UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Tytuł PROZY LIPCA
zdobyło ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee.

Serdecznie gratulujemy! :D

Samotne irysy [Chałwa]

FANTASTYKA
W odróżnieniu od literatury realistycznej, fantastyka jest literaturą bardzo aktualną. ~ Kir Bułyczow
Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Samotne irysy

Post autor: Kanterial » 12 listopada 2013, 21:06

SpoilerShow
"Udało mu się dotrzeć do głównej siedziby klanu, Hakuzumy w ostatnim dniu wyznaczonego terminu."
zbędny

"Przejechali obok kuźni, a także pracowni płatnerskiej, z wnętrza, których dochodziły odgłosy uderzenia młota o żelazo"
bez ostatniego

"- Domyślasz się, dlaczego cię tu wezwałem? – Zapytał Masahiro"
z małej zapytał

" Pan Noburu, prosił mnie, abym pozwolił mu uderzyć."
bez pierwszego

"Przebywający w nich żołnierze, gromadzili się w pobliżu pochodni i ognisk, rozprawiając zawzięcie o przeróżnych sprawach"
bez pierwszego

" Tadamasu leciutko skinął głową – Wkrótce"
wkrótce z małej

"Może jednak Isamo miał rację”. – pomyślał"
"- Nazywam się Hibi Yashiro, jestem zarządcą tych ziem i sługą klanu Ashida. Jeśli cię zabiję, żądam, aby moi ludzie odeszli spokojnie. – powiedział"
oba bez kropki

"Tymczasem Akira zorientował się, że w pozostałych częściach obozu umilkły odgłosy walki, a ostatnie płomienie ognia, właśnie się dopalały."
bez ostatniego
Nooo, Kand

Ale wprowadziłaś postacie :D Obawiam się, że zostałam fanką Akiry od pierwszego wejrzenia. Proszę, nie zabijaj go szybko! Isamo intryguje, oczywiście, w nie mniejszym stopniu, ale Akira i cała scena jego rozmowy z ludźmi w obozie, całe to myślenie o tym, jak to mu nie pasuje jedzenie, wieśniaczki, miejsce... Jakoś nie mogłam przestać się uśmiechać, poza tym wizja spiskowania przeciw Isamo (nie wiem na ile trafna, może tylko się tak generałowi wydaje) bardzo mi "poprawia" tę postać w odbiorze :D

Pamiętasz zawsze o realiach, o tym szacunku, jaki panuje, nie tylko w rozmowach władca - wasal ale i na co dzień, więc praktycznie każdy wpis mnie w tym temacie zadowala - przypominam, podoba mi się to. Ukrywanie emocji przez większość postaci, okazywanie pokory, to, że opisujesz dokładnie relacje i pozycje społeczne. No i znalazłaś w tym fragmencie coś, na co długo czekałam - idealny złoty środek pomiędzy opisami (miasto i rzemieślnicy, wygląd władcy) i akcją/dialogiem.

Dawno tak dobrze mi się nie czytało Irysów, może dlatego, że wcześniejszy fragment, ciągła walka, bardzo mnie męczyła, nie chciałam stracić żadnego szczegółu, a tutaj, niby nie ma tempa szalonego, a jednak tyle informacji się wdziera, że sama jestem teraz zaniepokojona dalszymi losami Isamo i Akiry, wobec możliwości przyjścia na świat tego potomka. Oj, coś czuję, że oni zadbają, by to dziecko im "nie zagroziło"...
Świetne!

Akira rządzi, kocham xD
Czekam na kolejny wpis (Joa ma rację, jakoś strasznie mało błędów O_O)
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Kandara
Posty: 238
Rejestracja: 25 lipca 2012, 00:51

Re: Samotne irysy

Post autor: Kandara » 24 lutego 2014, 19:47

Nie lubię pisać wstępów, ale ponieważ zafundowałam Wam długą, bardzo długą przerwę pomiędzy poprzednim, a obecnym rozdziałem, myślę sobie, że coś jednak powinnam. Nie chce, żeby zabrzmiało to jak usprawiedliwienie, jak jakaś blogaskowa notka, czy coś w tym stylu, jednakże muszę wyznać, że cześć dwunasta wygląda trochę tak, jakby była urwana w połowie. Najpierw miałam głupawe problemy z pisaniem czegokolwiek (wiem, że niektórzy uśmiechają się pod nosem) potem jakoś sceny wymyślić nie mogłam (chowa się pod stolikiem kawowym, bo nie biurka). Ponieważ jednak temat stał tyle ile stał... to stwierdziłam, że jestem coś Wam winna.
Dziękuję bardzo za komentarze. Gdyby nie one, to kto wie ile by to jeszcze trwało. Naprawdę może nie widać, ale motywuje mnie to bardzo.
Rozdział XII Tym, co go obudziło, był ból. Przejmujący, wypełniający całą głowę, jakby mózg roztrzaskał się o sklepienie czaszki, a jego kawałki nabrzmiały. Hiroshiemu zdawało się, że ciemność, którą widzi, pulsuje i wiruje, na przemian przybliżając się i oddalając, gęstnąc i rzednąc. Białe plamy, od czasu do czasu pojawiające się pośród czerni, wzmagały to wrażenie. Jednocześnie coś bardzo mocno przyciskało chłopca do twardej powierzchni, na której leżał. Wręcz czuł jak się zapada i przelatuje przez kolejne warstwy podłoża. Inny ucisk tłumił oddech. Ramiona i nogi ciążyły dziwnie, a słodkawy, ciepły płyn rozlewał się pod powiekami, sklejając je. To ostatnie było bardzo przyjemne. Podobne do ponownego zasypiania, po zbyt gwałtownym przebudzeniu. Przez chwilę nawet chciał znowu zasnąć, pogrążyć się w braku świadomości, ale nic takiego nie następowało.
Przeciwnie. Do uszu chłopca zaczynały napływać dźwięki. Z początku niewyraźne, nierzeczywiste, zbite w upiorną kakofonię, przeszywające, wzmagające ból. Wkrótce jednak zaczął z tej mieszaniny wyłapywać poszczególne odgłosy. Ludzkie nawoływania. Rżenie koni. Świergot ptaków. Szczekanie psów. Uderzania drewna o drewno. Metalu o metal. I drewna o metal. Jakieś skrzypienie...
Otworzył oczy. Wszystko wokół było zamazane, jakby zasnute mgłą. Zamrugał. Skronie zapiekły. Skrzywił się, stęknął cicho, ponownie uchylił powieki i zorientował się, że leży na cienkiej plecionej macie wewnątrz jakieś niewielkiej, ciemnawej izby spoglądając na słomiany sufit.
- Pić - szepnął niewyraźnie, nie wiedząc nawet, czy w pobliżu jest ktoś, kto mógłby go usłyszeć.
Z boku zamajaczył jakiś ruch. Bardziej go wyczuł niż zobaczył. Czyjeś ręce delikatnie uniosły mu głowę, przystawiły do ust ceramiczną czarkę. Gorzkawy płyn orzeźwił młodego władcę, ukoił spierzchnięte gardło.
Hiroshi jęknął w duchu. Stopniowo odzyskiwał zdolność kojarzenia. Pierwsze urwane myśli wypływały na wierzch umysłu, wzmagając ból.
- Jaki dziś mamy dzień? I gdzie w ogóle jestem? - zapytał niewyraźnym, cichym głosem. Znów zamknął oczy. Pamiętał, że jechali przez las, a potem ktoś na nich napadł. Przecież to niemożliwe, żeby jego ludzie ulegli jakieś zwykłej, uzbrojonej zgrai... Co się więc stało? I kto ich zaatakował? Spróbował unieść się na łokciu, ale nie dał rady i znowu opadł na posłanie.
Co z sojuszem? Przecież dał słowo. Każda kolejna myśl działała nań jak okład z potłuczonej ceramiki.
- To włości generała Hary Raizo, panie, wioska Yoki, w górach Yumeki, a ten dom należy do Kazuo, tutejszego naczelnika.
Góry Yumeki! Te słowa zabrzmiały w uszach młodego daimyo jak fałszywa nuta w granej na flecie melodii. "Góry Yumeki!". Powtórzył w duchu z goryczą. Połowa drogi. Zaledwie połowa! Napadli na niego w środku jego własnej prowincji. Ale jak? Kolejne słowa, które popłynęły z ust stryja nasiliły jedynie mętlik panujący w głowie chłopca.
- Dwór pana Hary leży sześć ri stąd.
- Czy on już wie?
- Posłaniec, którego wysłałem wczoraj, nie zastał generała we dworze. Jego żona przekazała nam, że wyruszył dwa dni temu. Pewnie dotarł już do fortu. Oczywiście, posłałem za nim.
- Dobrze. - Hiroshi odetchnął z ulgą. Wiadomość uspokoiła go. Przysięga zostanie dotrzymana. - Jaki dziś dzień? I jakie straty? - mówił jeszcze bardzo cichym i słabym głosem, ale starał się brzmieć pewnie. Jak władca.
- Jest piąty dzień kwietnia pierwszego roku jaśminu panowania cesarza Nabuchiro. Pierwsza połowa czasu Irysa. Trzynastu zabitych samurajów, trzech służących. Kilku lekko rannych.
Hiroshi uśmiechnął się blado. Nie był nieprzytomny zbyt długo. Jedynie całą noc i pół wczorajszego dnia, ale w obliczu drugiej wiadomości stanowiło to marną pociechę. Bo jeśli ktoś był winien tego, co się stało, to on i tylko on. To jego chcieli przecież zabić! Oczywiście, na wojnie są ofiary, jednakże na tym terytorium nie toczyła się jeszcze żadna wojna. To okropne, że tak wartościowi ludzie zginęli w tak bezsensownej potyczce. Świadomość ta zaciążyła mu w żołądku jak bryła lodu.
Kenshiro ze współczuciem spojrzał na bratanka. Czy aby na pewno dobrze robił, zatajając przed nim swoje podejrzenia? Z jednej strony, nie chciał go teraz niepokoić niesprawdzonymi informacjami, z drugiej odpowiadał za jego bezpieczeństwo. Doskonale wiedział, że kiedy jest się świadomym zagrożenia łatwiej go uniknąć, ale przecież nie mógł nikogo oskarżyć bez dowodów. To byłaby hańba. A może jednak? Może powinien wyznać wszystko Hiroshiemu, nie jako samuraj, ale jako jego stryj? Nieoficjalnie, teraz, gdy nikogo nie ma w pobliżu?
Bezwiednie zacisnął dłonie w pieści. Zdrada. Najohydniejsza, najbardziej plugawa ze wszystkich zbrodni, wcale nie należała do rzadkości. Przeciwnie. Historie wszystkich wielkich klanów, od boskiej rodziny cesarskiej począwszy, a na władającym małą, jałową wysepką Aoinibu, rodzie Ohira skończywszy, pełne były podstępów, knowań, skrytobójstw. Przecież nawet dziadek jego dziadka wystąpił przeciw swojemu ojcu i starszemu, przyrodniemu bratu, synowi pierwszej konkubiny. Czyżby teraz czekało ich ponowne odwrócenie koła? Kolejny zakręt rzeki?
"O mój bracie!", zawołał rozpaczliwie w myśli, "czy ty wiedziałeś, że tak właśnie będzie?" .

