TEKSTEM ROKU 2018 zostało ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee :D Serdecznie gratulujemy i zapraszamy do lektury!

Samotne irysy [Chałwa]

FANTASTYKA
W odróżnieniu od literatury realistycznej, fantastyka jest literaturą bardzo aktualną. ~ Kir Bułyczow
Awatar użytkownika
Kandara
Posty: 240
Rejestracja: 25 lipca 2012, 00:51

Re: Samotne irysy [Chałwa]

Post autor: Kandara » 05 kwietnia 2016, 13:49

Dziękuję, za komentarze, wybaczcie, że nie piszę dłuższej odpowiedzi, ale uważam, że... no trochę trudno ją napisać (bez urazy).

I chciałabym jeszcze poinformować, że lekko wyedytowałam ostatnią i przed ostatnią wstawkę. Nie wpływa to na treść jako-taką, ale mam nadzieję likwiduje pewne nazwijmy to powtórzenia narracyjno-fabularno-sytuacyjne (rozdział XIV) i likwiduje pewien błąd rzeczowy (rozdział XV). Normalnie :bag: , że nie widziałam tego wcześniej.
Obrazek Księżycowa weno, działaj!

Awatar użytkownika
Kandara
Posty: 240
Rejestracja: 25 lipca 2012, 00:51

Re: Samotne irysy [Chałwa]

Post autor: Kandara » 30 grudnia 2018, 12:32

Przeszukując odmęty szybkiego podręcznych dokumentów z programu word, trafiłam na ten fragment. Nie pamiętam kiedy go napisałam, w sumie nie dawno nie pamiętałam nawet, że go napisałam. Skoro jednak znalazłam to, wrzucam, chociaż nie wiem znowu czy dobrze robię. Nie wiem czy dobrze, bo plik nie przeszedł redakcji. Oh proszę nie zabijajcie, ale tak dawno nic nie wrzucałam, że raz tak na chama chyba mogę! :)

