UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Zapraszamy do udziału w nowym INSTANCIE! :D

Zachęcamy też do głosowania na TEKST WRZEŚNIA!

Upadek [skończone]

FANTASTYKA
W odróżnieniu od literatury realistycznej, fantastyka jest literaturą bardzo aktualną. ~ Kir Bułyczow
Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Upadek

Post autor: pierdoła saska » 11 sierpnia 2014, 11:33

@ Krin,
Zastanawia mnie tylko czy te postacie to muszą mieć aż tyle imion.
Taaaak. :D Po prawdzie mają nawet więcej, ale przesadą byłoby w sytuacjach nieoficjalnych używać pełnej tytulatury xD
I ciesze się, że udaje mi się to napięcie przekazać i że jest klimat... gdyby mi się nie udało, to opowiadanie zrobiłoby się mało warte, znaczy zrobiłaby się z niego scenka szlachecka, a nie to było moim celem. Kujam za komentarz :tul:

@ Siemomysła,
melduję że plik otrzymałam, zmiany póki co naniosłam na worda i niebawem postaram się przeedytować posty na forum, aby ludzi nie straszyć :)
Po pierwsze - im dalej czytałam, tym bardziej byłam pewna, że Twój styl, sposób pisania i przedstawiania scen, Twój narrator, to wszystko razem idealnie pasuje do czasów, do realiów, za które się wzięłaś tym razem.
:pas: *tak w skrócie* i to w zasadzie tyczy się tez tego o bohaterach, bo to dla mnie cokolwiek nowe tereny. Bohaterowie być muszą, ale chyba całe Na wieki wieków jest dla mnie takim eksperymentem, bo pierwszy raz tak bardzo wszystko jest kreowane przez postaci; przez ich rozmowy i gesty. Więc jeśli to faktycznie wychodzi, to kamień z serca. :D


Agnes May (PISZ TO TEŻ!)
:lalala:
PISZ TO NANO!
PISZ TO NANO!
PISZ TO NANO!
:bag:
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Upadek

Post autor: pierdoła saska » 14 sierpnia 2014, 10:31

No to lecim dalej, bo urlop na horyzoncie i wypadałoby uporać się z korektą tego nim on nadejdzie. :3

Tamtego wieczora dyskusja urwała się zaledwie godzinę później, choć przyniosła wymierne skutki. Panny dla pana Adama nie znaleźli, ale zaręczyli, że na przyjęciu, gdy już wiadomym będzie kto przyjechał, wesprą go radą. A przynajmniej Johann, jako bardziej obeznany z okolicznymi osobistościami, podpowie to i owo. To jednak miało nastąpić dopiero za kilka długich godzin, a o wiele więcej było bardziej pilnych rzeczy do załatwienia.
Johann spojrzał na list leżący na sekreterze i zmarszczył czoło. Usta zacisnął w cienką linię, a u dłoni bielały mu knykcie. Nie drżał, ale dzieliło go od tego tak niewiele, że sam był na siebie zły. A już wierzył w duchu, że jest ponad to. Ponad małe uniesienia i napady bezsilnej wściekłości. Wszak nie był już dzieckiem! To jednak zdawało się nie czynić różnicy Lammertowi i ten list był tego dowodem. Bo jaki szczur miałby czelność ot tak wpraszać się do domu komuś, kto winien być dla niego obcy i niedostępny stanem? Czy wydarzenia sprzed dziesięciu lat z okładem aż takie miały znaczenie?
– Tak – powiedział cicho sam do siebie, bo nic innego nie zdołałoby go przekonać. – Dzielić będziemy ze sobą wieczność, więc tak. Pokój się znajdzie, Johanna się ucieszy i Almerich może wiedzieć coś o Adamie.
Ale mimo tych szeptanych samemu sobie zapewnień, nie poczuł się ani lepiej, ani pewniej i nie był ani trochę spokojniejszy. Myśli – spiski i intrygi wywiedzione z pojedynczych gestów – atakowały jego wyobraźnię, a niemal zapominania pod kurzem lat potrzeba bycia kimś przez wielkie K, zaznaczenia swojej obecności i przysłużenia się sprawie na nowo budziła się do życia. Przeciągała się, rozpychała pomiędzy codziennymi problemami. Czy mógł pan Adam szukać u nich poparcia dla sprawy polskiej świadom tego, co stało się z Napoleonem? Mógł, bo czemu by nie? Wówczas wizyta Americha Lammerta – zaufanego pruskiej korony – byłaby nad wyraz zrozumiała. Mógł też Lammert tylko snuć przypuszczenia tak, jak czynił to Johann. A mógł to być zwykły zbieg okoliczności.
Oparł się tyłem o biurko i wsparł ramionami na blacie. Odetchnął. Zamknął oczy. Spróbował sobie przypomnieć jak to było być trybikiem w machinie planu. Szeptać miłe słówka spragnionej afektów matronie, aby otworzyła dla niego drzwi swego domu, z którego potem wyniósł dokument z cennym podpisem. Nie było czasu na dumanie, snucie przypuszczeń i wątpliwości, bo cel był jasny.
Potarł dłonią o dłoń i klasnął. Potrzebował celu.
– Strzeżonego, strzeże.
I dlatego zawitał do pokoi siostry. Fakt, że ją tam zastał uspokoił go i zarazem zdenerwował. Było niewłaściwym, że cieszył się z tego, że tkwi w nich tak, jakby nic się nie zmieniło – nawet jeśli ona nigdy nie postrzegała ich jako klatki. Uczucie jednak okazało się silniejsze. Uśmiechnął się do niej, siedzącej na starej, ale wciąż znakomicie wyglądającej sofce, z książką w dłoniach. Ona spojrzała na niego ponad jej krawędzią zainteresowana, jakby jego pojawienie się było nie wiadomo jaką atrakcją – co też mu się nie spodobało.
– Nie przeszkadzam?
Zaprzeczyła ruchem głowy. Złote loki zatańczyły i odgarnęła je za ucho. Usiadł w fotelu możliwie najbliżej, a i tak mówił tak cicho, że ledwo mogła go usłyszeć.
– Co myślisz o naszym gościu?
– Tym Litwinie?
Zawahała się nim odpowiedział.
– O nim.
Wzruszyła ramionami.
– Jest równie rozmiłowany w nieistniejącym, co Eugenia. Wczoraj długo opowiadał nam podania ludowe z jego stron. Takie o duchach, zwidach i różnych niemożliwościach, choć mam wrażenie, że trochę w nie wierzy, a trochę nie. Jakby to ująć… – Zamknęła książkę i spojrzała w sufit. Błądziła wzrokiem po jego zdobieniach, po złoconych kwiatach, esach floresach bluszczy wyrastających z naroży pokoju. – Według niego tylko nieliczni naprawdę mogą to odczuć. Tylko ludzie prości i bogaci w wierze. My – nie.
Odetchnął.
– Jest podobny do ciebie kiedyś, tylko że bardziej ograniczony – stwierdziła.
– Mam się obrazić?
Wzruszyła ramionami i to było swojskie. Na jej miejscu Eugenia speszyłaby się, Frederike oburzyła, że ją podejrzewa o chęć ubliżenia mu, Clara zaniemówiłaby przerażona swoją śmiałością, a Amalia Eliza zaniemówiłaby przerażona popełnionym przypadkiem afrontem. Johanna tymczasem wzruszała ramionami jak zawsze, choć teraz może bardziej niż kiedyś pojmowała jak jej zachowanie było niegrzeczne. Uczyła się świata wokół siebie każdego dnia i po cichu podziwiał ją za to.
– Zastanawiam się czy on wie o nas?
Spojrzała na niego nierozumiejąco. Pokręcił głową i odpuścił, ale to nie zmieniło faktu, że obawiał się i z dnia na dzień jego obawy wcale nie chciały zniknąć czy chociaż zblednąć. Zamiast tego nabierały one barw i pełniejszych kształtów. Słowa, frazy, bo nawet nie całe zdania, wpasowywały się w pajęczynę z przerażającą łatwością i musiał hamować swoją wyobraźnię oraz trzymać w ryzach porywy serca, które wywoływała. Powtarzał wówczas, że nie jest już dzieckiem, tylko że to przestawało działać.
– Hansel?
Johanna Amalia patrzyła na niego tak, jak patrzyła na niego przed nastu laty, gdy z jego nikłej wiedzy próbowali uzyskać obraz spisku.
– Nic takiego.
Prychnęła i to nawet nie uroczo.
– Przez nas miałeś na myśli naszą czwórkę?
Skrzywił się na takie postawienie sprawy; nie liczył Lammerta. Skinął jednak głową.
– Jeśli tak, to… trwoni czas tutaj. Rozmawia, rozprawia, opowiada, zabawia Eugenię i Frederike, a powinno mu być spieszno na wschód. Jeśli czeka na coś, to nie wiem co by to być mogło – stwierdziła i wzruszyła ramionami. – Jeśli oczekuje propozycji od nas i dlatego tak chętnie korzysta z gościny, to raczej czeka na próżno.
Przytaknął ponownie, a po chwili dodał jednak na głos, jakby obawiał się, że milczenie może zostać źle odczytane.
– Gdy mówiłem, że za Prusy bił się nie będę w obecnym konflikcie i z góry właśnie po ich stronie się postawiłem, to nie kłamałem. Mogę mieć swoje skrzywienia… nawyki z dawnych lat, ale pewne rzeczy się zmieniły…
– Doprawdy?
– Johanno!
– Johannie?
– Droczysz się ze mną?
– Oczywiście. I jeśli cię to uspokoi, to pan Adam obudził również moje obawy i już się nad nim kilka nocy zastanawiałam. W jednym z listów, które mi przesłałeś, była prośba ni to o pomoc, ni o wstawiennictwo, a jednak o coś co miało związek z Przepowiednią z Tolkemit. List zaś napisała młoda Radziwiłłówna z tych Radziwiłłów, co wiedzą w ogóle o istnieniu przepowiedni i od dawna forsują drugie jej tłumaczenie, a nie to o zgubie, jaką światu przyniesie silny naród polski. Zaś jej wuj, na ile się zorientowałam, jest jednym z polskich dowódców w powstaniu.
Johann wzdrygnął się i spojrzał na siostrę podejrzliwie. Nie zapytał o nic, ale nie musiał. Słowa były dobre do droczenia się, do gier słownych i zawiłych wyjaśnień. Do pytań tak jasnych, że niemal oczywistych wystarczyły gesty.
– Nikogo nie pytałam. Nie tu i w ogóle nie wprost. Nieco poczytałam, i posłużyłam się prostą wróżbą. To coś tylko nieco bardziej magicznego niż sztuczka iluzjonisty – zapewniła. – Myślałam krótki czas, że pan Adam pojawił się z jej polecenia. Jest posłańcem, który ma sama nie wiem co przywieźć ze sobą do powstańczego kraju, ale albo tak nie jest, albo jest znakomitym aktorem.
– A jeśli bada grunt pod nogami…
– Przekona się zapewne, że w deszczowej Saksonii jest on zaskakująco twardy…
– Może sobie coś obić…
– Co by było niefortunnym wydarzeniem.
– Ale możliwym, zważywszy, że szykuje się nam nowy gość, o którym jeszcze nie powiadomiłem Frederike oraz rodziców.
– Almerich?
– Nie pytam skąd wiesz.
Uśmiechnęła się i zadarła brodę.
– Zgadywałam – przyznała wyraźnie ucieszona.

