UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Tytuł PROZY LIPCA
zdobyło ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee.

Serdecznie gratulujemy! :D

Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałwa)

FANTASTYKA
W odróżnieniu od literatury realistycznej, fantastyka jest literaturą bardzo aktualną. ~ Kir Bułyczow
Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 134
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: nuklearna_wiosna » 01 grudnia 2015, 04:17

Dzień dobry. Melduję, że jeszcze żyję i wciąż mam siłę klepać w klawiaturę. Czy klepię z sensem, to już zupełnie inna sprawa... Tak, czy inaczej - oto jestem z powrotem.

I po pierwsze, choć nie wiem, czy Rumianek jeszcze tu w ogóle zagląda, odpowiadam (wreszcie) na pytanie: tak, owszem, bardzo celowo nawiązuje i niezwykle się ucieszyłam, że ktoś to zauważył :)
"Fletkę" czytałam, ale już dawno i zdążyłam o tym opowiadaniu zapomnieć, więc ewentualne podobieństwa nie były zamierzone, choć nie wykluczam, że coś z tego klimatu gdzieś tam we mnie zostało i bez mojego świadomego udzialu "przesączyło się" do tekstu.

Po drugie, naprawdę chciałam w akcję, ale mi znowu nie wyszło. W kolejnej części już na serio nie będę miała wyboru, więc upraszam o jeszcze trochę cierpliwości.

Po trzecie, czytałam ten tekst ze sto razy, poprawiając jedne błędy narobiłam zapewne masę innych, ale jestem już nieprzytomna i ich nie widzę, a wrzucić rozdział muszę, bo już patrzeć na niego nie mogę i czuję, że jak nie teraz, to nigdy, więc standardowo - jak napsułam, to krzyczcie.


