UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Tytuł PROZY LIPCA
zdobyło ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee.

Serdecznie gratulujemy! :D

Instantowe topienie Marzanny - głosowanie

Tutaj znajdują się ogłoszenia o konkursach, w których minął już termin nadsyłania prac. Nic jednak nie broni, aby sobie dalej o nich rozmawiać. :)

Instnatowe topienie Marzanny

Czas głosowania minął 25 kwietnia 2017, 10:09

01
1
17%
02
1
17%
03
4
67%
 
Liczba głosów: 6

Awatar użytkownika
Milan
Straż! Straż!
Posty: 219
Rejestracja: 07 listopada 2012, 07:53

Instantowe topienie Marzanny - głosowanie

Post autor: Milan » 18 kwietnia 2017, 10:02

Pięknie dziękujemy za wszystkie nadesłane prace :u: Zachęcamy do głosowania, którego zasady są niezmienne - trwa tydzień, każdemu przysługuje jeden głos, a zdanie można zmienić dowolną ilość razy.

Miłej lektury!


01

Śmierć i zmartwychwatanie
*
Pierwszy dzień wiosny rozpieszczał Warszawiaków doskonałą poogodą, a że był weekend to mieszkańcy stolicy korzystali z jego uroków i tłumnie wylegli na ulice. Niektórzy - prawdopodobnie przyjezdni z okolic Suwałk, dla których to były niemal letnie upały - nosili krótkie rękawki, szorty i sandały. Obowiązkowo do grubych, białych skarpetek. Krakowskie Przemieście i Plac Zamkowy w swoich pastelowych kolorach wyglądały pocztówkowo. Po Starym Mieście spacerowały zakochane pary trzymające się za ręce, całe rodziny z dziećmi, z rzadka spotykani turyści, bądź egzotyczni studenci z międzynarodowych wymian. Z boku kusił słodki zapach gofrów z bitą śmietaną sprzedawanych w okienku zabytkowej kamienicy. Sprzedawca balonów właśnie wręczał, na oko przedszkolnemu, chłopcu jeden z Kubusiem Puchatkiem, a obok nich tańczyły na delikatnych powiewach wiatru inne postaci Disneya i Pixara - Myszki Miki, Małe Syrenki, Elzy i tym podobne Auta.
Samotna i zła
Jakbyś z planety była zimnej
Tak to długo trwa,
że nikt nigdy nie znał ciebie innej
Daleka jak sen
Wciąż nie dostrzegasz spraw i ludzi…
Muzyka w słuchawkach przyjemnie odgradzała Anastazję Licz od zgiełku. Była dziewczyną średniego wzrostu o wyglądzie, który w czasach licealnych nauczyciele określali jako “artystyczny”, bądź “problematyczny”. Zależało od tego jak bardzo twardogłowy belfer się trafił. Jednak Anastazja nie chodziła już do szkoły, więc jej ubiór i makijaż nie budziły takiego zgorszenia jak niegdyś, albo ona się do tego zdążyła przyzwyczić i przestała zauważać. Studentka miała czarne włosy z postrzępioną grzywką, dwoma wysoko upiętymi, wijącymi się kucykami i wplecionymi w nie paciorkami, niczym statystka biorąca udział w ekranizacji Piratów z Karaibów. Na nosie obowiązkowo nosiła okulary wayfarerki z ciemno niebieskimi szkłami w kwadratowych, czarnych oprawkach, zza których patrzyły na świat zmrużone, jakby znudzone bladobłekitne oczy. Podkreślała je czarną kredką, przez co wyglądała na wiecznie niewyspaną - w czym akurat znajdowało się wiele prawdy, bo mało kiedy oglądała światło słoneczne. Nie z tech samych powodów, co większość studentów. Oni albo nocami imprezowali, albo zakuwali przed egzaminami, albo dorabiali pracami dorywczymi do utrzymania. Anastazja zwyczajnie miała to wpisane w profil studiów, bo większość zajęć na kierunku nekromancji na Warszawskim Uniwersytecie Magicznym odbywało się po zmroku, bądź późnym popołudniem - co w okresie zimowym nie robiło żadnej różnicy. Zblazowanego wyglądu dziewczyny dopełniały umalowane niebieską kredką brwi, kolczyki w cudacznych kształtach i miejscach i pociągnięta krwistoczerwoną szminką dolna warga.
Nieczęsto Anastazji zdarzało się przebywać w tak zatłoczonych miejsach, ale jej najlepsza przyjaciółka - Felicja Lubianiec - uparła się, żeby obydwie wzięły udział w pikniku nad Wisłą z okazji nadejścia wiosny. Zarzekała się przy tym, że zwyczajnie nie ma z kim wyjść i wcale nie chodzi o to, że zamartwia się o zdrowie psychiczne koleżanki. A martwiła i to było widać na jej opalonej, piegowatej twarzyczce, gdy zrobiła nalot na jej “mieszkanie” w zeszłym tygodniu. W tym nazywanie lokum Licz mieszkaniem było stanowczym nadużyciem. O wiele bardziej pasowało do niego określenie “nora” i właśnie to Anastazja preferowała. Znajdowało się ono w piwnicy tuż pod tym, które zajmowali jej rodzice i w którym ona sama się wychowała. Już jej pradziadek, po którym w spadku odziedziczyli to miejsce, miał w planach remont piwnicy i wykorzystanie jej w celach mieszkalnych, dołączając do podstawowego dwupokojowego mieszkania schodami. Za jego czasów piwnice nie było przydzielone, więc Jednak nigdy nic mu z tego nie wyszło. Tak samo jak jej rodzicom. Lecz kiedy dziewczyna dostała się na Uniwersytet pan Licz postanowił to uczcić. Pierwsza osoba w rodzinie na studiach była warta świętowania! Dlatego latem wreszcie zmobilizował siebie i paru kuzynów, zatrudnił jednego Ukrainca do pomocy i budowa ruszyła. W kilka miesięcy z piwnicy stworzyli dość przytulną kawalerkę. Idealną Norę dla nekromantki.
Słońce grzało nieznośnie, więc gdy tylko mogła Anastazja trzymała się cienia. Nigdy nie przepadała za letnimi upałami czy opalaniem, więc jej cera była bardzo wrażliwa. Wystarczyło, że promienie słoneczne ledwie muskały jej skórę, a z wampirycznej bladości przybierała różaną barwę godną Świnki Piggy. Dziewczyna zupełnie nie spodziewała się tak wypogodzonego nieba, bo poprzedniego wieczora zapowiadano deszcze. Gdyby potrafiła to przewidzieć to zabezpieczyłaby się, zakładając kapelusz z szerokim rondem. A tak już czuła rumieńce pojawiające się na twarzy, które niestety nie znikną przez kilka następnych dni. Na taką pogodę gruba, naćwiekowana ramoneska z złotą żyletką w klapie i z czarną bluzą pod spodem też nie była dobrym wyborem. Studentka czuła jak kołnierzyk zaczyna się lepić do spoconego karku. Jej stroju dopełniała spódniczka w czerwoną kratę, czarne rajstopy i botki, więc przynajmniej od dołu miała trochę chłodniej.
Dotarła do Rynku Starego Miasta. Dookoła dłuższego niż szerszego placu, którego centralny punkt stanowiła statua Warszawskiej Syrenki, rozstawili swoje stoliki i krzesełka restauratorzy, a artyści sztalugi z pracami przedstwiającymi głównie widoczki malowane akwarelami. Było za wcześnie na obiad, więc większość miejsc była wolna, lecz to tu, to tam siedziało po kilka osób raczących się chłodnymi napojami albo przekąskami. Wokół fontanny piszcząc i śmiejąc się, biegały dzieci, na które nikt nie zwracał uwagi. Anastazja rozglądała się, wypatrując przyjaciółki. Miały spotkać się pod Syrenką, ale młoda nekromantka nie przejawiała wielkiej ochoty by zbliżać się do największego skupiska rozbrykanych kilkulatków. Wolała obserwować teren z daleka.
Minęło dziesięć minut. Na umówione miejsce dotała na pięć minut przed czasem, więc Felicja nie spóźniała się jeszcze tak bardzo. A przynajmniej jak na nią. Jednak Anastazja nie znosiła czekania, więc niecierpliwie zerknęła na dalekoprzekaźnik. Z pozoru nie różnił się wiele od nowoczesnego smartfona. Technologia wreszcie dogoniła magiczną technikę, więc lusterka dalekiego przekazu używane przez magów już od trzech stuleci stylizowano teraz na telefonach z ekranami dotykowymi, aby się nie wyróżniały na ulicy. Dodano im nawet fukncję odtwarzania muzyki, nagrywania, robienia zdjęć czy korzystania jednocześnie z sieci komórkowych i internetu. Także, pomimo że każdy użytkownik magii do niedawna był pozbawiony możliwości korzystania choćby z portali społecznościowych, bo wszelkie elektroniczne urządzenia zawieszały się, bądź wybuchały w ich rękach, to technologia magiczna szybko nadgoniła straty i nowe zdobycze cywilizacyjne. Dziewczyna nacisnęła na ikonkę słuchawki, a ekran rozmigotał się i zaszedł perłowofioletową mgiełką.
— Felka? — Wybieranie głosowe było podstawowym sposobem od początku wynalezienia dalekoprzekaźników i nigdy nie myliło Felki z Elką, bo bazowało na intencjach dzwoniącego, korzystając z połączenia telepatycznego z nim. Anastazja musiała odczekać chwilę zanim mgła się rozstąpiła, a na powierzchni lusterka pojawiła się twarz w kształcie serca należąca do jej przyjaciółki.
— Heeej, Naaaaasiaaa — przywitała się Lubianiec, przeciągając melodyjnie samogłoski. Zaraz potem ziewnęła.
— Jeśli powiesz mi, że niedawno się obudziłaś to obiecuję, że przez najbliższy tydzień będę cię nawiedzać. Codziennie. W środku nocy jak każdy porządny upiór — powiedziała Licz z pozoru łagodnie. Ona i Felicja niegdyś były nierozłączne, ale później okazało się, że wybór nekromantki jej akademickiej ścieżki je rozłączył, bo ona żyła nocą, a Fela, jako uzdrowicielka, głównie za dnia. Czasami uwielbiająca zdrowy tryb życia Lubianiec wstawała wcześniej i po porannym joggingu wpadała do Nory na śniadanie, gdy Licz jadła kolację. Czasami to Nasia robiła to samo, ale w jej wypadku oznaczało to wczesne popołudnie, aby wyjść gdzieś z przyjaciółką - do knajpy, kina, sklepu.
— Nieee… No, co ty — zaprzeczyła, ale jakoś mało przekonująco. — Właśnie wysiadam z tramwaaaaju i za chwilę będę…
— Twoje za chwilę to za piętnaście minut, a czekam od pięciu! — oznajmiła, a tamta zrobiła zdziwioną minę pt “Co ty robisz tam tak wcześnie? Nie znasz mnie?”, rozszerzając swoje kociozielone oczęta i przygryzając pełną wargę. — Masz dwadzieścia karnych minut. Stawiasz lody — zawyrokowała w końcu Anastazja. Felicja przyjęła to z westchnieniem - po wybuchowym charakterku przyjaciółki spodziewała się najgorszego. Po jednym spektakularnym, dwugodzinnym spóźnieniu Lubianiec ich przyjaźń została wystawiona na próbę, bo Licz nie potrafiła takiego stanu rzeczy zaakaceptować. Dla niej zmuszenie kogoś do czekania było niedopuszczelne, więc zrobiła przyjaciółce awanturę jakiej świat nie widział. Ustaliły wtedy “karne minuty”, które przekładały się na płatne kary. Zaczynały się od cukierka za pięciominutowe spóźnione, a na trzech posiłkach za dwugodzinne kończąc. Fela była osobą bardzo oszczędną i nawet jeśli miała ochotę na łakocie to zwykle sobie na nie nie pozwalała, a zaoszczędzone fundusze przeznaczała na książki, ubrania i inne przyejmności. Dlatego od momentu wprowadzenia karniaków pilnowała się dwa razy bardziej. — Czekam. Cześć.
— Paaa…
Nie zwlekając, rozłączyła się, a potem zamiast trzymać się głównej ulicy i nurtu ludzi, skierowała się do jednej z bocznych, opustoszałych uliczek. Przed nią pomykały żwawo dwie, świergoczące cienko jak szpaki zakonnice. Poprzedniej nocy Anastazja miała ćwiczenia z praktycznego podnoszenia nieumarłych, które niestety odniosły katastrofalny wpływ na jej aurę - zabrudziły ją śmiertelnym odorem, a to przyciągało ciemną energię. Zadanie, jakie postawiono przed nią na zajęciach było o tyle trudne, że całkiem ją wykończyło i zamiast po powrocie do Nory oczyścić swoją aurę, od razu położyła się spać. A potem zaspała i tylko cudem udało jej się dojechać na czas. Zatem teraz czepiały jej się mroczne siły, a skumulowane, wywoływały agresję, nienawiść, gorycz i inne negatywne emocje, więc unikała tłumów bardziej niż zwykle. Dziewczyna weszła w wąską ulicę Jezuicką i doszła aż do Kanoniej, nad którą górowała Bazylika Archikatedralna, z której dobiegał ją śpiew chóru i spotęgowany głośnikami głos kapłana. Ona szła dalej - tam, gdzie stał Dzwon Braci Jezuitów. Spiżowy dzwon z tego, co mówiła historia, nigdy nie został wykorzystany ze względu na wadę konstrukcyjną, a po wojnie został odnaleziony w kawałkach, lecz ze względu na zdobienia prezentował sobą wysoką wartość estetyczną, dlatego poskładano go do kupy i ustawiony przy kościele. Osoby, które podjęły tą decyzję pewnie nie zdawały sobie sprawy, że był również artefaktem magicznym potęgującym dobrą energię, a przy katedrze znajdował się silny węzeł magicznej linii. Czyniło to z tego ciasnego dziedzińca najlepsze miejsce do oczyszczania aury. Idąc powoli, Anastazja zapatrzona była w ekran, bo wybierała kolejną piosenkę na liście odtwarzania. Przeskakiwała z jednej na drugą zaledwie po jednej nutce jak w “Jaka to melodia”. Zupełnie pochłonięta tą czynnością zauważyła pędzącego prosto na nią faceta dopiero, kiedy było za późno, aby go wyminąć bezkolizyjnie.
To co zdarzyło się w kolejnej sekundzie trwało zaledwie chwilę, lecz dla Anastazji, jakby czas zwolnił.
Uderzyła w nieznajomego barkiem i nagle w całym ciele poczuła przeszywające do szpiku kości zimno. Świat się zatrzymał i wyblakł do sepii. Słońce nie parzyło i nie raziło, wiatr wstrzymał dech. A tuż obok tych widzianych wcześniej zakonnic Anastazja spostrzegła ducha. Duchy. Pięć stojących w różnych miejscach dookoła. Każdy z białym workiem na głowie, na którym ktoś nieporadnie, jakby dziecięcą ręką wymalował twarz. Rysy rozmazały się, rozmokły - wyglądały jak rysunek uwieczniający imprezowiczkę na mocnym kacu i przepłakanej nocy - czarne cienie pod oczami, czerwona szminka rozsmarowana dookoła ust bez wyraźnego konturu. Każda z nich ubrana na pstrokato - kwieciste sukienki, bluzki w kropki, kraciaste spódnice. Do tego czerwone korale i wianki ze zwiędłych kwiatów, jako wątpliwe ozdoby. I wszystkie duchy ociekały wodą, która tworzyła im przy bosych stopach kałuże.
— Patrz jak chodzisz! — burknął mężczyzna i czas ponownie ruszył, a wizja rzeczywistości wróciła w kolorze.
Dziewczyna odskoczyła od niego jak poparzona, a on pośpieszył dalej. Potępione dusze topielic-przebierańców znikły, ale jednocześnie nekromantka wciąż widziała je ze wszystkimi szczegółami, jakby tamten obraz wypalił jej się na źrenicy jak fotografia na filmie. Zamrugała gwałtownie, próbując się go pozbyć. Nadal po plecach przechodziły jej dreszcze z zimna. Odwróciła się i obejrzała za nieznajomym, lecz on znikł równie nagle jak się pojawił. Już i tak ciemna aura Anastazji zrobiła się czarna jak dno otchłani. Roztrzęsiona doszła chwiejnym krokiem, czego wcale nie ułatwiały nierówne kocie łby pod stopami, do dzwonu i usiadła na stopniu, na którym go ustawiono. Oparła ramiona na kolanach, a później o ramiona czoło. Hiperwentylowała, więc skupiła się, aby wyrównać oddech. Powoli przez chłód przebijało się ciepło dobrej energii, która rezonowała w spiżowym wnętrzu dzwonu.
“Faceta prześladują mściwe dusze” uznała, ale zupełnie nie wiedziała, czym mógłby sobie zasłużyć na taką ilość nienawiści, jaką wyczuła od duchów. “Jeśli szybko się nie oczyści to jak nic cały ten syf zmieni się w klątwę.”
Była osłabiona po poprzednim dniu, osobiste bariery opuszczone do połowy, więc nagłe zderzenie z tak ciemną mocą odczuła jak porażenie paralizatorem. Może jeśli byłaby mniej aspołeczną jednostką to przejęłaby się bardziej losem nieznajomego, którego banda duchów najchętniej wpędziłaby do grobu, zebrałaby się w sobie i spróbowała go dogonić. Jednak tak naprawdę to…
— …mam to gdzieś — mruknęła, ziewając. Dreszcze ustąpiły, więc oparła się wygodnie plecami o nagrzaną, metalową ścianę dzwonu i wystawiła twarz ku słońcu. Skoro i tak będzie przypominała Prosiaczka Porky’ego to chciała wykorzystać ten czas jak najlepiej. Zamartwianie się o obcych - zwłaszcza, że przecież nie była jeszcze licencjonowaną nekromantką, która mogłaby coś na zemstę z zzaświatów poradzić - nie miało sensu. Jej aura odbudowywała się, oczyszczała samoistnie. Wystarczyło, że otworzyła się i zaczęła przyjmować energię.
Prawdopodobnie przysnęła, bo ze szczypiącymi od nadmiaru słońca policzkami ocknęła się na dźwięk dzwonka:

