z całą pewnością nie przyszedłby sam. To, że nie było z nim von Brunserta, wespół z tym, jak daleko posunął się Jost, aby porozmawiać z nim jeszcze tego dnia, stawiało sprawę w dość jasnym świetle. Jost czegoś od niego potrzebował, co Jensowi schlebiało, ale również budziło obawy. Jak się miało okazać – uzasadnione.
– Ponoć mają tu bardzo dobrą struclę z jabłkiem, próbowałeś może kiedyś Mi polecił Herbert przed kilkoma dniami... – nie dokończył. Przez moment wątpił w sens przyjazdu tu, znów chciało mu się jedynie wrócić do salonu przy Heidenhainstraße 13 i przespać dzień albo wrócić do Fürstenstein i udawać, że nic w sumie się nie wydarzyło. Rozmawiać o niczym z Ackenhausenem i czekać aż Herbertowi znudzi się panna Sonnerein, zatęskni do domu i najzwyczajniej w świecie ruszą w powrotną drogę do Breslau. Mieć święty spokój i zajmować się swoimi sprawami; tego chciał. Profesor Stolzer był przecież tylko epizodem, jakich zdarzało się wiele i nie należało się nim przesadnie przejmować, a jedynie go przeczekać.
– Towarzystwo Vril, co o nim wiesz? – zapytał.
Mina Jensa – ściągnięte brwi, usta zaciśnięte w cienką linię i spojrzenie, które mogłoby zabijać – utrwaliły jego obawy w sekundę.