VII Druga wizyta w klubie prowadzonym przez trzy siostry wywarła na Mirabelle niemal tak samo duże wrażenie, jak pierwsza, lecz było to wrażenie zdecydowanie innego rodzaju. Tym razem wiedziała, gdzie i po co idzie, więc nie miotała się bezradnie, przestraszona i zirytowana własną nieświadomością. Z poprzednich odwiedzin zapamiętała głównie właśnie to uczucie zagubienia i aurę tajemnicy. Dziś była tu w konkretnym celu – w swoim celu - i nie mogła pozwolić sobie na niepewność. A co do tajemnicy – wyjaśnienia, których udzielił jej wcześniej Aimar, odarły działalność klubu z mistycznej otoczki. Teraz Mirabelle, patrząc z zupełnie nowej perspektywy, podziwiała rozmach i organizację całego przedsięwzięcia.
Błazen nadspodziewanie chętnie zgodził się zabrać ją ze sobą na poszukiwanie Hansena. Według pierwszej wersji planu miał pójść sam. Gdy zapytała, czy mogłaby mu towarzyszyć, była przygotowana na odmowę połączoną z groźbą przywiązania do rury od pieca. Zamiast tego Błazen wprawił ją w osłupienie swoją entuzjastyczną reakcją. Wspomniał nawet, że sam zamierzał zaproponować wspólną wyprawę. Było to do tego stopnia nieoczekiwane, podejrzane wręcz, że Mirabelle poważnie rozważała wycofanie się. Przemyślała jednak sprawę i uznała, że jeśli Błazen coś knuje, a zapewne knuje, to i tak znajdzie sposób, by osiągnąć swój cel – z nią, czy bez niej. Przewidywanie jego intencji nie miało większego sensu. Mogła mu towarzyszyć, choćby tylko po to, by nie siedzieć w miejscu, o co jej zresztą od początku chodziło.
Poprzez obskurną knajpę i palarnię Starego Śliwki dotarli do klubu pod koniec przedstawienia. Jedna z sióstr – ta odgrywająca rolę konferansjerki – dostrzegła ich natychmiast i wezwała dyskretnie za kulisy, po czym wróciła na scenę podsumować występ. Po chwili pojawiła się znowu, tym razem w towarzystwie siostry-medium, która po zejściu ze sceny potrzebowała najwyraźniej dłuższej chwili, by doprowadzić się do porządku. Nie zareagowała na obecność gości, zajęta wyplątywaniem się z powłóczystych szat. Konferansjerka usiadła w starym fotelu, ale nie zaprosiła ich, by również zajęli miejsca. Mirabelle wiedziała, że Błazen nie potrzebuje zaproszenia, ale najwyraźniej wolał stać. Stała więc razem z nim i rozglądała się dyskretnie po słabo oświetlonym pomieszczeniu.
Nie była to garderoba, raczej coś w rodzaju magazynu z meblami. Znajdowały się tam między innymi zapasowe stoliki i krzesła, wykorzystywane zapewne przy większych przedstawieniach. Sprzęty wyglądały na ustawione zupełnie przypadkowo. Były wśród nich też i takie, których na pewno nie używano podczas występów, jak na przykład zapadnięte łóżko, czy ciężka komoda.
Mirabelle nie czuła się dobrze w tym ponurym miejscu. Chciała nawet coś powiedzieć, cokolwiek, byle tylko przerwać niezręczne milczenie. Poruszyła się niespokojnie i głośno wciągnęła powietrze, na co Błazen rzucił jej spojrzenie, które zinterpretowała jako ostrzegawcze. Zrozumiała, że powinna siedzieć cicho i skupiła się na obserwowaniu fałszywej spirytystki. Kobieta zdjęła wreszcie wszystkie chusty i szale, została jedynie w cienkiej, białej sukni. Odpięła brzęczące ozdoby i dopiero wtedy zwróciła uwagę na przybyłych.
- Dobry wieczór – powiedziała. Głos miała chrapliwy od upiornego rzężenia, którym popisywała się na scenie. - Jak ty, na miłość Boską, wyglądasz?! - zwróciła się do Błazna bardziej z rozbawieniem niż ze złością. - Klientów straszysz!
Błazen uśmiechnął się.
- Zawsze tak wyglądam. Poza tym myślałem, że po to tu właśnie przychodzą – rzekł z udawanym zdumieniem. - Żeby się trochę przestraszyć.
- Ale nie niezrównoważonego idioty w czapce z dzwonkami! - W drzwiach prowadzących wgłąb lochu, w którym urządzony był klub, stała nieznana Mirabell kobieta, najprawdopodobniej trzecia siostra, choć zupełnie niepodobna do dwóch pozostałych. Tamte miały ciemne włosy, ekscentryczne stroje i nieco toporne rysy twarzy. Ta była wyższa, bardzo szczupła, z misternym kokiem w kolorze słomy. Nosiła prostą, ciemną suknię zapiętą wysoko pod szyją. Mimo niezaprzeczalnej urody, było w niej coś odpychającego.
- Leah – wykrzyknął Błazen. - Jak zwykle serdeczne powitanie!
- Na serdeczne powitanie trzeba sobie zasłużyć. Powiedziałam wczoraj, że nie chcę z tobą rozmawiać!
- Zakonotowałem. Dlatego przyprowadziłem ją – wskazał Mirabelle. - To panna Mira Flynn. Była tu już kiedyś. Do niej nie masz żalu, prawda? Możesz zamienić z nią kilka słów? Mira, to Leah, najstarsza z sióstr. A może już się poznałyście? Nie? - kontynuował, nie czekając na odpowiedź. - Tak myślałem. Dwie pozostałe, w kolejności: Meg. - Wskazał na konferansjerkę. - I Kate. Zatem, skoro prezentację mamy już za sobą...
- Jesteś bez serca – przerwała Leah, patrząc na Błazna z odrazą. Nie doczekała się reakcji. - Tamten był identyczny – mruknęła w końcu bardziej do siebie, niż do nich. Zaraz jednak przeniosła uwagę na Mirabelle. - Lubisz takich? - rzuciła pogardliwie. - Najpierw jeden cyniczny kretyn, teraz znowu ten pozbawiony uczuć klaun...
- Błazen – poprawiła ją Mirabelle, starając się, by jej głos brzmiał pewnie i spokojnie. - A cyniczny kretyn, o którym wspomniałaś, jest moim strażnikiem. I ma imię. - Używanie czasu teraźniejszego nie przyszło jej tak naturalnie, jak powinno, biorąc pod uwagę jej wiarę w to, że Aimar wciąż żyje. Obserwacja ta wytrąciła ją na chwilę z osiągniętej z trudem równowagi.
- Wiem, że ma – odpowiedziała Leah. - Ale niewiele mnie to obchodzi, prawdę mówiąc. Wasze sprawy w ogóle niewiele mnie obchodzą i zupełnie nie mam ochoty pomagać w czymkolwiek twojemu brzęczącemu kompanowi. Ani tobie, skoro byłaś na tyle głupia, by dać mu się wykorzystać i przyprowadzić tutaj.
- Przyszłam w swoim własnym imieniu i w swojej własnej sprawie.
- A to ciekawe.
- Na tyle ciekawe, by jednak ze mną porozmawiać?
- Nie, chyba nie aż tak.
- Och, daj już spokój! - Mirabel, Leah i Błazen odwrócili się zaskoczeni w stronę, z której dobiegł głos.
Najmłodsza z sióstr, Kate, stała pośrodku pomieszczenia z rękami skrzyżowanymi na piersi i z zaciętym wyrazem twarzy.
- Nie wtrącaj się! - warknęła Leah.
- Właśnie że będę! - oznajmiła Kate z dziecinnym uporem, zupełnie nie pasującym do osoby, która chwilę temu dawała na scenie mrożący krew w żyłach pokaz. - Nie uważasz, że to już zaszło za daleko? - dodała po chwili znacznie ciszej. - Rozumiem, że nie możesz zapomnieć o tamtej sprawie. Dla nas wszystkich to było trudne, ale minęło tyle lat... Jeśli w porę nie odsuniemy na bok dawnych urazów i nie zaczniemy sobie w końcu ufać, to coś podobnego prędzej czy później wydarzy się ponownie. I będzie tak samo, albo i bardziej bolesne.
- Nie wiem, jak to sobie wyobrażasz – powiedziała Leah. Siliła się na obojętność, ale zaciśnięte pięści i przyspieszony oddech zdradzały zdenerwowanie. - On... ten... ten zdrajca wraca tu, żeby znowu dręczyć tych, których wystarczająco już skrzywdził, jest na tyle bezczelny, by przychodzić nieproszony do naszego domu i żądać przysługi. Zgodziłam się wczoraj na rozmowę. Nic z niej wyniknęło. Co jeszcze miałybyśmy zrobić?
- Może na początek herbaty? - zaproponował Błazen niewinnym tonem.
Kate uśmiechnęła się do niego.
Leah, blada i spięta, przez chwilę wyraźnie walczyła ze sobą.
- Róbcie, co chcecie – wycedziła w końcu, po czym odwróciła się i wyszła.
Kate wzruszyła ramionami.
- Całkiem dobrze nam poszło – zawyrokowała. - Już myślałam, że was jednak wyrzuci.
- To co z tą herbatą?
Po wyjściu trzeciej siostry atmosfera nieco się rozluźniła, acz nie na tyle, na ile można było oczekiwać. Dopiero teraz Mirabelle zwróciła uwagę na wciąż rozpartą w fotelu konferansjerkę, Meg. Ona jedna wyglądała na całkiem zrelaksowaną, jakby wymiana zdań sprzed chwili w ogóle jej nie obeszła.
- Nie przejmujcie się – powiedziała, gdy Kate wyszła, prawdopodobnie zaparzyć herbaty. - W sprawach, które nie dotyczą klubu, Leah jest kompletnie nieużyta.
Mirabelle powstrzymała się od komentarza. Było bardziej niż pewne, że chodzi tu o coś więcej, ale wolała nie pytać, by nie zrazić do siebie tych sióstr, które jeszcze chciały z nią rozmawiać.
- Proszę, siadajcie. - Meg wykonała ręką nieokreślony gest sugerujący, że mogą zająć dowolne miejsce. Wyglądało to tak, jakby rozmowa z Leah stanowiła jakiś rytuał, a fakt, że ostatecznie ich nie wyrzuciła, uprawniał pozostałe siostry do udzielenia im gościny.
Kate wróciła z tacą, na której stał dzbanek i cztery filiżanki. Postawiła ją na jednym ze stolików.
- Siadajcie – powtórzyła nieświadomie za siostrą.
Zajęli w końcu miejsca. Mirabelle już była zmęczona tą wizytą, mimo że jeszcze nawet nie zaczęła właściwej rozmowy. Spojrzała na Błazna z wyrzutem. Sądziła, że będzie panował nad sytuacją. Wiedząc, do czego jest zdolny, czekała wręcz na coś spektakularnego, jednak bardzo się zawiodła. Przecież gdyby Kate się nie wtrąciła, niczego by nie osiągnęli! Błazen nawet nie próbował przekonać Leah do rozmowy. Teraz też nie wyglądał na szczególnie zaangażowanego. Położył berło na kolanach i, trzymając oburącz filiżankę z herbatą, wpatrywał się w nią tak intensywnie, jakby to od niej, nie od siedzących naprzeciwko kobiet, spodziewał się otrzymać odpowiedzi na wszystkie pytania.
Cisza nabrzmiewała i Mirabelle zrozumiała nagle, że to nie z powodu ich wizyty, a przynajmniej nie tylko. To miejsce było przesycone ciężką atmosferą, a siostry tak do niej przywykły, że traktowały to jako stan naturalny. Dziewczyna pojęła, że Błazen z jakiegoś powodu postanowił grać według ich reguł i trzymać się niepisanych zasad, panujących w tym ponurym przybytku.
Niestety, zapomniał tego z nią skonsultować. Nie powinien mieć więc pretensji, jeśli zepsuje mu plan.
- Przepraszam – odezwała się. Spojrzała przelotnie na Błazna, ale on wciąż był zaabsorbowany wyłącznie filiżanką. Czując się pozostawiona sama sobie, chcąc nie chcąc kontynuowała. - Przepraszam... Prawdę mówiąc nie mam pojęcia, o co tu chodzi i chyba tak naprawdę mnie to nie interesuje. Nie wątpię, że wiecie, kim jestem. Możliwe, że wiecie też, po co przyszłam.
- Właśnie nie do końca – powiedziała chłodno Kate. - Wiemy, kim jesteś, ale nie sądzę, żeby łączyły nas jakieś sprawy.
Mirabelle próbowała usilnie złowić spojrzenie Błazna i wyczytać z niego jakąkolwiek wskazówkę, niestety nic z tego nie wyszło. Pomyślała nawet, że jej towarzysz świadomie unika kontaktu wzrokowego, ale nie potrafiła zrozumieć, dlaczego.
- Nie wiem, czy łączą nas jakieś sprawy – powiedziała w końcu z wysiłkiem. - Właściwie mam nadzieję, że nie. Przyszłam tylko zadać jedno pytanie. Proste pytanie, które mogłabym zadać w pierwszej minucie tej wizyty, gdyby mi pozwolono. Zadam je więc teraz i sobie pójdę, dobrze?
- Nie jesteśmy pewne, czy nam się to podoba. - Kate wypowiadała się w liczbie mnogiej, ale Meg wciąż milczała. Wyglądała na łagodnie rozbawioną.
- Ja też nie jestem pewna, czy mi się to podoba – powiedziała Mirabelle. - Dlatego może skończmy te słowne przepychanki i miejmy to już za sobą?
Błazen uśmiechnął się lekko, wciąż nie patrząc na dziewczynę.
Kate westchnęła zrezygnowana.
- O co chodzi? - zapytała w końcu.
- Chciałabym wiedzieć, gdzie mogę znaleźć doktora Hansena – wypaliła Mirabelle. - Spotkałam go po raz pierwszy w waszym klubie, potem dowiedziałam się, że pracujecie razem... - urwała, widząc miny obu sióstr.
- Też chciałybyśmy wiedzieć, gdzie on jest – warknęła Kate. Była wyraźnie wściekła. - Zniknął z dnia na dzień. Zostawił nas ze stertą zwłok, których nie zdążył od nas kupić i zaszył się w jakiejś plugawej norze. Nie wiem, kogo doprowadził do szału tym razem, że musiał wiać w takim pospiechu, wiem tylko, że zamienił nam klub w trupiarnię!
Gdy okazało się, że Mirabelle nie przyszła po to, by drążyć sprawy z przeszłości, Kate stała się znacznie bardziej otwarta. Zniknięcie Hansena, choć zirytowało siostry, stanowiło temat, który można było poruszać. Fałszywa spirytystka wyglądała wręcz na zadowoloną, że może pomstować na lekarza i zapomnieć na chwilę o tym czymś, cokolwiek to było, a co najwyraźniej unosiło się nad tym miejscem i zatruwało serca i umysły tutejszych rezydentek.
Jej skwapliwość oznaczała jeszcze jedno – siostry prawdopodobnie nie wiedziały, dlaczego Hansen uciekł. Gdyby miały świadomość, że zabrał ze sobą szkielet, który od jakiegoś czasu jest w centrum zainteresowania wszystkich podejrzanych typów w mieście, Kate zachowywałaby się bardziej powściągliwie. Nie powiedziała też nic na temat Aimara, choć przecież nie mogła nie zauważyć jego nieobecności i faktu, że Mirabelle przybyła dziś z kimś innym. Nie skojarzyła tych dwóch spraw, czy specjalnie unikała tematu?
Dziewczyna miała mętlik w głowie i zupełnie nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć. Druga siostra nie zamierzała jej niczego ułatwiać. Wciąż siedziała w milczeniu z tą irytująco pobłażliwą miną i przysłuchiwała się rozmowie pozornie od niechcenie. Błazen nadal większe zainteresowanie okazywał filiżance, niż całej tej konwersacji.
Mirabelle westchnęła w duchu i jeszcze na chwilę zebrała się w sobie.
- Mówiłaś o jakichś jego, hm... plugawych norach... - zagadnęła najmłodszą siostrę.
Kate skrzywiła się.
- Ma ich kilka. Tak sądzę. W końcu jest żyjącym w podziemiu wyrzutkiem społecznym, nielegalnie skupującym zwłoki do wynaturzonych eksperymentów. Tak naprawdę Towarzystwo Naukowe nigdy nie rozwinęło badań nad mechanicznym człowiekiem na taką skalę, jaką się im przypisuje. Fanatyków w rodzaju Hansena było niewielu. Po przewrocie większość została w stolicy, podobnie, jak on. Załatwili sobie dostawy... hm... surowców... i dalej realizują swoje szalone wizje. Hansen współpracuje akurat z nami, dlatego często tu bywa. Bywał. Ale główną siedzibę ma w jakimś tajnym laboratorium. Uprzedzając pytanie, nie mam pomysłu, gdzie ono może się znajdować. Żadna z nas nie jest jego strażniczką, więc do tej pory ta wiedza do niczego nam nie była potrzebna. Zwykle pojawiał się, żeby zabrać swoją... dostawę, zostawiał pieniądze i tyle go widziałyśmy. Dopiero, kiedy przestał przychodzić dotarło do nas, że tak naprawdę nic o nim nie wiemy. I nawet nie mamy kogo zapytać. To pewne, że Hansen ma strażnika, ale kto nim jest, to już tajemnica. Albo może wciąż pozostaje nieujawniony... A właśnie – ożywiła się nagle. - Co się stało z twoim? Dlaczego przyszłaś z... no... z innym?
Mirabelle odstawiła pustą już filiżankę z powrotem na tacę. Wzięła głęboki oddech. Czekała na to pytanie, a jednocześnie bała się go. Sądziła, że to Błazen będzie prowadził rozmowę i nie wpadła wcześniej na pomysł, by omówić z nim i z Grabarzem, jak wiele wolno jej zdradzić, w razie czego. Teraz uznała to za karygodne niedopatrzenie, ale było już za późno.
- Również zaginął – powiedziała, decydując się na jednocześnie najprostszą i najtrudniejszą z możliwych opcji. - Poszedł porozmawiać z Hansenem i nie wrócił. Dlatego szukam doktora. Sądzę, że powinien coś wiedzieć.
Obie siostry wyglądały na zaintrygowane. Nawet konferansjerka, która, świadomie, lub nie, przestała emanować wymuszoną nonszalancją. Błazen wciąż zachowywał się, jakby go tu wcale nie było i właśnie to najbardziej niepokoiło Mirabelle. Traciła powoli i tak wątłą pewnoś siebie. Chciała stąd wyjść, zanim powie coś, czego nie powinna. Za chwilę siostry zaczną dopytywać o przedmiot rozmowy, po której Aimar nie wrócił do domu.
Mirabelle podejrzewała, że wiedzą o istnieniu szkieletu. Wszyscy chyba wiedzieli. Ale czy wiedzą o tym, co się z nim stało? Aimar i Hansen załatwili wszystko w tajemnicy, więc to raczej wątpliwe... Ujawnianie wszystkiego teraz nie byłoby rozsądne. Z jednej strony siostry pewnie mogłyby pomóc, gdyby chciały. Z drugiej – Mirabelle wątpiła, by chciały.
