UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!



Zachęcamy do głosowania na TEKST WRZEŚNIA oraz w INSTANCIE

Polując na diabły

FANTASTYKA
W odróżnieniu od literatury realistycznej, fantastyka jest literaturą bardzo aktualną. ~ Kir Bułyczow
Awatar użytkownika
Karevos
Posty: 13
Rejestracja: 24 stycznia 2016, 12:14

Polując na diabły

Post autor: Karevos » 15 lutego 2016, 14:14

Polując na diabły Śnieg przemykał przez światła latarni ulicznych, opadając na brudny, wilgotny asfalt tworząc kolejne warstwy błota pośniegowego. Zaskoczeni jak zwykle drogowcy wyjechali swymi pługami i piaskarkami, by zawalczyć chociaż o najmniejszy skrawek czarnej nawierzchni. Typowa Polska zima w dużym mieście, a do tego jeszcze w piątek.
Albowiem widzicie. Piątek, nieważne czy w metropolii, czy w miasteczku, zawsze jest dniem, kiedy część zmęczonych codziennym znojem obywateli tego kraju wychodzi, by się zabawić, napić, lub po prostu spotkać się z kumplami w barze. Jednak nie ten. W taką pogodę, to nawet psa żal nie wpuścić pod dach, a co dopiero samemu wyjść. I jakby na złość wszystkim właścicielom przybytków wszelakich większość postanowiła zostać w domach. Przy gderającej żonie, z puszką w ręce i pilotem w drugiej, albo przy kolejnej grze komputerowej, albo szukaniu sensacji wśród znajomych na Facebook’u. Jednak dla niektórych takie piątki były idealne dla prowadzenia interesów.
Dziewczyna weszła do środka opustoszałej kawiarni, strzepując z siebie resztki śniegu na brudną ścierkę rozłożoną tuż przy drzwiach. Niepewnie rozejrzała się po stolikach szukając mężczyzny, z którym się umówiła.
I już tam był, sam jeden w lokalu nie licząc obsługi. Choć nigdy nie widziała jego twarzy wiedziała, że to właśnie on. Siedział przy oknie, popijając parującą jeszcze kawę. Od razu ją zauważył i zamaszystym gestem zaprosił ją do swojego stolika. Podeszła do niego posłusznie, jakby ciągnięta przez niewidzialną nitkę kusiciela, której w żaden sposób nie dało się oprzeć, a następnie usiadła naprzeciwko niego.
Była pewna, że gdyby nie okoliczności, które doprowadzały ją już do iście szewskiej pasji i desperacji, nie umówiłaby się z nim. Nigdy, przenigdy. Owy mężczyzna mógłby być jej dziadkiem, chociaż musiała przyznać, że świetnie się trzymał. Zmarszczki tylko dodawały mu uroku oraz powagi, włosy idealnie komponowały się z sumiastymi wąsami, które co chwila skręcał między palcami. Garnitur również świetnie na nim leżał, tworząc wrażenie, że nie jest przygarbionym, ledwo stojącym staruszkiem, a silnym i sprawnym mężczyzną, chociaż już u jesieni życia. Jednak mimo tego nadal była w przekonaniu, że jeśli miałby i miliony na koncie, nie umówiłaby się z nim na randkę, takie miała zasady, jednak interesy to już inna sprawa.
- Herbaty, a może kawy panno Alicjo? – zapytał się uprzejmie. – Mają tutaj wyśmienite Cappuccino.
- Nie, dziękuję – powiedziała wstydliwie, czerwieniąc się przy tym na twarzy. Rozglądając się przy tym nerwowo na wszystkie strony. – I proszę nie mówić do mnie po imieniu.
- A czemu? – Wydał się szczerze zdziwiony. – Jesteśmy tu sami, nie licząc oczywiście pracowników kawiarni, ale ich i tak to nie obchodzi. Mają nam przynosić, co tylko sobie zażyczymy i tyle. Wszystko zostanie między nami, proszę mi uwierzyć. – Szelmowski uśmiech, niczym u łobuziaka pojawił się na jego twarzy. – Poza tym wzajemne poznanie sprzyja interesom. Panienka pozwoli, że się przedstawię.
Mężczyzna wstał i wyciągnął rękę przed siebie w geście jakby czekał, że Alicja zaraz coś mu poda. W pierwszym momencie nie zrozumiała o co mu chodzi, jednak po chwili przypomniała sobie, że ma do czynienia ze starszą osobą i najwyraźniej dżentelmenem. Podała mu grzecznie rękę, a mężczyzna delikatnie musną jej powierzchnię ustami.
- Leszek Boruta, do usług szanownej panienki.
Alicja znowu się zarumieniła. Nie była przyzwyczajona do takiego traktowania. Współcześni jej ludzie gnali przed siebie, w nieskończonym wyścigu szczurów, jak i ona sama. Znajomości jak i związki były zawiązywane szybko, czasem bez zastanowienia. Nie było czasu na konwenanse. Nawet ona sama, choć zawalona robotą, starała się kogoś znaleźć, chodząc raz na jakiś czas na organizowany w mieście speed dating. Niestety do tej pory tylko zawodziła się na mężczyznach. Jednak w tym momencie musiała przyznać, że takie zachowanie diabelnie się jej podobało. Niech feminazistki schowają się ze swoimi chorymi poglądami, tak należy traktować kobiety, z szacunkiem.
- Wie pan co, panie Boruta? - powiedziała słodko. – A może skuszę się na tą kawę. Skoro pan nalega.
- Wybornie. – Również się uśmiechnął i spojrzał się w stronę baru. – Kelner. Poproszę jeszcze jedno Cappuccino dla panienki. Na mój rachunek
Obydwoje usiedli na swoich miejscach.
- Ależ proszę pana. Sama mogę zapłacić. – Obruszyła się niczym kotka.
- Mowy nie ma. – Mężczyzna skrzyżował ręce. – Jak powiedziałem, że stawiam, to znaczy, że stawiam. – Ton w jego głosie wyraźnie wskazywał, że nie będzie akceptował sprzeciwu, jednak po chwili złagodniał. - Zresztą proszę do mnie mówić po imieniu. Mimo wszystko nie chce by moje nazwisko zbytnio kojarzyło się z diabłem.
Alicja kiwnęła głową na znak, że rozumie. Stres, zawstydzenie i strach minęły przy nim jak ręką odjął. Przez kilka chwil, dla zabicia czasu rozmawiali o pogodzie, czekając na zamówienie. Kiedy wreszcie kelner przyniósł kawę Boruta zaczął szukać czegoś w swoim oprawionym w skórę neseserze.
- Wybaczy mi panienka pośpiech, ale mam dzisiaj jeszcze parę spotkań biznesowych i to poza granicami kraju. Nasza firma ma zasięg, można śmiało stwierdzić, że globalny.
- Rozumiem. – Wypiła łyk kawy, której sam zapach potrafił zwalić z nóg. – Jak to teraz mówią czas to pieniądz. W mojej firmie ciągle to powtarzają.
- A czym się pani firma zajmuje? – zapytał z nieukrywaną ciekawością.
- Handlem detalicznym, głównie węglem – odpowiedziała od niechcenia jakby to nie było nic interesującego.
- Węglem pani powiada. – Wyciągnął zwinięty w rulon pergamin oraz pióro. – Da mi pani wizytówkę? Akurat szef myśli czy by nie kupić zapasu na wieczność. – Starszy mężczyzna zarechotał rubasznie.
- Żartowniś z pana, panie Leszku. – zachichotała, wtórując mu.
- Przejdźmy więc do interesów. – Rozwinął pergamin zapisany starannie wykaligrafowanym tekstem. – Tak jak wstępnie ustalaliśmy pakiet standardowy, sukces i powodzenie do końca życia lub wcześniejszego spełnienia warunku podanego w punkcie ósmym. Plus możliwość wybrania przez cały okres trwania umowy do trzech grzeszników, których możemy na pani życzenie zlikwidować. Tylko zaznaczam, że musimy wpierw zweryfikować, czy wskazane osoby na pewno są dostatecznie zatwardziałymi grzesznikami.
Monika dokładnie przyjrzała się tekstowi zawartemu w cyrografie. Wszystko zgadzało się co do joty. Choć i tak dziwiła ją zachowanie diabła. Był niczym agent ubezpieczeniowy sprzedający polisę na życie, tyle że na odwrót. Prawda, że cyrograf był niczym polisa, tylko że ratowała jedynie doczesne życie, rujnując kompletnie te w zaświatach.
-Chociaż specjalnie dla pani chciałbym zaproponować pakiet Premium. – Kontynuował Boruta. – Uważam, że lepiej się to pani opłaci, jak i nam zresztą. Z pani wykształceniem, ambicjami i energiczną osobowością bez problemu będzie mogła przedłużać ją w nieskończoność.
- A czym się niby różni od wersji standardowej? I czemu nie wspomniał pan tego wcześniej? – Spojrzała się na niego podejrzliwie, nie podobał się jej fakt, że diabeł dopiero teraz o tym mówił.
- Proszę się nie denerwować. Nie mogę proponować takiego pakietu każdemu chętnemu. Zawsze przed spotkaniem, każdy klient jest dokładnie weryfikowany. Tylko nieliczni kwalifikują się, by na niego zasłużyć. – Spojrzał się prosto w jej brązowe oczy. – Pakiet Premium zawiera wszystko to co standardowy, tyle że możemy rozszerzyć liczbę grzeszników do dwudziestki, pełne wsparcie w przypadku wybrania kariery politycznej lub biznesowej. A do tego coś specjalnego: osobisty diabeł stróż na każde zawołanie. Z takim asystentem zdoła pani z pewnością zawojować świat.
- A gdzie jest kij? – Jej głos stał się poważny, jakby rozmawiała z niesprawdzonym dostawcą lewego węgla.
- Jaki kij panno Alicjo? – Diabeł rozsiadł się wygodnie na krześle, ustawiając dłonie w piramidkę, jego uśmiech stał się w jednym momencie iście złowrogi. – Zgodnie z umową wciąż pobieramy pani duszę. Jedynie warunki z punktu ósmego zwiększą się z jednego do trzech. I tutaj mam dla pani kolejną marchewkę, bez kija oczywiście. Jest możliwość ich zmniejszenia w przyszłości, lub po prostu zyskania przywileju ich zniwelowania. Jeśli zostanie pani kimś wysoko postawionym, a my już oto zadbamy, będzie panienka musiała z nami współpracować. Można to ująć, przysługa za przysługę.