Herbert stał oparty o drzwi, co samo w sobie było rzadką z jego strony manifestacją gniewu. Oto bowiem pozbawiał Josta drogi ucieczki i nie miało większego znaczenia, że zrejterowanie z pokoju, by uniknąć rozmowy, było ostatnią na liście rzeczy, które Wippert by zrobił. Nie oznaczało to jednak, że nagła wizyta Herberta go cieszyła. Nie w ten wieczór, gdy do kolacji najchętniej delektowałby się ciszą i ciemnością. Spotkania z Jensem działały mu na nerwy, nie wyprowadzając go z równowagi, ale zastraszająco łatwo wprowadzając w stan skrajnego zmęczenia. Każdorazowo udowadniały mu, że się starzeje szybciej niż Blechschmidt, na co dzień tańczący swoje wojskowe tango, doskonalący kroki i doprowadzający do perfekcji figury. Jost tymczasem upodobał sobie bardziej swobodne tańce, a zmęczony wątpił, aby był w stanie podołać tym, które faworyzował Herbert. Zwłaszcza, gdy tematem przewodnim był Jens.
– Herbercie...?
Zaczynał żałować, że nie wrócił pociągiem, wtedy bowiem dotarłby do Fürstenstein jeszcze później i kto wie, może Herbert spałby już. Ale to były spóźnione żale. Pozwolił się Jensowi odwieźć, co przy odległości pomiędzy Fürstenstein a Breslau robiło wrażenie, i był tu teraz, a nie za godzinę czy cztery.
– Zniknąłeś na cały dzień.
– Musiałem załatwić kilka spraw w Breslau – odparł. – Starałem się szybko wrócić, żeby naszemu gospodarzowi nie robić nadziei. Bardzo byłby szczęśliwy, gdybym został w mieście, prawda? – roześmiał się.
Profesor Stolzer do takiego stwierdzenia się nie posunął, ale po pierwszej sugestii, że Jost może powinien wrócić do miasta i swojej pracy, jeszcze nieraz wyrażał troskę o sprawy pozostawione przez niego w Breslau i w niby sposób niezobowiązujący zapewniał, że pozostawienie pana von Brunserta samego na jakiś czas z pewnością nie narazi go na nieprzyjemności.
– Ja szczęśliwy bym nie był – odparł Herbert, ze wszech miar dając do zrozumienia, że jego zdanie w tej kwestii jest ważniejsze. – Ponadto mogłeś mnie uprzedzić. Dołączyłbym do ciebie.
Jost dłuższą chwilę milczał, nie mogąc zdecydować się na najlepszą odpowiedź. Taką, która nie doprowadziłaby do pojawienia się nazwiska Jensa w rozmowie i nie byłaby kłamstwem, które wszak Herbert przejrzałby od razu. Jednak sama zwłoka, westchnięcie, a przede wszystkim aura zmęczenia przesądziły o jego porażce.
– Widziałeś się z nim? – Akcent na ostatnim słowie nie pozostawiał wątpliwości, o kim mówi.
– Poszliśmy do Cafe Torwache. Miałeś rację, struclę robią dokładnie taką, jak lubię – rozpromienił się i przysiadł nieco wygodniej na parapecie. – Chyba zostanę ich częstym gościem w czasie naszego pobytu w Breslau.
Herbert nie przerywał mu, ale też niespecjalnie wsłuchiwał się w peany o strucli. Niewiele go one obchodziły, zwłaszcza w porównaniu z towarzystwem, w jakim rzeczona strucla była konsumowana. Jego stosunki z Blechschmidtem były chłodne i rzeczowe. Ten człowiek mógł istnieć lub nie i niewielką by mu to uczyniło różnicę, acz ta pierwsza opcja obarczona była jedną restrykcją. Blechschmidt miał się trzymać od Josta z daleka, a już na pewno spotkania tylko we dwójkę nie miały racji bytu.
– Pojechałbym z tobą – oświadczył.
– Skądże! Panienka Clara uschłaby z tęsknoty, gdybyś to zrobił. Gdzież cię dzisiaj wyciągnęła? Zobtenberg już ci pokazała, zamek również, w Freiburgu też byliście, prawda? Stary Zamek?
– Usychanie Clary Sonnerein niespecjalnie leży mi na sercu. Za to wydaje mi się, iż w drodze do Breslau jasno się wyraziłem w kwestii twojego spotykania się z Jensem.