Rozdział XVI

Hisako zamyka oczy, ale po chwili otwiera je znowu. Zna to miejsce. Była tu już wcześniej, dawno temu, w innym życiu. Unosi dłonie na wysokość oczu. Wyglądają jakby utkano je z gorącego, rozedrganego powietrza. Patrzy w dół, na resztę swojej postaci wszystko wygląda podobnie: przeźroczyste, wibrujące, uginające się to w jedną, to w drugą stronę, rozmazane.
Rozgląda się. Przestrzeń w której przebywa przypomina niewielki, kwadratowy pokoik. Zupełnie pusty z otwartymi drzwiami, za którymi rozpościera się długi, nieoświetlony korytarz. Widzi połyskujące deski podłogi, wyczuwa ich chłód pod bosymi stopami, biały papier na przesuwnych ścianach, jasno brązowe belki sufitu i czarną dziurę na przeciwko siebie. Siada, kładzie ręce na kolanach. Czeka. Wie, że przyjdzie.
Światło rozbłyskuje w oddali. Hisako nie mrugając obserwuje jasny rosnący z każdą chwilą punkt. Nie chce przeoczyć jego przemiany w człowieka. Ten zatrzymuje się. Eksploduje. dziewczyna walczy z sobą aby nie zamknąć oczu. Widzi jak stopniowo wyłaniają się zeń kończyny, korpus, głowa... Jak przygasa, zmieniając formę. Teraz jest tym samym co ona: ludzką postacią utkaną z falującego powietrza.
- Myślałam, że już nie wrócisz. Dlaczego? - W głosie dziewczyny zabrzmi wyraźny wyrzut. - Nie potrafisz nam zaufać? Dlaczego wciąż tu jesteś? Przecież cię odesłano!
- I odszedłem wtedy, ale nie nadal nie mogłem, ani nie chciałem zapomnieć. Ciągle myślałem, tęskniłem za tobą, za wami, a potem przez chwilę ujrzałem co się tu dzieje i pozwolono mi wrócić.
- Nie ufasz mojemu bratu? - Hisako wyraźnie zaakcentuje każde słowo. Pytanie jakiś czas wisi w powietrzu. Milczenie przedłuża się o kolejne chwile.
- Nie jest gotowy. Nie na coś takiego.
Wie, że to prawda, sama tak myśli, ale przecież nie może tego teraz powiedzieć.
- To twój syn. Do tego się urodził. Wiedziałeś o tym - powiedziała księżniczka jednolitym, chłodnym tonem, z obojętnością na twarzy. - Twój czas się skończył. Wiesz o tym. Pozwól mu robić to, co powinien. I zostaw moje ciało. Nie rób mi tego znowu - Z każdym wypowiedzianym słowem opadała maska spokoju i obojętności przywdziana przez Hisako, zaraz po tym jak zorientowała się gdzie jest. Głos dziewczyny coraz bardziej nabrzmiewał, a ona czuła coraz większy ucisk w gardle. Nie powinna tak mówić do ojca, okazywać mu brak szacunku, jednak nie chciała też stracić znów swojego ciała. Dlatego patrzyła mu w oczy, dlatego zachowywała się tak oschle. Przełknęła. Uspokoiła myśli. To co, siedziało przed nią nie było jej rodzicem. Już nie. To tylko widmo, duch, który znów próbuje ją opętać.
- W ten sposób mu nie pomożesz, wiesz o tym. Moje ciało tego nie wytrzyma. O tym też wiesz. - Ostatnie zdanie wykrzyczała oskarżycielsko.
- Ono żyje. Teraz inni widzą mnie w tobie.
- Ono nie wytrzyma. Wiesz o tym. Chcesz mnie zabić? - Kolejne oskarżenia, pretensje. - Hiroshi sobie poradzi. Nie potrzebuje cię. Ani on, ani ja. Wiesz to. - Kłamstwo przychodzi gładko. Sama zdziwi się jak gładko.
- Chcę żeby klan przetrwał. - odpowiada spokojnie Harumi. - Proszę cię, nie. Błagam, pozwól mi.
- Powinnam się zgodzić. Być dobrą córką. tego oczekują wszyscy, tak mnie wychowano. Powinnam być ci posłuszna. Usunąć się, odstąpić. Powinnam oddać ci ciało, pozwolić, abyś żył, abyś nadal rządził. Każda córka, każda księżniczka tak by zrobiła, bo taki ma obowiązek. Powinna się cieszyć, że może pomóc, zapomnieć o sobie. - Wciągnęła głęboko powietrze. - Wiem, że tak być powinno, że ty jesteś już moim ojcem, nie należysz już do tego świata. Nie możesz wrócić, nie powinieneś wracać! Nie możesz zająć mojego ciała. Czemu więc uparcie tu wracasz? Jaki jest twój prawdziwy cel? Czemu po prostu nie zapomnisz? To koniec. Ty nie żyjesz! Nie możesz tu być. To niszczy równowagę i dobrze o tym wiesz. Więc nie mogę być ci posłuszna! To sprzeczne z wolą bogów!


