UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Zapraszamy do udziału w nowym INSTANCIE! :D

Zachęcamy też do głosowania na TEKST WRZEŚNIA!

Takk, men nei...

FANTASTYKA
W odróżnieniu od literatury realistycznej, fantastyka jest literaturą bardzo aktualną. ~ Kir Bułyczow
Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Takk, men nei...

Post autor: Kanterial » 12 maja 2017, 12:25

Potrzebowałam tej przerwy i poukładania sobie wielu rzeczy w głowie. I komentarz może być szarpany i chaotyczny, ale sporo myślałam o tym tekście i kto wie, może ci w jakiś sposób pomogę.

Pierwszy rozdział zdecydowanie jest przegadany, Marso, jest rozwleczony i gdyby nie moja słabość do ciebie (a co za tym idzie - do twoich rozmemłanych momentami emocjonalnie postaci) pewnie zniechęciłaby mnie ilość akapitów Larsowych, które często niewiele wnosiły w tekst. Bo tak - one były ważne z jednego powodu, z takiego, że pokazywały Larsa prawdziwego, dawały go poznać, mówiły o nim wiele. Jednak to był sam początek tekstu. I miejsca w nim niewiele na odsłanianie aż tak bohatera, bo czytelnik potrzebuje haków, zanęt, motywacji do dalszego czytania. Ja nie będę tu obiektywna, bo jak pisałam, lubię u ciebie to rozwlekanie. Myślę jednak, że mogłabyś uciąć 50% i nadal zachować efekt zapoznania czytelnika z Larsem i wnętrzem jego chaotycznej głowy, wiecznego pędu rozkmin. Jest też (jak zwykle? XD) sporo o kawie. Naprawdę sporo o kawie. Irytująco momentami sporo o kawie, choć kawa to już rytuał, wiem, to już część codzienności konieczna i kluczowa. Niemniej może nie warta opisywania tak gęsto.

I wiesz, dostałam tych uciekinierów, Axela i Larsa, tę dwójkę totalnie na bakier ze światem. Sympatyczni, owszem, fajni, owszem, bardzo podobni i z jakiegoś powodu mieszkający w jednym domu. Tak, wygląda to dość niecodziennie. Dialog o pokrewieństwie rzucasz pod koniec rozdziału, więc można odetchnąć z ulgą, ale wcześniej jest takie zagadkowe "huummmmmmmm", iykwim. I zmęczył mnie ten rozdział, zmęczył tym, że przez naprawdę spory czas nie dostałam od ciebie niczego poza rozkminami Larsa, opisami jego codzienności i relacji z Axlem. I nagle pojawili się ludzie w garniakach, jakaś Kari (wtf?) jakaś wielka sprawa, jakieś akcje i wybuchy. I trzasnął mi mózg. Miałam w tamtym momencie same pytania. W chwili, gdy Lars schodzi "pogadać z gajerkami", moja sytuacja wygląda tak:
- Nie wiem kim Lars jest za bardzo
- Nie wiem kim jest Axel
- Nie wiem kim jest Carl
- Nie wiem nic o super-mocach
- Nie wiem przed czym Lars zwiał
- Nie wiem czemu mieszkają razem
- Nie wiem czemu Kari zna Axela i o co chodzi z ich relacją
- Nie wiem nic poza tym, że L i A są trochę dziwni i piją kawę
a ty mi walisz w twarz takim chaosem i zawiązaniem głównej akcji. Myślę, że cokolwiek powinnaś wyjaśnić szybciej. Choćby kwestię tego, czemu Lars u Axela mieszka i (może nieco mniej zawile i półsłówkami) dlaczego zwiał przed swoim dawnym życiem. Wszystko tak naprawdę wyjaśniasz w końcówce pierwszego rozdziału, w niewielu akapitach. I to, że są braćmi, i to, że mają moce, i to, że Kari była narzeczoną Axela, i to, że jest jakiś Carl, którego Lars znał. To jest zbyt wiele, przynajmniej dla mnie. Wiele bym dała, by to info mieć choć po części wcześniej, bo poza slabością do Larsa nic nie trzymało mnie przez pół rozdziału przy lekturze.

I teraz bum - zrobiłam sobie tę parodniową przerwę, pomyślałam, doczytałam tę infodumpową końcóweczkę I części i wszystko się uspokoiło. I z jakiegoś powodu pokochałam bohaterów z rozpędem, całą trój... czwórkę. Carla też. Nie ma go, są strzępki info o nim, ale cholernie mnie interesuje, jaram się nim, chcę go wreszcie poznać. Naprawdę. I jak to zrobiłaś? Nagle poczułam się tak (początek II rozdziału) jakbym chciała mieć już pełny tekst, najlepiej książkę w łapie. Bo kuźwa, tak, rozbraja mnie Lars, totalnie go kocham, jestem psychofanką. Fany jest Axel i lubię go. Nie wkurwia mnie Kari. Carlem się jaram jak pochodnia. I jedziesz z koksem, dostaję świetne opisy, widzę miasto, widzę ulice, widzę Larsa palącego i wiszącego na telefonie, jego ojca, tę paprotkę, to mieszkanie, dosłownie wszystko. Kocham scenę spaceru, rozmowy z ojcem, czuję to wszystko, naprawdę czuję, nie wiem aż jak ci napisać, że czekam na takie chwile na forum i rzadko je przeżywam. Dziękuję, naprawdę. Nagle po prostu jest mi tak dobrze, że chcę leżeć cały dzień i czytać ten tekst. I boli mnie, że to tylko wrzutki na forum. Zakochałam się w "Takk...". Ani słowa uwagi nie mam do II rozdziału. Przeciwnie. Chcę ci powiedzieć, że dawno nic tak szybko mi nie zaskoczyło na forum i ni sprawiało takiej przyjemności mimo sporej ilości błędów technicznych (no, jednak przecinki to gubisz XD i ogonki). Z tasiemców czytam teraz "Odpad" Kili, ale on łapał mnie wolniej, głębiej. Twój tekst złapał nagle za gardło i czytałabym go może bez... aż takiej reakcji emocjonalnej, ale jako rozrywkowy, udany. I co teraz, do cholery, znów będę czekać?
Słuchaj, uważam, że Takk ma mega potencjał. Nic twojego jeszcze nie czytałam z takim rozpędem. Gdybyś jakoś ogarnęła ten pierwszy rozdział, cokolwiek tam zmieniła, może byłoby jeszcze lepiej. Bo dobrze jest od kiedy wreszcie rzucasz informacjami pod koniec I rozdziału. Żal, że wcześniej nimi nie rzuciłaś bo może nie miałabym tej parodniowej przerwy.

Dawno tak nie polałam miodu na forum, ale zasłużyłaś, oderwałaś mnie od okropnego dnia, od bólu i przez pół godziny oglądałam zajebisty film o Larsie. Proszę, popraw, poukładaj ten tekst i wrzucaj i pisz, chciałabym, żeby był skończony. Dziękuję za niego
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Takk, men nei...

Post autor: Kruffachi » 13 maja 2017, 23:14

Cały czas najbardziej fascynuje mnie postać, której de facto w tekście nie ma, czyli Carl. Przy czym, proszę, nie odbieraj tego tak, że już bym chciała go mieć na scenie, poznać, wiedzieć o nim wszystko czy coś w tym stylu. Absolutnie nie popędzam, nie chcę niczego przyspieszać czy w jakikolwiek sposób wpływać na konstrukcyjne decyzje. Jest dobrze. Myślę o nim, zastanawiam się, z przyjemnością wyłapuję kolejne szczegóły i próbuję rekonstruować obraz. Bardzo złożony obraz, taki rozedrgany. Ale Carl mi trochę ukradł tę wstawkę. I znów - nie twierdzę, że ukradł ją tak ogólnie, tylko mi właśnie, bo takie, a nie inne preferencje, bo od początku miałam oko na Carla. Wydaje się postacią bliższą moim rejonom niż Lars, którego lubię, bo sympatyczna z niego klucha, ale który jeszcze mnie nie chwycił. Ale myślę, że jest blisko. Bo kłopot polega na tym, że najczęściej przywiązuję się do postaci przez to, co robią, a nie przez to, co mówią czy myślą, więc pointa tej wstawki to był taki prezent dla mnie albo bardziej prezent dla mojego stosunku do Larsa.

Szalenie jestem ciekawa czy i w którym kierunku pociągniesz wątek z Kari. Nie kojarzę Cię kompletnie z romansów, co najwyżej z dość ustabilizowanych już par, którym jednak za głęboko w życie osobiste nie zaglądałaś. To może być naprawdę fajne, ciekawe i zaskakujące. No ale też nie znam Twoich planów i też niczego nie chcę sugerować, bo ufam, że zwyczajnie wiesz lepiej, czego tu trzeba. Ale jednak myślałam sobie o Larsie w kontekście romansu - niezależnie czy do niego dojdzie, czy też nie - i miałam różne takie ciekawe wnioski. Już nawet niekoniecznie związane z tym wątkiem, a postacią jako taką. Bo ja go cały czas na nowo próbuję zrozumieć. Twoje sztandarowe kluski są dla mnie pod tym względem szalenie trudne, o czym pewnie przy jakiejś okazji wspominałam. Głowię się mocno, usiłując odtworzyć ich tok myślenia i życie emocjonalne, bo wszystko tak zdominowane jest przez ucieczkę. Pewnie dlatego Lars najmocniej uderzył mnie w scenie, w której jest sam. Podczas tego spaceru, a dokładniej w chwili, gdy stwierdza, że rozsądek nakazuje zawracać, więc idzie dalej. I dokładnie to samo robi na końcu, choć w większej skali. Wówczas do mnie zaczęło docierać, że Lars to nie tylko ktoś, kto będzie uciekał i się chował, ale ma też zadatki antyfobiczne. To bardzo ciekawy aspekt osobowości, otwierający drogę do naprawdę ciekawych zachowań i nawet - ta-dam! - przejmowania inicjatywy ;)

Tatko mnie zaskoczył. Swoją rolą. Jakoś tak najpierw pokazałaś go przez otoczenie, potem były te papcie i w ogóle, i założyłam z całą mocą, że on jest poza tym wszystkim, że to taki bezpieczny grunt, a tu - bach! Uderzyło mnie to dość mocno, poczułam takie osaczenie. Taki niekomfortowy dysonans. Bo oni wszyscy się tacy poczciwi wydają, oglądani Larsowymi oczyma - wszyscy poza Carlem-zagadką właśnie - nawet jak są milczącymi karkami, a jednak każdy może mieć argumenty, każdy ma jakiś interes i ktoś taki jak nasz doktor wydaje się mimo wszystko owcą, która przypadkiem zawinęła w okolicę wilczego stada. Ciekawa jestem, w jakim to kierunku pójdzie, zwłaszcza w perspektywie tego, jak budujesz konflikty w swoich tekstach.

Czekam. Rzucaj dużo.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Takk, men nei...

Post autor: pierdoła saska » 22 maja 2017, 19:39

Ja ten pierwszy rozdział ogarnę. Kiedyś. Teraz zapamiętuję i w ogóle, ale jak się teraz do niego cofnę, to boję się, że zacznę poprawiać to co już dalej w rzuciłam i ughhghhh... jak będę to miała skończone (jeśli kiedykolwiek skończę) to wtedy. Teraz zapamiętuję, notuję i w ogóle <3
I zacieszam, że Larsowe problemy z instynktem samozachowawczym widać :D


Blackout
– Spokojnie!
Lars nie zamierzał być spokojny. W głowie stado trolli pracowało mu na akord, starając się przebić przez potylicę. Jeden wkurwiony dzięcioł pracował przy dziupli w prawej skroni, a kanarek z ADHD śpiewał mu do ucha.
Spróbował otworzyć oczy, ale powieki miał z ołowiu. Naciskały mu na gałki oczne i wciskały je do mózgu. W lepszy dzień, noc?, mógłby wymienić kilka schorzeń, które miały takie objawy, albo chociaż kilka potencjalnych skutków próby wciśnięcia sobie oczu do mózgu, ale to nie był dobry dzień.
– Lars, nie walcz z tym. To minie.
Znał ten głos. Oczywiście, że znał. Kathrine. Czekał na nią na peronie i wpatrywał się w elektroniczny rozkład jazdy, mnożąc powody, czemu się spóźniała. Skład planowany na dziewiątą czterdzieści właśnie z jazgotem wtaczał się na peron, ludzie na moment odklejali wzrok od czytników i komórek, a dalej wspomnienie urywało się. Wyobraźnia próbowała podsunąć możliwe scenariusze, ale kanarek i dzięcioł rozdziobywali wszystkie ciągi myślowe.
– Leż spokojnie. Śpij.

– Lars? Poczekaj chwilę. Przygaszę się światło. Teraz.
Otworzenie oczu było jak wspomnienie największego kaca jakiego kiedykolwiek miał. Zdawał sobie sprawę, że w pokoju panuje półmrok, a i tak światło wdarło mu się do mózgu i obudziło wszystkie trolle, dzięcioły i kanarki, a także małą szkolną orkiestrę dętą. Syknął.
– A może jeszcze nie? Daj sobie czas. Nie spiesz się.