Nie można było temu zaprzeczyć, bowiem jeszcze w Dresden Herbert poruszył tę sprawę i w kilku zdaniach określił, jak bardzo sobie tych spotkań nie życzy i zgadza się na nie jedynie wówczas, gdy i on będzie brał w nich udział. Jost śmiał się, że przemawia przez niego płytka zazdrość i oskarżenie to, wypowiedziane żartem, było i zarazem nie było prawdą. Zazdrość płytsza niż można by przypuszczać, niemal dziecięca, była obecna i zaprzeczanie jej istnieniu zakrawałoby na żart, ale co ważniejsze, nie tylko z niej składała się Herbertowa niechęć.
– Widać nie dość jasno, niestety.
– Herbercie-
– Sam sobie jestem winien, więc teraz, proszę, powiedz mi, czemu tamta moja wypowiedź została zapomniana, bądź znając ciebie, z premedytacją zignorowana.
Cisza, jaka zapadła po tych słowach, nie miała w sobie nic z komfortu, jaki oferowała ta, panująca w pokoju przed zjawieniem się Herberta. Szarpała nerwy, piszczała w uszach i przepełniona była oczekiwaniem, które Jost musiał przerwać sam. A nie chciał. Nie dziś. Może jutro. Westchnął i zapatrzył się w sufit, co niczego nie zmieniło.
– Chciałem popytać. Dać się mojej paranoi najeść – odezwał się w końcu. – A Jens był dobrą osobą, aby udzielić mi odpowiedzi albo przynajmniej móc się za nimi rozejrzeć. W dodatku to metoda najlegalniejsza z możliwych, czyż nie?
Herbert patrzył na niego spode łba i milczał, niechętny obu odpowiedziom, które jako pierwsze pojawiły się w jego myślach. Bo ani przyznanie racji ostatniemu stwierdzeniu, ani zapytanie o rezultat rozmowy nie pokrywały się z tym, co powodowało nim, gdy tu przyszedł. Ciekawiło go – owszem – ale priorytety układały się inaczej.
– I musiałeś się zająć tym sam, w dodatku mnie nie uprzedziwszy?
– Gdybym cię uprzedził, to nie dałbyś mi tego załatwić bez twojej osoby w roli przyzwoitki.
– Właśnie.
– I nasz kochany gospodarz mógłby poczuć się jak ktoś, komu grunt umyka spod nóg. Kto wie, co wówczas by zrobił Nie mamy w sumie pojęcia, jakimi dysponuje środkami. Ot, wiemy tyle, co ja, powodowany przedwidokami przyszłości, sam się rozeznałem w temacie Towarzystwa, to co w plotkach usłyszeliśmy i co profesor nam zakomunikował.
Herbert prychnął, w sferze niedopowiedzenia zostawiwszy fakt, że Jost mógł mu powiedzieć wcześniej, co go gnębi, i wówczas owo rozeznanie prowadziliby we dwójkę. Nie widział sensu w powiedzeniu tego na głos, skoro było to nie dość, że minione, to również oczywiste. Nie mógł też wprost zaprzeczyć wyjaśnieniu Josta, oskarżyć o kłamstwo, bo mówił prawdę. Sęk w tym, że nie całą.
– I dlatego – zaczął tonem tylko odrobinę zniecierpliwionym – wolałbym, abyś mnie tu nie zostawiał bez słowa wyjaśnienia, za to z niezliczoną ilością złych przeczuć.
– Herbercie...
– Sam zauważyłeś, że nie wiemy, jakimi środkami dysponuje nasz gospodarz, mamy za to twarde podstawy twierdzić, że twoja obecność nie jest mu w smak, zatem pomyśl, jak się poczułem, gdy powiedziano mi, że nie ma cię od rana i nie wiadomo, kiedy będziesz. I daleko mi do wiary w jego niecne plany. To naukowiec nie tak różny od ciebie. Ty masz swoje zakurzone dokumenty, on ludzi i teorie i myślę, że moglibyście się porozumieć całkiem dobrze, gdybyś ty przestał grać i przestał uciekać, bo póki co robisz na zmianę te dwie rzeczy. Profesor z kolei musiałby przestać widzieć w tobie przybłędę i poznać doktora Wipperta. Tylko doktor Wippert niespecjalnie chce się pokazać. Woli, jak widzę, knuć.
Jost milczał i to w sumie była najwłaściwsza rzecz, jaką mógł w opinii Herberta zrobić. Tłumaczenie się byłoby wodą na młyn, który lepiej, by się nie kręcił.