*


- Księżniczko, co ci jest? - Kumiko siedziała na piętach, pośrodku szerokiej piaszczystej ścieżki, ciągnącej się pomiędzy bambusowym zagajnikiem, a nagimi jeszcze polami uprawnymi. Na kolanach trzymała głowę omdlałej parę chwil temu Hisako. Bladą twarz księżniczki wykrzywiał grymas bólu, a z dolnej wargi spływała na brodę wąziutka stróżka krwi.
- Przecież wszystko było dobrze! Błagam niech to nie będzie znowu to, błagam. -Nabrzmiewający z każdą chwilą ton służącej zdradzał narastającą w niej panikę. Przecież było dobrze. To nie możliwe, aby choroba, czy duch powróciły właśnie teraz. Ale widziała co się stało. Te oczy, które spojrzały na nią tuż przed tym jak Hisako zachwiała się, krzyknęła i upadła, nie były oczami Hisako. Chociaż pozornie pozostały takie same. Ruchy, wykonywane przez ciało księżniczki, nie były jej ruchami.
Kumiko rozpaczliwie powiodła wzrokiem po towarzyszących im mężczyznach. Rozszerzone źrenice nie rejestrowały szczegółów, poruszenia, które zapanowało pośród nich, w momencie upadku księżniczki, uszy nie słyszały słów, a tylko same dźwięki. Ponownie utkwiła spojrzenie w twarzy Hisako.
- Błagam... - Uścisk w gardle zmusił ją do szeptu, poczuła napływające do oczu łzy. Przełknęła. Co by powiedzieli rodzice, gdyby ją teraz zobaczyli? Pewnie nie byli by z niej dumni, w końcu co z niej za służąca, jeśli w trudnych chwilach traci wszelki rozsądek i nie ma pojęcia jak się zachować, przez co staje się zupełnie bezużyteczna? Co z niej za samurajska córka, jeśli pozwala, aby emocje brały nad nią górę? To nie uchodzi nawet komuś takiemu jak ona.
- Kumiko? - Głos dowódcy straży zabrzmiał tuż przy jej uchu, czyjaś dłoń dotknęła ramienia dziewczyny. - Nie możemy tu zostać. Drgnęła, zadarła głowę, po czym skinęła nią lekko. Wciągnęła powietrze przez usta.
- Musimy szybko wracać - zgodziła się zduszonym, lecz niemal całkowicie już opanowanym tonem. - Tylko jak to wytłumaczymy pani? Mieliśmy ją chronić, to był nasz obowiązek, a tym czasem...
- Kumiko... - Szept był wyraźny, chociaż pokryty lekką chrypą, przez co pozbawiony dźwięczności. Służka prawie podskoczyła słysząc go. Odwróciła się od strażnika, skupiła wzrok na wciąż bladym obliczu pierwszej córki klanu Sugiatni.
- Hisako-sama, jak się czujesz? Co to było?
- Jest dobrze. - Hisako podciągnęła się na łokciu do pozycji półleżącej. - Wiesz, przecież to widziałaś. Zamrugała powiekami, po czym rozejrzała się. - Wszyscy widzieliście. - Pomagając sobie rękami, przetoczyła się na prawą stronę, po czym wyprostowana usiadła na piętach i splotła dłonie na kolanach.
- Pani, ja nie jestem pewien, co widziałem. - Dowódca straży już nie stał. Kucał pochylony w ukłonie przed księżniczką. - Przez chwilę zdawało mi się, że widzę pana. - Nie patrzył dziewczynie w oczy, tak jak zawsze gdy rozmawiał z kimś ważniejszym od siebie, wpatrywał się w ziemię.
- To był on. - W potwierdzeniu nie było emocji, ale Kumiko słysząc to wciągnęła i wypuściła powietrze ustami. Tak, ona także rozpoznała zmarłego pana, ale nie dopuściła tego faktu do świadomości. Bo przecież to nie możliwe, aby człowiek taki jak on dręczył własne dziecko niczym piekielny demon, aby zadawał mu ból, nawiedzając ciało. Tym bardziej nieprawdopodobne wydawało się aby robił to, po tym jak odprawiono na nim rytuał wypędzenia! Powinien odejść i pozostać po drugiej stronie. Tym czasem wciąż się tutaj kręcił. Zadrżała lekko. Pewnie ma jakiś powód. Wielcy zawsze go mają, a ona nie musi go rozumieć. Nie od tego jest. Nie powinna oceniać, w końcu jest tylko służącą. Własne zdanie tylko by jej przeszkadzało w wypełnianiu obowiązków. A jednak posiadała je. I dlatego czuła narastający niepokój.

