UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!



Tytuł Tekstu Września otrzymało "Jak [nie] zostać bohaterem" - GRATULUJEMY! :D

Roztańczony instant - głosowanie

Tutaj znajdują się ogłoszenia o konkursach, w których minął już termin nadsyłania prac. Nic jednak nie broni, aby sobie dalej o nich rozmawiać. :)

Roztańczony instant - głosowanie

Czas głosowania minął 23 czerwca 2017, 10:02

02
4
44%
04
5
56%
 
Liczba głosów: 9

Awatar użytkownika
Milan
Straż! Straż!
Posty: 227
Rejestracja: 07 listopada 2012, 07:53

Roztańczony instant - głosowanie

Post autor: Milan » 09 czerwca 2017, 10:02

A zatem, więc, ponieważ, azaliż jest w czym wybierać :D Jak zawsze - każdemu przysługuje jeden głos, zdanie można zmienić dowolną ilość razy i głosujemy przez tydzień.

Miłej lektury! :u:
01
Danse macabre Lisek Mały wyjrzał na zewnątrz norki, lękliwie wychylając pyszczek. Jego siostra - Minia - popiskiwała cicho za nim. Z tego rocznego miotu została ich tylko dwójka, bo trzeci z rodzeństwa zginął ze skręconym karkiem w zębach rysia zanim Mama zdążyła zareagować. Rzuciła się mu na ratunek i odgoniła kotowatego drapieżnika, przepłacając to wieloma ranami, lecz Młody był już martwy. Całe stado okropnie po nim płakało, lecz nic się nie dało zrobić, a życie toczyło się dalej.
Do stada oprócz rodziców, Małego i Mini należało także ich starsze rodzeństwo. Trzy kilkuletnie siostry i jeden o rok starszy braciszek: Najstarsza, Starsza, Ruda i Warkotek. Mały kochał całą rodzinę, lecz nie najlepiej dogadywał się z bratem. Tamten często prowokował bójki, w których młodszy lisek zawsze przegrywał. Bolało to Małego, chociaż głównie jego dumę, bo rzadko kiedy którekolwiek ugryzienie krwawiło. Wstydził się też strasznie, bo kiedy się mazał, Mama karciła Warkotka, a on groził, że tego lata od nich odejdzie i spełni swoje marzenia – będzie podróżował hen, hen daleko poza las, który był ich domem i nawet poza pola. Jednak nie odchodził i często wspominał Młodego.
Minęło lato, przyszła jesień. Las się zmienił. Zrobiło się ciszej, zwłaszcza porankami, bo wiele ptaków się wyprowadziło. Z drzew zaczęły sypać się zrudziałe igły i liście, wirując i tańcząc w powietrzu. Wiewiórki coraz bardziej nerwowo biegały pomiędzy kolejnymi spiżarniami z zapasami na zimę. Rodzice też znikali coraz częściej i na dłużej na polowaniach, lecz zawsze wracali tego samego dnia.
Do wczoraj.
Taty nie było zaledwie godzinę. Wrócił w pełnym biegu i od razu zaczął zaganiać młode do norki. Najstarszej nie było, więc nawarczał na Starszą i Rudą, aby przypilnowały lisiąt, a sam zabrał Warkotka i wyszli po ostatnią z sióstr. Jeszcze zanim wrócili las ożył tak jak nigdy wcześniej. Rozległy się wycia i ryki, przeciągłe i głośniejsze niż huk gromów. I szczekanie dziesiątków psich gardeł. Wściekłych, wygłodniałych, na tropie. A potem tętent. Jakby stado ciężkich, ogromnych jeleni przebiegło niedaleko w popłochu przed czymś uciekając. Cały ten hałas niesłychanie wystraszył wszystkie lisy ukryte w norze. Skuliły się w najdalszym jej zakątku, tuląc do siebie, a dookoła nich drżała ziemia. A może to oni się tak trzęsli?
W końcu wszystko ucichło, lecz byli zbyt przestraszeni, aby wyjść na zewnątrz, chociaż puste brzuszki coraz bardziej dawały im się we znaki, poburkując z niezadowolenia. W końcu zmęczone starsze siostry pousypiały, lecz młodsze rodzeństwo kręciło się długo bez sennie. Aż do momentu, gdy Mały postanowił wyjść i poszukać zaginionej czwórki. Nie zdołał ujść daleko. Piski Mini obudziły resztę domowników i Starsza ściągnęła go za kark spowrotem.
Mama wróciła kolejnego dnia. Ranna, pachnąca ostro i nieprzyjemnie, zrozpaczona. Urządzono zasadzkę. Jej ledwie udało się ujść z życiem, ale widziała jak konni ścigają resztę. Byli już blisko domu. Tuż-tuż. Gdyby Tata z Warkotkiem nie odciągnęli uwagi łowczych to psy na pewno znalazłyby norkę. Ona sama przeczekała zagrzebana po sam czubek nosa w liściach, ale też nie wyszła z tego spotkania bez szwanku, bo rana na barku wciąż straszliwie piekła, jakby coś utkwiło w środku. Starsza i Ruda zaciągnęły Mamę i kazały jej odpoczywać. One przejęły obowiązki, wyszły poszukać śladów Taty i reszty rodzeństwa, ale przede wszystkim poszukać czegoś, czym mogłyby nakarmić ranną samicę i najmłodszych.
Mały i Minia pocieszały tymczasem Mamę. Byli pewnie, że z zaginionymi jest wszystko w porządku. W końcu Tata był najsilniejszy, potrafił dorównać nawet rysiowi czy wilkowi jak bardzo mu zależało. Nie było szybszego od Warkotka, ani sprytniejszej lisiczki niż Najstarsza, która podobnie jak Mama znała odpowiedzi na każde pytanie lisiąt.
Minia nie mogła się pogodzić ze stratą Taty nawet zimą i wiosną, wspominała rodzeństwo latem kolejnego roku. Mały śmiał się, że Warkotek pewnie wreszcie zaszedł dalej, niż za pola i teraz nie potrafi wrócić. Tymczasem Mama stała się ponura, nie uśmiechała się już wcale. Jakoś postarzała się znacznie bardziej, niż powinna w tak krótkim czasie. Przestała też oddalać się od norki. Na tereny ich rodziny zaszedł samotny dwuletni lis i podzielili się terytorium, bo Starsza utworzyła z nim parę. Mama pogodniała tylko, kiedy marzyła o małych lisiętach z tego związku na przyszłą wiosnę.
Jednak nigdy tego nie doczekła. Jesienią pownie przybyli łowczy. Mały, który nie był już taki mały doskonale ich pamiętał i zadbał o Minię i Rudą. Krzyczał na Mamę i kazał jej wracać, ale ona tylko pokręciła głową i zniknęła w lesie.
Tego roku podczas wielkiego polowania wśród ułożonych w schludnym rządku martwych lisich trucheł znalazła się Mama – tak samo jak w zeszłym Tata, Warkotek i Najstarsza. Wszystkich było około dwudziestu. Wynik gorszy niż zeszłoroczny, ale zadowoleni myśliwi zapijali piwem, zorganizowali ognisko, piekli kiełbaski. Po sesji fotograficznej dumni ze swoich trofeów zabezpieczyli i zapakowali trupy na wóz.


02

Tańcząc na wietrze
Kroki były proste. Nauczyła się ich dawno temu i przećwiczyła setki razy, zanim pozwolili jej wyjść na prawdziwą scenę i zatańczyć wśród innych. Teraz nie dopuszczała do siebie myśli, że może się pomylić. Skomplikowane sekwencje i proste przejścia - wszystkie traktowała tak samo poważnie i wykonywała perfekcyjnie, ale była również artystką. Pomiędzy obowiązkowe figury wplatała siebie. Reagowała na potrzebę chwili, pozwalała sobie na szaleństwo – improwizowała wewnątrz ściśle określonych granic.
Nikt inny się tak naprawdę nie liczył.
Widziała ich, słyszała jak krzyczą do niej i omijała, gdy stawali jej na drodze. Ich taniec był prosty, wulgarnie przewidywalny, a ona dawała z siebie wszystko. Nie odpuszczała. Chciała być najlepsza i chciała, by jej nauczyciele byli z niej dumni.
Wzbiła się wysoko, wykonała niespodziewany obrót i przypadła do ziemi.
Wiedziała, że zachwyca. Wiedziała, że patrzą na nią. Że oceniają i analizują – nie mogła ich zawieść.
Przyspieszyła.
Szum był ogłuszający, ale nie pomyliła się i nie zawahała. Wręcz niemożliwa do opisania radość poprowadziła ją do wielkiego finału i w chwili, gdy dotknęła ziemi na moment ogarnęła ją satysfakcja jakiej nigdy wcześniej nie czuła. Świat wokół rozbłysnął oślepiającym światłem i wiedziała, że udało się jej, że będą z niej dumni i…

– Pocisk z głowicą jądrową AHD10045-5-37 Mark IX osiągnął cel. Satelity zbierają dane z miejsca uderzenia. Szacowane zniszczenia 89% założonych – zameldował pochylony nad konsolą oficer. – Dyspersja materiału radioaktywnego w atmosferze sprzyjająca. Szacowany procent założonych ofiar 96.
Generał uśmiechnął się półgębkiem. Z pomocą dziecięco naiwnych AI jeszcze mogli wygrać tę cholerną wojnę.
03

Pamiętam pierwsze spotkanie.
Jak co roku przyjechałam z rodziną spędzić wakacje do dziadka. Codziennie, by odpocząć, wsiadałam na rower i jechałam za wieś, w stronę lasu. Wśród drzew było nadzwyczaj cicho, natura zdawała się być taka spokojna, mimo biegnącej tuż obok szosy łączącej wieś z miastem. Dalej rozciągały się pola pełne zbóż, jak zresztą i dookoła samego lasu. Zobaczyłam go na zachodnim skraju. Drzewa w tym miejscu jakby otaczał jedno z pól, wtedy ugór, z trzech stron, sprawiając, że nie można było go zobaczyć dopóki nie wyjechało się na nie leśną drogą. Przystanęłam, by obejrzeć jego taniec. Zauroczył mnie swobodą ruchów, wrodzoną gracją, wreszcie, czego nie zauważyłam od razu, synchronizacją jego kroków z podmuchami letniego wiatru. On i wiatr, jak odwieczni partnerzy tańczyli razem w takt niesłyszalnej dla nikogo innego melodii. Mogłam jedynie domyślać się, że była tak samo piękna jak widowisko jakie dane było mi oglądać. Wydawać się mogło, że nie zauważyli idiotki na rowerze, ale czułam, że on tańczył właśnie dla mnie. To było dziwne uczucie, skryte na skraju świadomości. Niestety spłoszył go nadjeżdżający od strony wsi samochód. Rozwrzeszczana, ledwie pełnoletnia hałastra w ich Maluchu, w ułamku sekundy zniszczyła całą tę atmosferę.
Tego lata zaglądałam na zachodni skraj codziennie, lecz on już się nie zjawił.

Spotkałam go ponownie dwa miesiące później, w kościele. Tańczył ze swoim przyjacielem, wiatrem wpadającym przez zdobne witraże do wnętrza, dmącego w organy jakby w nadziei, że ludzie zdołają posłyszeć ich melodię. Wtedy, gdy widziałam ich wirujących pod krzyżowym sklepieniem zrozumiałam, że mój tancerz jest kimś więcej, niż do tej pory przypuszczałam. Kimkolwiek był, nie mógł być złą istotą, inaczej nie zdołałby przekroczyć progu świątyni. Wtedy jednak, jak i wiele razy później, nie miało to dla mnie aż takiego znaczenia. Jak zahipnotyzowana obserwowałam ich delikatne ruchy, dopóki nie opuścili kościoła. Byłam na mszy wiele razy od tamtego czasu i za każdym razem miałam możliwość oglądania podniebnego baletu. Jakby przybywali tam specjalnie dla mnie. To była samolubna myśl, ale jak inaczej miałam to sobie wytłumaczyć? Że on nagle, bez żadnego powodu przebył pół kraju tylko po to, by tańczyć akurat tutaj, dla własnego widzimisię? To się nie trzymało całości, wymykało nastoletniej logice. Potem jednak uderzyła we mnie dorosłość z całą swoją mocą i przestałam myśleć o tancerzu.