W tej chwili szczerze żałowała, że tu przyszła. Zbierało jej się na płacz i, z dwojga złego, wolałaby teraz tkwić w mieszkaniu przywiązana do rury od pieca. Jak tylko stąd wyjdą, powie Błaznowi, co o nim myśli! Jak on mógł ją tak...
- Jeszcze tu jesteście? - Opryskliwy głos przerwał jej wprawianie się w bojowy nastrój.
Leah ponownie stanęła w drzwiach, równie, jeśli nie bardziej sztywna i posępna, jak za pierwszym razem.
- Mówiłaś, że mamy robić, co chcemy! - rzuciła Kate, znów tym śmiesznym tonem dziecinnego oburzenia.
- Nie nadużywaj mojej cierpliwości. A wy – zwróciła się do Błazna i Mirabelle – nie jesteście tu mile widziani!
Błazen odstawił głośno filiżankę i podniósł berło.
- Naprawdę? - parsknął. - Nie pomyślałbym! Chodź, Mira. Nie mamy tu czego szukać.
Mirabelle wstała sztywno. Starała się nie pokazać, jak bardzo jest wściekła. Nie dość, że Błazen nie wsparł jej i nie pomógł w nawiązaniu rozmowy, to jeszcze teraz, gdy wreszcie zdołała znaleźć nić porozumienia z najmłodszą siostrą, po prostu każe jej wyjść!
Mogłaby odmówić, powiedzieć, że nigdzie się stąd nie ruszy, dopóki nie dostanie odpowiedzi, po które przyszła. Mogłaby. Ale była już zbyt zmęczona. Ruszyła za swoim towarzyszem ku drzwiom prowadzącym do klubowej sali, teraz opustoszałej po występie. Leah poszła z nimi. Nie z uprzejmości zapewne. Raczej po to, by mieć pewność, że udadzą się prosto do wyjścia.
- Nie wracaj tu – powiedziała do Błazna na pożegnanie. - Mówię poważnie. Nie wracaj tu i trzymaj się z daleka od moich sióstr.
- Może warto by ich zapytać, czy aby na pewno tego chcą?
- Nie, nie warto by.
- Leah, dlaczego? - zapytał Błazen bez smutku, czy złości, za to ze szczerym zaciekawieniem. - Dlaczego aż tak? Nawet sama Baletnica nie nienawidzi mnie do tego stopnia.
- W ogóle cię nie nienawidzi. Nie potrafiłaby. Ale to nie szkodzi. Ja mogę nienawidzić cię za nas obie. - Z tymi słowami niemal wypchnęła go za drzwi. - Nie ufaj mu, Miro Flynn, czy jak ci tam – zwróciła się do Mirabelle. - Bądź ostrożna. Dbaj o siebie i... obyśmy się już nigdy nie spotkały.
Nie dała dziewczynie szansy na odpowiedź. Zatrzasnęła ciężkie drzwi, pozostawiając Mirabelle i Błazna w oświetlonym lampionami podziemnym korytarzu. Odźwierny, który wcześniej przyjął od nich ciastko i wpuścił ich do środka, stał sztywno, nieporuszony całą sceną. Skłonił się tylko uprzejmie, acz bez uśmiechu.
Ledwie minęli pierwszy zakręt, hamowane dotąd emocje wezbrały w Mirabelle i wyraźnie domagały się uwolnienia. Prychnęła ze złością, szykując się do tyrady, ale Błazen uciszył ją gestem.
- Nie tutaj – powiedział spokojnie.
Posłuchała, nie ze względu na niego, bardziej w obawie przed tym, że mogliby zostać podsłuchani. Wrócili więc w milczeniu, a gdy wreszcie wyszli z hałaśliwej, śmierdzącej mordowni w jesienną noc, Mirabelle stwierdziła ze zdumieniem, że zgubiła gdzieś wszystkie słowa, które przez całą drogę tak gładko układały jej się w głowie w pełne uzasadnionych pretensji zdania. Nawet gdyby sobie przypomniała, dławiący ścisk w gardle i tak uniemożliwiłby jej wydanie jakiegokolwiek dźwięku. Poczuła pieczenie pod powiekami. Wiedziała, że musi za wszelką cenę powstrzymać łzy, jednocześnie nie potrafiłaby powiedzieć, dlaczego aż tak jej na tym zależy. Skoncentrowana na swoim celu, zaczęła liczyć kroki, oddychając głęboko.
Jeden – oddech. Dwa - oddech. Trzy...
I nagle – nie wiedziała, jak to się stało! - siedziała na jakiejś starej skrzyni na tyłach sklepu, w ciemnym zaułku, którym poprowadził ją Błazen, i szlochała głośno, obejmując się ciasno ramionami, by powstrzymać drżenie.
Błazen patrzył na nią, jak na średnio interesujący okaz egzotycznej fauny, a przynajmniej tak jej się wydawało. Było zbyt ciemno, by stwierdzić na pewno, ale w tej chwili niewiele ją to obchodziło, podobnie jak to, że najwyraźniej usiłował brzdękać berłem w rytm jej szlochów.
- No i czego? - zapytał w końcu z rozbawieniem. Wyjął skądś idealnie białą, wyprasowaną, złożoną w równy kwadrat chustkę i podał jej.
Rzuciła mu mordercze spojrzenie, ale chustkę przyjęła. Hałaśliwie wydmuchała nos i z rozpaczą odkryła, że dostała czkawki.
- To nic – wymamrotała z całą godnością, na jaką mogła się w tej sytuacji zdobyć. - To tylko na... napięcie ze mnie schodzi.
- To dobrze, że schodzi. Ty też zejdź, z łaski swojej, z tego... Na czym ty właściwie siedzisz? Nieważne. Zejdź i rusz się, bo jeśli zamierzasz tkwić tu całą noc, będę zmuszony oponować. Niewykluczone, że gwałtownie.
Bez uprzedzenia chwycił ją za rękę i pociągnął. Wstała odruchowo, potknęła się w ciemności. Została zręcznie pochwycona i obrócona kilka razy wokół własnej osi.
- Co ty wyrabiasz?! - zawołała zaskoczona do tego stopnia, że aż ustała jej czkawka.
- Tańczę z tobą, nie widzisz? No, nie stój jak kołek! - Błazen zmusił ją do jeszcze kilku piruetów.
- Przestań! W głowie mi się kręci!
Przyciągnął ją do siebie i objął mocno, a potem nieoczekiwanie odchylił gwałtownie do tyłu.
- Będziesz rzygać? - zapytał uprzejmie, podtrzymując ją w tej niewygodnej pozycji.
Wyrwała mu się i odsunęła na bezpieczną odległość. Była skonsternowana, zawstydzona i zła. Przede wszystkim zła. Wściekłość, która niepostrzeżenie opuściła ją w tunelu, równie niepostrzeżenie powróciła teraz z pełną mocą.
- Zostaw mnie w spokoju! - powiedziała, z trudem panując nad głosem. - Szkoda, że w klubie nie byłeś taki chętny do wygłupów! Trzeba się było tam popisywać, przynajmniej miałbyś publiczność!
- Chodź już – powiedział swobodnie. - Wracajmy.
Odwrócił się i ruszył przed siebie ciemną uliczką. Poszła za nim, ale nie zamierzała dać się zbyć.
- Dlaczego nic nie zrobiłeś? - zapytała z pretensją. - Zostawiłeś mnie z tym samą! Zachowywałeś się, jakby cię tam wcale nie było!
- Doskonale sobie poradziłaś. - Próbowała doszukać się ironii, ale jej nie znalazła.
- Mógłbyś przynajmniej ze mnie nie szydzić? - powiedziała niepewnie, na wypadek, gdyby ona jednak tam była.
- Nie szydzę.
- Co...
- Gdybym tylko mógł, w ogóle wysłałbym cię tam samą – przerwał jej Błazen spokojnie. - Niestety, beze mnie nie pozwoliliby ci wejść. - Brzdęknął smętnie berłem, które schował gdzieś na czas tanecznych wygłupów, a teraz, nie wiadomo jak i skąd, wydobył znowu. - Widziałaś przecież – dodał, poprawnie zgadując, że dziewczyna nic z tego nie rozumie. - Nie przepadają tam za mną. Trzeba było je przekonać, że to tobie, a nie mi zależy na rozmowie. Im mniej się wtrącałem, tym lepiej.
- Mogłeś mi powiedzieć!
- Mogłem. Ale wtedy nie byłabyś tak cudownie naturalna.
- Czy ty masz pojęcie, jakie to było dla mnie trudne? Jak się bałam? Czy ty wiesz...
- Wiem. Przepraszam.
Zamilkła, zupełnie zbita z tropu. Była przygotowana, że Błazen będzie się z nią droczył, dlatego teraz nie bardzo wiedziała, co powiedzieć. Przez chwilę szli obok siebie w zupełnej ciszy.
- Byłam pewna, że robisz mi na złość – odezwała się w końcu cicho. - Tylko dlatego uparłam się sama doprowadzić to do końca i nie prosić o wsparcie. Żeby ci nie dać satysfakcji. Żebyś sobie nie myślał.
Po tych słowach ponownie zapadła cisza. Mirabelle straciła już nadzieję na odpowiedź, gdy nagle Błazen znowu porwał ją w objęcia i wraz z nią zakręcił się w kółko.
- Może jeszcze będą z ciebie ludzie – powiedział.
- Ze mnie, jak ze mnie – mruknęła, odsuwając się, gdy tylko ją puścił. - Boże, jak jeszcze raz to zrobisz, to naprawdę zwymiotuję... Nie wiem, czy będą ze mnie ludzie, ale z naszego planu nie będzie chyba nic.
- Hm?
- Siostry nam nie pomogą.
- Od początku nie było takiej szansy.
- Więc po co...
- Zaintrygowałaś je. Zdradziłaś im rzeczy, o których nie wiedziały. A one bardzo nie lubią nie wiedzieć. Jestem przekonany, że nawet jeśli nie mają pewności, to przynajmniej podejrzewają, gdzie można znaleźć Hansena. Doktorek znikał już wcześniej, potem zawsze wracał. Pewnie myślały, że teraz będzie tak samo i nie przywiązały do tego większej wagi. Tych parę trupów, z którymi je zostawił, to za mało, żeby zaryzykowały poszukiwania. Ale zaginięcie twojego strażnika... Jeśli to nie poskutkuje, to już chyba nic ich nie popchnie do działania. Naprawdę dobrze to rozegrałaś.
Mirabelle chciała powiedzieć, że niczego nie rozgrywała, że poruszała się po omacku, balansując na granicy czarnej rozpaczy. Chciała powiedzieć, że nie potrafi, że nigdy nie potrafiła myśleć w ten sposób – planować, manipulować, stosować psychologicznych podchodów. Że tak niewiele z tego wszystkiego rozumie i że tak bardzo czuje się zagubiona. Chciała powiedzieć to wszystko i jeszcze więcej, ale nie było takiej potrzeby. Błazen przecież to wiedział.
- Czyli co teraz? - zapytała tylko. - Będziemy je śledzić?
- Zaiste! - ucieszył się Błazen i brzdęknął. - Dzisiaj nic już nie zrobią. Muszą się najpierw naradzić. Ale od jutra się zacznie.
Mirabelle nie bardzo wiedziała właściwie, co takiego ma się zacząć. Z tego, co wcześniej mówił jej Aimar i z usłyszanych do tej pory rozmów Błazna i Grabarza wynikało, że swoimi działaniami wywołała w mieście burzę znacznie większą, niż mogłaby przypuszczać. Teraz aż nazbyt wyraźnie zdawała sobie sprawę z własnej głupoty i lekkomyślności, ale było już za późno. Oczywiście nie bez znaczenia pozostawał fakt, że tak naprawdę nigdy nie miała pojęcia jak wygląda i funkcjonuje świat poza jej rodzinnym miasteczkiem. Jej wyobrażenie w tej kwestii dość drastycznie rozminęło się z rzeczywistością i teraz musiała sobie z tym poradzić.
Zerknęła na Błazna i zmarkotniała jeszcze bardziej. Wątpliwe wsparcie kogoś takiego z pewnością nie ułatwi jej zadania.
Nagle coś sobie przypomniała. Chrząknęła cicho, próbując zwrócić na siebie uwagę towarzysza. Zareagował szybko, choć mało entuzjastycznie.
- Hm? - mruknął. - Co znowu?
- Nie jesteś zbyt uprzejmy - prychnęła odruchowo.
- Możliwe. No, to co chciałaś?
- Ta trzecia siostra, ta... Leah... Nazwała cię zdrajcą. Co miała na myśli? Kogo zdradziłeś?
Dopiero teraz na nią spojrzał. Opuścili już ciemne zaułki i szli dobrze oświetloną, szeroką drogą, dzięki czemu mogła widzieć go wyraźnie, jednak nie na wiele się to zdało. Z wyrazu jego twarzy nie zdołała niczego wyczytać.
Mirabelle poczuła się nieswojo i nagle dziwnie przestało jej zależeć na uzyskaniu odpowiedzi. Gdy rozpaczliwie myślała nad zmianą tematu, Błazen wreszcie się odezwał.
- Szczerze wierzę, – powiedział cicho – że nikogo.
* * * Mieszkanie bez Błazna i Mirabelle wydawało się puste.
Grabarz przez sześć długich lat przyzwyczajał się do samotności, a żeby na powrót od niej odwyknąć wystarczyła mu ledwie chwila. Zapalił lampy we wszystkich pokojach, choć przecież siedział tylko w jednym, zaparzył dzbanek herbaty i umościł się w fotelu z kocem na kolanach. Było mu zimno i to nie tylko przez wiatr świszczący w szczelinach wysokich, starych okien.
Ich obecne mieszkanie było znacznie mniej komfortowe niż to, w którym zatrzymał się tuż po przyjeździe. Błazen takie wybrał. Nie z braku funduszy, bardziej po to, żeby jak najmniej rzucać się w oczy i nie pokazywać za często w zbyt reprezentacyjnych okolicach. Co prawda gdy o nierzucaniu się w oczy mówi dziwak paradujący na co dzień w kolorowej czapce z dzwonkami, nie brzmi to zbyt wiarygodnie, ale wszelkie próby dyskutowania z Błaznem były bezcelowe. Uparł się na ponurą kamienice w robotniczej dzielnicy i żadna siła nie mogła go od tego pomysłu odwieść. Nie przeszkadzały mu nieszczelne okna i komin bez cugu. Twierdził, że on nie marznie, a tym, którzy mają to nieszczęście przekazywał wyrazy ubolewania i pocieszające brzdęknięcie.
Ale to nie przeciąg był w tej chwili największym problemem Grabarza, a pustka. W braku obecności drugiego człowieka jest coś znacznie bardziej lodowatego, niż w najzimniejszym nawet podmuchu wiatru.
Nie był w stanie usiedzieć w fotelu. Wstał i wyjrzał przez okno. Nie wiedział, który to już raz w ciągu ostatniej godziny. Mówił sobie, że przecież nic nie ma prawa się stać, że Mirabelle jest z Błaznem bezpieczna. Tylko że... no właśnie – już jeden jej strażnik zaginął bez śladu...
Ciemność za oknem była dokładnie tak samo ciemna, jak chwilę temu. Chociaż... Im dłużej patrzył, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że gęsta plama mroku w kształcie ludzkiej sylwetki nie jest wytworem jego wyobraźni, że ktoś naprawdę czai się pod drzewem na zapuszczonym podwórzu. I że ten ktoś zapewne doskonale widzi go, stojącego w rzęsiście oświetlonym pokoju.
Błazen oczywiście zabronił mu zbliżania się do okien, otwierania drzwi, nie wspominając już o wychodzeniu z mieszkania. Grabarz nawet nie był świadomy łamania tego zakazu. Wyglądał na dwór zupełnie bezwiednie. Tak się po prostu robi, kiedy się na kogoś czeka. Najwyraźniej jednak był obserwowany i oto przez własną lekkomyślność dał się rozpoznać wrogowi.
O ile to był wróg.
Bezpieczniej było założyć, że owszem.
Wyłączył lampę i wrócił do okna. Niewyraźny kształt nadal majaczył na dole, a gdy wzrok przywykł nieco do ciemności, Grabarz dostrzegł, że stojący pod drzewem człowiek kiwa na niego ręką, prosząc w ten sposób, by zszedł na dół.
O, niedoczekanie, pomyślał. Nawet jeśli nieproszony nocny gość by go nie zamordował, z całą pewnością uczyniłby to Błazen, gdyby się dowiedział. A dowiedziałby się, bo to w końcu Błazen.
Pokręcił przecząco głową, zapominając, że zgasił światło i osoba na dole prawdopodobnie nie widzi go już na tyle wyraźnie, by dostrzec ruch. Za to on coraz wyraźniej widział ją.
Widział i rozpoznawał.
O cholera!
Przebiegł przez pokój, uderzając o coś w ciemności, ale niemal nie poczuł bólu. W korytarzu chwycił płaszcz. Szamotał się przez chwilę, próbując jednocześnie włożyć go i odsunąć ciężką zasuwę drzwi. Bycie zamordowanym przez Błazna z pewnością nie było wygórowaną ceną za to spotkanie, toteż odepchnął od siebie wyrzuty sumienia i poczucie winy wobec swojego strażnika, którego wszystkie trudy właśnie po raz kolejny szły na marne.
Nie tracił czasu na zapalanie lampy na klatce schodowej. Zbiegł po omacku, na złamanie karku, w nadziei, że ona tam jeszcze jest, że nie rozpłynęła się w mroku. Co prawda głos rozsądku wciąż cichutko ostrzegał przed pułapką. Bo co, jeśli to wcale nie ona? Jeśli się pomylił? Przecież widział zaledwie ciemny kształt pod drzewem...
Zwolnił, ale nie zatrzymał się. Nie byłby w stanie. Nie teraz.
Wybiegł na porośnięte rachitycznymi drzewkami podwórze, zachłysnął się zimnym, nocnym powietrzem i rozejrzał gorączkowo.
Była tam.
Dostrzegła go i natychmiast ruszyła w jego stronę.
Wiedział, że nie powinien działać pochopnie, że musi by ostrożny, upewnić się, że dziewczyna nie ma złych zamiarów, że...
Chwilę później już trzymał ją w ramionach, a wszelkie podejrzenia wyparowały w jednej chwili. Nie mogło być mowy o pomyłce. To naprawdę była ona. Tak samo niska, drobna i krucha, jak zawsze. Tak samo blada, sztywna i smutna.
- Prędzej bym się diabła spodziewał – powiedział w końcu głosem nabrzmiałym od emocji.
Baletnica zachichotała. Zastanowił się, czy kiedykolwiek wcześniej słyszał jej śmiech, ale nie potrafił sobie przypomnieć. Jednak gdy przemówiła, brzmiała smutno, jak zwykle.
- Myślę, że już wiesz - powiedziała.
- Tak sądzę – odparł. - Ty też jesteś z... z nich, prawda? Z Panopticonu.
Potwierdziła skinieniem głowy i odsunęła się od niego.
- Tak długo o nas nie wiedziałeś, że to aż wstyd. - W jej głosie zabrzmiało rozbawienie.
- Zajmowałem się tym, do czego byłem zatrudniony – powiedział nieco chłodniej niż zamierzał. - Nauką. Nie płacono mi za słuchanie plotek i mieszanie się w intrygi. On wiedział? - Boże, nawet po sześciu latach nie był w stanie wymówić imienia swojego syna!
- Nie sądzę.
- Byłaś jego strażniczką, tak? Nie tylko...