– Pod Kazimierzem Dolnym znów powstańcy ponieśli klęskę. A wieści mówią o ich wycofaniu się z… Kiejdan, tak chyba nazywała się ta miejscowość. To co prawda jakieś urwane słówka, niepewne, niejasne i niepotwierdzone, ale jednak.
– Śledzisz to niezwykle uważnie – zauważył Sebastian, a Johann skinął głową, bo w istocie chwytał ostatnio każdą możliwość zdobycia informacji.
– Staram się zobaczyć, dokąd to prowadzi, ale póki co mam wrażenie, że donikąd.
– Johannie… – Frederike Sophie przerwała mu ostrożnie, ale ze stanowczością w głosie, która dawała do zrozumienia, że nie jest to ani pierwszy raz, ani nie ma tu zbyt wiele miejsca na dyskusję. – Miej litość i zostaw proszę te chmurne sprawy za drzwiami. Straszysz Eugenię.
Wymieniona skuliła się nieco w sobie, spuściła wzrok i zaczęła wygładzać rozłożystą błękitną suknię; zupełnie bez potrzeby. Za to pan Adam, choć w rozmowie Johanna z Sebastianem nie uczestniczył, to jednak teraz spoglądał zainteresowany. Na twarzy odmalowało mu się zacięcie, którego jeszcze chwilę temu tam nie było. Gdy zabawiał damy uśmiechał się i perorował, teraz jednak nawet ślad po tym nie pozostał.
– Powstanie ma cel – oznajmił, zyskując w ten sposób karcące spojrzenie Frederike Sophie. – Panna wybaczy, ale nie mogę tak tego pozostawić, serce mi nie pozwala. – Pani Eugenio, niech mi pani nie ma tego za złe, ale – mówiąc to, przeniósł wzrok na mężczyzn, stojących obok kwiecistej otomany, na której siedziały obie damy. Johanny Amalii, siedzącej po jego drugiej stronie nie widział w ogóle, ale ona przyglądała mu się nie tyle uważnie, co z zaciekawieniem, bowiem pierwszy raz od ponad tygodnia, jeśli nie dwóch, poruszony został temat powstania. – Powstanie ma cel i myli się pan uważając inaczej. Nikt nie poświęca swojego życia tylko po to, aby prasa miała o czym pisać! Mówienie, że ono donikąd nie prowadzi jest zniewagą, którą trudno mi przełknąć, czy wręcz jest niemożliwością, abym to zrobił. Może tu w Saksonii pogodziliście się z utratą swej pełnej suwerenności! Wy kraje niemieckie od dawien dawna łączyliście się ze sobą jak wam było wygodnie i jedni drugim narzucaliście swą wolę, przywykliście do tego, aby silniejsi mówili co mają robić słabsi, ale duch polski innego jest rodzaju! On potrzebuje przestrzeni, aby oddychać, żyć i tworzyć! Potrzebuje wolności prawdziwej, a nie obietnic i namiastek samostanowienia, jakie to Cesarstwo obiecuje!
Wydawać się mogło niemożliwym, aby niska i niespecjalnie wiotka Eugenia mogła skulić się jeszcze bardziej, ale dokładnie tak to wyglądało. Podniesiony głos pana Adama wystraszył ją bardziej niż odległe powstanie i nazwy miast, które nic jej nie mówiły.
– Mam wrażenie, że mój brat miał co innego na myśli.
Pan Adam spojrzał na Johannę Amalię. Zadzierała głowę, aby patrzeć mu w oczy i nie peszyło jej ani jego gniewne spojrzenie, ani to jak zdawał się ją oceniać i jak zaciskał dłonie w pięści gotowe do zadania ciosu. Komu? – nie wnikała.
– Powstanie ma cel, to jasne, bo bez niego by nie wybuchło i nikt tu tego nie neguje. Zdaje się jednak, że po fali pierwszych sukcesów szale zaczęły się wyrównywać i toczone bitwy nie przynoszą zbyt wielkich zmian w skali całego powstania, czy jak już się to nazywa wojny polsko-rosyjskiej. – Odwróciła wzrok ku bratu i uśmiechnęła się.
Przytaknął milcząco.
– A co pani może o tym wiedzieć?! – prychnął pan Adam. – Gdy chodzi o wojnę-
– Umiem obserwować, czytać również.
– Johanno – Frederike Sophie syknęła ostrzegawczo, ale Johanna Amalia tylko spojrzała na nią wyzywająco.
– A powstanie, jak pan słusznie zauważył, ma swoje odbicie w prasie i to nie tylko tu u nas, gdzie ten czy owy wciąż może żywić obawę, co się stanie, jeśli Prusy zdecydują się aktywnie wspomóc cara i wysłać swe wojska na wschód, a nie tylko zamykać granice. Są głosy za i przeciw powstaniu w Anglii, Francji a także za oceanem, ale o tym pan na pewno wie.
Przytaknął, wciąż pozostając uosobieniem wzburzenia.
– I tak, Frederike ma rację, że to pewnikiem nie pora i okazja, aby o tym rozmawiać, lecz jeśli pan chce, to później chętnie podyskutuję z panem o tym powstaniu lub innych wojnach, ale to tylko jeśli nie będzie pan podnosił głosu. Jest pan gościem tego domu, co oznacza, że jest pan gościem mojego brata, ojca, matki oraz moim, choć nie mieszkam tu cały czas. Jako gość ma pan swoje prawa, ale nie należą do nich krzyki i niesłuszne oskarżenia. Liczę, że pan to zapamięta, a nie będzie tylko przepraszał Eugenię i Frederike, jakby to mogło wszystko wyjaśnić i załagodzić.
Sebastian patrzył na żonę z nieskrywaną dumą. Podobnie zresztą Johann Fryderyk, który pewien był, że matka byłaby dumna, słysząc ją teraz. Stanowczą wobec patrzącego na nią z góry mężczyzny, pewną swojej racji i niekwestionowanej pozycji w tym domu jak i poza nim. Po wyrazie twarzy Frederike widać było, że jest zaskoczona. To czy bardziej wywołał to wybuch pana Adama, czy zachowanie Johanny Amalii rozstrzygnąć mogła tylko ona, a nikt nie zapytał. Eugenia natomiast patrzyła rozpromieniona, jakby to ona najbardziej pamiętała ten krótki okres przed wyjazdem Johanny Amalii do Bawarii, kiedy panna Wärzner zaczęła częściej uczestniczyć w większych spotkaniach i mimo nigdy nieokiełznanej zasadami dobrego wychowania bezpośredniości, pozostawała onieśmielona tłumem, mnogością głosów, poglądów i zachowań.
Przeszłość była przeszłością, a milczenie trwało jedynie chwilę, choć zdawała się ona rozciągać ponad miarę. Tym, kto ja przerwał, był Sebastian.
– Droga panno Frederike – zaczął pogodnie, jak zwykle zbyt głośno, choć tym razem mogło to być celowe – w zasadzie to chcieliśmy się do panny zwrócić z pytaniem czy prośbą, bo my dwaj to chyba jednak za mało, aby w pełni Adamowi dopomóc, za to panna… – skłonił się teatralnie i uśmiechnął szelmowsko. – Bal nam puka do drzwi, a my, co tu ukrywać pogodą i nie tylko powodowani spędziliśmy ostatnie dni głównie tu lub w okolicznych lasach lub na łąkach i Adam niespecjalnie miał okazję poznać zaproszone panny. Ja sam nic tu w sumie nie pomogę, a Hansei – zawiesił głos i zrobił zbolałą minę. Grał, odgrywał tragikomedię i nie sposób było się nie uśmiechać, patrząc na niego. – I tak się zastanawialiśmy, czy może panna, panno Frederike, mogłaby w dniu balu pomóc naszego przyjaciela wprowadzić między panny, aby nie czuł się wyobcowany?
Frederike Sophie złagodniała, zmierzyła pana Adama wzrokiem i przyłożyła zwiniętą w luźną pięść dłoń do ust w wyrazie głębokiego zamyślenia. Nie odmówiła oczywiście, myśl o tym nie przyszła jej nawet do głowy. Ot, szukała imion i nazwisk, relacji i koneksji, antypatii i długów wdzięczności.
– Myślę, że to nie będzie problemem – odparła w końcu. – Tylko uprzedzam, Adamie, że to nie będzie wielki bal i nie spodziewamy się wielkich tłumów, niemniej pomogę jak tylko będę mogła.
– Nie mogę się doczekać – wtrąciła Eugenia z wyraźną ulgą. – Alex trochę narzeka i wieszczy, że pewnikiem pogody nie będzie, ale od początku maja jest całkiem miło. Deszcze zdarzają sią rzadko i są krótkie oraz ciepłe, choć ta burza z zeszłego tygodnia! – Wzdrygnęła się wyraźnie. Skręcone w krótkie, zwięzłe loki włosy podskoczyły zabawnie wokół jej okrągłej twarzy. – Ponoć kilka drzew się przewróciło. Wiatr wiał tak mocno i tak głośno huczały pioruny, że bałam się, będąc w domu sama. Myślałam, że pozrywa dachówki albo wybije okna. Tu było równie strasznie?

Panna Frederike Sophie uprzedziła pana Adama, że bal nie będzie wielki, ale wszystko zależało od skali. Z pewnością nie dawał się określić mianem małego. Sala była jasno oświetlona. Ciężki zapach świec snuł się między gośćmi, ale zapalono te najlepsze, najmniej dymiące i pomimo zamkniętych okien dało się oddychać. Zjawiło się wielu gości i wielu z nich witało się z nimi wylewnie, składało gratulacje, winszowało zdrowia, zaś Sebastian w pierwszej godzinie ani na chwilę nie opuścił swego miejsca u boku Johanny. Johann natomiast, choć mniej lub bardziej oddalony, skrzywił się kilkakrotnie. Johanna Amalia domyślała się czemu, lecz nie do końca rozumiała. Wsteczne dorabianie teorii było łatwiejsze od analizowania na bieżąco tych wszystkich dlaczego i po co. Sama wzrokiem uciekała ku panu Adamowi. Zerkała nie do końca dyskretnie i nawet nie w pełni świadomie, a jej wyobraźnia tworzyła scenariusze. Wymyślne i zawiłe jak stiukowe wzory wokół żyrandoli, bo rozmowa z bratem na nowo rozpaliła jej ciekawość. Gdy raz się zanurzy w bagnie szemranych spraw, to nie sposób o nich nie myśleć, więc szukała za i przeciw dla teorii Johanna i dla własnej, wciąż mając je za rozłączne. Była jeszcze trzecia zasugerowana przez Sebastiana w krótkiej rozmowie, że pan Adam nie jest nikim ważnym ani wielkim, a jedynie mężczyzną, który marzy o wojennej sławie i w słowach jest oddany ojczyźnie, ale ponad wszystko po prostu się boi i szuka wymówek. Patrząc jak lawiruje pośród kolorowej mozaiki pan i panien, jak wodzi je do tańca, nachyla się do ucha, szepcze coś, po czym wybuchają stłumionym chichotem, nie mogła powstrzymać myśli, że dobrze mu wśród nich. Długowłosych, uśmiechniętych i zaciekawionych egzotycznym poetą ze wschodu. Od mężczyzn zaś stronił, czego nie zauważyła dopóki matka jej nie zwróciła na to uwagi.
– Dziwny to człowiek – stwierdziła. Przysiadła obok córki i nie patrząc na nią mówiła dalej. – Frederike go nie lubi i liczy, że szybko wyjedzie. Ojciec zdaje się również ma co do niego pewne zastrzeżenia, podobnie Johann, lecz pytani milczą, bo to wszak nie moje sprawy – roześmiała się gorzko. – I nie przeczę, nie moje w wielkiej skali, ale goście tego domu już jak najbardziej mają prawo mnie interesować. Z tobą Johann rozmawia bardziej otwarcie, nie nazwę tego niedopatrzeniem z mojej strony, już o tym rozmawiałyśmy, i dlatego pytam ciebie, czy jest coś o czym powinnam wiedzieć?
Orkiestra zagrała skoczniej, tańczący niczym szkiełka w kalejdoskopie zmienili partnerów, jedni odeszli zupełnie, inni tylko kogoś nowego sobie upatrzyli. Pan Adam tańczył z młodziutką Clarą Hoeghoffer.
– Raczej nie, same niczym niepoparte przypuszczenia – szepnęła, nie odwracając wzroku. – Dość płytkie w dodatku, bo czas mija, a on po prostu tu jest. Docierają do nas doniesienia o kolejnych bitwach, on zarzeka się, że tam jest jego miejsce i niebawem będzie musiał nas opuścić, by ryzykować własnym życiem, ale nic ponadto. Nie tak się wpływa na historię.
Eliza Wärzner zerknęła na córkę.
– Owszem, nie tak – przyznała tonem tak podobnym, że trudno byłoby odmówić im pokrewieństwa, a jeszcze trudniej uwierzyć, że jedna nie uczyła się od drugiej.

Nauka chociażby przez prostą obserwację potrafiła czynić cuda, ale czasami wszystko sprowadzało się do zbiegów okoliczności i słuchając słów Pffeifera Johann czuł, że zaczyna w nie wierzyć. Uspokajał się.
– To był zdecydowanie jeden z gorszych dni dla mnie, bo na tylu frontach mi nie szło, na ilu tylko mogło, a gdy wróciłem do domu w nadziei na odpoczynek i szybki sen, to zastałem tam roztrajkotany tłum, a jego w centrum. Siedział w fotelu, nie powiem, że moim ulubionym, bo co to, to nie, ale może tylko dlatego, że nie mam ulubionego fotela – roześmiał się – i mówił. Trzeba przyznać, że ze słowami radzi sobie pięknie, bo nie nudził, a znajome Eugenii były zachwycone, gdy opowiadał o Odessie, Moskwie czy swoim zesłaniu w głąb carskiej Rosji, a także o pobycie w więzieniu. Barwnego życia też mu odmówić nie można. Poza tym jest przecież poetą – stwierdził i wzruszył ramionami. – Wypisz wymaluj bohater książek czytanych prze Eugenię i jej przyjaciółki.
– Szuka żony.
Alexander spojrzał na Sebastiana i przewrócił oczami.
– Szuka albo naiwnej, albo pomylił progi, bo może u mnie w domu się nie przelewa i gości mamy raczej zbliżonych nam stanem, ale wciąż mierzy za wysoko.
– Tak niskie ma dochody? – zainteresował się Johann.
– On? – Alexander Pffeifer prychnął pogardliwie. – On nie ma niskich dochodów, tylko dochodów w ogóle. Tu i tam od kogoś otrzyma pieniądze, coś na zamówienie napisze. Tam u siebie był nauczycielem w gimnazjum. Nie wiem czy dobrym, według własnych słów tak, choć nie miał do tego serca, ale czy tym słowom należy wierzyć, to już nie wiem i śmiem wątpić.
– Nie lubisz go?
– Johannie… To za dużo powiedziane, ale byłbym kontent, gdyby pojechał tam, gdzie chciał dojechać i zostawił Eugenię w spokoju, a nie mieszał jej w głowie swoimi wierszami. Nie podoba mi się, że obcy było nie było mężczyzna zabiera moją żonę na długie spacery po lasach kiedy mu się żywnie podoba.
– Zazdrosny jesteś?
– Owszem i to nie bezzasadnie. Ona jest mężatką, to raz. Dwa, że nim się tu u was zjawił, gościł u nas i czasami nas odwiedzali różni znajomi, raz się zdarzyło nawet małe przyjęcie i nie miał on skrupułów kokietować dowolną ilość dam różnego stanu i zapewniam nie był w tym po prostu niewinnym bawidamkiem. To kobieciarz. Znałem kilku takich, co prawda nie deklamowali wymyślonych na poczekaniu wierszy, ale na mundur i szlify łowili dziewczyny. Zwykle mniej majętne, ale to wiele nie zmienia. Sort mężczyzny ten sam.
Nie patrzyli nachalnie w stronę pana Adama, ale spoglądali niezobowiązująco jak w tańcu prowadzi pannę zarumienioną nieznacznie, odrobinę nieporadną i jak najbardziej w tym wszystkim uroczą, a przede wszystkim wyraźnie nieobytą. Szeptał do niej, a ona spuszczała wzrok, uśmiechała się i znów spoglądała mu w oczy jakby świata w około nie było.
– Z takim to żadna szczęśliwa nie będzie, ale kto by tam słuchał przestróg – prychnął i rozejrzał się w poszukiwaniu Eugenii. Stała na uboczu wpatrzona w tańczących szeroko otwartymi oczyma. – Wybaczcie. – Skinął głową Sebastianowi i Johannowi, po czym oddalił się ku niej.
Milczeli tylko tak długo, aż mogli być pewni, że ich słowa nie dogonią Pfeiffera. Pary ponownie zmieniły się, powstały nowe i muzyka zagrała inaczej. Sebastian poszukał wzrokiem Johanny Amalii, ale nie zauważył jej nigdzie, nie żeby wśród tylu stojących osób stracenie jej z oczu było czymś trudnym.
– Zatem mamy szlachetnie urodzonego poetę, zgodnie z naszą wcześniejszą wiedzą, klepiącego biedę. W dodatku ponoć patriotę i kobieciarza. Nadal widzisz go, jako członka jakiegoś spisku?
Johann Fryderyk syknął upominająco.
– Nikt nie słucha w tym zgiełku. Nie wiem kim jest tamten mężczyzna co tak głośno peroruje, ale nie sądzę, by mnie ponad nim usłyszano. Więc?
Odpowiedziało mu krótkie wzruszenie ramion. Westchnął ciężko i wsłuchał się w szum rozmów. Czy gdzieś mówiono o powstaniu, które tak ciekawiło pana Adama i gdzież zniknął sam zainteresowany?
ciąg dalszy nastąpi
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 481
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Upadek

Post autor: Krin » 14 sierpnia 2014, 19:08

No to teraz jestem już przekonana, jak brzmi nazwisko naszego drogiego pana Adama i nie wiem czy to tajemnica, czy to miało być dla wszystkich oczywiste i tylko ja się doszukuje jakiegoś głębszego spisku.
Przekonana jestem nadal do swojej poprzedniej teorii na temat powodu pobytu Adama w owym zamku. Zastanawiam się tylko jaką ich czwórkę. Czy mam rozumieć, że czwartą osobą jest Sebastian, czy ktoś kogo przegapiłam, czy ktoś, kto się jeszcze nie pojawił?

