UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Tytuł PROZY LIPCA
zdobyło ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee.

Serdecznie gratulujemy! :D

Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałwa)

FANTASTYKA
W odróżnieniu od literatury realistycznej, fantastyka jest literaturą bardzo aktualną. ~ Kir Bułyczow
Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1825
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: Kruffachi » 09 grudnia 2016, 17:05

To nie będzie ani wybitny, ani długi komentarz.

"Na obraz..." to zdecydowanie jeden z tych tekstów, których nie trzeba sobie odświeżać nawet po długiej przerwie. Przynajmniej ja nie musiałam tego robić, bo zarys ogólny pamiętam doskonale, postaci jeszcze lepiej, a jeśli umknął mi jakiś szczegół, to odpowiednie frazy go przywoływały i wszystko się gładko ułożyło. To tylko po raz kolejny potwierdza, jak duże wrażenie na mnie ten tekst robi. Po prostu mi się wyrył w mózgu. A może pomaga też fakt, że - odnoszę takie wrażenie - każdy kolejny rozdział niejako odbija w sobie resztę i całość. To znaczy trzymasz się jednego klimatu i tonu, nie mam bynajmniej wrażenia, że przerywasz i odkładasz pisanie na długo. Zupełnie nie czuć, że musisz wracać na odpowiednie tory, jakbyś doskonale wiedziała, co robić i jak powinno to wyglądać. Nawet jeśli nie w szczegółach, to w jakimś kluczowym ogólnym zarysie.

Działo się w tej wstawce. Było i straszno, i śmiesznie, i błyskotliwie w dialogach, i było napięcie, a zakończenie każe mi siedzieć, kiwać się i obryzgać paznokcie niecierpliwie, bo w głowę zachodzę, co też ten Błazen - zdrajca czy wręcz przeciwnie, ktoś kto wybiegł myślą dalej? I co ten Grabarz? Co go w istocie do tego zmusiło? O ile oczywiście zmusiło? Naprawdę i szczerze - chcę więcej. I tyle. No.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: Siemomysła » 12 grudnia 2016, 13:33

Kruffachi pisze: a zakończenie każe mi siedzieć, kiwać się i obryzgać paznokcie niecierpliwie, bo w głowę zachodzę, co też ten Błazen - zdrajca czy wręcz przeciwnie, ktoś kto wybiegł myślą dalej?
Nie jest sobą! On na pewno nie jest sobą! Ktoś zbudował replikę! T_T

Kruffa ma rację. Można nie czytać długo, bo autorka ma przerwę a i tak człowiek gładko wślizguje się w historię. Ogromnie bardzo się cieszę, że piszesz! Chcę wiedzieć, co z nimi. Z Richardem i Aimarem. Z Błaznem. I wierzę w Grabarza! <3
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: Kanterial » 11 stycznia 2017, 17:46

Hehe, siema, napisałam na SB, że poukładam to w logiczną całość, ale pewnie nie dałaś się nabrać, całkiem słusznie, bo to nie będzie logiczne, także luz, spoko, nie odpowiadam za uszkodzenia mózgu podczas prób zrozumienia komentarza.

Jak mi się często zdarza, uznałam, że tekst poza mną czytają osoby bieglejsze w interpunkcji i redakcji, więc odpuściłam z założenia swój turbo spoiler, w którym mogłabym zabłysnąć łapaniem błędów. I tak naprawdę też nie miałam na niego potrzeby, bo błędów (według mnie) jest śladowa ilość, co przy czterdziestu tysiącach słów zasługuje na pochwałę. Pochwalam. Żeby jednak czepić się swoim zwyczajem: z rzeczy, które mnie osobiście nieco spowalniały, wymieniam a) sporą ilość wykrzykników (zwłaszcza na początku) używanych podczas akapitów "z wnętrza głowy bohatera" - przemyśleń. Spisywanie takich myśli, planów, reakcji (głównie podczas narracji z perspektywy Miry) wydawało mi się aż nazbyt emocjonalne i głośne przez niepozorny znaczek [!]. Później jednak zweryfikowałam to, no bo jednak sytuacja życiowa, jednak wiek, jednak wszystko wokoło. Kto wie, może niektórzy naprawdę myślą jak mówią, żywiołowo? Sygnalizuję jedynie swoje estetyczne upodobania, wiem, że to może brzmieć głupio. Jako drugą z rzeczy "na nie" wymieniam niesamowitość strażników (z pewnym zastrzeżeniem!) otóż: postacie, które w twoim tekście robią największe wrażenie, ba, przypominają Übermenschów (taki Błazen, Aimar, czy nawet Baletnica) są aż nieludzko... nieludzcy. Nie wyobrażam sobie nawet, że Baletnica czy Błazen mogą w ogóle korzystać z toalety :facepalm: (tak, wiem, jak to zabrzmiało). Ale poważnie. W tym całym potwornym zamieszaniu, ciągłym niebezpieczeństwie, zarówno Błazen jak i Grabarz są (odnieść można wrażenie) przekonani o tym, że przecież nic nie może się stać złego. Błazen wszystko widzi, o wszystkim wie, szósty zmysł, miazga, kosmos. Aimar? To samo. Baletnica zdaje się z taką łatwością prowadzić życie potrójnego szpiega (i na dodatek to, jak widzi ją van Foltyn, jakby cały czas mieszkała w tym swoim pokoiku...). I teraz nachodzi mnie obawa - znaczy nie teraz, a od początku - że to naprawdę są nadludzie. Ze coś jest "nietak" i o czymś nie wiemy. Że są już w twoim uniwersum ulepszeni ludzie, wskrzeszeni(?) ludzie, maszyno-ludzie, że ani Błazen, ani Baletnica, ani nawet Aimar, ludźmi nie są. Nie do końca w każdym razie. Gdyby tak było, czapki z głów. Gdyby tak nie było - zaznaczam, że brak mi umotywowania ich "zajebistości". Choć wzmianki o tym morderczym szkoleniu, które Błazen (młody mężczyzna, racja? jak oni wszyscy) rzekomo przeszedł. No, rozpisałam się, a jeszcze chciałam o tym później...

[koniec czepialstwa]

...no więc poruszę z kolei temat, który się łączy z powyższym. Istnieje takie wewnętrzne (we mnie!) przekonanie w trakcie czytania, że przecież nikt i nic nie zaskoczy Błazna. On jest niemal bogiem. Jednocześnie nie pozbawia mnie to zupełnie frajdy w czytaniu i to jest to, co mnie chyba najbardziej wprawiło w zachwyt w tym tekście. Tak, są jednostki które mają zaprogramowane 10/10. Nieludzkie 10/10, wszystkie cechy, o których się marzy, które się przypisuje superbohaterom, ulubionym postaciom literackim tłumów i ogólnie, och, ach, Błaźnie, wiem, że nie możesz istnieć naprawdę. I ty, Aimarze, który jesteś tak epicki i ociekasz aurą tajemniczości i pewności siebie i na dodatek nigdy się zapewne nie potykasz, idąc chodnikiem. Wiem to, czuję to, a jednocześnie nic nie gasi we mnie niepokoju - boję się o Grabarza, gdy Błazen go pilnuje, boję się strachem Miry, gdy przemierza z Aimarem klub. Jak to możliwe? Otóż możliwe, bo twoje postacie są niejasne. Ani dobre, ani złe, niejednoznaczne (no, może Mira, ona jest po prostu niewinna i młoda) i przez to pociągające, intrygują i wzbudzają podziw. Podziw w tym pozytywnym znaczeniu, właśnie niepewnym, niepokojącym, w każdej chwili możliwym do złamania. Bo wiesz - kiedy oglądasz, powiedzmy, najnowszą część Gwiezdnych Wojen (widziałaś? jak nie to nie problem właściwie) i wszystkie akcje opierają się na zarysie
[BUM O NIE NIEBEZPIECZEŃSTWO > O NIE GINA NIEWAŻNI LUDZIE, AŁA, KOLEJNY KLON TRAFIONY > TERAZ JUŻ NIC NAM NIE POMOŻE > SERIO > POJAWIA SIĘ BRYGADA REBELIANTÓW I WSZYSTKICH RATUJĄ, A ŚLEPY DZIADEK NAKURWIA PATYKIEM I ODBIJA LASERY, OK, GALAKTYKA URATOWANA PO RAZ KOLEJNY!]
to jakoś ciężko polubić którąkolwiek postać. No bo one, tak jakby, zawsze przeżyją. Zawsze im się uda. Zawsze będą najlepsze. Tu tego nie ma dziękuję, dziękuję, bo bym nie wytrzymała, gdyby taki potencjał poszedł w tę stronę. Skoro nawiązuję już do Übermenschowatości, muszę wspomnieć, co mnie bardzo w tekście zastanowiło. Bardzo, ale to bardzo. Widzisz, scena, gdy pan minister traci zaufanie do Baletnicy i postanawia ją śledzić.
I on. Ją. Śledzi. HALO. O CO CHODZI JAKIM CUDEM. Dała się? Specjalnie? Wiedziała? Tak, musiała wiedzieć. A Błazen? Czy wiedział, że jest podsłuchiwany? Że jego rozmowę z Leah słyszał van Foltyn? Tyle pytań, na które mimo wszystko odpowiedź nie jest jasna. Tu również daję ci okejkę - przynajmniej cień nadziei dajesz na to, że tym nad-ludziom nie wszystko może pójść jak z płatka. Bo w "zaginięcie" Aimara, dodam, nie wierzę. Jakoś mi nie kliknęło w głowie, by on mógł dać się zabić, złapać, cokolwiek. Czekam raczej, aż wyskoczy znikąd, jak znikąd wyskakuje berło Błazna, i rzuci niemiło w stronę Miry - "byłem zajęty, wróciłem, na ch*j drążyć temat".

Btw - z innych rzeczy, które mnie zszokowały - scena, gdy Mira pierwszy raz kładzie się obok niego, zamiast obok narzeczonego. To jest wyjaśnione, to jest logiczne, to jest ludzkie. Ale jednak. Jednak szok. A on nic - też szok. Przyjemny, w przeciwieństwie do poprzedniego.

Trudno mi uwierzyć, że fabułę masz w pełni gotową, jak przeczytałam w pierwszym poście (to znaczy, jasne, że mogłaś mieć pełen zamysł, ale czy on nie ewoluował w trakcie?), choć oczywiście wszystko łączy się spójnie, aż podziwiam, bo nie dość, że sama nie ogarniam ani wielowątkowości, ani intryg, to jeszcze ostatnio miałam te swoje przejścia z twoim tekstem o Clayu, gdzie wręcz rozpaczliwie brakowało mi momentami logiki. A tu? Oklaski, masz mnie. Jeśli naprawdę po drodze nie doszło ci nic, jeśli nie rozwinęło się, nie pojawiło, nie dodało bez uprzedniego zaplanowania, jestem rozwalona na łopatki. Idea Panopticonu, tego społeczeństwa, przewrotu, praktyk - wszystko siedzi. Wszystko jest dla mnie autentyczne. Przy okazji, skoro już rozpływam się w pochwałach (a tak wcale nie miało być), dodam, że wreszcie widzę. Wreszcie - odnoszę się do poprzednich rzeczy, które czytałam spod twojego pióra. Wreszcie widzę w pełni, wszystko, nie ma pytań, jest ciemno i mroczno, to jest, jest słoneczny, piękny dworzec, to jest, są ubrania, to są, ludzkie twarze, są, wszystko, miejsca, akcje, meble, ruchy, chwała panu mogę wizualizować, nic nie wymaga dopowiedzenia, po prostu dochodzi mi obraz do dźwięku w głowie i to jest to, czego oczekuję od tekstu - choćby mnie fabuła nie jarała, choćby była nuda i flaki z olejem, niech przynajmniej widzę, co czytam. Widzę. Widzę doskonale.
Jak do jeża podeszłam do Błazna - bo tak mam, że ulubieńców z SB (a nie sposób było nie natknąć się na różne wzmianki, od kiedy wróciłam na forum) rodem z forumowych tekstów traktuję później z przymrużeniem oka, trochę gotowa, trochę zobojętniała. Nie udało się. Jednak chwycił mnie za serce. I to wcale nie człowieczeństwem, przejawami własnej inicjatywy czy wręcz sympatią dla bohaterów. Nie. Zrobił to nieprzyjemnym śmiechem w pociągu, na samym początku opowieści, każdą chwilą powagi i grozy, pierwszym morderstwem w czarnym stroju. Lubię to, co w nim wyprane i wyzute z normalności i życzliwości ludzkiej - szaleństwo i niestabilność nie grają dla mnie roli. Mowa, momentami tak błaznowata, nie śmieszy mnie specjalnie, ale postać jara, jara bardzo. Lubię również Aimara, nie wiem jakim cudem. Zwykle nie znoszę takich typów "wiem wszystko i jestem zły i nieodgadniony i opryskliwy" ale on się wyłamuje, on nie jest przy tym płytki, coś mnie wciąż trzyma i każe czuć sympatię. Ech, wychodzi na to, że lubię wszystkie postacie z tego tekstu. Nawet Mirę, choć z założenia skreślam kobiety, bo mnie wkurwia kobiecość, i normalnie, zapewne, scenę w powozie, gdy Mira czuje się pociągająca w sukience, skwitowałabym uniesionymi brwiami i jak najszybszym przeskoczeniem wzrokiem w dalsze akapity. A tu niespodzianka. Starzeję się chyba. Stojke mówi, że się starzeję. Nie wiem. Lubię wszystkie postacie.

Przy pierwszej senie z doktorem Hansenem i tajemniczym mężczyzną, dla (?) którego/z którym pracuje, miałam po prostu taką iluminację, taką 100% pewność - ten facet to Damien. Po prostu. To on. Późniejsza scena zgasiła mnie, bo Damien występuje w osobie trzeciej i rozmawiają o nim, a ten tajemniczy mówi, że ojciec dał mu cynk o spalonych dokumentach. Teraz mam mętlik w głowie. Wiem jednak, że Grabarz nie mógł zabić syna. Że to by się potężnie kłóciło z wnętrzem głowy samego Grabarza, które nam udostępniłaś, z jego myślami, poczciwością, z rozmową z Baletnicą, gdzie o synu wyraża się (myśli! halo! myśli!) z takim żalem, zdawałoby się. Ukochany syn. A ona nie dała rady go uratować. Nie, to mi się kłóci z wizją zabicia go przez Grabarza. Miałabym poważny dylemat, czy ten pan nie jest chory psychicznie albo sam przed sobą kogoś nie gra. Wszystkie sceny z jego udziałem mówią mi "nie". I ta reakcja podczas uprowadzenia pierwszej żony van Foltyna. Przecież on myślał wtedy "już nigdy nie pozwolę, by ktoś przy mnie zginął". I co? To niby nie było nawiązanie do syna? Nie. Nie przejdzie. Jestem zacięta. Może ktoś myśli o nim jako o mordercy, ale to po prostu niemożliwe (nieróbmitego). Nieporadność, rezygnacja, niepewność Grabarza we wszystkich dialogach tego tekstu, nie może być tylko grą pozorów. On jest poczciwy i złamany życiem, wykorzystany. Tak to widzę, tak to czuję.

Wyraźnie zarysowałaś bohaterów i nie zlewają mi się ich wypowiedzi, ich zachowania mam za naturalne, zaczynam wręcz przyzwyczajać się do nich, przewidywać. To jest bardzo potrzebne. To, żeby Grabarz od początku do końca był Grabarzem, a Błazen Błaznem, a Mira Mirą tak dalej. Na to liczyłam i to dostałam. W momencie, gdy mogłabym teoretycznie znudzić się akcją, której nie rozumiem (znaczy, no, rozumiem tyle, ile mam rozumieć, ale jednak tajemnic jest więcej niż wiele i to zwykle robi się dla czytelnika frustrujące) ty dokładasz coś, o czym marzy każdy pochłaniacz tekstu. Przeszłość bohaterów. Wzmianki. Wskazówki. Szczegóły, oskarżenia, podejrzenia. I czekam, i czekam, i więcej tego i więcej, i tak naprawdę, choć tyle już wiem, dopiero teraz czuję, że nie wiem zupełnie nic. To mnie jeszcze mocniej zbliża do postaci Miry, zagubionej i nieświadomej żadnych zawiłości intryg wokoło. Ona wszędzie wchodzi z założenia "świeża", jak ja. Niczego nie wie i nie rozumie. I za to ją polubiłam, dotarło do mnie. To mnie przy niej trzyma, to mnie do niej ciągnie. Jej pytania. Ciągłe pytania, ciągłe próby szukania rozwiązań, ciągłe zagubienie. Potężny łącznik bohaterki z czytelnikiem wykorzystany w pełnej krasie. Oklaski.

Jest wiele rzeczy które chciałam jeszcze napisać, ale ja nigdy nie potrafię napisać wszystkiego i niestety mam tę świadomość. Jedno jest pewne - mój mózg nie posiada zdolności mózgu np. Kili i ja zapomnę. Ja się zgubię. Ja nie wrócę do "Obrazu..." swobodnie po miesiącu, żeby dalej czytać i cieszyć się, że cokolwiek ogarniam. dlatego musisz wrzucić dalszą część. Mam nadzieję że moja argumentacja przekonała cię i konkluduję, iż zostałaś przekonana definitywnie i nieodwołalnie, pozdrawiam, wracam do swojej trzody.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 134
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: nuklearna_wiosna » 13 stycznia 2017, 02:10

Powiedziałabym, że wrzucam ten rozdział z duszą na ramieniu, ale prawda jest taka, że dusza już dawno zemdlała ze stresu, spadła z ramienia i potoczyła się pod kanapę.
Tyle tytułem wstępu. Postarajcie się nie zemrzeć na ból i cierpienie.
XII Minister technologii Reinhardt van Foltyn siedział na kamiennej ławie, kiwając się miarowo w przód i w tył. Na obecnym w celi młodym mężczyźnie to dziwne zachowanie zdawało się nie robić żadnego wrażenia, a już na pewno nie wystarczyło, by oderwać go od usilnych prób ułożenia sobie włosów i związania ich w schludny węzeł na karku.
-Dlaczego tu nie ma lustra? – mruknął chłopak z niesmakiem.
-Bo to jest więzienie – odwarknął van Foltyn, nie przerywając bujania.
- I co z tego?
- Wyjaśnij mi jedną rzecz, bo chyba nie do końca pojmuję. Nieobliczalni szaleńcy codziennie kroją cię na kawałki, a twoim największym problemem w tej sytuacji są rozczochrane włosy?
Młodzieniec wzruszył ramionami.
- Przecież za każdym razem składają mnie z powrotem – odpowiedział spokojnie. – To czym się mam przejmować? Ale fryzury już nie poprawiają, więc muszę to robić sam. Zresztą powinienem jakoś wyglądać, jeśli mamy stąd uciec.
- Nigdy w życiu nie zrozumiem twojego sposobu ustalania priorytetów.
- Trudno, nie wszystko musisz rozumieć. I przestań robić to… to coś, co robisz.
Van Foltyn na moment zastygł bez ruchu, ale po chwili znów bezwiednie zaczął się kiwać. Jego towarzysz westchnął ostentacyjnie.
- No co? Denerwuję się.
-Wiem. – Chłopak jakby nieco złagodniał. – Ale nie mamy nic do stracenia. - Rozpuścił jasne kosmyki, które tak pieczołowicie splatał, i pozwolił, by opadły mu na ramiona. - Dobrze – mruknął ponuro. - Wracam do siebie. Dam się pokroić jeszcze ten jeden, ostatni raz. Uczeszę się później. Niedługo wrócę i razem pójdziemy po dzieciaka. Bądź gotowy.
- Łatwo powiedzieć. - Minister nie przejawiał entuzjazmu, co nie dziwiło zbytnio, gdyż zaprezentowany mu plan w zasadzie nie był wcale planem, a jedynie mglistym postanowieniem, że to dzisiaj właśnie wymkną się z więzienia.
Jego towarzysz w odpowiedzi mruknął tylko coś niezrozumiałego, ostrożnie uchylił drzwi celi i wyszedł. Reinhard słyszał jeszcze przez chwilę cichy odgłos majstrowania przy kłódce, potem wszystkie dźwięki umilkły – żadnego echa oddalających się kroków, nic, jakby mężczyzna rozpłynął się w powietrzu.
Bądź gotowy.
Dobre sobie.
Jakby można przygotować się na ucieczkę z pałacowego lochu.

