UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!



Tytuł Tekstu Września otrzymało "Jak [nie] zostać bohaterem" - GRATULUJEMY! :D

Jak [nie] zostać bohaterem [Tekst Września 2018]

FANTASTYKA
W odróżnieniu od literatury realistycznej, fantastyka jest literaturą bardzo aktualną. ~ Kir Bułyczow
Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 221
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Jak [nie] zostać bohaterem [Tekst Września 2018]

Post autor: MononokeGirl » 12 sierpnia 2018, 00:14

Otóż dawno, dawno temu (w kwietniu zeszłego roku 0.0) wstawiłam pierwszą wstawkę moich superbohaterów, których miałam plan pisać na zeszłoroczne Nano, czyli Jak pech to pech. Koniec końców Nano napisałam o czym innym, a główny projekt zaczął leżeć odłogiem, bo okazało się, że Japończycy zinfiltrowali mój komputer i ukradli mi pomysł w postaci Boku no hero academia (dobry serial to im wybaczyłam) Wrzucam, bo może to mnie zmusi, żeby pójść dalej z historią (taaa...) i liczę na wasze szczodre kopniaki <3 <3 <3 <3 <3

Także teges.
Mam nadzieję, że nie takie złe.

1. Bohaterka bez odwrotu


Ryk Harleya Davidsona usłyszeli wszyscy mieszkańcy małego osiedla na warszawskim Ursynowie. Przyciągnął wzrok pani z pieskiem na spacerze, faceta podlewającego trawnik, grupki dzieciaków z tornistrami. Metalowa bestia zwolniła i w końcu zatrzymała się przed bramą jednego z domów jednorodzinnych; z głębi jej gardzieli dochodziło groźne mruczenie, gdy przyczaiwszy się, cierpliwie czekała aż wrota się rozewrą. Na podwórko posesji wyszedł mężczyzna około piędziesiątki, łysiejący i z lekko zaokrąglonym brzuszkiem, który ukrywał pod luźnym, szarym swetrem. Wyglądał jak typowy urzędnik, zmęczony i bezduszny - wyprany z emocji, wyrzęty do cna przez biurową machinę. Uśmiechnął się lekko na widok dziewczyny prowadzącej z gracją i lekkością wielki motor, lecz uśmiech nie dosięgał wystraszonych jasnych oczu.
Oto nadszedł ten dzień.
Córka pana Zbigniewa Darły dotarła do jego domu. Nie ich, a jego. Rozwiódł się z jej matką jeszcze przed narodzinami Laury, później mieszkali osobno, a ona wpadała jedynie dwa razy w tygodniu. A przynajmniej do czasów gimnazjalnych, gdy zaczęła sprawiać matce kłopoty - wagary, pyskowanie, bójka z kolegą z klasy. Wtedy pan Darło wymyślił genialny plan. Był inżynierem mechaniki i na tym jednym się znał. Często podczas wizyt córki w dzieciństwie spędzali razem czas w jego garażu na grzebaniu w bebechach zabytkowych aut, prostych dom-robotów, dronów. Już jako dziesięciolatka potrafiła poskładać od zera motor. Jej ojciec postanowił ten fakt wykorzystać i zaproponował córce układ - on dostarcza części, a ona pomaga mu w renowacji oldschoolowego Harleya. Kręciła nosem do momentu, gdy nie zaznaczył, że po wszystkim dostanie go na osiemnaste urodziny na własność. Od razu zmieniła zdanie i od tamtej pory pojawiała się u niego, kiedy tylko miała wolną chwilę. W weekendy, po lekcjach, w wakacje. Nie bez znaczenia był fakt, że pojazd ten na licytacjach mógł osiągać wartość najtańszej kawalerki w stolicy. Problemy z nastolatką skończyły się jak nożem uciął. Zbigniew z rozżewnieniem wspominał te wspólne chwile z rękoma umazanymi smarem, radiem grającym rockowe przeboje i ich dwójką popijającą colę wprost z oszronionych puszek.
Jednak obecnie to nie był najlepszy moment na odwiedziny. Darło miał bardzo ciężki okres. Szef domagał się od niego rezultatów, napięcie rosło, ciśnienie także. Był podenerwowany i zapominalski. Gdyby przypadkowo zostawił jakieś plany, projekty na wierzchu, a ona je zobaczyła... Nawet nie chciał myśleć o takiej możliwości.
— Laura zatrzymała się na podjeździe i zdjęła czerwony, rogaty kask. Uwolniła spod niego swoje krótkie, kędzierzawe włosy, a potem pomachała do ojca.
— Cześć tatku! — przywitała się, a on odpowiedział machnięciem ręki.
Młoda Darłówna była osiemnastolatką o średnim wzroście, szczupłą i wysportowaną. Miała na sobie obowiązkową ramoneskę - kojarzoną obecnie z nieodzownym uniformem Czarnej Kotki i noszoną przez wszystkich fanów superbohaterki - z biało-złotym znaczkiem Unii Dobra w klapie. Dziewczyna rzuciła swoją wojskową sakwę na ziemię, a potem zsiadła z motocykla. Chwyciła ciężki bagaż jakby nic nie ważył i ruszyła ku ojcu.
— Co tam? — spytała i cmoknęła go w policzek.
— Nowy tatuaż? — zapytał, odgarniając jej loki znad ucha. Za małżowiną miała gromadkę gwiazdek.
— Nom. Z okazji końca matury — przytaknęła, uśmiechając się szeroko. Błysnęły białe kły - odziedziczyła je po ojcu. Wystawały w charakterystyczny dla nich dwojga sposób, lekko wypchnięte przez inne do przodu. — Kolejny zrobię sobie, gdy zdam egzaminy wstępne do Akademii.
Przepuścił ją w wejściu i zamknął za nimi drzwi. Dziewczyna zrzuciła z nóg ciężkie martensy – Zbigniew z westchnieniem poprawił je i ustawił w rządku ze swoimi pantoflami. Był perfekcjonistą i pedantem, a ona ledwie weszła, a już wywracała wszystko do góry nogami. Skierowała się od razu do jasnej, nowoczesnej kuchni. Robo-sługa powitał ją zza marmurowego blatu i zaproponował colę z tostami.
— Nie zrezygnujesz z Akademii? — pan Darło stanął w progu i skrzyżował ręce na piersi. W jego głosie ponownie słychać było nieme skargi i oskarżenia. Nie musiał ich wypowiadać. Znała te śpiewki na pamięć. Wałkowali ten temat od miesięcy, gdy podczas świąt wielkanocnych w zeszłym roku ogłosiła rodzinie swoje plany na przyszłość. Te wszystkie nie zgadzam się, nie dam ci ani grosza i marnujesz swój potencjał, okraszane i tak się nie dostaniesz, co brzmiało prawie jak jesteś nikim. Dziewczyna zacisnęła wargi w wąską linię.
— Nie. Dlatego tu jestem, pamiętasz? Matura to jedno a egzaminy wstępne to drugie. Będę się do nich przygotowywać cały czerwiec. Mama uznała, że jak zostanę sama i zamknę się w pokoju jak pustelnica to umrę z głodu zanim je podejmę — powiedziała defensywnie, ale wyraz jej brązowych oczu zmiękł, gdy wspominała matkę. Kobieta miała wypadek samochodowy w połowie maja, była w stanie krytycznym. Kiedy wybudziła się ze śpiączki, jej pierwszym zmartwieniem były testy na studia, do których miała podchodzić jej latorośl w lipcu. Laura, aby nie denerwować chorej, obiecała jej, że na czas nieobecności matki przeprowadzi się do ojca, który będzie sprawował nad nią swoją pieczę.
Gorzej tylko, że pan Darło był najzagorzalszym przeciwnikiem Akademii i pomysłu, aby dziewczyna tam zdawała. WAB, czyli Warszawska Akademia Bohaterów, według niego była wylęgarnią dziwolągów – wybryków natury, których nie było w Planie Stworzenia. A jego córeczka – jego doskonałe, niewinne, delikatne dziecię! – chciała się z nimi zrównać. Kłócili się, tłumaczył, błagał, szatanżował. Zostanie prawdziwym superbohaterem było ogromnym wyzwaniem – fizycznym, psychicznym. Nie, żeby pan Darło nie wierzył w zdolności swojej pociechy. Uważał, że jest ona w stanie osiągnąć wsztystko, co sobie wymarzy. Sam przecież przygotowywał ją, aby poszła w jego ślady i zdawała mechatronikę i robotykę. Miała talent. Ale nie. Uparła się i postanowiła spróbować swoich szans na Akademii, na której głównymi studentami byli homo superior, do których ona nijak się nie zaliczała. Inteligentna, ale poza tym nie było w niej nic niezwykłego. Nie strzelała laserami, nie latała, nie podnosiła samochodów jedną ręką, a przynajmniej Zbigniew o takich przypadkach nie wiedział.
Ot, zwyczajna dziewczyna z idiotycznymi marzeniami.
— Ale na Politechnikę...
— Tak, złożyłam papiery — westchnęła Laura, przerywając mu. Nalewała sobie świeżo wyciśniętego soku marchewkowego do wysokiej szklanki, gdy robo-sługa podsunął jej talerzyk z tostami pod sam nos. Potem podał jej keczup – nie potrafiła jeść tostów bez tego dodatku. Zawsze wyrysowywała na powierzchni chleba wzorki – serca, motylki, kwiatki. Zwabiona zapachem jedzenia z kieszeni ramoneski na piersi wychynęła myszka. Wystawiła mały, szary łebek, węsząc w powietrzu i błyskając czarnymi jak paciorki oczkami. Osiemnastolatka pogłaskała zwierzaka delikatnie między uszami, a potem odłamała kawałek skórki z żółtym serem i podała gryzoniowi.
— No tak! Jeszcze ten szczur! Wiesz przecież, że mam alergię na sierść! — jęknął cierpiętniczo mężczyzna.
— To co? Powinnam zostawić ją samą?! Maleństwo zanudziłoby się na śmierć...
— Chcesz chyba powiedzieć, że nie jesteś pewna, czy pamiętałabyś, aby ją odwiedzić i dać żryć — burknął poirytowany i sam też usiadł na stołku barowym naprzeciwko córki. Już czuł znajome delikatne swędzenie w nosie. Na szczęście leczył swoją alergię i nigdy nie była ona zbyt ostra, jednak przewlekły katar zawsze utrudniał życie.
— To też — przyznała szczerze, łamiąc tosta na pół. Rzuła gumowaty chleb w zamyśleniu, a potem przeniosła poważny wzrok na ojca. — Jeśli ci przeszkadzam to wystarczyło...
— Nie! — zaprzeczył gwałtownie. — Nie żartuj tak nawet! Tu też jest twój dom i zawsze będzie! — zapewnił. — Jednak nie mam zamiaru ani teraz, ani nigdy zaakceptować twojej decyzji. Będziesz ryzykować życiem. I po co? Sądzisz, że dostaniesz lepszą emeryturę? Taki ...uj — ostatnie słowo wymruczał ledwie dosłyszalnie. — Chodzi o to, że nie warto, dziecino. Chodzi mi jedynie o twoje dobro.
— I właśnie, dlatego to wygląda tak jak wygląda! — nastolatka sapnęła oburzona, rzucając nadgryzioną kanapką na talerzyk. Impet był tak duży, że tost poślizgnął się na gładkiej, ceramicznej powierzchni i spadł na marmurowy blat z plaśnięciem. Oczywiście keczupem do dołu. Oboje zagapili się na niego, chwila ciszy przedłużała się. W końcu Laura nie wytrzymała i kontynuowała: — A znasz może takie pojęcie jak działania prospołeczne? Jak obowiązek obywatelski? Mam możliwości, których inni nie mają, więc muszę je wykorzystać! Dla dobra kraju!
— A znasz takie pojęcie jak kamikaze? I propaganda nacjonalistyczna? Oni też chcieli coś zrobić dla kraju. Nie wiem jak to możliwe, że ja i twoja matka jesteśmy kosmopolitami, dumnymi obywatelami Unii Europejskiej, a ty?! Ty! Ty chcesz się zamknąć w tym zaścianku! — sarknął i polecił robo-słudze, aby do soku pomarańczowego dolał mu nieco wódki. Na czystą było za wcześnie, ale z witaminką C mógł łyknąć. Na uspokojenie. — Zarób sobie najpierw w normalnej robocie na trumnę, skoro tak się palisz do własnego pogrzebu. A nie! Ta pójdzie, zabiją ją i nie dość, że i siwe włosy i zmarszczki przyprawi to jeszcze w koszty wpędzi!
— To sprzedacie mój motor — burknęła, wycierając blat z pomidorowego sosu i odkładając tosta. Jakoś straciła apetyt. — I ci jeszcze zostanie. Tanią trumnę, jakiś płytki dołek. Może być bez księdza i mszy to zaoszczędzisz. Albo najlepiej zamiast trumny kartonowe pudło...
— Niczego nie będę żałował bardziej jak tego, że ci go sprezentowałem. Bez niego nie byłabyś taka harda. W dupie się poprzewracało, bo nie wiesz, czym jest uczciwa praca! — syknął, odstawiając swoją szklankę i podniósł się z miejsca. Zamigotało mu jakieś niezydentyfikowane uczucie w bladych oczach i zgasło. — W razie czego pracuję teraz nad czymś ważnym, więc nie wchodź ani do gabinetu, ani do garażu. Muszę mieć porządek, a ty jesteś jak uosobienie chaosu, mały demonie — złagodniał i potargał jej włosy. Nigdy nie był dobry w kłótniach i zawsze unikał bezpośrednich konfrontacji. Mówił zbyt wiele, a gorzkie słowa same cisnęły mu się na usta. Pozostawał po nich jedynie niesmak. Laura nie wzięła na poważnie jego sugestii, więc uznał, że lepiej się ewakuować, zanim pogorszy sytuację.
Wszakże był mistrzem ucieczek i unikania odpowiedzialności.
— Zjedz spokojnie i rozpakuj się. Idę popracować i widzimy się na obiedzie? — zapytał, kierując swoje kroki ku wyjściu.
— Spoko — przytaknęła, karmiąc niedokończoną kanapką siedzącą jej na ramieniu myszkę. Laura marszczyła ciemne brwi w zadumie – zakaz ojca trochę komplikował jej życie. Potrzebowała kilku rzeczy z garażu, bo chciała nieco popracować, a jedynie tu mogła znaleźć odpowiednie części. Niegdyś robił projekty dla wojska i z dawnych czasów zostały mu prywatne kontakty z dostawcami. Nie były to elementy, które można kupić od ręki na Allegro czy OLXie.
Zerknęła na swoją torbę.
Nie tylko kontakty zostały Darle z czasów wojskowych. Kiedyś dziewczyna natknęła się też na jego stare rysunki uzbrojenia mecha-munduru – szkice odpowiadające za działanie rękawic i butów. Już wtedy myślała nad zdawaniem do WABu, lecz doskonale rozumiała argumenty przeciw. Rodzice mieli rację, że nie wyróżniała się niczym szczególnym spośród tysięcy innych nastolatków o podobnym, iluzorycznym marzeniu. Była mądra – test teoretyczny mogła jakoś zaliczyć, ale sprawności fizycznej? Bez zdolności latania, czy nadludzkiej siły? Nie miała szans. I wtedy te plany były jak objawienie. Cud zesłany przez jej anioła stróża (czyżby może szef Unii Dobra – superbohater Aleksander Anioł aka Stróż – maczał w tym palce?!). Laura zapamiętała, wtedy tyle ile potrafiła, a potem pobiegła w te pędy do swojego pokoju, aby przelać wspomnienie na notatki. Nie wszystko udało jej się w ten sam sposób, ale wystarczyło poszukać w internecie. Ludzie od lat obserwowali filmiki z ataków Niszczyciela – złodzieja, który jeszcze przed narodzinami osiemnastolatki ukradł z rządowego laboratorium mecha-mundur i wykorzystywał go do rozboju – i wielu próbowało skopiować widoczne elementy mechanicznej zbroji. Niektórzy z nich mieli swoje własne, interesujące, ale nieporadne pomysły. Turbo-rolki ukryte w butach? Super. Koleś, który je zrobił wyleciał w powietrze na molo, bo nie umiał się zatrzymać, ale Laura potrafiła wymyśleć na to sposób.
Nie wiedziała o tym, ale była przecież córką geniusza.
— Sebastianie, zaniesiesz torbę do mojego pokoju? — poprosiła robo-sługę. Cyborg zamrugał diodami, skłonił jej głową, a potem z szumem kół oddalił się z bagażem.
Kiedy android zniknął, dziewczyna zerwała się z miejsca. Ojciec poszedł do gabinetu, więc to była jej okazja na odwiedzenie garażu. Przemknęła się przez korytarz i weszła za drzwi pod schodami, zeskoczyła jednym susem przez te kilka stopni. Było tu dużo miejsca - jeszcze z czasów, gdy jej rodzice byli razem, bo musiały pomieścić się tu dwa samochody. Teraz też stały dwa - jednym jeździł jej ojciec, a drugi wymagał naprawy. Na stołach pod ścianami leżały narzędzia i części, w powietrzu unosił się zapach smaru i wilgoci. Dziewczyna znalazła w kącie swoją własną skrzynkę na narzędzia – tak, dziewczynki dostawały od swoich tatusiów domki dla lalek, a niegdyś dziesięcioletniej Laurze sprezentowano czerwono-czarną skrzynkę z poprzyklejanymi sztucznymi diamencikami. Do środka powrzucała potrzebne klucze, a potem zaczęła przeszukiwać części. Zgarnęła kilka motków różnokolorowych, cienkich kabli, opakowanie śrubek w kilkunastu rozmiarach, blaszki, druty, zielone płyty, czipy. Już miała wychodzić, gdy przypomniała sobie o lutownicy. Nie widać jej było na wierzchu, więc zaczęła przeszukiwać szuflady.
W pierwszej, do której zajrzała znalazła wyrysowane na niebieskim papierze rysunki. Wystarczył rzut oka, aby zorientowała się, że projekt przedstawiał uzbrojenie. Chciwie się mu przyjrzała, ale tym razem natrafiła na model auta z wyrzutnią rakiet. Nic, co mogłaby u siebie wykorzystać, a szkoda.
"Tata, powinien lepiej je ukrywać" westchnęła, szukając dalej. Od tego nieszczęśliwego zdarzenia sprzed lat, gdy jej ojciec stracił zamówienie dla rządu, trzymał się z daleka od inżynierii, ale ciągnęło wilka do lasu. Uwielbiał stwarzać wynalazki i gdyby tylko Laura zdecydowałaby się pójść w jego ślady i uczyć na Politechnice to pewnie z radością by jej pomagał. Niestety, jako że wybrała WAB to nie tylko nie mogła liczyć na jego pomoc, ale najlepiej, aby zatrzymała wszystko w jak najściślejszej tajemnicy. Inaczej mógłby zrekwirować jej mały projekt, a na to nie mogła pozwolić.



***


Kiedy Laura zeszła popołudniu na parter do jadalni, w pokoju panował półmrok, bo niebo zasnuwały ciężkie, niemal burzowe chmury, zza których słońce nijak nie mogło się przebić. Przez uchylone podwójne drzwi wpadał wąski strumień żółtego światła. Przejście prowadziło do kuchni. Dziewczyna zatrzymała się, dobiegał do niej grzechot garnków, szmer rozmowy pomiędzy jej ojcem a Sebastianem, szum kół robota i zapach... Ten zapach!
Przeciwnicy androidów kuchennych zarzucali im, że nawet najlepszy cyborg nie jest w stanie zastąpić ludzkiego kucharza i jego wyczucia smakowego. Najpewniej do bojkotu zachęcali sami szefowie kuchni i restauratorzy, bo przecież to im zależało, aby nowy wynalazek się nie przyjął. Jednak ogółowi społeczeństwa, które z roku na rok było coraz bardziej zabiegane, nowoczesne roboty kuchenne bardzo przypadły do gustu. Matki Polki nie musiały się już rozrywać pomiędzy pracą, obowiązkami domowymi a opieką nad dziećmi. Kościół dołączył się do apelu przeciwników, grzmiąc, że w ten sposób osłabną więzi rodzinne i oczywiście naród podzielił się za i przeciw. Ci za zostali uznani za egoistów i grzeszników. Ci przeciw nie byli obrażani, dopóki nie rozpoczęli pikiet przed największym warszawskim sklepem z elektroniką. Wtedy nawet osoby z konfliktem niezwiązane określały ich po prostu, jako idiotów, bo słów im było brak.
Tymczasem Laura była jak najbardziej, całym swoim leniwym sercem, za robotami kuchennymi, a przede wszystkim za ich Sebastianem - czy raczej modelem Samsunga Robo-Cook S3B4 TITAN. Według niej najlepszym, jaki wyszedł na rynku, a i tak nie do końca, bo wiedziała – bardziej czuła w kościach niż miała na to dowody – że ojciec musiał coś w nim zmienić. Bowiem ich Seba robił najlepszą pieczeń w sosie myśliwskim, której zapach teraz wzywał nastolatkę ku kuchni. Poddała się mu i otworzyła drzwi. Wokół wysepki krzątał się robot, pan Darło siedział i przeglądał album. Pochylał się zamyślony, a na twarzy odbijał mu się wyraz dumy i czułości.
Znała tą minę aż za dobrze.
— Mój album — zauważyła z beznamiętną miną, lecz zdradził ją zrezygnowany głos.
Kłótnie były łatwe do zniesienia. Raz z jednej, raz z drugiej strony padały argumenty. Liczył się refleks i cięty język. Przez cały okres dojrzewania Laura ćwiczyła obydwie te umiejętności na obojgu rodziców – na początku żałośnie przegrywając, później faulując (argument "bo wy mnie już nie kochacie!" przejęła bezczelnie od matki i stosowała zawsze, kiedy brak było innych), a w końcu opracowując odpowiednią taktykę jeszcze przed starciem i wygrywając w niezłym stylu. Wtedy to reguły nagle uległy zmianie. Coraz rzadziej były to wymiany zdań, bo dorośli nie lubią przegrywać otwarcie. Taka duma rodzicielska. Mimo to nie było też tak, że nie mieli zamiaru stawiać na swoim. Najpierw w spokojnej dyskusji badali teren, zbierali informacje z wprawą godną wywiadu MI6, a potem bezlitośnie przechodzili do szatażu emocjonalnego. Matka stosowała takie brudne zagrywki częściej, ale najwyraźniej ojcu bardzo zależało, aby tym razem zatriumfować za wszelką cenę.
— Tak — przytaknął z sadystycznie radosnym uśmiechem. — Patrz, jaka byłaś urocza w tym stroju judo.
Spojrzała na zdjecie, gdzie miała rozczochrane włosy, napuchnięte po płaczu oczy i minę, jakby chciała odgryźć fotografowi głowę przy samej dupie. Ile mogła wtedy mieć? Z jedenaście lat? Nie potrafiła znieść porażki, więc po turnieju jeszcze raz zaatakowała chłopaka, z którym przegrała, ale tym razem nie trzymając się zasad walki fair play. Biedak skończył z podbitym okiem, rozciętą wargą i zapewne traumą na całe życie. Nie ma co – chodząca słodycz z niej wtedy była.
— I jaka grzeczna! — nie odpuszczał Darło. — Słuchałaś rad starszych i mądrzejszych od siebie...
W tym akurat miał rację, bo to on poradził jej kiedyś, że chłopców należy kopać między nogi, gdy wkurzają dziewczynki. Bardziej chodziło mu zapewne o ciągnięcie za warkocze i inne końskie zaloty, a nie sparing judo, lecz skorzystała z tamtej rady bardzo skutecznie.
— Gdybym ja nadal była taka grzeczna to pewnie zamiast w WABie skończyłabym, jako sidekick Niszczyciela, bądź Lusternicy — mruknęła, siadając obok. Również pochyliła się, aby spojrzeć na zdjęcia, więc nie zdołała zobaczyć, jakie piorunujące wrażenie zrobiła ta luźna uwaga na jej ojcu. Zauważyła jedynie, że się wzdrygnął i uznała, że to z przerażenia – normalna rodzicielska rekacja. I Niszczyciel, i Lusternica należeli do TOP 10 najniebezpieczniejszych superzłoczyńców wszech czasów.
— Gdybym miał być szczery to już wolałbym, abyś pracowała z tym Niszczycielem, niż oszołomami z WABu. Na pewno przydałby mu się inżynier. Działa od prawie dwudziestu lat, więc młodzieniaszkiem raczej już nie jest — westchnął jakoś rzewnie, aż uniosła na niego wzrok. Zupełnie nie potrafiła rozgryźć tej miny, jaką miał obecnie. Nadzieja jakaś i wstyd. Pytanie córki, czy nie wolałaby zamiast być superbohaterką bez profitów zostać pomagierem przestępcy, ale pewnie ze sporymi benefitami powinno go zawstydzić. Znał ją i wiedział, gdzie lokuje swoje marzenia, a jednak nie śmiał się, nie mówił to tylko żart. Patrzył w milczeniu i w oczekiwaniu.
— Nie jesteś poważny, ha ha — zaśmiała się wymuszenie, kręcąc głową.
Jej tatko był materialistą i wiedziała o tym nie od dziś. Skrajnym wyznawcą religii pieniądza i boga Mammona. Wierzył, że zapewniają one spokój i wygodę, a nie widział nic bardziej porządanego w życiu. W gruncie rzeczy pod tym względem pasował do jej matki idealnie, więc Laura do tej pory nie mogła zrozumieć, jakim cudem jej rodzice się rozeszli. Mając dwóch takich konsumpcjonistów na głowie, w okresie nastoletniego buntu została prawie hipiską. Później jej sprzeciw wobec katalogowaniu ludzi na lepszy i gorszy sort wedle pojemności portfela przerodził się w pracę w wolontariacie i chęć niesienia pomocy zwłaszcza tym, którym w życiu coś nie wyszło. Zdawanie do WABu, a nie na przykład na psychologię i zajmowanie się resocjalizacją więźniów, uznała za "mniejsze zło", które jej rodzinie łatwiej będzie zaakceptować. Mama pogodziła się z tym, kiedy wszystkie jej koleżanki zaczęły traktować ją jak przyszłą celebrytkę. Ojcu szło jak widać znacznie oporniej.
— Patrz tu. Nie wierzę, że mogłeś nosić takie okulary — pokazała na kolejną fotografię, aby pokryć zmieszanie i przedłużającą się chwilę ciszy. Oprawki były duże i czerwone. Miał do tego żółtą koszulkę z krótkim rękawem, a pięcioletnia Laurcia siedziała mu na barana przebrana za księżniczkę Leię. — To chyba był bal przebierańców? Na moje urodziny? Nijak nie przypominasz Jurka Owsiaka.
— Oczywiście, że nie. Ja jestem przystojniejszy — przytaknął, nieco rozkojarzony. Jednak szybko odzyskał rezon. — Ale widzisz. Ojciec musi się czasem poświęcić dla ukochanej córki i ubrać jak idiota, aby sprawić jej radość. Bycie dorosłym to seria dokonywania trudnych, rozsądnych wyborów...
— Czyli co? Teraz ja mam się poświęcić i zrezygnować ze swojego marzenia, aby sprawić ci radość? — spytała bez ogródek z miną niedoczekanie-twoje-uwaga-bo.
— Czy ja coś takiego mówiłem? — głos miał niewinny i zaskoczony. Prawie mu uwierzyła.
Ta. Prędzej krowy zaczną latać.
Sytuację nieco uratował Sebastian, bo zaczął nakrywać stół, przy którym siedzieli i nieco trudniej wymieniać mordercze spojrzenia zza krzątajacego sie, nieświadomego zagrożenia robota. Android z pieczałowitością poukładał talerze i komplet wypolerownych na błysk sztucców, serwetki fantazyjnie poskładane w żurawia-origami, a nawet wazonik z pojedyńczą różyczką.
— Do picia mogę zaproponować wino? — zapytał, przeciągając wyrazy jak w starym filmie.
— Piwa daj — westchnął Zbigniew. Robot wyjał ulubiony kufel pana domu, a potem nalał trunku tak, aby piana była na dwa palce.
— Cola. Mam jeszcze dużo pracy — poprosiła Laura. Najchętniej łyknęłaby Red-Bulla, ale wątpiła, aby znalazła jakiś energetyk w domu, a na wychodzenie do sklepu szkoda jej było czasu.
Kiedy każde z nich miało już pełną szklankę, a atmosfera nieco zelżała, cyborg wniósł wazę z zupą i zabrał się za nalewanie jej do talerzy.
— Obiad pozwoliłem sobie rozpocząć od ulubionego krupniku panny Laury, na drugie danie przygotowałem pieczeń z sosem myśliwskim. Na deser idealne na dzisiejszy upał lody. Z prognozy wynika, że wieczorem szykuje się burza, a do tego czasu będzie parnie — zaanonsował. Miał stały dostęp do internetu przez wifi, gdzie zazwyczaj sprawdzał pogodę, infromacje drogowe, nowe przepisy, czy robił zakupy online.
— Dziękuję Sebastianie — powiedziała odruchowo, gdy robo-sługa skończył ją obsługiwać. On jeden pamiętał, że uwielbiała krupnik i nie znosiła dużych kawałków marchewki. Obydwie babcie z uporem maniaka nakładały jej na talerz i to nawet nie pokrojoną w talarki a w całości i dziewczyna zawsze musiała ją sobie później rozdrabniać widelcem. Przynajmniej tu miała spokój. Względny.
— Nad czym tak pracujesz? — zainteresował się pan Darło grzecznie, lecz z pobłażliwością, a jego córka wpadła w popłoch i znowu roześmiała się sztucznie.
— Eee... Nic takiego, haha. Takie tam. No, wiesz. Uczę się do testów teoretycznych. Z repetytorium — wyjaśniła.
— Istnieje repetytorium tego jak zostać superbohaterem? — zdziwił się, unosząc wysoko krzaczaste brwi.
— Ba! Nawet poradniki, jaką pelerynę wybrać pod kolor oczu! Jest taka blogerka modowa, która się zajmuje tylko superbohaterami i ich wizerunkiem... — zaczęła paplać, aby pokryć swoje wcześniejsze zmieszanie. Zwłaszcza, że ten temat bardzo ją interesował, więc mogła mówić o nim namiętnie i długo. Opowiadała właśnie o najnowszym trendzie na użycie lnianych koszul, który zapoczątkowała Słowiańska Trójka, gdy za oknem błysnęło srebrzyście. Umilkła na sekundę, a wtedy ojciec posłał jej uspokajający uśmiech. Pamiętał, że jako dziecko bała się burz, lecz z wiekiem raczej jej przeszło lub lepiej ukrywała strach.
— Może włączę telewizję? — zaproponował i nie otrzymawszy odpowiedzi, sięgnął po pilot.
...na forum międzynarodowym. Bezprecedensowy atak Korsarza oraz porwanie statku pasażerskiego na Morzu Śródziemnym po raz kolejny wywołała debatę przywódców ONZ na temat zacieśnienia współpracy superbohaterów i wojska. Mamy na ten temat komentarz Anioła Stróża...
— O daj głośniej! — ucieszyła się Laura, bo na ekranie pojawiło się najpierw jeszcze jedno archiwalne nagranie z napaści Korsarza na statek, a potem jeden z jej ulubionych superbohaterów.
Anioł Stróż – przystojny mężczyzna w średnim wieku i o włosach miodowoblond, klasycznych rysach – uśmiechnął się śnieżnobiałymi, równiutkimi zębami. Nosił błękitną, prostą koszulkę z koloratką, pod twarz podsunięto mu niebieski, okrągły mikrofon. Całość ładnie współgrała z jego skrzydłami w kolorze écru.
Nie jest tajemnicą, że od lat jestem zwolennikiem zwiększenia współpracy międzynarodowej pomiędzy wojskiem i superbohaterami. W zeszłym roku ścigałem tak zwanego Karpiniarza... — Obok jego głowy pojawiło się zdjęcie superzłoczyńcy i latający pasek z informacją, że każdy, kto go zobaczy proszony jest o kontakt z policją i Unią Dobra. Zakazaną gębę brodacza do połowy zakrywał blaszany hełm. — ...kiedy został przechwycony przez śmigłowiec pod logiem L. Z. E. i razem z dwojgiem innych przestępców przekroczyli granicę z Białorusią. Ścigałem ich w pojedynkę, zostałem zatrzymany przez straż graniczną, bo naruszyłem przestrzeń powietrzną obcego państwa. Musimy się zjednoczyć przeciwko tej fali przestępczości, gdyż w jedności jest siła.
— Tak, tak. I jak nam Ruscy helikopterami będą ścigać jakiegoś Harcerza, czy innego Drwala to peeeewnie. Zapraszamy. Niech sobie dolecą bez żadnej kontroli do samej Warszawy — sarknął Zbigniew i siorbnął piwa. Powagi nieco mu ubyło, bo na górnej wardze zostało mu białej piany.
— Niedawno to ty wspominałeś coś o otwartości i niezamykaniu się w zaścianku — zagadnęła słodko, a on prawie się zakrztusił.
— Mylisz pojęcia!
— Nie. To po prostu tatko jest kosmopolitą tylko, wtedy kiedy mu wygodnie — zauważyła spokojnie i dolała sobie trochę zupy.
— Bo drugiego nie zmieścisz — ofuknął ją, ignorując wyniośle jej komentarz sprzed chwili. Jeśli nie dało się wygrać wojny to trzeba odbić sobie na małej potyczce.
— Pieczeń? Oczywiście, że zmie... — urwała i pisnęła cicho, gdy rozległ się blisko bardzo głośny grzmot. — ...szczę. Sos myśliwski zawsze.
— Przewala się ta burza tuż nad domem. Przygłoszę, bo nic nie słychać przez ten deszcz. Tak wali o blachę — mruknął.
NARUSZAJĄ NASZĄ WOLNOŚĆ! — ryknął telewizor głosem jednego z polityków konserwatywnej partii. Panu Darle pilot prawie wypadł z ręki, gdy nerwowo wycelował w odbiornik i zaczął ściszać. — To namowy sowieckich konfidentów!
— Jestem ciekawa, kiedy co niektórzy ogarną, że Sowietów już nie ma? — zastanawiała się na głos nastolatka, oddając pusty talerz Sebastanowi. Jej ojciec spojrzał na nią z pobłażaniem.
— Kochanie moje. Związku Sowieckiego nie ma. Ale Sowieci byli, są i będą. Komucha tak łatwo nie zresocjalizujesz — podzielił się z nią międzypokoleniową mądrością.
— W waszych głowach — mruknęła pod nosem.
Tymczasem dziennikarze skupili się na tym samym toku myślenia, który przed sekundą przedstawił pan Darło. Na ekranie pojawił się wykres kołowy obrazujący obawy społeczeństwa przed ukrytą interwencją militarną. Podzielało je około osiemdziesiąt procent ankietowanych, gdy piętnaście było niezdecydowanych. Jej ojciec miał minę wybrańca narodu niemalże: Patrz! Widzisz! Miałem rację!
Czy państwo rosyjskie nam zagraża naprawdę? Czy może powinniśmy skupić się bardziej na terroryźmie i narastającym problemie superzłoczyńców? Postaramy się znaleźć dla państwa odpowiedzi na te pytania w reportażu W POSZUKIWANIU WŁASNEJ DROGI : CI, KTÓRZY ZBOCZYLI NA ZŁĄ ŚCIEŻKĘ...
I na tym program się zakończył, a zamiast tego pojawiły się reklamy, więc gospodarz znów rzucił się do pilota, aby przyciszyć telewizor.
— Zostawię dobrze? Ten reportaż może być ciekawy — powiedział, a ona wzruszyłam ramionami.
W czasie kiedy oglądali program, burza nieco przycichła, albo po prostu poszła szaleć gdzie indziej. Drugie danie i deser zjedli w milczeniu, bo dziewczynie dopisywał apetyt.
— Idziesz do mamy jutro? — Zbigniew zapytał córkę, gdy wstawała z krzesła. Przytaknęła skinieniem głowy. — To może bym się przejechał z tobą? — spytał, a ona zrobiła niewyraźną minę. Przestąpiła z nogi na nogę i uciekła wzrokiem w bok.
— Rozmawiałam z Grześkiem i umówiliśmy się razem — odparła i odchrząknęła zmieszana.
— Ach tak. No nic — westchnął, a ona uciekła do swojego pokoju. Zbigniew rozkazał robotowi dolać sobie piwa z wkładką.
Grzesiek, lub raczej pan Grzegorz, był niedoszłym-przyszłym ojczymem Laury i pierwszym, który się z nią dogadywał. Darło pamiętał te lata, gdy myślał, że matka dziewczyny do niego jednak wróci. Nadal między nimi iskrzyło, a ona z roku na rok mniej krzywiła się na sposób, w jaki pracował. A potem zaczął się wokół niej kręcić fagas z kozią bródką. Wszystko przepadło, kiedy Zbigniew niemal wytapetował nim ścianę bloku, gdy go dorwał wieczorem. Zamiast pozbyć się konkurencji, jego agresja przelała czarę goryczy. Minęło trochę czasu, sprawy okrzepły, przestało mu zależeć na niedoszłej żonie, lecz wszystkie swoje uczucia skupił na córce. Po brodaczu było jeszcze kilku kandydatów na tatusiów zastępczych, ale wystarczyło, że mała Laurka poskarżyła się na "wujków" jednym słowem czy choćby skrzywiła na ich wspomnienie, a Zbigniew rozprawiał się z nimi raz i na zawsze. Jego córeczka była jego. Koniec, kropka i pozamiatane. Miał tylko ją i nie zamierzał pozwolić jej sobie odebrać.
A już na pewno nie przez tą piekielną Unię Dobra!
Musiał obmyślić nowy sposób działania, skoro jego ojcowska władza okazała się nieskuteczna. W ostateczności, gdyby trzeba było to rozpiździ tą przeklętą Akademią w drzazgi. Jednak uznał, że to może pozostać jego planem C. A nie wypalił, więc nadeszła pora na B.
:fire: :fire: :fire: PŁOŃ I PISZ! :fire: :fire: :fire:

Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1833
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jak [nie] zostać bohaterem

Post autor: Kruffachi » 21 sierpnia 2018, 20:21

Prawdopodobnie bardziej by Ci się przydał tutaj czytelnik, który nie zna miniatur, bo ja już się trochę w świecie orientuję i wiem np. kim jest Niszczyciel, a zatem nie potrafię ocenić, czy dla czytelnika, dla którego jest to pierwsze spotkanie z uniwersum, będzie to oczywiste czy nie. Nie wiem też, jaki miałaś zamiar, bo może czytelnik miał się szybko domyślić i kibicować Laurze w odkryciu tajemnicy - nie wiem. W każdym razie wydaje mi się, że hintów jest tak dużo, że na zaskoczenie nie ma szans, więc stawiam na to, że interesowała Cię bardziej ta druga opcja. Czytało się przyjemnie. Nie jakoś angażująco, ale jednak przyjemnie i właściwie denerwowała mnie jedna rzecz, która wynika raczej z moich upodobań. Otóż ja nie znoszę nawiązań do aktualnej sceny politycznej i sytuacji, w której jestem w stanie z tekstu w sposób oczywisty wywnioskować poglądy autora, bo mnie one zwyczajnie zwisają, a wszelkie nawiązania powodują uczucie dyskomfortu i automatycznie burzą zawieszoną niewiarę, bo ja bym chciała opowieści, a nie elementów felietonu z gazety codziennej. No ale OK, mnie to drażni, dla kogoś może będzie zaletą i nawet uzna to za zabawne - tego też nie wiem.

Właśnie, humor. Jakoś go mało, opowiadanka przyzwyczaiły mnie do innego tonu tego uniwersum. I nie, żebym narzekała, bo krótkie teksy to jedno, a długa opowieść zupełnie coś innego, ale jednak zostały te elementy świata, które są przerysowane i przegięte, a zabrakło zbudowanej wokół nich narracji i jednak wydaje mi się, że na razie to powoduje pewien dysonans. Ale może jeszcze się przyzwyczaję do tego nieco poważniejszego tonu. Może to faktycznie tylko przyzwyczajenie albo humor jest w większej dawce, niż mi się wydaje, tylko go po prostu nie czuję.

Najbardziej mnie w sumie teraz interesuje główna bohaterka i to, jak będziesz rozwijać jej charakter. Na chwilę obecną wydaje się nieco przemądrzała, ale na tle swojego ojca wypada nieporównywalnie sympatyczniej, choć też trochę nieludzko. Chyba potrzebuję spędzić z nią więcej czasu i lepiej poznać z różnych stron, zanim w nią do końca uwierzę. Na razie mam takie wrażenie, jakby narracja tylko pozornie siedziała jej na ramieniu, ale tak naprawdę dystansowała mnie od jej portretu psychologicznego. To dziwne uczucie, ale jednak trochę mi znajome i właśnie z tekstów, które mają być humorystyczne. Jakby pokłosie takiego założenia, że dystans do świata równa się dystansowi do bohaterów, ale jednak chyba chciałabym się ciut bardziej zbliżyć. Wcale nie musisz iść za tą sugestią, bo to w końcu ma być tekst akcji o superbohaterach, ale jednak wydaje mi się, że jeśli panna Darło ma nieść na swoich barkach ciężar narracji, to trzeba sprawić, żeby wzbudzała jakieś emocje i to nie tylko na tle swojego ojca. Ale może to przyjdzie z czasem, kiedy zobaczę ją w innym środowisku i w jakichś sytuacjach stanowiących dla niej takie czy inne wyzwanie. W każdym razie wydaje się mieć całkiem ciekawy potencjał.

Po prostu czekam na dalsze wstawki, bo ta była jednak dość ograniczona pod względem scenerii i pojawiających się bohaterów, więc na dłuższą wypowiedź potrzebuję więcej, o :D

EDIT: Bo zapomniałam ;) Miałam w życiu sporo myszy i trzy szczury. O ile szczur mógłby się z powodzeniem zachowywać w opisany sposób, to mysz nie. Jest bardzo szybka i płochliwa, w dodatku nie przywiązuje się do człowieka.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Petra
Posty: 2
Rejestracja: 09 listopada 2017, 11:20

Re: Jak [nie] zostać bohaterem

Post autor: Petra » 24 sierpnia 2018, 21:45

Kruffachi pisze:
21 sierpnia 2018, 20:21
Prawdopodobnie bardziej by Ci się przydał tutaj czytelnik, który nie zna miniatur, bo ja już się trochę w świecie orientuję i wiem np. kim jest Niszczyciel, a zatem nie potrafię ocenić, czy dla czytelnika, dla którego jest to pierwsze spotkanie z uniwersum, będzie to oczywiste czy nie.
Here I am :) I tak jak Kruffachi powiedziała, jeżeli ktoś nie zna uniwersum, dość łatwo może się pogubić. No dobrze, piszę ogólnikami - ja się po prostu gubiłam. Czułam, że jakaś część opowieści jest w Twojej głowie, gdzieś poza tym co widzę. Gdyby tekst miał zamkniętą strukturę - też by się czytało go trochę inaczej. Chodzi mi o to, że konflikt z ojcem za mało eskalował, żeby tak naprawdę dbać o to, czy ją przyjmą do szkoły, czy nie. Tą kroplą, która udowadnia osobie spoza uniwersum, że nic nie wie, jest wprowadzenie bohatera pod koniec opowieści.
Kruffachi pisze:
21 sierpnia 2018, 20:21
Nie wiem też, jaki miałaś zamiar, bo może czytelnik miał się szybko domyślić i kibicować Laurze w odkryciu tajemnicy - nie wiem. W każdym razie wydaje mi się, że hintów jest tak dużo, że na zaskoczenie nie ma szans, więc stawiam na to, że interesowała Cię bardziej ta druga opcja.
Jak ktoś nie łapie hintów, to naprawdę jest zaskoczony :) robot-android (zresztą bardzo zgrabny ukłon w stronę twórców gry Detroit) był bardzo sympatycznym elementem. To, że w telewizji mówią o szkole jak o najnormalniejszej rzeczy na świecie. To, że superbohaterowie są wpisani w codzienne życie. To wszystko jest mega!
Kruffachi pisze:
21 sierpnia 2018, 20:21
Otóż ja nie znoszę nawiązań do aktualnej sceny politycznej i sytuacji, w której jestem w stanie z tekstu w sposób oczywisty wywnioskować poglądy autora, bo mnie one zwyczajnie zwisają, a wszelkie nawiązania powodują uczucie dyskomfortu i automatycznie burzą zawieszoną niewiarę, bo ja bym chciała opowieści, a nie elementów felietonu z gazety codziennej. No ale OK, mnie to drażni, dla kogoś może będzie zaletą i nawet uzna to za zabawne - tego też nie wiem.
Zabawne może nie... Ale samo odniesienie się do sceny politycznej, na zasadzie alternatywnej rzeczywistości dla mnie wychodzi bardzo na plus. Kwestia gustu :)

Na koniec trochę marudzenia ode mnie - już bez ułatwiania sobie roboty cytatami. Bardzo podobało mi się przedstawienie charakteru głównej bohaterki przez album ze zdjęciami. O ile opisy ojca momentami wydają mi się trochę przegadane (pisanie, że jest materialistą łykam mniej, niż pokazanie konkretnej sytuacji), tak wspomnienia były strzałem w dziesiątkę. Sama kreacja świata również wydaje mi się bardzo ciekawa (tylko daaaj, błagam, daj więęęęcej, jeżeli to ma być osobna, zamknięta forma. Super, że mrugasz do ludzi, którzy znają swoje teksty, ale samolubnie proszę, zadbaj też o innych.) :D

Czego można by było uniknąć:
- zaimków. Jej, jego, je i tak dalej. Troszkę się tego nagromadziło. Łatwo tego uniknąć. To moja alergia - może się za dużo Kresa naczytałam :)
- zdrobnień. "Pieskiem", "brzuszkiem". MIEJ JAJA! :D jak pies to pies, jak piwny bebech to piwny bebech ;)

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 221
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Jak [nie] zostać bohaterem

Post autor: MononokeGirl » 26 sierpnia 2018, 03:40

Kruffachi
Raczej faktycznie nie nastawiałam się na utrzymywaniu tożsamości Niszczyciela w tajemnicy. Później pojawiają się sceny z jego perspektywy, więc nie miało to sensu (no, może miałoby, ale byłoby piekielnie trudne, aby utrzymać to w seksrecie). Jeśli chodzi o politykę - ja się interesuję polityką, dla mnie to jest zwyczajnie element świata przedstawionego. Niezależnie czy piszę o superbohaterach w świecie z niedalekiej przyszłości, czy o baśniowym świecie - ona się pojawi. W jednym wypadku jest bardziej oczywista, w innym mniej, ale jeszcze nie miałam tekstu, gdzie bym pominęła ten element w światotwórstwie. Mam jakieś tam poglądy, ale żadna frakcja nie będzie ani biała, ani czarna, bo nie wierzę w takie podziały.
Wiem... Właśnie z opowiadankami szłam na flow i żywioł, i totalną głupawkę. Mi takie stany nie towarzyszą na co dzień niestety (musiałabym chyba coś wciągać, żeby utrzymywać je przez tak długi okres xD) i to czuć niestety. A nie chcę tez wsadzać wymuszonych gagów, bo zazwyczaj takie nikogo nie śmieszą :/
Mam nadzieję, że kolejne sceny zatrą to wrażenie "oddalenia", bo te dwie sceny to bardzo ograniczony "prolog". Nie bardzo wiedziałam jak ten tekst podzielić (w dzieleniu jestem beznadziejna =.=), bo u mnie zawsze sobie wszystko "płynie". Stanowczo powinnam się nauczyć choćby cliffhangerów :P
Ja jestem kotem, więc wszystkie gryzonie to dla mnie to samo, ale chciałam coś dać LAurze, żeby nie była taką samotną jedynaczką ^^; A chomików i królików nie lubię, szczurów się boję, a koty i psy do Laury nie pasują. Ale skoro tak to zmienię na szczura :) Dzięki.

Petra
Tak jak napisałam Kruff - to jest maleńki wycinek, prolog zaledwie, a nie chciałam też sypać na raz elementami światotwórstwa na raz z przedstawianiem bohaterów, bo uznałam, że to bardzo dużo nowych info do przetrawienia. Na razie chciałam przekazać tylko tyle, że 1. superbohaterowie jak z komiksów istnieją i są normalną częśćią społeczeństwa 2. główna bohaterka chce iść na uczelnię szkolącą superbohaterów, a jej ojciec się temu sprzeciwia. Obiecuję, że wszystko co było wspomniane w tekście zostanie później rozwinięte, bo na razie padajace imiona superbohaterów to bardzie dekoracje i wskazówki. Ale jeśli według ciebie powinnam napisać więcej w jakimś konkretnym fragmencie to jeśli podasz miejsce to postaram się to dokładniej przemyśleć / poprawić (a na pewno zapiszę sobie w notatkach) :)

Nie znałam gry Detroit xD



Wielkie dzięki za komentarze. Dały mi dużo do myślenia i spojrzałam na kolejne wstawki z innej perspektywy :D Zauważyłam np że tak bardzo skoncentrowałam się na Laurze i spółce, że zupełnie pominęłam profesjonalnych superbohaterów w narracji (są, ale bardziej jako statyści :bag:), co teraz mam zamiar poprawić.

:tul: :tul: :tul: :tul: :tul: :tul: :tul: :tul: :tul: :tul:
:fire: :fire: :fire: PŁOŃ I PISZ! :fire: :fire: :fire:

Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 221
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Jak [nie] zostać bohaterem

Post autor: MononokeGirl » 26 sierpnia 2018, 07:43

Chyba faktycznie przeholowałam z ilością bohaterów na samym początku i jest to nieczytelne i chaotyczne... :bag:
— Kamerujesz już? — Laura nerwowo zerknęła w oko kamery, ale ono odpowiedziało jej beznamiętnym spojrzeniem cyklopa bez powieki.
— Kameruję.
— Nie! Po co teraz?! W autobusie? — dziewczyna spanikowała i poczerwieniała. Żałowała swojej zgody na ten reportaż już kiedy wypowiadała sakramentalne "tak, spoko, może być śmiesznie". Jakby nie było przyjaciołom się pomaga. Jednak teraz wcale nie było jej do śmiechu, a wręcz przeciwnie – czuła podwójną tremę.
— Aby ludzie zobaczyli, że zanim stałaś się superbohaterką też czasami musiałaś skorzystać z komunikacji miejskiej i cierpiałaś jak każdy, szary obywatel — odparła poważnie Agata Piórko – domorosła dziennikarka i blogerko-vlogerka, a także niemal sobowtór Laury i jej psiapsióła od niepamiętnych czasów. Były do siebie podobne jak siostry bliźniaczki - jedyne co je różniło to włosy. Jedna miała kręcone, a druga proste. Poza tym urodziły się w jednym szpitalu i to jedynie z dziesięciodniową różnicą. Później już tak zostało, bo chodziły do tej samej podstawówki, gimnazjum, liceum. Dopiero w ostatniej szkole ich drogi nieco się rozeszły, bo Laura skończyła w mat-fizie, a jej koleżanka w humanie. Jednak to co je naprawdę połączyło i spajało ich więź to było wspólne marzenie.
Pasja do komiksów i superbohaterów.
Gdy Laura zawsze wolała Iron Man'a, Agata zaczytywała się w Supermanie. Jedna uwielbiała zblazowanego miliardera, który do swojej pozycji superherosa doszedł dzięki własnym zdolnościom, gdy tymczasem drugiej spodobał się nieśmiały chłopak z sąsiedztwa, który ze swoimi mocami się po prostu urodził. I to też jakoś określiło ich ścieżkę życiową. Laura postanowiła kroczyć drogą Tony'ego Starka – uczyć się, pracować i stworzyć zbroję, a potem ruszyć na ratunek światu w rytm AC/DC. Agata uznała, że bardziej jej pasuje rola Louise Lane, bo Supermanem nie była i zdawała na dziennikarstwo na UW. Miała zamiar jak Peter Parker być na bierząco z poczynaniami superbohaterów, siedzieć im na ogonie, komentować kolejne akcje. Zaczęła trzy lata temu od prowadzenia bloga o skromnej nazwie Rubryka Lou.
Laura jęknęła, a potem oparła łokieć na oknie i zagapiła się w powoli przesuwający się krajobraz za szybą. Coraz bardziej ssało ją w żołądku. Jechały właśnie do Akademii, gdzie Darłówna miała podejść do egzaminu teoretycznego, a jej przyjaciółka chciała być wsparciem duchowym. A przynajmniej do momentu, gdy nie wpadła na pomysł, aby nakręcić reportaż o tym jak "młoda dziewczyna bez super mocy, ale z marzeniami zdaje do WABu". Jej dziennikarska dusza wyczuła sensacyjny materiał i męczyła Laurę, póki tamta się nie zgodziła. A teraz aspirująca bohaterka żałowała, bo to stresowało ją tylko jeszcze bardziej.
— Uśmiechnij się trochę. Pałaj optymizmem. Jedziesz podbijać świat! Przecież te testy to tylko formalność! — zachęcała ją Agata, ale Laura zakryła oko kamery dłonią. — Nie, nie, nie. Kamerę zostaw. Nie myśl o niej. Później i tak bedę cięła. Tak bardzo się denerwujesz? — ostatnie pytanie zadała, wyglądając zza urządzenia ze współczującą miną. Pojazd nieco zakołysał, biorąc zakręt, więc dziewczyna musiała usiąść bardziej stabilnie.
— A dziwisz mi się, kochana?
— Nie, ale jak przedstawiałaś mi swój plan to robił wrażenie. Przynajmniej na mnie. Jesteś świetnie przygotowana — pocieszyła ją, zezując ku ekranikowi, aby sprawdzić, czy obiektyw wciąż jest skierowany na twarz przyjaciółki. — Może zacznijmy od początku, co? Przedstaw się i powiedz jak masz zamiar dostać się do Akademii?
Laura popatrzyła na Agatę poirytowana, marszcząc ciemne brwi. Jednak to nie był taki najgłupszy pomysł. Zająć czymś na chwilę myśli.
— Nazyw... Ej, a powinnam tak? Skoro będę superbohaterką to nie powinnam ujawniać swojej tożsamości! Wszyscy studenci zostają objęci ochroną danych osobowych przecież. Tajne przez poufne i tak dalej — zorientowała się nagle. Oparła się jednym ramieniem na oparciu fotela, założyła nogę na nogę.
— No, to przydomkiem, albo po prostu powiedz cześć — Agata wywróciła oczami.
— Niby jakim? Przecież ja jeszcze nie mam przydomku!
— O! I bardzo dobrze! — Błysk w brązowym oku kamerzystki wbrew jej słowom nie wróżył nic dobrego. Odwróciła obiektyw w swoją stronę i z czarującym uśmiechem oraz bezbłędną, czystą dykcją zapowiedziała: — Zatem będziemy mieli konkurs! Ta oto tu przyszła zbawczyni, nasza superheroska nie ma swojego pseudonimu! Osoby z najkreatywniejszymi, a zarazem pasującymi do jej charakteru i zdolności propopozycjami otrzymają od redakcji Rubryki Lou prezent niespodziankę! Na wasze zgłoszenia będziemy czekać przez dwa tygodnie! Możecie przesyłać je na naszego maila, Facebooka, czy bloga. Pamiętajcie o hashtagu #pseudonimdlasuperheroski.
Brzmiała naturalnie, a jednocześnie pomimo spontaniczności wypowiedzi – całkowicie składnie. Laura mogła mieć tylko nadzieję, że kiedyś również posiądzie takie obycie przed kamerą. Superbohaterowie często występowali w telewizji. A to wypowiadali się na temat przestępczości, a to znowu byli zapraszani do talk-show czy nawet brali udział w reklamach. Czarna Kotka była nową twarzą, lub raczej nogą, firmy Gatta, a Perperuna ze Słowiańskiej Trójki uczestniczyła w kampanii walki z otyłością wśród dzieci, zachęcając młodzież do jedzenia warzyw i owoców.
Obiektyw ponownie został skierowany na Laurę. Uśmiechnęła się z wysiłkiem, jakby właśnie dręczyło ją ostre zapalenie kiszek, a wystające spod uniesionej wargi kły nadawały jej wyglądu drapieżnika, któremu ktoś stanął na ogonie. Podniosła dłoń i pomachała.
— Eeee... — I składność szlag trafił. — Cześć kochani. Hmm...
Agata spojrzała na nią zdziwiona. Nie spodziewała się, że jej wyszczekana kumpela nagle nabierze wody w usta. To najlepiej dowodziło, jak bardzo musiała być zestresowana.
— Zacznijmy od czegoś łatwego. Ile masz lat i dlaczego WAB?
— Jestem osiemnastolatką z Warszawy i moim marzeniem od zawsze było dostanie się do Akademii Bohaterów... Od dziecka uwielbiałam Iron Mana, więc postanowiłam zostać kimś takim jak on — z każdym wypowiadanym kolejnym słowem miała wrażenie, że się tylko pogrąża. Brzmiała jak stremowana uczestniczka Szansy na sukces. Zacisnęła dłoń na kolanie, bo aż ją świerzbiła, aby zakryć nią oczy.
— Miliarderką? Celebrytką? — droczyła się z nią Agata.
— Nie, superbohaterką. Zbudowałam sobie rynsztunek. Rękawice i buty. Jutro zobaczymy czy to wystarczy, aby zdać testy sprawnościowe... — znowu się zmartwiła, bo sprawdzian fizyczny był jedynym, co ją dołowało.
Autobus zatrzymał się na przystanku, a wchodzące do środka osoby, widząc kamerę, zamiast zająć wolne miejsca, stanęli sobie obok siedzeń nastolatek. Niektórzy zaglądali Agacie bezczelnie przez ramię.
— A czemu akurat takie marzenie? Przyznasz, że ten powód jest dość idiotyczny. Bo chcę być jak Iron Man. Tak mogłaby powiedzieć pięciolatka. Masz chyba jeszcze jakieś inne powody? — drążyła dziennikarka bezlitośnie, nie zwracając uwagę na współpasażerów, jakby w ogóle nie istnieli. Laura chciałaby mieć taką samą zdolność skupienia, bo ją dodatkowe towarzystwo tylko jeszcze bardziej rozpraszało. Piórko nie doczekała się szybkiej riposty, więc ciągnęła dalej, aby zapełnić czymś przedłużające się milczenie Darłówny. — Jakby nie było praca ta nie jest łatwa. Ryzykujesz życie i zdrowie. Także psychiczne. Pamiętają państwo na pewno historię amerykańskiego Evilminda. Pięciu najlepszych superbohaterów z USA teraz egzystuje jak warzywa, bo wyczyścił im mózgi. Społeczność Francji nie zaakceptowała swojego Le Hibou. Został poddany takiej fali nienawiści na mediach społecznościowych, że próbował popełnić samobójstwo, a koniec końców zrezygnował z bohaterowania i słuch po nim zaginął.
Agata sprawnie zarzuciła przynętę. Doskonale znała zdanie przyjaciółki na temat Francuzów, bo nie raz dyskutowały o sprawie niewdzięczności tego narodu. Owy Le Hibou, w Polsce nazywany Panem Sową albo Samotnikiem, podczas swojej pierwszej akcji uratował samolot przed zestrzeleniem przez uciekającego superzłoczyńcę. Niestety w wyniku eksplozji silnika strój superherosa zaczął się palić w bardzo newralgicznym miejscu, czyli na pośladkach. Pan Sowa wylądował z gołym tyłkiem, a jakiś idiota cyknął mu fotkę, która później obiegła cały świat, stając się najpopularniejszym memem w sieci. Gdyby Laura dorwała tego fotografa to wykonałaby mu gastroskopię jego własnym aparatem.
— To znaczy... Hmmm... To trudne pytanie — Darłówna spojrzała na przyjaciółkę z wyrzutem. — Może dokończymy później? Patrz, widać już Akademię — pokazała za okno.
Rzadkie drzewa posadzone w równym szpalerze przy jezdni były zbyt młode, aby zasłaniać widok mikrymi koronami. Kopuła nad Warszawską Akademią Bohaterów lśniła w słońcu lekko opalizująco jak wnętrze muszli, mieniąc się tęczowo. Budynek przypominał nieco Bazylikę św. Piotra w Watykanie – rozciągał się horyzontalnie, klasycyzujący, jasny – w końcu to Anioł Stróż, bohater z kościelnymi koneksjami był tu Dyrektorem i zapewne miał wpływ na projekt. Jednak w WAB w przeciwieństwie do Stolicy Piotrowej więcej było szklanych powierzchni, które rozjaśniały wnętrze i nadawały mu nowoczesny wygląd.
— Jeszcze dwa przystanki — zakomunikowała Agata, wzdychając, ale ta informacja nie zrobiła na jej koleżance żadnego wrażenia. — Przesuń się to zrobię ujęcie szkoły przez okno przynajmniej.
Pięć minut później wysiadły przed bramą główną uczelni razem z dwójką innych nastolatków. Agata natychmiast straciła zainteresowanie przyjaciółką i przeniosła kamerę na nieznajomych. Było, co podziwiać.
Chłopak... mężczyzna? Trudno było określić jego wiek, bo był niski i krępy, ale mógł się pochwalić gęstą brodą i krzaczastymi brwiami. Małe, ciemne oczka były prawie niewidoczne, ale nad zarostem czerwieniły się pucołowate, bułkowate policzki.
— Gimli — wyrwało się na jego widok Laurze. Krasnoludowi brakowało tylko topora za pasem, bo ubrany był w luźne bojówki i koszulkę z krótkim rękawem eksponującą twarde węzły mięśni. Usłyszawszy głos Darłówny, rzucił jej szybkie spojrzenie, a potem pokręcił głową i pomaszerował aleją w stronę budynku uczelni tak szybko, na ile pozwalały mu krótkie, kaczkowate nogi. To zapewne nie był pierwszy raz, gdy został tak nazwany i najwyraźniej tego nie lubił.
Jeszcze ciekawsza okazała się dziewczyna. Na jej widok w głowie Laury, niczym podkład muzyczny rozbrzmiały wersy Elektrycznych Gitar: Bo ja mówi jestem z lasu / Bo ja mówi jestem z lasu i już. Wszystko w wyglądzie nieznajomej świadczyło, że przyjechała z Zadupia Wielkiego i to najprawdopodobniej stopem za jeden uśmiech. I ten jeden to była jej rezerwa na czarną godzinę i do końca roku, bo minę miała morderczą. Zakurzona i wymęczona, pod oczami odznaczały jej się sine koła z niewyspania. Oklapnięte i przetłuszczone pomarańczowe włosy związała w warkocz, który dyndał śmiesznie przy każdym kroku. Pomimo ogólnego zmizerowania szła wyprostowana i energiczna. Maszerowała po żołniersku.
— Czy ona ma zieloną skórę? — zdziwiła się Agata i przewinęła filmik, zrobiła zbliżenie. — Jasnozielona... Nieźle. Dwa lata temu był Chłopak-Pomidor, ciekawe jakie ona ma moce...
— Chłopak-Pomidor? — zdziwiła się jej przyjaciółka, zaglądając jej przez ramię i też podziwiając kolor skóry nieznajomej. O herosie o takiej mało dostojnej ksywce nie słyszała, chociaż uważała się za dobrze poinformowaną.
— Na egzaminach tylko. Nie przyjęli go. Okrągła, czerwona twarz, zielone liścio-włosy. I panowanie nad pomidorami. Podobno Pudliszki go zatrudniło — objaśniła, zamykając z trzaskiem klapkę ekranu. Ponownie zaczęła nagrywać.
Weszły po schodach pomiędzy kolumnami przytrzymującymi tympanon i dotarły do wysokich, drewnianych drzwi. Znalazły się w obszernym przedsionku. Grupka zdających egzaminy tłoczyła się przy kartkach wywieszonych na drzwiach. Laura przepchnęła się przez tłum, bo niestety nadmiarem centymetrów nie grzeszyła.
— Sala sto jeden — powiedziała, wracając do Agaty, która w czasie jej nieobecności zdążyła zawiązać nową znajomość.
Nguyễn Thị Hồng — przedstawiła świeżo poznaną koleżankę, a Azjatka podała Laurze rękę w białej rękawiczce. — Ewentualnie Marysia.
— Po mamie — dodała tamta, uśmiechając się śnieżnobiałymi ząbkami. Miała okrągłą, lekko pucołowatą buzię i wystające na przedzie dwa siekacze, czym nieco przypominała królika.
— Laura. Z kaprysu mamy. Gdyby mogła zmienić mi imię to nazywałabym się Mercedes. Albo Wiktoria. Brazylijskie telenowele powinny być zakazane dla niektórych — odparła, ściskając wyciągniętą rękę. Nawet przez bawełniany materiał czuła rozgrzaną, prawie parzącą skórę. Ich spojrzenia się spotkały, a zakłopotana Marysia uśmiechnęła się przepraszająco. — Nie masz gorączki kochana?
— To jej supermoc. Jest kolejną z Warzywnych Superbohaterów! — odpowiedziała radośnie Agata z miną, która świadczyła, że właśnie zwietrzyła kolejny materiał na super artykuł.
— Warzywni Superbohaterzy? Nigdy nie słyszałam czegoś takiego… — młoda Darło podrapała się palcem w skroń, unikając wzrokiem zaczerwienionej ze wstydu twarzy Azjatki.
— Pewnie, że nie! Dopiero to wymyśliłam! Trafia się jeden na rok. Mówiłam ci o Chłopaku-Pomidorze. Hồng jest jak Midaska. Czego nie dotknie to zmienia się w żarcie! Dwa lata temu był też chłopak, co kisił siłą umysłu ogóry... Mogłabym ułożyć ranking i opisać, czy im się udało, czy nie... — dalej mówiła już sama do siebie, bo Laura przewróciła oczami, a potem nawiązała kontakt wzrokowy z Marysią. Kiwnęła jej głową, a potem razem poszły wzdłuż korytarza.
— Ona tak czasami ma. Zaraz się ogarnie — wytłumaczyła przyjaciółkę. — To jak działa to co umiesz?
— Wiem, że to głupie, że tu przyszłam. Tak naprawdę nic nie umiem — westchnęła i zaczesała dłonią za ucho swoje długie, kruczoczarne włosy. — Mogę wrzucić do garnka cokolwiek – buta, dętkę, siano – a i tak jak podniosę pokrywkę to w środku będzie potrawka z kurczaka w sosie słodko-kwaśnym. Raz jak oberwałam piłką w zbijaka to zmieniła się w wielką malinę... Akurat miałam, wtedy ochotę, bo byłam przeziębiona… Kiedyś podczas zielonej szkoły koleżanka mnie zirytowała, więc jej szampon zmienił się w sos pieczarkowy. I tak dalej…
Urwała, bo Laura zaczęła śmiać się w głos. Nie tym okrutnym, szyderczym śmiechem, ale radosnym, rozbawionym osoby, która wyobraziła sobie zdziwienie dziewczyny, z której butelki pod prysznicem zamiast żelu leci sos.
— Boziu, jak ja się cieszę, że cię poznałam kochana! Powiedz mi, że będziesz mieszkać w akademiku, albo szukasz współlokatorki? Nie zostałabyś moją?! — spytała podekscytowana, a w jej głosie pobrzmiewało echo chichotu, gdy chwyciła ją za ramię.
— Przyjechałam spod Krakowa, więc pewnie tak...
— Wspaniale!
— O ile się dostanę…
— Żartujesz?! Wyobraź sobie meteoryt, który zamieniasz w klopsiki. Albo… Albo miecz przerobiony na sploty makaronu. Muszę to zobaczyć! — Rozemocjonowana gestykulowała żywo, wzbudzając podobny entuzjazm w swojej rozmówczyni.
Dotarły pod salę sto jeden, lecz miały jeszcze dużo czasu, więc nie spieszyły się z wchodzeniem do środka. Laura opowiadała o swojej rodzinie i marzeniach o wynajmowaniu mieszkania, bo miała dość lawirowania pomiędzy dwojgiem rodziców. W tym czasie dogoniła ich także Agata, ale nie była zbyt rozmowna, bo zaczęła już na holofonie spisywać pomysł na najnowszy artykuł – a przynajmniej tak wydawało się Laurze do momentu, gdy nie zauważyła, że tamta cały czas celuje w nią oczkiem kamerki.
— Nagrałaś to wszystko?! — oburzyła się, ale w odpowiedzi dostała bezczelnie zadowolony uśmieszek.
— Stresujesz się jak wiesz, że trwa nagranie. Jak miałam to zrobić inaczej? — powiedziała, ale raczej było to pytanie retoryczne.
— A co jeśli Hồng… Maryśka nie chciała być na nagraniu?!
— A nie chce?
— Ja raczej nie… Nie wiem — wybąkała nieśmiało, kuląc się w krzyżu hardych spojrzeń Laury i Agaty.
— Ech! — westchnęła zniecierpliwiona Darłówna, gdy akurat wybrzmiał pierwszy dzwonek ogłaszający zbiórkę. Musiały się pożegnać, a dwie przyszłe heroski ruszyły do wejścia klasy, zostawiając Piórkównę z jej holofonem.