*


- I co teraz będzie, panie Takayashi? - spytała Sata spoglądając na okryte białą materią ciało. - Jak mamy to przetrwać? - Z oczu służącej pociekły łzy. Zawsze bała się, że to kiedyś nastąpi, że kobieta, którą znała od dziecka pewnego dnia targnie się na własne życie, po to, aby zrobić to, co powinna, jednak nigdy nie myślała, że odbędzie się to za sprawą listu, który przysłał jej własny brat. Coś takiego nie mieściło się służącej w głowie. Chociaż przez niemal całe życie służyła arystokracji - najpierw w cesarskim mieście, w domu klanu Toru, osobistych strażników władcy, a potem tutaj, w głównej siedzibie władców prowincji Mido, gdzie przybyła wraz z osiemnastoletnią Tamao, to przecież pozostała chłopską córką.
Poczuła napływające do oczu łzy. To stało się tak nagle, w najmniej spodziewanej chwili. Co takiego było w tym liście, że zmusiło jej panią do takiego kroku? Sacie zdawało się raczej, że skoro śmierć pana Harumi nie pchnęła pani do odebrania sobie życia, to tym bardziej nie powinna zrobić tego wiadomość z rodzinnego domu. Przecież wiele żon dobrowolnie decydowało się podążyć za mężem. Zwłaszcza, jeśli mąż popełniał seppuku. Tamao tego nie zrobiła, a to sprawiło, że w Satę zaczynała wstępować nadzieja, że jej obawy nigdy się nie spełnią.
- A co ma być? - Szambelan siedzący na przeciwko kobiety kontrolował głos tak dobrze, że słowa zabrzmiały wręcz obojętnie. - Klan ma dziedzica, który wszedł już w wiek męski.
Spojrzała na rozmówcę z wyrzutem. Jak mógł mówić o tym tak spokojnie? Nie rozumiał co się stało, że leżąca tu martwa kobieta stanowiła duszę tego domu? Że potrzebowali jej wszyscy, a młody daimyo i księżniczka w szczególności? Nie mogła znieść jego spokoju, tego, że zachowuje się tak, jakby wcale nie przejął się tym, co zaszło. Nie potrafiła tego zrozumieć. Jak można zdusić emocje do tego stopnia, że przypomina się chodzącą i mówiącą lalkę? To zawsze ją w samurajach fascynowało i przerażało za razem. Teraz jednak czuła złość. Może i Takayashi był samurajem, ale jak mógł zachowywać się w taki sposób, nawet jeśli to tylko maska, to przecież nie godzi się, aby o podobnej tragedii mówić w ten sposób.
- Nie mam pojęcia jak przekazać młodemu panu i księżniczce, co się stało. - Wyznała służąca spuszczając wzrok, aby szambelan nie uznał jej zachowania za bezczelne. - Może i nie są już dziećmi, ale wciąż są tacy młodzi. Martwię się o nich Takayashi-sama.
- Sato - powiedział ostro - Oni nie potrzebują twojej troski. Jesteś tylko służką ich matki i nie powinnaś o tym zapominać. Bardziej powinnaś przejmować się teraz tym, co stanie się z tobą. Nie jestem pewien, czy powinnaś tu zostać teraz, kiedy twoja pani odeszła.
- Jestem stara, dlaczego miałabym przejmować się sobą? Dobrze wiem dlaczego żyłam do tej pory i dobrze wiem, że to, co się ze mną stanie, nie zależy od de mnie. Wierzę jednak, że cokolwiek zostanie postanowione, będzie odpowiednie. Poddam się temu z pokorą, jak zawsze.
- Cóż, jesteś mądra jak na wiejską kobietę, jednak nie potrafisz zrozumieć, że dzieci, o które tak się martwisz, są dziećmi władców, dlatego nie potrzebują twojej litości. Po tylu latach powinnaś widzieć, że twoje współczucie im uwłacza.
- Cóż poradzić, panie? Byłam przy ich narodzinach. Pierwsza wzięłam je na ręce. - Westchnęła cicho - Żaden mężczyzna, samuraj czy nie zrozumie tego.
- Masz rację - uciął powoli wstając - Początek życia jest sprawą czysto kobiecą. - Wzruszył ramionami - To oczywiste i naturalne. I tak powinno pozostać, bo to, że jesteście przy początkach życia, mocno zaburza waszą zdolność osądu. Za bardzo chcecie chronić tych, których narodziny pamiętacie. Jakby dla was zawsze pozostawały dziećmi.
- Doskonale wiem, że to już nie są bezbronne niemowlęta. - W uprzejmy ton Saty wdał się cień urazy. - Jednak masz rację, panie. Nic nie poradzę na to, że ciągle pamiętam jacy byli tuż po przyjściu na świat. Pamiętam ich płacz po narodzinach. I rzeczywiście trudno i przyzwyczaić się do tego, że już dorośli. Przecież jeszcze nie tak dawno ssały mleko z piersi mamki. A teraz - Westchnęła, a jej ramiona zadrżały - Nie zasłużyli na to. I moja pani też nie zasłużyła na to, co ją spotkało. - Znów zaczęła płakać. Nie wyrzuciła z siebie jeszcze całego żalu, nie wypłakała wszystkich łez. Była prostą kobietą. Nie musiała tłumić w sobie tego, co czuła. I dziękowała za to losowi z całego serca.
- Nie nam to oceniać. - Szambelan zbliżał się do drzwi prowadzących w głąb zamku i odsunął je. - Każdy ma swoją karmę, ale przecież ty to wiesz. - Rzucił jeszcze zanim wyszedł.
Sata została sama. Delikatnie podniosła prześcieradło, aby raz jeszcze spojrzeć na twarz swojej pani. Wiedziała, że tamten mężczyzna zganiłby ją za to, ale przecież nie robiła nic złego. Chciała tylko dobrze zapamiętać rysy kobiety, której poświęciła całe swoje życie.
Śmierć utrwaliła wyraz łagodnego spokoju na twarzy Tamao. Służąca nie potrafiła pojąć jak to się stało, że pani Sugiatni nawet nie skrzywiła się w momencie, kiedy ostrze przecinało jej skórę. Przecież przez ten ułamek sekundy, kiedy stal przebijała się przez ciało, musiała czuć ból. Owszem, wiedziała, że wszyscy z klasy samurajskiej są uczeni od dziecka znoszenia wszystkiego ze spokojem, ale wciąż ją to dziwiło. Prości ludzie naprawdę mieli lepiej. Nawet jeśli rodzili się tylko po to, aby służyć ważniejszym od siebie. Przynajmniej nie musieli wciąż kontrolować ciała, aby ono przypadkiem nie zdradziło ich uczuć. Tym bardziej, że przecież nikt się nimi nie przejmował.
- O moja droga pani, dlaczego nas opuściłaś? - szepnęła - Przecież cię potrzebujemy, nie wiesz o tym?