Dużo czasu zajęło mu odtworzenie wydarzeń poprzedzających moment utraty przytomności. Gdy pięć dni temu obudził się w lodowatej, wilgotnej celi, nie miał pojęcia ani gdzie jest, ani jak się tam znalazł. Ostatnim, co zachował w pamięci, był obraz Baletnicy siedzącej na trawie w ogrodzie. Z jakiegoś powodu to wspomnienie wywołało w nim smutek i niepokój. Uczepił się tego niezbyt przyjemnego uczucia, podejrzewając, że stanowi ono klucz do rozwiązania zagadki utraconych godzin.
I w końcu sobie przypomniał.
Śledztwo w sprawie Panopticonu, zdrada tancerki i śledzenie jej aż do prawdopodobnej siedziby tajnej organizacji Potem ucieczka z budynku ministerstwa pod osłoną nocy i podróż do królewskiego pałacu. Do tej pory wszystko się zgadzało. Brzmiało może nieco nieprawdopodobnie, ale przecież logicznie. Natomiast to, co wydarzyło się później, widok członków Rady, nie okaleczonych - teraz był już tego pewien - nie okaleczonych, a rozkręconych, rozparcelowanych... Ten obraz i płaski, pozbawiony intonacji głos, którego niewielu ludzi w kraju miało okazję słuchać osobiście.
Sam van Foltyn widział i słyszał króla zaledwie raz, kilka lat temu, na wielkiej paradzie z okazji jakiegoś ważnego jubileuszu. Nie był wówczas nawet ministrem, po prostu znalazł się pośród licznych delegatów. Władca wystąpił wówczas z krótkim przemówieniem, zapewne świadomy, że jego nieobecność stanowiłaby poważne naruszenie etykiety, jednakże wszystkim było wiadomo, iż nie lubił pokazywać się publicznie, a ze światem komunikował się wyłącznie za pośrednictwem kilku najbardziej zaufanych łączników i doradców. Było tak jeszcze zanim wybuchła rewolucja, a po ustaleniu nowego porządku nic się w tym względzie nie zmieniło. Wymieniono ludzi na wszystkich ważniejszych stanowiskach w całym państwie, by mieć pewność, że trzymająca władzę elita składa się z osób przeciwnych tworzeniu maszyn na obraz i podobieństwo ludzi, ale przecież ustrój i najwyższa władza w kraju nie uległy zmianie. Król przetrwał nawałnicę w swoim pałacu i van Foltyn nie mógł przypomnieć sobie, czy w ogóle słyszał kiedykolwiek coś na temat jego ingerencji w wydarzenia sprzed sześciu lat. Skoro nie oponował, wszyscy założyli po prostu, że poparł rewolucjonistów.
A jednak przez cały czas działał wbrew ustawie, pod którą sam się wówczas podpisał. Dlaczego? Tylko z faktu, że mógł, bo nie miał nad sobą innej władzy, nikogo, kto skazałby go za przestępstwo? Jeśli tak, to van Foltyn tym bardziej nie rozumiał swojego położenia. Przecież wystarczyło powołać się na autorytet najważniejszego urzędu w kraju i udawać, że zupełnie nic się nie stało. Biorąc pod uwagę zainteresowanie Pałacu Panopticonem, van Foltyn nawet nie bardzo by się zdziwił na wieść, że przeprowadza się tu eksperymenty związane z dawną działalnością Towarzystwa. Kilka gładkich kłamstw i spokojnie przeszedłby do porządku nad tym, co zobaczył. A tymczasem król osobiście pozbawił go przytomności potężnym uderzeniem w głowę i wtrącił do lochu w zupełnie niewiadomym celu.
Reinhard czekał, pewien, że w końcu ktoś do niego przyjdzie, spróbuje przekupić, zastraszyć, szantażować. Zgodziłby się na wszystko, byle tylko stąd wyjść. Nasłuchiwał zatem kroków tak długo, aż w końcu zapadł w płytki, niespokojny sen.
Obudził się i zasnął ponownie. Potem jeszcze raz i jeszcze... Stracił poczucie czasu. Nie wiedział już, ile tak siedzi w ciemności i wilgoci, ale reakcje jego organizmu podpowiadały, że zdecydowanie za długo.
Ocknął się – który to już raz? Spływał zimnym potem, drżał na całym ciele. Chciał zawołać kogoś na pomoc. Owszem, może zobaczył coś, czego nie powinien, ale czy to był wystarczający powód, by zostawić go tu na pastwę choroby, na pewną śmierć? Z trudem nabrał powietrza – oddychanie bolało. Krzyknął. Był pewien, że krzyknął, a jednak jego uszu dobiegł tylko słaby, ochrypły jęk. Niemożliwe, by na zewnątrz dało się to usłyszeć.
Wstać. Trzeba wstać, załomotać w drzwi, walić, kopać, w końcu ktoś przyjdzie. Pokonując zawroty głowy i drżenie kolan podniósł się, po czym natychmiast osunął po ścianie znów na twardą, zimną podłogę. Nie był w stanie ustać na nogach, a co dopiero mówić o zaalarmowaniu kogokolwiek wołaniem, czy waleniem w drzwi. Nie. Nie teraz. Nie teraz, za chwilę, myślał gorączkowo. Za chwilę, tylko się prześpię, odpocznę...
Czuł, że odpływa, osuwa się z powrotem w lepki, duszny sen, który nie przyniesie ukojenia. Majaczył. Słyszał głos w ciemności, czuł czyjś dotyk. Chciał opędzić się od intruza, ale kończyny miał zbyt ciężkie, by nimi poruszyć. Zostaw mnie, zaklinał w myśli. Zostaw, nie dotykaj...
- Nie...
- Co tam mamroczesz?
Z trudem otworzył o czy i natychmiast zamknął je ponownie. Na tyle już przywykł do ciemności celi, że płomień z nędznego ogryzka świecy niemal go oślepił.
Świeca? Skąd tu świeca? Przecież nie miał żadnej...
- Hej, ocknąłeś się?
- Nie... dotykaj... mnie.
- Przecież nie dotykam.
- Więc... co...
Van Foltyn nie bez wysiłku uniósł ramię i ze wstrętem strącił z czoła coś, co wziął za zimną, wilgotną dłoń obmacującego go intruza, a co okazało się tylko zwilżonym kawałkiem tkaniny.
Okład. Ktoś przyszedł tu i zrobił mu okład.
Chwilę później dotarło do niego, że nie leży już na gołej podłodze, a na płachcie materiału, która nie zasługiwała może na miano koca, ale chroniła przed najgorszym chłodem. Był też przykryty czymś również niedającym wiele ciepła, ale przynajmniej suchym i – jak sugerował zapach – czystym.
- Co... - zachrypiał. - Co się... dzieje? Kim ty... - Odwrócił się, by spojrzeć na swojego rozmówcę.
Mężczyzna siedział pośrodku celi ze skrzyżowanymi nogami i spuszczoną głową, przez co jego twarz skryta była w cieniu, mimo że świeca stała tuż obok. Uważnie wpatrywał się w swoje dłonie. Chyba coś w nich trzymał, van Foltyn nie był jednak w stanie dostrzec, co takiego. Chłopak wydawał się jeszcze całkiem młody i zdecydowanie nie wyglądał na strażnika. Współwięzień? Niewykluczone. Jego jasne włosy były brudne i splątane, a modny i elegancki kiedyś strój tak obszarpany, że ledwie dało się poznać jego pierwotny krój.
Współwięzień, na pewno.
Van Foltyn uznał, że dokwaterowano mu do celi towarzysza, który, widząc jego stan, wynegocjował ze strażnikami świecę, koce i zimne okłady. Nie rozumiał tylko dlaczego, mając do dyspozycji rozległe lochy, król zdecydował o umieszczeniu drugiego więźnia w celi, którą już ktoś zajmował. Żeby oszczędzić strażnikom wędrówek po nieprzytulnych podziemiach?
Strażnikom... Czy tu w ogóle byli jacyś strażnicy? Minister nie przypominał sobie, by ktoś do niego zaglądał, choć to zamroczenie mogło akurat stanowić skutek jego aktualnej niedyspozycji. Przyprowadzenia blondyna ostatecznie też sobie nie przypominał, a jednak chłopak tu był.
- Jak się czujesz? - zapytał teraz neutralnym tonem.
- Chory...
- Nic dziwnego. Masz taką gorączkę, że nie wiem, jakim cudem nie ścięło ci białek w oczach. Popraw sobie okład.
Gdy zobaczył, że minister nie reaguje, sam wstał, podniósł szmatkę, otrzepał i położył mu z powrotem na czole.
- Teraz idę – oznajmił. - Przyjdę później.
Po czym faktycznie wyszedł. Tak po prostu opuścił zamkniętą celę w pałacowym więzieniu, do sforsowania zamka używając rzeczy, którą przez cały czas trzymał w dłoni, cokolwiek to było. Potem, wnioskując po odgłosie, zamknął drzwi od zewnątrz, pozostawiając ledwie żywego van Foltyna z okładem, resztką świecy i mętlikiem w głowie.
- Jesteś już w stanie rozmawiać?
Minister miał wrażenie, że ledwie na chwilę przymknął oczy, a już nieznajomy był z powrotem, ale niemal zupełnie wyschnięty kompres i ciemność, świadcząca o tym, że świeca się wypaliła, wyprowadziły go z błędu. Musiało minąć znacznie więcej czasu niż mu się wydawało.
- Nie wiem – jęknął.
- Masz tu nową świecę. - Pomarańczowy blask rozproszył mrok celi. - I nową szmatę. - Mężczyzna wymienił mu kompres, po czym usiadł, tak jak poprzednio, na środku pomieszczenia.
Van Foltyn również dźwignął się z wysiłkiem i oparł o ścianę. Mógł teraz przyjrzeć się towarzyszowi nieco lepiej. Chłopak wyglądał tak źle, jak on sam się czuł. Koszulę miał w strzępach, a spod skrawków materiału wyzierały otarcia i byle jak połatane chirurgiczną nicią rany. Mimo tego poruszał się i mówił całkowicie swobodnie, bez najmniejszego stęknięcia, czy grymasu bólu, jakby w ogóle nie zwracał uwagi na obrażenia.
- O czym chcesz ze mną rozmawiać? - zapytał słabo minister.
- O tym, jak stąd uciekniemy oczywiście, a o czym by innym?
- Uciekniemy... Jak...? Czekaj, może po kolei...
Nieznajomy westchnął tak głęboko, że szwy na jego piersi ledwie to wytrzymały.
- Dobrze, niech ci będzie, że po kolei.

Van Foltynowi do tej pory trudno było uwierzyć w rzeczy, które wówczas usłyszał, ale Aimar, bo takim imieniem przedstawił mu się chłopak, sam stanowił żywy dowód swojej prawdomówności.
Albo może właśnie niekoniecznie żywy.
Wytrych zachrobotał w zamku, przerywając rozmyślania ministra i Aimar bezszelestnie wślizgnął się do środka.
- Zdecydowanie najwyższy czas – oznajmił kwaśno i potarł ślad na szyi. Wyglądał, jakby odcięto mu głowę i przymocowano z powrotem. Zapewne dlatego, że to właśnie zrobiono. - Jeszcze trochę poeksperymentują i w końcu naprawdę nie zdołają mnie z powrotem złożyć. Nie ma na co czekać. Czujesz się na siłach?
Van Foltyn skinął głową. Gorączka minęła, ogólne osłabienie także już niemal zupełnie go opuściło, po części dzięki temu, że strażnicy wreszcie zaczęli przynosić mu jedzenie. Miska kaszy i szklanka wody dwa razy dziennie to nie był może szczyt luksusu, ale wystarczyło, by nieco podreperować zdrowie.
- Dam radę – zapewnił minister. - A ty?
- Pomijając to, że wyglądam fatalnie i będę miał niemałe opory przed powrotem do świata zewnętrznego w tym stanie, wszystko jest w najlepszym porządku. Uroki bycia maszyną.
- Przecież zanim dowiedziałeś się, czym... kim... Zanim się o wszystkim dowiedziałeś, odczuwałeś ból normalnie.
- Miałem reagować jak człowiek, więc reagowałem. Wierzyłem, że jestem człowiekiem. Jak miałbym nie odczuwać bólu, będąc człowiekiem? Teraz już wiem, że nie muszę i bardzo mi to ułatwia ży... ee... funkcjonowanie.
Van Foltyn nie odpowiedział. Nie mógł nie zauważyć, że Aimar doskonale poradził sobie z techniczną stroną swojej nowej, czy też raczej nowo uświadomionej tożsamości. „Wyłączył” odczuwanie bólu, nauczył się aktywować i dezaktywować cały swój mechanizm w dowolnym momencie, a także wyostrzył zmysły do tego stopnia, że zawsze wiedział, gdzie w danej chwili znajdują się strażnicy i pałacowa służba. Dzięki temu mógł odwiedzać ministra w celi i wracać do własnej, gdy tylko usłyszał, że dyżurny strażnik wychodzi ze swojego kantorka na górze. Udało mu się wykradać nie tylko świece i koce, ale także tajne informacje.
Prócz jednej, tej o swoim pochodzeniu.
Tę zdobył zupełnym przypadkiem.

- Nie wiem, jakim sposobem się przebudziłem – opowiadał mu wtedy, podczas tej pierwszej rozmowy. - Przebudziłem... Powinienem chyba powiedzieć „uruchomiłem”. Miałem na tyle rozumu, by nie zdradzić się z tym, że jestem przytomny. Leżałem tam i słyszałem wszystko. Nie wiedziałem, co się ze mną stało, gdzie jestem i skąd się tam wziąłem. Pamiętałem, że poszedłem do doktora Hansena, podziemnego lekarza związanego z dawnym Towarzystwem Naukowym. Chciałem z nim porozmawiać, bo zobowiązałem się odzyskać coś, co zabrał. Przewidywałem, że to nie będzie przyjemne spotkanie, ale nie spodziewałem się ataku, mimo że powinienem. Powinienem spodziewać się ataku zawsze, w każdej sytuacji i o każdej porze, tak mnie wyszkolono. Ale nie, wtedy naprawdę nie sądziłem, że... Nieważne. Wszystko odbyło się błyskawicznie. Straciłem przytomność, a potem obudziłem się tutaj. Słyszałem rozmowę dwóch ludzi. Jeden głos należał do Hansena, drugiego nie rozpoznawałem. Mówili o... Z początku nic z tego nie rozumiałem, potem zaczęło do mnie docierać. Zostałem zaatakowany, bo z jakiegoś powodu pojawiło się podejrzenie, że jestem... że nie jestem człowiekiem.
- Jak miałbyś nie być człowiekiem? - przerwał van Foltyn, jednocześnie rozdrażniony i zaintrygowany, pomimo trawiącej go gorączki. - Czym, jak nie człowiekiem miałbyś w takim razie być? Przecież...
- Maszyną – odpowiedział chłopak spokojnie. - Pojawiło się podejrzenie, że jestem maszyną stworzoną na podobieństwo człowieka, najbardziej zakazanym tworem w tym kraju, rzeczą, która nie ma prawa istnieć.
- To absurd! Jak...
- Podejrzenie potwierdziło się – kontynuował młodzieniec, wciąż tym samym nienaturalnie spokojnym tonem. - Przynajmniej oni tak powiedzieli. Podobno zbadali mnie i orzekli, że w istocie jestem misterną konstrukcją, wykonaną jakąś nieznaną techniką.
Ten chłopak jest szalony, myślał van Foltyn. Obłąkany. Bóg jeden wie, do czego może być zdolny ktoś uważający się za maszynę. Po co on tu w ogóle przyszedł, czego chce?
- I nie wiedziałeś o tym do tej pory? - zapytał minister, by nie dać po sobie poznać, że nie wierzy w ani jedno słowo. Nie wiadomo, co wariatowi może strzelić do głowy.
- Nie, widocznie byłem skonstruowany tak, żeby nie wiedzieć.
- Może oni się pomylili, może... Czy są na to jakieś dowody? Czy widziałeś coś...
- Widziałem siebie, to powinno wystarczyć – powiedział mężczyzna i tym razem w jego głosie zabrzmiała wyraźna irytacja. - Ty też mnie widzisz, mało ci?
Bez trudu zerwał z siebie resztki koszuli. Van Foltyn nie chciał patrzeć na byle jak założone szwy, którymi zebrano brzegi długiej rany, biegnącej od mostka i niknącej za pasem spodni. Chciał odwrócić głowę, ale nie mógł. Jak zahipnotyzowany przyglądał się, dostrzegając, prócz tego jednego, jeszcze kilka mniejszych, równie niechlujnie połatanych rozcięć na piersi i ramionach.
- Jakby tobie zrobili coś takiego, nie ruszałbyś się tygodniami, o ile ruszyłbyś się jeszcze kiedykolwiek. Otworzyli mi czaszkę, śladu na szczęście nie widać, jest pod włosami, w samej dłoni grzebali przez pół dnia. Myślisz, że gdybym był człowiekiem, zniósłbym to ot tak? Jeśli potrzebujesz więcej dowodów, mogę rozerwać te szwy. Nie martw się, nie zaboli mnie to, mogę je rozerwać i zobaczysz mechanizm.
- Nie, Boże, nie! - van Foltyn powstrzymał chłopaka, który najwyraźniej naprawdę był gotów otworzyć sobie rany. - Wierzę ci! To znaczy... Wszystko, co mówisz, brzmi tak...
- Nieprawdopodobnie?
Minister potwierdził cichym chrząknięciem.
- To co ja mam powiedzieć? - Aimar prychnął. - Nie co dzień człowiek dowiaduje się, że jest maszyną!