- Nie tylko kochanką. Tak – przyznała z goryczą. - Byłam jego strażniczką, chociaż teraz to słowo brzmi jak jakiś okrutny żart. Mimo wszystko chciałam, żebyś wiedział. Przyszłam tu, chociaż nie powinnam, bo musiałam się upewnić że wiesz... Bardzo mnie nienawidzisz?
Naprawdę chciał bez wahania odpowiedzieć, że nie, bo przecież jej nie nienawidził. Ale...
Gdy dowiedział się o istnieniu Panopticonu zrozumiał, że jego syn, także członek Towarzystwa Naukowego, również musiał mieć swojego strażnika. Baletnica była najbardziej prawdopodobną kandydatką. Od początku otaczała ją aura tajemnicy, poza tym nie odstępowała Damiena na krok. Do dziś Grabarz wierzył, że skoro związali się ze sobą mimo różnic społecznych i innych przeciwności losu, ich uczucie musiało być szczere. Skoro jednak dziewczyna przez cały ten czas nie ujawniła swojej roli i prawdziwej tożsamości, wyglądało na to, że jedyna względnie zdrowa relacja Damiena z drugim człowiekiem opierała się na kłamstwie. Teraz nie miało to już wprawdzie żadnego znaczenia, a jednak świadomość ta zabolała Grabarza bardziej, niż chciałby przyznać.
- Nie nienawidzę cię – rzekł w końcu, chociaż zdawał sobie sprawę, że zbyt długo zwlekał z odpowiedzią.
- Wiem, że zawiodłam - wyszeptała, źle interpretując jego wahanie. - Pozwoliłam, żeby...
- Nie mów tak. - Objął ją ponownie. - Zrobiłaś, co mogłaś. Prawdopodobnie zrobiłaś dla niego więcej niż ktokolwiek. Jak mógłbym cię nienawidzić?
Nie kłamał. Mimo żalu, który poczuł na wieść o tym, że Baletnica nie była szczera z Damienem, doceniał fakt, że została z nim do końca. Nie miał wątpliwości, że starała się go chronić – jeśli nie z miłości, to chociaż z obowiązku.
- Potrzebowałam ci o wszystkim powiedzieć – łkała tymczasem dziewczyna, jakby w ogóle go nie usłyszała. - Wyjaśnić, spróbować...
- Już dobrze...
- Wiedziałam, że wróciłeś i że masz przy sobie ujawnionego strażnika. Zrozumiałam, że już o nas wiesz, że musiałeś się zorientować... Chciałam porozmawiać...
- Nie płacz, wszystko jest w porządku. Wiedziałem, że mój syn narobił sobie wrogów, którzy kiedyś w końcu wychyną z ukrycia. Nikt nie był w stanie uchronić go przed konsekwencjami jego własnej głupoty, a ty przynajmniej próbowałaś. Ja nie miałem siły...
Pokręciła głową, jakby zamierzała zaprzeczyć, ale nic nie powiedziała. Ponownie wyswobodziła się z uścisku i stała przez chwilę w milczeniu, próbując opanować emocje.
- Dlaczego wróciłeś? - szepnęła w końcu. - Przecież musisz zdawać sobie sprawę, że przez cały czas jesteś w niebezpieczeństwie.
- Miałem tu coś do załatwienia... Zresztą pewnie wiesz. Wszyscy wiedzą. Podobno. - Zamilkł na chwilę, ale nie doczekał się ani potwierdzenia, ani zaprzeczenia. - Nie zamierzałem zostawać – kontynuował więc. - Tym bardziej nie chciałem odgrzebywać starych spraw. Ale być może są tu jeszcze rzeczy, które powinienem zrobić... Tylko że na razie poruszam się jak we mgle. Nie mam pojęcia, co tak naprawdę dzieje się w tym mieście.
- Nie wiem, czy ktokolwiek ma. - Baletnica westchnęła. - Im więcej widzę i słyszę, tym mniej wiem. Za to coraz bardziej się boję...
- Co masz na myśli?
- Po... po tamtym nie mogłam już być strażnikiem. Zmieniłam specjalizację. Teraz jestem... informatorem. Pracuję w pałacu ministra technologii...
- To ten, który zaginął? - przerwał jej zaintrygowany Grabarz. Przypomniał sobie, że rano, gdy uliczny sprzedawca gazet wywrzeszczał tuż pod oknem nagłówek dnia, Błazen przez kilka minut klął płynnie pod nosem, a potem wszedł do szafy.
- Tak, właśnie ten – potwierdziła Baletnica. - Jego zniknięcie mnie martwi.
- Na pewno wszystko będzie dobrze – powiedział Grabarz bez przekonania. - Znajdzie się. Dorośli mężczyźni czasami znikają na noc lub dwie i nie ma o co robić paniki. Słuchaj, – zreflektował się nagle - może wejdźmy do mieszkania? Niebezpiecznie tak stać po ciemku.
- Dla mnie bezpieczniej. Wolałabym, żeby mnie nikt nie widział.
- Mówisz o moim strażniku? Nie, nie ma go, akurat wyszedł.
Pokręciła głową.
- Chodziło mi raczej o sąsiadów. Twój strażnik i tak się dowie, że tu byłam.
Grabarz spojrzał na nią zdziwiony.
- Znasz go? - zapytał, przypominając sobie, że przed opuszczeniem mieszkania pomyślał dokładnie to samo – że on i tak się dowie. Błazen posiadał jakiś szósty zmysł, albo inne diabelstwo i zawsze odgadywał takie rzeczy, ale skąd Baletnica miałaby o tym wiedzieć?
- Trochę – mruknęła.
Zdumiało go to nieco, ale nie drążył, zwłaszcza, że dziewczyna była wyraźnie zaabsorbowana innym tematem.
- Odkryłam, czym zajmował się minister, zanim zniknął – oznajmiła . - Nie wiem, czy ta informacja w czymkolwiek ci pomoże, ale skoro już tu przyszłam, równie dobrze mogę powiedzieć to, co wiem.
- Myślisz, że jego zniknięcie może być związane z... z nami? - zapytał z powątpiewaniem, nie bardzo wiedząc, do kogo właściwie miała odnosić się liczba mnoga.
- Myślę, że to może być ważne – odparła wymijająco Baletnica. - On... on próbował rozpracować Panopticon...
- Czyli to wy?!
- Właśnie nie. Chyba nie... Trafiłam na ten trop dopiero niedawno. Jeszcze nikomu nie zdążyłam o tym wspomnieć. Zwłaszcza, że znowu nie najlepiej się spisałam...
- W jakim sensie?
- Już od pewnego czasu wiedziałam co robi minister, ale nie przejęłam się tym. Uznałam, że zdobędę więcej informacji i dopiero zdam relację. Tylko że najwyraźniej go nie doceniłam. Nie zorientowałam się, że zaczął mnie podejrzewać. Byłam nieostrożna... znowu... - Baletnica spazmatycznie wciągnęła powietrze. - Dopiero wczoraj... - kontynuowała drżącym głosem. - Wczoraj zobaczyłam go przypadkiem, w środku nocy, w miejscu, w którym absolutnie nie powinno go być. Chciałam od razu pójść do pałacu, przejrzeć jego papiery, zobaczyć, jak dużo zdążył odkryć... Tylko że mnie wyprzedził. Kiedy dotarłam na miejsce, już tam był. Widziałam światło w oknie. Znam tajne wejścia do budynku, dostałabym się do środka bez wiedzy odźwiernego, ale co mi po tym, skoro i tak nie weszłabym do gabinetu? Czekałam w ogrodzie przez jakiś czas, ale on chyba nie zamierzał wyjść, więc w końcu wróciłam do swojego mieszkania w kompleksie dla służby, zdecydowana zacząć działać z samego rana. A rano ministra już nie było. Albo ktoś z Panopticonu wcześniej zorientował się w jego działaniach, w co wątpię, albo organizacja nie miała nic wspólnego z tym zniknięciem.
- Ale jeśli nie Panopticon, to kto? - zapytał Grabarz.
- Sama chciałabym wiedzieć. Albo może wcale bym nie chciała... Czuję, że coś jest nie w porządku...
Według Grabarza „nie w porządku” to było zdecydowanie zbyt mało powiedziane. Pierwszy raz od sześciu lat rozmawiał z narzeczoną swojego tragicznie zmarłego syna, którą przez tyle czasu traktował jak córkę, a jednocześnie wiedział już, że tak naprawdę nie jest to ta sama kobieta, którą wtedy znał. Właściwie nigdy tą kobietą nie była i trudno uznać, że znał ją kiedykolwiek.
Gdy widział ją po raz ostatni, mówiła o planach na przyszłość, o tym, że musi odpocząć, odzyskać równowagę. Chciała wyjechać, być może wrócić do występów teatralnych, gdy będzie na to gotowa. Brzmiała wiarygodnie, nawet nie przeszło mu przez myśl, że mogłaby udawać. Teraz natomiast równie naturalnie snuła sensacyjną opowieść o nagłych zniknięciach, tajnych organizacjach i sekretnych śledztwach.
Tajemnice, kłamstwa, intrygi... Nie tego się spodziewał, podejmując decyzję o poświęceniu życia nauce.
- Kto wiedział o tym, że minister interesuje się Panopticonem? - zapytał.
- Król i Rada. Ale to oni mu to zlecili, więc pozbycie się go nie leży w ich interesie. Wiem ja, ale jeszcze nie podejmowałam w związku z tym żadnych działań. Nie mam pojęcia, czy on sam komuś mówił. Możliwe, że nie, bo skoro śledził mnie osobiście, to najwyraźniej uznał sprawę za delikatną i... i...
- Tak?
- Boże, wiem, kto jeszcze! Jak mogłam zapomnieć! Przecież sama z nią rozmawiałam...
- Z kim?
- Z jego byłą żoną!
* * * - Musimy ratować naszego męża!
- Nie wierzę, że prowadzę tę rozmowę...
Anneliese również miała z tym niejaką trudność, ale nie była w nastroju na subtelności. Cynthia van Foltyn natomiast nie była w ogóle w nastroju, mówiąc łagodnie.
- Wiem, ja też czuję się niezręcznie – przekonywała gorączkowo Anneliese. - Ale przecież musimy coś zrobić. On ma tylko nas!
- Pani raczy żartować. Wczoraj z samego rana postawiłam na nogi władze i wszystkie służby porządkowe w tym mieście. Szukają go setki osób. Nasz udział w śledztwie nie ma sensu.
Anneliese wierciła się niespokojnie w fotelu, nie rozumiejąc, jak ta kobieta może tak po prostu siedzieć tu sobie i wierzyć, że inni wszystko zrobią za nią.
Wczoraj rano wieść o zniknięciu ministra technologii obiegła całe miasto a może i cały kraj. Cynthia faktycznie nie szczędziła sił, by rozgłosić wszem i wobec, że jej małżonek nie wrócił na noc do domu. Nie było to najmądrzejsze posunięcie, ale wytykanie tego teraz mijało się z celem. Anneliese chciała mieć Cynthię po swojej stronie, a wiedziała doskonale, że niewielkie ma na to szanse, nawet jeśli nie będzie jej krytykować.
Zamierzała odwiedzić ją już poprzedniego dnia, gdy tylko usłyszała o zniknięciu Reinharda, ale Cynthia uparcie odmawiała spotkania. Siedziała zamknięta w gabinecie i nawet ten sympatyczny, piegowaty sekretarz nie zdołał jej przekonać, by porozmawiała z byłą żoną swojego zaginionego męża. Anneliese poszła w końcu do domu - ostatecznie nocowanie na korytarzu pałacu ministerialnego nie miało większego sensu.
Tego ranka spróbowała ponownie. Naginając fakty do granic możliwości, przekazała Cynthii przez sekretarza, że posiada informacje na temat Reinharda. Dopiero wtedy pozwolono jej wejść.
Cynthia siedziała za swoim biurkiem, skrzywiona jak zwykle, ale prócz tego wyglądała też na autentycznie zmartwioną, co Anneliese, jakkolwiek cynicznie by to nie brzmiało, uznała za dobry znak. Trochę przedwcześnie, jak się okazało.
Z drugiej strony sądziła, że Cynthia wywali ją z gabinetu, gdy tylko zrozumie, że niczego konkretnego się nie dowie, a jednak wciąż rozmawiały...
- Szukają go – potwierdziła Anneliese, siląc się na spokój. - Ale jak długo? Za pięć dni zbierze się Zgromadzenie pod wodzą Rady i wybiorą zastępcę. A jak już zastępca usadzi tyłek w fotelu ministra, nie będzie chętny, żeby stamtąd zleźć.
- Pani jest bezczelna! Za kogo pani mnie ma?! Ewentualna utrata stanowiska przez mojego męża najmniej mnie teraz martwi – powiedziała z oburzeniem Cynthia, szczególny nacisk kładąc na słowo „mojego”.
Anneliese nie mogła się nie uśmiechnąć.
- Źle mnie pani zrozumiała – wyjaśniła. - Chodziło mi o to, że ewentualnemu zastępcy nie będzie zależało na poszukiwaniu człowieka, który, gdy już zostanie znaleziony, zabierze mu dopiero co uzyskaną posadę. Będzie celowo spowalniał śledztwo, aż w końcu wniesie o uznanie Reinharda za zmarłego żeby mieć święty spokój. Cała reszta tej politycznej hołoty też nie będzie obstawała za szukaniem go w nieskończoność. Ludzie na stanowiskach się zmieniają, taka kolej rzeczy, a polityczna karuzela musi się kręcić. Z tym, czy z innym ministrem.
- Dlaczego... Skąd w ogóle pomysł, że Reinhard przez tak długi czas się nie odnajdzie? - zapytała cicho Cynthia, do której chyba wreszcie coś zaczynało docierać.
Anneliese wstała w końcu z fotela i zaczęła nerwowo spacerować po gabinecie.
- Przed wejściem tu powiedziałam, że mam pewne informacje. Nie była to do końca nieprawda. Wiem, nad czym Reinhard pracował ostatnio i bardzo bym się zdziwiła, gdyby nie miało to nic wspólnego z jego zniknięciem. A jeśli miało, to jest to naprawdę poważna sprawa.
- Więc proszę powiedzieć to tym, którzy go szukają. W jaki sposób ja miałabym pani pomóc?
- Mnie pomóc?! Myślałam, że to nasza wspólna...
- Nie mamy żadnych wspólnych...
- Jakby nie patrzeć, chyba jednak mamy!
Zamilkły obie na chwilę, by oswoić się z tą konkluzją.
- Czego pani ode mnie oczekuje? - przerwała ciszę Cynthia.
- Jeśli przekażę władzom to, co wiem, nie potraktują mnie poważnie. Przez moje niepopularne poglądy nie jestem dla nich wiarygodna. Sama ta sprawa jest trochę... niecodzienna, a przekazana przeze mnie zabrzmi jak głupi żart. Nawet, jeśli przyjmą cokolwiek do wiadomości, nie będzie im się chciało drążyć.
- Jeśli ja im to przekażę, efekt nie będzie wiele lepszy, o ile faktycznie jest tak, jak pani twierdzi.
- Faktycznie jest. I owszem, pani wstawiennictwo również nie pomoże. Już ten cholerny zastępca się o to postara.
- Może nie trzeba od razu zakładać najgorszego. Przecież nawet nie wiemy, kto nim zostanie.
- To nieważne. Wszyscy ewentualni kandydaci są tacy sami. Z jednym wyjątkiem.
- Nikt nie wybierze pani na zastępcę ministra – zawyrokowała bezlitośnie Cynthia.
Anneliese nie tylko nie poczuła się urażona, ale wręcz ucieszyła ją ta opinia.
- Mnie nie – zgodziła się z uśmiechem. - Ale panią owszem.
Pierwszy raz od początku spotkania Cynthia wyglądała na zaskoczoną. Wpatrywała się w Anneliese rozszerzonymi oczami, zupełnie nic z tego wszystkiego nie rozumiejąc.
- Mnie? - wykrztusiła w końcu. - Dlaczego? Przecież...
- Aktualnie jest pani jego najbliższym współpracownikiem. Zna pani jego program polityczny, bliższe i dalsze plany, sposób funkcjonowania gabinetu...
- Wcale nie znam! - wybuchnęła Cynthia. - Nie mam o niczym pojęcia i nic mnie to wszystko nie obchodzi!
Anneliese odwróciła się do niej plecami i przeszła na drugą stronę pokoju, uśmiechając się do wyblakłego portretu na ścianie. Nie sądziła, że Cynthia tak łatwo się przyzna, jej dramatyczne wyznanie jednak niczego nie zmieniało.
- To nie jest problem – powiedziała i odwróciła się do niej, na powrót przybierając poważną minę.
- Jak to nie? Przecież ja nie jestem politykiem!
- Ale oni o tym nie wiedzą, prawda?
Cynthia znów wyglądała, jakby nie rozumiała.
- Przychodzi tu pani codziennie, siedzi z ministrem w gabinecie. Nawet, jeśli nie jest pani tak zaangażowana, jak... hm... jak ja byłam kiedyś, to i tak wszyscy są przekonani, że stanowicie polityczny duet i że wie pani wszystko o działalności ministerstwa technologii.
- Ale to przecież nieprawda!
- Tak, jak mówiłam, to nie jest problem. Poradzimy sobie z tym. Pomogę pani. A jeśli się uda, będziemy miały niemal nieograniczone możliwości prowadzenia poszukiwań.
- W taki sposób chce pani wrócić do polityki? - spytała zimno Cynthia. - Wykorzystując znikniecie Reinharda i moje zmartwienie?
Anneliese machnęła ręką niecierpliwie.
- Co też pani za głupoty opowiada? - parsknęła z irytacją. - Już chyba ustaliłyśmy, że to nie tylko pani zmartwienie. Poza tym nie będziemy realizować mojego programu politycznego tylko wasz. Tak, tak, od teraz to będzie wasz program! - zaznaczyła, widząc, że Cynthia szykuje się, by jej przerwać. - A przede wszystkim – ciągnęła, nie dając jej dojść do słowa - nikt nie może się dowiedzieć, że miałam z tym cokolwiek wspólnego. Z której strony by nie spojrzeć, nic na tym nie zyskuję. Z wyjątkiem możliwości odnalezienia Reinharda, na czym nam obu, jak sadzę, zależy.
- A kiedy już go odnajdziemy?
- To co?
- No właśnie. To co? Znowu spróbuje mi go pani odebrać?
- Szukamy dorosłego mężczyzny, nie imbryka z porcelany, który można odebrać, albo nie. Zrobi, co uzna za stosowne. Ale żeby zrobić cokolwiek, najpierw musi się znaleźć. Czy do tego momentu mogłybyśmy nie skakać sobie do gardeł?
- Nie wiem – odpowiedziała Cynthia z rozbrajającą szczerością,.
- A mogłybyśmy chociaż spróbować?
Wzruszyła ramionami.
- Dobrze. - Westchnęła. - Proszę wreszcie usiąść i powiedzieć, na czym dokładnie polega ten pani genialny plan.
- Zanim zaczniemy... Czy na potrzeby przyszłej współpracy mogłybyśmy dla wygody mówić sobie po imieniu?
Cynthia spojrzała na nią badawczo i Anneliese mogłaby przysiąc, że prawie, prawie się uśmiechnęła.
- Ja naprawdę nie wierzę, że prowadzę tę rozmowę – powiedziała.
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: Siemomysła » 01 grudnia 2015, 20:35

