UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Tytuł PROZY LIPCA
zdobyło ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee.

Serdecznie gratulujemy! :D

Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałwa)

FANTASTYKA
W odróżnieniu od literatury realistycznej, fantastyka jest literaturą bardzo aktualną. ~ Kir Bułyczow
Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1824
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: Kruffachi » 17 maja 2015, 12:27

Doczytałam. Po prostu <3

To była - paradoksalnie - chyba najspokojniejsza, najbardziej ekspozycyjna odsłona ze wszystkich. Ale ładnie, bardzo ładnie zrównoważyłaś to zakończeniem. I jednocześnie korzystałaś z tego, na co zapracowałaś wcześniej - z atmosfery niepokoju. Czytam ten tekst i zwyczajnie wiem, że autorka jest zdolna do wszystkiego. Więc odczuwam nieustanne napięcie dawkowane w niewielkich, spokojnych, ale śmiertelnych dawkach. To jest jak arszenik ^^ I jednocześnie nie ufam już prawie nikomu. To znaczy nie wierzę, że intencje deklarowane są intencjami prawdziwymi albo całym obrazem sytuacji. Wprowadziłaś nastrój paranoi, to działa tak bardzo. I tak dobrze wykorzystuje możliwości, jakie daje narracja trzecioosobowa.

I teraz mam czekać na część II?! ;(
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: Siemomysła » 26 maja 2015, 07:29

Zachwycam się.
Wszystkim. Ostatnim zdaniem - tym, jak się go w ogóle nie spodziewałam. Stosunkiem Mirabelle do Aimara - motyw ze zniszczeniem "stelaża" taki dobry! Bardzo mi się podobało, jak ona do tego podeszła. Tym łagodnym wejściem z poszukiwaniem bliskości drugiego człowieka - bo przecież nagle dociera do mnie, że ona została całkiem sama, dziewuszka taka i ile tak naprawdę może jeszcze mieć w sobie siły? Teraz się martwię o wiele rzeczy.
Annelise - taka pewna siebie i jakby nieulękła, ona nie jest "po drugiej stronie barykady" ona stoi na górze i wystawia się wszystkim. Czemu? Baletnica! Jeśli jest potrójnym agentem, kto jest jej szefem? W co wierzy? Bo przecież nie ma bata, by chodziło o korzyści materialne! O jakąś równowagę? Tyle myślenia, Wiosno!
<3
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: pierdoła saska » 28 maja 2015, 14:15

Mało. Przeczytałam to ciurkiem w sumie nie zwracając uwagi na podział na rozdziały, choć zgrałam to sobie razem z ich numeracją. W sumie cieszę się, że zrzędzeniem sił różnych nie czytałam tego tekstu na bieżąco, bo bym wzięła była i uschła, czekając na ciąg dalszy (w sumie i tak trochę pousycham…). Dojście do końca części (to ostatnie zdanie *-* prosto, na temat i mocno) mnie zaskoczyło i zostawiło na lodzie.
Bardzo klimatycznie się zaczęło. Spokojnie, ciemno, tak jakby uchylono drzwi i pozwolono przez nie zerkać. Szybko mnie ten klimat wciągnął. W dodatku tyle było ciekawostek. Był Błazen, który szybko jest wzmiankowany i zaciekawił mnie, a potem pojawił się i wprowadził taki lekki surrealizm do historii. Potem szkielet i to o ustawie - dużo hintów, drobiazgów, na których wyjaśnienie później można było jedynie liczyć, ale bez kreowania chaosu i sprawiania, że czułabym się zagubiona. Podziwiam wyczucie *-* Podziwiam też wyobraźnię, żeby to stworzyć i zapleść.
No i ta panorama postaci. Ci z panoptikonu mnie intrygują, są nieprzewidywalni i ciekawi. Mirabelle traktowałam na początku z dystansem, tak obserwowałam ją z boku, a gdy wyjechała, to aż czytelniczo przewróciłam oczami, że ona taka problematyczna. Tak z sympatią to zrobiłam, a jednocześnie ze współczuciem dla Grabarza. Dzieliłam jej zachwyt nad miastem i przekonywało mnie jej zagubienie, rozdrażnienie niewiedzą. Naprawdę dobrze skrojona postać i śledzenie jej sprawiało mi przyjemność.
Naprawdę chcę wiedzieć co dalej. Zwłaszcza, ze cały polityczny wątek dopiero zaczął się rysować i czuć w powietrzu coś wielkiego *-*
Zasmakowałam, rozsmakowałam się i teraz jestem głodna. Bardzo, bardzo trzymam kciuki za wenę, a przede wszystkim za to, żebyś miała czas pisać
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 179
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: Coffee » 30 czerwca 2015, 16:06

Miałaś komcia na żywo, więc tu daję tylko znać, że przeczytałam, tak, i jestem gotowa czytać dalej, ba, że ręce zacieram na dalsze czytanie. Kilka elementów włączyło mi czerwoną lampkę w głowie (tajemne stowarzyszenie... aha...), ale ufam Ci i myślę, że wiesz, co robisz ;)

Natomiast tu mesydż do poprzednich komentujących:

JEŚLI LUBISZ AIMARA, WIEDZ, ŻE MARTWIĘ SIĘ O CIEBIE!
It's not the end of the world, but you can see it from here.

Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 134
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: nuklearna_wiosna » 04 sierpnia 2015, 16:07

Oto jest. Rozdział, z którym wlokłam się niemiłosiernie. A przecież wystarczyło tylko wypruć sobie jelita.
Jelita. Jelita... Co za głupie słowo...
Borze zielony, gaju szumiący i szkółko leśna, niechże ja pójdę wreszcie spać!

Dziękuję tym, co czekali, wspierali i kopali w odwłok. Nie wiem, czy to, co powstało, jest godne Waszego zaangażowania, ale... jest. A to już dobrze! :heart:

No to ędżoj.
Albo coś.

CZĘŚĆ II

VI

W pierwszej chwili jej nie poznał.
Stał jak wryty, nie wiedząc, co powinien zrobić Chwilę wcześniej usłyszał ciche pukanie i – ignorując powtarzane do znudzenia rady i ostrzeżenia Błazna - uchylił drzwi, a jakaś obca kobieta rzuciła mu się na szyję.
Co do jasnej...
Najwyraźniej nie zamierzała go puścić, w dodatku chyba płakała. Grabarz nie miał pojęcia, jak postępować z kobietami w tym stanie. Tym bardziej z obcymi kobietami, które w napadzie szaleństwa postanowiły bez szczególnej przyczyny przyjść i wypłakać mu się w rękaw.
- P... przepraszam – wyjąkał w końcu. - Kim pani... - Odsunął dziewczynę delikatnie i przyjrzał jej się w świetle niedużej lampy w korytarzu. - O Boże!
Wyglądała zupełnie inaczej, niż ją zapamiętał, ale nie mogło być mowy o pomyłce.
- Nareszcie pana znalazłam! - chlipnęła Mirabelle. - Proszę, niech mi pan pomoże! Musi mi pan pomóc!