Mimo tych słów nie wyglądał wtedy na zagubionego i od tamtej pory ani razu nie zrobił, ani nie powiedział nic, co mogłoby wskazywać, że ma jakiekolwiek trudności z zaakceptowaniem nowej sytuacji. Ale skąd można wiedzieć, co dzieje się w głowie takiego, takiego... Jak taki myśli? Czy w ogóle myśli?
Van Foltyn nie podzielał beztroski Aimara. Bał się i nie potrafił przejść do porządku dziennego nad rzeczami, których codziennie dowiadywał się od chłopaka. Bo gdy tylko Aimar nauczył się kontrolować swój mechanizm, postanowił odkryć, co właściwie – i dlaczego – dzieje się w pałacu. Wychodził z lochu zupełnie swobodnie. Jak wyznał ministrowi, był wyszkolony w forsowaniu kłódek, zamków i zabezpieczeń. Przemykał pałacowymi korytarzami, zaglądał do komnat, starał się podsłuchiwać rozmowy, szukał dokumentów, a gdy jego wyczulony słuch zarejestrował trzaśnięcie drzwi od kantorka więziennego strażnika, wracał na dół którymś z niemal zapomnianych bocznych wejść, kładł się w swojej celi i dezaktywował mechanizm. Leżał bezwładnie i wyglądał dokładnie tak, jak wtedy, gdy go zostawiali. Przez ten czas zdobył informacje wystarczające do obalenia całego rządu, ale nigdy nie zdradził, co ma właściwie zamiar z nimi zrobić. Tylko nieliczne przekazał van Foltynowi, a to i tak wystarczyło, by cały świat ministra zatrząsł się w posadach. Jeśli to wszystko prawda...
- Dobrze, chodźmy już.
Van Foltyn wzdrygnął się, wyrwany z zamyślenia.
- Jak to: chodźmy? Tak po prostu chodźmy?
- Tak po prostu chodźmy, panie ministrze. Czas się stąd wydostać.
Aimar ukradł skądś nową koszulę i spodnie. Wcześniej nie kradł, by się nie zdradzić. Wyjątek stanowiły jedynie świece i koce dla ministra, ale teraz było mu już wszystko jedno. Zapiął ostatni guzik, strzepnął z ubrania nieistniejący pyłek i spojrzał wyczekująco na swojego towarzysza.
- Mamy stąd wyjść, ot tak? - zapytał z powątpiewaniem van Foltyn.
- Yhm. Nie zapominaj, że mogę śledzić ruchy każdej osoby obecnej w pałacu. Wiem, gdzie są strażnicy, a gdzie ich nie ma i potrafię otworzyć wszystkie drzwi.
- Więc mogłeś uciec już dawno. W każdej chwili właściwie.
- Owszem. Ale zbierałem informacje. Nigdy nie wiadomo, kiedy mogą się przydać. Poza tym trzeba było poczekać, aż odzyskasz siły po chorobie.
- Nie musiałeś mnie ze sobą zabierać.
- Nawet nie powinienem. Poza tymi dwoma na górze, jesteś jedyną osobą, która zna mój mały, mechaniczny sekret. Możesz być niebezpieczny. - Spojrzał na ministra ponuro, po czym roześmiał się nieoczekiwanie. - No, nie patrz tak – parsknął. - Żartuję, nie masz się czego obawiać. Zabiorę cię ze sobą, a nawet bezpiecznie odeskortuję do domu.
- Ale przecież masz rację, przecież...
- Miałem niezliczoną ilość okazji, żeby cię wykończyć. Dlaczego miałbym to robić teraz, ryzykując powodzenie swojego planu ucieczki?
- Nie wiem.
- Ja też nie wiem, więc dajmy temu spokój i chodź już.
Aimar otworzył drzwi celi i wyślizgnął się na korytarz.
- Ale dlaczego? - spróbował Reinhard jeszcze raz. - Dlaczego pomogłeś mi, kiedy byłem chory? Dlaczego teraz mi pomagasz?
Aimar odwrócił się do niego. Choć w korytarzu było ciemno, minister był pewien, że chłopak się uśmiecha.
-Bo mogę – odpowiedział. - Bo nareszcie, w końcu, mogę.
Reinhard van Foltyn nic z tego nie rozumiał i nie był wcale pewien, czy chce zrozumieć, zaniechał więc dalszych pytań.
Nie ufał Aimarowi. Na Boga, jak można zaufać kukle skleconej w całości ze sztucznych komponentów, idealnie imitujących krew, ciało i kości, napędzanej w dodatku jakimś nieznanym nauce mechanizmem? Nie, nie ufał ani trochę, ale musiał przyznać, że wiele mu zawdzięcza. Przecież zanim królewscy strażnicy w ogóle się ministrem zainteresowali, ten już dawno mógł być martwy. Nawet nie pytali, skąd ma koce i świece, zapewne założyli, że dostarczył je ktoś z poprzedniej warty. Stan jego zdrowia w żadnym razie nie spędzał im snu z powiek i gdyby tu umarł, nikt by się tym nie przejął. Tylko Aimar czuwał przy nim niemal przez cały czas i doglądał w chorobie.
Jaki miał w tym cel? Cóż za niepojęty plan narodził się pośród zębatych kół w jego głowie?
Zastanawianie się nad tym nie miało w tej chwili żadnego sensu. W jakiejkolwiek innej zapewne również nie. Minister był świadomy, że zetknął się z czymś przekraczającym ludzkie pojmowanie, z czymś, czego nigdy nie uda mu się zrozumieć. Bo ostatecznie uwierzył Aimarowi. Uwierzył, bo nie mógł inaczej. Bo na własne oczy widział coraz to nowe szwy na jego ciele, przekonywał się z każdym dniem, że eksperymenty prowadzone na chłopaku nie wpływają ani trochę na stan jego zdrowia, a także kilka razy mógł obserwować popis nowo odkrytych umiejętności współwięźnia. Umiejętności, którymi nie mógłby się poszczycić żaden człowiek. Więc wierzył, owszem, ale nie pojął i nigdy nie miał pojąć.
Czuł się źle, zdany na łaskę istoty, której choćby w części nie mógł kontrolować, czy jednak miał inne wyjście? Mógł tu zostać i zgnić w więzieniu, bo nic nie wskazywało na to, by miały się zacząć jakiekolwiek rozmowy na temat jego ewentualnego uwolnienia. Aimar wspomniał coś na temat planów, jakie ma król wobec ministra, czy raczej wobec jego cielesnej powłoki, i zdecydowanie nie było to coś, na co warto by czekać w zimnej, śmierdzącej celi.
Podążał więc za swoim dziwacznym przewodnikiem przez plątaninę wąskich podziemnych korytarzy. Mijali drzwi do innych cel. Większość z była pusta, z niektórych dochodziły jednak dźwięki, od których włosy jeżyły się Reinhardowi na głowie. Dookoła panował mrok – dla bezpieczeństwa nie wzięli ze sobą świecy – ale Aimar prowadził pewnie. Nic w tym dziwnego. O ile van Foltyn się orientował, jego przewodnik widział w ciemności równie dobrze, jak przy świetle dziennym. Poza tym znał doskonale rozkład pałacu. Podczas swoich eskapad miał aż nadto czasu, by się z nim zapoznać, a że pamięć również poprawił sobie na tyle, na ile pozwalały możliwości jego mechanizmu, teraz wiedział, dokąd i którędy iść. A przynajmniej Reinhard taką miał nadzieję.
Na ich korzyść działał fakt, że pałac był niemal całkowicie opustoszały. Liczba członków służby, z tego, co mówił Aimar, została ograniczona do minimum. Król nie otaczał się żadnymi dworzanami, nie trzymał kochanki, nie miał też doradcy, sekretarza ani zausznika, prócz doktora Hansena, który i tak większość czasu spędzał poza pałacem. A Królewska Rada Generalna... Królewska Rada Generalna nie istnieje. Prawdopodobnie nigdy nie istniała. Plan ucieczki miał zatem duże szanse powodzenia, o ile faktycznie nikt nie zorientował się do tej pory w poczynaniach Aimara.
O ile faktycznie poczynania Aimara miały służyć realizacji tego planu.
- Wychodzimy na górę – szepnął chłopak. - Spokojnie, nikogo tam nie ma. O ile nie narobimy hałasu, przejdziemy niezauważeni w głąb pałacu.
Wgłąb.
Reinhard wolałby od razu skierować się do wyjścia i mieć to wszystko za sobą możliwie jak najszybciej, ale Aimar się uparł.
- Nie będę ryzykował schodzenie tu po ciebie z powrotem. - powiedział mu. - Jak zrobię swoje, od razu znikam. Możesz pójść ze mną, mogę też wyprowadzić cię z lochu, a z pałacu spróbujesz wyjść sam. Niewykluczone, że ci się uda, chociaż przy drzwiach prowadzących na zewnątrz, ochrona jest wzmożona. Albo ukryj się gdzieś blisko wyjścia i poczekaj na mnie. Tylko że wtedy istnieje ryzyko, że ktoś cię nakryje i cały plan trafi szlag.
- A nie możesz po prostu tam nie iść? - dopytywał van Foltyn. - Przecież to jak proszenie się o nieszczęście.
- Nie wyjdę stąd bez tego, po co przyszedłem.
I na tym stanęło. Aimar żadnym sposobem nie dał wyperswadować sobie zabrania z pałacu Williama Locke'a – albo jego ciała.
- Wiem już na pewno, że tu jest, wiem też, gdzie go trzymają – mówił. - Ale nie mam możliwości sprawdzić, czy żyje. To znaczy mam, oczywiście, ale musiałbym dać po głowie strażnikowi, a tego wolałbym unikać jak najdłużej, najlepiej do ostatniej chwili. Ale skoro jest pod strażą dzień i noc, to może oznaczać, że nie jest martwy. Chociaż... kto wie. Z ciebie ostatecznie zamierzali zrobić pożytek dopiero, gdy umrzesz, więc może i on jest im potrzebny w tym stanie.
Reinhard zadrżał na to wspomnienie.
- Idziesz? - Aimar był już u szczytu schodów, prowadzących do wyjścia z lochu, i majstrował wytrychem przy kłódce. Wybrał rzadko używane, niemal zapomniane drzwi, nie te, przed którymi przez większość czasu urzędował strażnik. Tu nie było nikogo. Zgodnie z planem, Reinhard i Aimar mieli znaleźć się w pustym korytarzu.
- Idę, idę.
Był w połowie schodów, gdy zamek ustąpił wreszcie z cichym trzaskiem, a przez szparę w drzwiach wlała się smuga pomarańczowego światła, zapewne z zawieszonej na ścianie gazowej lampy.
Aimar wyślizgnął się zręcznie przez tę szparę, a Reinhard doznał nagłego ataku paniki w obawie, że ten dziwak zażartował sobie z niego okrutnie, doprowadził aż tutaj, by w ostatniej chwili zatrzasnąć przed nim drzwi i pozostawić go zrozpaczonego w ciemności.
Nic podobnego się nie wydarzyło. Aimar uchylił ciężkie wierzeje nieco szerzej, by znacznie potężniej zbudowany od niego minister także mógł swobodnie wyjść, a potem zamknął je dokładnie. Lepiej, żeby widok szczeliny nie zaalarmował nikogo niepowołanego.
Podczas gdy chłopak walczył z kłódką, van Foltyn rozejrzał się dookoła, ale po tym, co ujrzał, nie był zupełnie w stanie wywnioskować, w jakiej części pałacu się znajduje i w którą stronę powinien ruszyć, by dotrzeć do wyjścia. Korytarz był wąski i zupełnie nie kojarzył się z pałacowym przepychem, jaki dane było ministrowi obserwować w bardziej reprezentacyjnej części. Ciemnozielone ściany potęgowały klaustrofobiczne wrazenie, a czerwony, wypłowiały dywan pamiętał zapewne lepsze czasy. Topornie wykonane drewniane drzwi do lochu były jedynymi w zasięgu wzroku. Na ścianie naprzeciw nich wisiała samotna, zakurzona lampa. Prócz niej w korytarzu nie było innego źródła światła i oba jego końce tonęły w mroku.
Aimar uporał się z zamkiem i drzwi znów wyglądały, jakby nikt nie dotykał ich od lat. Obaj mężczyźni bez słowa ruszyli w ciemność.
- Gdzie my jesteśmy? - szepnął van Foltyn.
Był pewien, że jego przewodnik go uciszy, ale ten, ku zdumieniu ministra, odpowiedział.
- Pierwsza kondygnacja zachodniego skrzydła. Dawniej były tu chyba pokoje dla służby, teraz nic tu nie ma, jak i zresztą w całym niemal pałacu. W tej chwili jesteśmy w części, z której schodzi się do podziemnych pomieszczeń.
- Gdzie znajdziemy chłopaka?
- Na trzecim piętrze. Są tam chyba dawne sypialnie pokojówek. Przed drzwiami zawsze stoi co najmniej jeden wartownik, inni kręcą się tu od czasu do czasu, więc od teraz lepiej ze sobą nie rozmawiajmy.
Minister odruchowo skinął głową, choć idący przed nim Aimar nie mógł go przecież zobaczyć.
Szli dalej, aż w końcu znaleźli się poza zasięgiem blasku lampy. Tu korytarz nieoczekiwanie zakręcał w lewo. Reinhard odnosił teraz wrażenie, jakby przebywał tę samą trasę w drugą stronę – najpierw ciemność, w połowie drogi plama światła, znów zielone ściany, czerwony dywan, jedyna lampa naprzeciw jedynych drzwi i z powrotem w mrok, do kolejnego zakrętu, dla odmiany w prawo.
- I długo tak?
Tym razem zamiast odpowiedzi usłyszał ostrzegawcze syknięcie, nie dopytywał więc, tylko szedł dalej, w nadziei na rychłe opuszczenie tej przygnębiającej scenerii. Kojarzyła mu się z jakimś upiornym labiryntem w rodzaju tych, do których dla eksperymentu wpuszcza się szczury. Nie mógł odpędzić uporczywej myśli o nieszczęsnych gryzoniach, potraktowanych w ten sposób. O tym, że zawsze kończyły źle, niezależnie od wysiłku, jaki wkładały w to, by się wydostać.
Niestety nic nie wskazywało na to, by mieli w najbliższym czasie opuścić plątaninę identycznych korytarzy i Reinhard zaczął wietrzyć kolejny podstęp. Nim jednak zdążył spanikować, psychodeliczny labirynt nieoczekiwanie skończył się kolejnymi drzwiami. Również były zamknięte, ale Aimar otworzył je znacznie sprawniej, niż poprzednie, czyli zamek nie mógł być skomplikowany.
Za drzwiami rozpościerał się duży, zaniedbany hall, tonący w półmroku. Mężczyźni przeszli szybko po wyłożonej czarno-białymi kafelkami podłodze do stóp szerokich, marmurowych schodów. Van Foltyn, wbrew oczekiwaniom, wcale nie poczuł się lepiej. Był tu zbyt odsłonięty, zbyt łatwy do wypatrzenia i ta świadomość nie pozwalała mu na nabranie swobodnego oddechu po wędrówce przez ciasny labirynt. Tłumaczył sobie, że przecież Aiamar usłyszy w porę, jeśli ktoś z nielicznej pałacowej obsługi zapuści się zbyt blisko, ale nie do końca go to uspokajało. Rozglądał się wkoło tak intensywnie, że w pewnym momencie nie trafił w stopień, na szczęście cudem utrzymał równowagę. Aimar rzucił mu przez ramię wymowne spojrzenie.
Pomijając ten incydent, na trzecie piętro dotarli szybko i bez przeszkód. Ostrożnie wyjrzeli zza węgła.
Przy drzwiach, znajdujących się mniej więcej w połowie korytarza, faktycznie ktoś był. Reinhard bał się, że wartownik zdąży podnieść alarm, gdy tylko ich zobaczy. A zobaczyć musiał. Nie mieli możliwości przemknąć niezauważeni. Najwyraźniej szczęście im jednak sprzyjało - niefrasobliwy strażnik wyniósł z pokoju krzesło, rozsiadł się na nim, wyciągając przed siebie nogi, a teraz spał w najlepsze, odchylił głowę do tyłu i chrapał tak, że słyszeli go nawet ze swojego miejsca.
- Może na tyle mocno śpi, że nie będę musiał go walić po głowie – szepnął zadowolony Aimar, gdy podeszli bliżej. - Jeśli go nie zaatakujemy, minie więcej czasu, zanim odkryją, że zniknięcie chłopaka jest powiązane z naszą ucieczką.
- A jak nie śpi mocno? Co, jak się zaraz obudzi?
- To wtedy go walnę.
Drzwi do sypialni okazały się otwarte. Niezależnie od tego, czy William był martwy, czy nie, i tak nie mógł przecież wyjść. Zamek szczęknął głośno, ale strażnik nawet się nie poruszył. Aimar i Reinhard stanęli w drzwiach i zastygli, nie wierząc własnym oczom.
William, ubrany w białą koszulę i proste, płócienne spodnie, siedział na łóżku z nogami spuszczonymi na podłogę i dłońmi złożonymi na kolanach. Miał bladą, wychudłą twarz, podkrążone oczy, ale niewątpliwie był żywy, w dodatku całkowicie przytomny. Patrzył na nich szarymi oczami bez wyrazu. Nie sposób było wywnioskować, jakie wrażenie zrobiło na nim pojawienie się dwóch intruzów.
- Nazywasz się William Locke, prawda? - zapytał Aimar, szybko przezwyciężając osłupienie.
Wartownik na zewnątrz zachrapał i wymamrotał coś przez sen.
- Tak – odpowiedział chłopiec matowym głosem.
- Nie znasz mnie, ale jestem przyjacielem twojej narzeczonej, Mirabelle. Przysłała mnie, żebym sprowadził cię do domu. Chodź z nami, nie mamy wiele czasu. Strażnik zaraz...
- Kto powiedział – przerwał mu William niespodziewanie ostro – że ja w ogóle chcę do domu? Kto powiedział, że zamierzam gdziekolwiek z wami pójść?
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 134
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: nuklearna_wiosna » 13 stycznia 2017, 02:10