***



Bartłomiej Krawczyk, przez kolegów z byłej już drużyny piłki nożnej nazywany popularnie Dynamo, biegł właśnie wzdłuż białego muru okalającego teren WABu, gdy poczuł w SmartWatchu wibrację, zwiastującą połączenie przychodzące. Miał jeszcze do pokonania trzy kilometry do głównego wejścia.
— C∼ — rozbrzmiewał pierwszy ton jego dzwonka, gdy chłopak pokonywał ostatni kilometr. Czerwone buty rozmazywały się jednostajną smugą zostającą za nim, gdy przebierał szybko nogami.
— ∼e Ce CeWuKaEs Legia! — dokończyło muzyczkę urządzenie, gdy Bartek wreszcie się zatrzymał.
Był typem sportowca, od wczesnego dzieciństwa marzył o zostaniu piłkarzem i z typowym dla siebie uporem do tego dążył. Czesał swoje blond włosy na Ronaldo, nawet ubrany był w tej chwili w barwach Legii, bo z białym podkoszulkiem i zielonymi szortami. Niestety jego niedoszłą sportową karierę przekreśliła mutacja, która objawiła się w czasie dojrzewania. Akurat, gdy w szkółce Legionistów został wypatrzony przez przedstawiciela Realu. Typ zmiany, jaka zaszła w jego organizmie sprawiała, że nie zostałby dopuszczony do oficjalnego meczu przez jakiekolwiek badanie lekarskie. Według prawa to było jednoznaczne z dopingiem. Osiemnastolatek potrafił poruszać się szybciej niż błyskawica. Żaden normalny człowiek nie miałby w starciu z nim szans.
Nacisnął guzik na zegarku, pokonując po kilka schodków na raz i kierując się do głównych drzwi. Dotarł na miejsce zaledwie kilka minut przed rozpoczęciem egzaminu. Typowo w jego stylu.
— Co tam? — zapytał.
— Zdążysz wrócić do czternastej? Chciałbym, wtedy przygotować obiad — powiadomił go ojciec.
— Powinienem dać radę — przytaknął i czekał, bo po spiętym głosie taty czuł, że to nie jedyny powód telefonu.
— Kup przy okazji śmietanę. Zapomniałem z tego wszystkiego... — wydał z siebie ciężkie westchnienie. Bartek oczami wyobraźni widział jak starszy Krawczyk ociera wielką, twardą dłonią zmęczone oblicze. — Masz kasę?
— Pewnie. Osiemnastkę?
— Tak. Dzięki.
— Spoko.
Ojciec rozłączył się.
Tak naprawdę był typem gaduły i dowcipnisia, ale ostatnie wydarzenia przytłumiły wrodzony optymizm. Chłopak doskonale to rozumiał. Też wcale nie miał ochoty na nic. Ani na rozmowy z rodziną, ani na wychodzenie ze znajomymi – żal mu było na błahostki pieniędzy, wręcz czuł wstyd, gdy zaczynał się dobrze bawić. Zdawał sobie sprawę, w jak ciężkiej sytuacji finansowej się znaleźli i dlatego zamiast przyjechać z Mokotowa autobusem przebiegł cały dystans na piechotę. Te marne czterdzieści kilka kilometrów. Oszczędzał w ten sposób na biletach odkąd ziemia rozmarzła, ale jego buty źle to znosiły. Ostatnie kupił przed miesiącem, a już widział przetarcia.
Bartek wszedł na salę egzaminacyjną tuż przed tym jak jedna z egzaminatorek zamykała drzwi. Zmarszczyła groźnie brwi, ale nie skomentowała spóźnienia. Podobnie jak na maturze podał nazwisko przy stoliku, pokazał swój dowód, wylosował numerek z miejscem.
Teraz wystarczyło ogarnąć, kto wygląda tu na mądrale. Dynamo rozsiadł się na krześle, krzyżując nogi w kostkach i uważnie rozejrzał po sali. Widział tam swoje typy. Dziewczynę z krótkimi lokami, która na swój arkusz odpowiedzi rzuciła się jak tonący na koło ratunkowe. Chłopak w okularach, zarozumiałej minie i rudej grzywce na Hitlera, który podszedł do zadań z rezerwą. Bartek wyjął zza podkoszulka złoty medalik, uścisnął go i sam też obrócił kartkę. Przebiegł wzrokiem po pytaniach i uznał, że nawet w pojedynkę nad niektórymi mógłby pomyśleć. Zwłaszcza trzydzieste piąte mu się spodobało.
35. Co byś zrobił/a, gdyby doszło na twoich oczach do walki z przestępcą pokroju Niszczyciela?

Pod spodem był jeszcze opis sytuacji, ale Bartek ledwie zwrócił na to uwagę. Odpowiedź była banalna.
WYGRAŁ – nabazgrał swoim krzywym pismem.

***


Edward westchnął warkliwie, bo nieznośny szum w uszach zaczął mu dźwięczeć od momentu, gdy zamknęły się drzwi sali i rozpoczął się test teoretyczny. Chłopak oparł się czołem na dłoni, jakby tak mógł zatrzymać to nieznośne pulsowanie, które nagle zaczęło rozrywać mu czaszkę. Ruda grzywka zakryła całe pole widzenia. Nie wiedział ile czasu minęło, gdy wreszcie udało mu się unieść z wysiłkiem głowę i rozejrzeć po pokoju. Natknął się wzrokiem na czujne spojrzenie członka komisji rekrutacyjnej w granatowo-białym uniformie, ale posłał ku niemu telepatyczny, rozpraszający impuls myślowy. Mężczyzna zwiotczał na swoim siedzeniu, a wyraz twarzy nieco mu zmaślał, źrenice w oczkach się powiększyły jak na haju. Nim już nastolatek nie musiał się przejmować.
Minęło dwadzieścia minut, gdy walczył z własnym zbyt czułym umysłem.
Powoli przeczesywał pomieszczenie w poszukiwaniu źródła tego piekielnego szumu. Przekaz telepatyczny miał to do siebie w jego wypadku, że przy kontakcie wzrokowym jeszcze się nasilał.
Prawie go przegapił. Blondyna wielkiego jak dąb, który z zapałem cały czas skrobał coś na karcie egzaminacyjnej. Czasami od jego strony Edward w ogóle nic nie słyszał, jakby przez sekundę, czy dwie w miejscu nieznajomego powstawała czarna dziura. Jednak przez ten krótki czas, kiedy skupiał na nim swoje zdolności – szum się nasilał.
"Kim jesteś i co robisz?" zaciekawił się telepata. Pierwszy raz w życiu nie słyszał czyichś myśli, a jedynie szmer jak z niewyregulowanej krótkofalówki.
Skupił na nieznajomym wszystkie swoje zdolności, jego pole widzenia zawęziło się jedynie do tej jednej osoby. Cała reszta rozmazała się i znikła. Szum powoli nabierał rytmu. Zaczął przypominać muzykę z przewijanej w przyspieszeniu kasety. Telepata wszedł do głowy drugiego chłopaka, patrzył jego oczami – nie narzucał się ze swoją obecnością, a został jedynie niewyczuwalnym pasażerem na gapę. Wciąż słyszał wszystko zbyt szybko by mógł wyłapać jakiś sens, zdarzało mu się co najwyżej chwytać pojedyńcze słowa, ale za to miał podgląd na kartkę blondyna.
Przeżył szok, widząc jego odpowiedzi.
"To jakiś idiota" uznał z politowaniem.
Wtedy nagle obraz się rozmazał, a szum nasilił. Trwało to krócej niż mrugnięcie, ale Edward był pewien, że coś się stało. Poczekał dłuższą chwilę i owo dziwne wrażenie się powtórzyło. Za piątym razem telepata zdał sobie sprawę, że dzieje się tak za każdym razem, gdy jego nosiciel kończy jedno pytanie, ale zanim zabierze się za kolejne.
"Superszybkość" domyślił się Edward i porzucił nieznajomego, bo i tak nie mógł z niego skorzystać. Odkrycie, że istniał człowiek, którego myśli nie był w stanie usłyszeć nieco go zirytowało, ale nie miał już czasu na poświęcanie mu uwagi. Odgrodził się od jego irytujących myśli mentalnym murem, a potem zaczął przeskakiwać pomiędzy umysłami innych piszących, szukając osoby, której odpowiedzi by go zadowoliły. W międzyczasie zdał sobie sprawę, że superszybki blondyn-idiota spisywał odpowiedzi kilku osób dosłownie słowo w słowo. Nie wróżył im pomyślnego zdania egzaminu. Edward też zamierzał ściągać, ale nie w tak głupi sposób.



***


Nad Metą nie wisiał żaden szyld, czy neon, a jednak każdy, kto miał znaleźć to miejsce wiedział, że dobrze trafił.
Budynek był dobrze strzeżony, chociaż środki ochrony nie rzucały się w oczy. Kompleks otaczał stary, ceglany mur, a do środka prowadziły trzy bramy. Wszystkie wyjścia pozostawały obstawione przez parę ochroniarzy w czarnych garniakach, wypastowanych na glanc butach i z malutkimi słuchawkami w uchu, chociaż imprezowiczów do klubu wpuszczano zaledwie jednym wejściem. Selekcja szczęściarzy była nieprzypadkowa, najlepszą przepustką pozostawał tatuaż świadczący o przynależności, do któregoś z gangów, więc wielka rzesza ludzi zostawała odrzucona, a mimo to koczowali, licząc, że uda im się pod kogoś podczepić.
Nie mogłeś być nikim. Musiałeś być kimś. Mama Piekarzowa zarządzająca tym interesem wiedziała, że wśród małolatów poszukujących własnej tożsamości nic nie sprzedałoby się lepiej.
W środku Meta prezentowała się bogato. Miała kilkanaście sal, w tym kilka dużych, a pomiędzy nimi wił się labirynt korytarzy. Dwie główne, gdzie mógł dostać się każdy, ale poza tym reszta ze strzeżonym dostępem, gdzie lądowali prawdziwi wybrańcy – bussinessmani i mafiozi, a także gwiazdy tego całego bajzlu, czyli superzłoczyńcy. To tu odstresowywał się Niszczyciel po kolejnym napadzie, sącząc whiskey i oglądając striptizerki. To to przychodziła Lusternica i płaciła ładnym chłopcom za towarzystwo. To tu Doktor Rak umawiał się z nabywcami swoich usług. Podobno bywał tu sam nieuchwytny Król Marionetek – każdy go widział i każdy opisywał inaczej. Policja urządzała naloty zapowiedziane i niezapowiedziane, bohaterowie z Unii Dobra działali pod przykrywką, a mimo to nigdy żadnego z nich nie udało się tu przyłapać. Znikali jak kamfora, grając wymiarowi sprawiedliwości na nosie.
Tym razem towarzyska śmietanka zebrała się przy małym barze w bardziej zacisznej salce z bilardem. W powietrzu unosił się papierosowy dym, grzechotały kostki lodu w szklankach z grubego szkła, stukały bilardowe kule. Przy jednym z zielonych stołów furorę robił młodziutki Ogniomiotacz - szczyl wyglądający jakby ledwie skończył podstawówkę, w skórzanym wdzianku i z czerwoną peleryną. Na twarzy miał maskę, a czerwono-blond włosy spiął w kucyk i ozdobił koroną. Otaczali go sami faceci po trzydziestce, na których widok zwykli obywatele przechodzą na drugą stronę ulicy i zmawiają paciorki, ale on czuł się w takim towarzystwie jak ryba w wodzie.
Kiedy Niszczyciel wszedł do pokoju, Ogniomiotacz wygrał właśnie kolejną rundkę, co nie spodobało się największemu przegranemu. Kłótnia trwała krótko i zakończyła się rozbitą na głowie bandziora butelką i włosami stojącymi w płomieniach. Obsługa lokalu przyzwyczajona była do podobnych scen, więc sprawnie znaleźli gaśnicę, a potem usunęli pechowca. I gra rozpoczęła się na nowo.
Nawet w bezpiecznych warunkach Mety Niszczyciel nosił swoją zbroję, lecz w wygodnej, domowej wersji bez pełnego uzbrojenia. Metal chrzęścił i podzwaniał przy każdym jego kroku. Superzłoczyńca przysiadł się do młodziutkiej dziewczyny w króciutkiej, błyszczącej sukience, odsłonił dolną połowę przyłbicy i zamówił dla obojga drinki. Nie odezwał się ani słowem, dopóki barman nie podał mu tego co zwykle. Potem westchnął ciężko i wyżłopał zawartość szklanki.
— Aż tak ciężko? — współczująco wyszczebiotała dziewczyna, kręcąc główką. Brylanciki na masce na jej twarzy i diademie wpiętym we włosy iskrzyły się hipnotyzująco w świetle lamp. Lusternica była w świetnej formie, co oznaczało, że prawdopodobnie już niedługo w gazetach zaczną się pojawiać ogłoszenia o tajemniczych zniknięciach nastolatek. Niszczyciel wiedział na pewno, że kobieta siedząca obok niego mogłaby być w wieku jego babci i miała fioła na punkcie młodości. Współpracowała z Mamą Piekarzową i była zaangażowana w stręczycielstwo. Jak to działało na jej zachowaną młodość - o tym słyszał jedynie plotki. Każda z nich znacznie bardziej niesamowita od poprzedniej. Jedni twierdzili, że podpisała umowę ze Śmiercią; inni posądzali ją o wampiryzm. Fakt pozostawał taki, że za każdym razem, kiedy w mieście znikały młode dziewczyny, Lusternica zaczynała wyglądać kwitnąco.
— Zależy, o co pytasz — mruknął dudniącym, głębokim głosem. Zakręcił leniwie do połowy opróżnioną szklanką.
— Widziałeś się z Nim? Jest niezadowolony?
— Nie. Ale w sali obok szaleje Pan Pik ze swoją dziunią, a spotkanie z tym bufonem wystarczy, aby popsuć mi dzień. Jak ja nie znoszę gościa... — mruknął, ale potem usłyszał za plecami kolejną burdę w wykonaniu Ogniomiotacza. — Ale jak się zastanowić to nawet on irytuje mnie mniej, niż ten szczeniak.
— Oj, zazdrościsz mu trochę, nie?— zaśmiała się perliście Lusternica, a potem lubieżnym, ciężkim wzrokiem zmierzyła szalejącego w kolejnej bójce chłopaka od stóp do głów. Był totalnie w jej typie. Założyła nogę na nogę, odsłaniając dużą część uda, a potem odwróciła się ponownie w stronę swojego rozmówcy. — Czyli co? Tylko Pikuś cię tak wkurzył?
— Nie. Mam kłopoty… osobiste — odparł wymijająco.
— Ta córka, o której bredziłeś po pijaku? Ta, jak jej tam… Laurka? — domyśliła się, a on na dźwięk imienia swojej latorośli wyprostował się i stężał. Trudno było odczytać te emocje przez zbroję, ale wykrzywił cienkie usta w paskudnym grymasie, błyskając długimi kłami.
— Wspominałem kiedyś o mojej córce?! — Spróbował napić się na uspokojenie, ale zamiast tego zakrztusił się i piwo poszło mu nosem.
— A to by raz? Słodziaku, za każdym razem jak się ubzdryngolisz to płaczesz o tym, jak tęsknisz za swoją rodziną. Urocze to jest, nie powiem — zaśmiała się Lusternica. — Tak bardzo, że prewencyjnie unikam dziewczyn o imieniu Laura. Tyle się o niej nasłuchałam.
— Niby co takiego?
— Nooo... Ostatnio to chyba nienawidziłeś jej chłopaka, nie?
Na samo wspomnienie gagatka, z którym jego córcia planowała spędzić resztkę wakacji, która zostałaby jej po zdaniu egzaminów kwalifikacyjnych na jej wybraną uczelnię, Niszczycielowi przeszły po plecach ciarki. Rozdymał płatki nosa i wydmuchiwał powietrze jak buhaj gotujący się do szarży. Szklanka w jego dłoni skrzypnęła niebezpiecznie, a potem rozprysnęła się setką drobinek. Podbiegł do niego barman, wręczając nowy napój i szybko sprzątając plamę oraz rozbite szkło.
— No — przytaknął zdawkowo Niszczyciel. — Ale to już pozamiatane. Opamiętała się i go rzuciła.
— To chyba powinieneś się cieszyć, słodziutki, co?
— Z tego? Ależ cieszę się, cieszę. Jestem przekurwiście szczęśliwy. Ale młoda ma to do siebie, że jak tylko opanuję jeden kryzys to ona pcha się w kolejny. Szkoła, którą wybrała… Szkoda gadać. Spalę tę budę do samych fundamentów — wydyszał nienawistnie. — A przy okazji Stóża też.
Po ostatnim zdaniu szmaragdowozielone oczy Lusternicy rozszerzyły się w zdziwieniu, czerwone, pełne usta rozchyliły.
— Chyba żartujesz?! — wykrzyknęła rozbawiona. — Ona zdaje do WABu?!!!
Ostatnie zdanie zakrzyknęła na tyle głośno, że wszyscy obecni w sali skierowali na nich swoje spojrzenia. Zaraz potem wybuchnęła głośnym śmiechem godnym samej Pakosińskiej. Przyłbica stuknęła o rękawicę, gdy Niszczyciel oparł czoło na dłoni.
Bęk, bęk, bęk.
W pierwszej chwili nie rozumiał, co to za dźwięk, bo kojarzył go tylko z ołowianymi nabojami odbijającymi się od jego zbroji. Ale okazało się, że to Lusternica postanowiła poklepać go pocieszająco po plecach. Spojrzał na nią zaskoczony, gdy rozcierała drobną, lecz uzbrojoną w czerwone, wytipsowane szpony dłoń.
— Słodziaku, jeśli planujesz rozwalenie WABu to bądź pewny, że nie jeden z nas z chęcią ci pomoże — uśmiechnęła się szeroko i diabolicznie.



***


Sala gimnastyczna Warszawskiej Szkoły Bohaterów była niewiele mniejsza od stadionu Legii. Posiadała wysokie sklepienie, a także – w tej chwili niemal puste – trybuny będące w stanie pomieścić setki widzów. W loży vipowskiej siedział premier z panią prezydent i Ministrem Obrony w towarzystwie najjaśniejszej gwiazdy Unii Dobra, czyli Anioła Stróża.
Dużo, dużo niżej przy wejściu do szatni Agata wachlowała opierającą się o mur i bladą jak ściana Laurę.
— Widzisz ich? Wyglądam jak idiotka — wysapała pomiędzy jednym urywanym oddechem, a drugim.
Trochę histeryzowała, ale prawdą było, że nieco się wyróżniała, ale też nie ona jedna. Większość zebranych nosiła zwyczajne, szare dresy – ewentualnie typowe stroje do biegania. Jeden rogaty chłopak miał na sobie lniane spodenki i był boso. Po ramionach biegała mu wiewiórka, a krok w krok chodził za nim wilczur. Pół-wężyca nosiła sukienkę w kwiaty. Wysoki blondyn ubrany był w strój piłkarski. A pewien rudzielec w ogóle nie przebrał się w strój sportowy, a siedział na podłodze w dżinsach i koszuli w kratę.
Laura miała na sobie czerwone leginsy, czarną bokserkę i ukochaną ramoneskę. A na to założyła mecha-rękawice i buty, a także naramienniki. Wszystkie elementy jej wybrakowanej zbroji spięte były w całość skórzanymi pasami, które wiły się po jej udach, ramionach i plecach.
Oprócz pasów całość spajała również sztuczna inteligencja – MU21C4. Programowanie nie było mocną stroną Darłówny, więc skorzystała z gotowego programu, który miała w swoim odtwarzaczu MP4. Gadżet dostała lata na komunię i od tamtego czasu MU21C4 świetnie ją poznała, bowiem głównym zadaniem SI było dostosowywanie nagrań do nastroju swojej właścicielki . W tamtych czasach był to jeden z popularniejszych prezentów. Od wielu lat psychologowie dowodzili związku pomiędzy muzyką a uczuciami. Urządzenie miało stymulować umysły dzieci, aby były spokojniejsze, wydajniejsze podczas odrabiania lekcji. Laura w dzieciństwie nie zauważyła dobroczynnego wpływu MU21C4, ale jej zdolności odgadywania nastrojów oraz receptory w odtwarzaczu okazały się bardzo przydatne. Dziewczyna nie miała problemów z zhakowaniem staroświeckich zabezpieczeń przed modyfikacjami, a potem przeprogramowała MU21C4 na bardziej bojowy tryb. Nauczyła ją rozpoznawać zagrożenia - studiowały filmy akcji i komiksy, ale też wgrała jej cały szereg komend głosowych.
— Nie marudź. I tak wyglądasz lepiej od Bambiego — pocieszała Laurę Agata, wskazując kciukiem na rogacza z rozmarzoną miną. Chyba rozmawiał o czymś ze swoją wiewiórką. Dziewczyna chwyciła gogle o czerwonych szybkach i opuściła je na oczy Laury. Świat drugiej nastolatki utonął w czerwieni. Przed oczami Darłówny pojawił się celownik, a z boku także wskaźniki z paliwem, baterią, czy akcją serca. — Bierz ich Tygrysie! — Agata zacytowała Mary Jane, klepiąc przyjaciółkę po plecach i wypychając ją na środek sali.
Domorosła dziennikarka nie mogła przegapić takiej okazji. Została wpuszczona do środka jako wsparcie moralne. Fuks. Teraz musiała postarać się, aby Darłówna dotrwała do końca egzaminu. Tak, żeby ona sama mogła wszystko sfilmować i umieścić w Rubryce.
Laura zrobiła kilka chwiejnych kroków, prawie się wywaliła, ale udało jej się odzyskać równowagę. Stanęła i posłała koleżance mordercze spojrzenie.
— Spójrz na to z jaśniejszej strony! Nie masz nic do stracenia! — pocieszyła ją na odchodnym Agata.
Laura zamknęła oczy, bardzo chcąc zapaść się pod ziemię.
—MU21C4 gotowa do działań — usłyszała w słuchawce w lewym uchu, kojący głos. Zaraz potem zaczął lecieć podkład muzyczny – Harder to breath starego Maroon 5. Rodzice się śmiali, że ich jedynaczka ma gust muzyczny jak jej dziadkowie, ale ta piosenka zawsze przyspieszała jej tętno i dodawała energii.
Potrząsnęła głową i ruszyła pewniejszym krokiem przed siebie. Przyszła tu w konkretnym celu. Nagły atak paniki trochę ją zaskoczył, ale wracała do siebie. Czyż nie była przyzwyczajona do wystąpień publicznych? Od podstawówki brała czynny udział w zawodach szkolnych. A to biegi przełajowe, a to z zespołem koszykówki, a to judo. Wystarczyło, żeby skupiła się na współzawodnictwie. Przecież nie znosiła przegrywać, a jak tu się wygłupi to przegra. Jako jedyny przedstawiciel homo sapiens sapiens przegra z homo sapiens superior. Do tej pory ta myśl zmuszała ją do większego wysiłku. Teraz...
Teraz miała miękkie kolana. Kogo ona chciała oszukać?
—… Laura Darło… — zawołał facet typu zapaśnik wagi ciężkiej w MMA. Na szyi wisiał mu gwizdek i stoper, w dłoni trzymał tablet. Dotykiem grubego palucha odhaczał kolejnych osobników z listy. Laura wystąpiła przed szereg. — …Edward Gołaś… — kontynuował wyczytywanie kolejnych kandydatów. Obok Laury stanął rudy wymoczek w dżinsach i koszuli. Włosy opadały mu na oczy, dłonie trzymał w kieszeniach. — …Bartłomiej Krawczyk… — Do szeregu dołączył blondyn w stroju piłkarskim. Podrygiwał nerwowo. Stopą wystukiwał nierówny, szybki rytm. — Blanka Kuryłowicz… — Zielonoskóra i pomarańczowowłosa dziewczyna wstąpiła w szereg, ale trzymała się z dala od innych, patrzyła na wszystkich spode łba.
Kiedy skompletowana została dwudziestoosobowa drużyna, facet odprowadził ich na bok w stronę bieżni. Oprócz ich grupy utworzono jeszcze kilka innych. Każda zajęła inną część hali. Laura odprowadziła wzrokiem Marysię, która poszła ze swoją w stronę ścianki wspinaczkowej.
— Zaczniemy od mierzenia czasu. Na pewno nie raz biegaliście. Spróbujemy dwóch konkurencji. Sprint i ćwierć maraton… — mówił trener tubalnie, a rudzielec stojący obok Laury westchnął ciężko. Podniósł rękę do góry, a kiedy zwrócił na siebie uwagę, wskazał na Darłównę.
— Ja biegnę z nią — ogłosił flegmatycznie.
Facet-MMA nabrał powietrza w swoje potężne płuca, aby wrzasnąć na nowego rekruta, ale tylko zachłysnął się powietrzem i wydusił:
— Okey — słabym głosem. — Wy dwoje na linię startu! — huknął chwilę później.
Laura nie spodziewała się tego, że tak szybko zostanie wypchnięta. Byli wyczytywani alfabetycznie, a przed nią pozostało jeszcze kilka osób. Zerknęła na rudego złym okiem, ale w momencie, kiedy ich spojrzenia się spotkały – zakręciło jej się w głowie. Wskaźniki stanu fizycznego wyświetlane w goglach nagle zaświeciły się ostrzegawczo. Nagła zmiana hormonalna w mózgu była niepokojąca.
"Wiesz, co masz robić" usłyszała głos Edwarda, chociaż widziała, że nie otwierał ust.
"Brzuchomówca..."
"Idiotka" usłyszała w odpowiedzi. "Odpalaj te butki i startujemy. Nie mam zamiaru robić z siebie debila przed tą bandą."
Laura niewiele myśląc, posłusznie pozwoliła swojej SI na odpalenie turborolek. Podskoczyła, gdy wysunęły się z podeszw. Była nadal skołowana przez telepatyczną interwencję Edwarda, więc nie wyglądało to zbyt widowiskowo. A ćwicząc, nauczyła się to robić z niemal kinową gracją… Szyna przy rolkach wystawała z buta na jakieś kilka centymetrów, chłopak stanął na niej czubkami butów i chwycił za uprząż na ramionach Laury.
— Start! — wykrzyknął trener, odpalając stoper.
MU21C4 włączyła napęd rolek – miały dwie dysze po obu stronach każdego buta, plunęły one ogniem. Laura pochyliła się trochę jak Małysz przed skokiem, napinając wszystkie mięśnie ud, aby utrzymać nogi prosto. Jeszcze nigdy nie miała pasażera, więc wymagało to znacznie więcej wysiłku niż zwykle. Śmignęli, aż pół-wężycy podwiało kwiecistą sukienkę.
"Stój… Stój. Stój! Do…"
—…cholery! Stań! — Edward wrzasnął jej prosto w ucho, bo tuż za linią mety była ściana, a Laura nie zwalniała. Zamknęła na raz napęd i rolki, skoczyła w powietrzu, a ostatnie pół metra pokonali ślizgiem. Chłopak wywalił się i przejechał ten dystans na tyłku.
— Darło i Gołaś! 200 metrów 5 sekund! Nieźle! Gołaś punkt karny, Darło dodatkowy — zawyrokował trener. — Kolejna dwójka na pas startowy!
Laura odeszła kawałek od mety, a potem oparła się dłońmi na kolanach. Normalnie taki dystans pokonałaby z łatwością, ale tym razem czuła drżenie w ramionach i nogach, naciągnięte do bólu mięśnie pleców. Po twarzy spływały jej kropelki potu, kilka z nich stoczyło się z nosa i spadło na podłogę.
— Co. To. Cholera. Było? — powiedziała na bezdechu, a potem odwróciła się w stronę rudego, aby go obsztorcować, ale jego już tam nie było. Spacerkiem wracał wzdłuż bieżni, trzymając dłonie w kieszeniach. Odzyskała oddech, gdy kolejna para biegaczy dotarła na metę. Mieli normalne tempo, więc zajęło im to po kilkanaście sekund. Laura minęła ich i marszem podążyła za Edwardem. Szybko go dogoniła. — Co to… — Obok nich na bieżni z wizgiem mignął jakiś kształt. Podmuch wiatru, jaki wytworzył rzucił krótkie, kędzierzawe włosy na twarz dziewczyny, więc przez chwilę nie wiedziała, co się dzieje. — …do cholery było?
— Krawczyk! Eee.. 20 setnych sekundy… — niepewnie zawyrokował trener, a odpowiedział mu okrzyk protestu. Druga osoba z tej samej pary jeszcze nie dobiegła do mety, a blondyn zawrócił, dobiegł znowu do linii startowej i zaczął wykłócać się z prowadzącym zajęcia.
Kiedy pomarańczowowłosa Blanka wreszcie dotarła do mety, nie zostało to odnotowane, więc ona też zawróciła, aby wyładować swoją irytację. Momentalnie się rozzłościła. Kiedy biegła, zaczęła rosnąć, jej mięśnie pęczniały, a po skórze biegły wyładowania elektryczne. Warkocz naelektryzował się i stanął jak ogon skorpiona. Ryknęła potężnie, ale trener też nie był w ciemię bity. Natychmiast jego ramiona pokryły się kolcami jak u jeża. Część z nich wystrzeliła z ramienia i wbiła się w podłogę tuż przed nogami rozpędzonej dziewczyny. Były długie, ostre i cienkie, siła rażenia mogła podziurawić nastolatkę jak sito. Blanka stanęła raptownie, a potem strzeliła piorunem, który popełzł po gumowej powierzchni bieżni i znikł. Z jej dolnej szczęki wyrosły kły, które zaczęły nachodzić na górną wargę. Oddychała ciężko, dyszała i prychała, ale nie ruszała się. Wydawało się, że powoli odzyskuje panowanie nad sobą.
— Idioci — mruknął Edward i ziewnął.
— Elektro Orczyca! — wykrzyknęła Laura pełnym podziwu głosem, rujnując wysiłek Blanki. Druga dziewczyna odwróciła się w stronę Darłówny, a tamta cofnęła się o krok. Olbrzymka ryknęła ponownie i zaszarżowała tym razem na nią, była znacznie bliżej i stanowiła łatwiejszy cel dla wyładowania złości.
Wszystko wydarzyło się błyskawicznie.
Laura zamarła w miejscu. Nawet przez myśl jej nie przeszło, że mogłaby uciekać. Uniosła dłonie. Wyrzutnia strzał – rakiet jeszcze nie zdołała zdobyć – otworzyła się i naładowała.
Blanka była już tak blisko, że druga dziewczyna mogła dostrzec czerwone żyłki na białkach jej oczu; strugę śliny, która uciekła z jej otwartych, ciemnozielonych ust. I pięść skwierczącą od wyładowań elektrycznych.
A potem coś ziutnęło. I Blanka znikła. Laura uskoczyła, bo okazało się, że pomiędzy nimi jest plama rozlanego oleju, w który agresorka wbiegła, poślizgnęła się i upadła. Musiała zgasić swoje wyładowania, bo olej był wystarczająco łatwopalny, aby stanęła w płomieniach. Obok Laury pojawił się nagle Bartłomiej Krawczyk oparty na jej ramieniu łokciem, kiedy Darłówna patrzyła na skołowaną Blankę.
— Nieźle to wymyśliłem, nie? — uśmiechnął się chłopak bezczelnie, bardzo zadowolony z siebie i znowu znikł, aby wrócić do trenera i wyegzekwować czas, który według niego był prawdziwy, czyli ćwierć setnej sekundy.
Tymczasem zielonoskóra zaczęła się kurczyć. Widocznie zużyła całą swoją energię potrzebną do zachowania poprzedniej formy. Laura zawachała się, ale potem podeszła do niej i podała jej dłoń. Otrzymała kolejne spojrzenie spode łba i wściekłe prychnięcie. A potem sama leżała na podłodze, bo została podcięta. Blanka wstała i ruszyła w swoją stronę.
"Same przyjemniaczki" westchnęła Laura, podnosząc się nieco ciężko na kolana. Zbroja miała to do siebie, że sporo ważyła i nie było to wcale takie łatwe.
Dziewczyna uniosła wzrok, aby odszukać Agatę. Miała nadzieję, że przyjaciółka ją obserwuje i doda jej otuchy. Pomacha czy coś. A zamiast tego zobaczyła jak podniecona blogerka stuka namiętenie w ekran tableta. Zapewne rozbiąc notatki dotyczące zajścia sprzed chwili.
Nie tak Laura sobie to wyobrażała.