Po pierwsze to PIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIISK! dla Błazna. Brzdękanie do taktu szlochom mnie rozbroiło. W ogóle mnie rozbroił - wychynął zza czapki i berła. I TAK BARDZO JESTEM CIEKAWA, CO ZROBIŁ w tej przeszłej przeszłości.
Po drugie - niby nie ma akcji, owszem, stoimy właściwie w miejscu, ale - jakże ciekawe przetasowania: współpraca pań van Foltyn <3, przeszłość Grabarza (!!!), Błazen! <3 To trochę, jak ostatni obrót sprężyny przed TYM. Cokolwiek będzie "tym" i dokądkolwiek nas doprowadzisz, Wiosno.

W ogóle cały kawałek Błazna i Mirabelle po wyjściu od sióstr to jest takie ładne, no. I jednocześnie - takie przecudownie absurdalne "Będziesz rzygać?" <3 <3 <3 Ma moc to zestawienie. Ta ukrywana przez niego chęć wyciągnięcia jej z przygnębienia na korzyść irytacji, który to stan sprzyja jednak działaniu, podczas gdy przygnębienie to apatia. Uwielbiam. No i to zejście emocjonalne na końcu ich kawałka. Ech, będę się powtarzać: PIIIIIIIIIISK!

W Grabarzowym kawałku ekstra ładne było to o przyzwyczajeniu do samotności i ekspresowym odzwyczajeniu i to o tym, że nie myślał, tylko robił to, co robią ludzie którzy czekają. Takie ładne zaznaczenie, że w gruncie rzeczy jest taki jak inni. Lubię.

No a Anneliese jest dobrym plannerem ;) I ciekawam, co ukrywa, co czego dąży tak bardzo naprawdę, bo słodko wierzyć, że chodzi tylko o Reincharda, ale z jakiegoś powodu nie potrafię...

I masz literówki na szybko ;) i od tyłu ;)
- Przed wejściem tu powiedziałam, że mam pewn informacje. Nie była to do końca nieprawda.
Nie przeszkadzały mu nieszczelne okna i komin bez cugu. Twierdził, że on nie marznie, a tym, którzy mają to nie szczęście przekazywał wyrazy ubolewania i pocieszające brzdęknięcie.
- Rozumiem, że nie możesz zapomnieć o tamtej sprawie. Dla nas wszystkich to było trudne, ale minęło tyle let lat...
Zrozumiała, że powinna siedzieć cicho i skupiła się na obserwowaniu fałszywej spirytystki. Kobieta zdjęławreszcie wszystkie chusty i szale, została jedynie w cienkiej, białej sukni.

Ogólnie to ja zawsze mówię to samo: WIĘCEJ.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 134
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: nuklearna_wiosna » 01 grudnia 2015, 22:04

Ooo! Jaki ekspresowy komentarz! Nie spodziewałam się! Dziękuję :heart:

Literówki odliterówkowałam.
I tak, masz rację, powiedziałam już wszystko, co miałam do powiedzenia, bohaterowie też powiedzieli sobie już wszystko, co im potrzebne, teraz nie ma wyjścia, musi zacząć się dziać. Rzecz jasna umieram ze strachu przed pisaniem dalszych części ;)
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Posty: 135
Rejestracja: 04 września 2014, 07:39

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: Gorgiasz » 04 grudnia 2015, 22:21