Minęło kilka lat nim spotkałam go znów, na ulicy w centrum miasta. Przysiadł na ukwieconym klombie, w cieniu ozdobnego drzewka. Przechodnie zdawali się go wcale nie widzieć, a jednak był tam. Poderwał się, gdy go mijałam. Na pół tanecznym krokiem towarzyszył mi aż pod drzwi uczelni, gdzie czekał mnie końcowy egzamin. Chyba chciał mi w ten sposób dodać otuchy. Ja wiem, że przyniósł mi tego dnia szczęście.

Ostatnim razem czekałam na niego bardzo długo. Odnalazł mnie, choć tamten człowiek tak usilnie starał się nie ukryć przed światem. Przysiadł lekko na pniu młodej brzózki, która samowolnie się tu zasiała. Maleńki paź królowej. Mój anioł stróż. Uwolnił mnie z foliowego worka i więzów śmiertelnego ciała i zabrał ze sobą, po raz pierwszy ukazując mi się w pełnej postaci. Na swój sposób był piękny, tak jak piękny był i w swojej pierwszej postaci. Nie wiedziałam, że aniołom można zrobić krzywdę, lecz aż nazbyt dobrze widziałam dużą, grubą bliznę na jego klatce piersiowej. Gdy spytałam go o nią, odparł, że to jego przysięga. Wiąże go i zmusza do wykonywania poleceń Pierwszego. Nie pytałam kim jest Pierwszy, nie potrzebowałam tej wiedzy. Czułam, że nie powinnam pytać. Powiedział też, że uwolnić może się tylko w jeden sposób - gdy wykona swoją misję do końca.

Stoję tuż za progiem kutej ze złota bramy i patrzę ze smutkiem jak odchodzi. Wiem, że jest szczęśliwy, więc zwalczam w sobie chęć przeskoczenia przez ogrodzenie o odejścia wraz z nim. Wiem też, że nie chciałby tego, nie po to odprowadził moją duszę, mnie, aż tutaj. Patrzę więc, próbując zapamiętać jego lekkie, taneczne ruchy, to, jak pióra jego skrzydeł mienią się w świetle kolorami motylich skrzydeł. Mój anioł stróż, paź królowej, mój maleńki tancerz, jest wolny...


04
Szkoda mi tych tańców Miłość po alkoholu przychodzi łatwiej.
I nie chodzi mi tylko o tę fizyczną, bo ona wydaje mi się wtedy jedynie żałosna i nieporadna, a o jej wewnętrzną formę. Słowa wypowiada się jakby odważniej i nic, co w stanie trzeźwości wydawało się głupie, już tak głupie nie jest.
Możliwe że to tylko moje wrażenie, a wpływ na nie miały niefortunne zdarzenia z przeszłości i różnorakie przemyślenia, ale nie umiem się go pozbyć.
Pierwsze wypowiedziane kocham cię przyszło po butelce wina i połowie nalewki, w akompaniamencie śmiechu i załzawionych oczu. Trzymałem ją za śliską od potu dłoń, gdy tańczyliśmy poloneza, kiedy wyrzuciła z siebie, chichocząc, że kocha.
- Kocham!
- Co kochasz, Zuzka? - spytałem głupio, przekrzykując słabej jakości nagranie z Pana Tadeusza, uśmiechając się szerzej i jeszcze durniej.
- Ciebie. Kocham cię.
Nie wiem, nawet teraz oceniając to z perspektywy czasu, co powinienem wtedy zrobić, ale ścisnąłem mocniej dłoń Mierczakówny i odparłem, że ja również. Poczułem nawet coś na kształt ciepła, rozlewającego się w okolicach żeber, ale chyba nic poza tym. Sam polonez skończył się chwilę później, gdy Zuzka pogubiła oba pantofelki, uprzednio o mało co nie skręcając sobie kostki. Uczepiła się mojej koszuli i wdychała zapach perfum, których w pośpiechu użyłem przed wyjściem z mieszkania. Zaciągała się, świszcząc, bo miała zatkany przez katar nos, ale i tak jej obecność sprawiała, że było mi w życiu albo chociaż w tamtym momencie trochę lepiej. Spokojniej.
Nie twierdzę, że bez niej czułem jakiś bezsens, a ona swoją postacią zapełniła dziurę w moim sercu. Tak już chyba jest - mówię też o sobie- że niektórzy potrafią żyć bez miłości, a gdy w końcu się pojawia, uważają ją za wartościowy, ale nie niezbędny dodatek. Bezduszne? Nieludzkie?
Może, nigdy nie twierdziłem, że jestem dobrym człowiekiem.
Jakoś tak się złożyło, że w naszym wypadku mieszanka alkoholu i tańca zawsze w pewnym momencie prowadziła do pozbycia się (przynajmniej) części ubrań i znalezienia sobie w miarę intymnego miejsca. Nie wiem, na ile było to szczere i prawdziwe, a na ile podyktowane przez procenty, bo do rozmowy kończącej i podsumowującej znajomość tak naprawdę nie doszło.
Związek, czy jakkolwiek inaczej to nazwać, zakończyliśmy w poczuciu, że nic nie jesteśmy sobie winni. Ja Zuzce, a ona mi. I choć było ciężko, bo trwaliśmy przez te kilka tygodni w stanie zakochania, a jak wiadomo niesie ono ze sobą myśli, że to, co teraz, to na zawsze, to rozstaliśmy się w zgodzie. W każdym razie ja mam takie wrażenie. Żal, smutek, złość... Chyba nie zdążyłem tego poczuć. Niekiedy trzeba pójść dalej, nie oglądać się za siebie, podejmować trudne, ale właściwe decyzje. My taką podjęliśmy szesnastego marca, dwadzieścia sześć dni po polonezie w starej szklarni.
To ja zacząłem.
Nic się nie zmieniło, nie przestałem z dnia na dzień kochać, podziwiać czy pożądać, po prostu poprzednia noc dała mi wiele do myślenia. Podjąłem decyzję, a Zuza przytaknęła i się zgodziła.
Znaliśmy się co prawda krótko, ale pomimo to, nasza relacja wydawała się być idealna, bo oboje czuliśmy się w swoim towarzystwie dobrze i komfortowo. Zuza słuchała mnie i akceptowała wszystkie moje przyzwyczajenia. Nie jestem idealny, wiem o tym. Nic innego prócz idei nie jest mi potrzebne. Autorytety, filozofia, sposób na życie. Cel. Tylko tego pragnę. Zapominam o ludziach, ważnych sprawach i ciężko mi się wczuć w sytuację drugiego człowieka. Jestem zero-jedynkowy, wypunktowuje innym popełniane przez nich błędy i często nie umiem słuchać.
Mierczakówna zamieniła moje wady w słabości, nad którymi mogłem pracować. Czułem się przy niej lepszy. Jako mężczyzna i jako człowiek. Zaszczepiła we mnie chęć bycia codziennie o krok dalej; motywowała samą swoją obecnością do działania i sprawiła, że doszedłem do punktu, w którym dokładnie wiedziałem, co chcę w życiu robić i co daje mi szczęście i upragniony od wielu lat spokój.
Okazało się, że paradoksalnie to nie obecność drugiej osoby mnie uwalniała, ale coś zupełnie innego.
Spotkaliśmy się przed starą szklarnią, na parkowej ławce. Za chwilę miał spaść śnieg i usypywać małe kopce na naszych płaszczach, roztapiać się we włosach i mrozić nieosłonięte rękawiczkami palce. Zuza czekała już od kilku minut, mrużąc oczy w zmęczeniu i gładząc się po nadgarstku. Zauważałem nieraz, jak w zdenerwowaniu zasłania twarz, ściska materiał bluzki czy spódnicy albo mruczy w niezadowoleniu, ale taki przejaw stresu był dla mnie nowością. Nagle uzmysłowiłem sobie, jak niewiele o niej wiem.
Widząc mnie, wstała i nie usiadła, dopóki nie podszedłem bliżej. Przez rozpięty płaszcz zauważyłem, że nie zmieniła ubrania i przyszła na spotkanie ze mną w sukience w szare grochy i porwanych na udach rajstopach, w których widziałem ją dzień wcześniej.
Skrzywiłem się mimowolnie. Gdzie się podziewała?, myślałem, rozgrywając w głowie przeróżne scenariusze. Opuściła moje mieszkanie chwilę po jedenastej wieczorem; makijaż spływał jej po policzkach, znacząc je zszarzałymi smugami, oczy iskrzyły się wzmożoną przez płacz szarością, a wargi drżały w spazmatycznie nabieranych haustach powietrza. Mogłem ją odprowadzić, ale była dorosła i wiedziała, co robi, wychodząc sama wieczorem na ulice mojej dzielnicy. Zresztą oboje potrzebowaliśmy chwili na przemyślenia i uspokojenie.
Wyjmując telefon, patrzyłem przez okno, jak kieruje się szybkim krokiem w stronę Wrocławskiej, w drodze odpalając papierosa. Wieczór musiał być zimny, bo lekko prószyło śniegiem, pokrywającym osiedle pożółkłą w świetle latarni bielą. Gdy zniknęła za blokiem numer 67, odszedłem od okna i napisałem do niej wiadomość z prośbą o spotkanie przy starej szklarni następnego dnia. Miałem nadzieję, że odpisze szybko i nie pomyliłem się.
Trzy minuty później dostałem oszczędne okej.
Tej nocy podjąłem decyzję, więc siedząc z Zuzką na ławce, miałem już ułożone w głowie zdania.
- Nie wyobrażam sobie bycia z kimś, kto ciągnie mnie w dół, o kogo muszę się non-stop martwić i kim muszę się zajmować... - zacząłem wtedy, wlepiając wzrok w pobite szyby. Wiosną i latem było tu pełno paproci, a sama szklarnia ginęła w cieniu potężnych drzew. Znałem to miejsce od kilkunastu lat, gdy dzieciaki rzucały kamieniami w oszklony dach, szukały skarbu zakopanego w środku i oglądały korony drzew leżąc na posadzce wewnątrz zdewastowanego budynku. Wtedy nad szklarnią zwisały nagie gałęzie, mające za kompanów posępne wrony. - Rozumiesz?
Kiwnęła głową - zauważyłem to kątem oka, bo patrzenie na nią przychodziło mi z trudem. Wciąż żywiłem do niej szereg uczuć, nic się nie zmieniło - ani przez tę jedną, ani przez kolejne noce, a gdybym zaczął studiować z uwagą jej twarz, mógłbym zmazać wszystkie wieczorne przemyślenia i wnioski. A tego nie chciałem. Byłem przekonany o tym, czego pragnąłem.
- Chcę spokoju, Zuza. Nie mogę zrobić dla ciebie nic, co ci obiecałem. To się nie uda, wiesz? Nic się w moim postrzeganiu ciebie nie zmieniło, to po prostu... Nie ma co się smucić, było nam dobrze, prawda?
Im częściej kiwała głową, a robiła to po każdym wypowiedzianym przeze mnie zdaniu, tym bardziej upewniałem się w tym, że mam rację.
- Wróć dzisiaj do siebie. Muszę się zająć pracą, nie mielibyśmy dla siebie czasu. Ty też... Ty też chyba nie czujesz się w takiej relacji dobrze. To męczące. Nie mówię, że teraz, nie. Uświadomiłem to sobie wczoraj. Idealizowałem... Idealizowałem to wszystko chyba trochę. Nie wiem jak ty. Co o tym myślisz?
Po chwili milczenia i przypatrywania się swoim dłoniom, odparła, że mam rację. Nie wyczułem fałszu w jej głosie.
- Nie siedź taka posępna! - rzuciłem, gdy kątem oka złapałem, że szklą jej się oczy. Możliwe że się obwiniała za coś, co zrobiła, a co uznała za błąd. Złapałam ją za ucho i lekko pociągnąłem. - Hej... Nic się w moim stosunku do ciebie nie zmienia... Słyszysz? Nic.
Po chwili milczenia zauważyliśmy, że robi się wokół nas coraz śnieżniej, a sześcioramienne mroźne gwiazdy roztapiają się na materiałach płaszczy. Wcisnąłem dłonie w kieszenie i spojrzałem na nią odważniej.
Nasza relacja była piękna, nie miało sensu przekreślanie przeszłości tylko dlatego, że w pewnym momencie stwierdziliśmy, że związek przyniesie więcej zmęczenia niż radości. Uśmiechnąłem się delikatnie na tę myśl. Jakie życie byłoby łatwiejsze, gdybyśmy tak podchodzili do większości zdarzeń.
- Więc co... Co teraz? - wydusiła nagle sama z siebie, chowając brodę w szaliku.
- Nie czuję, by to był związek - odpowiedziałem.
Nawet nie mruknęła. Patrzyła tylko przed siebie jak kamienny posąg, a ja wiedziałem, że w środku wszystko trawi i analizuje.