...koniec rozdziału drugiego
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1820
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Heidenhainstraße 13

Post autor: Kruffachi » 21 stycznia 2018, 13:11

Naprawdę byłam święcie przekonana, że czytałam O_O Z ręką na sercu - wydawało mi się nawet, że skomentowałam. Ale nie, nie czytałam. Może słyszałam to i owo o bohaterach i dlatego tak mi się wydawało. Może faktycznie jakimś cudem pomyliłam z "Upadkiem".

Na początek - jest wielka, wielka różnica pomiędzy tym, jak piszesz teraz, a tym, jak pisałaś wówczas. I nie jest to taka różnica, jak Ci się wydaje, bo moim skromnym zdaniem ten tekst przy obecnych pisanych nawet dla rozrywki i na luzie, prezentuje się po prostu dużo słabiej. Owszem, ma pewien urok, pewną specyficzną melodię retro, ale widzę w nim słabości, których teraz już unikasz.

Największą z nich jest powtarzanie informacji. Tego jest bardzo dużo, zwłaszcza jeśli chodzi o przywoływanie frontu i niechęci Josta do wilgoci. Oczywiście rozumiem, że to jest ważna pętla w ich przeszłości, ważne przeżycia, Jost poznał Herberta, zawiązała się nić losu między nimi i Albertem, nastąpiło zapewne wiele traumatycznych rzeczy odbijających się na ich zachowaniu i postrzeganiu rzeczywistości, ale np. o tym, że u Josta objawia się to niechęcią do deszczu i wilgoci piszesz bardzo wiele razy na małej przestrzeni z perspektywy wszystkich, którzy o tym wiedzą i w końcu nie wiem już, czy to wynik tego, że dobrze Ci się o tym pisało, czy tak bardzo obawiasz się, że czytelnik tego nie zauważy. W każdym razie w pewnym momencie to po prostu przestaje być ciekawy motyw, a staje się uciążliwy refren podawany niezbyt jednak subtelnie. Przez to niestety giną inne rzeczy, które podajesz przy okazji, jak choćby fakt, że Jost Herberta uratował. Podobnie jest z informacją o wieku. To, kto ile ma lat, kto jest od kogo starszy, czy na swój wiek wygląda i czy się na niego zachowujesz powtarzasz wielokrotnie i z każdej możliwej perspektywy, a z niektórych wręcz nie raz ;) To nie jest taki tekst, w którym podobne informacje będą ginęły i raz podane nie wymagają tak częstego odświeżania.

Odnoszę też wrażenie, że niektóre fragmenty powstały jedynie po to, żeby sprzedać jakąś ciekawostkę lub też zostały z premedytacją tak wyreżyserowane, żeby to zrobić. Najjaskrawszym przykładem tu spacer pod Halą Stulecia, gdzie wyjaśniasz, o jakie stulecie chodzi i... i właściwie tyle. Potem jest Torwache i to, że w Borówce dzisiejszej zawsze była jakaś kawiarnia albo wyprawa na Ślężę, żeby obejrzeć Mnicha, Niedźwiadka i kościół. To w sumie taka przypadłość, na którą fantastyka historyczna i kryminały retro cierpią stosunkowo często - to, co ma tworzyć autentyczność tła i budować klimat epoki, zaczyna się w pewnym nagromadzeniu wylewać z kart powieści i przesłaniać mięsko, przez co ja się już trochę zastanawiam, czy to nadal opowiastka, czy fabularyzowany przewodnik ;) Nie twierdzę, że nie powinno być tego w ogóle, brońcie mnie bogowie, ale jednak mnie tu bardziej interesuje ów tajemniczy vril, towarzystwo, intryga, tajemnica i losy panów, a to się kompletnie rozpływa wraz z wszelkim napięciem pod naporem kolejnych ciekawostek topograficznych, przy czym też wrażenie pewnej sztuczności wywołuje ciąganie bohaterów akurat po miejscach znaczących i turystycznie ciekawych - tu do tej wymienionej listy dołączają zamki, uwaga o czołowej stacji kolejowej i rozmowa na Moście Pokutnic. I tak właśnie - to jest to, co po lekturze pamiętam najbardziej - lista odwiedzonych przez bohaterów miejsc. Nie ich historia, nie to, co tam robili.

Kolejną rzeczą, która mi fabułę rozrzedza, jest fakt, że oni tam wszyscy - dosłownie wszyscy - analizują swoje najdrobniejsze gesty i słowa. Narrator skacze z głowy do głowy, często w przeszłość, bardzo, BARDZO często używa chwytów typu "ale nie miała prawa tego wiedzieć", "ale o tym miał się dowiedzieć niebawem", "to go jednak nie interesowało, ale..." Tego jest tak dużo i jest tak silne, że właściwie nie pozwala mi na żadną interpretację zachowania postaci i pod tym względem - zmuszona odnosić się wyobraźnią nie do słów i gestów, a tego, co twierdzą o tym inne postaci - trochę się psychologicznie nudzę i właściwie nie poczułam tych osobowości. Cały czas macam je w rękawiczkach. Z ręką na sercu przyznaję, że nie mam bladego pojęcia o mentalności o obyczajowości społeczeństwa niemieckiego tuż przed drugą wojną, ale to naprawdę aż tak wyglądało? Aż tak się wszyscy próbowali podejść i przed sobą grali? Bo przyznam szczerze, że gdyby nie data na początku, po samej atmosferze towarzyskiej strzelałabym, że akcja dzieje się tak ze sto lat wcześniej wśród bogatego, obłudnego mieszczaństwa. Ale przecież pierwsza wojna światowa wiele w ludziach zmieniła, wywróciła drabiny społeczne i zweryfikowała dziewiętnastowieczne skostniałe rytuały. Więc możliwe oczywiście, że się mylę, bo międzywojnie nigdy mnie nie ciągnęło jako klimat, ale odnoszę jako laik takie wrażenie, że zachowanie postaci nie jest adekwatne do epoki.