*


Szambelan zatrzymał się dopiero kiedy dotarł do zajmowanych przez siebie komnat. Rozmowa z Satą uświadomiła mu, że nie odczuwał żadnego żalu po śmierci pani Sugiatni. Więcej, uznał, że jakkolwiek z opóźnieniem, to jednak postąpiła tak, jak powinna była postąpić samurajska kobieta po śmierci męża. Nie ważne, czy stało się tak za sprawą listu od brata, czy nie. Liczyło się tylko to, że dopełniła obowiązku dowodząc tym samym, że jest godna najwyższego szacunku i podziwu. Absolutnie nie widział w tym powodu do smutku, w końcu sama wybrała. Oni mogli tylko ten wybór uszanować i cieszyć się (tak cieszyć), że ich pani była tak honorową osobą. Powinni czuć się zaszczyceni, że mogli służyć komuś takiemu. I on teraz właśnie tego doświadczał. Zresztą teraz, kiedy władzę przejął Hiroshi czyn Tamao wydawał się najlepszym wyjściem.
"Wieśniaczki to jednak dziwne stworzenia." Przemknęło szambelanowi przez myśl. "W takiej śmierci nie ma przecież nic smutnego. Ale one nigdy nie zrozumieją, że kiedy popełniamy samobójstwo, w taki sposób, w jaki zrobiła to pani, rozkazujemy samej śmierci."

Zdjął żałobne szaty, które miał na sobie i ubrał zwykłe, brązowe kosode z motywem powtarzających się czarnych trójkątów oraz zieloną, nieco podniszczoną hakama, zatknął za pas miecze, a na nogi włożył miękkie sandały na skórzanej podeszwie. Rozsunął lekko shoji prowadzące na werandę i rozejrzał się. Nabrawszy pewności, że nikogo nie ma w pobliżu, powiększył szparę pomiędzy drewniano papierowymi skrzydłami i wyszedł z komnaty.
Po mimo tuszy potrafił chodzić w taki sposób, aby deski werandy nie wydały z siebie nawet jednego skrzypnięcia, więc ostrożnie stawiał kolejne kroki, jednocześnie pilnie nadsłuchując dźwięków dochodzących z ogrodów i wnętrza pawilonu. Parę razy zamarł bezruchu w jakimś jej ciemniejszej części, kiedy doszły do niego strzępki czyimś rozmów. Nie słuchając słów, bo przecież nie odchodziły go opowiadane przez służbę plotki, wstrzymał oddech, alby upewnić się, że rozmówcy na pewno nie zmierzają w jego stronę. W prawdzie wątpił, że ktoś ze sług, lub pozostałych w zamku strażników odważyłby się, bez wyraźnego rozkazu kogoś z państwa, przeszkodzić mu w codziennej drzemce, to jednak doświadczenie podpowiadało mu, że w sprawach dotyczących innych osób nigdy nie można zupełnie zaufać własnemu osądowi. Ludzie przecież popełniają błędy, zapominają, nie zawsze rozumieją, to co się do nich mówi... Szczególnie prości ludzie. Wkrótce opuścił bezpieczny, zadaszony podest przy własnych komnatach i szedł na piaszczystą ścieżkę.
Przemykając ukradkiem przez kolejne ogrody i dziedzińce dotarł na tyły warowni, do miejsca, gdzie okalający ją mur porastały gęste, w ostatnim czasie, coraz bardziej zielone pnącza. Doskonale wiedział, że znajduje się za nimi niewielka furka, wyciągnął ręce i wsunąwszy je pomiędzy gałęzie wymacał blokujący ją rygiel. Zanim go wyciągnął raz jeszcze upewnił się, że nikogo nie ma w pobliżu. Następnie ponownie przystąpił do przerwanej czynności: zdjął sztabę, ukrył pośród roślinności po czym pchnął drewniane drzwi i przeszedłszy przez nie zamknął od zewnątrz.
Zanim ruszył dalej oparł się o mur i odetchnął głębiej kilka razy, jednocześnie zdając sobie sprawę, jak bardzo jest spocony, a potem zaczął Iść wąską ścieżką w dół zamkowego zbocza.
Obrazek Księżycowa weno, działaj!

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1867
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Samotne irysy [Chałwa]

Post autor: Kruffachi » 16 stycznia 2019, 20:28

No to przypomniałam sobie całość i doczytałam ostatnią wstawkę. Po pierwsze, to mam Ci ochotę urwać uszy za jojce na szałce, że nikt Cię nigdy nie chwalił, a jak chwalił, to tylko tak trochę, bo przy okazji też przejrzałam komcie i to jest ścisła czołówka, jeśli chodzi o pozytywne reakcje czytelników :P Więc ostrzegam, że jak zobaczę znowu jęki w tym temacie, to mogę nie wytrzymać :P

Po drugie takie czytanie po czasie sporo mi dało w kwestii perspektywy czytelniczej i nie wiem, czy bardziej powinnam pisać pod kątem tylko ostatniej wstawki, czy może raczej swoich ogólnych przemyśleń. Gdybym miała pisać tylko o ostatniej wrzutce, nie miałabym zresztą zbyt wiele do powiedzenia, bo poza opisem stosunku Hisako do opętania przez ojca dzieje się ona trochę na marginesie głównych wydarzeń - oddajesz głos Sato i innym mniej znanym, mniej wprowadzonym postaciom, przez co dystansujesz czytelnika od emocji związanych z głównym wątkiem. Ani to dobre, ani złe - ma swoje konsekwencje, ale też jest dość charakterystyczne dla takiego sagowego pisania, więc po prostu współgra z gatunkiem. Z perspektywy przerwy dotarły też do mnie pewne niedoróbki fabularne, ale to nic na tyle poważnego, żeby nie uchodziło w pierwszej czy drugiej wersji tekstu.

Konsekwencje też są i odczułam je tak naprawdę dopiero z perspektywy dwóch lat. W którymś tam komentarzu pisałam mniej więcej coś takiego, że postaci wydają mi się bardziej funkcjami i ideami niż żywymi ludźmi. To również uznałam za cechę charakterystyczną dla takiego pisania. W efekcie tego jednak (odrealnienia postaci i wielogłosu, w którym uczestniczą często postaci z marginesu wydarzeń) wyrwana do odpowiedzi po dłuższym czasie nie mogłam sobie przypomnieć, o czym Irysy właściwie były. Pamiętałam, że o samurajach, pamiętałam samobójstwo i że była jakaś zasadzka - to właściwie tyle. Składam to na karb dwóch spraw, czyli właśnie tego zdystansowanego stylu pisania oraz małej tak naprawdę ilości tekstu. Sagi nie dlatego tylko są długie, że tak wychodzi. Są długie, bo potrzeba dużo czasu, żeby czytelnik wszystkich bohaterów poznał, żeby się do nich przywiązał i żeby to razem zaczęło działać. Okazało się, że Irysów jest na taki efekt jeszcze za mało. Zastanawiałam się nad tym i sądzę, że to nie jest Twoja wina czy - ogólniej - wina wewnątrztekstowa, ale właśnie kwestia faktu, że materiału było za mało, kiedy, z przyczyn niezależnych od siebie, przerwałam lekturę na bardzo długo. Oczywiście w miarę odświeżania sobie kolejnych rozdziałów przypominałam sobie tak zdarzenia, jak i postaci, przypomniałam sobie, kogo lubiłam bardziej (Kenshiro!), a kogo mniej. Po prostu musiałam jakby po raz drugi wejść w ten świat.

Ale też podtrzymuję zdanie, że dobrze się to czyta. Używasz zbyt wielu przymiotników (czasem po trzy, cztery do każdego rzeczownika w zdaniu O_O), zdecydowanie zbyt wielu, zdarzają Ci się też błędy językowe, ale sama melodia tekstu jest bardzo ładna i sposób prowadzenia narracji mi się podoba nieodmiennie - dobrze współgra ze światem przedstawionym. Natomiast polecam formatowanie wstawek, bo taki zbity tekst jednak męczy podczas czytania.

Z rzeczy konkretnie do tej wstawki - myślę nad dwoma kwestiami. Po pierwsze Sato. Dotąd niższe sfery nie miały zbyt wiele głosu w Irysach. Były na moment kurtyzany, byli jacyś epizodyczni wieśniacy, była Kumiko, ale Kumiko, no... nie jest narratorem z inicjatywą. Zastanawiam się, czy oddanie głosu Sato to taki wstęp do tego, żeby jednak się te niższe sfery pojawiły. Chociaż nie jestem pewna, bo to jednak służąca samurajów od bardzo dawna i tak naprawdę prezentuje ten sam kodeks wartości. A skoro już przy kodeksie jestem - druga kwestia to Hisako. Jej opór przeciwko działaniom mononoke jest oczywiście bardzo ludzki i z poziomu człowieka zrozumiały. Stanowi też ciekawy kontrast dla takiej bezwolności kobiet samurajów. Tylko że właśnie - zastanawiam się, skąd się to u Hisako wzięło, skoro właśnie wśród takich bezwolnych kobiet i wyprutych z emocji mężczyzn dorastała? Nie sądzę, żeby młodość i burza hormonalna tłumaczyły wszystko i zaczynam kombinować, że ktoś musiał mieć na nią wpływ.

Mam nadzieję, że na następną wstawkę nie będę czekać dwa lata ;)
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

ODPOWIEDZ