Gdy pierwszy raz się zobaczyliśmy, tańczyła w otoczeniu dwóch mężczyzn. Urzekło mnie to, że pomimo dwutysięcznego szesnastego roku przeniosła mnie w nieznane mi z autopsji czasy. Stawiała kroki w sposób subtelny i pozbawiony wulgarności, z uwagą naśladując ruchy towarzyszących jej tancerzy, w przydużym, rozciągniętym swetrze, męskim kapeluszu nałożonym na głowę i w kraciastej spódnicy uosabiając to, co uważałem za kobiecość. Nie uśmiechała się, skoncentrowana tylko na choreografii.
Nie było w niej nic z profesjonalnej tancerki, ale miała jakiś taki koci krok, zmysłowość i klasę. Przyciągnęła mnie i zafascynowała. Osobowość, którą poznałem za ekranem i ruch połączony z wyglądem zaobserwowane dopiero w dusznym wnętrzu kawiarni, dopełniały się i tworzyły całość, której nie mógł się oprzeć nikt na sali.
Zuza i jej nieskomplikowany taniec przyciągnął wzrok całej męskiej widowni.
Podskok, dwukrotne klaśnięcie w dłonie, wyrzut nogi w lewy i prawy bok, prawa ręka i prawa noga w przód, potem to samo z drugiej strony. I tak w kółko,
Najpierw odłączył się niski wąsacz, a chwilę po nim młody blondyn. Tylko ona została, zatracona w ciągle ćwiczonej sekwencji ruchów. Nikomu nie przeszkadzało, że dla większości jest anonimową postacią, a taniec nie wychodzi jej najlepiej.
Dopiero gdy zeszła z parkietu i roztańczona pojawiła się koło mnie, pochylonego nad filiżanką kawy, zrozumiałem, że ją chcę. Całą.
Chciałem ją znać, wąchać i dotykać. Czuć. Tańczyć z nią cokolwiek, byleby być blisko. Zuzy nie znałem wtedy dobrze. Mogłem powiedzieć dużo o jej życiu, ale tylko to, co sama mi przekazała. Główną naszą bolączką było to, że nie znaliśmy swoich codzienności. Mimo to, ciągnęło mnie do niej, więc uśmiechnąłem się, gdy zmęczona usiadła przy moim stoliku. Nie mogłem pokazać, jak bardzo mi zależy.
- Ładny taniec - powiedziałem, wznosząc do góry filiżankę i pociągając łyk.
- Naprawdę? - zapytała tonem pobrzmiewającym uprzejmym zdziwieniem. Spuściła przy tym wzrok i uśmiechnęła się - prawie - nieśmiało.
- Zatańczymy kiedyś razem?
- Tak! Jasne! - potwierdziła i nie miałem wątpliwości, że kiedyś spełni tę obietnicę.
Później kilkakrotnie miałem okazję czuć ją w tańcu. Zazwyczaj pachniała winem, mieszaniną potu i dezodorantu, jakimiś niedrogimi perfumami i nagrzaną skórą. Lepkie dłonie splatała mi na karku, kładąc czoło na wysokości mostka i przysuwając się coraz bliżej, tak, że dotykałem jej brzucha i piersi, ud i kolan, gdy się nie zsynchronizowaliśmy. Zuza była wcieleniem Anny Kariny, choć o wiele ciekawszym. Miała widocznie niesymetryczną twarz i długie ręce, o starannie wypielęgnowanych dłoniach. Uśmiechając się, widać było przez chwilę lekkie znużenie lub smutek (szczególnie oczy dawały o tym znać).
Studiowałem ją bez końca. Potrafiłem przez godzinę przypatrywać się tylko stopom, łydkom, kolanom, udom i biodrom, by w następnej kolejności przejść do nagich pleców i wodzić wzrokiem od łopatki do łopatki. Wiedziałem, że na wysokości kości ogonowej ma cztery, tworzące trapez pieprzyki o tej samej wielkości ziarnka ryżu, na kostce bliznę, wyglądającą jak ślad po przypaleniu papierosem, a na skrzydełkach nosa tworzyły jej się fioletowe żyłki od kataru alergicznego, które zakrywała makijażem. Poznawałem ją, ilekroć miałem okazję. Pytaniami, nad którymi rozmyślała i nigdy nie potrafiła odpowiedzieć od razu i wprost. Dziwiła się mną, że jest dla mnie interesująca.
Pomijając wygląd, Mierczakówna była inteligentna. Po prostu. Ostrożna, nieco płochliwa, bo unikała jakichkolwiek starć światopoglądowych, ale też pięknie dobra. W jakiś sposób ożywiła idee, które kiełkowały we mnie od dzieciństwa, ale zostały zapomniane i przysypane rzeczywistością. Nie robiła tego być może świadomie, ale...
Była. Po prostu była.
I choć dzieliła nas odległość, miałem wrażenie, że wciąż mi towarzyszy. W snach, myślach, rozmowach. Cała jej postać tak mnie fascynowała, że nie potrafiłem mówić o niczym innym.
Zuza jest muzykiem, Zuza gra na fortepianie, Zuza mówiła mi o Akademii Muzycznej i wymaganiach w...
Nie byłem stalkerem, choć tak to mogło wyglądać. Miałem jej przyzwolenie na przeglądanie miejsc w sieci, w których istniała jako Yeter, zresztą - wszystkie konta ustawiła jako publiczne, więc codziennie pogłębiała się moja wiedza o niej. Wiedziałem, co robiła, co jadła, co miała na sobie. Jak się czuła, co polubiła.
Potrafiłem, pracując, przeglądać zdjęcia, które przysyłała mi z Akademii, i zamiast zajmować się obowiązkami, zapamiętywałem drobne szczegóły fizjonomii. Nigdy bym nie pomyślał, że tyle radości sprawiłoby mi kiedykolwiek słuchanie nikomu nieznanej studentki Instytutu Kompozycji, Dyrygentury i Teorii Muzyki.

Tego wieczoru był taniec. Było też stanowczo za dużo alkoholu, bólu i smutku, który wypłynął z Zuzy, jakby pękła w jakaś tama, którą stanowiła w życiu względna trzeźwość. Nie oskarżała mnie o nic, nie powiedziała, że nie dbam, że ranię, że skoro ją zdobyłem, to nagle moje zaangażowanie spadło. Nie.
Płakała. Wcisnęła się w kąt pokoju i ryczała, szorując plecami po szorstkiej ścianie. Stało się to nagle, w trakcie jakiejś wolnej piosenki, gdy poczułem, że się odsuwa, że cofa, że siada na panelach. Alkohol sprawił, że nie przeszkadzała jej podwinięta sukienka i ogólny obraz nędzy i rozpaczy, który zaczęła sobą reprezentować.
W pierwszej chwili zacząłem ją uspokajać. Odruch bezwarunkowy, objaw czułości. Skuliła się bardziej, zaciskając powieki, kciuki i palce u stóp. Próbowałem jeszcze kilkakrotnie, choć bezskutecznie, gdy podniosłem głos. Nie wiedziałem, co się wydarzyło i jedyne co mogłem, to być stanowczym.
Szloch zamienił się w histerię i panikę. Miałem wrażenie, że zamyka się w sobie i powoli znika, rozpuszcza jak zalany wrzątkiem cukier.
- Co się dzieje? - pytałem kilkakrotnie, ale nie umiała odpowiedzieć. - Weź wdech... Głęboki, proszę, Zuza...
Tamtego wieczoru puściły mi nerwy, tyle wiem na pewno.
...Ann wants to yell, she can only moan. For him... For him...
Zapętlony numer Papooz przerywał nierówny oddech Zuzki. Zmęczony pytaniami położyłem się na materacu, ugięte ramiona kładąc pod kark i wgapiając się w sufit.
Zmęczyła mnie. Przestraszyła. Zagmatwała obraz, który zaczynał się krystalizować.
Słyszałem, jak powoli się uspokaja, smarkając cicho, i wstaje, podchodząc do mnie. W drodze do materaca zaczepiła czymś o beniaminka i w ostatniej chwili niezgrabnie złapała roślinę.
Pamiętam, że przekręciłem się na bok i utkwiłem wzrok w żebrach kaloryfera. Nie chciałem jej obok, pierwszy raz od kiedy się poznaliśmy. Wsunęła się pod kołdrę. Poczułem dotyk zimnej stopy na łydce i automatycznie zbliżyłem się do ściany.
- Ej... Nie odsuwaj się... ¬- Próbowała złapać mnie za rękę, ale odtrąciłem ją. Chciałem spać. Byłem zmęczony.
Musiałem pomyśleć, a ona nie dawała mi spokoju, przysuwając się, wczepiając dłońmi w koszulkę, mocząc plecy łzami.
Stałem się czymś na kształt skały, od której się odbijała, bo spinałem mięśnie, gdy tylko poczułem, że się przymila.
Było po dwudziestej trzeciej, gdy szepnęła chyba coś, że sobie pójdzie, bo wstała, spakowała się pośpiesznie i wyszła, nie czekając na moją reakcję.
Miałem wcześniej kilka kobiet. W każdej byłem zakochany i bez reszty oddany do takiego stopnia, że chciałem, by czuła się przy mnie wyjątkowo. Zuzę kochałem, ale uświadomiłem sobie tego wieczora, że łącząca nas relacja niechybnie może zmierzać do tej pomiędzy opiekunem i dzieckiem, a oczekiwałem czegoś innego - zwykłego związku między kobietą a mężczyzną. Nie chciałem zbierać jej z kolan, ciągnąć za sobą, obejmować opieką i domyślać się, co jej dolega. Podejrzewałem zresztą, że nic jej nie było. Miałem dostatecznie dużo swoich problemów.
Tańcząca na dancingu Anna Karina z dziurą w sercu nie była mi potrzebna. Chciałbym ją bez tej broczącej szczeliny wewnątrz. Szczęśliwą oraz silną na zewnątrz i wewnątrz.
Tylko w tańcu to miała. Gdy ruszała się do soundtracku z ¡Átame!, do Wicked Game czy Parov Stelar.
Czasami przypominam sobie, jak tańczy. Miga mi jej sylwetka w różnych scenografiach. Mogłaby być jak Kim Basinger lub Ginger Rogers. Widzę, gdy powoli sunie po parkiecie, bosymi stopami krąży w kółko, wije się i kręci całkowicie oddana tańcu. Raz i dwa, raz i dwa, szepczę pod nosem.
Tańcz, Anno Karino.