Co do akcji to jest to tekst najwyraźniej bardzo długi, bo nie za szybko się posuwa. Nadal do niczego konkretnego nie doszliśmy. Chmury nadal się zbierają i nie wiem, czy to będzie jesienna mżawka, czy letnia burza z piorunami. Oby nie była to śnieżyca, w której nic oprócz walającego się wszędzie śniegu nazwisk i tym podobnych nie niknęła cała opowieść. Z pewnością rozumiesz, o co mi chodzi. Czekam cierpliwie na rozpoczęcie się akcji właściwej. Takiej żeby wiadomo było, jaki jest główny wątek :)

Ze strony technicznej to ci raczej nic nie powiem :D. No może oprócz tego, że ostatnie zdanie tak mi jakoś nie bardzo brzmi.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Upadek

Post autor: pierdoła saska » 14 sierpnia 2014, 21:44

Byłam prawie pewna, że nazwisko pana Adama się pojawiło xD musiałam gdzieś na zmianach plików pomieszać i wywalić je jednak. De facto nie próbowałam ukryć, że chodzi o Mickiewicza xD ot bohaterowie jakoś nie chcieli chyba na głos tego nazwiska powiedzieć. Upsss :P
I minęliśmy połowę, więc grzmot jest bliżej niż dalej :P a przynajmniej mam nadzieję, że jakoś tak to będzie. :)
Kujam za komentarz :tul:
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1830
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Upadek

Post autor: Kruffachi » 21 sierpnia 2014, 17:23

No to - mimo niesprzyjającej aury, potworów zwanych terminami i faktu posiadania tylko jednej pary oczu - wreszcie nadrobiłam dwie ostatnie wstawki :D

I co? I czytało mi się bardzo przyjemnie, jak wcześniej - lubię ten tekst, bohaterów, koncept, no przecież nie będę się powtarzać. Mam też dodatkowy zaciesz z powodu Adasiowych smaczków, które wprowadzasz bardzo ładnie, bardzo przyjemnie i bezboleśnie, a moje serducho cieszą z wiadomych powodów dwóch.

A mimo to mam jedno "ale" ;) Wydaje mi się, że to już trochę długo trwa, to jednostajne tempo. Zaczyna nieco nużyć, przydałoby się jakieś szarpnięcie, jakaś wyrazista minifabułka, coś, co wyrwałoby czytelnika z wrażenia, że ciągle ma do czynienia z ekspozycją i oto zaczyna śledzić historię.

Tak króciuteńko ode mnie. Piszaj.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Upadek

Post autor: pierdoła saska » 24 sierpnia 2014, 20:09

@ Kruffachi, :tul: cicho mam nadzieję, że w tym niżej nastąpi pewne przełamanie :)

– Może zechce mi pani towarzyszyć w spacerze? – zaproponował, gnąc się w pół przed Johanną Amalią niczym cienka gałązka na wietrze. – Na chwilę wytchnienia od tego zgiełku i tłumów. Zdaje się, że przegnało już chmury i powinno być widać gwiazdy. Zna się pani na nocnym niebie?
– Niespecjalnie – odparła.
– Zatem tym bardziej zapraszam, mogę to i owo pokazać.
Odszukała wzrokiem Sebastiana, ale nie patrzył w jej stronę. Niczym przyzwoitka tkwił przy Johannie i przysłuchiwał się toczonej rozmowie. O czymkolwiek była, to zajmowała jej brata bez reszty.
Wyszli zatem.
Maj był ciepły, choć wieczorami wiatr pozostawał chłodny, jakby niósł z sobą wspomnienie gór lub odległego morza tylko ani jednego, ani drugiego nie dało się wyczuć w jego zapachu. Wrażenie braku i niepełności było wszechogarniające, jak to pan Adam określił, gdy zagłębili się w alejki ogrodu. Z każdą chwilą gwar przyjęcia zostawał za nimi, cichł i stawał się mniej realny. Słychać było ich kroki na wysypanej drobnym żwirem ścieżce, szelest ciemnoniebieskiej sukni Johanny Amalii i głębokie oddechy pana Adama. Nad nimi rozciągało się ciemne niebo. Księżyc kilka dni po nowiu wisiał nisko nad horyzontem, jakby tylko nieśmiało zza niego wyglądał.
– Nie chce zakłócać tak pięknej nocy – szeptem odezwał się pan Adam i zadarł głowę. – Jeżeli nocną przybliżysz się dobą; I zwrócisz ku wodom lice, Gwiazdy nad tobą i gwiazdy pod tobą, I dwa obaczysz księżyce.
Spojrzała na niego pytająco, nic z szeleszczących słów, wypowiedzianych przez niego cicho i raczej do siebie samego niż kogokolwiek stojącego obok, nie zrozumiawszy. On jednak spoglądał w niebo zamyślony, dłońmi szukając czegoś po kieszeniach i zupełnie nie zwracając na Johannę Amalię uwagi. Pochłonęły go wspomnienia i wzrok miał nieobecny. Zerkając na niego zastanawiała się, co widzi. Jakie kolejne zjawy i duchy z przeszłości mniej lub bardziej prawdziwe jawią mu się przed oczyma. Może jakieś cuda niewidy z ludowych bajek, które tu tylko, w Saksonii, się kryją, a u niego na wschodzie nikt o nich nie słyszał. Uśmiechnęła się do tej myśli.
– A nad nami Wielki Wóz i łeb Lwa, dostrzega je pani? – odezwał się niespodziewanie. – Przy łapach Lwa jasno świeci Saturn. Nad horyzontem wisi Łabędź, choć ledwo nad niego wystaje, a obok niego Lutnia z jasną Wegą. Nazywana jest też Lirą. Czy wie pani, że ten tak klasyczny i od dawna znany instrument, uwieczniony na niebie jeszcze przez Greków, pojawiał się też pod innymi nazwami? Na przykład w atlasach arabskich, w ich kulturze nie znającej Liry, przedstawiano go jako opadającego orła lub żółwia. A tam – wskazał bliżej wschodu – jest Wolarz, choć czasami mówi się, że nie jest on tam dla Wielkiego Wozu, a raczej dla Wielkiej Niedźwiedzicy i tak przeistacza się w Tropiącego Niedźwiedzia – opowiadał, wpatrzony w niebo i zasłuchany we własnym głosie. Ton jego opadał i wznosił się snując historię. – Jego najjaśniejsza gwiazda, Arktur, to inaczej Arkas. Syn nimfy Kallisto i Zeusa. Oboje zostali przeniesieni na niebo przez króla bogów, by uchronić ich przed zemstą Hery. Matka stała się Wielką Niedźwiedzicą, a syn jej strażnikiem – Wolarzem. I widać również Kasjopeję przypomina literę wu, ale to niegodne jej porównanie. Wu samo w sobie jest niczym i nie oddaje tragedii matki wyciągającej ramiona ku córce-
– Którą ponoć sama wydała potworowi – przerwała mu.
Zamilkł. Spojrzał na Johannę Amalię i wyciągnął ku niej dłonie niczym mityczna etiopska królowa, ale ona cofnęła się zamiast paść w nie.
– Tak mówi jedna z wersji mitu – odezwał się więc – ale czy matka mogłaby być tak okrutna i pozbawiona miłości, by kryć się za własnym dzieckiem?
Johanna Amalia wzruszyła ramionami.
– Matka zawsze w sercu kocha swoje dzieci, ale ułomności ludzkiej natury czasami nie pozwalają jej tego właściwie okazać – dodał zatem. – Trzeba wtedy patrzeć na to, co niewidoczne.
– Jeśli coś nie jest widoczne, to trudno na to patrzyć.
Roześmiał się pobłażliwie, i szybkim ruchem ujął jej dłoń, po czym pocałował lekko. Cofnęła rękę.
– Jest pani nad wyraz rzeczowa. Czuję się zaskoczony.
Spojrzała na niego kątem oka tylko nieznacznie zadzierając głowę, bo tak naprawdę chodziło o gest, a nie o to by spojrzeć mu w oczy.
– Gdy droga Eugenia o pani opowiadała, to widziałem w pani bratnią duszę, a teraz czuję się zdezorientowany i zaciekawiony, czym może mnie pani jeszcze zaskoczyć.
Uśmiechał się, co przy ostro rysujących się kościach policzkowych nadawało jego twarzy bardziej drapieżny niż pogodny wygląd.
– Obawiam się, że Eugenia mogła nie być najlepszym źródłem jakichkolwiek informacji – westchnęła ciężko i odwróciła wzrok ku ciemności wokoło.
– Ma piękną wyobraźnię – odparł. – Wypatruje tego niewidocznego właśnie, patrząc sercem i przyjmując do wiadomości cuda świata takimi, jakie są, a nie usilnie próbują wyjaśnić je za pomocą własnego ograniczonego rozumu ludzie tak zwanej nauki. Pani się uśmiecha, wierzy pani zatem, że wszystko można naukowo wyjaśnić?
– Pana ducha wyjaśniliśmy nawet niespecjalnie naukowo – roześmiała się nie patrząc na niego.
– Kpi pani.
– Stwierdzam.
– Więc w magię pani też nie wierzy?
Zacisnęła mocniej palce splecionych ze sobą dłoni, z trudem powstrzymując się od szarpania koronek u dołu długich rękawów; już i tak zdążyła je dostatecznie zniszczyć, by trzeba było je niebawem wymienić.
– Wiara wymaga, aby nie mieć dowodów na czegoś istnienie – odpowiedziała spokojnie i beż śladu rozbawienia – a mimo tego utrzymywać, że w istocie nie jest tylko wymysłem wyobraźni. Więc nie, nie wierzę.
Dotknął jej ramienia i stanął przed nią. Pochylał się patrząc jej w oczy, a ona nie umykała spojrzeniem, to była jedna z tych umiejętności, które zawdzięczała brakom w wychowaniu. Nikt jej na czas nie powiedział, że powinna się speszyć; Sebastiana to niezmiennie bawiło.
– Nie mówimy o kolorowych kamyczkach na szczęście, talizmanach ukrywanych pod dekoltem sukni – szepnął, a każde słowo wymawiał uważnie, jakby bał się, że umknie mu niuans niemieckiej mowy i zostanie źle zrozumiany. – Nawet nie o wiejskich gusłach…
Skinęła głową. Jego dotyk był nieprzyjemny. Zbyt mocny, by móc nazwać go komfortowym i przyjacielskim. W ten sposób mógł się zachowywać Johann jako jej brat, Sebastian jako mąż i może starszy brat Sebastiana, choć nie pamiętała, aby Xawery kiedykolwiek sobie na coś takiego pozwolił.
– Proszę mnie puścić…
– Proszę mi odpowiedzieć! – Nie krzyczał. Wciąż mówił szeptem, ale tyle było w nim mocy, że w otaczającej ich ciszy mógł uchodzić za krzyk właśnie.
– A ja nie proszę, a radzę, aby pan jednak pani Schielke posłuchał.
Kpiący głos niepoprzedzony chociażby szelestem kroków rozbrzmiał nieopodal nich z siłą, jaka w ciemną noc wydawała się niewłaściwa. Groźba czająca się w wypowiedzianych słowach nie była zbyt ukryta, ale gdyby pan Adam ją jednak przeoczył, strzelenie rozprostowywanych palców samo w sobie było dość wymowne. Gość obrócił się na pięcie jak fryga i utkwił wzrok bardziej w cieniu człowieka niż człowieku jako takim, bo mówiący dopiero zbliżał się do nich. Długimi krokami, których wciąż nie było słychać pokonywał ostatnie dzielące ich kilkadziesiąt metrów. Uśmiechał się z przekąsem i mrużył oczy, by wiedzieć lepiej, a gdy byli już naprawdę blisko uśmiechnął się szeroko i nieprzyjemnie.
– Johanno Amalio. – Skłonił się nieznacznie, ale za to z pełnym wersalem przykładania dłoni do serca i krycia drugiej za plecami, z odstawieniem nogi i spuszczeniem wzroku; teatr.
– Almerichu. – Skinęła głową na znak powitania. – Nie spodziewałam się ciebie tak szybko.
– Ale jednak się spodziewałaś, a myślałem, że może wieść do ciebie nie dotrze i uda mi się sprawić ci niespodziankę. Naiwność z mojej strony, że coś między wami pozostaje tajemnicą. Niekiedy wciąż mam wrażenie, że siedzicie Z Johannem we własnych głowach. A pan to…? – zwrócił się do Adama wprost i spoglądając na niego oceniająco.
– Pan Adam Mickiewicz jest naszym gościem – odpowiedziała szybko i raczej chłodno. – Zmierza na wchód, by dołączyć do powstania na ziemiach polskich i chwilowo się u nas zatrzymał poniekąd z polecenia i prośby Eugenii.
Almerich Lammert zamyślił się, spojrzał teatralnie w niebo, skrzywił i znów zmierzył mężczyznę wzrokiem.
– Eugenia…? To ta szukająca miłości prawdziwej, co pokona wszelkie cierpienia?
– Owszem. I już znalazła, ale bez cierpień o ile mi wiadomo. Panie Adamie, to Almerich Lammert, mój przyjaciel.
Wymienili uściski dłoni o tyle życzliwe, że Almerich nie planował naprawdę zmiażdżyć dłoni nowopoznanego kawalera, a tylko chciał zobaczyć jak zareaguje. Westchnięcia rozczarowania nawet nie zdławił.
– Przerwałem chyba interesująca rozmowę? O magii, prawda?
– Owszem, o wierze w nią.
Almerich zaśmiał się głośno i znów spojrzał na pana Adama, choć tym razem więcej w tym było zdziwienia niż czegokolwiek innego.
– Pan pytał wiedźmę czy wierzy w magię? – Zdumiał się. – Doprawdy…
– Almerichu…
– Bez obaw, to przecież zostanie tylko między nami, prawda?
Nawet się nie zainteresował, czy pan Adam przytaknął jego słowom. Zadarł głowę ku niebu, zmarszczył brwi, ziewnął i potoczył spojrzeniem po czarnym horyzoncie aż oślepiły go światła dworu. Zamrugał i przetarł wierzchem dłoni oczy, wciąż zupełnie niewzruszony taksującym go spojrzeniem pana Adama, a przyznać trzeba, że ten się specjalnie nie krył ze swym niechętnym zainteresowaniem. Widać po jego ściągniętych brwiach było, że nic a nic mu się nie podoba to nagłe najście obcego człowieka, który zdaje się czuć tu jak u siebie w domu. Czego wiedzieć nie mógł o charakterze Almericha Lammerta, to tego, że bezczelność jest jego dominującą cechą i tylko naprawdę wyjątkowe sytuacje i znamienite osoby mogą ją utrzymać w ryzach.
– Zatem zamierza pan się bić za Polskę, rozumiem więc, że jest pan z tamtych stron – Almerich stwierdził nieco pytająco. – Można wiedzieć skąd? Icz, czyli bardziej niż mniej na wschód, prawda?
– Z Nowogrodu.
– Nie do końca moje strony – roześmiał się w odpowiedzi. – Bardziej na północ, to już lepiej – dodał i rozłożył ramiona w wyrazie bezradności, a był w tym tak sztuczny, że trącić to mogło obrazą. – Johanno, czy mógłbym liczyć na kawałek pokoju, aby się odświeżyć po podróży nim wrócimy do tej rozmowy?