* * *
Cynthia van Foltyn siedziała za biurkiem w gabinecie ministra technologii, patrzyła niewidzącym wzrokiem w przeciwległą ścianę i nerwowo mięła w obu dłoniach kartkę papieru. Na kartce nie było niczego ważnego, więc Anneliese nie oponowała. Powinna coś powiedzieć, ale przez ostatnie dni mówiła bez przerwy i miała już dosyć.
To się nie uda.
Cynthia nie jest politykiem i nigdy nim nie będzie.
Bzdura, skarciła sama siebie, przecież nikt się nie rodzi politykiem, każdego można nauczyć wszystkiego, co potrzebne do pełnienia takiej roli.
Tak, prawdopodobnie, ale przecież nie w niecały tydzień!
To się nie uda.
Trzecia obecna w pokoju kobieta, nie zwracając uwagi na dwie pozostałe, wyglądała przez okno na tłum, który zebrał się pod pałacem ministerialnym.
Dzień przed wyborami na stanowisko tymczasowego zastępcy ministra technologii w mieście wrzało. Kandydaci zaprezentowali już swoje programy, a prasa przekazała wierną relację z obrad. Wynikało z niej, że tylko Cynthia van Foltyn zwróciła jakąkolwiek uwagę na panujące w mieście nastroje. Twierdziła, że zagadka zniknięcia jej męża to tylko jedna z wielu tajemnic do wyjaśnienia. Przeczucie to podzielała cała społeczność stolicy, a z tego, co wiedziała Anneliese, także mieszkańcy innych części kraju. Pozostali kandydaci twierdzili uparcie, że wszystko jest w porządku, a ich rywalka przechodzi po prostu załamanie nerwowe po utracie małżonka. Takim podejściem do sprawy zasłużyli sobie tylko na powszechną pogardę. Ludzie chcieli sensacji, chcieli odpowiedzi na swoje pytania, a Cynthia van Foltyn te odpowiedzi im obiecała.
Oczywistym było, że głosujące jutro Zgromadzenie Ministerialne pod przewodnictwem Rady Generalnej najchętniej opowiedziałoby się po stronie politycznych przeciwników Cynthii. Teoretycznie nic nie stało im na przeszkodzie, by zagłosować wedle swojego uznania i wybrać kogokolwiek innego, jednak wydarzenia sprzed sześciu lat pokazały dobitnie, jak wielki chaos mogą wywołać społeczne rozruchy. Mieszkańcy stolicy byli już zaprawieni w boju i wiedzieli, jak wywalczyć sobie to, czego chcą. Anneliese liczyła na to, że Zgromadzenie wykaże się odrobiną rozsądku i wynik głosowania nie będzie sprzeczny z wolą ludu. Wolą wyrażaną zresztą niezwykle gorąco i gwałtownie.
- Cynthio, już czas.
- Nie pójdę tam.
- Proszę... Tak długo wytrwałaś. Nie byłoby mądrze poddać się tuż przed finiszem.
- Nie czuję się na siłach. Anneliese, oni mnie nienawidzą. Nie zdołam stanąć przed nimi, czuć tych wszystkich...
- W polityce każdy każdego nienawidzi. - Anneliese uśmiechnęła się. - Gdyby nagle zaczęli cię kochać, dopiero miałabyś powody do niepokoju.
Cynthii chyba to nie przekonało.
- Nie mogę...
- Przecież już to robiłaś. Już mówiłaś to wszystko w poprzednich wystąpieniach, dziś masz tylko podsumować swój program, zebrać najważniejsze...
- Nie mogę.
- Oczywiście, że możesz. Powinnaś. Dla Reinharda.
- Pojawiły się nowe okoliczności.
- Ale one działają na naszą korzyść. Od początku przekonujemy, że zdołamy odkryć, co dzieje się w mieście, ale wcześniej były to tylko słowa. Teraz mamy w ręku konkretny atut, punkt wyjścia. Mamy ważnych więźniów i wykorzystamy ich jako źródło informacji. Pozostali będą postulować egzekucję, a co komu da egzekucja? Jeśli relacja z dzisiejszego podsumowania programów trafi do gazet, cały kraj będzie po naszej stronie. A jak Zgromadzenie ośmieli się zagłosować inaczej, ludzie ich rozszarpią.
- W ogóle nie powinnam wiedzieć o tych więźniach. Aresztowanie odbyło się w tajemnicy. Nie wiadomo kiedy i czy w ogóle ogłoszą je oficjalnie. Jeśli spytają, skąd wiem...
- Czy to ważne, skąd wiesz? Obiecasz ujawnić aresztowanie, gdy już zostaniesz wybrana na ministra.
- Na tymczasowego zastępcę ministra.
- Tak. W razie konieczności nasz informator dostarczy nam świadka aresztowania. Dostarczy, prawda? - Ostatnie pytanie skierowane było do wciąż wyglądającej przez okno kobiety w bladoróżowej sukience.
- Tak – odpowiedziała Baletnica, odwracając się od okna. - Dostarczy, jeśli to okaże się niezbędne. A ja zapewnię ochronę, dopóki będzie konieczna. Nie zdołają się pani pozbyć, pani van Foltyn, choćby chcieli.
Anneliese rzuciła Baletnicy zdegustowane spojrzenie. Przypominanie Cynthii, że przez posiadanie wiedzy, której posiadać nie powinna, może znaleźć się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, w ogóle nie było rozsądne, a już w tej chwili zwłaszcza.
- Cynthio, powóz czeka.
- Nie mogę. Nie wyjdę tam. Ci ludzie...
- Ci ludzie są po twojej stronie. Uśmiechnij się, pomachaj do nich. W końcu na ich sympatii do ciebie opiera się cały nasz plan. Antoinette...
Baletnica skinęła tylko głową i wyszła z gabinetu. Anneliese miała nadzieję, że tancerka nie przeceniła swoich umiejętności i, zgodnie z obietnicą, zdoła zapewnić Cynthii ochronę. Ona sama nic już nie mogła zrobić. Jej rola dobiegła końca.
Sądziła, że będzie miała za zadanie jedynie przygotować drugą panią van Foltyn do ubiegania się o posadę zastępcy ministra. Był to pomysł wymyślony naprędce, dziurawy i mający minimalne szanse powodzenia. Anneliese postanowiła wprowadzić go w życie po to jedynie, by mieć poczucie, że coś robi. Nie liczyła się już w polityce, zapominano o niej powoli i gdyby czegoś nie wymyśliła, całkowicie wypadłaby z obiegu, pomimo swoich kontrowersyjnych poglądów, a może właśnie przez nie.
A Anneliese bardzo nie chciała wypaść z obiegu. Nie w momencie, gdy mając względnie poprawne stosunki z byłym mężem, człowiekiem na poważnym stanowisku, zdołała jednocześnie nawiązać kontakt z niebezpieczną legendarną organizacją, która mogła zniszczyć cały obecny porządek. Była łączniczką pomiędzy dwoma światami. Była ważna. Nie wiedziała jeszcze, na czym dokładnie miałaby polegać jej rola, ale przecież musiała mieć jakąś rolę. Dlatego postanowiła wciągnąć Cynthię van Foltyn do polityki – by mieć oczy i uszy w najważniejszych instytucjach kraju. A jeśli przy okazji udałoby się odnaleźć Reinharda, to tym lepiej. Oczu i uszu wszak nigdy za wiele.
Nie bardzo wierzyła w powodzenie swojego planu – kobieta niezainteresowana zupełnie służbą publiczną, bez predyspozycji do uprawiania polityki, bez siły przebicia, czy konkretnego programu, grająca jedynie na ludzkich emocjach i żądzy sensacji... Wątpiła, by to wystarczyło. Ludzie chcieli wiedzieć, owszem, ale nie na tyle, by wyjść na ulicę, by rozpętać rozruchy, stanowiące realne niebezpieczeństwo dla rządzących. Jeśli nie uda się wywołać dostatecznie silnej gorączki społecznej, Zgromadzenie nie będzie miało żadnego powodu, by w ogóle wziąć Cynthię pod uwagę przy głosowaniu.
Właśnie wtedy pojawiła się Baletnica.
Anneliese nie widziała jej od dawna. Wcześniej miały regularny kontakt, ale po tym, jak Rada zleciła Reinhardowi ujawnienie Panopticonu, tancerka przestała się pokazywać. Nigdy nie była szczególnie wylewna i nie zdradzała żadnych ważnych informacji, ale w rozmowach z nią najważniejsze było zawsze to, co dało się przeczytać między wierszami. W głowie Anneliese zakiełkowała pewna śmiała teoria, tylko by ją zweryfikować, potrzeba było czasu,. Niestety wtedy sytuacja się zmieniła i Baletnica urwała kontakt, w obawie przed tym, że Reinhard van Foltyn, idąc śladem byłej żony, dotrze do Panopticonu. Anneliese miała nadzieję, że to stan przejściowy, że Baletnica odnowi znajomość, gdy uzna, że niebezpieczeństwo minęło. W końcu teorię Anneliese miały testować wspólnie i tancerka była równie, jeśli nie bardziej ciekawa wyniku.
Po tym, jak Cynthia zgodziła się na wspólny plan, Anneliese siedziała w pałacu ministerialnym niemal przez cały czas. Przychodziła w tajemnicy, ale liczyła na to, że Baletnica o tym wie i od razu zechce porozmawiać, dziewczyna jednak nie dała znaku życia. Z relacji Cynthii wynikało, że, nikt inny również od dłuższego czasu jej nie widział. Jakby zapadła się pod ziemię.
Po czym wychynęła spod niej nieoczekiwanie, razem ze swoją propozycją.

- Myślę, że mogłabym pomóc.
Cynthia wróciła już do domu, Anneliese została w gabinecie. W głębokim półmroku, ledwie przy jednej, tlącej się słabo świecy, pracowała nad ich pierwszym przemówieniem. Zawsze wchodziła i wychodziła sekretnymi przejściami, wierzyła, że nikt w pałacu nie wie, o jej obecności, dlatego drgnęła przestraszona, słysząc głos tuż za sobą. Odwróciła się i ujrzała drobną, bladą kobietę, wpatrzoną w nią z malującym się na twarzy skupieniem.
- To... To ty – wykrztusiła z ulgą. - Jak się tu...
Wiem, co planujecie – mówiła dalej Baletnica, jakby w ogóle jej nie usłyszała. - I myślę, że mogłabym pomóc.
Anneliese poczekała, aż serce przestanie jej łomotać. Przełknęła ślinę, odetchnęła głęboko i wskazała nieoczekiwanemu gościowi krzesło po przeciwnej stronie biurka. Baletnica nie skorzystała z zaproszenia. Podeszła do okna i dłuższą chwilę kontemplowała bez słowa spowity mrokiem pałacowy ogród.
- Co masz na myśli, mówiąc, że możesz pomóc? - nie wytrzymała w końcu Anneliese. - Prosiłaś, żebym nie wtrącała się w sprawy Panopticonu, żebym się wycofała. Posłuchałam, przestałam drążyć, zawiesiłam poszukiwania, a teraz, ni z tego, ni z owego sama przychodzisz i...
- I chcę pomóc.
- To już słyszałam. Ale jak?
- Mogę sprawić, że całe miasto, cały kraj będzie po waszej stronie. Znam ludzi, którzy rozpuszczą plotki, odpowiednio ukierunkują społeczne nastroje i będą podsycali płomień słusznego gniewu, aż doprowadzą do sytuacji, w której Zgromadzenie nie będzie mogło zignorować kandydatury Cynthii van Foltyn. A jeśli spróbują, rozpętamy piekło.
- Jakie są twoje warunki?
Baletnica nie próbowała zaprzeczać, jakoby miała jakieś warunki, ani omijać tematu. Odwróciła się od okna. Powoli, swoimi drobnymi, sztywnymi kroczkami przemierzyła ciemny gabinet i w końcu zajęła miejsce naprzeciwko Anneliese.
- Będziemy rozmawiać – powiedziała. - Tylko tego chcę. Tylko tego chce Panopticon... a przynajmniej ta jego część, z którą współpracuję. Damy wam nie tylko poparcie mieszkańców. Damy wam znacznie więcej. Sprowadzimy dla was tych, których służby porządkowe bezskutecznie poszukują od lat.
- Zdradzicie dawne Towarzystwo Naukowe? Przecież...
- Nikogo nie zdradzimy. Naszym obowiązkiem nie jest ukrywanie członków Towarzystwa, ale wszelkie działanie na rzecz ich bezpieczeństwa. Do tej pory lepiej było dla nich żyć w ukryciu. Teraz to się zmieni.
- Dlaczego?
- Bo jeśli ty wraz z Cynthią van Foltyn zdobędziecie realną władzę w tym kraju, wreszcie będzie miał kto ich wysłuchać.