…A gdzieś czeka ten,
który kiedyś wreszcie cię obudzi…
— Czego tam? — odebrała, przecierając oczy. Za późno zorientowała się, że prawdopodobnie rozmarze sobie cienie i upodobni się do duchów, które widziała. Na szczęście pod ciemnymi szkłami okularów i tak niewiele było widać. Promienie poraziły ją, a w ustach zdążyło nieprzyjemnie zaschnąć.
— Jestem pod Syrenką, a ty?
— A ja nie lubię trójkątów. I wolę być na górze — mruknęła, przeciągając się. Starsza pani przechodząca obok musiała dosłyszeć i niepoprawnie zinterpretować to zdanie, bo posłała jej złe spojrzenie i przyśpieszyła kroku, przebierając krótkimi, patykowatymi nóżkami. — Za chwilę tam będę. Poczekaj.
— Bardzo zabaaaawne…
Wyłączyła dalekoprzekaźnik, włożyła go do kieszeni kurtki.
Na Rynku nic się nie zmieniło przez ten krótki czas. W centralnym punkcie placu wciąż rozbestwiały się rozwrzeszczane dzieciaki, ale teraz tuż obok posągu Syrenki stała samotnie młoda kobieta. Chodzące ucieleśnienie doskonałości, personifikacja szczęścia i łagodności. Kiedyś Nasia zazdrościła jej wszystkiego, wręcz spalała ją od środka zawiść. Tak zaczęła się ich znajomość. Fela z opaloną buzią, piegami na nosie i jasnymi, prostymi włosami wyglądała jak nastoletnia modelka. Szczupła i wysportowana, długie nogi, krągłości we wszystkich potrzebnych miejscach. Gdyby była ruda to przypominałaby Anię z Zielone Wzgórza, bo lubiła dziewczęce sukienki w jasnych, pastelowych kolorach. Teraz miała na sobie białą bluzkę z krótkimi, bufiastymi rękawami, broszkę z kameą na dekolcie i beżową spódnicę w różowo-czerwone drobne kwiatki; na głowie zawadiacko przekrzywiony słomkowy kapelusik z wstążką, a pod pachą płócienna, jasna torba ze skórzanymi wstawkami. Jasna jak anioł, który zbłądził na ziemię, całkowite przeciwieństwo diablo mrocznej Anastazji.
Ich charaktery także były odmienne, ale idealnie się uzupełniały. Licz była zbuntowana, lecz zorganizowana i zdecydowana. Wyznaczała sobie cel, a potem niezależnie od przeciwności szła ku niemu z gracją czołgu. Bez wątpliwości, bez wahania, bez strachu. Tymczasem grzeczna i miła Felicja równie szybko, co się angażowała - tak prędko zmieniała zdanie. Bała się krytyki, co często ją wręcz paraliżowało. Łatwo popadała w zamyślenie, zapominała wszystkiego, czego nie zapisała w swoim kalendarzu. A nawet mając przypomnienie zdarzało jej się spóźniać, czy mieszać daty lub miejsca. Promieniując łagodnością, pasowałaby do tej scenerii jak z obrazka. Gdyby nie sąsiedztwo z ogródkiem przy restauracji, reklamami piwa i grupą hałaśliwych mężczyzn w średnim wieku. I oczywiściem stadkiem słodkich, wcielonych diabląt.
Nekromantka wkroczyła na teren wroga, a każdy krok stawiała uważnie, jakby chodziła po polu minowym. Jedno pośpieszne i źle wymierzone stąpnięcie i pod stopą mógł się znaleźć mały, prawdopodobnie kąsający demon, który wybuchłby niekontrolowanym wrzaskiem jak bomba hukowa. Przedarła się przez połowę drogi i dopiero wtedy rozmarzone, zielone oczy Felicji spoczęły na skradającej się Anastazji. Chwilę potrwało zanim nabrały przytomnego wyglądu, rozpoznając przyjaciółkę.
— Naaaasia! — zaszczebiotała i ruszyła pewnie w jej stronę. Anastazja zamarła, ale Fela pewnie stawiała kroki, a kręcące się urwisy w jakiś - wręcz magiczny! - sposób unikały zderzenia z nią. Dziewczyna z taneczną lekkością podeszła do niej, pochyliła się i cmoknęła w policzek na powitanie. — To jak? Idziemy? — chwyciła ją pod ramię i nie czekając na odpowiedź, zaczęła prowadzić wzdłuż ulicy Nowomiejskiej ku Barbakanowi. — Na Rynku Nowego Miasta zorganizowali Targ Wiosenny. W zeszłym roku na stoisku tam znalazłam wspaniałą filcową torbę z sylwetkami kotów. Wszystko ręcznie robione, wspaniałe!
— To czemu nie kupiłaś jej w zeszłym roku?
— Drooooga — westchnęła, nagle smutniejąc. Anastazja roześmiała się, widząc jej melancholijne oblicze - Felicję i torbę połączyła miłość od pierwszego wejrzenia, silniejsza od próby czasu i długotrwałej rozłąki.
— Oby ją mieli. Trzymam kciuki — stwierdziła Licz rozbawiona, ale kolejne westchnienie Lubieniec powiedziało jej, że ona też nie wierzy w takie cuda. Jednak jeśli miał się on z jakiegoś powodu wydarzyć to chyba tylko dzięki prawdziwej miłości.
Nasia stanęła za dwojgiem niemieckich turystów w kolejce po lody-świderki i pozostała niewzruszona pomimo cierpiętniczej miny koleżanki. Podróżni szwargotali po swojemu, co zapewne nawet w kontekście lodów, kojarzyło się nekromantce z deliberowaniem nad planami wojennymi - ot taki język. W nim najniewinniejsze słówko świata jak motyl dla postronnych brzmiało jak nazwa maszyny zagłady. Fela sapała, przyjmując karę z ciężkim, krwawiącym prawie sercem, ale nie skomentowała tego. Wyciągnęła portfel - a jakżeby inaczej - w kwiatki i zapłaciła za dwa rożki, czekoladowy dla siebie i śmietankowy dla przyjaciółki.
— Mmm… — zamruczała Anastazja zadowolona, smakując swoją porcję i zostawiając na czubku ślad czerwonej szminki. Ten dzień wreszcie zaczął robić się przyjemny. — Nie pamiętam, kiedy ostatni raz jadłam lody… Zima ssie.
— Utopią dzisiaj zdzirę i wreszcie będzie ciepło — przytaknęła Felicja, rozpogadzając się. — Mam dość… Tych ciężkich butów i płaszczy. I czapek, które przygniatają włosy, więc nawet nie warto ich modelować. I breji, i szarówy. I zimna!
— Zimno. Racja. Ziemia na grobach zamarza i podnoszenie trupów jest dwa razy cięższe, jakby one też spały snem zimowym. A jak wreszcie się uda to takie grymaśne są bardziej niż zwykle — przytaknęła, swoim zwyczajem wszystko kojarząc ze swoim kierunkiem studiów. Odkąd je rozpoczęła, na nic innego brakowało jej czasu. Pracowała ciężko dzień i noc, aby zasłużyć na pozycję najlepszej studentki na roku i zdobyć stypendium. Mózg miała tak przesiąknięty książkami na temat umrzyków i ćwiczeniami rytuałów, że nawet we śnie je powtarzała. I to był powód, dla którego Lubianiec postanowiła za wszelką cenę zmusić nekromantkę do wyjścia. Do ludzi i do światła słonecznego, którego nie widziała od kilku tygodni. — Ale przynajmniej mniej jest nekro-impulsów. Latem czasami zdarzają się codziennie. Jak osatnio nagle taki piardnął nam podczas ćwiczeń na cmentarzu to tylko się za nami kurzyło. Profesor pierwszy dobiegł do bramy. Tyle pomroki podniosło z grobów. Wtedy zaczęłam rozumieć, czemu nie odpuszczają nam podczas wuefów.
Felicja roześmiała się szczerze. Nie raz słyszała o grubawym i łysawym profesorze Ostrodze, który prowadził ćwiczenia praktyczne na WUMie i wyglądał jak skrzyżowanie nietoperza z postacią z kreskówki. Ona sama z tego względu nazywała go Szpiegiem z Krainy Dreszczowców.
Warszawa była jednym z Nekropolis, jak zwano miasta, które ucierpiały najgorzej podczas Drugiej Wojny Światowej. Na całym świecie biegły linie magiczne. Niektóre grube, inne cienkie. Słabe i silne. Czasami splatały się w większe węzły, albo rozlewały jak zalewy na rzekach. W takich miejscach od zarania dziejów budowano miasta. To co wydarzyło się podczas wojny miało wpływ na magię, która przepływała przez stolicę. Śmierć odcisnęła swoje piętno, zatruła magiczne rzeki. Czarodzieje z całego kraju, z zagranicy, najtęższe głowy pracowały na tym, aby oczyścić źródła w Warszawie i powstrzymać je od rozlewania się dalej po całym Mazowszu. Była idealnym miesjcem dla nekromatów - zatrudnienie mieli tu gwarantowane zwłaszcza przez zdarzające się nekro-impulsy. Były to nagłe wyładowania skumulowenej nekro-energii, które skutkowały powstawaniem umrzyków z grobów. Jeśli przechodziły akurat nad cmentarzami to były pod kontrolą, bo każdy z nich otaczały zaklęcia ochronne. Znacznie gorzej jeśli akurat taki impuls poderwał trupa, który spoczywał gdzieś pod fundamentami zamieszkanego bloku, a zdarzało się to bardzo często. Odbudowując stolicę z gruzów, jej budowniczowie nie zawsze oczyszczali teren do gołej ziemi. Często zasypwali ruiny, grzebiąc bezimienne ofiary i stawiali tam fundamenty pod nowy budynek.
— Ostatnio w Wieszczu czytałam, że z roku na rok nekro-impulsy słabną — bardziej spytała niż stwierdziła Felicja. Wieszcz Narodu - wydawany codziennie brukowiec - prenumerowało większość magów, aby pozostać w kontakcie. Nasia nie miała go w rękach od momentu wyprowadzki do Nory, bo samej jej było szkoda pieniędzy, aczkolwiek czasami wpadały jej w dłonie stare numery, które podwędzała z domu rodziców.
Anastazja wzruszyła ramionami - akurat tego artykułu nie czytała.
— Jeśli tak to nie było tego widać. To była scena jak z typowego, amerykańskiego horroru - zombie aż po horyzont. Dobrze, że byliśmy na tak małym i starym cmentarzu jak Cmentarz Wojskowy. I umrzyki tam bardziej karne - najpierw się w szpaler ustawiły, chyba z przyzwyczajenia - zanim zaczęły nas gonić. Bo na Wólce to byłaby dopiero jazda! — zrelacjonowała z takim entuzjazmem, że Lubianiec ponownie parsknęła krótkim śmiechem. Fela bała się pomroki, lecz niefrasobliwość, z jaką Licz podchodziła do tematu udzielała się i jej. Wólka Węglowa była największym cmentarzem stolicy, ale na szczęście nie tak gęsto zagospodarowanym jak inne. Jednak dostanie się do bramy z centrum nekropolii mogło okazać się poza zasięgiem studentów.
Dziewczyny minęły sarmatę z sumiastym wąsem i w zielonym kontuszu. Przechodząc obok niego, stały się celem obiektywów kilkorga Azjatów. Takie trio na tle starych kamienic musiało wyglądać dla nich ciekawie. Stamtąd weszły na Barbakan - kolejne miejsce, gdzie artyści wystawiali swoje prace. Najpopularniejsze były oczywiście widoczki z typowymi dla miasta obiektami turystycznymi - Zamkiem Królewskim, Kolumną Zygmunta, Starym Miastem, Pałacem na Wodzie, Pałacem Kultury i Nauki. Malowane akwarelą lub farbami olejnymi. Jednak obok wystawiał rzeźbiarz w drewnie - pyski diabłów, aniołów i brodatych pustelników patrzyły na przechodniów z góry, wisząc na ceglanych ścianach. Karykaturzysta rysował właśnie podobiznę dziewczynki z brązowymi kędziorami na głowie - jej podobizna miała niemal szczurzy siekacz i afro. Tworzył w takt ulubionej piosenki Anastazji, która trzeszcząc, leciała cicho z radia:

…Tak dobrze cię znam
Chyba nawet lepiej niż ty siebie…
Wokół Rynku Nowego Miasta budynki były niższe i nie tak wąskie jak przy Starym Mieście, ale kolorowe i z czerwonymi dachami wyglądały równie uroczo. Od wschodu plac zamykał dystyngowany klasztor i kościół Sakramentek. Ten drugi podobno tak bardzo spodobał się kiedyś Napoleonowi, że wielki, francuski wódz chciał go skraść i przenieść sobie do Paryża. Faktyczniee budynek miał w sobie to coś. W prostej bryle o bielonych ścianach i pistacjowozielonym dachu kryła się jakaś urzekająca duchowość i niewinność. Dookoła rynku rosły drzewa, wśród stoisk dominowały drewniane chatki ze słomianymi dachami, ale nie zabrakło pasujących bardziej do bazarku białych płóciennych czy żółtych plastikowych namiotów. Po jarmarku kręciło się mnóstwo ludzi. Niemal każdy trzymał kolorowy wiatraczek, dzieci biegały, pobudzając śmigła do życia.
— Patrz! — ucieszyła się Felicja, wskazując na wiszące na drzwiach jednej z budek filcowe, szare torby z naszywkami. Od razu przyśpieszyła kroku.
— Ten wygląda trochę jak Asiek — powiedziała Anastazja, wskazując na torbę, gdzie czarny łepek kota wychylał się z kieszeni. Azja Tuhaj-bej, potocznie nazywany Aśkiem, był rocznym kociakiem należącym do Feli - zakochanej jednocześnie w kotach i twórczości Sienkiewicza. Nasia zawsze zazdrościła przyjaciółce jej pasji, bo to co dla niej w czasach licealnych było drogą przez mękę - czytanie Potopu czy Krzyżaków, Quo vadis jakoś dało się znieść - Felicji sprawiało czystą przyjemność. Dziewczyna uwielbiała historię i jako jedna z niewielu z klasy przeczytała większość lektur. Od Lalki zaczęła się jej miłość do falbanek, halek i koronek, która z roku na rok przybierała na sile. Zapowiadało się, że skończy się na tym, że pójdzie ona na kurs krawiectwa, aby móc samej uszyć sobie kreacje, o jakich do tej pory tylko marzyła. Na razie musiało wystarczyć jej szperanie w ciucholandach, a także pomoc babci w przerabianiu znalezionych perełek na maszynie.
— Faktycznie! Jaki śliczny! — zachwyciła się, chwytając za wskazaną torbę. Podniosła ją, przyjrzała się haftowi, przymierzyła pod pachą. Oczy jej błyszczały. Na stoisku nie było tej, którą pamiętała z zeszłego roku, ale ta znaleziona przez Nasię podobała jej się nawet bardziej niż ta ze wspomnień. — I wystarczająco duża, abym mogła nosić podręcznik do zielarstwa. I ma dwie kieszenie, więc słoiczki też mi się zmieszczą...
— I ciemna, więc nie będzie się szybko brudzić — dodała Anastazja. To była najważniejsza cecha torby nekromantki - czy rzucona na nagrobek na cmentarzu po chwili nie będzie wyglądała jak worek na kartofle. Drugą była wygoda. Studentka preferowała takie z długimi paskami, które można przewiesić przez pierś. W razie gdyby trzeba było uciekać i mieć wolne ręce. — I z boku ma kieszonkę, ale chyba mała. Portfel ci się nie zmieści.
— Nie nosi się portfela w otwartych kieszeniach — zbeształa ją łagodnie, chociaż nie wierzyła, że Licz posłucha. Każdy kto próbowałby okradać nekromantkę sam sobie by był winien. Znając podejście Nastki to w środku siedziała jakaś paskudna klątwa. Czasami Lubianiec wydawało się, że koleżanka specjalnie się nie pilnuje, a wręcz z nim obnosi, jakby chciała złowić kieszonkowca i sprawdzić jej działanie. — O! A tu ma osobną kieszeń. Akurat na podpaski czy portfel...
— Czyli idealna dla ciebie — skwitowała z zadowoleniem. — Bierz i chodźmy coś zjeść. Śniadania nie jadłam, a tu kiełbaski pachną. Mmm...
— Ale patrz na cenę!
— Acha. Jest.
— Ale jaka!
— A tamta, o której mówiłaś to tańsza była?
— No, niby nie... — westchnęła Felicja, grzebiąc butem między kamieniami. Chwilę przestępowała z nogi na nogę, zagryzała dolną wargę. To był właśnie powód, dla którego lubiła wychodzić na zakupy z przyjaciółką. Sama była niezdecydowana, wysoka cena by ją zniechęciła, a potem żałowałaby przez cały rok. Anastazja nigdy nie miała takich problemów. Zawsze wiedziała po co idzie i jak to znajdowała to nie wahała się dłużej niż zajmowało sprawdzenie, czy stać ją na taki wydatek. Teraz wystukając stopą w butkach z ćwiekami podwójne staccato, patrzyła na Felę z rękoma skrzyżowanymi na piersi i podniesioną w górę jedną, niebieską brwią.
— To chcesz ją czy nie?
— Chcę...
— To gdzie leży twój problem? — spytała tonem zawodowej psyhoterapeutki. — Kasy ci zbraknie? Pożyczyć ci?
Felicja znowu sapnęła. Wspólne zakupy miały swoje dobre i złe strony. A co jeśli za chwilę znajdzie taką, która spodoba jej się jeszcze bardziej? Ten argument nigdy do Anastazji nie trafiał. Nie znała chodzenia i oglądania dla samej przyjemności. Zawsze miała cel, a po osiągnięciu go natychmiast traciła zainteresowanie czymkolwiek innym. Fela zazdrościła jej tej cechy charakteru, bo gdyby również ją posiadała - znacznie ułatwiłoby to jej życie.
— Nieee... Dam raaaadę — odparła i skierowała się ku kasie. Na samą myśl o wydaniu sumy, która starczyłaby jej na dwie pary butów, bluzkę, a może jeszcze i książkę do tego - blask jej w oczkach przygasł, a usta wykrzywiły się w podkówkę. Jednak nie zrezygnowała i podała sprzedawczyni torbę, a chwilę później rozstała się ze znaczną cześcią swoich oszczędności.
— Aż tak bolało? — Nasia współczująco poklepała ją po plecach. Zza ciemnych okularów nie widać było, że jej oczy się śmieją, jednak Fela znała ją wystarczająco dobrze, żeby o tym wiedzieć.
— Kiełbaska — odpowiedziała i to kończyło temat. — Ten wysiłek wymaga nadrobienia kalori. I jeszcze jednych lodów.
— Dzielna dziewczynka — Tym razem Anastazja zaśmiała się całkiem otwarcie.
Przez kolejne dwie godziny zdążyły zjeść nie tylko grilla i lody, ale też wypić dwa piwa i zagryźć goframi z truskawkami. Owocki z mrożonek nie były tak dobre jak świeże, ale tęsknota za ich smakiem dodawała im walorów dodatnich. Dziewczyny przeszły się wokół wszystkich straganów, nekromantka kupiła sobie kolczyki - jakże by inaczej - z czaszeczkami i czarnymi różami. Całkiem poddała się festiwalowemu nastrojowi i zupełnie zapomniała o dziwnym facecie, przekleństwach i topielicach-przebierańcach.