Kilka dni wcześniej Błazen powiedział Grabarzowi, że znalazł Mirabelle, ale dziewczyna nie ma już szkieletu. Była to dobra wiadomość, ale Błazen z jakiegoś powodu się nie cieszył. Chodził jak struty i nawet brzdękął jakoś smętniej. Nalegał na jak najszybsze opuszczenie stolicy, ale Grabarz się nie zgodził. Chciał doprowadzić sprawę do końca, a czuł aż nazbyt wyraźnie, że to jeszcze nie koniec.
- Chcesz powiedzieć, że Mirabelle zniszczyła szkielet? - dopytywał.
- Nic nie chcę powiedzieć – odpowiedział Błazen. - Gdybym chciał coś powiedzieć, tobym powiedział. Wiem tyle, że go nie ma, a co z nim zrobiła, cóż, tak daleko moja wiedza nie sięga. Może go zjadła. To już nie nasza sprawa. Wracajmy. Tęsknię za spokojem cmentarza, który to spokój z upodobaniem mógłbym zakłócać...
- To idź pozakłócać. Mało tu cmentarzy?
Błazen obdarzył go zdegustowanym spojrzeniem z wyżyn swojej ulubionej szafy, na której zwykł przesiadywać, gdy akurat nie włóczył się nie wiadomo gdzie i nie wiadomo po co.
- Nie podoba mi się to – mruknął. - Ani trochę mi się nie podoba.
- Co? Tutejsze cmentarze?
- To też – przyznał z roztargnieniem. - Coś się szykuje i to coś dużego. Skoro do tej pory nic się nie stało, to obawiam się, że jak już się wreszcie stanie, to wyskoczymy z gaci.
- Czasami trudno traktować cię poważnie – westchnął Grabarz.
- Doprawdy?
- Doprawdy. Co właściwie masz na myśli?
- Wszyscy wiedzą, że tu jesteśmy. I nie chodzi mi o to, że wiedzą o naszym pobycie w stolicy. Chodzi mi o to, że znają dokładny adres pod którym się zatrzymaliśmy, pomimo trzech przeprowadzek. Śledzą zapewne każdy nasz ruch. Wie o nas cały Panopticon, więc zapewne i Towarzystwo. Wiedzą władze, wie nawet nadgorliwa pani van Foltyn, jedyna niezrzeszona, taka jej, prawda, mać! I oni wszyscy na coś czekają! W naszym interesie jest, żeby się nie doczekali, o ile naprawdę chcemy wrócić sobie w spokoju na nasz zaciszny cmentarz. Skoro Mirabelle pozbyła się szkieletu, ani jej ani tobie nie grozi już niebezpieczeństwo. Jeśli znikniemy teraz, może jeszcze jakoś się to wszystko rozejdzie. Chyba że naprawdę przybyłeś tu wywołać rewolucję?
- Chyba żartujesz!
- Permanentnie. Bycie błaznem zobowiązuje. Ale jeśli masz jakieś plany, o których nie wiem, to wolałbym jednak, żebyś mi powiedział.
- Nie mam żadnych planów! Chciałem tylko odzyskać szkielet, żeby nikt sobie nie pomyślał, że mam jakieś, hm... zamiary.
- No to moje gratulacje. Lepiej ci pójść nie mogło, prawda?
- Było mnie trzeba powstrzymać!
- Wiesz, że nie mogłem.
Grabarz wiedział. Błazen wyjaśnił mu niektóre zasady działania Panopticonu, w tym zakaz stosowania jakiegokolwiek przymusu wobec członków Towarzystwa. Strażnicy mogą doradzać swoim podopiecznym i podsuwać rozwiązania, ale wybór nigdy nie należy do nich. Grabarz był świadomy, że gdyby Błazen próbował go ostrzec przed wyruszeniem w drogę i tak by niczego nie osiągnął. Ostatecznie były przewodniczący nie znał wtedy jego prawdziwej tożsamości i generalnie uważał go za niezrównoważonego.
W tym drugim względzie zresztą niewiele się zmieniło.
- Teraz też nie mogę cię do niczego zmusić – kontynuował Błazen. - Jeśli nie zdecydujesz się wyjechać, zostanę z tobą. Nie obiecuję, że nie będę ciągle powtarzał „A nie mówiłem!”, kiedy już ten cały cyrk zacznie się na dobre, ale zostanę.
- Niezwykle jesteś uprzejmy – powiedział kwaśno Grabarz.
- Niezwykle, zaiste.
- Co właściwie ma się zacząć?
- A żebym to ja wiedział... - Błazen zeskoczył z szafy, po czym bez słowa wyjaśnienia wszedł do niej i zamknął się tam na dłuższą chwilę. Po wyjściu kontynuował rozmowę, jakby w ogóle jej nie przerwał. - Król i ta jego Rada są przekonani, że twoja obecność w mieście będzie skutkowała ujawnieniem się Panopticonu i resztek Towarzystwa. Panopticon i resztki Towarzystwa zdają sobie z tego sprawę, więc na razie się nie ujawnią, ale zapewniam, że ledwo mogą usiedzieć na miejscu, w przekonaniu, że masz jakiś plan.
- Nie mogłeś im powiedzieć, że to nieprawda?
- Mogłem. Nawet powiedziałem.
- I co?
- I nic. Myślą, ze informacja o braku planu też jest częścią planu. Dlatego oddalmy się stąd rączo, w podskokach i innych pląsach, zanim to coś, co od jakiegoś czasu nabrzmiewa w mieście, wybuchnie nam prosto w twarz.
- A co z Mirabelle?
- Ma dobrą opiekę. Nic jej nie będzie.
- Może masz rację... Ani szkielet, ani cały ten konflikt nie są już moją sprawą. Mirabelle jest bezpieczna, ja wyjeżdżając udowodnię, że nie mam i nigdy nie miałem żadnych rewolucyjnych zamiarów, a jeśli oni i tak skoczą sobie do gardeł, to trudno.
- Oto głos rozsądku! - powiedział Błazen, ale mimo wszystko nie wyglądał na zadowolonego.
Obiecał znaleźć jakąś malowniczą wioskę z równie malowniczym cmentarzem i zorganizować wyjazd. Wczoraj oznajmił, że wszystko gotowe i polecił Grabarzowi się spakować.
Dziś w ich mieszkaniu zjawiła się Mirabelle.