Dziś była tu w konkretnym celu – w swoim celu - i nie mogła pozwolić sobie na niepewność.
Powtórzony „cel”. Teoretycznie ma to uzasadnienie, ale jednak trochę razi. Poszukałbym innego rozwiązania. Może: Dziś była tu w konkretnym celu – w swoim własnym - i nie mogła pozwolić sobie na niepewność.
Wspomniał nawet, że sam zamierzał zaproponować jej wspólną wyprawę.
„jej” - niepotrzebne.
- Błazen – poprawiła ją Mirabelle, starając się, by jej głos brzmiał pewnie i spokojnie. - A cyniczny kretyn, o którym wspomniałaś, jest moim strażnikiem. I ma imię. - Używanie czasu teraźniejszego nie przyszło jej tak naturalnie, jak powinno, biorąc pod uwagę jej wiarę w to, że Aimar wciąż żyje.
Powtórzone „jej”. Trzykrotnie.
Dla nas wszystkich to było trudne, ale minęło tylelat...
„tyle lat”
I będzie tak samo, albo i bardziej bolesne.
I będzie takie samo, albo i bardziej bolesne.
Lub:
I będzie tak samo, albo i bardziej boleśnie.
Po wyjściu trzeciej siostry atmosfera nieco się rozluźniła, acz nie na tyle, na ile można było oczekiwać.
„acz” - trochę mi tutaj nie pasuje. Napisałbym: „aczkolwiek” względnie „choć”.
choć przecież nie mogła nie zauważyć, jego nieobecności i faktu
Ten przecinek wydaje się być niepotrzebnym.
W końcu jest żyjącym w podziemiu wyrzutkiem społecznym nielegalnie skupującym zwłoki do wynaturzonych eksperymentów.
Przecinek po „społecznym”.
Sądziła, że to Błazen będzie prowadził rozmowę i nie przyszło jej do głowy, by omówić z nim i z Grabarzem, jak wiele wolno jej zdradzić, w razie czego.
Powtórzone „jej”.
- Jeszcze tu jesteście? - Opryskliwy głos przerwał jej wprawiane się w bojowy nastrój.
Chyba miało być „wprawianie”.
Błazen patrzył na nią, jak na średnio interesujący okaz egzotycznej fauny, a przynajmniej tak jej się wydawało. Było zbyt ciemno, by stwierdzić na pewno, ale w tej chwili niewiele ją to obchodziło, podobnie jak to, że najwyraźniej usiłował brzdękać berłem w rytm jej szlochów.
- No i czego? - zapytał w końcu z rozbawieniem. Wyjął skądś idealnie białą, wyprasowaną, złożoną w równy kwadrat chustkę i podał jej.
Ponownie powtarza się „jej”.
- Tańczę z tobą, nie widzisz? No, nie stój jak kołek! - Błazen zmusił ją do jeszcze kilku piruetów.
- Przestań! W głowie mi się kręci!
Przyciągnął ją do siebie i objął mocno, a potem nieoczekiwanie odchylił gwałtownie do tyłu.
- Będziesz rzygać? - zapytał uprzejmie, podtrzymując ją w tej niewygodnej pozycji.
Trzy „ją”. Za chwilę będzie czwarte.
- Zostaw mnie w spokoju! - powiedziała, z trudem panując nad głosem. - Szkoda, że w klubie nie byłeś taki chętny do wygłupów! Trzeba się było tam popisywać, przynajmniej miałbyś publiczność!
- Chodź już – powiedział swobodnie. - Wracajmy.
„powiedziała – powiedział”. I ten czasownik nie wpływa dodatnio na dynamikę sceny.
- Ze mnie, jak ze mnie – mruknęła, odsuwając się od niego, gdy tylko ją puścił.
Strasznie dużo zaimków w okolicy. Przynajmniej „od niego” bym wyrzucił.
Oczywiście nie bez znaczenia pozostawał fakt, że tak naprawdę nigdy nie miała pojęcia jak wygląda i funkcjonuje świat poza jej rodzinnym miasteczkiem. Jej wyobrażenie w tej kwestii dość drastycznie rozminęło się z rzeczywistością i teraz musiała sobie z tym poradzić.
Zerknęła na Błazna i zmarkotniała jeszcze bardziej. Wątpliwe wsparcie kogoś takiego z pewnością nie ułatwi jej zadania.
„jej”
Co prawda gdy o nierzucaniu się w oczy mówi dziwak paradujący na co dzień w kolorowej czapce z dzwonkami nie brzmi to zbyt wiarygodnie,
Przecinek po „dzwonkami” by się przydał.
Za to on coraz wyraźniej wiedział ją.
„widział”
Przebiegł przez pokój uderzając o coś w ciemności, ale niemal nie poczuł bólu.
Przecinek przed „uderzając”.
że znał ją kiedykolwiek.
Gdy widział ją po raz ostatni, mówiła o planach na przyszłość,
Powtórzone „ją”.
- Mi pomóc?! Myślałam, że to nasza wspólna...
- Mnie pomóc?! (początek zdania)

Jak zawsze dobrze napisane. Lekko się czyta i wciąga. Tylko rozmowa Grabarza z baletnicą, wydala mi się nieco rozwlekła i może trochę melodramatyczna.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 480
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: Krin » 05 grudnia 2015, 15:06

Cały czas wykładasz kolejne karty, cały czas dajesz nam nowe informacje pomagające nam spojrzeć z szerszej perspektywy na całą opowieść. Niby oczywiste, ale czasem mi tego brakuje. Chce powiedzieć w ten sposób, że tego typu teksty mnie wciągają bardziej niż inne.
Nie zgodzę się z Gorgiaszem w kwestii rozmowy Grabarza i Baletnicy, bo ta część wydała mi się akurat najciekawsza i ogólnie fajna, dużo łatwiejsza do wyobrażenia niż ta z siostrami. Mirabele dostała u mnie znowu ujemne punkty, bo wydaje mi się, że trochę za wiele razy powtarzasz, jak to ona sobie nie radzi przy tej rozmowie i nic nie wie, i nic nie rozumie. Takie to trochę nazbyt wyeksponowane, choć wiem, że Mirabele to jest właśnie ta postać od nieradzenia sobie z czymkolwiek i bycia naiwnym. W końcu to wszystko przez nią się dzieje. :D Albo może też dzięki niej...

Muszę wspominać, że czekam na ciąg dalszy i jeśli nie będziesz pisać, to cię zamorduję?
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 134
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: nuklearna_wiosna » 05 grudnia 2015, 17:01

Gorgiaszu, dziękuję za pomocne uwagi. Część błędów poprawiłam, nad niektórymi przeformułowaniami muszę trochę pomyśleć, a w tej chwili nie mam mózgu, ale pamiętam i pozmieniam, jak mi się nieco wspomniany narząd zregeneruje ;)

Krin, przypominam, jakby Ci to w razie umknęło, czy coś, że jak mnie zabijesz, to już nigdy nic nie napiszę xD

Jak widać to, co jednym zgrzyta, innym pasuje i odwrotnie, więc poważniejszych zmian nie będę wprowadzała na bieżąco. Ewentualnym nadmiarem melodramatyzmu, czy uporczywym podkreślaniem, że moja bohaterka jest rozlazłym mazgajem, zajmę się na koniec, przy ostatecznej redakcji. Wszystkie uwagi skrupulatnie odnotowuję, nawet jesli nie odnoszę się do nich w komentarzach, i na pewno skorzystam z nich w przyszłości.

Jeszcze raz wszystkim dziękuję :heart:
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

Awatar użytkownika
Prophet
Straż! Straż!
Posty: 152
Rejestracja: 28 czerwca 2013, 18:30
Lokalizacja: Wrocław

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: Prophet » 07 grudnia 2015, 19:30

No wreszcie! :D
To ja może po kolei.
Po pierwsze - Błazen :heart2: *PIIIIIISK*
Wreszcie (a może jednak nie?) zaczyna zachowywać się bardziej jak człowiek, a nie jak nakręcany kluczykiem strażnik-skrytobójca. Matko, skąd w ogóle takie porównanie to ja nie wiem. Ale podoba mi się. Scena się znaczy, nie porównanie ;)
SpoilerShow
Albo i wiem. I się boję. I mam nadzieję, że się mylę Q_Q
Po drugie - Mirabell
Ja rozumiem, że to dziewczę "do bicia", ale, kurczę, być aż tak nieodporną na stres? Z drugiej strony ciekawam co zrobi, kiedy znajdą już Aimara i Willa.
SpoilerShow
Kazać jej wybierać między nimi byłoby ZUE, wiesz? ;)
Po trzecie - Grabarz i Baletnica
No ta scena była po prostu urocza :3

(Nie wiem co tu jeszcze napisać, żeby nie powtarzać po Siem, bo ta napisała już wszystko co ja bym mogła napisać, więc już skończę, żeby się nie kompromitować)

PISZ! Wściekły tłum chce akcji, daj mu akcję... czy co tam planujesz :heart2:
Obrazek

Wieczornych snów mary powiewne, dziewicze
Na próżno czekały na słońca oblicze...
W dal poszły przez chmurną pustynię piaszczystą,
W dal ciemną, bezkresną, w dal szarą i mglistą...

KLIK

Awatar użytkownika
Arebell
Posty: 12
Rejestracja: 06 grudnia 2015, 22:18

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: Arebell » 12 grudnia 2015, 14:13

(pierwszy tekst na który się rzuciłam, jej :D)
Po pierwsze i przede wszystkim: bardzo, bardzo mi się to opowiadanie podobało, wciągnęło niesamowicie od pierwszej części i w ogóle nie chcę poganiać ale nie mogę się doczekać dalszego ciągu *.*
Po drugie: zastanawiałam się, co najbardziej odpowiada za to wciągnięcie, i wydaje mi się, że przede wszystkim klimat. Od samego początku, kiedy czytamy o wszystkich nieszczęściach głównej bohaterki, potem, kiedy pojawiają się dość upiorne pomysły na pomoc osobom w śpiączce, właściwie z każdą nową informacją o świecie (ludzie szkoleni, by poruszać się i zachowywać jak mechanizmy! Rada!) robi się coraz upiorniej i coraz ciekawiej, aż w każdej chwili można oczekiwać katastrofy. Cały obraz świata przedstawionego jest bardzo spójny, jednocześnie wyraźnie czerpiący ze znanych nam realiów, i fascynująco obcy, i bardzo, bardzo go lubię.
Po trzecie: bohaterowie.
Mirabelle – mam z nią problem, bo z jednej strony jej niedostosowanie do sytuacji i ciągły stres wydają mi się bardzo naturalne, dziewczyna radzi sobie jak może w warunkach, do których w najmniejszym stopniu nie była przygotowana (w dodatku niedawno przeżyła śmierć wszystkich bliskich jej osób i to tak jakby nie ułatwia). Z drugiej – faktycznie narrator nieco zbyt gorliwie zapewnia o jej nieporadności i zdenerwowaniu, przy którejś uwadze trudno się nie zastanawiać, jakim cudem ona jeszcze żyje. Jednego też się przyczepię, bo mi zazgrzytało: nie bardzo rozumiem, dlaczego osoba reagująca słuszną grozą na propozycję spania w jednym pokoju z obcym mężczyzną, przebierająca się w najciemniejszym kącie chociaż rzeczony mężczyzna już śpi – pakuje się mu do łóżka. Samotność, strach, okej, ja wszystko rozumiem, ale przy kompletnym braku zachęty ze strony Aimara zazgrzytało mi to strasznie. Przy czym dopuszczam też możliwość, że to ja jestem dziwna, a nie bohaterka XD
Aimar – póki był, budził we mnie najpierw antypatię – alergię mam na typ milczących buntowników, co ja mogę – a potem lekki niepokój, bo po co pchał się na strażnika, skoro budzi to w nim takie obrzydzenie, i o czym tak naprawdę rozmawiali z Hansenem? W gruncie rzeczy bardzo mało o nim wiadomo, i mam jakieś dziwne przeczucie, że jak się czegokolwiek dowiemy, to będzie już dla niego za późno.
Grabarz – przede wszystkim szalenie podoba mi się ewolucja tego, co czytelnikowi wiadomo o tej postaci; zaczyna jako tajemnicza, niemal wszechmocna, kiedy tworzy szkielet dla Williama, by okazywać coraz więcej i więcej zwyczajnych reakcji, aż w scenie porwania Anneliese okazuje się zupełnie normalnym, starszym panem, posiadającym wiedzę na tematy teraz zakazane, ale wciąż przerażonym, gdy ostaje znienacka zaatakowany. Pewnie dzięki temu nie przestaje być chyba jedną z bardziej sympatycznych i interesujących postaci; po jego rozmowie z Baletnicą strasznie jestem ciekawa, co jeszcze wyjdzie z jego przeszłości.
Błazen – PIIIIIISK. Ja się boję, co będzie potem, bo jeszcze zniszczy moje niemal bezgraniczne uwielbienie i co będzie, co będzie jak mi ktoś skrzywdzi tego cudownego człowieka (o ile to człowiek, bo kończyny bym za to nie oddała), pobrzękującego berłem w rytm szlochów i wchodzącego bez powodu do szafy? Jak na razie Błazen zawiera w idealnych proporcjach kompletne szaleństwo, tajemnicę i odrobineczkę angstów, i nie ukrywam, że każdy fragment z nim dodaje mi plus milijon do zadowolenia z czytania <3
Van Foltyn – przyznam, że póki jeszcze żył, był moim ulubionym bohaterem. Człowiek, który zdobył władzę w momencie największych politycznych zmian, pełen ideałów umierających z czasem… ech, żal, że musiał się pchać do wieży obrad.
Duet Cynthii i Anneliese zapowiada się cudnie a wybuchowo, bardzo jestem ciekawa, co z niego wyniknie.

Awatar użytkownika
Heap
Posty: 27
Rejestracja: 18 października 2015, 15:55

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: Heap » 17 stycznia 2016, 15:49

Jako leń usprawiedliwiam przeczytanie tylko 2 pierwszych części brakiem czasu. No co ja zrobię, nic nie zrobię, świat jest brutalny. Nie daje mi przeczytać fajnego tekstu.
Fabuła, świat, postacie... 9/10. Nie są przerysowane, idealne też nie (wszystkim nie dogodzisz, ja mam jeszcze swoje osobiste preferencje, chore i zwyrodniałe), ale z pewnością bardzo dobre. Kuglarz i pan w cylindrze najbardziej mi się podobają i są najbliżsi ideałowi. Historia wciąga jak bagno, chociaż w sumie przeczytanie dwóch części nie daje mi pełnej podstawy pod taką wypowiedź, ale obiecuję, że jak przeczytam do końca to coś jeszcze napiszę.
A, styl pisania całkiem pasuje do takiego klimatu. Nie musiałem się głowić nad czymś ani chwili by zrozumieć sens, nie było błędów. To tyle póki co. Solidne 9/10.
Heap jest tylko jeden.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1824
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: Kruffachi » 22 lutego 2016, 18:39

Wreszcie doczytałam!!! Ufff...

A to mi uświadomiło, jak za nimi wszystkimi tęskniłam :) I w związku z tym obawiam się, że komentarz będzie raczej fanowskim wpisem w pamiętniczku niż konstruktywną krytyką. Konsekwentnie utrzymujesz ten sam ciężki jednocześnie absurdalny klimat, który bardzo kojarzy mi się z tym utworem:

[BBvideo 425,350]http://www.youtube.com/watch?v=qsRh83BXvOE[/BBvideo]

Jak ten klimat uzyskujesz - o tym kiedyś gadałam z Coff, widzę, że pisała - rzecz dla mnie kompletnie niepojęta, bo nie przez niedopowiedzenia i malowanie słowem, a wręcz przeciwnie: pokazywanie tła i sytuacji. Przebieg zdarzeń. Jak swobodnie się po tej materii poruszasz, widać chociażby na przykładzie ostatniej wstawki, składającej się z trzech skrajnie różnych fragmentów, jednego ekspozycyjnego i pełnego napięcia z zaskakująco ciepłą pointą, drugiego poruszającego i trzeciego dynamicznego ze szczyptą humoru. Każdy z nich ma swój własny charakter i jednocześnie wpisuje się w charakter całości. Co by się tam nie działo, ja wciąż czuję ten sam niepokój i cichy głosik w mojej głowie szepce, że jesteś zdolna do wszystkiego, więc muszę uważać.
A jednocześnie emocje są podczas czytania stonowane i mogę na równi cieszyć się intelektualną zagadką, którą serwujesz, tym na poły kryminalnym sznytem. Jakże to wciąga...
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: Joa » 21 lipca 2016, 17:51

No dobra, zaczynam, Wiosno. Jestem z godzinę, półtorej po przeczytaniu, więc całkiem dużo pamiętam, jednak na wstępie chciałabym Cię opierniczyć, bo to nieludzkie – tak dawno wrzuciłaś najnowszy fragment. Z takimi tekstami jest ciężko – są długie i wymagajace pamiętania też tego, co wydarzyło się wcześniej, więc im częściej aktualizuje się wątek, tym lepiej. Wynika to z tego, że część osób ma słabą pamięć (jak ja, wstyd się przyznać) i żeby rozumieć wszystko na bieżąco, przy tak długiej przerwie, zazwyczaj musi sobie przypomnieć od początku. Jest to nieco niewygodne. Wiem, że to wynika z jakiejś niemocy twórczej, ale myślę, że mały opiernicz może coś zdziałać :D
A teraz do tekstu! Do broni! Do Grabarza, Błazna i spółki.
No dobra, skoro wywołałam Baletnicę z lasu, to zacznę od bohaterów. Męska część – z kilkoma wyjątkami – skradła moje serce. Grabarz od samego początku robi wrażenie, idealnie pasuje i jakby wytwarza klimat swoją osobą. Szczególnie w pierwszej wstawce widać jak dobrze robi temu tekstowi, jak dzięki niemu ładnie ulegamy atmosferze.
SpoilerShow
Spróbował wyjrzeć przez okno, ale nieprzenikniona ciemność na zewnątrz sprawiła, że ujrzał w szybie jedynie własną postać. Nie prezentował się szczególnie atrakcyjnie i wiedział o tym, toteż na co dzień nie tracił czasu na oglądanie siebie w lustrze, ale w tej chwili tak rozpaczliwie potrzebował zająć czymś myśli, że zatrzymał wzrok na odbiciu. Nie lubił zdejmować cylindra i pokazywać światu przedwcześnie przerzedzonych włosów, nagle jednak, ni z tego, ni z owego, doszedł do wniosku, że wygląda głupio. Zerwał pospiesznie nakrycie głowy i położył obok siebie na siedzeniu. Znów spojrzał w szybę. Dalej wglądał głupio. (<3333333333333333333333333333333) Lustrował uważnie swoją pociągłą twarz, przeoraną kilkoma głębokimi bruzdami sprawiającymi, że wyglądał na sporo starszego, niż w rzeczywistości. Wysokie czoło i duży, garbaty nos nie poprawiały jego wizerunku. A w oczach...
Lubię ten fragment niemiłosiernie. Może i oklepany sposób opisu, jak już ktoś wcześniej wspomniał, ale jednak na mnie zrobił wrażenie. Pociąg, Grabarz, cylinder...