Rzeka przecinała dolinę. Rozlewała się szeroko srebrzystą, połyskującą w słońcu wstęgą, otaczała zielone wysepki porośnięte niskimi drzewami. Liściastymi konarami poruszał lekki, ciepły wiatr, a w oddali, skryte za błękitną mgiełką, majaczyły stożkowate, ośnieżone szczyty. Pośród porastających brzegi szuwarów brodziły żurawie, kołysząc długimi, biało-czarnymi szyjami. Wtem ziemia nagle zadrżała, zadudniła, a ptaki w jednej chwili podniosły straszny wrzask. Zatrzepotały skrzydłami, wzbiły się w niebo.
Łomot narastał, jakby ktoś coraz intensywniej uderzał w tysiące wielkich bębnów. Zza horyzontu wyłonili się jeźdźcy. Długie granatowe szeregi najeżone szarpanymi przez łagodne podmuchy, chorągwiami. Dowódca zatrzymał odział. Utkwił wzrok w przeciwległym brzegu. W lewej dłoni dzierżył wodze, w prawej włócznię yari.
Ziemia znów zadrżała. Nad okolicą ponownie przetoczył się odgłos grzmotu i na widnokręgu pojawiła się kolejna grupa uzbrojonych jeźdźców. Zbliżyła się do tafli wody. Zatrzymała się, a jej dowódca odziany w pomarańczową zbroję wysunął się na przód i podniósł głowę.
Spojrzenia obu mężczyzn skrzyżowały się. Samuraj w fioletowej zbroi uniósł yari, a jego krzyk przebił się przez powietrze na drugi brzeg rzeki:
- Oto jestem! Przybyłem tu, starszy bracie Hyoemonie, aby rzucić ci wyzwanie i wydać ostateczną bitwę, która rozstrzygnie, który z nas zostanie władcą Mido! - Echo odbiło jego słowa.
- Wyzwanie twoje przyjmuję! Nalegam jednak, abyś to sam, bracie Hiroyuki, stawił mi czoło! Aby nasze oręże skrzyżowały się w pojedynku!
- Niech tak będzie!
Płytkie w tym miejscu wody Iroku spieniły się lekko i rozprysły na wszystkie strony, kiedy jednocześnie dwa rozpędzone, bojowe wierzchowce zanurzyły w nich kopyta. Potężny chlupot, trzask, jaki rozległ się chwilę później oraz muliste dno stłumiły odgłosy kopyt. Jeźdźcy, wciąż piorunując się wzrokiem, skrzyżowali włócznie. Minęli się. Zawrócili. Koń Hyoemona zarżał cicho. Przeciwnicy natarli ponownie. Wierzchowce po raz kolejny zmąciły wolno płynące wody rzeki. Odgłos uderzenia, potężniejszy niż za pierwszym razem wypełnił powietrze, wraz z krzykiem zdumienia wyrywającym się z gardła Hiroyukiego.
Zgromadzeni na obu brzegach samuraje ujrzeli, jak trącony włócznią mężczyzna w fioletowej zbroi spada z siodła i z głośnym, głuchym pluskiem wpada do wody. Nie rozległy się jednak żadne wiwaty czy jęki. Hyoemon natarł nań, gotowy wbić ostrze włóczni w tors podnoszącego się właśnie brata, ale tamten sparował cios. Pojedynek trwał. Hiroyuki bronił się zaciekle, przed spadającymi z góry ciosami, jednocześnie próbując dostrzec lukę w obronie brata.
Znów odsunął się o krok, zasłonił, a potem lekko wyciągnął yari przed siebie. Trzymając ją jak naginatę, wykonał szybki wypad, jednocześnie unosząc ostrze. Siła pchnięcia nie przebiła pancerza, ale sprawiła, że starszy brat zachwiał się w siodle. Kiedy starał się odzyskać równowagę, Hiroyuki dźgnął raz jeszcze. Hyoemon spadł, mocno uderzył plecami o muliste dno, ale zanim przeciwnik zdołał ponownie unieść yari, dźwignął się na nogi. Odrzucili włócznie. Równocześnie dobyli mieczy. Brodząc po kostki w wodzie, zwarli się mocno, próbując odepchnąć jeden drugiego.
To stało się nagle. Hyoemon mocniej zarył stopami w grząskim, ciężkim mule, na skutek czego jego prawa noga zaklinowała się w podłożu. Hiroyuki pchnął go mocno, tak, że zachwiał się i zakołysał się gwałtownie, ale utrzymał na nogach. Wówczas przeciwnik naparł nań ze zdwojoną siłą. Ponowna utrata równowagi zakończyła się upadkiem wprzód, wprost na braterskie ostrze...
- Panie, panie proszę się obudzić! - wołał ktoś tuż przy nim. Armie oddalają się, krajobraz rozpływa. Wszystko ulatuje. - Panie Kenshiro! - Otworzył oczy. Nawet nie zauważył, kiedy zasnął. Wciąż siedział w małej ciemnawej izbie, opierając się o jeden z drewnianych filarów, a Hiroshi leżał na futonie, opodal jego kolan. Chłopiec też musiał w końcu ponownie zasnąć, bo oczy miał zamknięte, oddech płytki, lecz równy. Trochę dalej klęczał jeden z przybocznych - Isekiwa Sadayoshi.
Kenshiro otrząsnął się i resztki snu uleciały mu z głowy.
- Przepraszam panie, że tak tu wtargnąłem, ale pan Ikemoto zniknął.
- Jak to?! Już idę - rzucił krótko i dźwignął się z miejsca.
* Dwudziestu mubushin, stojących po obu stronach niewielkiej bramy, która znajdowała się w masywnym wale ziemnym, po raz kolejny w tym tygodniu widziało dym unoszący się znad zbiorowego stosu pogrzebowego. Szara chmura przysłaniała krajobraz, zakłócała spokój słonecznego dnia, a słaby wiatr niósł ze sobą zapach spalenizny oraz monotonne dźwięki sutr recytowanych przez kilku, zebranych wokół płonących mar, mnichów z miejscowej świątyni. Ich głosy wibrowały, zawisały w powietrzu, wypełniały je, po czym nagle opadały, aby po chwili wznieść się na nowo.
- Nie rozumiem, dlaczego nasi panowie nie spalą całej tej przebrzydłej osady? Tylko dziś weszło tu tylu niedotykalnych, że nawet sto rytuałów tego zetrze - odezwał się szeptem jeden z wartowników. Zmęczonym wzrokiem rozejrzał się po okolicy. Sądząc po położeniu słońca, mijała właśnie pierwsza połowa czasu wierzby, a on, wraz z towarzyszami sterczał tutaj od pierwszej połowy czasu jaskółki. Tylko w ostatniej godzinie wpuścili za wał i wypuścili zza niego czterech grabarzy i strażnikowi zdawało się, że wciąż czuje ich zapach. Specyficzny, trudny do określenia fetor, od którego lepsze zdawały się nawet płynące zza ogrodzenia zmieszane ze sobą smrody kału, krwi, uryny i potu.
- Dobrze słyszałem, Taro? - spytał jeden ze stojących najbliżej niego strażników, ten po prawej stronie, spoglądając karcąco na kompana. - Śmiałeś mówić źle o naszych panach? - Lepiej, żebyś się zamknął, bo wszyscy możemy stracić za to życie, a ja swojego tracić wcale nie chcę.
Taro zamilkł, opuszczając głowę. On także wcale nie chciał tracić swojego życia, ale z wioski wywożono po kilka trupów dziennie, a oni stali tu każdego dnia, po paręnaście godzin. Jaką mogą mieć pewność, że nie spotka ich to samo? Trzech mubushin, w tym sam yaichikufu zdradzało objawy choroby. Na co więc mogą liczyć oni? Przecież zaraza nie ustaje. Przeciwnie! Świadczą o tym dobitnie wieści z innych wiosek. Co się tu dzieje?
- Co się tu dzieje? - Ktoś powtórzył na głos jego słowa. Uniósł wzrok. Na wąskiej ścieżce, pomiędzy łysymi polami zobaczył kobiecą postać, skrywającą twarz i sylwetkę pod białym, półprzeźroczystym welonem zwieszającym się z obszernego ronda bambusowego kapelusza. Szata wystająca spod zasłony została uszyta z jasnozielonego jedwabiu wyszywanego w różowe kwiaty. Strażnicy pośpiesznie pochylili się w głębokim ukłonie, a dama odwzajemniła go, pochylając się lekko w ich stronę.
Taro oblał się zimnym potem. Zresztą pozostali musieli doznać podobnego uczucia. Szlachetnie urodzone damy zwykle nie podróżowały, ani nie spacerowały samotnie! Zwykle towarzyszyła im przynajmniej jedna służąca. Ona nie mogła być prawdziwa! Bo i czego miałaby tutaj szukać? Nie ma tu przecież niczego prócz dręczonej zarazą wioski. Dlatego ona nie może być prawdziwa! To z pewnością demon, zły duch, lis w ludzkiej postaci.
- Pytałam, co się tu dzieje? - Głos brzmiał realnie i ponaglająco. Mubushin ogarniał popłoch, który na ułamek chwili odbił się w ich oczach, a kobieta zbliżyła się na tyle, że w prześwicie między dwiema woalkami mogli zobaczyć jej młodą, dziewczęcą twarz. Taro natychmiast znów opuścił wzrok. Istota ludzka, czy duch, wszystko jedno, nie miał prawa na nią patrzeć.
- Wioska jest zamknięta z powodu zarazy, szlachetna pani - odpowiedział wreszcie jeden ze strażników. Starał się zawrzeć w tej odpowiedzi szacunek, ale i stanowczość.
- Chciałabym przyjrzeć się temu z bliska.
- Ależ, pani! - zaprotestował ten sam mubushin. - Dostaliśmy wyraźne rozkazy, nie możemy wpuszczać nikogo, prócz mnichów i niedotykalnych.
Hisako skinęła lekko głową. Oczywiście, że dostali taki rozkaz. Spodziewała się tego, już wtedy, gdy w chacie Iwahary usłyszała o zarazie. Musiała jednak wiedzieć na pewno. Chciała ujrzeć wszystko na własne oczy, przekonać się jak naprawdę wygląda sytuacja. Raporty mówiły dużo, ale z pewnością nie wszystko, a do tego te sny. Powtarzające się każdej nocy, przeraźliwie wyraźne, nachalnie dosłowne. Nie chciała o nich myśleć, rozważać znaczenia, jednak głęboko w duszy znała je na tyle dobrze, że czasem samowolnie wypływało na wierzch myśli. Przybierało formę cichego, znajomego głosu. Dziwne... Egzorcyzm przecież zadziałał, czemu więc w takich chwilach czuła się tak, jakby w jej ciele był jeszcze ktoś? O tym też wolała nie myśleć.
Może też z tego powodu stała teraz tutaj i patrzyła na ogrodzoną wałem, otoczoną przez mubushin uzbrojonych w sasumaty i tsukubo, wioskę.
Przyszła tu sama, ponieważ nie chciała, aby ktokolwiek znał prawdziwy cel jej pobytu w należącym do Ikemoto lennie. Nawet Tamao myślała, że Hisako składa krewnym jedynie zwykłą, grzecznościową wizytę. Z resztą gdyby pani Sugiatni wiedziała, co dzieje w tej części prowincji, z pewnością nie wyraziłaby zgody na tę wycieczkę. Hisako uznała zatem, że powiadomi ją po powrocie.
Dlatego też dziewczyna miała nadzieję, że jej nieobecność w domu pana Yasuo nie zostanie odkryta. Wątpiła co prawda, aby ktoś z domowników, bądź służby śmiał przeszkadzać księżniczce w odpoczynku po podróży, gdyby jednak jego żona, bądź synowa nagle zechciała coś jej przekazać, tajemnica mogłaby się mimowolnie wydać.
"Więc tak to wygląda", pomyślała, wciąż obserwując strażników zza woalki. W jednej chwili uświadomiła sobie, że nie musi wchodzić do wioski, właściwie nigdy nie miała takiego zamiaru. Chciała tylko podejść na tyle blisko, na ile się da, aby móc samej ocenić rozmiary problemu. Bo zaraza w tak dużej wiosce, w dodatku rozprzestrzeniająca się na inne osady stanowiła w tak niepewnym czasie duży problem. Nie, Hisako nie przejmowała się wieśniakami. Wiele razy zdarzały się epidemie dziesiątkujące ich liczbę i nie mające większego znaczenia dla wysokości plonów, czy wpływów z podatków, ale tym razem...
- Czy rozkaz pochodzi od pana Sugiatni Yasuo? - spytała, chociaż wiedziała, jaka będzie odpowiedź, a kiedy otrzymała potwierdzenie, odwróciła się i wolnym krokiem ruszyła przed siebie.
Obrazek Księżycowa weno, działaj!

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Samotne irysy

Post autor: Kanterial » 26 lutego 2014, 03:08

SpoilerShow
Co się, więc stało?

działała nań jak okład z potłuczonej ceramiki.
szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie tego, Kand :bag:

"czy ty widziałeś, że tak właśnie będzie?"
wiedziałeś?

dowódca odziany w pomarańczową zbroję

Aby nasze oręża oręże skrzyżowały się w pojedynku!

Płytkie w tym miejscu wody Iroku, spieniły się lekko

Koń Hyoemona zadrżał cicho.
zarżał?

ujrzeli, jak trącony włócznią mężczyzna w fioletowej zbroi, spada z siodła

zarył nogami w grząskim, ciężkim mule, na skutek, czego

a on, wraz z towarzyszamisterczelisterczał tutaj

możemy stracić za to życie, a ja swojego tracić wcale nie chcę.

czemu więc w takich chwilach czuła się tak, jakby nie w jej ciele był jeszcze ktoś?
nie w jej ciele? A nie właśnie "w jej ciele"?
Czytało mi się świetnie.
Cholera, nie pamiętam już poprzedniego swojego komentarza i nie wiem, czy wtedy też było tak mało błędów, ale jestem szczęśliwa. Naprawdę, ten spoiler u góry to głównie przecinki i jakieś "ę" albo moje zapytania. Więc Kandaro, chwalę Cię, nie wiem, czy jest sens (bo chyba od dawna już nie było u Ciebie błędów w jakiejś szalonej ilości, choć głowy nie daję).

Naprawdę mi się podobało, przypomniałam sobie, jakie umiesz tworzyć barwne opisy. Są dwa rodzaje opisów, jedne bardzo... soczyste, powiedzmy, pełne porównań i wywołujące masę skojarzeń, obrazów, które pomagają w pełni wyobrazić sobie jakąś rzecz. Twoje są inne. Są bardzo intrygujące, nie przypominam sobie, żebym widziała takie u kogoś (na pewno na forum nie), bo odbieram je raczej jako nadające ciągle ten sam, bardzo wystylizowany klimat. Zadziwia mnie to, że tak Ci się udaje utrzymywać w japońskich ramach, chyba nawet to podziwiam. Nie chodzi tylko o słowa, widzę tu mentalność, zachowania, modele jakichś relacji i hierarchii. Bardzo mi to odpowiada. Nie jestem znawcą i nie mogę oceniać, na ile oddajesz rzeczywistość czy przeszłość w tych realiach, ale mi osobiście każde ze zdań przywodzi na myśl Kraj kwitnącej Wiśni i po raz kolejny postanowiłam Ci o tym napisać. Nie masz sobie równych, jeśli chodzi o trzymanie klimatu od samego początku.To też pewnie dlatego tak mnie uderza, że mało kiedy czytam podobne teksty.

Jeśli masz gdzieś całość w pliku, wyślij mi (jestem leniwa, wiem, ale nie chce mi się wklejać wszystkiego do worda :D). Z chęcią przeczytam całość od początku, jeśli tylko będę mieć pewność, że tego nie zarzucisz. Mam już dokument od Black, więc sobie przysiądę nad Waszymi pracami, jak będę mieć trochę wolnego. To jak?

W tym fragmencie na szczęście jest wszystkiego po trochu. Przypomniałaś mi o bitwie i cieszę się, że rozmowa władcy ze stryjem naświetla tak dobrze sytuację. Dzięki retrospekcjom i myślom Hiroshiego wiele sobie uświadomiłam, jeśli chodzi o fabułę, jestem zorientowana przynajmniej w tym, co on ma teraz w głowie. Jak zawsze pamiętałaś o tym, że on bardzo stara się nie wypadać z roli (jak wszyscy w tym tekście) i myśli o tym, by prezentować się jak władca, tak postępować. Podoba mi się to. Podobnie, jak te wahania Kenshiro - zachować się jak stryj czy polityk? Ta postać jest bardzo ciekawa i, wspominałam już pewnie, widzę w Kenshiro spory potencjał. Jego troska o Hiroshiego, którym ma się opiekować, kłóci się ze skrywanym niezadowoleniem z powodu objęcia przez niego władzy i czuję, że możesz tu nieźle namieszać.

Co do sceny z Hisako - zaskoczyło mnie to, że ona nie przejmuje się losem wieśniaków. Niby czemu by miała, ale jednak, kiedy pojawiła się przed wioską, sądziłam, że głównie będzie targał nią smutek i współczucie. Czekam z niecierpliwością, by poznać jej motywację dokładniej.

WENY!
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Kandara
Posty: 238
Rejestracja: 25 lipca 2012, 00:51

Re: Samotne irysy

Post autor: Kandara » 26 lutego 2014, 14:47

Rzadko to ostatnio robię, bo tak po prawdzie uważam to trochę jakby za sztuczne nabijanie postów (przepraszam), ale tym razem jednak odpowiem. A co tam :) (Przynajmniej na niektóre kwestie)

działała nań jak okład z potłuczonej ceramiki.
szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie tego, Kand


A ja tak. Nawet więcej niż sobie wyobrażam, bo to skojarzenie nasunęło mi się dawno temu podczas dość ostrego bólu głowy umiejscowionego głównie w skroniach oraz z tyłu. Naprawdę zdawało mi się, że ktoś okłada mi łepetynę drobnymi kawałkami potłuczonego szkła albo porcelany. Okropne uczucie... Nic tylko zapaść się w poduszki. :bag:

Kenshiro - zachować się jak stryj czy polityk? Ta postać jest bardzo ciekawa i, wspominałam już pewnie, widzę w Kenshiro spory potencjał. Jego troska o Hiroshiego, którym ma się opiekować, kłóci się ze skrywanym niezadowoleniem z powodu objęcia przez niego władzy i czuję, że możesz tu nieźle namieszać.

Dziękuję. Aczkolwiek Kenshiro nie tyle jest nie zadowolony z objęcia władzy przeze bratanka, co uważa, że stało się o jakiś rok czy dwa za wcześnie. Nie podobają mu się też niektóre decyzje chłopca, które uważa za zwyczajnie głupie. I czasem ma taką ochotę dać szczeniakowi w ucho, że faktycznie może to wyglądać jakby nie chciał, żeby młody rządził... Mam nadzieję, że to wyjaśnianie nie czyni tej postaci mniej ciekawą :bag:


Co do sceny z Hisako - zaskoczyło mnie to, że ona nie przejmuje się losem wieśniaków. Niby czemu by miała, ale jednak, kiedy pojawiła się przed wioską, sądziłam, że głównie będzie targał nią smutek i współczucie. Czekam z niecierpliwością, by poznać jej motywację dokładniej.

Hisako to generalnie dobra dziewczynka, chociaż mało empatyczna w stosunku do ludzi, którzy nie są jej rodziną. Oczywiście miewa czasem pewne przebłyski, ale nie na tyle mocne, żeby przejmować się jakaś tam wioską i jej mieszkańcami, których w życiu nie widziała na oczy. To tego dochodzi jej pochodzenie... Taka może trochę stereotypowa postawa niektórych arystokratów. To też ma dodatkowo odróżniać ją od brata. Bo Hiroshi by się przejął.

WENY!
Oj... przyda się.
Dzięki.
Obrazek Księżycowa weno, działaj!

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1819
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Samotne irysy

Post autor: Kruffachi » 26 lutego 2014, 17:30

Przeczytałam Prolog i dwa pierwsze rozdziały, czyli względem całości nadal jestem daleko w polu, ale coś tam już chyba mogę powiedzieć, więc spróbuję :)

Zaczynając od spraw najmniej istotnych - technikalia. Nie jest z nimi źle :) Nie zajmuję się, pozwolę sobie jedynie zauważyć, że brakowało mi często przecinków oddzielających wołacze od reszty zdania; widziałam jakieś "mimo tego" i jakiś przecinek przed "albo". Wszystko tak naprawdę drobiazgi.

A tak w ogóle, bardzo cieszę się, że tu wreszcie zajrzałam :) Taki inny ten tekst: i pod względem tematu, i pod względem nastroju, tempa. Odpowiada mi jego liryczność i spokój, klimat budowany bardzo dobrymi, plastycznymi opisami. Teren to dla mnie całkowicie obcy - przyznaję się bez bicia, że o Japonii wiem, ile kot napłakał, mam tylko jakąś tam bardzo podstawową wiedzę. Odkrywasz więc dla mnie zupełnie nieznane tereny i to olbrzymia wartość naddana, która tak poza tym, już bardziej obiektywnie, nadaje Irysom sporo oryginalności i na pewno wyróżnia je na tle fantastyki czerpiącej głównie z europejskich zakątków, jeśli chodzi o realia. I ta poetyckość, ta opisowość bardzo do tego obranego przez Ciebie kierunku pasują.

Przemyślenia bardziej może szczegółowe mam takie, że kupiłaś mnie niemalże od pierwszych zdań, właśnie melodią i spokojnym tempem. W prologu dajesz czytelnikowi się odprężyć, opisując sytuację niemalże sielankową - szczęśliwy powrót z wojennej wyprawy, dobrane małżeństwo i pozbawione komplikacji narodziny bliźniaków. Cały czas węszyłam w tym podstęp i obawiałam się, że zaraz zburzysz ten przyjazny nastrój, ale nie - utrzymałaś go do końca i czytanie tego stanowiło spory relaks. Potem zaczyna się rozdział pierwszy i nie mogę powiedzieć, by śmierć Harumiego mnie zaskoczyła, ale też zakładam, że nie o to Ci chodziło, bo w końcu to punkt wyjścia dla historii kontynentu, rodu i pary bliźniaków (no, przynajmniej na razie tak to wygląda), a nie jednego bohatera. Zarysowujesz zatem sytuację i żadne zaskoczenie nie jest wymagane, może wręcz przeciwnie.

Podoba mi się fakt, że już w drugim rozdziale przeskakujesz na drugą stronę barykady i że potrafisz to wykorzystać, zarysowując szerzej sytuację świata - najpierw w małej skali, oczyma "małych" bohaterów komentujesz ostatnie wydarzenia, a potem osadzasz je w szerszym kontekście. I tu pojawia się polityka, którą wielbię całym serduchem i która kupuje mnie dla tego tekstu ostatecznie. Choć nie będę ukrywać, że na razie połapać się jest trudno ;) Nie jestem osłuchana z japońskimi dźwiękami, więc nazwy zlewają mi się w jedno i są trudne do powtórzenia, ale się nie poddaję i zakładam, że za jakiś czas przestanę się tak gubić :)

Natomiast z całą pewnością - w przeciwieństwie do ich imion - nie mylą mi się same postaci. Zarysowane są świetnie, nawet te - jak się na razie zdaje - epizodyczne.

Chyba na razie tyle :) Pozdrawiam i więcej pewności siebie życzę, bo to naprawdę dobry tekst jest :D
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Samotne irysy

Post autor: Joa » 28 lutego 2014, 14:07

Yo, yo, yo, Kandaro!
Będzie krótko, przepraszam, i trochę słabo, nie obraź się, ale nie stać mnie na dobre komentarze ostatnio.

Czytało się znakomicie. Naprawdę. Jak przypominam sobie pierwszy fragment - który wcale nie był zły - i porównuję go do dwóch, trzech najnowszych, to na myśl przychodzi mi tylko - zmieniłaś się na lepsze. Piszesz wciąż tak samo, tak samo poetycko, utrzymując genialną atmosferę, ale jednocześnie sprawiłaś, że czyta się mniej ciężko, przyjemniej, szybciej. Czasami pojawiały się w pierwszych fragmentach takie zgrzyty, momenty, gdy ciężko było ruszyć dalej, tu już tego nie ma, chce się czytać. Podoba mi się to. Podoba mi się ta zmiana, Twój progres. Może Ty tego nie zauważasz, ale ja widzę.
Zresztą - jak wysłałaś mi tekst do sprawdzenia - kolejna rzecz za którą Cię pochwalę - to było naprawdę mało do poprawiania. To były bardzo kosmetyczne sprawy, jakieś przecinki, ogonki, nic innego. Kolejne zmiana, kolejny progres.
Kandaro, niewiele powiem o fabule: jestem ciekawa, gdzie się podział Ikemoto? Ej! Ja chcę wiedzieć!

Pisz, Kandaro, nie zmuszaj się oczywiście, ale zrób coś z tym pisaniem, pośpiesz się i spraw, żeby Ci to sprawiało przyjemność przede wszystkim. To ma być przyjemność, pisanie. Masz być szczęśliwa patrząc na efekt, bo jest się z czego cieszyć.
Pisz!
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1819
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Samotne irysy

Post autor: Kruffachi » 01 marca 2014, 11:27

Doczytałam do siódmego rozdziału, więc najwyższy czas znów się odezwać :) Właściwie zamierzałam wcześniej, ale potem stwierdzałam, że a, zobaczę co będzie w następnym rozdziale ^^ Czyli że mnie wciągnęło. W taki spokojny sposób, bez obgryzania paznokci i tych spraw, ale jednak na tyle, żebym, kiedy już zasiadam do czytania, śledziła historię z ogromnym zainteresowaniem. I to dobrze, takie powieści są potrzebne :)

Gdzieś tam w komentarzach pojawiały się uwagi odnośnie do tego, że piszesz sztuczne dialogi, a historia zamienia się w brazyl. No w moim odczuciu zdecydowanie nie. Owszem, dialogi są sztywne, ale przecież rozmawiają ze sobą arystokraci, próbujący ukrywać przed sobą emocje oraz służący z arystokratami, którzy też muszą trzymać się określonej konwencji. Według mnie, wychodzi Ci to świetnie i - paradoksalnie - naturalnie. Brazyla też nie widzę. Dramatyzm za to - tak. Tonujesz go swoim opisowym stylem, co kojarzy mi się właśnie z zachowaniem tej arystokracji, tłumiącej szalejące wewnątrz burze :)

Był jeden moment, w którym serce naprawdę zabiło mi mocniej. Już, już miałam Ci napisać, że prócz Tamao wielbię Kenshiro, a tu... koniec szóstego rozdziału! No i co terazzz, co terazzzz?! Ja wiem, że miał prawo, że taki stosunek i że w kodeksie, w moralności, w których wyrósł, nie ma w tym niczego złego, ale jednak czytam z perspektywy swojej własnej i mam taki zgrzyt wewnętrzny, taką zadrę i bardzo Ci za to dziękuję, bo tą jedną sceną z Kumiko nie tylko potężnie skomplikowałaś mi postrzeganie postaci, ale też dosadnie przypomniałaś, jak obcy to dla mnie krąg kulturowy, jaka egzotyka i w ogóle. Wielkie, wielkie brawa :D

To w ogóle czysta przyjemność, czytać tekst, po którym widać, że został napisany przez pasjonata :D Nie jesteś kimś, kto wykonał po prostu potężny risercz i teraz na każdym kroku udowadnia, czego to on nie wie. Nie - jesteś właśnie pasjonatem i z Twoich opisów wypływa naturalna znajomość tematu, co sprawia, że je równie naturalnie chłonę, a obce słowa nie drażnią, tylko nadają klimatu i rozwijają wiedzę.

Do sceny z duchem czytałam zresztą Irysy jako taką swoistą powieść historyczną, osadzoną tylko w nieistniejącym świecie - i temat, i sposób narracji mi do tego pasowały, i szeroka, drobiazgowa ekspozycja, i budowa postaci. Wprowadzeniem wątku Mononoke przypominasz, że tekst znalazłam jednak w dziale "fantastyka", więc rośnie we mnie ciekawość, co jeszcze wykombinujesz :3

Pozdrawiam i czytam dalej :D
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1819
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Samotne irysy

Post autor: Kruffachi » 03 marca 2014, 22:34

Miałam dokończyć dzisiaj, ale chyba jestem już zbyt zmęczona - litery mi się dwoją ^^ Tak zatem odzywam się po rozdziale X :)

Żeby nie powtarzać - oczywiście podtrzymuję to, co pisałam wcześniej. To nie jest łatwa lektura, to lektura niszowa, wyrafinowana, tak, nieco anachroniczna, przeznaczona dla wąskiego kręgu odbiorców i trzeba tu pogodzić się z faktem, że nie będzie ona dla wszystkich, w związku z tym odzew może być mniejszy. ALE! To wcale nie jest wada i nie waż się tak myśleć! To zaleta, coś co Cię wyróżnia. Sięgając po ten skromny aparat krytyczny, który posiadam, i przykładając go do Irysów, mogę powiedzieć, że to po prostu bardzo dobry literacko tekst. Z każdą odsłoną objawia mi się coraz wyraźniej jego zamysł i oto, co wykminiłam:

fakt, że - nazwę ich tak umownie - małżeństwo wyjściowe jest tak nietypowe, można powiedzieć "postępowe", wpływa oczywiście na wychowanie bliźniaków. Oznacza to, że bliźniaki mają nieco inne spojrzenie na świat niż większość otaczających ich dorosłych. Dzięki temu służą Ci do komentowania kultury, którą opisujesz, pokazywania jej okrucieństwa i zakłamania (dialog o śmierci na przykład), skontrastowanego z wysublimowaną stylistyką i konwencją, na jakiej się opiera. Bardzo to ładny zabieg jest, bardzo nośny. Jednocześnie nie oceniasz tych, którzy są w tej kulturze mocniej zakorzenieni. Pokazujesz, że - nawet jeśli pochodzą z jednego klanu - mogą być zarówno źli jak Ikemoto, jak i dobrzy jak Kenshiro. Bo przecież on, mimo epizodu z Kumiko, który tak mną wcześniej wstrząsnął, jest także oddanym stryjem i prawym rycerzem. Nic tu nie jest proste - niby wiadomo, kto jest zły, a kto dobry, ale prawdziwi bohaterowie Twojego tekstu - kultura i ród - nie są tak jednoznaczni. Bardzo mi się to podoba i bardzo mnie przyciąga do tego tekstu.

Szybciutko pozwolę sobie zaznaczyć, że trafiłam na pierwszą scenę od początku, która trochę mnie znużyła - mianowicie pojedynek rodzeństwa. Trochę chyba za długi i zbyt szczegółowy, zważywszy na to, że czytelnik wie, że to tylko ćwiczenia i w związku z tym nie czuje specjalnego napięcia ;) Myślę, że usunięcie bardzo szczegółowego rozpisania kolejnych ruchów uwydatniłoby to, co jest tam ważne :)

Wreszcie zobaczyłam Cię także w prawdziwej scenie akcji :) Naprawdę, ale to naprawdę przestraszyłam się o Kenshiro :eek: To jednak, co chciałam o tej scenie napisać, to fakt, że zauważyłam, że służy Ci ona do zobrazowania charakterów trójki bohaterów: Hiroshiego, Kenshiro i Ikemoto. Każdy z nich zachowuje się nieco inaczej i to jest świetne :D Natomiast - przyznaję bez bicia - troszkę gubiłam się podczas zmian perspektyw. A potem dajesz rzut na sielankową scenę zabaw w wiosce - kapitalny kontrast wyszedł! No i zaskoczyło mnie, kim jest ronin ;) Zastanawiam się nad sceną, w której do towarzystwa dołącza wieśniaczka - coś mi się wydaje, że ona nie jest tam tak niepotrzebna, jak się wydaje :D

No to tyle, reszta niebawem :)
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1819
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Samotne irysy

Post autor: Kruffachi » 08 marca 2014, 18:59

Długo już się zbieram do tego komentarza, wiem, i choć nadal czuję, że mózg nie ten, to minęło wystarczająco dużo czasu, żeby zaczęło być mi z tym bardzo nieswojo. Zatem to na pewno nie będzie wyglądało tak, jak miało wyglądać, ale postaram poprawić się przy następnych odsłonach.

Będzie bardzo ogólnie. O wrażeniach, jakie we mnie zostały.

Wiesz, z czym jeszcze, prócz powieści historycznych, zaczął mi się kojarzyć Twój sposób pisania? Z historycznymi dramami koreańskimi. Nie wiem, jaki masz do tego stosunek (znaczy wiem, że tam są jakieś rozdźwięki między tymi, co wolą Japonię, i tymi, co wolą Koreę, wierz mi, zupełnie się nie orientuję ^^" ), ale tak po prawdzie to był jak do tej pory chyba mój najbliższy kontakt z kulturą azjatycką (nie wliczając oczywiście kilku produkcji Studia Ghibli, bo to klasyka animacji właściwie, ale też nie ten klimat, co Irysy) i rzuciła mi się tam w oczy pewna teatralność przedstawienia. Taki szczególny sznyt i taki wyraźny podział: kiedy mowa jest o arystokracji, wszystko jest doniosłe i wzniosłe, kiedy zbliżamy się do niższych sfer, pojawia się humor. Coś, co było obecne dawno temu także u nas, w Europie. Zasada decorum po prostu - mówisz o rzeczach wzniosłych (arystokracji), więc mówisz wzniośle. To jeden tor. Drugi wiedzie do sposobu przedstawiania przemocy, która to u Ciebie niemal zawsze rozgrywa się za kulisami. To też przywodzi na myśl teatr, wręcz teatr antyczny.

W efekcie otrzymuję tekst bardzo subtelny, o czym już pisałam, i bardzo szlachetny w formie. Ma to pewną cenę - nieco utrudnia identyfikowanie się z bohaterami. To po raz kolejny nie jest mój zarzut wobec Ciebie, a jedynie spostrzeżenie. Ze względu jednak na ton całej opowieści, są oni dla mnie bardziej ideami, ilustracjami niż ludźmi z krwi i kości. Dlatego pisałam ostatnio o dobru i złu - nie dlatego, że Twoje postaci są jednowymiarowe, w żadnym razie nie miałam tego na myśli! :D Nie, są po prostu umieszczone na dość wysokim poziomie abstrakcji jak dla mnie. I w taki sposób śledzę ich losy - jako losy ścierających się postaw. Tak naprawdę jedyną postacią, która mi się z tego wyłamuje jest właśnie Kenshiro, bo choć wpasowuje mi się w teorię, wywołuje też uczucia na zupełnie innym poziomie, ale o tym już pisałam wielokrotnie.

Nie chciałabym też, żebyś to, co napisałam powyżej, źle odebrała. Mam pewien szczególny sposób czytania, ale to nie znaczy, że wszyscy będą czytać Irysy w ten sposób. W innych komentarzach masz zresztą na to dowód w postaci ciepłych słów w kierunku np. bliźniaków :) Natomiast fakt, że mogę coś ogarniać na tak wysokim poziomie, jest dla mnie osobiście wielką zaletą.

W ostatnich odsłonach zaczynasz wyprowadzać czytelnika coraz dalej poza punkt wyjścia, pokazujesz coraz więcej punktów widzenia, coraz więcej racji i postaci. Podoba mi się to :D Podoba mi się, że nie dajesz się zamknąć w murach jednej rezydencji i w obrębie jednej rodziny. Co prawda drugi rozdział już mi to zapowiadał, ale teraz mogę powiedzieć, że widzę, że naprawdę dobrze operujesz ekspozycją i potrafisz ją zbilansować. Poszerzasz pole widzenia w momencie, w którym czytelnik jest już zaznajomiony z grupą bohaterów i zdążył obdarzyć ich różnymi uczuciami, przez co informacje także przechodzą przez filtr emocjonalny.

Nie zatrzymywałam się jeszcze nad tytułem, więc zrobię to teraz - tak, samotne te Irysy, każdy na swój sposób, każdy uwikłany w konwencję i los, tak naprawdę zdany na siebie. To bardzo szeroki, bardzo ciekawy temat o długiej tradycji, ta samotność ludzi władzy. Twoje ujęcie uderzyło mnie tym, że brak tu oczywistości, bo niby wszystko jest jak należy, a nawet lepiej, bo rodzina to przecież nietypowa, będąca bliżej siebie niż inne. Samotny jest także cały ród, uwikłany w trudne decyzje, od których zależy nie tylko ich los.

Trzymam kciuki i czekam na ciąg dalszy :D
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kandara
Posty: 238
Rejestracja: 25 lipca 2012, 00:51

Re: Samotne irysy

Post autor: Kandara » 21 marca 2014, 00:55

Ja tu tylko chciałam po pierwsze bardzo podziękować, za komentarze, wszystkim komentującym. To daje mi motywację, sprawia, że chce to pisać dalej i dalej. I może nawet kiedyś skończyć.
Chciałam też poinformować, że nowy rozdział piszę się powoli, a jednocześnie poprzednie ulegają małej korekcie. I zwiazku z tym ostatnim chciałabym wspomnieć, iż w rozdziale XI pojawiła się pewna drobna, ale dość moim zdaniem ważna dla dalszej fabuły zmiana... (Bo tak mi się zdaje, że to, czy pewna wspominana tam wojna miała miejsce 150, czy 15 lat temu, jest dość istotna).
Przepraszam... ale czasem tak się zdarza, gdy się pisze na bieżąco. :bag: :bag: :bag:

Ogólnie mam dość sceptyczny stosunek do tzw. materiałów dodatkowych, ale czasem przez brak pewnych odniesień czy elementów nie bardzo da się inaczej. Dlatego prezentuje irysowy podział doby, który całkiem odżegnuje mnie od tej naszej Japonii (nawet feudalnej):
SpoilerShow
• Czas śliwy - II pora nocna (godz. 0,00 - 2,40)
• Czas jaśminu - III pora nocna/pora brzasku (godz. 2,40 - 5,20)
• Czas jaskółki - Pora świtu/ I pora dzienna (godz. 5,20 - 8,00)
• Czas wróbla - II pora dzienna (godz. 8,00 - 10,40)
• Czas irysa - III pora dzienna (godz. 10,40 - 13,20)
• Czas wierzby - IV pora dzienna (godz.13,20 - 16,00)
• Czas lotosu - I pora wieczorna / pora zmierzchu (godz.16,00 - 18,40)
• Czas pawia - II pora wieczorna/pora zmroku (godz.18,40 - 21,20)
• Czas żurawia - I pora nocna (godz.21,20 - 0,00)
SpoilerShow
A... lata są nazywane tak samo jak godziny i oczywiście, powtarzają się w takich samych cyklach.
Obrazek Księżycowa weno, działaj!

Awatar użytkownika
Kandara
Posty: 238
Rejestracja: 25 lipca 2012, 00:51

Re: Samotne irysy

Post autor: Kandara » 21 kwietnia 2014, 22:26

Rozdział XIII Galopował dnem niewielkiej doliny upstrzonej, tak samo jak otaczające ją łagodne zbocza niskich gór, sosnami o finezyjnie powyginanych gałęziach, kopułkowatymi świerkami, smukłymi brzozami. Tu i ówdzie, pomiędzy wyspami drzew prześwitywały nagie skały. Odbite od ich białej powierzchni promienie słońca sprawiały, że połyskiwały delikatnie. Panował spokój, tylko ptaki świergotały w konarach, a gdzieś wysoko krążył jastrząb.
Ikemoto popędził konia. Panujący w wiosce przyciszony gwar, towarzyszący codziennym zajęciom wieśniaków, którzy starali się być możliwie niewidzialni i niesłyszalni, ponury nastrój rozbitego za nią obozu oraz przymusowa bezczynność zaczynały dawać mu się we znaki. Przez ostatnią dobę miał stanowczo za dużo czasu na myślenie, a to nigdy nie jest dobre, zwłaszcza, jeśli rodzące się w głowie myśli prowadzą do niewesołych wniosków.
On, Kenshiro, wszyscy, cały klan trwali w zawieszeniu, miotali się niczym tuńczyki w sieci i nie mogli zrobić nic, aby wydostać się z pułapki, do której zapędzili się sami, a która teraz coraz bardziej zaciskała się wokół nich. Szli zatem posłusznie pod nóż, a wraz z nimi ich rodziny. Wszystko przez młodzieńczy zapał, brak doświadczenia i zwykłą naiwność nowego władcy! Ach, o ileż to wszystko byłoby prostsze, gdyby młody daimyo zginął w tamtym ataku! Następny w linii - Kenshiro - z pewnością wiedziałby jak należy teraz postępować.
Uśmiechnął się smutno, po raz kolejny smagając wierzchowca rzemieniami bicza po jabłkowitym zadzie. Bez względu na to, co kuzyn o nim myślał, jak wielką odczuł niechęć, Ikemoto zawsze bardzo go poważał. Doceniał rozsądek i wyczucie, jakimi krewniak wykazywał się w sprawach politycznych i wojskowych. Wiedział, po prostu wiedział, że gdyby Kenshiro stanął na czele klanu, wszystko wyglądałoby inaczej.
"Nie będziesz żył pod jednym niebem z zabójcą swego ojca lub pana". Nowy pan pozostał ślepo wierny tej zasadzie, ale zapomniał o tym, że świat nie zawsze pozwala zachować czystość idei, a winny był tylko i wyłącznie jego młody wiek. To on kazał mu odsunąć na bok wszystkie inne klanowe interesy i skupić się na jednym - zemście. Kenshiro nigdy by tak nie postąpił, ale nie pozwoliłby także na złamanie owego niepisanego prawa. Jednakże szanowny kuzyn od razu zabiłby każdego, kto chociażby w żartach zająknął się na temat takiej możliwości.
Tymczasem Ikemoto zbliżał się do miejsca, w które zmierzał. Widział już delikatną, białą parę unoszącą się znad turkusowej powierzchni niewielkiego oczka wodnego, o nieregularnym kształcie, wtłoczonego jakby siłą w płaskie, porosłe trawą podłoże. Zatrzymał Popioła. Poklepał zwierzę po pysku, na co ono zadrżało cicho, zarzucając popielatą grzywą. Przywiązał je do młodej, samotnej brzózki.
Góry Yumeki słynęły na całą prowincję z gorących źródeł, a on zawsze marzył, aby zażyć kąpieli w jednym z nich. Niestety, aż do tej pory nie miał ku temu okazji, wobec tego czemu nie miałby skorzystać z niej teraz? Tym bardziej, że potrzebował spokoju i ciepłej, obezwładniającej ciało wody, aby choć na chwilę przestać myśleć. Przydałby się też masażysta, ale nie ma na co narzekać. Zaczął więc powoli rozwiązywać taśmy podtrzymujące hakama.
Kenshiro go podejrzewa. Nie miał mu tego za złe, przynajmniej dopóki nie wypowiadał oskarżeń wprost. Wówczas nie mógłby mu wybaczyć i miałby obowiązek wyzwać go na pojedynek, po którym tylko jeden mógłby pozostać żywy. Nie chciał tego. Nie pociągała go ani wizja śmierci starszego krewnego, ani tym bardziej jego własnej.
Rozumiał kuzyna. Zapewne na jego miejscu czułby to samo, jednakże nie znajdował się na jego miejscu i nie mógł patrzeć na to się działo, przez pryzmat tego, co by było gdyby. Musiał przede wszystkim chronić własny honor i własne życie, aby z kolei móc bronić honoru całego klanu, w tym także swojej rodziny.
Hakama opadła na ziemię, mężczyzna zajął się rozsupływaniem węzła obi. Sprawnie przeciągał materiał przez pentrę, aż uwolnił się od opasującego go granatowego jedwabiu, zsunął z ramion fioletowo-zielone kosode, pozwolił, aby upadło za plecy, rozwiązał taśmę podtrzymującą juban, i powtórzył proces. Pozbył się tabi i sandałów. Chwilę się wahał, ale w końcu zaczął odwijać z bioder fundoshi, aby uwolnić ciało od wszelkiej krępującej je materii.
Stał chwilę nieruchomo, pozwolił, aby wiosenny wiatr przewiał go na wylot, schylił się, podniósł miecze. Chwilę później nogi mężczyzny ogarnęło miękkie ciepło. Poczuł lekkie mrowienie w łydkach, gorącą obejmę tuż pod kolami, co sprawiło, że łzy napłynęły mu do oczu. Zamrugał kilka razy, odetchnął głęboko, usiadł na dnie, położył broń na brzegu, tak, aby mieć do niej szybki dostęp, odchylił głowę, zamknął oczy.
Usłyszał rytmiczny stukot kopyt. Zdawał sobie sprawę, że dźwięk ten nie został wydany przez nogi uwiązanego Popioła, zresztą był trochę zbyt ciężki jak na luzaka, wyraźnie wskazujący, iż na grzbiecie końskim ktoś siedział, ale nie otwierał oczu, ani nie sięgnął po broń. Pozostawał spokojny. Ktokolwiek to był, nie stanowił dlań większego zagrożenia. A przynajmniej taką miał nadzieję.
- Czułem, że cię tu spotkam, kuzynie. - Mężczyzna zatrzymał się tuż za nim. - Nie powinieneś oddalać się samowolnie.
- Kogo miałem spytać? Ciebie, kuzynie? - Ikemoto otworzył oczy, wstał i odwrócił się w stronę Kenshiro. - Wybacz mi, Kenshiro-dono, - ukłonił się lekko - chciałem być sam, musiałem przestać myśleć, ale skoro już tu jesteś, może zechcesz się wykąpać? Będziemy mogli spokojnie porozmawiać.
- Przestać myśleć. - Kenshiro zeskoczył z siodła. - A o czym, Ikemoto-dono? - Zmrużył oczy, jakby próbował dojrzeć coś w oddali, ściągając lekko brwi i mierząc krewniaka wzrokiem. Jednakże tamten wytrzymał spojrzenie nie zwracając najmniejszej uwagi na zawarte w nim nieme oskarżenie.
- Wiem, co myślisz, kuzynie. Możesz zaprzeczać, ale wiem, że mnie podejrzewasz, nawet, jeśli nic nie mówisz. Raz jeszcze proszę, abyś do mnie dołączył. Woda z tego źródła, choć tak płytka, cudownie działa na ciało i umysł.
- Wszyscy z twojego oddziału zginęli. Tylko ty przeżyłeś, wytłumacz mi, jak to możliwe?
- Muszę żyć - odparł z prostotą Ikemoto - po prostu muszę, kuzynie. Pytałeś, o czym nie chcę już myśleć, więc ci, panie odpowiem. Myślałem o rodzicach, - ciągnął spokojnie, zginając mały palec - o żonie, - zgiął serdeczny - o dzieciach. Ugiął środkowy, a potem opuścił dłoń. - O tym, co z nimi będzie, jeśli przegramy. "I wiesz, co kuzynie?" dodał w myślach. "Nie umiem wyobrazić sobie Seiko podrzynającej własne gardło, albo gorzej gwałconej przez jakiegoś brudnego, spoconego niewyżytego psa, nie umiem wyobrazić sobie ciał córek i syna ginącego od ostrza wroga, ani tym bardziej własnego, tak jak ty nie możesz sobie wyobrazić śmierci umiłowanego bratanka czy bratanicy." Spojrzał Kenshiro prosto w oczy. - Wierzę, że to rozumiesz. Kiedy właściwie ostatni raz widziałeś swoją żonę? - Proste pytanie. Zadane spokojnym jednostajnym tonem, bez najmniejszego cienia jadu, kpiny czy wyrzutu. Bez oczekiwania odpowiedzi.
Kenshiro zacisnął pięści. Zaskakujące, że kuzyn zawsze potrafił tak celnie uderzyć w jego najczulsze punkty, otworzyć ledwo co zabliźnione rany, sprawić, żeby zalała go fala bezsilnego gniewu. Jak on mógł?! Jak śmiał wspominać o tak osobistych sprawach?! Co mu do tego? O tych rzeczach się nie rozmawia! Niewolno wtrącać się do czyjegoś małżeństwa, a zadawanie podobnych pytań innemu mężczyźnie stanowi wielki nietakt, wręcz impertynencję! A już na pewno jest nią zadawanie takich pytań jemu, Sugiatni Kenshiro, przez kogoś, kto nie najmniejszego pojęcia, przez co przeszedł i przez co nadal przechodzi. Bo co ojciec czwórki żyjących, zdrowych dzieci, może o tym wiedzieć?! Ogarnęła go nagła ochota, aby chwycić miecz i posiekać krewniaka na kawałki, ale pohamował się. Wyładowanie złości w tym miejscu w niczym by nie pomogło.


Cztery lata wcześniej. Emiko kuliła się na macie, naprzeciwko miejsca, w którym siedział. Rozpuszczone, potargane włosy zasłaniały jej policzki, małe, kształtne dłonie kryły twarz, ale to nie tłumiło szlochu, ani nie pomagało opanować drżenia ramion.
W sypialni panował półmrok, rozjaśniany mdłymi płomykami świec, na zewnątrz padał rzęsisty deszcz. Kenshiro słyszał jednostajny szum spadającej z nieba wody, uderzenia kropel o drewno i ceramiczne dachówki, tak samo wyraźnie jak łkanie żony. Przyglądał się uważanie drobnej sylwetce spowitej w nocne kimono z białego jedwabiu i coraz mocniej ściskał materiał hakama, gdzieś na wysokości ud. Nie poruszał się, nie płakał. Czekał.
Odjęła dłoń od twarzy. Łzy nadal obficie zalewały policzki, chociaż kobieta oddychała głęboko, aby powstrzymać emocje.
- Panie, proszę, pozwól mi - chciała brzmieć godnie i pewnie, ale płacz łamał głos, sprawiał, że każde słowo wyrywało się z gardła w towarzystwie lekkiego czkania - się teraz zabić. - Pociągnęła nosem. Sięgnęła ku wstędze, związującej jej nocny strój, wyjęła zza niego niewielki sztylet z rękojeścią i pochwą z masy perłowej i wciąż drżącymi palcami prawej dłoni, zaczęła wyciągać ostrze.
- Nie - powiedział ostrzej niż tego chciał. Kobieta uniosła wzrok, odłożyła sztylet na matę.
- Znów nie zdołałam urodzić silnego dziecka, nie mogę tego znieść. To moja wina, nie jestem dobrą żoną. Proszę, pozwól mi...
- Nie. - Nie patrzył na nią. Wpatrywał się w spoczywające na małym futonie nieruchome ciało półrocznego niemowlęcia. Najwidoczniej bogowie nie chcą, aby on i ta kobieta mieli dzieci, skoro już czwarty raz pozbawiają ich tego daru. Jak inaczej wytłumaczyć to, że Emiko dwa razy poroniła, raz urodziła martwe dziecko, a teraz odra zabiła Isei`a? Nie ma w tym niczyjej winy, przecież ani on, ani ta kobieta w niczym nie zawinili. Dlatego nie może jej pozwolić popełnić samobójstwa, ani się rozwieść. Jeśli pozwoliłby aby podcięła sobie gardło, albo oddalił ją z domu, oznaczałoby, że uznaje jej winę, a przecież wcale tak nie było! Jednak nie mógł się zmusić, aby spojrzeć na nią ponownie. Nie chciał zobaczyć zawodu, niemego oskarżenia wypisanego na tych drobnych, lekko rozmytych rysach, skrytego w dużych brązowych oczach. Matka tęskniła za ostatnim synem i jego nienarodzonym rodzeństwem. Także za nim tęsknił, też miał wrażenie, jakby jakiś drapieżny ptak wyrwał mu kawałek duszy, pozostawiając krwawiącą dziurę, czuł jak w gardle tworzy się wielka bańka, ale nie mógł się temu poddać. Nie w obecności zrozpaczonej kobiety.
Wstał. Emiko podniosła się także. Nawet wyprostowana sięgała mu zaledwie do barków, a teraz dodatkowo kuliła ramiona.
- Zawołam kogoś, żeby zabrał stąd ciało, a ty idź spać, miałaś ciężki dzień.
Wyszedł. I nigdy już nie wchodził do pokoju żony, ani nie wzywał jej do swojej sypialni.
* Dzieci nie przerywały zabawy, mimo iż zapadał zmrok i służba zapaliła już ogrodowe latarnie. Miękkie, żółtawe światło, skrytych pomiędzy kamiennymi ściankami świec rozjaśniło granatową ciemność, powoli pokrywającą okolicę, chociaż zachodnie niebo nadal miało barwę płynnego złota zmieszanego z różem.
Hisako poczuła gęsią skórkę na ramionach i zatrzęsła się lekko. Dni były wprawdzie coraz cieplejsze, jednakże wieczorami wciąż pojawiał się gwałtowny chłód. Zimne powietrze osiadało na odsłoniętych fragmentach skóry, przechodziło przez warstwy jedwabiu i sprawiało, że palce mocniej zaciskały się na herbacianej czarce, aby następnie unieść ją do ust. Dziewczyna pociągnęła kolejny łyk, a gdy odstawiała naczynie na drewnianą podstawkę, podążyła wzrokiem ku rozbieganej i roześmianej grupce. W szybko pogłębiającym się półmroku mogła dostrzec jedynie drobne, zajęte zabawą w berka sylwetki, usłyszeć ich beztroskie wzajemne nawoływania. Zamyśliła się.
Herbata dobrego gatunku, podana w drogiej, noszącej prawdopodobnie miano dzieła sztuki, choć na pierwszy rzut oka niepozornej, pełnej zacieków czarce, ozdobionej delikatnym rysunkiem kwiatów wiśni, uprzejma konwersacja, jaką toczyła właśnie z Michiru i Seiko, wesoła zabawa czwórki rodzeństwa, pośród których prym wiodła dziesięcioletnia Ume, tak mocno kontrastowały z tym, co widziała podczas popołudniowego spaceru, że ledwo powstrzymywała grymas oburzenia. Chociaż spędziła tu prawie cały dzień, to nikt z gospodarzy nawet nie zająknął się na temat zarazy. Co więcej sprawiali wrażenie, jakby w podlegających im wioskach nie działo się absolutnie nic złego. Uśmiechali się, kłaniali, dopytywali o jej życzenia, po czym spełniali je z niezwykłą starannością. Idealnie zachowane pozory. Zero przypadku, brak jakiejkolwiek niedoskonałości. Nie podobało się jej to. Czuła się oszukana, poniżona tak bardzo, iż z trudem tamowała gniew. Tego absolutnie nie można tak zostawić!
Przeniosła spojrzenie na siedzące przed nią kobiety. Robiły to specjalnie? Brak informacji przekazanej do głównego zamku świadczył, że tak, ale dlaczego? Co chcą przez to osiągnąć? Boją się, że lenno zostanie im odebrane, a w zamian dostaną jakąś wioskę z piaszczystą, bądź skalistą ziemią, gdzie plony nawet w czasach urodzaju są marne? Czasem zdarzały się podobne rzeczy. Bywało, że odbierano i zamieniano lenna z bardziej błahych powodów, niż dopuszczenie do rozwoju zarazy. Jednakże zatajając ten fakt, dopuszczali się znacznie gorszej zbrodni.
- Zagrajmy w coś - zaproponowała uprzejmie Seiko, odstawiając czarkę. - Wieczór jest taki piękny, że aż się prosi o ułożenie kilku wierszy, nieprawdaż, szanowna matko? - dokończyła skłaniając się w stronę Michiru. Starsza kobieta uśmiechnęła się.
- Myślę, że to wspaniały pomysł, jednakże nie jestem pewna, czy nasz gość ma takie samo zdanie. Księżniczko, czy zechciałabyś zagrać z nami w układanie wierszy?
- Słucham? - Wyrwana z zamyślenia, Hisako powróciła do rzeczywistości. Co robić? Obie panie zapewne zdawały sobie sprawę z jej zupełnego braku umiejętności poetyckich. Dlaczego więc zaproponowały właśnie tę rozrywkę? Czy z jakiegoś powodu zechciały nagle jawnie z niej zakpić? Znając sytuację w lennie i wiedząc, że starają się ukryć przed nią prawdę, powinna się tego spodziewać, ale mimo wszystko poczuła niemiłe zaskoczenie. Atak z ukrycia. Otaksowała wzrokiem krewne. Mimo pozorów uprzejmości i normalności, wewnątrz obu dam musiało się wszystko burzyć. Zapewne oczekiwały jej rychłego wyjazdu i liczyły na to, że jeśli upokorzą Hisako w grze poetyckiej, to szybciej wyjedzie. Tak, to byłoby całkiem do nich podobne. Szczególnie do Michiru. Żona pana Yasou, niska, starsza kobieta, sięgająca Hisako zaledwie do ramion uchodziła w klanie za mistrzynię podobnych sztuczek. Potrafiła w taki sposób wyprosić niechcianego gościa, że ów nie tylko się nie zorientował, ale był wręcz przekonany, że decyzję opuszczenia domostwa podjął sam, nie przeczuwając nawet, że z niego zakpiono.
- Seiko była łaskawa zaproponować grę poetycką. Pytam, księżniczko, czy zechcesz wziąć w niej udział.
Hisako przyjrzała się dokładnie nalanej, podobnej do psiej twarzy. Z ułożenia wąskich ust, wyrazu wyjątkowo wąskich oczu, przywodzących na myśl dwie nakreślone czarnym tuszem kreski, nie potrafiła wyczytać niczego. Stara, przebiegła lisica! Jak można w takiej chwili myśleć o wierszach?! Jak w zaistniałej sytuacji można proponować coś takiego?! W czasie, gdy zaraza zbiera krwawe, śmierdzące żniwo w okolicznych wioskach, na tyle skutecznie, że nikt nie rozpoczął jeszcze pracy na polach. Jeśli w ciągu najbliższych dni nic się nie zmieni, może zabraknąć żywności. Yantagi zawsze produkowała najwięcej ryżu, prosa i warzyw.
Stara kwoka. Niech sczeźnie. Oczywiste, że wcześniej omówiła to wszystko z Seiko. Żona pana Ikemoto nie cieszyła się opinią błyskotliwej kobiety. Pewnie dlatego tak dobrze się ze sobą dogadywały. Nie mając własnego zdania, zawsze dokładnie wypełniała instrukcje świekry. Ona niech także sczeźnie. Niech sczezną wszyscy mieszkańcy tego domu, łącznie z lisimi wnukami. Nic lepszego z nich nie wyrośnie. Za bardzo przesiąkły przykładem starszych. Nie szkodzi, że najmłodszy - Shigeru liczył sobie ledwo cztery wiosny. Ostatni męski potomek tej linii, tym bardziej nie powinien się ostać. Hisako przymusiła się do uśmiechu.
- Obawiam się, że moje wiersze nie byłyby w stanie oddać piękna tej chwili - odezwała się z całą uprzejmością, na jaką było ją stać. - Jeśli jednak pozwolicie mi wybrać dzisiejszą rozrywkę, to sugerowałabym grę w poetów i poematy - wyrecytowała sztywno, wciąż obserwując nie tylko twarz, ale również całą postać Michiru. Starsza pani nawet nie drgnęła.
Ktoś załomotał w bramę. Natarczywie, jakby próbował przebić pięścią drewno, jednocześnie wypełniając powietrze naglącym krzykiem:
- Mifune Yogoro, strażnik północnej granicy przynoszę wieści! Otwórzcie!
Hisako wzdrygnęła się, tym razem nie z zimna. Już sama niezapowiedziana wizyta strażnika granic o tak późnej porze zwiastowała kłopoty. A kiedy strażnik ów w tak natarczywy sposób domagał się przyjęcia, nie mogło chodzić o błahostkę. Większość zgromadzonych w ogrodzie zapewne pomyślała to samo, bo twarze Seiko i Michiru zmieniły się, jakby zasnuł je cień, a dzieci, uciszone przez Ume, zatrzymały się nagle i umilkły, po czym pobiegły w stronę werandy, by stłoczyć się przy matce.
Służący pobiegł otworzyć wrota. Mifune wpadł do środka. Oczy trzech kobiet wbiły się w jego, niską, lecz szeroką sylwetkę. Odprowadziły go, kiedy za jakimś sługą podążał w stronę pokoju pana Yasou. Nie musiały długo czekać, aby poznać dokładną przyczynę wizyty. Sypialnia pana domu, w której gnębiony coraz bardziej natarczywymi bólami, spędzał całe dnie, mieściła się po tej samej stronie, co weranda, na której siedziały. Mogły, więc bez trudu usłyszeć każde wypowiedziane w niej słowo.
- Watanabe, panie - Głos strażnika nadal brzmiał tak, jakby do jego płuc dochodziło zbyt mało powietrza - w górach Sunyo.
- A więc jednak stało się! - Głos zabrzmiał bliżej, niż się tego spodziewały. Poderwały się na nogi. Sugiatni Yasuo, podtrzymywany przez służącego chłopca i Yogoro stał w odsuniętych drzwiach pokoju. Luźne nocne kimono spowijało wysoką postać od ramion aż po bose stopy. Szczupła twarz nie siliła się na ukrywanie emocji: ściągnięcie krzaczastych brwi świadczyło o niepokoju, a w oczach wyraźnie malował się strach. - Seiko, zajmij się dziećmi. Wiesz, co robić. Żono, pomóż mi napisać listy. Trzeba je wysłać jeszcze dzisiaj.
Seiko skinęła głową. Chwyciła za rękę stojących najbliżej Yuko oraz Megumi, które z kolei podały dłonie Shigeru i Ume. Michiru zbliżyła się do męża.
- Księżniczko, - Yasuo spojrzał na Hisako - lepiej by było gdybyś wróciła do domu.
Po pierwszym szoku, jaki wywołała informacja o wrogiej armii w górach Sunyo, Hisako szybko odzyskała równowagę i zdolność rozumowania. Tak, ten mężczyzna miał rację, powinna wracać jak najszybciej. Przy sprzyjającej pogodzie, góry można było przebyć w ciągu dwóch dni. To tylko niskie wzniesienia, bardziej pagórki niż prawdziwe góry.
- Tak, wyjadę jeszcze dzisiaj. Niech ktoś przekaże mojej służbie, aby natychmiast zaczęła przygotowania - zadeklarowała spokojnie, a następnie spojrzała na małżeństwo niespodziewanie stwardniałym wzrokiem. - Zanim jednak opuszczę ten dom, życzę sobie pomóc przy listach. - Ton, jakim to powiedziała ucinał wszelki sprzeciw, wszelką dyskusję.
[/align]
Obrazek Księżycowa weno, działaj!

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1819
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Samotne irysy

Post autor: Kruffachi » 22 kwietnia 2014, 10:44

Po pierwsze to rzec chciałam, że Ikemoto bardzo, ale to bardzo zyskuje w tym fragmencie :D Niby po Twoich odpowiedziach na moje komentarze mogłam się spodziewać, że moja ocena tej postaci jest przedwczesna i powierzchowna, ale chyba nie myślałam, że tak szybko dostanę prztyczka w nos ;) Podoba mi się to bardzo, bo choć Ikemoto nadal jest tym, hm, powiedzmy najmniej honorowym, najbliższym dewizie "cel uświęca środki", to jasne pokazanie jego motywacji mocno komplikuje obraz. Zaskoczyło mnie w sumie także to, że pozytywnie myśli o Kenshiro, bo z jakiegoś powodu, ale nie wiem, z jakiego, spodziewałam się czegoś innego. Może zadziałał tu prosty mechanizm, który sprawił, że ponieważ wzięłam go za postać negatywną, automatycznie przypisałam mu wszystko, co uważałam za negatywne.

Podoba mi się też ta retrospekcja z Kenshiro, ale o tym wspominałam wcześniej :) Bardzo wiele wyjaśnia i pogłębia jego obraz psychologiczny. Rzuca nowe światło nie tylko na jego relację z Emiko, o której dotąd było wiadomo jedynie, że jest nie najlepsza i skontrastowana z relacją rodziców bliźniaków. Teraz wiadomo już, co wpływa na jej skomplikowanie. Ale nowego oświetlenia dostała też scena z Kumiko. Podziwiam, jak subtelnie przygotowałaś grunt pod tę informację i jak udało Ci się sprawić, że natychmiast wróciłam myślą do minionych wydarzeń :D

No i ostatnia scena - bardzo ciekawa obyczajowo :D Biedna Hisako - portretujesz ją niby w naturalnym środowisku, czyli wśród innych kobiet o wysokim urodzeniu, ale widać jednocześnie, jak dziewczyna czuje się wśród nich niezręcznie. Widać też, że inne kobiety zdają sobie z tego sprawę i nie wahają się wykorzystać. Czuję do niej coraz większą sympatię, choć na początku zostawała jakoś na peryferiach mojego lubienia, bo za bardzo przypominała mi inne wojownicze księżniczki. Teraz jednak staje się powoli bliska i chyba awansowała na drugie miejsce w rankingu po Kenshiro :D

No, tom ukontentowana dobrą lekturą do kawy :D Z narzekań - można by nieco popracować nad stylem, było kilka momentów, w których słowa Cię nieco zawiodły, ale myślę, że to kwestia na później. Teraz tak bardzo chcę wiedzieć, co dalej i mam nadzieję, że następny odcinek nie pojawi się za miesiąc, tylko nieco wcześniej ;)
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

ODPOWIEDZ