Almerich Lammert przysiadł na parapecie otwartego na oścież okna, odetchnął rześkim powietrzem i spojrzał kątem oka na rodzeństwo. Kołnierz miał niczym nieprzewiązany, kamizelkę niedbale rozpiętą, jednobarwne spodnie zdążyły się przybrudzić u dołu nogawek – to i nieuładzone, jasne włosy nadawały mu nieco artystycznego wyglądu, choć Frederike Sophie, gdyby uczestniczyła w rozmowie, uznałaby go zapewne za najzwyczajniej w świecie niechlujnego. I nie pomyliłaby się wiele. Tu i teraz, w znajomym sobie towarzystwie i przy prywatnej wizycie Almerichowi nie chciało się dbać o szczegóły, a raczej o własną wygodę. Poza tym, co już wcześniej stwierdził w odpowiedzi na krzywe spojrzenie Johanna, wolał być obecnie niedoceniony przez postronnych. Gdy patrzą na ciebie z góry, dużo im umyka – powiedział i skończył temat.
– Nie powiem, że wasze teorie są bezpodstawne, bo mają ręce i nogi i wszystko inne, i gdybym nie wiedział lepiej, to może bym wam nawet przyklasnął, ale wiem, więc tego nie zrobię. Jeśli ten cały Mickiewicz coś knuje, to raczej sam ze sobą, a nie z kimś znaczącym. Owszem aresztowali go kiedyś w Rosji, był w więzieniu, zesłany również został i wtedy nauczał w gimnazjum. Tu i tam jest o nim głośno, więc dowiedziawszy się, że gdzieś się tu kreci postanowiłem wpaść w odwiedziny i przekonać się co to za osobnik. Czuję się wielce zawiedziony na tak wielu poziomach…
– Przestań – mruknął Johann. – Nadmiar wolnego czasu ci szkodzi.
– Tobie za to pomaga stanie na twardym gruncie, a nie tonięcie w przypuszczeniach, więc podziękowałbyś może, że ci zdejmuję z karku ciężar twojej wybujałej wyobraźni, która zdaje się zamarła w bezczasie w takim samym stopniu co ciało. Ja wam na przykład podziękuję.
Zeskoczył na podłogę i zgiął się w pół teatralnie. Stojący nieopodal Sebastian westchnął i trzepnął go w plecy otwarta dłonią tak mocno, że Almerich omal się nie wywrócił.
– Niedźwiedzia gracja – mruknął. – Ktoś by pomyślał, że obcując na co dzień z kobietą nieco wyczucia nabierzesz czy coś.
– Bez obaw, przy kobietach umiem się powstrzymać.
– Czyli zaszczyt mnie kopnął, że na raz próbowałeś mi odbić płuca i roztrzaskać nos o parkiet? Wielkie dzięki, Sebastianie. Czuję się zaszczycony jak stąd pod carską stolicę, ale na przyszłość podziękuję.
– Dużo dziś dziękujesz …
– Johannie, jakiś ty się wygadany zrobił, a jeszcze dziś rano pozostawałeś chmurnie milczący, zagubiony w tych swoich fantazjach. Ale będzie ci wybaczone, bo naprawdę podsunęliście mi ciekawy pomysł i zdecydowanie muszę się z tym waszym panem Adamem bliżej zapoznać. Raczej nie macie żadnych jego utworów, prawda? I nie patrzcie tak, czytam książki, zwłaszcza jak mogą mi się do czegoś przydać.
Mówiąc Almerich nie silił się na szept, a raz po raz wybuchał mniej lub bardziej udawanym oburzeniem, śmiał się lub prychał. W żywiołowości przypominał Sebastiana, ale z tym drugim łatwiej było wytrzymać.
– A tu by mogły, przecież na czymś tę nasza uroczą znajomość muszę oprzeć.
– Co ty knujesz?
– Knujesz, to bardzo brzydkie słowo, Hans. Planuję, owszem, ale bez obaw nie jest to nic, co mogłoby zaszkodzić twojemu zacnemu nazwisku. Ot przypuszczenia Johanny mnie natchnęły. – Skinął jej głową, uśmiechając się przy tym szeroko i radośnie. – Nie czytałem jego utworów, ale to i owo słyszałem niekoniecznie z kartotek. Widzisz Hans, tu tkwi główna różnica między nami. Ty siedzisz w czterech ścianach i dumasz, a ja działam. Jeśli wciąż marzysz o kierowaniu historią, to naucz się tego wreszcie. Nasz poeta mniej lub bardziej wyraża swoje poglądy o niesprawiedliwości świata wobec jego ojczyzny, więc czemu by mu nie dać konkretnych powodów?
Johanna poderwała się z miejsca – zaszeleściła suknia, gdy w przeszła kilka kroków nim zatrzymała się wpatrując się w Almericha szeroko otwartymi oczyma.
– Chcesz mu powiedzieć o przepowiedni? – zapytała, ale tak pewnym tonem, że można by to śmiało nazwać stwierdzeniem.
– Owszem, choć w mniej enigmatycznych słowach niż te, w których się ją zwykle podaje. Powinna mu się spodobać, prawda? Lubi te wiejskie bajania, czary mary hokus pokus, to przepowiednia powinna mu przypasować. Zwłaszcza z całą ta otoczką. Hans, może pomożesz mi poopowiadać, jesteś lepszy ode mnie w gadaniu trzy po trzy o dupie Maryni.
Dłoń Sebastiana zderzyła się z barkiem Almericha przy akompaniamencie donośnego huku. Prusak aż przeszedł kilka kroków do przodu i omal nie wpadł na Johannę Amalię.
– Zabić chce! – jęknął i wyprostował się.
Spojrzał na Sebastiana z wyrzutem, ale ten tylko złożył ramiona na piersi, przekrzywił głowę i patrzył dając do zrozumienia, że jeśli Almerich nie wie za co mu się dostało, to lepiej będzie jeśli się mocniej zastanowi, a nie pyta. Więc nie zapytał. Skrzywił się tylko jeszcze paskudniej i nieudolnie próbował rozmasować bolące ramię.
– To będzie bez gadania trzy po trzy, w sumie to ma to sens. Hans–
– Możesz przestać zdrabniać moje imię?
– Nie i daj mi skończyć. W co ze swą duszą rwąca się ku ojczyźnie i romantyczną wiarą w ducha–
– Nie wierzę w te rzeczy. Rozdziel.
– Mniejsza, pytanie brzmi co by cię bardziej zaciekawiło… Przepowiednia opowiedziana tak prosto z mostu, czy zasłyszana przez niedomknięte drzwi?
Zapadła cisza.


Johann Fryderyk nie ukrywał, że mu się ten pomysł nie podoba, ale też w żaden sposób nie próbował Almerichowi przeszkodzić, gdy ten familiaryzował się z panem Adamem. Jako człowiek, któremu dane było nieco Rosji zobaczyć, Prusak wciągał go w dyskusje o miejscach, które widzieli obaj, z rzadka również o ludziach tam spotkanych. Nazwiska wszystkim innym obce co jakiś czas rozbrzmiewały w powietrzu obok nazw miejscowości i budziły gorące zainteresowanie Eugenii lub chłodniejsze Frederike Sophie. Pojawienie się Lammerta przypominało rysę na powierzchni szkła, którym był jej spokój. Stała się bardziej milcząca i choć nie należała do gaduł, to zwykle doskonale podtrzymywała konwersację, kierowała nią tak, aby pozostać wśród bezpiecznych tematów i dbała, aby cisza nigdy nie trwała dostatecznie długo, by stać się krępująca. A jednak nie odezwała się ani słowem od dłuższego czasu, zupełnie jakby w ogóle nie było jej z nimi przy ustawionym w ogrodzie stole. Co tylko nielicznym nie uszło uwagi, to jej spojrzenie momentami aż przesadnie uważne i badawcze. Czego próbowała się dopatrzeć – pozostawało jej tajemnicą, której przesadnie pilnie strzec nie musiała, bo nikt nie pytał, nikt nie spoglądał w żaden sposób, a ona pozostawała ostrożna. W gestach, uśmiechach, w rzadko wypowiadanych słowach.
Prym wiódł pan Adam, a Almerich mu sekundował. Johann i Sebastian zajęli miejsca z tyłu dyskusji, ale nie pozwalali o sobie zapomnieć. Było więc o szerokich stepach, o wielkich jasnych przestrzeniach, tak różnych od tego, co można było zobaczyć w Saksonii.
Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu,
Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi;
Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi,
Omijam koralowe ostrowy burzanu.

– Po niemiecku, to już nie zabrzmi tak dobrze – stwierdził pan Adam z wyraźnym żalem, a mimo tego po chwili podjął próbę nie tyle przetłumaczenia słowo w słowo, co zachowania melodii i wizji i przekazania ich swym słuchaczom tak, by zrozumieli. Eugenia była oczarowana.
– Tak pięknie składasz ze sobą słowa – westchnęła. – Prawda Frederike?
Pan Adam uśmiechnął się w odpowiedzi, zaś panna Huenecke ocknęła się i przytaknęła chłodno.
– Panna nie lubi poezji?
– Lubię – odparła. – Choć preferuję jednak muzykę. Gra pan może na czymś?
Nie umknęło uwadze niektórych, że na przestrzeni ostatnich dni Frederike Sophie powróciła do formy „pan”, choć był moment, kiedy, podobnie jak Eugenia i pozostali, zwracała się do niego mniej oficjalnie. Sam poeta zdawał się być tym nieporuszony.
– Trochę jedynie na flecie poprzecznym – przyznał i chętnie zgodził się wystąpić.
Gra pana Adama nie należała do wybitnych, lecz radził sobie całkiem zręcznie w duecie z Eugenią, która zasiadła przy pianinie. Udało się im odnaleźć kilka melodii, które oboje dobrze znali, lub takich jemu bliskich i zarazem dość prostych, aby Eugenia mogła zagrać je z nut przyzwoicie za pierwszym podejściem. Kwestią czasu była chwila, kiedy Frederike Sophie dołączyła do nich śpiewając. Miała ładny, wysoki głos, nad którym panowała wyśmienicie i wiedziała o tym. Nie bała się śpiewać głośno zarówno po niemiecku jak i francusku i odnajdywała w tym przyjemność, zwłaszcza gdy kolejne utwory żegnano entuzjastycznymi oklaskami. Sebastian nie szczędził ani pochlebstw, ani próśb o bis.
– A pani nie śpiewa ani nie gra? – zainteresował się pan Adam, gdy roszady w saloniku sprawiły, że znalazł się koło Johanny Amalii, siedzącej przy otwartym oknie wychodzącym na ogrody.
– Nie. Poezji również nie tworzę. Ja i sztuki piękne rozmijałyśmy się przez lata i tak pozostało.
– Wielka szkoda. Sztuka to prawdziwe dziedzictwo. Zarówno ta wielka jak i ta czasami zapominana, a przecież tak ważna dla naszej kultury, mała, ludowa, wyrosła z historii nas samych. Zna pani utwory Fryderyka Chopina? Są naprawdę niesamowite.
Almerich przysłuchiwał się temu z zaciekawieniem, które w najlepszym przypadku mógłby nazwać zawodowym. Żeby wiedzieć należało słuchać, a nie błądzić myślami. Mając do wyboru przekomarzanie się Eugenii i Johanna, a nie wiadomo dokąd mające doprowadzić wywody Polaka, wybrał to drugie. Jego przyjazd do Wärzendurffu nie był dziełem ani przypadku, ani nagłej tęsknoty za Johannem Wärznerem. Rola Sebastiana Schielke też była nikła, Johanny Amalii nieco większa, ale także nie ona sprawiła, że opuścił swe poczdamskie mieszkanie i kuchnię wdowy Henrietty, oraz inne okoliczne uciechy. Wieść o interesującym gościu Wärznerów dotarła do niego okrężną drogą – gdyby nie to, to zjawiłby się wcześniej, choć i tak trafił całkiem dobrze zważywszy na scenę jaka go powitała. Johann i Sebastian słusznie byli wściekli na Johannę, że pozwoliła sobie na taką lekkomyślność. On sam wszystko bagatelizował tylko po to, aby ich zirytować.
Dla sportu – jak przyznał później.
Gdy pierwszy raz usłyszał kto taki gości u Wärznerów, pomyślał, że Johann coś knuje, choć to słowo bardzo mu tu nie pasowało. Są ludzie zdolni knuć i tacy, co nie lada wysiłek muszą wkładać w nierozpaplanie światu, co im na sercu leży. A im większa to rzecz i bardziej wymagająca dyskrecji, tym im trudniej. Johann Fryderyk nie w pełni przynależał do tej grupy, ale miał swoje momenty i cała powstańcza sytuacja zdawała się być jednym z nich. Śmiejąc się, Almerich oznajmił przed dwoma dniami, że cieszy się z własnej pomyłki a nawet pomyłek, bo gość okazał się nie tyle zaproszony, co wprosił się lub też wykorzystał okazję. Teraz wydawało się, że Frederike Sophie żałuje złożonej przez siebie, zapewne głównie z grzeczności i może po prośbie od Eugenii, oferty. Zwłaszcza, że gość się zasiedział i tylko co jakiś czas, gdy los jego ojczyzny pojawiał się w rozmowach, deklarował swą chęć wyruszenia na wschód, tylko…
Tych tylko było wiele. Listy, pieniądze, coś komuś musiał przekazać, coś zorganizować. Almerich słuchał i jego fascynacja z dnia na dzień nie przygasała. Zdawało się również, że na balu zawarł pewne znajomości i nie dalej jak poprzedniego dnia pilnymi sprawami wymawiał się od przejażdżki i udawał do Drezna, skąd wrócił w towarzystwie Eugenii.
Słuchając jak teraz improwizuje po francusku, Almerich musiał przyznać, że jest wysoce rozczarowany. Nie poezją. Tej trudno było coś zarzucić i niczego innego się po niej nie spodziewał.
Rozczarowany był samym człowiekiem.
Spojrzał na Sebastiana i uniósł brew w niemym „i co ty powiesz?”
Na pogodnym obliczu Bawarczyka na moment pojawił się cień zirytowania i jasnym było, co jest tego powodem. Pan Adam, zwracał się do wszystkich, ale nie wymagało przesadnej spostrzegawczości zorientowanie się ku komu spogląda najczęściej i jak zmienia się wyraz jego twarzy. Zachwycona Eugenia świata poza nim nie widziała, ale tylko ona jedna pozostawała tak zauroczona i zarazem bezkrytyczna. Frederike Sophie znosiła ofiarowywaną jej uwagę z uśmiechem, który Johann nazwał „nie chcę, ale muszę”. Wypadało, aby tak reagowała, więc to robiła. Z przyjemnością lub bez, to nie miało znaczenia. Johanna Amalia w ogóle na pana Adama nie patrzyła. Gra świateł i cieni wokół ramy portretu praprababki zaciekawiła ją bardziej od twarzy poety.
Tymczasem improwizacja z opisu rodzinnych stron, ich pięknych krajobrazów przeszła do miasta i kościelnej wieży. Tego jak górowała nad okolicą tak wielce, że z jej szczytu można było wypatrywać wojsk Napoleońskich i tu Almerich się nie powstrzymał i przerwał przedłużający się monolog.
– To przypuszczenie, czy sprawdzał pan osobiście? – zapytał.
– Słucham?
– To o wieży i wyglądaniu z niej wojsk – sprecyzował i sięgnął po filiżankę z przestygłą już kawą. – Pan tak przypuszcza, ktoś panu powiedział, czy sam pan na tej wieży tkwił i wypatrywał żabojadów?
– Sam patrzyłem niecierpliwie i jako pierwszy wieść o nadejściu Napoleona przekazałem w mieście – stwierdził twardym i nie pozbawionym nutki dumy własnej tonem poeta.
– No nie, kolejny! – Almerich jęknął i uderzył mocno dłonią o udo.
Eugenia drgnęła zaskoczona i spojrzała na nich pytająco, ale nie odezwała się. Zerknęła na Frederike Sophie, jakby przyjaciółka mogła jej pomóc zrozumieć co się dzieje, ona jednak w milczeniu obserwowała mężczyzn. Dłonie ułożyła na kolanach, lekko zagięte palce nie zdradzały zdenerwowania, a uniesiony podbródek sugerował nawet lekkie zaciekawienie, ale nic ponadto. Johanna Amalia pozostała bierna jak wcześniej.
– Słucham?! – Pan Adam się zdziwił.
Sebastian wsparł brodę na dłoni i przyglądał się wydarzeniom nieco znudzonym spojrzeniem. Johann Fryderyk odetchnął głęboko i pokręcił głową. Nie zamierzał dać się sprowokować. Almerich raz za razem próbował mu dokuczyć. Nie zaszkodzić, nie wyrządzić krzywdę lub poniżyć, ale wbić symboliczną szpilę. Chwilami przypuszczał, że tak okazuje on swoją sympatię, ale nigdy nie poczuł się na tyle zdesperowany, aby wprost o to zapytać. Teraz było nie inaczej. Przysłuchiwał się wyraźnie przesadzonemu wybuchowi rozpaczy z miernym zainteresowaniem.
– Nic, absolutnie nic, ot prześladują mnie fani tego człowieka. Hans też kiedyś w Napoleonie widział wszystko, co najlepsze i potrzeba było nieco czasu, aby przekonał się, że ten człowiek, jak i cały naród w sumie, nie są warci takich zachwytów.
– Co pan może wiedzieć?
– Walczyłem w kilku bitwach przeciwko jego armii, to i owo słyszałem, to i owo widziałem i swoje zdanie mam. Dobrze się stało, że zmarł w końcu i już nie wisi niczym katowski miecz nad nami.
– Reformy, które ze sobą niósł i porządek były słuszne, a stawiany mu opór tylko pogrążył nas w chaosie.
– Reformy niczego sobie, ale marsz przez Europę, podboje… Ten człowiek był megalomanem, tworzył świat dla siebie i zaspokojenia swoich ambicji i pewnikiem kompleksów. Nie neguję, że dowódcą był znakomitym. Gdyby było inaczej, to nie użeralibyśmy się z nim tyle lat, ale w ostatecznym-
– Panowie, proszę – przerwała mu Frederike Sophie. – Nie o wojnach, bitwach i innych sprawach, na których my się nie wyznajemy. – Spojrzała na nich i uśmiechnęła się prosząco, a Eugenia zasekundowała jej wiernie.
Posłuchali jej, ale twarz pana Adama wykrzywiała się w grymasie oburzenia ilekroć jego wzrok przypadkiem skrzyżował się ze spojrzeniem Almericha.
Johann był pewien, że Prusak jest z siebie dumny.