Za trzecim razem przywitała go ciemność. Przez wysokie okno wpadało niewiele światła odległej latarni. Kładło ono na suficie wydłużony cień okna, na którym mógł skupić wzrok. Dwa skrzydła, trzy poprzeczki. Wszystko nieruchome jak na obrazie. Szaroniebieskie i zimne. Spróbował usiąść i tym razem mięśnie posłuchały go, choć nie obyło się bez bólu, promieniującego na stawy. Przy pierwszej próbie poddał się po kilku centymetrach i leżał dłuższą chwilę kontemplując co go boli. Przy drugiej udało mu się usiąść faktycznie, ale pozbawiony oparcia nie wytrzymał zbyt długo. Ledwie zdołał się rozejrzeć. Łóżko z żadnego boku nie przylegało do ściany. W półmroku dostrzegł mały stolik i krzesła przy nim. Drzwi zlokalizował tylko po jasnej smudze pod nimi. Więcej nie zdążył.
Szpital to to nie był, ale tego mógł się domyślić po samym zapachu tego miejsca i wcale go to nie uspokoiło. Paranoje podniosły łeb i zaczęły skrzeczeć, jak przy pierwszej wizycie w tajnej bazie. Gdzie popełnił błąd? Nikomu nic nie mówił. Z domu wyszedł jak co dzień, więc co go zdradziło i przed kim? A, co ważniejsze, gdzie był?
Odetchnął i przy trzecim podejściu zmienił strategię. Sturlał się na podłogę z gracją walenia wyrzuconego na plażę. Drewno jęknęło pod jego ciężarem, on zaklął, gdy jego łokieć zderzył się z twardą powierzchnią. Czekał aż ból minie nim zabrał się za kolejny etap – siadanie i opieranie się o łóżko. Gdy zaczynał wydawało mu się to o wiele prostsze. Przeturlać się i opaść jak należy. Punkt widzenia zmienił mu się jednak razem z punktem leżenia i może jednak siadanie było przereklamowane?
– Lars!
Dźwięk i światło z korytarza zaatakowały go równocześnie i skulił się odruchowo.
– Co ty zrobiłeś?
Kathrine chwyciła go za ramię i pomogła usiąść.
– To nie było rozsądne.
– Zapytaj Axela, rozsądek nie jest moją najmocniejszą stroną – powiedział, ale słowa zlały mu się ze sobą w mało zrozumiałą słowną kluchę. – Rozsądek to nie jest coś, w czym jestem dobry. Nie poza szpitalem – spróbował raz jeszcze i wyszło to tym razem lepiej. Nie dobrze, ale lepiej.
– Wierzę. Spróbuj wstać.
Pomogła mu.
– Gdzie jestem.
– Spróbuj przejść kilka kroków, to pomoże.
– Gdzie jestem?
– W bezpiecznym mieszkaniu. Nie martw się tym teraz. Chodź.
Przeszli do okna i z powrotem. Tylko raz, na samym początku, kolana ugięły się pod nim i Kathrine ledwo zdołała go podtrzymać.
– Niestety tak jest zawsze, ale to najlepiej działa i nie ma długotrwałych skutków ubocznych, a to dla… Tylko trzeba to wychodzić.
Miała rację. Każdy kolejny krok był łatwiejszy. Ból głowy zdążył już minąć i spomiędzy bardziej ułożonych myśli wyłaniały się pytania.
– Co się stało?
– A co pamiętasz?
– Byłem na peronie. Czekałem na ciebie. Zgasło światło i…
– Czyli pamiętasz wszystko.
Dziwne, bo według niego miał w głowie wielką dziurę jak od peronu do łóżka i prawie o to zapytał, ale Kathrine był szybsza.
– Czasami następuje krótkotrwała amnezja. Zapomina się ostatnie kilkanaście minut, czasami kilka godzin, ale to potem wraca. Ale ty pamiętasz wszystko. To dobrze. Gotowy wyjść się przywitać?
Nie odpowiedział od razu. Dwa plus dwa nie dawało w jego myślach czterech. Obecność Kathrine działała uspokajająco, ale bez kanarka paranoje zaczęły znowu podnosić łby. Czy to na pewno była Kathrine?
– Lars?
– Moment. Wszystko czyli co, bo to tu nie wygląda jak peron. I jest ciemno. Ostatni raz jak patrzyłem na zegarek było przed południem, więc coś jest zdecydowanie nie tak i wcale mi się to nie podoba! Ja rozumiem tajne łamane przez poufne, ale są chyba jakieś–
– Spokojnie! – Przez moment cisza dźwięczała im w uszach. – Nerwy ci teraz nie pomogą. Przepraszam. Jest nieco po ósmej wieczór. Byłeś nieprzytomny przez ostatnie kilka… godzin. To było konieczne, musisz uwierzyć mi na słowo. Jesteśmy, tak jak ci już powiedziałam, w bezpiecznym mieszkaniu. W Paryżu.
Nogi się pod nim ugięły i runął na podłogę. Ból przebił kolana, wycisnął mu powietrze z płuc i skręcił żołądek. Kathrine mówiła coś, ale nie był w stanie zrozumieć co. Czuł jej dłoń na swoim ramieniu, słyszał jej głos, ale nic więcej. Skulił się i spróbował oddychać. Wolno, nie za głęboko, dokładnie tak jakby doradzał komuś na swoim miejscu i było to cholernie trudne.
– Paryżu? – wykrztusił.
– Nie mogłam cię uprzedzić. Przepraszam, ale po prostu nie mogłeś wiedzieć. To było zbyt ważne i gdybyś się w ostatniej chwili wycofał, to naraził byś nas wszystkich, a na to nie mogłam pozwolić. To nie było nic personalnego. Chodziło o bezpieczeństwo twoje i nasze.
Wyłapywał najpierw co czwarte słowo, potem co trzecie, aż pod koniec docierał do niego cały sens tego, co mówiła, ale to w żadnym stopniu nie pomagało mu go zaakceptować.
– Musieliśmy wiedzieć, że możemy ci zaufać. Że zrozumiesz.
– Co zrozumiem?!
Ból w końcu pozwolił mu usiąść i oddychać normalnie, ale póki co Lars postanowił zostać na podłodze i nie wstawać.
– Sprawę.
Patrzyła na niego jakby to była najoczywistsza oczywistość, a on nie wiedział czy powinien uciec, krzyczeć, rzucić się do okna? Bardzo chciał zrozumieć czego, do diabła, od niego oczekiwano, bo jeszcze niedawno wydawało mu się, że rozumie. Czuł pewność, o jakiej niemal zdążył zapomnieć mieszkając z Axelem. A teraz ona zniknęła i pozostała po niej bolesna pustka.
– I dlatego wywieźliście mnie do Paryża? Ba, najpierw do Sztokholmu, teraz tu. Wiesz, cały czas się zastanawiałem, czemu nie mogłem tego zrobić na Islandii?
Skłamał. Zaczął się nad tym zastanawiać jakoś przy drugiej wizycie na Tekniska Hogskolan, gdy znowu wręczono mu tablet. Kari uśmiechnęła się, choć ten uśmiech nie sięgał jej oczu. Te bowiem pozostawały skupione na nim i miał wrażenie, że przestała mrugać. Sekunda, dwie, trzy i nieruchomość ogarnęła całe jej ciało. Miał wrażenie, że powiedział coś bardzo nie tak.
– Rozumiem, mówiłaś, zasady, ale i tak mnie to dręczy – odezwał się, aby przerwać szarpiące nerwy milczenie. – Może komplikuję za bardzo, ale… Gdybym się nie zdecydował, to wtedy wiedziałbym, że tu jesteście i w ogóle – bredził, wiedział o tym, a mimo tego mówił dalej, bo to było lepsze od ciszy. – Znaczy tam, już tam, w Sztokholmie przy KTH, nie tu. Chyba że… Znaczy tak, są lojalki i jakbym podpisał, to morda w ciup i nie żebym podważał wasze metody, ale–
– Ale podważasz, Lasse.
Odwrócił się zanim pomyślał co robi. Stracił równowagę i znowu upadłby na podłogę, gdyby ściana nie była tak blisko. Rozpoznał głos, nim na dobre przebrzmiały słowa i zrozumiał ich sens. Wiedział kto stoi w progu, choć nie zarejestrował kiedy otworzyły się drzwi.
– I tak, masz rację, że coś tu śmierdzi i gdybyś się nie zgodził, to może nie mielibyśmy problemu, ale byłoby mi smutno.
W pierwszym odruchu zdiagnozował u siebie halucynacje. Ktoś mu przywalił w łeb na stacji metra i teraz mózg jeszcze bawił się w chowanego z rzeczywistością. Miał takich pacjentów. Cóż, teraz sam był pacjentem, tylko że wszystko wokoło wydawało się przesadnie realne, a już zwłaszcza ból potłuczonych kolan.
– Carl…
– Kopę lat, co nie? – To nie zabrzmiało tak jak powinno. Brakowało temu energii i wszechogarniającej radości. – Studia, studia, praktyki i tak dalej, a potem spapraliśmy sprawę. Już pomijam twój ostatni wyczyn. Islandia? Ty? Prędzej spodziewałbym się, że uciekniesz gdzieś na południe. Do słońca, muzyki i pięknych kobiet. – Zaśmiał się krótko. – Znalezienie cię na tym końcu świata trochę trwało, a Kari wykorzystała chyba wszystkie swoje znajomości, aby w końcu do ciebie dotrzeć.
Lars był pewien, że powinien coś powiedzieć, ale pojęcia nie miał co. Carl Randstad nie zmienił się specjalnie przez ostatnie kilka lat. Nadal mógł robić za katalogowy wzór Szweda. Wysoki; niemal tak wysoki jak Lars, ale lepiej zbudowany i mniej podobny do trzciny. Twarz miał zaróżowioną w charakterystyczny sposób jaki spotykał wszystkich, którzy zapomnieli się i odrobinę za długo stali na słońcu. Głowę wieńczyły mu jasne, lekko rude włosy. Gęste, jeszcze bez zakoli, przystrzyżone i ułożone. Całość psuły wygniecione spodnie i niewyprasowana koszula, ale Lars miał o wiele więcej myśli ważniejszych od komentowania stroju, zwłaszcza że sam wyglądał wczorajszo.
– Co to do cholery znaczy? – Wykrztusił i spojrzał na Kathirne.
Ona spojrzała na Carla. Randstad westchnął i uśmiechnął się półgębkiem z taką pobłażliwością, że gdyby Lars czuł się na siłach wstać, to wstałby i przywaliłby mu. Ale póki co wolał pozostać na podłodze. Przypomniał mu się telewizor w domu i szczerze obawiał się, że zaraz zobaczy tu jeszcze ojca i wówczas znów nie da rady ustać.
– Lasse… Jak na pewno zauważyłeś jestem trochę spalony w Szwecji. Przyznaję, że ten stan rzeczy nie jest mi na rękę, ale też sam jestem sobie winien. Już mi to wypomniano kilkukrotnie i nie zamierzam unikać odpowiedzialności. A póki co wolę jednak się tam nie zapuszczać. Czemu Paryż? Bo tu było łatwo się dostać, ale nie lubię tego miasta. Jest zbyt pomieszane. Jak zupa zrobiona ze wszystkich resztek jakie udało się znaleźć w lodówce. Pożywna, owszem, ale niesmaczna. Mam zamiar stąd szybko wyjechać, ale środek, który ci podaliśmy działa tylko kilka godzin, a obudzenie się w samolocie… Z psychologicznego punktu widzenia było to niewskazane. Dlatego jesteśmy tu. Najdalej pojutrze się przeniesiemy w bardziej uporządkowane miejsce, tymczasem… – wzruszył ramionami i uśmiechnął się. – Zapytałbym co u ciebie, ale wydaje mi się, że powinieneś jeszcze odpocząć i może coś zjeść.
Z tym ostatnim nie śmiał się kłócić. Im łatwiej przychodziło mu myślenie, tym bardziej głód drążył mu żołądek. Przyjął odgrzewaną chińszczyznę z nieukrywaną wdzięcznością, choć nie bez obawy.
– Lasse – Carl zaśmiał się podejrzanie pobłażliwie. – Mam obiecać, że rano obudzisz się nadal w Paryżu?
– Nie trzeba – mruknął w talerz. – Zjem i porozmawiamy.
– Będę w salonie.
I Lars naprawdę chciał tam do niego dołączyć i powtórzyć pytanie na którym zatrzymały mu się myśli, ale z każdym kolejnym kęsem błoga senność coraz skuteczniej zamykała mu powieki. Napełniony w końcu żołądek przestawiał organizm w tryb trawienia, miękkie łóżko wsysało go, kołdra ciążyła coraz mocniej i myśl, żeby wstać, wyjść za drzwi w nieznany świat stawała się coraz bardziej nieznośna.
Potarł twarz dłońmi, wbił palce w oczy, ale to nie pomogło. Potężne ziewnięcie wyrwało mu się z gardła i wraz z nim poddał się. Zawstydzony samym sobą naciągnął kołdrę na głowę i przez krótką chwilę miał nadzieję, że to tylko sen i rano obudzi się w… Już nie był pewien gdzie chciałby się znaleźć.


Poranek niewiele zmienił, a już na pewno nie zmienił widoku za oknem. W dole biegła wąska uliczka, szmer prowadzonych po francusku rozmów unosił się i docierał na wysokość czwartego piętra – Lars policzył wychylając się niebezpiecznie za niską balustradę. W mieszkaniu na wprost łysy mężczyzna o nalanej twarzy pił kawę i co jakiś czas zerkał w stronę Larsa. Raz się uśmiechnął. Lars odwzajemnił uśmiech i na tym skończyła się ta krótka interakcja.
Był w Paryżu.
Nigdy wcześniej nie odwiedził stolicy Francji i gdyby nie okoliczności, to cieszyłby się z takiej wycieczki. Niestety wspomnienie wieczoru było zbyt wyraźne, aby uznać go za sen. Po raz kolejny spojrzał na drzwi z obawą i podszedł do nich. Położył dłoń na klamce i znów się zawahał. Hałas po drugiej stronie sprawił, że nacisnął ją odruchowo i już było za późno.
– Carl?
– W salonie!
Randstadt wyglądał na mniej wymiętego niż poprzedniego wieczoru i Lars poczuł się jak fluś, bo sam o sobie tego nie mógł powiedzieć. Rozejrzał się za Katherine, ale nigdzie jej nie zauważył i przez moment poczuł się niepewnie. Dłużej nie zdążył. Carl zaczął mówić i naprawdę przez te lata głos mu się nie zmienił ani trochę. To było niesamowite i robiło coś dziwnego z jego postrzeganiem rzeczywistości.
– Wyglądasz koszmarnie, Lasse. Ogarnij się i pójdziemy na jakieś śniadanie, bo tu już nic nie zostało.
Nie tego się spodziewał. Zaskoczenie sprawiło, że wszystkie pytanie pierzchły mu z myśli i dał się wepchnąć do łazienki. Nie zastanawiał do kogo należą czekające tam spodnie i koszula, nie protestował, gdy Carl sprowadzał go wąską klatką schodową i nie krzyczał, gdy szli wąskimi ulicami, choć powinien. Czuł, że pełna wrzasków histeria należy mu się jak psu buda, ale nie potrafił zacząć. Miał wrażenie, że jest o naście lat młodszy, nigdy nie wyjechał na Islandię, nie skończył nawet studiów i śni, bo powinni być w Sztokholmie, ale rzędy beżowych kamienic z żadnej strony Sztokholmu nie przypominały. Patrzył na nie i czuł, jak jego percepcja rzeczywistości rozpływa się. Tak czasami wyglądały jego sny, tylko teraz nie śnił. Chciałby, ale przestał się łudzić jeszcze zanim doszli do Sekwany.

– To co napisałeś przy incydencie z Larisą było bardzo miłe. Młodzieńcza bucowatość, tak?
– I poczucie wyższości – dopowiedział odruchowo i dopiero usłyszawszy własny głos zorientował się że to zrobił. – Uzasadnione-
– Właśnie! – Carl radośnie wszedł mu w słowo. – Brutalnie szczere i Larisa na pewno obraziłaby się, gdyby to usłyszała, ale ja nie zamierzam, bo tak byłem bucem. Może nawet nadal jestem?! ale nauczyłem się trzymać język za zębami, gdy gra jest warta świeczki. Szczerość jest przereklamowana.
Szli wzdłuż rzeki, zapierająca dech w piersi bryła Notre Dame była coraz bliżej i coraz bardziej realne stawało się dla Larsa gdzie jest. Dlaczego jednak ciągle mu umykało.
– Z tego co Kari mówiła-
– Nigdy nie wierz kobiecie. Czytałeś gazety?
Nie, nie czytał. Po całych dniach nad tabletem nie miał już ochoty czytać czegokolwiek.
– Telewizja?
Również nie bardzo, bo gdyby trafiło się w nich coś o Carlu, a ojciec byłby w domu i pamiętał kim Randstada, to zacząłby komentować, a tego Lars bardzo nie chciał, bo wówczas musiałby kłamać. Dlatego chodził na spacery, eksperymentował w kuchni i padał na pysk.
– Tak myślałem. – Rozbawienie Carla sprawiło, że Lars zwolnił. Niemal zatrzymał się i utonął w pytaniach. Znowu był poprzedni dzień, a on nie rozumiał co się dzieje. Carl również zatrzymał się, odwrócił w jego stronę i uśmiechał się promiennie. – Daj spokój Lasse, wyglądasz jakbyś miał zaraz zemdleć. Chodź. Nie mówię, że nic z tego nie miało miejsca i jesteś w ukrytej kamerze, ale Kathrine podkoloryzowała niektóre fakty.
– Szpital-
– Tamta idiotka – Carl znów nie dał mu dokończyć – zasługiwała na wszystko, co jej powiedziałem, ale oczywiście zinterpretowano to na opak, a gdy już wszystko ostygło i dokopano się do sensu tej dramy, to nikogo ona nie interesowała. Chodź.
Poczuł dłoń Carla na ramieniu i w ataku paniki wyszarpnął się gwałtownie, stracił równowagę i upadł na chodnik. Ból przeszył mu rękę od dłoni po bark, drobne ziarenka piasku wbiły się głęboko w skórę i żółć na moment podeszła mu do gardła.
– Lasse!
Carl już się nie śmiał.
– Spokojnie. Nic ci nie jest.
Nie przyjął wyciągniętej ręki. Wstał sam, otrzepał dłonie i z ulgą stwierdził, że ni rozorał skóry do krwi i skończy się na imponującym siniaku. Nie patrzył na Carla. Zacisnął dłonie w pięści i rozprostował. Bolało. Oczywiście, że bolało.
– Lars? Tamta kobieta prosiła o lek, który po pierwsze nie powinien być jej potrzebny, po drugie nie przyjmuje się go w ciąży, chyba że chce się urodzić dziwadełko. Więc gdy nie przyjęła do wiadomości powiedziałem zgodnie z prawdą, że ktoś taki jak ona nie powinien nigdy zostać matką. Trochę mnie poniosło, owszem. Dobrałem bardzo niefortunne słowa i media je pochwyciły, ale nie wypieram się ich interpretacji. Jak rzadko w poszukiwaniu sensacji trafili w sedno. I wiem, że to rozumiesz. Tłumaczyłeś to Kathrine.
Lars ledwie rejestrował co Carl do niego mówi. Chciał nawet przerwać mu. Powiedzieć, że nie musi tego teraz słyszeć, że nie o to chodzi, ale miał ściśnięte gardło, instynkt kazał mu uciekać, zdrowy rozsądek zostać, ciekawość zapytać o zamachy i koniec końców stał jak sparaliżowany i powoli zaczynało brakować mu powietrza. Tonął, stojąc nad brzegiem rzeki w słoneczny, rześki dzień.
– Gdyby nie nagonka mediów, to pewnikiem nie zacząłbym działać, tylko jeszcze przez wiele lat planował i zastanawiał się czy jest sens, bo być może Chiny same dojdą do satysfakcjonujących rezultatów, a reszta świata pójdzie za nimi. Jeśli nie z przekonania, ale ze strachu, że zostaną tak bardzo w tyle, że staną się skansenem ludzkości. Zresztą nadal się może tak stać. Chiny mają wprawę w tego typu inżynierii. Nie mówię o mieszaniu w genotypie, choć i nad tym prowadzą badania. Mówię o zarządzaniu całym społeczeństwem. Czymś takim była przecież polityka jednego dziecka, a to wierzchołek góry lodowej.
– Zamachy… – wykrztusił.
W końcu odważył się spojrzeć na Carla. Na tę jego przystojną mordę, którą można by reklamować selekcję genową. Sympatryczne oczy, wąski nos, wyraźnie zarysowana żuchwa – męski konkret, ale nie agresywnie, a tak miło dla oka, że wściekłość brała człowieka.
– Dlaczego?
– Chodźmy.
– Carl!
Kilka osób odwróciło głowy w ich stronę, ale to nie trwało dłużej jak mgnienie.
– Wielkie słowo – Radnstad prychnął i wzruszył ramionami. – Jedna katastrofa budowlana, drugie… To nieco bardziej skomplikowane, ale wolałbym tu o tym nie opowiadać. Chodź.
Kawiarenka była malutka. Kilka okrągłych stołów zdominowało środek pomieszczenia, mniejsze przytuliły się do ścian, zapraszając do siebie pary, bo więcej osób nie miało szans się przy nich wcisnąć. Sufit był ciemny i Lars miał wrażenie, że dosięgnąłby go bez stawania na palcach. Reszcie nie zdążył się przyjrzeć, bo Carl pociągnął go w stronę okna. Za szybą tkwiły spowite w cieniu stoliki i krzesła oparciami dotykające szkła, ale było zbyt chłodno, aby tam siadać i nikt nie przesłaniał widoku. W środku tylko kilka osób jadło lub piło kawę, muzyka grała cicho w tle czas zdawał się zwalniać. Lars czuł, że jego czujność zaczyna przysypiać, ale nic nie mógł na to poradzić.
– To jedno z niewielu miejsc, gdzie można dostać coś, co nie przypomina śniadania dziecka – Carl zaśmiał się cicho i płynnie przeszedł na francuski, ledwie kelner zbliżył się do nich.
Oczywiście, bo czemu miałby nie mówić płynnie po francusku. Lars z całego potoku słów wyłapywał tylko te podobne do angielskiego. Równie dobrze mogli omawiać plan porwania go do kolejnego odległego kraju, z którego nie miałby już jak wrócić, bo o ile wciąż miał swój portfel i dowód osobisty, to paszport pozostał w dalekim Sztokholmie.
Myśl o tym zmroziła go.
Czy byliby w stanie zrobić coś takiego? Jakoś przewieźli go nieprzytomnego tutaj. Przeliczył szybko godziny. Nie, nie mogli tego zrobić autem przez Oresund. Po prostu Sztokholm był za daleko, a czasu był za mało. Więc jak? Obsługa lotniska raczej nie przepuściłaby kogoś z nieprzytomnym człowiekiem przewieszonym przez ramię. A przynajmniej taką miał nadzieję.
Utkwił wzrok za oknem. Po jej drugiej stronie niespiesznie otwierał się właśnie sklepik z pamiątkami. Magnesy, pocztówki, flagi, tablice rejestracyjne z imionami, torby, koszulki – czego dusza mogła zapragnąć, to pewnikiem tam było i może powinien się tym zainteresować. Naszło go to zupełnie spontanicznie, gdy patrzył jak wąsaty mężczyzna mocuje się z folią ochronną na stojaku. Czy jak się jest porwanym, to też należy przywieźć prezenty dla krewnych i znajomych?
Absurdalność tej myśli sprawiła, że niemal się roześmiał. W ostatniej chwili zapanował nad podstępnym odruchem, rozkaszlał się, zwrócił na siebie więcej uwagi niż by chciał i zakląłby, ale walczył o powietrze. Nim wygrał kelner przyniósł im kawę. Dla Carla coś co przypominało białą americanę, dla Larsa pełnoprawne latte, do którego skwapliwie wsypał cukier i mieszał go powoli świadom, ze gra na czas.
Randstand uśmiechał się w sposób, który bez słów mówił: wiedziałem, pamiętałem. I owszem, Lars już na studiach pił kawę z mlekiem i nic a nic się w tym względzie nie zmienił. Czemu by miał? Nie żeby właśnie bardzo zapragnął szybko zmienić przyzwyczajenia i stać się mniej oczywisty.
– Obawiam się, że znajomość mojego gustu w kwestii kawy może okazać się niewystarczająca do… Do czegokolwiek jestem ci potrzebny – zaczął i dalej słowa popłynęły same. – Skoro pamiętasz jaką kawę piłem, to pewnie pamiętasz również, że genetyka, ciekawa jak cholera, to jednak nie była moją najmocniejszą stroną. Public relations miałem OK, ale ty ciągle miałeś lepsze, więc tu też nie widzę dla siebie wakatu. Nie żebym był niewdzięczny za zafundowanie mi darmowej wycieczki do Paryża. Co prawda biuro wycieczkowe miało jakieś dziwne metody, ale darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda. Ba! Nawet za ściągnięcie mnie do Sztokholmu jestem wdzięczny, bo nawet nie zauważyłem jak zacząłem dziczeć tam na północy, a i ojca to chyba wybitnie ucieszyło, choć teraz, jak zniknąłem bez uprzedzenia, może być już mniej zachwycony. Jednak to w żaden sposób nie tłumaczy co ja tu robię. Nie tłumaczy co ty dokładnie robisz. I co robi Kari.
W zdziwieniu i skonfundowaniu porannym zupełnie o niej zapomniał, a przecież była w mieszkaniu jeszcze poprzedniego wieczora! Brała we wszystkim udział, a przecież miał jej i jej zespołowi pomóc w zrozumieniu Carla, żeby mogli go powstrzymać nim zginie więcej ludzi.
Zakrztusił się kawą. Szklanka przewróciła się na stolik i jej zawartość zalała serwetę.
Starszy kelner nie bez obawy patrzył jak Lars próbuje odzyskać oddech. Carl miał spojrzenie spokojniejsze, ale bardziej uważne. Szukał znaków, które wymagałyby jego interwencji. W końcu jednak obyło się bez niej. Lars oparł się i oddychał głęboko. Twarz mu poczerwieniała, płuca szarpały bólem, a ręce miał niczym szmaciana lalka. Nie zdołałby nawet wstać i uciec, gdyby chciał, a w niedotlenieniu naszło go, że powinien był zrobić już dawno temu.
Francuski szwargot wypełnił na chwilę powietrze, kałuża z podłogi została szybko starta, serweta zniknęła, na jej miejsce pojawiła się nowa i nowa szklanka znalazła się przed Larsem nim zdążył powiedzieć, że przeprasza.
– Zacznę od pierwszego pytania, dobrze? – Głos Carla był miękki, akcenty przetaczały się przez zdania jak łagodne wzgórza i Lars doskonale znał ten ton głosu. Tak mówiło się do dzieci w szpitalu, czasami do nastolatków, z których trzeba było wydobyć co naprawdę się stało, nieważne że rodzice stoją obok i nie powinni tego wiedzieć, bo wstyd, hańba, żenada i najgorsze ze wszystkich: późniejsze konsekwencje. Czasami używało się go również, aby zdenerwowanemu członkowi rodziny powiedzieć, że niestety, nie mogą już nic zrobić. – Od tego po co tu jesteś. Nie, nie oczekuję, że będziesz twarzą mojej rewolucji i owszem, pamiętam twój zapał do genetyki i jego mocno przeciętne rezultaty. Gdybym szukał genetyka, to zwrócił bym się do Pera. Może do Luise lub Andersa, ale nie do ciebie. – Kolejne imiona odkurzały wspomnienia, które nieco wyblakły, ale ciągle tam były pomimo braku kartek na święta, spotkań przy kawie. – Nie umniejszam twoich zdolności. To po prostu nie twoja dziedzina. Widzisz…
Kelner ponownie pojawił się przy ich stoliku, a z nim wciąż ciepła bagietka, masło, konfitura, ale też chrupki bekon i jako sadzone tak równe i piękne, że bardziej przypominało małe dzieło sztuki niż śniadanie.
– Smacznego.
Mruknął w odpowiedzi to samo.
– Widzisz – Carl podjął zaledwie po kilku kęsach pieczywa. – Zawsze cię lubiłem.
Lars starał się nie dać po sobie poznać jak bardzo zaniepokoiły go te słowa. Jadł tylko zerkając na przeciwną stronę stołu.
– I potrzebuję kogoś, z kim mógłbym normalnie porozmawiać. Nie jestem typem samotnego rycerza, choć z wielu powodów na pewno prościej byłoby mi to wszystko ogarnąć, gdybym jednak nim był. Nie oglądać się za siebie, wszystkich traktować jak pionki na szachownicy i nie przejmować się czymś takim jak lojalność… To bardzo ułatwiłoby planowanie. Byłbym samotnym krzyżowcem, narzędziem zbawienia… Ale niestety wszystko wskazuje, że zupełnie nie potrafię pracować w ten sposób. Zdarza mi się za bardzo zapędzić i zrobić rzeczy, których robić nie powinienem. Nic nowego, w sumie. Niestety moi obecni pomocnicy, lojalni i naprawdę – uśmiechnął się w sposób który nie mówił nic o tych ludziach, a zarazem jasno stwierdzał, że są absolutnie wyjątkowi i Carl jest z nich dumny – zdolni, to nie znają mnie na tyle, aby wyczuć, kiedy zaczynam się tak zapędzać, a przez to nie mogą mnie powstrzymać póki nie jest już za późno. Ty, to co innego. Oczywiście nie mogę cię zmusić, czy raczej nie chcę cię zmuszać, bo to by przeczyło całej idei. Można kogoś siłą przekonać aby poprowadził kontrowersyjne badania, ale żeby był przyjacielem i głosem rozsądku? No chyba że się jest politykiem, prowadzi kampanię i płaci całemu sztabowi takich niekoniecznie lojalnych, ale znających swoje obowiązki, ludzi, ale… – rozłożył ramiona, odchylił się na krześle i twarz znów rozjaśnił mu ciepły uśmiech. – Katherine już raz zapytała cię, czy w to wchodzisz, ale oczywiście nie wiedziałeś na co naprawdę się zgadzasz. Dlatego zapytam raz jeszcze. Pomożesz mi, Lasse?
koniec rozdziału II
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Takk, men nei...