- Czyli mam być waszą marionetką przez resztę życia? – powiedziała gorzko.
- Marionetką? Skądże znowu. Ja to nazywam inwestycją naszego czasu i zasobów w pani osobę. Naprawdę polecam ten pakiet. Wielu znanych ludzi korzysta z naszych usług. Dla przykładu mój przełożony zajmuje się naszymi najważniejszymi klientami biznesowymi. Z tego co wiem pewnie niedługo będzie się umawiał na spotkanie, by określić cenę za następną partię gazu z Gazpromem.
- Z tym…? - Alicji nazwa firmy nie mogła przejść przez gardło. Tak była zszokowana znajomościami i możliwościami jakimi dysponowała firma Hell C.O., zwana kiedyś po prostu piekłem.
Boruta siedział zadowolony z siebie, albowiem wiedział, że trzymał ją już w garści.
- To co? Mam zmienić na pakiet Premium? Tak się składa, że przez przypadek mam ze sobą odpowiednią umowę. Wyciągnąć? – zapytał się tak słodko, że mógłby doprowadzić każdego do cukrzycy.
Alicja przełknęła głośnio ślinę, warząc wszystkie zza i przeciw. Oferta była zbyt kusząca. Zresztą i tak musiałaby oddać na koniec swoją duszę, to czemu by nie skorzystać z okazji? Przecież przyszła tutaj, by zyskać moc pozbycia się tego idioty, obmacującego i posyłającego jej dwuznaczne propozycje, obleśnego sukinsyna, który śmie się nazywać menagerem. Ten który ciągle blokującego jej awans. Z tym co proponował Boruta mogłaby nie tylko wyzwolić się od niego, ale i odejść z firmy, stać się kimś ważniejszym. Zasiąść w radzie nadzorczej, któreś z państwowych spółek, albo i nawet w rządzie jako minister. Co tam minister, a co jakby została premierem!? Sama była zaskoczona, że tyle ambicji i chciwości się w niej kryje.
Delikatny uśmiech wrócił jej na usta, po czym kiwnęła głową.
- A co mi szkodzi. Niech pan wyciągnie i podpisujemy.
- Ależ oczywiście. – Klasnął w dłonie i zadowolony zaczął przebierać w pergaminach, czekających cierpliwie na swoją kolej w neseserze.
Raptem drzwi do kawiarni ponownie się otworzyły. Pracownicy nawet nie spojrzeli w jego stronę, czekając jak zahipnotyzowani na jakikolwiek rozkaz diabła. Nie zareagowali nawet, kiedy nowo przybyły gość wyciąga spod kurtki półlitrową butelkę wody. Nieznajomy uśmiechając się od ucha do ucha podszedł do siedzącej przy stoliku pary.
Alicja spojrzała się na niego podejrzliwie. Co ten facet w grubej, zimowej kurtce chciał od nich?
Boruta nawet nie zauważył przybysza, przeszukując neseser jakby nie mógł czegoś znaleźć.
- I gdzie ja wsadziłem tą igłę? – warczał pod nosem diabeł.
To co potem się stało Alicja zapamięta do końca życia. Obcy mężczyzna najzwyczajniej w świecie otworzył butelkę i wylał całą zawartość na głowę diabła. Skóra czarta zaczęła głośno syczeć i parować. Czerwone plamy niczym u raka zaczęły rosnąć, pożerając łapczywie coraz to większe powierzchnie ciała. Na czole wyrosły dwa kozie różki, zaś nos zaczął przypominać zgniły, płaski kartofel. Pochlapana zawartość neseseru obróciła się w pył, który ulotnił się w powietrzu równie szybko jak się ukazał.
- Co jest? – Wrzasnął demonicznym głosem diabeł, odtrącając na bok pustą butelkę napastnika.
Przerażona Alicja chwyciła swoją kurtkę oraz torebkę i wybiegła z kawiarni, dorównując tempem wiatrowi hulającemu na ulicy. gnała przed siebie rozglądając sięga jakimś kościołem. Mimo iż na mszy nie była od dziesięciu lat, nagle zachciało się jej uklęknąć, pomodlić, a być może i wyspowiadać. W przestraszonym umyśle już pojawiały się fragmenty dawno zapomnianych modlitw.
Sama nie wiedziała, czego się tak przestraszyła. Samego faktu, że omal nie sprzedała swojej duszy, czy prawdziwego oblicza diabła, który próbował ją zmanipulować.
Tym czasem napastnik, jak gdyby nigdy usiadł na zwolnionym przed chwilą miejscu.
- Cześć Boruta, kopę lat. – Przywitał się przyjaźnie, jakby z dawno nie widzianym przyjacielem.
Diabeł warczał groźnie, wycierając dokładnie każdą część ciała, który miał kontakt z cieczą. Żałował, że nie ma bardziej ofensywnych mocy jak przedstawiciele rady nadzorczej lub ochrony, bo miał wielką ochotę spopielić tego gnoja, który wystraszył mu klientkę.
- Kim jesteś do cholery? W biały dzień przychodzisz i oblewać ciężko pracującego diabła wodą święconą? Jesteś tajniakiem czarnych czy jak?
- Rozcieńczoną, nie chciałem cię zabić. – powiedział wesoło mężczyzna. – Zresztą siebie też nie chciałem zranić.
Na ostatnie zdanie diabeł otworzył przekrwione oko i zaczął dokładnie przyglądać się twarzy mężczyzny. Wydawała mu się znajoma, tak to oblicze o rysach jakby ciosanych dłutem. Na szczęście Boruta miał pamięć do twarzy, przydatnej także przy kontrolowaniu jego czarcich mocy i od razu przypomniał sobie co trzeba.
- Staszek? – odparł niepewnie. – Mały Staszek Karpik?
- Wiedziałem, że mnie poznasz ty czerwona mordo. – Mężczyzna zarechotał. – Ile to lat? Dwadzieścia jak ostatnim razem grałeś z dziadkiem w szachy?
Czart przez dłuższy moment milczał, jakby zastanawiał się co zrobić w tej sytuacji. plamy czerwonej, diabelskiej skóry zaczynały znikać, rogu znikać pod czołem. Boruta ponownie przypominał starszego mężczyznę.
- Czego chcesz? Pewnie nie po to by ubić interes?
- Co to, to nie kochany. – Podniósł jedyny ocalały zwój pergaminu, leżący na stole.
Staszek zaczął czytać jego treść. W pewnym momencie parsknął szczerym, donośnym śmiechem. – Czy wy jesteście poważni? Jednym z warunków umowy jest pobranie duszy klienta, kiedy Polska zostanie mistrzem świata w piłce nożnej?
- Pierwotnie jest, że w ogóle Polska stanie się mistrzem świata, ale nikt się na to nie zgadza. – Diabeł wytłumaczył ten fakt niczym zniecierpliwiony nauczyciel, dość tępemu uczniowi. - To haczyk, by ludzie myśleli, że mogą nabrać diabła. Praktycznie wszyscy wybierają piłkę nożną, tak jak chcemy. Myślisz, że czemu nasi zaczęli wygrywać? Inwestujemy w tą reprezentację naprawdę dużo, ale wkrótce się to opłaci.
- No tak. Przecież z pochodzenia też jesteś Polakiem. – Zarechotał odkładając dokument na miejsce.
- Dobra koniec żartów Staszek. – warknął zniecierpliwiony diabeł. – Po co tu jesteś?
- Pogadać. Choć na zaplecze, tam nie będzie świadków. – Głową wskazał na obsługę lokalu.
- Są zahipnotyzowani, będą jedynie pamiętali, że ruch był dzisiaj mały.
- Nalegam. – Człowiek rozchylił poły swej kurtki i z przymocowanej do szelek kabury wyciągnął radomskiego P99.
Boruta prychnął, broń nie zrobiło na nim najmniejszego wrażenia. Spakował wszystkie ocalałe dokumenty i przedmioty do neseseru i posłusznie poszedł z mężczyzną na tyły lokalu.
Śnieg padał coraz mocniej, posklejane płaty miękkiego śniegu bombardowały wszystko na swojej drodze, tworząc coraz większą pokrywę białego puchu.
- Dobra, to czego chcesz? – Diabeł spojrzał się na zegarek.
Chciał to skończyć szybko. Za dziesięć minut powinien być już w Toronto, a ten gówniarz tylko go zatrzymywał. Pewnie w innych okolicznościach nawet ucieszyłby się z widoku wnuka starego znajomego, ale nie teraz. Nawet widok tego pistoleciku nie bawił go.
- Gdzie Rokita? – zapytał się obojętnie.
- Co? – Boruta zaskoczony wytrzeszczył oczy.
- To co słyszałeś. Gdzie jest Rokita? Kto jak kto, ale ty wiesz na pewno.
- Durny człowieku! – Czart wrzasnął tracąc resztki cierpliwości. Wolna ręka trzęsła mu się i co chwilę zaciskała w pięści. – Przychodzisz do mnie nagle po dwudziestu latach, płoszysz jedną z najlepszych klientek i odwalasz cyrk, a wszystko po to, by znaleźć tą zapijaczoną mendę?! Wiesz ile urabiałem tą kobietę, by chociaż przyszła na spotkanie? Taki potencjał zmarnowany przez twoją głupotę.
- Będę szczery, gówno mnie obchodzi. Gadaj gdzie on jest i tyle.
- Oż ty. – Syknął przez zęby. – Mógłbym tutaj zamienić się we wronę i po prostu odlecieć, obsrywając ci ten durny łeb na pożegnanie, ale ze względu na przyjaźń z twoim dziadkiem tym razem ci daruję. Zwłaszcza, że się spieszę.
- No więc? – Tym razem to Staszek zaczynał się niecierpliwić.
-Ma gospodarstwo zza Warszawą. Mniej więcej przed Mińskiem Mazowieckim. Tak samo jak ja przyjął stare imię za nazwisko. – prychnął z pogardą. – Zachciało się tej ochlej mordzie bawić w pana na zagrodzie. O czterysta lat za późno moim zdaniem. Ponoć jedynie co robi to chleje i dogląda rosnących ziemniaków. Mogę iść?
- Jeszcze nie. – W głosie Staszka pojawiła się złowroga nutka.
Diabeł od razu to wychwycił i zmrużył oczy. Uzmysłowił sobie, że tu chodzi o coś więcej, jakąś grubszą sprawę, ale przez nerwy nie dał dojść zdrowemu rozsądkowi do głosu.
- Chłopaki przysyłają pozdrowienia. – odpowiedział człowiek z wrednym uśmiechem.
- Pierdolisz! – Boruta cisnął wściekle swoim neseserem na ścianę tak mocno, ze połamał się na dwie połowy wysypując przy tym zawartość. – Ty teraz pierdolisz głupoty, by mnie do końca wkurwić prawda?