Następna postać – Błazen. Przeraża najbardziej ze wszystkich. Ten dysonans, który stworzyłaś – błazny kojarzą nam się z dobrą zabawą, radością, kolorem, zabawą. Nie możemy tego powiedzieć o Błaźnie Cmentarnym. On tylko wzbudza niepokój, choć po cichu mu kibicuję. I Grabarzowi, choć nie wiem na ile to się nawzajem nie wyklucza.
SpoilerShow
Aż tak przywiązałaś się do kogoś, kto bez uprzedzenia przewrócił całą twoją egzystencję do góry nogami, odebrał ci dotychczasową tożsamość i zapowiedział permanentną inwigilację do końca życia?
- Na to wygląda.
- Niepokoi mnie stan twojego zdrowia psychicznego. To zaburzenie ma jakąś nazwę specjalistyczną, czy coś? Nie? A powinno.

SpoilerShow
To dobrze, że schodzi. Ty też zejdź, z łaski swojej, z tego... Na czym ty właściwie siedzisz? Nieważne. Zejdź i rusz się, bo jeśli zamierzasz tkwić tu całą noc, będę zmuszony oponować. Niewykluczone, że gwałtownie.
Bez uprzedzenia chwycił ją za rękę i pociągnął. Wstała odruchowo, potknęła się w ciemności. Została zręcznie pochwycona i obrócona kilka razy wokół własnej osi.
- Co ty wyrabiasz?! - zawołała zaskoczona do tego stopnia, że aż ustała jej czkawka.
- Tańczę z tobą, nie widzisz? No, nie stój jak kołek! - Błazen zmusił ją do jeszcze kilku piruetów.
- Przestań! W głowie mi się kręci!
Przyciągnął ją do siebie i objął mocno, a potem nieoczekiwanie odchylił gwałtownie do tyłu.
- Będziesz rzygać? - zapytał uprzejmie, podtrzymując ją w tej niewygodnej pozycji.
Wiosno XDDDDDDDD
Aso i Ainar. Piękne imiona, przyznam, to Ci się udało. Tu się zacznę czepiać. O ile Ainara nakreśliłaś dobrze, można określić jego charakter, o tyle Aso jest niewidoczny, jest dla mnie tak przezroczysty jak William – William wiadomo, wynika to z tego, że hehe nie mamy jak go poznać, ale Aso to jak najbardziej prawdziwa postać. Nie jest tak istotny jak Ainar, ale tylko zwracam uwagę.

Minister – mam do niego ambiwalentny stosunek. Niby jest, niby coś robi, niby szmerglu szmerglu, ale nie wiem, co o nim myśleć, poza tym że podoba mi się od strony fizczynej :bag:

Postacie Głos, Słuch i Głos. Są świetni. Naprawdę. Jezu, jak mnie przeraziła pierwsza scena z nimi i jak spodobał pomysł. Naprawdę.
SpoilerShow
Krzyknął.
Nie mógł się powstrzymać.
Nie, prawdę mówiąc wcale nie próbował się powstrzymać. Nie był w stanie działać intencjonalnie. Stał i wrzeszczał, ile sił w płucach, patrząc na ziejące pustką oczodoły Wzroku i brak dolnej szczęki u Głosu, a pewnie też języka, skoro nie było go widać, mimo oderwanej żuchwy. Głowa Słuchu była nienaturalne wykręcona. Uszu, oczywiście nie miał.
To jest mega. Wiosno.
Kobiety – każda mnie na swój sposób denerwuje. Nie interesują mnie za bardzo, nie lubię, Mirabelle wydaje mi się typową siedemnastolatką. To dobrze, bo robienie z niej na siłę dojrzalszej byłoby chyba błędem. Więc jej naiwność, głupie pomysły i ciągłe oburzenie pasują do wieku, który reprezentuje i tego, co wywołała swoim zachowaniem. Pozostałe dziewczyny... ciężko powiedzieć, ale żadnej nie kibicuję.
SpoilerShow
Ale po co tracić pieniądze na pensjonaty! - zawołał klaun entuzjastycznie, jakby właśnie wpadł na jakiś wspaniały pomysł. - Przecież my możemy cię przechować. Prawda, Aimar?! - zawołał w stronę przyjaciela, ale ten nie zareagował. - Za chwilę tu kończymy. Tylko się przebierzemy i możemy iść!
- Pan chyba oszalał! - wykrzyknęła oburzona. - Przecież to... przecież tak nie przystoi! Panowie jesteście... a ja... Samotna kobieta z dwoma mężczyznami...?!
- Źle mnie zrozumiałaś – zapewnił pospiesznie.
Trochę nielogiczne, że się oburzyła – jest przecież z „bratem.”
SpoilerShow
Chcieliście ze mną rozmawiać – powiedziała, by jak najszybciej przejść do rzeczy i mieć to już za sobą. Zgodnie z ich sugestią darowała sobie uprzejmości i konwenanse.
- Tak – powiedział Aimar. Odezwał się po raz pierwszy, odkąd Mirabelle spotkała go na dworcu. - Pomówmy otwarcie.
Aso obdarzył go potępiającym spojrzeniem, ale ostatecznie pokręcił głową z rezygnacją i mruknął coś, co brzmiało jak: „A rób, co chcesz!”
- Otwarcie? - Mirabell poczuła uderzenie gorąca. - Nie rozumiem...
- Przewiozłaś zakazaną konstrukcję pociągiem przez pół kraju – przerwał jej Aimar, nie podnosząc głosu. - Naprawdę myślałaś, że nikt się o tym nie dowie?
A TO CI HEHE ODKRYCIE

To, co mnie trzyma w tym tekście to przede wszystkim klimat. Naprawdę Ci się to udało – stworzony świat wydaje się być na pozór normalny, ale obowiązujące prawo, fabuła, postacie... Świetnie to budujesz. Nie rozpisujesz się na siłę, nie nużysz zbędnym opisem. Czytałam kilka Twoich tekstów tu, na forum i ten zdecydowanie wypada najlepiej. Nie wiem, może po prostu to jest droga, którą powinnaś iść? Pisz, Wiosno, pisz. Jestem ciekawa, co dalej.

Masz w nagrodę za ten tekst: https://web.facebook.com/itsdougthepug/ ... 767902282/


(wstydzę się teraz tego komentarza, wybacz, mógłby być lepszy)
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 134
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: nuklearna_wiosna » 09 grudnia 2016, 03:48

Nie wiem, co by tu rzec na wstępie. Rozdział krótki i niewydarzony, bo dopiero sobie powoli przypominam, jak się pisze. Rozruszam się, to będzie lepiej (albo i nie). Pewnie już wszyscy zdążyli zapomieć, o czym to w ogóle jest, ale mimo wszystko wrzucam, bo jednak lepiej mi się pisze dla kogoś niż do szuflady i potrzebna mi nadzieja, że ktoś to może jednak będzie jeszcze czytał ^^


XI
- Zdecyduj się! - Doktor Hansen nie ukrywał rozdrażnienia. - Wreszcie spotkało nas jakieś szczęśliwe zrządzenie losu. Dostaliśmy więcej, niż mogliśmy sobie wymarzyć. Tu naprawdę nie ma na co czekać.
Gabinet lekarski był imponująco wyposażony. Nie brakowało niczego, a jednak Hansen nie potrafił przywyknąć, choć przecież gościł tu wcześniej już kilka razy. Żeby chociaż mógł zdjąć te upiorne portrety... Co za absurdalny pomysł, żeby na miejsce pracy medyka zaadaptować pałacową komnatę. Kilka razy napomknął, że bardziej odpowiadałby mu surowszy wystrój, ale jak zwykle został zignorowany. Znosił więc jakoś puszysty dywan, arrasy, gigantyczny żyrandol i kretyńskie świeczniki, ale fakt, że dawno zmarli członkowie rodziny królewskiej nieustannie wlepiali w niego niewidzący wzrok, był nad wyraz deprymujący. Doktor czuł się permanentnie obserwowany. Nawet teraz miał wrażenie, że wąsaty osobnik z płótna naprzeciwko poświęca mu więcej uwagi, niż człowiek, do którego właśnie się zwracał.
- Możemy rozparcelować tę rzecz – mówił dalej w nadziei, że jego rozmówca jeszcze całkiem nie odpłynął myślami. - Oczywiście, że możemy. Tylko co nam to da? Pomyśl rozsądnie!
Prośba o rozsądek, skierowana do kompletnego szaleńca, miała w sobie coś groteskowego, ale, wbrew pozorom, nie była zupełną stratą czasu. Nie istniał sposób, by przewidzieć, jaki argument może poskutkować w danej chwili, dlatego warto było próbować wszystkiego. Ostatecznie zależało im na tym samym, więc powinni się jakoś dogadać.
Tylko że aby się dogadać, potrzeba dialogu, a na ten na razie chyba nie było co liczyć.
Hansen podszedł do rozpartego w fotelu człowieka i pomachał mu ręką przed oczami.
- Hej, pobudka – warknął. - Słuchasz mnie w ogóle?
Był prawdopodobnie jedynym człowiekiem na świecie, który mógł zrobić coś takiego i pozostać przy życiu, nie obawiał się więc, a wręcz liczył na wybuch wściekłości – lepsza taka reakcja niż żadna.
- Słucham – odpowiedział w końcu mężczyzna zaskakująco spokojnie, nawet z pewnym znużeniem, ale nie podjął tematu.
Hansen westchnął. Przynajmniej jego słowa nie trafiały w próżnię, więc można było próbować dalej.
- Nie wiemy, jak to jest skonstruowane – przekonywał. - Możemy wszystko rozłożyć na części, ale nie znając istoty rzeczy, nie złożymy tego z powrotem, a już na pewno nie odtworzymy. Pozwól mi to zbadać, póki działa.
- Już próbowałeś.
- Jeszcze nie.
- To co robiłeś podczas tych wszystkich sesji?
- Na razie chciałem to tylko... wysondować.
- I co?
- I nic. Nie będzie współpracować.
- Nie chce, czy nie może?
- Myślę, że po trochu jedno i drugie.
Siedzący w fotelu człowiek westchnął. Choć rozmawiał z lekarzem całkiem sensownie, spojrzenie nadal miał mętne i nieruchome, utkwione gdzieś w przeciwległej ścianie, choć gdyby go zapytać, jakiego koloru jest ta ściana, z pewnością nie potrafiłby odpowiedzieć.
- Dobrze – powiedział w końcu. - Rób, co chcesz. Byle nie za długo. Jeśli do niczego nie dojdziesz, rozmontowujemy to.
Wygląda na kompromis, pomyślał Hansen. I to podejrzanie łatwo wypracowany...
- Ile mam czasu? - zapytał.
- A nie wiem. Póki się nie zniecierpliwię.
Aha. Czyli godzinę.
Albo kilkanaście lat. W końcu ten człowiek był nieobliczalny.
- Chciałbym zacząć jak najszybciej – oznajmił, nie zamierzając tracić czasu.
- W porządku. Zaraz każę to przynieść.
- Nie odpowiadam za to, jak będzie wyglądał ten dywan, kiedy skończę. Mówiłem wcześniej, żeby go...
- Co? Jaki dywan?
Hansen przewrócił oczami. Równie dobrze mógłby tłumaczyć dziadowi na portrecie.
- Nieważne – mruknął.
Jasne, że nieważne. Dywan nie miał śrub, przekładni i kół zębatych, więc nie był wart uwagi.
Hansen zasępił się, patrząc, jak jego rozmówca wstaje, po czym bez słowa wychodzi z gabinetu. Zatrzymywanie go nie miało sensu. Porzucił swoje zabawki na zbyt długo i w tej chwili nie myślał o niczym innym, tylko o tym, by do nich wrócić. Doktor coraz więcej wysiłku musiał wkładać w zmuszanie go do koncentrowania się na codziennych obowiązkach. Był tym już poważnie zmęczony, ale przecież nie mógłby odejść w takim momencie, gdy tylko krok dzielił ich od długo oczekiwanego przełomu.
- Dziękuję – wymamrotał mechanicznie, gdy dwaj strażnicy wnieśli do gabinetu nieprzytomnego mężczyznę i ułożyli go na długim stole.
Byli przekonani, że to zwykły więzień, i tak miało pozostać, więc Hansen poczekał, aż wyjdą i oddalą się, nim sięgnął po narzędzia.
* * * Podbite oko Błazna przelało czarę goryczy.
- Jestem, imaginujcie sobie, członkiem elitarnego stowarzyszenia – sarkał, podskakując ze złości tak intensywnie, że dzwonki z czapki niemal go zagłuszały. - Przeszedłem, prawda, mordercze szkolenie. Uchylam się przed kulami, łapię strzały w locie i kładę przeciwnika jednym ciosem, a nagle okazuje się, że pierwszy lepszy spasiony mieszczanin może trafić mnie w oko kamieniem! Macie natychmiast coś z tym zrobić, jak babcię kocham!
- Ty masz w ogóle babcię? - zainteresowała się Mirabelle.
Błazen spojrzał na nią jak na wariatkę.
- Chyba każdy ma jakąś babcię – fuknął.
Grabarz przez chwilę cieszył się wizją starszej pani w czapce z dzwonkami.
- To niedopuszczalne! - wściekał się tymczasem Błazen.
- Co? - spytała niewinnie Mirabelle. - Posiadanie babci?
Błazen posłał jej kolejne mordercze spojrzenie.
- To! - warknął, wskazując na swoje zabandażowane prawe oko. - Zróbcie coś z tym, mówię!
- Zmienić ci opatrunek?
Grabarz uśmiechnął się do siebie. Lubił słuchać tych dwojga. Lubił, ich przekomarzania i wygłupy. Czasem łapał się na tym, że traktuje ich trochę, jakby byli rodzeństwem. Duży wpływ miała na to postawa Mirabelle. Dziewczyna tylko w obecności Błazna potrafiła zachowywać się naprawdę swobodnie, co było o tyle dziwne, że sposób bycia strażnika raczej do tego nie zachęcał. Sam Grabarz w kontaktach z nim wciąż nie mógł do końca pozbyć się skrępowania, z tym większym zdumieniem obserwował więc rozwój nietypowej relacji pomiędzy dwojgiem swoich towarzyszy. Gdy tylko Błazen znikał z horyzontu, Mirabelle stawała się na powrót grzeczną, nudną i niezbyt bystrą panienką, jaką Grabarz znał z miasteczka. Z początku było mu przykro, że nie potrafił zdobyć jej sympatii i zaufania na tyle, by i przy nim mogła się otworzyć, ale szybko mu przeszło. Cieszyło go, że wyrwanie dziewczyny z jej zwykłego otępienia w ogóle było możliwe, nawet jeśli on sam nie bardzo mógł się do tego przyczynić.
- Co, twoim zdaniem, mielibyśmy zrobić? - zapytała tymczasem Mirabelle, poważniejąc nieco.
- A przez kogo te demonstracje? - Błazen rozparł się w fotelu, odruchowo dotykając wprawnie założonego opatrunku.
- Mógłbyś to zdjąć. - Mirabelle zignorowała pytanie. - Masz tylko siniaka, a chodzisz z tym bandażem, jakbyś co najmniej stracił oko!
Grabarz zorientował się nagle, że tak naprawdę żadne z nich nie widziało obrażeń Błazna. Wrócił z miasta już z opatrunkiem, ale przecież chyba nie wybili mu oka...
- Tak jest bardziej dramatycznie – mruknął sam okaleczony, rozwiewając obawy. - Z siniakiem wyglądałbym jak jakiś... A co ty mi tu w ogóle...! Nie zmieniaj tematu! Zrobicie z tym coś w końcu, czy nie?!
Miał rację. Grabarz wiedział o tym i prawdopodobnie wiedziała też Mirabelle. Zostali w mieście, zdecydowani działać, a jak na razie wyglądało na to, że są jedynymi, którzy do działania wcale się nie kwapią.
Zniknięcie ministra technologii zostało przez opinię publiczną uznane za ostateczny dowód na to, że pozbawione wpływów, wygnane do podziemia dawne Towarzystwo Naukowe znów działa i to działa znacznie bardziej agresywnie i zdecydowanie niż dawniej, a obecna władza w żaden sposób nie próbuje rozwiązać problemu. Jedyną osobą, która publiczne się do tego zobowiązała, była żona zaginionego. Ku powszechnemu zdziwieniu zgłosiła swoją kandydaturę na stanowisko tymczasowego zastępcy ministra i mimo silnych nacisków ze strony politycznych oponentów nie wycofała jej. To właśnie usilne próby zdyskredytowania Cynthii van Foltyn stały się bezpośrednią przyczyną trwających od kilku dni ulicznych wystąpień i zamieszek. Ludzie zorientowali się, że rząd nie tylko nie jest przygotowany na powrót dawnego wroga, ale wręcz nie przyjmuje do wiadomości, że to się może zdarzyć.
Błazen zapewniał Grabarza, że pozostaje w ciągłym kontakcie z Towarzystwem i jest przekonany co do niewinności jego członków. Ktoś najwyraźniej wykorzystywał napiętą sytuację do realizowania własnych celów, przy czym nie wiadomo było ani kto to taki, ani jakie są te cele. Niewątpliwie jednak to przybycie Grabarza do miasta zapoczątkowało niepokojące wydarzenia ostatnich tygodni, a jego bierność tylko wszystko pogarszała.
- Ktoś tu w końcu powinien zacząć zadawać pytania – mówił tymczasem Błazen, już zupełnie poważny. - Przyjmijcie wreszcie do wiadomości, z łaski swojej, że ten cały...
- Aimar – podpowiedziała Mirabrelle.
- Aimar. Ten cały Aimar nie zgubił się gdzieś przypadkiem. Minister też nie. Te zniknięcia są ze sobą powiązane, a Towarzystwo i Panopticon nie mają z nimi nic wspólnego. Naszym jedynym tropem był Hansen, ale ten trop się urwał. Lekarz nie działał z polecenia Towarzystwa, a trzy siostry z klubu najwyraźniej naprawdę nie wiedzą, gdzie się podział, w każdym razie śledzenie ich nie przyniosło jak dotąd żadnego skutku. Rząd też nie ma pojęcia, co się tu wyprawia. Gdyby to była ich sprawka, nie miotaliby się teraz w takiej panice. Wszyscy, których automatycznie można uznać za zamieszanych w tę sprawę, tak naprawdę zamieszani w nią nie są. Nikt jeszcze niczego nie zrobił. Nikt nie wykonał ruchu, a jednak te wszystkie rzeczy w jakiś sposób się dzieją. Być może jesteśmy jedynymi osobami w tym mieście, które dostrzegają, jak bardzo nic tu się nie trzyma kupy. Jeśli nie zamierzamy działać zdecydowanie, to równie dobrze możemy dać sobie spokój i wyjechać, jak to pierwotnie mieliśmy w planach.
- Zdecydowanie? - zainteresował się Grabarz. - Czyli jak?