Post autor: Kanterial » 23 maja 2017, 11:30

COOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOO?!
SpoilerShow
co
Jprdl, nie. To jest zbyt wielki kosmos i chaos dla mojego mózgu T~T. Że niby wcale nie chodzi o walkę z Carlem? Że niby wszystkie te kolejne kroki, sprowadzenie Larsa z samotni, wypytanie o wszystko i wciągnięcie w sprawę "przeciw" Carlowi to było tylko... no właśnie, co to było? Jeśli ekipa, z którą Lars miał do czynienia, była ekipą od Carla (Kari i Gajerki i ta tajniacka baza) to ta szopka miała na celu sprawdzenie, ile on faktycznie o Carlu pamięta? Czy się z nim zgadza, czy może być tym głosem rozsądku?
Ja pierniczę, najwyraźniej. To okropne, że w pewnym sensie logiczne. Sprawdzili czy się nada, a on się nadaje.
Ale skoro tak, to czemu w trakcie tego badania gotowości Larsa Kari wyraźnie zdawała się... no, być cięta na Carla? Przecież pamiętam. Ewidentnie sprawiała wrażenie, jakby go nienawidziła, jakby się zacinała w tych chwilach, gdy Lars Carl bronił, jakby w ogóle twierdziła, że Carl to najgorsze zło świata. Po co miałaby aż tak grać? Da się aż tak grać?
No i kiedy gadali o genetyce, Lars z nią, to też nie wyglądała na wniebowziętą kiedy pokrętnie przyznał pewną rację rozumowaniu Carla.
A może właśnie w tych chwilach do niej docierało, że Lars się nada i stąd te reakcje? Coś ty mi z mózgiem zrobiła, Marso... :facepalm:

Co do wstawki, to przeleciałam przez nią mega szybko i tak - faktycznie - chciałabym, żebyś wrzucała całe rozdziały. Nie zdążyłam rozpędzić się jak ostatnio, gdy miałam więcej tekstu. A ja muszę się rozpędzać. Zwłaszcza przy przerwach dłuższych niż tydzień, przy bohaterach twojego typu (ci niepoprawni myśliciele echh!) i przy zwrotach akcji na taką skalę.

Czytałam, jak mówiłam, szybko, choć nie będę ukrywać, że to dość.. Nienajlepsza technicznie wstawka. Interpunkcja mocno gryzła (często przy zwrotach imiennych) i wytrącała mnie z rytmu. A ja lubię rytm w tekście. Do tego dochodziła skrajnie powalona sytuacja, w jakiej znalazł się Lars. Nie umiałam za bardzo wczuć się w niego (a przecież tak dobrze szło mi wcześniej T~T) bo ten chaos i w historii i w zapisie bardzo mi usztywniał emocje. Może to dobrze, bo i w "Takk" zdawało się, że wszyscy jadą na jakimś emocjonalnym usztywnieniu. I Carl, i Kari (choć tylko mignęła) i Lars. On to już w ogóle. Tak bardzo rozgardiasz i tak bardzo nieumiejętność odnalezienia się w nim. Na dodatek to, jak zachowywał się Randstad, było szokujące i dziwaczne. Jakby nic sobie nie robił z położenia rozmówcy, te uśmiechy, ta swoboda, gdy wiadomo, że żaden normalny człowiek nie ogarnie tego syfu i nie zacznie tak po prostu rozmowy pod tytułem "siemanerko, Carl, kopę lat, jak mówisz, a wiesz, nawet ci się głos nie zmienił!". Jprdl... Carl wzbudzał moje ogromne zainteresowanie i jarałam się nim od początku, a tu mój entuzjazm opadł, zmienił się w podejrzliwość. Ten facet jest nieludzki. Cała sytuacja taka jest.
Kari... totalnie straciłam do niej zaufanie. Co za aktorka! I ta nieruchomość, maska, wcześniejsze podpuszczanie Larsa. Coś mi tu mocno nie gra i będę uważna, bo się boję, że ta kobieta ma ukryte swoje "drugie ja". Może nawet nie czuła do niego sympatii, może była miła bo musiała? Oby nie. Jakoś tak po cichu liczyłam na relację.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że ja nadal za cholerę nie wiem, o co chodzi. W całej sprawie. I jakie poglądy ma Carl. I co sobie wyobraża i do czego dąży. Lars musi o to wypytać i najlepiej usłyszeć odpowiedź jak dla cepa... (tak sobie się modlę, bo sama bym chciała ja usłyszeć :bag: )

I zostawiasz mnie z takim ciężarem >___________< no nic. Będę czekać.

// akcja z kawą. Rozbroiła mnie. Najlepszy moment w teście, ta durna kawa z mlekiem. I ten uśmiech. Wiedziałem, pamiętałem. Jprdl.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 220
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Takk, men nei...

Post autor: MononokeGirl » 23 maja 2017, 16:07

Muszę przyznać, ze do tego tekstu podchodziłam kilkukrotnie, bo zwyczajnie Lars mnie zagadał w pierwszej wstawce. Śmierć na śmierć po prostu. :grzybki: Idealnie mój stan oddałaś w jednym akapicie podczas jego rozmowy z Gunnarem. Niby rejestrowałam słowa, rozumiałam przekaz, ale jednocześnie niczego nie zapamiętywałam. I chciałam ją skomentować, ale nijak nie potrafiłam, bo zwyczajnie nie wiedziałam, o czym jest. Dwóch aspołecznych facetów na krańcu świata, wyprawa po zakupy i kawa. Głównie o kawie rzekłabym, bo o głównych bohaterach zupełnie nic się nie dowiedziałam poza tym, ze nie są raczej obaj z Islandii a przyjezdni. Gdyby nie to, ze gdzieś na forum mi mignęło, ze "Takk" jest o supermocach to pewnie po tej pierwszej wstawce do czytania bym nie wróciła, bo zwyczajnie zupełnie nie potrafiłam się na niej skupić. :lalala: Te supermoce tak bardzo nie pasowały mi do statycznego zycia Larsa na Islandii i jego kawy (nie zapominajmy o kawie!), ze az zaczęłam jeszcze raz, zeby ich poszukać. :wtf: :wtf:
Później okazuje się, ze nawt nie znałam prawdziwego imienia Eiliego =.= Trochę taki mindfuck delikatny.

Ogólnie masz manierę do rozwlekania wypowiedzi i krązenia wokół tematu. Bo ja na przykład na pierwszej wstawce zupełnie nie zrozumiałam, co Lars miał na myśli, opowiadając o tamtym wypadku i swoich "rękach, które leczą" . Wszystko się tak pozapętlało, ze dopiero długo później zrozumiałam, ze Lars jest "elekrtrykiem", a Axel telekinetykiem. Jednak do tej pory nie wiem, czemu uciekł. Mamy jakieś zamachy, trochę gadania o genetyce i Larsa, który się wystraszył, ze prowadzono by na nim eksperymrnty, gdyby ktoś się dowiedział, co potrafi. Skąd ten strach? Ta panika? Wyszli na światło dzienne inni "mutanci" i spieprzyło im to zycie, czy jak? Bo przeciez uratowanie człowiekowi zycia podczas wypadku przez lekarza nijak dla mnie podejrzane nie jest i nie ma w tym powodu do ucieczki na Islandię, porzuciwszy dom i pracę. Zupełnie tego nie czaję. :bag:

Bardzo zryłaś mi mózg tym zabiegiem z ściąganiem Larsa do Sztokholmu przeciwko Carlowi, co okazało się w końcu werbunkiem. Lars tak bronił Carla, ze ja tez nijak nie wierzyłam, ze ten jako lekarz posunąłby się do idiotycznych zamachów, aby zwrócić uwagę na swoje racje. W ostatniej wstawce jest jeszcze bardziej tajno-organizacyjnie, ale ja znowu mam wrazenie, ze bładzę w ciemnościach. Skoro nie będzie skierowanej akcji przeciwko Carlowi to do czego się ma mu przydać Lars? Stęsknił się? Ma go odwodzić albo wspierać? Ale w czym? Co jest misją Carla i jak do jasnej ciasnej lekarz (nawet jeśli źle zrozumiany przez media) dostał się do tajnej organizacji i jaką ma w niej rolę? ;/

Ostatnie wstawki, w których akcja zaczęła przyspieszać czytało mi się znacznie lepiej niz początek. Mam wiele pytań w głowie i chętnie poznam odpowiedzi, bo czyta się dość przyjemnie :) A nic innego jak rozwikływanie zagadek nie jest dla mnie lepszym lepem ^^

Jakieś tam literówki itp.:
SpoilerShow
Ale tak naprawdę niczego, bo poza szutrową drogą trzydzieści metrów w dół dość stromo opadającej łąki, to w promieniu kilkunastu kilometrów nie było śladu cywilizacji [przecinek] przed którą się chował [kropka] Co więcej chował się nie ze znużenia nim, z obrzydzenia czy innych filozoficznych powodów, a ze strachu.
int.
Szary t-shirt wynurzał się nieśmiało z ciemności, a ponad niego wystawał nieopalony łeb zakończony niemal białym mopem, który nieco dłużej nie widział nożyczek niż jego własny, dlatego nieco bardziej poddawał się grawitacji, ale nadal kojarzył się z szalonym naukowcem, który powrócił z zaświatów i tylko Friður nie wiedział po kącholerę, bo akurat teraz nie było z niego pożytku.
ogólnie opis Axela-ducha bardzo na propsie, ale to zdanie (oprócz tego ze ma literówkę) jakoś takie za długie i zbyt nawalone informacjami?
Piła kawę ostrożnie, żeby się nie sparzyć, podczas gdy on w kilku łykach wyerowałbutelkę piwa.
– To może oznaczać, że zamieszaniesa tacy jak ty.
Henning larsen-Aarvik wiedział bardzo wiele o jego matce, bo miał okazję związać się z nią węzłem małżeńskim, nim umknęła dalej w świat szukać księcia z bajki, bo ten się jednak nie sprawdził. Cóż
Bo tak, na trzecim roku Carl pozwolił sobie na bardzo niefortunny komentarz odnośnie zawartości czaszki jednego z ich kolegów, który po pierwsze był wielki, po drugie miał plecy jak stąd do Władywostoku, po trzecie faktycznie był tępy jak żwir na pojeździe.
Ale poplotkowanie z Kari też byłoby przyjemne. Na samą myślo nim uśmiechnął się, ale szybko minęła mu pogoda ducha. Nie chciał się przed nią odsłaniać z chaosem…
Tuz potem jest nagłe wejście chyba Kari? Bo mam wrazenie, jakby to działo się jedynie w głowie Larsa.
Również nie bardzo, bo gdyby trafiło się w nich coś o Carlu, a ojciec byłby w domu i pamiętał kim
Randstada,
to zacząłby komentować, a tego Lars bardzo nie chciał, bo wówczas musiałby kłamać.
Nie przyjął wyciągniętej ręki. Wstał sam, otrzepał dłonie i z ulgą stwierdził, że nirozorał skóry do krwi i skończy się na imponującym siniaku.
Dla Carla coś co przypominało białą americanę, dla Larsa pełnoprawne latte, do którego skwapliwie wsypał cukier i mieszał go powoli świadom, zegra na czas.
Kelner ponownie pojawił się przy ich stoliku, a z nim wciąż ciepła bagietka, masło, konfitura, ale też
chrupki bekon i jakosadzone tak równe i piękne, że bardziej przypominało małe dzieło sztuki niż
śniadanie.
Poza tym wyłapałam wiele zjedzonych przecinków czy nawet kropek na końcu zdania. Głównie nie ma ich przed "który" itd., a takze zdaniami z czasownikami z końcówką -ąc.
:fire: :fire: :fire: PŁOŃ I PISZ! :fire: :fire: :fire:

Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Takk, men nei...

Post autor: pierdoła saska » 23 maja 2017, 17:05

Kawa jest ważna, no xD ja już się nauczyłam, że w skandynawskich kryminałach nie ufa się gospodarzom, którzy nie proponują kawy. Postaciom, które kawy nie piją też się nie ufa. xD

Ale coś z nią zrobię, jak zawrócę na początek. xD



:tul: obie :3
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Takk, men nei...