Staszek musiał przyznać, że widok wpadającego w furię diabła napełniał go satysfakcją. Jeden z najlepszych sposobów by sługa piekieł przestał panować nad niektórymi swoimi mocami. A pozdrowienie od bardzo starych znajomych, o których diabeł starał się zapomnieć, było jednym z nich. Nie od dziś wiadomo, że czart starał się odciąć od swoich korzeni.
Na czole Boruty znowu zaczęły wyrastać rogi, a skóra przybierać niezdrowego, czerwonego odcienia. Znowu zaczął wyglądać jak na diabła przystało, choć nie w kontuszu jak dawniej, a wciąż w porządnym garniturze.
- Chłopaki przysyłają pozdrowienia. Są na ciebie naprawdę wkurzeni. Chyba od tysiąca lat? I gdzie zniknął się ten szarmancki, starszy pan?
- Poszedł na szczaw gówniarzu – warknął. – Który z tych nieudaczników cię przysłał?
- Wszyscy. O tym, że się nie lubicie krążą legendy, ale by taka obustronna nienawiść? Nigdzie czegoś takiego nie widziałem.
- Bo mają mi za złe, że razem z Rokitą przyjęliśmy chrzest i zaczęliśmy pracować dla piekieł. Zresztą nie udawaj idioty, wiesz o tym doskonale. – Po chwili wziął głęboki oddech, próbując się uspokoić. – Dobra, kto ci płaci za moją głowę?
- Nic ci do tego. Mam własne porachunki z Rokitą. – Staszek spochmurniał. – Chyba chce wrócić do interesu, bo zaczął sprzedawać i gromadzić lewe cyrografy. Pozbycie się ciebie, to robota na boku. – Westchnął. – Dobra kończmy z tym.
- Dam ci więcej! – Wrzasnął diabeł.
- Nic z tego. – Odbezpieczył broń, celując prosto w brzuch Boruty. – Liczę do pięciu. Raz!
- I co mi zrobisz człowieczku? – prychnął diabeł. - Strzelisz i co?
- Dwa!
- I tak wrócę! Za sześć lat, sześć miesięcy i sześć dni. Słyszysz? Wrócę!
- Trzy!
- Co ty taki pewny? Masz w tym pistoleciku naboje odlane z gwoździ krzyża Pańskiego czy jak?
- Cztery! – Na pistolecie zaczęły pojawiać się pojedyncze, świetliste znaki, sważyce i wieloramienne swastyki, jakie można znaleźć w słowiańskich wedach.
- O cholera. Weles cię przysłał! – ryknął diabeł, poznając symbole dawno zapomnianego boga.
- Pięć! – Staszek nacisnął spust.
Strzał. Świetlisty pocisk zatopił się w diabelskim brzuchu wyzwalając swoją moc. Boruta z niedowierzaniem dotknął rany i spojrzał się na krew, która zaplamiła jego dłoni. Palce zaczęły znikać, obracając się w pył. Potem cała dłoń, ręce i reszta ciała. Na koniec zniknęła głowa z przerażonym wyrazem twarzy.
Staszek spojrzał się na kupkę popiołu jaka została po starym znajomym, schylił się i wyciągnął z niej pocisk. Tak na wszelki wypadek, po czym ruszył najdalej jak tylko mógł, zasłaniając przy tym twarz kapturem dla niepoznaki. Był zły na siebie i swój długi język, bo niechcący wygadał mu parę istotnych informacji. A diabeł mimo iż odesłany na znacznie dłuższy czas niż przepisowy, wciąż mógł kąsać i wykorzystać to do własnych celów. *** W piekle trwał zwykły roboczy dzień. Ciepłe światło bijące od ognia z palenisk pod kotłami wpadało do biura. Potępione dusze wyły z bólu, jakby były tylko ptakami śpiewającymi swe poranne pieśni. Smętek, dumny kierownik zakładu numer cztery popijał właśnie herbatkę przeglądając najnowsze dane statystyczne. Od czasu restrukturyzacji piekła i przemienienia go w porządną firmę na wzór ludzkich korporacji, wszystko działało jak w zegarku. Z dumą patrzył na ciągle rosnące liczby poddawanych katuszom dusz i wzrost jakości. Sam, własną ciężką pracą sprawił, że to akurat jego zakład stał się liderem w całym piekle. Nigdzie indziej tak nie gotowano dusze w smole, jak u niego, a przerabiana z cierpienia energia sprawiała, że piekło miało spore nadwyżki mocy.
Nagle do gabinetu otworzyły się z głośnym trzaskiem. Do środka wpadł jeden z jego pracowników, diabeł najpośledniejszej rangi.
- Panie kierowniku, panie kierowniku mamy problem. – wydukał zziajanym głosem czart.
- Eh, co znowu? – Smętek westchnął i wstał, odkładając wszystko na biurku tak delikatnie, jakby dokumenty były niezwykle cenną relikwią. – Terroryści-samobójcy znowu się pieklą, że zamiast do nieba chędożyć swoje dziewice trafili do nas?
- N-n-nie panie kierowniku. W portalu pojawił się jeden z naszych. Tyle, że dziwny, pokryty jakimiś paskudnymi runami, jak wrzodami. Wszyscy boją się do niego podejść, a do tego ciągle żąda, by pan. Bo… - diablik wciągnął głęboko powietrze.
- Bo? – Smętek nie ukrywał swojego zniecierpliwienia.
Podszedł do swojego pracownika tak blisko, że mógł poczuć na swojej skórze jego ciepły, nieregularny oddech. Wzrokiem skanował podrzędnego diabła jakby chciał sam wyciągnąć wszystkie potrzebne informacje. Pokazać mu, że nie należy marnować czasu przełożonych.
- Bo to ponoć, jakaś szycha z naczelnego biura. Sądząc po akcencie i wyglądzie, to chyba jakiś pana znajomy. – Przerażony diablik odpowiedział na jednym wydechu. Oczy miał zamknięte jakby spodziewał się kary.
Smętek wziął głęboki, głośny oddech. Spojrzał się na panoramę kotłów za oknem. Zacisnął kościste w pięści, końcówki palców stały się różowe. Ten krótki opis wystarczył mu, by podejrzewać, kto dokładnie odwiedził jego zakład.
Bez słowa minął czarta i ruszył w stronę wyjścia. Sztywno, z kamienną twarzą, by pokazać wszystkim pracownikom, że ich przełożony jest niczym monolit. Wtedy z pewnością uspokoją się i nie będą rozsiewać niepotrzebnej paniki, a poza tym nabiorą większego respektu. Tak przynajmniej mówili mu na szkoleniach. Chociaż w środku ogarnął go już lęk i wściekłość.
Piekielny kierownik prawie, że biegł. Odgłosy jego kopyt można było usłyszeć na drugim końcu zakładu. Pot strachu perlił się na jego czole. Wizyta kogoś z góry zawsze zwiastowała kłopoty, mimo iż kontrole nie miały się do czego przyczepiać, a zakład uznawano za wzorcowy.
Ledwo minął kocioł z nieuczciwymi urzędnikami skarbowymi, usłyszał znajomy głos, którego miał nadzieję nie usłyszeć już nigdy.
- Wreszcie przyszedł nasz szanowny kierownik. Kawka nie mogła wystygnąć, że dopiero teraz raczyłeś się tutaj zjawić. – Głos czarta był ostry niczym brzytwa.
- Boruta. Po coś tu przylazł? – odpowiedział mu chłodno.
Ludzie Smętka otoczyli diabelskiego intruza ze wszystkich stron, mierząc w niego widłami. Dobre chłopaki, osobiście ich wyszkolił, znali procedury co do joty. Piekło wolało się zabezpieczyć na wypadek, gdyby zjawił się jakiś nieproszony gość.
- Przyjrzyj mi się idioto, to zobaczysz. – syknął Boruta.
- Nie mam czasu na pierdoły. Przeszkadzasz nam w robocie, a musimy… - wtedy dopiero Smętek spostrzegł dziurę po kuli szpecącą garnitur.
Przesunął spojrzenie na skórę czarta i z przerażenia aż pisnął. Burząc przy tym iluzję niewzruszonego szefa-monolitu. Podrzędne czarty zaczęły spoglądać to na siebie, to na swojego przełożonego, jakby nie mogły pojąć, co takiego się tutaj dzieje.
A Smętek miał powody do strachu. Może i się zarówno z Borutą jak i Rokitą nie lubił, ale to dzięki tej dwójce mógł być tym, kim jest teraz. To oni namówili go do zmiany strony i przyłączenia się do sił piekielnych nowej religii. Jednak w porównaniu z Borutą Smętek nie zapomniał o swojej słowiańskiej przeszłości. Błękitne symbole na ciele znajomego diabła wskazywały na to, że sam Weles, jeden z dawnych bogów musiał maczać w tym palce.
- Panowie odsuńcie się. To cholerstwo może być zaraźliwe! – Wrzasnął na całe gardło. – Ty! – Smętek wskazał na jednego z najbliższych diablików. – Biegnij i zawiadom górę. Mamy tutaj potężną klątwę i to mogącą się rozprzestrzeniać się niczym choroba!
Jak jeden mąż wszyscy zaczęli odsuwać się od Boruty i odwracać wzrok, bojąc się, że samo spojrzenie może sprawić, że klątwa dotknie również ich.
- Smętek, nie przesadzaj. – Warknął Boruta. – Boisz się czarów marów tego starego piernika?
- Nie przesadzam! Nie wiem kto cię tak urządził, ale wiedz, że będziesz pewnie uziemiony na ładne parę wieków. Tą klątwą Weles zamykał niepokornych w Nawii na bardzo długo, widać że wreszcie poszedł z duchem czasu i trochę ją unowocześnił. – odparł oddychając nerwowo.
- I co z tego?
- To z tego, że mamy tu regulamin i procedury! Stój w miejscu, bo ci osobiście dupsko na widły nadzieję. – Głos wrócił mu do typowego, kierowniczego tonu, wyrwał najbliższemu diablikowi widły i wycelował je prosto na Borutę. – A myślę, że nie chcesz bym zrobił w tym garniturku jeszcze parę dodatkowych dziur, co nie?
Boruta wyszczerzył wściekle zęby, po czym machnął ręką i usiadł na ziemi.
Nie minęło dziesięć minut kiedy do zakładu wpadły brygady Ochrony Piekła i pracownicy medyczni w kombinezonach ochronnych. Otoczyli Borutę ze wszystkich stron i nie zważając na jego protesty zamknęli w metalowym sarkofagu.
Smętek spoglądał na to wszystko ze smutkiem. Nie dlatego, że było mu żal starego znajomego, życzył mu by pozostał zamknięty w tej puszce nawet i wieczność. Smutek powodował fakt, że znał procedury dotyczące takich przypadków. Zakład zostanie przez tydzień poddany kwarantannie, wszyscy pracownicy, łącznie z nim samym dezynfekcji, a wysokie wyniki pójdą diabłu w dupę.