Grabarz wpuścił ją, wtaszczył także do środka sporą torbę, którą ze sobą przyniosła. Nie bez trudu nakłonił dziewczynę, by usiadła na wypłowiałej kanapie. Przyszło mu do głowy, żeby może zaparzyć herbaty, albo ziół na uspokojenie, ale stan, w jakim znajdował się nieoczekiwany gość sugerował wyraźnie, że półśrodki nie za za wiele tu pomogą, wydobył więc swoją piersiówkę i podał dziewczynie. Pociągnęła zdrowo, zakrztusiła się, pociągnęła ponownie. W końcu westchnęła głęboko i spojrzała na Grabarza nieco przytomniej. Zauważył, że miała mocno zaczerwienione oczy i szkarłatne plamy na policzkach, widoczne spod niezbyt zręcznie wykonanego makijażu.
- Na litość Boską, co pani tu robi?! - wykrztusił w końcu, bo wyglądało na to, że Mirabelle nie zamierza się odezwać.
- Znalazłam pana! - chlipnęła tylko z ulgą i niedowierzaniem.
- No... tak. Najwyraźniej tak. Ale... po co?!
Nie zdążyła odpowiedzieć, bo oto skrzypnęły drzwi szafy i wyszedł z niej Błazen z miną wskazującą na najwyższy stopień zdegustowania.
Mirabelle aż krzyknęła zaskoczona.
No tak, pomyślał Grabarz, dziewczyna zna przecież Błazna. Widywała go w miasteczku na cmentarzu i raczej nie spodziewała się ujrzeć tutaj.
- To... – wykrztusiła Mirabelle. - To przecież...
Błazen uśmiechnął się tak, że Grabarzowi ciarki przeszły po plecach.
- Proszę się nie obawiać – powiedział jednak najspokojniej jak umiał, po czym przedstawił Błazna jako członka Panopticonu i swojego strażnika.
- Boże – jęknęła Mirabelle. - Czy oni są wszędzie?!
Błazen jakby na potwierdzenie brzęknął berłem.
- Byłeś tu cały czas? - zwrócił się do niego Grabarz.
- Nie. Gdybym był tu cały czas, dopilnowałbym, żebyś nie otwierał drzwi. Albowiem co mówiłem o otwieraniu drzwi?
- Żeby nie...
- No właśnie. Żeby nie. Wydawało mi się, że wyraziłem się jasno. Jaśniej w każdym razie nie potrafię, więc jeśli nie skutkuje, następnym razem przywiążę cię do rury od pieca. A panią już pożegnamy, gdyż niebawem odjeżdża nasz pociąg.
Grabarz i Mirabelle zaczęli protestować jednocześnie.
Błazen nic nie powiedział, wdrapał się tylko na szafę i zwinął na niej w kłębek twarzą do ściany.
- Jak bardzo chciałbym nie mieć z tym nic wspólnego – mruknął, ale w jego głosie pobrzmiewało coś, co kazało Grabarzowi wątpić w treść słów.
Uznał dziwaczne zachowanie Błazna za rodzaj pozwolenia na kontynuowanie rozmowy, usiadł więc w fotelu naprzeciwko Mirabelle.
- Co się stało? - zaczął już nieco bardziej opanowany. - Z tego, co wiem, pozbyła się pani tego nieszczęsnego szkieletu i powinna teraz zaczynać nowe życie pod opieką swojego strażnika...
- Mojego strażnika już nie ma! - zawyła rozdzierająco, ku przerażeniu Grabarza. - Nie ma jego, nie ma Williama, a ja... Ja nie wiem, co dalej!
Nagle Grabarz spostrzegł ze zdumieniem, że Błazen siedzi w fotelu obok. Kiedy zdążył zejść z szafy?! Porzucił już pozory braku zainteresowania. Bezwiednie obracał w dłoni berło, które dzwoniło cicho i wpatrywał się w dziewczynę skupiony.
- Jak to nie ma? - zapytał głosem pełnym napięcia.
I Mirabelle opowiedziaławszystko od początku.
Grabarz słuchał uważnie. Gdy doszła do śmierci Williama westchnął ze smutkiem.
- Tak mi przykro – powiedział.
Nie kłamał. Naprawdę było mu przykro. Przecież wszystko zaczęło się właśnie od chęci pomocy Mirabelle i temu chłopcu. I akurat gdy jakoś zaczęło się układać...
- Nie – powiedziała Mirabell zaskakująco zdecydowanym tonem. - To jeszcze nie czas na kondolencje. Jeszcze nie czas, by go opłakiwać.
Grabarz patrzył na nią, nic z tego wszystkiego nie rozumiejąc. Szukał właściwego pytania, ale zanim je znalazł, dziewczyna odezwała się ponownie.
- Możliwe, że on żyje – oznajmiła cicho.
Grabarzowi zrobiło się jej żal. Chyba nikt lepiej od niego nie wiedział, jak trudno jest pogodzić się ze śmiercią najbliższych. On również swego czasu nie wierzył. Nie chciał uwierzyć, choć widział przecież na własne oczy...
- Mirabelle... - zaczął łagodnie, ale przerwała mu.
- Nie, proszę mnie wysłuchać do końca! - Skinął głową, a ona kontynuowała. - Nie byłam obecna przy śmierci Williama, nie pokazano mi też ciała. Gdy wróciłam z fabryki, doktor Hansen powiadomił mnie o tym, co się stało i powiedział, że zajął się zwłokami. Byłam zła, że zrobił to wszystko nie czekając na mnie. Mówił, że chciał mi oszczędzić bólu, ale ja... Mi byłoby łatwiej, gdybym mogła się pożegnać... - Do jej oczu znów napłynęły łzy. - Doktor Hansen mógł przychodzić do mojego domu swobodnie. Doglądał Williama o różnych porach doby, często jak byłam w pracy, więc miał swoje klucze. Aimar mu ufał, więc uznałam, że...
- Mógł go zabić – mruknął Błazen bardziej do siebie niż do niej.
Mirabelle wolno pokręciła głową.
- Aimar nie bardzo interesował się leczeniem Williama – powiedziała, pozornie bez związku. - Pilnował mnie w fabryce, więc też nie wiedział, co Hansen wyprawia. Tamtego dnia, gdy wrócił, lekarza już nie było. Siedziałam sama, płakałam... Powiedziałam mu o wszystkim. A on... On strasznie się wściekł. Z początku nie chciał mi nic powiedzieć, ale w końcu udało mi się... Udało mi się wyciągnąć od niego że... że... w zamian za pomoc obiecał lekarzowi przekazać do badań szkielet. Mi powiedział, że go zniszczył, a tak naprawdę oddał jemu.
Błazen zrobił minę, jakby potwierdziły się jego najgorsze podejrzenia. Zapewne zresztą tak właśnie było.
-Szkielet nie jest uniwersalny – powiedział głucho Grabarz. - Został skonstruowany dla konkretnej osoby, więc trudno było poznać jego właściwości, nie dysponując ciałem, które miał podtrzymywać.
Mirabel kiwnęła głową.
- Aimar pomyślał tak samo – powiedziała. - Zapewniał mnie, że tego nie było w umowie. Chciał to wyjaśnić i... i poszedł tam.
- Tam?
- Tam. Gdzieś. Nie wiem gdzie. Do Hansena, tak myślę. Powiedział, że jeśli Willy faktycznie żyje, to sprowadzi go z powrotem, a później... później mieliśmy odnaleźć pana i wszyscy razem wynieść się jak najdalej stąd. Aimar powiedział mi w końcu, że pan tu za mną przyjechał. Nie miałam pojęcia... W każdym razie stwierdził, że to wszystko zmierza w niebezpiecznym kierunku i że trzeba stąd znikać.
- I całkiem mądrze stwierdził – mruknął Błazen.
- Tylko że on nie wrócił.
Grabarz z rezygnacją pokiwał głową. Od dłuższej chwili podejrzewał, w jakim kierunku zmierza ta opowieść.
- A jednak mnie pani znalazła.
- Tak. Aimar wiedział, gdzie pan się zatrzymał. Spodziewał się, że wróci, więc nie podał mi dokładnego adresu, ale mimochodem zdradził wystarczająco, żebym mogła sama zacząć szukać.
- Dobrze – powiedział Grabarz zdecydowanie. - Zrobimy więc to, czego sobie życzył. Znikniemy. Wszyscy troje.
- Nie ruszę się stąd bez mojego strażnika!
Błazen brzdęknął z pretensją.
- Gdyby mnie ktoś zapytał – rzekł – powiedziałbym, że dostałaś ochronę trochę na wyrost. No ale stało się i musimy nadal mieć cię na oku. Takie są zasady. Na szczęście jestem zdolniejszy niż na to wyglądam i myślę, że dam sobie radę z dwojgiem podopiecznych. Załatwię to z Panopticonem.
- Miałam na myśli, że nie ruszę się bez MOJEGO strażnika – sprostowała Mirabelle. - Bez Aimara.
Błazen prychnął z rozbawieniem.
- Aż tak się do niego przywiązałaś?
- Na to wygląda – odparła chłodno.
- Aż tak przywiązałaś się do kogoś, kto bez uprzedzenia przewrócił całą twoją egzystencję do góry nogami, odebrał ci dotychczasową tożsamość i zapowiedział permanentną inwigilację do końca życia?
- Na to wygląda.
- Niepokoi mnie stan twojego zdrowia psychicznego. To zaburzenie ma jakąś nazwę specjalistyczną, czy coś? Nie? A powinno.
Grabarz chrząknął zakłopotany. Sam w którymś momencie z zaskoczeniem uświadomił sobie, że odczuwa w stosunku do Błazna pewną sympatię, ale do tej pory nie postrzegał jej w kategoriach zaburzenia...
- Nie wyjadę, dopóki się nie upewnię! - upierała się tymczasem Mirabelle. - Muszę wiedzieć, co się z nim stało. Co się stało z nimi oboma!
Błazen wstał z fotela i spacerował po pokoju, sprawiając wrażenie, jakby bardzo powstrzymywał się przed wejściem do szafy.
- Nie rób sobie nadziei – powiedział w końcu z niespotykaną u niego powagą. - Skoro twój strażnik nie wrócił, prawdopodobnie nie żyje. A William, nawet, jeśli faktycznie został porwany, jest nie do odzyskania. Odpowiedzialni za to ludzie najprawdopodobniej unieszkodliwili wyszkolonego członka Panopticonu. Są dla nas zbyt trudnymi przeciwnikami. Poza tym nasza dalsza obecność w mieście w końcu doprowadzi do rozruchów. Nie ma się nad czym zastanawiać. Wszyscy jesteśmy spakowani, pociąg odchodzi wieczorem. Po prostu do niego wsiądźmy. - Była w jego głosie determinacja, ale był też dziwny smutek. Grabarz pomyślał, że wiele by dał, by dowiedzieć się, co też chodzi mu po głowie.
Błazen tymczasem uległ w końcu pokusie i wszedł do szafy. Mirabelle zwinęła się w kłębek na kanapie i, nie wiedzieć kiedy, zasnęła. Grabarz pokręcił się chwilę bez celu po mieszkaniu. Spoglądał na ustawione w korytarzu bagaże.
Tak, jak powiedział Błazen – wszystko było gotowe. Mogli jechać.
Powinni jechać.
- Ekhm... jesteś tam? - Grabarz zapukał niepewnie w drzwi szafy. Te otworzyły się tak gwałtownie, że ledwie zdążył odskoczyć, ratując się przed uderzeniem.
Błazen wyszedł i spojrzał na niego z niechęcią.
- Jestem – powiedział. - Jak mogłoby mnie tam nie być, skoro tam wszedłem?
- Chciałem z tobą porozmawiać...
- Nie sądzę żebyśmy mieli o czym.
- Zostańmy.
Myślał, że Błazen zaprotestuje, ten jednak milczał. Wyglądał na zaintrygowanego.
- Jeśli zostaniemy, a tym bardziej jeśli wykonamy jakikolwiek ruch, zainicjujemy coś, nad czym nie będziemy mieli kontroli. Nie potrafię przewidzieć, jak to się skończy.
- Jestem coś winien tej dziewczynie. - Wskazał śpiącą na kanapie Mirabelle. - To przeze mnie znalazła się tutaj. Mogłem być mądrzejszy. Mogłem po prostu odmówić, gdy poprosiła mnie wtedy... Tak naprawdę pomogłem jej z egoistycznych pobudek. Może nie wyłącznie, ale również. Chciałem się sprawdzić, udowodnić sobie, że jeszcze potrafię. Gdyby nie to...
- Najlepsze, co możemy dla niej zrobić, to zabrać ją stąd – przerwał Błazen.
- Nie chcę kazać jej uciekać. Nie chcę, żeby porzuciła wszystko, na czym jej zależy tak, jak ja to zrobiłem sześć lat temu. Nie chcę, żeby musiała żałować, tak, jak ja żałuję. Może to jest moja druga szansa?
Błazen patrzył na niego z miną, jakby powstrzymywał śmiech.
- Bawi cię to – stwierdził Grabarz. - Uważasz, że to głupie.
Błazen potrząsnął przecząco głową.
- Moim priorytetem jest twoje bezpieczeństwo – powiedział. - Mam obowiązek namawiać cię do rzeczy rozsądnych i nie niosących ze sobą ryzyka. A ty masz prawo moje namowy zignorować.
-Nie ignoruję. Nie o to chodzi. Ja... doceniam. Naprawdę. Po prostu... podjąłem decyzję.
W oczach Błazna pojawił się wesoły błysk. Znów przypominał dawnego siebie.
- Jak sobie życzysz, łaskawy panie! - powiedział i brzdęknął głośno.
Mirabelle, brutalnie wyrwana ze snu, usiadła na łóżku i powiodła dookoła nieprzytomnym spojrzeniem.
- Sosiestao? - wymamrotała.
- Wstawaj, moja droga! - zawołał Błazen. - Przygoda wzywa!
- Wcale nie chciałeś wyjeżdżać! - szepnął Grabarz w nagłym przebłysku olśnienia, tak, by gramoląca się z łóżka Mirabelle nie mogła go usłyszeć. - Od początku miałeś nadzieję, że zostaniemy!
- Ależ nie! - odparł Błazen, nie starając się nawet ukryć uśmiechu. - Skąd ten pomysł?
* * * Zdrada bolała.
Bolała mocniej nawet, niż van Foltyn mógłby się spodziewać.
Siedzial przy biurku w calkowitych niemal ciemnościach i rozpamietywal wydarzenia tego wieczora - dziewiątego wieczora śledztwa. Wieczora, który przyniósł przelom.
Nie był naiwny. Wiedział, że takie rzeczy się zdarzają. Nie wątpił, że ma w pałacu szpiegów, donoszących innym ugrupowaniom politycznym o wszystkich jego poczynaniach. Dziwne byłoby, gdyby takowych nie miał. W końcu sam też wysłał paru, by przeniknęli w szeregi opozycji.
Standardowa praktyka.
Ale to było coś innego.
I bolało.
Mimo że w ostatecznym rozrachunku zyskał więcej, niż stracił.

Może gdyby nie był wtedy w tak paranoicznym nastroju, nic by go nie zaalarmowało. Po pierwsze prawdopodobnie w ogóle nie poszedłby jej szukać osobiście. Wysłałby Erica, albo kogokolwiek innego. Ale potrzebował ochłonąć, rozprostować nogi. Spacerował korytarzami, ściągając na siebie zdumione spojrzenia swoich urzędników, dla których sam fakt, że minister wylazł zza biurka był nader niepokojący.
Nigdzie nie znalazł tancerki, co było dziwne, bo na ogół nie opuszczała bez polecenia swojej małej komnaty, której wnętrze przywodziło na myśl pokój w domku dla lalek.
Nie miał ochoty wracać jeszcze do gabinetu, obrzydło mu też tłumaczenie każdemu po kolei, że nie, nic się nie stało, nie, nic ważnego, nie przerywajcie sobie pracy, ja tylko spaceruję. Wyszedł więc do ogrodu, zaczerpnąć świeżego powietrza.
I tam ją zobaczył.
Siedziała na niewielkiej polance nieopodal tylnego wyjścia. Wyglądała na pogrążoną w myślach. Prowadzącą od bramy drogą szedł w stronę miasta jakiś człowiek w dziwnym nakryciu głowy i choć kłódka była nienaruszona a drzwi zawarte na głucho, jak zwykle, van Foltyn nie miał wątpliwości, że nieznajomy wraca właśnie stąd.
Z początku pomyślał, że Baletnica po prostu wymknęła się na potajemną schadzkę. Z tego, co wiedział, dziewczęta trenowane na pseudomechaniczne tancerki żyły według niezwykle surowych zasad. Starano się, by nie tylko fizycznie przypominały lalki, ale także wyzbyły się ludzkich uczuć i słabości. Nie sądził, by to się mogło udać i nie widział nic dziwnego w próbach obchodzenia tych chorych reguł. W normalnych okolicznościach niczego by nie podejrzewał. Wycofałby się i szybko zapomniał, że w ogóle cokolwiek widział.
Ale to nie były normalne okoliczności.
Uczynił z tancerki swoją najbliższą powiernicę. Mówił jej o rzeczach, o których nie wspominał nikomu innemu, zlecał ważne zadania, a ona spotykała się z kimś za jego plecami i Bóg jeden raczy wiedzieć, o czym rozmawiali!
Chciał natychmiast podejść i wypytać ją o wszystko, ale uznał, że nie jest to najlepszy pomysł. Wiedział, jak dobrze potrafiła kłamać. W końcu to on sam zobaczył w niej idealny materiał na szpiega.
Wrócił do gabinetu nie bardzo wiedząc, co powinien zrobić. Może to naprawdę tylko paranoja? Nie mając żadnego punktu wyjścia do zleconych przez Radę poszukiwań, przyczepił się niewinnej dziewczyny, która zwyczajnie chciała zobaczyć się z przyjacielem.
Ze zdumieniem odkrył, że nigdy wcześniej nie myślał o Antoinette jako o kobiecie z krwi i kości. Nawet teraz mial z tym problem. Antoinette... Nawet to imię sam jej nadał. Nazwał ją. Jakby faktycznie była lalką. Przedmiotem. Rozmawiał z nią tyle razy, a nigdy nie zapytał o to, jak się naprawdę nazywa. Nigdy nie zainteresował się, czy oprócz pracy dla niego ma jeszcze jakieś życie. Uczucia? Marzenia? Problemy?
Była w pałacu, gdy przychodził rano, była, gdy wychodził po południu. Traktował ją jak stały element wyposażenia. Nie obchodziło go, gdzie jest i co robi, kiedy akurat nie wypełnia jego poleceń.
Uznał, że nadszedł czas, by nadrobić to niedopatrzenie...
Reinhard van Foltyn nie wiedział, czego powinien się spodziewać, gdy pierwszy raz przyczaił się za węgłem, otulony w obszerny płaszcz. Nigdy jeszcze nikogo nie śledził. W powieściach przygodowych, które czytywał jako dziecko, zajęcie to przedstawiano zawsze niezwykle atrakcyjnie. Tylko że on już dawno wyrósł z powieści przygodowych i był skłonny podejrzewać, że prędzej zrobi z siebie ostatniego głupca, niż cokolwiek ważnego odkryje.
Los jednakowoż był dla niego łaskawy. Baletnica już pierwszego dnia opuściła pałac. Następnego również. I kolejnego.
Antoinette każdego popołudnia udawała się na obrzeża miasta, gdzie pośród dzikiego, zapuszczonego ogrodu, tak różnego od wypielęgnowanych terenów wokół pałacu, stał ponury gmach, który lata świetności miał już dawno za sobą, zakładając optymistycznie, że faktycznie kiedykolwiek miał takowe. Nie prowadziły tam żadne drogowskazy, próżno było szukać też szyldu przed bramą. Na pierwszy rzut oka wyglądało to nader podejrzanie...
Po tygodniu wciąż wyglądało podejrzanie, z tą jedynie różnicą, że Reinhard, zamiast wcześniejszego podekscytowania, odczuwał już tylko frustrację i zniecierpliwienie. Wyglądało na to, że dotarł za dziewczyną tutaj i utknął na dobre. Żelazne ogrodzenie było wysokie, solidne i zwieńczone ostrymi szpikulcami. Brama, po tym, gdy Baletnica już przez nią przeszła, zatrzaskiwała się ze szczęknięciem, nie pozostawiającym wątpliwości, że zamek działa doskonale. Dziewczyna oczywiście musiała mieć do niej klucz i Reinhard codziennie w tajemnicy przetrząsał jej pałacowy pokoik w nadziei, że go odnajdzie, ale nie odnalazł.
Tego wieczora, dziewiątego dnia obserwacji, znów dotarł za Antoinette w to samo miejsce i znów utknął.
O nie. Dość tego!
Musiał coś zrobić. Cokolwiek. I to szybko, bo kolejnego takiego dnia nie zniesie!
Decyzja o przedsięwzięciu wreszcie jakichkolwiek dzialań umacniała się w nim z każdą chwilą. Potoczył wzrokiem dookoła, jakby spodziewał się, że jego nowo obudzona determinacja wystarczy, by przełom – jakikolwiek – po prostu wziął i nastąpił, tu i teraz. Z przyczyn raczej oczywistych nie wziął i nie nastąpił.
Okolica sprawiała wrażenie zupełnie wymarłej. Opadłe liście dawno zdążyły już uschnąć i teraz szeleściły sucho i nieprzyjemnie, targane zimnym wiatrem, a ogołocone gałęzie skrzypiały w zapadającym zmierzchu.
Reinhard wzdrygnął się. Trochę przywykł już do tej atmosfery, w końcu to nie pierwszy jego wieczor tutaj, cały czas czuł się jednak nieco nieswojo. Nie był tak zmanierowany, jak niektórzy jego współpracownicy i przyjaciele, tudzież nieprzyjaciele ze świata polityki, a przynajmniej szczerze chciał wierzyć w to, że nie jest, ale nie ukrywał, że lubi wygody. Wieczory spędzał na ogół w elitarnych, zamkniętych klubach dla mężczyzn, ewentualnie przy kominku z żoną, jeśli ta akurat nie była na niego obrażona.
Na myśl o Cynthii wzdrygnął się ponownie. Na razie wciąż sprytnie unikał rozmów z nią, ale wiedział, że w końcu będzie musiał jej wytłumaczyć swoje wieczorne eskapady.
- Niech przynajmniej coś z tego wszystkiego będzie – mruknął do siebie.
Wychynął ze swojej kryjówki i ruszył w stronę wejścia, nie mając pojęcia, co zrobi, gdy do niego dotrze, a tym bardziej, jeśli zostanie przez kogoś przyłapany.
Nie zbliżył się odo samej bramy, by nie wyglądać na kogoś, kto ewidentnie chce ją sforsować. Zamiast teko przespacerował się powoli wzdłuż ogrodzenia, stąpając najciszej, jak potrafił, obserwując i szukając jakiegoś pęknięcia, czy dziury. Jego poczynania skazane były na niepowodzenie, zważywszy na gęstniejącą ciemność, ale na razie nic innego nie przychodziło mu do głowy.
Cudem tylko nie wrzasnął, gdy niemal tuż nad uchem usłyszał głos.
Serce podskoczyło mu do gardła, w głowie zaszumiało, kolana zmiękły momentalnie. Chciał przytrzymać się kraty, ale w ostatniej chwili cofnął drżącą dłoń, w obawie, że ogrodzenie mogłoby skrzypnięciem zdradzić jego obecność.
Bo gdy tylko odrobinę doszedł do siebie zrozumiał, że właściciel głosu zwracał się do kogoś innego, nieświadomy tego, że jest tu ktoś jeszcze. Minister powoli uspokoił oddech i wsłuchał się w ciszę, licząc na to, że głos odezwie się znowu. I faktycznie, po chwili coś usłyszał.
- Jest w środku – mówił ktoś, ale, o ile van Foltyn był w stanie stwierdzić, nie ta sama osoba, co za pierwszym razem. - Tańczy.
Reinhard wywnioskował, że ludzie ci, kimkolwiek byli, musieli znajdować się w ciemnym ogrodzie, do którego on tak usilnie starał się dostać. Nie widzieli go. Mrok był zbyt nieprzenikniona, a drzewa zbyt gęste. Uznał, że jeśli teraz usłyszy coś ciekawego, być może w ogóle nie będzie musiał tam wchodzić. Rozmawiający najwyraźniej znali Antionette i mówili właśnie o niej. Mogli posiadać informacje, które rzucą nieco światła na sekretne życie Baletnicy a może – kto wie – zainteresują też członków Rady i odwrócą ich uwagę od Anneliese. Wytężył słuch.
- Tańczy – powtórzył z naciskiem ten sam głos, co poprzednio. Należał do kobiety i van Foltyn mógł przysiąc, że nie słyszał go nigdy wcześniej. - Znowu.
- Jest baletnicą, co ma robić? Rąbać drewno? - rzekł ze znużeniem drugi głos, tym razem męski.
- Nie jesteś zabawny. Nigdy nie byłeś, mimo tego cudacznego wdzianka.
- Ośmielę się nie zgodzić z twoją opinią. Czasami bywam iście przezabawny, ale masz rację, teraz nie.
Po tych słowach rozległ się dźwięk dzwonka. Van Foltyn, znów przestraszony, rozejrzał się dookoła, ale nie zauważył źródła hałasu.
- Ona teraz przychodzi tu codziennie i tańczy do samego rana – kontynuowała kobieta. - Oboje wiemy, że nie potrzebuje aż tyle ćwiczyć, a nawet nie powinna. Z nikim nie rozmawia, nie przekazuje żadnych wiadomości z pałacu, a nie wierzę, że nie dzieje się tam nic wartego uwagi...
Ha! Czyli jednak! Jednak szpieg... tylko czyj? Czyżby Reinhard naprawdę wpadł właśnie na trop mitycznego Panopticonu? To byłoby zbyt piękne. I zbyt niebezpieczne.
Mężczyzna nie odpowiedział, ale jego rozmówczyni to nie zniechęciło.
- Twój powrót mógł pogorszyć jej stan – powiedziała oskarżycielskim tonem.
- Nawet jeśli, nie jestem w stanie nic na to poradzić.
- Jak zwykle, prawda? Ciebie to nie dotyczy! Tak samo, jak wtedy...
- Wtedy zrobiłem to, co było konieczne dla dobra sprawy.
- Dla dobra sprawy – powtórzyła głucho. Nie doczekała się reakcji. - Wracam do klubu – oznajmiła w końcu. - Mamy dzisiaj występ. Muszę przekazać siostrom ostatnie wskazówki. A ty... - prychnęła, sugerując, że nie wie, czy jest sens kończyć zdanie. Ostatecznie uznała chyba, że nie ma, bowiem go nie skończyła.
Po chwili suche liście zaszeleściły, gdy dwoje rozmówców oddalało się każde, w swoją stronę. Ponownie zabrzmiał dźwięk dzwonka, tym razem jakby z większej odległości, po czym Reinharda otoczyła cisza.

Nie wrócił do domu. Znalazł ulicę, która sprawiała wrażenie względnie cywilizowanej, złapał powóz i pojechał do pałacu. Czuł, że nie dałby rady dojść tam teraz o własnych silach, mimo że przyjście tu nie sprawiło mu przecież trudności.
Odźwierny zdziwił się niezmiernie, ale wpuścił go. W końcu minister też człowiek, mógł czegoś zapomnieć, albo coś... Van Foltyn nie uznał za stosowne niczego wyjaśnić, mruknął tylko, że będzie pracował do rana i żeby mu nie przeszkadzano. W gabinecie zapalił jedną maleńką lampkę, która nie tyle dawała światło, co wydobywała z ciemności kontury przedmiotów. Nie wziął się do pracy. Do jakiej zresztą pracy miałby się wziąć? Jego zadanie wykonane – miał dla Rady niezwykle ciekawe informacje, a co z tego wyniknie – to już nie jego sprawa.
Nie jego sprawa...
Teraz siedział więc nieruchomo, z twarzą ukrytą w dłoniach i próbował nie myśleć o tym, jak bardzo boli go zdrada Antoinette.
Przyczepił się jej zupełnie bez powodu. Prowadził śledztwo na oślep, by chronić byłą żonę. I teraz miał szansę. Mógł ocalić osobę, na której mu zależy - kosztem innej osoby, na której mu zależy.
Bo nagle zaczął myśleć o Baletnicy, jak o osobie. Wreszcie potrafił. Chociaż wcześniej rozmawiał z nią dużo i często, nie miał wrażenia obcowania z pełnowymiarowym człowiekiem. To dlatego tak niefrasobliwie zdradzał swoje sekrety, dotyczące nie tylko polityki, którą uprawiał, ale także jego życia prywatnego. Nie tyle zwierzał się tej kobiecie, ile używał jej, by zrzucić z siebie ciężar. Odkąd ją znał, cały czas do czegoś jej używał. Na początku dostarczała mu rozrywki, zabawiając go swoim tańcem, potem stała się narzędziem do zdobywania informacji, w końcu jedyną szansą na odwrócenie uwagi od Anneliese. A teraz...
Zdradziła go. Wykazała inicjatywę i wolną wolę, kierowana zapewne jakimiś motywami. I ostatecznie – po raz pierwszy, odkąd ją znał – wzbudziła w nim emocje. Niezbyt przyjemne, to prawda, ale właściwe kontaktom międzyludzkim. Był z jej powodu zdumiony, rozczarowany, smutny i zły. A im bardziej był zdumiony, rozczarowany, smutny i zły, tym mniejszy wykazywał entuzjazm względem przekazania Radzie zdobytych informacji. Znał aż za dobrze metody działania królewskich służb i nie miał wątpliwości, że jeśli zajmą się tą sprawą, nigdy nie będzie mu dane poznać prawdy.
Nigdy nie będzie mu dane zapytać Antoinette, dlaczego...
Potarł zmęczone oczy, podniósł się z fotela i podszedł do okna. Odchyliwszy zasłonę, wbił niewidzący wzrok w jaśniejące powoli niebo. Nagle zdało mu się, że dostrzega kątem oka jakiś ruch w ogrodzie. Wstrzymał oddech, choć ten, kto się tam czaił, nie mógł go przecież usłyszeć. Cofnął się w głąb pokoju tak gwałtownie, że niemal upadł.
- To nie na moje nerwy! - mruknął do siebie, starając się zachować równowagę. - Zupełnie nie na moje nerwy!
Miał tę przewagę nad intruzem, że wiedział o jego obecności, czego tamten nie był zapewne świadomy. Zaczaił się przed głównym wejściem, jako że Reinhard zwykle wchodził i wychodził właśnie tamtędy. Gdyby minister nie wyjrzał przez okno akurat w momencie, gdy cień się przemieszczał, najpewniej postąpiłby zgodzie ze swoim zwyczajem i wpadł w pułapkę.
Chciał jeszcze raz zerknąć do ogrodu i spróbować zidentyfikować prześladowcę, ale zbyt bardzo bał się, że zostanie dostrzeżony. Skierował się od razu do drzwi, a potem, ciemnym korytarzem, ku jednemu z tajnych przejść. Mało kto o nich wiedział, więc istniała szansa, że nie są obstawione, jednak ostatnie wydarzenia wyleczyły Reinharda z resztek optymizmu. Przebiegł podziemnym tunelem i wychynął z niego już poza terenem pałacu, spodziewając się najgorszego. Jego obawy okazały się bezpodstawne. Nikt się na niego nie rzucił, nikt go nie zaatakował.
Może nie to było ich celem, myślał. Może jedynie obserwują... Może...
Tylko co teraz?
Powrót do domu oznaczałby narażenie Cynthii, zatem nie wchodził w grę. Ale przecież gdzieś schronić się musiał. Krążenie bezładnie po mieście nie było rozsądne. Westchnął ciężko, zmierzając szybkim krokiem w stronę jednej z głównych ulic. Przekonywał sam siebie, że sytuacja się zmieniła, że teraz nie ma już wyboru i musi pójść tam, gdzie przecież nie zamierzał iść. Przynajmniej jeszcze nie teraz.
Pora była bardzo wczesna, ale Reinhardowi szybko udało się znaleźć gońca. Skulony pod murem chłopak, półprzytomny z zimna i zmęczenia, gapił się na niego szeroko otwartymi oczami. Minister powtórzył wiadomość trzy razy, by do dzieciaka wreszcie coś dotarło.
- Od ministra technologii Reinharda van Foltyna do Królewskiej Rady Generalnej – warczał. - Mam ważne informacje. Grozi mi niebezpieczeństwo. Przybędę najszybciej, jak to możliwe. Proszę o audiencję i schronienie. Koniec wiadomości.
Goniec aż zachłysnął się z przejęcia, gdy wreszcie zrozumiał, do jak szacownej instytucji został właśnie wysłany. Sięgnął po oparte o ścianę skrzydła i nakręcił je z wprawą. Umocował konstrukcję do chudego ciała, zapinając niezliczone pasy i zatrzaskując napy, w końcu bez słowa wzbił się w powietrze.
Reinhard patrzył za nim przez chwilę, ciesząc się, że władze wyraziły w końcu zgodę na używanie skrzydeł. Oficjalny zakaz dotyczył co prawda jedynie tworzenia maszyn na podobieństwo ludzkiego ciała, a także poszczególnych jego części, więc skrzydła nie powinny stanowić problemu, mimo tego debata w tej sprawie od początku przebiegała bardzo burzliwie.
Gdy goniec zniknął mu z oczu, minister przerwał te rozmyślania i rozejrzał się dookoła. Ulica zaczynała powoli budzić się do życia. Z jednej strony bardzo mu to odpowiadało – w tłumie trudniej go będzie dostrzec. Za to łatwiej niepostrzeżenie dźgnąć nożem, jak już się dostrzeże...
Minęło trochę czasu, nim udało mu się złapać powóz. Chłopak na pewno zdążył już dotrzeć do siedziby Rady i przekazać wiadomość, można więc było wyruszać. Rozparty na siedzeniu Reinhard miał wreszcie chwilę, by spokojnie pomyśleć.
Teraz, w świetle dnia, domniemany intruz z pałacowego ogrodu wydawał się jedynie wytworem jego wyobraźni. Możliwe, że ten atak paniki był zupełnie nieuzasadniony, że tak naprawdę nikt nie czaił się przed wejściem do pałacu ministerialnego. Ostatnie kilka dni ukrywania się w nad wyraz posępnej okolicy oraz narastająca paranoja, mogły pobudzić wyobraźnię ministra i wywołać optyczne złudzenie. Normalnie pewnie poczułby się głupio z myślą, że wystarczyła chwila słabości, by wszcząć alarm i biec po pomoc do Rady. Ale nie tym razem. Lepszy nadmiar ostrożności niż jej brak. Przecież bardzo możliwe, że jego codzienne eskapady na obrzeża miasta nie pozostały niezauważone, a cień nie był jedynie przywidzeniem. Na pytanie, kim w takim razie mógł być, van Foltyn nie potrafił odpowiedzieć. Najbardziej prawdopodobne, że to ktoś przebywający wraz z Baletnicą w obserwowanej budowli. Dostrzegli, że ich wyśledził i postanowili go dopaść. Ale nawet przyjęcie tej teorii niewiele mu dawało. Nadal nie miał pojęcia, kim byli ci ludzie i czego mogli od niego chcieć. Nie bardzo wiedział, czego sam właściwie chciał od nich.
Ostatecznie uznał, że zwrócenie się do Rady jest jednak najlepszym możliwym rozwiązaniem. Nie musiał przecież wspominać o Baletnicy. Zamierzał po prostu dać do zrozumienia, że przypadkiem natrafił na tajemniczy gmach, w którym może dziać się coś podejrzanego. Niech to sprawdzą. A dziewczyna... cóż, może się jakoś wywinie. A może jest naprawdę na tyle niebezpieczna, że lepiej, by się jednak nie wywijała. Nie da się tego wykluczyć. No i o dodatkową ochronę również trzeba będzie poprosić. Okazuje się, że zadanie, które mu zlecono, jest znacznie bardziej ryzykowne, niż się z początku wydawało.
Zaprzątnięty tymi myślami wysiadł z powozu u stóp wzniesienia i ruszył pod górę ku bramie, a potem dalej, do Pałacu Trojga. W środku było pusto, jak zwykle, a jego kroki odbijały się echem w labiryncie korytarzy. Reinhard nigdy nie był w stanie pojąć, po co trzem kalekim starcom taka wielka i skomplikowana architektonicznie siedziba. Odnalazł schody do wieży obrad i wdrapał się po nich, raz w życiu nie zważając na zmęczenie i nie zastanawiając się, jakie wrażenie wywrze na członkach Rady. Po nocnych przeżyciach było mu to doskonale obojętne, byle tylko zechcieli go wysłuchać.
Załomotał do drzwi. Odpowiedziała mu głucha cisza. Zapukał jeszcze raz – nadal nic.
Wiedział, że zachowuje się skandalicznie i normalnie nie zrobiłby czegoś podobnego, nie tylko w siedzibie Królewskiej Rady Generalnej, ale w ogóle nigdzie. Tylko że on już zdążył zapomnieć, co znaczy slowo "normalnie". Poza tym nie mógł czekać. Nacisnął klamkę. Drzwi ustąpiły zaskakująco łatwo. Van Foltyn otworzył je, zdecydowanym krokiem przestąpił próg.
I potknął się o trupa.
Od razu go poznał. Poznałby nawet gdyby obok nie leżały mechaniczne skrzydła, teraz potrzaskane i bezużyteczne. W niewidzących oczach chłopca zastygło to samo zdziwienie, z którym wpatrywał się w Reinharda, gdy ten przekazywał mu wiadomość dla Rady. Z piersi wystawała ozdobna rękojeść sztyletu, a na nędznym ubraniu powoli zasychała plama krwi.
Minister poczuł, że robi mu się słabo, już po raz kolejny w ciągu ostatnich kilku godzin.
Co tu się wydarzyło, na Boga?! Ktoś próbował powstrzymać dzieciaka przed dostarczeniem wiadomości? Ale kto? I w jaki sposób dostał się tutaj?!
Van Foltyn wiedział doskonale, że mimo panującej wszędzie pustki, Rada widzi wszystko i ma sposoby, by powstrzymać nieproszonych gości. Ale jeśli nie ktoś z zewnątrz, to znaczy, że... Niemożliwe! Trzech okaleczonych staruchów, zabijających niewinnego chłopaka, przynoszącego wiadomość od człowieka, któremu sami zlecili zadanie i na którego raport niewątpliwie czekali? To się nie trzyma kupy...
Oni muszą gdzieś tu być. Albo ich zwłoki, jeśli faktycznie doszło do napadu, albo...
Na myśl o trzech upiornych dziadach ogarniętych morderczym szałem poczuł strach zmieszany z obrzydzeniem.
Co wtedy? Co wtedy?!
Oderwał wzrok od leżącego na podłodze ciała i potoczył wokół nieprzytomnym spojrzeniem.
- Gdzie oni są? - mamrotał pod nosem. - Gdzie oni...
Nie szukał długo.
Byli.
Dokładnie tam, gdzie spodziewałby się ich, gdyby wszystko potoczyło się tak, jak mialo się potoczyć. Za swoim stołem. Siedzieli bez ruchu w absolutnej ciszy.
Zrobił krok w ich stronę. Potem następny.
Z każdym kolejnym krokiem czuł coraz silniej, że coś tu jest bardzo, przeraźliwie, cholernie nie w porządku...
Krzyknął.
Nie mógł się powstrzymać.
Nie, prawdę mówiąc wcale nie próbował się powstrzymać. Nie był w stanie działać intencjonalnie. Stał i wrzeszczał, ile sił w płucach, patrząc na ziejące pustką oczodoły Wzroku i brak dolnej szczęki u Głosu, a pewnie też języka, skoro nie było go widać, mimo oderwanej żuchwy. Głowa Słuchu była nienaturalne wykręcona. Uszu, oczywiście nie miał.
Reinhard nie umiał stwierdzić, czy starcy żyją mimo tych ran, ale nie mógł zdobyć się na to, by podejść bliżej i sprawdzić, nawet gdy przestał wrzeszczeć i odzyskał nieco panowania nad sobą. Wolałby, żeby nie żyli. Wolałby dowiedzieć się, że zrobiono im to później, gdy już ich... Ale... Ale przecież nigdzie nie było krwi! Ani śladu krwi, prócz plamy na ubraniu gońca. Przecież przy takich okaleczeniach...
- Dzień dobry, panie van Foltyn.
Znów krzyknął – tym razem krócej – i rozejrzał się w panice. Słów na pewno nie wypowiedział żaden z siedzących za stołem starców, ale nikogo innego przecież w sali nie było!
Chciał coś odpowiedzieć, o coś zapytać, ale z jego gardła dobył się jedynie slaby charkot. Bezcielesnemu głosowi najwyraźniej nie zależało zbyt bardzo na jego reakcji, bo ciągnął dalej, z wyraźnie słyszalną nutą rozbawienia.
- Dzień dobry – powtórzył. - Ale chyba nie dla wszystkich, tak mi się zdaje. Miałem nadzieję, że jeśli nie otrzyma pan przez gońca potwierdzenia spotkania, zrezygnuje pan z wizyty. Nie wziąłem pod uwagę, że może być pan aż tak bezczelny i jednak przyjechać bez zaproszenia. Nie oczekiwałem zatem pana i zająłem się swoimi sprawami. Nie zauważyłem, jak pan nadchodzi i nie zdążyłem pana zatrzymać. Dotarł pan aż tutaj. Zdaje pan sobie sprawę, że ta impertynencja będzie kosztowała pana znacznie więcej niż tylko utratę dobrego imienia, prawda?
Van Foltyn nie odpowiedział nie dlatego, że prawdopodobnie wcale nie oczekiwano od niego odpowiedzi, ale dlatego, że właśnie uświadomił sobie, że on przecież zna ten głos!
Słyszał go dawno temu. Raz. Nie, dwa. Na pewno dwa! Takich rzeczy, tak podniosłych chwil się nie zapomina.
Z całą pewnością słyszał wcześniej ten głos.
I pewien był, że nigdy w życiu nie usłyszy go ponownie.
[/align]
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 179
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: Coffee » 04 sierpnia 2015, 18:38

No i patrz, miałam rację, gdy mówiłam, że nie znać końca to jak w ogóle nie znać rozdziału. I prosto z mostu, rzutem na taśmę, na samym początku komcia powiem wprost - cały fragment z Foltynem jest świetny. Szalenie podoba mi się polityk robiący wydawałoby się bezsensowne eskapady do zapadłych dzielnic tylko dlatego, że być może ktoś może wobec niego grać nieczysto. Ja w tych jego łamiących decorum wyprawach widzę próbę odzyskania kontroli: trochę desperacką, na pewno niezdrową. Tak bardzo ósemka. Podoba mi się też, że nie wycofujesz go do bezpiecznej strefy, mimo że sam pewnie by chciał; każdy kolejny krok to stopień niżej, a na końcu nagle BAM. Dobra metoda na zbudowanie napięcia i działa.
Jest jednak jedna rzecz, którą ciężko mi było kupić. Foltyn dwa razy odnosi się do tego, jakie uczucia wzbudza w nim Baletnica i dwa razy te uczucia są inne. Co więcej, jest nawet wyjaśnione, jaka zmiana w nim zachodzi, logicznie, zgodnie z wpływem sytuacji i tak dalej... I to nie gra. Nawet pomimo tego, że pierwszy opis jego stosunku do niej jest retrospektywny, to za krótki fragment, by mnie ta zmiana ruszyła, a co dopiero - obeszła. W ogóle mam wątpliwości, czy wyłożenie jego uczuć w ogóle jest potrzebne, bo Foltyn akurat nie reaguje na to wszystko siedzeniem w miejscu; zdradza go akcja. Może przy jeszcze delikatnym podkręceniu niektórych jego zachowań w ogóle opis byłby zbędny?
To też ważne z powodu samej Baletnicy. Element ludzi kształtowanych na maszyny jest fascynujący, ale dość obcy czytelnikom. W sensie - ciężko znaleźć odpowiednik w naszej rzeczywistości i przez to ciężko rozegrać to wiarygodnie. Dodatkowe mówienie o tym, jak ludzie in-universe odnoszą się do tej kwestii, tylko dystansuje czytelnika. Myślę, że to jedna z tych sytuacji, gdzie należałoby postawić całkowicie na show, don't tell.

Nie do końca jestem pewna, co się stało z Radą. Niby powinni być martwi, ale "Wolałby, żeby nie żyli." nieco zbiło nie z tropu.

Z innej beczki, podoba mi się, jak prowadzisz ekspozycję - tę settingową, nie na temat postaci. Przemycasz ją głównie w dialogach, co niby jest taką popularną metodą, a tak rzadko się udaje: w tym rozdziale, mimo że fabuła zdążyła się już rozwinąć, wciąż jeszcze dorzucasz nowe informacje, a ani przez moment nie kojarzy mi się as you know. Jest na to jedno słowo, ale ja oczywiście muszę sobie pogadać: jest płynnie, o ;)

Nie, serio, cały fragment z Foltynem we mnie siedzi. Nie chodzi tylko o to, że jestem ciekawa, co się tam do cholery odwaliło, ale przede wszystkim chcę wiedzieć, co on z tym zrobi. Postawiłaś pana ministra w kryzysowej sytuacji, a to najlepsza metoda, żeby przetestować postać. Dajesz, Reinhard, dajesz :yaaay:
It's not the end of the world, but you can see it from here.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 480
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: Krin » 08 sierpnia 2015, 21:14

KOCHAM TEN TEKST! :heart: A tak bardziej merytorycznie, to zacznę od tego, że na początku zapomniałam niemal, jak dobry jest to tekst. Ot, myślałam sobie, że to jeden z tych zwyczajnie dobrych tekstów, jakich wiele jest na forum i całkiem miło się je czyta, choć bez tej przyciągającej do ekranu siły. Zaczęłam go niby tak bez entuzjazmu, bo upał, bo nie lubię czytać z kompa i w ogóle, ale zaraz wsiąknęłam na dobre.
Trudno mi niestety teraz coś powiedzieć, bo zwyczajnie zapomniałam już wielu rzeczy z poprzednich wstawek, ale na pewno widać pewien moment przełomowy, akcja obiera nowy kurs, wydaje się przyspieszać, być bardziej dramatyczną. Teraz to Grabarz podejmuje działanie, a nie świat rzuca go yyy... tego - po świecie. Jedyną rzeczą, która mi minimalnie zgrzytnęło to nagłe rzucenie się przez niego na pomoc Mirabele. To strasznie typowe. Niby potrafię uwierzyć, że robi to z dobroci serca, ale bardziej gotowa bym była postrzegać jego działanie jako chęć "odżycia" i ponownego znalezienia się w środku ważnych wydarzeń. Tak postrzegam tą postać.
Raduję się też, bo w końcu bardziej mnie zainteresował wątek Foltyna. Nadal nie darzę go szczególną sympatią, ale kibicuje mu i to z wielkim zaangażowaniem. Od początku czuć, że ten fragment nie skończy się dobrze i dzięki temu jeszcze wyraźniej widać, że wszystko przewraca się do góry nogami.
A! I jeszcze miałam wspomnieć, że niezmiernie mnie raduję połączenie sił Błazna, Mirabelke i Grabarza. Potwornie boję się o opiekuna Mirabele (wciąż zapominam jego imienia :(), intryguje mnie co tak naprawdę wspólnego ma Błazen z Baletnicą i kim oni są. Czy to przez nią chciał zostać w mieście? Dlaczego Błazen w ogóle jest błaznem? Skąd on się właściwie wziął? Tyle pytań, tyle pytań... A najchętniej to chyba chciałabym się dowiedzieć czegoś o przeszłości Grabarza i o tym jaki był właściwie jego udział w tym wszystkim, czym się zajmował, czym podpadł. Co ja właściwie wiem o tych bohaterach? Nic, choć przecież mają tak bogatą historię,
PISZ SZYBCIEJ, BO UMRĘ Z CIEKAWOŚCI.

Przepraszam za chaos, ale upał i nieprzyjazny sprzęt i w ogóle wszystko.
Weny!
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1824
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: Kruffachi » 08 sierpnia 2015, 22:20

Najpierw ta część niemerytoryczna:

:yaaay:
:jupi:
:yaaay:

GRABARZ! *PIIIIISK!* Tak, to jest właśnie ten typ postaci, które tak bardzo, bardzo lubię :D Niby nic nadzwyczajnego w charakterze, a jednak przyparty do muru staje na wysokości zadania. Będę bezczelnie fangirlować, ostrzegam. I chyba mam na niego założony filtr, więc na moje dalsze komentarze względem tej postaci trzeba patrzeć trochę przez palce, bo miarodajne nie będą...

Z niemerytorycznych rzeczy jeszcze tyle, że nadal mam dysonans poznawczy, czytając o Reihardzie i Cynthii, żeś się wstrzeliła z tymi imionami >.>

No ale do rzeczy.

Właściwie przyczepić mogę się tylko jednego, a i tak nie z pełnym przekonaniem, bo być może wiedza pozatekstowa jakoś wpłynęła na odbiór i teraz nie potrafię tego oddzielić. Ale wydaje mi się, że końcówka nieco odstaje od reszty wstawki. Nie treściowo, bo treściowo jest świetnie, przekozacko i bardzo obiecująco, ale pod względem wykonania. Trochę się chaotycznie zrobiło, gdzieś w pędzie ku zakończeniu i zamknięciu wstawki jakby pogubiły się szczegóły. Ale to też można tłumaczyć po prostu perspektywą Reinharda, no bo w takiej sytuacji raczej go niewiele obchodziło. Może więc kwestia przyzwyczajenia do innego stylu prowadzenia opowieści.

A poza tym? Poza tym cud, miód i koszyk malin :D Bardzo dobra odsłona bardzo dobrego tekstu, w którym wykorzystujesz swoje największe atuty - przeźroczystość stylu pozwalającą czytelnikowi na swobodną obserwację tego, o czym piszesz, i analityczny (no dobra, nazywajmy rzeczy po imieniu - uberanalityczny) umysł, który operuje masą szczegółów i splata sprawnie całkiem sporą liczbę wątków. Jesteś konsekwentna, dokładna, a nade wszystko - świetna literacko. Czytam i mam wrażenie, że wiesz, co robisz, po prostu. Przy czym nie sugeruję, że masz wymyślone wszystko w najdrobniejszych punktach aż do ostatniej kropki, bo wiadomo, jak to działa, ale że dobierasz środki i dawkujesz składniki właśnie w taki sposób, by wywołać zamierzony efekt.

Wcześniej o tym nie pisałam, to napiszę teraz - wielkie brawa za Błazna. Pisanie takiej postaci wymaga ciągłego przekalibrowywania mózgu (zresztą to dotyczy też trochę Baletnicy) i ogromnej uwagi, a Tobie nie zdarzają się w tym względzie wpadki. To spore intelektualne przede wszystkim wyzwanie, kiedy trzeba pilnować każdego gestu i każdej kwestii. Chylę czoła.

W ogóle - chylę czoła. I czekam na jeszcze, bom głodna :gulp:
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: Siemomysła » 09 sierpnia 2015, 11:38

Ja chyba będę bardzo niemerytoryczna i raczej za wiele nie wniosę.
Czekałam - wszyscy czekaliśmy - i moim zdaniem to oczekiwanie zostało wspaniale wynagrodzone. W mojej opinii to było idealne miejsce na dłuższą przerwę. W sensie - jeśli musiała być dłuższa przerwa, to to miejsce było dobre. Dobre na zakończenie części pierwszej, na zostawienie czytelnika na przemielenie historii, oswojenie się z nią, posnucie rozważań w temacie, co dalej.
Początek części drugiej pociągnął historię dalej, przyniósł kolejne rozwinięcia i jednocześnie - on był dla mnie takim dobrym, nienachalnym poukładaniem tego, co się zdarzyło do tej pory - mimo przerwy gładko wkroczyłam w ciąg dalszy, a jednocześnie uważam, że czytelnikowi, który czytałby całość ciągiem nie przeszkadzałoby to w najmniejszym stopniu.

Błazen nadal jest niesamowitą postacią - SZAFA! Wiesz, nie sposób nie pomyśleć o Narnii. Znaczy ja nie mogłam się oprzeć skojarzeniu. I nawet jeśli szafa nie ma w sobie nic tajemniczego i magicznego i jest tylko gadżetem, wykorzystywanym przez Błazna w kreacji siebie, to jest świetna, bo ja nie wątpię, że Błazen aktorzy. Że prezentuje się Grabarzowi w dokładnie odmierzanych dawkach, wkręca go w siebie.

Grabarz - jego decyzja o zostaniu była jedyną możliwą. Człowiek uciekł, trzymał się z boku, udawał, że on to nie on, ale przecież natura z każdego wychodzi i stąd budowa szkieletu, prawda? Pomoc Mirabelle, dobre serce to jedno, ale też miał okazję się wykazać, powrócić do dawnego siebie. Jest świetne, że potrafi wziąć na siebie konsekwencje tej decyzji, która najwyraźniej była błędem.

Mirabelle jest wiarygodna - ze swoim przywiązaniem do Aimara, które oczywiście można uznać za chore, ale które ma uzasadnienie, wszak miała tylko jego, a on nijak nie starał się jej przypodobać, a jednak był opiekunem. Swego rodzaju wsparciem i pozwalał jej mówić.

Ale i tak Reihard bije wszystkich na głowę. Mieszają się w nim uczucia, dzięki niemu poznajemy co najmniej nietypowe układy w tym świecie (ja nade wszystko zachwycam się konceptem "nie wolno produkować maszyn, sztucznych ludzi, ale sztuczny człowiek jest na tyle fascynujący, że robimy sztucznego człowieka z człowieka żywego, czyniąc z tego zawód, czy też sztukę" <3 <3 To jest tak bardzo genialne!), ale przede wszystkim facet nie siedzi w miejscu, gdy coś się dzieje próbuje sam. I nie jest jednoznaczny. Bardzo, bardzo mi się to podoba.

I jestem ogromnie ciekawa, czy Baletnica przekazuje coś komuś tańcem, czy po prostu ucieka przed wszystkim w coś, w czym jest dobra i co jest tylko jej, bo robi to w samotności i bez widzów (bez widzów, o których wie).

Pisz, pisz, pisz.
Trzymam kciuki, żebyś miała kiedy, bo naprawdę robisz to świetnie i światu potrzebne są Twoje historie <3
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Prophet
Straż! Straż!
Posty: 152
Rejestracja: 28 czerwca 2013, 18:30
Lokalizacja: Wrocław

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: Prophet » 14 sierpnia 2015, 15:05

Tak na szybko powiem tylko, że ostatni wstawka mnie pokonała :) Naprawdę, naprawdę mi się podobała. No.
(potem zedytuję i napiszę coś, co będzie można nazwać komentarzem, ale póki co kwiczę i gapię się na Błazna, więc tego...)

Ach, i tak właśnie czułam, że tych trzech staruszków pójdzie śmierci pod kosę, ale że aż tak adekwatnie do swoich funkcji? Faaajnie <3
SpoilerShow
Błazen obdarzył go zdegustowanym spojrzeniem z wyżyn swojej ulubionej szafy, na której zwykł przesiadywać, gdy akurat nie włóczył się nie wiadomo gdzie i nie wiadomo po co.
Eee... aaa... ee... *pospiesznie złazi z szafy* :bag:
Obrazek

Wieczornych snów mary powiewne, dziewicze
Na próżno czekały na słońca oblicze...
W dal poszły przez chmurną pustynię piaszczystą,
W dal ciemną, bezkresną, w dal szarą i mglistą...

KLIK

Awatar użytkownika
A. Mo'zart
Posty: 162
Rejestracja: 05 lipca 2012, 22:07
Lokalizacja: Dom
Kontaktowanie:

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: A. Mo'zart » 28 sierpnia 2015, 11:22

Nawey ujdzie, 11/10. Twoje nano ma 12/10 więc nie masz sie z czego cieszyć :)
No dobra, nie bierz mnie na serio.
Teraz znowu będę cię molestował o pisanie, sama to na siebie sprowadizłaś.
I Mirabelka mnie wkurza. Jest tak głupia, że któregoś dnia wejdzie do toalety i nie zdołą znaleźć wyjścia.

Awatar użytkownika
rumianek
Posty: 21
Rejestracja: 17 sierpnia 2015, 20:14

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: rumianek » 03 września 2015, 17:29

Tak mnie wciągnęło, że wgrałam na kindla i czytałam cały dzień w pracy. Piszesz świetnie. Każdy akapit trzyma w napięciu, fabuła jest bardzo rozbudowana. Całość ma fantastyczny klimat. Przedstawiasz świat tak, że nie wiedzieć kiedy, wsiorbało mnie do środka, a wyobraźnia pracowała jak oszalała, wizualizując każdą scenę. I, na co chyba rzadko zwraca się uwagę, świetne są imiona i nazwiska postaci :)
Postacie są dobrze skonstruowane. Nie ma narzucających się opisów bohaterów, są one płynnie wplecione w tekst i budują obraz wystarczający, by w głowie "odtworzyć sobie film".

Czy PANOPTICON celowo nawiązuje do Panoptikonu (budynku więziennego)?

Czytając, przyszło mi do głowy opowiadanie "Fletka" (Paolo Bacigalupi). Króciutkie, warto zerknąć. Bardzo podobny klimat, choć tematyka różna, a może nie tak bardzo...? ;)

ODPOWIEDZ