W ogóle z Jostem mam trochę problem, bo to postać-gaduła w tym Twoim charakterystycznym stylu, który każe mówić mu pełnymi zdaniami, metaforami i plątać się w dygresje oraz tę dziwną manierę, jakby usiłowania wyprzedzenia pytań i domysłów rozmówcy, co - dotarło to do mnie nagle i niedawno - jest właśnie tym elementem, nad którym najtrudniej mi przejść i który zawsze najmocniej mnie kuje. Nie to, żebym nie wierzyła w osoby mówiące w tej sposób, ale jednak to obwarowywanie się, to uprzedzanie ciosu jest bardzo, bardzo charakterystyczne i kiedy robi to kolejna postać, trudno nie dopatrywać się w tym autorki, a nie wykreowanej postaci.

Może najbliżej mi sercem do Herbeta, ale też nie jestem w stanie za wiele o nim powiedzieć. Tyle perspektyw, tyle opisów, tyle sprzecznych informacji, że ja po prostu nie wiem już, jak oni się zachowują. Jost cały czas wydawał mi się takim ekstrawertycznym gadułą, który wszystko z siebie wyrzuca i śmieje się z dziwnych rzeczy, ale potem następują sceny w zamku - jest Jost obserwator. Nie wiem, ja się gubię, nigdy nie byłam dobra w gry pozorów i konwenanse, w życiu też :bag:. Może na tym w gruncie rzeczy polega mój problem z odbiorem.

No ale mimo tych wszystkich ą i ę z mojej strony, totalnie rozumiem, że jest to tekst, który można lubić - zarówno, kiedy jest się czytelnikiem, jak i autorem. I ja też go lubię, bardzo mi pasował jako taka spokojna lektura do poduszki, takie niby nic się nie dzieje, ale może jeszcze choć parę zdań (ale przyznaję, że potem kusiło, żeby niektóre fragmenty czytać na skos - dokładnie te, w których ktoś znów analizował to, o czym ja już wiedziałam z innej perspektywy). Temat jest na pewno ciekawy i to nie tylko przez tajemnicze Towarzystwo rodem z klasycznych powieści spirytualistycznych, ale też właśnie przez historyczny czas i wojenne brzemię, jakie niosą na barkach bohaterowie - a przecież wiadomo, że za chwilę wybuchnie kolejna wojna, która już zupełnie zmieni postrzeganie tego zjawiska. Tak że wiem, że namarudziłam, ale tak paradoksalnie to do przekazania mam Ci rzeczy pozytywne - po pierwsze, teraz piszesz lepiej i bardziej świadomie, jak sądzę, mniej ulegasz pokusom, a po drugie po postu jest to rzecz niezbyt wartka, ale przyjemna.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Heidenhainstraße 13

Post autor: Kanterial » 02 kwietnia 2018, 01:15

W końcu miałam wystarczający spokój w głowie, by usiąść nad tym tekstem i go poczytać bez zbędnych myśli. Cieszę się, że to zrobiłam.
Jestem w 1/4 albo wcześniej (skończyłam pierwszą twoją wrzutkę) i w sumie uznałam, że się wypowiem już, bo potem wrażenia znikną, kiedy dotrę do końca, pewnie się wiele zmieni, a zwłaszcza mój odbiór postaci.