Almerich szybko przekonał się, że Frederike Sophie żyje bardzo spokojnie i według twardo ustalonych zasad, od których sama z siebie nie odstępuje. Pory jej snu, wypoczynku, samotności, czas pisania listów, wyszywania i wyjazdy w odwiedziny – to wszystko miała dokładnie zaplanowane. Nawet jeśli wydawało się, że w środę spontanicznie udaje się do Drezna być może zakupić nową papeterię, to należało podejrzewać, że robi to zawsze w środę co miesiąc lub dwa. Ani razu w ciągu jego pobytu w Wärzendurffie nie zasiedziała się zbyt długo przy rozmowie, chyba że sytuacja była szczególna. Jeśli nie, to tuż przed jedenastą panna Huenecke dziękowała za towarzystwo i znikała w swoich pokojach. Zauważenie tej rutyny i wyuczenie się na pamięć kilku jej ważniejszych punktów zajęło mu trochę ponad tydzień. Chwilę, kiedy postanowił wykorzystać nabytą wiedzę wyznaczyło jego znudzenie i zirytowanie.
O pobycie pana Adama w więzieniu Almerich wiedział już więcej niż kiedykolwiek chciał. Opowieści o Moskwie, czy raczej moskiewskich salonach, też mu się przejadły i pan Adam zaczął go mierzić, a przede wszystkim Johann stawał mu się bardziej niż niechętny. Należało się spodziewać, że lada dzień gościowi zostanie zasugerowane, iż powinien podziękować grzecznie, zabrać swoje manatki i w końcu jechać bić się za ojczyznę, którą tak wysławia, tak czule o niej mówi i na mówieniu głównie poprzestaje. Dlatego też wymówił się bardzo paskudnym bólem głowy z rozmowy wieczorem i cierpliwie czekał w korytarzu nieopodal pokoi Frederike Sophie.
Nie zawiodła go. Pojawiła się stawiając małe kroczki, które w panującej wokół ciszy słyszał doskonale. Nie zauważyła go w pierwszej chwili, a dopiero kiedy się poruszył. Odszedł na dwa kroki od ściany, którą dzielnie wspierał i skłonił nieznacznie. Trzymana przez nią świeca nie dawała wiele światła, ale dość, aby Frederike Sophie mogła go rozpoznać.
– Panna wybaczy – odezwał się teatralnym szeptem – ale pilnie muszę z panną zamienić trzy słowa.
Nie prychnęła, ale widział jak to niedoszłe prychnięcie przełyka, jak przechodzi jej ono przez gardło. Cóż, nie próbował sobie zaskarbić jej sympatii co rusz ostatnio prowokując pana Adama do wygłaszania tych jego płomiennych mów, w których się poeta plątał niekiedy bardzo zabawnie, albo też się obrażał na niego – Almericha Lammerta – i przy okazji na resztę świata, że go nie docenia czy coś w tym guście. Almerich, nie będąc szlachetnie urodzonym nie rozumiał tej dumy szlachetki ubogiego i nic nieznaczącego, ale go ona bawiła.
Do niedawna.
– Zajmę tylko chwilę. Nie jestem naszym przyjacielem – zaakcentował to słowo kpiąco – żeby się rozgadywać, gdy chodzi o interesy. Potrzebuje, żeby panna jutro dajmy na to pod wieczór zaprosiła go na chwilę rozmowy gdziekolwiek w tym dworze, ale tak by przeszedł koło tego gabineciku na parterze, co go Johanna lubi. Na zewnątrz lub korytarzem, to niech sobie panna wybierze, ale uprzedzi mnie, żebym wiedział czego się spodziewać.
W blasku świecy jej włosy nabierały lekko rudej barwy. Niczym dogasające płomienie kusiły, aby dotknąć ich i sprawdzić czy są ciepłe – coś, co postało mu w myślach i rozciągnęło usta w uśmiechu.
– A czemu bym miała to zrobić? – odpowiedziała cicho, ale i bez podnoszenia głosu umiała doskonale przekazać swoje oburzenie.
– Bo to mała prośba, a mogę się odwdzięczyć. Panna jest taka jak wy wszystkie. Laleczka, aktorka wśród barwnych sukni, sofek i malowanej porcelany. Taka do podziwiania. Niby taka ważna i czego to nie wie i nie umie, och, ach tylko się zachwycać. Proszę mi darować, ale naoglądałem się was tyle, że mi bokiem wychodzi. Chce sobie panna taka być, to niech będzie. Może też panna iść do diabła, jak wszystkie kobiety i naprawdę nie zapłaczę, ale powiedzmy sobie otwarcie, że to niemożliwe i, że nie zatęsknię, to nie znaczy, że pannie źle życzę. Jakbym źle życzył, to jakoś inaczej bym to sobie zorganizował – mówił szybko i ekspresyjnie. Podśmiewywał się chwilami kręcił głową lub zerkał z ukosa, ale ani razu nie dał jej dojść do słowa. Próbowała, nie chcąc jednak krzyczeć nie miała szans. – Dlatego panna posłucha, panno Frederike Sophie Huenecke. Panna podstawi mi naszego polskiego patriotę, gdzie trzeba, a ja napiszę kilka listów, sam zresztą niedługo wyjadę, to osobiście tu i tam szepnę słowo w panny imieniu, bo może nie mam wielkich ziem i pałacu, ale mam znajomych. Ci zaś znają pewnego podstarzałego szlachcica, który ziemie i pałac ma. Jest wdowcem i całkiem krzepkim jak na swój wiek. Zaręczam, że nie zdziwaczał z biegiem czasu, nie choruje uciążliwie, a te dolegliwości, co mu doskwierają, pozostają pod kontrolą zaufanego doktora i służby. Czego mu brakuje to towarzyszki życia, kogoś z kim podzieliłby te ostatnie lata, podyskutował o książkach i takie tam rzeczy, na których panna na pewno lubi trwonić czas. Nie ma dzieci, krewni mający szansę zostawić potomstwo są dopiero trzeciego stopnia, więc jasnym jest, że majątek przypadłby żonie, gdyby ta się pojawiła. Musi być żona, w tym jest on szalenie uparty. Kochanek i innych takich mieć nie chce. Z moim słowem i słowem mych znajomych, którzy winni mi są przysługę, mógłby na pannę zwrócić uwagę. Dodatkowy atut! On na pannę, więc nikt nie powie, że się młoda krowa narzucała dla pieniędzy. Zresztą bądźmy szczerzy, nie jest pani trzpiotką na wydaniu i byle jaką młódką, a kobietą po trzydziestce. On się więc zaciekawi, a panna jest tak akuratna, jakby pannę pod niego szyli, więc ślub niemal gwarantowany. Z majątkiem u panny kiepsko i statusem podobnie, ale ze wstawiennictwem Wärznerów na pewno dałoby się to dogadać. Panna byłaby panią własnego domu, miała przyszłość… A! i z tego co wiem, chce panna być z dala od domu rodzinnego. Proszę nie pytać skąd wiem! Zasłyszałem pewnikiem dawno temu, ale usłyszane raz, z mojej głowy nie wypada tak łatwo. Poza tym, to dobrze tłumaczy, że tyle lat panna tu gniazduje. Do meritum wracając. Nasz tajemniczy nieznajomy pochodzi i mieszka w szeroko pojętej okolicy Hanoweru. To chyba dość daleko?
Frederike Sophie milczała. Gdyby w ciemnym korytarzu ktoś się pojawił, choćby służąca, która mogła usłyszeć tę tyradę, wówczas zmuszona byłaby się oburzyć święcie na jego propozycję. Mniejsza o opinie o niej i o kobietach w ogóle, mógł być sobie gburem i uważać kobiety za cokolwiek chciał, ale obietnica, którą niosły jego słowa, obudziła jej nadzieje.
– To proste. – Wzruszył ramionami. – Nie każę pannie sprowadzić mu kochanki ani zasztyletować w kącie, a jedynie podstawić mi go w odpowiednie miejsce. Mogę nawet obiecać, że włos mu z głowy nie spadnie, jeśli obawia się panna takiego scenariusza. Więc jak będzie?
Stała idealnie nieruchomo. Cienie na bufiastych rękawach jej sukni przypominały raczej wymalowany wzór i tylko nieznacznie poruszające się piersi, skromnie wychylające się zza szerokiego dekoltu, odróżniały ją od rzeźby.
– Czemu nie poprosi pan Johanny? Zdaje się, że lubicie się.
– Ktoś tu jest na skrzata cięty? Zazdrość? – zaśmiał się skrzekliwie. – Bo nie mam ochoty znów narażać się Sebastianowi, jeśli nie muszę. Bo dla niej nie mam tak ciekawego interesu. Bo nasz drogi pan Adam na pewno bardziej może być ciekaw, czemu na stronę prosi go kobieta, a nie skrzat, który ponoć jest kobietą, ale długie włosy i ładna buzia kobiety nie czynią. Chude, małe, nie umie śpiewać, grać, malować czy co wy kobiety tam jeszcze robicie. Nie, do tego potrzeba mi kobiety, a ja Johanny jako kobiety nie postrzegam.
Znów milczała. Czy akurat rozważała jego słowa, zastanawiała się nad tym jak ostatnie zdanie przekłada się na jego stosunek do niej i Eugenii, to nie miało dla niego znaczenia.
Dla niej też nie powinno.
– A jaką mam gwarancję, że pan mnie nie oszuka?
Spojrzał na nią unosząc brwi w i otwierając szeroko oczy. Wziął głęboki wdech, żeby jeszcze dobitniej podkreślić swoje zdumienie tak trafnym pytaniem z jej strony.
– Dobre pytanie. Gratuluję. Moje słowa jedynie lub aż – spoważniał nagle i dodał po chwili. – Król Fryderyk w to moje słowo wierzy, wiec jeśli nie uważa się panna za lepszą od niego, to powinno ono wystarczyć.
ciąg dalszy nastąpi
Cytowane utwory to "Świteź" i "Stepy Akrermańskie" A. Mickiewicz :)
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 481
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Upadek

Post autor: Krin » 26 sierpnia 2014, 08:40

Jakieś tam przełamanie nastąpiło, ale to też zależy od tego, jak to się skończy. Należałoby się spodziewać, że Adam po usłyszeniu przepowiedni jakoś zareaguje (nie wiem, jak bo przecież treści nie znam :P), a reszta bohaterów:
a)Wróci do normalnego życia.
b)Na skutek jakiś niespodziewanych zdarzeń zostanie w coś wplątana.
c)Krin coś umknęło.
Jeśli odpowiedź brzmi a) to trudno mówić o przełomie.

Ale zostawmy ten temat. Pożyjemy zobaczymy.