**
W ramach restrukturyzacji, modernizacji i innych racji rodem z Unii Europejskiej stołeczny ratusz postanowił zachęcić Warszawiaków do odwiedzania zaniedbanego, wiślanego nabrzeża. A to organizowali maraton, który koniecznie musiał przecinać jakiś most - tak, jakby w mieście była ich nieograniczona ilość i przeprawienie się na drugą stronę nigdy nie przysparzało problemów - a to na fali popularości folkroryzującego patriotyzmu wymyślono topienie Marzanny. Okoliczne szkoły podstawowe i gimazjalne przystąpiły do konkursu na Najpiękniejszą Marzannę, a poza tym ktoś podrzucił pomysł na event Zawieś na Marzannie wstążkę i razem z zimą pożegnaj swoje troski. Felicja, która była bardzo zabobonna, zapaliła się do drugiej akcji i nawet kąśliwe komentarze Anastazji ją nie zniechęcały. Zatem obydwie studentki skierowały się ku Wybrzeżu Gdańskiemu, gdzie ustawiono wszystkie kukły, zanim organizatorzy mieli je przenieść na most i stamtąd zrzucić do wody. Na miejscu okazało się, że nie tylko Lubianiec miała “troskę”, której chciała się w magiczny sposób pozbyć. Przed stoiskiem z bibułkowymi wstążkami ustawiła się długa kolejka, a trzy lalki już niemal w całości pokryte były kolorowymi świstkami.
— Trzeba było przyjść wcześniej — zauważyła Licz. — Za dziesięć minut mają niby zanieść je na Most Śląsko-Dąbrowski — powiedziała, zerkając na ulotkę z harmonogramem imprezy, którą jakimś cudem znalazła na jednym ze stolików. Dookoła nie widać było nikogo z plakietką obsługi imprezy, ale równie dobrze mogli ukrywać się incognito. Jednak znając wspaniałą, polską organizację i poszanowanie grafików to mogło się to przeciągnąć do wieczora.
Stanęły w kolejce, która posuwała się do przodu w tempie jednostajnie przyspieszonym - chyba więcej osób zorientowało się o zbliżającym czasie zakończenia eventu.
— I z czym to chcesz się pożegnać? — zapytała Anastazja, postępując kolejny krok do przodu. Ludzie zapisywali swoje zmartwienia na papierowych paskach flamastrami.
— Eee.. No wiesz… — dziewczyna zająknęła się i zaczerwieniła. Teraz zupełnie wyglądała jak z okładki jakiegoś historycznego romansidła. — Nie zdałam semestru z kontroli przebiegu magicznego. Jak to zawalę to mnie udupią, bo to podstawa…
— I? Co jeszcze? — Nastka nie dała się zwieść. — Coś mnie ominęło?
— Noooo… — Odwróciła twarz tak, aby druga studentka nie mogła zobaczyć jej zakłopotanego wyrazu.
— O! Co takiego?! — dopytywała się, teraz już naprawdę zaciekawiona. Cisza przeciągnęła się, więc Anastazja dźgnęła Felicję w żebro. Delikatnie, tyle tylko, aby przypomnieć o swojej obecności.
— Hmmm…
— Fela! Mówże! — jęknęła zniecierpliwiona.
— Pamiętasz teeego taaaakiego…
— …bruneta? — weszła jej w słowo, a tamta pokiwała główką jak piesek, którego wozi się w samochodzie na tablicy rozdzielczej. — Tego takiego z mega uśmiechem, tak? Co ci książkę pożyczył? — Dziewczyna nadal przytakiwała. — I co z nim?
— Kaaaawa — westchnęła z takim wyrazem twarzy, jakby prosiła, żeby ją dobić i oszczędzić dalszego wstydu.
— Jaka kawa? Co z nią nie tak? — nie zrażała się Anastazja.
— Umówiliśmy się na kawę. A on nie przyszedł — odpowiedziała płaczliwie. Jej przyjaciółka milczała, ale patrzyła wyczekująco. W końcu tama pękła i zalała Nastkę falą słowotoku: — No, bo ten. On mi się poodoobał. Taaaak baardzo. Strasznie. Mimo że brunet, bo ja zawsze myślałam o bloondyynach. I rozmawiaaaliśmy. Raz mnie odprowadził na przystanek. I tak jakoś jak miiii tą książkę pożyczył tooo pomyślałam “Ale słoooodki”, prawda? I w końcu jak mnie zaprosił to prawie spać nie mooogłam, a potem on nie przyszedł i od tamtej pory patrzeć na niego nie mooogę. Do kawiarni na Hipsterplacu. Wiesz gdzie? Tam do tej faaajnej. Nawet na zajęcia przestałam choooodzić, wtedy kiedy on. Dlatego nie zaliczyłam i mam pooooopraaaawkeeeę!
Od stolika ze wstążkami dzieliły je tylko dwie osoby. Anastazja ze stoickim spokojem pokręciła głową, chociaż wcale nie należała do osób opanowanych. Wściekała się szybko i łatwo, a gdy wybuchała to z siłą bomby atomowej. Jednak aż za dobrze znała swoją przyjaciółkę.
— A jesteś pewna, że to on nie przyszedł? Czy może ty pomyliłaś miejsca, dni, godziny? Wiesz… Ty potrafisz takie rzeczy — uznała trochę z podziwem, a trochę z wątpliwością.
— Eee… — Przez głowę Felicji nawet nie przeszedł taki pomysł, a teraz kiedy zasiał ziarno zwątpienia, podlała je całą nadzieją, jaka jeszcze kołatała się w jej serduszku i uczucie natychmiast wykiełkowało, wystrzeliło pędami jak po supernawozie.
— I oczywiście nie próbowałaś tego skonfrontować. I jeśli to ty go wystawiłaś, a potem zaczęłaś przed nim uciekać to zgadnijmy, co on mógł pomyśleć?
— Że coś mi odbiło?
Mina, którą zrobiła Anastazja można było zinterpretować, jako “Ja tego nie powiedziałam” i Fela właśnie tak zrobiła.
— Ale pomyślałaś. I to głośno — odparła, a później odwróciła się i pochyliła nad stolikiem, bo właśnie nadeszła jej kolej. Kiedy Nastka zajrzała jej przez ramię, na pasku papieru zamiast “Już nigdy brunetów” czy czegoś podobnego, ujrzała napis: MÓJ WŁASNY NIEOGAR. Wszystko z dużej litery, a mimo to kursywą z zawijasami. Felicja podała marker koleżance. — A ty co napiszesz? Czego chciałabyś się pozbyć?
Po twarzy nekromantki rozlał się bardzo nieprzyjemny, szeroki uśmiech, więc ze swoją jednolicie zaróżowioną twarzą wyglądała jak najedzony do syta i zadowolony z deseru wampir. Na jej wstążce pojawiło się jedno krzywe słowo: IGOR. Felicja trzepnęła ją w ramię.
— Natka!
— Nasia jak już. Nie lubię jak ludzie wołają do mnie tak samo jak do jakiegoś zielska — odparła, odkładając pisak i zabierając bibułową tasiemkę.
— Nie możesz tego zawiesić! To twój braaat!
— To skrót myślowy, ale gdyby gdzieś przepadł na miesiąc to bym za bardzo nie płakała — wzruszyła ramionami. — Ten człowiek jest jak chodzący mem. Wiesz, ten z “Tato, czy to prawda, że zostałem znaleziony w kapuście?” i “Tak, a wczoraj za garażem, przedwczoraj na przystanku. Musisz przestać chlać, synku”. A jeszcze nie ma osiemnastki nawet. Nie, żebym była święta, ale w tym tempie to do matury nie dotrwają mu żadne szare komórki. On i jego “hej, pożycz na piwo” to moje jedyne troski. I jak usłyszę to o jeden raz za dużo to nie wytrzymam i nie ręczę za siebie. W końcu wyląduje w szpitalu.
Argument był o tyle trafny, co prawdziwy. Felicja też nie potrafiła znieść obecności Igora dłużej niż pięć minut. Miał w sobie coś lepkiego i wulgarnego do tego stopnia, że żołądek wywracał się na drugą stronę jak go tylko widziała. A jego idiotyczne i chamskie komentarze, nawet u tak spokojnej, opanowanej i łagodnej osoby jak ona, powodowały napady agresji. W jego wychowaniu coś poszło nie tak i to o wiele bardziej niż u Anastazji, a ona była nekromantką. Nikt normalny nie bawiłby się trupami z własnej woli przecież.
Podeszły do obibułowionych kukieł, które wyglądały jak strachy na wróble i zawiesiły swoje tasiemki. Niektórzy wieszający mieli jakiś zmysł estetyczny, więc po tym jak ręce i tłów zostały poowijane, ludzie zaczęłi zawieszać je przy pasku tak, że utworzyły kolorową spódnicę.
Oprócz trzech lalek udostępnionych Warszawiakom, w równym rządku ustawiono też dziewiątkę ze szkolnego konkursu. Większość nie wyróżniała się niczym szczególnym. Uszyte ze ściereczek głowy z namazanymi rysami twarzy, ubrania bez specjalnego dobierania - ot, co kto miał w szafie i mógł się tego pozbyć. Wszystkie powypychane słomą. Spośród tych dziewięciu wyróżniały się trzy i nic dziwnego, że otrzymały najwyższe noty. Jedna w pożółkłej sukni ślubnej, której zapewne nie dało się już doprać, druga niebieskoskóra i cała w białych, papierowych koronkach, a trzecia w stroju ludowym częściowo posklejanym, częściowo wyplecionym z bibuły.
— Aż szkoda taką utopić. Się ktoś napracował — stwierdziła Anastazja, wskazując tą ostatnią ruchem brody.
— Zimy żałujesz? Ja pierwsza pochodnię podłożę — mruknęła mściwie Felicja. Była zmarźluchem i nie marzyła o niczym innym jak tylko o nadejściu lata.