Awatar użytkownika
Milan
Straż! Straż!
Posty: 227
Rejestracja: 07 listopada 2012, 07:53

Re: Roztańczony instant - głosowanie

Post autor: Milan » 09 czerwca 2017, 10:03

05

Śladem brata

Kelnerka postawiła przed Yanem kufel z piwem. Świeża piana spłynęła po szkle na ławę. Mężczyzna niechętnie popatrzył na napój i przewrócił oczami. Nudzili go już amatorzy, sądzący, że mogą sobie zaskarbić jego sympatię tak prostym podarkiem. Każdy idiota potrafił postawić piwo, a Yan starzał się i alkohol nie sprawiał mu już takiej przyjemności jak kiedyś oraz powodował wzdęcia. Ktoś mógłby wykazać się minimum wyobraźni.
– Żądam przejścia – oświadczył pewnym siebie tonem młodzieniec o włosach w kolorze dojrzałego zboża, policzkach rumianych i gładko ogolonych, oczach świecących.
Yan nazywał takich „typem rycerzyka”. Byli to młodzi chłopcy, którym wydawało się, że pieśni bardów mają cokolwiek wspólnego z prawdą. Marzyło im się ratowanie dziewic i ubijanie potworów. Cechowała ich naiwność, oderwanie od rzeczywistości, ale też upór i idealizm. Ciężko było ich zawrócić z raz przyjętej drogi, nie trafiały do nich żadne argumenty. Wydawali się nieszkodliwi, a czasem nawet okazywali się przydatni, gdyż odczuwali nigdy niezaspokojoną potrzebę pomagania każdemu na swej drodze. W praktyce często okazywali się irytującymi debilami, którzy nie mają pojęcia ani o walce, ani czego potrzebują inni ludzie.
– Idź pod ten adres – Yan przesunął po stole kawałek zabazgranego niedbale papieru. Miał kilka takich karteczek przygotowanych na zapas.
Już dawno doszedł do wniosku, że wdawanie się w dyskusje z poszukiwaczami przygód nie miało większego sensu. Słuchanie gróźb już mu się znudziło, a i parę razy oberwał po pysku. Dlatego każdemu chętnemu zaczął dawać adresy różnych niezbyt przyjemnych miejsc. A to burdel, a to melina. Dla urozmaicenia czasem dodawał adres cnotliwej damy albo urzędnika miejskiego. W gruncie rzeczy mógłby wybierać losowe ulice, bo w zasadzie wszędzie na wspomnienie Przeklętej Puszczy czekały śmiałków wyzwiska, baty i wyrzucenie za bruk, a czasem nawet za bramę miasta. Poza tym bawiła go myśl o tych wszystkich nieporozumieniach i zdziwionych spojrzeniach ludzi, gdy zjawiał się na ich progu jakiś rycerzyk i domagał przeprowadzenia przez Puszczę.
Chłopak od razu rozpromienił się, zacisnął karteczkę w dłoni i podziękował entuzjastycznie. Nie chciał jednak sobie pójść, zamiast tego przysiadł się do Yana i próbował wyciągać szczegóły dotyczące Puszczy.
– Chłopcze, wszystkiego dowiesz się tam – oznajmił ze znudzeniem.
Młodzieniec przez pewien jeszcze czas wiercił się niecierpliwie na swoim siedzeniu, widać rozczarowany, że jego informator nie okazał się postacią bardziej interesującą. Yan widział to nieraz. Tacy jak on zawsze spodziewali się, że każdy etap ich podróży będzie w jakiś sposób wyjątkowy lub czarujący. Ale on był tylko starym, zmęczonym człowiekiem, który zdążył zapomnieć, według jakich kryteriów miał przepuszczać śmiałków.
Ledwo chłopak wstał od stołu, jego miejsce zajął kolejny mężczyzna. Yan nawet na niego nie spojrzał, kontemplując cały czas topniejącą pianę. Przybysz wyłożył przed nim niewielki woreczek. W środku znajdował się medalion z bursztynu; w jego wnętrzu spał wiecznym snem długonogi owad, całość otaczała srebrna ramka.
– Czy ja wyglądam, jakbym lubił takie błyskotki?
– To nie dla ciebie, tylko twojej pani.
Yan po raz pierwszy spojrzał na mężczyznę. W pewnym sensie przypominał robaka z bursztynu – szczupły, z długimi kończynami. Ale dłonie miał nieproporcjonalnie wielkie i mocne. Ciemne włosy opadały na oczy, lepiąc się do czoła, podłużną twarz o mocno zaznaczonych kościach policzkowych pokrywał niechlujny zarost. Czarne ubranie wyglądało na znoszone.
– Poczekaj tu.
– Przyjmie mnie.
Yan schował medalion do woreczka, ale nie wstał. Nie podobał mu się ten facet. Zachowywał się, jakby wiedział trochę za dużo. W końcu Yan stwierdził, że podjęcie decyzji w tej sprawie przekracza jego kompetencje. Niech pani zrobi z nim co chce. Skinął obcemu ręką.
Wyszli z karczmy tylnymi drzwiami. Przecięli śmierdzące podwórko i przeszli do następnego budynku. Tam schodami wspięli się na piętro. Nim przybysz został wpuszczony do pokoju, musiał odstać swoje w ciemnym korytarzyku.
Pokój tonął w ciężkim, zniewalającym zapachu olejków, które przykryć miały nieprzyjemne, bagienne wyziewy. Mieszanka jednocześnie dusiła słodkością i odrzucała kwaśną nutą. Okna zasłonięto kotarami, uchylonymi tylko na tyle, by resztki wieczornego słońca malowały na podłodze wąskie czerwone kreski. Na stercie poduszek w głębi siedziała pani. Twarz miała zasłoniętą półprzezroczystym materiałem, resztę ciała owiniętą w wielką suknię z licznymi falbanami, wstążkami, warstwami. Wyglądała, jakby pod jej ciężarem nie mogła się ruszyć.
– Takie ukrywanie się jest zupełnie niepotrzebne. I założę się, że cholernie niewygodne.
Nie potrafił powiedzieć, czy ten bezczelny komentarz wywołał jakąkolwiek reakcję, materiał tłumił wszelkie ruchy ciała. Odniósł jednak nieprzyjemne wrażenie, że oczy świdrują go zza woalki. Z całą pewnością niezadowolony był Yan, bo zaczął parskać z oburzeniem.
– Yanie, możesz zostawić nas samych – przerwała mu pani. – Dzisiaj już możesz nie wracać na swoje stanowisko.
Sługa skinął głową i wyszedł, na odchodnym niechętnie łypiąc na nieznajomego.
– Jak się nazywasz?
– Kanut.
Pani z trudem dźwignęła się z legowiska. Niezgrabnie podeszła do niego, ściągając grubą rękawiczkę. Wychynęła z niej dłoń o nieprzyjemnym, żółto-niebieskim kolorze, plamista, zakończona czerniejącymi szponami. Spoczęła na piersi mężczyzny, ten jednak ani drgnął.
– Czego pragniesz?
– Tego, co wszyscy, którzy tu przychodzą.
Cofnęła dłoń, rozczarowana tą odpowiedzią.
– Nie doceniasz mnie, jeśli myślisz, że jestem wyłącznie strażniczką wejścia do jakiegoś tam lasku.
– Nie chcę po prostu wejść do Puszczy. Chcę zemsty. Ch-chcę… szczęśliwego zakończenia.
To już zaciekawiło panią.
– Pomóż mi to zdjąć.
Ręce Kanuta zanurkowały między sznurki i klamerki. Odpinał guziki i rozsupływał gorset niezręcznie, ale spokojnie. Pani uważnie obserwowała jego reakcje. Zwykle ci, którzy stawali przed jej obliczem, okazywali więcej emocji. Niektórzy popadali w czołobitny ton, obsypywali ją komplementami i płaszczyli się, by tylko spełniła ich prośbę. Potem z trudem powstrzymywali strach, obrzydzenie czy oburzenie, gdy pokazywała im swoje prawdziwe oblicze. Zresztą niechętnie wystawiała ludzi na tę próbę, zwykle pozostając ukryta, ale obojętność Kanuta intrygowała ją.
Suknia w końcu opadła, odsłaniając ciało maszkary – porośnięte mchem, miejscami o strukturze kory, z robactwem ukrytym w ściółce. Tylko twarz pozostała zakryta woalką.
– Teraz to – podała mu naszyjnik z bursztynem, a mężczyzna zapiął go na jej szyi. Stanęła przed nim, jakby czekając na reakcję.
– Wybaczy mi pani, że na myśl nie przychodzą żadne komplementy… Pani sutki są niczym żołędzie – stwierdził cicho, nie będąc przekonanym, czy rzeczywiście nie patrzy na żołędzie.
Pani zmarszczyła brwi. Nie słyszała w jego głosie ironii ani złośliwości. Wyłącznie zmęczenie. Nie próbował jej obrazić – to zgorzkniałość pchała go do tak dziwnych wypowiedzi. Przyjrzała się uważnie jego twarzy. Oczy, przysłonięte lepiącą się grzywką, były podkrążone, kąciki ust opadały smutno w dół, skóra była szara i niezdrowa. Wyglądał, jakby wszystko było mu jedno. Postanowiła przeprowadzić jeszcze jeden test.
– Przychodzisz do mojego domu i ze mnie drwisz. Wracaj skąd przyszedłeś. Nie zasłużyłeś na moją pomoc.
Dopiero odmowa rozbudziła w Kanucie żar. Jego oddech nagle przyspieszył, oczy rozwarły się szeroko, szczęka zacisnęła aż chrupnęły kości. Zwinął dłonie w pięści, aż wezbrały żyły na przedramionach. Pani przez chwilę myślała, że ją uderzy. Przygotowała się już na odparcie ataku, jednak mężczyzna niespodziewanie upadł na kolana i ucałował jej ziemiste stopy.
– Wybacz mi, pani. Przebyłem drogę tak daleką i straszną, że zmęczenie odebrało mi rozum… nie wiem, co mówię.
– Lepiej, byś odzyskał władzę nad własnym językiem, bo chcę, byś opowiedział mi wszystko o swej podróży.