Ogólnie to - hmmm... <-- taka reakcja ciągle. I przy czytaniu, i teraz, i pół godziny temu (kiedy siadałam do komcia) i chyba jeszcze trochę tak zostanie. Jestem jednocześnie trochę zirytowana, a trochę zaskoczona, bo ten tekst mnie jednocześnie męczy i ciekawi XD ciężko to ubrać w słowa inaczej. Jest taki gęsty, tak wolno mi się przez niego brnie, ale gdy tylko oderwałam wzrok od literek i poszłam zrobić herbatę, to poczułam, że może jednak wrócę po laptopa i poczekam na wodę, czytając. Serio, jakbym już nie mogła się doczekać. Taki głód - "co będzie dalej? Muszę wiedzieć!" Tak chyba jest. Jestem zaintrygowana głównymi niewyjaśnionymi wątkami i podziałały na mnie haczyki, ale tempo, w którym dozujesz informacje, już od pierwszego zdania mnie dręczy. Mam takie niejasne poczucie, że się koniec końców niczego nie dowiem. Durne, zważywszy na fakt, że jestem dopiero na początku...
W każdym razie no. Aż mi się dziura zrobiła, tak bardzo nie wiem, co napisać :facepalm:

Podoba mi się. Jakaś część tego, chyba głównie to, co mi się zwykle u ciebie podoba, czyli oderwanie realiów od rzeczywistości i (badum tss) męskie postacie.
I nie podoba mi się. Narracja, która mi się dłuży, która przechodzi między bohaterami i odbiera mi punkt widzenia. Mój, czyjś, nieważne. Nie umiem się wczuć i nie umiem zakotwiczyć się jakoś (choć tak bardzo chcę! Herbert, omg! tu mogłoby iskrzyć), bo mam niby wszystkie ciekawe informacje, ale z tylu perspektyw, że przestają być cenne. To tak jakbym grała w Mario, ale nie było przeciwników ani potrzeby używania spacji, tylko ekran się przewija i kolejne monety wpadają i niby spoko, bo wiem, że wygram grę, ale jakoś tak wszystko podane na tacy i zero z mojej strony wysiłku :bag: lubię interpretować postacie i próbować je zrozumieć, a już teraz wiem, że albo mnie to przerośnie, albo to jest zwyczajnie niemożliwe przez sposób, w który HH13 napisałaś.

Sceptycznie podchodzę do przedstawionych realiów ówczesnego Wrocławia, ale to pewnie dlatego, że mam na tym punkcie korbę i milion prób riserczu już mi w głowie jakiś obraz stworzyło. Taki stricte przedwojenny i przednazistowski, bo mocno próbowałam go odtworzyć, poznać i opisać do własnych celów. Więc nie wiem, czy się zgadzam i nie wiem, czy umiem tak do końca zaufać, ale z drugiej strony samo to, że ktoś w ogóle o Niemcach pisze i o tym okresie, już mnie niemożliwie jara. Więc znów skrajne uczucia, widzisz XD

Nie ma to jak komentarz bez wyraźnej opinii, ale nie umiem. Na pewno przeczytam ten tekst, a co o nim myślę, stwierdzę pewnie pod koniec. Chwilowo to taka mieszanina zajaru z zawodem i walka między ciekawością a zmęczeniem przy czytaniu. Lubię zwykle nienaturalność wypowiedzi i wyczuwalną literacką manierę w zdaniach, ale tu jest tak akurat o krztę za dużo czegoś, co mnie spowalnia, zamiast urzekać. A jednak urzeka. Tylko tak no, właśnie tak, komentarz taki bełkotliwy.