***

- Panie Boruta, ma pan gościa. – Oznajmił kobiecy głos przez głośnik.
Diabeł odwrócił się w stronę szyby będącej zarazem ścianą jego więzienia. Małego pokoiku, będącego zarazem miejscem odosobnienia dla dotkniętych poważnymi zaklęciami diabłów. Wróg nie śpi. Zastępy niebieskie mimo iż osłabione przez spadek wiary ludzkości nie poddawał się i wymyślał coraz do nowe egzorcyzmy. Jak widać nowo-stary wróg również.
Okazało się że Smętek miał rację, Boruta nie wyjdzie stąd przez długi czas, a lekarze mówili, że tak potężną klątwę od ręki jest wstanie zdjąć tylko i wyłącznie Prezes.
W nowej piekielnej hierarchii istniało kilka najważniejszych szczebli kariery. Na samym dole byli podrzędni pracownicy zakładów, nad nimi ich kierownicy. Potem był średni szczebel czyli służby porządkowe i mundurowe, wymagające minimum wykształcenia w konkretnych dziedzinach. Potem byli pracownicy biurowi i menagerowie projektów. Tutaj żarty się kończyły, bo na tych stanowiskach nie wybierano byle kogo. Trzeba było mieć nie tylko wykształcenie, ale i sporą wprawę w umiejętnościach interpersonalnych i technikach manipulowania, zwodzenia i kuszenia śmiertelników. I właśnie przed nim stał jego szef, kierownik projektu Cyrograf 2000-2666, menager Mefistofeles.
- Boruta, byłem w Sochi gdy o tym usłyszałem. – odparł przejęty diabeł, ubrany w garnitur od Armaniego ukrywający jego szczupłe ciało. – Gadaj natychmiast, co się do cholery tam stało na górze? I gdzie złapałeś to świństwo.
Boruta wstał i podszedł do przeszklonej ściany. Minę miał nie tęgą, miał ochotę zatłuc kogoś na miejscu. Jednak za każdym razem jak chciał powiedzieć jakąkolwiek głupotę gryzł się w język. Nie obraża się diabła, który może pomóc się zemścić.
- Spotkałem Staszka – odparł sucho.
- Jakiego znowu Staszka? – Mefistofeles tak gestykulował rękami, jakby rzucał zaklęcie.
- Stanisław Karpik, wnuk Marka Karpika do cholery! – Wrzasnął na całe gardło, czując że rozmówca nie rozumie o co mu chodzi. – Marka przecież znasz. To ten, co dawał azyl naszym gdy czerwoni polowali na nas.
- Teraz sobie przypominam. – Mefistofeles zamyślił się. – Ale czemu wnuk kogoś, kto nam pomagał, a do tego mógłby śmiało sam z nami współpracować poluje na naszych agentów?
- Mefisto spójrz na mnie. – Podwinął rękaw ukazując czerwoną rękę upstrzoną błękitnymi znamionami. – Nie wiesz co to jest?
- Klątwa, jak mi lekarze mówili. Ten cały Staszek ją na ciebie rzucił? – Menager zagwizdał z podziwem. – Naprawdę zdolny mag.
- Nie gadaj głupot. Tyle w nim magii co w każdym przeciętnym człowieku. Sam sprawdzałem dwadzieścia lat temu. – syknął Boruta, uspokajając się po dobrej chwili. – No tak możesz nie poznawać, bo pochodzisz z innego regionu świata. Imię Weles coś ci mówi?
- A powinno? – Mefisto wzruszył ramionami. – Jakoś nigdy nie słyszałem.
- Obecnie płotka, ale kiedyś był kimś. Jeden z dawnych słowiańskich bogów, ja Rokita i Smętek na swój sposób byliśmy mu podlegli, podobnie jak kilku innym bogom. – opowiadał, chodząc po swoim pokoiku jak profesor na auli podczas wykładu.
- Ale przeszliście na stronę zwycięzców.
- Tak – odparł zamyślony Boruta. – Ale widocznie ten stary pryk kombinuje jak wrócić do interesu. Staszka nie widziałem dwadzieścia lat, mógł się z nim skumać i teraz poluje na nas na zlecenie. Teraz idzie po Rokitę.
- Rokitę? – Mefistofeles zarechotał, jakby zamknięty w kwarantannie diabeł powiedział dobry żart. – A co on chce od Rokity? Przecież ten obszczymurek sam odszedł nie mogąc dostosować się do nowego porządku po restrukturyzacji piekła. Za bardzo był przywiązany do starych metod.
- Tak się składa, że nasz drogi łowca diabłów miał za długi język i powiedział mi przed moją śmiercią na górze coś ciekawego. – Diabeł uśmiechnął się wrednie. – Ponoć Rokita chce do nas wrócić i już zaczął zbierać cyrografy zdobyte na czarno. Pewnie po to by znowu wkupić się w nasze łaski.
- Co więc proponujesz? – Diabelski menager spoważniał. Mam posłać grupę szturmową, by go odbiła?
- Widzisz jak mi czytasz w myślach? Zadzwoń do prezesa, wyjaśnił sytuację. Przecież się kolegujecie już od kilku tysięcy lat. Pewnie cię jeszcze nagrodzi za dbanie o monopol w regionie.
- A co mam zrobić z tym człowiekiem kiedy go złapiemy? – powiedział podniecony potencjalnymi torturami na żywym człowieku.
- Przyprowadź go do mnie. – zawtórował mu Boruta. – Odwdzięczę się za dziurę w brzuchu.
*** Brudno-biały Van stał zaparkowany na środku polnej drogi, prowadzącej prosto do gospodarstwa niejakiego Romana Rokity. Jednak dla zainteresowanych wiadomo było, że mieszka tam nie człowiek, a diabeł. Dosłownie.
- Ferajna gotowa? – Staszek zerknął na swoich pasażerów, których przywiózł do tego zapomnianego przez wszystkich bogów miejsca.
Dziwna dwójka jak na zawołanie skinęła głowami. Mieli tak charakterystyczne oblicza, że w dzień każdy by zapamiętał ich twarze. Kobieta była wysoka i umięśniona niczym niemiecka sztangistka, a z urody była jeszcze brzydsza. Jej partner natomiast miał wyłupiaste oczy jak u ryby i tłuste, długie włosy, które wyglądały jakby wiecznie były mokre. W dłoni trzymał bidon, z którego co chwila pociągał łyk.
- Dobra. To ma być czysta robota. Wchodzimy, unieruchamiamy go, by nie mógł w żaden sposób użyć swojej mocy, strzelam mu między oczy, znajduję cyrografy i palimy tą budę. Bogna liczę na ciebie.
Kobieta uśmiechnęła się ukazując szereg białych niczym śnieg zębów.
- A co ze Sławą? – zapytał się mężczyzna niskim, głębokim głosem jak z dna studni.
- O Sławę się nie bój Wit. Dzwoniła i mówiła, że się spóźni. Ponoć dostawca zaczął coś kręcić, że ma problemy ze zdobyciem towaru czy jakoś tak.
- Pokaże mu swoją prawdziwą twarz, to od razu rura facetowi zmięknie. – Zachichotała Bogna, skrzekliwym głosem nie pasującym do jej postury.
Staszkowi ciarki przeszły po plecach. Nie znosił kiedy ona się śmiała, ale większy efekt miał obraz prawdziwej twarzy Sławy wryty w jego pamięć. Miał nadzieję, że już nigdy więcej nie będzie musiał oglądać tego oblicza na żywo.
- Dobra, sprawdźmy która to godzina. – Staszek zerknął na zegarek i od się skrzywił. – Cholera, dochodzi czwarta. Pałki w dłoń i ruszamy.
W trójkę wyszli z samochodu i ruszyli w stronę nieotynkowanego domu-kostki, jakich na wsi wiele. Wszędzie wokół panowała ciemność, jednak nie było cicho. Co chwilę można było usłyszeć szczekania psów żalących się, albo na mróz, albo informujących siebie nawzajem, że na ich terenie pojawiły się dziwne osobniki. Na szczęście Rokita nie posiadał żadnego, który mógłby go zaalarmować.
Podeszli po cichutku do drzwi i otworzyli je jak gdyby nigdy nic. Obserwowali diabła już od ładnych paru dni. Czart był już w takim ciągu alkoholowym, że nie zamykał za sobą drzwi, by nie męczyć się z kluczem podczas codziennych eskapad do pobliskiego sklepu. Zwłaszcza, że opróżniał zapasy już podczas powrotu do domu, by nie wypaść z formy.
Wkroczyli do ciemnego, lecz przestronnego przedpokoju. Ostrożnie stąpali po posadzce z krzywo ułożonych płyt. Symbol partactwa miejscowych fachowców. Co, jak co, ale to nadal był diabeł, więc musieli być czujni na każdym kroku. Nawet Bogna, która przez swoją budowę często zahaczała o różne przedmioty teraz uważała na każdym kroku.
Nie musieli długo szukać. Rokita chrapał w najlepsze na kanapie w salonie. Otaczał go półkrąg pustych butelek po wszelakich alkoholach, a od samego diabła waliło niczym z podrzędnej gorzelni.
Ferajna chwyciła mocniej pałki w dłoń i bez zważania na konspirację rzucili się na nieświadomego niczego czarta okładając go pałkami aż miło. Rokita obudził się, ale pod naporem niezliczonej ilości razów nie mógł nic zrobić poza jęczeniem i wołaniem o pomoc.
- A krzycz sobie ile wlezie. – mówił z rozkoszą Staszek. – Na tym zadupiu nikt cię nie usłyszy.
Bili go jeszcze przez kilka dobrych minut, do momenty gdy stwierdzili, że najwyraźniej ma dość i zaraz może im zejść.
- Bogna skręć mu łapy.
Kobieta posłusznie odrzuciła pałkę i złapała delikwenta za ręce, wykręcając je do tyłu tak mocno, że aż chrupnęły pękające kości.
- O mój Lucyferku – jęknął poturbowany diabeł. – Za co?
- Za co? – Staszek uderzył diabła otwartą ręką w twarz. – Za kozie jajco diabełku. Gdzie masz cyrografy?
- Jakie cyrografy? Z interesu wypadłem parę dekad temu.
Staszek skinął porozumiewawczo głową, a Bogna zaczęła wręcz wyrywać ofierze ręce z barków.
- AAAA!
- Słuchaj. Mi osobiście też nie podoba się, że musisz tak cierpieć. Przez wzgląd na stare czasy. – Zerknął na kobietę, która odwzajemniła spojrzenie łypiąc na niego spode łba za próbę okazania nawet najmniejszej litości. – Ale zrobiłeś błąd. Miesiąc temu zawarłeś pakt z pewną gówniarą z gimnazjum. Pamiętasz?
Rokita otworzył spuchnięte oko i przyjrzał się człowiekowi.
- Wnuk Karpika?
- Dobrze sobie przypominasz. Jednak wciąż nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Podpisałeś?
- Tak. I nie z jedną, a z kilkoma. – Chlipał diabeł. – Ale to nikt z twojej rodziny.
- Błąd staruszku. Tak się składa, że jedna z tych gimnazjalistek, to moja… siostra! – Kolejny cios, tym razem zaciśniętą piersią sprawił, że kilka zębów posypało się na podłogę. – Inne nazwisko, ale ta sama matka. Po zmianie ustroju moi rodzice się rozwiedli dlatego nic nie wiesz.
- Znalazłem towar. – Wit pojawił się niosąc tekturowy karton pełen byle jak powkładanych pergaminów.