Chwilę później okazało się, że faktycznie wśród zebranych na wybrzeżu ludzi znajdowali się pracownicy obsługi bez żadnych identyfikatorów. Tylko tyle, że wszyscy mieli gładkie, czarne koszulki. Wbrew pozorom, mimo że spóźnieni, sprawnie zabrali się do demontowania stojaków. Poza nimi przyszedł człowiek z mikrofonem i zaczął opisywać wygląd lalek, ich pochodzenie, to co robili pracownicy.
— …a teraz drodzy państwo na czele pochodu niesiona jest Marzanna z podstawówki numer dziewięćdziesiąt siedem imienia Leona Kruczkowskiego przy ulicy Spiskiej, która zajęła pierwsze miejsce w konkursie na Najpiękniejszą Marzannę. Zmierzamy teraz na Most Śląsko-Dąbrowski, gdzie zostaną one podpalone i wrzucone do Wisły. Dla wszystkich osób zainteresowanych ekologią - do stworzenia lalek zostały wykorzystane głównie drewno i papier, bez surowców sztucznych… — tłumaczył, a jego głos dobiegał z głośników, których studentki nie potrafiły namierzyć. Dziewczyny znalazły się pośrodku tłumu - w większości składającego się z uczniów i ich rodziców - a że nigdy żadna nie brała udziału w topieniu Marzanny to nie starały się za bardzo go opuszczać, chociaż Anastazję irytowała nieco nadmierna obecność potworów poniżej lat dwunastu. Jednak nie mogła by nazwać się wykwalifikowanym magiem praktykiem, gdyby nie potrafiła znieść kreatur wszelakich. Nawet dzieci.
I poszły spacerkiem wzdłuż rzeki. Tuż przed mostem zeszli na jezdnię. Piechurzy dowiedzieli się, że opóźnienie wynikło z powodu kłopotów z zamknięciem ruchu na jednym pasie jezdni na moście - jakiś kirowca zignorował tablicę, bo nie było zagrodzone i mimo wszystko wjechał na część, która miała być przeznaczona dla pochodu z marzannami. Na szczęście dla zmotoryzowanych niecały most został wyłączony z ruchu, a tylko połowa, a mimo to powstawał już korek. Anastazja z Felicją miały tego pecha, że szły tuż obok barierki oddzielającą idących od posuwających się w żółwim tempie aut i obydwie czuły na sobie nienawistny wzrok posyłany w ich kierunku z szoferek. Na moście pochód się rozdzielił, bo tam był rząd kolejnych szlabanów - tym razem pomiędzy tłumem, a niosącymi kukły. W końcu się zatrzymali, a ludzie skupili na samym środku, bo każdy chciał zobaczyć. A było na co patrzeć, gdy pojawiła się...
— Pochodnia! Zawsze taką chcialam mieć w Norze! — ucieszyła się Nasia. — Biorą kandydatów do podpalenia! Ja chcę!
— Zostać spalona? — upewniła się Fela, unosząc brew.
— Nie, palić. Sama chciałaś zimę do Krainy Wiecznych Łowów, albo jeszcze dalej posłać...
— Noooom. Ale oni same dzieci wybierają. Raczej od dziesięciu lat już się nie kwalifikujesz. Wiesz... Napracowałeś się to teraz masz, potrzymaj i poczuj się jak kaaaat w średniowieczu, spalmy czarownice... Jakie to dydakyczne — wyjaśniła przyjaciółce cierpliwie tonem wychowawczyni, gdy krnąbrny urwis nie chce dzielić się zabawkami.
— Chciałam zachachmęcić i ją sobie do domu przemycić. Albo najlepiej wszystkie dwana... trzynaście? Przybyło o jedną marzannę? —zdziwiła się. Pamietała, że było ich dwanaście, a teraz naliczyła o jedną więcej. Przy każdej pod opieką dorosłego stał podekscytowany kilkulatek z płonącą żagwią - głównie dziewczynki, bo to one prawdopodobnie napracowały się najwięcej przy zrobieniu lalek, ale dla parytetów wybrano także trzech chłopców.
— Faktycznie. Jedna jest więcej — zauważyła Felicja. — Może to jakiś rodzimowierca, albo... Naśka nic ci nie jest? — zapytała nagle koleżankę, bo tamta pobladła i zatoczyła się, chwytając Felę za ramię.
— To znowu to — wyszeptała, rozszerzając oczy. Rozglądała się niewidzącym wzrokiem. — Jest ich więcej...
Nekromantka wzdrygnęła się, bo przeszedł po niej gwałtowny dreszcz. Jej aura została naprawiona prowizorycznie. Tak naprawdę to jedynie ją oczyściła, lecz wciąż była podatna na wszelkie wpływy z zewnątrz, bo nie przeprowadziła poprawnego rytuału. Jak spięcie dziury agrafką, zamiast naszycia porządnej łaty. Wystarczyło mocniejsze uderzenie, aby agrafka się odpięła i Anastazja ponownie była wystawiona na działanie niekorzystnych energii. A w pobliżu znowu musiał pojawić się przeklęty jegomość, bo została prawie zbita z nóg przez nagłe uderzenie ciemności, nienawiści i zimna. W oczach jej pociemniało, krew odeszła z twarzy. I zobaczyła topielice. Groteskowe, pstrokate, rozmazane.
— Już jest ich sześć... — zauważyła na głos, resztkami sił wydobywając słowa ze ściśniętego gardła. Ledwie zarejestrowała pytanie Felicji, o kogo jej chodzi. — To są...
"...marzanny" pomyślała, bo nie starczyło jej odwagi, żeby wypowiedzieć tą myśl na głos. Najnowszy duch stanął tuż przed Anastazją, płacząc węgielkowe łzy po lnianych policzkach. Odwrócił się w stronę palonych kukieł - ogień został już podłożony, skry radośnie skakały ku niebu. "Nie! Nie!"
Nekromantka zaczęła przepychać się przez tłum na miękkich nogach, jej ramiona nie miały siły, aby ich rozgarniać, ale powoli posuwała się do przodu. Ludzie klęli, dzieci piskliwie protestowały i skarżyły się swoim opiekunom. Anastazja wcale się tym nie przejmowała, ale szukała wzrokiem trzynastej marzanny. Trupa wystawionego na widok publiczny. Oddanego do zabawy. Nie rozumiała, a jednocześnie wiedziała, że tak właśnie było.
“Dlatego jest przeklęty. Chory skurwysyn.”
Zobaczyła ją. Na głowie wełniana czapka, ubrana w kraciastą, męską koszulę i długą, białą spódnicę. Bardziej pękata od pozostałych. Z rękawów, spod maski i spod spódnicy wystawały wiązki słomy. Płonęła tak samo jak inne.
— Nie, nie... Nie. Nie! Stój! — chciała krzyknąć Anastazja. Ludzie widząc jej wzburzenie, też spojrzeli w tym samym kierunku wystraszeni. Im dziewczyna bliżej się znajdowała, tym większą słabość odczuwała. Ból przeszywał całe jej ciało, zwinął się w podbrzuszu, promieniował na wszystkie strony. Mdłości ścisnęły jej żołądek. Cała się trzęsła jak w febrze, po policzkach stoczyły jej się łzy. — Zatrzymajcie go!— zaapelowała, bo wiedziała, że sama nie da rady zrobić już ani kroku dalej. Jej aura była czarna i gęsta jak smoła. Jak czarna dziura w kosmosie zasysa światło tak ona przyjmowała na siebie cały ten mrok, którym emanował morderca.
— Kogo? Nastka! — w głosie Feli dało się słyszeć strach, gdy jej przyjaciółka nagle osunęła się na kolana. Ludzie się rozstąpili. Uzdrowicielka przypadła do niej i chwyciła za ramiona. — Co się dzieje?!
Anastazja nawet nie spojrzała na Felicję, jej zamglony wzrok wciąż utkwiony był w marzannie i stojącym obok mężczyźnie. Próbowała zapamiętać każdy szczegół. Oślepiało ją słońce, a obraz migotał i rozpływał się.
Marzanna została zrzucona.
— Nie...
— Anastazja! Twoja auraaaa… — Felicja dopiero teraz zauważyła zmianę. Była studentką uzdrowicielstwa szkoloną do oglądania aur, jednak w normalnym funkcjonowaniu widzenie ich było co najmniej niewygodne, dlatego nauczyła się też z tej zdolności nie korzystać. Ledwie ją “włączyła”, aby móc dokonać diagnozy, a widok postaci nekromantki prawie całkowicie skryła czarna chmura. — Musimy cię stąd zabrać — powiedziała stanowczo, pomagając jej się podnieść.
— Nie mogę — odparła Anastazja bełkotliwie, odpychając koleżankę i odwracając wzrok. Mężczyzny już tam nie było. Zapłakane spojrzenie wróciło na zmartwioną twarz Felicji. — Nie dałam rady…
— Nasia, jesteś w szoku. Najpierw musisz się pozbierać, opowiedzieć mi co się stało…
— Chodźmy. Trzeba stąd iść. Zawiadomić łowców — przytaknęła jej zrezygnowana, opierając się o ramię uzdrowicielki. Już bliskość ciepłej, jasnej aury Feli działała na nią odprężająco, powoli wracała jasność umysłu.
— Potknięcie i upadek po marzanny utopieniu śmierć w ciągu roku zwiastuje — usłyszała za sobą konspiracyny, współczujący szept.
Wspaniale, tego tylko jeszcze jej brakowało! Jako nekromantka wcale nie przestraszyła się takiej możliwości, była oswojona z kostuchą. Przeraziło ją co innego. Zdała sobie sprawę, że zupełnie nie pamięta wyglądu podejrzanego nieznajomego.