***


Kabel miał niewyraźną, zapijaczoną minę, gdy wchodził na balkonik. U niego to nic specjalnego, bo zawsze prezentował się jak modny żul z tymi swoimi wodnistymi, rozkojarzonymi oczkami i niedogoloną mordą. Teraz niestety musiał zamienić marynarkę Calvina Claina i koszulkę Lacosty na zwykły zgniłozielony kombinezon z naszywką firmy energetycznej, ale nawet w nim wyglądał szykownie. Typ człowieka, którego ubrać w worek na śmieci, a potrafiłby zachować elegancję i jeszcze wylądować na wybiegu, jako odkrycie sezonu. Jego partnerka, Fala, nienawidziła go za to. Szczerze i gorąco. Z całym uczuciem, jakie potrafiła wykrzesać ze swojego zimnego serca feminazistki. Sama też wskoczyła na podest, a potem nacisnęła oporny guzik uruchamiający dźwig.
— O żeszzzz ja-pierdle — wybełkotał Kabel, chwytając się żółtej barierki, gdy zaczęli się unosić. Trzymał ją tak mocno, aż pobielały mu knykcie, zsunął się po niej jakoś dziwnie na wpół ugiętych kolanach. Żywy dowód na to, że po alkoholu ludzie zyskiwali niesamowitą giętkość mięśni i stawów.
Fala obserwowała to z uśmieszkiem zadowolenia na trójkątnej twarzy. Przypominała jaszczurkę, zwłaszcza przez prawie całkowity brak brwi, a wrażenie to potęgowały jeszcze ulizane na grzybka włosy i poczucie stylu rencisty. Z ich dwójki to ona była bardziej męska i to tą klasyczną, spokojną męskością jak z przedwojennych filmów, a nie współczesną, tanią i krzykliwą spod bloku, gdzie zbierają się karczki.
— Bardzo cierpisz? — zapytała, niby z troską.
Kabel zerknął na nią spod grzywki czujnie, potarł lekki zarost na kwadratowej szczęce, oceniając w jaką pułapkę mógł wpaść tym razem. Jednak resztka niedobitków po wczorajszej bibie, jaka została mu pod kopułą, zamilkła akurat w tej chwili i nie zdołał przewidzieć ataku.
— Jak cholera. Łeb mi pęka — jęknął.
— To może kopnę cię w dupę i skrócę twoje męki? Tu jest jakieś dziesięć metrów, więc jak skoczysz na główkę na beton to powinno uśmierzyć ci ból raz na zawsze — odparła słodko… Wróć, nie słodko, bo ona nie bywała słodka. Każdy, kto określiłby ją w ten sposób – Kablowi raz się zdarzyło i to też stanowiło powód nienawiści jego wspólniczki – mógł liczyć na strzał w mordę. Ewentualnie ostrą napaść, która przez niski wzrost Fali i piskliwy głosik wyglądała groźnie jak wsciekły chihuahua.
— Suka — mruknął, kiedy dźwig wreszcie ustabilizował się tuż przy skrzynce na słupie energetycznym. Kręciło mu się w głowie, świat jeszcze chwilkę wirował, nim wreszcie posłuszny prawom fizyki zwolnił obroty.
— Dasz radę w tym stanie? — zapytała konkretnie, otwierając metalową kasetkę ze szczękiem. Wybebeszyła ją bez większego zastanowienia, pokołtuniła przewody. Potem rozwarła na oścież pudło z narzędziami – miała w nim notebooka. Wszystko robiła sprawnie, szybko. Miała za sobą wiele podobnych razów, więc zdążyła nabrać wprawy. Na pomoc Kabla nie było, co liczyć.
Mężczyzna wzruszył ramionami.
— A co mam nie dać? Trzeba to trzeba i tyle — odparł i chwycił za przewód wysokiego napięcia. Gołą dłonią. Trząchło nim, źrenice uciekły pod powiekę, przewód zaiskrzył się, chociaż nie był nigdzie naderwany.
"Dobrze przynajmniej, że jest sztywny i stoi jak go trzepnie, a nie wiotki jak klucha" pomyślała beznamiętnie Fala i niedelikatnie przesunęła nieruchomego, jakby obróconego w słup soli kolegę. W momencie, gdy jego psyche opuszczała ciało i wyruszała w wędrówkę przewodami, Kabel zmieniał się w kukłę. Niemalże plastikowego manekina.
Na szczęście Fala posługując się swoimi zdolnościami, nie traciła kontaktu z rzeczywistością. Przynajmniej nie tak jak on. Robiła się trochę bardziej kobieca, bo znikał jej wyraz permanentnego wkurwa i oczy się rozmaślały. Nic nie sprawiało kobiecie większej przyjemności, niż jej umiejętności. Dwie próby współżycia seksualnego, jedna z dragsami i do tej pory nic nie pobiło odlotu, jaki zaliczała, gdy zaczynała nawigować, a potem odbierać. Według niej samej mogło to trochę przypominać telepatię, ale w przeciwieństwie do telepatów ona nie grzebała nikomu w głowie. Zamiast tego jak radioodbiornik z krwi i kości wyszukiwała częstotliwości, nawet te utajnione i zakodowane, a później nasłuchiwała. Fale, jakie przechodziły wtedy przez jej ciało dotykały samej istoty jej jestestwa, głaskały ją od środka, rozgrzewały kulkę lodu w piersi. Znalazła prywatną częstotliwość ochrony wokół głównej siedziby Unii Dobra, a jednocześnie Warszawskiej Szkoły Bohaterów.
Na początku słyszała tylko szum jak morskie fale. Obmywał ją i otulał. Później przyszły krótkie raporty, co jakieś dziesięć minut. Większość z głosów brzmiała podobnie, trochę niewyraźnie, zagłuszana szmerami.
— Deszczyk, zgłasza się. Na zachodzie spokój. Bez odbioru.
— Monitoring zgłasza się. W sali gimnastycznej doszło do spięcia między rekrutami… A już nic. Opanowane. Bez odbioru.
Cisza. Szumienie fal.
— Grupa Alfa Jeden, zgłasza się. Na wschodzie bez zmian. Bez odbioru.
— Grupa Alfa Dwa, zgłasza się. Od cmentarza to samo. Bez odbioru.
— Grupa Alfa Trzy, zgłasza się. Nudzi mi się. Bez odbioru.
— Alfa Trzy, ogarnij dupę. Raport.
— Grupa Alfa Trzy, zgłasza się. Na północy bez zmian, dlatego mi się nudzi. Bez odbioru.
Nic, co mogłoby zaniepokoić Falę, więc mogła nieco odpłynąć na swoim krótko i długofalowym chaju. Pozwalając przyjemnym dreszczom z coraz większą siłą przechodzić przez jej nerwy, bawiła się notebookiem. Musiał być włączony, aby Kabel mógł od razu przerzucić zdobyte dane. Z poziomu chodnika wyglądała jakby szukała odpowiednich narzędzi. Co jakiś czas rozprostowywała kolana, podchodziła do towarzysza, zaglądała do skrzynki, wracała na swoje miejsce. Bezruch Kabla był nienaturalny i zwracał uwagę, więc ona musiała ruszać się za ich dwójkę. Odgrywać przedstawinie w razie, gdyby ktoś ich zauważył. Tymczasem podzielała humor Alfy Trzy kimkolwiek był.
Jednak nie musiała czekać dużo dłużej, bo Kabel nagle zadrżał i osunął się na kolana. Dopadł do komputera i zaczał przerzucać dane ze swojej głowy na twardy dysk. Wciąż był w połowicznym transie, gdy to robił. Miał rozchylone nieco usta i zaczął się ślinić. Fala zachichotała – chociaż to było niegodne takiego demona jak ona – i cyknęła mu fotkę. Szybko schowała holofon, żeby nie mógł wykraść z niego zdjęcia.
Kiedy otrząsnął się wreszcie z letargu, spojrzał na Falę i zmarszczył brwi.
— Będą kłopoty — mruknął i potarł łapą, swój szorstki policzek.
— Znalazłeś coś ciekawego? — spytała, naciskając guzik. Platforma zaczęła powoli się zsuwać.
— Niezbyt — odparł, ale potem wskazał podbródkiem na niebo za plecami kobiety.
Niszczyciel i kilka helikopterów zmierzali na imprezę do WABu. Maszyny miały na burtach symbol karcianego pika. Prowadził ich Ogniomiotacz na płonącym, latającym motorze. Jeśli to nie zwiastowało kłopotów to Kabel nie wiedział, co mogło.
:fire: :fire: :fire: PŁOŃ I PISZ! :fire: :fire: :fire:

Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1833
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jak [nie] zostać bohaterem

Post autor: Kruffachi » 28 sierpnia 2018, 20:00

Żeby było jasne, bo mam wrażenie, że zostałam źle zrozumiana ;) Nie chodzi mi o politykę jako wątek, polityka jest ważnym elementem świata i sama w sobie jest ciekawa. Chodzi mi jedynie o to, że żarciki-nawiązania mnie nie bawią. Nie znoszę wszelkich szopek politycznych, kabaretów, nie potrafię zdzierżyć stand-uperów i nie ma to żadnego związku z tym, czy myślimy podobnie czy nie. Ale jak podejrzewałam - i jak widzę po komentarzu Petry - co jednych mierzi, innych bawi ;) Napisałam to, żeby było jasne, dlaczego jedne fragmenty będą mi się zapewne mniej podobać od innych i tylko tyle.

No ale to tytułem przypisu do poprzedniego komentarza, a teraz coś o tej wstawce. Chyba zaczynam rozumieć, dlaczego taki problem przy komentowaniu sprawiają moje własne wstawki XD Dużo tekstu wrzuciłaś, dużo się działo, odnoszę wrażenie, że na wiele spraw powinnam zwrócić większą uwagę, ale jakoś toną wobec innych i sama nie wiem, na co się zdecydować. Ale ponieważ jestem czytelnikiem emocjonalnym, to zacznę od emocji. No i kuźwa, trochę wstyd się przyznać, ale złapałaś mnie na Dynamo XD To znaczy był mi w sumie obojętny, chociaż raczej na plus obojętny, aż nie zacytowałaś jego odpowiedzi pod pytaniem do testu i już byłam totalnie kupiona XD Koleś ma u mnie plus miliard do sympatii na samym wstępie i aż się boję czytać o nim dalej. Zupełnie odwrotna sytuacja jest z Agatą, ale to może dlatego, że nie przepadam za dziennikarstwem i obrazem dziennikarzy w kulturze, a ona się w ten wzorzec wpasowuje. Znacznie bardziej w ten niż w to, co wyobrażam sobie, kiedy słyszę/czytam "przyjaciółka". Bo ja wiem, że to są nastolatki, dzieciaki i w ogóle, ale jednak wydaje mi się, że w Agacie żądza dobrego materiału jest silniejsza niż chęć wsparcia osoby przynajmniej w teorii sobie bliskiej. Zwłaszcza że to przecież nie jest tak, że nie zauważa zdenerwowania Laury. Zauważa bardzo dobrze i jedyne, co z tym robi, to próbuje ukryć kamerę. No doprawdy, poświęcenie godne przyjaźni. Nie lubię jej z miejsca :bag:

Bardzo to była dynamiczna wstawka w ogóle, właściwie oba plany dynamiczne, choć niby w knajpie dla złoli wiele się nie działo, a jednak sceneria klubu sprawiała, że wszystko w mojej głowie się ruszało i migało różnymi kolorami.

Ciekawa rzecz, bo Twoi złole w ogóle to są takie prawdziwe złole, to znaczy są po prostu źli i prezentują cechy z wachlarzu negatywnych - złośliwość, chciwość, próżność i tak dalej. Na razie wydają się przy tym ciut nieludzcy i trudno mi sobie ich wyobrazić podczas współpracy. To znaczy, jak wygląda współpraca pokazałaś na przykładzie Kabla i Fali i, cóż, przyjemne to nie było XD Ale mam na myśli taką współpracę, która wymaga jakiejś rezygnacji z pewnych rzeczy, kompromisu, poświęcenia i takich tam. Pod tym względem wydają mi się na razie możliwi i łatwi do pokonania jako grupa, ale poczekam, zobaczę. Ciekawa jestem też, czy tych dobrych też przedstawisz w taki podkręcony sposób, bo na razie kandydaci do WAB-u tacy jednoznaczni nie są, acz to - właśnie - dopiero kandydaci, a nie już superbohaterowie. Kto wie, co tam ich czeka podczas szkolenia. Patrzę z tym wiekszym zaciekawieniem, że znam Twoje podejście do czerni i bieli i wyobrażam sobie, jak trudne byłoby utrzymanie tak ścisłego podziału, więc spodziewam się, że będziesz trochę na tym polu działać. Jasne, to jest bardzo komiksowe, więc zupełnie nie oczekuję nie wiadomo jakich portretów psychologicznych, bo to by się kłóciło z konwencją. Ale jednak chyba wyczuwam, że ciut w tym wszystkim zamieszasz.

No i urwałaś w takim momencie... Wiesz co? XD Acz spodziewam się teraz rozwałki i tego, że rekruci niespodziewanie staną oko w oko z tym, przeciwko czemu mają walczyć, jeśli zostaną przyjęci, i to jest bardzo ciekawe zagranie :3
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 221
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Jak [nie] zostać bohaterem

Post autor: MononokeGirl » 01 września 2018, 11:42

@Kruffachi To ja lubię kabarety bardzo :bag: Chociaż w tym fragmencie nie myslałam, żeby było na śmiesznie. Po prostu, gdyby padł taki temat jak otwarcie granic dla superbohaterów to byłaby odpowiedź naszych polityków. Ni mniej, ni więcej.

Dynamo jest łosiem. I będzie się zachowywał jak łoś. I szczerze mówiąc ja też się boję o nim pisać :bag: A Agata... Ja dziennikarzy lubię (ciekawe, że to już druga xD) To zwyczajni ludzie, a może ich wcisnąć w bardzo niezwyczajne okoliczności. Ale rozumiem o co ci chodzi. Niestety raczej zdania nie zmienisz, a po tej wstawce raczej znielubisz ją jeszcze bardziej :bag:

Cóż... Żeby przełać granicę to trzeba ją najpierw nakreślić xD A i m wyraźniejsza tym większe wrażenie będzie robiło jej przekroczenie :rocknroll:

Wiem :D CLIFFHANGER XD Znaczy, że się jako tako udał :P


:fire: :fire: :fire:

Aspirujący superbohaterowie po sprincie zaliczyli dystans ćwierć-maratonu, a później mieli małą przerwę, aby zregenerować siły. Następnie kolejno: ścianka wspinaczkowa, przesuwanie głazu, różne rzuty, bieg z przeszkodami, pływanie. Dobrze, że Laura nauczona wypadkiem kolesia, który na Youtubie testował turborolki i wypadł z mola prosto do morza, obmyśliła sposób jak poruszać się w swojej zbroi również w wodzie. W rękawicach zamontowała małe śmigiełka, które pozwalały jej pływać sprawnie i szybko jak motorówce.
Edward Gołaś podążałby za nią wszędzie, gdyby nie to, że przyuważył to również Bartłomiej Krawczyk. Dynamo zrobił furorę w ich grupie po tym jak pięknie zajął się Blanką. A potem jeszcze większą, gdy pokłócił się z Edwardem. Zauważył, że Laura nie ma wcale ochoty na współpracę z telepatą, a jest zwyczajnie przez niego wykorzystywana i postanowił to zakończyć. Prosił egzaminatora o reakcję, ale tamten odparł mu jedynie, że każde z nich ma prawo wykorzystywać wszystkie swoje zdolności. Nawet jeśli wygląda to jak oszustwo.
— O oszukiwaniu chyba coś wiesz, nie? — Edward dogadał Bartkowi z wrednym uśmieszkiem na bladych wargach, a tamten się momentalnie zapowietrzył. Telepata nie miał wpływu na Dynamo, bo zwyczajnie nie potrafił nadążyć za jego szybkimi myślami, lecz mimo to znał się na ludzkich słabościach wystarczająco, aby umieć go zagiąć.
— Ja ci pomogę — warknął do niego Bartek. — Wystarczy tylko czasami poprosić, wiesz?
I w ten prosty sposób Laura pozbyła się pasożyta, a Dynamo w niemal każdej konkurencji zyskiwał dodatkowe punkty. Tylko w jednej Edward poradził sobie lepiej od niego. Gdy trzeba było usunąć z drogi wielki głaz – telepata okazał się również telekinetykiem i wielkim wysiłkiem, ale mu się udało. Bartek próbował, ale nie dawał rady.
I tak minął im poranek, przeszedł we wczesne południe, aż nastała pora obiadowa.
— Dziękujemy wszystkim za przybycie i uczestnictwo w egzaminie. Zapraszamy teraz do auli na mały poczęstunek! — oznajmił na koniec Anioł Stróż przez mikrofon ze swojego vipowskiego balkonu. Głos miał łagodny i jedwabisty.
Rozległy się oklaski i okrzyki aprobaty. Młodzi bohaterowie pośpieszyli do szatni, aby się przebrać. Laura uznała, że wcale nie ma ochoty się przeciskać, więc odnalazła w tłumie Marysię, a potem obydwie poszły pogadać z Agatą. Azjatka słysząc, jak koleżance burczy w brzuchu, zmieniła dotykiem opakowanie chusteczek w paczkę herbatników. Było to tak niesamowite, że jeszcze przez chwilę Agata wyciągała za swojej torby różne śmieci -– skuwki od długopisów, pustą saszetkę, papierową torebkę – a Nguyễn wyczarowywała z nich proste rzeczy: wafelki, żelki. Niestety nijak nie zaspokoiło to apetytu wymęczonej Darłówny, która wahała się pomiędzy pójściem do szatni, a zjedzeniem krzesła.
Najpierw usłyszały huk śmigieł helikopterów i ryk silnika motocykla.
Potem dach stadionu wybuchł i zaskrzypiał. Był to dźwięk nieporównywalny do niczego innego, co wcześniej słyszały. Tak jakby nad głowami pękało im niebo. Zawyły syreny przeciwpożarowe, zielone znaki EXITu zaczęły migać, wskazując im drogę ucieczki.
— W nogi! — Laura była pierwszą, która wyszła z szoku i ryknęła na pozostałe dwie. Popchnęła je ku wyjściu. Najtrudniejszy był ten pierwszy krok, potem zaczęły biec. Za nimi waliły się z hukiem fragmenty dachu. Darłówna odpaliła ponownie swoje turborolki, modląc się, aby miały jeszcze trochę paliwa. Chwyciła obydwie koleżanki w pasie i na najwyższych obrotach pognała ku najbliższym drzwiom. Były zamknięte, więc tuż przed nimi wyłączyła silniki i zrobiła piruet, aby walnąć w nie plecami.
Wypadły na zewnątrz. Laura upuściła Marysię, tamta upadła na podłogę. Nie miała nadal jednej rękawiczki, więc linoleum, którego dotknęła dłonią zaczęło zmieniać się w żółty ser. W tej samej chwili Darłówna zauważyła, że jeden z jej naramienników wygląda jak skorupa orzecha kokosowego. Nie myśląc wiele, Laura pociągnęła Hồng za ramię, aby podnieść ją na nogi, a potem znowu chwyciła ją w pasie. Miały przed sobą jeszcze długi korytarz i niewiele czasu. Hałas był ogłuszający. Z dziury za nimi wydostała się dusząca chmura pyłu.
Laura odpaliła turborolki. Przejechały kawałek, a potem rakietowe dysze się zakrztusiły i zgasły. Jechała wciąż siłą rozpędu.
— Trzymajcie się! — zakasłała Darłówna, łykając biały kurz. Paskudnie drapał ją w gardle.
Puściła swoje towarzyszki, a one posłusznie uczepiły się jej uprzęży. Włączyła śmigła w rękawicach, aby nieco oczyścić powietrze. Odpychała się butami, mając nadzieję, że za chwilę to co zanieczyściło dysze wypadnie.
Marysia puściła ją pierwsza i chwyciła za dłoń, ciągnąc za sobą. Rękawica zmieniła się w chlebek. Agata poszła za jej przykładem.
Kiedy wreszcie wydostały się z budynku, jeszcze długo walczyły o złapanie oddechu. Chmura pyłu unosiła się również na zewnątrz, więc zupełnie nic nie widziały. Słyszały za to wiele. Wizgi, szumy, wybuchy, huki, helikoptery, krzyki, serię z karabinu maszynowego. Głuchy łomot własnego serca. Laura zdała sobie sprawę, że jej towarzyszki są całkiem ślepe, bo kurz dostał się do ich oczu. Tarły je i łzawiły, ale nic im to nie pomagało. Ona miała nadal swoje gogle. Pociągnęła dziewczyny za sobą i została ich przewodnikiem, próbując wyprowadzić poza obręb strefy rażenia. Weszły pomiędzy drzewa, bo tam powietrze było nieco czystsze.
Wtedy nagle obok nich zaczęli pojawiać się inni. Zakurzeni, niektórzy okopceni, albo ranni. Wszyscy zdezorientowani.
"Dynamo" domyśliła się Laura.
— Ludzie! Jazda! Musimy iść dalej! Zdrowi pomagają rannym! — ktoś krzyknał.
Pół-wężyca poniosła na plecach nieprzytomnego chłopaka-krasnoluda. Rogaty nastolatek podpierał kulejącą dziewczynę. Jego wilczur został psem przewodnikiem dla wciąż oślepionej Marysi i Agaty. Blanka zarzuciła sobie na plecy chwytem strażaka dwa razy większego od siebie nastolatka rannego w nogę. Młodzi bohaterowie szybko się ewakuowali. Kilku z nich, tych bardziej sprawnych i pewnych siebie, zerkało w tył, ale nawet oni zdawali sobie sprawę, że bez doświadczenia i wyszkolenia będą jedynie przeszkadzać.
Strzały z pistoletów rozbrzmiewały coraz bliżej przy akompaniamencie dzikich wrzasków i rechotu.
Ci którzy mogli ruszyli biegiem.
Potem kilkoro z nich specjalnie puściło resztę przodem. Laura zatrzymała się. Obok siebie miała Blankę, ale bez pasażera. Nie wiadomo, kiedy pojawił się też Bartek.
— Mogę? — spytał Dynamo, wskazując na zchlebiałą rękawicę Laury. Podała mu ją bez słowa i zobaczyła, jak on odgryza potężny kawałek. W odpowiedzi na zaskoczone spojrzenia wzruszył ramionami. — Takie bieganie kosztuje. Jestem głodny jak pies — wyjaśnił, pomiędzy gryzami, cały czas przeżuwając. — Nie dam rady dłużej sam. Jest ich około dziesięciu. Talia Pika.
Talią Pika nazywano gang towarzyszący Panu Pikowi – szalonemu, skompromitowanemu byłemu prawnikowi. Jego historia była znana. Facet przez hazard narobił sobie długów, a potem zaczął współpracować z mafiozami. Należał do siatki skorumpowanego wymiaru sprawiedliwości. Kiedy sprawa się wydała, próbował uciekać z kraju, ale zamiast tego dostał się w łapy swoich byłych współpracowników, którzy postanowili go uciszyć. Istniały różne plotki na temat tego, co mu zrobili, a większość zależała od tego jak makabryczną wyobraźnię posiadał opowiadający. Jednak w efekcie tego facet stracił piątą klepkę, a potem mimo wszystko wylądował za kratkami. Po tym jak wyszedł z paki zemścił się na tych, którzy go zdradzili i przejął ich terytoria. Talia to jego przyboczni i najbardziej zaufani ludzie. A także maszyny do zabijania.
— Trzymaj — powiedziała Marysia, podając Bartkowi gałąź z czekolady. Nie nosiła już swoich rękawiczek. — Nabieraj sił.
Kiedy Talia Pika pojawiła się w zasięgu ich wzroku, wszyscy młodzi bohaterowie chrupali czekoladową korę. Tego bandziory się raczej nie spodziewały. Stanęli naprzeciwko nich jakoś niezdecydowani, zupełnie ogłupiali przez bezczelność gówniarzy. Sądzili, że będą mieli przed sobą robiące po nogach ze strachu siusiumajtki, które z płaczem będą błagać o litość. Talia Pika była kolorową, ale przerażającą bandą. Niektórzy mieli farbowane włosy, irokezy, kolczyki, tatuaże. Jedni nosili skóry, inni pstrokate garnitury. Jeden z najbardziej odpicowanych – Laura w myślach nazwała go Waletem – wyciągnął przed siebie spluwę i z groźną gębą wrzasnął, pokazując wszystkim swoje migdałki i kolczyk w kształcie kostki do gry na języku:
— ARGHHAAAAAAA! E... Ekhe, ekhe, ekhe — urwał nagle swój bojowy okrzyk, bo usta zapełniły mu się czekoladową korą.
— Nawet nie zauważyłam, kiedy to zrobiłeś! — z podziwem wykrzyknęła Laura, ale mina szybko jej zrzedła, bo Bartek ciężko oparł się o drzewo. Twarz miał spoconą i czerwoną, blond włosy mokre i posklejane. W ciemnych oczach widać było determinację, ale operował już resztkami sił. Swoją brawurą chyba chciał im dodać odwagi.
Wkurzony Walet wypluł czekoladę i wycelował pistolet w chłopaka. Pierwszy huk wystrzału z tak bliska był ogłuszający. Młody superbohater umknął, pocisk wbił się w pień, przy którym stał. Reszta nastolatków rozbiegła się, chowając za drzewami, aby nie dostać rykoszetem. Talia Pika nie śpieszyła się do włączenia w strzelaninę, a jedynie wrzaskliwie dopingowała Waleta. Bartek pojawiał się i znikał, a bandzior strzelał i pudłował, powodując kpiący śmiech swoich kumpli, ale chłopak poruszał się coraz wolniej. W końcu ze zmęczenie upadł. Gangster ponownie chybił, lecz znowu pociągnął za spust nim nastolatek zdołał wstać.
Marysia wyskoczyła ze swojej kryjówki w ostatniej chwili. Zakryła sobą chłopaka. Na jej szarej bluzie rozkwitły czerwone plamy, ale ona nawet nie zachwiała się na nogach. Z gniewną miną ruszyła biegiem w stronę agresora.
Rozległy się kolejne strzały. Po każdym pojawiał się następny ślad.
"Nie!" pomyślała Laura, a kusza ze strzałkami odblokowała się na jej ręce. Celownik w goglach namierzał bandytę.
Cel zlokalizowany — powiadomiła dziewczynę MU21C4 spokojnym głosem, nim spust został zwolniony. Strzałka wbiła się w gardło Waleta, oczy uciekły mu w tył czaszki, pistolet umilkł.
Sekundę później mała Azjatka dobiegła do niego i kopnęła go z rozbiegu. Padł jak kłoda i nie wstawał. Dumna Marysia stanęła nad pokonanym – i cichutko pochrapującym bandziorem – na rozstawionych szeroko nogach. Wojowniczo zmierzyła wzrokiem resztę Talii. Lufy wielu pistoletów zostały skierowane w jej stronę.
Śmignęła druga strzałka Laury, trafiając w Damę, a dziewczyna szukała już kolejnego celu.
W tym czasie Blanka zdążyła znowu urosnąć do swojej formy Elektro Orczycy i z bojowym okrzykiem rozsiewając dookoła błyskawice, pobiegła w stronę przeciwników. Bambi przyłączył się ze swoim wilczurem, a jednocześnie przywołał chmarę wróbli, które również siały spustoszenie i zamęt. Dynamo ukrył się za czekoladowym drzewem, aby nie oberwać rykoszetem i wcinał korę, żeby odzyskać siły. Śpieszył się, bo młodzi bohaterowie radzili sobie nad wyraz sprawnie i szeregi wrogów topniały w zastraszającym tempie, a on również chciał mieć w tym swój jakiś większy udział.
Laura oprócz Damy, usunęła Ósemkę i Dwójkę – nazwała ich tak, bo chłopak z irokezem miał znak nieskończoności wytatuowany na czole, a dziewczyna dwa symbole pika na policzkach — jednak przy okazji zmarnowała wiele strzałek, bo namierzenie walczących tak, aby jednocześnie nie trafić w sojusznika było trudne. Kiedy zabrakło jej naboi, przełączyła się na tryb walki ręcznej z paralizatorem. Ukrywała się za drzewem, próbując odblokować dysze turborolek, ale gdy wreszcie się udało – wyskoczyła i znokautowała Dziesiątkę, chłopaka z wielkim iksem na tyle skórzanej kurtki, który walczył z wilczurem Bambiego. Wyładowanie elektryczne trochę sponiewierało bandziora, a gdy padł na plecy pies przygniótł go do ziemi i nie zamierzał puścić. Długie kły ostrzegawczo zaciskał na szyi przestępcy.
Oprócz Darłówny największy wynik zdjętych przeciwników posiadała Blanka. Wbiegła w sam środek Talii i jakby wybuchła wyładowaniami, które poraziły najbliżej stojących Czwórkę, Siódemkę i Trójkę. Zasięg rażenia ukazywała wypalona dookoła trawa, gdzieniegdzie wciąż się kopcąca. Czwórka padł zemdlony, ale pozostałą dwójkę musiała dobić. Chociaż im też niewiele było potrzeba, aby ich zneutralizować. Ich walka wręcz trwała krótko, bo pomimo przewagi liczebnej to zbiry były oszołomione i niegramotne. Siódemka ledwie stał na nogach, więc on pierwszy dostał błyskawicznego prawego sierpowego w podbródek. Zakręcił się, z ust prysła mu ślina i krew, gdy upadał. Trójka uchylił się przed lewym prostym, uderzył na odlew, ale dziewczyna trzymała fachową gardę, więc go zablokowała. Z zielonych oczu wyzierała jej czysta furia. Na jej widok, facet cofnął się o krok i wtedy Blanka go dopadła. Kilka ciosów w korpus pozbawiło mężczyznę oddechu, powtórny lewy prosty złamał mu nos i posłał na ziemię.
W tym samym czasie Bambi uciekał przed Piątką. Wiewiórka przeskakując z ramienia swojego przyjaciela na twarz przestępcy, a potem wchodząc mu pod ubranie, odwróciła chwilowo jego uwagę. Okazało się, że mężczyzna ma paskudne łaskotki i zaśmiewając się do łez, najpierw wystrzelił przez przypadek w ziemię, a potem upuścił pistolet. Dzięki temu Bambiemu udało się wezwać inne zwierzątka i na Szóstkę i Dziewiątkę spadła chmara wróbli. Niestety szybko się od nich odgonili, strzelając w powietrze. Piątka też pozbył się gryzonia, rzucając nim o drzewo i rogaty chłopak został sam naprzeciwko trójki bandytów. Nie miał z nimi szans.
Tam samo jak Marysia przeciwko Asowi. Facet był ogromnym jak góra, łysym mięśniakiem w białym podkoszulku z pojedynczym symbolem pika na szerokiej klacie. Odgadł bez pudła, na czym polega jej zdolność, gdy chwyciła za wielkiego kałacha, którego miał przewieszonego na pasku na ramieniu i go zmarchwiła. Chwycił ją za bluzę i rzucił szczupłą dziewuszką. Z krzykiem upadła bezwładnie jak worek na ziemię.
Laura pobiegła ratować pół-Azjatkę, a Blanka Bambiego.
Bateria 67%, obliczam poziom mocy względem masy ciała obiektu. Ładuję pięćset tysięcy wolt — oznajmiła MU21C4, a na prawej rękawicy Laury pomiędzy palcami zaczęły przeskakiwać błękitne wyładowania. As nie zauważył jej, gdy kroczył powoli w stronę Marysi. Tymczasem Darłówna zaszła go od tyłu i przytknęła rękę do jego pleców. Facet wzdrygnął się lekko i gniewnie obejrzał przez ramię.
— O kurcze, nie zadziałało — zauważyła inteligentnie nastolatka i uchyliła się przed jego wielką łapą. Uskoczyła na czas, bo MU21C4 zmieniła układ dysz i dziewczynę odrzuciło do tyłu. — Zwiększ napięcie!
Odmowa. Ze względu na zdrowie paralizatory dostępne na rynku nie posiadają napięcia większego niż pięćset tysięcy…
— Dawaj te wolty! — wrzasnęła Laura, gdy As ją dogonił.
Jego pięść trafiła ją w brzuch. Zawartość żołądka dziewczyny uleciała, tworząc żółto-brązową plamę na koszulce bandziora. Laura poczuła jak kości żeber uginają się, niektóre łamią. Ból był paskudny jak po zderzeniu z samochodem. Na kilka sekund całkowicie straciła inne zmysły. Tak jakby fala neuronów odcięła do nich dostęp. Kiedy wzrok i słuch jej wrócił, leżała na trawie, rzężąc i plując. Serce tętniło jej, nie mogąc złapać odpowiedniego rytmu. Ikonki stanu fizycznego rozpaliły się na czerwono, szybka gogli była pęknięta, ale elektronika działała.
Milion wolt — ogłosiła MU21C4, a Laura ostatkiem sił chwyciła Asa za kostkę.
— Dawaj więcej — warknęła mściwie dziewczyna, wciąż trzymając wyciągniętą rękę, ale nie wiedziała, czy podziałało. Szum w uszach nasilał się, skuliła się w pozycji embrionalnej, przed oczami latały jej mroczki.
Tymczasem Blanka siłowała się z Piątką, który okazał się równie sprawnym bokserem, co ona. Nie miała już swoich wyładowań i widocznie opadała z sił. Obwieszony błyskotkami jak bożonarodzeniowa choinka duet Sześć-Dziewięć obległ Bambiego. Jeden założył mu Nelsona, a drugi chwycił go za szyję i podduszał. Drugą dłonią wodził po jego nagich ramionach, szydząc z jego wyglądu – rogów, owłosionych ramion i klatki piersiowej. Nie musieli się jakoś śpieszyć. Blanka widocznie przegrywała swój pojedynek – miała rozkwaszony nos i wargę, przeszła do defensywy, cofała się przed Piątką. Wszyscy inni młodzi bohaterowie leżeli nieprzytomni, bądź wykończeni.
Wtedy Bartek uznał, że to najwyższa pora, aby sam przeszedł do działania. Niestety już po trzech pierwszych krokach wiedział, że nie uda mu się osiągnąć hiperprędkości. Nie zdołał zaskoczyć Piątki, który uchylił się szybki jak atakująca kobra. Dynamo wpadł na Blankę, która odtrąciła go poirytowana.
— Debi! Pacz pod nogi! — warknęła, sepleniąc nieco przez wystające dolne kły, ale potem Piątka uderzył ją na odlew. Dziewczyna zachwiała się, a on nie odpuścił. Otrzymała kolejne błyskawiczne ciosy w korpus. Przy trzecim uderzeniu, Bartek chwycił mężczyznę za nadgarstek.
— To kobieta jest! — powiadomił draba, a potem zasunął mu z główki. — Wiem, że nie wygląda, ale mimo wszystko, stary, bijesz dziewczynę.
Piątka się zachwiał, bo to nie było pierwsze uderzenie w głowę, które dostał tego dnia.
— I co z tego? — zapytał, plując krwawą plwociną w stronę Blanki. Na twarzy miał krzywy, szyderczy uśmieszek, zęby różowe od rozrzedzonej posoki.
Ojciec wychował Bartka w poszanowaniu dla kobiet. Uderzenie jakiejkolwiek było jednym z najgorszych grzechów, jakie znał. Zwłaszcza ostatnio jego rodzic powtarzał to szczególnie często, jakby chciał przekonać samego siebie i usprawiedliwić przed oczami syna. Pogarda i obrzydzenie, jakie wywołał w Bartku bandyta zalały gardło chłopaka żółcią. Adrenalina i gniew przywróciły na chwilę jego hiperprędkość. Zobaczył ruchy mężczyzny jak w zwolnionym filmie. Pięść, którą wycelował w jego żebra, a która miała odwrócić jego uwagę od nogi, która miała trafić w rzepkę. To przelało czarę goryczy. Furia pozbawiła Dynamo ostatniego hamulca.
— ŁAAAAAAGHHH! — ryknął Piątka, lądując dłońmi na ziemi. Nogi miał powykręcane pod dziwnymi, nienaturalnymi kątami. Z jednej wystawała kość, a jej biel niesamowicie kontrastowała z otaczającą ją czerwienią.
— Przegłeś pałę. Spróbuj zrobić sobie opaskę uciskową — poradził mu Bartek chłodno, a wzrokiem już namierzał parę Sześć-Dziewięć. Zostawił krwawiącego przestępcę, zupełnie nie myśląc o tym, że tamten może mieć broń.
Lufa została wycelowana w jego plecy.
Na szczęście Blanka nie była taka w gorącej wodzie kąpana i uderzeniem dłoni w szyję zgasiła Piątkę, a potem odebrała mu pistolet. Kiedy Szóstka zauważył idących w ich kierunku Dynamo i uzbrojoną Elektro Orczycę, ze zdziwienia aż poluźnił uścisk i wpół zemdlony Bambi opadł na kolana. Dziewiątka podążył za spojrzeniem swojego partnera i zaklął miękko pod nosem. Ocenili swoje szanse, ale jeden rzut oka na pole walki sprawiło, że poddali się bez ceregieli. Podnieśli ręce nad głowę i odstąpili od pobitego chłopaka.
Dopiero wtedy Agata odważyła się wyjść zza drzewa, za którym ukrywała się przez cały czas. Holofon wypadł jej z drżącej dłoni. Zrobiła kilka chwiejnych kroków w stronę leżącej wciąż na ziemi przyjaciółki, ale upadła na kolana i zwymiotowała. Nie brała czynnego udziału w walkach, ale mimo to sama bliskość wystrzałów i widok przemocy sprawiły, że dostała szoku. Chwilę zajęło jej pozbieranie się do kupy. Otarła holofon z kropelek wymiocin, schowała go i podniosła się na nogi.
Musiało minąć więcej czasu niż jej się wydawało, bo Marysia, która leżała nieprzytomna, została doprowadzona do porządku przez Bartka i tworzyła właśnie makaronowe liny do związania przestępców. Laura też już stała o własnych siłach, chociaż trzymała się za potłuczone żebra. Chodziła ostrożnie, ale zajmowała się wiązaniem bandytów. Jedynie Bambi i Dynamo opadli z sił na tyle, że usiedli pod resztkami czekoladowego drzewa. Rogaty chłopak zasnął skulony pomiędzy wilczurem i wiewiórką, a Bartek żuł kawałki gałęzi. Jemu też powieki opadały. Wyglądał jakby schudł od rana, policzki miał nieco zapadnięte. Najlepsze wrażenie z nich wszystkich sprawiała Blanka. Nieco poobijana, ale ogólnie sprawna i z trzeźwym spojrzeniem. Cała reszta, nawet jeśli się poruszała i działała, robiła to na autopilocie, bo mieli puste oczy i twarze.
— Ogarnęłaś się? Klapnij sobie obok Bartka, tylko nie od strony Bambiego, bo wilczek trochę niespokojny wciąż — powiedziała Laura, kiedy zauważyła stojącą Agatę. Uśmiechnęła się do niej blado, aby nie przysparzać zmartwień. Widzisz? Już wszystko w porządku, mówił ten uśmiech.
Pocieszała ją. Dbała o nią. A przecież Agata stała i patrzyła jak jej najlepsza przyjaciółka zostaje pobita przez draba dwa razy większego od niej. I nie zrobiła nic, bo nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Była sparaliżowana strachem. Zupełnie niezdolna do działania, bezbronna i bezsilna. Tak to właśnie miało wyglądać?
— Oki — odparła nieswoim głosem. Ledwo dowlokła się we wskazane miejsce. Czuła się chora, a przecież jako jedyna nie została nawet draśnięta w tej potyczce.
Kilka minut później nad głowami zobaczyli przelatujący ognisty motocykl. Tuż za nim leciał Niszczyciel w pełnym uzbrojeniu, ale nieco dymił. Ścigał ich w pojedynkę Anioł Stróż, lecz na jego widok wszyscy młodzi superbohaterowie zaczęli krzyczeć i machać do niego. Zatrzymał się, zawahał, powiedział coś do mikrofonu na klapie błękitnej marynarki. Koniec końców zleciał do nich, rozsiewając typową dla niego aurę łagodności i spokoju.
— Widziałem go i jestem prawie pewny… Tak. Powodzenia — usłyszeli, gdy podchodził do lądowania. Mówił nadal do mikrofonu. — Grupa Alfa? Potrzebuję wsparcia przy bramie od strony cmentarza. Z jakieś dwieście metrów. Szóstka dzieciaków i… Talia Pika.
Najbardziej wielbiony superbohater Rzeczypospolitej był niższy niż wyglądał w telewizji, ale miał tak samo olśniewający uśmiech, przystojną twarz i nienaganną sylwetkę. Do tej pory niemalże po żołniersku opanowana Blanka zaczerwieniła się, gdy wzrok niezapominajkowych oczu Stróża wyłowił ją z tłumu i mężczyzna zwrócił się do niej, pytając o przebieg wydarzeń.
— Cóż. Tak. Właśnie my to zrobiliśmy. Tak. No.
— Osłanialiśmy odwrót rannych i niezdolnych do walki — dodała wyzutym z emocji głosem Laura. — Nie wie Pan, co z resztą? Dotarli do bramy? Są bezpieczni?
Pokręcił potakująco głową, a ona odetchnęła.
— A wam nic nie jest?
Laura rozejrzała się po kolegach i koleżankach, jakby zastanawiała się nad odpowiedzią na to pytanie i szukała jej u innych. Oni wzruszali ramionami, kręcili przecząco głowami. Ale wyglądali jak po powrocie z frontu wojennego.
— MU21C4? — spytała dziewczyna swojej SI, a potem powtarzała za nią. — Marysia Hồng Nguyễn pięciokrotnie została postrzelona z krótkiego dynstansu…
— To tylko siniaki — zaprotestowała nieśmiało pół-Azjatka. — Kule zmieniły się w jagody. Nic takiego.
— Ma obitą wątrobę. Potrzebne będzie dokładne prześwietlenie — dokończyła Laura, monotonnym głosem. Celownik w goglach namierzył kolejną osobę. Ekranik wyświetlił pełne dane. — Bartek Krawczyk jest odwodniony i wygłodzony. Prawdopodobnie jego ciało zaczęło czerpać energię nawet z masy mięśniowej ze względu na braki. Musi zostać podłączony natychmiast pod kroplówkę… Bambi… To znaczy Oliwier Białobrzeski… Sorki, ale Bambi do ciebie pasuje, no… — wytraciło ją z rytmu naburmuszone spojrzenie chłopaka.
— W ogóle skąd wiesz jak się nazywam?
— MU21C4 zapamiętała. Mi wystarczył Bambi. Pobity, stan stabilny, nie wymaga leczenia. Jedynie kilku bandaży i plastrów… Tak samo Blanka Kuryłowicz. Agata jest w szoku, a poza tym spoko. Inni… Trochę ich sponiewieraliśmy, zwłaszcza tego z V wygolonym po bokach głowy. Połamane ma obydwie nogi. Złamanie otwarte — zakończyła swój raport. Nagła cisza trochę jej ciążyła, więc przestępowała z nogi na nogę.
— A ty? — zapytał w końcu Anioł.
— Ja? — powtórzyła za nim, nieco zdziwiona. — Okej. Tylko żebra mam potłuczone… Połamane... — zawiesiła się, słuchając MU21CA. — I przydałoby mi się prześwietlenie, bo mogę mieć wstrząśnienie mózgu.
Niedługo później dołączyła do nich trójka w czerwonych kombinezonach z literą A na piersi i plecach. Grupa Alpha. Pierwsi absolwenci Warszawskiej Akademii Bohaterów. Wampirzyca, wampir energetyczny. Nawet z daleka zdolna odebrać przeciwnikowi energię życiową. Trzy lata temu idealnie szczupła, teraz z zaokrąglonymi biodrami i pupą, okrągłą buzią. Pewna siebie i uśmiechnięta zawadiacko. Jedyna słabość? Roboty. Obok niej wysoki i chudy Metal o długich, stalowoszarych włosach. Zdolności magnetyczne. Miał mnóstwo kolczyków i znudzoną minę. Podobno chłopak Wampirzycy, ale plotki nie były potwierdzone. Pochód kończył drobny, ale umięśniony Mrówka – zdolny unieść dziesięciokrotność własnej masy ciała. Grupa Alpha podeszła do swojego mentora, a później zajęli się Talią Pika.
Za nimi podążały służby medyczne.
Pierwsza, wymarzona przygoda Laury dobiegła końca. Sądziła, że powinna towarzyszyć jej satysfakcja. Tymczasem miała wrażenie wypalenia i pustki.



***


Żadne z nich nie czuło się jak bohater.
Szpitalna sala przyjęć wypełniona była przyszłymi-niedoszłymi studentami WABu. Podrapanymi, posiniaczonymi, czasami połamanymi. Zakurzonymi – biały pył pokrywał ich twarze, ubrania, włosy, więc wyglądali jakby przedwcześnie osiwieli. Ostateczny egzamin, który sądzili, że będą zdawać dopiero po pięciu latach nauki, przyszedł niespodziewanie szybko i nikt nie był na niego gotowy.
Ale jak to w życiu bywa – nic nie spajało więzi tak mocno jak wspólnie przeżyty kryzys.
Marysia wylądowała w szpitalnym łóżku ze względu na podejrzanie wyglądającą na prześwietleniu wątrobę. Nie mogła dodzwonić się do rodziców, więc Laura z Agatą postanowiły nie zostawiać jej samej. Zdziwiły się, gdy dołączył do nich Bartek. Nguyễn nie mogła korzystać ze swoich zdolności, bo dostała zakaz od lekarzy, a chłopak nie zamierzał jeść szpitalnego jedzenia, więc skończyło się na tym, że całą piątką – później do łóżka obok trafił owinięty w bandaże Bambi – zamówili dostawę z Maca. Dziewczyny i Bambi mieli po jednej torbie z zestawem, wokół Krawczyka piętrzyło się ich sześć. Opustoszył trzy z nich, hamburgery zjadając w trzech gryzach, ale wcale nie wyglądało na to, że zwalnia tempo.
— Kurcze, stary, ale ty masz spust! — Oliwier patrzył z podziwem. Sam powoli żuł kanapkę, popijając łyczkami coli.
— Nie rozboli cię po tym żołądek, kochanieńki? — zmartwiła się Laura. Sama dbała o linię i śmieciowe jedzenie odchorowywała za każdym razem paskudnymi bólami, jednak wiedziała, że gdyby nie zamówiła razem z innymi to zostałaby klasycznym podkradaczem frytek. Ona też się nie śpieszyła zanadto.
Bartek machnął ręką.
— Ja nie choruję. Brzuch mnie nie bolał nigdy. Nie wiem, czy kiedykolwiek miałem choćby katar. Jak mi super-szybkość wylazła to lekarze mnie badali. Moje białe krwinki są tak samo szybkie jak ja. Zasuwają małe skurczybyki tak, że żaden wirus nie zdoła się rozplenić — wyszczerzył zęby. Na siekaczach miał kawałek sałaty. Agata pokazała mu to na migi, więc szybko przepłukał usta colą.
— To ci zazdroszczę, bo ja choruję przynajmniej raz w roku — westchnęła Marysia. — I wtedy nawet jak na coś kicham to to zjedzeniam, co jest dość… niehigieniczne.
Laura parsknęła krótkim śmiechem.
— Fuj — skrzywiła się Agata i spojrzała na przyjaciółkę czujnie. Darłówna uśmiechała się nieustannie, ale teraz nie było w tym grymasie radości. Nie dosięgał on jej oczu, które pozostawały zmartwione i zamyślone.
— Muszę nosić maseczki, bo raz zmieniłam swój nowiuśki holofon w tabliczkę czekolady przez przypadek — westchnęła pół-Azjatka.
— No właśnie... Tak się zastanawiałam. Skoro nie wszystko zmieniasz dotykiem to po co nosisz rękawiczki? Potrzebne ci one w ogóle? — spytała Piórkówna, chwytając za swój nieodłączny holofon. Dotknęła ekranu, ale nie pobudziło go to do życia. Naciskała, restartowała i nic.
— Nie muszę, ale łatwiej mi się ogarnąć jak je mam. Jakoś to zależy od emocji i tego, czy jestem głodna. Jak robię się wygłodniała to wcale nie umiem nad tym panować — odpowiedziała Hồng, ale Agata tego nie zapisywała.
Na wyświetlaczu holofonu rozbiła się pojedyncza kropla. Jego właścicielka pociągnęła nosem.
— Ty beczysz? — Laura natychmiast zauważyła zmianę nastroju przyjaciółki.
— Filmik. I notatki. Popsuł się, bo go zarzygałam — jęknęła w odpowiedzi.
— I stąd ta histeria? — prychnęła lekceważąco Darłówna. Druga dziewczyna chciała się odszczeknąć, ale aż zapowietrzyła się z oburzenia. Tymczasem tamta kontynuowała: — Dasz mi go to w nim poszperam. Pamięć powinno dać się uratować. Poza tym… — popukała w swoje czerwone gogle. — …tu jest kopia zapasowa. Nagrywałam wszystko. Zawsze analizuję działanie MU21C4. Jeszcze nie do końca jesteśmy zgrane. Masz całą walkę z mojego punktu widzenia. To chyba też nieźle? — Agata patrzyła na nią, zamykając i otwierając bezgłośnie usta. Laura zdjęła okulary i wyjęła z białej oprawki miniaturową pamięć. — Lepiej schowaj ją sobie do portfela, bo zgubisz, kochana.
Blogerka przyjęła nośnik i z zupełnie niezrozumiałych powodów rozryczała się jeszcze gorzej. Schowała go tak jak radziła jej przyjaciółka, a potem przeprosiła ich i poszła do toalety.
— Nieźle ją dziabło — zauważył mało delikatnie Bartek. Skończył wszystkie hamburgery i zostały mu same frytki z piciem. Siorbał ze słomki, wysysając z opakowania ostatnie krople.
— Ta. Pytanie tylko co takiego. Nie zauważył ktoś z was? Któryś z tych… z Talii coś jej zrobił? — spytała zmartwiona Laura.
Chciała nazwać bandytów bydlakami, ale nie przeszło jej to przez gardło. Darłówna marzyła o tym, że będzie chronić ludzi przed złem. Takim nieokreślonym, tajemniczym i groźnym. Zło nie miało twarzy, nie krwawiło, ani nie cierpiało. Było nieme i zbędne jak chwasty. Tylko okazało się nagle, że to ludzie zagrażają innym ludziom. Ochrona jednych oznaczała krzywdę innych. W swoim rynsztunku nie przewidziała możliwości robienia trwałych uszkodzeń. Miała strzałki usypiające, paralizator. Stanowczo za mało. Już podczas walki postanowiła, że będzie musiała wyposażyć się w tarczę, albo pancerz. I więcej broni, bo inaczej nie zdoła przeżyć. Musiała pogodzić się ze swoją rolą, jeśli miała być skuteczna.
Kłopot polegał na tym, że nie wiedziała, czy będzie potrafiła. Problemy techniczne wydawały się łatwe do rozwiązania w porównaniu z tymi natury moralnej.
— Ja nic nie zauważyłem. Stała i filmowała — Bartek odpowiedział na pytanie dziewczyny.
— Może właśnie o to chodzi? — cicho zauważył Bambi. Miał pochyloną głowę, a ciemne włosy opadały mu na oczy. Delikatnie tulił do nagiej piersi wiewiórkę. Zwierzątko nie odzyskało jeszcze przytomności. — Ja też nic sam nie mogłem zrobić. To wcale nie jest fajne uczucie. Ją tu musi dręczyć jeszcze gorzej. Ja przynajmniej próbowałem.
Zapadła chwilowa cisza.
— Debile — mruknęła poirytowana Laura. — Każdy działał w miarę swoich możliwości. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Przetrwaliśmy…
— Tylko, że przetrwanie raczej nie wystarczy, prawda? Potrzeba znacznie więcej, nie? — nie poddawał się Oliwier. Opadł bez siły na poduszkę, zahaczył rogami o metalowy szkielet łóżka, więc zsunął się niżej. Patrzył w sufit gniewnie. Jego wilczur siedział z łbem opartym o materac, chłopak miarowo gładził go po puszystych uszach.
— Grupa Alfa daje sobie radę — zauważyła Marysia, a wszyscy przyznali jej rację.
— Jak robi to ktoś inny to wydaje się to takie proste — dopowiedziała Laura i jej też przytaknęli.
Ich pełne zadumy milczenie przerwało tylko kolejne siorbanie Dynamo, opróżniającego ostatni kubek z colą.
— Zjadłbym coś jeszcze — palnął, a oni skierowali na niego niedowierzające spojrzenia spod wpół przymkniętych powiek.
— Mogę ci skoczyć po coś do sklepu na dole. Poszukam przy okazji Agaty, bo coś długo nie wraca — Laura zerwała się ze swojego miejsca. Wolała działać. Takie siedzenie i smęcenie nie było w jej stylu, ale sama pozostawała wytrącona z równowagi, chociaż starała się to ukryć. Podziwiała Marysię i Bambiego, którzy wydawali się wrażliwi i delikatni, ale nie dostrzegała w nich zwątpienia. Ona sama nie mogła otrząsnąć się z myśli, że trafiła do nieodpowiedniego miejsca, do którego nie pasowała.
— Super. Jakąś słodką bułkę, ze dwa jabłka, trzy batony... Najlepiej Snickersy. Ale Marsy też mogą być. I colę do tego — powiedział, wyjmując z portfela dwie dychy. Zapatrzył się na nie speszony, nim je oddał. — Albo to na co starczy.
— Spoko — wzruszyła ramionami Laura. Dziewczyna nie miała już skokosowiałego naramiennika, ale reszta rynsztunku pozostawała na swoim miejscu. Przez chwilę chciała zdjąć swoją zbroję, ale zaraz potem dostała ataku paniki. Wiedziała już jak czuł się Iron Man, ale nie sądziła, że przyjdzie to do niej tak szybko. On musiał prawie wylecieć w powietrze w wybuchu atomowym po przeleceniu przez portal do innego świata. To brzmiało super i heroicznie. Strach pojawiający się zaledwie po kilku wybuchach, małej strzelaninie (dało się to w ogóle nazwać strzelaniną skoro strzelali jedynie przestępcy?!) i bójce brzmiał jak zła wróżba na przyszłość. Gdyby nie rękawice i turborolki to byłaby całkiem bezradna i bezbronna.
Taka była przecież Agata.
Laura skierowała się najpierw do łazienki w poszukiwaniu przyjaciółki, ale jej tam nie znalazła. Sama skorzystała z toalety, a potem umyła ręce. Stanęła przed lustrem i przyjrzała się swojemu odbiciu. Twarz ściągnięta, piegi odznaczające się znacznie bardziej na nosie niż zwykle. Oczy, w których nadal czaił się strach. Kędziory pokryte białym pyłem. Nabrała wody w dłonie i chlusnęła nimi sobie w twarz. Raz i drugi. Z opuszczoną głową czekała aż strumyczki ściekną z jej skóry do umywalki. Jej ramiona zatrzęsły się w bezgłośnym szlochu. Kiedy podniosła wzrok na lustro po raz kolejny, oczy i nos miała nieco zaczerwienione. Zmierzwiła swoje włosy, aby strzepać z nich paprochy, a potem przećwiczyła kilka uśmiechów. Uszczypnęła się kilka razy w policzki, aby zaczerwienienia wyglądały bardziej naturalnie.
— Tchórzysz? — spytała swojego odbicia, a ono uśmiechnęło się kpiarsko.
Uciekła spojrzeniem, a potem odwróciła się ku wyjściu.
Dopiero wtedy zorientowała się, że ma widownię. Blanka stała w przejściu i co dziwne to ona wyglądała na przyłapaną na gorącym uczynku. Tak jakby chciała wyjść, ale nie zdążyła. Obydwie dłonie miała zabandażowane, na twarzy plaster i poczucie winy. Jednak szybko zmieniła wyraz na obojętny i wyniosły.
— Uciekaj póki możesz — powiedziała do Laury. — Raz się udało, ale twoje życie nie musi tak wyglądać. Masz wybór przynajmniej.
— Wtedy też miałam. Mogłam uciekać razem z innymi. Zostałam — powiedziała gniewnie, ale mało przekonująco. Słychać było w jej głosie wahanie, które obecnie nią targało. Na myśl o tym, że będzie musiała wreszcie zadzwonić do rodziców i im o wszystkim opowiedzieć w żołądku czuła lodową kulę. Obawiała się tego znacznie bardziej niż Talii Pika. Oglądała ostatnie Wiadomości w telewizji i jakoś opinia publiczna zapomniała o młodych studentach, a skupiała się bardziej na "gwiazdach". Czym była Talia Pika wobec Niszczyciela uciekającego z dymiącym tyłkiem przed Aniołem Stróżem?
— I chwała ci za to, bo pewnie by nas pozabijali — uśmiechnęła się drapieżnie Blanka, ale widać było, że dopiero teraz ta możliwość w pełni do niej dochodziła. Podczas walki adrenalina przyćmiewała osądy. Najpierw się działało, a później myślało. I teraz uświadamiała sobie, że miała więcej szczęścia niż rozumu. Dziewczyna skuliła się w sobie, nie górowała tak wzrostem nad drugą jak wcześniej. Jej własne słowa ją spłoszyły, wyrwały się jej nim się nad nimi zastanowiła, dlatego minęła Laurę i poszła do kabiny.
Mogę zaproponować One Woman Army dla podniesienia ducha? — zapytała MU21C4, wyrywając Darłównę z szoku. Laura wzdrygnęła się, na kolejne przypomnienie o polu walki czuła, że coś ssie ją w żołądku. — To może Hero? — nie poddawała się SI. — Jedna z twoich ulubionych.
— Nie, dzięki nie mam na nic ochoty — westchnęła, wychodząc z pomieszczenia.
I chwała ci za to, bo by nas pozabijali słyszała w głowie, jak powracające echo.
Dziewczyna przeszukała wszystkie łazienki na piętrze, ale kiedy i tam nigdzie nie było Agaty, zrezygnowana Laura poczłapała na parter do sklepiku. Zaopatrzyła się w zakupy – dokupiła ze swojej kieszeni trochę cukierków, ciastek i butelkę soku, aby nie siedzieli o suchych pyskach – i wróciła do pokoju. Już na korytarzu usłyszała wesołe głosy młodych bohaterów. Kiedy Laura stanęła na progu, Agata była wśród roześmianych nastolatków.
Darłówna uśmiechnęła się wyćwiczonym uśmiechem, który jakoś nagle zaczął być szczery, bo ich dobry humor zaczął jej się udzielać i rozdała łakocie.
I chwała ci za to, bo by nas pozabijali.
Jej wyobraźnia dopowiedziała jej ciąg dalszy od momentu, gdy Bartek postanowił zakpić z Waleta. Nie byłoby nikogo, kto mógłby w bandziora strzelić usypiającą strzałką. Marysia może by go pokonała, ale bardziej możliwe, że mężczyzna by ją pobił. A jeśli nie on to As na pewno. Dama, Ósemka i Dwójka byliby nadal w grze, reszta młodych bohaterów nie poradziłaby sobie z dodatkowymi przeciwnikami. Obraz martwych ciał jej nowych przyjaciół rozciągniętych na trawie nałożył się na obecny – uśmiechniętych i jak najbardziej żywych.
Blanka się myliła. Laura też już nie miała wyboru.