*

Kanut miał młodszego brata, Tylika. Gdy byli dziećmi, ledwo kilkuletnimi szkrabami, matka ostrzegła ich, by w swych zabawach nigdy nie zapędzali się w kierunku północnym, by nigdy nie szli w dół rzeki. Rzeczywiście, mieszkańcy ich wioski, bo dotrzeć do sąsiednich osad, zawsze wybierali drogę najpierw na zachód, by ominąć rosnący wzdłuż wody las, i dopiero potem skręcali we właściwym kierunku. Także chrust, grzyby i owoce zbierano gdzie indziej.
Według legendy, pobliski las był miejscem przeklętym na skutek zemsty pewnego człowieka, który chciał poślubić córkę lokalnego chłopa. Młodzieniec był jednak biedny, a chłop posiadał żyzną ziemię, która wydawała zawsze wielkie plony, cieszył się też powszechnym szacunkiem sąsiadów i planował wydać jedyną córkę za majętniejszego kandydata. Dziewczyna, zakochana oczywiście w biedaku, płakała i protestowała, na nic się to jednak zdało, a jej ojciec – mając nadzieję, że ta szybko zapomni o nieaprobowanym przez niego zalotniku – uknuł intrygę przeciwko chłopakowi. Oskarżony niesłusznie o serię kradzieży, młodzieniec musiał uciekać z wioski. Zniknął zaledwie na kilka miesięcy, ale w tym czasie dziewczyna została wydana za innego. Rozpaczała z powodu utraconej miłości tak długo, aż jej ciało, wycieńczone płaczem i cierpieniem, poddało się.
Chłopak wpadł we wściekłość i obiecał niedoszłemu teściowi zemstę. Pod osłoną nocy zasadził na jego polu nasiono z Przeklętej Puszczy. I zaledwie jedno wystarczyło, by Przeklęta Puszcza doczekała się potomstwa – powoli, ale bezlitośnie zarosła całe pole, pochłonęła dom, ludzi i zwierzęta. Z chłopa uczyniła sobie swojego sługę, a jego córka, podniesiona z grobu, została ponurą królową nowego lasu.
Gdy opowiadano tę historię, Kanut nigdy nie potrafił grzecznie słuchać. Przerywał, zadając niewygodne pytania: Skąd młodzieniec wziął nasiono? Czemu chłop nie wyrwał obcej rośliny niczym chwasta? Czemu nie uciekł? Jeśli drzewa rosły powoli, to jakim cudem go dopadły? Co się stało z twórcą tego zamieszania? A z dziewczyną? Zamiast odpowiedzi dostawał tylko łajania, że nie szanuje starszych.
Dlatego też nie wierzył w ani jedno słowo legendy. Gdy nikt nie pilnował, podkradał się na sam skraj lasu i zaglądał wgłąb. Nigdy nie dostrzegł żadnych upiorów ani demonów. I dokładnie to samo powtarzał swojemu bratu, gdy przechwalał się, że któregoś dnia przejdzie cały las i gdy wyjdzie z drugiej strony, ludziom szczęki opadną…
Kanut przerwał na chwilę opowieść. Pani pogładziła go szponiastą dłonią po kolanie, trochę pocieszając, a trochę zachęcając do kontynuacji.
Nawkładał bratu głupot do głowy. Dzieci powinny słuchać rodziców, starszyzny, ale dla małego Tylika to starsze rodzeństwo stanowiło najwyższy autorytet. Dlatego też pewnego leniwego, zimowego dnia wymknęli się z domu, gdy jeszcze było ciemno. Nim dotarli do lasu, wzeszło już słońce. Był przyjemny dzień – mroźny, ale z bezchmurnym niebem. Śnieg skrzypiał pod nogami. Chłopcy weszli między drzewa.
Z początku nic się działo. Szli wzdłuż rzeki. Kanut triumfował, wskakując na kamienie i strząsając śnieg z bezlistnych gałęzi. Krzyczał na całe gardło, wyzywając potwory na pojedynek. Śmiał się, zadowolony, że dowiódł swych racji. Ale Tylik nie podzielał tej wesołości. Nie mógł pozbyć się nieprzyjemnego wrażenia, że ktoś ich obserwuje. Nie chciał się bawić, próbował też uciszać pokrzykiwania Kanuta. Tymczasem niebo zaszło mlecznymi chmurami. Świat utonął w gęstej bieli, igrającej z perspektywą, mylącej kierunki. Tylik zaczął płakać. Nie pozostało nic innego, jak tylko zawrócić. Zwłaszcza że Kanut zaczął tracić swą wcześniejszą odwagę. Gdy przestał się śmiać, zdał sobie sprawę, że nie słychać żadnego innego dźwięku, nawet rzeka szemrała cichutko, jakby zastraszona. Było w tym coś nienaturalnego. Ale nie chciał wywoływać paniki ani u siebie, ani u brata, dlatego zaproponował, by ścigali się do granicy lasu. Dzięki temu mieli wymówkę, by puścić się szalonym biegiem w stronę domu.
W tym momencie pojawiła się ona. Tu Kanut znowu przerwał. Spojrzał na panią. Kobieta zrozumiała, czemu nie był zaskoczony jej wyglądem ani obrzydzony. Widział już gorsze od niej, ożywione mocą puszczy zwłoki. Uniosła w górę woalkę, odsłaniając zarośniętą mchem twarz. Zatrzepotała utkanymi z pajęczyn rzęsami.
Królowa lasu wypadła niespodziewanie spomiędzy drzew. Jej stopy przenikały przez śnieg, nie wydając najmniejszego choćby dźwięku. Albo chłopcy nie mogli go usłyszeć przez jej wściekły ryk.
– Weszliście do mego domu i się po nim szarogęsicie? Myślicie, że wybaczę wam tę zniewagę? Że pozwolę wam uciec?!
Wyciągnęła ręce w stronę Kanuta. Tam, gdzie skóra została uszkodzona, wyraźnie widział, że kości zamieniły się w drewno. Palce zastąpiły pnącza, teraz pędzące w stronę jego szyi. Ale chłopak dalej nie dał się zastraszyć. Wiedział, że go granicy już blisko, wystarczy tylko pobiec jak najszybciej. Wielkimi susami gnał na złamanie karku. Nawet nie zwolnił, mijając brata, a jedynie złapał go na chwilę za rękę, pociągnął za sobą, dając sygnał do działania. Ale drobna rączka przerażonego dziecka wyślizgnęła się z jego palców. Myślał, że Tylik biegnie. Był o tym przekonany. Celowo nigdy by go nie zostawił…
Znów zamilkł. To była najgorsza część wspomnienia, ta, do której nie chciał wracać. Poczucie winy odbierało mu w takich chwilach zmysły. I żadne tłumaczenie, że był tylko dzieckiem, że był przerażony, nie pomagało. Zostawił brata na pastwę leśnej królowej. Być może tylko dlatego przeżył. Choć nie był tego do końca pewien… Gdy już wypadł spomiędzy drzew, obejrzał się za siebie. Kobieta trzymała jego brata i uśmiechała się triumfalnie. Może nie zdążyła dopaść ich obu, a może celowo pozwoliła Kanutowi umknąć, by skazać go na cierpienie.
– Chcę odnaleźć brata – powiedział tak cicho, że ledwie go zrozumiała.
– Czemu myślisz, że będzie w Przeklętej Puszczy? Czemu nie szukasz go u siebie w wiosce?
– W tamtym lesie go nie było – zapewnił.
– Skąd wiesz?
Odchrząknął nerwowo. Zdał sobie sprawę, że powiedział zbyt wiele. Brnąć w to dalej byłoby niebezpiecznie, nie wiedział, jak zareaguje pani. Jeśli będzie opowiadał dalej, może ją rozwścieczyć.
– Po prostu wiem. Czuję to. Rodzeństwo potrafi łączyć wyjątkowo silna więź…
Nie wierzyła mu.
– Gdy spytałam, czemu do mnie przyszedłeś, w pierwszej kolejności wymieniłeś zemstę. Czy chcesz dopaść także królową lasu?
Nie wiedział, co odpowiedzieć. Gdy zaczął opowiadać swoją historię, otworzył stare rany, stał się zbyt emocjonalny. W ogóle gadał za dużo. Jak miał teraz z tego wybrnąć? Ale mógł przecież jej – leśnej istocie – zdradzić, co zrobił. Pani zauważyła jego wahanie.
– Mówi się powszechnie – zaczęła – że z Przeklętej Puszczy nikt nie powrócił. Ale to nieprawda. Są tacy jak ja. I jeszcze inni. Czasem udaje nam się wyrwać spod jej mocy, choć tak naprawdę w normalnym świecie też nie mamy czego szukać. Tu się o nas myśli jak o potworach, choć jesteśmy tylko ofiarami. Spójrz tylko na mnie. Jeśli myślisz, że jestem tu za zgodą i na życzenie Puszczy, to się mylisz. Jestem tu jej na pohybel. Szukam śmiałków takich jak ty i oferuję im bezpieczne przejście w nadziei, że choć trochę ją zranicie, zabijecie niektóre z jej dzieci. Wciąż marzę o kimś, kto byłby w stanie ją zniszczyć… Doskonale rozumiem twoje pragnienie zemsty.
Pogładziła jego policzek wierzchem dłoni. Nie mogła sobie darować drobnej przyjemności. Pocałowała go. Miał usta miękkie, smakujące piwem z karczmy na dole. Ona pachniała igliwiem.
– Czy taka jest cena…? – zapytał, przyciągając ją do siebie.
Pani jednak w panice go odepchnęła.
– Ach, nie, nie! To by było okrutne. Narazić twoje ludzkie ciało na tak bliski kontakt z tym, czym się stałam… Nie ma we mnie okrucieństwa. To był pocałunek na szczęście. Jeśli twój brat wciąż żyje w Puszczy, mam nadzieję, że uda ci się go z niej wyrwać, tak jak mnie udało się kiedyś uciec. Jestem tu, by pomagać takim jak ty – silnym, zmotywowanym, wyjątkowym. Tylko tacy ludzie mają szansę w starciu z Puszczą. Zranisz ją, zabierając jej dziecko. Cieszy mnie to wielce i życzę ci sukcesu.
Mężczyzna rozluźnił się. Dokończył opowieść.
– Gdy podrosłem, postanowiłem zniszczyć ten las. Ciąłem go i paliłem. Odkryłem, że mam do czynienia z najzwyklejszymi w świecie drzewami, a wówczas jeszcze przyspieszyłem tempo niszczenia. W końcu udało mi się dotrzeć do samego środka… Naprawdę rosło tam przeklęte drzewo. Zupełnie jak w legendzie. Jedno jedyne, jego mroczna moc nie przeszła na pozostałe rośliny. Ale to wystarczyło, by na całą okolicę rzucić strach.
– Zniszczyłeś je?
– Tak.
– Dobrze.
Widział teraz, że go nie okłamywała. Bał się, że jeśli zdradzi, co zrobił, zostanie przez nią zabity. Ale ona naprawdę pragnęła zemsty tak jak on.
– Gdy to drzewo płonęło, wydawało mi się, że słyszę płacz… Nie pozostawiłem nawet jednego pniaka. Rzeka, która tamtędy płynęła, wyschła. Moja wioska… Ale królowej tam nie było, mojego brata też. Myślę, że gdy jeszcze mogła, królowa popłynęła w dół rzeki, ciągnąć za sobą Tylika. W końcu nurt wpadał do wielkiej rzeki Gda, która wpływa do Przeklętej Puszczy. Dlatego myślę, że tu się schronili. Powrócili do matki.
– Powiem ci, gdzie się teraz udasz. A gdy już razem ze swym bratem opuścisz Puszczę, obiecaj, że pozostawisz za sobą tylko zniszczenie.

*

Pani spoglądała długo przez okno za odchodzącym mężczyzną. Było jej go żal. Widziała, iż zżera go wewnętrznie wina za los brata. Tak samo widziała, że wierzył, iż mszcząc się na Puszczy może oczyścić swoje sumienie. Ale nie sądziła, by naprawdę mogło mu to pomóc. Mimo to zrobiła wszystko, by mu pomóc – dała mu przewodnika i nauczyła zaklęcia na wypadek, gdyby miecz nie wystarczył.
– Yanie? Kim jest ten człowiek, z którym rozmawia Kanut?
Sługa odchylił delikatnie zasłonę, by nie odsłonić swej pani. Od razu rozpoznał jasną grzywę.