Post autor: Kruffachi » 26 maja 2017, 20:55

Uwaga, będę się kompromitować, bo nie ogarnęłam :grzybki:

Łohoho, jakiś plot twist :3 Lubię szalenie, dowaliłaś mocno i teraz zachodzę w głowę, bo jednej rzeczy nie zrozumiałam (prawdopodobnie nie wyłapałam) - to wszystko to była maskarada? Czy Kari była wtyką Carla i tej pierwszej grupie sprzątnęła Larsa sprzed nosa? Jeśli to pierwsze, to po co Carlowi cała ta akcja? Nie sprawia wrażenia człowieka, robiącego coś "bo tak". A jeśli to drugie, to dlaczego tyle to trwało? Dlaczego Kari nie sprzątnęła Larsa do Paryża prosto z Islandii? Nie wiem, jak wysoko Kari jest (była?) postawiona, więc nie traktuję tego, że Carl o wszystkim wie, jako wskazówki. Może to nie był dla niej problem, żeby ot tak wynieść sobie dane? A może ja za bardzo kombinuję? W każdym razie - nie wyłapałam tego kompletnie. Może się za bardzo podjarałam twistem i Carlem, i potrzebowałabym w tym momencie oberwać po gałach neonem z jedną wersją. A może nie miałam tego jeszcze wyłapać? Tylko czy wtedy Lars by się nie zaczął nad tym zastanawiać? Hm, może by nie zaczął. Może jest za bardzo skołowany. Ale przy tej całej jego nadaktywności myślowej? Nie wię, nie wię, nie wię...

Co nie znaczy, że się nie jaram ^_^ Fajne było to zaskoczenie, bo kompletnie niespodziewane, a jednocześnie czuję, że gdzieś za mgłą mojego nieogaru (i nieogaru Larsa może) jest logiczne rozwiązanie, no bo przecież Ty to piszesz, a Ty musisz mieć takie rzeczy rozkminione. Więc grzecznie poczekam, aż mi jak krowie na rowie :bag: Sam Carl też - łolaboga! No bo to on jest gwiazdą wstawki, nie ma co kryć. Wiążę z nim naprawdę duże nadzieje, podoba mi się jego wejście. Nawet mnie niespecjalnie rozczarowało to, że jego legenda okazała się cokolwiek rozdmuchana i pełna nieporozumień, bo przecież zwykle tak jest. Wręcz byłabym zawiedziona, gdyby sprawa okazała się za prosta.

Facet zdaje się myśleć na wielu płaszczyznach jednocześnie. Ogarniać. Mieć plan. To ciężka konkurencja dla Larsa, wydaje się, że w ogóle nie ta kategoria wagowa, że to jak wilk i baranek, ale w Larsie jest coś takiego, że nie do końca potrafię o nim myśleć jak o przyszłej ofierze i popychadle, takim bezwolnym pionku na planszy, który będzie lazł tam, gdzie mu każą. Może nie cele, może nie ideologia, ale ten silny instynkt ucieczki, wycofania się i to działanie wbrew sobie - to jeszcze może ugryźć Carla w tyłek. Jakkolwiek prostej, czystej antagonizacji też się nie spodziewam. Raczej samonakręcajacego się kontrastu. Takie kontrasty są dobre.

Pisałam Ci już w Sztambuchu, że zastanawia mnie teraz, co z Kari. To znaczy, co ze stosunkiem do niej. Było nie było, wykorzystała potulną ufność Larsa, może wrażenie, jakie na nim zrobiła (bo chyba większe, niż on się do tego przed sobą przyznaje) i spodziewałabym się nadszarpnięcia stosunków, ale kto wie? Może niesłusznie? Może Lars naprawdę ma skłonności do syndromu sztoholmskiego, jak to Skandynaw XD

I jeszcze taka łyżka dziegciu, bo cały czas mam problem z dialogami. Teraz pojawił się Carl i mam to samo wrażenie, że oni de facto rozmawiają monologami i to jeszcze przygotowanymi wcześniej. Wypowiedzi są bardzo długie, nie przerywają sobie, nie reagują, jeśli się odnoszą do wcześniejszej wypowiedzi, to zawsze w sposób uporządkowany i bardzo logiczny. Plus sposób budowania zdań złożonych przypomina ten z narracji. I to taki jedyny zarzut :D

Czekam.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Ag.
Posty: 117
Rejestracja: 05 czerwca 2015, 19:24
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Re: Takk, men nei...

Post autor: Ag. » 17 czerwca 2017, 14:20

Ufff, nadrabiam zaległości na forumie, więc przeczytałam wszytko na raz.

Na początku spodobał mi się przede wszystkim klimat Islandii – to błoto, wiatr... i bardzo szybko zostały mi zabrane, ale i Sztokholm ma swój urok. Jeśli zaś chodzi o bohaterów, to cóż, gadają. Bardzo dużo, ale mam wrażenie, że nic jakoś z tego nie wynika. Czytam te dialogi i przemyślenia i mam wrażenie, że jeśli zagapię się choć na sekundę, to nie wyłapię z tysiąca słów tych dziesięciu ważnych. Męczyłam się więc momentami bardzo. Zwłaszcza w trzecim fragmencie, tym z gajerkami i pojawieniem się Kathrine. Bo to jest niby ten moment, kiedy fabuła się zawiązuje, ważne szczegóły zostają zdradzone, tyle wszyscy gadają, ale ja w sumie niewiele z tego zrozumiałam. I po co te gajerki wiozą Larsa do kawiarni tylko po to, by zaraz przywieźć go z powrotem do domu?

Bohaterowie gadają więc wiele, ale szczegółów zostaje zdradzonych niewiele. Trochę już wiem o Larsie, ale niczego nie wiem o Axelu, a jest postacią która dużo bardziej mnie interesuje – czemu mieszka gdzie mieszka, czemu jest jaki jest, co robił i co robi teraz, czemu jego stosunek do Larsa jest taki a nie inny. W ogóle dziwna jest ta ich relacja i chcę o niej czytać więcej. Tak samo mało dowiedziałam się o wszystkim innym – zamachach, mocach, Carlu. Wszystko jest subtelne, enigmatyczne, plącze się tylko, a nic się nie wyjaśnia.

Dobrze napisana jest rozkmina Larsa nad osłabianiem genotypu, aczkolwiek jego uwaga o pracy u podstaw pokazuje uroczą wręcz naiwność – niby nasz bohater ogarnia, o co chodzi, ale w najmniejszym stopniu nie rozumie ani dlaczego ludzie mają dzieci, dlaczego mają chore dzieci jak i dlaczego urządza się zamachy. No uroczy jest.

Natomiast ostatni fragment to już zupełny WTF. Przeskok fabularny jest zbyt gwałtowny, a jeszcze znów i bohaterowie gadają zbyt dużo tak naprawdę nie przekazując żadnych informacji, jak i narracja cierpi na ciągłą niedookreśloność. Tylko się w kółko ci bohaterowie kręcą po tych kawiarenkach. Chciałabym, żeby ktoś w końcu powiedział coś wprost, żeby się coś w końcu wydarzyło, konkret jakiś.

Przepraszam, żem marudna -_-
Trochę jeżozwierz, trochę być może Asperger, trochę pisarzyna.

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Takk, men nei...

Post autor: pierdoła saska » 13 lipca 2017, 19:33

Kujam za wszystkie komentarze. Będę starała się w kolejnych częściach zaaplikować wiedzę z nich :3 Obaczymi co mi z tego wyjdzie xD ughhh

Motto:
"This is a paper struggling not to die "
nieznany recenzent nieznanej pracy naukowej