Muszę powiedzieć, że polubiłam Almericha. Chyba po prostu mam ostatnimi czasy jakąś słabość do "spiskowców". :heart: Podobała mi się ostatnia scena. Nie wiedzieć czemu jakiś taki dreszcz mnie przeszedł. Na pomysł żeby podsłuchał rozmowę też. Chyba podatna jestem na takie rzeczy.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1830
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Upadek

Post autor: Kruffachi » 27 sierpnia 2014, 17:48

Hm, powiadasz, że jeszcze jedna wstawka? Hm... No zobaczę, zobaczę, jak to się zamknie, jak powiążesz to, co się pojawiało hintami, i jak spointujesz całą historię. W tej chwili nie potrafię ocenić, czy środek ciężkości nie jest za bardzo przesunięty, więc się powstrzymam, ale przyznam, że trochę mnie zaskoczyłaś informacją, że to już już, że właściwie zakończenie, bo stawiałam na wstęp do punktu kulminacyjnego.

Czytało mi się znowu bardzo przyjemnie, tak sobie płynie ten tekst dalej, tak mi się ładnie chłonie kolejne akapity z tym lekko dziewiętnastowiecznym sznytem :D Tylko tak sobie myślę, czy nie za późno przedstawiasz Almericha. Dopiero teraz dotarło do mnie, jak wygląda, jak konkretnie się zachowuje itp., a tymczasem okazał się kluczową postacią dla osnowy opowiadania. Może więc lepiej byłoby wzmocnić jego akcent gdzieś wcześniej, bo przyznaję bez bicia, że kojarzę, że było coś wspominane, ale zupełnie mi się rozmyło w toku dalszych akapitów - one wszystkie, podobnie jak opisy postaci, są w dość podobnym tonie, więc zapamiętałam to, co się powtarza i z czym miałam do czynienia bezpośrednio i co bezpośrednio kojarzyło mi się z ostatnimi wydarzeniami. Cała akcja z początku wydaje się teraz dość odległa, jakby z innego tekstu i zastanawiam się, czy to pęknięcie zostanie przez Ciebie wykorzystane.

No nic, masa pytań, ale napięcie jest też innej natury - całkiem tekstowej :D Czekam na ciąg dalszy!
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Upadek

Post autor: pierdoła saska » 15 września 2014, 09:23

Zapomniałam, że nie wrzuciłam ostatniego kawałka. Serio... Zapomniałam na amen. Przepraszam. :facepalm:

:heart:

Słowo Almericha Lammerta okazało się dla Frederike Sophie Huenecke in spee Hoffer, wystarczającą rękojmią. Zaproponowała panu Adamowi spacer po poobiednim odpoczynku. Ot przechadzkę po ogrodach i poprosiła, by poczekała na nią w miejscu wcześniej ustalonym. Planowała się spóźnić. Nieznacznie, ot tyle ile damie wypada i liczyła, że on sam przyjdzie na czas. Nic więcej jej nie interesowało, gdy stała przy oknie na pierwszym piętrze i uważnie wyglądała na ścieżkę. Kiedy się na niej pojawił, odetchnęła. Wykonała swoje zadanie.
Almerich za to wykonywał swój plan, choć sam tak szumnym słowem by tego nie określił. „Eksperyment” pasował mu bardziej. Pilnował się, aby nie podchodzić zbyt blisko otwartego okna i nie wyglądać, by rozmawiać normalnie, nawet jeśli głupkowaty uśmiech rozciągał mu usta, a chichot niedowierzania momentami podchodził do gardła. Warto było czekać te wszystkie dni na tak sprzyjającą okazję.
– Car ma coś, czego nie mają powstańcy – stwierdził, odwróciwszy wzrok od okna. – Zaplecze. Ludzi więcej niż można sobie wyobrazić. Broni mniej, ale wciąż zastraszająco dużo. Tymczasem powstańcy muszą sobie radzić z tym co mają i zdobędą w zwycięskich bitwach. Z zamkniętymi granicami, z zablokowanymi w bankach pieniędzmi i o wiele mniejszą ilością wojska muszą polegać na taktyce, a nie brutalnej sile. I owszem, zwłaszcza na początku pokazali, że ich na to stać i jako ktoś, kto w wojnie walczył, szanuję ich ducha i odwagę, ale dowódcy rosyjscy nie są głupi. Mogli dać się zaskoczyć, mogli dać się przechytrzyć ileś razy, ale nie borykają się z tak wielkimi problemami. Ta siła do spółki z zimą zatrzymała francuskiego diabła. Jeśli bez zimy nie da sobie rady z powstańcami, to pory roku mają to do siebie, że następują jedna po drugiej. Zbliżamy się do lata, potem będzie jesień i znów zima. Jeśli powstańcy spróbują zagrozić Moskwie, to… – wzruszył ramionami. – Wiesz o tym równie dobrze co ja, Hansel.
– Mogę mieć nadzieję.
– I na co ci ona? – prychnął. – Co ci się marzy? Myślisz, że Polacy to lepsza partia niż Prusy? – zaśmiał się.
– Ponoć jednym z dowódców jest któryś z Radziwiłłów.
Zmrużył oczy, po czym otworzył je szeroko zdumiony. Więc jednak Johann zdecydował się pomóc mu w eksperymencie! – zdziwił się, ale nie skomentował. Już chwilę temu usłyszał kroki na dworze, a teraz poczuł też zapach tak chętnie palonych przez pana Adama cygar. Czas ich gonił.
– Nie słyszałem o tym – przyznał.
– Johanna otrzymała list od jakiejś jego krewnej z prośbą o wstawiennictwo czy coś w tym guście. Ciągle nie wiemy czemu w ogóle się do niej zwrócono, może nieco z mojej winy? Może ktoś komuś dał znać, że jeśli nie ona, to ja na pewno znam przepowiednię-
– Co za słowo! – prychnął.
– Wróżbę?
– Bełkot zapisany tak dawno temu, że nikt już nie mówi takim językiem i pewne rzeczy są dla nas niejasne, dwuznaczne i jest kwestią umowną ich rozumienie? – zaproponował Almerich. – My mówimy o kraju nad Wisłą, co rosnąc i stając się potęgą ma pożreć Europę, zburzyć ład i sprawić, że już nie będzie żadnej przyszłości.
– My tu, my w Rosji, my w Austrii – głos Johanny rozległ się niespodziewanie. Nie zapraszał jej, ani nie wtajemniczał, niemniej powitał ją uśmiechem i skinieniem dłoni. – Ale Radziwiłłowie i nie tylko oni twierdzą, że zburzony ład nie jest niczym złym. Ma być zburzony pod nowy porządek i nową przyszłość, bo w zapisie nie stoi, że żadnej przyszłości nie będzie, ale że odległe plany stracą sens i znaczenie, nieważnymi staną się dzisiejsze troski. W przybliżeniu oczywiście. Można mówić o jakichkolwiek planach, bo jeśli skończy się świat, to nawet takie dziecka bawiącego się na podłodze pod okiem niańki nie będą już mieć znaczenia. A można o planach wielkich władców – tych, dla których nie będzie miejsca w nowym porządku. Dla nich, dla Radziwiłłów i tych, co z nimi stoją, silna Polska nie jest zapowiedzią końca świata, czymś, co trzeba zniszczyć w obawie o własną skórę, ale symbolem lepszej przyszłości? Kimś… Czymś co nas ku niej poprowadzi?
– I otworzą się drogi do raju – mruknął Lammert i przewrócił oczami. – Szczerze, to w ani jedno, ani w drugie nie wierzę. Żeby cały kraj miał być zbawcą dla świata? Wybawicielem czy tam przywódcą? Lub wręcz przeciwnie, miałby sprowadzić nań Sąd Boski? To wydaje się zbyt nierealne. Już prędzej uwierzyłbym, że Napoleon był takim posłańcem Boga, wcielającym w życie jego wielki plan, jak to niektórzy przedstawiają – prychnął i nie odparł pokusy spojrzenia kątem oka ku ogrodom, ale niczego ciekawego nie zobaczył.
Zza okna dał się słyszeć głos Frederike Sophie przepraszającej za spóźnienie. Jej słowa przeplatały się ze słowami Johanna i Almerich błądził w próbach zrozumienia jednego i drugiego na raz.
– Jak zwykle racjonalny do bólu.
– Staram się, ale nie wierzyłem w wiele rzeczy, a życie zrewidowało moje poglądy. Nieśmiertelność, to tylko jedna z nich – roześmiał się.
Johanna Amalia pokręciła głową rozbawiona.
Głos Frederike Sophie ścichł i już ledwie go słyszeli.

Powoziła sama. Lubiła to, gdy droga nie była wymagająca, bo choć Xawery był doskonałym nauczycielem, to odwagi wpoić jej nie mógł. Pełne ludzi ulice Drezna odstraszały ją, budziły obawy i sprawiały, że musiała się bardzo skupić. Dlatego dopiero za czwartym razem zorientowała się, że ktoś ją woła i to głównie dlatego, że pan Adam żwawo przemknąwszy pomiędzy pieszymi dogonił ją i złapał konia za uzdę.
– Pani Johanno, co to za niespodziewane spotkanie! – rozpromienił się. – Nie wiedziałem, że wybiera się pani do miasta! Kochana Eugenia jest z panią?
– Nie – odparła. – Pewnikiem jest u siebie lub pracuje. Ja przyjechałam tu sama załatwić nieco spraw, których dłużej odkładać nie mogłam.
– Czy w takim razie przeszkodziłem?
Zaprzeczyła, bo i w istocie nie przeszkadzał. Co miała do zrobienia, to już zrobiła. Przekazała informacje, odbyła rozmowy na zamku królewskim, złożyła wyrazy szacunku królowi Antoniemu i teraz wracała do domu. Pan Adam się oczywiście przyłączył, przejął wodze i pokierował lekkim otwartym powozem ku wyjazdowi z miasta.
Jak doszło do tego, że rozmowa wróciła do wspominania balu, tego Johanna Amalia nie była w stanie później odtworzyć z pamięci. Ot gdzieś od słowa do słowa i jeśli od początku było planem pana Adama poruszyć te temat, to rozegrał rzecz bardzo zgrabnie gdzieś między wyjazdem ze wsi a samym dworem oddzielonym od niej pasem rzadkiego, liściastego lasu. Wspomniał wtedy cudowną orkiestrę i nocne niebo. Almerich w jego słowach pojawił się chwilę później i za nic nie chciał ich opuścić.
– Nazwał panią wiedźmą! – stwierdził twardo, wręcz krzycząc, gdy po raz kolejny spróbowała go zbyć.
– Mógł nazwać mnie dowolnie i pan we wszystko by uwierzył? – odparła.
– Takie słowa to nie byle co. Nie żartuje się w ten sposób i w takim kontekście. Magia-
– Zakłada pan więc, że Almerich słyszał cała naszą rozmowę?
– Zapewne dostatecznie – prychnął. – To taki bezczelny typ. Niech mi pani odpowie.
– Czemu tak panu na tym zależy?
Zamilkł. Zacisnął dłonie mocniej na skórzanych pasach i trudno było rozsądzić czy one drżą, czy to złudzenie wywołane podskakiwaniem powozu na ziemistej, nierównej drodze. Nie umiała oceniać ludzi jak Frederike Sophie czy Almerich. Nie była wobec nich tak ostrożna i podejrzliwa jak Johann i nie miała niekiedy dość rozwagi lub zwykłego doświadczenia, aby nie musieć liczyć na ochronę Sebastiana. Dlatego pewnikiem odezwała się tak, a nie inaczej. A przynajmniej tak się jej później wydawało.
– Jeśli pan liczy, że magia mogłaby panu, pana ojczyźnie dopomóc w walce o jej wolność, to jest pan bardzo naiwny i najwyraźniej wierzy w bajki. A co więcej puka do niewłaściwych drzwi. Nic przeciwko wam nie mam. Szanuję wspomnienie unii, ale jeśli pan chce swoją ojczyznę ratować, to ja chce moją chronić, więc niech pan więcej nie pyta i zostawi mnie w-
Krzyknęła. Konie stanęły dęba, powóz zakołysał się niebezpiecznie, a nim zorientowała się, że to pan Adam zatrzymał go tak gwałtownie, on już stał i patrzył na nią z góry. Ciemny cień na tle rozświetlonych słońcem koron drzew.
– Zrobię wszystko, by pomóc mojej ojczyźnie!
– Pan mi grozi… – powiedziała to bardziej do siebie niż do niego.
– Nie – wycedził. – Pytam i niech mi pani w końcu odpowie! Czy to co powiedział wtedy Lammert było głupim żartem czy nie?!
Przypadek albo coś bardziej określonego, na przykład wrzask niosący się lasem, albo jakaś magia lub więź między bliźniętami, której ci i owi niekiedy się doszukiwali sprawiła, że ta rozmowa nie zaszła dalej.
– Dość! – głos Johanna Fryderyka był donośny i stanowczy.
Gdy przebrzmiał, wydawało się, że na moment zapadła doskonała cisza. A potem zarżał koń. Sebastian zsiadł i w kilku krokach znalazł się tuż przy wozie. Szarpnął. Pan Adam bez jakiejkolwiek gracji zwalił się na ziemię, a on już był po drugiej stronie i pomagał zsiąść Johannie Amalii. Odprowadził ją na bok i siląc się na spokój, niskim głosem spróbował wypytać, czy nic jej nie jest. Pokręciła głową. Wpatrywała się w brata uważnie i milczała.
– Wyjaśni mi pan co tu zaszło? – wycedził.
– Rozmawialiśmy – warknął pan Adam, otrzepując spodnie.
– Doprawdy?
– Tak.
– Czy pan próbuje ze mnie zrobić durnia?
– Rozmawialiśmy, na Boga! – wrzasnął.
– Akurat! – Johann Fryderyk prychnął. – Jeśli tak w pana kraju wyglądają rozmowy, to cieszę się, że nigdy nie zawitałem w pańskie strony.
Stojąc na ziemi mogli popatrzeć sobie w oczy. To Sebastian górował nad nimi oboma, ale teraz on stał dalej i przyglądał się uważnie gotów w każdej chwili wkroczyć między nich, gdyby zaszła taka potrzeba. Póki jej jednak nie było wolał pozostać przy Johannie Amalii. Trzymał w uścisku jej nadgarstek w obawie, ze da się ponieść swoim emocjom i sama spróbuje podejść bliżej. Nie miał zamiaru do tego dopuścić.
– Wydawało mi się, że ktoś taki jak… pan, powinien mnie i to wszystko zrozumieć, ale teraz jest dla mnie jasne, że ten pański żal, ze był pan za młody by walczyć, pański podziw dla Napoleona, dla sprawy, to wszystko było tylko wyrachowane salonowe gadanie gówno warte!
Pan Adam szarpnął się jakby chciał zmniejszyć dzielący ich dystans do zera, ale nie zdołał uczynić kroku, jakby nagle ogarnął go dziwny paraliż i odebrał władzę w nogach. Sarknął. Potoczył spojrzeniem wokoło. Johanna Amalia wpatrywała się w niego uważnie, a z jej otwartej dłoni zwieszał się szklisty kamień oprawiony w srebro. Długi łańcuszek skrzył się w słońcu, ale to wisior przyciągał wzrok. Obracał się powoli, wręcz zbyt niespiesznie i równo, aby było to naturalne.
– Magia – szepnął.
Johanna Amalia nie odezwała się, ale Sebastian mocniej zacisnął dłoń na jej ramieniu. To wystarczyło.
– A ja uważam – Johann cedził słowa niepomny na działania swej siostry. Oddychał głęboko i nie spieszył się – ostrożnie dobierał słowa, wszystko, byle nie dać się ponieść własnym nerwom, nie podnieść głosu i nie rzucać bezpodstawnych oskarżeń, jak ten człowiek, którego przez jakiś czas uważał za swojego znajomego i szanował go – że pan stanowczo nadużywa naszej gościny. Nie wyrzucam pana, ale jeśli nieobce są panu zasady dobrego wychowania w rozumieniu takim, jakie znane jest w Europie Zachodniej, to…
Nie dokończył. Prychnął, pokręcił głową i wrócił do swojego konia. Odjechał nie dając panu Adamowi czasu na odpowiedź. Sebastian pomógł Johannie wsiąść do powozu, sam usiadł koło niej i ruszył. Myśl o tym by nie zostawiać mu własnego konia nie przeszła mu przez myśl, lecz jego żonie owszem. Powiedziała to szeptem, ale on tylko mruknął i popędził w stronę Wärzendurffu.
Pan Adam został sam, a wściekłość malowała się na jego twarzy.
Czar prysł.