- No to co? - Wyciągnął swój pistolet i wycelował prosto między oczy diabła. – Załatwiamy gnoja i lecimy?
Rokita spojrzał na ciemną lufę z której wyłaniał się słaby, błękitny blask. Już żegnał się z tym światem, chociaż z żalem. Nie chciał wracać do piekła w taki sposób, okryty hańbą, a z całym pakietem cyrografów, by pokazać, że jeszcze się do czegoś nadaje.
Pocisk wyleciał z lufy i pognał prosto przed siebie zanurzając się w ciele Bogny. Kobieta wrzasnęła na całe gardło, puszczając ręce rokity. Diabeł ruszył obolałą rękę w kierunku pistoletu Staszka, który w tej samej chwili odwracał się w stronę z której padł strzał. Człowiek syknął z bólu i puścił pistolet, machając poparzoną dłonią. Cała konstrukcja broni zaczęła czerwienić się od wydobywającego się z jej środka żaru.
- Widzę, że przybyliśmy na czas. – powiedział niski, męski głos.
Z ciemności wyłoniły się dwie postacie. Jedna wysoka, niemal dwumetrowa, o szerokich barakach i posturze, której nie powstydziłby się żaden strongman. Z jego czoła wyrastała para zakręconych niczym u barana rogów. Ubrany był w garnitur z wyszytymi na piersi trzema literami „HDS”.
Druga postać była sporo niższa od olbrzyma, a jej budowa wyraźnie wskazywała na to, że jest kobietą. Nosiła się identycznie jak jej partner, a do tego jej rogi znacznie różniły, albowiem wyglądały jak u antylopy.
Cała ferajna była zaskoczona ich przybyciem. Przecież obserwowali dom jak i samego Rokitę od kilku dni. Czekali czy przypadkiem ktoś z piekła nie zechce się z nim skontaktować, a tutaj pustki. Najwyraźniej czaili się tak samo jak i oni.
- Przedstawię się – powiedział ten wyższy. – Agent Murder.
- I agentka Skull. Służby Ochrony Piekła, jak to mówicie po polsku. – Dokończyła z wyraźnie brzmiącym angielskim akcentem.
- Panie Rokita proszę tu do nas, a wy stójcie w miejscu, bo następnym razem strzelę by zabić. No może z jednym wyjątkiem. – Uśmiechnął się złośliwie i puścił oko Bognie.
Rokita wstał ledwo i doczłapał się do pary piekielnych agentów, spoglądając nienawistnym spojrzeniem na swych oprawców.
- Wodnik niech kopnie to pudło to nas, tylko ostrożnie. Zawartość ma się nie wysypać, bo skończysz jako smażona ryba na piekielnym wyjeździe integracyjnym.
Wit skrzywił się, ale posłusznie zrobił to co mu kazano.
- Co teraz z nami zrobicie? – zapytał się Staszek niepokojąc się o swój los.
- Mamy wyraźnie rozkazy – odpowiedziała diablica. – Zabijamy wszystkich poza tobą. Boruta wraz z Mefisto chcą cię widzieć żywym.
- Podejrzewam, że nie chcą mnie zaprosić na herbatkę.
- Skull musimy? Zatrzymałbym dla siebie tamtą. Całkiem niezła sztuka. – Głos Murdera zabrzmiał obleśnie.
- Rozkaz to rozkaz. Jak sam nie chcesz to ja ich zastrze… - nie dokończyła.
Z głowy agentki Skull została jedynie żuchwa ukazująca rząd nierównych, spróchniałych zębów.
Murder nie wiedział co się dzieje. Zaczął odsuwać się od okna podejrzewając czającego się gdzieś na zewnątrz snajpera. W tym samym czasie Rokita po prostu położył się na ziemi modląc się do sił piekielnych o ocalenie.
Bogna jakby czekając na to rzuciła się na diabła. Kompletnie nie zwracając uwagi na ranę postrzałową. Fakt, ból był straszny, albowiem diabły użyły srebrnych pocisków. Jednak nie wiedzieli, że ta konkretna istota, była już tyle razy podtruwana srebrem, że zdążyła się uodpornić na zawartą w nim truciznę.
Jej palce zmieniły się w szpony, które z łatwością rozpłatały dłoń piekielnego agenta na kawałki. Murder nawet nie zdążył wyciągnąć drugiej broni. Dwa szeregi zębów wbiły się w jego szyję, a potem wyrywając potężny kawał mięsa, sprawiając że głowa diabła wisiała teraz tylko na cienkim kawałku czerwonej skóry.
- Nie dzisiaj koziołku. – Powiedziała Bogna, wypluwając potępione mięso.
- Nie mówi się z pełnymi ustami. – westchnął Staszek. – I postaraj się by nasz delikwent nie użył już więcej mocy. Poparzenia zawsze u mnie się ślimaczą.
Strzyga kiwnęła głową i posłusznie wyrwała Rokicie ręce. Krew siknęła na wszystkie strony, plamiąc podłogę i spodnie strzygi. Diabeł zawył z bólu, a łzy pociekły mu ciurkiem po policzkach.
- Dobra. Załatwiamy sprawę szybko. – Człowiek podniósł swój pistolet i sprawdził czy nie jest uszkodzony. – Wit odkręć krany, a każdy płyn łącznie z krwią zmień na alkohol lub benzynę. Palimy tą budę i się wynosimy.
- Robi się.
Parę chwil później jechali w stronę Warszawy. Po drodze mijało ich parę jednostek straży pożarnej jadących do pożaru, ich dzieła. Czuli zadowolenie z dobrze wykonanej roboty oraz z tego, że Sława przybyła na czas. Siedziała wraz z nimi tylnim siedzeniu z nałożoną na głowę kominiarką. I bardzo dobrze, albowiem wszyscy wiedzieli, że kikimora pewnie nie nałożyła na siebie iluzji. Czyściła swój nowy karabin snajperski na który musiała tyle czekać.
Bogna oddychała ciężko, ale nawet nie pisnęła, tak twarda była z niej sztuka. Jednak była pewna, że przez parę dni będzie musiała uważać, by rana się nie otworzyła. Odporność, odpornością, ale rany po srebrnych kulach zawsze wolniej się u niej zasklepiały.
Wit natomiast kończył wypijać kolejną butelkę mineralnej. Zmiana cech cieczy przy pomocy magii zawsze porządnie go wysuszała.
- Dobra czas zadzwonić. – Staszek zatrzymał się na poboczu.
Wyciągnął z kieszeni małe lusterko ozdobione odwróconym pentagramem. Nim opuścili dom Rokity i puścili go z dymem, zabrał go jednemu z agentów. Co jak, co ale dzięki magii diabły były z technologią do przodu. Dotknął każdego z rogów diabelskiego symbolu niczym numerów na komórce. Lusterko otworzyło się pokazując zamglony obraz.
Po chwili wszyscy usłyszeli chrapliwy głos.
- Centrala Piekielna, słucham.
- Proszę mnie połączyć z menagerem Mefistofelesem, pilne.
- Analiza połączenia skończona. Już łączę agencie Murder, proszę czekać.
Nie minęła nawet minuta kiedy na powierzchni lustra pojawiło się profil zniecierpliwionego diabła.
- Mefistofeles słucham. – odparł nawet nie spoglądając w lustro, a w komputer na którym wyświetlały się tabele w Excelu.
- Z tej strony Stanisław Karpik proszę pana. – odparł złośliwie, jakby oznajmiał wyniki konkursu. - Chciałbym tylko poinformować, że pańscy agenci razem z Rokitą zapewne już materializują się gdzieś w piekle. A co do cyrografów, to cóż… podpałką były niezłą.
Mefisto podskoczył na krześle jakby rażony prądem. Złapał lusterko i przysunął do twarzy.
- Karpik gnido. Nie wiem, co kombinujesz, ale dorwiemy cię!
- Nie sądzę. Grzecznie ostrzegam, że teraz jesteście konkurencją, którą będziemy tępić. Tak jak tępiliście naszych ze skrzydlatymi jakieś tysiąc pięćdziesiąt lat temu. Co nie ferajna?
Wszyscy potwierdzili to głośnym „pewnie”.
- Czego chcecie?
- Czy piekło zatrudnia głuchych na stanowiskach kierowniczych? Chcemy się was pozbyć z naszego regionu. Żaden diabeł nie będzie się nam wpierdalał do interesów. Zapamiętajcie to sobie. – Staszek zamknął lustro z głośnym trzaskiem i wyrzucił je przez okno.
*** Smętek pakował wszystkie swoje rzeczy do torby. Miał już po dziurki w nosie wszystkiego. Zakład mu zamknęli, czasowo, ale to wciąż oznacza straty. Jego ja i pozostałych pracowników poddali dokładnej dezynfekcji, poniżając go kompletnie serią zabiegów. Boruta napisał na niego skargę do prezesa „za brak współpracy”. A teraz jeszcze następne diabły z klątwą zaczęły wpadać do jego pięknego zakładu przez portal. Jak nic kwarantanna całej hali na ładne parę wieków.
Coś w biesie pękło. Czuł przez swoją czerwoną skórę, że musi odpocząć od wszystkiego i wszystkich. Pieprzyć piekło i wszystko, co z nim związane. Zastanawiał się czy nie wyjechać w Bieszczady, a może i nawet w rodzime Kaszuby.
*** - Robota wykonana? Świetnie! – Weles nie krył swojego zadowolenia. – Wieczorem spotkamy się u mnie na Bemowie. Pogadamy o następnej akcji. A powiedz mi, czy skrzydlaci wiedzą? To dobrze, jeszcze za wcześnie na nich. Ok, ok. Sława.
Słowiański bóg spojrzał się zza okno na korporacyjne zagłębie na Domaniewskiej. W szkle jego własne odbicie uśmiechało się do niego. Zbroję i stare szaty schował do szafy, zwalczył stare przyzwyczajenia i pokonał depresję, która trwała ponad tysiąc lat. Teraz był statecznym, eleganckim mężczyzną o białej, równo przystrzyżonej brodzie. Garnitur również leżał na nim doskonale, podkreślające jego, jak to współcześni by powiedzieli, wysportowaną budowę.
Odwrócił się i ruszył w stronę dużych drzwi prowadzących do sali konferencyjnej. Wyszedł stamtąd tylko na chwilę, by odebrać telefon. Teraz musiał zająć się bardzo ważną klientką.
Wszedł do środka i szybko usiadł przy stole. Naprzeciwko niego siedziała pracująca w tym wieżowcu kobieta, która raczyła się z nim skontaktować.
- Przepraszam, ważny telefon od partnerów biznesowych. – Uśmiechnął się do niej przepraszająco. – Wracając do tematu. Wiem, że nie możemy zaoferować tego co konkurencja, ale mogę zagwarantować pani kilka rzeczy. Zapewnienie ochrony zarówno ciała fizycznego jak i duszy przed wszelkimi złymi duchami oraz demonami. Licząc oczywiście do tego siły piekielne jak i niebieskie. Do tego mamy coś zupełnie innego niż konkurencja. U nich ma pani przymus pójścia albo do piekła na wieczne katusze, albo do nudnego, przewidywalnego nieba. My natomiast zapewniamy ponowne przyjście na świat i to zawsze w ciele ludzkim. To jak pani Alicjo? Podpisujemy?