Baletnica jakimś sposobem wypełniła swoją część umowy. Ludzie na ulicach tratowali się wzajemnie w gorączkowych marszach poparcia dla Cynthii van Foltyn, a w lochach ministerstwa bezpieczeństwa i służb porządkowych tkwiły dwie najbardziej niebezpieczne osoby w kraju – dawny i obecny przewodniczący nielegalnego Towarzystwa Naukowego. I wszystko po to, by Cynthia, gdy już zostanie wybrana na zastępcę ministra, mogła zdecydować o uwolnieniu więźniów i zasiąść z nimi do rozmów.
Anneliese wreszcie czuła, że żyje. Ta sprawa jak nic innego mogła pomóc jej w karierze. I jak nic innego mogła tę karierę zniszczyć. Zresztą nie tylko karierę, jak podkreśliła Baletnica.
Największym wyzwaniem było namówienie drugiej pani van Foltyn do współpracy z przedstawicielką nielegalnej organizacji. Anneliese postawiła na całkowitą szczerość i w ciągu jednej rozmowy przewróciła świat Cynthii do góry nogami, po czym przedstawiła jej trzecią współkonspiratorkę. Nie było czasu na wzajemne podchody, trzeba było działać szybko, to rozwiązanie wydało jej się więc najbardziej efektywne. Istniała jednakże obawa, że Cynthia rozmyśli się i, co gorsza, powiadomi władze o wszystkim, co usłyszała. Nie zrobiła tego. Zareagowała nadzwyczaj spokojnie i Anneliese nie bardzo wiedziała, co o tym myśleć. Cynthia w pewien sposób stanowiła dla niej zagadkę, ale z jej rozwiązaniem trzeba było się na razie wstrzymać.
- Cynthio?
- Dobrze, idę. - Nie patrząc na Anneliese upiła łyk herbaty ze stojącej przed nią filiżanki, podniosła się zza biurka i, wciąż z pomiętą kartką w dłoni, wyszła, zamykając drzwi głośniej, niż to było konieczne.
Anneliese została sama. Przeciągnęła się, przespacerowała po gabinecie w tę i z powrotem. Zamierzała odczekać jeszcze chwilę, wyjść jednym ze swoich sekretnych przejść i złapać powóz, który zawiezie ją do sali obrad. Nie mogłaby przecież tego przegapić. Dzisiejsze spotkanie było otwarte dla wszystkich polityków, mieli przybyć nawet przedstawiciele Rady Miasta, Anneliese nie martwiła się więc, że jej nie wpuszczą.
Wyszła z tunelu w ślepym zaułku. Zapadał już wczesny, jesienny zmierzch. Skierowała się w stronę bardziej uczęszczanej ulicy. Tędy na szczęście nie przechodził akurat żaden marsz, ale już całkiem niedaleko stąd coś musiało się dziać, bowiem całkiem wyraźnie słychać było okrzyki rozentuzjazmowanego tłumu. Anneliese widziała ludzi na balkonach i w otwartych oknach kamienic. Chłód nie przeszkodził im wyglądać w poszukiwaniu źródła hałasów.
Powóz znalazła szybko. Większość publicznych woźniców wolała zjechać z drogi przewalającemu się po mieście tłumowi, więc środki transportu były tam, gdzie akurat nie było maszerujących. Woźnica nieco dziwnie spojrzał na Anneliese, gdy powiedziała, dokąd się wybiera. Chyba jej nie rozpoznał, ale przecież nie była aż tak znana. Zerkał niepewnie – elegancka kobieta bez żadnego opiekuna wybierająca się do ministerialnej sali obrad wzbudzała ciekawość. Kilka razy próbował nawiązać rozmowę na temat tego, co działo się w mieście, Anneliese jednak nie podchwyciła tematu, całą drogę przebyła w milczeniu. Jakoś udało im się ominąć największe skupiska ludzi, jednak dwie przecznice przed salą obrad woźnica musiał stanąć.
- Dalej nie pojadę, tłum jest zbyt duży.
- Tak, rozumiem – odpowiedziała Anneliese z roztargnieniem. - Pójdę pieszo ten kawałek, proszę mnie tutaj wysadzić.
- Nie sądzę.
Odwrócił się do niej z paskudnym grymasem. Anneliese zdążyła jedynie kątem oka uchwycić błysk noża, chwilę później usłyszała trzask tłuczonej szyby. Napastnikiem rzuciło w bok, jak szmacianą lalką i więcej już się nie poruszył. Kobieta złapała kurczowo oparcie siedzenia woźnicy, wstała na miękkich nogach i wychyliła się do przodu. Człowiek, który przed chwilą próbował ją zabić, półleżał w nienaturalnej pozycji, a z dziury w skroni sączyła mu się krew. Nim Anneliese zdążyła podjąć jakąkolwiek decyzję, drzwi powozu stanęły otworem.
- Już się zaczyna – powiedziała Baletnica, jakby lekko zdegustowana. - Powinnaś być ostrożniejsza, inaczej nie zdołam ochronić was obu, zwłaszcza, że od dawna już się tym nie zajmuję, mogłam nieco utracić biegłość.
Nie miała na sobie swojej zwykłej, różowej sukienki. Ubrana była w szary strój, przypominający mundur, ale nie był to uniform żadnej znanej Anneliese formacji.
- Chodź, przeprowadzę cię przez ten tłok. Uważaj na szkło. Cynthia jest już w środku, co nie znaczy, że nic jej nie grozi. Wolę zdecydowanie, gdy jesteście obie w jednym miejscu.
Anneliese, nie mogąc dobyć głosu, poszła posłusznie za swoją wybawicielką i, szybciej niż się spodziewała, stanęła w przestronnym hallu pałacu obrad. Baletnica wciąż wykazywała swoją zwykłą sztywność ruchów, a z jej twarzy nie można było niczego wyczytać.
- Kto... - wykrztusiła w końcu Anneliese, gdy stanęły w jednej z wielu wnęk pałacowego korytarza.
- Nie wiem, kto, ale jest gorzej, niż myślałam. Ktoś już o was wie. Muszę zająć pozycję, a ty idź teraz do sali i zachowuj się normalnie.
- Jak mogę zachowywać się normalnie? Przed chwilą próbowali mnie...
Ale Baletnica już wyminęła ją zwinnie i zniknęła w tłumie ludzi, gorączkowo przemierzających w tę i z powrotem hall.
Anneliese niechętnie opuściła swoją wnękę. Rozglądała się dookoła jak zaszczuta. Prawdę mówiąc - była zaszczuta. Jeśli pojawił się jeden zabójca, kto zagwarantuje, że nie ma ich więcej? Skąd miała mieć pewność, że ktoś za chwilę nie przemknie za nią i w ogólnym chaosie nie wbije jej w plecy sztyletu – szybko, czysto, niezauważenie. Co gorsza, dokładnie to samo mogło grozić Cynthii. Anneliese nie łudziła się, że cała sala świadków zniechęci zabójcę. Od teraz miała do czynienia z ludźmi, których nic nie było w stanie powstrzymać.
Powinna tam teraz wejść, na tę jasno oświetloną salę, pełną eleganckich, poważnych osób. Powinna tam wejść i udawać, że wszystko jest w najlepszym porządku.
Hall powoli zaczął się wyludniać, wszyscy mieli już za sobą powitania i kurtuazyjne rozmowy, mogli więc wreszcie zająć miejsca. Anneliese rozpoznawała niektóre twarze, na szczęście nikt nie próbował wciągać jej w konwersację, wszyscy ograniczali się do uprzejmego skinienia głowy. Inni politycy nie chcieli zostać posądzeni o zażyłość z czarną owcą i Anneliese pierwszy raz w życiu była z tego stanu rzeczy zadowolona.
Przestąpiła próg sali obrad i przycupnęła na brzegu najbliższej ławy. Sąsiad z jej lewej strony, postawny, wąsaty mężczyzna, przesunął się niechętnie, by zrobić miejsce. Wśród zgromadzonych nie było zbyt wielu kobiet i Anneliese przyciągała więcej spojrzeń niż można to było uznać za normalne. To nawet lepiej, myślała, może dzięki temu trudniej mnie będzie dyskretnie wyeliminować. Baletnicy nigdzie nie było widać, za to Cynthia, siedząca twarzą do publiczności, wyglądała, jakby miała za chwilę zwymiotować.
Nie uda jej się, pomyślała po raz kolejny Anneliese. Nie poradzi sobie. Nie zdoła zapanować nad nerwami, w najgorszym wypadku gotowa tu zemdleć.
Trudno. Anneliese zrobiła wszystko, co mogła, a nawet więcej, by doprowadzić Cynthię do tego miejsca, ale na to, co miało się stać za chwilę, żadnym sposobem nie była już w stanie wpłynąć.
Wystąpienia rozpoczęły się punktualnie, zgodnie z zapowiedzią. Wszystko szło według ustalonego programu, bez żadnych zakłóceń, jeśli nie liczyć dobiegających z widowni sporadycznych pochrapywań. Anneliese próbowała skoncentrować się na treści poszczególnych przemówień, ale były śmiertelnie nudne, zbyt podobne do siebie, w dodatku słyszała to wszystko tak wiele razy, że naprawdę nie miała potrzeby słuchać ponownie. Dystyngowani panowie w średnim wieku, po raz nie wiedzieć który, wyrażali ubolewanie z powodu zaginięcia ministra i solennie obiecywali kontynuować jego jakże ważną i odpowiedzialną pracę w oczekiwaniu na jego powrót, w który wszak w żadnym wypadku nie wątpią.
Gdy nadszedł czas przemowienia Cynthii, niemrawa publiczność jakby się nieco ożywiła. Nie rozległy się, co prawda, podekscytowane szepty, ludzie nie zaczęli wiercić się nerwowo w ławkach, ale jednak atmosfera w jakiś subtelny sposób uległa zmianie. W końcu Cynthia jako jedyna miała coś ciekawego do powiedzenia. Warto było obudzić się na chwilę i posłuchać.
Anneliese wpatrywała się z uwagą w bladą twarz swojej tymczasowej sojuszniczki. Cynthia nie wyglądała dobrze. I nie chodziło tylko o stres. Wydawała się chora, wręcz na granicy utraty przytomności. Czy to możliwe, że zabójca zdołał jakimś sposobem zbliżyć się na tyle, by podać jej truciznę? Przez większość dnia Anneliese miała oko na Cynthię i była pewna, że kobieta nie jadła, ani nie piła niczego podejrzanego. W ciągu ostatnich godzin skosztowała tylko odrobinę herbaty, ale to było jeszcze w gabinecie, w pałacu ministerialnym. Czyżby morderca zdołał przeniknąć nawet tam?
- Szanowni państwo – głos Cynthii, słaby, chrapliwy, był ledwie słyszalny w ostatnich rzędach. – W trakcie tego krótkiego okresu pomiędzy ogłoszeniem wyborów na tymczasowego zastępcę ministra technologii a dzisiejszym dniem, w którym odbywa się podsumowanie wszystkich kandydatur, zdążyłam kilkakrotnie wygłosić przemówienia, dotyczące mojego programu politycznego. Jeśli do tej pory nie przekonałam członków Zgromadzenia, to i teraz ich nie przekonam, choćbym kolejny raz powtórzyła, jak bardzo zależy mi na kontynuowaniu dzieła mojego męża, najlepiej do spółki z nim samym, kiedy już uda mi się go odnaleźć.
Anneliese zamarła. To nie były słowa, które razem napisały i których deklamację ćwiczyły przez cały dzień. Nie mogła stwierdzić, czy chociaż notatki, Cynthii, były tymi, które sporządziły wspólnie, ale to nie miało żadnego znaczenia – kobieta i tak na nie nie patrzyła. Mówiła pewnie i zwięźle. Być może miało to coś wspólnego ze stanem jej zdrowia – chciała jak najszybciej uporać się z przemówieniem, by opuścić mównicę o własnych siłach. Jeśli by zemdlała, nie obyłoby się przecież bez komentarzy na temat kobiecej słabości uniemożliwiającej branie czynnego udziału w polityce. Sama Anneliese na miejscu Cynthii postąpiłaby w ten sposób.
- Nie bez przyczyny mówię o odnalezieniu – kontynuowała Cynthia. – Moi szanowni przedmówcy ograniczają się do żywienia nadziei na szczęśliwy powrót ministra. Zazdroszczę im tej nadziei, bo sama takiej nie mam. Ludzie nie zapadają się pod ziemię ot tak, by po tygodniach po prostu pojawić się z powrotem. Jestem przekonana, że mój mąż zniknął w podejrzanych okolicznościach i że okoliczności te były związane z sytuacją w kraju. Nie jest dla nikogo tajemnicą, że do stolicy wrócił Augustin d’Avensis, przewodniczący dawnego Towarzystwa Naukowego. Nie został zaaresztowany od razu, ponieważ chcieliśmy dowiedzieć się, po co przybył. Nad tym między innymi pracował mój mąż. Proszę państwa, mogę z całą pewnością stwierdzić, że nikt z nas nie jest w tej kwestii mądrzejszy niż kilka tygodni temu, gdy to wszystko się zaczęło. Bo też i nikt z moich szanownych kolegów polityków nie zdecydował się wziąć za tę sprawę odpowiedzialności. I nikt się nie zdecyduje, o tym również jestem przekonana. – Zawiesiła głos, ale raczej nie dla efektu. Ta wypowiedź wyraźnie ją wyczerpała, nie sposób było tego nie zauważyć.
No, szybciej, ponaglała w duchu Anneliese, mów, zakończ z przytupem, zanim legniesz za tą mównicą jak wór kartofli!
Cynthia pochyliła się i chwyciła pulpitu. Wyglądała, jakby walczyła z zawrotami głowy.
- Mogłabym na tym zakończyć to przemówienie – podjęła z wysiłkiem. - Niewykluczone, że wręcz powinnam. Ale zanim oddam głos kolejnemu kandydatowi, chciałabym oznajmić coś, o czym wszyscy państwo powinniście wiedzieć. Wczorajszej nocy ministerstwo bezpieczeństwa i służb porządkowych dokonało aresztowania Augustina d’Avensisa, co nie zostało podane do publicznej wiadomości.
Tym razem na sali zapanowało wyraźne poruszenie. Minister bezpieczeństwa zerwał się ze swego miejsca, purpurowy na twarzy.
- Ta kobieta kłamie! – wrzasnął.
- Proszę o spokój! – Organizator spotkania zabrał głos, po raz pierwszy od momentu inauguracji.
- Spokój? Jak ja mogę być spokojny, kiedy…
- Jaką mamy gwarancję – przerwała mu Cynthia – że to aresztowanie zostanie należycie wykorzystane?
Nie podniosła głosu, zresztą chyba nie była w stanie, jednak mimo tego wszyscy ucichli, gdy tylko się odezwała. Anneliese miała ochotę ją uściskać.
- Jaką mamy gwarancję, że nie zostało zatajone właśnie po to, by po cichu pozbyć się niewygodnej jednostki i tym samym pozwolić, by cała sprawa po prostu się roszeszła? Augustin d’Avensis, proszę państwa, nie jest źródłem problemu, a wierzchołkiem góry lodowej. Utrącenie go nic nam nie da, jedynie…
- Dość tych bzdur!
- Panie ministrze, upominałem…
- Niech ktoś uciszy tę wariatkę! – Minister bezpieczeństwa nic zupełnie nie robił sobie z uwag organizatora. – Ona szkaluje poważny urząd! Posądza nas o…
- Co się dzieje? – wysoki, świdrujący, kobiecy głos przedarł się przez ryki ministra.
- Co się dzieje?! Jak to, co się dzieje? Ta niezrównoważona kobieta…
- Boże, niech ktoś coś zrobi!
- Zrobi…?
Dopiero wtedy Anneliese oderwała wzrok od trzęsącego się z oburzenia ministra. Nie tylko ona zresztą. Cała sala utkwiła w nim spojrzenie i przez chwilę nikt nie zwracał uwagi na Cynthię, która tymczasem osunęła się na podłogę.
- Co jej się stało?
Anneliese nie mogła dostrzec kobiety o piskliwym głosie, jednak cały czas ją słyszała. Minister stał skonfundowany. Wyglądał, jakby dalej chciał się kłócić, ale nikt już na niego nie patrzył. Organizator zniknął gdzieś, można było mieć nadzieję, że pobiegł po pomoc. Do zgromadzonych w końcu zaczęło docierać, co się dzieje. Powoli podnosili się ze swoich miejsc. Zablokowali przejście. Anneliese, półprzytomna ze strachu, przeciskała się między nimi, w duchu zaklinając los, by to nie było to, co miała na myśli.
- Niech nikt się do niej nie zbliża! - Anneliese znała ten głos.
Prący do przodu tłum zatrzymał się, jakby z pewnym wahaniem.
- Niech wszyscy skierują się do wyjścia!
Baletnica najwyraźniej opuściła swój posterunek. By ratować Cynthię, czy żeby zabrać zwłoki? A może po to, by nie pozwolić zabójcy dokończyć dzieła?
Tłum nie parł już naprzód, ale też nikt nie kwapił się do odwrotu. Anneliese stała wraz ze wszystkimi w potwornym ścisku. Nie miała żadnej możliwości, by ruszyć w stronę Cynthii i Baletnicy, czy choćby dostrzec je obie zza pleców stojących z przodu ludzi. Gdy już myślała, że przyjdzie jej tak sterczeć po wsze czasy, usłyszała straszliwy, ogłuszający huk. W pierwszym momencie z niczym nie skojarzyła tego dźwięku, dopiero gdy ułamek sekundy później pełna sala ludzi eksplodowała panicznym wrzaskiem, dobywającym się z blisko setki gardeł, a tłum nieomal stratował ją, pędząc na oślep do drzwi wyjściowych, zrozumiała.
Wystrzał z pistoletu.
Nawet się nie przestraszyła, przekonana, że to Baletnica wystrzeliła w sufit, by wymusić reakcję tłumu, który bez tego mógłby tak stać do sądnego dnia. Starała się jakoś utrzymać na nogach, by pchający się ku drzwiom ludzie nie przewrócili jej i nie zadeptali. W tej sytuacji tym bardziej nie miała możliwości ruszyć w przeciwną stronę, postanowiła więc wyjść wraz ze wszystkimi, poczekać aż sala opustoszeje i wrócić.
Wtedy usłyszała drugi strzał, a ponad ogólną wrzawę wybił się głos.
- Boże, Boże, co ty wyprawiasz?! Zabiłaś je! Zabiłaś je obie!
Dziewczyna nie brzmiała już tak piskliwie, ale to na pewno była ona, ta sama, która pierwsza dostrzegła, że Cynthia straciła przytomność.
- Od początku mówiłam, że to nie jest dobry pomysł! - lamentowała.
Zabił?, myślała tępo Anneliese, pozwalając oszalałemu tłumowi nieść się do wyjścia. Kto kogo zabił? Kto jeszcze tu jest?
Nagle, zupełnie nieoczekiwanie, sala obrad wypluła ją z powrotem do ogromnego hallu. Spanikowani ludzie odzyskali wreszcie swobodę ruchów i rozpierzchli się w różnych kierunkach, wyjść z hallu było bowiem, na całe szczęście, więcej niż jedno. Anneliese z trudem utrzymała równowagę. Wycofała się pod ścianę, ale nie zdążyła nawet odetchnąć po tym duszącym ścisku, gdy poczuła, że ktoś staje przy niej i wciska jej w bok podłużny, twardy przedmiot. Pamiętając wystrzały sprzed chwili, nie miała żadnych wątpliwości odnośnie charakteru tego przedmiotu. Odwróciła się, bardziej już chyba zrezygnowana niż przestraszona.
Ciemnowłosa, dobrze zbudowana kobieta, której Anneliese nie widziała z całą pewnością nigdy wcześniej, patrzyła na nią z uśmiechem.
- Proszę ze mną, pani van Foltyn – powiedziała cicho. - Spokojnie. Nic się pani nie stanie.
* * * - Nie mam słów. Po prostu nie mam słów. To, co zrobiłeś było...
- Ależ moja miła, ponoszą cię emocje.
Błazen siedział ze skrzyżowanymi nogami na dnie szafy. Otworzył drzwi na całą szerokość i z tej dziwnej pozycji rozmawiał z Mirabelle, nerwowo spacerującą po pokoju w ich mieszkaniu. Nie bez trudu pozwoliła mu zabrać się tu z powrotem po wydarzeniach w zrujnowanej fabryce. Nie od razu też uwierzyła, że Błazen nie ma zamiaru jej zamordować, ale kiedy zdradził jej motywy swoich działań, to ona nabrała ochoty, by zamordować jego. Nie chciała z nim rozmawiać, zamknęła się w swojej sypialni. Nie zdołała zasnąć przez całą noc w obawie przed tym, co mógłby jej zrobić. Nie próbował robić niczego. Poczekał po prostu, aż będzie gotowa do rozmowy.
Wcale nie była, ale przecież nie mogła zostać w tym pokoju na zawsze. Wyszła więc, a teraz żałowała. Z tym szaleńcem nie dało się dojść do żadnego porozumienia.
- Tak, ponoszą – przyznała bez oporów. - Bo ja, w przeciwieństwie do ciebie, mam emocje! Jak mogłeś? Jesteś potworem!
- Nie jestem potworem, najdroższa. Coś ci się pomyliło. Jestem Błaznem. Istnieje kilka zasadniczych różnic między potworem a Błaznem. O, dla przykładu, spójrz, tu mam berło, nawet dzwonek naprawiłem...
- Dlaczego to zrobiłeś?
- Bo się zepsuł.
- Wiesz, o co pytam!
- Przecież już ci powiedziałem. Sam nigdy by się na to nie zgodził, a ja, mając wyraźny zakaz, nie mogę działać.
- Za to możesz do woli knuć za naszymi placami i wystawiać nas na niebezpieczeństwo, jeśli masz taki kaprys.
- Tak, mniej więcej. Ale, jak mówiłem, nie ma żadnego niebezpieczeństwa...
- W takim razie wiesz co? - przerwała wzburzona Mirabelle. - Jako mojemu tymczasowemu strażnikowi zakazuję ci jakiegokolwiek działania bez mojej wiedzy i zgody!
- Właśnie znacząco utrudniłaś mi pracę. - Błazen zmienił pozycję i ułożył się na dnie szafy jak w trumnie.
- Doskonale – oświadczyła spokojnie Mirabelle. - I temu drugiemu, jak się w końcu znajdzie, też utrudnię.
- Spodziewam się, że będzie zachwycony.
- Jakoś mało mnie to w tej chwili interesuje!
Miała dosyć. Dosyć tajemnic, niedopowiedzeń i wymownego milczenia. Jakby na to nie spojrzeć, tkwiła w całym zamieszaniu po uszy i nic nie wskazywało, by ten cyrk miał się szybko skończyć, dlaczego więc nie miałaby wiedzieć, co się dookoła niej dzieje? Przecież nie była już dzieckiem!
- Co teraz? - zapytała.
- Jutro Cynthia van Foltyn zostanie wybrana na zastępcę ministra technologii, między innymi dlatego, że dziś ujawni aresztowanie, do którego się wczoraj przyczyniliśmy. Potem wypuści oboje więźniów i w końcu wszyscy ze wszystkimi porozmawiają. Czyż to nie piękne? Przedstawiciele oficjalnej władzy, dawne Towarzystwo Naukowe i Panopticon... Mój plan zrealizowany, cała wesoła gromadka w jednym miejscu. Aż się wzruszyłem.
Usiadł ponownie i ostentacyjnie otarł nieistniejącą łzę.
- Jesteś obłąkany.
- Nie wykluczam takiej ewentualności.
- Ale to może się udać.
- Nie może się nie udać.
Popatrzyła z powątpiewaniem. Pewność siebie Błazna bywała deprymująca.
- Nawiązaliśmy kontakt z obiema żonami zaginionego ministra, byłą i obecną, a dzielne niewiasty zgodnie przystały na współpracę – wyjaśnił z teatralną emfazą. - Jedna z naszych agentek pilnuje ich z podziwu godnym zaangażowaniem, a pozostali w pocie czoła przygotowują grunt społeczny pod jutrzejsze wybory. Zniknięcie ministra znacznie wszystko ułatwiło, aż wstyd, wstyd doprawdy i sromota, że sami nie pomyśleliśmy wcześniej, by go wyeliminować i wciągnąć we wszystko jego urocze małżonki. Zwłaszcza że jedna z nich miała z nami regularny, acz niezbyt intensywny kontakt. Mimo tego niedopatrzenia, jak do tej pory, wszystko nam sprzyja, nie przewiduję komplikacji.
- A jeśli...
- Wtedy będziemy improwizować.
- Będziemy?
- Och, najdroższa, uważaj, czego sobie życzysz. Nawet nie wiesz, w jak straszliwe bagno wpakowałaś się, żądając ode mnie szczerości. Od teraz tkwimy w nim oboje, na dobre i złe.- Wyszedł z szafy, stanął naprzeciw dziewczyny i wpatrywał się w nią uważnie z przechyloną na bok głową. - Masz jeszcze ostatnią szansę, żeby się wycofać.
Poczuła się odrobinę nieswojo, ale znała już Błazna i wiedziała, do czego zmierza to przedstawienie. Wytrzymała jego spojrzenie.
- Nawet nie ma mowy – powiedziała dobitnie.
Uśmiechnął się i wyciągnął do niej rękę.
- Partnerzy? - zapytał.
Ujęła jego dłoń bez wahania i ścisnęła mocno.
- O tak.
* * *
Doktor Aaron Hansen nie pamiętał, kiedy ostatnio płakał i czy kiedykolwiek, nie licząc wczesnego dzieciństwa. Oglądał w życiu straszne rzeczy, za część z nich zresztą sam był odpowiedzialny, i nie sądził, by w ogóle był jeszcze w stanie okazać poruszenie czymkolwiek. Ale to wszystko go przerosło, dlatego siedział teraz w swojej pracowni na brzegu operacyjnego stołu i nie próbował nawet powstrzymywać gorzkich łez bezsilności.
Co jeszcze?
Co jeszcze miał zrobić, by uratować najbliższą sobie osobę?
Zaczęło się dawno temu od decyzji poprzedniego władcy, by zniszczyć dokumenty, od niepamiętnych czasów przechodzące w rodzinie królewskiej z ojca na syna. Dokumenty, zawierające piękną i straszliwą tajemnicę.
Młody następca tronu poczuł się odrzucony, uwierzył, że ojciec nie uznał go za dostatecznie godnego, dlatego wolał zniszczyć to wspaniałe dziedzictwo, niż przekazać je wyrodnej latorośli. Nie pomagały rozmowy i tłumaczenia, nie pomagały argumenty odwołujące się do moralności i odpowiedzialności. Chłopiec zamknął się w sobie i nic nie było w stanie wyrwać go z otępienia.
Z początku, mimo wszystko, funkcjonował normalnie, a po śmierci ojca, zgodnie ze zwyczajem, przejął tytuł i koronę. Tylko że faktycznie nikim nie rządził i wcale nie zamierzał, opanowany obsesją odtworzenia zniszczonego dokumentu. Zredukował drastycznie pałacową służbę, wypędził wszystkich dworzan. Uważano powszechnie, że nowy władca jest po prostu ekscentryczny i nikomu to nie przeszkadzało, biorąc pod uwagę, że od wielu już pokoleń król był głównie figurą reprezentacyjną, a faktyczną władzę sprawowali ministrowie. Oczywiście wszystkie decyzje musiały przejść przez Radę, król jednak z rzadka ingerował osobiście w politykę. To, że kolejny ingerował jeszcze mniej, nikogo zatem nie dziwiło.
To Hansen zmuszał go do zajmowania się codziennymi obowiązkami, jednocześnie szukając sposobu na przezwyciężenie jego marazmu.
Może i był tylko bękartem, ale nie zamierzał zostawić w potrzebie przyrodniego brata.
Król z każdym rokiem coraz bardziej zatracał się w swoich badaniach nad mechanizmami, a Hansen coraz głębiej i głębiej wnikał we wszystkie możliwe struktury mogące naprowadzić go na jakikolwiek ślad technologii, która wraz ze śmiercią poprzedniego króla została bezpowrotnie utracona.
Zaangażował się w działalność Królewskiego Towarzystwa Naukowego, ale on i jego najbliżsi współpracownicy przesadzili z eksperymentami, doprowadzając do społecznych rozruchów i ostatecznie zmian w prawie, których sam jeden nie mógł powstrzymać, a jego brat, który taką możliwością dysponował, nie chciał, bo nic go to nie obchodziło, podobnie jak wszystko inne. Więc Aaron Hansen wraz z innymi zszedł do podziemia i kontynuował swój proceder.
Wszystko na nic.
Pozostał tylko jeden wątły cień nadziei – że dokumenty tak naprawdę nie zostały wcale zniszczone.
Kto, będąc przy zdrowych zmysłach i dysponując kluczem do takiej potęgi, pozbyłby się go z własnej woli? Dokumenty mogły wciąż gdzieś być, należało tylko trafić na wskazówkę odnośnie kryjówki.
Do dotychczasowych zajęć polegających na pilnowaniu królewskich obowiązków oraz eksperymentowaniu, doszedł Hansenowi kolejny – próby ustalenia, czy i gdzie można znaleźć zniszczone rzekomo papiery.
Nie powiedział o niczym bratu. Nie chciał niepotrzebnie rozbudzać jego nadziei. Nawiązał bliską współpracę z Damienem d'Avensisem, synem przewodniczącego Towarzystwa, w nadziei na dojście do samego przewodniczącego. O zdobyciu zaufania Augustina nie mogło być mowy. Świętoszkowaty staruch nie pochwalał metod pracy Hansena i nie chciał mieć z nim wiele wspólnego. Damien był jednak bardziej otwarty. Jeśli starszy d'Avensis wiedział coś o dokumentach, jego syn mógł to z niego wyciągnąć.
Spróbował to zrobić i zginął.
Co oznaczało, że Hansen był na dobrym tropie.
Zaraz po tym d'Avensis wyjechał i na sześć lat jakby zapadł się pod ziemię. Doktor wreszcie odnalazł go gdzieś na zapadłej wsi, tuż przy granicy z sąsiednim królestwem. Nie podjął próby nawiązania bezpośredniego kontaktu. I tak nic by mu to nie dało. Trzeba było załatwić to inaczej, zmusić przewodniczącego, by powrócił do dawnego życia, nie spuszczać z niego oka i uważnie obserwować, aż w końcu czymś się zdradzi.
Zorganizowanie tego pochłonęło mnóstwo czasu i energii. Ta mała idiotka, którą wybrał, by sprowadziła d'Avensisa, musiała wierzyć, że pożar w jej domu był wypadkiem, a ona sama wszystko robi z własnej woli. Tu czy tam pojawił się życzliwy sąsiad, podpowiedział to i owo, podszepnął, że miejscowy grabarz potrafi wykonać konstrukcję, dzięki której łatwiej będzie opiekować się nieprzytomnym Williamem, czy jak mu tam. Inny znów wzdychał, że w stolicy to są dopiero lekarze, że tam to można by chłopcu pomóc. Gdzieś w rzeczach dziewczyny zaplątał się artykuł z gazety, o beznadziejnych przypadkach medycznych, które zdołano wyleczyć...
Ale panna była naprawdę nieprawdopodobnie tępa i Hansen obawiał się, że będzie musiał opłacić i zmanipulować pół wioski, żeby w końcu zrobiła to, czego od niej oczekiwał. A nie mógł działać na szerszą skalę, bo przecież d'Avensis na pewno miał strażnika, a strażnikom zdecydowanie lepiej było nie pchać się przed oczy. Nie mógł też wprost z nią porozmawiać - idiotka pierwszej okazji wypaplałaby wszystko staruchowi, a on na pewno wszystko by skojarzył i tylko wzmógł czujność. Nie, mała miała wierzyć, że podejmuje zupełnie samodzielne decyzje, ewentualnie w oparciu o rady i opinie życzliwych jej ludzi.
No i oczywiście przewodniczący musiał połknąć haczyk.
Ten plan miał bardzo nikłe szanse powodzenia, a jednak udało się. D'Avensis przyjechał do stolicy, został pojmany, w dodatku w tym samym czasie w ręce Hansena wpadł dowód na to, że jego dążenia naprawdę mogą zakończyć się sukcesem.
Wiedział, że jeśli istnieją gdzieś jakieś działające egzemplarze, organizacja taka, jak Panopticon, będzie je przyciągać. Dlatego, gdy tylko usłyszał plotki o tajnych strażnikach, postarał się odnaleźć ich i zdobyć zaufanie. Co prawda to oni odnaleźli jego, gdy dowiedzieli się, że jest nimi zainteresowany, ale ostatecznie zaakceptowali go. Obserwował członków organizacji latami, ale większość, mimo niewątpliwie imponujących umiejętności, zdawała się ludźmi z krwi i kości.
Dopóki nie pojawił się Aimar.
Odkrycie, że zaginiona technologia nadal funkcjonuje, było jak objawienie. Ta radość, euforia... Hansen nigdy w życiu nie czuł czegoś podobnego. Podobnie nigdy nie czuł większego rozczarowania, jak wtedy, gdy pojął, że nawet mając mechanizm przed oczami, nie jest w stanie go zrozumieć, a co dopiero mówić o odtworzeniu.
Tylko przyciśnięcie d'Avensisa mogło posunąć sprawę do przodu. Jeśli naprawdę miał te papiery, jeśli...
Wszystko to oznajmił dziś swojemu bratu. Przyznał się do działania na własną rękę przez te wszystkie lata, do uknucia intrygi, do tego, że w imię powodzenia planu bez skrupułów spalił dom i zabił rodziców niewinnej dziewczynki.
Prosił tylko o jedno. O jedno. By król zainterweniował w sprawie wyboru Cynthii van Foltyn na tymczasowego zastępcę ministra.
Tej kobiecie nie zależało na polityce, zależało jej tylko na odnalezieniu męża, a więźniowie mogli jej w tym pomóc. Gotowa była wpaść wraz z nimi na ślad całej intrygi. A drugi raz już d'Avensisa złapać się nie da. Hansen był o tym przekonany. Wysłał zabójcę, by unieszkodliwił Cynthię i tę drugą van Foltyn, która myślała, że jest taka sprytna i nikt o niej nie wie, ale partacz zawalił i w dodatku dał się w idiotyczny sposób zabić. Tu potrzebny był cud, a jedyna osoba, która mogła go sprawić, odmawiała konsekwentnie – jak zresztą zawsze.
Hansen mówił, tłumaczył, błagał – bez skutku. Król zdawał się w ogóle nie pojmować ogromu powiązań i zależności, które doprowadziły do obecnej sytuacji. Był jak człowiek, który, idąc, widzi drogę tylko na kilka kroków przed sobą. Interesował go wyłącznie mechanizm Aimara, a w istnienie dokumentów w ogóle nie miał zamiaru uwierzyć. Całe jego dotychczasowe życie opierało się na żalu do ojca za zniszczenie dziedzictwa. Uświadomienie sobie, że być może wcale nie zostało zniszczone, a jedynie schowane dla kogoś, kto okaże się go bardziej godny, sprawiłoby mu prawdopodobnie zbyt wielki ból. Choć dał Hansenowi zgodę na poszukiwania, nie zamierzał w nich uczestniczyć. Był na to zbyt chory, lekarz zdawał sobie z tego sprawę, co nie zmieniało faktu, że miał już coraz mniej sił i odczuwał coraz większą frustrację.
Jutro Cynthia van Foltyn zostanie wybrana na zastępcę ministra, a on straci szansę na przejęcie więźniów. Nie zbliżył się ani trochę do poznania tajemnicy mechanizmu Aimara, a król, zamiast zdrowieć pod wpływem ostatnich wydarzeń, tylko coraz głębiej pogrążał się w szaleństwie.
Ale Hansen wiedział, że nie może się poddać. Nie teraz. Nie, gdy był tak blisko.
Ocali brata, znajdzie dla niego to, czego ten pragnął najbardziej na świecie. Nieważne, jak wiele osób po drodze będzie musiał skrzywdzić i jak bardzo sam ucierpi. Odda królowi odebrane mu niesprawiedliwie dziedzictwo. Przyniesie mu schematy konstruowania mechanicznych ludzi, choćby miał je wydrzeć d'Avensisowi z gardła!
Aaron Hansen płakał tak, jak nie płakał nigdy w życiu. Zaciskał palce na brzegu operacyjnego stołu i szlochał głośno, mając pewność, że w grobowcu, jakim stał się pałac, nikt go nie usłyszy.
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1825
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: Kruffachi » 13 stycznia 2017, 17:37