Mogłem nie pytać, jęknął w myślach, stojąc kilka godzin później w opuszczonej hali fabrycznej. Chociaż gdyby nie zapytał, niczego by to nie zmieniło. Błazen i tak zdradziłby mu swój plan, a on by na niego przystał. Zgodziłby się na wszystko, byle wreszcie obrać jakiś kierunek i zacząć robić cokolwiek. Co nie znaczy, że był zadowolony ze swojego obecnego położenia.
- A jak mnie zabiją? - wykrztusił, gdy usłyszał propozycję Błazna.
Strażnik wzruszył ramionami.
- Nie powinni – powiedział obojętnie. - Nie mają w tym żadnego interesu. Ale jeśli z jakiegoś powodu spróbują, to ich powstrzymam. W końcu taka moja skromna rola w całym tym szaleństwie, czyż nie?
Tak, zapewne, myślał Grabarz. Zapewne. Tym bardziej wolałby mieć Błazna jeśli już nie przy sobie, to chociaż w zasięgu wzroku. Ale Błazen bycia w zasięgu wzroku kategorycznie odmówił.
- Moja obecność tylko by ci zaszkodziła – zawyrokował.
- Jak wiele jest w tym mieście osób, którym nie powinieneś pokazywać się na oczy? - spytała zdawkowym tonem milcząca dotąd Mirabelle.
- Kilka by się znalazło.
Rozmyślania Grabarza przerwał dźwięk kroków. Drgnął zaniepokojony, choć przecież na to właśnie czekał. Ktoś nadchodził z głębi hali. Prawdopodobnie jedna osoba, choć nie wiadomo, jak wiele ich jeszcze kryło się w mroku.
- Dobry wieczór.
Grabarz wzdrygnął się ponownie. Trudno powiedzieć, czego oczekiwał, ale rzeczowe powitanie, wyartykułowane dźwięcznym, kobiecym głosem, wydało mu się nie na miejscu w tej scenerii rodem z kiepskiej powieści grozy.
Myślałby kto, że lepiej bym zareagował na chrapliwy szept dobiegający z ciemności, wyszydził w myślach sam siebie z czymś na kształt ponurego rozbawienia.
Odchrząknął.
- Do... dobry wieczór – odpowiedział znacznie ciszej, niż zamierzał. - Mam wrażenie... Zdaje się, że byliśmy umówieni.
- Owszem. Z dawna oczekiwane spotkanie. - W głosie kobiety zabrzmiała wesołość. - Myślałam, że już nigdy nie zdecyduje się pan zaszczycić nas swoją obecnością.
- Szczerze powiedziawszy, ja również.
Mówił prawdę. To Błazen zaaranżował wszystko, od początku do końca, a potem nie pozwolił mu się wycofać, grożąc użyciem przemocy i innymi atrakcjami, jak był łaskaw się wyrazić. Grabarz z całej siły pragnął wierzyć, że i bez tego znalazłby odwagę, by tu przyjść. Ale nie wierzył.
- Na szczęście w końcu pan jest.
- Nie mam pewności, czy na szczęście – mruknął, nim zdążył się powstrzymać.
Kobieta szybkim, równym krokiem weszła w plamę księżycowego światła i stanęła przed Grabarzem.
- Ja też nie mam – powiedziała rzeczowym tonem. - Ale wolę być dobrej myśli. Nazywam się Diana Tornwandler.
- Augustin d'Avensis.
Po raz pierwszy od bardzo dawna przedstawił się prawdziwym nazwiskiem. Tkwił w mieście od kilku tygodni, ale dopiero przywołanie miana, pod którym przez tyle lat żył tu, pracował i w końcu walczył, gdy pojawiła się konieczność, pozwoliło mu poczuć, że naprawdę wrócił.
Uścisnęli sobie dłonie, krótko, po męsku.
- Nie spotkaliśmy się wcześniej – poinformowała Diana Tornwandler – chociaż byłam już w szeregach Towarzystwa, gdy został pan przewodniczącym. Aktualnie sama pełnię tę zaszczytną funkcję. - Parsknęła z rozbawieniem, widząc jego minę. - Pan jest zdziwiony!
- Skądże.
Oczywiście, że był, jeszcze jak! Dawniej kobieta w Towarzystwie Naukowym stanowiła nie lada kuriozum. Gdyby ktoś mu wówczas powiedział, że jedna z nich za kilka lat obejmie najwyższe stanowisko, z oczywistych przyczyn nie uwierzyłby.
- Ależ tak – Diana Tornwandler zdawała się dobrze bawić. - Jest pan zdziwiony, to zrozumiałe. W oficjalnym Towarzystwie, tym nowym, nadal panują idiotycznie sztywne zasady i kobiety wciąż nie są mile widziane. Ale podziemie rządzi się swoimi prawami. Znacznie rozsądniejszymi, jeśli wolno mi wyrazić swój pogląd.
- To... To naprawdę wspaniale! - ucieszył się Grabarz.
Diana przyglądała mu się w skupieniu, jakby próbowała ocenić, na ile szczera jest jego entuzjastyczna reakcja. Wnioski jednakowoż zachowała dla siebie.
- Też uważam, że to wspaniale – powiedziała w końcu z uśmiechem.
*** - Coś tam się poruszyło, widziałeś? - Mirabelle pociągnęła Błazna za rękaw.
- Nie.
Nic dziwnego, swoją drogą, skoro nawet nie podniósł głowy znad berła.
- Co ty wyprawiasz? - syknęła. - Miałeś przecież pilnować...
- Dzwonek mi się obluzował.
- Ale tam...
- Jak odpadnie i go nie znajdę, to zostanę bez dzwonka.
Mirabell odruchowo chciała powiedzieć, że przecież będzie mógł znaleźć inny, ale w porę przypomniała sobie, czym kończą się tego rodzaju dyskusje z Błaznem. Nie była w nastroju na wysłuchanie tyleż szczegółowej, co zupełnie pozbawionej sensu argumentacji, z której wynikałoby, że ten właśnie dzwonek jest najlepszym z możliwych, a jego utrata byłaby tożsama z końcem świata.
Ulokowali się w jednym ze zrujnowanych budynków gospodarczych tak, by mieć widok na wejście do hali, w której Grabarz miał spotkać się z obecnym przewodniczącym nielegalnego Towarzystwa Naukowego. Choć trudno było mówić o widoku, biorąc pod uwagę nieprzenikniony mrok, zalegający na całym rozległym terenie opuszczonego kompleksu fabrycznego. Chwilę wcześniej zza chmur wyjrzał na chwilę księżyc, ale teraz zaszedł już i nie wyglądało na to, by znów miał się pokazać.
To pewnie dlatego, myślała Mirabelle. Za długo już wpatruję się w ciemność i wzrok zaczyna płatać mi figle. Bo przecież gdyby tam naprawdę coś było, Błazen by zareagował.
- To nie ma sensu – mruknęła więc tylko z dezaprobatą. - Nawet nie widzisz, co robisz.
Ona sama ledwie dostrzegała zarys jego sylwetki, a przecież stał tuż obok, oparty o parapet dawno wybitego okna. Nie wydawało się możliwe, żeby był w stanie naprawić dzwonek w tych warunkach.
- Ja wszystko widzę.
Mirabelle zadrżała.
*** Diana Tornwandler sprawiała wrażenie osoby otwartej i konkretnej. Grabarz sam sobie nie umiał odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak bardzo obawiał się tego spotkania. Być może podświadomie przerażała go myśl, że nowy przewodniczący mógłby okazać się zbyt podobny do niego samego. Wówczas o porozumieniu nie byłoby mowy.
Mimo wszystko czuł się nieswojo. Księżyc zaszedł i gigantyczne pomieszczenie pogrążyło się w mroku. Zapach wilgotnej ziemi przenikał do środka przez wytłuczone okna. Jedynym dobiegającym go dźwiękiem był oddech stojącej obok Diany.
- Dziwne miejsce na spotkanie – zauważył.
Chyba poruszyła się nieznacznie. Możliwe, że wzruszyła ramionami.
- Też wolałabym wyjść do jakiegoś przytulnego klubu na kieliszek brandy.
Odeszła kilka kroków, pewnie stąpając w ciemności, po czym rozległ się cichy trzask i w głębi hali zamigotał płomień przenośnej lampy gazowej.
- Nie mamy stałej siedziby – wyjaśniła. - Ze względów bezpieczeństwa, rozumie pan.
Grabarz skinął głową na znak, że rozumie, ale kobieta nawet na niego nie patrzyła. Pomajstrowła jeszcze chwilę przy lampie, dopiero wtedy uniosła głowę.
- Bywamy tu i tam. - Uśmiechnęła się. - Proszę za mną.
Poprowadziła go przez halę, której podłoga – teraz dopiero to zauważył, wyłożona była mozaikowymi płytkami, układającymi się w wymyślny wzór. Spróbował przypomnieć sobie, co to była za fabryka, ale mu się nie udało. Może po prostu nigdy tego nie wiedział. Niewykluczone, że stała w ruinie od tak długiego czasu, że jej przeznaczenie zostało zapomniane dawno temu.
Diana Torwandler skręciła gwałtownie. Okazało się, że do głównej hali przylegają mniejsze pomieszczenia, być może będące kiedyś gabinetami zarządców. Drzwi oczywiście nie było, w ścianie ziały czarne dziury i w jednej z nich właśnie zniknęła Diana. Grabarz, nie widząc innego wyjścia, poszedł za nią. Przekroczył próg niedużego pomieszczenia i przystanął zdziwiony. Pomarańczowy blask lampy wyłowił z mroku dwa duże, obite skórą fotele oddzielone ozdobnym stolikiem, na którym stały dwie idealnie czytste szklanki i butelka pełna jakiegoś złocistego płynu. Wrażenie było wyjątkowo surrealistyczne, biorąc pod uwagę zrujnowane otoczenie.
Diana usiadłana jednym z foteli. Bez słowa wskazała Grabarzowi miejsce naprzeciwko i zajęła się nalewaniem trunku.
-To, że nie możemy się pokazać w miejscu publicznym, nie oznacza, że mamy sobie odmawiać rozmowy w cywilizowanych warunkach, prawda? - powiedziała.
Usiadł, wciąż zdezorientowany i w końcu przyjrzał się przewodniczącej. Była mocno zbudowana, choć nie nadmiernie tęga, młodsza od niego, ale na tyle dojrzała, że na jej twarzy pojawiło się już kilka głębszysch zmarszczek. W niezbyt starannie upiętych, jasnobrązowych włosach nie dostrzegł ani śladu siwizny, a może światło lampy po prostu jej nie eksponowało. Orzechowe oczy patrzyły bystro i trochę kpiąco.
Kobieta podsunęła mu szklankę.
- Za spotkanie! - wzniosła toast.
Grabarz zawahał się. Zauważyła to i patrząc mu w oczy, upiła solidny łyk.
- Nie mam żadnego powodu, by pana otruć, d'Avensis – zapewniła z ironicznym rozbawieniem. - Przynajmniej na razie.
Grabarz, zawstydzony, że aż tak wyraźnie pokazał po sobie obawę, siorbnął odrobinę alkoholu. Poczuł pieczenie w gardle, chwilę później ciepło w żołądku. Nieźle im się powodzi w tym podziemiu, pomyślał, skoro mogą pozwolić sobie na taką dobrą brandy.
- Tak. - Diana błyskawicznie opróżniła swoją szklankę i z głośnym stuknięciem odstawiła ją na stolik. - To jest ten moment, w którym robi się niezręcznie.
Dla Grabarza ten moment trwał już od wyjścia z domu, ale istotnie, nadchodził czas, by przejść do rzeczy, a on wciąż jeszcze nie wiedział, czego właściwie miałaby dotyczyć ta rozmowa. Po uwadze Diany domyślił się, że i ona nie bardzo wie, co dalej.
- Zastanawiałam się, jak będzie wyglądać to spotkanie zanim w ogóle zaczęłam wierzyć, że naprawdę do niego dojdzie – zaczęła kobieta. - Myślałam, że mam panu tyle do powiedzenia, ale teraz... Teraz chcę tylko żeby pan wiedział, że nie porwaliśmy, ani tym bardziej nie skrzywdziliśmy ministra, nie planujemy rebelii i w ogóle...
- Wiem.
Nie wydawała się zdziwiona.
- To, co dzieje się w mieście, nie ma z nami nic wspólnego – dokończyła, jakby jej nie przerwał.
- Ze mną również nie – zapewnił. - Najwyraźniej ktoś niezwiązany z Towarzystwem wykorzystał mój powrót do miasta, by zacząć realizować plan, który nie wiadomo, na czym polega, ale mam przeczucie, że na niczym dobrym. Choćbym teraz stąd wyjechał, choćbyście wy ukryli się jeszcze głębiej, to to coś, co się dzieje, i tak będzie się działo, a wina, tak czy inaczej, spadnie na Towarzystwo. Nie unikniemy nagonki i polowania na czarownice. Nie ukrywam, że mam osobisty powód, żeby tu zostać i odkryć, o co w tym wszystkim chodzi. Myślę, że moglibyśmy pomóc sobie wzajemnie. I chociaż, nie mam prawa o nic was prosić, o to jedno proszę: rozważcie moją propozycję. Spróbujmy wspólnie się dowiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi.
Diana zwlekała z odpowiedzią dłuższą chwilę. Dolała sobie brandy i leniwie bawiła się szklanką.
- Oczekuje pan od nas niemożliwości – powiedziała w końcu. - Czy jest pan tego świadomy? Od lat wkładamy masę wysiłku, by pozostać w konspiracji. Nie damy się po tym wszystkim tak łatwo sprowokować do ujawnienia.
- Nie chodzi mi o to, byście głośno oznajmiali wszystkim swoje istnienie. Raczej o to, żebyście się... dyskretnie zaangażowali. Możliwe, że jeśli rozwikłamy tę intrygę, nigdy już nie będziecie musieli się ukrywać.
- A pewnie – prychnęła ponuro. - Pewnie. Bo nie będzie miał ani kto, ani gdzie się ukrywać. Wszystkich nas wybiją, a tutaj kamień na kamieniu nie zostanie.
- Jeśli nie będzie miał zostać, nie zostanie i tak. Ale możemy na tym wszystkim skorzystać. Mówiąc „my” mam na myśli Towarzystwo, oczywiście. Przecież wiemy oboje, że oskarżenia, które sześć lat temu rzucono nam w twarz, były krzywdzące i niesprawiedliwe. Mogły dotyczyć, co najwyżej, zaledwie bardzo wąskiej grupy członków, którzy faktycznie wykorzystywali swoje uprawnienia do tego, by oddawać się w tajemnicy nieetycznym praktykom. Żadna organizacja nie jest wolna od nadużyć i choć nie jestem z tego dumny, przyznaję, że nie o wszystkim wiedziałem i nie wszystkiemu mogłem zapobiec. Ale, mimo tego, nie zasłużyliśmy na los, który nam zgotowano. Podczas pogromów zginęło mnóstwo niewinnych ludzi, inni zostali zmuszeni udać się na wygnanie, porzucić swoją tożsamość, albo, jak wy, ukryć się i zdecydować na życie w nieustającym zagrożeniu. Świat powinien się dowiedzieć… Powinien się dowiedzieć, że na to nie zasłużyliśmy. Powinien poznać prawdę.
- Świata, panie d’Avensis, kompletnie nic to nie obchodzi – powiedziała Diana smutno, ale chyba nieco złagodniała.
- Ale mnie obchodzi!
- No, tak lepiej. Nie ma się co zasłaniać światem. Bo świat bez ujawnienia tej prawdy sobie poradzi. Pan nie.
- Kiedyś myślałem, że jednak mi się uda.
- Ależ skądże, ani przez chwilę pan w to nie wierzył. Inaczej nie wykorzystałby pan pierwszej nadarzającej się okazji żeby wrócić do miasta. I nie przyszedłby pan tutaj namawiać mnie do jakiejś absurdalnej walki.
Miała rację, rzecz jasna, i Grabarz nawet chciał jej to przyznać, ale nie dała mu dojść do słowa.
- Zakładając teoretycznie, że wyraziłabym zgodę i przystała na tę dziwaczną współpracę – kontynuowała, – jak by to miało wyglądać? Jaki jest plan? Bo przecież nie zabiegałby pan o to spotkanie, gdyby nie miał pan żadnego planu prawda?
Nieprawda, pomyślał Grabarz. Nieprawda niestety.
Tylko jak zakomunikować tej kobiecie, że o spotkanie zabiegał nie on, ale Błazen, który, jeśli nawet miał jakiś plan, nie zechciał się nim podzielić? Grabarz spodziewał się, że ta rozmowa stanowić będzie jedynie kurtuazyjne przełamanie lodów. Nie sądził, że konkretna do bólu przewodnicząca natychmiast przejdzie do precyzowania strategii. Gdyby teraz przedstawił jej spójny, sensowny i możliwy do zrealizowania plan, zgodziłaby się. Wiedział to. Niewątpliwie trudno jej było znieść myśl, że dzieje się coś, złego, a ona, wraz z całym Towarzystwem, może tylko bezczynnie czekać, nie wiedząc nawet, czego się spodziewać. Gdyby otrzymała realne wsparcie, współpracowałaby. Ale Grabarz żadnego realnego wsparcia nie mógł jej zapewnić.
- Tak, oczywiście – odpowiedział jednak najpewniejszym tonem, na jaki mógł się zdobyć. - Jeśli tylko wyrazi pani takie życzenie, zorganizujemy kolejne spotkanie i omówimy wszystko w większym gronie.
Wyglądała na rozczarowaną i Grabarz wcale się jej nie dziwił. Oczekiwała oferty, nie dyplomatycznych wybiegów, w dodatku wyjątkowo nieudolnych. Chciała się przekonać, że były przewodniczący nie przybył z niczym i naprawdę zamierza pomóc, a nie tylko wykorzystać Towarzystwo dla własnych celów, jakiekolwiek by one nie były. Grabarz poczuł, że zawiódł na całej linii. Był też zły na Błazna, że zupełnie nie przygotował go do tej rozmowy.
- W większym gronie. - Diana westchnęła. - Panie d'Avensis, jesteśmy teraz tutaj po to, żebym mogła się przekonać, czy ma Pan w ogóle cokolwiek do powiedzenia temu większemu gronu. Wszystko, co chciałby pan im zakomunikować, proszę teraz zakomunikować mnie.
- Dobrze. - Grabarz odchrząknął. Nie był w stanie pozbierać myśli. Co, u diabła, miał powiedzieć tej kobiecie? - Zatem...
- Chwila! - Twarz Diany stężała. - Słyszał pan?
- Co? Ja nie...
- Czy to pańscy ludzie? Moja obstawa nie weszłaby bez umówionego sygnału...
- Ale przecież nikogo tu...
- Coś słyszałam, na pewno. Ktoś tam jest...
Grabarz wbił wzrok w dziurę po drzwiach. W hali panowała ciemność, nie dostrzegł żadnego migotania światła, ani przemykających sylwetek, ale też i pole widzenia miał mocno ograniczone. Jedyną osobą, która przychodziła mu na myśl, był Błazen. Tylko po co miałby tu przychodzić, skoro sam życzył sobie zostać na zewnątrz? Poza tym, gdyby zdecydował się wejść, nie pozwoliłby przecież, by go usłyszano.
- Pani Tornwandler, spokojnie – odezwał się. - Może to tylko wiatr...
Tym razem szmer był na tyle głośny, że i on usłyszał. Nie przypominało to wiatru.
- Musimy się stąd wydostać – szepnęła Diana, starając się panować nad głosem. Sprawiała wrażenie całkowicie trzeźwej, choć podczas rozmowy osuszyła trzy pełne szklaneczki brandy. - Teraz. Najlepiej różnymi wyjściami. Zna pan ten kompleks?
Grabarz pokręcił głową.
- Nigdy wcześniej tu nie byłem.
- Ale trafi pan do drzwi, którymi pan wszedł?
Nie był tego pewien, ale nie chciał sprawiać Dianie kłopotu, potwierdził więc.
Kobieta bez uprzedzenia wyłączyła lampę.
- Do zobaczenia zatem – szepnęła w ciemności.
Grabarz usłyszał, jak wstaje z fotela, chwilę później cicho wymknęła się z pomieszczenia.
Były przewodniczący siedział, nasłuchując, czy powtórzy się tamten dziwny dźwięk. Być może naprawdę nie było to nic groźnego. W takiej ruinie niemal na pewno bez przerwy coś się osuwało, osypywało i spadało.
Pozostał na miejscu jeszcze przez chwilę, po czym wstał, najciszej, jak potrafił. Skórzane obicie fotela lekko skrzypnęło.
To oczywiste, że Diana Tornwandler była nadmiernie ostrożna. Stała na czele podziemnej organizacji, to wymaga nieustającej czujności, ale tym razem prawdopodobnie przesadziła, nie było się czego obawiać. Poza tym Błazen stał przecież na czatach. Nie pozwoliłby nikomu tutaj wejść.
Takie myśli towarzyszyły Grabarzowi, gdy powoli zmierzał ku drzwiom przez ciemną halę fabryczną. Chmury na dobre zasnuły niebo i nawet blady blask księżyca nie oświetlał drogi. Dookoła panowała niczym niezmącona cisza. Grabarz szedł na tyle ostrożnie, że nie rozlegało się nawet echo kroków.
Błazen i Mirabelle mogliby się pokazać, pomyślał, skoro już po wszystkim...
W tym momencie usłyszał krzyk.
Rzucił się na oślep w ciemność, w stronę, gdzie, jak pamiętał, były drzwi, którymi dostał się do środka. Kierowało nim absurdalne poczucie, że jeśli tylko stąd wyjdzie, wszystko będzie dobrze. Na zewnątrz jest przecież jego strażnik, który nie dopuści, by...
By co właściwie?
Co tu się przed chwilą stało? Kto krzyczał? Dlaczego?
Dlaczego Błazna jeszcze tutaj nie ma?
Usłyszał za sobą odgłos kroków więcej niż jednej osoby. Chrapliwe oddechy, słowa, których nie mógł zrozumieć.
Nie miał pojęcia, co się dzieje.
I dlaczego Błazna jeszcze tu nie ma.
Nagle dookoła zapłonęły lampy. Grabarz zmrużył oczy zaskoczony, potknął się o coś i z trudem utrzymał równowagę. Zmusił się, by nie spoglądać za siebie, jakby ci, którzy tam byli, mogli dzięki temu zniknąć.
- Stać! - usłyszał.
Sam nie wiedział, dlaczego się zatrzymał. Gdzieś na skraju świadomości zakiełkowała myśl, że nie ma innego wyjścia. Nie ucieknie, nie ma jak, ani dokąd uciec, a...
A Błazen się nie zjawi.
- Ręce do góry!
Wykonał polecenie i odwrócił się powoli.
Przed nim stało pięciu mężczyzn w uniformach służb miejskich. Dwaj mieli w rękach lampy, dwaj kolejni podtrzymywali Dianę Tornwandler. Kobieta chyba była nieprzytomna. To jej krzyk Grabarz musiał wcześniej słyszeć. Najwyraźniej próbowała walczyć, dlatego ją unieszkodliwili. Miał nadzieję, że gorliwi stróże prawa nie wyrządzili przewodniczącej żadnej poważnej krzywdy.
- Augustinie d'Avensis – przemówił beznamiętnie piąty mężczyzna. - W imieniu prawa jesteś aresztowany.
*** No nie, to przecież niemożliwe, żeby on zupełnie niczego nie widział! To znaczy owszem, możliwe, bo jest ciemno, a on przez cały czas grzebie przy tym swoim berle, ale przecież sam twierdził dopiero co, że widzi wszystko, więc chyba powinien dostrzec sylwetki przemykające w pobliżu fabrycznego kompleksu. Powinien wiedzieć, że ktoś tam wszedł. Bo wszedł na pewno, Mirabelle nie miała co do tego żadnych wątpliwości. Jej wzrok przywykł już do mroku i mogłaby przysiąc, że widziała wślizgujący się do hali cień.
- Słuchaj – spróbowała jeszcze raz. - Może byś się tak skupił, co? Miałeś przecież pilnować... O Boże!
W ciemności zamigotały światła lamp. Z fabrycznej hali wysypała się grupa ludzi. Nie próbowali zachowywać się cicho. Słyszała chrapliwe pokrzykiwania, ale nie rozróżniała słów. Rozpoznała charakterystyczną sylwetkę Grabarza po wysokim cylindrze. Otaczający go ludzie nie wyglądali na pokojowo nastawionych.
- O Boże – powtórzyła przerażona. Co... co tam się dzieje?!
Odruchowo chwyciła Błazna za rękę, wytrącając mu berło. Spokojnie wyswobodził się z uścisku i podniósł je bez słowa.
- Co jest z tobą?! - Mirabelle nie panowała już nad głosem. Choć bardzo starała się powstrzymać, poczuła toczące się po policzkach łzy. - Dlaczego tak stoisz, rusz się! Przecież tam... Widzisz, co tam się dzieje?!
- Owszem, widzę. O ile się nie mylę, a ja się rzadko mylę, jesteśmy właśnie świadkami niezwykle udanej akcji stróżów prawa. Wygląda mi to na całkiem wprawnie zorganizowane aresztowanie.
- Jak ty możesz tak... Jak... Na co czekasz?! Musimy tam iść, pomóc mu! Jesteś strażnikiem, zrób coś!
Błazen milczał. Było już jasne, że nie zamierza interweniować. Mirabelle wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami. Widziała jego twarz wystarczająco wyraźnie, by zorientować się, że coś jest nie tak.
Błazen nie miał swojego opatrunku.
A jego oko, o ile mogła stwierdzić, było zupełnie zdrowe.
Poczuła, jak po kręgosłupie przechodzi jej lodowaty dreszcz.
- Zrób... coś... – zaszlochała jeszcze słabo.
- Zrobić coś? - powtórzył Błazen zmienionym głosem. - Ależ moja droga, przecież ja właśnie coś zrobiłem.
*** - I jak poszło badanie?
- Nijak. To... To jest zbyt skomplikowane.
- Więc rozkręcamy?
Hansen westchnął.
- Nie, nie rozkręcamy - warknął. - Mam pomysł.
- Pomysł. - Mężczyzna nie podniósł nawet wzroku znad stołu, na którym spoczywały trzy głowy oddzielone od korpusów. Zostały wykonane tak starannie, że z powodzeniem można było wziąć je za ludzkie.
- Tak, pomysł.
Zgodnie z przypuszczeniem Hansena, rozmowa w tych okolicznościach nie miała za wiele sensu. Nie otrzymał odpowiedzi, ale też wcale na nią nie liczył.
- Jak się sprawują? - zapytał po chwili, wskazując rozłożone na stole mechanizmy. Nie bardzo go to obchodziło, ale miał nadzieję, że tym sposobem przynajmniej zwróci na siebie uwagę rozmówcy.
- Dziękuję, fenomenalnie. Jaki pomysł?
- Co? A. Augustin d'Avensis został pojmany...
- Tak, wiem. Jakkolwiek złe miałbyś o mnie zdanie, wciąż jestem świadom wszystkiego, co dzieje się w tym kraju.
- Nie mam o tobie złego zdania.
- A powinieneś. Co z tym pomysłem?
- Co? A. D'Avensis jest oficjalnie aresztowany. Możemy go przesłuchać i dowiedzieć się, gdzie są notatki. Jeśli je znajdziemy, porównamy budowę tej rzeczy...
- Nie ma żadnych notatek - przerwał apatycznie mężczyzna. - Zniszczono wszystkie.
- Bzdura! - Hansen w ostatniej chwili powstrzymał się przed uderzeniem ręką w stół; gdyby rozłożone na nim urządzenia choć drgnęły, rozmowa byłaby skończona. - Jeśli notatki nie istnieją, to po co d'Avensis tutaj wrócił? Przez sześć lat siedział w jakiejś zpomnianej przez Boga dziurze, mógł tam bezpiecznie dożyć swoich dni, bo nie byliśmy w stanie go znaleźć, a jednak wychynął stamtąd. Myśleliśmy, że po to, by wywołać rewolucję, ale funkcjonariusze, którzy go ujęli, przysięgają, że w jego rozmowie z tą kobietą nie było ani słowa o rewolucji. On nie chce wystąpić przeciwko rządowi, za to potajemnie nawiązuje kontakty z dawnymi sojusznikami. Jak myślisz, co to może oznaczać? Przyjechał po notatki. Tylko dla nich byłby gotowy narazić życie. Nie tylko własne zresztą...
- Ojciec powiedział mi wyraźnie, że wszystko spłonęło. Myślisz, że gdybym miał choć cień nadziei, że to kłamstwo, babrałbym się teraz w tym? - Mężczyzna jednym ruchem zrzucił wszystko ze stołu. Chwilę później znów był zupełnie spokojny. - Jeśli d'Avensis liczy, że je znajdzie, to goni za cieniem – powiedział cicho.
- D'Avensis miał na tym punkcie obsesję. Jest szansa, że wie coś, czego my nie wiemy.
- Porozmawiać z nim oczywiście można. Nawet trzeba, ale...
- Przez te zapiski Damien nie żyje! - Hansen był coraz bardziej rozdrażniony. - Myślisz, że gdyby naprawdę nie istniały, d'Avensis posunąłby się do tego? Przychodzi ci do głowy inny powód, dla którego taki chodzący ideał jak Augustin d'Avensis miałby zamordować swojego ukochanego syna?
Mężczyzna oderwał wzrok od pobojowiska na podłodze. Po raz pierwszy od początku tej rozmowy wydawał się zainteresowany. Z nieodgadnionym wyrazem twarzy przyglądał się Hansenowi spod zmrużonych powiek.
- Nie, chyba nie – powiedział wolno. - Właściwie to nie przychodzi.
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

ODPOWIEDZ