Niespełna tydzień później pan Adam wyjechał, żeby przyłączyć się do powstania.





17 września 1832, Warzendurff

Siostro,

Nie przyszła jeszcze od ciebie odpowiedź na mój poprzedni list, ale postanowiłem nie czekać na nią z wysłaniem tego. Nie obawiaj się, w domu jest spokojnie. Frederike Sophie przygotowuje się do wyjazdu. Ślub zaplanowano na późną wiosnę, ale zamierza wyjechać na kilka miesięcy do Hanoweru. Mają ją tam przygarnąć dalecy znajomi matki, żeby nikt nie dopatrzył się skandalu. Wydaje się szczęśliwa z tak nagłego i pomyślnego obrotu sprawy i naprawdę nie chcę się w tym dopatrywać żadnego spisku, ale to chyba silniejsze ode mnie i może powinienem przestać się oburzać, gdy ktoś mi to wypomina. Kiedyś. Kiedyś na pewno. Tymczasem czym innym jednak pragnę się z tobą podzielić. Myślę, że zaciekawi cię, iż pan Adam ponownie zawitał do Drezna. Nie wiem czy wziął udział w walkach, lecz Alexander Pffeifer twierdzi, że nie. Zważywszy na to, że Eugenia nadal darzy poetę wielką sympatią i często odwiedza go w jego obecnym lokum, co do lokalizacji którego nie mam i nawet nie chcę mieć pewności, to myślę, że wie on co mówi. Rzekomo, ale to niepotwierdzone, przeszkodziła mu choroba. Nim wyzdrowiał już było po wszystkim, a on pozostał z, tu cytuję, co podkreślam, krwawiącym sercem niespełnienia. Ponoć pisze kolejne dzieło. Jakie, tego nie wiem, ale jest ono jego oczkiem w głowie. Eugenia się zachwyca. Odwiedziłem ją ostatnio, to oczywiście na pana Adama zeszła nasza rozmowa i odnoszę wrażenie, że Max słusznie się tego mężczyzny obawia, a i nie on jeden w mieście. Co jednak mnie nieco rozbawiło, choć może nie powinno, to ponoć chciała z panem Adamem mnie odwiedzić, on jednak najpierw wymawiał się innymi obowiązkami, potem unikał tematu, a koniec końców rzekł, że w naszym nieczułym domu on nogi nie postawi. Zdaje się nie wspominać nas najmilej, ale czy to z racji tego co usłyszał „przypadkiem” od Almericha, czy to przez sposób w jaki zostało mu zasugerowane, że pora wyjechać, czy też z jeszcze innego nieznanego mi powodu – tego nie wiem. Zapewniam jednak, że jeśli jeszcze ktoś kiedyś stwierdzi, że widział między mną a nim podobieństwa, to nie puszczę tego płazem…


Johanna Amalia uśmiechnęła się do listu. W myślach słyszała podenerwowany, wzburzony ton brata. Stanowczo istniały podobieństwa, ale na szczęście były też i różnice. Podała list Sebastianowi i przyglądała mu się jak czyta, jak skrzą mu się oczy z ogarniającego go rozbawienia. W myślach układała słowa odpowiedzi, ale nie było pośpiechu. Mieli czas. Całą wieczność.




Epilog

– Co takiego czytasz?
Oderwał wzrok od rozłożonej na stole książki i spojrzał na nią. Jeśli go zaskoczyła, to nie dał tego po sobie znać, a tylko uśmiechnął się promiennie i zmrużył chytrze oczy, po czym podniósł okładkę tak, aby mogła odczytać tytuł.
– Dziady? – zdziwiła się.
– Owszem Johanno. Ostatnio przypomniałem sobie o drogim panu Adamie, na pewno go pamiętasz, a jeśli nie, to przypomnę ci. Gościł u was w Wärzendurffie na wiosnę 1831 roku.
– Pamiętam. Pamiętam nawet, że chyba część tego napisał w Dreźnie, ale później, gdy mnie już tam nie było. To jednak nie tłumaczy twego nagłego zainteresowania.
– Takie nagłe ono nie jest. Ot przypomniał mi się mój mały eksperyment sprzed lat, o którym, przyznam, zapomniałem, bo tyle było rzeczy ważniejszych i ciekawszych, niż ocenianie wpływu plotki na twórczość jednego poety. No i ogólny wynik jest znany, wystarczy spojrzeć na mapę, ale wiesz co mówią? Dopiero niedawno przypadkiem trafiłem na wzmiankę o tym i odświeżyło mi pamięć. Ponoć tak rozpowszechniony przez niego mesjanizm zmarnował całe pokolenia jego ziomków, którzy romantycznie nastrojeni i przepełnieni wiarą w rolę swej ojczyzny, czekali na cud zmartwychwstania kraju zamiast o to walczyć. Jakoś tak to opisano. Słowo w słowo nie powtórzę, bo aż tak mnie za serce nie ujęło, ale… Zainteresowanie ożyło i nie nazwałbym tego sukcesem w moim wykonaniu, bo w końcu jednak zawalczyli, ale i tak…
– Almerichu, jesteś z siebie dumny jak dziecko, które znalazło prezenty na trzy dni przed świętami Bożego Narodzenia – westchnęła.
Zmierzył ją wzrokiem i wzruszył ramionami. Zamknął książkę, po czym schował ją do leżącej koło krzesła torby. Johanna Amalia Schielke usiadła naprzeciw niego i zaczęła studiować menu w poszukiwaniu czegoś zimnego do picia, bowiem trzydziesty kwietnia 2014 roku był w Berlinie bardzo ciepły.


i to by było na tyle
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Posty: 135
Rejestracja: 04 września 2014, 07:39

Re: Upadek [skończone]

Post autor: Gorgiasz » 16 września 2014, 09:44

Nic więcej jej nie interesowało,
Wydaje mi się, że raczej „ją”. To chyba biernik.
Można mówić o jakichkolwiek planach, bo jeśli skończy się świat, to nawet takie dziecka bawiącego się na podłodze pod okiem niańki nie będą już mieć znaczenia.
Z tym zdaniem jest coś nie tak.
Ot gdzieś od słowa do słowa i jeśli od początku było planem pana Adama poruszyć te temat, to rozegrał rzecz bardzo zgrabnie gdzieś między wyjazdem ze wsi a samym dworem oddzielonym od niej pasem rzadkiego, liściastego lasu.
Przecinek przed „a” by się przydał.
Dlatego pewnikiem odezwała się tak, a nie inaczej.
„pewnikiem” - trochę mi zgrzyta slangiem. Wolałbym na przykład: „zapewne”.
Szanuję wspomnienie unii, ale jeśli pan chce swoją ojczyznę ratować, to ja chce moją chronić,
„chcę”
Póki jej jednak nie było wolał pozostać przy Johannie Amalii.
Przecinek przed „wolał”.
ze był pan za młody by walczyć, pański podziw dla Napoleona,
„że” - literówka

Przeczytałem tylko tę część i przedstawiłem zauważone potknięcia. Znakomite ostatnie, zamykające zdanie (choć nie tylko) mobilizuje mnie do zapoznania się z całością.

***

Przepraszam, nie miałem zamiaru wytykać drobiazgów w tych wszystkich częściach, ale jak czytam i zauważam, to… tak jakoś machinalnie; a może okażą się dla Ciebie przydatne moje spostrzeżenia. Pozwolę sobie zaznaczyć to, co rzuciło mi się w oczy z ewentualnym krótkim, bieżącym komentarzem.

Post z 27 czerwca
Nim list ten dotrze do ciebie z pewnością ja wrócę już do Wärzendurffu
No tutaj przecinek przed „z pewnością” jest niezbędny.
pozostającego usługach kościoła w Prusach Wschodnich, wkraść się w łaski króla Pruskiego.
„na usługach”
Pozostałych ci nie wymienię w tym liście, nie widzę ku temu powodów.
Trochę niegrzecznie, mógł napisać na przykład „gdyż nie ma to znaczenia”.
Patrzył z góry i nie irytowało Johanna Fryderyka to, że w ogóle to czyni, przywykł bowiem podwójnie do takiego tratowania, a to, iż wydaje się wierzyć w znaczenie swej nominacji i swych lat.
Sądzę, że środkowe „to” należałoby usunąć. Może: „że w ogóle tak postępuje”.
Hanower, Hesja-Kassel i Hesja
Saksonii-Coburg-Gotha
Hm... tak się zastanawiam; nazwiska i imiona podajesz w oryginalnej niemieckiej pisowni, a nazwy landów już nie. Saksonia jest wprawdzie popularna i znaną (spolszczoną) nazwą, ale nie wiem co z Hesją (Hessen) a zwłaszcza z Hanowerem (Hannover).
zaś delegat mógł ich mieć zarówno czterdzieści jak i pięćdziesiąt czy sto i tak byli maskami.
Rozdzielił bym tutaj, bo ostatnia fraza się zlewa i będąc istotną, nie jest wyrazista,: ...czy sto. I tak byli maskami.
Otworzono drzwi do sąsiedniego pokoju, równie ciemnego, ale większego niż salonik, w którym atmosfera zdążyła zagęścić się poza granice komfortu. Przepuszczając się w drzwiach podług zawiłych zasad starszeństwa i statusu przenieśli się tam i zasiedli przy długim stole, którego gładki blat odbijał światło świec niczym polerowany kamień.
Powtórzone „drzwi”. Przecinek przed „przenieśli”.
Zatem jest rzeczą oczywistą, że bez względu na to, co zostanie tu postanowione Fryderyk Wilhelm tępił będzie wszelkie zarzewia powstania na ziemiach pruskich,
Przecinek przed Fryderyk.

Post z 29 czerwca
– Marią z domu Sachsen-Weimar-Esienach, żoną księcia Karola syna Fryderyka Wilhelma III.
Tutaj Saksonię zapisałaś w oryginalnej formie. Tylko: Eisenach; literki Ci przeskoczyły.
z dala od wielkich spraw Królestwa Saksonii a co dopiero mówić o dworze pruskim!
Przecinek przed 'a'.
Echa listów, rozmów odległych w czasie i przestrzeni tak bardzo, że niemalże nie byłych.
Na końcu to chyba przymiotnik.
Zupełnie nie słusznie, bo zostawszy sama w swoich pokojach popadła w nostalgiczną zadumę,
„niesłusznie”

Tutaj muszę przyznać, że te sceny obyczajowe są dla mnie nieco nużące, mogłyby być bardziej zwarte, i jednocześnie ekspresyjne. Powitanie jest mało emocjonujące, tak jakby rozstali się kilka dni temu i wzajemne spotkanie nie jest niczym niecodziennym. I postacie trochę mało wyraziste, zlewają się, trudno je odróżnić, zwłaszcza, że imiona podobne i rozmowy mało konkretne. Może przydałoby się obdarzyć je jakimiś charakterystycznymi (zewnętrznymi) rysami czy cechami, zwłaszcza, że ich opisy nie są zbyt bogate.

14 lipca
Że ojciec wiedział – niczego nie przesadzało.
„przesądzało” - literówka
Pani Wärzner i pani Schielke pierwszy raz patrzyły na siebie na prawdę.
„naprawdę”
Jeśli łudziłaś się, że nic nie wiem o tym co zimą i wiosną 1817 ty,
Po 1817 przecinek chyba jednak by się przydał.
Spojrzenia rozmawiających skupiły się na nim i zdziwienie odmalowało się na twarzach dostojnych mężów swoich żon,
Powtórzone „się”. Niedawno (oraz w niedalekiej przyszłości) również, ale tam jakoś nie razi.
Półkrzyk kulturalny przywrócił go do tu i teraz, nakazał się skupić, rozpoznać i zanurzyć w codzienności. Alexander Pffeifer zbliżał się do niego stawiając długie kroki, jakby się z kimś ścigał. Uśmiechał się, a gdy już stali obok siebie w odległości sprzyjającej rozmowie skinął głową w niemej, oszczędnej, ale wyraźnej oznace szacunku.
Cztery „się” w tak krótkim fragmencie.
ale tyle z tego przyszło, że pani Pffeifer spojrzała na nią, uśmiechnęła się przepraszająco i ze szklącymi się oczami wzięła Johannę Amalię w ramiona.
Powtórzone „się”. Drugie bym usunął.

– Alex nie mógł przyjechać – odezwała się, w końcu odsunąwszy się od Johanny.
Powtórzone „się”
Trudno było stwierdzić, do kogo zwraca się pani Eugenia. Niby starała się spoglądać na Johannę Amalię, a jednak wzrok umykał jej ku Frederike Sophie i w tych krótkich chwilach, kiedy ich spojrzenia się krzyżowały, zająkiwała się, uśmiechała przepraszająco i czym prędzej uciekała spojrzeniem ku Johannie Amalii.
Cztery razy „się”.
Co się stało?
To było widać w jego gestach, słychać w milczeniu, a przede wszystkim rzucił się w oczy jego wzrok gwałtownie ześlizgujący się z Sebastiana, wędrujący ponad lśniącym blatem stołu, na moment zatrzymujący się na karafce, na świetle wiosennego dnia załamującym się na zdobiących ją rżnięciach, a potem mknący dalej ku Johannie Amalii i na niej, zupełnie tego nieświadomej, zatrzymujący się na dłużej.
Pięć razy „się” w jednym zdaniu.