Bohaterka bez odwrotu…
…odważnie podejmuje wyzwanie
:fire: :fire: :fire: PŁOŃ I PISZ! :fire: :fire: :fire:

Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1833
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jak [nie] zostać bohaterem

Post autor: Kruffachi » 04 września 2018, 12:13

Ładnie ta akcja wyszła :D Każdy miał swoje pięć minut, a ja - jako czytelnik - się w tym chaosie nie gubiłam. Miałam momenty małego zwątpienia, jak wówczas, gdy zastanawiałam się, czy przy Nelsonie druga osoba jeszcze jest w stanie podduszać ofiarę i jakby to miało wyglądać, ale ogólnie jestem zadowolona i wyszło Ci z tego całkiem zgrabne zawiązanie drużyny połączone z krótkim przedstawieniem osobowości. Wady okazują się zaletami, zalety wadami, pozorni słabeusze jak Marysia okazują się de facto kuloodporni i naprawdę ciekawa drużyna się szykuje. I to chyba mi się podoba najbardziej - znaczy to, że haha, człowiek pomidor, dziewczyna spożywczak, niby niepoważne moce, ale obracasz to tak, że okazują się przydatne i Twoje postaci nie są odjechane dla samego bycia odjechanymi. Może bym jeszcze Bambiego zobaczyła w akcji, ale z drugiej strony kumam, dlaczego nie miał wielkiego wejścia i spodziewam się, że aspektem jego wrażliwości jeszcze w przyszłości zagrasz. Nie wiem - może go złamiesz i zmusisz do poświecenia zwierząt, które przywoła? Albo wręcz przeciwnie? W każdym razie kolejne miejsce, w którym masz niezły kapitał na przyszłość.

Na pochwałę też zasługuje to, jak fabularnie rozegrałaś zawiązanie drużyny - zebrałaś ich w jednym miejscu, najpierw pokazałaś antagonizmy, potem zmusiłaś do współdziałania i wreszcie pozwoliłaś im razem lizać rany. Dzięki temu zyskali bazę wspólnych doświadczeń i zalążki relacji. Jest powód, dla którego mogą się wzajemnie obchodzić. To proste, ale bardzo efektywne i dobre rozwiązanie, stanowiące solidny fundament, na którym można zbudować teraz niemal wszystko, a na pewno dający podstawy do uruchomienia za jakiś czas dosyć silnych emocji.

No i lubię te dzieciaki :D Przekonałam się do Blanki. Agata faktycznie wypada na tym tle coraz bardziej antypatycznie, ale z drugiej strony zastanawiam się, czy ten jej lament nad straconym materiałem był szczery, czy może to Bambi ma rację w ocenie sytuacji. Nie dałaś mi zajrzeć do głowy Agaty, więc tego nie wiem i wciąż ma u mnie jeszcze ciut, ciuteńkę kredytu zaufania.

Laura wyrasta na ciekawą postać. Może nie moją ulubioną, ale ciekawą właśnie przez ten ironmanowy aspekt. Ciekawi mnie bardzo, co dodasz od siebie do tego motywu, bo spodziewam się, że coś owszem.

Są tam jakieś rzeczy które mnie dziwiły, jak na przykład to, że nikt nie wparował, kiedy pacjenci wżerali śmieciowe żarcie, a wspominałaś, że część z nich ma podejrzenia obrażeń jamy brzusznej, więc pielęgniarka powinna im tam zrobić piekło, ale OK, to taka opowiastka na luzie, więc w sumie przymykam oko i z pewnością mi rozkminy nad takimi szczegółami nie psują przyjemności i po prostu dobrej zabawy.

Ciekawi mnie w tym wszystkim Niszczyciel i to, czy atakując szkołę, nie zdawał sobie sprawy, że wewnątrz jest jego córka i może ją skrzywdzić, a nawet zabić? To jest chyba pytanie, które mnie obecnie dręczy najbardziej i na które zdecydowanie chcę poznać odpowiedź, botu akurat odczuwam pewne skonfundowanie.

I tyleż. Kawał dobrej rozrywki to był :D Najlepsza wstawka z dotychczasowych, choć oczywiście nie miałaby racji bytu bez dwóch wcześniejszych.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 221
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Jak [nie] zostać bohaterem

Post autor: MononokeGirl » 14 września 2018, 15:51

@Kruffachi Nawet nie wiesz jak bardzo poprawiał mi humor twój ostatni komentarz... i ten przedostatni też xD :tul: Na sb wywołałaś wilka z lasu to wrzucam ostatnią partię, którą mam ^^ Teraz trzeba jeszcze znaleźć wenę, żeby to dokończyć xD *idzie szukać*



2. Najgorszy wróg superbohatera

Aleksander Anioł, przez media nazywany Aniołem Stróżem, klęczał przed krucyfiksem i odmawiał różaniec. Skrzydła miał złożone, głowę pochyloną, więc blond grzywka opadała mu na oczy. Jego usta poruszały się bezgłośnie, palcami bardzo szybko przeskakiwał z koralika na koralik bransoletki, którą nosił na lewym nadgarstku.
Szukał odkupienia, szukał spokoju, szukał zbawienia. Ale przede wszystkim odpowiedzi.
Czy dobrze postępował?
Chciał czynić dobro. Pomagać chorym, biednym i uciśnionym. Jednak czy droga superbohatera - aktywnej strony w konfliktach pełnych przemocy - była dla niego tą właściwą?
Swoje zdolności uzyskał podczas pielgrzymki. Zasłabł nagle, a gdy obudził się po trzech dniach w szpitalu - na plecach miał parę skrzydeł i dotykiem potrafił rozpalać metalowe przedmioty. Wtedy myślał, że ta druga zdolność jest przydatna głównie, gdy ostygnie zupa - błyskawicznie mógł podgrzać każdy kolejny kęs na łyżce. Niestety, albo stety, kiedy stanął przed ojcem biskupem i opowiedział mu o tych zdolnościach - jego przełożony dostrzegł w tym znak od Boga. Przecież to było oczywiste, że Pan postanowił w swej mądrości powołać wiernego sługę do walki z nieczystością i grzechem. Cóż to za zaszczyt! Cóż to za wspaniały dar! Nie wolno go zmarnować!
Aleksander zastanawiał się tylko, czemu dostał takie niszczycielskie zdolności? Czemu jego przeznaczeniem było brać udział w tym niekończącym się kręgu nienawiści? Dlaczego Bóg Ojciec nie zesłał mu leczących dłoni? Albo laski, jaką miał Mojżesz? Dzięki nim mógłby wyleczyć chorych, nakarmić głodnych, napoić spragnionych. A zamiast tego ranił i karał. W głębi duszy Stróż chciałby prosić o łaskę, o oddalenie tego gorzkiego kielicha, ale nie znalazł w sobie nigdy odwagi, aby okazać taką niewdzięczność.
Teraz, gdy zobaczył ranne dzieci - mogły być oficjalnie dorosłe, ale dla niego wciąż byli za młodzi, żeby brać na siebie tak ogromny ciężar i odpowiedzialność - ponownie wróciły do niego te pytania i wątpliwości. Jako najbardziej poważany bohater Polski został poproszony kilka lat wcześniej o prowadzenie tych niewinnych owieczek i został dyrektorem Warszawskiej Szkoły Bohaterów. Myślał, że dzięki jego przewodnictwu ochroni je przed ciemnością. Czy jednak nie prowadził ich prosto do leża wilków?
— …od wszelakich złych przygód racz nas zawsze wybawiać.. — szeptał kończąc modlitwę.
Zanim jeszcze dotarł do ostatniego wersu, ktoś zapukał do drzwi jego gabinetu. Nie mógł odpowiedzieć, więc pukanie powtórzyło się bardziej natarczywe, aż przeszło w irytujący łomot. Aleksander zmarszczył brwi, ale ton jego głosu pozostał łagodny, dopóki nie dotarł do ostatniego “amen”. Przeżegnał się, wstał z klęczek i zamknął drzwi szafy, w której ustawił swój prywatny ołtarzyk (było w tym coś z pierwotnie chrześcijańskiego odkąd w życie weszły przepisy o zeświecczeniu instytucji publicznych).
— Słucham? — zapytał chłodno.
— Żyjesz? — zapytała Czarna Kotka, otwierając drzwi. Wiedziała, że tak, bo miała doskonały, koci słuch. — Zebranie nauczycielskie już się zaczęło.
Stała w progu z ramionami skrzyżowanymi na piersi. Według rankingów w czasopismach Czarna Kotka znajdowała się na pierwszym miejscu popularności wśród superbohaterek. Doceniano głównie jej wygląd. Sylwetka modelki, nawet w bluzie z kocimi uszami, ramonesce i zwykłych leginsach prezentowała się świetnie. Nigdy nie zdejmowała weneckiej maski z twarzy i należała do pokolenia, które nadal nie zdradziło mediom swojej tożsamości, co rozpalało wyobraźnię tłumów. Po internecie krążyły teorie fanów, którzy porównywali kształt jej ust, szukając personaliów Kotki.
— Już idę Fryderyko. Wybacz spóźnienie.
Wzruszyła nonszalancko ramionami.
— Pech mówi, że gdybyśmy podjęli decyzję bez ciebie miałoby to opłakane skutki — wyjaśniła.
Brzmiałoby to, jakby przekazywała wiadomość od zmyślonego przyjaciela. Nigdy nikt Pecha nie widział, ani nie słyszał i tylko jedna Czarna Kotka była pewna tego, że istniał. Podobno był TYM Pechem. Tym, który sprawia, że zatrzaskujesz kluczyki w aucie, czy wylewasz kawę na nową bluzkę. On podążał za tobą i śmiał się złośliwie.
Aleksander uśmiechnął się.
— Tego byśmy nie chcieli. Przecież życzymy naszym przyszłym studentom wszystkiego najlepszego.
Kiwnęła głową, ale nie patrzyła na niego. Wyglądała jakby myślami była gdzie indziej, albo jakby słuchała kogoś innego.
— Teraz będzie dobrze — odparła i zawróciła, kierując się pustym korytarzem do pokoju profesorskiego.
Musiało być, prawda?

***


Chłopak niefrasobliwie nazwany przez Laurę Gimlim tak naprawdę miał na imię Marcin Kowalski i przeżywał właśnie najgorszy moment swojego nieciekawego życia.
Dlaczego?! Odbijało mu się echem po głowie. Od jednej ścianki czaszki do drugiej, jakby pomiędzy uszami miał nagle powstałą pustkę.
Tik-tak, tik-tak, tik, tak – odpowiadał mu zegar ścienny, którego głosu jeszcze chwilę wcześniej nie słyszał. Czas drwił sobie z Kowalskiego. Jeszcze niedawno wydawało mu się, że życie ma szansę zmienić się na lepsze. Podczas rozmów z psycholog po zdarzeniu, sympatyczna kobieta utwierdzała go w przekonaniu, że jego czyny mają znaczenie. Że jego decyzje i marzenia są ważne. Że może osiągnąć każdy z planów, które poweźmie. Że wcale nie jest uwięziony w tej beznadziei, jaką zafundowali mu rodzice-alkoholicy, a później rodzina zastępcza u babci. Że jego największą ambicją wcale nie musi być zbieranie złomu.
A teraz ta iluzja, w którą pozwoliła mu wierzyć psycholożka runęła jak domek z kart. Zamek z piasku, pył na wietrze. Głupota i błazenada.
Wielkimi, serdelkowatymi paluchami miął białą kartkę z urzędowym druczkiem. Jego ciemne oczy, w tej chwili dziwnie suche i szczypiące, nie mogły oderwać się od jednego zdania.
...informujemy, że Pańska kandydatura do Warszawskiej Szkoły Bohaterów została odrzucona
Odrzucona.
Odrzucony. Ponownie został odrzucony. Wzgardzony. Był dziwadłem. Pasował do WABu, jak mało kto, ale nawet tam był zbędny i niechciany. Suchość piekła pod powiekami, gdy zmusił się do zaciśnięcia ich i odcięcia od wirujących przed oczami liter. Jednak nawet w tej ciemności, która zapadła, widzał je cały czas. Tańczyły jakiś plemienny taniec w mroku.
Późniejsze kilka godzin jakoś nie potrafił sobie przypomnieć, czy poukładać w chronologicznym ciągu zdarzeń. Cudem trafił do sekretariatu w WABie, cierpliwie odczekał na swoją kolejkę, bo nie był oczywiście jedynym interesantem, wszedł. Musiał przedstawić swoją sprawę, a może tylko pokazał ten papierek? Z letargu bliskiego katatonii, wyrwała go wreszcie odpowiedź typowej biurwy:
— Przykro mi, ale decyzja została podjęta odgórnie. Może pan złożyć podanie o powtórne rozpatrzenie wyników, czy o możliwość obejrzenia arkusza, ale raczej nic to nie zmieni. Jest określona liczba miejsc i tego nie uda się przeskoczyć... — Zmiękła nagle, patrząc na czerwone jak jabłuszka policzki Kowalskiego i jego drżącą, dolną wargę. — A jaką ma pan zdolność?
— Nadaję duszę przedmiotom. Broni, ale nie tylko. Mam w domu zestaw filiżanek, które uwielbiają robić kawę. Żadna inna tak nie smakuje — odparł i zobaczył w jej oczach zainteresowanie. Zapewne z powodu magicznego słowa kawa. Wcześniej martwe oczy sekretarki rozbłysły wewnętrznym, nieco chorobliwym blaskiem.
— Mogę poradzić jedynie, aby pan spróbował może działalność własną założyć? W Urzędzie Pracy może pan spróbować o jakieś dofinansowanie się starać. Na razie nie mamy nawet odpowiedniego wydziału. To nie są zdolności bojowe, z tym to mógłby pan może bardziej na ASP? Albo Politechnikę? Metalurgię, ceramikę, czy coś... Możliwe, że gdyby miał pan do sprzedania już gotowe produkty to któryś z bohaterów byłby nimi zainteresowany... Bo ja taką filiżankę to chętnie bym zobaczyła — uśmiechnęła się do niego. Chwyciła za karteczkę i zapisała mu oficjalnego maila do sekretariatu. — W razie, czego proszę przesyłać tu. Po co ma się pan fatygować osobiście.
Podała mu różową karteczkę i odwróciła wzrok do komputera. A on stał tam jak baran, spławiony, z pustką w głowie. Udzieliła mu bezużytecznych informacji i nawet nie potrafił się na nią gniewać. Dostał ochłap jak pies, zamiast udka z kurczaka to samą kość. I może powinien się jeszcze cieszyć? No, Azor, masz, patrz jaki smakołyk!
Upokorzony i pokonany nie potrafił znaleźć odpowiedniej riposty, więc ze zwieszoną wstydliwie głową opuścił pokój.
Schodził powoli ze śnieżnobiałych, marmurowych schodów, ledwo powłócząc nogami, gdy zadzwonił jego telefon. W pierwszej sekundzie nie zwrócił wcale uwagi. Nie miał ochoty na wychodzenie z tego stanu całkowitego zobojętnienia. Peja z dzwonka szalał, cisnąc jak karabin maszynowy kolejne wersy. W końcu Marcin uznał, że melodyjka tylko go w tej chwili jeszcze bardziej irytuje, więc wygrzebał stary, poobijany aparat z kieszeni spodni. Miał zamiar odrzucić połączenie, ale odruchowo nacisnął na zieloną słuchawkę. Numer był zastrzeżony, więc tym bardziej złościła go ta pomyłka.
— Szzzzlag — mruknął. — Halo? — mruknął warkliwie.
— Dodzwoniłem się do pana Marcina Kowalskiego? — głos męski, lekko skrzekliwy, obojętny. Jeśli należał do telemarketera to facet musiał być już pod koniec swojej zmiany i miał gdzieś zalecenia. Nie można go nawet było podejrzewać o posiadanie takiej cechy jak optymizm, czy radość, które charakteryzowały telefonicznych sprzedawców.
— No. I co? — spytał nieco zbity z tropu.
— I dobrze. Co pan robi dzisiaj o dwudziestej? — nieznajomy przeszedł od razu do konkretów.
Marcin zdał sobie sprawę, że nie usłyszał tej formułki z imieniem i zapewnieniem, że dla jego bezpieczeństwa ta rozmowa jest nagrywana. Pracował w call center, więc sam mógł recytować szablonowe kwestie i argumenty. Nawet przez sen, co podobno nie raz mus się zdarzało. Poczuł lekki dyskonfort, ale też ciekawość.
— Nie pański interes. W jakiej sprawie ten telefon?
— Nie do końca moim, ale raczej w pańskim, jak mam być szczery — odparł, a brzmiało to jak kurwa, czemu akurat ja muszę gadać z tym idiotą? W końcu nie wytrzymał i porzucił grzeczności, które i tak nie brzmiały naturalnie w jego wykonaniu. — Posłuchaj, wiemy, że wydupczyli cię w WABie. Nie nadajesz się na mięso armatnie na pierwszą linię frontu. Trudno. Ale WAB to nie jedyna możliwość.
Ostatnie słowo zawisło pomiędzy nimi. Marcinowi serce zaczęło bić szybciej.
— Z kim rozmawiam? — wydukał. Nagle zaschło mu w gardle. Cała ta suchość piekła i szczypała. Usłyszał wcale niewesoły śmiech. Kowalskiemu na karku zjeżyły się wszystkie włoski.
— Młody, serio? A ruszasz czasami mózgownicą? — nagle poirytowany rozmówca zapomniał zupełnie o uprzejmości, nawet tak słabo udawanej.
Marcin przyspieszył kroku. Nogi mu się plątały, więc niewiele na tym zyskał, ale chciał jak najszybciej oddalić się od głównego wejścia uczelni. Wszedł pod cień rzucany przez młode lipki wzdłuż aleji. Przekradał się pomiędzy nimi, jak grubszy brat Szpiega z Krainy Deszcowców.
— Tak, dlatego mam cholerne wrażenie, że to ten moment, żebym się rozłączył — odparł, ale zdradziło go rozemocjonowane drżenie głosu.
Rozłącz się, niech on się kuźwa rozłączy – modlił się w duchu, ale sam nie naciskał czerwonego przycisku. Tak naprawdę w głębi duszy miał ochotę kontynuować rozmowę, chociaż czuł, że wyjdzie mu to potem bokiem i koniec końców obróci przeciwko niemu. A jednak jakaś złość, rozgoryczenie kazały mu brnąć dalej, brak perspektyw i ogólna beznadzieja, gdy patrzył w przyszłość nie pozwalały mu przerwać.
— Posłuchaj, baranie. Dwudziesta, Centrum. Jak cię nie będzie to sam jesteś sobie winien.
I wreszcie rozbrzmiał urywany sygnał.
O jakieś dwadzieścia sekund za późno. Marcin zapamiętał czas i miejsce.



***


Odrzucona.
Bam! Powraca.
Piłeczka golfowa, którą Laura podrzucała, leżąc na łóżku odbiła się po raz trzydziesty piąty i jak po sznurku wróciła do ręki dziewczyny. Kiedyś był to jej ulubiony sposób na myślenie. Podrzucając tak piłeczkę, wymyśliła swoją zbroję i plan kariery na Warszawskiej Akademii Bohaterów. Niestety jej mama słuchając tego bębnienia przez kilkanaście godzin dziennie, nie wytrzymała i w końcu wszystkie piłki Laury w tajemniczych okolicznościach zniknęły z ich mieszkania. Ta jedna przetrwała schowana w szufladzie biurka w domu ojca. Od zakończenia egzaminów Darłówna spędzała mnóstwo czasu, leżąc w ten sposób.
Czterdzieści osiem, bam!, czterdzieści dziewięć, bam!… Siedemdziesiąt dwa, bam!, siedemdziesiąt trzy, bam!… Sto… Bam! Bam! Bam! Iść do WABu? Bam! Nie iść do WABu? Bam! Może jednak na Politechnikę? Bam! Otwierać kopertę, czy nie otwierać koperty?
Rzeczona koperta miała niebieską pieczątkę Akademii i została zaadresowana do Laury Darło. To był już ten czas, gdy uczelnie decydowały o losach setek młodych ludzi.
Bam! Dwieście piętnaście! Bam! Dwie… Nagle Laura wzdrygnęła się zaskoczona przez wibrujący holofon, zgubiła rytm i piłeczka zamiast w ręce wylądowała na jej czole.
- Cholera - zaklęła, rozcierając bolące miejsce i unosząc się na łokciu. Piłka potoczyła się po podłodze i zniknęła z pola widzenia. Krótkim gestem Laura odblokowała holofon, jej oczom ukazała się wiadomość od Agaty:
Marysia się dostała!!!
Po pierwszym zdaniu następowało kilkanaście radosnych emotikonek z gwiazdkami, uśmiechniętymi buźkami i kwiatkami.
A TY?!!!
Wystraszona emotka zrobiła się aż niebieska ze strachu. Twarz Laury pewnie miała podobny kolor.
Była w domu całkiem sama. Mama nadal znajdowała się w szpitalu, a gdy córka do niej zadzwoniła, okazało się, że akurat idzie na badania i nie może rozmawiać, więc oddzwoni kiedy będzie mogła. I albo nadal nie mogła, albo zapomniała, bo holofon uparcie milczał od kilku godzin.
Z ojcem dziewczyna nawet nie próbowała się kontaktować. Doskonale potrafiła przewidzieć jego reakcję i nie miała ochoty tego znosić - jego radości, kiedy ona będzie rozpaczać, czy jego złości, gdy ona będzie się cieszyć. Na szczęście nie było go w domu - miał jakieś ważne spotkanie z klientem biznesowym. Od kilku dni często wychodził, a Laura miała wrażenie, że unika jej specjalnie. Co dziwne po wydarzeniach, które rozegrały się w Akademii Darło zamiast dostać napadu szału i po raz milionowy wygłosić córce przemowę “bo ja wiem jak to się skończy” okraszoną obficie “a nie mówiłem?”, zaczął schodzić jej z oczu. Przez chwilę myślała, że urządza jej ciche dni, ale był przy tym zbyt spolegliwy, zbyt łagodny. Zupełnie nie wiedziała, co działo się w jego głowie, ale wątpiła, aby nagle zmienił zdanie, co do WABu. Jakby nie było - to po nim Laura odziedziczyła ośli upór.
Dziewczyna sięgnęła po kopertę, ale nie próbowała otwierać. Siedziała tylko ze zwieszoną głową, przyglądając się białemu pakunkowi. Samotna i świadoma konsekwencji swojej decyzji jak nigdy wcześniej. Świadoma własnej dorosłości.
Nie tak to miało wyglądać.
Mysia wystraszona wcześniejszymi hałasami wyszła z jakiejś dziury, w której spała i znalazła się nagle na biurku. Stanęła na tylnich łapkach i patrzyła na swoją właścicielkę czarnymi ślepkami. Laura uśmiechnęła się do niej odruchowo. Wzięła zwierzątko na w rękę i posadziła sobie na ramieniu. Czując jej znajomy ciężar, ciepło i miękkie futerko przy policzku, Darłówna była odrobinę mniej samotna.
- To jak? Gotowa? Bo ja wcale - powiedziała do gryzonia, zanim rozerwała kopertę.
…oznajmiamy, że Pani kandydatura została zaakceptowana…
Serce Laury waliło jak młotem. Dłonie się trzęsły. Wzrok zamgliły łzy. Sięgnęła po holofon, łzy skapywały jej z nosa i rozbijały się na wyświetlaczu, gdy w odpowiedzi wystukała:
JA TEŻ!!!
… z kilkunastoma uśmiechniętymi mordkami.
Dziewczyna zupełnie nie potrafiła uwierzyć w to co przeczytała. Kiedy minął pierwszy szok i otarła oczy na tyle, żeby doczytać dalej, znalazła ręczny dopisek:
Pani kandydatura została osobiście polecona przez dziekana wydziały bohaterstwa prof. Fryderykę Kat.
Zupełnie nie rozumiała, co to miało znaczyć. Nie znała pani profesor Kat, ale ten dopisek sprawił, że wstąpiła w nią dziwna otucha. Bycie poleconym przez samą panią dziekana raczej nie zdarzało się codziennie. Nie wiedziała, czym i kiedy się zasłużyła, że taki zaszczyt ją spotkał, ale sprawiało jej to satysfakcję. Uznała, że jest to coś czym warto by było się pochwalić Agacie, więc chwyciła za holofon - akurat, żeby zobaczyć, że przyjaciółka do niej dzwoni. Po raz trzeci. Wcześniej Laura była tak oszołomiona, że nawet nie zauważyła wibracji i migania, bo dźwięk miała wyłączony.
- GRATULACJE!!! - ryknęła Piórkówna, kiedy Laura odebrała połączenie. - Wiedziałam, że dasz radę! Dostałaś się do Akademii szczęściaro!
- Teraz jeszcze muszę ją skończyć - odpowiedziała Darłówna i miał to być żart, ale zabrzmiał śmiertelnie poważnie. Było to do niej tak niepodobne, że po drugiej stronie słuchawki zapadła grobowa cisza.
- Laura? - niepewnie zapytała Agata, jakby chciała się upewnić, że po drugiej stronie na pewno znajduje się jej przyjaciółka. - Coś się stało? - zapytała, gdy nie dostała odpowiedzi.
Tymczasem na usta Laury cisnęło się zbyt wiele słów, zbyt trudne było, aby wybrać te odpowiednie. Co miała powiedzieć? Że nie sądziła, że ją przyjmą, bo nie jest nikim wyjątkowym? Jest zwyczajnie za słaba, aby obronić siebie, a co dopiero, aby bronić innych? Miała przyznać na głos, że się boi? Że po cichu liczyła, że się nie dostanie, bo wtedy miałaby wymówkę, aby zrezygnować? Powiedzieć, że jej rodzice mają rację? Nie podoła temu wyzwaniu i da się zabić. Nie zdoła odwrócić się do potrzebujących plecami i zginie, próbując ich chronić. Wiedziała, że się nie podda, nie ucieknie i jeśli miałaby ponownie stanąć naprzeciw Talii Pika to znowu dokonałaby takiego samego wyboru. Poprzednim razem miała szczęście. Niestety nie była bohaterką numer trzy w Polsce - uwielbianą Czarną Kotką, która mogła korzystać z pomocy Pecha zsyłającego nieszczęścia na jej przeciwników. Była całkiem zwyczajną nastolatką z całkiem zwyczajnym fartem, który w każdej chwili mógł się skończyć.
- Agata… Wiesz. Ja nie jestem super - wydukała w końcu.
- Co? - zdziwiła się Piórkówna i parsknęła krótkim śmiechem. - Raaaany! Ja myślałam, że coś poważnego się stało. Że twoja mama ma się gorzej, czy coś, głupia ty. Nie strasz mnie tak!
Laura chciała się oburzyć, że dla niej to jest dość poważny problem, bo nie dość super bohaterowie kończą na cmentarzach, ale nie zdołała nic wtrącić, bo Agata ciągnęła dalej:
- Nie zaglądałaś do Rubryki? Internety oszalały na twoim punkcie!
- Eee? - Mózg Darłówny działał zbyt wolno i jakoś nie potrafiła połączyć kropek.
- Wstawiłam dzisiaj filmik z wami i Talią. W ciągu godziny nabiłam pięćdziesiąt tysięcy wyświetleń! Pięćdziesiąt! To więcej, niż w ciągu ostatnich kilku lat!
- Nieźle. Wow. I co niby to mnie tak oglądają? - spytała zaskoczona Laura, ale już jej było miło. Czuła jak duma pączkuje w niej nieśmiało.
- Poczekaj… - W tle słychać było stukot klawiszy laptopa. Przypominał nieco warkot karabinu maszynowego. - Słuchaj tego! “Ta laska z rolkami wymiata!” Albo: hmmm… “…zgasiła największego koksa - nigdy bym się nie spodziewał”. Albo: “potrafi dokopać”… Hmmm, coś tam coś tam “będę śledziła jej karierę, rośnie druga Czarna Kotka”. Albo to najlepsze! “Cyber-dziewczyna jest hot! Akcja z paralizatorem była świetna. Dobrze, że narzygała na palanta! Należało mu się!” Słyszysz? Masz już swój super-pseudonim! Teraz niemal wszyscy nazywają cię Cyber-dziewczyną!
Pączek został hojnie podlany i rozkwitł szerokim uśmiechem Laury.
Bała się. Pewnie, że się bała. Jednak jakoś przestało to mieć znaczenie. Jeśli poradziła sobie bez żadnego przeszkolenia, to po zdaniu Akademii na pewno da sobie radę z wymagającą karierą superbohaterki, prawda?