SPOILERY!!!


Zacznę od początku, czyli od początku ;) Świetnie wyszła ta zabawa chronologią, bo dzięki temu nie wiedziałam, kim jest współwięzień (chociaż tak sobie pomyślałam - Aimar! Acz totalnie nie wiem dlaczego XD ) i zadziałała taktyka szoku, kiedy napisałaś o tym krojeniu i składaniu z powrotem. To mną szarpnęło w taki dobry sposób. I też nie od razu pomyślałam o maszynie, chociaż to już pewnie bardziej moje gapiostwo i rozbiegane skojarzenia, i tak sobie myślałam, że o jprdl, jaka okrutna kara, wiosnomózgu sthap albo nie, rób mi tak jeszcze. A potem okazało się, co się okazało, i też mi było dobrze, o, jak dobrze, ale oczywiście od razu pomyślałam, że Baletnica i Błazen. I OMG! Kto jeszcze?! Przykro mi jakoś z tego powodu, ale to nie jest taka przykrość przykra, tylko taka wewnątrztekstowa, po prostu poruszyłaś strunę smutku i to było świetne i dla takich momentów się czyta i człowiek przywiązuje się do bohaterów <3 I teraz mam niepokój, no bo och. No jest niepokój, ale też - z drugiej strony - nadzieja, że nie zabiłaś Baletnicy, a przynajmniej nie tak całkiem ostatecznie, że ją poskładają i w ogóle, w ogóle. No i w ogóle na Aimara teraz patrzę całkiem inaczej. Pamiętam, że za nim nie przepadałam, że miałam wobec niego spore opory i zachowywałam nieufność, a teraz tak mi jakoś czytelniczo za to wstyd i to też jest świetne. Teraz go kupuję w całości, widzę, dokąd zmierzałaś i podziwiam szaleńczo konsekwencję. To też mi tak pięknie uruchomiło wspomnienie tej sceny, w której Mirrabelle się obok niego kładzie, a on nic. Żadne tam gentlemański, w które trudno mi było uwierzyć, choć szokowało w jakiś sposób i przyjemnie wybijało z rytmu. Ot, maszyna :3 No i motyw z niewiedzą, tak mi się z BSG skojarzyło, ale to też dobre skojarzenie i czułość wielka w mym sercu wzbudzona <3

A potem był kawałek z paniami i chciałam Ci napisać, że udało Ci się uzyskać między nimi świetną dynamikę. One się tak dobrze uzupełniają i nakręcają - czy to przez charaktery, czy działania, czy funkcję fabularną. Aż żałuję, że to tak krótko potrwało, zanim rąbnęło, bo bym chętnie pooglądała ten triumwirat dłużej. Ale wtedy może nie byłoby tak gwałtownie, tak nagle i nie zrobiłoby takiego wrażania. To takie cudne freudowskie trio (ha, taka jestem mądra, bo mnie trołpy nauczyły XDDD), gdzie Anneliese widzę oczywiście jako id, tę działającą, aktywną i najbardziej agresywną, Baletnicę jako superego i Cynthię jako ego, rozpiętą między nimi, emocjonalną, przerażoną i pozornie najsłabszą, ale kluczową. W ogóle Cynthię darzyłam ogromną sympatią za tę jej przeciętność, zwykłość, za to zostawanie w cieniu i jednocześnie ogarnianie, więc też mam cichutką nadzieję, że jednak żyje, ale jeśli nie żyje, to nie będę zawiedziona - kumasz ^^ Bo tak to pięknie podbudowałaś tym poczuciem strachu, w którym Cynthia zdawała się taka osamotniona, nieomal irytująca, bo przecież wszystko jest pod kontrolą, plan może ma dziury, ale trzeba działać i w ogóle, laska, nie rób teraz problemów. A tu jebut! I nawet jeśli miałam jakieś tam przeczucia, to energia Anneliese i chłód Baletnicy nieomal przekonały mnie, że tak, nic złego nie może się stać. Także dodatkowe brawa za wybór perspektywy, chociaż rozdygotana Cynthia byłaby taką kuszącą opcją. Ale wtedy to wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej.

No i Błazen, kurczę, kupuję ten jego plan. Ale jednocześnie się boję, bo skoro pomyliła się Baletnica (chyba), to przecież równie dobrze mógł przeliczyć się on. Więc czekam w napięciu i boję się o Grabarza, czy to przypadkiem nie rąbnie wszystko na główkę, zwłaszcza że jeden element planu wysypał się już koncertowo - no to w sumie, co ja się łudzę, wiadomo, że rąbnie... Jak pisałam na SB, cudnie mnie w tej scenie zaskoczyła Mirrabelle. Mogła przecież odstawić urażoną nastolatkę, tupnąć nóżką i sobie pójść, ale podjęła wyzwanie. Widać w niej determinację i to mnie do niej coraz bardziej przekonuje, chociaż też miałam z nią jakieś problemy na początku. Mam wrażenie, że dojrzewa na moich oczach. I jednocześnie czekam i boję się sceny, w której dotrze do niej, kim jest Błazen. Już czuję jej ból.

No i ostatnia scena. Pięknie niepokojąca, klimatyczna. Sporo wyjaśnia. Portret króla i jego szaleństwa, portret szaleństwa i obsesji Hansena, to wszystko takie obrazowe i niepokojące, i słów mi brak. To był tak dobry, tak intensywny rozdział. Piskałam z uciechy wiele razy. Dziękuję Ci za to <3
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: Kanterial » 16 stycznia 2017, 23:54

Ogrom wyjaśnień, na które czekałam. Jestem poruszona, jestem usatysfakcjonowana. Chylę czoła - cóż za intryga, jak ją zaplanowałaś pięknie i jak zmyślnie, ile masz jeszcze asów w rękawie? Powtórzę się - jeśli to naprawdę był plan od początku do końca i wiedziałaś, jak, kiedy, na ile będziesz odsłaniać karty... kłaniam się nisko. Rządzisz.
SpoilerShow
jeśli nie, to też rządzisz, także spoko
WIEDZIAŁAM ŻE Z TYM AIMAREM JEST COŚ NIE TAK HEH JPRDL ROZUMIESZ PRZEWIDZIAŁAM TO ON JEST UBERMENSCHEM.
Nie, a tak na serio, żeby nie piać z zachwytu nad całym wątkiem zapomnianej technologii, dziedzica, bękarta, dokumentów, fabuły... Em, no, nie wiem, jaram się. Cieszę się. Czekam, myślę, próbuję coś przewidzieć. Ale nie przewiduję niczego i za to chyba kocham ten tekst. Nie umiem zbyt dobrze wyrazić tego, jak mnie zaskoczyły następujące rzeczy:
SpoilerShow
AIMAR, tożsamość Hansena i wspólnika, nieprzypadkowość pożaru i sterowanie MIrą
ale lepiej być nie mogło, wszystko siedzi, wszystko trzyma się kupy. Fabularnie 10 na 10, jestem postrzelona tym tekstem, zmieciona, parokrotnie poturbowana przez nagłe i niespodziewane wyjaśnienia, zwroty akcji.

Całość tego, co wrzuciłaś, była skupiona mocno na "informacji" i przekazie fabularnym, przez co ucierpiała delikatnie obrazowość - rozpływałam się nad nią ostatnio. To jednak normalne. To potrzebne. To oczywiste, że tak musi być, a wyjaśnienia i nawiązania i walenie sporą ilością infa doskonale wypełnia powstałą lukę. Także uważam, że posunięcie zupełnie na miejscu i udane. Gdyby jeszcze dopieścić opisy i wskoczyć na poziom obrazowości z niektórych wcześniejszych wstawek, miałabyś tekst (moim zdaniem) kompletny pod wszystkimi właściwie względami.

Jest kilka potknięć technicznych, zjedzone kropki, jakieś zagubione "w głąb/wgłąb" i inne takie rzeczy, ale myślę, że na to przyjdzie czas, gdy skończysz - będziesz sobie szlifować tę najpłytszą warstwę, albo i ktoś ci wyszlifuje, ktoś, kto się zna. Znów nie łapałam błędów, w sumie to egoistycznie, bo wolałam się rzucić na tekst, skoro już mam wolną chwilę. Ogromnie cieszy mnie inicjatywa Cynthii, zaskakuje i cieszy. Zrobiła na mnie wrażenie ta scena w całości, choć przyznaję, że jej końcówka jest nieczytelna. Nieczytelność pojawia się już przy "omdleniu" mówczyni, bo na chwilę zgubiłam tam podmiot (jest takie zdanie, które trochę myli, jakby w centrum był jakiś rozkrzyczany minister i na nim skupił się tłum, tam nie pyknęło mi, że w istocie najważniejsza jest Cynthia). Później też ciężko pojąć zamieszanie, człowiek się myli wraz z drugą van Foltyn i w efekcie nie mam pojęcia co się stało, jak wyglądało, gdzie się podziała Baletnica i kto co jak w ogóle mózg rozj*any.
Albo to mój skill w nieogarnianiu, też możliwe.

Czułam słusznie, że Błazen oczywiście nie został podmieniony ani nie zdradził, wtedy, gdy pozwolił na aresztowanie Grabarza. Więc no, taka delikatna ulga tylko, gdy dostałam z nim scenę.
Inaczej sprawa ma się z Mirą, bo byłam pewna, że faktycznie, wszystko jest tylko zbiegiem okoliczności. A tu proszę. Teraz ogromne zastanawia mnie Locke. Kim, czym on jest? Jakieś motywacje? Był tylko częścią planu? Co z nim teraz? Co czuje do Miry? Nie mogę zliczyć pytań.

Uważam, że bardzo, bardzo przyśpieszyłaś z akcją i choć wygłodniała czekałam tych wszystkich odpowiedzi, nie wiem, czy w obliczu całości taki "zmasowany atak" nie wybije cię z rytmu. Czytelników pewnie nie, ale ciebie. Zwykle kulminacja przychodzi pod koniec. Czyżby zbliżał się koniec? Jeśli nie, Wiosno, jeśli jeszcze daleko do rozwiązań ostatecznych i zakończenia "Na Obraz", to bardzo mocno cię przestrzegam: oby to nie był strzał w stopę. Gdy się tak mocno walnie, trzeba do końca utrzymać poziom - a poprzeczkę masz wysoko. Jasne, że ja tam się czytelniczo jaram i podniecam, ale gdybyś tak teraz znów zwolniła i takim sinusem dotarła do ostatnich rozdziałów... Myślę, że to nie służyłoby tekstowi. Pewnie nie wszyscy się ze mną zgodzą, przedstawiam tylko własne doświadczenia. I nie po to, żeby straszyć, a tylko pomachać chorągiewką.

Jest dobrze. Jestem cholernie pozytywnie zaskoczona, tak trzymać.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: Siemomysła » 18 stycznia 2017, 09:04

Kocham Cię, Wiosno. Kocham Cię, a za ten tekst osobno. Czytam go już tyle czasu i wciąż tak samo interesują mnie losy bohaterów.

Kiedy skończyłam czytać rozdział XII miałam myśl, że cholibka tu było tyle wyjaśnień, tyle ekspozycji, tyle cofania się, by wytłumaczyć czytelnikowi, że przecież chyba powinnam czuć się znużona. Powinnam mieć przesyt, ale nie. Wcale nie. Bo wcześniej tyle wybudowałaś, tyle pokazałaś, tak mnie zainteresowałaś, że to wszystko teraz było na miejscu. Był moment, gdy mogłam sobie pomyśleć "acha!" "ojej!" a także: "no tak! czułam to!" Bo nie umiem teraz powiedzieć, w którym momencie, ale był taki, że coś nieśmiało puknęło w mój mózg: "Oni są mechaniczni... oni są tajemnicą..." I tak! Tak! Uwielbiam to. Uwielbiam stosunek Aimara do tego faktu, że jest mechaniczny. Ten pragmatyzm objawiający się w wyłączeniu bólu, a jednocześnie nie przestaje on dążyć do celu, który przecież zyskał jako człowiek. Bo przecież mógłby mieć moment zawahania, nie? A on działa, prze dalej. I to mi tak bardzo pasuje! To, że nie miał świadomości bycia maszyną, doskonałość wytworu! I nadal jest doskonały właśnie dlatego, że wykonuje zadanie. Przyznam, że Reinhard mi się w cieniu Aimara ukrył xD znaczy ja się Reinhardem bardzo cieszę i tak dalej, ale tu jest Aimar i już. I ten moment, gdy ten pierwszy uświadamia sobie jak dopakowany jest ten drugi i że tak naprawdę najpewniej do niczego go nie potrzebuje. (A jeśli potrzebuje to nie powie po co dopóki nie powie - to już ode mnie, nie od Reinharda ;))

William! Och to jest kolejne pytanie! Co z nim zrobili, że chce zostać? Że jego oczy są bez wyrazu? Czy eksperymentowali, by zrobić z niego maszynę? Czy to coś zupełnie innego? Po prostu ten czas pozostawania w stanie niepanowania nad swym ciałem odcisnął piętno?

Doktor Hansen jest przerażający. Oto antagonista z prawdziwego zdarzenia! Ma cel i jest to cel w gruncie rzeczy dobry - chce dobra swego brata. I do tego celu dąży nie oglądając się na koszty, bezlitośnie, bez zawahania, niszcząc cudze życia. Ma takie klapki, albo reflektory raczej nakierowane na cel i działa. I ma emocje i w ogóle jest tak bardzo niebezpieczny nie dlatego, że robi złe rzeczy, ale dlatego, że nie jest dla niego istotne, że je robi. Wiesz - on mi nie wygląda na kogoś, kto bawi się w wielkie przemówienia przed zlikwidowaniem przeszkody - nie jest kimś, kto popełni błąd gadania, gdy trzeba działać.