Jestem mocno podekscytowana wątkiem Nadchodzącej rasy, choć teorie o Towarzystwie czytałam zwykle z przymrużeniem oka i lekkim uśmiechem, a to, co wokół III Rzeszy narosło w związku z legendami o magicznej sile, jakoś nie dało rady mnie zaintrygować. Czuję, że fajnie wykorzystasz motyw, jestem naprawdę ciekawa tego, jak to zrobisz. I w głębi serca mam nadzieję, że jednak coś się wyjaśni, a sprawa zamknie, no i dostanę odpowiedzi na wszystkie swoje pytania *_____________*

Tak inaczej się to czyta niż nowsze teksy, które miałam okazję poznać. Twoje. Mega doświadczenie, bo widzę, co się zmieniło.


jeszcze się odezwę i dziękuję za lekturę :3
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Ag.
Posty: 117
Rejestracja: 05 czerwca 2015, 19:24
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Re: Heidenhainstraße 13 [Proza Marca 2018]

Post autor: Ag. » 23 kwietnia 2018, 21:02

Przede wszystkim podoba mi się relacja Herberta i Josta. Wypadła jak dla mnie bardzo naturalnie, niby dużo o niej nie piszesz (zresztą o niczym zaskakująco dużo nie piszesz, o czym za chwilę), a jednak czuć jakąś bliskość, kleją się te postaci ze sobą.

Natomiast co do reszty, to mniej-więcej zgadzam się z przedmówczyniami – jakby tak spróbować wycisnąć z tego tekstu konkrety, to okazałoby się, że jest ich bardzo mało, zawsze gdzieś tam przy okazji wspomniane, ale nie naprawdę opowiedziane. Wiąże się to z twoim stylem pisania i mam wrażenie, że już przy jakimś innym tekście o tym wspominałam. Lubisz rozwlekać, rozpisywać, przekombinowywać teksty. Do napisania najprostszych rzeczy używasz zbyt wielu słów, zbyt wielu akapitów, pokrętnych gramatycznie form. Niczego nie piszesz wprost, wszystko musi tonąć w domysłach, niedopowiedzeniach, skomplikowanych przemyśleniach. Dlatego to, co istotne, umyka, gubi się w natłoku słów.

Przez to czytało mi się ten tekst bardzo nierówno, bo niektóre fragmenty zaczynały mnie nużyć, zaczynałam się przy nich wyłączać, bo mi się tych pokrętnych rozważań nie chciało zbytnio analizować. A z drugiej cały czas odżywało zainteresowanie, bo tu jakieś sztuczki Josta, tam Vril, masa ciekawych drobiazgów. I naprawdę chciałabym się zagłębiać dalej w ten świat, tylko mi ciężko, bo tak po troszku dozujesz informacje, że to momentami frustrujące. W ogóle pomysł z kostką do gry i jak Jost za jej pomocą patrzy w przyszłość jest wybitny i więcej takich scen chciałabym czytać, budujących klimat tej niejasnej mocy, ale jednocześnie w miarę konkretnych.

Na temat międzywojennego Wrocławia się nie wypowiem, bo nic o nim nie wiem :D

Z innych rzeczy, mam problem z tym momentem, kiedy, Herbert wychodzi na spotkanie z profesorem sam, bo Jost śpi, a potem Jost od razu się budzi i wychodzi, a potem Herbert wraca, a Josta nie ma, ale zaraz już Jost przychodzi. Brakuje tu jakiegoś przejścia, pokazania, co się działo w międzyczasie, po prostu kompletnie rozwala to rytmikę tekstu. Bo równie dobrze Jost mógł siedzieć w domu i nie wychodzić, skoro nie pokazałaś jego wyjścia, tylko od razu powrót do domu jak Herbert już też jest.

Jeśli chodzi o łapankę, to też mam wrażenie, że już kiedyś przy innej okazji o tym mówiłam – brakuje jakiejś połowy kropek i znaków zapytania. Próbowałam je wszystkie wypisać, ale jest ich tak dużo, że to w zasadzie bez sensu, trzeba by po prostu cały tekst od góry do dołu poprawić.
Trochę jeżozwierz, trochę być może Asperger, trochę pisarzyna.

ODPOWIEDZ