***


Niszczyciel swoją jaskinię superzłoczyńcy miał mało oryginalną i złowieszczą, bo w zwykłym magazynie. Kupił go za pierwsze skradzione pieniądze i to po okazyjnej cenie. Wokoło było całkiem pusto, bo znajdował się on niedaleko torów w obecnie niezbyt popularnym punkcie. Zbudowana nieopodal trasa szybkiego ruchu nie miała żadnego zjazdu w jego stronę, więc magazyny zostały porzucone i zapomniane. Ceglane ściany się kruszyły, metalowe dachy zapadały, chwasty na drodze zaczęły tworzyć nieprzejeżdżalną zaporę. Idealne miejsce.
Jeśli ktokolwiek się tu zapuszczał to byli to właściciele psów z pupilami na spacerach, albo bezdomni, szukający schronienia, czy złomu do sprzedaży. Tych pierwszych złoczyńca odstraszył stawiając parkan z tabliczką, że znajduje się tam mienie wojskowe. Tych drugich musiał niestety pozbywać się na bieżąco i bez przerwy na nowo kombinować, co robić z ciałami. Zimą było łatwo - wystarczyło strzelić w nich z działka zamrażającego, a potem zostawić pod jakimś mostem, czy na działce. Na szczęście w ciągu lat udało mu się wypracować system, dzięki któremu coraz rzadziej musiał posuwać się do ostateczności. Pod magazynami wydrążył trzypoziomową piwnicę, stworzył korytarz prowadzący do tajnego wejścia poza obszarem magazynów, więc mógł uszczelnić ogrodzenie. Teren chroniły kamery założone dookoła, a także stróżujące roboty typu Ż.M-1.J.
Zbigniew Darło wysiadł z autobusu na wiadukcie i zszedł schodkami pod most. Wiał wiatr, więc głębiej nacisnął na czoło fedorę, postawił kołnierzyk cienkiego płaszcza, chowając za nim dolną połowę twarzy. Doszedł do połowy muru, rozejrzał się, a potem kliknął na guzik pilota, który wyjął z kieszeni. Coś za ścianą zaczęło chrobotać, a potem jedna z płyt wsunęła się do węwnatrz, wokół szczeliny włączyły się odkurzacze, aby wciągnąć pył i drobne kamyki, sypiące się ze ściany. Przeszedł wąskim i niskim korytarzem rozświetlanym jedynie górniczymi lampami, aby dojść do wysokich metalowych drzwi.
- Kontrola dostępu - oznajmił komputerowy głos, a postać mężczyzny omiotło czerwone światło skanera. - Prosimy o zbliżenie się do skanu siatkówki - kontynuował, a Darło już był przy ścianie i nachylał twarz do skanera. - Kontrola pomyślna. Dostęp przyznany. Witamy z powrotem, sir.
Wrota rozwarły się z sykiem pomp. Postać Darły ponownie zalało światło - tym razem żółte. Wszedł do wysokiej hali, jego kroki odbijały się od betonowych ścian echem. W rogu stała mechazbroja podłączona do ładowania kilkunastoma kablami i utrzymywana w pozie stojącej łańcuchami. Potrzebne były, bo prowadził naprawę lewej nogi robota. Niszczyciel wersja 7.3 miał czerwoną karoserię ze złotymi wstawkami. Przez rogaty hełm wyglądał jak wysłannik piekieł. Dookoła stały trzy platformy, a także kilkanaście skrzynek z narzędziami i częściami zamiennymi. W powietrzu pachniało trochę grzybem, ale bardziej smarem.
- Ż.M-1.J raport dwudziestoczterogodzinny - rozkazał Darło w pierwszej kolejności, kierując się w stronę komputera z ośmioma monitorami. Na dwóch włączyły się wiadomości, trzy przeznaczone były na diagnostykę systemów Niszczyciela. Na jednym zostawił partyjkę niedokończonego pasjansa, dwa pozostałe podzielone na mniejsze okienka wyświetlały obraz z okolicznych kamer. Nagle jedno okienko powiększyło się i zaczęło migać, ukazując setki scen przewijanych do tyłu.
Mężczyzna zdjął płaszcz i przewiesił przez oparcie fotela, na który zaraz potem opadł ciężko. Kapelusz rzucił na blat. Twarz miał trochę poszarzałą, wyglądał na ponurego jak mroźna, listopadowa noc.
- Tuż po pańskim wyjściu mieliśmy nieprzyjemność gościć kloszarda dokładnie o godzinie 21:45 - odpowiedział program stróżujący. Na ekranie wyświetliła się scena, gdy bezdomny przelazł przez dziurę w bramie. Migawka z dwóch innych kamer: intruz skrada się w stronę magazynu, a tymczasem z innej strony wypełza z niego wężopodobny robot. Kolejna kamera pokazała spotkanie nieproszonego gościa z maszyną - człowiek rzucił swój cały dobytek w postaci kilku toreb, a potem zerwał się do ucieczki. Ż.M-1.J był szybszy. Dopełz do bagażu, połknął go, a potem dopadł kloszarda. On również zniknął w przepastnej gardzieli robota. Po chwili stróż zniknął w tunelu prowadzącym poza ogrodzenie. - Śmieci zostały wyrzucone tam gdzie zwykle. Po wszystkim przeprowadziłem dezynfekcję Ż.M-1.Ja 4.
- Dobrze, bo nie znoszę tego smrodu - westchnął, ale wzrokiem wcale nie śledził obrazów na ekranach. Zdawał się być tym nie zainteresowanym.
- Nie odbiegało to od akceptowalnej średniej - dodał program, a na drugim monitorze ukazały się wykresy ukazujące stosunek roczny, miesięczny i godzinowy wizyt bezdomnych. Jedna z kolumn zapaliła się na różowo, ale po sekundzie odzyskała zielony kolor.
- Informuj mnie, gdy wskaźnik dojdzie do 8% - rozkazał Niszczyciel i potarł łysinę.
- Tak jest, sir. Patrole dronów policyjnych również pozostają w normie - Znowu na jednym ekranie pojawiły się klatki z monitoringu, a na drugim graf. - Pierwszy przelot miał miejsce o 6:00, a kolejny o 15:00, tak samo jak codziennie.
- Coś jeszcze?
- Nie, sir.
W tej samej chwili do stanowiska komputerowego dopełzła mniejsza, nieco bardziej archaiczna wersja Ż.M-1.Ja - ze względu na to, że był to wzór wszystkich innych - nazywana Jedynką. Obecnie była pomocnikiem Niszczyciela podczas prac nad mechazbroją - podawała narzędzia, a także, dzięki zamontowanej lodówce, schłodzone piwo. Znalazłwszy się przy krześle Darły, podniosła górną połowę ciała, a potem otworzyła drzwiczki w brzuchu i wypuściła stamtąd mackę ze szczypcami, trzymającymi butelkę Harnasia.
- Dobra mała - pochwalił robota, a potem odkapslował butelkę, używając w tym celu wypustki na głowie Jedynki. W wielu miejscach zielony lakier był poździerany, bo regularnie w takim celu wykorzystywał głowę Ż.M-1.J 1.
Zbigniew postawił butelkę na biurku, a potem spojrzał na ekrany. Szybko zapełnił cztery z nich diagnostyką mechazbroji. Zapatrzył się na swoją pracę, ale cyfry zlewały mu się w jedno. Przymknął oczy i oparł plecy na oparciu. W głowie wirowały mu obrazy. Oglądał poszczególne partie robota, składał je w myślach, obracał i dopasowywał. Jednak gdzieś pomiędzy nimi migały całkiem inne obrazki z kamery holofonowej. Widział śliczną twarzyczkę swojej córki - dla niego zawsze nieco młodszą, niż była - wykrzywioną ze strachu. Widział jak ten bezmózg totalny, idiota, bezkręgowiec As ją sponiewierał. Widział jak niewiele brakowało, aby fragmenty zapadającego się dachu przygniotły ją i Agatkę.
- Rzesz, jasna cholera! - krzyknął w końcu i rzucił butelką piwa o ścianę. Rozbiła się z hukiem, żółty płyn ściekał z muru na podłogę. Jedynka bez słowa dopełzała do plamy i zaczęła ją wycierać. Darło próbował się skupić na pracy, ale zamiast tego uzyskał całkiem odwrotny efekt. Im bardziej zmuszał się, żeby skończyć naprawy, tym bardziej go to frustrowało, bo zwyczajnie nie mógł.
Nie mógł pozwolić by Niszczyciel skrzywdził jego córeczkę. To wszystko była jego wina. Gdyby nie napadł na WAB to Laura byłaby bezpieczna.
Miało być całkiem inaczej. Wedle harmonogramu, który znaleźli testy sprawnościowe miały zakończyć się o jedenastej. Dodał do tego czas, który młode dziewczęta potrzebują na przebranie się i plotki. To dwadzieścia, trzydzieści minut. I czas, jaki jest potrzebny, aby z hali sportowej dojść na przystanek autobusowy. To kolejne piętnaście minut. Dla bezpieczeństwa dodał jeszcze kolejne piętnaście, bo wiadomo, że nad taką bandą młodzieży trudno jest zapanować. Laura z Agatą powinna była wejść do autobusu linii trzysta trzy o jedenastej czterdzieści pięć, ewentualnie o dwunastej zero dwa. W drodze do domu powinna była zobaczyć słup dymu, o wszystkim usłyszeć z wiadomości. Wystraszyć się tego jak blisko niebezpieczeństwa się znalazła. Przyznać ojcu i matce rację, a potem pokornie zdać na Politechnikę. Nadajnik z jej holofonu potwierdzał, że znajdowała się poza obszarem Akademii.
To wszystko, co się naprawdę wydarzyło nie miało prawa bytu.
Tyle dobrego, że po takim szoku, jaki przeżyła na pewno nie pójdzie na tą cholerną uczelnię.
- Ile wiadomości dzisiaj? - zapytał Ż.M-1.Ja wypranym z emocji głosem.
- Jedna, sir.
- Odtwórz.
Zagrała muzyka jak z pozytywki. Na głównym ekranie pojawiły się tańczące kukiełki. Laleczki wirowały półprzezroczyste, a na ich tle pokazały się urywki z Dziennika. Relacja z wypadku samochodowego, gdzie jedyną ofiarą została Judyta Barycz-Darło, którą przewieziono do szpitala, gdzie walczyła o życie. Widok kukiełek znowu się wyostrzył, muzyka przyśpieszyła. Tym razem, gdy zbladły - pokazała się kreskówka z Myszką Miki na motorze, która uderza w mur. Motocykl rozbija się, ale kierowca podnosi i śmieje z własnej nieuwagi. Muzyka powoli cichnie, lalki poruszają się coraz wolniej, aż jedna staje a druga upada, rozpadając się na części. Głowa potoczyła się wprost ku kamerze i zatrzymała, patrząc w obiektyw swoim namalowanym, martwym okiem. Na ekranie pojawiły się biało-czarne mroczki, a potem kamera została obrócona i skierowana na tron. Siedział na nim Król Marionetek - korona błyskała rubinowo, jego oblicze skrywał półmrok. Śmiał się bezgłośnie. Szumy na ekranie wzmocniły się, nagle obraz zalała krew.
- Pieprzony psychol - syknął Darło, opierając głowę na dłoni.
Czas mu się kończył. Nie miał tego luksusu, by pozwolić sobie na jakieś roztkliwianie nad sobą. Ponownie włączył diagnostykę na czterech ekranach i zabrał do roboty.



***


Winda, która działała, gdy wychodzili po zakupy - po powrocie miała karteczkę “korzystanie może grozić utratą życia bądź kalectwem”, więc Bartek ze swoim ojcem postanowili wnieść je po schodach. W klatce schodowej nie było klimatyzacji, temperatura na zewnątrz sięgała trzydziestukilku stopni i powietrze paliło przy każdym wdechu. Pan Krawczyk i jego syn byli do siebie bardzo podobni. Obaj wysocy, szczupli w biodrach i szerocy w klacie, ubrani w szare dresy. Bartek niósł pod pachami worki ziemniaków, w dłoniach trzymał torby wypchane jedzeniem, w plecaku miał butelki z sokami. Był to prowiant przygotowany na uroczysty obiad, którym mieli uczcić list z pozytywnie rozpatrzoną kandydaturą Bartłomieja Krawczyka na Warszawską Akademię Bohaterów.
-Gdybyś zrobił to na kilka razy byłoby chyba szybciej - zauważył Krawczyk senior. Sam niósł dwie zgrzewki wody, więc wspinaczka po schodach szła mu znacznie szybciej. Patrzył na syna znad barierki o piętro wyżej. Zostały im do pokonania tylko trzy kolejne z sześciu.
- Nie. Trzeba - odparł na bezdechu, wykonując kolejny ciężki krok.
Jego ojciec uśmiechnął się pod wąsem. Od czasu wstępnych testów do Akademii jego syn przestał korzystać ze swojego daru na prawo i lewo. Wcześniej nie używał komunikacji miejskiej tylko biegał po mieście niszcząc kolejne pary butów i pochłaniając później ogromne porcje fast-foodów. Niby oszczędzał na biletach, ale siedem pizz dziennie też swoje kosztowało. Poza tym Bartek biegał do sklepu, w przyspieszonym tempie sprzątał, czy mył naczynia. Tak naprawdę to korzystał ze swoich uzdolnień, kiedy tylko mógł, co potrafiło być piekielnie irytujące, gdy śmigał z pokoju do pokoju tak szybko, że ludzkie oko nie dawało rady za nim nadążyć. Teraz na szczęście się to zmieniło. Oszczędzał swój talent tak jakby zbierał na siły na początek nowego roku akademickiego.
Bartek nie opowiedział ojcu, co tak naprawdę zdarzyło się w Akademii. Oczywiście Krawczyk senior wiedział, że została zaatakowana przez superzłoczyńców, ale Dynamo nie przyznał się, że walczył z Talią Pika. Nie podawano tych informacji w Wiadomościach, krążyły jedynie po internecie, więc pan Krawczyk o nich nie słyszał. Chłopak bał się reakcji ojca, który ostatnio miał zbyt wiele zmartwień na głowie i nie potrzebował kolejnego.
- Paweł… Paweł, przestań wreszcie płakać i powiedz, na Boga, co się stało? - Bartek usłyszał głos ojca, zanim jeszcze dotarł na ich piętro. Pan Krawczyk zostawił drzwi otwarte, porzucił zgrzewki w przejściu. Dynamo pokonał ten dystans szybciej, zamknął drzwi i sam też zostawił zakupy w przedpokoju. Ich blok był stary, pamiętał jeszcze czasy komunistyczne, więc wszystkie pomieszczenia były bardzo ciasne.
Paweł - najmłodszy spośród trzech braci Krawczyków i jedynie dziesięcioletni - siedział na krześle w kuchni i płakał tak, jakby świat się skończył. Twarz miał czerwoną, z nosa ciekł mu długi glut. Ojciec zupełnie nie rozumiał powodu tej histerii, zwłaszcza, że żadnemu z jego synów do tej pory takie sceny się nie zdarzały. Nie ważne, czy któryś zdarł skórę z kolana, dostał w głowę, wbił sobie gwoździa w stopę - młodzi Krawczykowie zostali wychowani na prawdziwych mężczyzn, otrzepywali portki, ocierali łzy i szli po apteczkę. Ewentualnie po pomoc starszych.
- Paweł, co się stało? Zrobiłeś coś sobie? - nie przestawał dopytywać ojciec. Dziesięciolatek tylko kręcił przecząco głową, ale nie odpowiadał. Przytulił się do taty cały ciałem, wyglądał na o połowę młodszego, tuląc się jak małe dziecko. Pan Krawczyk wziął go na ręce i zabrał do pokoju. Kiedy odeszli, Bartek zobaczył aparat holofonu, leżący na podłodze. Odruchowo podniósł go i coś go tknęło, aby sprawdzić, do kogo wyszło ostatnie połączenie. Na szczycie listy widniał numer ich matki. To nie wróżyło niczego dobrego.
Posiłek upłynął im w ponurej atmosferze. Paweł, który do tej pory pozostawał światełkiem dla całej rodziny - nawet dla Bartka i Rafała, chociaż starsi bracia się do tego nie przyznawali i nazywali go głąbem, czy kołkiem - siedział markotny i grzebał widelcem w jedzeniu. Rafała jak zwykle nie było, Bartek próbował rozweselić młodego na kilka sposobów: na interesująco, opowiadając o nowych znajomych z Akademii; na śmiesznie, sypiąc żartami, czy na gniewnie. Wolał, żeby Paweł się na niego wściekał, niż był tak nienaturalnie smutny. Jednak tym razem młodszy brat, słysząc zaczepkę, zareagował inaczej, niż zwykle i zamiast się odszczeknąć i wszcząć kłótnię, wygiął usta w podkówkę, oczka mu się zaszkliły.
- Bartek, co cholery! - huknął na niego rozzłoszczony pan Krawczyk, zatrzymując się w pół ruchu. Spędził naprawdę dużo czasu na próbie opanowania tego kryzysu i wszystko poszło na marne. Wszystkie mięśnie miał napięte. Ostatnio takie małe incydenty wyprowadzały go z równowagi i ledwo nad sobą panował, żeby nie dać w ucho, któremuś z tych trzech huncwotów, jakimi byli jego synowie.
- Co ja takiego zrobiłem?! - chłopak oburzył się na tak jawną niesprawiedliwość. Intencje miał dobre, ale metodę wybrał felerną.
- A nie widzisz? Okulary ci kupić?!
- To moja wina?!
- A nie?!
- Ale…
- Dość! - Pan Krawczyk zacisnął obie pięści na stole i spiorunował syna wzrokiem. Pawełek natychmiast ucichł. - Nie do ciebie, tylko do tego głąba mówię - zwrócił się do niego.
- Mogę iść? - zapytał dziesięciolatek ciuchutko. Ojciec westchnął i odesłał go ruchem ręki. Dzieciak opuścił pokój ze spuszczoną głową.
- Mógłbyś być rozsądniejszy, a nie zachowujesz się jak szczeniak - pan Krawczyk nafukał na Bartka i powrócił do przerwanego posiłku.
- To nie moja wina, że to taka beksa - prychnął lekceważąco w odpowiedzi. On sam nienawidził płakać - nie tylko publicznie, ale ogólnie. Miał zawsze wrażenie, że przegrywał, a tego nie znosił. Każdą porażkę znosił szczególnie trudno. Do tej pory nie mógł się pogodzić z wieloma rzeczami, które miały miejsce lata temu i pewnie każdy normalny człowiek by już dawno o tym zapomniał, a Bartka wciąż dręczyły.
Jak miał pięć lat umarł mu chomik. Zwyczajnie zdechł ze starości, ale starszy brat Bartka, Rafał, wmówił mu, że mógłby go uratować sztucznym oddychaniem. Jak tylko dowiedział się na czym polega resuscytacja to zaczął męczyć ojca, aby posłał go na kurs pierwszej pomocy. Odnawiał go co dwa lata, aby nie zapomnieć, mimo że wiedział, że wcale nie mógł nic zrobić dla swojego chomika.
Jak miał lat osiem pierwszy raz wystartował z drużyną futbolową na meczu. Zremisowali, a młody Krawczyk miał wrażenie, że to jego wina, bo nie starał się wystarczająco. Od tamtej pory nikt nie wylewał więcej potu na treningach, niż on.
Jak miał dziewięć lat dostał na klasówce pierwszą jedynkę. Gdy ojciec dowiedział się o tym na wywiadówce, odbyli męską rozmowę. Pan Krawczyk tak mu wszedł na ambicję tego wieczora, że od tamtej pory Bartek zbierał niemal same czwórki. Wyjątkiem był język polski, bo każdą przeczytaną książkę i obejrzany film potrafił opisać w góra siedmiu zdaniach i nigdy nie nauczył się lać wody. Jeśli miał rozwinąć jakąś myśl, która dla niego była zupełnie przejrzysta potrzebował pytań pomocniczych. Pisanie rozprawek było dla niego drogą przez mękę.
Każde, najmniejsze nawet potknięcie skutkowało, potem uporczywym powracaniem do niego i analizowaniem, co mógł zrobić inaczej, lepiej. Co mógł zrobić, aby nigdy więcej nie smakować porażki. Ostatnio nie mógł się pogodzić z utratą szans na kontynuowanie kariery piłkarza. Od kiedy wykryto jego zdolności zrezygnował z klubu i pomimo, że rozsadzała go energia to nijak nie potrafił znaleźć sobie kolejnego celu. Najgorsza była świadomość, że to nijak nie była jego wina, a wszystko odbyło się, jakby poza nim. Niezależnie co by nie zrobił, niezależnie od tego jak bardzo by się nie starał to mleko się wylało i nie mógł tego odkręcić.
- Nie rozumiesz - jego tata pokręcił głową i się zasępił.
Jeśli Bartek nie znosił czegoś równie bardzo jak przegranych to był to protekcjonalizm. Mógł być mięśniakiem, ale to nie robiło z niego automatycznie tępaka.
- Tego, że młody dzwonił do mamy i coś mu powiedziała? Tak jakbym od niej nie słyszał tego i owego. Tylko młodego na razie oszczędzała i jakoś nad sobą panowała. Rafał ma tak dość, że już nawet się do niej nie odzywa - odpowiedział gniewnie. Był rozgoryczony i ledwo nad sobą panował.
- Jesteście dorośli, na Boga. On ma zaledwie dziesięć lat. Nie rozumie tego, co się dzieje. Tego, że mama jest chora i nie mówi tego wszystkiego na poważnie…
- Nie? - chłopak upuścił sztućce z wrażenia. - Ostatnim razem jak we mnie rzuciła kubkiem, twierdząc, że jestem bezużyteczny, bo urodziłem się jako potwór wyglądała na cholernie poważną…
- Uważaj na słowa - ostrzegł go.
- … na bardzo poważną - poprawił się z przekąsem. Odchylił się na krześle i oparł dłonie na brzuchu. Kręcił kciukiem kółka na wystającej kostce nadgarstka, patrząc przed siebie pustym wzrokiem. - Cały czas mi wypomina, że gdybym nie był sobą, a byłbym normalny to zostałbym piłkarzem, zarabiał gruby hajs i mógłbym zapłacić za jej leczenie. A idąc na Akademię, sam skazałem ją na śmierć. Sam ją zabiłem - ostatnie słowa wypowiedział ciszej, bo głos nagle odmówił mu posłuszeństwa. Sam nie wiedział, czy jest bardziej wściekły, czy bardziej zraniony.
- Chryste - jęknął pan Krawczyk, ukrywając twarz za dłonią.
- A co takiego ciekawego chciała od Pawła? Rąk, które leczą? Cudu? - drążył, ale w środku czuł, że wcale nie ma ochoty poznawać odpowiedzi. Było to jak masochistyczne nacieranie rany solą. Drażnienie bolącego miejsca, aż do momentu, gdy przekroczy odczuwalny limit bólu.
- Aby umarł razem z nią, bo będzie samotna - odpowiedział mu ojciec pustym głosem. Też stracił całkiem apetyt, ale mechanicznie kroił kotleta na coraz mniejsze części. W ich domu nie marnowało się jedzenia. Jeśli on nie będzie pilnował zasad to przecież nikt inny go w tym już nie wyręczy. - To wszystko te prochy, którymi ją szprycują. Ona przecież nie może tak myśleć naprawdę - powiedział, ale nie brzmiało to jak stwierdzenie, a jak pytanie.
Nie mogła, prawda? Przytaknij mi synu, choćbyś w to nie wierzył, bo ja nie mogę stracić tej wiary. Przecież wszyscy na niej polegacie. Jeśli zwątpię to wszystko przepadnie.
- Czasami sobie myślę, że ona chce żebyśmy ją znienawidzili. Żeby było łatwiej po wszystkim. A czasami… A czasami myślę, że to ona nienawidzi nas, bo my zostaniemy, a ona…
To były prawie optymistyczne wnioski w ich sytuacji.
- Nie kończ. Jest źle, ale lekarze jeszcze niczego nie przesądzają.
Bartek wzruszył ramionami. Przez ten temat prawie całkowicie stracił apetyt.
Prawie.
Po obiedzie poszedł do swojego pokoju i odkrył nową wiadomość na holofonie. Ojciec zakazywał używania ich podczas posiłków, bo był to czas zacieśniania rodzinnych więzi. Esemes został przysłany przez Agatę, która postanowiła zrobić wielki wypad całej paczki. Okazało się, że wszyscy ci, którzy brali czynny udział w powstrzymaniu Talii Pika zdali na WAB - Oliwier, Marysia, Laura. Piórkówna chciała to uczcić. Prawdopodobnie chodziło jej o wywiad, o jakim ćwierkała jeszcze w szpitalu - niestety nie miała wtedy ani sił, ani sprzętu, aby go przeprowadzić. Szybko wystukał jej potwierdzenie, że chętnie się spotka. Potrzebował zająć myśli czymś przyjemniejszym.
:fire: :fire: :fire: PŁOŃ I PISZ! :fire: :fire: :fire:

Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1833
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jak [nie] zostać bohaterem

Post autor: Kruffachi » 15 września 2018, 20:39

Jak już wspominałam kątem na SB, kolejna wstawka, która mi się bardzo podobała :D Owszem, ten tekst nie jest tak radosny, jakiego się spodziewałam, ale im dalej w las, tym mniej żałuję, że tak jest, a nawet chyba sto razy i dwa wolę tę wersję. Bo pewna lekkość i dystans nadal zostają, głównie za sprawą przegiętych supermocy i dziedziaków w roli bohaterów, a ja szalenie lubię, kiedy taka niepoważność rezonuje z tematami całkiem poważnymi i jednocześnie jakoś nie epatuje tym, że jest wielce głęboką powieścią (co wcale i absolutnie nie oznacza, że nie może nią być). Nie wiem, jak to nazwać. Taka skromność formy, o. Bez afiszowania się i nacierania nie wiadomo czym. Mi to bardzo pasuje. Więc kolejno - podobały mi się rozterki Anioła Stróża i to, że pokazałaś, że nawet postać praworządna dobra wcale nie musi być nudna, płaska i bezmyślna, że też może mieć swoje wątpliwości i swoje życie wewnętrzne, które mnie w tym wypadku bardzo przekonuje. Podobało mi się zarysowanie relacji z Czarną Kotką. Jest fajny fragment o tym, jak ci źli zgarniają własnych rekrutów i skąd ich biorą. Dostałam też wyjaśnienie, co też poszło nie tak, że Darło naraził życie i zdrowie swojej córki. Tu się na moment zatrzymam, bo wstawka z nim jest chyba najbardziej taka komiksowo przerysowana, głównie za sprawą żmijowatego robota chyba. Jakoś tak wybiła mi się pod tym względem na tle pozostałych. Dość jednak szokujące były te opisy bezpardonowego obchodzenia się z intruzami, ale to buduje obraz Niszczyciela jako osoby bez sumienia i empatii, więc to ważna informacja i podana wprost, ale potrafię wyobrazić sobie z jakiś tuzin gorszych pomysłów na jej sprzedanie. Dostałam też kolejną porcję wewnętrznych rozterek Laury i też mi się podobały, choć z jakiegoś powodu wzbudziły mniej emocji. Może chodziło o statyczność sceny i dość ograniczone interakcje w niej, ale tak naprawdę tylko gdybam, bo równie dobrze może chodzić o to, że jakkolwiek Darłównę darzę pewną sympatią i ciekawi mnie jako postać, to jednak nie znalazła się jeszcze w top trzy. Zupełnie tego nie wykluczam, bo chyba trochę właśnie swoją osobistą przyjemnością czytam ten tekst. Może chodzi o to, że czuć, że z przyjemnością właśnie był pisany i to się udziela. No i wreszcie Dynamo, który mnie chyba podbił ostatecznie, bo jest sobie tym łosiem, ale jest takim dobrym łosiem, nawet jeśli nie ogarnia, że mógłby jednak trzymać mordę na kłódkę i nie wtykać kija w mrowisko. Ale z drugiej strony widać, że świat dookoła po nim nie spływa, że jakoś tam go zmienia, że się chłopak stara otrzepać kolana i po prostu znaleźć praktyczne zastosowanie. Tak ładnie to gra z tymi jego wspomnieniami - to, jak zaczął oszczędzać siły po tym, jak mu ich zabrakło w czasie walki. Ogólnie widać, że masz te wszystkie postaci przemyślane, że są spójne i postępują, myślą tak, jak powinny, a nie tak, jak chce tego fabuła czy autor. To ich uwiarygadnia, nawet jeśli są bandą dzieciaków z supermocami (względnie superpancerzami). Lubię bardzo i czekam na więcej. Poprawia mi humor bardzo. Szybko się do tego tekstu przywiązałam, chwycił mnie.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kompot
Mącikompot
Posty: 429
Rejestracja: 21 sierpnia 2012, 23:40

Re: Jak [nie] zostać bohaterem

Post autor: Kompot » 28 września 2018, 12:36

Hej. Dawno cię nie czytałam, nie?
Trochę mam do powiedzenia na temat tego tekstu, więc do rzeczy. Jestem prawie 100% pewna, że jej tato to Niszczyciel lub inny "zły". Fajnie, że już na początku zagęściłaś sytuację, bo oczywiście stawka jest spora dla obu postaci, jeśli dziewczę stanie po przeciwnej stronie niż ojciec. Pewnie taki był twój zamiar, żeby czytelnik się domyślił, więc dobra robota. Ogólnie ciekawie mi się czytało taką polską opowiastkę o superbohaterach. Nie jest to jednak mój ulubiony gatunek ani jeśli chodzi o komiksy, ani filmy, więc niezbyt się znam i mogę coś doradzić. Oczywiście ciekawi mnie to czym antybohater się zajmuje i z czym walczy po cichu.

Co do minusów. To jak dla mnie bohaterka trochę na początku się nie lepi. Możliwe, że to wrażenie przejdzie mi w raz z czytaniem. Chwilowo jednak mam wrażenie, że jej młody charakter jest zbyt mało radykalny. Wydaje się być wieloma osobami naraz. Raz się interesuje blogerkami modowymi, raz jest przedstawiona jako militarno rockowa laska, której w kaszę nie można dmuchać, raz jak rozpieszczony dzieciak, który relacje z tatusie ma bardzo niedojrzałe, no i jeszcze do tego jej idealizm i chęć pomagania bliźnim. Wszystkie te opcje mają szansę stworzyć ci ciekawą postać, ale przedstawienie ich wszystkich naraz w tak krótkim fragmencie sprawiło, że jako nowy czytelnik nie widzę postaci z krwi i kości.

To co jeszcze pewnie dodasz dalej, a na co ja zwróciłam uwagę, to to że niby świat jest zaawansowany technologicznie, ale obecne nowinki technologiczne nie rozwinęły się i właściwie nie przetrwały nawet w mikro formie. Mam na myśli domowe AI itd. które teraz zaczyna być popularne, a u ciebie wciąż ręcznymi pilotami się odpala telewizor. To drobnostka i ciekawostka, bo szczerze mówiąc ciekawie się czyta o domu wynalazcy i aż kusi o więcej niesamowitych gadżetów.

To tyle na razie z mojej strony. Mam nadzieję, że pomogę ci troszkę w razie redagowania czy szukania motywacji. Do roboty!
Obrazek

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 221
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Jak [nie] zostać bohaterem [Tekst Września 2018]

Post autor: MononokeGirl » 10 listopada 2018, 18:27

Kruffachi Każdy twój komentarz bardzo mnie nakręca i ogromnie ci za nie dziękuję :tul: Bez nich pewnie miałabym o połowę mniej zapału i chęci, i optymizmu, i nie siadałabym znowu tak szybko dopisania ciagu dalczego. A tak to miałam tylko chwilową przerwę przez Fantazmaty, ale znowu cisnę bohaterów :D
Określenie "skromność formy" bardzo mi się spodobało. Tak ładnie brzmi :P
W ogóle nie myślę schematami typu "praworzadny dobry", więc trochę mnie zaskoczyłaś określając tak Anioła, ale faktycznie to do niego pasuje O.o Bardzo go lubię i staram się go nie przeginać, bo z tymi atrybutami, jakie ma łatwo mogłabym zrobić z niego fanatyka religijnego przekonanego o swojej wyjątkowości, wybranego przez Boga itd Wolałabym tego uniknąć, bo zdążyłam polubić go jako ciapciakowatego wikarego, gdy pisałam "Gołębicę" xD

Kompot Tak, relacja superzłoczyńca-tatuś i superbohaterka-córka była zalążkiem mojego pomysłu na najwcześniejszym etapie . Na początku fabuła miała przypominać jazdę bez trzymanki i optymizm z Minionków raczej, ale po drodze coś poszło nie tak xD Ale to i tak jest perpetuum mobile i fabuła sama się nakręca dzięki temu ^^ Ja "superbohaterów" zawsze lubiłam, ale miks z Avendersów był wyjątkowo inspirujący. Połączenie kosmitów/ magii/ robotów/ mutantów - misz masz całkowity. Fajnie mi to zagrało, chociaż kiedyś nie pomyślałabym, że mi te elementy będą grać.
Tak jak pisałam na sb - bardzo mi pomógł twój komć w przemyśleniach nad światem. Do tej pory niewiele mysli powświęcałam technologi, jeśli akurat nie było mi to potrzebne i przez to mogła ucierpieć spójność. Także dzięki wielkie!
Za to jeśli chodzi o spójność Laury... Te blogerki modowe to ją tylko na bardzo wąskim zakresie interesują - w zakresie superbohaterskich strojów. Projektując sobie zbroję, nie mogła zapomnieć o stroju, jaki do tej zbroji pasuje, stąd wzięło się jej zainteresowanie blogerkami. Poza tym wąskim wycinkiem jest całkowitą ignorantką w kwestii mody xD Jeśli chodzi o resztę... Mam nadzieję, że w końcu zacznie się to lepić, jak sięgnę dalej do przeszłości ich rodzinki.