Wątek Trzech Pań jest takim kawałkiem polityki, który łykam bez kłopotu - wielokrotnie powtarzałam, że mam problem z polityką, nie ogarniam, nie interesuje mnie, nie umiem (a przecież doskonale wiem, że jest potrzebna, ba nie unikam jej przecież i w swoich tekstach, tyle, że mam absolutną pewność, że i tak nie ogarnę i mnie przeraża). A tu u Ciebie jest to tak podane, że łapię i że mnie wciąga. I teraz się boję. Bardzo. Co tam się podziało i czym może się to skończyć nie tylko dla bohaterek, ale dla państwa po prostu. Jakie ruchy teraz?

No i jest jeszcze wątek Mirabell i szczery Błazen. I ten jego tekst: "mając wyraźny zakaz, nie mogę działać" <3 tak bardzo bardzo teraz oczywisty <3 Cieszę się, że ona się nie wycofała. W sumie i tak naprawdę - dokąd by się miała wycofać? Mam wrażenie, że za jej plecami jest tylko pustka, a w nowe może wejść z przytupem :)

I jeszcze trochę takich ze spoilera, głównie ochów i achów:
SpoilerShow
Natomiast to, co wydarzyło się później, widok członków Rady, nie okaleczonych - teraz był już tego pewien - nie okaleczonych, a rozkręconych, rozparcelowanych...
Zaskoczyło mnie użycie w tym miejscu słowa „rozparcelowanych”. Po prostu zaskoczyło.
A tymczasem król osobiście pozbawił go przytomności potężnym uderzeniem w głowę i wtrącił do lochu w zupełnie niewiadomym celu.
Gość się nie wyręcza. Hue hue.
Van Foltynowi do tej pory trudno było uwierzyć w rzeczy, które wówczas usłyszał, ale Aimar,
TAAAAAK!!!! <3
-Pomijając to, że wyglądam fatalnie i będę miał niemałe opory przed powrotem do świata zewnętrznego w tym stanie, wszystko jest w najlepszym porządku. Uroki bycia maszyną.
-Przecież zanim dowiedziałeś się, czym... kim... Zanim się o wszystkim dowiedziałeś, odczuwałeś ból normalnie.
-Miałem reagować jak człowiek, więc reagowałem. Wierzyłem, że jestem człowiekiem. Jak miałbym nie odczuwać bólu, będąc człowiekiem? Teraz już wiem, że nie muszę i bardzo mi to ułatwia ży... ee... funkcjonowanie.
Mój biedny Aimar *chlip*
Van Foltyn nie podzielał beztroski Aimara. Bał się i nie potrafił przejść do porządku dziennego nad rzeczami, których codziennie dowiadywał się od chłopaka. Bo gdy tylko Aimar nauczył się kontrolować swój mechanizm, postanowił odkryć, co właściwie – i dlaczego – dzieje się w pałacu. Wychodził z lochu zupełnie swobodnie. Jak wyznał ministrowi, był wyszkolony w forsowaniu kłódek, zamków i zabezpieczeń. Przemykał pałacowymi korytarzami, zaglądał do komnat, starał się podsłuchiwać rozmowy, szukał dokumentów, a gdy jego wyczulony słuch zarejestrował trzaśnięcie drzwi od kantorka więziennego strażnika, wracał na dół którymś z niemal zapomnianych bocznych wejść, kładł się w swojej celi i dezaktywował mechanizm.
Może wszystko! 8) Lubić! *wyszczerz pełen satysfakcji* Bo to tu tak pasuje <3
-Nawet nie powinienem. Poza tymi dwoma na górze, jesteś jedyną osobą, która zna mój mały, mechaniczny sekret. Możesz być niebezpieczny. - Spojrzał na ministra ponuro, po czym roześmiał się nieoczekiwanie. - No, nie patrz tak – parsknął. - Żartuję, nie masz się czego obawiać. Zabiorę cię ze sobą, a nawet bezpiecznie odeskortuję do domu.
-Ale przecież masz rację, przecież...
-Miałem niezliczoną ilość okazji, żeby cię wykończyć. Dlaczego miałbym to robić teraz, ryzykując powodzenie swojego planu ucieczki?
Kocham go bo jest taki nieokreślony – w takim sensie, że wyobrażam sobie teraz van Foltyna, jak się w nim musi mieszać strach i nadzieja, jak czai, że nie można ufać i że jednocześnie nie może nic zrobić innego, że ma do czynienia z bytem, którego nie może rozumieć.
-Bo mogę – odpowiedział. - Bo nareszcie, w końcu, mogę.
Och, och, och <3 Czuję w tym COŚ. Głębokiego. Jakieś zyskanie woli, nie tylko możliwości <3 Jakby zdjęcie nakazu/złamanie algorytmu?
-Nie mogę wyjść stąd bez tego, po co przyszedłem.
I na tym stanęło. Aimar żadnym sposobem nie dał wyperswadować sobie zabrania z pałacu Williama Locke'a – albo jego ciała.
Kocham!
a przez szparę w drzwiach wlała się smuga pomarańczowego światła, zapewne z zawieszonej na ścianie gazowej lampy.
Mam wątpliwość, czy gaz pali się na pomarańczowo. Oczywiście może klosz jest pomarańczowy… ale i tak wątpię ;)
-I długo tak?
Gdzieś w tym miejscu, po opisie opustoszałego pałacu miałam głupią myśl – „król też maszyna?”
Oczywistym było, że głosujące jutro Zgromadzenie Ministerialne pod przewodnictwem Rady Generalnej najchętniej opowiedziałoby się po stronie politycznych przeciwników Cynthii. Teoretycznie nic nie stało im na przeszkodzie, by zagłosować wedle swojego uznania i wybrać kogokolwiek innego, jednak wydarzenia sprzed sześciu lat pokazały dobitnie, jak wielki chaos mogą wywołać społeczne rozruchy. Mieszkańcy stolicy byli już zaprawieni w boju i wiedzieli, jak wywalczyć sobie to, czego chcą. Anneliese liczyła na to, że Zgromadzenie wykaże się odrobiną rozsądku i wynik głosowania nie będzie sprzeczny z wolą ludu. Wolą wyrażaną zresztą niezwykle gorąco i gwałtownie.
Podoba mi się to. Ta zasada władania. Kto głosuje, a kto ma wpływ i jak. To tak fajnie osadza w rzeczywistości.
-Dalej nie pojadę, tłum jest zbyt duży.
-Tak, rozumiem – odpowiedziała Anneliese z roztargnieniem. - Pójdę pieszo ten kawałek, proszę mnie tutaj wysadzić.
-Nie sądzę.
Odwrócił się do niej z paskudnym grymasem.
Woźnica? Przyznam, lekko się zgubiłam :bag:
Powinna tam teraz wejść, na tę jasno oświetloną salę, pełną eleganckich, poważnych osób. Powinna tam wejść i udawać, że wszystko jest w najlepszym porządku.
Myśl: „bez jaj, kobieto! Jesteś tak daleko, to TY to wszystko zaczęłaś, idziesz!”
Zabił?, myślała tępo Anneliese, pozwalając oszalałemu tłumowi nieść się do wyjścia. Kto kogo zabił? Kto jeszcze tu jest?
O_O nie, nie, nie! O rany…
-Proszę ze mną, pani van Foltyn – powiedziała cicho. - Spokojnie. Nic się pani nie stanie.
Pum…

A rozmowę Błazna z Mirabell to mogłabym cytować całą! Ale to jest absolutny faworyt:
-Nie jestem potworem, najdroższa. Coś ci się pomyliło. Jestem Błaznem. Istnieje kilka zasadniczych różnic między potworem a Błaznem. O, dla przykładu, spójrz, tu mam berło, nawet dzwonek naprawiłem...
-Dlaczego to zrobiłeś?
-Bo się zepsuł.

I ta wiara w ROZMOWĘ <3

A Hansena najmocniej moim zdaniem charakteryzuje to:
Uświadomienie sobie, że być może wcale nie zostało zniszczone, a jedynie schowane dla kogoś, kto okaże się go bardziej godny, sprawiłoby mu prawdopodobnie zbyt wielki ból.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 480
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: Krin » 23 stycznia 2017, 17:42

Decyzję, by raz jeszcze przeczytać wszystko od początku podjęłam ze sporymi oporami, bo takie rzeczy raczej mi się nie zdarzają i bardzo dobrze zrobiłam, bo inaczej mnóstwo szczegółów by mi umknęło. Wyobraź sobie, że zapomniałam nawet, że Baletnica była narzeczoną syna Grabarza. Skandal! Co gorsze, zupełnie zapomniałam, że Aimar był mimem, a to było ważne dla pewnego mojego olśnienia.

Aż nie wiem, od czego zacząć. Od samego początku lecisz z akcją, pokazując nam coraz większe kawałki coraz ciekawszego świata. Nie wiem, czy to czytanie ciągiem mnie tak oświeciło czy było po prostu ostatnim krokiem do olśnienia, skoro tyle już się dyskutowało i tyle się już słyszało, ale w momencie bodajże rozmowy van Foltyna z Radą pojawił mi się w głowie następujący obraz:

(Jeśli ktoś ma obawę, że moje teorie mogą się sprawdzić, proszę nie czytać, choć nie sądzę by były jakieś oryginalne ;) )
Mogłabym się założyć, że cała ta gromadka:Błazen, Baletnica, Aimar, Aso oraz wszyscy pozostali cyrkowcy i inne kojarzące się z teatrem postacie są mechaniczne. Cały Panopticon jest stworzony z mechanicznych ludzi. Bo kto normalny chciałby poświęcić swoje życie ochronie jakichś tam naukowców? Raczej rzadki przypadek. Poza tym dajesz nam wskazówki. Błazen nie śpi i nie je. Baletnica całe noce ćwiczy, a jednak nie umiera ze zmęczenia. Aimar się nie upija. Już nie wspomnę o rozmowie Błazna z Baletnicą... Bo, jak mi się wydaje, Błazen i Baletnica wiedzą, dlatego mogą korzystać ze swoich umiejętności, dlatego Błazen zawsze wszystko wie, bo słyszy tak dobrze jak Aimar. Poza tym Błazen komunikuje się jakoś z Panopticonem, kiedy jest w szafie, a chowa się do szafy, bo zapewne nie wygląda to zwyczajnie. Mam też różne teorie w temacie, po co mu było zasłonięte oko.
A dlaczego akurat Baletnica, Błazen, mim i klaun? Bo raz, nie są ludźmi, więc mogą sobie pozwolić na zdwojony wysiłek w tym teatrze. Dwa, twórca [czyt. wiosna] popisał się wyjątkowo mrocznym poczuciem humoru. W końcu teatr też jest na obraz i podobieństwo życia. Teatr to oszustwo i oni to też oszustwo.
Brr... Aż mnie ciarki przechodzą.

Po przeczytaniu raz jeszcze zmienił się też całkowicie mój stosunek do Mirabelle i van Foltyna. Obydwoje mnie kiedyś strasznie denerwowali, a van Foltyn kojarzył mi się dodatkowo z jakimś starym, tłustym dziadem, a on przecie młody chłop jest i mu kibicuję, bo mimo, że jako minister technologii działa wbrew ideologii pozostałych głównych bohaterów, nie jest antagonistą, tylko zwyczajnym politykiem, nawet sympatycznym, bo ekscentrycznym i kiedyś szalenie zakochanym. No i jeszcze feminista prawie :D

Ale przejdźmy teraz do wstawek najnowszych. Czytałam to, czytałam i czułam wzrastające napięcie, bo w obu tymczasowo głównych watkach - politycznych staraniach Anneliese oraz w ucieczce Aimara i van Foltyna z pałacu wszystko zdaje się zmierzać ku dobremu. A to znaczy, że zaraz nam czymś przywalisz i człowiek siedzi, jak na szpilkach, bojąc się czym. Jakbym szła z Aimarem zamiast van Foltyna to bym się chyba posrała. Bo wiadomo, że nie wyjdą tak po prostu. Ale powód mnie zaskoczył, bo spodziewałam się czegoś bardziej prozaicznego. I co oni z tym Williamem teraz zrobią? W ogóle nie znamy jeszcze tego bohatera, choć pojawia się cały czas, ale jako cóż... przestawiany z kąta w kąt mebel. Nie wiemy, jak zachowuje się normalnie i co mogło skłonić go do takiego zachowania, jakie zaobserwowaliśmy.
Poza tym trochę mnie niepokoi fakt, że oni chcieli przerobić van Foltyna na robota. Bo czy to nie znaczy, że wszyscy ci bohaterowie są z kogoś zrobieni? O.o W ogóle krojenie Aimara tez jest niepokojące. I jak on mógł nie wiedzieć, że jest mechanizmem? Nikt z Panopticonu nie ma wspomnień? Aż pomyślałam, że może Błazen jednak nie wie, że jest robotem, tylko zwyczajnie nie pamięta, skąd się wziął. (No i czy ma babcię. Bo przecież każdy jakąś ma, co nie?)
Uwaga! Kolejna teoria! Czy twórcą Panopticonu nie jest może Damien? I w jaki sposób właściwie zginął, że można mieć wątpliwości czy nie zabił go ojciec. Bo myślę, że nie zabił, skoro Baletnica nie zabiła jego.

Czy ty widzisz, ile przez ciebie pytań spędza mi sen z powiek, wiosno?

Jest jeszcze Błazen. Tym razem to on wszystko zepsuł, co go trochę demitologizuje. Już nie wspomnę o tym, jak ty pięknie potrafisz, wiosno, cały czas "podbijać stawkę". Umiesz sprawić, że nawet jak jest źle i skomplikowanie, to zaraz może być jeszcze gorzej i jeszcze bardziej skomplikowanie. Uwielbiam to. Uwielbiam zwroty akcji i momenty, gdy różne wątki zaczynają łączyć się w jedną całość, gdy bohaterowie z różnych wątków okazują się znać siebie wzajemnie albo się poznają i zaczynają współpracować. I wszyscy mają w miarę sensowne motywy, biorąc poprawkę, że niektórzy są po prostu lekko stuknięci i wedle ich stuknięcia mają rozsądne motywy. Ale dobrze, że nie są tak do końca stuknięci, nie są chorzy. Są bardzo ludzcy w swoim skrzywieniu.

Mam też nadzieje, że Aimar jakoś jeszcze zareaguje na fakt, że jest maszyną, kiedy już ochłonie. Nie mówię, że ma się załamać czy jakoś roztkliwiać czy nadmiernie filozofować, ale to może być ciekawe. Czekam na moment, kiedy inni też się dowiedzą, że jest maszyną, bo to będzie ciekawe. No chyba, że zdążysz go zabić do tego czasu... Ale hej, dziwne - nie pamiętam byś jakoś szczególnie zabijała swoich bohaterów, choć to do ciebie pasuje, czyli jest dla nas nadzieja.

Mam tylko cztery ale:
1. Ale dlaczego nie dowiadujemy się absolutnie nic na temat żony Grabarza? No bo chyba jego syn jakąś matkę ma, nie? Albo sam jest mechanizmem... To byłby już wyższy poziom fabularnego szaleństwa. O.o
2. Ale czy naprawdę nie było mniej dziwacznego sposobu na zwabienie Mirabelle do stolicy?
3. Ale dlaczego w spotkaniu Grabarza z przewodnicząca tak łatwo dajesz się nam domyśleć, że zaraz się coś stanie? Grabarz nie ma planu, co znaczy, że musi się coś stać.
4. Ale dlaczego nie ma jeszcze następnej części?

Nie są to jakieś poważne zarzuty z mojej strony (z wyjątkiem ostatniego) i pewnie gdybyśmy się nie znały, nie zwróciłabym na nie uwagi. Tak sygnalizuję.

Sorry za ten bełkot. (spójność lokalna - 0 pkt.) Mam nadzieję, że powiedziałam wszystko, co chciałam.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 219
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: MononokeGirl » 24 stycznia 2017, 05:54

Długi tekst, czyli taki jaki tygrysy lubią najbardziej :3

Pierwszy raz tytuł znalazłam chyba w jakimś kometarzu do czegoś innego, nie zwróciłam uwagi czyj, że "ktoś czeka i jara się kolejnym Na obraz i podobieństwo" i było to tak entuzjastyczne i szczere, że specjalnie go odszukałam.