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 481
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Polując na diabły

Post autor: Krin » 20 lutego 2016, 11:37

Śnieg przemykał przez światła latarni ulicznych, opadając na brudny, wilgotny asfalt i tworząc kolejne warstwy błota pośniegowego.
Czy można powiedzieć, że śnieg przemykał przez światła latarni ulicznych? Można przechodzić przez światło? Tak średnio. I czy przemykał to jest dobre określenie na ruch śniegu? Pomyślałabym jeszcze nad tym zdaniem.
by się zabawić, napić, lub po prostu spotkać się z kumplami w barze.
Darowałabym sobie te drugie "się", bo się powtarza.
Od razu ją zauważył i zamaszystym gestem zaprosił ją do swojego stolika.
Tu też bym wyrzuciła drugie "ją", bo wiadomo kogo już z pierwszej części zdania, choć nie mogę powiedzieć, że wtedy to zdanie będzie brzmieć zupełnie dobrze. Jednak tak jak teraz też nie dobrze.
Podeszła do niego posłusznie, jakby ciągnięta przez niewidzialną nitkę kusiciela, której w żaden sposób nie dało się oprzeć, a następnie usiadła naprzeciwko niego.
Najpierw podeszła, potem usiadła - brzmi to nieco niezgrabnie, zwłaszcza z tym "następnie". Trochę jak w instrukcji obsługi. Nie chciałabym tu pisać takich konkretów, ale może dobrze byłoby zacząć od np. " Usiadła posłusznie" albo "Przysiadła się do niego posłusznie" czy co innego tam akurat pasuje. Po prostu, żeby to razem skleić.
Poza tym znów zaznaczasz, że "do niego". Niezagubienie się kto i gdzie poszedł jest istotne, ale jeśli tak jasno wynika to z poprzedniej części zdania to też zupełnie zbędne, a nawet złe.
- Herbaty, a może kawy panno Alicjo? – zapytał się uprzejmie.
Na cóż znowu to "się"? Czy bez niego zdanie ma dokładnie takie samo znaczenie? Ma. Słowa "się" pozbywaj sie, gdzie tylko możesz, bo jego zawsze pcha się niezliczona ilość.
powiedziała wstydliwie, czerwieniąc się przy tym na twarzy. Rozglądając się przy tym nerwowo na wszystkie strony.
"Przy tym" jest w obu przypadkach zupełnie niepotrzebne. Masz tendencję do takiego dokładnego określania, a przecież z samej konstrukcji zdania wynika, że zrobiła to jednocześnie. Ponadto połączyłabym oba zdania, najlepiej spójnikiem "i", bo w ten sposób jest niepoprawnie. "Rozglądając się przy tym nerwowo" - przy czym? Ja wiem, że przy tym, o czym pisałeś w poprzednim zdaniu, ale to nie znaczy, że możesz tak napisać. :P
Mężczyzna wstał i wyciągnął rękę przed siebie w geście jakby czekał

No przecież za siebie jej nie wyciągnął. Chyba zaraz zacznę być złośliwa.
- Przejdźmy więc do interesów. – Rozwinął pergamin zapisany starannie wykaligrafowanym tekstem. – Tak jak wstępnie ustalaliśmy pakiet standardowy, sukces i powodzenie do końca życia lub wcześniejszego spełnienia warunku podanego w punkcie ósmym. Plus możliwość wybrania przez cały okres trwania umowy do trzech grzeszników, których możemy na pani życzenie zlikwidować. Tylko zaznaczam, że musimy wpierw zweryfikować, czy wskazane osoby na pewno są dostatecznie zatwardziałymi grzesznikami.