III
Co ma wisieć, nie utonie, ale przygrzmocić może
– Miałem nie wracać.
– Axel… – Rune westchnął ciężko.
Nie przypominał Gajerków sprzed kilku tygodni. Po pierwsze ubrał się adekwatnie do miejsca, w którym się znajdował. Po drugie podjechał pod same schody tak, że w zasadzie nie dało się wyjść z domu. Po trzecie, zerkał uważnie na doniczkę ze wspomnieniem po kwiatku, świadom, że stanowi ona potencjalne zagrożenie. Po czwarte, i tego widać nie było, ale Axel wiedział o tym doskonale, był w stanie skręcić mu kark w pięć sekund. Sztuka, do której Gajerki raczej nie były zdolne i nieważne, że byli szersi w barach i wyżsi niż Rune.
– Wyjechałem de facto z własnej woli, ale Henning wyraził się jasno, że mam-
– Teraz również to zrobił. Możesz nawet do niego zadzwonić i zapytać.
Islandia nie zawiodła. Dzień zaczął się pięknym słońcem nad górami, ale nim minęło południe chmury pożarły niebo, smagnęły okolicę deszczem, a potem wiatr rozgościł się w dolinie. Taka zapowiedź problemów. Axel przypuszczał, że nim zapadnie noc jeszcze kilkakrotnie wszystko za oknami domu się zmieni – poza obecnością Rune.
– Dlaczego? – zapytał zanim od myśli do myśli nie zaczął próbować zgadnąć.
– Wiem tylko, że ma to związek z gówniarzem. – Oijen wzruszył ramionami. – Nie wiem co nabroił, ale usłyszałem nazwisko, choć pewnikiem nie powinienem, więc jakbyś mógł to zachować dla siebie, to wiesz? Wdzięczność, te sprawy, choć w sumie… – skrzywił się.
Jego spojrzenie było tak oceniające, że musiało chodzić o coś więcej. Stanowiło zasłonę dymną, ale Axel nie umiał jej przejrzeć.
– Gówniarzem…?
Oijen potarł twarz dłońmi, jakby cierpiał prawdziwe katusze, spojrzał na zegarek, potem za siebie, ale jak na sugerowanie pośpiechu, to nie kwapił się z odpowiedzią.
– Z twoim bratem, a z kim innym?! I Kari… Jesteś tak bardzo poza obiegiem informacji – westchnął ciężko, ale i to zdawało się być częścią zasłony dymnej. – Możemy wejść do środka? Zaczyna padać.
Nie poprosił o kawę i Axel mu jej nie zaproponował, a po prostu przyniósł. Kubki uderzyły o niską ławę nieco za mocno, ale nic się nie rozlało. Rune uniósł brew, ale czy to był niemy podziw, czy równie niema krytyka braku wyczucia tego rozsądzić się nie dało. On za to nie raczył skomentować głośno – rzadkość wedle doświadczenia Axela. Zamiast tego uważnie przyglądał się wystrojowi niewielkiego salonu. Książkom na regale, kiczowatemu obrazkowi na ścianie i gęstym firankom. Wyciągał z nich historię i nawet się z tym nie krył, a Axel mu nie przeszkadzał.
Nie był pewien czy naprawdę chce wiedzieć co się stało, bo każda informacja miała swoją cenę. Czy przekazywano ją w szkole, czy w gazecie, to gdzieś istniał koszt. Niektóre informacje za to nie przeliczały się na korony. Cokolwiek Rune miał do powiedzenia należało właśnie do tej kategorii. To nie ulegało wątpliwości, dlatego jeśli Axel cenił sobie spokój, to powinien był to powiedzieć jeszcze zanim Oijen się odezwał. Tylko że nie mógł. Słowa ugrzęzły mu w gardle. Dziękuję, ale nie zmieniało jego język w kołek, a myśli, zamiast przeć ku odmowie zaczynały zapętlać się na opcjach.
Kathrine – Rune wspomniał jej imię i to mogła być przynęta. Kłamstwo niezbędne, aby go zwabić, ale zadziałało.
– Streszczę ci ostatnie wydarzenia. Dłuższą wersję możesz dostać w samolocie w drodze do Norwegii, czyli – zerknął na zegarek – najdalej za dwie godziny. Nie patrz tak na mnie. Ja mam rozkaz sprowadzić cię z powrotem w trybie natychmiastowym. Resztę możesz sobie wyjaśniać z Henningiem.
– A jeśli powiem nie?
Prosta potrzeba buntu zatrząsła Axelem od środka. Wściekłość narastała w nim, bo nie miał szesnastu lat, aby można było go tak przerzucać z kąta w kąt, z drugiej strony bał się. Nie martwił czy obawiał, a bał się i dlatego przez całą rozmowę nie usiadł a stał oparty ścianę i starał się ignorować delikatne drżenie książek na regale.
Rune przeciągnął się, strzelił palcami i zmierzył Axela kalkulującym spojrzeniem. Nie odpowiedział, ale w zasadzie nie musiał, bo całym sobą mówił, że siłą i godnością osobistą sprawi, że Axel znajdzie się w Norwegii jeszcze tego dnia. Jeśli będzie musiał zrobić to bardziej z pomocą tej pierwszej, to cóż – taka praca. Jeśli skończy się to urazami, to też się tym nie przejmie jak długo nie będą śmiertelne. Uśmiechnął się, aby to podkreślić.
Axel westchnął ciężko.
– Dostaliśmy przyjacielską informację, że wbrew doniesieniom nasza była konsultantka, Kathrine Dahl, żyje… wiedziałeś, że miała wypadek… – zawahał się. – Okey. A chociaż o tym, że pracowała jako konsultantka dla nas?
Przytaknął. Oczywiście, że to wiedział i właśnie docierało do niego z potrójną mocą jak bardzo się na tym skupił. Ledwie zobaczył ją w progu, to ścięła go nie tylko niezwykłość tego spotkania, ale podskórna obawa, że stoi za nim obserwatorium. Że może chodzić o to, z czym teraz przyjechał Rune. Uwierzył w to! Dorobił sobie do tego bardzo dobrą teorię, która właśnie legła w gruzach.
– Fuck – zaklął głośno.
Oijen go zignorował.
– Mniej więcej rok temu wyleciała z drogi. Odwieziono ją do szpitala jeszcze żywą, ale ponoć nie udało się tego stanu utrzymać – prychnął. – Jeśli jeszcze nie zauważyłeś, to jej nie lubiłem. Nigdy.
– To bez znaczenia.
– Ze znaczeniem. Mogę mówić, że miałem jakąś głębszą rację w tym nielubieniu. Ale tak, dla ciebie teraz to może być bez znaczenia. Zwłaszcza, że nie jest tak martwa jak zakładano. Druga noga tej sprawy to Carl Randstadt. O nim już słyszałeś? W skrócie idzie to tak… Czy Randstadt ma radykalne poglądy? Tak. Czy chce je forsować? Tak. Czy ma środki do tego? Prawdopodobnie. Czy jest terrorystą? Śmiem wątpić. Czy powinniśmy się bać? Ja jestem prosty człowiek, ale gdy w Seulu poczułem zero gie, stojąc na izbie przyjęć szpitala, to powiem ci, że pierwszy raz od lat cieszyłem się, że zadawanie się z tobą wyrobiło we mnie iście nadludzki refleks. Inaczej prawdopodobnie dziś rozmawiałby z tobą kto inny. Chyba cieszyłbyś się wtedy jeszcze mniej z tej niespodzianki? Wiem, że nie lubisz niespodzianek. Zostańmy przy faktach. Kathrine, Gówniarz, doktor, który sprawił, że opinia publiczna na połowie globu zachłysnęła się na chwilę z oburzenia, nim powróciła do swoich nudnych żyć i bardziej ekscytujących teorii spiskowych. Ponadto jedna katastrofa budowlana, zamach, mieszanie z grawitacją, podejrzane wykorzystywanie okazji. To jest obecny zestaw danych wejściowych. Na wyjściu ty wracasz do domu. Nie wiem czemu i nie ukrywam, że jestem ciekaw. Pakuj się.
– Gdzie jest Lars?
– Ostatnio widziano go w Sztokholmie. Potem… – Oijen pstryknął palcami. – Więcej dowiesz się później. Może. Naprawdę nie mamy czasu. Zapowiadają załamanie pogody, więc, co łaska, rusz dupę.
– Tu pogoda jest połamana przez trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku.
– To ciesz się, że ten ma trzysta sześćdziesiąt sześć dni i jakoś przetrwasz podróż. Ruchy, Axel. Moja dupa odpowiada za to, żebyś był dziś w domu na kolacji, a nie jestem niańką.
Oijen udowodnił, że ograniczenia prędkości są dla słabych. Półtorej godziny później spomiędzy gór wypadli na równinę, zjechali na drogę, która w żadnym innym kraju nie miałaby tak wysokiego statusu, tu jednak szutrówka nadal mogła poszczycić się normalnym numerem. Na Fuck-roadzie istniałaby szansa, że może utopiliby silnik i zostali na wyspie, ale w końcu to Rune prowadził, więc Axel szybko porzucił nadzieję. Patrzył za okno na deszcz padający nad górami, które zostawały coraz bardziej w tyle, i błękit po przeciwnej stronie.
Auto podskoczyło na nierówności, coś w nim jęknęło potępieńczo, ale Oijen nie zwolnił. Gdyby nie ostatnie deszcze, to zostawialiby za sobą tuman kurzu widoczny z daleka. Tak jedynie auto było upierdzielone jak cholera.
– W sumie chcesz jakiegoś głupiego Jasia? – Rune odezwał się pierwszy raz od przeszło osiemdziesięciu kilometrów, gdy kątem oka pochwycił wielce wymowne zmarszczenie brwi przez Axela. – Z przyczyn technicznych to jest bardzo, bardzo mały samolcik i raczej przeznaczony do zrzucania niewielkiego cargo niż przewożenia ludzi, więc cierpi na deficyt okien...
Axel zaklął cicho i sięgnął do kieszeni po piersiówkę. Rune nie skomentował.
– Jeśli będziesz miał zamiar dostać jakiegoś ataku, to uprzedź.
– Mogę to zrobić już teraz...
– Mogę walnąć cię przez łeb już teraz.
Pilnujący maszyny agent w milczeniu odebrał kluczyki. Axel poświęcił mu jedno długie spojrzenie, ale jeśli się kiedykolwiek spotkali, to ni diabła go nie pamiętał.
– Wskakuj, Młody.
– Jestem od–
– Wiem. Wskakuj.
Kokpit ledwo mieścił jedną osobę. Ktoś wysoki i dobrze zbudowany miałby poważny problem siedzieć w nim wygodnie, ale Oijen centymetrami nie grzeszył.
– Gotowy? Nie ma odpowiedzi nie.
Przyspieszenie przy starcie zgniotło Axelowi żołądek i na moment w słabo oświetlonej kabinie zrobiło się jeszcze ciemniej. Kwiaty mroczków wykwitły mu przed oczami i pożarły gładkie ściany wraz z instrukcją bezpieczeństwa, na której usilnie starał się skupić, żeby nie myśleć o ciasnocie.
– Oddychaj. Za twoje zwłoki urwą mi łeb.
Sugestia, aby Rune się pieprzył, nie przeszła Axelowi przez gardło.
– Wiesz, że to nie była metafora?
Axel z chęcią wypiłby duszkiem całą zawartość piersiówki, ale przełykanie chwilowo wydawało się bardzo złym pomysłem.
– Stanie w drzwiach pomoże? Tu są okna. Póki nie wejdziemy na wysokość przelotową masz siedzieć. Potem, jeśli chcesz…
Należało się spić przed wejściem do tej puszki. Axel nie miał nic przeciwko lataniu, ale na krótkie odległości i nie tym gównem. Zacisnął dłonie w pięści i skupił się na oddychaniu. Doceniał, że Rune próbuje go zagadać, zająć jego uwagę, ale to tak nie działało. Podświadomość doskonale wiedziała, że znajdują się w trumnie i ciągnęła za sobą resztę organizmu.
– Axel, jak tu wyzioniesz ducha, to Henning nie przyjmie do wiadomości, że to po części jego wina, bo kazał mi się w ten sposób po ciebie kopnąć.
To już nie brzmiało jak żart i toporna próba rozładowania atmosfery. Zagadania go na tyle, aby nie myślał o miejscu, w którym się znalazł. Oijen szczerze obawiał się takiego rozwoju wypadków i Axel go rozumiał. Może nawet mu współczuł, ale to nie zmieniało faktów. Gdyby mu dano wybór, to najchętniej przepłynąłby do Norwegii. Tam przynajmniej nie dotykałby kolanami ściany i nie miał wrażenia, że w nogi wlano mu ołów; tak na początek. I Henning musiał o tym wiedzieć, a jednak...
– W ogóle to już. Możesz tu przyjść. Popatrzeć na bezkresny błękit nieba.
Stanie w przejściu na pewno łamało zasady bezpieczeństwa, ale w tej jednej sytuacji Axel miał je w ciężkim poważaniu. Poza tym nawet nie do końca stał. Gdyby nie ściana, to osunąłby się na podłogę jak szmaciana lalka.
– Nie było mniejszego…
– Uwierz mi. Mamy mniejsze o dostatecznym zasięgu, ale wtedy leciałbyś naprawdę jako cargo. W tym są chociaż dwa dodatkowe miejsca siedzące. Plus jest szybszy. Dużo.
A i tak w jego odczuciu lecieli za długo.
Niewielka płyta lotniska ukrytego w dolinie na północ od Trondheim jeszcze nigdy nie wydawała mu się tak cudowna, jak tego popołudnia. Pozbawiona jakichkolwiek cech charakterystycznych płaszczyzna zyskała w jego oczach kilka punktów i nawet udało mu się na nią nie upaść. Zeskoczył na ziemię i na miękkich nogach ruszył w stronę baraków kawałek dalej przez nikogo nie zatrzymywany, choć nie wątpił, że ktoś na pewno patrzy.
– Samochód czeka po drugiej stronie!
Nie odpowiedział.
Kamery nie rzucały się w oczy. W zasadzie gdyby nie wiedział gdzie jest, to nie podejrzewałby ich istnienia.
Za ścianami, z których połowa farby zdążyła się już złuszczyć, a druga połowa wypłowieć, kryło się cmentarzysko starych maszyn rolniczych i budowlanych – zupełnie nieciekawe i nieco tandetne przebranie dla tego, co znajdowało się poniżej. Axel nie zawracał sobie głowy tym złomem. Szedł w stronę konkretnej sterty żelastwa, która maskowała wolnostojący szyb windy. Trzeba się było tylko przecisnąć przez niespecjalnie wielką szczelinę pomiędzy dwoma cudownie zardzewiałymi płytami metalu, na widok których Lars zacząłby mówić o skutkach zakażenia ran i amputacjach, ale Larsa tu nie było. Ani teraz, ani nigdy wcześniej.
– Masz poczekać.
Niemal jej nie usłyszał, zbyt głęboko zatopiony w irracjonalnym strachu i o wiele bardziej realnych obawach. Szum w uszach jeszcze nie do końca ucichł, myśli z każdym kolejnym krokiem stawały się bardziej agresywne. Całe to miejsce przywoływało wspomnienia, od których z radością uciekł przeszło dwa lata wcześniej.
– Dyrektor zaraz tu będzie – dodała i dopiero wtedy spojrzał na nią przez ramię.
Nie znał jej albo nie pamiętał – na jedno wychodziło i tak naprawdę nie miało żadnego znaczenia, bo żadne z nich nie znalazło się tutaj z własnej i nieprzymuszonej woli. Ona patrzyła na niego jak na ciekawostkę przyrodniczą, on odwzajemniał to pełnym niechęci spojrzeniem. Byli podobnego wzrostu, co wyrównywało szanse okazania ewentualnej pogardy, ale gdyby doszło do rękoczynów, to podobnie jak Rune, ona przetrąciłaby mu kark zanim zdążyłby zareagować. Nie pracowało się tutaj, jeśli nie umiało się tego zrobić.
– Poczekam na zewnątrz.
– Nie. Taki rozkaz.
Na końcu języka miał w jak głębokim poważaniu ma ten rozkaz, ale jednak zachował to dla siebie. Zatrzymał się, wbił lepkie od potu dłonie w kieszenie spodni i patrzył w zakamuflowane wejście jakby nic innego nie istniało. Kobieta milczała. Nawet nie kryła się z tym, że go obserwuje. Przygląda się bezczelnie i robi w myślach notatki. Zignorowanie jej wcale nie było takie łatwe. Nie spojrzenie na zegarek, nie przestępowanie z nogi na nogę, nie chodzenie w tę i z powrotem – to wszystko wymagało od Axela skupienia.
Drgnął, gdy rozległy się kroki, ale to tylko Rune wszedł do hangaru i gdy zatrzymał się koło kobiety znów zapadła cisza. Gęsta i naciskająca na żebra cisza, która sięgała w głąb gardła, by wydobyć z niego słowa. Jakiekolwiek. Finowie w takich chwilach zaczynali rozmawiać o pogodzie.
Szelest wkradł się w nią. Rune westchnął i zerknął kątem oka na Axela, a ten mimowolnie spiął się w sobie, gdy spomiędzy płyt wyszedł mężczyzna niewiele od niego niższy, przysadzisty i o bardziej posiwiałych włosach niż je zapamiętał. Kobieta otworzyła usta, aby się odezwać, ale uprzedził ją.
– Axel. – Jego głos był niski, cichy i nie odbił się echem.
– Tato.
Signe Vikholm w ostatniej chwili powstrzymała grymas zaskoczenia ściągający mięśnie jej twarzy.
. Axel prowadził w drodze do miasta. To pozwoliło mu się uspokoić i skupić. Henning siedział w fotelu pasażera i milczał, dawał czas, którego może nie mieli. Axel nie był pewien i zamierzał się dowiedzieć, ale najpierw musiał ułożyć sobie pytania. Dobrać słowa tak, aby prawda nie zagrzebała się na piątym dnie odpowiedzi, jeśli w ogóle dostanie jakąkolwiek odpowiedź. Bo może nie miał prawa usłyszeć o co chodzi. Rób co każą i tyle. Przecież z Islandią było podobnie.
Zwolnił wjeżdżając między znajome domy. Podświadomość wypluła mu przed oczy powidoki dawnych wydarzeń, ale odegnał je. Nie chciał wspominać i myśleć o tym co było dawno, bo przez to popełnił błąd na Islandii. Powinien był przegnać Kathrine i jej ludzi, zaangażować się, a nie patrzeć i zakładać, że jest tak lub owak.
– Myślałem, że to wy wysłaliście Kari.
Ledwie wypowiedziane zdanie uderzyło go swoją bezsensownością. Gdyby w istocie Henning wiedział o Kari, to czy ona nie wiedziałaby o Larsie, o ich pokrewieństwie, dlaczego śmiałaby się wtedy z tego spotkania przy okazji, ze zbiegu okoliczności. A nawet gdyby nie powiedziano jej o tym, kazano robić jedno i faktycznie tylko przypadek ich ze sobą spotkał, to Henning powinien się wtrącić ledwie nazwisko Thorvaldsen pojawiłoby się w raportach. To było oczywiste. Teraz. W Trondheim. Wcześniej – nie.
Zacisnął mocniej palce na kierownicy i skupił się na drodze.
– Źle myślałeś.
Życie nie było projektem badawczym, w którym obaloną tezę odkłada się na bok i zaczyna się od nowa.
Zdecydowanie zbyt gwałtownie zahamował na światłach. Auto wgryzło się w asfalt a nimi rzuciło do przodu. Stojący przy krawężniku mężczyzna spojrzał na nich, ale niemal od razu stracił zainteresowanie.
– Nie powiedziałeś mi, że zginęła…
– Tak.
Tak co, kurwa? – nie zapytał.
Miasto nie zmieniło się bardzo i za każdym zakrętem widział coś boleśnie znajomego, ale to nie wspomnienia denerwowały go najbardziej, a własna naiwność. Taka nieuświadomiona, która objawiała się nie jak duch, zimnym dreszczem spływającym po ramionach, a jak ściana przy crash teście. Sprawiała, że za szybko puszczał sprzęgło, dodawał za dużo gazu i za późno zmieniał biegi. A Henning milczał. Wydawałoby się, że po tak długim czasie powinni mieć sobie wiele do powiedzenia. I to nie dlatego, że Kari żyła, ale nie żyła, ale żyła i Lars był z nią, a może już nie i Axel naprawdę nic a nic nie rozumiał. Nawet bez tego powinni mieć sobie dużo do powiedzenia, ale milczeli. Ulica, brama, podjazd, budynek – wszystko bez zmian. Nawet pies łypiący na nich z plamy słońca na kuchennej podłodze, ale on stanowił przyjemną stałą.
Axel spojrzał na niego i westchnął. Pies zamerdał ogonem nadal leżąc na boku, oblizał się, nieco uniósł pysk i powiódł wzrokiem za Henningiem.
– Schudła w końcu.
– Inna karma i jeden z dzieciaków z sąsiedztwa bierze ją co rusz na długie spacery. Zbiera na rower. Będę jeszcze dzisiaj musiał wrócić do pracy.
– Nie musiałeś w ogóle z niej wychodzić.
– Może…
Coś było dalej. Głębszy sens, kolejne słowa, coś ważnego, ale Axel nie umiał się tego domyślić, nie chciał pytać, a Henning znowu milczał i z każdą mijającą minutą coraz bardziej oczywiste było, że utknęli w złym początku.
– Pójdę się rozpakować.
Tak naprawdę tylko rzucił niemal pustą torbę w kąt i zwalił się na dosunięty do okna fotel. Na parapecie leżała książka, ta sama, którą czytał zanim wyjechał, której nie skończył i nie zabrał. W zasadzie było tak, jakby nikt tu przez te przeszło dwa lata nie zaglądał, tylko brakowało kurzu. A to znaczyło, że chociaż sprzątaczka to robiła, a on nawet nie miał pojęcia czy to wciąż ta sama osoba, którą znał. Rozejrzał się gwałtownie, jakby mógł znaleźć jakiś ślad, wskazówkę, co do jej tożsamości, ale oczywiście niczego takiego nie było. Odetchnął. Potarł twarz dłońmi, niemal wbił sobie palce w oczy i wstał. Zajrzał do szafy, przyjrzał się regałowi, chwilę studiował widok z okna. Bez sensu, bo myśli i tak wracały mu do tamtego dnia, jakby książka z wystającą z niej zakładką zawaliły do tej pory całkiem niezłą tamę w jego pamięci.
Odwrócił się gwałtownie i zatrzymał w pół ruchu. Skrobanie uprzedziło go i zawahał się. Przeciągły odgłos pazurów zsuwających się po drewnie rozległ się raz jeszcze. I znowu. Uchylił drzwi i Mira wślizgnęła się do środka, wskoczyła na fotel i zwinęła w kulkę. Łypała na niego ponad siwiejącym biało-czarnym pyskiem i merdała ogonem na ile to było tylko możliwe w tej pozycji.
– Mira.
Wywaliła język i zdawała się uśmiechać. Odpuścił. Przynajmniej ona była tego dnia zadowolona i czemu miałby jej to odbierać, skoro miejsca było wystarczająco dużo? Wcisnął się obok Miry, ona ułożyła się z pyskiem na jego udzie, sięgnął po książkę, znalazł starą zakładkę i zaczął czytać, choć nie pamiętał poprzednich wydarzeń. Wszystko, byle nie myśleć o tym jak bardzo nie ma kontroli.
[/align]
. Ból promieniował mu aż nad uszy i w dół do ramion. Spinał mięśnie, skręcał żołądek i wprawiał całe ciało Larsa w rozstrajające drżenie, a mimo tego milczał. Skurcz stawał się coraz bardziej nieprzyjemny, słowa pchały się na język, ale poza yhym i aha nie odezwał się od co najmniej pół godziny. Może dłużej. Nie był pewien. Od lat nie nosił zegarka. Komórki nie widział od poranka w Sztokholmie.
Carlowi zdawało się to nie przeszkadzać. Mówił, popadał w chwile zadumy i mówił dalej. Lars słuchał i zbierał pytania zupełnie jak w czasie wywiadu lekarskiego. Dawał się pacjentowi wygadać, przedstawić wszystkie objawy i znalezione w Internecie diagnozy, i dopiero po tym zaczynał pytać. Jedyne czego obawiał się tym razem, to że zanim Carl skończy, on o czymś zapomni. O czymś ważnym. A mimo tego milczał i nie, wcale nie dlatego, że nie umiałby się wciąć w tę rzekę słów.
Nie – przekonywał sam siebie.
– Zamachy – Carl westchnął melancholijnie. – Nie trzeba ich przeprowadzać. Ktoś inny, szalony, narwany, uniesiony ideą podłoży bombę. Może ktoś go do tego namówi, może ktoś mu powie jak zbudować bombę, a może wpadnie na wszystko sam, on jeden, zbawca świata i jedyny sprawiedliwy pośród ślepców i głupców, wybraniec najwyższego, jakiekolwiek jego imię... – Carlowi zabrakło tchu i znów milczał chwilę, a Lars walczył z chęcią odezwania się. Wciągał powietrze nosem i z trudem przełykał ślinę. – A potem ginie. Tonie w oceanie niepamięci, a ktoś inny bierze na klatę, że tak, to on to zaplanował. To on znalazł jelenia i poinstruował go, to on ponosi odpowiedzialność i kto go potem zweryfikuje? Powiedz mi, Lasse, gdy słyszysz, że do tego czy tamtego zamachu przyznało się ISIS czy IRA czy jeszcze ktoś inny, to skąd wiesz, czy tak było naprawdę? Wierzysz im? Wierzysz tym, co sieją śmierć?
Oczywiście! I nawet nie starał się myśleć, że jest inaczej. A w świetle słońca przeświecającego pomiędzy puchatymi chmurami, gdzieś na ciągnącej się w nieskończoność Saint-Honore, gdzie beżowe kamienice pochylały się nad nimi i spoglądały zaciekawione ciemnymi oknami, wręcz nie chciał myśleć o tym, że mogłoby być inaczej. Ale milczał, a skoro tak, to Carl mówił dalej.
Carl powinien krzyczeć – pomyślał.
W szlachetnym uniesieniu nawoływać do Paryżan, by się opamiętali, by pomyśleli, ale zamiast tego mówił o tym melodyjnie. Jego głos unosił się i opadał, ale to była zwykła melodia języka szwedzkiego. Może pełna emocji dla postronnego słuchacza, ale nie dla Szweda. Nie dla Larsa.
– Zabijamy się jak zezwierzęceni idioci, choć nie. Zwierzęta nawet takich rzeczy nie robią, bo my wyżynamy się w imię idei. Idee nie są nic warte.
I to było przerażające. Ten spokój, ta normalność melodii, tonu i słów. Larsowi dreszcz spłynął po plecach, ale nie zmylił kroku i nie odezwał się.
– Przetrwanie, to co innego. Przetrwanie to nasz główny cel. Jest tak intuicyjne, że przestaliśmy o nim mówić. Niestety.
Doszli nad Sekwanę, przystanęli na chwilę, monolog Carla zszedł na widok, rzekę, wieżę. Lars potakiwał, aż w końcu wszystkiego było za wiele. Dzwonów katedry, widoku, gwaru rozmów i słońca.