*

– Wybaczcie, panie! Czy wy również udajecie się pod ten adres?
Ktoś podsunął Kanutowi pod nos świstek papieru z niewyraźnymi literami. Odtrącił rękę i burknął coś groźnie, nawet nie przystając.
– Panie! Ja również wyruszam przeciwko Przeklętej Puszczy. Gdybyśmy połączyli siły…
Tym razem Kanut przystanął. Rozpoznał chłopaka, który przed nim rozmawiał z Yanem. Omiótł go sceptycznym wzrokiem, nie znał jednak zasad selekcji ani złośliwych karteczek, skoro więc ten dzieciak otrzymał jakiś adres, zapewne mówił o tym samym miejscu, do którego udać się miał Kanut. Niechętnie musiał też przyznać, że nawet jeśli pani obiecała mu wsparcie i złożyła na jego ustach szczęśliwy pocałunek, gotowy był przyjąć każdą pomoc.
– Jak się zwiecie?
– Jestem Stomir, syn…
– Niewątpliwie jesteś czyimś synem, ale na tej wyprawie niewiele nam to pomoże. Macie jakichś ludzi?
– Dwóch mistrzów miecza i mego sługę, zmęczonego już wiekiem, ale wiernego i…
– A czego szukacie w Puszczy?
Chłopak aż zaczerwienił się z podniecenia.
– Panie, tam żyją potwory, które gnębią okoliczne wioski. Pragnę uwolnić ludzi od cierpień i niebezpieczeństw…
– Czyli szukasz chwały i chcesz udowodnić, że jesteś prawdziwym mężczyzną.
– Owszem, y, możliwe, że ludzie będą o mnie mówić, może nawet śpiewać, ale to nie jest najważniejsze – Stomir wyglądał na strapionego tak bezpośrednim wytknięciem mu tego, czego na głos nigdy nie odważyłby się powiedzieć, skrywając w sercu swoje pragnienia o zostaniu bohaterem.
Kanut westchnął przeciągle. Wolał zakończyć rozmowę zanim zacznie lubić tego chłopaczka, albo gorzej nawet – zrobi mu się go żal. W końcu chciał go tylko wykorzystać, nie zaprzyjaźniać się. Odwrócił wzrok od ufnych, niewinnych ocząt i zaproponował wspólną podróż.
Opuścili miasto wczesnym rankiem. Kanut milczał, popędzał tylko konia, wiedząc, że dwóch tak zwanych mistrzów miecza – Czarnozęby i Zły Janek – było podejrzanymi typami, niechętnymi pojawieniu się nowego członka drużyny. Zapewne obawiali się, że Kanut będzie dla nich konkurencją do sakiewki Stomira, dlatego zapewnił ich krótko i szorstko, że pracuje wyłącznie dla siebie, a do Stomira dołączył ze względu na wspólny cel. Nie podobali mu się jednak ci ludzie.
Droga nie była nie długa ani niebezpieczna. Na następny dzień przybyli do ostatniej wioski na szlaku prowadzącym do Przeklętej Puszczy. Chaty stały tu niebezpiecznie blisko drzew, ich korzenie ciekawsko wiły się w stronę ich fundamentów, gałęzie wyciągały ku dachom. Mieszkańcy zaś… nie , nie byli przemienieni. Mimo to rysy twarzy wydawały się trochę zbyt ostre. Skóra miała odcień ledwo zauważalnie ciemniejszy, jakby zielonkawy. Zmiany były subtelne, bardziej podświadomie wyczuwalne niż dostrzegalne gołym okiem.
– Załatwcie nam nocleg – rozkazał Kanut, ku niezadowoleniu najemników.
Sam zaś udał się na skraj wioski, tam, gdzie wskazała mu pani. Odnalazł bez problemu dom przewodniczki – był to jedyny wzdłuż drogi budynek z czerwonymi drzwiami. Na podwórzu spał tłusty, rudy kot. Wśród kwiatów uwijała się zaś młoda dziewczyna o złotym warkoczu. Mogłaby być siostrą Stomira – dzieliła z nim nie tylko piękną barwę włosów, ale też delikatną, rumianą twarz i niewinne, niebieskie oczy.
– Szukam przewodniczki – zapowiedział Kanut bez wstępów. – Przysłała mnie pani. Kazała powiedzieć, że niosę ogień.
Dziewczyna pokiwała głową, słysząc umówione hasło. Spojrzała na niego z zainteresowaniem.
– Podejdź tu.
Kanut posłusznie zeskoczył z konia. Ku jego zdziwieniu, dziewczyna złapała go za szorstki podbródek i pocałowała krótko.
– Smakujesz panią – stwierdziła z zadowoleniem. – Musiałeś jej się wyjątkowo spodobać.
Kanut westchnął tylko, zmęczony kolejnymi testami.
– Gdzie chcesz, by cię zaprowadzić?
– Wolałbym to omówić z przewodniczką.
W odpowiedzi uśmiechnęła się uprzejmie.
– Rozmawiasz z nią.
Kanut nie potrafił ukryć zdziwienia. Spodziewał się kogoś podobnego do pani… Co to za sztuczki? Czy dziewczyna korzystała z iluzji?
– Nieuprzejmie się tak nie przedstawić – zauważyła bez złośliwości. – Jak się nazywasz? Ja jestem Słonecznik.
– Kanut.
– A czy mógłbyś mi zdradzić swój cel?
Poprosił, by weszli do środka. W domku panował przyjemny chłód. Jednocześnie zaś wyglądał całkiem przeciętnie, bez żadnych śladów wzkazujących, by dziewczyna mogła być wiedźmą korzystającą z zaklęć.
– Szukam kogoś. Kogoś, kogo Puszcza porwała, gdy był małym chłopcem. Być może towarzyszy powstałej z martwych kobiecie, którą kiedyś nazywano królową lasu. Mogli pojawić się w Puszczy kilka lat temu, przybyć rzeką już przemienieni, po tym, jak spaliłem las, w którym żyli.
– Och! – krzyknęła krótko dziewczyna zaskoczona jego słowami.
– Wiesz, o kim mówię?!
Słonecznik patrzyła na niego długo w milczeniu, coś rozważając.
– Gdyby nie to, że pani cię wskazała, odesłałabym cię z kwitkiem. Chcesz iść tam, gdzie nikt o zdrowych zmysłach nie chodzi… Nawet ja tak nie ryzykuję. Dlaczego ci na nich zależy?
– Ten chłopiec… to mój brat. Muszę wiedzieć, czy on żyje. Znasz go?
– Nigdy go nie wiedziałam, ale słyszałam, jak drzewa o nim szepczą. Jest w Puszczy tylko jeden przybysz z daleka. Wiem, gdzie go szukać.
Kanut schował twarz w dłoniach. Nie płakał, choć jego ciało przeszyły wstrząsy, jakby po raz pierwszy od lat w końcu był w stanie rozluźnić mięśnie. Zaskoczyło go, jak wiele ulgi przyniosły mu te słowa, choć jeszcze ani nie odnalazł brata, ani nie miał pewności, że Słonecznik się nie myliła. Mimo to opanował go spokój.
Chwilę potem ze zdziwieniem zdał sobie sprawę, że patrzy w sufit. Jego głowa spoczywała na kolanach przewodniczki.
– Zemdlałeś od emocji – wyjaśniła, czule głaszcząc go kciukiem po czole. Odgarnęła do tyłu ciemne włosy. – Musisz odpocząć. Nabrać sił przed wyprawą. Mam szlak, którymi przeprowadzam śmiałków na drugą stronę, do nieznanych krain. Jest on dosyć bezpieczny, ale nie będzie nam dane z niego skorzystać. Będziemy musieli wejść głęboko w Puszczę. Musisz być gotowy.
– Będę – obiecał.
Kazała mu wypić zsiadłego mleka i mocno pachnącego wywaru z ziół. Może jednak była czarownicą. Wyszedł od niej skołowany, z poleceniem, by wrócić za trzy dni. Był tak blisko celu… Odnajdzie brata. Zemści się na Puszczy. Zabije każdego potwora, który stanie mu na drodze. Niech Puszcza spłynie krwią.
Gdy wrócił do miejsca postoju grupy, znalazł tylko Stomira i starca. Natychmiast otrzeźwiał.
– Gdzie są twoi ludzie?
– Poszli po zapasy na dalszą podróż – chłopak nie był dobry w kłamstwie i Kanut od razu przejrzał go na wylot.
– Mów prawdę, jeśli chcesz kiedykolwiek wejść do Puszczy! – warknął. Nawet nie musiał wyciągać broni, bo Stomir natychmiast zaczął mówić.
– Ja myślę, że panu można ufać, bo w końcu panu też zależy na zniszczeniu Puszczy! Łączy nas misja! Ale Czarnozęby powiedział, że pan coś kombinuje i poszedł za nim…
Kanut natychmiast nabrał złych przeczuć. Rzucił się biegiem z powrotem ku chacie z czerwonymi drzwiami. Wpadł do środka z mieczem gotowym do uderzenia. Szybko omiótł wzrokiem scenę – Słonecznik płakała, siedząc na podłodze. Czarnozęby stał nad nią z groźną miną, a jego towarzysz przetrząsał siennik.
– Zostawcie dziewczynę!
Czarnozęby uniósł pokojowo dłonie do góry, więc Kanut zawahał się i nie zaatakował go.
– Daj spokój, człowieku, nie będziemy tu walczyć! Nie ma o co! – zapewnił szybko. – Ojciec Stomira dobrze ci zapłaci.
– Ciekawe za co?! – syknął groźnie.
– Za to, żeby dzieciak tylko trochę pomachał szabelką na obrzeżach Puszczy, zdobył jakieś trofeum i usatysfakcjonowany wrócił do domu.
Kanut opuścił miecz. Zaczynał rozumieć sytuację.
– Nie pracujecie dla Stomira, tylko dla jego ojca. Macie pewnie przypilnować, żeby głupek się przypadkiem nie zabił.
– Dokładnie. A ty wyglądasz jak kłopoty. Liczyliśmy, że na dłużej utkniemy w mieście, a ty przylazłeś i wyciągnąłeś nas na to zadupie. Jesteś z konkurencji? Chcesz go wykończyć? Cokolwiek ci płacą, my możemy zaoferować ci więcej.
– Puść najpierw dziewczynę.
– Nie trzymam jej.
Słonecznik przyjęła to jako sygnał do ucieczki. Szybko poderwała się z podłogi i dopadła Kanuta, przywierając do niego z całych sił. Parsknął jak koń, trochę z zażenowania bliskością jej pięknego ciała, a trochę zirytowany, że stał się bezbronny. Przez nią przyklejoną do jego ramienia nie mógł walczyć ani się bronić. Miał jednak inny pomysł na zażegnanie konfliktu.
– Idioci. Nie chcę nikogo zabić, a wręcz przeciwnie. Ta dziewczyna to przewodniczka, wie, jak bezpiecznie przejść przez Puszczę i gdzie znajdują się leża potworów. Zaprowadzi nas, gdzie chcemy, a potem wyprowadzi. Chcecie uczciwie zarobić to, co płaci wam ojciec Stomira, lepiej trzymajcie się mnie i jej. Gdybym nie zgodził się wam pomóc, poszlibyście na pewną śmierć.
– A skąd mamy wiedzieć, że czegoś razem nie knujecie? Podejrzanie się do siebie kleicie jak na nieznajomych.
– Pani go wybrała! Moim obowiązkiem jest go chronić! – krzyknęła oburzona Słonecznik.
– Chcecie, możemy pójść oddzielnie. Zobaczymy, jak sobie poradzicie bez przewodniczki.
Czarnozęby zacisnął szczękę ze złości tak mocno, że aż chrupnęła. Nie ufał ani Kanutowi, ani dziewczynie, zdał sobie jednak sprawę, że jeśli mówią prawdę, będzie ich potrzebował. Spojrzał porozumiewawczo na Złego Janka. Z zaskoczeniem zauważył, że tamten zaczął sprzątać zrobiony przez siebie w trakcie przeszukania bałagan.
– Ta cała pani to jest szycha – wyjaśnił niechętnie Janek. – Słyszałem, że nie ma co iść do Puszczy, jak się z nią wpierw nie gadało… ale chłopakowi o tym nie wspominałem, żeby go nie zachęcać. Ale teraz już lepiej, żebyśmy poszli razem z nimi.

*

Trzeciego dnia wyruszyli. Przodem szedł Kanut z przewodniczką. Słonecznik miała lekki, taneczny krok. Za nimi podążał Stomir w obstawie najemników, pochód zamykał zaś stary sługa, prowadzący konia z ekwipunkiem i zapasami. Mieszkańcy wioski nie obdarzyli maszerujących mężczyzn nawet jednym spojrzeniem. Zaczęli jednak od razu szeptać, gdy zobaczyli wśród nich dziewczynę. Czarnozęby, wciąż nieufny, próbował podpytać miejscowych na jej temat, ale nikt – ani pod groźbą użycia przemocy, ani kuszony złotem – nie chciał niczego zdradzić. Dodatkowo irytował go fakt, że wystarczyło jedno zatrzepotanie rzęs, by Stomir wpadł jak śliwka w kompot. Tylko tego brakowało, by wiedźma rzuciła na młodzieńca urok. Janek tymczasem na wszelki wypadek zaczął traktować ją z szacunkiem.
Początkowo trasa nie była trudna, nogi wielu odważnych wydeptały ścieżkę, a promienie słońca przebijały przez korony. Wszyscy pozostawali jednak spięci, nie wiedząc, czego spodziewać się po miejscu, na temat którego słyszeli tyle koszmarnych legend. Tylko Słonecznik podśpiewywała cicho, stąpając tak delikatnie, jakby była motylem przysiadającym na źdźble trawy. Kanut obserwował ją uważnie, wciąż szukając śladów przemiany.
– Zawsze wszyscy mi się tak przyglądają. Zawstydza mnie to.
Prze te trzy dni niewiele rozmawiali. Kanut bał się, że przez tamtych dwóch idiotów Słonecznik jednak wciągnie ich w zasadzkę. Dlatego zebrał bukiet polnych kwiatów, przeczuwając, że będzie to stosowny podarek i ostatniego wieczora zaniósł jej wraz z przeprosinami. Słonecznik zapewniła jednak, że całkowicie ufa decyzjom pani i pomoże mu, tak jak obiecała. Gdy zapytał o najemników, tylko wzruszyła ramionami.
Nie przejmowała się też zbytnio Stomirem, który zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia i teraz zazdrośnie wzdychał, widząc, że Słonecznik woli rozmawiać z kimś innym. Sam jednak zupełnie nie radził sobie z prowadzeniem interesującej dyskusji. Potrafił albo opowiadać o swojej misji, albo komplementować urodę dziewczyny. Nijak jej to nie imponowało i Stomir wyraźnie to wyczuwał, mimo że traktowała go uprzejmie.
– Ten tam nie może od ciebie oderwać wzroku z miłości – odparł Kanut na tyle głośno, by cała grupa usłyszała. Twarz Stomira zapłonęła, Czarnozęby zaklął pod nosem. Następnie dodał już ciszej: – Ja zaś bardziej z ciekawości, kiedy ukażesz nam swą prawdziwą naturę.
– Och! – roześmiała się. – Ci, którzy widzieli panią w całej okazałości, zawsze się dziwią, że ja nie jestem taka sama.
– Ale nie jesteś też jak ludzie w wiosce. Zdaje się, że Puszcza nie ma na ciebie wpływu.
– Jesteś spostrzegawczy. Puszcza mnie nie zmieniła zewnętrznie, bo lubi mnie ładną.
Kanut spiął się, słysząc te słowa. Nie do końca je rozumiał, ale napawały go niewytłumaczalnym niepokojem.
– Ale? – zapytał.
– Ale czasem czuję ją tu – wskazała palcem na serce.
– Tylko czasem?
– Tak. Inaczej nie mogłabym być przewodniczką, prawda?
Pierwszy dzień podróży upłynął im zaskakująco spokojnie. Owszem, Puszcza dawała znać ze swojego niezadowolenia, iż wkroczyli na jej terytorium. Mężczyźni ciała mieli całe obolałe od uderzających ich znienacka gałęzi, nogi pełne skaleczeń i powbijanych cierni, a ramiona pogryzione przez chmary owadów. Były to wszystko jednak umiarkowane przeszkody w stosunku do tego, co sobie wszyscy wyobrażali. Tylko Słonecznik skórę miała nietkniętą, jasną i gładką.
Stomir niezdarnie przysiadł obok niej przy ognisku, przypadkowo zgniatając jej dłoń swym pośladkiem. Przeprosił płomiennie, starając się ucałować obolałe palce, Słonecznik nie pozwoliła jednak na to. Zamilkł więc, nieszczęśliwy.
– Masz czyste serce. Takie potworom smakują najbardziej – ostrzegła go. Mówiła to z doświadczenia. Nauczyła się już nie przywiązywać zbytnio to uroczych rycerzyków. Stomir zrozumiał jednak tę uwagę po swojemu.
– W takich sercach nie ma też lęku przed potworami. Niech się panienka nie boi, w godzinie próby nie odstąpię ani na krok. Albo zabiję, albo sam zginę, próbując. Nie pozwolę jednak, by zło szerzyło się tak blisko domostw niewinnych ludzi. I będę cię chronił… – dodał cicho.
– Mnie? – spojrzała na niego trochę rozbawiona a trochę zirytowana. – To moją rolą jest chronić ciebie.
– Ależ… wolałbym jednak, byś trzymała się blisko mnie. Zabiję każdą bestię, która do panienki podejdzie.
– Nie, nie zrobisz tego – zaprotestowała szorstko. – Sama umiem poradzić sobie z bestiami. Martw się o siebie.
Stomir zamilkł, nie rozumiejąc nic z reakcji dziewczyny. Przyglądający się parze Kanut zadrżał, widząc dziwny, zły błysk w oczach przewodniczki.