Zaskoczyłeś mnie. XD Myślałam, że to nazwisko to tylko nazwisko. Już miałam pisać, że ten moment z węglem to jakiś dziwny, a teraz ogarnęłam. Podoba mi się.
Monika dokładnie przyjrzała się tekstowi zawartemu w cyrografie.
Definicja znaleziona w internecie: "przyjrzeć się - przypatrzeć się, obejrzeć coś, kogoś uważnie, ze wszystkich stron". Niby można... Ale czy trzeba?
-Chociaż specjalnie dla pani chciałbym zaproponować pakiet Premium. – Kontynuował Boruta
Bez kropki przed myślnikiem, a "Kontynuował" z małej litery. Dobrze by było, gdybyś zapoznał się z zapisem dialogów, bo to nie pierwszy błąd.
A czym się niby różni od wersji standardowej? I czemu nie wspomniał pan tego wcześniej? – Spojrzała się na niego podejrzliwie, nie podobał się jej fakt, że diabeł dopiero teraz o tym mówił.

Diagnozuję sięjozę. Jeszcze nie w stopniu śmiertelnym, ale wymagającym leczenia.
Ten który ciągle blokującego jej awans.
?
gnała przed siebie rozglądając sięga jakimś kościołem.
Mam takie wrażenie, że nie do końca sprawdzałeś ten tekst.
- Staszek? – odparł niepewnie. – Mały Staszek Karpik?
Raczej spytał, bo odparł to twierdząco.
- Wiedziałem, że mnie poznasz ty czerwona mordo.
Przed wołaczem przecinek.
plamy czerwonej, diabelskiej skóry zaczynały znikać, rogu znikać pod czołem.
?
- Czego chcesz? Pewnie nie po to by ubić interes?
Czy pomyliłabym się, zgadując, że pierwotna wersje pierwszego zdania brzmiała "Po co tu przyszedłeś?".
Śnieg padał coraz mocniej, posklejane płaty miękkiego śniegu bombardowały wszystko na swojej drodze, tworząc coraz większą pokrywę białego puchu.
Tak to trochę brzmi, jakby na tym zapleczu śnieg padał. Opis tego co na zewnątrz raczej zastąpiłabym opisem zaplecza, a więc miejsca, które ma w tej chwili jakieś znaczenie.
Diabeł spojrzał się na zegarek.

Nie, jednak sięjoza śmiertelna. Naprawdę powinieneś dwa razy zastanowić się, zanim użyjesz tego słowa.
ze połamał się na dwie połowy wysypując przy tym zawartość.
Połowy zawsze są dwie.
Jeden z najlepszych sposobów by sługa piekieł przestał panować nad niektórymi swoimi mocami. A pozdrowienie od bardzo starych znajomych, o których diabeł starał się zapomnieć, było jednym z nich.
Z tego fragmentu wynika, że pozdrowienia od starych znajomych były jedną z diabelskich mocy.

Skończyłam pierwszy fragment i nie pojmuję jednej rzeczy. Boruta twierdził, że może się zamienić w ptaka i odlecieć. Więc czemu tego nie zrobił, tylko sobie stał potulnie?
Dobra. Przypominam sobie coś o tym, że wściekłość pozbawiała go części mocy. Ale żeby aż tak? Diabły to są chyba łatwe do rozwścieczenia i jeśli miałyby być od tego bezbronne, to nie wróżę im najlepszej przyszłości. Moim zdaniem rozwiązanie z lekka naciągane.
Nigdzie indziej tak nie gotowano dusze w smole
Nagle do gabinetu otworzyły się z głośnym trzaskiem.
Co się otworzyło? :D
Zacisnął kościste w pięści, końcówki palców stały się różowe.
Co zacisnął?
Kawka nie mogła wystygnąć, że dopiero teraz raczyłeś się tutaj zjawić.
Znak zapytania?
Głos wrócił mu do typowego, kierowniczego tonu, wyrwał najbliższemu diablikowi widły i wycelował je prosto na Borutę.
Ten głos mu wyrwał widły? XD
Zastępy niebieskie mimo iż osłabione przez spadek wiary ludzkości nie poddawał się i wymyślał coraz do nowe egzorcyzmy. Jak widać nowo-stary wróg również.
One (zastępy) czy jakiś bliżej nieznany on? Nie rozumiem też, w jaki sposób to ostatnie zdanie łączy się z poprzednim. To znaczy rozumiem, o co chodzi, ale nadal się nie łączy.
Trzeba było mieć nie tylko wykształcenie, ale i sporą wprawę w umiejętnościach interpersonalnych i technikach manipulowania, zwodzenia i kuszenia śmiertelników. I właśnie przed nim stał jego szef, kierownik projektu Cyrograf 2000-2666, menager Mefistofeles.
To znaczy przed kim stał?
Minę miał nie tęgą, miał ochotę zatłuc kogoś na miejscu.
Powtórzenie.
- Co więc proponujesz? – Diabelski menager spoważniał. Mam posłać grupę szturmową, by go odbiła?
Zagubiony myślnik. Karevos, przyznaj się, sprawdzałeś, czy nie sprawdzałeś?
- Widzisz jak mi czytasz w myślach? Zadzwoń do prezesa, wyjaśnił sytuację. Przecież się kolegujecie już od kilku tysięcy lat. Pewnie cię jeszcze nagrodzi za dbanie o monopol w regionie.
Tu po raz któryś już z kolei zauważyłam, że masz skłonność do tłumaczenia w dialogach rzeczy, których rozmówcy wcale nie muszą sobie tłumaczyć. Zresztą on nawet nie tłumaczy Borucie. Nikomu oprócz czytelnikowi nie tłumaczy.
Staszek zerknął na swoich pasażerów, których przywiózł do tego zapomnianego przez wszystkich bogów miejsca.
Skoro ich tam przywiózł, to raczej nie byli to cudzy pasażerowie.
Staszek zerknął na zegarek i od się skrzywił.
?
W trójkę wyszli z samochodu i ruszyli w stronę nieotynkowanego domu-kostki, jakich na wsi wiele.
Tu też. No mogli wyjść nie w trójkę, ale z kontekstu raczej wynika, że w trójkę. To tylko koleje nic nie wnoszące słowa.
Ale zrobiłeś błąd.
Błąd się raczej popełnia.
Jedna wysoka, niemal dwumetrowa, o szerokich barakach i posturze, której nie powstydziłby się żaden strongman.
Baraki miała? XD
Nosiła się identycznie jak jej partner, a do tego jej rogi znacznie różniły, albowiem wyglądały jak u antylopy.
?
Siedziała wraz z nimi tylnim siedzeniu z nałożoną na głowę kominiarką.
Licząc oczywiście do tego siły piekielne jak i niebieskie. Do tego mamy coś zupełnie innego niż konkurencja.
Powiem od razu, że tekst jest trudny do przebrnięcia. Nie wszystkie błędy oznaczałam, bo jest ich zwyczajnie za dużo i większość się powtarza. Szczególnie ciężki są te momenty, w których gubisz słowa, a może i całe zdania oraz te, w których kolejne zdania nie wynikają z poprzednich. Pod tym względem druga połowa wypada zdecydowanie gorzej od pierwszej.
Wspominałeś, że ktoś ci powiedział jakobyś miał patetyczny styl. Nic takiego nie zaobserwowałam, a nawet powiedziałabym, że wręcz przeciwnie - czasem wydało mi się to wszystko zbyt potoczne. Wspominałeś (w przywitalni) również o dziwnym szyku zdań. Tu nie zaprzeczę. Cały czas wykolejasz się też na jakiś dziwnych określeniach. Ogólnie z językiem bardzo ciężko. Jak z interpunkcją? Trudno powiedzieć. Byłam zajęta innymi problemami. ;) Na pewno zapis dialogów wymaga poprawy, ale o tym już wspominałam.

A jak reszta? Pod względem fabularnym całkiem nieźle, choć niestety sposób wykonania uniemożliwił mi nacieszenie się tym. Na pewno wiesz, jak powinno się zakończyć opowiadanie, bo stworzyłeś bardzo fajne i zabawne podsumowanie. Nie wiem dokładnie, jak to tam z Welesem było, ale jeśli tak jak napisałeś, to ma facet bardzo słuszne argumenty. XD Podobało mi się też powtórne pojawienie się Alicji. Kobieta jest wymagającą klientką. :D

Nie wiem jaką mogę ci dać konkretną radę na koniec, ale wiem, że jednym z dobrych sposobów na język jest czytanie własnego tekstu na głos. Wtedy wszystko słychać.
Oczywiście należy też jak najwięcej czytać, ale to chyba oczywiste.