– A jeśli odmówię?
Cisza nie spadła na nich, ale Carl milczał przez chwilę. Patrzył na Sekwanę i nie uśmiechał się. Włożył ręce w kieszenie spodni, co zupełnie do niego nie pasowało, nie mrużył oczu, nie marszczył czoła, a Lars odliczał mijające sekundy tylko nie był pewien, czy nie zgubił tempa.
To było cholernie logiczne pytanie.
Przerażająco wręcz i dlatego bał się odpowiedzi.
– Nic. – Słowo zabrzmiało ostro. – Odstawimy cię do Sztokholmu i to będzie nasza ostatnia rozmowa.
Carl ruszył. Niespiesznie stawiał kroki, ale każdy z nich był bardzo długi i odmierzony i z każdym byli coraz bliżej mieszkania w wąskiej uliczce, której nazwy Lars nie znał.
– Tak po prostu?
Nadgonił bez trudu. Znów szli ramię w ramię, zajmując całą szerokość wąskiego chodnika.
– A czemu nie? – Carl prychnął wyraźnie urażony i tym razem Lars zmylił krok. – Nie wiesz niczego, co mogłoby mi zaszkodzić. Za kilka dni nie będzie mnie w Paryżu. Może nawet w Europie. Poza tym komu byś o tym powiedział? No i nie masz przy sobie dokumentów. W teorii nigdy nie opuściłeś Szwecji.
Wzdrygnął się. Chciał zrozumieć, bo tkwił w chaosie, a Carl wydawał się tego nie dostrzegać. Zachowywał się jakby wszystko było takie banalnie oczywiste. Te uśmiechy, westchnienia, to opowiadanie o idei.
Idee były daleko.
– A jeśli powiem, że w to wchodzę?
– To będę ci wdzięczny.
Ta odpowiedź go nie zdziwiła. Pasowała do Carla. Żadnych obietnic sławy i pieniędzy. Przecież chodziło o rzeczy wyższe. Sięgnął do kieszeni, ale nie znalazł ani paczki papierosów, ani zapalniczki.
– Nie powinieneś palić.
– Nie powinieneś mordować ludzi.
– Lasse.
Lars czekał na ciąg dalszy, ale Carl milczał. Nie chwilę, nie kilka minut, a ponad kwadrans, w czasie którego wrócili do małego mieszkanka. W nim również nie odezwał się ani słowem, tylko usiadł na kanapie, otworzył laptopa i przez moment Lasse zastanawiał się, czy byłby w stanie mu go odebrać i skontaktować się z kimkolwiek. Oczywiście że by mógł. Nie musiałby nawet używać do tego pięści. Wystarczyłoby położyć rękę na ramieniu Carla i zanim ten zorientowałby się, co się dzieje… Odpędził te myśli.
– Do kiedy mam dać odpowiedź?
– Jak najszybciej. Za trzy, cztery dni już mnie tu nie będzie. – Randstadt nawet nie oderwał wzroku od monitora.
. Mira warknęła ostrzegawczo i Rune zatrzymał się w progu.
– Trzeźwy?
Wydawał się powątpiewać, ale tak Axel był trzeźwy. Na stole w kuchni teczka i butelka razem i z osobna stanowiły zaproszenie, ale też śmierdziały testem i dlatego nie tknął jeszcze żadnej z nich.
Nie miał pojęcia co dokładnie jest w teczce, ale przeczytanie tego było biletem w jedną stronę. Nie zgadywał. Wiedział. Zawartość butelki stanowiła mniejszą tajemnicę, nawet jeśli ze szkła dawno już zeszła etykieta. Urżnięcie się i przespanie na kuchennej na podłodze brzmiało jak niezły pomysł na przerwanie stanu zawieszenia, który utrzymywał się w ostatnich dniach, ale czy było dobrą odpowiedzią? Wątpił.
– Czego chcesz?
– Pogadać? Pizza, piwo?
– Rune.
– Axel, czego mogę kurwa chcieć? – Przekleństwo zabrzmiało dziwnie przyziemnie w jego ustach. Tak klął Axel. Po teatralności Oijena człowiek spodziewał się czegoś ciekawszego. – Nawet ja miewam dni wolne, gorzej ze znajomymi w tej okolicy. A już cholernie źle ze znajomymi, którzy mają dość uprawnień, abym mógł im ponarzekać o moim, barwnym jak piątkowy rzyg, życiu. Bo tak nadal masz dostępy. Sprawdziłem. Więcej dostępów niż mam ja, ale ile dokładnie, to musisz się sam dowiedzieć.
Nie zamierzał, bo to otworzyłoby zbyt wiele drzwi.
– Poza tym Rydemark mnie nasłała, więc proszę. Za kilka dni jadę z nią w teren. Nie chcę aby urywała mi głowę samym spojrzeniem i…
Rune zamarł w bezruchu i zdawał się czekać, ale na co, tego nie dało się z zewnątrz stwierdzić. Axel nie był w stanie nawet rozstrzygnąć czy Oijen specjalnie użył takich a nie innych słów i teraz zgrywał idiotę, czy faktycznie jedynie mu się one wymsknęły. Bycie człowiekiem do zadań specjalnych w terenie wcale nie oznaczało, że wszystko robi według planu. Zwłaszcza w czasie wolnym. Jeśli to faktycznie był czas wolny.
Krzywy uśmiech rozciągnął mu usta, a wspomnienia z Vitsøyi powróciły z nieprzyjemnym dreszczem spływającym po plecach i żołądkiem podchodzącym do gardła. Doskonała okrasa do zaproszenia na obiad. Najlepiej składający się z butelki, która stała na stole w kuchni zaraz obok teczki, zostawionej tam przez Henninga. Obie śmierdziały testem. Schlejesz się, przeczytasz dokumenty czy może jedno i drugie? Skłamałby, gdyby powiedział, że żadna opcja go nie ciągnie.
Mira szczeknęła.
– Nie było jej na Vitsøyi.
– Wiem. Nie musisz mi przypominać, bo mimo upływu lat cholernie dobrze pamiętam co się tam stało. Nawet w moim życiu oberwanie czyimiś bebechami jest wydarzeniem niezwykłym. Zostawmy więc Vitsøyę w przeszłości i ruszmy się, dobrze? Nie żebym nie był wdzięczny za to co wtedy zrobiłeś, ale…
– Nie mam ochoty.
– Axel.
– Nie mam ochoty. Możesz przekazać to Iverike. Po prostu nie mam ochoty rozmawiać z ludźmi.
Mira znów warknęła. Nie była groźna.
– W życiu nie zawsze robimy to, na co mamy ochotę. Bierz kurtkę i chodź. I nawet nie mów, że nie mam prawa ci rozkazywać i tak dalej. Jak ci się nie podoba, to poskarż się Iverike lub swojemu ojcu. Albo po prostu urwij mi łeb, choć serio wolałbym go zachować.
Axel nie znalazł w sobie siły, by kazać mu iść do diabła.
. – Axel naprawdę nic ci nie powiedział?
Zaprzeczył i nie dodał, że Axel generalnie mało mówił. Patrzył tylko krzywo, a może, gdyby zaczął opowiadać, to Larsa teraz nie byłoby w Paryżu, miałby przy sobie dokumenty i życie byłoby prostsze.
Nie.
Nie byłoby.
Nie posłuchałby go.
Chętnie wmawiałby sobie, że byłoby inaczej, ale znał siebie.
– Robiłam różne analizy jeszcze zanim wyjechał na Islandię i kontakt zupełnie nam się urwał.
Siedziała na krześle przy otwartym oknie, nogi skrzyżowała w kostkach, w dłoniach trzymała pusty już kubek, a mówiąc patrzyła na widoczny skrawek nieba. Wyglądała inaczej niż na wyspie, i inaczej niż w Sztokholmie, gdzie definiowała ją garsonka i dystans. Tam jej ruchy były krótsze i ostrzejsze. Oczywiście wtedy tego nie zauważył. Nie miał porównania.
Zacisnął zęby i uciszył myśli. Kari tego nie zauważyła.
– Igrałam z ogniem zjawiając się na farmie. – Zaśmiała się, ale tak krótko, że prawie to przeoczył. – Mógł mnie sprawdzić… – zamyśliła się, skrzywiła nieładnie i chwilę wahała się nim westchnęła ciężko. – Choć to Axel. Nie mówił nic po naszym ostatnim spotkaniu?
Byli w mieszkaniu sami, bo Carl wyszedł. Dokąd? Oczywiście, że Lars zapytał, ale Randstadt tylko wzruszył ramionami i uśmiechnął się smutno. Nie. Wcale Lars nie poczuł się winny, że jeszcze nie podjął decyzji i przez to trwali w stanie zawieszenia.
– Nie. Nawet nie wiem, skąd się znacie. Nie chciałem być-
– Szkoła – zaśmiała się i wyprostowała niemal w tej samej chwili. – Powiedziałam sobie kiedyś, dawno temu, że on będzie moim mężem i prawie mi się udało. Taki życiowy cel. Zachowaj dla siebie, co o nim myślisz, proszę. Koniec końców Axel się wycofał, wyłgał i pozostał między nami jedynie sentyment.
Chrząknął.
– Dość agresywny, ale to trochę pozory. – Wcale nie zabrzmiała, jakby była tego pewna. – Poza tym oboje wiemy jaki jest Axel.
Tylko że Lars ni cholery nie miał pojęcia do czego Kari pije, bo więcej niż jedna rzecz tu pasowała, a oni znali nie do końca tego samego Axela Larsen-Aarvika. A przynajmniej tak mu się wydawało i przez większość czasu uważał, że zna tego prawdziwszego. Czy raczej bardziej teraźniejszego, ale w tej jednej sytuacji wcale mu ta wiedza nie pomagała.
Spojrzał na Kari.
Jak z analityka zaczyna się być człowiekiem do zadań specjalnych dla terrorysty? Chciał o to zapytać, ale zabrakło mu bezpośredniości. To było coś w jej spojrzeniu. W tym jak patrzyła w ciemne okna po drugiej stronie ulicy i jak się nie uśmiechała. Jak spuściła wzrok i milczała dalej.
– A Carl?
Wzruszyła ramionami. Dłuższą chwilę patrzyła na własne dłonie nim w końcu podniosła wzrok na Larsa i westchnęła.
– Drogi nam się skrzyżowały – odpowiedziała ostrożnie. – Ideologie mniej, choć gdy ty o tym opowiadałeś, to miało to dla mnie jakiś sens. Gdy Carl… nie wiem. Nie podoba mi się to, ale szukał kogoś, kto by go okiełznał, dostałam listę i robiłam swoje. Nie patrz tak na mnie.
Zrobiło mu się nieprzyjemnie w żołądku. Czy tak czuł się Axel za każdym razem, gdy on mu tak mówił. Miał nadzieję, że nie, to bo zdarzało się często, a jemu właśnie zaczynała drętwieć twarz.
– Każdy ma jakąś pracę. – Znowu wzruszyła ramionami. – Moją było znaleźć ciebie. Lub kogokolwiek z listy kilkunastu nazwisk. Z tobą było ciekawiej, niebezpieczniej, bardziej fascynująco, bo Axel. Bez urazy. Okazałeś się zaskakująco ciekawym człowiekiem, jak na kogoś z nim spokrewnionego. Myślałam, że będzie mi trudniej to odegrać.
Nie czuł urazy. Skądże. Miał dziką nadzieję, że nie spurpurowiał. Głupie szczenięce myśli, insynuacje ojca… Szlag!
Poruszył się gwałtownie.
– Lars?
– Mój ojciec, on…
– Bez obaw. Podrzuciliśmy mu notatkę, że musiałeś pilnie wyjechać. O to ci chodziło?
Zrobiło mu się nieprzyjemnie lekko. Przytaknął, odwrócił wzrok, przeczesał dłonią włosy w geście, który nie należał do niego i Lars zdawał sobie z tego sprawę. Opuścił dłoń na kolano i bardzo starał się nie zacisnąć palców w pięść.
Odetchnął. Odegnał wspomnienia.
Chciałby móc zadzwonić do ojca. Usłyszeć go i zostać usłyszanym. Wyjaśnić, że… W sumie nie wiedział co, bo przecież prawdy nie mógł powiedzieć. Nawet nie mógł powiedzieć kiedy wróci lub znów zadzwoni, bo jeszcze nie podjął decyzji. Nie miał pojęcia w jaki sposób Kari zgadła o czym myśli. Jakaś kobieca sztuczka czy może specjalny trening, ale jej kolejne pytanie ostatecznie dobiło towarzyską atmosferę ich rozmowy.
– Przyjmiesz jego ofertę?
Musiała zapytać!
A on chciałby umieć odpowiedzieć, ale to nie było takie proste i gdyby mógł to przegadać… Zesztywniał, ale stał poza zasięgiem wzroku Kari i przez chwilę trwali w pozornie przyjemnej ciszy, tylko jemu w szumiało głowie. Bo to była Kari. Martwił się o nią jeszcze kilka dni temu. Myślał o niej w Sztokholmie. Spodobała mu się na Islandii! A mimo tego milczał. Słowa utkwiły mu w gardle jak gula wczorajszego posiłku po zbyt dużej ilości brennvin. Była jedyną osobą, z którą mógł o tym porozmawiać, ale nie był w stanie zacząć.
Nie ufał jej.
Uświadomił to sobie pomiędzy jednym a drugim mrugnięciem.
– Myślę, że powinieneś. Z was wszystkich ty masz jakieś szanse. Reszta ma dzieci, mężów, żony i poglądy ze stali. Nie dadzą rady.
Zabolały go jej słowa. Nie podejrzewał, że chciała go urazić. Wręcz przeciwnie. W tym jak mocno akcentowała słowa czaiło się zdeterminowanie, które rozumiał, nawet jeśli się go obawiał. Tylko co miał odpowiedzieć.
Nie powinien był pytać.
Chyba.
Nie wiedział.
Potarł twarz dłonią, ale nie pomogło mu to w żaden sposób. Nadal szumiało mu w głowie.
– Zdrzemnij się, Lars.
Jej ton nagle był taki sam jak w Sztokholmie. Nie pozostawiał miejsca na dyskusję, ale nie byli w Sztokholmie, nie mieli walczyć z tymi złymi, a przynajmniej nie ona i pękła bańka mydlana. Przeciągnął się i sięgnął po kolejnego papierosa.
– Za dużo myśli – zaśmiał się nawet nie nerwowo. – Kto był przede mną? Czy nie możesz powiedzieć, bo… w sumie nie wiem dlaczego. Pewnikiem wiedzą tyle co ja, więc?
[/align]
. – Ella, Hans, Edgar, Klaus, Lars – powtarzał pod nosem imiona, które mu przekazała i próbował ich sobie przypomnieć. Niektórych nie był w stanie. Lars Svenson stanowił dla niego jedna wielką niewiadomą. Musiał poznać Carla już po studiach. Może w Malmo. Ale pozostała czwórka stanowiła inną bajkę. Znał ich. Niekoniecznie dobrze, ale znał, a oni znali Carla, ale ich tu nie było.
– Dlaczego?
Nie powiedziała mu tego. Czy którekolwiek z nich poznało paryską gościnę, czy zakończyli swoją szpiegowsko-licho-wie-jaką przygodę pod Sztokholmem? Ella mogłaby zdziałać cuda. Rozstawiała wszystkich po kątach, potrafiła wszystko załatwić i nie było na nią mocnych. Przynajmniej kiedyś. Teraz nie był tego taki pewien. Wiedział, że się dwa razy rozwiodła – zaprosiła go na Midsommar zaraz po drugim rozstaniu i do dziś robiło mu się słabo na wspomnienie tamtego kaca. Z całą pewnością Ella umiałaby wyśmiać Carla, gdyby zaszła taka potrzeba, a jednak jej tu nie było.
Po przeciwnej stronie ulicy okna były otwarte. Nigdzie nie było widać łysego faceta, ale za to w koszyku zawieszonym na balustradzie pyszniła się dorodna, zielona paprotka. Zatęsknił za Mellą. Pogadanie do paprotki zdecydowanie pomagało ułożyć sobie myśli i człowiek miał wrażenie, że wygląda nieco normalniej niż gdy mówił do siebie. Dlatego Lars przysunął sobie krzesło do okna, usiadł, nogi oparł na balustradzie i uśmiechnął się do zielonej czupryny.
– Dlaczego?
Odmówiła – to wydawało się najlogiczniejszą odpowiedzą i czyniło jego samego mniej wyjątkowym. To z kolei pozwalało nieco okiełznać ego i szczeniacką potrzebę zabłyśnięcia, którą bardzo chciał zdławić. Ostatnim razem, gdy dał się ponieść chwili i poczuciu obowiązku spierdolił sobie życie.
– Odmówiła, bo… albo się nie nadawała.
Axel opowiedział mu kiedyś o naukowej metodzie szukania powodu czemu coś się spaprało. Ponoć średnio po piątym dlaczego dochodziło się do sedna problemu. Albo przynajmniej do zbioru potencjalnych, niezależnych od siebie źródeł.
Miał jeszcze trzy.
– Dlaczego?
Pojęcia nie miał co takiego napisał w swoich notatkach, że zaskoczyło. Nie pamiętał.
Zgasił papierosa i cofnął się w głąb pokoju. W mieszkaniu było cicho. Nawet nie był pewien czy ktokolwiek poza nim tu został. Powinien. Jak nie tu, to gdzieś blisko. Przecież inaczej Lars mógłby uciec i… Wątek mu się urwał.
Carl Randstadt uprowadził mnie ze Sztokholmu, bo chciał, abym robił mu za zewnętrzne sumienie – rewelacja. Akurat by mu uwierzyli. Poza tym gdyby naprawdę chciał uciec, to już dawno mógł to zrobić. Wystarczył uścisk ręki a nawet mniej i Carl mógł stracić przytomność; w tym lepszym przypadku.
Wbił dłonie w kieszenie spodni.
Głupota.
Nie potrzebował dłoni do tego, aby usmażyć carlowy mózg.
– Czy jestem w ogóle w stanie przegadać Carla?
Zaśmiał się. No ba. Oczywiście. Piętnaście razy jeśli tylko mierzyć ilość słów wypowiadanych na minutę. Na sens, logikę i poglądy? Tego po prostu nie wiedział, bo skąd miałby wiedzieć? Nie rozmawiali od lat. Od cholernych lat przez które Carl jakoś doszedł do podjęcia decyzji, że w imię wyższych ideałów zostanie ogólnoświatowym terrorystą.
– A jakby zacząć od dupy strony? Jeśli spierdolę i nie powstrzymam Carla, to… Gorzej nie będzie. A, a nuż mi się uda. Kurde, Carl sam liczy na to, że mi się uda, więc odwrócić się od tego, pójść do domu… szlag… wrócić do normalnego życia i udawać, że nic się nie wie byłoby – moralnie do dupy nie chciało mu przejść przez gardło. – No, Larsie Thorvaldsenie i ty, paprotko – zerknął za okno – ciekawe czy masz jakieś imię, moja paprotka to Mella, ale już nie pamiętam dlaczego. Ale do tematu, paprotko, powiedz ty mi czy mogę to spieprzyć?
Odpowiedź brzmiała: oczywiście że tak. Wszystko można spieprzyć jak się człowiek postara, ale gdyby się nie starał. Gdyby spróbował być dokładnie tym, kogo Carl szukał. Kotwicą. Twardym gruntem, źródełkiem logiki.
– Powinien tu mieć Axela – mruknął i szybko zmienił zdanie.
Nie, to było jego miejsce. Nie Axela, nie nikogo innego. Jego i tylko jego.
Nie chciał na głos powiedzieć, że jego pięć minut, bo to brzmiało cholernie szczeniacko nawet w jego myślach.
Zgasił czwartego papierosa i wstał. Z dołu nadal dobiegały odgłosy rozmów prowadzonych w językach, których w tym wymieszanym stanie nie był w stanie rozróżnić. Słowa stanowiły przyjemny szum tła, nie stanowiący zagrożenia dla jego własnych myśli. Przeciągnął się. Pierwszy raz od chwili gdy przestąpił próg jednostki, biura, dziwnego miejsca na Tekniska Hogskolan, a już zwłaszcza od chwili gdy zrozumiał, że naprawdę jest w Paryżu i nic, ale to nic nie wie o swojej sytuacji, rozluźnił się. Ciężar spadł mu z ramion i pozwolił wyprostować się, spojrzeć na siebie, a nie był to przyjemny widok, bo nie ogolił się rano i śmieszny jasny zarost wystąpił mu na policzki, sprawiając, że wyglądał jak zapuszczony studenciak, który ledwie co odczepił się od maminej spódnicy. Koszulę też należałoby w końcu zmienić, ale to musiało poczekać.
– Carl!
Gdy szedł, drewniana podłoga skrzypiała.
– W kuchni.
Carl siedział przy malutkim stole. Pusta filiżanka stała przed nim razem ze spodkiem z kilkoma nietkniętymi ciasteczkami. Spojrzenie miał utkwione w drzwiach, w Larsie. Milczał, a jego cała uwaga poświęcona była Thorvaldsenowi i to wcale a wcale nie stwarzało przygniatającej kark do ziemi presji. Skądże. Lars odetchnął. Nie ugiął się.
– Wchodzę w to, ale tylko jeśli obiecasz mi, że nie będę zmuszony zrobić czegoś, co jest zupełnie sprzeczne z moimi zasadami – zabrzmiało to przesadnie wydumanie, ale nie próbował zawrócić i dobrać lepszych słów. – Nie będę narzędziem.
Nie chciał nazywać rzeczy po imieniu. Łatwiej było mu pokrążyć niż powiedzieć wprost: Carl, nie będzie dla ciebie kurwa zabijał.
Randstadt skinął głową i milczał dalej. Jego twarz nie zmieniła wyrazu i Lars nie miał pojęcia, czy to wszystko, koniec tematu i teraz zrobią coś innego, czy jego warunek jest jednak nie do przyjęcia i Carl rozważa co z tym fantem począć. Dlatego czekał. Oparł się ramieniem o framugę, złożył ręce na piersi i czekał, bo mowy nie było, aby się teraz odwrócił i poszedł do sypialni czy gdziekolwiek indziej. Choćby mu pęcherz miał pęknąć. Zgodził się i miał pytania. Cholernie ważne pytania, na które chciał poznać odpowiedzi i to raczej teraz niż gdzieś, kiedyś i najlepiej to na świętego nigdy.
– Obiecuję – Carl powiedział wolno.
– Dobrze. To teraz chcę odpowiedzi, o co ci do cholery chodziło ze szpitalami. Serio? Cholerne szpitale? Wysadzanie ludzi w powietrze? Co do prostytutki biedy chciałeś w ten sposób osiągnąć? I od początku, a nie na pieprzonych wzdechach i aluzjach. Ale najpierw kawa. Jest jeszcze jakaś?
Minęło sporo czasu nim Carl zaczął mówić. Najpierw parzył kawę w takim skupieniu jakby od tego samego zależała przyszłość świata. Potem jeszcze długo chodził po niewielkiej kuchni w tę i na zad bez słowa. Lars z trudem powstrzymywał się od pogonienie go. Od zadania kolejnych pytań, które zacząłby rozmowę nieco szybciej niż kiedy Carl łaskawie wszystko sobie ułoży.
– To była pomyłka. W Seulu.
– Pomyłka?!
– Nie przerywaj mi. – Usiadł i przez kolejną denerwująco długą chwilę milczał. – Wypadek. Fatum wręcz, że gdy my potrzebowaliśmy czegoś stamtąd, to jakiś nawiedzeniec podłożył bombę. Zaskoczyli nas. Nie zdążyłem powstrzymać Fem – zawahał się, ale na tak krótko, że Lars nie zdążył się odezwać. – Nie znasz Fem, ale poznasz i ją i rzeczy o których ci się nie śniło. Lasse… Fem ma w sobie coś, co pozwala jej wpływać na grawitację. Wiem, że to brzmi jak science fiction, ale musisz mi uwierzyć. – Mówił coraz szybciej. – Chciała zapobiec wybuchowi kolapsujac ładunek. Nic nie jest w stanie wybuchnąć, gdy imploduje, ale straciła nad tym kontrolę. Omal sama nie zginęła, ale najważniejsze jest to, że tak naprawdę mogło być o wiele gorzej. Mogło być o wiele więcej ofiar, ale musisz mi w tej kwestii po prostu uwierzyć. I na pewno chcesz wiedzieć, czemu się nie wyparłem. Czemu pozwoliłem komukolwiek sądzić, że za tym stoję? Czemu sam przyznałem się do tego zamachu?
Obracał w dłoniach filiżankę. Raz w lewo, dwa razy w prawo. Lars sięgnął przez stół i chwycił go za nadgarstek. Nie mocno, a tylko tak, żeby zwrócić jego uwagę, zapewnić że słucha. Słowa pchały mu się na usta, ale wiedział, że to jedna z tych chwil, gdy lepiej milczeć i czekać.
– To działa na moją korzyść. Nie wytłumaczysz ludziom, że muszą drastycznie zmienić swoje poglądy, zmienić swój sposób patrzenia na to jak się rozmnażają. Ale strach jest potężny. Strach pozwala ludziom osiągnąć niesamowite rzeczy w niesłychanie krótkim czasie. Nie bez powodu wiele odkryć technologicznych i naukowych jest tak ściśle związanych z wojnami. Strach pcha nas do przodu. Po wydarzeniach w Seulu ludzie się boją i to jest mi na rękę.
Lars milczał. Na chwilę ulżyło mu, że Carl nie wysadził w powietrze szpitala ot tak, ale przy ostatnich słowach nie był pewien, czy gdyby nie trafił się im przypadkowy zamachowiec, to jednak by się do tego nie posunął. W końcu chodziło o wywołanie strachu.
– A te inne wypadki o których mówiła Kari?
– Kázmér, dawno temu. Poznasz go. Dowiesz się takich rzeczy, że na pewno–
Telefon wszedł mu w słowo. Carl odebrał, zbladł i zaklął. Lars poderwał się z miejsca. Krzesło z hukiem uderzyło o kafle, na moment zaświeciło się światło w stojącej wysoko na półce mikrofalówce i sprężarka lodówki zahałasowała donośniej, ale nikt nie zwrócił na to uwagi. Carl odetchnął głęboko i zacisnął usta w cienką linię.
– Musimy stąd zniknąć. Teraz. Wyjdziesz z budynku i pójdziesz w stronę rzeki. W prawo. Gdy do niej dojdziesz znów skręcisz w prawo i dojdziesz do stacji metra Pont Marie. – Carl mówił szybko, ale słowa pozostały wyraźne. Strzelał nimi i gubił zwykłą melodię. – Tamtędy jeździ tylko jedna linia. Siódemka. Pojedziesz na północ, kierunek La Courneuve. Wysiądziesz na Porte de la Villette. Tu masz bilet – mówiąc próbował wyłuskać z portfela wąski kartonik, ale drżały mu ręce. – Gdy wyjdziesz kieruj się w stronę estakady, to obwodnica wewnętrzna, przejdź pod nią, tam będzie rondo, po jego przeciwnej stronie znajdują się nowe budynki. Między innymi hotel. Tam będzie na ciebie czekała Elin. Rozpozna cię i zaprowadzi do auta. W nawigacji są wpisane współrzędne lotniska. Etykieta to coś związanego z rybami. Jedź tam. Spotkamy się za jakiś czas.
Lars nie nadążał.
– Ubieraj się. Wyjdziesz dziesięć, piętnaście minut po mnie. Nie wyglądaj przez okno, nie stój na klatce schodowej, a po wyjściu nie szukaj mnie na ulicy. Będę już daleko. Wychodząc po prostu zatrzaśnij drzwi. Nie przejmuj się ani zamkiem, ani kluczem. Jak będziesz szedł, to wyglądaj na znudzonego turystę. Nasza stereotypowa flegma i w ogóle. Nikt nie wie, że tu jesteś. Twój ojciec ponoć złożył doniesienie o zaginięciu, ale minęło jeszcze za mało czasu, aby policja się tym bardziej zainteresowała. A już przede wszystkim, żeby szukali cię pół Europy dalej. Dlatego nic ci nie grozi, ale im dalej ode mnie będziesz tym lepiej.