Awatar użytkownika
Milan
Straż! Straż!
Posty: 219
Rejestracja: 07 listopada 2012, 07:53

Re: Instantowe topienie Marzanny - głosowanie

Post autor: Milan » 18 kwietnia 2017, 10:04

*** Kiedy Anastazję wypuszczono z uzdrowiska imienia Jagi Baby na Pradze, słońce już skryło się za horyzontem, a bez niego zrobiło się zimno. Oprócz łowców Felicja wezwała też pogotowie i okazało się, że nekromantka cierpi na zatrucie magiczne. Opowiedziała Łowcom o obydwu sytuacjach, których była świadkiem, duchach topielic-przebierańców. Spisali jej zeznania, zawiadomili straż przybrzeżną, a studentkę zabrano do uzdowiska, bo z takim skażeniem nie miała szans poradzić sobie sama. Uzdrowiciele pomogli jej w rytuale, dokopsnęli eliksir na wzmocnienie i wypisali. W tym samym czasie do Felicji, która nie zamierzała przyjaciółki opuszczać, zadzwonili łowcy - ciało zostało znalezione przez wiślańskiego wodnika ze straży, a skoro był trup to i do sprawy podeszli znacznie poważniej. Zeznania nekromantki skażonej trującą magią to jedno - mroczne czary potrafiły pokazywać całkiem niezwiązane z rzeczywistością wizje - ale zeznania świadka faktycznego zabójstwa to co innego. Lubianiec widząc jak wykończona chorobą i tragicznymi zdarzeniami jest Licz, podała do dalekoprzekaźnika uzdrowiciela, który zajmował się jej przyjaciółką, a on kategorycznie stwierdził, że jego pacjentka musi odpocząć zanim odpowie na jakiekolwiek dodatkowe pytania. Anastazja była im za tą interwencję bardzo wdzięczna. Nie miała w sobie siły na nic. Marzyła tylko o tym by wreszcie przetransportować się do domu i zakopać w pościeli. Ewentualnie pójść spać po wypiciu dobrej na wszystkie dolegliwości herbaty z sokiem malinowym i cytryną.
— Zimno ci? — zapytała troskliwie Fela, a kiedy koleżanka przytaknęła ruchem głowy, objęła ją ręką i potarła dłonią jej ramię na rozgrzanie. Skórzanka kurtka Nastki byłaby wystarczająco ciepła na taką pogodę, chłód wynikał bardziej ze zmęczenia i szoku.
Na szczęście dla nich spod uzdrowiska na Ochotę, gdzie Licz mieszkała jeździł bezpośredni tramwaj. Nie musiały nawet czekać na niego długo. Było po godzinie szczytu, zajęły miejsca obok siebie, a zmęczona Anastazja położyła głowę na barku przyjaciółki. Dwa siedzenia przed nimi chłopak słuchał muzyki na słuchawkach, ale na tyle głośno, że one również mogły ją dosłyszeć:

…Jestem taki sam
Wciąż widzę setki plam na niebie…
— Twoja mama nie dzwoniła? — spytała z nadzieją Felicja, chociaż nie spuszczała z Anastazji oka, więc najlepiej wiedziała, że nie.
— To nie nowość. Z nią nie zawsze jest kontakt.
— Czułabym się lepiej, gdyby ktoś miał na ciebie oko…
— Nie trzeba. Poradzę sobie — mruknęła poirytowana, a potem wyprostowała się, założyła ramiona na piersi i skrzyżowała nogi w kostkach. — Nie mam pięciu lat, wiesz?
— Tak, ale jesteś bardzo osłabiona. Powinien być obok ciebie ktoś, kto choćby herbaty ci zrobi, albo termofor przyniesie jak zrobi ci się zimno — kontynuowała nieprzekonana. Najchętniej zostałaby u przyjaciółki na noc, ale musiałaby wtedy spać na podłodze bądź z Nastką na łyżeczki, bo drugiego łóżka nie było, a to należące do Licz było bardzo wąskie. I o ile Felicji by to nie przeszkadzało, tak Anastazja zbyłaby ten pomysł kpiącym śmiechem. Należała do tego typu osób, które nie proszą o pomoc i nie lubią okazywać swoich słabości. Fela widziała jak bardzo jej koleżanka jest zmęczona, pomimo że tamta robiła wszystko, aby to zbagatelizować.
— Mam nadala ręce i nogi. Wszystko na swoim miejscu. Robienie herbaty to nie wysiłek. Poza tym zostawiłam cały dzbanek na stoliku… — powiedziała. “Chociaż wolałabym się napić ciepłej” pomyślała, lecz to zachowała już dla siebie.
— Jesteś uparta jak osioł! — zniecierpliwiła się Felicja. — Przynajmniej wejdę do ciebie i zrobię ci świeżej herbaty. Stąd czuję, że się trzęsiesz. Musisz się rozgrzać…
— Moja ty Florance Nightingale — zaśmiała się, ale ta wesołość nie dosięgała oczu. Nawet kąciki ust uniosła w bladej parodii uśmiechu z wysiłkiem, zadrżały i opadły ponownie. To była pierwsza zdrada jej ciała, druga nastąpiła chwilę później - brzuch zaburczał jej tak głośno i z taką pretensją, że nawet chłopak w słuchawkach się obejrzał.
— Czyli herbata i kanapki — zadecydowała uzdrowicielka tonem nieznoszącym sprzeciwu. Miała bzika na punkcie zdrowia i to była jedyna dziedzina, w której czuła się pewnie.
— W lodówce nawet światła nie mam, bo mi kryształ padł…
— Odprowadzę cię, a sama pójdę do sklepu — Wzruszyła ramionami Fela. Na tym ich dyskusja się skończyła, bo Anastazji zbrakło sił. Ciaśniej objęła się ramionami, próbując powstrzymać dreszcze i zwiesiła głowę na piersi. Miała nadzieję, że przyjaciółka będzie na tyle przytomna, że szturnie ją, gdy dojadą na odpowiedni przystanek. Felicja potrafiła tak się zamyślić, że wsiadała do metra w odwrotną stronę niż powinna jechać i to w Centrum; docierała do zajezdni autobusowych, zapominając o tym, że miała wysiąść; zasiadywała się na przystankach, przegapiając jeden tramwaj po drugim… Gapowatość, poziom ekspert.
Na szczęście zmartwienia wyzwoliły w Felicji ukryte pokłady czujności, bo bez przeszkód wysiadły na Placu Narutowicza. Stary, ceglany kościół o prostej bryle pamiętający czasy przedwojenne górował nad okolicą, chociaż wcale nie był taki wysoki, ale odznaczał się na dużej, otwartej przestrzeni. Ruszyły w stronę ulicy Filtrowej, zostawiając boski przybytek za plecami. Anastazja lubiła tą okolicę i cieszyła się, że ma to szczęście i może tu mieszkać. Zamiast kwadratowych, brzydkich bloków z samego serca PRLu, bądź nowoczesnymi szklano-chromowanymi cudami bez charakteru, Ochota w znacznej części zabudowana była starymi kamienicami, które przypominały o tym, że to miasto nazywano kiedyś “Paryżem północy”.
Z Filtrowej weszły w wąską, niepozorną uliczkę Asnyka - nie tak ładną, ale z rzędem lip po obu stronach. Drzewa powoli wypuszczały pierwsze liście, niepewne czy za chwilę znów nie zaskoczą ich mrozy. Studentki zatrzymały się przed wysoką, brązową bramą, Anastazja otworzyła ciężkie drzwi. Klatka schodowa była brzydsza niż budynek sugerowałby z zewnątrz - nieodnawiany od dawna, ale znowu nie taki paskudny przecież. Ściany pomalowano olejną farbą tak dawno temu, że odpadała strupami, odsłaniając tynk. Przeszły korytarzem zaścielonym pociętymi dywanikami do drugiej klatki, a tam małymi schodkami w dół. Przy drzwaich prowadzących na wewnętrzne podwórko znajdowały się także drzwi do piwnicy. Natka z radością wciągnęła lekko zatęchłe, piwniczne powietrze, gdy schodziła wąskimi schodami na dół. Zamiast zapalać światło przy wejściu do piwnicy, Felicja pstryknięciem palców wyczarowała mały płomyk. Żarówka prawdopodobnie by się przepaliła, gdyby skorzystała z niej czarodziejka. Drzwi do Nory znajdowały się naprzeciwko schodów.
Wnętrze kawalerki od razu kojarzyło się z kierunkiem studiów jego właścicielki. Drzwi frontowe prowadziły do maleńkiej kuchni, która jednocześnie była przedpokojem - dominowały tam kolory brązowy z jasnoczerwonym. Gdy tylko weszły do środka, ognik z dłoni Feli uleciał do żyrandoli i kinkietów i wpełznął w magiczne kryształy, pobudzając je do życia. Kuchnię i pokój zalała fala łagodnego, ciepłego światła.
W pokoju dziennym i sypialni w jednym - nikt nie zawracał sobie głowy tynkowaniem ścian i zostawił na widoku czerwoną cegłę. Jedynie pojedyńcza rekonstrukcja obrazu Van Gogha - Czaszki z palącym się papierosem, a także wiele wyrysowanych białą kredą na czarnym papierze magicznych okręgów, czy notatek z zaklęciami okrywały ich nagość. Meble były czarne - półki z zabytkowymi księgami w skórzanych obwolutach wygrzebanymi z antykwariatów, bądź wypożyczonymi z biblioteki, ale także z nowoczesnymi podręcznikami. Na stoliczku z metalu i szkła leżały świece, słoiki z solą, woreczki z ziołami potrzebnymi do rytuałów, oraz wyrzucone z torby, gdy się śpieszyła - czasopismo Czarodziejka, Magia i ty, bilety komunikacji miejskiej i toporny, miedziany ofiarny nóż. Pod nim leżał gruby, wygodny dywan. Wokół łóżka - także czarnego i metalowego, ale za to z ożywiającą wnętrze pościelą w czerwono-czarną szachownicę - na kafelkach imitujących kamienie czarną farbą wyrysowano krąg ochronny. Tak w razie, gdyby studentka podczas ćwiczeń źle dopełniła jakiegoś rytuału przyzwania demona. Mógł się taki uczepić i w najlepszym wypadku napsuć krwi. W najgorszym… Nie obudziłaby się wcale. Obok posłania na krześle z eleganckim obiciem siedział kościotrup upozowany jak Myśliciela Rodina. Nekromaci musieli być obznajmieni również z biologią, więc Kostek - jak go nazywała pieszczotliwie - przydawał się bardzo i Anastazji, i Felicji, gdy przychodziła na wspólną naukę. Wzdłuż ściany naprzeciwko wejścia u góry ciągnął się rząd lufcików, a pod spodem szafa z przesuwanymi, lustrzanymi drzwiami. Okienka nie dawały prawie żadnego światła, bo przed nimi rosły krzaki, ale przydawały się jedynie, aby wywietrzyć pokój.
Anastazja zdjęła swoją kurtkę i rzuciła ją na Kostka, a sama opadła ciężko na łóżko.
— Naprawdę nie musisz iść do sklepu. Poradzę sobie. Wezmę kąpiel i będzie git… — powiedziała, podnosząc głowę i opierając się na łokciach.
Felicja wcale jej nie słuchała. Krążyła po kuchni, zaglądając do lodówki i szafek.
— Nie masz nawet żółtego sera i chleba! O czym ty żyjesz? — oburzyła się. Stanęła w progu, oparła dłonie na biodrach.
— O kradzieży. Na górze mam rodziców, pamiętasz? Nie zabrali mi przecież klucza. Chodzę i opróżniam u nich — odparła jakby to było oczywiste. Stypendium nie miała jakiegoś zawrotnie wysokiego, a wraz z “wyprowadzką” skończyło się utrzymywanie. Pieniądze od rodziców dostawała jedynie na specjalne okazje - urodziny, imieniny, święta. Opadła na poduszki i przymknęła oczy. Miała wrażenie, że powieki ważą tonę. — Fela daj se spokój, co? Przecież nie umieram — wymamrotała sennie. — Idź do domu, ja też się…
Może i przekonałaby przyjaciółkę, gdyby nie ponowne burczenie pustego brzucha.
— Właśnie słyszę jak nie umierasz. Twój żołądek skręca się w agonii — zadrwiła Felicja. — Gdzie masz klucze?
— Wiszą na haczyku przy drzwiach. Długi od drzwi tutaj, ten mały z zielonym to od klatki — wyjaśniła, podnosząc się. — Skoro nie chcesz odpuścić, idę wziąć prysznic pod twoją nieobecność. Teraz to najbliżej jest Biedronka, tam w stronę Spiskiej…
Felicja kiwnęła głową, przyjmując do wiadomości obydwie informacje i skierowała się do drzwi.
— Masz w ogóle ochotę na coś specjalnego? — zapytała jeszcze przed wyjściem.
— Na kakao?
Kiwnęła potakująco głową i znikła.
Mieszkanie bez niej opustoszało. Wydawało się Anastazji zimne i ciche, trochę obce, chociaż przecież mieszkała tu od kilku miesięcy i to niezmiennie w pojedynkę. Klepnęła się po policzkach i poderwała z łóżka. Teraz kiedy wreszcie została sama, wcale nie miała na to ochoty. Powinna czuć się bezpieczna, a nie osaczona i wystraszona, a jednak pod skórą czaiła się panika. Ten strach, który narasta i w ciemnościach sprawia, że człowiek przyśpiesza kroku, biegnie do światła, do ludzi. Dziewczyna wyciągnęła spod poduszki piżamę - czerwoną koszulę nocną z napisem Little Lady Punk i obrazkiem żyletki, a z kieszeni ramoneski - swój dalekoprzekaźnik. Włączyła muzykę:

…Nieufność to mgła,
Co przynosi tylko ciszę
Jak klatka ze szkła
Nie pozwala nam się słyszeć…
Odezwało się urządzenie, zaczynając od miejsca, które odsłuchiwała ostatnio. Dziewczyna przygłosiła piosenkę, a potem ruszyła do łazienki, do której przesuwane drzwi znajdowały się w przedpokoju.
Łazienka była maleńka i utrzymana z kolorze ciemnej morskiej-zieleni, na kafelkach ponaklejane były białe muszelki - wynik zbieraczych spacerów po nadbałtyckich plażach w czasie wakacji. Zawsze chciała wyjechać za granicę, ale nigdy się to nie udało. Podłogę zajmowały wanna na lwich łapkach, ubikacja i umywalka z szafką pod spodem i lusterkiem na górze, a pomiędzy nimi zostawała powierzchnia sześciu czarnych płytek. Wystarczyło na tyle, żeby można się było obrócić bez problemu. Anastazja najpierw puściła wodę, strumień z hukiem zderzał się z dnem wanny i lekko parował. Dziewczyna wreszcie zdjęła swoje okulary i nucąc cicho pod nosem, aby zagłuszyć tą przeraźliwą, stawiającą włoski na karku i przedramionach ciszę, wyjęła buteleczkę z tonikiem do zmycia resztek makijażu. Cienie miała rozsmarowane dookoła oczu, przez co wyglądała jak smutna panda. Zmyła tapetę i wcale nie poprawiło to jej wyglądu. Z lustra spojrzała na nią pospolita, poznaczona lekko bliznami po trądziku, a przede wszystkim, bardzo zmęczona twarz. Zaróżowiona cera, blade usta i worki pod oczami.
— Oto ona, chodząca Miss Cmentarza — westchnęła, a potem zaczęła zrzucać z siebie ubrania prosto na podłogę.
Syknęła, gdy zanurzyła posiniałe palce. Kiedy dotykała wody ciepłą dłonią, temperatura była w sam raz, ale w nogach krążenie się zbuntowało i stopy miała zimne jak lód. Przekręciła kurek z niebieskim kółeczkiem, odczekała chwilę i spróbowała raz jeszcze. Zanurzyła się z westchnieniem rozkoszy. Pod wciąż lecący strumień dolała nieco żelu pod prysznic - spienił się, a pachnąca, jak głosiła etykietka, morską bryzą piana pokryła całą powierzchnię.
— Bosko — wymruczała, czując jak napięte do tej pory mięśnie - o czym nawet sobie nie zdawała sprawy - poddają się rozleniwieniu i ciepłu i rozluźniają. Kiedy woda dotarła do jej obojczyka, dziewczyna zakręciła kurki, a potem oparła plecami o brzeg wanny i przymknęła oczy. — Jak dobrze…
Głowa jej ciążyła, więc zjechała niżej i oparła ją o krawędź. Wcale nie miała ochoty otwierać powiek. Było tak ciepło… Tak przyjemnie i miło… Skrzywiła się, gdy przy stopach poczuła falę chłodu. Zimny strumień uniósł się i miźnął jej kostkę, udo, brzuch. Odemknęła powieki…
— Jasna cholera! — krzyknęła i wyprostowała się, podkulając nogi pod samą brodę.
Obok niej siedział duch topielicy, niczym karykaturalne odbicie w lustrze, bo kuliła się dokładnie w takiej samej pozycji, co Anastazja. Miała na głowie płócienny worek, a twarz na nim narysowana poruszała się prawie jak żywa - rozmazane, czerwone usta jej drżały, mrugała wielkimi, czarnymi ślepami. Wełniana czapka zjechała nisko na jej oblicze. Bez siana, jakim miała wypchane ubranie wydawała się mała i krucha w za dużej koszuli. Woda w wannie pociemniała, a kiedy nekromantka przyjrzała się lepiej - ujrzała, że dno jakby uciekło jej spod nóg, obok niej falują wodorosty, przy każdym ruchu wzburzane są pokłady mułu… Anastazja chwyciła się brzegów kurczowo.
“Jak z Klątwy, jej czarnowłosa-jebana-mać” przypomniała sobie film, gdzie upiorzyca zaatakowała główną bohaterkę podczas brania prysznicu. “To nie film, to nie film…” powtarzała sobie. “Spokojnie. Z mściwymi duchami trzaba ostrożnie. Mają jeden cel i chcą go osiągnąć. Mogę jej pomóc… Oby nie przyszła się mścić i na mnie za to, że…” Nie dokończyła myśli, bo była zbyt straszna, aby mogła sformułować ją do końca. Wolała się skupić na rozwiązaniu sytuacji. Z tęsknotą zerknęła na szafkę, gdzie trzymała sól do kąpieli - idealną przy oczyszczaniu aury, ale na duchy była dobra jakakolwiek.
— Odezwiesz się? — spytała nekromantka ciszej niż zamierzała. Uznała, że jest to znacznie lepsze zagajenie niż “Co tu robisz?” albo “ Hejka”. Wzdrygnęła się, bo obok kolana przepłynęła jej srebrnawa rybka.
Marzanna pokręciła przecząco głową.
— Nie możesz mówić? — spytała z nadzieją, znowu ignorując kołaczącą się na krawędzi świadomości myśl: “Nie, zwyczajnie nie przyszła tu na pogaduszki, a żeby cię utopić”.
Topielica potaknęła.
“Czyli czeka nas zabawa w dwadzieścia pytań. Super. Jeśli to przeżyję to przez tą lodowatą wodę dostanę zapalenia płuc jak nic” irytowała się. Gniew był znacznie lepszy niż paraliżujący strach. “Ale biorąc pod uwagę, że pojawiła się w wodzie może oznaczać, że do niej jest ograniczona. Poza nią nie jest w stanie nic mi zrobić.”
— Chcesz mojej pomocy?
Tak.
— Wiesz, kto… Kim on jest?
Nie.
— Nie znałaś go… Był sam?
Tak.
— Stało się to dzisiaj?
Tak.
— Blisko Starego Miasta?
Nie.
— W Warszawie?
Tak.
— Wiesz, gdzie on jest teraz?
Tak.
Po tym pytaniu topielica wyraźnie się ożywiła. Przekrzywiła głowę jak pies, przeniosła ciężar ciała, usiadła, układając nogi w syreni ogon. Nachyliła się w stronę Anastazji, a dziewczyna odruchowo odsunęła się, wtulając z całej siły w ściankę wanny. Marzanna znieruchomiała. Woda w wannie zaczęła się burzyć i chlupotać. Wodorosty ocierały się o nogi Anastazji - lekko muskały kostki, uda, biodra. Ocierały się jak żywe stworzenia, pełznąc coraz wyżej i zacieśniając sploty. Dziewczyna wierzgnęła nogami, z ust wyrwał jej się stłumiony okrzyk. Algi zrobiły się agresywniejsze, pociągnęły ją w dół, wżynały się boleśnie w nagie ciało.
— Stój! Nie!
Jej dłonie ślizgały się po krawędzi wanny, a w następnej chwili znalazła się głową pod wodą. Zachłysnęła się, nagle okazało się, że i od dna, i od powierzchni znajduje się strasznie daleko. Widziała wysoko białą, malejącą plamę światła. Machała dłońmi, walczyła. Obok niej z rybią gracją przepłynęła topielica, a za nią sznur płotek - skierowali się dalej w mroczne głębiny. Z ust Anastazji uciekła chmura babelków, gdy wodorosty opięły jej pierś i wycinęły z niej oddech. Szarpnęła się ostatkiem sił…
…i wynurzyła głowę, łapiąc z trudem oddech. Wanna wróciła do normy, woda w niej trochę ostygła, lecz nadal była w miarę ciepła. I tylko posiniałe dłonie udowadniały nekromantce, że to co przed chwilą przeżyła wcale nie było snem. Roztrzęsiona wyszła, rozchlapując kałuże na podłodze i mocząc porzucone tam wcześniej ubrania. Otuliła się puchatym, różowym ręcznikiem i pochyliła nad wanną, aby wyciągnąć korek z odpływu. Ledwie włożyła dłoń do wody, a ujrzała na dnie groteskowo wykrzywioną twarz marzanny.
Odskoczyła z piskiem.
— Nasia? Wszystko w porządku? — zza drzwi usłyszała zaniepokojoną Felicję.
— Ta-ak. Spo-oko — odparła, łamiącym się głosem. Otarła się w pośpiechu i szybko wciągnęła koszulkę na wciąż wilgotne ciało. Nie spuszczała przy tym wzroku z wanny, jakby bała się, że w każdej chwili może z niej wyjść morderczo usposobiona upiorzyca. Dopiero kiedy cała woda spłynęła, a dziewczyna była ubrana - odważyła się odwrócić bokiem, aby otworzyć drzwi. Wyszła i natychmiast zamknęła je za sobą.
Fela kręciła się po kuchni, miała na sobie czarny fartuszek z fosforyzującym szkieletem - sama go kupiła przyjaciółce na urodziny, lecz tak naprawdę tylko ona z niego korzystała, przychodząc na wspólne gotowanie. W garnuszku grzało się mleko na kakao, a studentka smarowała masłem kromkę chleba. Kupiła dżem, biały i żółty ser, miód, szynkę. Cały zestaw śniadaniowo-kolacjowy. Anastazja pomaszerowała do pokoju, ignorując ciekawskie spojrzenie przyjaciółki. Podeszła do półki z książkami, szukając konkretnego tytułu.
Duch panoszący się w jej łazience?! Niedoczekanie! Zamierzała znaleźć na to sposób. Natychmiast. Rzuciła odpowiednie woluminy na stolik i usiadła na podłodze. Chwilę później dołączyła do niej Felicja. Przyniosła ze sobą tacę z dwoma talerzami kanapek i kubkami kakao.
— Co to? — uzdrowicielka wskazała stronicę, którą czytała Anastazja.
— Klasyfikacja duchów i sposoby radzenia sobie z nimi. Marzanny coś ode mnie chcą i nie wiem, czy lepiej z nimi współpracować, czy walczyć. W drugim wypadku boję się, że mogłyby swoją złość przenieść na mnie, a z taką czarną magią raczej nie zdołam sobie poradzić… — odparła sfrustrowana. Felicja siorbnęła gorącego napoju, a jej kocie oczy wpatrywały się w twarz Nastki z intesywnością kota czającego się na mysz.