***Edycja: Za radą Kruff zwierzaczek Laury z myszy stał się wiewiórką. Postaram się zmienić to we wcześniejszych wstawkach jak najszybciej ^^"






Okolica była tak cicha i spokojna, że Laurze było aż trochę głupio niszczyć tę atmosferę hałasem wywoływanym przez motor. Jechała powoli, aby nie wywoływać niepotrzebnie ryku silnika, Harley mruczał jak oswojony kociak, który w każdej chwili mógł się zmienić w krwiożerczego tygrysa. Przy wąskiej uliczce, w której z ledwością mogły minąć się dwa samochody, stały domki jednorodzinne, bliźniaki, malutkie kamieniczki. Na czerwonej szybce gogli wyświetlała się trasa z mapy satelitarnej, MU21C4 nawigowała dziewczynę, a kiedy wzrok Darłówny napotkał budynek, w którym mieściła się kawiarnia, w której grupa wyznaczyła spotkanie - zaświecił się on na żółto. Uśmiechnęła się triumfalnie, konfiguracja nawigacji i rozpoznawania miejsc i twarzy z działaniem gogli i sztucznej inteligencji sprawowała się bez zarzutu. Zaparkowała na pierwszym wolnym miejscu pod drzewem kasztanowca i zdjęła z głowy kask, wypuszczając swobodnie loki. Przeczesała je dłonią, ale nijak ich to nie uładziło. Przewiesiła kask na kierownicy, ale gogle zostawiła na miejscu.
Nagle w lewym górnym rogu pojawiło się zdjęcie, a tarcza celownika namierzyła chłopaka trzysta metrów od niej, który wysiadł właśnie z autobusu. Licznik obok tarczy zaczął maleć, gdy młodzieniec ruszył w stronę kawiarenki. Tym razem też miał na sobie lniane spodnie i koszulę, ale na nogach przynajmniej nosił sandały.
Laura wyszczerzyła się jeszcze szerzej. Rozpoznawanie ludzi działało tak jak zakładała. MU21C4 namierzyła Oliwiera już, gdy w zasięgu wzroku Darłówny pojawił się tył jego głowy.
Kiedy Białobrzeski zauważył ją i ten dziwny uśmiech, przystanął niepewnie. Na ramieniu siedziała mu wierna wiewiórka, przy nodze warował basior. W pierwszej chwili oba zwierzaki zareagowały wzmożoną czujnością, ale gdy wilk rozpoznał Laurę, która podczas ostatniego spotkania rozpieszczała go, częstując kotletem z hamburgera - uśmiechnął się po wilczemu, wywalając język i machając ogonem.
— Cześć — powiedział Oliwier nieco speszony.
— Cześć — odpowiedziała, a spod jej kurtki wystawiła łebek ciekawska Mysia. Przetarła łapkami pyszczek i ziewnęła. Prawdopodobnie przespała całą podróż w swojej kieszonce.
Zielone oczy Oliwiera na jej widok złagodniały.
— Od momentu, gdy zobaczyłam twojego Baśka pomyślałam, że fajnie by było przedstawić ci Mysię — wyjaśniła.
— Mysię? — Podniósł lewą brew, wargi zadrżały mu w rozbawieniu.
— Znalazłam ją jak była maleńka. Kot wyciągnął ją pewnie z dziupli. Bawił się nią, odgoniłam go, a ją zabrałam do siebie. Myślałam, że to mysz i jakoś tak zostało.
Oliwier wyciągnął z kieszeni spodni kilka ziarenek słonecznika, jedno wręczył swojemu Baśkowi, a jedno wyciągnął w stronę Mysi. Wiewiórka wyszła z kryjówki, wdrapała się na ramię Laury i przyjęła podarunek. Szykowała się do przeskoczenia na ramię chłopaka - jego zwierzęcy magnetyzm podziałał i na nią i natychmiast mu zaufała - ale Basiek nie zamierzał się dzielić Oliwierem. Siedział na rogach Białobrzeskiego i ni to prychał, ni to popiskiwał po wiewiórczemu. Nie był agresywny, ale dał jasno do zrozumienia, że nie życzy sobie odwiedzin. Myśka zasmuciła się tak bardzo, że Laura przytuliła ją i cmoknęła w kark, policzkiem otarła się o futerko. Cała ta scena była komiczna, więc ludzie, chociaż świadomi nieszczęścia Mysi, nie mogli powstrzymać chichotu.
— Już, już — uspokoiła zwierzątko Laura, głaszcząc jednym palcem po główce. Wiewiórka wróciła na jej ramię, badawczo obserwowała chłopaka, ale nie próbowała już się do niego zbliżać.
Tą kawiarnię na skraju Lasu Bielańskiego wybrał właśnie Oliwier, tłumacząc, że to jedno z niewielu miejsc, gdzie wpuszczają go z wilkiem. Był to dobry argument. Po zbiórce w tym miejscu zamierzali wybrać się na pobliską plażę nad Wisłą lub do parku linowego. Głosy były podzielone. Mieli zagłosować raz jeszcze po spotkaniu.
Weszli do środka, zadźwięczał dzwoneczek, kawiarnia należała do popularnej sieciówki. Wnętrze dawnych dwóch mieszkań przearanżowano na przestrzeń publiczną, ale zachowano staromiejski charakter. Dwoje siedzących gości bardziej z zaciekawieniem, niż ze strachem obserwowało Oliwiera i jego wilka. Chłopak skierował się prosto do stołu w osobnym pomieszczeniu, przy którym mogła pomieścić się cała ich piątka.
Ledwie zajęli miejsca, a tuż przy nich pojawiła się barmanka. Dziewczyna z tęczowymi włosami i jeszcze bardziej zielonymi oczami, niż u Oliwiera. Mogła być w ich wieku, albo o kilka lat starsza. Pastelowy kolor włosów spiętych w dwa kucyki i okrągła buzia sprawiały, że trudno było odgadnąć jej prawdziwy wiek. Poufale pochyliła się nad Białobrzeskim z zadowolonym uśmieszkiem, patrzyła na niego spod zmrużonych oczu.
— Twooooja dziewczyna? — zapytała melodyjnie.
Westchnął i zupełnie zignorował pytanie. Spojrzał na Laurę, a potem kciukiem wskazał barmankę.
— Moja starsza siostra, Jednorożec — powiedział. Pokazał na Laurę. — To Laura z WABu. Ta od zbroi.
— Jedno… — zdziwiła się Darłówna, ale przerwała, bo w tej samej chwili zobaczyła perłową bliznę na czole nowo poznanej dziewczyny. Zatem była od nich starsza. Należała do tego pokolenia, które jeszcze próbowano ukryć, znormalizować. Po imieniu i przefarbowanych włosach Laura poznała, że Jednorożcowi się to nie spodobało. Wcale nie miała ochoty być taka jak wszyscy.
— Szkoda. Mama by się ucieszyła.
Oliwier wzruszył tylko ramionami. Jednorożec czekała na jakiś komentarz, ale kiedy cisza się przedłużała, bo brat miał nadzieję ją spławić - starsza Białobrzeska zwróciła się do Laury:
— Na pewno nie chciałabyś chodzić z moim bratem? Wiem, że jest specyficzny, ale wbrew pozorom to nawet inteligentny… — przerwała z jękiem, bo dostała szturchańca.
— Ty nie powinnaś kończyć zmiany?
— Powinnam, ale chciałam zobaczyć twoich nowych znajomych — odparła szczerze.
— Poznałaś.
— Nie, nie, nie. Nie tak szybko. Wspominałeś o jakiejś Agacie i Marysi jeszcze — uśmiechnęła się do niego, pokazując na palcach. Zagięła jeden z trzech.
— I o Bartku, on chyba też przyjdzie? — palnęła Laura, a oczy Jednorożca zrobiły się okrągłe. Dopiero po sekundzie zdała sobie sprawę, jak to zabrzmiało. Siostra Oliwiera parsknęła śmiechem, gdy on i Darłówna poczerwienieli z zażenowania.
— Przyniosę wam herbaty. Jaką pijesz? — barmanka zapytała dziewczynę.
— Zwykłą albo owocową. Wszystko jedno. Byle nic z cytrusami. Nie znoszę — Laura aż wzdrygnęła się z obrzydzenia. Białobrzeska skinęła głową i skierowała się za ladę.
Chwilę trwało nieznośne milczenie. W tle grała dyskretna muzyka, pobrzękiwały talerzyki, szemrały rozmowy. Oliwier, aby zająć czymś dłonie przestawił cukiernicę i chusteczki. Potem wyjął więcej ziaren słonecznika i wysypał na stolik. Mysia z Baśkiem ochoczo zeskoczyli i zajęli się konsumpcją.
— Przepraszam za nią. Jest nieznośna — wydukał w końcu spłoszony Bambi, gdy jedno z nasionek, którym się bawił przez przypadek wystrzeliło i trafiło w cukiernicę.
— Nie, dlaczego? To było urocze. Zazdroszczę ci. Ja zawsze chciałam mieć rodzeństwo. Starszego brata, którego mogłabym podziwiać, albo jakieś młodsze, którym mogłabym się opiekować — odpowiedziała. Myślała o tym, że gdyby miała rodzeństwo to miałaby coś stałego. Kogoś, kogo mogłaby po prostu kochać, nie martwiąc się, czy aby jej czułość nie sprawi przykrości komuś innemu. Z rodzicami tak było. Odkąd się rozwiedli. Nikt nie zadał jej pytania “kogo kochasz bardziej” wprost, ale ono zawsze wisiało w powietrzu. Każde słowo, każdy gest mógł przeważyć szalę, więc musiała bardzo się pilnować.
— Mi trafiła się tylko nadopiekuńcza siostra. W tą stronę to wcale nie jest fajne — mruknął, nieświadomy przemyśleń Laury.
Tymczasem Jednorożec przyniosła im po herbacie i nawet po ciastu z wiśniami, którego nie zamawiali.
— Na koszt firmy — mrugnęła do Laury. — Ma do dzisiaj datę ważności, a mamy jeszcze pół półmiska.
Darłówna spojrzała na Białobrzeskiego znacząco, gdy jego siostra oddaliła się tanecznym krokiem i znikła na zapleczu.
— No, może czasami ma jakieś zalety — uśmiechnął się, wbijając łyżkę w tort.


***

Edward ledwie zaczął swoją zmianę w kawiarni, a już żałował, że przyszedł do pracy.
Po pierwsze spotkał Białobrzeską. Rozchichotaną i trajkoczącą z innymi barmankami. Nie powinno jej tu być, bo wedle grafiku jej zmiana skończyła się dobre pół godziny wcześniej. Działała Edwardowi na nerwy z tą swoją bezpośredniością, nadpobudliwością, a najbardziej - ze słabą teleempatią, którą go atakowała. Prawdopodobnie sama nie zdawała sobie sprawy, ale przekazywała swoją pozytywną, radosną energię nie tylko za pomocą uśmiechu. Sprawiała, że wszyscy dookoła niej robili się równie irytująco szczęśliwi. Udzielało się to też Gołasiowi, czego bardzo nie lubił. Przede wszystkim, dlatego że zdawał sobie sprawę, że to nie są jego własne uczucia, a wmuszone przez pląsającego, szczebioczącego Jednorożca. On sam nie pamiętał, kiedy ostatnim razem był naprawdę czymś uradowany. Nawet list z pozytywną odpowiedzią z W.A.B.u przyjął z chłodną satysfakcją, a była to dla niego jedna z najważniejszych rzeczy w życiu.
Opancerzył się mentalnie, nie dopuszczając ingerencji teleempatki. Założył swój bordowy fartuch z logiem firmy i podwinął rękawy kraciastej koszuli. Edward był pedantem, więc pierwsza rzecz, od której zawsze zaczynał swoją zmianę to było uporządkowanie przestrzeni za kontuarem. Wytarł rozsypaną kawę i okruszki z kanapek, wypłukał ścierki i rozwiesił na uchwytach, poukładał puszki z herbatą. Mariolka przekazała mu swoje dwa stoliki cztery i sześć i uciekła do domu, natomiast Jednorożec powiadomiła go, że sama ogarnie Duży Stół. Na pytanie jak długo jeszcze zamierza im tu zawracać gitarę, ta trzpiotka tylko roześmiała się perliście i wróciła do plotkowania z Magdą, z którą Edward miał być na zmianie. Postanowił ją w miarę możliwości ignorować, a że nikt nie czekał w kolejce do kasy, żeby złożyć zamówienie, chłopak uznał, że dobrze by było posprzątać puste naczynia zalegające na stolikach.
— Można? Smakowało? Podać coś jeszcze? — pytał, wykrzywiając wąskie usta w uśmiechu niedosięgającym oczu. Telepatycznie pchnął im ochotę na kawę, na ciastko, więc zebrał kilka zamówień. Szef bardzo się cieszył, mając Edwarda na zmianie, bo zawsze utarg był lepszy i nikt nie potrafił rozszyfrować tajemnicy dlaczego. Napiwki też to Gołaś zawsze zbierał najlepsze.
Niósł właśnie rachunek do stolika numer sześć, gdy rozbrzmiał dzwoneczek przy wejściu. Odruchowo zerknął w tamtą stronę, ale natychmiast odwrócił głowę.
Przez drzwi wszedł właśnie Bartłomiej Krawczyk z dwiema dziewczynami. Na szczęście grupka nie zauważyła Edwarda i skierowała się prosto do osobnego pomieszczenia, w którym stał Duży Stół. Po plecach telepaty przeszedł dreszcz. Wcale nie miał ochoty na spotkanie z Krawczykiem, którego wykorzystywał podczas testów sprawnościowych do W.A.B.u. W dodatku bucząco-brzęcząca obecność Dynamo sprawiła, że czuł początki bólu głowy.
To naprawdę nie był dobry dzień.
“Jeśli wzmocnię tarczę to nie będę odbierał niczyich myśli, nie będę mógł też nikim manipulować” myślał ze zgrozą.
Na to nie mógł sobie pozwolić. Czuł się, wtedy bezbronny. Głuchy i ślepy jak nowonarodzony szczurek. Dwa razy w życiu musiał posunąć się do takiej ostateczności i nie miał ochoty tego powtarzać nigdy więcej. Pocierając kciukiem skroń, wrócił za kontuar i wyciągnął kodeks prawny. Magda i Jednorożec obsługiwały gości, więc on mógł pozwolić sobie na chwilę przerwy i ukryć twarz w książce. Może kierunek bohaterstwa nie brzmiał jakoś specjalnie, mógł się wydawać kierunkiem dla oszołomów, a prawda była taka, że nigdzie nie przeprowadzano tak ostrej selekcji. Kandydaci musieli być sprawni fizycznie, ale też inteligentni. W programie nauczania mieli etykę, historię, taktykę, prawo polskie i międzynarodowe. Gdyby Edwardowi znudziła się kariera superbohatera zawsze później mógł zostać prawnikiem, policjantem, agentem bezpieczeństwa wewnętrznego, czy nawet wojskowym. Zwłaszcza kariera polityczna wydawała mu się zabawna przy jego zdolnościach.
Studiowanie kodeksu tak go zajęło, że prawie zapomniał o obecności Krawczyka i Jednorożec w kawiarni.


***

Mały tablet leżał z ciemnym ekranem na stole. Obok niego przygotowany rysik. Agata ustawiała kamerę w holofonie, ale nie śpieszyła się. Grupa, do tej pory rozgadana i roześmiana, trochę przycichła.
— Wiecie, kamera nie gryzie — zażartowała Piórkówna na rozluźnienie atmosfery.
— Kamera może i nie, ale o osobie ją trzymającej nie można powiedzieć tego samego — odparła z pozoru beztrosko Laura i dopiero to rozbawiło jej towarzyszy. Agata sprzedała przyjaciółce kuksańca. Darłówna odwzajemniła się, wbijając jej delikatnie palce w policzki.
— Mój pierwszy wywiad. Ja tam się nie stresuję — powiedział Bartek, rozsiadając się wygodnie na fotelu. Założył nogę na nogę, złączył opuszki palców obu dłoni. Poza jak z okładki Vogue czy innego Cosmopolitana. Zarzucił jeszcze lokiem, który mu opadał na czoło. — Sławo, czekam!
— I bardzo dobrze — odetchnęła z ulgą Laura. — Bartek idzie na pierwszy ogień! — Tak bardzo nie lubiła występować przed kamerą, że najchętniej schowałaby się jeszcze za oparciem siedzenia. Oliwier uśmiechnął się do niej ze zrozumieniem. Basiek z Mysią za to zaciekawione urządzeniem przyhopsały i zaczęły mu się przyglądać z bliska. Agata delikatnie odsunęła je od obiektywu, ale uparcie wracały, więc Oliwier z Laurą w tym samym czasie sięgnęli po swoich pupili, a ich dłonie spotkały się nad stołem. Chłopak gwałtownie uniósł Baśka i posadził sobie na ramieniu, a potem szybko chwycił za herbatę, żeby pokryć zmieszanie. Siorbnął ją trochę zbyt łapczywie i się zakrztusił.
Agata uśmiechnęła się szeroko do Laury, a tamta wzruszyła ramionami.
— Oooo bracie — roześmiał się Bartek, Mistrz Dyskrecji i Empatii.
— Pierwsze pytanie! — wtrąciła Agata, bo czuła, że nigdy nie zaczną.
— Pytanie za pięćset. Masz jeszcze trzy koła ratunkowe — dodała Laura.
— Czy uważasz, że atak na WAB wymierzony był przeciwko premierowi i Aniołowi Stróżowi, czy jednak przeciwko przyszłym studentom? — Piórkówna zaczęła z grubej rury. Ta myśl spędzała sen z powiek wielu osobom. Dziennikarzom, dyrekcji placówki, a także rodzicom młodych kandydatów na bohaterów.
— Jeśli na nas to by było kiepawo, nie? Taki rozpoczęty sezon polowania na kaczki.
— Kaczki?
— A jak inaczej to określić? No, że do odstrzału jesteśmy. Jak będą chcieli to nas powystrzelają. Bang, bang i po zawodach — odparł nonszalancko Bartek, imitując dłońmi pistolety. Tak jakby to nie na niego mieli polować najgorsi bandyci w kraju. Trudno było określić, czy jest taki odważny, czy taki głupi.
— Szkoła ma już dziesięć lat, a do tej pory nikt się nie odważył atakować uczniów — zauważyła cicho Marysia. Oko kamery skierowało się na nią. Mocniej zacisnęła dłonie w białych rękawiczkach na szklance.
— Czy zaczęłaś się bać? Martwisz się, że incydent się powtórzy podczas roku szkolnego? — ciągnęła Agata. Nie do końca brzmiało to jak pytanie, a bardziej sugerowana odpowiedź.
— Ja…
— Tak?
— Hmmm.
— Taaaak?
— Trochę. Może. Tak. Chyba. Chociaż…
— Stróż mówił, że wzmocnili środki obronne. Zatem nic na terenie Akademii nam nie grozi — zauważył cicho, ale stanowczo Oliwier.
— Podczas incydentu na terenie Akademii był Anioł Stróż, Grupa Alfa w osobie Wampirzycy, Mrówki i Metala. Poza tym agenci BORu. Ze względu na premiera środki już były zaostrzone. A mimo to złoczyńcy się przedarli z łatwością. Wystarczyło, że zaatakowali z powietrza — kontynuowała domorosła dziennikarka, kierując kamerę na Białobrzeskiego. Jej głos był napastliwy bardziej, niż wydawało się konieczne, chociaż nie wyglądało na to, by skierowane to było przeciwko, któremuś z nich.
— Skoro Anioł Stróż twierdzi, że jest okej to chyba jemu można zaufać, nie? — odparł atak Bartek.
— Ty ufasz po tym jak was zawiódł?
— Nie może być wszędzie jednocześnie. On zajmował się Niszczycielem i Ogniomiotaczem…
— I Panem Pikiem — dodała Laura, ale kiedy Agata chciała skierować obiektyw na nią to chwyciła przyjaciółkę za rękę i zatrzymała.
— I to usprawiedliwia, czemu dopuścił, żeby za abiturientami w pościg udała się Talia? Czemu nie było nikogo, kto by was ochronił? Nie macie licencji, nie powinniście brać udziału w walce, bo nie macie do tego uprawnień. Jeśli którykolwiek ze złoczyńców w tej chwili złożyłby przeciwko wam pozew to sąd musiałby go rozpatrzeć. I istnieje duże prawdopodobieństwo, że orzekłby waszą winę — powiedziała chłodno Piórkówna.
— O rany takiego hejtu na Anioła Stróża już dawno nie słyszałem — zdziwił się Bartek. Wydawało mu się, że Agata jest taka jak oni wszyscy - podziwia pierwszego bohatera Polski na równi z nimi. Nie sądził, że usłyszy taką krytykę z jej ust.
— To nie hejt i nie jest przeciwko Aniołowi — pokręciła głową dziewczyna.
— Nie? — zapytał niepewnie. Już gdzieś koło “abiturientów” trochę przestał rozumieć, o czym mówiła, więc dopuszczał prawdopodobieństwo, że zwyczajnie się pomylił.
— Agata trochę panikuje — wyjaśniła jej przyjaciółka.
— Ty za to podchodzisz do tego zbyt nierozważnie. Tak, jesteś niesamowita z tą swoją zbroją, ale raczej nie jesteś gotowa, aby się mierzyć z superzłoczyńcami. Potrzebujesz czasu i przewodnictwa, żeby ktoś cię nauczył co i jak. A wychodzi na to, że jak zaczną na was polować to faktycznie nie skończysz Akademii, bo nie dożyjesz rozdania dyplomów — odparła, a jej głos podniósł się o kilka tonów. — Już, kiedy zobaczyłam… — pokręciła głową, żeby wyrzucić obraz Asa bijącego Laurę, który i tak prześladował ją nocami. Podczas nalotu strach sparaliżował Agatę już, gdy Walet zaczął strzelać. Jej mięśnie stężały. Gdyby nie to, że od początku trzymała się drzewa to prawdopodobnie upadłaby na kolana wcześniej. Jej głowa nie była przygotowana na takie atrakcje i aby zachować resztki trzeźwości, nie poddać się do reszty wszechogarniającemu przerażeniu, skupiła się na swoim filmiku i holofonie. — A kiedy powiedziałaś, że nie jesteś super i nie zdasz… Wiedziałam już wcześniej, że muszę ci pomóc. Promuję tamto nagranie, gdzie się da, wysłałam je nawet do telewizji. Nie pozwolę tego zamieść pod dywan. Zmuszę WAB, żeby wzmocnił ochronę. To jedno mogę dla ciebie, dla was zrobić.
— Wow — skomentował to Bartek.
— Duże wow — dopowiedziała Laura.
— A ja sądziłem, że ty tak dlatego, że zwyczajnie masz fizia na punkcie dziennikarstwa.
— Ja mam fizia z jakiegoś powodu. Bohaterem trzeba… być. Urodzić się, mieć jakieś predyspozycje, powołanie… — Oczyma wyobraźni widziała Laurę. Siedmioletnią z podbitym okiem, która wygrała zawody judo. Dziesięcioletnią, która weszła na dwunastometrowe drzewo, żeby ściągnąć kota sąsiadki. Trzynastoletnią oglądającą rysunek techniczny budowy motoru i składającą układ chłodniczy. Dla Agaty to wszystko było nieosiagalne. — Ja nie mam żadnych. Nie jestem ani odważna, ani silna, ani inteligentna. Wszystko przeciętnie. Wiedziałam od początku, że nie mam szans na bohaterstwie, a jak usłyszałam, że Laura idzie… Chciałam wybrać zawód, jak najbliżej. Na policjantkę też się nie nadaję. Została dziennikarka.
— Czyli marzy ci się być sidekickiem?
— Nie, nie będę Robinem do jej Batmana… — oburzyła się. Nie bardzo lubiła tą postać.
— Raczej War Machine do Iron Mana.
— To wy macie fizia na punkcie superbohaterstwa. — westchnęła, przewracając oczami. — Nie chcę być sidekickiem. Ani teraz, ani nigdy. Po prostu…
Po prostu nie chciała stracić kontaktu z życiem Laury. Nie chciała, żeby ją z tego życia wyrzucono, gdy już więcej nie będzie do niego pasować. Bała się, że nie będzie wystarczająco dobra, aby zostać.
Tylko nie mogła tego powiedzieć, bo nijak nie potrafiłaby przyznać się do tego strachu przed samą sobą, a co dopiero przed swoją najlepszą przyjaciółką. Zwłaszcza, że Laura nigdy jej niczego takiego nawet nie zasugerowała. Nie poddała w wątpliwość wartości Agaty. Wręcz przeciwnie - podziwiała i dopingowała działalność bloga. Piórkówna zdawała sobie sprawę, że ten strach jest nieuzasadniony i głupi. Wstydziła się go, bo głęboko, głęboko, na dnie serca wiedziała, że bierze się z zazdrości. Tego uczucia, które potrafiło zaślepić i wypaczyć nawet najlepsze intencje.
Jednak nie tym razem. Agata była tego pewna - tylko ona posiadała w ręku atuty umożliwiające zmianę i zamierzała je wykorzystać dla bezpieczeństwa swojej przyjaciółki.
— Dobrze, powiedzmy, że wierzę w Anioła Stróża i jego środki obronne WABu. Jednak jestem ciekawa jak ochronią waszą tożsamość? Wasze rodziny? Będziecie jeździć do akademii jak normalni studenci. Śledzenie was? Dziecinnie łatwe — powiedziała, a im miny trochę zrzedły.
Laura pomyślała o swojej bezbronnej mamie w szpitalu i o ojcu, na którego ściągała bezpośrednie zagrożenie. Bartek też powędrował myślami ku swojej rodzinie - dwóm braciom. Tatę podziwiał i w głowie nie chciało mu się pomieścić, że mógł on potrzebować czyjejś ochrony. Uważał go za silniejszego i mądrzejszego od siebie, był dla niego autorytetem w każdej dziedzinie. Oliwier zerknął odruchowo w stronę kas kawiarni, skąd wcześniej podglądała ich Jednorożec. Była delikatna, wrażliwa i miła dla wszystkich. Ktoś mógłby chcieć ją skrzywdzić tylko dlatego, że jej brat postanowił bohaterzyć? Ten pomysł sprawiał, że chłopak czuł podchodzącą do gardła żółć. Marysia zgarbiła ramiona, dłoń zacisnęła na dłoni. Jej rodzice i starsza siostra byli jak wyjęci z reklamy płatków śniadaniowych. Należeli do idealnego, jasnego świata, który ona chciała chronić. Ktoś miałby wtargnąć do ich domu i zbić tą bańkę szczęścia?
W ich oczach zapłonął ogień, gdy zwrócili się do Agaty. Nie takiej reakcji spodziewała się blogerka.
Tak, właśnie niezgoda na taką niesprawiedliwość i okrucieństwo była tym, co skłoniło ich do wyboru ścieżki bohaterów. No pasaran! Nie przejdą przez zaporę ich nadziei i odwagi. Nie przestraszą, nie rzucą na kolana.
Takimi torami toczyły się myśli tych, co już raz przetrwali. Z każdym kolejnym dniem wspomnienia strachu przed złoczyńcami bladły w ich sercach.


***

Zabrzęczał dzwoneczek nad drzwiami, więc Edward odruchowo podniósł wzrok znad kodeksu. Na szczęście Magda czekała już przy kasie , zatem nie musiał przerywać lektury, jednak nowy gość kawiarni przyciągnął jego uwagę. Raczej nie wyglądem, chociaż ten też był specyficzny, co intensywnym, aż parzącym spojrzeniem niebieskich oczu. Był to nastolatek o wykrzywionych pogardliwie, cienkich wargach. Sam Gołaś obnosił się z podobną miną, gdy był w podobnym wieku te kilka lat temu - potem dorósł i zrozumiał, że znacznie więcej zysku osiągnie, ukrywając swoje nastawienie do ludzi i świata.
Tymczasem obserwowany młodziak zarzucił kitą przez ramię - miał długie, blond włosy związane w kucyk - przechylił jeszcze bardziej zawadiacko cylinder, który i tak trzymał się na jego głowie, łamiąc prawo grawitacji i podszedł do baru.
— Co możesz mi zaproponować? — zapytał Magdę, po tym jak znudzonym wzrokiem przebiegł po tablicy z napojami. Zaczął męskim, głębokim głosem, a skończył piskliwie.
Mutacja to złośliwa suka.
Edward uśmiechnął się drwiąco pod nosem, nie udało mu się opanować starego nawyku - to znaczy uniósł lekko kąciki ust, bo jego twarz stoika nie wiedziała, czym jest prawdziwy uśmiech. Gdyby kiedyś wybuchnął śmiechem to miałby zakwasy policzków i brzucha przez tydzień.
Jednak Magda nie traciła zimnej krwi:
— Kawa, herbata? Z kaw polecam letnią edycję bananowego latte z lodami śmietankowymi. Z herbat: ice tea owoce tropikalne z hibiskusem i kulkami tapioki.
Chłopak chwilę się zastanawiał, a potem zamówił “niech będzie tą” kawę i kanapkę “byle z mięchem”, a potem zabrał talerz i szklankę i usiadł na samym środku sali. Na początku powąchał nieufnie napój i umoczył usta na spróbowanie, ale widocznie zasmakowało, bo głośno wygulgał całą zawartość na raz i z hukiem odstawił puste naczynie na stoliku. Do kanapki też podchodził jak pies do jeża, ale mimo to mlaskając głośno, zjadł ze smakiem.
Dopiero kiedy nieznajomy zaspokoił głód i pragnienie, jego myśli skierowały się na całkiem inny, znacznie bardziej przerażający tor, a Edward zaczął gorączkowo szukać pretekstu, aby ulotnić się z miejsca zdarzenia tak, żeby nie zaalarmować bandziora - samego, cholernego Ogniomiotacza w cywilu we własnej, nastoletniej osobie.


***

Swarożyc - kilka lat temu zmartwychwstałe bóstwo słowiańskie oraz jeden ze Słowiańskiej Trójki, ukochanych superbohaterów połowy kraju (druga ultra katolicka połowa też ich lubiła, ale nie mogła się do tego przyznać, bo kościół oficjalnie ich ekskomunikował) - obecnie wyglądał jak czternastolatek i znajdował się po mrocznej stronie mocy.
Bardzo dawno, dawno temu kiedy świat był młody i łatwy w formowaniu jak modelina - Swarożyc był jednym z najwyższych bóstw, Panem Słonecznej Tarczy, Bogiem-Słońce. Miał swój złoty pałac w koronie Drzewa-Wszechświata, usługujące mu skierki i wiły. Jeździł na płomienistym rumaku, bił smoki, polował na odyńce, a ludzie składali mu ofiary i pokłony. Był królem życia, aż do momentu, gdy nie wciągnięto go w pułapkę i zamknięto w magicznym sarkofagu. Minęły setki, tysiące lat zapomnienia i opuszczenia. Udało mu się opuścić to więzienie tylko dzięki szczęśliwemu trafowi. Przypadkowi, który pchnął młodą archeolożkę ku badaniom w katakumbach archikatedry gnieźnieńskiej, która przez przypadek odkryła trzy zapieczętowane trumny.
W pierwszej był on, w dwóch pozostałych znajdowali się: Perperuna, córka Boga Gromów i Wojowników, sama również patronowała deszczowi i dobrej walce; oraz ostatni z ich zespołu, czyli nieprzywidywalny Pochwist, Pan Wiatrów, który nigdy nie potrafił nigdzie zagrzać miejsca. Ciągle gdzieś się śpieszył, gdzieś leciał. Niegdyś był posłańcem, który nosił bogom wiadomości. Obserwował śmiertelników, a potem składał raporty Bogu-Ojcu, Rodzanicom, Tkaczce Przeznaczenia, czy Boskiemu Kowalowi. Teraz też nie pozostawał bezczynny, bo najbardziej aktywnie z ich trójki uczył się tego całkiem nowego świata, w którym przyszło im żyć.
To przez Swarożyca zostali superbohaterami. Nie potrafił żyć w cieniu. Jego duma nie pozwalała mu udawać zwykłego śmiertelnika. Potrzebował swoich polowań i wojen z mrokiem, aby naprawdę czuć się sobą. Niegdyś z hordami demonów nasłanych przez wuja Welesa, Pana Magii i Podziemia, i młodszego brata, Chorsa - Boga-Księżyca. Szukał ich, potrzebował, aby być w pełni sobą, a kiedy nie znalazł - sam postarał się o nowych wrogów na miarę jego możliwości. Żaden śmiertelnik nie mógł się oczywiście mierzyć rozmachem działania i siłą z Welesem, czy Chorsem, ale superzłoczyńcy nie byli aż tak beznadziejni jak na początku się spodziewał. Zdolności Swarożyca nie używane przez tysiąclecia też nie znajdowały się w najlepszej formie, więc pojedynki potrafiły być zaskakująco wyrównane.
To tylko jeszcze bardziej dołowało Swarożyca. Zniżał się do poziomu ludzi, mimo że był ich bogiem. Czuł jak upada coraz niżej. Pragnął odzyskać swój boski status.
Pewnego dnia jeden z superzłoczyńców obiecał mu pomoc w tym szlachetnym przedsięwzięciu. Swarożyc był na tyle zdesperowany, żeby się zgodzić.
I teraz siedział w kafejce, siorbiąc bananowe latte przez słomkę. Ludzkość miała też swoje dobre strony i magiczne napoje, które tworzyli były jednym z nich. Przed wiekami nigdzie nie dostałby czegoś tak niesamowitego jak to, co właśnie pił. Postanowił zapamiętać tą nazwę. Latte. Czysta poezja.
Jednocześnie spod leniwie przymrużonych powiek obserwował swój cel. Dziewczyna z burzą loków na głowie właśnie się z czegoś śmiała. Towarzyszyła jej grupka, którą Swarożyc kojarzył z filmiku, który w sieci stał się bardzo popularny po ataku na W.A.B. Kiedy Ogniomiotacz spotkał Pana Pika w Mecie, wyśmiał jego żałosnych przydupasów pobitych i złapanych przez bandę szczeniaków. Teraz będzie miał okazję pokazać jak powinno się potraktować takich amatorów jak oni.
:fire: :fire: :fire: PŁOŃ I PISZ! :fire: :fire: :fire:

Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

ODPOWIEDZ