Kathrine wbiegała na ostatnie piętro. Od początku nie lubiła tego miejsca z jego jedną, stromą klatką schodową. Powtarzała to wiele razy, co Carla bawiło. Śmiał się, że brzmiała wtedy jak agent z krwi i kości, a przecież nigdy nim nie była. To jej ojciec miał pełnoprawną karierę wojskową, nie ona. Cóż, widać nauczył ją tego i owego, skoro miała rację w swoich obawach.
– Carl!
Stał w drzwiach. Uśmiechnięty, spokojny i pewny
siebie – żadne z tych uczuć nie towarzyszyło Kathrine.
– Moment.
– Nie mamy-
Spiorunował ją spojrzeniem i wbrew instynktowi zamilkła. W zasadzie co mogliby zrobić, skoro ktoś wspinał się do nich po ich jedynej drodze ucieczki. Zacisnęła dłonie w pięści i spojrzała na Carla, starając się całą sobą dać do zrozumienia, że mówiła, ostrzegała i sam jest sobie winien.
Nie przejął się. Mówił dalej do Larsa. Szybko, ale wyraźnie, bez paniki czy zdenerwowania, które wprawiało jej własne nerwy w drżenie. Na dole słychać było kroki. Jedne, nie miała co do tego wątpliwości. Wychyliła się przez poręcz, ale widziała tylko nic nie mówiący cień.
Przysunęła się bliżej bocznej ściany, byle później zostać zauważoną, móc sama zaskoczyć. Dłoń wsunęła do kieszeni i zamarła. Na półpiętrze niżej pojawiła się kobieta. Nawet nie ktoś w jej wieku, a starsza pani w długiej spódnicy i bluzce w kwiaty. Przez ułamek sekundy Kathrine podejrzewała, że ktoś się pomylił i ostrzeżenie było fałszywe. Opłaceni obserwatorzy wtopili albo spanikowali. Zdążyła nawet odetchnąć nim kolejny dreszcz spłynął jej po plecach.
– Henning przesyła serdeczne pozdrowienia. – Kobieta odezwała się po norwesku i wyraźnie mówił do Kathrine.
Poczuła jak sztywnieją jej stawy. Kojarzyła tę kobietę. Nie znała jej imienia, ale wiedziała, że już się kiedyś widziały. Może nawet rozmawiały; ciepły, melodyjny głos budził dawno uśpione wspomnienia. Zaszumiało jej w głowie. Wszystko było nie tak, jak być powinno. Nie tylko tego dnia, a w ogóle.
– Kim jest Henning? – Carl zapytał głośno i aż się wzdrygnęła.
– Ojcem mojego eks – zaśmiała się sucho, bo wcale nie było jej do śmiechu. Spodziewała się tych czy innych służb, ale nie ludzi z obserwatorium. Nie powinni się mieszać, bo byli, jak nazwa organizacji wskazywała, obserwatorami. Pchali palce między drzwi, patrzyli wszystkim na ręce, jednak się nie mieszali. Przynajmniej takie sprawiali wrażenie. – I, jak się okazało, także jakimś krewnym twojego Larsa – dodała wściekle, zła w równym stopniu na Carla, co na siebie, bo w sumie czego spodziewała się zbliżając się do kogokolwiek spokrewnionego z Larsen-Aarvikami?! – Świat jest mały, ale to nie ma teraz znaczenia.
Rzuciła się w stronę kobiety. Przycisnęła ją do ściany. Za plecami usłyszała tylko łomot kroków, gdy Carl i Lars zbiegali na dół. Miała nadzieję, że im się uda. Co do siebie nie miała złudzeń. Nawet jeśli była wyższa, jeśli pod dłońmi czuła drobne kości, nawet jeśli wszystko zdawało się przemawiać na jej korzyść, to nie wierzyła, że wyjdzie z tego cało.
– Możesz mnie puścić, Kathrine. Nie przyszłam tu do nich, a do ciebie.
Zadrżała. Pytanie podeszło jej do gardła, ale nie dała rady go wypowiedzieć.
– Nimi zajmie się kto inny. W zasadzie Thorvaldsenem się zajmie, bo pan Randstadt jest sprawą nieco drugorzędną w tej chwili. Można powiedzieć, że pierzemy właśnie domowe brudy.
– Jeste… – Zakrztusiła się.
Ledwo łapała powietrze i tak ciągle było go za mało. Odsunęła się, zgięła w pół, aż w końcu opadła na kolana. Klęła na bezdechu, i zaciskała pięści tak mocno, że paznokcie wbijały się w skórę, ból promieniował i udawało się jej nie stracić przytomności, ale widziała coraz mniej. Pomiędzy ciemnymi kwiatami mroczków kobieta zbliżała się ku niej, dotykała ją, a ona szarpała się, ale nie była w stanie wyrwać kościstym dłoniom zaciskającym się na jej ramionach z siłą imadeł. Odległy metaliczny chrzęst nawet ją ucieszył. To był dobry koniec.
Powietrze nagle wypełniło jej płuca. Szarpnęła się i metal kajdanek wpił się jej w nadgarstki. Nie tego się spodziewała.
– Jeśli mogę, to doradzam spokojne, głębokie oddechy. Tak najszybciej poczujesz się lepiej i mówię to z doświadczenia. Co prawda mam je tylko z perspektywy obserwatorki, ale to nie zmienia faktów. Nie szarpałabym się również tak bardzo. To są policyjne kajdanki, a jakich żartów byśmy nie robili sobie z Francuzów, to ta rura wygląda na mocną. Nie sądzę abyś miała szanse uwolnić się siłą.
– Nie pamiętam, żebyśmy piły bruderszafta.
Ledwo udało się jej powiedzieć całe zdanie na jednym oddechu i nie rozkaszleć.
– Dziecko, po pierwsze racja, nie piłyśmy, ale znamy dobrze tych samych ludzi, więc myślę, że to nie takie duże nadużycie z mojej strony. Po drugie nie widzę powodów, aby w tej sytuacji okazywać aż taki szacunek. Po trzecie niewiele brakuje a mogłabyś być moją wnuczką, więc wybacz starej kobiecie. I nie szarp się. Wolałabym, abyśmy wyszły stąd normalnie, ale jeśli się nie zgodzisz, to będziemy musiały wrócić do pierwszej metody.
Kathrine poczuła palącą pustkę w płucach, jak przy za długim nurkowaniu.
– Jesteś jak Ax…
Powietrze wróciło. Tym razem posłuchała słów kobiety. Oddychała głęboko, a przynajmniej tak głęboko jak tylko mogła, zanim szpila bólu przebijała się jej przez klatkę piersiową i na powrót pozbawiała tchu.
– Uzdolnioną, esperem, obdarzoną talentem. Jest wiele określeń w literaturze popularno-naukowej na tego rodzaju odstępstwa od szeroko pojętej normy bycia zwykłym człowiekiem i przyznam, że nie mam swoich preferencji. Poza tym nie wiem czy pamiętasz, ale spotkałyśmy się kiedyś.
Tym razem sama z siebie wstrzymała oddech.
– Nie na dole, ale u Henninga w domu. Dziesięć, może piętnaście lat temu, ale pamiętam cię. Mogłaś ustawić Axela, ale… – Kobieta pokręciła głową. Jasne, srebrzyste włosy odbiły światło wpadające przez okno. Założyła je z jednej strony za ucho i uśmiechnęła się. Kolejne wspomnienia wracały do Katherine, a każde kolejne sprawiało, że gniew schodził w niej na drugi plan. – To było dawno temu, masz prawo mnie nie pamiętać. Nazywam się Iverike Rydemark. Z obserwatorium, oczywiście. I owszem, jestem jak Axel, choć wolałabym nie wdawać się z nim w tego rodzaju potyczkę. Nie po Vitsøyi, ty jednak nie wiesz co tam zaszło. Słyszałaś tylko o uniwersytecie, prawda?
Gdyby mogła zakryć dłońmi uszy, to by to zrobiła, ale kajdanki zaczepione były zbyt nisko, nie była w stanie sięgnąć. Musiała słuchać, rzeczy nie przeznaczonych dla jej uszu. I z każdym kolejnym zdaniem wiedziała, że poznaje tajemnice, których znać jej nie wolno, a skoro tak, to nie będzie już miała okazji się nimi z kimkolwiek podzielić.
– Prawdę o Vitsøyi zna tylko kilka osób.
– Nie chcę słuchać!
– Bez obaw, nie opowiem. I bez tego już nigdy nie wrócisz do poprzedniego życia. Ale spróbujmy skupić się na tym, po co obie tu jesteśmy, a nie na przeszłości. Tak, jestem jednym z nich, takich jak Axel lub Jess, tak słyszałam o nim, i dlatego raczej nie miałaś szans. Pan Randstadt zbiegł, co było częścią planu. Za mało wiemy o strukturze waszego przedsięwzięcia, żeby zlikwidować Randstadta już teraz. Jego kroki możemy chociaż próbować przewidzieć. Gdyby zastąpił go ktoś nowy, to znaleźlibyśmy się w punkcie wyjścia. Liczę, że nam pomożesz zrozumieć to wszystko lepiej. Czy może powinnam powiedzieć, że Henning na to liczy.
Cicha melodyjka weszła Rydemark w słowo. Kathrine patrzyła jak sięga do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyciąga telefon, jak przygląda się ekranowi i w końcu odbiera. Szarpnęła za kajdanki, ale oczywiście nie otworzyły się. Były porządne i bez klucza nie miała szans, a klucz mógł być gdziekolwiek. W którejś z kieszeni spodni, marynarki. Tak naprawdę Rydemark mogła go mieć nawet z bucie czy w majtkach i by jej to nie zdziwiło. Usiadła. Oparła się na ile mogła i patrzyła na agentkę, która faktycznie mogłaby być jej babcią.
– Cóż, może to i lepiej. Rune… – zaśmiała się i powietrze zawibrowało nieprzyjemnie. Po skórze Kathrine przeszedł dreszcz i wzdrygnęła się zanim zdążyła zapanować nad mięśniami. – Ja porozmawiam z Henningiem, bez obaw. Widzimy się na miejscu.
Schowała telefon. Uśmiechnęła się i głębokie zmarszczki w kącikach oczu stały się jeszcze wyraźniejsze.
– Wygląda na to, moje dziecko, że dziś obie nie mamy szczęścia, bo pan Thorvaldsen nam zbiegł. Tymczasem czas na nas. Jeden niewłaściwy ruch i zrobi się nieprzyjemnie. – W ułamku sekundy ciepły, babciowy głos Rydemark zmienił się. – Daję słowo honoru.
Kathrine nie śmiała wątpić w szczerość tej groźby.
. – Można wjechać na Vitsøyę?
Henning spojrzał na niego ponad gazetą. Jego twarz nie wyrażała niczego, a przynajmniej niczego interesującego.
– Tak.
Axel nie był pewien czy go ta odpowiedź ucieszyła. Gdyby zaprzeczył, to zniknąłby ciężar decyzji do podjęcia. Nie, oznaczałoby, że nieważne jak bardzo go tam ciągnie, to pojechać nie może i tyle. Mógłby się z tym gryźć, ale nie musiałby decydować. Tymczasem jednak wszystko zależało od niego.
– Drugie auto jest u Uwe w warsztacie.
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Takk, men nei...