— Czyli to wszystko w porządku w łazience to wcale nie tak spoko? — zapytała z pozoru spokojnie. Anastazja uniosła głowę i ich spojrzenia się spotkały. Na dnie zielonych tęczówek czaił się strach graniczący z paniką.
— Nie. Wcale nie spoko. Ale bałam się, że może coś zrobić. Uciekła dzięki tobie — odrzekła poważnie.
— Przydałoby się wezwać łowców…
Anastazja wzruszyła ramionami, odwróciła wzrok. Też miała ochotę tak właśnie postąpić. Zdarzenia z tego dnia następowały zbyt szybko po sobie, nie pozwalając jej złapać oddechu. Jeszcze nie zdążyła się uspokoić, a następowało kolejne i to gorsze niż poprzednie. Z drugiej strony… Miała zostać nekromantką, do cholery! Niedługo sama dołączy albo do łowców, albo do bezpieczników - osoby tropiące i zabezpieczające efekty nekro-impulsów, i takie rzeczy staną się dla niej chlebem powszednim. Zatem zamiast pozwalać sobie na pójście do kąta i popłakiwanie w strachu przed potworem spod łóżka, jakby miała pięć lat - musiała zacząć działać. Przecież posiadała i potrzebną wiedzę, i umiejętności. Doświadczenia tylko było brak, ale czy istniał inny sposób, aby je zdobyć niż działanie tu i teraz?
— Zjemy te kanapki, ogarnę ci jakiś amulet, bo może i do ciebie się jakaś cholera przyczepić, a potem odprowadzę cię do domu — ogłosiła tak spokojnym tonem, na jaki potrafiła się w tych okolicznościach zdobyć. — A jak nie ufasz mojemu amuletowi to możesz ich wezwać do siebie. Ja sobie dam radę.
— I zostaniesz tu sama? Po tym jak nawiedził cię mściwy duch? — głosik Felicji z każdym kolejnym słowem był coraz bliżej ultradźwięków.
— Nom. A czego tu się bać? Nie byłam przygotowana. Teraz będę. Zapalę sobie kadzidełka, odczynię uroki i będzie git. A wokół łóżka mam taką tarczę, że musiałby się cały Konwent przez nią przedzierać. Sama nie wiem, jakim cudem taka mocna mi wyszła. Profesorka od obrony też była w szoku — pochwaliła się buńczucznie. Sama nie wiedziała, czy próbowała dodać w ten sposób odwagi Felicji, czy sobie.
— Jesteś pewna? Tego właśnie chcesz? Mogłabym zostać z tobą…
Nekromantka pokręciła przecząco głową.
— Dam radę. Jeśli teraz podkulę ogon pod siebie to będę musiała zmienić kierunek studiów.
Mimo wszystko to okazała się najgorsza noc w jej życiu. Jednak nigdy później nie żałowała podjętej, wtedy decyzji.
**** Wedle zasady najciemniej jest zawsze pod latarnią - główna siedziba łowców znajdowała się na widoku w starej, pięciopiętrowej kamienicy przy ulicy Żelaznej. Nad bramą wisiał nawet prosty szyld z białymi literami na fioletowym tle. Nikt nie zwracał na niego większej uwagi, bo i na co tu się gapić? Budynek jak budynek. Opustoszały, trochę obdrapany, poszarzały. Ciekawskich odstraszał napis: UWAGA, SPADAJĄCE TYNKI, więc większość ludzi przechodziła na chodniku po drugiej stronie ulicy. Kobieciny mieszkające naprzeciwko też nigdy nie zauważały niczego podejrzanego. Na samym dole dwa piętra zajmowała firma ochroniarska, a przynajmniej tak się domyślały, bo jaka inna mogłaby mieć taką nazwę? Chyba, że deratyzator, ale na taką profesję to miejsce wyglądało zbyt elegancko. Wyżej znajdowały się mieszkania. Gdyby ktokolwiek próbował rozpisać harmonogram zapalania się w nich świateł zdałby sobie sprawę, że i zimą, i latem rozbłyskują one dokładnie o tej samej godzinie - ot takie niedopatrzenie iluzjonistów, którzy stworzyli tą fasadę. Osiemnasta trzy - czwarte piętro po lewej, osiemnasta czterdzieści siedem - szóste, trzecie od prawej... Rutyna. Nudna, nieciekawa. Odstraszała ciekawskich bardziej niż zaciągnięte zasłonki.
Jednak jeszcze było za wcześnie na zapalanie świateł. Anastazja dotarła na miejsce o czternastej zero pięć - na pięć minut przed umówionym czasem, czyli tak jak lubiła najbardziej i bez odczyniania iluzji, weszła do recepcji. Był to duży, prostokrątny pokój z przeszkloną ścianą, więc wnętrze wciąż tonęło w słonecznym świetle. Miał beżowe ściany, o kilka tonów ciemniejszą podłogę wyłożoną kafelkami. W ścianie naprzeciwko wejścia znajdowały się trzy pary drzwi, a obok - kontuar z ciemnego drewna. I żadnej obsługi. Studentka podeszła do blatu i zerknęła za niego. Nie było nawet dzwonka jak w hotelach. Mogła co najwyżej wołać, ale to ponownie skojarzyło jej się z horrorem. Zamiast tego uznała, że zwyczajnie poczeka - była w końcu przed umówionym czasem. Rozsiadła się zatem na jednym z kilku drewnianych krzeseł ustawionych pod ścianą, krzużując wyprostowane nogi w kostkach, wzięła czasopisemko ze stojaka obok i zaczęła je kartkować.
Nie wiedziała ile czasu minęło, ale niezbyt długo, bo była właśnie w trakcie czytania trzeciego artykułu - zdążyła się dowiedzieć, że sławna zbarażystka Julianna Wilczek rzuciła wokalistę "Win&li"; arcymaginię Arkadię Świętokrzyską przyłapano w dresie jak pieli grządki, a piosenkarka rusałka Jaskier kończy właśnie nagrania do nowego albumu - "Miłość pod wierzbą".
— Była pani umówiona? — rozległ się nagle tuż przed nią młodzieńczy, nieco zbyt piskliwy głos. Uniosła wzrok i jej spojrzenie spoczęło na chłopaku, góra osiemnastoletnim, elegancko ubranym, ale bez przesady - jasna koszula, krawat luźno związany, sportowa marynarka i białe buty.
— Na czternastą dziesięć z panią... chwila jak to nazwisko, coś z koszem... — powiedziała i zaczęła grzebać w kieszeniach. Miała tam karteczkę z zapisaną godziną, adresem i nazwiskiem wiedźmy śledczej prowadzącej dochodzenie w sprawie marzann. Wysypała zawartość na krzesło obok - klucze, dalekoprzekaźnik, portfel, orzeszki, paczkę gumy...
— Mikoszy? — podpowiedział usłużnie, gdy chwila ciszy zaczęła się przeciągać.
— Właśnie. Nie mogłeś wcześniej? Zanim zaczęłam ten bałagan? — westchnęła poirytowana, bo akurat znalazła ową karteczkę. Z powrotem spakowała wszystkie rzeczy do kieszeni.
— Proszę chwilę poczekać. Zawiadomię panią Mikoszę — odparł grzecznie i... zamigotał. Odszedł, schował się za kontuarem. Zajął krzesło i z pozoru nic nie robił, ale mina skupienia sugerowała, że jednak wysłał wiadomość do kogo trzeba, ale telepatycznie.
Jego wcześniejsze rozmigotanie sugerowało, że ten wygląd jest jedynie iluzją. Jednak Anastazji nie ciekawiło aż tak bardzo z kim naprawdę ma doczynienia, żeby wysilać się i przejrzeć ponad nią. Nigdy nie była dobra z bawienia się iluzjami. Jej nauczycielka z liceum twierdziła, że dziewczyna jest zbyt prostolinijna i szczera, aby zrozumieć działanie magii opartej na kłamstwie.
Kilka minut później ze środkowych drzwi wyszła kobieta, która wyglądał jak damska wersja starego gliny. Miała krótkie, farbowane na blond włosy z odrostami, koszulę w kratę i luźne dżinsy, które trzymały się na chudym tyłku tuż pod piwnym brzuszkiem.
— Mikosza. Dorota Mikosza. Dziękuję za przybycie — przedstawiła się w iście bondowski sposób, podając jej rękę. Miała mocny, pewny uścisk. — Proszę za mną.
Jako pierwsza przeszła za próg drzwi skąd przyszła. Anastazja grzecznie podążyła za nią, rozglądając się ciekawie, chociaż na razie nie było nic ciekawego. Wąski korytarz zaprowadził je na klatkę schodową. Drewniane stopnie skrzypiały im pod nogami przy każdym kroku.
— Trzeba było zajrzeć za iluzję. Skarbek cały czas tam siedział, ale cię nie zauważył...
— Nie zauważył?
— Oczy ma jak kret, jak to skarbnik. Trochę niedowidzi.
— Zaskakujący wybór w obsadzaniu stanowiska...
Dotarły na drugie piętro, a wiedźma poprowadziła dziewczynę kolejnym wąskim korytarzem. Mijały zamknięte rzędy drzwi, ktoś za nimi wyszedł i przeszedł do kolejnego pokoju. Na ścianach wisiały korkowe tablice, w kątach stały fikusy. Ogólnie panował spokój.
— Ma inne zalety. Potrafi przejrzeć każdego niezależnie od stosowania barier umysłu. Także jeśli ktoś ma coś na sumieniu to od razu nam to przekazuje i możemy zachować czujność — wyjaśniła, otwierając przed studentką drzwi. — Nie jest to bardzo konkretna umiejętność i to nie tak, że on się włamuje poza czyjeś bariery...
— Wiem — przerwała jej nekromantka, wchodząc do pokoju za kobietą. — Jestem magiem praktykiem. Bestiologię mam od zeszłego roku.
Używanie siły, żeby pokonać czyjeś telepatyczne zabezpieczenia przed ingerencją w umysł było prawnie zakazane i ścigane przez łowców. Groziło za to wiele lat więzienia na Szklanej Górze.
Pomieszczenie, w jakim się znalazły było małe, a niemal całą jego powierznię zajmowały dwa biurka i kilka szaf. