UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Tytuł PROZY LIPCA
zdobyło ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee.

Serdecznie gratulujemy! :D

Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałwa)

FANTASTYKA
W odróżnieniu od literatury realistycznej, fantastyka jest literaturą bardzo aktualną. ~ Kir Bułyczow
Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 133
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałwa)

Post autor: nuklearna_wiosna » 03 grudnia 2014, 00:46

Szanowni Państwo,
oddaję dziś do rąk, tudzież monitorów Państwa twór powstały przy okazji szaleńczego ataku weny. Ataki takie nie zdarzają mi się często, zatem musiałam niezwłocznie się pochwalić. Historia jest już wymyślona w całości (przy okazji szaleńczego ataku weny), ale pisać i wrzucać będę na bieżąco (o ile szaleńczy atak weny pozwoli). Jeszcze nigdy czegoś takiego nie robiłam, a chciałabym spróbować, toteż upraszam o wsparcie i trzymanie kciuków. Ewentualnie o wybicie mi z głowy tego pomysłu, jeśli się okaże, że piszę gniota.
Dziękuję za uwagę.


Na obraz i podobieństwo

I


Pierwszy rzucił jej się w oczy absurdalnie wielki cylinder. Dopiero chwilę później skupiła wzrok na noszącym go mężczyźnie. Mgliście pamiętała tę pociągłą twarz o topornych, jakby wyciosanych w drewnie rysach. Spotkali się zaledwie tydzień temu, ale jej stan niezbyt wtedy pozwalał na dokładne zlustrowanie fizjonomii rozmówcy.
Bała się wówczas tak bardzo. Wstydziła. A przede wszystkim była tak strasznie, tak nieprawdopodobnie zrozpaczona. Dźwięki docierały do niej z bardzo daleka, obrazy były rozmyte, zamglone. Nie pamiętała w tej chwili nawet, jak sformułowała swoją nietypową prośbę. Czy w ogóle ją sformułowała? Chyba musiała, skoro przyszła tu dzisiaj, skoro znów była w przestronnym, zimnym biurze Grabarza, czekając na...
- Panno Mirabelle, czy dobrze się pani czuje? - Grabarz wpatrywał się w nią nieruchomym spojrzeniem. Spróbowała je odwzajemnić, ale szybko odwróciła głowę, czując irracjonalny lęk. Słyszała kiedyś, że żaden człowiek nie ma tak naprawdę czarnych oczu, najwyżej bardzo ciemno brązowe. Zawsze w to wierzyła, nie miała powodu, by nie wierzyć. Aż do teraz.
Czarne jak kamienie w kolczykach mamy, przyszło jej do głowy i natychmiast poczuła pieczenie w kącikach oczu. Zamrugała szybko i bezwiednie siorbnęła nosem. Nie myśleć, przykazała sobie po raz nie wiedzieć który. Nie myśleć o mamie, o kolczykach, o... o mamie. O mamie...
- Panno Mirabelle?
- Tak. Dobrze. To znaczy...
- Czy jest pani gotowa? - Nie wydawał się poruszony jej nieszczęściem. Ani teraz, ani tydzień temu. Ostatecznie oglądał śmierć na co dzień. Dla niego dwa ciała, to były po prostu dwa ciała. Kolejne zadanie. Kolejny dzień pracy.
Pogrzeb odbył się szybko i był doskonale zorganizowany. Podniosłego tonu uroczystości nie zakłócił tym razem nawet Błazen Cmentarny. Rodziców Mirabelle Rielke dobrze znano i szanowano w miasteczku. Niemal wszyscy mieszkańcy odwiedzali ich zakład odzieżowy i bardzo chwalili jakość wyrobów. Sami państwo Rielke uwielbiali swoją pracę i wkładali w nią całe serce. Tyleż smutne, co znamienne, że dorobek ich życia odszedł wraz z nimi.
A Mirabelle została sama.
No, może jednak nie sama. Może...
- Tak – powiedziała, siląc się na zdecydowany ton. - Jestem gotowa!
Gdy wyniesiono ciała z płonącego domu, wszyscy byli przekonani, że Willy również nie żyje. Później jednak przyprowadzono medyka i wtedy padło to słowo.
Śpiączka.
Rodzice Mirabelle zmarli zatruci dymem, ogień nie zdążył nawet do nich dotrzeć. Willy wyglądał, jakby spotkał go ten sam los, ale ktoś szybko skojarzył, że przecież znaleziono go w innej, lepiej wentylowanej części domu. Prawdopodobnie, biegnąc na ratunek przyszłym teściom, niefortunnie spadł ze schodów. Bardzo niefortunnie.
I tak Mirabell została sierotą bez dachu nad głową, bez źródła dochodu, bowiem mieszkanie i pracownia znajdowały się w tym samym budynku, za to z narzeczonym wymagającym nieustannej opieki. Czasem myślała, że wolałaby spłonąć wtedy wraz z rodzicami. Gdy wybuchł pożar, znajdowała się poza domem i wszyscy wkoło – przyjaciele rodziny, znajomi, sąsiedzi – powtarzali jej w kółko, jak wielkie miała szczęście. Ciekawe, jak oni sami by się czuli, gdyby to ich takie „szczęście” spotkało!
Po pogrzebie cały tłum rzucił się ku niej, by poklepać po plecach, objąć, potrzymać za rękę, jakby naprawdę miało jej to w czymkolwiek pomóc! Kilka osób, odwracając wzrok, wymamrotało kurtuazyjne propozycje pomocy – znacznie mniej wylewne, niż wcześniejsze kondolencje.
„Mam jakieś ubrania po córce, jest podobnego wzrostu. Może ci się przydadzą...”
„Zawsze możesz do nas wpaść, kochanie! Na obiad, czy tak... posiedzieć...”
„Jakbyś chciała porozmawiać...”
Nie, nie chciała porozmawiać! Ani posiedzieć! Ani żadnych ubrań nie chciała! Jedyne, czego chciała, a czego jakoś nikt nie kwapił się zaoferować, to jakakolwiek wskazówka, jak ma dalej żyć.
I jak zająć się Willym.
Nie była pewna, czego właściwie spodziewała się po wizycie u Grabarza. Wszyscy wiedzieli, że dziwak doskonale zna się na mechanizmach i potrafi wprawić w ruch niemal wszystko, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Więc może i Willy... Może i Willy'ego mógłby... zaczarować?
Za chwilę miało się okazać...
- On nie jest zdrowy, panno Mirabelle – suchy głos Grabarza przywołał ją do rzeczywistości. - Nie jestem medykiem. Trudno mi nawet powiedzieć, na ile pani narzeczony zdaje sobie sprawę z tego, co się dookoła niego dzieje, ale z całą pewnością wiem i chcę, żeby to było jasne: jego stan się nie zmienił. - Zamilkł i wpatrywał się w nią tak długo, aż wreszcie skinęła głową. Dopiero wtedy kontynuował. - Zbudowałem dla niego zewnętrzny szkielet, żeby mógł utrzymywać pozycję siedzącą i stojącą, przechodzić od jednej do drugiej, a także kłaść się i wstawać. Szkieletem będzie sterowała pani za pomocą panelu. O ile dobrze zapamiętałem, jest pani praworęczna?
Potwierdziła, nie bardzo wiedząc, co to ma do rzeczy.
Grabarz wyjął z szuflady ciężkiego biurka coś, co wyglądało na dziwaczną, upstrzoną przyciskami i wiązkami kabli rękawicę, w którą bez problemu włożyłaby całe ramię.
- Co...
- To jest właśnie panel – powiedział, nie czekając, aż skończy pytanie. - Wkłada to pani na lewą rękę, prawą wprowadza sekwencję, sprzęga panel ze szkieletem... wystarczy chwycić w wyznaczonym miejscu... i polecenie jest przekazywane. Potem trzeba nakręcić szkielet. Po nakręceniu zaczyna realizować wpisaną sekwencję. Najpierw oczywiście należy poćwiczyć najprostsze ruchy, ale sądzę, że po jakimś czasie będzie można w ten sposób w dużym stopniu załatwić choćby kwestię higieny. Tak czy inaczej, proszę pamiętać, że ciało w szkielecie samo w sobie jest zupełnie bezwładne. Wszystko zaprojektowałem dla jak największego komfortu, ale czasem trzeba go będzie oswobodzić. Ogólnie zalecam dużą ostrożność. W każdej kwestii, jeśli rozumie pani, co mam na myśli.
- Rozumiem – odpowiedziała, lekko już zniecierpliwiona. - Czy mogę go zobaczyć?
- Proszę zaczekać.
Grabarz wyszedł, taszcząc ze sobą panel. Prawdopodobnie nakręcił szkielet za drzwiami, bowiem do gabinetu Willy wszedł już samodzielnie.
Nie, nie samodzielnie, poprawiła się w myśli Mirabelle. To nie była samodzielność, a jej nie wolno było ani na chwilę o tym zapomnieć.
Wyobrażała sobie szkielet, jako szczelnie zakrywającą ciało zbroję. Konstrukcja okazała się mieć jednak zgoła inny charakter. Cienkie, metalowe rurki tworzyły sieć, oplatającą chłopaka od stóp, aż do głowy. Wydawała się tak delikatna, że mógłby ją rozerwać choćby podmuch wiatru, jednak musiały to być jedynie pozory, Willy bowiem trzymał się prosto i pewnie stawiał kroki. Oczy miał otwarte.
Wyglądał... dziwnie. Upiornie.
W pierwszej chwili Mirabelle chciała zostawić Grabarzowi tę ohydną kukłę i wyjść bez słowa. Ale w końcu to był jej pomysł, jej ostatnia nadzieja. Miała przed sobą własne spełnione życzenie. Nie mogła teraz odwrócić wzroku. Nie mogła teraz uciec.
- To najmocniejszy materiał, jaki istnieje – powiedział Grabarz, nie widząc, albo nie chcąc widzieć szoku malującego się na twarzy dziewczyny. - Utrzyma go bez problemu, nie musiałem nawet usztywniać ciała od środka.
- Proszę przestać! - Mirabelle nie wytrzymała. - Nie chcę tego słuchać! Jest mi niedobrze! Ja...
Grabarz wpatrywał się w nią z czymś na kształt uprzejmego zainteresowania. Nic nie powiedział.
- Przepraszam. - Wzięła się w garść. - Chciałabym wiedzieć tylko to, co naprawdę niezbędne. Wolałabym, by oszczędził mi pan szczegółów.
- Nie reaguje z wodą – powiedział, jakby mu nie przerwała. - Spokojnie można w tym wejść do wanny. Nie przeszkadza w utrzymaniu higieny. Należy tylko uważać na miejsce sprzężenia. - Wskazał prawą dłoń chłopaka, która, jako jedyna część ciała, była obudowana całkowicie. - Żeby wczytać sekwencję, będzie musiała pani chwycić go za rękę.
Mirabelle była bliska płaczu. Grabarz okrutnie sobie z niej zadrwił, zmuszając do chorej parodii romantycznego gestu za każdym razem, gdy będzie chciała nakręcić szkielet.
Szkielet.
Złapała się na tym, że już zaczyna myśleć o Willim w ten sposób.
Szkielet.
Nie William Locke, najlepszy przyjaciel i towarzysz dziecięcych zabaw, którego z czasem pokochała i z którym chciała spędzić życie. Nie wesoły, pełen życia, uparty chłopak z sąsiedztwa, którego jej rodzice bez wahania przygarnęli, gdy został sierotą. Nie dziewiętnastoletni odpowiedzialny mężczyzna, który obiecał zaopiekować się nią, gdy wezmą ślub i założą rodzinę.
Szkielet.
Sama tego chciała.
Grabarz przez dłuższą chwilę uczył ją obsługi panelu. Wręczył nawet napisaną osobiście instrukcję i zapewnił, że w razie problemów, zawsze może się do niego zgłosić. Oczywiście poprosił o dyskrecję, a ona oczywiście dyskrecję obiecała.
Wiedziała, że prędzej, czy później, z premedytacją, lub bez, złamie tę obietnicę - możliwe, że na swoją własną zgubę. Do tej pory nie zwykła kłamać, ani nie dotrzymywać raz danego słowa. Jednak jej moralny opór przed tego rodzaju posunięciami spłonął wraz z jej rodzinnym domem, rozwiał się z dymem, dokładnie tak samo, jak wizje sielankowej przyszłości, jak niewzruszona pewność, że nic nie może pójść źle.

Po wyjściu Mirabelle Rielke, Grabarz usadowił się wygodnie w fotelu za biurkiem. Miał przed sobą wiele pracy, ale jakoś nie potrafił od razu do niej przystąpić. Choć w miasteczku nazywano go po postu Grabarzem, w istocie odpowiadał także za zarządzanie cmentarzem i przygotowanie zwłok do pogrzebu. W tej chwili jednak obowiązki musiały poczekać. Oparł brodę na splecionych dłoniach i wpatrzył się w wąskie okno. Łyse, kostropate i smętne drzewa już dawno powinny ustroić się w białe czapy, ale w tym roku zimie jakoś nie bardzo się spieszyło i nikt nie spodziewał się śniegu w najbliższych dniach.
Odprowadził wzrokiem Mirabelle i jej narzeczonego. Przed ich wyjściem sam nakręcił szkielet i wydał dyspozycje, pozwalające im spokojnie dojść do domu. Dalej dziewczyna powinna dać sobie radę sama. Wydała mu się w miarę pojętna, choć sam pomysł z wykorzystaniem mechanizmu do poruszania bezwładnym ciałem... Chyba prosząc go o to nie do końca zdawała sobie sprawę, co zamierza zrobić.
Jemu samemu było to obojętne. Wykonał swoje zadanie, za co przyjął całkiem sowitą zapłatę – część oszczędności pozostawionych przez rodziców Mirabelle. Miał przy tym chwilę rozrywki i satysfakcję, że sprostał wyzwaniu. Cała reszta nie była jego sprawą, o ile dziewczyna nie będzie się zanadto afiszować ze swoją nową zabawką.
Celowo starał się nie patrzeć w odległy kąt pokoju, gdzie stała ciężka, trzydrzwiowa szafa, ale kiedy w końcu usłyszał dźwięk dzwonków, nie mógł już udawać, że nie wie o obecności w gabinecie nieproszonego gościa.
Był tu cały czas, także podczas wizyty Mirabelle. Nie krył się nawet szczególnie. Dziewczyna zobaczyłaby go natychmiast, gdyby spojrzała w stronę szafy. Na szczęście nie miała powodu, by to robić, a on okazał minimum przyzwoitości i nie zwracał na siebie uwagi. Teraz najwyraźniej zaczynał się już nudzić. Brzęczał irytująco swymi nieodłącznymi dzwonkami i czekał na reakcję.
Grabarz w końcu odwrócił się niechętnie. Ubrany na czarno młody, szczupły mężczyzna w czerwonej, rogatej czapce błazna siedział na szafie, zwiesiwszy nogi w dół. W jednej ręce trzymał zabawkowe berło z dzwonkami, którym czynił swój irytujący hałas, w drugiej – karnawałową maskę na patyku. Gdy tylko udało mu się zwrócić uwagę Grabarza, zaprzestał potrząsania berłem. Dzwoneczki umilkły. Błazen Cmentarny uniósł maskę i zasłonił twarz. Grabarzowi wydało się, że usłyszał jeszcze szyderczy chichot, ale równie dobrze mógł to być tylko kolejny brzęk dzwonka.
* * *
Następny raz Grabarz zobaczył Błazna trzy dni później. Przelotnie spojrzał w okno podczas pracy – w to samo, przez które obserwował niedawno Mirabelle i Williama, ale tym razem pierwszym, co ujrzał, nie były smętne, bezlistne drzewa, ale głowa Błazna zwisającego do góry nogami i zaglądającego do środka. Trudno było stwierdzić, jak długo się tak gapił i jakim cudem nie spadł. Grabarz już dawno przestał dociekać sposobów, dzięki którym Błazen bez większego wysiłku ignorował prawa fizyki. Nie wierzył co prawda w demoniczną proweniencję, przypisywaną mu przez mieszkańców miasteczka, ale zwyczajnym człowiekiem też by go nie nazwał. Powściągnął jednak ciekawość.
Nie pytajcie, abyście nie byli pytani.
Tak, czy inaczej, nie było sensu ignorować jego obecności. Jeśli chciał, mógł dostać się do środka w każdej chwili, sobie tylko znanymi sposobami. I tak miło z jego strony, że na przykład nie wyskoczył z szafy bez uprzedzenia. Grabarz wstał więc i szeroko otworzył okno. Błazen zgrabnie wślizgnął się do pokoju i zastygł w idiotycznej pozie na środku wypłowiałego dywanu.
- O co chodzi tym razem? - zapytał grabarz zirytowany, że przeszkadza mu się w pracy.
- Złe wieści, jaśnie panie! - Błazen rozsiadł się w fotelu Grabarza, doskonale wiedząc przecież, że to fotel Grabarza.
Złośliwy dziwak.
- O co chodzi, pytam!
- Panna Mirabelle Rielke wyruszyła w świat! - By podkreślić wagę swoich słów, zadzwonił berłem. Grabarz nie zauważył, kiedy i skąd je wyjął. Z pewnością nie miał go, wchodząc przez okno do pokoju.
- Cóż. Była to jedna z opcji, które rozważałem, przewidując jej dalsze losy.
Nic dziwnego, że nie wytrzymała. Zostawiła Williama w szpitalu, u znajomych, albo w ogóle na pastwę losu - kto wie, i poszła przed siebie. Być może całkiem świadomie, w poszukiwaniu nowego życia, być może w szaleńczym pędzie ku samozagładzie. Nieważne. Obłąkana, czy nie, panna Rielke była teraz zdana wyłącznie na siebie.
- To nie wszystko! - wykrzyknął Błazen z nienaturalnym ożywieniem. Najwyraźniej świetnie się bawił.
- Mógłbyś się pospieszyć? Chciałbym wrócić do pracy.
Znał Błazna już od kilku lat – obaj przybyli do miasteczka w podobnym czasie - a wciąż nie odkrył sposobu, w jaki należało z nim postępować. Błazen pojawiał się, kiedy chciał, znikał bez uprzedzenia. Nie wiadomo było, gdzie mieszka i czy gdziekolwiek Czasem włóczył się po cmentarzu, dzwoniąc dzwonkami i wykonując kuglarskie sztuczki. Z początku ludzie się go bali, nikomu jednak nie czynił krzywdy, w końcu zaczęto go więc uważać za stały element krajobrazu, niemal atrakcję turystyczną.
Z mieszkańcami nie rozmawiał. Na ten zaszczyt zasłużył sobie wyłącznie Grabarz, choć nie bardzo wiedział, dlaczego. Nie znaczyło to jednak, że potrafił się z Błaznem dogadać. Dziwoląg był całkowicie nieobliczalny i nie miał zwyczaju w dyskusji podpierać się logiką. Nie sposób było stwierdzić, o co mogło mu chodzić tym razem.
Przez jakiś czas nic nie mówił, siedział tylko i bawił się berłem, które podzwaniało cicho. W końcu westchnął głęboko. Spojrzał na Grabarza z powagą, jakiej na co dzień próżno było szukać na jego wiecznie uśmiechniętym obliczu szaleńca.
- No? Co? - dopytywał zniecierpliwiony zarządca cmentarza. - Wyniosła się. I co?
- I zabrała ze sobą Williama Locke'a. Razem ze szkieletem.
Trudno orzec, czy wiedział, jak ważna była dla Grabarza ta informacja. Nie wyglądało na to, by zamierzał się po swojemu wygłupiać, więc może jednak wiedział. Albo zgadywał.
- Szlag... Jesteś pewny?
- Całkowicie. - Brzęknął berłem. - Jak moją mamę kocham!
- Nie wydurniaj się! - warknął Grabarz, ale osiągnął jedynie tyle, że na twarzy Błazna wykwitł jego zwykły psychopatyczny uśmiech. - Czy jej życie nie miłe?! Przecież ustawa o ochronie człowieczeństwa...
- O ile mi wiadomo, ona bimba sobie na ustawę łaskawego pana!
Brzdęk!
- To nie jest moja ustawa! To jest powszechnie obowiązująca ustawa! I przestań dzwonić!
- Co nie przeszkadza jej nadal na nią bimbać.
Brzdęk!
Grabarz poczuł, że robi mu się ciemno przed oczami. Opadł na ciężkie krzesło z wysokim oparciem, jako że jego ukochany fotel wciąż zajmował uśmiechnięty od ucha do ucha Błazen.
- Wiesz dokąd pojechała?
- A dokąd miałaby pojechać młoda dama z małego miasteczka, rozpoczynająca nowe życie? Do stolicy, miły panie, do stolicy!
- Przecież ją złapią jeszcze zanim przekroczy granice miasta!
- Wydaje jej się, że jest taka sprytna... - Błazen teatralnie pokręcił głową. - Ale nie jest. Zatem tak, złapią ją. - Wstał. - I od razu dowiedzą się, kto zrobił szkielet. Nie sądzę, by się szanowny pan wywinął. Szkoda. - Podszedł do okna i otworzył je, wpuszczając lodowaty powiew do i tak już zimnego wnętrza. - Znajdowałem pańskie towarzystwo nieoczekiwanie miłym. Będzie mi go brakowało, ze smutkiem stwierdzam.
Po tych słowach wyskoczył przez okno.
Grabarz został sam. Nie przejmując się wionącym z dworu zimnem siedział i gapił się w białą ścianę. Nie wiedział, ile czasu minęło, nim wreszcie wstał i zamknął okno. Zziębnięty zszedł na dół, do pracowni.
Trzeba będzie się tego pozbyć, myślał gorączkowo. A dziewczynę... Dziewczynę musi odnaleźć, zatrzymać!
Ale jak?!
Godząc się na jej prośbę sądził, że chodzi jedynie o rodzaj udogodnienia. Mirabelle Rielke była tylko drobną siedemnastolatką. Nic dziwnego, że widziała trudność w opiece nad sporo od niej masywniejszym Williamem. Był pewien, że dziewczyna, świadoma obowiązującego prawa, nie będzie chwaliła się wszem i wobec. W niedużym miasteczku mogła sobie spokojnie i dyskretnie żyć, nikt by się tym nawet nie zainteresował. Ale ona pchała się do stolicy!
Z żalem zebrał cały swój sprzęt i podpalił wszystko w gigantycznym piecu. Wiedział, że za wiele mu to nie pomoże, jeśli mała go wyda, ale brak materiałów potrzebnych do tworzenia zakazanych konstrukcji to zawsze jakaś okoliczność łagodząca.
Dlaczego ona to zrobiła?!
Piec huczał, trawiąc wszystkie materialne dowody jego życiowej pasji, prócz jednego.
Jeden dowód podążał do stolicy wraz ze zdesperowaną nastolatką.
Od początku miała taki plan, pomyślał Grabarz. Od początku. Nie zamierzała utkwić z narzeczonym tutaj, zdana na łaskę sąsiadów. Wyruszyła szukać lepszego życia i ratunku dla Williama.
Czy naprawdę choć przez moment sądziła, że to się może udać?
Zostawił w spokoju piec i wyrzucił z głowy myśl o dokonanym właśnie dziele zniszczenia. Nie było innego wyjścia. Nie ma co się teraz rozczulać. Ogień jeszcze trochę sobie pohula, było wystarczająco dużo czasu, by wygrzebać ze stert papierów aktualny rozkład jazdy pociągów i znaleźć odpowiednią walizkę.
Idąc na górę zdało mu się, że usłyszał dźwięk dzwonków. Wzruszył ramionami.
Już niedługo nowy zarządca cmentarza będzie się musiał użerać z bezczelnym błaznem. Grabarz wiedział, że – niezależnie od tego, co się stanie - on sam już tutaj nie wróci.
c.d.n.
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Posty: 135
Rejestracja: 04 września 2014, 07:39

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane]

Post autor: Gorgiasz » 03 grudnia 2014, 07:33

toteż upraszam o wsparcie i trzymanie kciuków. Ewentualnie o wybicie mi z głowy tego pomysłu, jeśli się okaże, że piszę gniota.
Zdecydowanie to pierwsze.
Ciekawy, oryginalny i dobrze napisany tekst.
I pamiętałbym w dalszej części o nieco głębszej charakterystyce i opisie (także zewnętrznym) dziewczyny, jak również grabarza.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 480
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane]

Post autor: Krin » 05 grudnia 2014, 17:46

Jak już wiesz - trochę mnie zmroziła ta historia. Trudno mi powiedzieć o niej coś więcej, bo zastanawia mnie teraz jak długa ma być. Miałam wrażenie, że wszystko wydarzyło się dziwnie szybko i teraz pytanie czy to krótkie opowiadanie, czy ośmiotomowa saga (+5 tomów w przygotowaniu...).
O świecie też na razie wiem niewiele nam wiadomo, ale wydaje się ciekawy. To przyszłość, ale zdaję mi się, że nie jakaś tam przesadnie udziwniona, lecz czasem to co wydaje się najbardziej normalne zaskakuje nas najbardziej, więc czekam po prostu, by sprawdzić swoje domysły. :)
Aaaaa! Nie wiem, co mądrego mogę ci napisać, więc napiszę, że żadnych zgrzytów nie wykryłam. Piszaj, piszaj, pisz!

Uważam za coś niesamowitego fakt, że po NaNo i wszystkim masz siłę coś jeszcze skrobać, a nie regenerujesz się. Co prawda nie skończyłaś, ale byłaś już daleko.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 133
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane]

Post autor: nuklearna_wiosna » 12 grudnia 2014, 21:23

Gorgiasz, Krin, dziękuję za komentarze :)
Zdaję sobie sprawę, że o pierwszym - dość krótkim w sumie - fragmencie nie za wiele można powiedzieć, ale jako że nie kazaliście mi zabierać tego w diabły i spadać na drzewo, to wrzucam dalej.
Co do planowanej długości, to pierwotnie miało być krótkie, ale jestem strasznym wodolejem, więc będzie takie średnie. No, to wytłumaczyłam. Jasno, jak nie wiem co ;P Ale ośmiotomową sagę kategorycznie wykluczam ;)

A teraz kolejny rozdział!



II


Naprawdę bardzo chciał zasnąć, ukołysany miarowym stukotem pociągu. I tak w tej chwili nie mógł zrobić nic więcej. Siedzenie i zamartwianie się nie miało sensu. Co mogło mu z tego przyjść? Plan na kilka najbliższych godzin miał Grabarz prosty. Jechać i dojechać.
Na stacji poinformowano go, że Mirabelle wyruszyła porannym pociągiem, bez wahania zakupił więc bilet na wieczorny. Nie wiedział, co myśleć o zachowaniu dziewczyny. Z jednej strony podróż koleją była szybka, komfortowa i pozwalała na względnie łatwe zakamuflowanie kłopotliwego towarzysza. Gdyby wędrowała z nim po bezdrożach, szybko zwróciliby na siebie uwagę. Ale zamierzała przecież wjechać w samo serce miasta. To było jak... jak proszenie się o nieszczęście!
Mogło być tak, że zastanie ją jeszcze na dworcu, błąkającą się i niemogącą znaleźć sobie miejsca. Jeśli nie, zamierzał przetrząsnąć pensjonaty w okolicy. Gdzie miałaby pójść, jak nie tam? Zakładając oczywiście, że wcześniej jej nie złapią.
Szczerze żałował, że podczas wykonywania zadania poniosła go twórcza wena i w swoim zadufaniu stworzył szkielet tak dyskretny. Gdyby po prostu wtłoczył ciało nieszczęsnego Williama w toporną zbroję, Mirabelle zapewne nie zdecydowałaby się wywieźć go z miasteczka. A może? Ostatecznie nie wiedział, jak bardzo była zdesperowana. Tyle że wtedy zgarnęliby ją natychmiast.
Nie potrafił właściwie stwierdzić, po co mu te wszystkie rozmyślania. Ostatecznie stało się, co się stało i musiał sobie z tym jakoś poradzić. Założył optymistycznie, że Mirabelle nie ma w stolicy żadnej rodziny i wyjechała w ciemno w rozpaczliwym akcie nadziei. W takim przypadku można było się domyślać, jak mniej więcej będą wyglądały jej pierwsze dni w mieście i na tej podstawie rozpocząć poszukiwania. Jeśli jednak zaplanowała swoją wyprawę, wyruszyła do kogoś – do krewnych czy przyjaciół – mógł sobie szukać i do końca świata.
Spać. Zdecydowanie powinien pójść spać.
Długi wagon był niemal pusty. Wszechobecne ciemne drewno i purpurowe obicia siedzeń wywoływały wrażenie luksusu, choć z całą pewnością nie użyto tu najdroższych surowców. Lampy świeciły ciepłym, nieco jakby przytłumionym światłem, a koła pociągu stukały miarowo. Teoretycznie doskonałe warunki na drzemkę.
Teoretycznie.
Spróbował wyjrzeć przez okno, ale nieprzenikniona ciemność na zewnątrz sprawiła, że ujrzał w szybie jedynie własną postać. Nie prezentował się szczególnie atrakcyjnie i wiedział o tym, toteż na co dzień nie tracił czasu na oglądanie siebie w lustrze, ale w tej chwili tak rozpaczliwie potrzebował zająć czymś myśli, że zatrzymał wzrok na odbiciu. Nie lubił zdejmować cylindra i pokazywać światu przedwcześnie przerzedzonych włosów, nagle jednak, ni z tego, ni z owego, doszedł do wniosku, że wygląda głupio. Zerwał pospiesznie nakrycie głowy i położył obok siebie na siedzeniu. Znów spojrzał w szybę. Dalej wglądał głupio. Lustrował uważnie swoją pociągłą twarz, przeoraną kilkoma głębokimi bruzdami sprawiającymi, że wyglądał na sporo starszego, niż w rzeczywistości. Wysokie czoło i duży, garbaty nos nie poprawiały jego wizerunku. A w oczach...
Odwrócił się pospiesznie.
W swoich oczach dostrzegł strach i to wstrząsnęło nim bardziej chyba, niż cokolwiek, co wydarzyło się, odkąd dotarła do niego wiadomość o wyjeździe Mirabelle.
Odchylił głowę do tyłu i ułożył wygodnie na oparciu. Zostało mu jeszcze pięć godzin podróży. Jeśli będzie rozmyślał i zadręczał się przez tyle czasu, dojedzie na miejsce zapewne w stanie zaawansowanego obłędu! Chociaż może tak byłoby wygodniej? Postradać zmysły, wyzbyć się zmartwień, na innych zrzucić odpowiedzialność za swoje istnienie...
Tyle że to nie powstrzymałoby Mirabelle. A kiedy złapią ją, złapią i jego. Nikogo nie będzie obchodził jego ewentualny obłęd. Szaleństwo nie ochroni go też przed przesłuchaniem, a ból zadany podczas tortur każdy odczuwa tak samo – zdrowy, obłąkany, biedny, bogaty...
Idealne narzędzie do szerzenia równości.
Otworzył oczy i usiadł prosto. Wiedział, że nie zaśnie. I wiedział też dlaczego.
- Mógłbyś przestać? - odezwał się.
Błazen Cmentarny przechylił głowę nieco w bok i zrobił niewinną minę, która – prawdopodobnie zgodnie z założeniem – wypadła na tyle karykaturalnie, by Grabarz nie miał wątpliwości, że dziwak coś kombinuje. Nie miał ich zresztą od samego początku, odkąd trzy godziny wcześniej wrócił z wagonu restauracyjnego i zobaczył go w przedziale.
- Przestać co? - dopytywał Błazen, jakby naprawdę nie wiedział, jakby wcale nie robił tego specjalnie. - Co takiego? W czymś łaskawemu panu uchybiłem?
- Po co w ogóle za mną polazłeś? - Grabarz nie miał siły ani ochoty na kłótnię. W żadnym wypadku nie udałoby mu się też wyrzucić Błazna z pociągu. Powtarzał zatem w kółko to samo pytanie, w nadziei, że dowie się czegoś więcej, prócz tego, co dziwak już mu powiedział, a co sprowadzało się do stwierdzenia, że w obawie przed nudą i przed tym, że nowy zarządca cmentarza będzie fujarą, Błazen spontanicznie postanowił uczestniczyć w wyprawie.
- O ile pamięć mnie nie myli, wspomniałem już, dlaczego. Z nudów, szanowny panie! W naszym mieście wszyscy już do mnie przywykli, więc ciągnie mnie w świat. Ciągnie mnie, by powłóczyć się po stołecznych cmentarzach i przyprawić o zawał kilka nobliwych dam oraz paru dystyngowanych dżentelmenów. Czyżby to był niewystarczający powód? Czegóż więcej panu potrzeba?
Spokoju, pomyślał Grabarz, świętego spokoju. Tego, żebyś stąd poszedł. Teraz. Natychmiast. Żebyś wyskoczył z pociągu, roztrzaskał sobie ten łeb ustrojony w paradną czapę i żebym cię nie musiał oglądać już nigdy w życiu. Tego mi właśnie potrzeba.
- Mógłbyś się przynajmniej tak nie gapić? - powiedział tylko. - Spać nie mogę.
Nie było w tym przesady. Za każdym razem, gdy choćby na chwilę opuścił powieki, czuł, że jest obserwowany. Bardzo intensywnie. Błazen siedział skrzyżnie na siedzeniu naprzeciwko i wlepiał w niego spojrzenie swoich dużych, nienaturalnie niebieskich oczu.
- Czy następnym razem, w swej niepomiernej łaskawości, poprosi mnie pan, żebym przestał oddychać? - zapytał uprzejmie.
- Gdybym miał choć cień nadziei, że spełnisz tę prośbę, to uwierz mi...
- Kto wie. - Błazen uśmiechnął się kpiąco. - Wcześniej życzył pan sobie, bym nie dzwonił, więc nie dzwonię.
Po czym na dowód, że absolutnie tego nie robi, brzęknął berłem tak, że z końca wagonu rozległ się cichy okrzyk przestrachu. Prawdopodobnie szalony trefniś obudził jedyną prócz nich pasażerkę, elegancką starszą damę, z którą na początku podróży Grabarz zamienił kilka niezobowiązujących zdań.
- Co ty wyprawiasz?!
Błazen pochylił się do przodu, a błysk w jego oczach sprawił, że Grabarzowi dreszcz przebiegł po plecach.
- Jeszcze nic – szepnął i uśmiechnął się pogodnie.
W tej chwili dotarło do Grabarza z całą mocą, że przecież niczego o Błaźnie nie wie. Do tej pory na co dzień nazywał go nieobliczalnym, ale prawdziwą wagę tego słowa poznał dopiero teraz. Kim ten upiorny kuglarz właściwie był? Przecież nikt normalny nie chodzi w stroju błazna po cmentarzu. Nikt normalny nie wykonuje dla kaprysu sztuczek akrobatycznych, których nie powstydziłby się doświadczony cyrkowiec. I w końcu nikt normalny nie przyłącza się do niemal obcego człowieka i nie oznajmia, że będzie mu towarzyszył w podróży przez pół kraju!
To wariat. Niewątpliwie wariat! Do tego nie wiadomo, do czego może być zdolny! To...
- Proszę uważać. Szkoda kapelusza.
Spokojny głos Błazna przerwał Grabarzowi paranoiczne rozmyślania.
- Jakiego ka... - urwał, bo wreszcie zorientował się, że od jakiegoś czasu miętosi energicznie własny cylinder. Zawstydzony odłożył go na bok.
- Dobrze – odezwał się ponownie Błazen zupełnie zwyczajnym tonem. - Proszę iść spać. Przysięgam się nie gapić, jak moją mamę kocham! Udam się do wagonu restauracyjnego. Skosztuję trochę naparu ziołowego. Podobno jest dobry na... różne rzeczy. Mam nadzieję, że gdy wrócę, będzie łaskawy pan spał, jak dziecko!
Po tych słowach zeskoczył z siedzenia i w pląsach ruszył do wyjścia. Przy drzwiach przedziału odwrócił się jeszcze na chwilę, posłał Grabarzowi przeciągłe spojrzenie i brzęknął berłem. Staruszka znów kwiknęła ze strachu, na co Błazen parsknął krótkim, nieprzyjemnym śmiechem i wyszedł.
Jego nieobecność pomogła. Gdy tylko Grabarz zamknął oczy, zapadł w sen. Ciężki i pełen chorych wizji, ale jednak sen.
Gdy obudził się na stacji docelowej, Błazna nadal nie było. Grabarz nie zamierzał go szukać, wręcz przeciwnie – miał nadzieję, że jakoś mu się wymknie. Zresztą możliwe, że dziwak nie chciał wcale zostać z nim na dłużej, po prostu przysiadł się na czas podróży, a teraz wysiadł już i poleciał zwiedzać swoje ukochane cmentarze.
A może w ogóle był tylko snem? Kolejnym upiornym majakiem, jak te, które dręczyły go przez całą podróż?
Porzucił tę myśl, gdy sięgnął na półkę po swoją walizkę i na jej wieku – dokładnie pośrodku – ujrzał mały dzwoneczek, pozostawiony tam jako... Jako co? Ostrzeżenie? Obietnica powrotu? Grabarz miał niejasne przeczucie, że obie te opcje są w istocie tą samą.
Szarpnął walizkę, a dzwoneczek z brzękiem potoczył się pod siedzenie.
Podczas gdy Grabarz spał, pociąg zatrzymał się na kilku stacjach i liczba pasażerów znacznie wzrosła. Teraz z trudem lawirował w tłumie przekrzykujących się i nawołujących ludzi. Mało brakowało, a zostałby zgnieciony w wąskim korytarzu. W końcu ci, którym było najbardziej spieszno, dopchali się do wyjścia, zrobiło się odrobinę luźniej i on także mógł wreszcie wyjść na peron.
* * * Wszystko szło doskonale. Wręcz zastanawiająco dobrze.
Szkielet, który zbudował Grabarz, był wprost idealny – dyskretny, prosty w obsłudze, świetnie spełniał swoją rolę. Gdyby faktycznie okazał się pancerzem z jej wyobrażeń, Mirabelle miałaby nie lada problem.
Spędziła trzy pracowite dni w ruinach domu. Szperała po pokojach, których pożar nie zdołał strawić całkowicie, przeglądała wszystkie kąty w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogło być przydatne w podróży. Jednocześnie intensywnie uczyła się obsługi mechanizmu szkieletu. Miewała przebłyski wyrzutów sumienia, gdy bez wytchnienia zmuszała Williama do wykonywania coraz trudniejszych sekwencji ruchów - w normalnych warunkach tego rodzaju nauka potrwałaby zapewne kilka tygodni – tłumaczyła sobie jednak, że jest to konieczne, dla powodzenia misji. Jeśli nie chciała wzbudzać podejrzeń, musiała szczegółowo zaplanować podróż i nakręcić szkielet na bardzo długi czas. Gdyby zaczęła majstrować coś na ulicy, na stacji, albo już w przedziale, zaraz ktoś by zauważył.
Skompletowała trochę ubrań i własnoręcznie uszyła płaszcze dla siebie i narzeczonego. Przeprowadziła kilka prób – ani szkielet, ani panel na jej ręce nie rzucały się w oczy.
Podróż przebiegła spokojnie. Jakby nie patrzeć, jechała z towarzyszem, toteż nikt nie próbował jej zaczepiać. Może i kogoś zdziwiło, że towarzysz siedzi bez ruchu i ani na chwilę nie zdjął kaptura, ale Mirabelle czyniła usilne starania, by sprawiać wrażenie zadowolonej i pogodnej, więc pewnie ewentualni ciekawscy uznali po prostu, że oto młoda dama z jakiegoś powodu wyruszyła w drogę z wyjątkowo gburowatym krewnym.
Gdy pociąg wjechał do stolicy, pasażerowie powoli zaczęli się zbierać, aż w końcu w wagonie zapanował całkowity rozgardiasz. Korzystając z tego, Mirabelle szybko nakręciła szkielet, wpisawszy najprostszą sekwencję, dzięki której mogła w miarę swobodnie prowadzić Willy'ego za rękę.
Mirabelle nigdy wcześniej nie była w stolicy. Słyszała, że miasto jest imponujące, jednak wrażenie, jakie zrobiła na niej dworcowa hala udowodniło, że jej rozumienie słowa „imponujące” było do tej pory bardzo ograniczone. Stacje kolejowe utożsamiała zawsze z małymi, pomalowanymi na jasne kolory domkami o spadzistych dachach. Te, w gruncie rzeczy całkiem niebrzydkie budynki wznoszono na obrzeżach małych miasteczek, a tylko w takich do tej pory bywała Mirabelle. W mrocznym wnętrzu za kontuarem siedział zwykle zaspany bileter, poczekalnia była maleńka, a peron - gdy już wyszło się nań z tego przybytku senności i otępienia – wąski i pusty.
Główny dworzec stolicy pusty nie był w żadnym wypadku. Takiego tłumu Mirabelle nie widziała chyba nigdy w życiu! Może kiedyś, na jakimś festynie... Ale festyny organizowano pod gołym niebem, ludzka ciżba nie robiła więc takiego wrażenia jak tutaj – w gigantycznym budynku dworca.
Przeszklone, łukowate sklepienie przepuszczało promienie zachodzącego słońca, dzięki którym ceglane ściany, zwykle zapewne pociemniałe i matowe, ożywały krwistą czerwienią. Od sufitu niemal do samej podłogi biegły po nich niczym nieosłonięte stalowe rury, układające się w wymyślne wzory. Kiedyś musiały być jasne i lśniące. Teraz nieco zmatowiały, ale i tak widać było, że są zadbane i ktoś odświeża je regularnie. Mirabelle na rurach się nie znała, ale nawet ona mogła stwierdzić, że co najmniej połowa z nich nie pełniła prawdopodobnie żadnej funkcji użytkowej. Okien jako takich nie było. Zamiast nich wzdłuż dłuższych ścian hali wybudowanej na planie prostokąta, biegły przeszklone absydy, stanowiące jednocześnie miniaturowe oranżerie. Nie było tu oczywiście warunków do hodowania naprawdę rzadkich, egzotycznych roślin, jednak te, które zasadzono, wystarczały dla uzyskania ciekawego efektu. Prawdopodobnie ze względu na nie w hali było zaskakująco ciepło. Ze wszystkich wnęk wypełzał bluszcz i malowniczo piął się po ścianach, a w pobliżu tych dekoracji stały białe stoliki i bogato rzeźbione krzesła, niczym w prawdziwym ogrodzie. Również umiejscowione nieco bliżej peronu ławki bardziej przypominały te spotykane w parkach, niż na dworcach. Mechaniczne podajniki napojów rozstawione były dyskretnie na całej przestrzeni hali, a budka biletera kojarzyła się Mirabelle z portiernią luksusowego hotelu. Powietrze pachniało smarem, wilgotną ziemią i mieszaniną perfum różnego pochodzenia i różnej jakości.
Mirabelle szczerze żałowała, że William nie może tego wszystkiego zobaczyć.
Spacerowała z nim po całej hali, choć wiedziała, że nie powinna. Chciała zobaczyć jak najwięcej, a przy okazji przemyśleć swoje dalsze kroki. Podejrzewała, że niedaleko dworca znalazłaby zapewne sporo hoteli i pensjonatów, ale bała się, że w jednym z takich miejsc ktoś mógłby zanadto się nią zainteresować. Z tego samego powodu odpadały też wszelkie podejrzane zaułki i jakiekolwiek podłe okolice. Ostatecznie postanowiła postępować zgodnie z pierwotnym planem i od razu wyruszyć do dzielnicy fabrycznej w poszukiwaniu kwatery pracowniczej. Kiedy tam dotrze, będzie już ciemno. Zarządca powinien tymczasowo przydzielić jej jakiś pokój, jeśli obieca mu, że o świcie pójdzie prosto do fabryki i poprosi o zatrudnienie. Zresztą naprawdę miała zamiar tak zrobić. Podejrzewała, że w ten sposób najprędzej zdoła się ukryć. Z tego, co wiedziała, dzielnica robotnicza była gęsto zaludniona, a w fabrykach pracowało mnóstwo ludzi. Wierzyła, że przy dołożeniu pewnych starań, bez problemu zniknie w tym tłumie. Niepełnosprawność jej brata – jak zamierzała przedstawiać Williama – także nikogo nie powinna zdziwić. Wśród robotników choroby i inwalidztwo były na porządku dziennym. Odegranie zrozpaczonej sieroty poszukującej pracy nie powinno sprawić jej trudności, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że tym właśnie poniekąd była.
- Panienko! Heeej, panienko!
Z początku w ogóle nie usłyszała wołania. Potem, gdy krzyk przebił się przez dworcowy gwar, nie skojarzyła zupełnie, że to do niej. Dopiero gdy ktoś chwycił ją za ramię, oderwała wzrok od kolejnej ściennej ozdoby, splecionej misternie z rur i rurek. Szarpnęła się, nie patrząc nawet, kto ją trzyma. Chciała, by napastnik puścił ją zaskoczony. Wówczas mogłaby szybko zanurkować w tłum i zniknąć mu z oczu.
Ale on jej nie puścił.
Drugą ręką, tą, na której miała panel, Mirabelle wciąż trzymała dłoń Williama. Mocniej zacisnęła palce i znów spróbowała się wyrwać.
- Ej, spokojnie, spokojnie, dziewczyno! Nie zjem cię!
Głos nie brzmiał agresywnie, ani napastliwie. Półprzytomna ze strachu Mirabelle przestała się szamotać i uspokoiła oddech. Dopiero wtedy spojrzała na mężczyznę, który ją zaczepił.
Spojrzała i zaniemówiła.
Chłopak wyglądał na niewiele starszego od niej, choć w odgadnięciu jego wieku przeszkadzała wymalowana na kolorowo twarz i kędzierzawa peruka. Bo to musiała być peruka, nikt nie ma przecież takich włosów! Ubranie pozszywane z kolorowych skrawków i buty z wygiętymi noskami nie pozostawiały wątpliwości co do jego profesji.
O ile klaun to profesja...
- Przepraszam, pan mnie chyba z kimś pomylił. - Ponownie podjęła próbę oswobodzenia się, ale już mniej chaotyczną i desperacką niż poprzednio.
Klaun tym razem puścił ją niespodziewanie łatwo.
- Nie chciałem cię wystraszyć - powiedział z uśmiechem. - Wyglądałaś na zagubioną. Zastanawiałem się, czy mogę ci jakoś pomóc. Kręcisz się tak bez celu z tym nieobecnym spojrzeniem, minęłaś nas już trzy razy i...
- Nas?
- Występuję tu z kolegą.
Tłum przerzedził się już nieco. Część z tych, którzy przyjechali razem z nią, opuściła stację wraz z czekającymi na nich rodzinami, czy przyjaciółmi. Do kolejnego odjazdu było sporo czasu i następni pasażerowie schodzili się bardzo powoli. Mirabelle mogła zatem swobodnie podążyć wzrokiem do miejsca wskazanego przez klauna. Faktycznie, pomiędzy dwiema absydami, pod ścianą stał wysoki mim. W przeciwieństwie do swojego barwnego towarzysza nie zwracał uwagi ani na Mirabelle, ani na nic innego.
- Hm. Aha. Rozumiem. - Dziewczyna nie miała ochoty na rozmowę ani z jednym, ani z drugim. Chciała jak najszybciej pożegnać się uprzejmie i odejść.
- No więc?
- Więc?
- Stało się coś? Potrzebujesz pomocy?
- Nie, skądże! Ja... dziękuję, ale chyba powinnam już iść. Wie pan, jestem... jesteśmy tu pierwszy raz, więc podziwiałam to piękne miejsce. Ale teraz chyba już czas na nas. Mój brat powinien odpocząć po podróży. Wie pan, on niedawno przeżył ciężki wypadek. Wciąż nie doszedł do siebie. W tym wypadku zginęli nasi rodzice i yyy... przyjechałam tu do pracy. Muszę teraz nas oboje utrzymać. Będę pracowała w fabryce. Właśnie jedziemy do naszej kwatery, a rano...
Chciała, żeby uznał ją za osobę, która wie, po co tu przybyła i pozwolił jej po prostu pójść sobie i zająć się własnymi sprawami. Sądziła, że informując go o swoich planach sprawi pożądane wrażenie. Tym większa była jej konsternacja, gdy klaun roześmiał się. Spojrzała na niego z wyrzutem.
- Przepraszam – parsknął. - Ale czy naprawdę spodziewasz się dostać kwaterę? W środku nocy? Ot tak, od ręki, w dodatku nie będąc jeszcze pracownicą?
Mogła skłamać. Mogła powiedzieć, że pracę już ma załatwioną, kwaterę też, że ma tu przyjaciół, którzy się nią zaopiekują, że dziękuje uprzejmie, ale musi już iść, bo na nią czekają, że do widzenia i miłego wieczoru.
Ale sceptyczny klaun zasiał w niej poważne wątpliwości. A jeśli to wszystko naprawdę nie jest tak proste, jak jej się wydawało?
- Co pan ma na myśli? - zapytała ostrożnie.
- Nie dostaniesz od razu kwatery – wyjaśnił już z powagą. Najpierw musisz się zatrudnić, otrzymać kartę pracowniczą, skierowanie... Wcześniej niż jutro rano tego nie załatwisz.
- Ach tak. Cóż. Dziękuję za informację. W takim razie zaczekamy do jutra w pensjonacie. Jeśli byłby pan łaskaw i wskazał drogę do jakiegoś...
- Ale po co tracić pieniądze na pensjonaty! - zawołał klaun entuzjastycznie, jakby właśnie wpadł na jakiś wspaniały pomysł. - Przecież my możemy cię przechować. Prawda, Aimar?! - zawołał w stronę przyjaciela, ale ten nie zareagował. - Za chwilę tu kończymy. Tylko się przebierzemy i możemy iść!
- Pan chyba oszalał! - wykrzyknęła oburzona. - Przecież to... przecież tak nie przystoi! Panowie jesteście... a ja... Samotna kobieta z dwoma mężczyznami...?!
- Źle mnie zrozumiałaś – zapewnił pospiesznie. - Nie chcemy zabrać cię do naszego domu! To znaczy... chcemy. Ale nasz dom ma trochę inny charakter, niż sobie wyobrażasz. Dostaniecie osobne pokoje, zapewnimy wam całkowitą prywatność. Poza tym nie mieszkamy sami, jest tam mnóstwo ludzi, nic się wam nie stanie!
- To gdzie wy żyjecie? - spytała, coraz bardziej zaciekawiona. - W jakiejś... komunie?!
- Prawie. - Uśmiechnął się szeroko. - W teatrze.

Pałac Masek nie był zapewne najświetniejszą instytucją kultury w stolicy, ale wyglądał wystarczająco porządnie, by nie budzić wątpliwości, czy aby faktycznie jest tym, za co próbuje uchodzić. Klaun, który po drodze oznajmił, że nazywa się Aso, przedstawił Mirabelle i Williama obecnej akurat w budynku części trupy. Wszyscy okazali niebywałą życzliwość i nie mieli nic przeciwko zakwaterowaniu ich na noc. Tylko Aimar wciąż milczał uparcie, jak na mima przystało.
- Życzycie sobie wspólny pokój, czy osobne? - zapytała wesoła, potężnie zbudowana kobieta, prowadząc Mirabelle i Willy'ego na górę po schodach wyłożonych wypłowiałym, czerwonym dywanem. Przejęła ich od dwóch ulicznych artystów, którzy po całym dniu występów na dworcu poszli chwilę odpocząć.
- Wspólny, jeśli można – odpowiedziała Mirabelle. - Mój brat jest ciężko chory, nie powinnam spuszczać z niego oka.
Kobieta - wcześniej powiedziała chyba, jak ma na imię, ale Mirabelle nie zdołała zapamiętać – skinęła tylko głową z uśmiechem. Zerkała raz po raz na wciąż zakutanego w płaszcz i zakapturzonego Williama, ale w jej wzroku więcej było współczucia, niż ciekawości.
- Pierwszy raz w stolicy? - zapytała, gdy szły wąskim korytarzem.
Mirabelle potwierdziła niezbyt eleganckim mruknięciem.
- Jak ci się podoba?
- Bardzo ładnie. Wszystko jest takie... duże!
Ich przewodniczka roześmiała się.
- O tak – powiedziała. - Kiedy tu przyjechałam, byłam młodsza, niż ty teraz. Cały ten ogrom mnie przytłaczał. Ale przywykłam. Teraz już nie mogłabym żyć na wsi, ani w jakiejś prowincjonalnej dziurze. Czułabym się jak w kraju liliputów! Aimar i Aso zabrali cię powozem?
- Tak. Pierwszy raz widziałam całkowicie zautomatyzowane powozy! W moich stronach rzadko jeździ się powozami, a jeśli już, to wciąż takimi, które potrzebują kierowcy!
- I tam pewnie kiedyś dotrze postęp – westchnęła filozoficznie kobieta i przystanęła gwałtownie. - Tutaj. - Otworzyła proste, drewniane drzwi. - Kiedyś tu, na górze, były wielkie sale. Urządzano bale i bankiety. Potem w mieście wyrosły jak grzyby po deszczu nowe, bardziej imponujące teatry, kluby, filharmonie i czasy naszej świetności się skończyły. Zrobiliśmy więc remont i na górze powstała część mieszkalna. Dzięki temu ci z pracowników, którzy mieli takie życzenie, mogli przeprowadzić się tutaj i mieć, no cóż, bliżej do pracy. Odpocznijcie chwilę, zostawcie bagaż. – Zerknęła z powątpiewaniem na niewielką walizkę Mirabelle. - Potem zejdźcie na dół do bufetu. Przygotuję coś do jedzenia. Na pewno jesteście głodni po podróży. Poza tym Aimar i Aso chcieliby z tobą porozmawiać.
Po tych słowach posłała jej jeszcze jeden ciepły uśmiech i odeszła zabawnym, kaczkowatym krokiem.
Aimar i Aso? A czegóż oni mogą chcieć? Mirabelle poczuła obawę, że jednak jej pierwsze przeczucie się sprawdzi i młodzi mężczyźni za wyświadczoną przysługę zażądają zapłaty w formie, której za nic nie mogłaby zaakceptować. Ostatecznie nie bez powodu krążą opowieści o wątpliwej moralności i złym prowadzeniu się aktorów...
No cóż, skoro była na tyle głupia, by wyrazić zgodę na przyjście tu, teraz musi znaleźć sposób, by się z całej sytuacji jakoś wykręcić.
Pokoik był mały, ale czysty i zadbany. Dwa łóżka, dwa krzesła, stolik i szafa stanowiły całe wyposażenie. Na ścianach w kolorze rozgotowanego szpinaku wisiało kilka małych obrazków w nieproporcjonalnie dużych ramach, a szkarłatne zasłonki w małym oknie były szczelnie zaciągnięte.
Odstawiła walizkę, zdjęła płaszcz i ułożyła Williama na łóżku, jego przezornie nie pozbawiając okrycia. Zastanowiła się przelotnie, czy zdoła go tutaj jakimś sposobem wykąpać, bez zwracania niczyjej uwagi.
Nie było sensu czekać bezczynnie i rozmyślać, o czym takim Aimar i Aso chcieli z nią rozmawiać, zatem wyszła szybko i zbiegła na dół. Nie dostała klucza, nie mogła więc zamknąć Williama w środku. Nieco niepokoiła ją myśl, że ktoś może wejść i przypadkiem zauważyć coś, czego nie powinien, ale miała nadzieję, że nawet aktorzy mają minimum kultury i nie będą bez powodu włazić gościom do pokoju.
Dopiero kiedy nie musiała prowadzić Williama poczuła, jak bardzo do tej pory ograniczało jej to swobodę ruchów. Wreszcie też nie musiała na niego uważać, niczego tłumaczyć, ani zerkać, czy aby szkielet nie wystaje spod ubrania, tudzież pilnować, by nikt nie zajrzał pod kaptur.
Nagle poczuła się znacznie pewniej.
Zmierzając do bufetu spotkała kilku aktorów. Wszyscy uśmiechali się do niej, a jeden, zagadnięty o drogę, odpowiedział uprzejmie, więc nie kluczyła zbyt długo ciemnymi, wąskimi korytarzami. Gdy weszła do sali udekorowanej artystycznie drapowanymi tkaninami, zastała tam już obu młodych mężczyzn. Siedzieli przy stoliku w kącie i zajadali coś, czego na pierwszy rzut oka nie była w stanie zidentyfikować. Bez kostiumów wyglądali zupełnie zwyczajnie. Aso-klaun był niższy i nieco bardziej przysadzisty od swojego kolegi. Miał brązowe, rozczochrane włosy i wesołą twarz. Aimar włosy miał jasne i półdługie, był blady i poważny. Nosili ubrania o podobnym kroju - proste, koszule, kaftany i wąskie spodnie. Tyle że Aso upodobał sobie jasne, pastelowe kolory, natomiast Aimar najwyraźniej gustował w czerni.
- Podobno panowie chcieli mnie widzieć – zagadnęła Mirabele, stając koło ich stolika.
- Siadaj, poczęstuj się plackiem. - Aso wskazał jej wolne krzesło. Na stole stało już nakrycie dla niej. - I nie bądź taka sztywna. Z nas żadni panowie.
Była pełna obaw, ale skorzystała z zaproszenia. Przysiadła na brzegu krzesła i sięgnęła po placek. Okazał się bardzo smaczny, choć nie miała pojęcia, z czego go zrobiono. Smakował inaczej, niż cokolwiek, co jadła do tej pory.
- Posmaruj pastą, są jeszcze lepsze.
- Chcieliście ze mną rozmawiać – powiedziała, by jak najszybciej przejść do rzeczy i mieć to już za sobą. Zgodnie z ich sugestią darowała sobie uprzejmości i konwenanse.
- Tak – powiedział Aimar. Odezwał się po raz pierwszy, odkąd Mirabelle spotkała go na dworcu. - Pomówmy otwarcie.
Aso obdarzył go potępiającym spojrzeniem, ale ostatecznie pokręcił głową z rezygnacją i mruknął coś, co brzmiało jak: „A rób, co chcesz!”
- Otwarcie? - Mirabell poczuła uderzenie gorąca. - Nie rozumiem...
- Przewiozłaś zakazaną konstrukcję pociągiem przez pół kraju – przerwał jej Aimar, nie podnosząc głosu. - Naprawdę myślałaś, że nikt się o tym nie dowie?
* * *
Błazen stał w dużej i mrocznej sali prób i rozglądał się dookoła. Od czasu, gdy bywał tu regularnie, miejsce to niemal zupełnie się nie zmieniło. Wąskie okna, zaczynające się pod sufitem, a kończące w połowie surowej, betonowej ściany, nie wpuszczały zbyt wiele światła. Błazen zawsze uważał, że w takim miejscu powinno być chyba jaśniej. Po co ćwiczącym tu dziewczynom te wielkie lustra na drugim końcu hali, skoro i tak na ogół nie mogły w nich niczego wyraźnie zobaczyć? Co prawda kiedy zbyt bardzo się ściemniło, zapalały przytwierdzone do ścian lampy gazowe, ale nie dawało to zbyt wiele.
Nie dostrzegła go od razu. Nic dziwnego. Raczej nie spodziewała się nikogo o tej porze, a już na pewno nie jego, chociaż prawdopodobnie wiedziała o jego przyjeździe. Tańczyła w skupieniu przed lustrem, a on patrzył. Patrzył na szczupłe ciało w bladoróżowej, rozkloszowanej sukience, na wysoko upięte, jasne włosy, chłonął spojrzeniem wszystkie ruchy, tak bezbłędne, tak nieludzko precyzyjne. Albo zapomniał, jak piękne może być to widowisko – nawet bez sceny, dekoracji i kurtyny, albo przez te lata stała się jeszcze lepsza, choć przecież wtedy był przekonany, że lepsza już być nie może.
Dopiero, gdy skończyła, omiotła wzrokiem pomieszczenie i zobaczyła go. Nie mógł stwierdzić, czy rozpoznała z tej odległości, a ona niczym się nie zdradziła. Podeszła powoli mechanicznym krokiem nakręcanej lalki. Podeszła bardzo blisko i spojrzała mu w twarz oczami bez wyrazu. Zrobiła dwa kroki w tył i wykonała niezgrabny ukłon. Wyprostowała się, a na jej twarzy zagościł uprzejmy, wyuczony uśmiech. Splotła dłonie na podołku i stała bez ruchu.
Lalka-baletnica, czekająca, aż ktoś ją nakręci.
Była fizycznie zdolna do naturalnego uśmiechu i swobodnej postawy. Nie powinna sobie na to pozwalać, ale Błazen dobrze pamiętał te sekretne chwile, gdy bez skrupułów i z pełną świadomością łamała zasady i na moment – tylko dla niego - stawała się zwyczajną dziewczyną. Podejrzewał, że wciąż potrafiłaby to zrobić, gdyby chciała.
Sęk w tym, że nie chciała.
Nawet nie bardzo mógł jej się dziwić.
- Opuściłeś posterunek – powiedziała zgrzytliwym, wypranym z emocji głosem. - Zostawiłeś obiekt bez nadzoru.
- Nie takie pierwsze słowa człowiek chciałby usłyszeć po sześciu latach rozłąki. - Uśmiechnął się krzywo.
- Opuściłeś...
- Daj spokój! Wiedzieli, że on tu jedzie, jeszcze zanim nogę za próg wystawił, jak mniemam. Słusznie mniemam? - Nie odpowiedziała, ale nie potrzebował odpowiedzi. Słusznie mniemał. - Mogli go dorwać już w pociągu! Skoro tego nie zrobili, widocznie mają jakieś powody. O dziewczynie też wiedzą?
- Prawdopodobnie. Ale to nie twój problem. Ona ma już ochronę.
- Dlaczego jeszcze nie wykonali kroku?
- Długo na to czekali. Za długo, żeby wszystko załatwić szybko i po cichu. Ale niebawem się zacznie. A kiedy się zacznie, ty powinieneś być na posterunku.
- Będę.
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Posty: 135
Rejestracja: 04 września 2014, 07:39

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane]

Post autor: Gorgiasz » 13 grudnia 2014, 14:50

Dobrze, płynnie i praktycznie bezbłędnie napisany tekst. Właściwie nie mam się do czego przyczepić. Obrazek

Bardzo plastyczny i szczegółowy opis dworca. Wiem już,po co Ci była absyda. Fakt, że poświęciłaś tyle czasu i wysiłku, aby określić jakiś szczegół – rozumiem, że miałaś pewną wizję czy koncepcję, którą chciałaś zrealizować – budzi szacunek i uznanie. Nie idziesz na skróty, wiesz co chcesz powiedzieć i dbasz o szczegóły. Efekt jest znakomity.
Podobnie bardzo przekonujące zakończenie rozmowy bohaterki z dwoma aktorami. Proste, zwyczajne słowa, ale niespodziewane i robiące odpowiednie wrażenie na czytelniku.

Czekam na ciąg dalszy.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 480
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane]

Post autor: Krin » 13 grudnia 2014, 17:04

Tekst faktycznie bezbłędny z wyjątkiem tego jednego akapitu z toksycznym stężeniem "się", o którym ci już mówiłam, ale to rzecz tak drobna, że gdybym ostatnio nie była na nie tak strasznie przeczulona, nie zauważyłabym. Dowodzi to twoich związków z ciemnymi siłami.

A fabuła ciekawa i trzymającą w napięciu. Szczególnie ta ostatnia scena mnie zaintrygowała. Teraz się zastanawiam, kto i co zrobił z tą dziewczyną, bo jeśli dobrze rozumiem jest ona człowiekiem, ale nie takim jak narzeczony Mirabelle (jak on miał na imię? O.o), ponieważ może się zachowywać normalnie. Brr... Jakieś mroczne tajemnice.

Jeśli chodzi o mój stosunek do bohaterów to nie lubię Mirabelle - jest po prostu głupia i naiwna. Bardzo lubię za to Kapelusznika. Mam nadzieję, że nie przypłaci życiem całej sprawy. Ciekawi mnie też skąd on się właściwie wziął, skąd ma takie umiejętności? Nie rozumiem tylko, czemu jego wygląd został tak późno opisany i jak dla mnie spojrzenie w lustro to strasznie "podręcznikowy" sposób. ;)
A Błazen Cmentarny jest niepokojący. Aż do ostatniej sceny wydawał mi się zwykłym głupim błaznem. Teraz wydaje mi się mi mówi, że ma jakieś powiązania z tą trupą teatralną, bo to przecie nie może być przypadek. :D
Swoją drogą to myślałam początkowo, że jeden z tych braci też jest podobną maszyną, co narzeczony Mirabelle. Tak mówię, żebyś wiedziała.

Dzisiaj też dopiero zaczęłam się zastanawiać, o co chodzi z tytułem. Ładny. Wszyscy kojarzą słowa "na obraz i podobieństwo", więc można snuć domysły, ale jednak nadal wie się niewiele.

Pisz! To świetnie, że nie tylko sprawia ci to radość, ale też świetnie wychodzi!
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 133
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane]

Post autor: nuklearna_wiosna » 23 grudnia 2014, 19:33

Gorgiasz, Krin, dziękuję za komentarze i za sygnały, że jednak da się to czytać :heart:
Mam nadzieję, że tę część również. Cóż, okaże się... ;)



III Reinhard van Foltyn myślał tylko o tym, że musi zaciągnąć zasłony.
Przed nim na biurku spoczywał plik dokumentów, a on czuł się jak bohater satyrycznych rycin - prześmiewczo przedstawiony urzędnik, którego nie widać zza stosu papierów. Czy te prostackie obrazki naprawdę kogokolwiek bawiły?! Chyba tylko jakichś lekkoduchów bez wyobraźni!
Pozornie nie było tak źle. Ledwie kilka cienkich teczek. Ale w rzeczywistości Reinhard van Foltyn był wręcz przywalony robotą. Powinien w tej chwili myśleć wyłącznie o swoim zadaniu. O bardzo pilnym, nie cierpiącym zwłoki zadaniu, wyznaczonym mu tego ranka przez Radę. Naprawdę powinien o nim myśleć - bardzo poważnie i intensywnie.
A myślał tylko o tym, że musi zaciągnąć zasłony.
I pogrążyć się w rozpaczy.
Bo jak niby miał pogrążyć się w rozpaczy, gdy za oknem słońce świeciło radośnie, zalewając surowy, zwykle ponury gabinet złotym blaskiem?! Pogoda ewidentnie drwiła sobie z niego.
I nie tylko ona.
- Czy ta wariatka musi szargać moje nazwisko?! - Z całej siły walnął dłonią w zmiętą gazetę, leżącą obok równo ułożonych teczek. - Chce się ośmieszać, proszę bardzo, ale dlaczego...
- Sam jej je dałeś – odparła spokojnie jego małżonka, rozparta w fotelu za swoim biurkiem i zajęta... właściwie niczym szczególnym, z wyjątkiem psucia mu nerwów.
Cynthii van Foltyn w zasadzie w ogóle nie powinno tu być. Wśród elit państwowych w dobrym tonie było oddzielanie działalności politycznej od życia rodzinnego, toteż żony jeszcze do niedawna nie pojawiały się w pałacach ministerialnych. Jednak poprzedniczka Cynthii raz a dobrze przetarła im szlak, łamiąc wszystkie niepisane zasady i kilka spisanych również. Z wdziękiem pijanego goryla wkroczyła w świat polityki, a Reinhard, ogłupiony przez absurdalne uczucie, zaakceptował jej poroniony pomysł. Nawet wygłosił publiczne oświadczenie w tej sprawie.
Aktualnie bardzo żałował, że mu wówczas język kołkiem nie stanął.
Albo że go nie trafił grom z jasnego nieba.
A właśnie – zasłony! Tak przy okazji jasnego nieba.
Cholera, zostaje człowiek ministrem, przez trzy lata wzorowo wypełnia swoje obowiązki, zarządza sztabem ludzi, a nie ma mu kto zaciągnąć głupiej zasłony, kiedy jemu samemu tak strasznie nie chce się ruszyć tyłka z fotela! Cynthii przecież o to nie poprosi. Jeszcze mu życie miłe! Chociaż i tak podejrzewał, że dzień w którym żona udusi go we śnie poduszką zbliża się wielkimi krokami.
Nie miał pojęcia, dlaczego akurat we śnie poduszką, ale jakoś tak mu to do niej pasowało.
Wiedział doskonale, jak bardzo Cynthia nie chce z nim tutaj przebywać i jak bardzo gardzi kobietą, dzięki której otrzymała ten wątpliwy przywilej. Jedynym powodem, dla którego zmuszała się do spędzania niemal całych dni w pałacu, był strach przed opinią publiczną.
Reinhard westchnął.
-Tak. Ja jej je dałem – przyznał niechętnie. - Ale zrzekłaby się go po rozwodzie, gdyby miała odrobinę przyzwoitości!
Cynthia prychnęła. Nigdy nie ukrywała, co sądzi o tak zwanej przyzwoitości Anneliese van Foltyn.
- Za błędy się płaci – powiedziała chłodno. Powtarzała mu to kilka razy dziennie. Nauczył się nie reagować.
- Ta kobieta próbuje mnie upokorzyć! - warknął tylko i jeszcze raz przywalił w niewinną niczemu gazetę.
- Owszem. I całkiem nieźle jej to wychodzi. Jak to było? „Mechanizmy wolne od idei!”, „Maszyny na straży zdrowia i życia!”. To największy marsz przeciwników ustawy o ochronie człowieczeństwa, jaki odbył się do tej pory. Ona jawnie występuje przeciw polityce państwa.
- Jest niegroźna. Zbiera małolatów, którzy nie pamiętają, jak to było, gdy robotycy i nekroinżynierowie z Centralnego Towarzystwa Nauk mieli wpływy w państwie. Albo starych malkontentów, z upodobaniem wzdychających, że kiedyś było lepiej, nawet jeśli nie było. W praktyce nie jest niebezpieczna. Co nie zmienia faktu, że szarga moje nazwisko!
- Nasze nazwisko.
- Nasze, nasze!
- Ciekawy moment sobie wybrała, nie uważasz?
- Co masz...
- Nie rób ze mnie idiotki! – syknęła. – Przecież wiem, że coś się dzieje! Ten cały dawny przewodniczący Centralnego Towarzystwa Nauk wrócił do miasta i wszyscy macie pełne portki! A Twoja była żona, dziwnym trafem, dzień przez jego przyjazdem organizuje największy od kilku lat spęd zwolenników starego porządku! Naprawdę chcesz mi powiedzieć, że to przypadek?!
No tak. W zasadzie nie powinien się dziwić. Cynthia nie interesowała się polityką, jednak pozostawało faktem, że codziennie rano przychodziła do pałacu i rozsiadała się w gabinecie Reinharda za biurkiem, które dawno temu kazał wstawić dla Anneliese. Była to, rzecz jasna, wyłącznie demonstracja na użytek opinii publicznej i oboje doskonale o tym wiedzieli.
Minister przez jakiś czas współpracował ze swoją byłą żoną, jak z równorzędnym partnerem, ryzykując gigantyczny skandal. Był jednak zręcznym politykiem i ze swojego nietaktu uczynił precedens. Jak sam twierdził – zapoczątkował nową tradycję. Cynthia czuła się zatem w obowiązku tradycję tę kontynuować, by ludzie nie zaczęli opowiadać, że minister technologii, Reinhard van Foltyn, uznał swoją drugą żonę za zbyt głupią i odsunął od ważnych spraw.
Kobieta wcale nie ukrywała przed mężem swoich motywów, a on, dla świętego spokoju, tolerował jej obecność w pałacu. Był świadomy, że w istocie wszystkie te „ważne sprawy” niewiele ją obchodziły. Ale siłą rzeczy miała do nich dostęp, wiedziała, co się dzieje. A teraz akurat postanowiła wykorzystać tę wiedzę, rzucając na Anneliese podejrzenie o…
- Nie! – powiedział stanowczo. – To niemożliwe. Ona nie miałaby jak tego zrobić! Z tego, co wiemy od naszych informatorów, ten człowiek po wyjeździe z miasta zaszył się w jakiejś zapadłej dziurze. Z dokumentów pocztowych wynika, że nie wysyłał żadnych wiadomości nie tylko do stolicy, ale w ogóle nigdzie. Nie było sposobu, by Anneliese mogła być w kontakcie…
- Nie broń tej dziwki! – Cynthia poderwała się z fotela i huknęła dłonią w biurko, wcale nie słabiej, niż wcześniej Reinhard. Stała tak przez chwilę, pobladła, z zaciśniętymi ustami, oddychając szybko przez nos. W końcu coś, być może ból zaciskanej przez cały czas szczęki, przywróciło ją do rzeczywistości. Usiadła z powrotem i zaczęła nerwowo bębnić palcami w poręcz fotela, uparcie wbijając wzrok w nieciekawą skądinąd, bladozieloną ścianę.
Reinhard obserwował ją uważnie. Przyzwyczaił się do tego, że na ogół była skrzywiona i niezadowolona, ale takie wybuchy zdarzały jej się tylko, gdy rozmowa schodziła na Anneliese.
Nie miała powodów do zazdrości. Minister rozstał się z pierwszą żoną w gniewie, by nie rzec – w nienawiści. Aktualnie ich relacje sprowadzały się jedynie do okazyjnego robienia sobie wzajemnie na złość. Ale Cynthia nie mogła wybaczyć Reinhardowi, że pięć lat temu, ni z tego, ni z owego, zerwał zaręczyny z nią i ożenił się pospiesznie z niemal obcą sobie wówczas kobietą, wprowadził ją na salony, cudem nie tracąc poparcia elit, a po objęciu stanowiska ostentacyjnie obnosił się ze swoim uczuciem, jak żaden minister przed nim. I choć po rozstaniu z Anneliese wrócił do Cynthii i prosił, by przyjęła go ponownie, ona w jego skruchę nie uwierzyła. A nawet, jeśli uwierzyła, to uznała jej wymiar za dalece niewystarczający, by puścić w niepamięć doznane upokorzenie. Wyraziła zgodę na małżeństwo wyłącznie ze względu na rodziców, którzy dali się Reinhardowi przebłagać zaskakująco łatwo. Nie zdołali pięć lat wcześniej wydać jedynaczki za obiecującego młodego polityka, teraz natomiast miała wyjść za ministra technologii. Warto było czekać!
A czekali wszyscy, nie tylko rodzice Cynthii.
Osoby z kręgów towarzyskich, w których obracał się Reinhard, jego przełożeni i współpracownicy, akceptowali go jako buntownika, póki wypełniał swoje obowiązki. Cały czas jednak wyczekiwali, aż powinie mu się noga, wiedział o tym doskonale. A gdy to w końcu nastąpiło, odetchnęli z ulgą. Siła konwenansu przeważyła absurdalne widzimisię jednostki. Wszystko wróciło na swoje miejsce. Pogląd, że bezpieczniej i spokojniej płynąć z prądem, po raz kolejny znalazł potwierdzenie, a ludzie odzyskali spokój i miłą świadomość, że ich styl życia jest jedynym słusznym.
Reinhard gardził nimi.
Ale nie tak bardzo, jak samym sobą.
Zerkał niepewnie na obrażoną Cynthię, nie mając pojęcia, co powiedzieć i czy w ogóle powinien mówić cokolwiek. Z doświadczenia wiedział, że temat Anneliese, jeśli już się pojawi, należy ucinać najszybciej, jak to tylko możliwe. Tym razem też zamierzał tak zrobić. Jego żona jednak wyraźnie czekała na przeprosiny, a te za nic nie chciały mu przejść przez gardło. Patrzył więc dalej na drobną, nachmurzoną twarz kobiety, rejestrując coraz więcej szczegółów – wąskie, zaciśnięte usta, wodniste oczy, odrobinę za długi nos i odstające uszy. Cynthia nie była ładna, ale pamiętał przecież, że kiedyś miała w sobie coś, co mu się podobało. Obecnie nie kojarzył już, co to takiego mogło być. Wyglądała jednocześnie na mniej i na więcej niż swoje dwadzieścia sześć lat. Na mniej, ponieważ zwykle nie stosowała makijażu i czesała się zawsze tak samo - w prosty warkocz, który, przerzucony przez ramię, nadawał jej wygląd grzecznej uczennicy. Na więcej - z powodu permanentnego grymasu złości, smutku i goryczy, odpowiedzialnego za sieć zmarszczek mimicznych, rzadko widywanych u kobiet w tym wieku. Wybryk natury, myślał Reinhard. Dziewczynka, która zamiast dojrzeć i wkroczyć w dorosłość, od razu zaczęła się starzeć. Możliwe zresztą, że tak właśnie było. I że on sam miał w tym spory udział.
Jego kondycja ostatnio też nieco się pogorszyła. Miał trzydzieści pięć lat i wciąż uchodził za przystojnego mężczyznę, jednak w dość krótkim czasie sporo przybrał na wadze. Dzięki temu, że był wysoki, a dodatkowe kilogramy rozłożyły się proporcjonalnie, nie można było nazwać go grubym - bardziej pasowało określenie: „potężny”. Zdawał sobie sprawę, że to tylko kwestia czasu - jeszcze trochę nadprogramowego tłuszczu i żadne eufemizmy nie pomogą. Zapuścił wąsy i brodę, bo codzienne golenie uważał za stratę czasu, a czarne, zmierzwione zwykle włosy oraz krzaczaste brwi czyniły jego fizjonomię jeszcze bardziej dziką, w pewien sposób nawet niepokojącą. Minister technologii Reinhard van Foltyn wyróżniał się na tle gładkich i wymuskanych przedstawicieli elit politycznych i choć niekoniecznie był z tego zadowolony, na przekór wszystkim nie miał zamiaru niczego zmieniać. Na tę jedną, ostatnią ekstrawagancję jeszcze było go stać.
Rozmyślał tak nad sobą przez dłuższy czas, jak zawsze, gdy miał jakiś problem i jak zawsze zadawał sobie pytanie, co właściwie tutaj robi. Przy czym „tutaj”, w zależności od kontekstu, mogło oznaczać cokolwiek: stanowisko, małżeństwo, albo też trudną sytuację, w której akurat postawił go los, czy może raczej Rada. W tym wypadku oznaczało wszystko naraz.
Postanowił zignorować obrażoną małżonkę. Spodziewał się, że w końcu jej przejdzie. Bardziej zastanowił go fakt, że tak szybko skojarzyła przyjazd byłego przewodniczącego do stolicy z tym idiotycznym marszem zorganizowanym przez Anneliese. Skoro nawet dla niej powiązanie wydało się oczywiste, wątpił, by Rada na to nie wpadła.
Czy dlatego przydzielili mu to zadanie?
Wracał myślami do porannego spotkania, szukając jakiegoś punktu zaczepienia, czegoś, co pozwoliłoby mu upewnić się, że sposób rozwiązania problemu nie został mu podczas tej rozmowy zasugerowany.
I że Anneliese nie ma z tym wszystkim nic wspólnego

Dotarcie do siedziby Królewskiej Rady Generalnej wymagało żelaznej kondycji, której Reinhard nie posiadał. Swoim powozem mógł podjechać jedynie do stóp naturalnego wzniesienia, na którym wybudowano Pałac Trojga. Potem musiał rozpocząć wspinaczkę po szerokich schodach aż do bram ogrodu. Dalej wąska, wysypana żwirem ścieżka zaprowadziła go do drzwi, za którymi czekało kolejne wyzwanie – dotarcie na sam szczyt wieży obrad.
Rzadko odwiedzał salę, do której dziś go zaproszone, toteż robiła na nim zawsze duże wrażenie. Była okrągła i niemal pusta. Wzór na kafelkach podłogowych układał się tak, by dokładnie wyznaczyć środek. Tam właśnie stał prosty stół, nieproporcjonalnie mały względem ogromnego pomieszczenia, oraz krzesła, na których, twarzami do wejścia, siedzieli Radni – cała trójka. Za ich plecami rozpościerała się imponująca panorama miasta, gdyż połowa biegnącej po okręgu ściany była szklana i tak doskonale wypolerowana, że na pierwszy, a nawet na drugi rzut oka zdawało się, że w ogóle jej tam nie ma. Widok niewątpliwie zaparłby ministrowi dech w piersiach, gdyby męcząca wspinaczka nie uczyniła tego już wcześniej.
Reinhard zawsze czuł się tu nieswojo i to nie tylko z powodu zadyszki, która skutecznie odbierała mu całą powagę. Tego dnia było jeszcze gorzej, niż zwykle. Do tej pory Rada nigdy nie ukrywała, w jakim celu chce się z nim spotkać. Dziś był pierwszy raz. Nie miał pojęcia, co go czeka, nie dano mu szansy się przygotować.
Jak najszybciej chciał mieć to wszystko za sobą.
- Minister technologii, Reinhard van Foltyn, pozdrawia Królewską Radę Generalną – powiedział głosem na tyle mocnym, na ile pozwalało mu zmęczenie, ledwie tylko przekroczył próg. - Otrzymałem wezwanie – zwrócił się do Słuchu, podchodząc bliżej i stając naprzeciw stołu. - Rada życzyła sobie dziś mnie widzieć.
Słuch kiwnął tylko łysą głową.
- Proszę spocząć – powiedział beznamiętnie Głos.
Okazało się, że przygotowali krzesło i dla niego, było jednak wsunięte pod stół i nie dostrzegł go od razu. Wysunął je w końcu i usiadł naprzeciw trzech niemal identycznych starców.
Reinhard nie miał pojęcia w jaki sposób funkcjonowali, skoro każdy dysponował wyłącznie jedną zdolnością. By zostać usłyszanym, należało zwracać się do Słuchu. Mówił Głos, przy czym czasem opowiadał na pytania, jakby Słuch w jakiś sposób mu je przekazał, a czasem zachowywał się jak każdy głuchy człowiek i nie reagował na wypowiedzi rozmówcy. Wzrok jedynie patrzył i rejestrował, co działo się w pomieszczeniu. Reinhard wiele by dał, żeby zobaczyć, jak wyglądają ich obrady.
- Poprosiliśmy pana o spotkanie, ministrze, ponieważ do pałacowego oddziału kryzysowego dotarła niepokojąca wieść – Głos przemówił wyraźnie, jednak w ten charakterystyczny sposób, nie pozostawiający wątpliwości, że sam siebie nie słyszy. - Otrzymaliśmy wiadomość od zarządcy jednej ze stacji kolejowych. Podobno ktoś w pociągu zmierzającym do stolicy dostrzegł młodą kobietę, przewożącą zakazaną konstrukcję. Towarzyszący jej mężczyzna wtłoczony był, z tego, co nam powiedziano, w rodzaj mechanicznej zbroi, w jakiś sposób wspomagającej jego ciało, a ona sama nosiła protezę ręki, bądź coś podobnego. Postawiliśmy na nogi wszystkich informatorów i proszę zgadnąć, o czym nam donieśli?
Reinhard spojrzał na Słuch pytająco, ale starzec był przecież ślepy i nic nie robił sobie z pytających spojrzeń. Ani z żadnych innych.
- Nie wiem – powiedział więc chrapliwie minister.
- Proszę zgadnąć, którego z wygnanych nie znaleźli w jego norze?
- Ja...
- Augustin d'Avensis! - szczeknął głucho Głos. Reinhard nigdy wcześniej nie słyszał go krzyczącego. Do tej pory nawet nie potrafił sobie tego wyobrazić. - Wiedzieliśmy, że długo nie wytrzyma! Nie mamy pojęcia, po co stworzył konstrukt i po co wyruszył jego śladem, ale wiemy, że znów jest w stolicy i najprawdopodobniej ma jakiś plan!
Augustin d'Avensis. Reinhard znał to nazwisko. Każdy je znał, choć zwykle, mówiąc o jego właścicielu, używano po prostu słowa „przewodniczący”. Gdy kilka lat temu d'Avensis i jego organizacja mieli w państwie niemal nieograniczone wpływy, Reinhard był niewiele znaczącym lokalnym politykiem. Dopiero po przewrocie został ulubieńcem nowych władz i zaczął błyskawicznie awansować. To wtedy dowiedział się, czym naprawdę było tajemnicze Centralne Towarzystwo Nauk i do czego wykorzystywał je poprzedni król.
- W takim razie należy go aresztować – powiedział niepewnie. - Są podstawy...
- My, Głos, Słuch i Wzrok Króla, w imieniu Najjaśniejszego Pana, wyrażamy głębokie zaniepokojenie sytuacją i jednocześnie chcemy prosić pana, ministrze, o pomoc.
Reinhard nie potrafił stwierdzić, czy jego sugestia w ogóle do kogokolwiek dotarła.
- O pomoc? - jęknął słabo. - Ale...
Słuch nie reagował, a Głos mówił dalej.
- Moglibyśmy go ująć, osądzić i skazać, ale mamy szansę zrobić wiele więcej. Dawny przewodniczący przybył tu po coś i nie mamy wątpliwości, że jego zwolennicy, którym jakoś udało się przyczaić w mieście i przeczekać przewrót, teraz się do niego odezwą. Nigdy nie mieliśmy wątpliwości, że Towarzystwo, choć osłabione i pozbawione wpływów, nadal działa w podziemiu. Dzięki d'Avensisowi wywleczemy ich stamtąd! Co do jednego! Pan, jako minister technologii, powinien stanąć na czele tej operacji.
- Dobrze. Jeszcze dziś wyślę...
- Proszę pamiętać – przerwał Głos – że gdyby to było proste zadanie, poradzilibyśmy sobie z nim już sześć lat temu, podczas przewrotu.
- Co...
- Dlaczego ledwie kilku członków towarzystwa zostało osądzonych i straconych? Dlaczego tak wielu, w tym d'Avensisowi, pozwolono bez szwanku opuścić miasto? Dlaczego części niewątpliwie udało się ukryć i działać dalej? A skoro mamy niemal pewność, że to robią, dlaczego nie jesteśmy w stanie ich złapać? Myśli pan, że są tacy sprytni? Że paru jajogłowych naukowców może grać sobie w kotka i myszkę z Królewską Radą Generalną i samym Najjaśniejszym? Że potrafiliby wywieść w pole służby porządkowe i naszych najlepszych informatorów? O nie, panie van Foltyn. Nie sądzę...
Reinhard nie wiedział, co odpowiedzieć i czy w ogóle jest sens odpowiadać. Słuch wyglądał, jakby zasnął, Wzrok patrzył tępo gdzieś przed siebie.
- Poprzednio popełniliśmy błąd – odezwał się ponownie Głos, utwierdzając ministra w przekonaniu, że jego odpowiedź w istocie nie była nikomu do niczego potrzebna. - Uznaliśmy, że skoro Towarzystwo ma zapewnione pełne poparcie i protekcję ówczesnych władz, nie będzie korzystało z żadnej innej ochrony. Trzeba było uważniej słuchać plotek...
- Chce pan powiedzieć...
Słuch przerwał mu, uderzając dłonią w stół. Czyli jednak nie spał. Reinhard zamilkł posłusznie.
Głos wychylił się do przodu i odwrócił głowę w stronę ministra, choć do tej pory przez cały czas przemawiał w przestrzeń. Van Foltyn odniósł upiorne wrażenie, że Radny widzi go doskonale, choć bielmo na oczach wyraźnie wskazywało, że nie jest to możliwe. Starzec uśmiechnął się, ukazując małe, ostre zęby.
- Co pan na to – wyszeptał - by zapolować na legendę?

Reinhard van Foltyn odtwarzał w myślach tę rozmowę już kolejny raz, ale niczego nowego się w niej nie dopatrzył. Na koniec Wzrok, Słuch i Głos wręczyli mu jeszcze kilka cienkich teczek, w których zebrali nieliczne informacje, a które teraz leżały przed nim i doprowadzały go do rozpaczy. Głos przypomniał, jak ważna jest ta misja dla funkcjonowania całego kraju i pożegnał go uprzejmie. Ani słowa o Anneliese.
Swoją drogą to jednak było dziwne. Wiele uchodziło jej na sucho, głównie dlatego, że była kiedyś jego żoną, ale mimo tego wciąż musiał znosić docinki i krzywe spojrzenia. Rada też już kilka razy prosiła go o interwencję i rozmowę z Anneliese. Tym razem nic takiego nie miało miejsca. A przecież wczoraj naprawdę przesadziła!
Podejrzewali ją o kontakty z zakonspirowanymi komórkami Towarzystwa i chcieli, by wykorzystał ją w celu dotarcia do nich. Innej możliwości nie widział. Że też wcześniej na to nie wpadł! Dopiero Cynthia uświadomiła mu...
Właśnie, Cynthia!
- Ciągle się gniewasz? - zapytał. Miało to zabrzmieć przepraszająco i przymilnie. Zabrzmiało obojętnie.
- Wiesz co? Daj ty mi spokój – odpowiedziała zimno. - Wychodzę. Wracam do domu. - Wstała zza biurka. - Cały dzień będziesz o niej dzisiaj paplał, a ja nie mam ochoty tego słuchać!
Pewnie powinien ją zatrzymać, obiecać, że nie powie już ani słowa o Anneliese. Tego prawdopodobnie oczekiwała.
- Cynthia?
- Słucham? - Stojąc już z ręką na klamce odwróciła się z godnością.
- Jak spotkasz Erica gdzieś po drodze, poproś go, by przyprowadził Antoinette. Muszę pomyśleć, a lepiej mi idzie podczas oglądania występu.
W pierwszej chwili chciała chyba wyjść bez słowa i trzasnąć drzwiami, ale zrezygnowała.
- Jesteś obrzydliwy – powiedziała zamiast tego. - Wszyscy jesteście! Najpierw zakazaliście wykonywania mechanizmów na podobieństwo ludzi, a potem zaczęliście tresować ludzi na podobieństwo mechanizmów! Niedobrze mi, jak myślę o tobie i twojej Antoinette! Siedź tu sobie z nią, gap się bezwstydnie, rozmyślając o jeszcze innej... Rób, co chcesz! Ja mam dość na dzisiaj!
Dopiero po tej tyradzie wyszła. I trzasnęła drzwiami. A jakże.
Chwilę później do gabinetu zajrzał jasnowłosy i piegowaty młodszy sekretarz.
- Dzień dobry – odezwał się pogodnie, jak zawsze. - Pańska małżonka wspomniała, że prosił pan minister o występ.
- Tak, Ericu, dziękuję.
Młodzieniec wprowadził Antoinette. Obchodził się z nią, jak z lalką. Piękną, drogocenną, ale jednak - lalką. Pewnie na co dzień nie pamiętał nawet, że dziewczyna nie ma w sobie ani jednego mechanicznego elementu. Sam Reinhard niekiedy o tym zapominał.
Gdy baletnica w różowej sukience zaczęła występ, zapatrzył się na nią z zachwytem. Potem przeniósł wzrok na teczki. Nie przestały doprowadzać go do rozpaczy, ale teraz, gdy Cynthia zostawiła go wreszcie w spokoju, a pseudo-mechaniczna tancerka umilała mu pracę, mógł się wreszcie na nich skupić. Bezwiednie powiódł palcami po literach, wypisanych na wierzchu pierwszej teczki. Każda kolejna opatrzona była tym samym podpisem.
PANOPTICON.
- Ericu – odezwał się..
Chłopak drgnął. Również jak zahipnotyzowany wodził wzrokiem za tańczącą Antoinette i teraz, wyrwany z transu, zapewne spodziewał się reprymendy od pracodawcy.
- T... tak, panie ministrze, już idę. Już mnie tu nie ma!
Van Foltyn spojrzał na niego zdziwiony. Obecność sekretarza wcale mu nie przeszkadzała. Nie miał też nic przeciwko, by chłopak popatrzył sobie przez chwilę na baletnicę.
- Nie, ja nie o tym – mrukną z roztargnieniem. - Ja tylko... Czy mógłbyś, proszę, zaciągnąć zasłony?
* * * Z początku Grabarz pomyślał, że pomylił mieszkania.
Wszedł, po czym, ujrzawszy rozpartą w bujanym fotelu kobietę, której absolutnie nie powinno być w jego kwaterze, wymamrotał nieskładne przeprosiny i chciał oddalić się jak najszybciej.
Po przybyciu do stolicy nie znalazł Mirabelle na dworcu, a włóczenie się po ulicach z walizą uznał za zbyt niewygodne i przyciągające uwagę, wynajął więc na dwie noce nieduży pokój na piętrze stojącej blisko dworca ozdobnej kamienicy. Mógł oczywiście poszukać czegoś tańszego, ale aktualnie miał inne priorytety, niż dbanie o finanse. Nawet nie obejrzał zbyt dobrze tymczasowego lokum, ani nie zszedł na dół pogawędzić z sędziwym właścicielem, choć ten uprzejmie zaproponował wspólną herbatę, gdy tylko nowy gość się rozpakuje. Nowy gość jednak rozpakowywać się nie zamierzał. Zostawił tylko bagaż i niezwłocznie wyruszył na poszukiwania.
Wieczorem, po obejściu wszystkich okolicznych pensjonatów, hoteli i domów, oferujących pokoje do wynajęcia, wracał do swojej kwatery, rozczarowany i wściekły na siebie. Co niby myślał? Że dziewczyna po przyjeździe będzie stała sobie, jak gdyby nigdy nic, w pobliżu dworca i czekała na niego?! Przecież ona mogła być wszędzie. Wszędzie! Dobrze, że przynajmniej Błazen dał mu wreszcie spokój...
Był zmęczony, kompletnie rozstrojony i zaabsorbowany ponurymi rozważaniami, toteż, widząc w pokoju nieznajomą kobietę, przyjął bez oporów – choć ze wstydem – że zwyczajnie pomylił drzwi. Albo w ogóle budynki! Ostatecznie wszystkie kamienice w tej okolicy wyglądały podobnie.
- Przepraszam – powtarzał, kierując się w stronę wyjścia. - Przepraszam, ja...
- Proszę pana! - kobieta gwałtownie zerwała się z fotela. - Dokąd pan się znowu wybiera? Czekam tu na pana już od kilku godzin, proszę poświęcić mi chwilę!
Grabarz odwrócił się ku niej zdeprymowany
- Jak to? Więc to jednak mój pokój? - zdziwił się głupio.
- No a czyj?
- Nieważne – zapewnił pospiesznie. - Kim pani jest? Co...
- Anneliese van Foltyn. - Kobieta podeszła bliżej. Nie wyciągnęła ręki na powitanie jak normalny człowiek, lecz od razu, bez ostrzeżenia, chwyciła jego dłoń w obie swoje i energicznie potrząsnęła. - Przepraszam za najście!
- Najście? Wykrztusił osłupiały. - Włamanie chyba!
- Nie bądźmy drobiazgowi.
- Tak. Więc... czemu zawdzięczam pani... yyy... wizytę? - Rozglądał się dookoła, kalkulując, czy zdoła uciec, jeśli nieznajoma go zaatakuje. Spodziewał się, że w końcu go namierzą, ale nie że aż tak szybko. Jeśli przyprowadziła ze sobą posiłki, nie miał najmniejszych szans.
- No jak to?! - Wyglądała na szczerze zdziwioną. - Wszyscy się cieszą, że pan wrócił! Chcielibyśmy wiedzieć, co teraz!
- Jacy wszyscy?! Jakie teraz?!
Patrzyła na niego, ściągnąwszy brwi, jakby chciała upewnić się, czy nie stroi sobie z niej żartów. On także zmierzył ją spojrzeniem. Była starsza, niż początkowo przypuszczał. Zapewne przekroczyła już trzydziesty rok życia, miała w sobie jednak świeżość i energię, które sprawiały, że w pierwszej chwili można było pomylić ją z nastolatką. Brązowe włosy spływały falami do połowy pleców, ciemne oczy lśniły niezdrowym blaskiem w zarumienionej z emocji twarzy o wystających kościach policzkowych i spiczastym podbródku. Nieco zbyt szerokie, lecz ładnie wykrojone usta pomalowała szminką w kolorze dojrzałej wiśni. Ubrana była w czarną, falbaniastą spódnicę, takąż koszulę i czerwony kaftan. Grabarz nie znał się zbytnio na modzie, ale z tego, co wiedział, kobiety nie nosiły takich kaftanów.
Nie wydawała się groźna. Stała przed nim roześmiana i nieco jakby zestresowana. Bezwiednie wyłamywała długie, szczupłe palce i rozprawiała o tym, jaki to dla niej zaszczyt, że mogła go w końcu spotkać.
Albo to była pułapka, albo...
- Pani van Foltyn...
- Anneliese.
- Anneliese. Przykro mi, ale muszę cię rozczarować. Nie przybyłem tu związku z Towarzystwem. Jak pani... Jak zapewne wiesz, odżegnałem się od niego zupełnie, zniszczyłem wyniki moich badań. W tej chwili zależy mi jedynie na spokoju. Przyjechałem tylko... coś stąd zabrać i wyjeżdżam.
Wyglądała, jakby co najmniej chlasnął ją w twarz.
Czyżby faktycznie nie udawała? Czyżby to nie była prowokacja i naprawdę jakaś część organizacji ocalała, nadal nielegalnie prowadziła działalność? Tylko jak go znaleźli? Królewskich mógł podejrzewać o różne sztuczki, ale Towarzystwo? Rozbite, osłabione, działające w ukryciu Towarzystwo?! Nie mieściło mu się to w głowie.
- Ja... nie rozumiem – odezwała się w końcu kobieta, znacznie ciszej, niż dotychczas. - Myśleliśmy...
Grabarz nigdy nie dowiedział się, co myśleli.
Drzwi otworzyły się z hukiem i do mieszkania wparowało czterech zamaskowanych ludzi – prawdopodobnie mężczyzn, sądząc po posturach, i to mężczyzn o imponujących gabarytach.
- Co tu się dzieje?! Czego chcecie?! - wołał Grabarz piskliwie, jednak jasne było, że nie doczeka się odpowiedzi. - Co... Ratunku! Włamanie!
Właściciel kamienicy również krzyczał coś, biegnąc po schodach. Chwilę później dało się słyszeć głośny łomot i staruszek nagle umilkł. Grabarz odruchowo złapał Anneliese za rękę i w panice rzucił się do ucieczki, ale nie było gdzie uciekać – dwaj napastnicy blokowali wyjście. Trzeci wszedł do środka, otworzył walizkę tymczasowego lokatora i szperał w niej niespiesznie. Ostatni doskoczył do dwóch miotających się w panice ofiar, bez słowa chwycił kobietę wpół i pociągnął tak mocno, że Grabarz musiał ją puścić. Anneliese szarpała się, kopała i wyrywała z całych sił, mężczyzna jednak trzymał mocno. Przechodząc przez drzwi, jakby od niechcenia, uderzył jej głową o framugę. Kobieta momentalnie zwiotczała w jego ramionach.
- Coś ty jej zrobił?! - krzyknął przerażony Grabarz i rzucił się za porywaczem. Dwaj bandyci pilnujący drzwi zbiegli już z hałasem na dół, mógł więc bez przeszkód wyjść na pogrążoną w półmroku klatkę schodową. Wiedział, że powinien biec, powinien coś zrobić, ale w głowie słyszał wciąż narastający ryk, przed oczami pociemniało mu nagle. Nie mógł opanować drżenia. Chwycił się poręczy schodów, żeby nie upaść. - Wracaj! - próbował krzyknąć, ale z jego gardła wydobył się tylko żałosny skrzek.
Nikt więcej nie zginie w mojej obecności, myślał gorączkowo. Nikt więcej... Nie pozwolę...
Mężczyzna był już na półpiętrze.
Grabarz chciał ruszyć za nim. Wiedział, że nie ma najmniejszych szans w walce, ale mógł chociaż spróbować upewnić się, że Anneliese żyje. Jeśli tylko zdoła się poruszyć. Jeśli zdobędzie się na to, by rozewrzeć kurczowo zaciśnięte na poręczy palce.
Nikt więcej nie zginie... Nikt...
Zrobił niepewnie kilka kroków.
W tym momencie ktoś złapał go z tyłu za kołnierz i obrócił, jak szmacianą lalkę.
Ostatni napastnik. Ten, który grzebał w walizce. Przez cały czas był w mieszkaniu, nie wyszedł z pozostałymi.
Na twarzy, tak jak tamci, miał coś w rodzaju worka z dziurami na oczy. Nawet w przybliżeniu nie dało się ustalić jego rysów. Wpatrywał się w Grabarza, jakby oglądał jakiś rzadki i interesujący, acz wybitnie obrzydliwy okaz insekta.
Grabarz zamierzał coś powiedzieć, może nawet zaatakować - słyszał kiedyś, że taki desperacki atak z zaskoczenia bywa czasem całkiem skuteczny – ale nie mógł. Oczy, które spoglądały na niego z dziur w worku, nie miały w sobie nic ludzkiego. Ich spojrzenie paraliżowało, odbierało siłę i jakąkolwiek energię do działania.
Mężczyzna nie puszczał, ale też nie szykował się do zadania ciosu. Tylko patrzył w milczeniu, aż wreszcie wolno pokręcił głową, jakby okazywał dezaprobatę wyjątkowo krnąbrnemu dziecku.
Po czym zwalił się na ziemię, jak wór kartofli.
Grabarz był tak roztrzęsiony, że cudem tylko nie runął tuż obok. Udało mu się przejść chwiejnie dwa kroki i usiąść na pierwszym z prowadzących na strych schodów.
Nie wiedział, co się właściwie stało. Czy to jakiś ponury żart? Ten zwyrodnialec udał... co właściwie? Swoją śmierć? Udał swoją śmierć, żeby zrobić mu nadzieję i zaraz zerwie się, by go ostatecznie wykończyć?! Czy może Bóg faktycznie istnieje, w dodatku ma w zwyczaju sprawiać, że przypadkowych złych ludzi trafia nagły szlag i właśnie padło na tego tu?
Chyba należałoby zobaczyć, czy on żyje, zaświtało mu w głowie, ale nie nie poruszył się. Patrzył w przestrzeń, myśląc, że w końcu będzie musiał stąd pójść, że przecież nie spędzi nocy na schodach. Siedział ledwie kilka kroków od drzwi do mieszkania, jednak czuł, że jeśli tylko spróbuje wstać, nogi odmówią mu posłuszeństwa.
Nagle wstrzymał oddech, bo oto z wnęki, w którą wpatrywał się bezmyślnie od pewnego czasu, oderwał się kawałek ciemności. Zwinny cień, którego twarzy nie sposób było dojrzeć – o ile w ogóle miał twarz - przemknął w stronę bezwładnego ciała bandyty, zupełnie ignorując Grabarza, choć ten siedział przecież tuż obok. Bezszelestnie przykucnął obok leżącego mężczyzny, obejrzał go dokładnie, szczególnie interesując się szyją. Dopiero wtedy uniósł głowę i spojrzała wprost na Grabarza, któremu krzyk zamarł na ustach.
- Dobrze mi poszło – powiedział z uśmiechem Błazen Cmentarny, wymachując czymś, co przypominało niedużą strzałkę. - Bałem się, że wyszedłem z wprawy.
Wyglądał dziwnie bez swojego zwykłego, paradnego ubrania. Zamiast niego włożył prosty, czarny strój, przylegający do ciała. Na głowę naciągnął kaptur.
- Czy... czy on nie żyje? - zapytał niepewnie Grabarz, wskazując leżącego oprycha.
- Jest, jak rzekłeś, łaskawy panie! - W dłoni Błazna, znów nie wiadomo skąd, pojawiło się berło, którym zaczął okładać martwego mężczyznę po głowie. - Trochę nabrudziłem – stwierdził wesoło, przekrzykując dźwięk dzwonków. - Zajmę się tym później. Na razie chodźmy do mieszkania. - Wstał i wyciągnął w stronę Grabarza dłoń w czarnej rękawiczce.
Grabarz, nie myśląc o tym, co robi, wsparł się na niej i stanął niepewnie.
- Właściciel – wymamrotał. - Powinienem sprawdzić, co...
- Wszystko w porządku – zapewnił Błazen, prowadząc go ku otwartym drzwiom mieszkania. - Grzmotnął ze schodów i szybko zwiał z powrotem na dół, jak zobaczył, co się święci. Szkoda, że nie ma aktualnie innych najemców. Dopiero byłby cyrk!
- Byłeś tu... przez cały czas?
- I znów jest, jak rzekłeś!
- Kim ty... Co...?
- Później – przerwał Błazen łagodnie. - Później będzie czas na pytania. A może i na odpowiedzi, jeśli będę miał dobry humor. Ale na razie koniecznie muszę się przebrać. Głupio mi bez mojej czapki.
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Posty: 135
Rejestracja: 04 września 2014, 07:39

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane]

Post autor: Gorgiasz » 24 grudnia 2014, 23:14

W dalszym ciągu trzymasz poziom i jest ciekawie. Pierwsza część – rozmowa z małżonkami i ich wzajemne animozje – może troszeczkę przegadana, skróciłbym. Pomysł z trzema radnymi, z których każdy reprezentuje jeden tylko zmysł – fenomenalny; mam nadzieję, że dalej wrócisz do niego i będzie zeń coś jeszcze wynikać. W naszych miastach są dziesiątki radnych, z których większość nie dysponuje żadnym z tych przymiotów. No i tradycyjnie już czekam co będzie dalej.

Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 133
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane]

Post autor: nuklearna_wiosna » 25 grudnia 2014, 02:19

Dziękuję za komentarz. Że też Ci się chciało tak przy wigilii! Bardzo miła niespodzianka na koniec dnia :heart:

Ano fakt, czasem pogadać sobie lubię i takie dłużyzny mi się zdarzają. Zwłaszcza przy wątkach obyczajowych i chyba nawet wiem dlaczego. Relacja małżonków jest co prawda fabularnie ważna, ale pomyślę nad skróceniem fragmentu, który o niej mówi.

Jeszcze raz dziękuję i wesołych świąt! :)
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

Awatar użytkownika
Kandara
Posty: 238
Rejestracja: 25 lipca 2012, 00:51

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane]

Post autor: Kandara » 26 grudnia 2014, 05:01

Nie umiem komentować. Znaczy komentować może i umiem, ale rozbierać na części, analizować, spekulować, to tak nie bardzo i chociaż to ostatnie mi się zdarzało, tak tutaj... No nie jestem jeszcze pewna do czego to zmierza i o co chodzi, bo mój mózg w swojej ograniczoności tego nie łapie. Ogólnie to... mogę powiedzieć taką wyświechtaną i zapewne nie wiele wnoszącą rzecz, że tekst ma klimat i czuć w nim ducha XIX wieku. Ok, ducha przerobionego, fantastycznego, ale jakoś trudno mi to umieścić w jakimś innym czasie czy miejscu. I tak się zastanawiam o co tu właściwie chodzi... Może o słownictwo, może o przebijający się z tekstu stosunek do kobiet... Nie wiem. (Ale liczę, że się dowiem). Druga sprawa... Wiem, wiem nie powinnam o tym wspominać, ale ja osobiście zawsze mam kłopot z tym, żeby postać "widziana" po raz pierwszy od razu wydała się no... żywym człowiekiem. Tu tego problemu nie ma (zazdraszczam). Ok, ok może i nie wiele o nich wiem i nie znam większości ich cech, ale... jakoś tak... (No kurcze jak?)
I błazen jest ciekawy, troszkę niepokojący, troszkę nawet upiorny, ale też na swój przewrotny sposób fajny, może nawet czasem... powiedziałabym rozkoszny, ale rozkoszne to są małe kociaki z różową kokardką. Tak czy tak błazen jest błaznem i jakoś po ostatniej wstawce nie mogę oprzeć się wrażenia, że zabójcą, albo kimś w tym stylu (no wiem, miałam nie spekulować)
Grabarz... Jak pisałam postacie żyją, ale to czy umiała bym napisać ich charakterystyki to inna sprawa. Może gdybym dłużej posiedziała, ale... hum nie jesteśmy w szkole, a to nie jest lektura, a ja nie wiem co o tym gościu myśleć. Po za tym, że jest na swój sposób także ciekawy.
Mirabell (Dobrze pamiętam) - Hum... wydaje się zaradna, odrobinę naiwna, ale też dojrzała. Nie wiem czy jakaś siedemnastolatka na jej miejscu postąpiłaby tak, jak ona. Prędzej obstawiałabym, że sama gdzieś ucieknie, bez balastu w postaci będącego w śpiączce narzeczonego, no ale... To ja. A skoro ona coś do niego czuła, to możliwe, że widziała to inaczej. Swoją drogą troszkę jednak nie rozumiem jej postępowania, bo to takie... ograniczające, nie tylko ze względu na prawo panujące w Twoim świecie, ale tak życiowo, a nawet fizycznie... Okropne.
Sam świat... Hum lubię takie "proste" pomysły jak ten z radą, lubię tym bardziej, że sama nigdy na podobny nie wpadłam. Takie proste, bezczelnie dosłowne nazewnictwo... I tak samo prosta funkcja... o rany... wychodzi na to, że wyrażeniem swoich myśli też mam kłopot.
Ogólnie to mi się naprawdę podoba, nawet bardzo, ale... faktycznie troszkę trudno skupić się na tekście przez dłuższy czas, przynajmniej przy pierwszych wstawkach. Styl jest płynny, nie zauważyłam grudek, ale jednocześnie to wszystko jest dość ciężkie, takie troszkę maziaste, to złe słowo, gęste również, więc może po prostu ciężkie troszkę, ale nie twierdzę, że to wada. I... tak tak... sterylne. Nie no serio to całkiem dobre określenie, ale może właśnie dzięki temu tekst jest dojrzały i przekonujący? No nie wiem, nie znam się, ale to bardzo możliwe.

No tak... rozpisałam się i nic konkretnego nie powiedziałam i zdaje się miałam szczęście, że komentowałam od razu trzy wstawki... Jakoś ten komentarz wygląda.
Obrazek Księżycowa weno, działaj!

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 480
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane]

Post autor: Krin » 26 grudnia 2014, 15:08

Jest coraz ciekawiej i nawet trochę zabawnie. Rozśmieszył mnie ten nowy wątek na temat przeszłości Grabarza. Po wcześniejszym opisie, gdy nie wiadomo jeszcze do końca, ze chodzi o Grabarza, można by się spodziewać jakiegoś pełnego powagi starca, urodzonego przywódcy; łotra lub mesjasza. Tymczasem wydaje się on facetem, który swego czasu miał duże wpływy i władze (ktoś go chyba nawet nazwał "wszechwładnym" w końcu), ale nie jest żadnym szaleńcem/prorokiem/rewolucjonistą czy kimś podobnym. Jest normalny. Kiedy skończyły się dla niego dobre czasy, odsunął się w cień. Potem chciał tylko pomóc biednej dziewczynie, która swoją głupotą wciągnęła go w jakąś aferę. Lubię go.

Zastanawiałam się kto w tej walce "dobra ze złem" jest tym dobrem i doszłam do wniosku, że nikt, co doceniam. Obie strony są po prostu mniej lub bardziej szare, ale to Grabarz wzbudza sympatie, ponieważ tę drugą stronę poznajemy trochę jako taką bezduszną, państwową machinę, mówiącą ludziom co jest dobre, a Grabarz jest zupełnie ludzki - działa pod wpływem emocji, popełnia błędy, choć przecież z powszechnie tam znanych opisów wynika jakby był, co najmniej, księciem ciemności, przebiegłym okrutnikiem, demonem, z którym "nie pamiętająca przeszłości młodzież" w swojej naiwności chce zawrzeć pakt.
No może trochę przesadziłam, ale chyba rozumiesz. :D

Podoba mi się również pomysł z Radą. Takie ciekawe elementy nadają całemu tekstowi klimat, ponieważ pokazuje inność opisanego przez ciebie świata, nadaje mu jakaś oryginalność.

A teraz przejdźmy może do trochę mniej przyjemnych rzeczy... :devil:
Strasznie przeciągasz opisy postaci, czasem też miejsc. Widać, że musisz mieć dużo energii do pisania skoro ci się chce, ale bez przesady. Mnie takie rzeczy trochę odrzucają, szczególnie kiedy pojawiają się w jakimś dziwnym momencie. Pisałam ci już o tym w temacie Grabarza, po poprzedniej wstawce. Ja i tak nie pamiętam prawie nic z tych wszystkich opisów i coś mi mówi, że nie tylko ja. Rzeczą, która mi jednak bardzo zapała w pamięć był fakt, że Grabarz nosi cylinder i przedwcześnie się starzeje.

Ale tak ogólnie to świetny tekst. Czekam na ciąg dalszy. :)
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane]

Post autor: Siemomysła » 28 grudnia 2014, 16:22

Łyknęłam na jeden łapczywy łyk.
Jestem zachwycona, a Ty zyskałaś właśnie wiernego czytelnika czekającego z niepokojem na ciąg dalszy.
Wkręciłam się w świat, który cudownie wychodzi z tła - przewrót, król, człowieczeństwo reprezentowane przez totalnie nienaturalną i nieludzką dla mnie Radę (to jest świetny pomysł) kontra wielbiciele postępu - w ogóle minister technologii, który jakby technologię blokuje w pewnym sensie - znaczy jak rozumiem jest ostry przesiew co wolno, a czego nie wolno - nie wolno tworzyć niczego na podobieństwo człowieka tak? Ten motyw z baletnicą-lalką <3 W ogóle - tajemna organizacja, w której ma udział Błazen i Baletnica to wszystko jest po prostu wspaniałe. Stworzyłaś skomplikowany i fascynujący układ, w którym umieściłaś wiarygodnych i zaopatrzonych w przeszłość i charaktery bohaterów.
Sam pomysł na Mirabelle, która niechcący (a może nie? wszak ona ma plan... czekam <3) uruchamia lawinę wydarzeń. Grabarz-wynalazca, który niszczy (zapewne po raz drugi) cały swój naukowy dorobek ale miast uciekać jeszcze dalej, jednak za nią pędzi do stolicy, w oko cyklonu. Czemu? Zrobiło mi się smutno, gdy palił swe osiągnięcia. Z drugiej strony, teraz wiem, że już je odtworzył, nie? Jakby co, poradzi sobie znów.
Reinhard - postać numer jeden dla mnie. Kupił mnie żoną numer jeden, tym, że się do końca nie poddaje w walce o swoją indywidualność i godność. Tym, że ma "nałóg", bo tym jest dla mnie patrzenie na tancerkę. Motyw z przestraszonym sekretarzem i zdziwionym ministrem mnie wzruszył.
Bohaterowie poboczni - albo tacy, którzy na razie mieli mniej do powiedzenia - Aktorzy, Baletnica - to wszystko wydaje się być takie pięknie powiązane i odsłaniane po kolei. Lubię. Cynthia - ją też lubię. Nie dziwię się jej "wczesnej starości". Jak się dziwić? Annelise, co z nią teraz?
Błazen Cmentarny - kim jest? jaka jego rola? wzbudziłaś ciekawość i ja po prostu chcę wiedzieć.
Pytania, pytania, pytania.

Jeszcze więcej chaotycznych myśli:
Równość społeczna - ta myśl Grabarza mówiącego o torturach <3 Ileż goryczy i prawdy jednocześnie. I tak bardzo się to wpisuje w moją wizję steampunku. W sensie to, że masz w tle nie tylko maszyny, wyraźny industrializm, ale właśnie i różnice w postrzeganiu świata i potrzeb społecznych przez różne warstwy tego społeczeństwa. Że zanosi się na wystąpienia przeciwko władzy i na walkę pomiędzy ugrupowaniami, które mają swoje racje.

Podobają mi się też opisy. Widzę i czuję miejsca, o których mówisz. Dworzec <3 Byłam tam - takie mam wrażenie po przeczytaniu.

Świetnie Ci wychodzi ta opowieść. Od razu dostała u mnie kolor, jest rdzawo-brązowa. Błyszczy złotymi refleksami od czasu do czasu. Będę czekać obgryzając paluchy na więcej.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

ODPOWIEDZ