Weny!
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 197
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Re: Polując na diabły

Post autor: Kimchee » 25 lutego 2016, 20:56

- Nie, dziękuję – powiedziała wstydliwie, czerwieniąc się przy tym na twarzy. Rozglądając się przy tym nerwowo na wszystkie strony. – I proszę nie mówić do mnie po imieniu.
Tu jest przykład tego, o czym napiszę potem. Niektóre słowa są zbędne, zbyt łopatologiczne. do tego dochodzi dziwna maniera budowania zdań.
Monika dokładnie przyjrzała się tekstowi zawartemu w cyrografie.
A wcześniej nie nazywała się Alicja?
Ten który ciągle blokującego jej awans.
A to zdanie to w ogóle jest dziwne

Murder i Skull?
Piekielne Archiwum X? O.o

Podoba mi się klamra kompozycyjna - wykorzystanie postaci Alicji na początku i na końcu.
Na pewno musisz poczytać poradnik zapisu dialogów, bo w tym tekście bywało różnie. Błędy interpunkcyjne też się zdarzyły, ale akurat on mi się jakoś bardzo nie rzucały w oczy.
Mam taką ogólną konkluzję - chyba w części powtórzę to, co pisała Krin - że styl masz jeszcze do końca nie wyrobiony. Nie wiem, od jak dawna piszesz, ale po tym tekście wygląda to tak jakbyś nie mógł się zdecydować. Raz używasz "wielkich słów" i styl sprawia wrażenie dopracowanego, gdzie indziej wkrada się mowa potoczna. Dalej, za dużo nadprogramowych zaimków, które są do wyrzucenia. Całości tekstu przydałaby się porządna redakcja. Zdania raz są za długie. Część tych wielokrotnych można by pociąć i zrobić nich kilka mniejszych, bardziej przyswajalnych. Gdzie indziej tam, gdzie każdy inny po prostu postawiłby przecinek, ty stawiasz kropkę.

Fabuła. nie jestem fanką takich rzeczy, pomysł piekła jako korporacji też nie jest jakiś oryginalny, ale parę razy się nawet uśmiechnęłam (np. przy warunku, że Polska musi zostać mistrzem świata w piłce nożnej). Niestety, częściej unosiłam brwi ze zdumienia, szczególnie gdy w drugiej części fabuła zaczęła przypominać film a'la Tarantino. Swoją drogą, nie jesteś czasem fanem Ćwieka?

O postaciach mogę powiedzieć tyle że są, niektóre noszą dość znajome imiona, dzięki czemu mogłam jakoś je zapamiętać, bo jakoś nikt nie ma oryginalnych rysów charakteru. No, może poza Alicją, która akurat wydaje mi się najlepiej zrobioną postacią. Wszyscy chodzą, coś robią, zabijają się, ale jakoś to do mnie nie przemawia, bo nie czuję z nimi żadnej więzi. ale też myślę, że nie było twoim zamiarem napisanie opowiadanie psychologicznego, tylko czegoś nastawionego na akcję.

To chyba wszystko. Trochę sobie ponarzekałam, ale ja akurat nie jestem targetem takich tekstów.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Polując na diabły

Post autor: Siemomysła » 27 lutego 2016, 11:18

Pomysł jest fajny. Sięgnięcie do słowiańskich wierzeń jest fajne. Połączenie ich z chrześcijaństwem jest fajne, choć mi nieco brakowało jeszcze reakcji niebios na to wszystko. W sumie też powinny przeciągać Alicję na swoją stronę, choć może scenka w kościele miała to właśnie przekazywać? Pętla z Alicją jest fajna, choć nie do końca dla mnie zrozumiała, gdy się zastanowię nad zachowaniem Alicji i tym, co mogłam wywnioskować na temat jej charakteru podczas lektury. Natomiast co niestety nie jest fajne to wykonanie. Przede wszystkim – co już zauważyła Krin – tekst wygląda jakbyś go nie sprawdził porządnie przed wrzuceniem na forum. Pojawiają się błędy wszelkiej maści od prostych literówek, przez ortografy („warzyć” użyte w znaczeniu rozważać), nadmiar się („spojrzeć” nie jest czasownikiem zwrotnym, więc nie powinien być poparty przez „się”), powtórzenia pojedynczych słów, całych konstrukcji/zwrotów, a także informacji, aż do zdań kompletnie niezrozumiałych ze względu na to, że najpewniej zmieniłeś koncepcję w trakcie pisania, albo poprawiając nie pamiętałeś, by zmienić wszystkim słowom formę gramatyczną. Najprostsza rada na to – dłuższa przerwa po napisaniu przed poprawianiem. Na początku zaczęłam zaznaczać takie miejsca, ale kiedy okazało się, że w połowie trzeciej strony mam ich około trzydziestu dałam spokój. Źle się czytało i w sumie dlatego zajęło mi to tak dużo czasu – odkładałam i wracałam. W międzyczasie Krin dość napisała konkretny techniczny komentarz i myślę, że warto byś się nad jej uwagami pochylił.

Ja się odniosę jedynie do porównań, jakie stosujesz. Moim zdaniem większość z nich jest niepotrzebna, przedramatyzowuje tekst i pozbawia go płynności. Ponadto zdaje mi się, że wcale nie wywołują one w czytelniku takich wrażeń, jakich, stosując je, oczekiwałeś.

Na przykład:
– Ależ proszę pana. Sama mogę zapłacić. – Obruszyła się niczym kotka.
Oczywiście jestem w stanie sobie to przetłumaczyć na to, że Alicja prychnęła, ale to dopiero później, jak już się zacznę zastanawiać nad sensownością tego zdania. Bo najpierw myślę o tym, że sugerujesz mi, iż moja kotka powinna sama za siebie płacić. W formie wybranej przez Ciebie to porównanie idzie naokoło. Muszę się zatrzymać i pomyśleć nad tym w jaki sposób obruszają się kotki. Dając takie określenie po myślniku sugerujesz, że dotyczy ono całej reakcji, nie tylko sposobu jej wyrażenia. Tymczasem porównania stosuje się po to, by czytelnik od razu dostał właściwy obraz – w pierwszym skojarzeniu. Jeśli już wybierasz porównania oparte na zwierzęcych zachowaniach (a tu zgadzam się z tym, co Martys kiedyś powiedziała na szałcie), to myślę, że nie warto ich udziwniać, bo traci na tym płynność tekstu.

Albo tutaj:
– Rozumiem. – Wypiła łyk kawy, której sam zapach potrafił zwalić z nóg.
Czyli co? Tak źle pachniała? Czy chodzi Ci o to, że była mocna? Mocna kawa stawia na nogi, nie z nich zwala, ale oczywiście mogłeś iść tym tropem, że może przyprawić o atak serca, co jednak nie jest standardowym skojarzeniem. No i to przecież było cappuccino. Raczej łagodna rzecz, nie mordercza. Moim zdaniem porównania i odnośniki powinny naprowadzać czytelnika, a nie go konfudować.

Właściwie tyle ode mnie. Pisz, pisz, pisz, bo to najlepsze ćwiczenie, a na pewno warto, bo wyobraźnię do tworzenia ciekawych pomysłów z pewnością posiadasz.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Karevos
Posty: 13
Rejestracja: 24 stycznia 2016, 12:14

Re: Polując na diabły

Post autor: Karevos » 28 lutego 2016, 12:06

Dziękuję wszystkim za rzetelne i wartościowe komentarze.

Bez bicia się przyznaję, że przeczytałem raz tekst, od początku do końca, ale widać nie dostatecznie. Już po poście Krin wprowadziłem nową zasadę pisania i sprawdzania tekstów. Czyli każdy napisany co dopiero akapit czytam parę razy, by w razie czego wyłapać na samym początku błędy, a potem przy każdym kolejnym sprawdzaniu również po min. trzy razy. każdą stronę, by wyłapać jeszcze nieścisłości fabularne. Oczywiście staram się również czytać tekst na głos kiedy tylko mogę (brat często przebywa w moim pokoju, a jest uwielbiającym wszystko komentować złośliwym cynikiem, więc bardziej, by mnie rozpraszał niż pomagał).
Ogólnie zastosowałem już powyższe zasady przy tekście do CF. Efekt? Mniej zaimków (sięjoza się cofa i nie tylko ona), mniej powtórzeń, tekst zaczyna mieć niepowykręcane ręce i nogi.

Co do Ćwieka, to przyznaję, że bardzo szybko i łatwo czyta się jego książki. Jednak nie rozumiem fenomenu Kłamcy i nie podobał mi się (a przeczytałem wszystkie 4 części wydane przez Fabrykę Słów). Zwłaszcza fragment gdy musiał przebrać się za Oberona nudził mnie strasznie.

I tak. W przypadku tej dwójki agentów wzorowałem się na Archiwum X. Od taka parafraza nazwisk głównych bohaterów.

I po głębszym zastanowieniu przyznaję rację, że dodanie jeszcze sił niebieskich nie byłoby złym pomysłem.

Siemomysła ja będę pisał. Akurat tak się składa, że na krytykę jestem przygotowany i wszelkie konstruktywne uwagi przyjmuję na klatę i staram się je dobrze przeanalizować. Bo też uważam, że pomysły mam i mam umiejętności konstrukcji fabularnej, które muszę doszlifować. Chociaż jak widzę bez porządnego fundamentu, czyli poprawy mojego języka i stylu się nie obędzie.

Jeszcze raz wszystkim dziękuję.

ODPOWIEDZ