Post autor: Siemomysła » 13 lipca 2017, 21:29

Skończyłam.
MAŁO.
Co tam się stało?
Mam tylko parę drobiazgów - tajemnica, wielka jak kosmos, latające flaki, Axel trzymany na krótkiej smyczy, nawet jeśli w Islandii. Wow, wow. Jestem cała podekscytowana.

A twist jakim zakończył się drugi rozdział jest po prostu przedni!
Wiesz o tym, bo pisałam na bieżąco na hangoucie - dla mnie idealny. Wpadłam na niego na maleńką chwilę przed tym, gdy się pojawił. Na tę maleńką chwilę, która pozwala na przetrwanie na bezdechu, wyczekanie, doczytanie, szybkie przebiegnięcie podanych faktów wstecz i rzucenie na głos: NO JASNE! (w pracy, przy nielegalnym czytaniu).
Wprowadziłaś go tak koronkowo, tak powoli o wszystkim pisałaś, tak niezobowiązująco, rzekłabym. I w ogóle - ten powód, który Carl podaje - potrza mi sumienia, kogoś, kto mnie puknie w łeb, jak przegnę. Bo światu trzeba pomóc, a ja mam moc i mogę przegiąć. Ej, on jest takim Ozymandiaszem, tylko z potrzebą zewnętrznej kontroli *_*

A babeczka atakująca Kari mnie odpycha na razie. Ale to dlatego, że ma tak wielką, niepodważalną przewagę nad Kari. I Kari zostaje w sytuacji beznadziejnej. W ogóle - Kari jest niezła, ot praca, ktoś ją musi zrobić... ta... spoko, może jeszcze powiesz, że ty ratujesz świat trochę, wybierając dobre sumienie, najlepsze, jakie Carl mógłby dostać. Ludzie, którzy czują, że mogą wziąć los wszystkich innych ludzi w swoje ręce zawsze mnie mrożą i nie cierpię ich. Ale u Ciebie w tym tekście jest inaczej. Dziwne to. Może to ta ich flegma? A może to, że wciąż mimo wszystko nie wyglądają na zadufanych w sobie bubków? Choć Carl wprost przyznaje się do tego, że jest bucem? A może uwierzyłam mu w szczerość oburzenia przy historii z ciężarną kobietą i lekiem wywołującym wady genetyczne. Choć przecież i wtedy - w nim nie było szacunku dla życia czy matki, czy płodu, a tylko kalkulacja jakaś. Nie wiem. Może później wymyślę o co mi chodzi.

Wiele więcej na razie nie mam do powiedzenia. Jestem bardzo na świeżo. Uleży się to powiem więcej.

:nano:
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Ag.
Posty: 117
Rejestracja: 05 czerwca 2015, 19:24
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Re: Takk, men nei...

Post autor: Ag. » 16 lipca 2017, 18:47

Przeczytałam, więc pewnie wypadałoby dać znać. Tyle że nie jestem pewna, co napisać. Zajrzałam do mojego wcześniejszego komentarza i w zasadzie mogłabym się powtórzyć, że męczą mnie te dialogi. Zdarza mi się gubić, ile osób na raz rozmawia oraz co kto mówi, chyba marzy mi się więcej didaskaliów czy coś. Zwłaszcza że w kilku miejscach zdarzyła ci się nieoczekiwana zmiana płci:
– Dostaliśmy przyjacielską informację, że wbrew doniesieniom nasza była konsultantka, Kathrine Dahl, żyje… wiedziałeś, że miała wypadek… – zawahała się.
Wychyliła się przez poręcz, ale widział tylko nic nie mówiący cień.
Wydaje mi się też, a może mi umknęło, że Rune Oijen nigdy nie występuje w tej formie, w związku z czym chwilę mi zajęło ogarnięcie, że Rune i Oijen nie są dwiema oddzielnymi osobami. -_-

Momentami więc brnęło mi się dosyć ciężko. Jeśli mam chwalić, to przede wszystkim za fragment z Axelem siadającym w starym fotelu. Ma potężny klimat. Ta jego nerwowość w wypatrywaniu, czy wszystko jest rzeczywiście tak samo czy inaczej i w jakim punkcie czasu w zasadzie się znajduje jest naprawdę dobrze opisana. Jak próbuje zgadnąć, kto tu sprząta i czy zna tę osobę. I to, że zaczyna znów czytać książkę odłożoną przez laty <3 Ładny pod względem emocjonalnym jest ten fragment.

I jeszcze:
Półtorej godziny później spomiędzy gór wypadli na równinę, zjechali na drogę, która w żadnym innym kraju nie miałaby tak wysokiego statusu, tu jednak szutrówka nadal mogła poszczycić się normalnym numerem.
Te fragmenty z klimatem Islandii tak bardzo mi się podobają!

Inne uwagi z łapanki:
bo całym sobą mówił, że siłą i godnością osobistą sprawi, że Axel znajdzie się w Norwegii jeszcze tego dnia.
Jak za pomocą godności można zmusić kogoś do zrobienia czegoś? Trochę bez sensu mi to brzmi.
– Axel, jak tu wyzioniesz ducha, to Henning nie przyjmie do wiadomości, że to po części jego wina, bo kazał mi się w ten sposób po ciebie kopnąć. Więc naprawdę...
Jakby mu dano wybór, to Axel najchętniej przepłynąłby do Norwegii promem.
– Wiesz, że gdybym chciał cię zabić, to znalazłbym prostszy sposób?
Przyznam, że te jego powtarzanie w kółko Axel nie umieraj, Alex nie umieraj trochę jest irytujące.
A już cholernie źle ze znajomymi, którzy mają dość uprawnień, abym mógł im ponarzekać o moim, barwnym jak piątkowy rzyg, życiu. Bo tak nadal masz dostępy. Sprawdziłem. Więcej dostępów niż mam ja, ale ile dokładnie, to musisz się sam dowiedzieć.
Wyrażenie „masz dostępy” brzmi trochę dziwnie, jak kalka językowa. Te uprawnienia wcześniej już brzmią lepiej. I zdecydowanie brakuje przecinka po "bo tak".
Rune przetrąciłby jej kark w sekundę
To już się pojawia po raz trzeci i robi trochę irytujące, taka groźba bez pokrycia. Patrzcie, jacy jesteśmy straszni.
on będzie moim mężem i prawie mi się udało i to bez polowania na dziecko.
Kobieta może upolować faceta na dziecko, facet może zostać upolowany na dziecko. Ale kobieta nie może polować na dziecko, bo to brzmi, jakby poszła ze śrutówką do przedszkola. Jak dla mnie za duża swoboda z użyciem tego zwrotu tutaj wyszła.
Wszystko można spieprzyć jak się człowiek postara, ale gdyby się nie starał.
To co?
Kathrine poczuła palącą pustkę w płucach, jak przy za długim nurkowaniu.
– Jesteś jak Ax…
Powietrze wróciło. Tym razem posłuchała słów kobiety. Oddychała głęboko, a przynajmniej tak głęboko jak tylko mogła, zanim szpila bólu przebijała się jej przez klatkę piersiową i na powrót pozbawiała tchu.
Czyli najpierw zaczęła się dusić, po czym mając palącą pustkę w płucach zaczęła mówić, po czym przestała się dusić, po czym znów zaczęła się dusić? Trochę tu chyba za dużo żonglowania tym duszeniem.
Trochę jeżozwierz, trochę być może Asperger, trochę pisarzyna.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Takk, men nei...

Post autor: Kruffachi » 17 lipca 2017, 22:28

Cytatologia stosowana, czepy, czepki i wspaniałości:
Po czwarte, i tego widać nie było, ale Axel wiedział o tym doskonale, był w stanie skręcić mu kark w pięć sekund.
Przez wtrącenie o Axelu gubi się podmiot. Zwykle nie byłoby to aż takim problemem, ot, drobną niezręcznością, ale przy Twoim dość zawiłym stylu takie drobiazgi potrafią nieźle skonfundować.
Po czwarte, i tego widać nie było, ale Axel wiedział o tym doskonale, był w stanie skręcić mu kark w pięć sekund. Sztuka, do której Gajerki raczej nie były zdolne i nieważne, że byli szersi w barach i wyżsi niż Rune.
– Wyjechałem de facto z własnej woli, ale Henning wyraził się jasno, że mam-
– Teraz również to zrobił. Możesz nawet do niego zadzwonić i zapytać.
Nie znam sytuacji, nie wiem, o czym mowa, więc didaskalia by się mocno przydały do rozeznania w terenie, bo tylko się domyślam, który z nich co mówi.

Lubię smaganie deszczem i ogólnie ten opis zmiennej Islandii.

Pewnikiem – to słowo bardzo charakterystyczne, i charakterystyczne dla Ciebie, a pojawia się kolejna postać, która go używa.
Dziękuję, ale nie zmieniało jego język w kołek, a myśli, zamiast przeć ku odmowie zaczynały zapętlać się na opcjach.
Ha! :D
– Ze znaczeniem. Mogę mówić, że miałem jakąś głębszą rację w tym nielubieniu. Ale tak, dla ciebie teraz to może być bez znaczenia. Zwłaszcza, że nie jest tak martwa jak zakładano. Druga noga tej sprawy to Carl Randstadt. O nim już słyszałeś? W skrócie idzie to tak… Czy Randstadt ma radykalne poglądy? Tak. Czy chce je forsować? Tak. Czy ma środki do tego? Prawdopodobnie. Czy jest terrorystą? Śmiem wątpić. Czy powinniśmy się bać? Ja jestem prosty człowiek, ale gdy w Seulu poczułem zero gie, stojąc na izbie przyjęć szpitala, to powiem ci, że pierwszy raz od lat cieszyłem się, że zadawanie się z tobą wyrobiło we mnie iście nadludzki refleks. Inaczej prawdopodobnie dziś rozmawiałby z tobą kto inny. Chyba cieszyłbyś się wtedy jeszcze mniej z tej niespodzianki? Wiem, że nie lubisz niespodzianek. Zostańmy przy faktach. Kathrine, Gówniarz, doktor, który sprawił, że opinia publiczna na połowie globu zachłysnęła się na chwilę z oburzenia, nim powróciła do swoich nudnych żyć i bardziej ekscytujących teorii spiskowych. Ponadto jedna katastrofa budowlana, zamach, mieszanie z grawitacją, podejrzane wykorzystywanie okazji. To jest obecny zestaw danych wejściowych. Na wyjściu ty wracasz do domu. Nie wiem czemu i nie ukrywam, że jestem ciekaw. Pakuj się.
Nie wiem, na ile czytelny miał być ten wywód dla odbiorcy, ale jest tak w… 40%
Półtorej godziny później spomiędzy gór wypadli na równinę, zjechali na drogę, która w żadnym innym kraju nie miałaby tak wysokiego statusu, tu jednak szutrówka nadal mogła poszczycić się normalnym numerem.
O, o tej charakterystycznej cesze pisałam przy okazji Milenki – człowiek by się spodziewał, że zdanie skończy się na „statusu”, a tu następuje jeszcze taka doklejka.
Z przyczyn technicznych to jest bardzo, bardzo mały samolcik i raczej przeznaczony do zrzucania niewielkiego cargo niż przewożenia ludzi, więc cierpi na deficyt okien...
To ja poproszę tego głupiego Jasia… brrr…

Cały czas zastanawiam się, kim jest ten Henning, bo pada co chwilę samo nazwisko bez szczątkowego nawet przypisu. I powoli przechodzi to granicę między zaciekawieniem a czytelniczą irytacją z niedoinformowania.
Signe Vikholm w ostatniej chwili powstrzymała grymas zaskoczenia ściągający mięśnie jej twarzy.
I tak jej imię pojawia się ni z gruchy ni z pietruchy, bo przecież Axel jej nie zna, a była jego perspektywa. Chyba że na scenie pojawiła się jeszcze jakaś postać, a ja niesłusznie łączę imię z tą kobietą. To kompletnie nie jest jasne.
Henning siedział w fotelu pasażera i milczał, dawał czas, którego może nie mieli.
Czyli Henning to jego ojciec? No to teraz to używanie nazwiska bez przypisów zaczęło mi wyglądać jak takie zagranie tajemniczością, ale bardziej pod czytelnika niż tekst, bo dlaczego Axel nie miałby myśleć o nim jak o ojcu? I dlaczego Rune nie miałby mówić o nim jak o ojcu Axela? To wydawałoby się znacznie bardziej naturalne, zwłaszcza wobec tego „tato”.
W zasadzie było tak, jakby nikt tu przez te przeszło dwa lata nie zaglądał, tylko brakowało kurzu. A to znaczyło, że chociaż sprzątaczka to robiła, a on nawet nie miał pojęcia czy to wciąż ta sama osoba, którą znał.
Bardzo długo mi zajęło, nim rozszyfrowałam, o co tu chodzi.
Zachowywał się jakby wszystko było takie banalnie oczywiste.
O właśnie. Bohaterowie jakby dzielą się na tych, dla których wszystko jest oczywiste, i tych, którzy nie ogarniają niczego. Jedni i drudzy przerzucają się półsłówkami i aluzjami. To działało przez krótki okres, ale teraz już zaczyna mnie trochę męczyć i przedzieram się przez gąszcz niepełnych informacji, próbując wyłuskać cokolwiek, a mózg przegrzewa mi się co drugie zdanie.
– Nie powinieneś palić.
– Nie powinieneś mordować ludzi.
<3 <3 <3 Faworek. Cudność. Koffam.
Urżnięcie się i przespanie na kuchennej na podłodze brzmiało jak niezły pomysł na przerwanie stanu zawieszenia
Po teatralności Oijena człowiek spodziewał się czegoś ciekawszego.
Ta teatralność to jest coś, o czym właśnie powiedział mi narrator, ale czego w żaden sposób nie wyczułam wcześniej. Może dlatego, że dla mnie oni wszyscy mówią trochę teatralnie – tymi długimi, zawiłymi zdaniami, jakby mieli je od dawna przemyślane i zapisane na kartkach.
– Poza tym Rydemark mnie nasłała, więc proszę. Za kilka dni jadę z nią w teren. Nie chcę aby urywała mi głowę samym spojrzeniem i…
I kolejne nazwisko bez przypisu…
Obie śmierdziały testem.
Dokładnie to stwierdzenie padło parę, może paręnaście linijek wyżej.
Zostawmy więc Vitsøyę w przeszłości i ruszmy się, dobrze?
Niedobrze, bo ja znowu nie wiem, o co chodzi i dostaję tylko hasło T__T
Możesz przekazać to Iverike.
Komu?
Zrobiło mu się nieprzyjemnie w żołądku. Czy tak czuł się Axel za każdym razem, gdy on mu tak mówił. Miał nadzieję, że nie, to bo zdarzało się często, a jemu właśnie zaczynała drętwieć twarz.
Trochę jak jazda rowerem po szkle ten akapit. Jakby nie było związku między poszczególnymi cząstkami.
A mimo tego milczał
Mimo to
Nie potrzebował dłoni do tego, aby usmażyć carlowy mózg.
Carlowy
Nie zdążyłem powstrzymać Fem – zawahał się, ale na tak krótko, że Lars nie zdążył się odezwać. – Nie znasz Fem, ale poznasz i ją i rzeczy o których ci się nie śniło.
XDDDD A ja znam!
Przysunęła się bliżej bocznej ściany, byle później zostać zauważoną, móc sama zaskoczyć.
Wcześniej wychylała się przez barierkę i mówiła podniesionym głosem, więc chyba ciut za późno ;)
– Dziecko, po pierwsze racja, nie piłyśmy, ale znamy dobrze tych samych ludzi, więc myślę, że to nie takie duże nadużycie z mojej strony. Po drugie nie widzę powodów, aby w tej sytuacji okazywać aż taki szacunek. Po trzecie niewiele brakuje a mogłabyś być moją wnuczką, więc wybacz starej kobiecie. I nie szarp się. Wolałabym, abyśmy wyszły stąd normalnie, ale jeśli się nie zgodzisz, to będziemy musiały wrócić do pierwszej metody.
Kolejna postać, która lubi dużo mówić, wtrącać randomiki, więc zwracam uwagę.
I z każdym kolejnym zdaniem wiedziała, że poznaje tajemnice, których znać jej nie wolno, a skoro tak, to nie będzie już miała okazji się nimi z kimkolwiek podzielić.
– Prawdę o Vitsøyi zna tylko kilka osób.
– Nie chcę słuchać!
Bardzo mi się z Axelem sprzed paru fragmentów skojarzyła. W kwestii podejścia do informacji.
Tak naprawdę Rydemark mogła go mieć nawet z bucie czy w majtkach i by jej to nie zdziwiło.
Rydemark by nie zdziwiło? Bo taki jest podmiot ;)

Ponieważ nie wiem, o co chodzi, pointa mnie nieszczególnie chwyciła :/ Chciałabym się pewnie dowiedzieć, o co chodzi z tą Vitsøyą, ale niewiadomych jest tak dużo, że ta nie robi na mnie większego wrażenia niż pozostałe.
No i właśnie – pojawił się w końcu ten problem w znaczącym wymiarze. Cały czas mam wrażenie, jakbym czytała ciąg dalszy jakiegoś tekstu, którego nie znam. Jakiegoś cyklu. Albo fica do kanonu, którego nie znam. Jakbym powinna wiedzieć masę rzeczy, których nie wiem, jakby autor zakładał, że je wiem, i to już niestety nie jest etap intrygowania, a przytłoczenia, bo nawet kiedy się czyta ciąg dalszy cyklu, to autor przypomina to i owo. I z jednej strony to jest fajne, że za tym wszystkim stoi jakaś przeszłość, szalenie mi się podoba, że to nie piękni i młodzi z akademii Profesora Xaviera, a ludzie z pewnym dorobkiem życiowym, a z drugiej już za długo ukrywasz karty. Daj coś, jakąś zaczepkę, zahaczkę, nawet jeśli fałszywą, żebym sobie mogła poukładać elementy, bo ich jest coraz więcej i więcej, bohaterowie mówią półsłówkami, rzucają istotne dla nich hasła, imiona, ale ja się w tym gąszczu nie mam szansy odnaleźć i już nie wiem, co wynika konkretnie z mojego nieogaru (boję się, że więcej, niż sądzę), a co z tego, że zarzuciłaś przynętę i do tego, tego i tamtego wrócisz później. Nie mam pojęcia, kto dla kogo pracuje, chociaż chyba grupy są dwie – skupiona wokół Carla i wokół ojca Axela. Ale tak naprawdę nie wiem, do czego dążą i dlaczego mają ze sobą na pieńku, a to już trzeci rozdział i tak wiele, wiele rzeczy zdążyłaś pokazać, tylko że pobieżnie. A teraz jeszcze akcja przyspieszyła i obawiam się, że znów nie będzie czasu na wyjaśnienia. Czuję się głupia podczas czytania i to mi odbiera nieco przyjemności.
Niemniej nadal mnóstwo tej przyjemności zostało, bo ja ten tekst darzę ogromną sympatią i darzę nią bohaterów. Po prostu ich lubię i chcę dla nich dobrze już teraz na tym etapie, tak szybko. Są tacy jakby jaśni, tak ich widzę – na pastelowo. Tylko po prostu się męczę tą ciuciubabką, chociaż hinty też łykam jak młody pelikan. Tylko że tu hintem jest dosłownie wszystko, dodatkowo istotne informacje giną w słowotokach bohaterów, a brakuje podstaw, do których mogłabym się odnieść. Jakby, nie wiem, wybujało Ci całkiem spore i rozłożyste drzewo, ale bez korzeni. Ja bym jednak chciała nieco wyjaśnień wprost :bag: Bo ja ich tak lubię :bag:
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

ODPOWIEDZ