*

Przebudzili się zmęczeni, jakby w ogóle nie spali. Ukąszenia owadów zamiast zblaknąć, nabrzmiały boleśnie. Stomir z trudem próbował zagadywać do dziewczyny, ale ta ignorowała go, wciąż obrażona, że śmiał jej nie doceniać. Traktował ją jak jakąś idiotkę, która bez niego potknęłaby się o pierwszy z brzegu korzeń. A ona całe życie biegała po Puszczy! W końcu zirytowany Kanut odciągnął dzieciaka od przewodniczki, by mogła skupić się na swoim zadaniu. Skinęła mu z wdzięcznością.
– Jakie plany na dziś? – zapytał.
– Schodzimy ze szlaku. Od tej pory już sama moja obecność nie wystarczy. Niedługo może zrobić się niebezpiecznie. Hej, wy tam! – zawołała do pozostałych mężczyzn. – Bez gwałtownych ruchów i bez popisywania się! Robicie co ja wam każę!
Choć szli ledwo od godziny, mieli wrażenie, że już zapadał zmrok. Puszcza stała się ciemna i gęsta. Drużyna wyraźnie wyczuwała, że nie jest sama, ale nie potrafiła dostrzec istot czających się wśród liści. Czarnozęby burczał ze złością pod nosem, zniecierpliwiony. Wolałby już bezpośrednią walkę niż to ciągłe bycie pod obserwacją. Tymczasem przewodniczka przystanęła.
– Musimy zawrócić kawałek.
– Nie ma takiej opcji – warknął najemnik. – Cokolwiek za nami lezie, zastąpiło nam już drogę powrotną. Co ty kombinujesz?
– Jak śmiesz nie wierzyć w honor… – zaczął Stomir, ale nikt się nim zbytnio nie przejął.
– Inaczej wleziemy w bagno. Tam was na pewno dopadną – wyjaśniła z obrażoną miną Słonecznik.
– Nas, co? A ciebie nie?
Czarnozęby skoczył w stronę dziewczyny, by wytarmosić ją za włosy, ale Kanut stanął mu na drodze. Jednocześnie Janek wydał ostrzegawczy krzyk. Spomiędzy drzew dobiegło wycie. Bestie zauważyły ten niewielki gest agresji i potraktowały go jako znak do ataku. Spłoszony koń stanął najpierw dęba, potem zaś runął na starego sługę. Zachęcony paniką zwierzęcia cień spłynął z gałęzi i osiadł na nim miękko niczym jedwab, eteryczny, delikatny. W rzeczywistości natychmiast przygniótł konia do ziemi, gruchocząc wszystkie kości.
Ranny starzec pełzł w panice w stronę reszty grupy, co chwila oglądając się za siebie. Najemnicy wyciągnęli miecze, pokrzykując jednocześnie na Stomira, by został z nimi, a nie wyrywał się w szaleństwie do przodu. Zachęcone bestie zaczęły ciekawsko wystawiać zza pni łby, zniekształcone, wielookie, zrogowaciałe. Rozwierały pyski, pokazując szpiczaste zęby. Kanut spojrzał niecierpliwie na dziewczynę, mając nadzieję, że ich uratuje. Sługa poczuł jak wyposażona w pazury łapa chwyta go za kostkę. Krzyknął krótko, czując, że jest ciągnięty do tyłu.
Nagle uścisk zelżał i jego noga znów była wolna. Myślał, że to panicz przybiegł mu na ratunek, ujrzał jednak Stomira daleko przed sobą. Zdał sobie sprawę, że słyszy śpiew. To Słonecznik mruczała powolną melodię. Jej biodra poruszały się do rytmu, ręce kreśliły kółka w powietrzu. Szybkim ruchem stopy zrzuciła najpierw jeden, potem drugi but. Tańczyła w wysokiej trawie. Podwinęła spódnicę do kolan, odsłaniając giętkie łydki. Odrzuciła głowę w tył i zawirowała, a końcówki jej włosów musnęły oniemiałego Stomira po twarzy. Chłopak spłynął rumieńcem.
Dziewczyna tańczyła do własnej muzyki, chaotycznie. Nie było w tym tańcu gracji, a mimo to fascynował. Zgromadzeni mężczyźni nie mogli oderwać wzroku od powolnych, szerokich ruchów rąk, giętkiej szyi i stóp rozrzucających ściółkę na boki. Co jednak istotniejsze, tak samo zapatrzone stały bestie. Cień miażdżący konia porzucił martwą już ofiarę – przysiadł grzecznie na skraju polanki i obserwował Słonecznik. Także stwór – bezładna kupa poskręcanego futra, pazurów i kolców – jeszcze przed chwilą gotowy pożreć starego sługę, skupił się na występie. Spomiędzy drzew wyskoczyły dwa demoniczne wilki, w połowie materialne, w połowie będące chmurą dymu. Zaczęły skakać wkoło dziewczyny niczym słodkie psiaki. Wymachiwały widmowymi ogonami aż sypały się iskry. Nawet drzewa nachyliły się z zainteresowaniem, a wiatr zaczął świstać wśród liści do rytmu.
Kanut poczuł gorący, wilgotny podmuch na policzku. Obejrzał się. Tuż za nim stała istota podobna do wielkiego jaszczura, z łapami o długich palcach, pokryta łuską. Łeb zaś miała podłużny i włochaty. Oddychała spokojnie, łypiąc gadzimi oczami za tancerką. Nagle zdała sobie sprawę z obecności mężczyzny. Nie zaatakowała jednak, a jedynie parsknęła gorącym kłębem powietrza z nozdrzy i szturchnęła go łbem, by się odsunął. Zajęła jego miejsce, kładąc łeb na ziemi. Ziemia spłynęła gęstą śliną palącą roślinność.
Czarnozęby zaczął gwałtownie gestykulować do Kanuta. Uważał, że to odpowiedni moment, by zaatakować. Słonecznik mogła przerwać taniec w każdej chwili, a wtedy będą wystawieni na bezpośredni atak. Bestie znalazły się między nimi, na wyciągnięcie ręki. Jeśli nie ukatrupią ich teraz, z zaskoczenia, potem sami zginą. Kanut zawahał się jednak. Spojrzał na przewodniczkę z nadziei, że da mu jakiś znak, ta jednak pochłonięta była swym tańcem. Rozejrzał się za Stomirem, który właśnie próbował pomóc słudze wstać.
Tymczasem Zły Janek uśmiechał się triumfalnie. Szturchnął towarzysza łokciem.
– Widzisz? Mówiłem, żeby trzymać się z ludźmi od pani – pełen pewności siebie i entuzjazmu podbiegł do Stomira. – Teraz pora na atak – podpowiedział. – Wiedźma zaczarowała bestie. Oto smok, którego łeb możemy przynieść ojcu panicza.
Stomir spojrzał na bestię siedzącą tuż obok Kanuta. Również nie był przekonany, czy to dobry pomysł. Owszem, przybył tu, by zabijać potwory i zdobyć sobie sławę tego, który wszedł do Przeklętej Puszczy i wrócił z niej zwycięsko. Ale czuł, że zaatakowanie tak łagodnych stworzeń byłoby niehonorowe. W końcu tylko chciały popatrzeć, jak Słonecznik pięknie tańczyła. Och, jak ona tańczyła…
Czarnozęby zdecydował się nie czekać na młodzieńca. Wyciągnął miecz i mimo uniesionych ostrzegawczo rąk Kanuta, wbił go prosto w łeb bestii. Jaszczur ryknął boleśnie; wysoki, nieprzyjemny dźwięk wybił Słonecznik z rytmu. Potknęła się, rozejrzała niepewnie dokoła. Wilki wygięły groźnie grzbiety, obnażyły zęby. Skoczyły na Czarnozębego. Uratowało go tylko to, że zraniony potwór szarpnął się gwałtownie wprzód, zagradzając swym łuskowatym cielskiem drogę. Rozeźlony jaszczur złapał jednego wilka w paszczę, omyłkowo biorąc go za wroga.
Drugi wilk odskoczył w bok i odbił się w powietrze, spadając z góry na najemnika. Potoczyli się po mokrej ziemi, złączeni w walce. Janek rzucił się na ten widok na pomoc. Także Stomir wyciągnął broń – ściągając na siebie nieszczęście, bo cień i jego włochaty towarzysz nie garnęli się do walki. Czekali aż dziewczyna wznowi taniec, ignorując resztę ludzi. Stomir jednak, bojąc się o bezpieczeństwo Słonecznik, zaczął biec w jej stronę, co bestie uznały za atak na ich tancerkę. Natychmiast ruszyły na młodzieńca.
Tymczasem dziewczyna, ignorując wołania Stomira, podbiegła do Kanuta. W dłoni trzymała zrzucone wcześniej buty.
– Tańcz ze mną.
– C-co?
– Ci głupcy sami sprowadzili na siebie śmierć. Ale ciebie wybrała pani, więc ciebie ocalę. Ale musisz tańczyć.
Kanut wsunął miecz do pochwy i zaczął niezgrabnie naśladować jej ruchy. Uśmiechnęła się, rozbawiona jego niezdarnością. Złapała go za rękę i zaczęła powoli wyprowadzać z pola walki. Czarnozęby dostrzegł zdradę i zaklął szpetnie. Janek, niemile zaskoczony obrotem spraw, pomógł mu odeprzeć atak wilka, pozostałe dwa potwory dalej żarły się między sobą, reszta biegła na Stomira. Najemnik stwierdził, że nie warto ratować chłopaka, jeśli stracą przewodniczkę. W tym momencie zależało mu bardziej na własnym życiu, więc ruszył w pogoń za tańczącą parą, ale zapomniał w zamieszaniu o istotnym szczególe – puszczę zwano przeklętą wcale nie przez mieszkające tam potwory. Tutaj nie wolno było ufać najmniejszej gałązce, żadnemu drzewu. Najemnik, przekonany, że żaden potwór nie jest w tej chwili nim zainteresowany, nie zauważył korzenia zdradziecko wychodzącego spod ziemi. Potknął się, jednak nie przewrócił. Wystarczyło jednak, że podparł się jedną dłonią, by powoje wystrzeliły w jego stronę. Szybko go owinęły.
Kanut spoglądał na towarzyszy podróży nad ramieniem Słonecznik. Widział jeszcze, jak Stomir – zdesperowany, a może rozczarowany? – przedziera się przez zagradzające mu drogę gałęzie. Tuż za nim szykował się już do skoku cień.
– Nie poczekamy na Stomira? – zapytał z nadzieją?
– A po co? – spytała ze szczerym zdziwieniem.