A potem był pierwszy rozdział. Przyznam szczerze, że na początku podeszłam bardzo sceptycznie. Po pierwsze z rezerwą traktuję wszelkie a la zagraniczne twory znalezione w internecie. Wszelkie Mirabelki i Williamy mogą mnie skutecznie odstraszyć. Zbyt często natykałam się na schematyczne opowieści, w których jednocześnie sam pisarz nie potrafił wczuć się w klimat, pisząc np o Ameryce, ale odtwarzając podświadomie polskie realia. Moje podejście dodatkowo wynikało z tego, że zaczyna się nieszczęciem, które skojarzyło mi się z Serią Niefortunnych Zdarzeń, której szczerze nie znoszę, A potem pojawił się absurdalny Błazen. Wtedy całość stała się wręcz surrealistyczna jak przetykana rzeczywistość w Sucker Punchu. Zakończyło się ciekawie, wprowadziłaś też trochę humoru, który uratował w moich oczach tą scenę, ale całość jeszcze nie do końca mnie przekonała.
SpoilerShow
- Czy jej życie nie miłe?! Przecież ustawa o ochronie człowieczeństwa...
- O ile mi wiadomo, ona bimba sobie na ustawę łaskawego pana!
Brzdęk!
- To nie jest moja ustawa! To jest powszechnie obowiązująca ustawa! I przestań dzwonić!
- Co nie przeszkadza jej nadal na nią bimbać.
Brzdęk!
Uznałam, że może dalej bedzie lepiej, ale biorąc pod uwagę długość tekstu jakoś nie czułam potrzeby zagłębiania się w niego i postanowiłam spytać na sb o polecanki. I powtórzyło się Na obraz i podobieństwo. Dużo razy, jeszcze bardziej entuzjastycznie. Wszyscy byli tacy :yaaay: ,więc zabrałam się za cz II. Jakże żałowałabym, gdybym nie kontunuowała! ;o
SpoilerShow
- O ile pamięć mnie nie myli, wspomniałem już, dlaczego. Z nudów, szanowny panie! W naszym mieście wszyscy już do mnie przywykli, więc ciągnie mnie w świat. Ciągnie mnie, by powłóczyć się po stołecznych cmentarzach i przyprawić o zawał kilka nobliwych dam oraz paru dystyngowanych dżentelmenów. Czyżby to był niewystarczający powód? Czegóż więcej panu potrzeba?
Spokoju, pomyślał Grabarz, świętego spokoju. Tego, żebyś stąd poszedł. Teraz. Natychmiast. Żebyś wyskoczył z pociągu, roztrzaskał sobie ten łeb ustrojony w paradną czapę i żebym cię nie musiał oglądać już nigdy w życiu. Tego mi właśnie potrzeba.
- Czy następnym razem, w swej niepomiernej łaskawości, poprosi mnie pan, żebym przestał oddychać? - zapytał uprzejmie.
- Gdybym miał choć cień nadziei, że spełnisz tę prośbę, to uwierz mi...
- Kto wie. - Błazen uśmiechnął się kpiąco. - Wcześniej życzył pan sobie, bym nie dzwonił, więc nie dzwonię.
Przekomarzanki Grabarza i Błazna mnie wciągnęły. Później kiedy razem z Mirabelle dotarłam do stolicy wręcz odczułam jej zachwyt tym miastem. I poszło z górki :) Zwłaszcza, że miałam dzień wolny i żadnych konretnych planów... poza praniem, odkurzaniem, kolacją...A nawet nie spotrzegłam się, gdy zapadł wieczór, siedziałam głodna i zaczytana tak, jak już dawno mi się nie przytrafiło! Postacie poruszają. Mogą być irytujące, zabawne, ale nie obojętne. Każda ma swoją wyraźnie zarysowaną osobowość i w tym natłoku nie zdarzyło mi się pomylić, np Aimara z Reinhartem, czy kimkolwiek innym. Jedyną taką sytuację miałam w ostatnim urywku, kiedy Hansen rozmyślał o królu. Myślał jednocześnie o wspólnym ojcu ich obu i o obecny królu i trochę mnie tam zakręciło, kto jest kim, bo obaj królowie są określeni głównie jako "królowie".
Raczej nie będę oryginalna pisząc, że Błazen mnie podbił. Całkowicie. To mój humor :P Jest nieznośny, ale w tym jak najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu.
SpoilerShow
Nawet pomimo jego czasami dość wyrachowanego, zimnego zachowania (mechanicznego? :P), poznawania szczegółów z przeszłości (rzekomej zdrady) i nawet tego, że specjalnie wystawił Grabarza - jakoś ma w sobie coś takiego, że nie czułam na niego gniewu.
Nie było tej myśli "O ty palancie wredny!", chociaż zdążyłam nie tyle polubić Grabarza, ale go uznać. Nie wydawał się złą osobą.
SpoilerShow
Nawet gdy dowiedziałam się o tym, że zabił swojego syna (czego nadal nie rozumiem, ale mam szczerą nadzieję, że miał dobry powód i to odcisnęło na nim piętno - zbudowałaś taki jego obraz, że wydaje się normalnym i dość dobrym człowiekiem, bym nie podejrzewała go o coś strasznego.
Chociaż jeśli się mylę to będzie to kolejny raz, kiedy mnie zaskoczysz i znowu będę siedzieć z głuchym "Aaaaaaaaaa?!" wydobywających się z ust, gdy szczęka opadnie mi na blat biurka)
Kolejnymi osobami, które mi przypadły do gustu są Aimar (kolejny wredny typ, ale wredny typ to mój typ :P) i Anneliese.
SpoilerShow
Irytuje go przyjezdna głupia gąska, a jednocześnie robi wszystko tak jak trzeba. Nawet jeśli oznacza to ogromną zmianę to działa, zamist biadolić, że to nie tak miało być i nie mogło spotkać akurat jego (zwłąszcza, że przez tyle czasu unikał bycia strażnikiem, a potem trafił mu się nawet nie członek Stowarzyszenia, a ktoś wybitnie irytujacy). To zachowanie jest takie naturalne, że nawet przez chwilę nie podejrzewałam, że będzie maszyną! Chociaż zastanowiło mnie, czemu nie próbował wykorzystać Miry, bo to by było bardziej w stylu zimnego drania :P No to teraz już wiem :P Natomiast z Annalise łączą mnie wspólne poglądy. Zasady państwa kojarzą mi się z okresem, gdy sobór karał głosicieli teori heliocentrycznej stosem i zakazywał badań nad ludzkimi zwłokami. **uj z tym, że mogłoby to pomóc w rozwoju technologi i ratować ludzkie życia. Nie, bo nie. I koniec. Taka małostkowość wywołana strachem przed nieznanym. I wkraczaniem na terytorium Boga. Anneliese ma na to bardziej racjonalne poglądy.
A ostatnio dołączyła do tego grona również Mira. Jej ostatnia scena z Błaznem pokazuje genialną zmianę, jaka się w niej dokonała. Z nieobytej, wioskowej dziewuchy robi się zdecydowana kobieta :) I jest to zmiana na lepsze.
SpoilerShow
A coraz bardziej zyskiwała moją sympatię od tej sceny:
- Jestem, imaginujcie sobie, członkiem elitarnego stowarzyszenia – sarkał, podskakując ze złości tak intensywnie, że dzwonki z czapki niemal go zagłuszały. - Przeszedłem, prawda, mordercze szkolenie. Uchylam się przed kulami, łapię strzały w locie i kładę przeciwnika jednym ciosem, a nagle okazuje się, że pierwszy lepszy spasiony mieszczanin może trafić mnie w oko kamieniem! Macie natychmiast coś z tym zrobić, jak babcię kocham!
- Ty masz w ogóle babcię? - zainteresowała się Mirabelle.
Błazen spojrzał na nią jak na wariatkę.
- Chyba każdy ma jakąś babcię – fuknął.
Grabarz przez chwilę cieszył się wizją starszej pani w czapce z dzwonkami.
- To niedopuszczalne! - wściekał się tymczasem Błazen.
- Co? - spytała niewinnie Mirabelle. - Posiadanie babci?
Błazen posłał jej kolejne mordercze spojrzenie.
- To! - warknął, wskazując na swoje zabandażowane prawe oko. - Zróbcie coś z tym, mówię!
- Zmienić ci opatrunek?
Jej interakcje z Błaznem są cud, miód i paluszki solone :heart:

Nie mam natomiast postaci, którą mogłabym spokojnie sobie znielubić i życzyć jej wystrzelenia w kosmos, czego mi trochę brakuje xD Jakby nie było dzieje się dużo, bardzo. I to chwilami prawie strasznych rzeczy (
SpoilerShow
prawie - myślałam, że będzie strasznie podczas porwania Annalise, a okazało się, że to tylko jej były mąż; myślałam, że straszne jest kiedy krojono Aimara, ale okazało się, że to robot...
Brakuje mi czegoś naprawdę strasznego, żebym mogła przestraszyć się o los ulubionych bohaterów
SpoilerShow
tak nawet podczas tej strzelaniny jakoś mnie mało ruszyło, bo podejrzewam teraz, że Baletnica jest robotem, zakryła Cynthię i obie się wykaraskają
, a jednocześnie sama nie wiem, czy to nie zepsułoby tego absurdalnego humoru. Bo humor to jest ta część, którą uważam za najlepsiejszą :D Gdybym miała wkleić wszystkie fragmenty, kiedy mi się pyszczek cieszył to przekleiłabym przynajmniej połowę scen xD)

Jeśli chodzi o fabułę i budowę świata... Świat jest spójny, dobrze przemyślany, nie znalazłam ani jednej nieścisłości, a przecież poruszasz bardzo wiele płaszczyzn - politykę, pozycję króla, przewrót społeczny, mamy pokazany pełen przekrój społeczeństwa od wioskowej córki krawca, przez trupę aktorów i gorsze dzielnice dużego miasta po rodzinę ministra i króla. Na początku z takich rzeczy zastanawiało mnie zachowanie Grabarza niespójne z jego zawodem, ale bardzo szybko dowiadujemy się, że to raczej ktoś więcej, niż tylko grabarz (i to dużo więcej!);
SpoilerShow
czy zasada działania Rady Trzech, bo jej całkowicie nie rozumiem - po co i dlaczego tak? Nie łapię ich wcale. Ich wizerunek sprawia, że nabierają jakiegoś takiego alegorycznego sensu i jest to sens niepokojący, ale jak dostali się na swoje miejsce? Bo dla mnie oni byli pierwszymi podejrzanymi indywiduami, które podejrzewałam o nie czysto ludzkie pochodzenie, ale jeśli by tak było to jak utrzymaliby swoje stołki?
I'm mind fu*ked >.< Teraz natomiast nie kumam postępowania króla
SpoilerShow
(rozczłonkował Radę, bo też miał takie podejrzenia jak ja?)
Mam nadzieję, że udało ci się uniknąć pułapki i będziesz potrafiła pokazać nam logiczne (nawet według ich własnej szalonej logiki) powody postępowania tych bohaterów.

Tymczasem fabuła jako taka... Dzieje się i to dużo i interesująco. nie raz przeżyłam takie "AAAAAAAaaa?!" :aaaaa: Bo mój zaskoczony mózg odmawiał dalszej współpracy. Kiedy?
SpoilerShow
Podczas ataku na Radę i porwania Reinharta (a już kiey dowiedziałam się, że to król to w ogóle!)... Kiedy dowiedziałam się, że Grabarz zamordował syna... a Baletnica była jego narzeczoną... kiedy Aimar okazał się robotem... Kiedy William odmówił odejścia... (czyżby pamiętał rzeczy, gdy był sparaliżowany i obraził się na swoją narzeczoną? a moze ma obiecane pełne wyleczenie? a może wyprali mu mózg? AAAAAAAAAAAAAAAAAAaa!!!! Chce wiedzieć! :aaaaa: )
Tak, że potrafisz bardzo umiejętnie wprowadzać kolejne wątki w taki sposób, że rozwalasz system :jupi: Pod tym względem nie jest w stanie powiedzieć nic innego jak się tylko zachwycać, bo ja bym niegdy ie wymyśliła czegoś tak misternego i skomplikowanego. Kłaniam się w pas i zamiatam podłogę czapką z piórkiem ;) :grzybki:

Pod względem stylistycznym czasami zdarzało ci się zjadać przecinki (a przynajmniej sądzę, że tam powinnym takowe być) i stosujesz dość dużo powtórzeń. Bardzo, zwłaszcza kiedy przenosisz punkt ciężkości narracji na "myśli konkretnego bohatera", np słowo "mniemać" w 4 zdaniach zostało użyte 3 razy. Nie przeszkadzałoby mi to w dialogu, ale w narracji już trochę tak (zwłaszcza, że nie działo się nic tak specjlanego, że wymagałoby podkreślania przez powtórzenie
- Daj spokój! Wiedzieli, że on tu jedzie, jeszcze zanim nogę za próg wystawił, jak mniemam. Słusznie mniemam? - Nie odpowiedziała, ale nie potrzebował odpowiedzi. Słusznie mniemał.
). I to nie jest odosobniony przypadek, bo jak już zaczynasz powtarzanie to na akapit pojawia ci się już kilka. Nie jest to jakoś bardzo przeszkadzające, ale ładniej by było, gdyby tych powtórzeń nie było, bo komuś takiemu jak ja kto długo pracował, żeby się ich pozbyć we własnych tekstach bardzo rzucają się w oczy i tańczą makarenę. Tak, że na kilka sekund zamiast iść dalej ze strumieniem tekstu mój mózg zastanawia się, jak je usunąć i rzuca mi słowami bliskoznacznymi jak kulami z karabinu maszynowego :P Także gdybyś postarała się ich bardziej wystrzegać na przyszłość poprawiłoby mi to komfort delektowania się w kolejnej części ^^
Zauważyłam też u ciebie skłonność do tworzenia zdania typu:
Dwaj bandyci pilnujący drzwi zbiegli już z hałasem na dół, mógł więc bez przeszkód wyjść na pogrążoną w półmroku klatkę schodową.
Co według mnie powinno wyglądać: [powód], więc [skutek] I tak na przykładzie powyższego zdania: ZDANIE NR 1 = Dwaj bandyci pilnujący drzwi zbiegli już z hałasem na dół ZDANIE NR 2 = mógł bez przeszkód wyjść na pogrążoną w półmroku klatkę schodową i pomiędzy nimi spójnik więc. WIĘC I nr 1
Trzecią i ostatnią rzeczą są opisy (dokłądnie 2 :P), które były dla mnie trochę przydługie i jakieś tak... mniej ciekawe. Nie potrafiłam się w nie wczuć. Zamiast przenieść się całą sobą w scenerię to ja zobaczyłam wszystko, ale miałam wrażenie, że oglądam film bez dżwięku. Pierwsza taka scena zdarzyła się, gdy Reinhart jechał do Rady Trzech. Pierwsze co mi się rzuciło w oczy to to, że jest to suchy opis i to bardzo wyszczegółowiony zmysłu wzroku. Nie ma zapachów, tekstur, dźwięku. W ogrodzie ptaki nie śpiewają, woda nie szumi.Kwiaty nie pachną Nie ma nic do tego czy Reinhart sapie czy nie, czy jego krok jest ciężki i dudniący. Nie wiem czy jest ciepło, czy zimno. Brakuje mi zaangażowania pozostałych zmysłów. Stąd to "filmowe" oderwane doświadczanie. A biorąc pod uwagę, że to jego wspomnienia to w ogóle nie pasowała mi taka zdrobiazgowość. Nie mam dobrej pamięci i gdyby ktoś kazał mi opisać miejsca w jakich rzadko bywam to nastąpiłoby długie "Eeeee....", a potem wymienienie kilku najwidoczniejszych rzeczy bez dokładnego określania gdzie co stało itp, ale bardziej byłby to opis nacechowany emocjonalnie np. nie podobało mi się to miejsce, bo źle pachniało; lubię je, bo w cieniu mogłam odpocząć itd. Drugim takim samym opisem jest miejsce, gdzie udawała się Antoinette, gdy śledził ją Reinhart. Do wyobrażenia sobie ponurej rezydencji w wysokim płotem potrzebowałam 3 zdań, a nie długaśnego akapitu. Zwłaszcza, że był bardzo suchy i znowu brakowało mi angażowania innych zmysłów. Wręcz omijam takie wzrokiem, kiedy czytam czybciej, wyzykując, że pominę ważną informację.

Ostatni jest opis sceny akcji, a dokładnie tego zdania:
Drzwi otworzyły się z hukiem i do mieszkania wparowało czterech zamaskowanych ludzi – prawdopodobnie mężczyzn, sądząc po posturach, i to mężczyzn o imponujących gabarytach.
To "prawdopodobnie mężczyzn" było mi całkiem zbędne, bo tylko odciągało moją uwagę od tego, co się dzieje, a przecież to akcja, więc powinnam dać się porwać biegowi wydarzeń. A zamiast tego ja się zastanawiałam, czy wpadł tam babo-chłop i czemu to czy to baba, czy chłop jest takie ważne, że zwracasz tak na to uwagę. Póżniej okazało się, że wcale nie jest, co mnie zawiodło.

Tak, że to tyle :) Im dłuższy tekst analizuję tym bardziej po łebkach mi wychodzi. Zwłaszcza jak dam się wciągnąć. Mimo to mam nadzieję, że coś te moje uwagi pomogły ^^ I czekam na ciąg dalszy! :jupi: :jupi: :jupi:
:fire: :fire: :fire: PŁOŃ I PISZ! :fire: :fire: :fire:

Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: pierdoła saska » 15 maja 2017, 11:06

Nadrobiłam. Jakoś tak wyszło, że odpłynęło mnie od forum gdzieś na przełomie części i jak dziś dopłynęłam z powrotem, to bałam się, że zapomniałam za dużo, aby się odnaleźć.
Gdzie tam.
Atmosfera tego tekstu tak cholernie głęboko zapadła mi w pamięć, że widziałam imiona i już kojarzyłam kto był gdzie i powracały wspomnienia. A to przy mojej sklerozie nie jest takie częste :/ I żesz, tęskniłam za kolorami tego tekstu - nadal odbieram go w miodowym złocie i fiolecie, bo tak, i nadal mam chwilami kopnąć Mirabellę w kostkę xD Mocno. Jest pięknie napisaną postacią, bo nie mogę nawet być na nią szczerze zła, bo ja wiem więcej niż ona sama wie o sytuacji w jakiej się znalazła i ona ma prawo mieć swoje priorytety i nieogarniać, a ja powinnam to rozumieć, ale i tak chciałoby się ją kopnąć jak nie w kostkę to w piszczel, ale *straciła dech i padła*


Jednym z moich faworków wśród scen było jak Foltyn wszedł do pałacu. jeszcze mi na słuchawkach poszedł adekwatny kawałek orkiestrowy i och. A potem scena się urwała. Znaczy ona się skończyła, ale ja chciałam wiedzieć więcej, z całym szacunkiem dla Miry i Błazna, ale w tamtej chwili Reinhard interesował mnie bardziej. #CzytelniczyEgoista xD

Zanotowałam sobie, że “I przy zaciekawieniu pozostając, to tkwię w stuporze jak dużo i mało wiem zarazem. Jak się ta historia powoli toczy, a zarazem nie jest flegmatyczna. rzeczy się dzieją, informacje się pojawiają i powoli składają w coś większego” ale zrobiłam to nie w porę, bo zaraz potem doszłam do kawałka, gdzie akcja dostała przyspieszenia i w pierwszej chwili mnie to zaskoczyło. Spotkanie z przewodniczącą jakby otworzyło tamę i nagle wiele rzeczy zaczęło dziać się bardzo szybko, a przede wszystkim były to rzeczy jawnie zmieniające układ figur na szachownicy i aż się czytelniczo zachłysnęłam, bo czy ja coś przegapiłam wcześniej, nie wyłapałam jak wody wzbierają, czy cu. x)

W tym przyspieszeniu miałam pewien problem ze spotkaniem, przerwanym w tak przerażająco dogodnym momencie. Dosłownie, jakby ktoś słuchał i czekał, żeby jakby co Grabarz nie powiedział czegoś nie tak i/lub chciał mu pomóc. To było dziwne. Podobnie było z napadem w powozie. W teorii o dorożkę trudno nie było, co sugeruje, że miała wybór, więc albo ma wyjątkowego pecha, albo wielu woźniców na nią dybało, albo imperatyw fabularny. Co prawda w tym przypadku dużo się działo i mniej mnie to w łeb zdzieliło, ale jednak zapadło w pamięć.

Za to więzienne przekradanie się von Foltyna i Aimara mnie wciągnęło, a zważyszy, że ten drugi wcześniej jawił mi się jako taka postać jednak z boku, nieco narzędzie fabularne, element krajobrazu historii, to mnie to miło zaskoczyło. Co do von Foltyna to nie wiem co o nim teraz myślę, ale myślę, choć z samego początku tylko skrobał moją ciekawość, to coraz bardziej się ta ciekawość rozpala. O jego małżonkach również myślę, bo mam wrażenie, że sporo bigosu one tu nagotują, bo polityka to bigos. Zawsze. A tu jeszcze spiski i to co wydawało się w miarę klarownym podziałem na tych i owych zmieniło się w coś bardzo skomplikowanego. I jeszcze król... Król który intrygował od pierwszego pojawienia się, jak to postać, o której mało wiadomo, i przez którego pod koniec ostatniej wstawki poczułam się jednak trochę rozczarowana, bo wyjaśniła dużo, ale jakoś tak na suchara i pozostawiła niedosyt. Dlatego, Wiosen, pisz to, no...! Dużo wątków się porobiło i szarpie ciekawość i ja chcę wiedzieć... :|
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Kompot
Mącikompot
Posty: 423
Rejestracja: 21 sierpnia 2012, 23:40

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: Kompot » 03 września 2017, 11:59

Miałam w planie przeczytanie całej pierwszej części naraz, ale nie zostało mi zbyt wiele czasu dziś. Obiecałam komentarz, więc głupio by było odkładać go na tydzień.
Z początku sam motyw ze szkieletem przypominał mi jeden z odcinków "Czarnego lustra", ale wydaje mi się że twoja wersja ludzkiej maszyny idzie w innym kierunku. Na razie nie podajesz zbyt wielu szczegółów co do tego czym jest szkielet i dlaczego jest zakazany, więc jedyne co mogę powiedzieć, to że jest to motyw intrygujący, który od pierwszego momentu mnie złapał. Wiem, że historia poszła dalej, ale perspektywa nowego czytelnika może ci się przydać. Nie mam zbyt wiele uwag do tekstu, bo piszesz świetnie. To co mogłoby pomóc czytelnikowi w mocniejszym zaangażowaniu się byłaby chwila przystanku, która nie wyjaśniłaby nic kluczowego, ale pomogła odnaleźć się w sytuacji zastanej. Mam tu na myśli moment, w którym jest spokojnie. Mirka jest w pozornie bezpiecznym miejscu, w hotelu pracowniczym teatru. Dlaczego nie wykorzystać tego momentu, żeby pokazać czytelnikowi, jak wygląda szkielet, jak jest nałożony lub jakie ma możliwości prócz umożliwiania poruszania się. Wystarczyłaby nawet chwila refleksji bohaterki. Przecie po długiej podróży logiczne by było, gdyby musiała coś poprawić, miała jakieś przemyślenia na temat działania, czy cokolwiek. Niby to nic, ale takie nawet krótkie rzucenie jakichś konkretów, byłoby to z mojej perspektywy nieocenione. Coś jak kolejne potwierdzenie tego, że wiem o czym czytam i że dalej mnie to ciekawi. Mam też pewne przemyślenia na temat tego jak tworzysz wyraźne rozróżnienie między postaciami, ale jest zbyt wcześnie, żeby chwalić czy ganić.
Po powrocie na pewno wrócę do czytania tego tekstu.
Obrazek

ODPOWIEDZ