Wspaniały nastrój i język poprzednich części, uległ pewnemu rozwodnieniu, tak jakbyś pisała to w innym nieco stanie ducha. Osoby nie nabrawszy cech wyróżniających, przynajmniej takich, które rzucałyby się w oczy, są trochę poplątane między sobą, może jest ich za dużo, a może dialogi wydają się nazbyt rozwlekłe Trudno utrzymać uwagę i śledzić tok rozmów.

02 sierpnia

Nie będę już się narażał z „się”.
Czyniła to zawsze i nie raz ani nie dwa dzieliła się z nim swoimi obserwacjami.
Przecinek przed „dzieliła się”. Co prawda, „ani nie dwa” bym usunął.
W latach nim Johanna Amalia wyjechała, a Eugenia wyszła za mąż i przeprowadziła się do Drezna momenty te były rzadkie i mniej wyraźne, ale kiedy zostali we dworze sami ze swoim towarzystwem poczęły się mnożyć.
Przecinek po „W latach” oraz przed „momenty” i „poczęły”.
Zgiął się w pół i nawet nie próbował ocierać łez rozbawienia, które naszły mu do oczu.
„wpół”
Bez urazy, Adamie, nie wyśmiewam wiary w duchy uwięzione pośród nad i w to, że ci i owi mogą je zobaczyć.
„pośród nas” - literówka
A skoro on się po nie nie upomina, to zwykły człowiek też nie powinien.
Chyba raczej „o nie”.
Ale w tym tu konkretnym przypadku mam wrażenie, że kiedyś tę zjawę tu spotkałem.
Powtórzone „tu”.
Fanaberia architektoniczna czy może przejaw ostrożności tego, kto tą część projektował.
„tę”
musielibyśmy iść zgięci w pół a może nawet bokiem, ale nasi gospodarze…
Przecinek przed „a”.
– Urazy brak, jeśli miała się ona tyczy mojego małżeństwa z Johanną
„tyczyć” - literówka
Ale proszę. nie wspominaj tego przy jej bracie.
Kropka zamiast przecinka.
To ona podejmuje decyzje, dba o dwór i to jej należy się obawiać, a nie Johanny Amalii, która stawszy się panią Schielke i przyjechawszy tu jedynie w odwiedziny, taką władzą, według niego, rozprawiać nie powinna.
Określenie „rozprawiać” trochę tu nie pasuje.
nie zastanawiał się nad tym czy Frederike Sophie Huenecke szuka miłości czy sponsora i co z tego wynika
Może się mylę, ale odnoszę wrażenie, że określenie „sponsor”, nie istniało w tamtych czasach.

W tej części dialogi maja inny charakter, jasny, zrozumiały; osoby również są czytelne i rozróżnienie ich nie nastręcza wysiłku. Brakuje mi tylko opisów scenerii, wnętrz, pomieszczeń, w których toczy się akcja.

14 sierpnia
Patrząc jak lawiruje pośród kolorowej mozaiki pan i panien, jak wodzi je do tańca,
„pań” - literówka
Wypisz wymaluj bohater książek czytanych prze Eugenię i jej przyjaciółki.
„przez” - literówka
raz się zdarzyło nawet małe przyjęcie i nie miał on skrupułów kokietować dowolną ilość dam różnego stanu i zapewniam nie był w tym po prostu niewinnym bawidamkiem.
„on” wydaje mi się niepotrzebne. I jakiegoś przecinka brakuje, chyba przed „nie był”. Albo może lepiej kropka po „różnego stanu”.

Czyta się wciąż przyjemnie, ale... niewiele się dzieje. Akcja jest właściwie symboliczna, rozmowy wyjaśniając wprawdzie to i owo, jednak nie posuwają historii naprzód, wszystko jest bardzo statyczne. Mamy bal, można było nastrój i fabułę ożywić samym jego opisem (jak u Tołstoja), tutaj brak tej atmosfery niezwykłości, wydarzenia, nie słychać gwaru, sala nie wiruje, jest tylko deklamacja, dobrze napisana, ciekawa, ale oczekiwałoby się czegoś więcej.

24 sierpnia
– Może zechce mi pani towarzyszyć w spacerze? – zaproponował, gnąc się w pół przed Johanną Amalią niczym cienka gałązka na wietrze.
„wpół”
Maj był ciepły, choć wieczorami wiatr pozostawał chłodny, jakby niósł z sobą wspomnienie gór lub odległego morza tylko ani jednego, ani drugiego nie dało się wyczuć w jego zapachu.
Przecinek przed „tylko ani jednego”.
szelest ciemnoniebieskiej sukni Johanny Amalii i głębokie oddechy pana Adama.
Nie powtarzałbym „pana Adama”; był dwa zdania wcześniej.
„...i jego głębokie oddechy.”
Zerkając na niego zastanawiała się, co widzi. Jakie kolejne zjawy i duchy z przeszłości mniej lub bardziej prawdziwe jawią mu się przed oczyma.
„mniej lub bardziej prawdziwe” - obwarowałbym przecinkami.
Spojrzał na Johannę Amalię i wyciągnął ku niej dłonie niczym mityczna etiopska królowa, ale ona cofnęła się zamiast paść w nie.
Jakoś nie widzę podstaw do oczekiwania z jego strony, aby Johanna padła w mu w ramiona.
bo mówiący dopiero zbliżał się do nich. Długimi krokami, których wciąż nie było słychać pokonywał ostatnie dzielące ich kilkadziesiąt metrów.
To brzmi tak, jakby z odległości kilkudziesięciu metrów słyszał wypowiadane szeptem przez Adama słowa. Raczej nieprawdopodobne.
Icz, czyli bardziej niż mniej na wschód, prawda?
Jakiś błąd wkradł się na początku zdania.
Tu i tam jest o nim głośno, więc dowiedziawszy się, że gdzieś się tu kreci postanowiłem wpaść w odwiedziny i przekonać się co to za osobnik.
„kręci” - literówka
gdy ten familiaryzował się z panem Adamem.
Tak mnie już to gryzie od jakiegoś czasu: dlaczego imię Adam zawsze poprzedzasz „panem”? W przypadku innych osób nie stosujesz tego zabiegu. Jakoś stopniowo, razi coraz silniej.
Nazwiska wszystkim innym obce co jakiś czas rozbrzmiewały w powietrzu obok nazw miejscowości i budziły gorące zainteresowanie Eugenii lub chłodniejsze Frederike Sophie.
Przecinek przed „obce”.
Co tylko nielicznym nie uszło uwagi, to jej spojrzenie momentami aż przesadnie uważne i badawcze.
Przecinek przed „momentami”.
bo nikt nie pytał, nikt nie spoglądał w żaden sposób, a ona pozostawała ostrożna.
„żaden sposób” - jakoś tak brzmi niedoprecyzowanie i niejasno.

Ciekawie przedstawiona ostatnia rozmowa Almerichaa z Frederike.

***

Perfekcyjnie napisany tekst. Rozróżnił bym jednak moje zdanie odnośnie formy i treści. Forma – kojarzy mi się z dwoma pierwszymi częściami VII Symfonii Schuberta, ze spokojnie i pięknie następującymi po sobie frazami, które jednak niewiele różnią się od siebie, nie prowadzą do żadnej kulminacji, a każda z nich, płynnie wynika z poprzedniej. I można słuchać tak bez końca, i można czytać również bez końca, delektując się pięknem i harmonią formy. Nie oznacza to wcale, że tu i tu nie mamy treści, owszem, istnieje ona, ale nie ona zwraca przede wszystkim na siebie uwagę, nie dominuje, nie prowadzi do mocnego finału - a do tego jesteśmy przyzwyczajeni.

Treść schodzi tu na drugi plan, jawi się nieco jak senny, zamglony obraz, z którego wynurzają się czasem ostre rysy poszczególnych postaci, by w kolejnej części skryć się zamglonymi pociągnięciami pędzla, jak w portretach Olgi Boznańskiej. Ale otaczające tło nie jest już tak porywające. Z nielicznymi wyjątkami nie mamy ciekawych opisów, zwłaszcza scenerii wnętrz, pokoi pałacowych, obyczajów jawiących się dziś jak rytuały i nadmiaru tego wszystkiego, co tworzy atmosferę tamtych lat. Brakuje również głębszego nawiązania do bieżących wypadków historycznych lub ahistorycznych, to znaczy stworzonej - aczkolwiek przekonującej fikcji - na użytek tej historii. Rozgrywane czy opisywane wydarzenia są mało konkretne, wybijają się czasem pewne emocje, ale tyczące spraw nie najważniejszych, a jeśli, jak w przypadku Polski i pana Adama, nieco sztucznie przedstawione. Co nie zmienia faktu, że tworzy to również wciągającą atmosferę tej opowieści, więc można to traktować jako atut.

Tytuł jest dla mnie niejasny, mogę oczywiście dokomponować sobie doń niejedno nawet uzasadnienie, ale jaka była tu intencja autora – nie potrafię określić.

No i magia – która jest zdaje się mniej lub bardziej tajemną osią wszystkiego. Wydaje mi się, że jest zbyt słabo zaznaczona, zbyt enigmatycznie i niewiele z niej wynika. Być może coś niewłaściwe odczytałem, lub czegoś nie zrozumiałem, ale jej przedstawienie wydaje mi się poszarpane, fragmentaryczne, nie jest skomponowane w zwartą myśl, ideę, nie wiadomo, do czego prowadzi, co jej zawdzięczamy, jaką rolę odegrała. Właściwie, gdyby jej nie było, niewiele uległoby zmianie. Całość stała by się pięknie napisana powieścią historyczną, mniej lub bardziej oparta na faktach, ale faktami w historii mało kto się przejmuje.

Natomiast wprowadzenie elementu magicznego czy ezoterycznego wydaje mi się bardzo ważnym z innego powodu. Obraz Adama Mickiewicza wyniesiony przeze mnie ze szkół (przez moich kolegów również) był gorzej niż negatywny. Szkoła potrafi zohydzić wszystko. W każdym razie był on dla mnie symbolem antypoety, który nie potrafił kompletnie pisać, a Pan Tadeusz i Dziady najgorszymi cegłami jakie można sobie wyobrazić. I o ile w kwestii Poezji (przez duże P), moja (subiektywna rzecz jasna) opinia,uległa jedynie niewielkiej modyfikacji (być może to wciąż piętno szkolnego nauczania), to spojrzałem na jego postać i twórczość z zupełnie innej strony, radykalnie zmieniając o niej zdanie. Stało się to dzięki książce Zdzisława Kępińskiego „Mickiewicz hermetyczny”. Mickiewicz znał kabałę, gematrię i co za tym idzie pewne formy magii, interesował się tymi kwestiami i zakodował je w swoich dziełach. Tak więc połączenie jego postaci z tą dziedziną wiedzy i z tą świadomością w Twoim utworze, jest dla mnie niezwykle interesujące, realistyczne i historyczne. Między innymi również dlatego czytałem je z tak wielkim zainteresowaniem i byłbym niezwykle zaciekawiony, gdybyś zechciała kontynuować taką wizję tej postaci.
Ponoć pisze kolejne dzieło. Jakie, tego nie wiem, ale jest ono jego oczkiem w głowie.
Czy miałaś na myśli nieopublikowaną i zniszczoną przez autora „Historię przyszłości”? Wiadomo o niej bardzo niewiele, ale to, co wiadomo, stawia go w rzędzie prekursorów fantastyki naukowej i futurologii, znacznie wyprzedzającego swoją epokę. Mogłoby to zresztą być wspaniale wkomponowane w Twoją opowieść.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1830
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Upadek [skończone]

Post autor: Kruffachi » 18 września 2014, 12:04

No to doczytałam :)

Wiesz, że miałam wątpliwości. Żeby w pełni ocenić wyważenie, musiałabym pewnie przeczytać raz jeszcze całość na raz, ale z perspektywy ostatniej wstawki wydaje mi się, że wybrnęłaś, choć nieco inaczej, niż zakładałam. Trochę mi "Upadek" konstrukcyjnie przypomina "Częstochowę", wiesz? Tam też było najpierw dużo, duuużo budowania klimatu, rzucania hintami, układania literackiej rzeczywistości z drobiazgów, a potem następowała kondensacja, akcja i wyjaśnienie, o czym właściwie czytam. I tam też widziałam ten zabieg, by o rzeczach wielkich i przecież niebłahych pisać z lekkością, dystansem i ironią. Co mi zresztą bardzo pasuje jako stylizacja do tego dziewiętnastowiecznego tła.To powoduje, że zakończenie, które mogłoby być przyciężkie i przeważyć, płynie sobie równie spokojnie i leniwie, co reszta. Dzięki temu równowaga jest. I może chciałoby się jakichś bardziej dramatycznych zwrotów akcji, ale to przecież nie taki tekst i ja to uznaję i chylę czoła przed samodyscypliną i konsekwencją. Podobało mi się - podsumowując krótko. Na wielu różnych poziomach: i postaci, i konstrukcji, i konceptu. Nie porwało, nie wbiło fotel, nie łażę teraz po pokoju w kółko, nie mogąc się uspokoić, ale też nie tego oczekiwałam po "Upadku". To było po prostu przyjemne i odprężające :)
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 481
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Upadek [skończone]

Post autor: Krin » 19 września 2014, 16:35

Ja rozumiem, że nie taki był cel tego opowiadania, by wzbudzić wielkie emocje, ale czuje się trochę zawiedziona. Takie mam wrażenie, że nic specjalnego się nie stało. Trochę go postraszyli i pojechał. To fakt, że żadnych poważnych konsekwencji nie dało się tu umieścić, bo postać przecież historyczna, lecz jednak czegoś mi tu brak. To dobra opowieść, ale czuję pewien niedosyt.
Mało też było np. magii. Za mało nawet, by była tajemnicza. Gdybyś dała więcej, jeszcze więcej byśmy chcieli. Dostaliśmy tylko parę wzmianek o niej, a przecież można było umieścić też rzeczy, które nie zdradzały by wiele, ale dodatkowo jeszcze poprawiły klimat. Tak jakoś za mało fantastyki w fantastyce.
Nie powiem jednak, żeby lektura była dla mnie nieprzyjemna, ale nie należy ona do tych, które zapadają w pamięć na lata i spędzają sen z powiek.

Jak widzisz, nie napisałam wiele ponadto, co już było wspomniane. Tak jakoś mało można o nim powiedzieć. Jest przyjemny, ale nie budzi prawie żadnych emocji. Wzięłaś na wycieczkę ogromną walizkę, choć zabrałaś ze sobą tylko parę ubrań. No... Może trochę przesadziłam z tym porównaniem, bo jak wspominałam - tekst dobry, ale chyba rozumiesz.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

ODPOWIEDZ