*

Taniec nie męczył Słonecznik. Ale Kanut czuł otępiający ból w plecach i nogach. Chciał już przestać, ale dziewczyna mu nie pozwalała. Tak jak i Puszcza. Wcześniej zdradzona przez ich towarzyszy, teraz przyglądała się tańcowi z czujnością, upewniając się, że to znowu nie pułapka. Przedziwne stwory wyglądały na nich zza drzew, z bezpiecznej odległości podziwiając występ.
Tańczyli tak dwa dni i dwie noce. Słonecznik podtrzymywała Kanuta, gdy opadał z sił, szepcząc słowa zachęty. Mężczyzna przymknął na chwilę oczy, opierając głowę na jej ramieniu. Pozwolił jej prowadzić. Był zmęczony… Miał wrażenie, że gdzieś po drodze zwichnął sobie kostkę…
Nagle przewodniczka zatrzymała się. On czekał chwilę na wznowienie podróży, w końcu uniósł głowę.
Stali przed potężnym drzewem. A może lepiej byłoby powiedzieć, że stali w nim, bo korzenie tworzyły twardą podłogę, a gałęzie rozpościerały się naokoło, opierając się na mniejszych drzewach. Zamykały nad nimi niebo. Średnica samego pnia mogła mieć pięćdziesiąt metrów, a dach z liści mógł ciągnąć się kilometrami. Wyczerpany Kanut nawet tego nie zauważył. Spiął się teraz, zły na Słonecznik, że nie dała mu znać, gdzie są. Potrzebował odpoczynku i przygotowań. Potrzebował…
– Czy to jego szukasz? – zapytała Słonecznik.
Z pnia wychyliła się sylwetka. Początkowo trudna do rozpoznania, z każdym kolejnym krokiem nabierała wyraźniejszych kształtów. Był to wysoki mężczyzna o włosach z mchu i ciele z kory, ale o rysach wciąż ludzkich, łatwych do rozpoznania. Kanut widywał je czasem w lustrze.
– Bracie? – zapytał z niedowierzaniem.
– A kogóż się spodziewałeś?
– Co ona z tobą zrobiła, królowa lasu…?
– Królowa? – parsknął złym śmiechem. – Chyba tylko dla wieśniaków takich jak ty. Puszcza dała jej nowe życie, nową ziemię do podbicia. Ale ona nie umiała tego wykorzystać. Nie dość, że nie umiała ściągnąć większej liczby demonów, to jeszcze zaniedbywała przeklęte drzewo. Puszcza kocha wszystkie swoje dzieci, ale nie gdy ją zawodzą. Po nią więc tu przylazłeś? Cóż, spóźniłeś się. Zabiłem ją sam dawno temu.
– Ja… szukałem ciebie. Tak bardzo się zmieniłeś.
– Ach, nie odpuściłeś. Dalej chcesz zabić własnego brata.
– Zabić?! Chciałem cię uratować!
– Dlatego spaliłeś mój dom?
– To była Przeklęta Puszcza! Musiałem ją zniszczyć, musiałem zabić królową, żeby ciebie uwolnić! Gdy zrozumiałem, że uciekła razem z tobą tutaj, wyruszyłem w podróż. Nigdy nie zrezygnowałem z tego, żeby cię odnaleźć! Nie pamiętasz, gdzie był twój dom? Rodzice…
– Powiedz mi, bracie – przerwał mu Tylik. – Przed czym dokładnie chcesz mnie ratować? Przed Puszczą, która mnie przygarnęła, gdy własna rodzina spisała mnie na straty? Przed bestiami, które posłusznie jedzą mi z ręki? – Jak na zawołanie zjawił się kolejny demoniczny wilk, podstawiając łeb pod rękę swego pana. – Czy może chcesz mnie uratować przed mną samym? Uwolnić moją duszę? Skrócić moje męki? Odpowiadaj!
Kanut nie wiedział jednak, co powiedzieć. Nigdy nie zastanawiał się nad tym, co będzie potem. Zawsze wydawało mu się, że będzie musiał wyrwać Tylika z rąk Puszczy, wyrąbać im obu drogę na wolność, a potem wrócą do domu.
– Wiesz – kontynuował Tylik – zastanawiałem się, czy nie wysłać mych zwierzaczków do miasta, by nie zrobiły porządku z panią. Wysyła mi tu tych swoich rycerzyków i wysyła… Zawsze się jednak wachałem, bo raz, że moje wpływy nie sięgają do miasta, a dwa, że zawsze to jakaś rozrywka dla milusińskich – przykucnął na chwilę, tarmosząc wesoło wilka za łeb. – Teraz widzę, że powinienem raczej wysłać do niej kogoś z podziękowaniami. Sprowadziła mi w końcu ciebie.
– Bracie! – Kanut rozłożył szeroko ręce, chcąc go przytulić, ale wilk zawarczał ostrzegawczo. – Całe życie chciałem móc zobaczyć cię choćby jeden raz! Żeby ci powiedzieć, jak bardzo żałuję, że wtedy, gdy byliśmy dziećmi, nie dałem rady cię uratować. Że namówiłem cię, żebyśmy poszli do tego lasu. Nigdy nie powinienem tego robić, ale byłem głupim dzieciakiem. Przepraszam. Czy mi to wybaczysz? Jeszcze możemy być rodziną!
– Och, będziemy. Wtedy, gdy zabierała mnie królowa… wtedy mogłeś mnie ratować. Ale tchórzliwie uciekłeś i nie, nie wybaczę ci tego. Co tak patrzysz, jak rażony piorunem? – zakpił z pobladłego Kanuta. – Tak, na marne idą twoje lata walki z Puszczą i poszukiwania. Na co mi one, po fakcie? Trzeba było pilnować, bym nigdy nie został przemieniony. Ale skoro już zostałem… cóż, gdyby nie to, prawdopodobnie zmarłbym na zarazę albo gorzej, spędził życie kopiąc ziemniaki razem z tobą na polu. Tu mam władzę! I tylko dlatego cię nie zabiję. Zamiast tego też cię przemienię i wygnam do odległego zakątka mojego królestwa. Żyj tam sobie wśród tych, których wcześniej chciałeś zniszczyć. Drzewa już słyszały o twoim zamiłowaniu do ognia, na pewno zyskasz sobie dzięki temu wielu przyjaciół – dodał ironicznie.
Kanut nie chciał tego robić, ale nie miał wyboru. Sięgnął po ostateczną broń, ukryty pod koszulą wisiorek z bursztynu. Pani nie zachowała go sobie, lecz zaklęła w nim dla Kanuta czar. Otworzył usta, by wypowiedzieć zaklęcie, ale powoje były szybsze. Jego usta wypełniły się ziemią, talizman został zerwany, ręce i nogi zakleszczone w uścisku. Mężczyzna miotał się desperacko, ale nie mógł uciec.
– A ty – Tylik spojrzał na dziewczynę, gotową już wracać do swej chatki. – Ty będziesz dla mnie tańczyć. Twoje występy są słynne w całej puszczy, ale w moje okolice nigdy wcześniej nie chciałaś się zapuścić. Nie zmarnuję kolejnej szansy.
– Wracam do domu. Twoi słudzy nic mi nie zrobią – oznajmiła pewnie, wiedząc, że bestie jej nie tkną.
Jednak drzewa były posłuszne Tylikowi.

*

Obudził się w trumnie, a tak przynajmniej się czuł. Nie mógł się ruszyć ani oddychać, pachniało żywicą. Chciał krzyczeć, bo czuł robaki wgryzające się w jego ciało, ale usta miał zamknięte. Szuranie korników dokoła jego głowy doprowadzało go do szaleństwa, ale nie mógł nic zrobić.
Możliwe, że stracił przytomność, a może spał. Stracił w ciemności rachubę czasu. Aż nagle poczuł wstrząs, potem szarpnięcie za dłoń. Zdrętwiałe palce drgały z trudem. Ledwo został uwolniony z ciemności, oślepiło go światło dnia.
– W końcu – Yan sapnął, ocierając pot z czoła.
Położył do połowy ociosanego Kanuta na nosze przypięte do czegoś wyglądającego na skrzyżowanie psa z kurczakiem. Stwór beknął i zaczął ciągnąć.
– Pani chce cię widzieć.
Minęło trochę czasu, nim Kanut mógł znów mówić – woda nie przynosiła ulgi palącemu, suchemu gardłu. Całe ciało miał zdrętwiałe, a nogi wciąż uwięzione w konarze. Gdy w końcu dał radę unieść rękę do oczu, rozkaszlał się w bezsilnym przerażeniu.
– Cichaj, cichaj – uspokajał go Yan. – Pani ma na usługach dobrego rzeźbiarza. Nada ci lepszy kształt, ja tylko uwolniłem cię z drzewa. Piękny już nie będziesz, ale odzyskasz ludzki kształt.
– Będę… jak pani.
– Tak.
W mieście trafił do innego budynku niż wcześniej. Tam zdjęto z niego resztę drzewa, rozmasowano drewniane teraz mięśnie, ułożono włosy z liści i pędów. Mimo to wciąż opadały mu starym zwyczajem na oczy. Gdy w zamyśleniu skubał paznokcie z łupków, do pokoju weszła pani.
– Czy odpocząłeś?
– Nie bardzo. Boję się, że jeśli zamknę oczy, znów obudzę się uwięziony.
– Nie bój się. Zaopiekuję się tobą i…
– Tak jak zaopiekowałaś się mną za pierwszym razem?
– Och! Myślałam, że ze Słonecznik nic ci nie grozi… Skąd mogłam wiedzieć, że to właśnie twój brat jest nowym najukochańszym dzieckiem Puszczy? Uciekłam stamtąd tak dawno. Nie sądziłam też, że śmie tknąć Słonecznik.
– Co się z nią stało?
– Zamknął ją w klatce i każe dla siebie tańczyć – przyznała z bólem na twarzy. – Ale bestiom się to nie podoba. One tak dziwnie reagują na Słonecznik, traktują ją, jakby była jedną z nich albo nawet lepiej. Chcą, by była wolna. Niektóre się potajemnie buntują, dlatego Yan był w stanie cię wykraść. Są tacy, którzy pomogą nam… pomogą tobie dokończyć twoją misję. Najpierw wykorzystamy ich do zniszczenia króla, a potem całej puszczy. Pomogę ci.
Kanut spojrzał w oczy pani, wciąż świecące nadzieją. Poczuł, że jej zazdrości. Wciąż wierzyła, że może osiągnąć cel. On zaś… nie tak wyobrażał sobie spotkanie z bratem. Nie wiedział, jak jej powiedzieć, że ostatecznie przegrał i lepiej by było, gdyby zostawiła go w jego drzewie-grobie.

Awatar użytkownika
Milan
Straż! Straż!
Posty: 227
Rejestracja: 07 listopada 2012, 07:53

Re: Roztańczony instant - głosowanie

Post autor: Milan » 16 czerwca 2017, 15:15

Wygląda na to, że mamy remis^^
W związku z tym, że instanty nr 2 i 4 otrzymały po trzy punkty, ogłaszam dogrywkę - głosujemy do 23 czerwca :)

Awatar użytkownika
Milan
Straż! Straż!
Posty: 227
Rejestracja: 07 listopada 2012, 07:53

Re: Roztańczony instant - głosowanie

Post autor: Milan » 23 czerwca 2017, 22:30

Ninijejszym mam zaszczyt ogłosić *badumtsss* że zwycięzcą Roztańczonego Instanta jest

Rolf Stojke

Serdecznie gratulujemy :u:
(i przypominamy o możliwości odbioru nagrody)

Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 134
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Re: Roztańczony instant - głosowanie

Post autor: nuklearna_wiosna » 23 czerwca 2017, 22:37

A kto jest naszym zdolnym rapsiarzem? ^^ Kąpiele w chlorze dobrze Ci robią, Stojke! :heart:
Gratulacje!
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Roztańczony instant - głosowanie

Post autor: Joa » 24 czerwca 2017, 18:05

Dziękuję T~T
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Roztańczony instant - głosowanie

Post autor: Siemomysła » 24 czerwca 2017, 21:17

Wzruszyłam się *chlip*
Tulam <3
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

ODPOWIEDZ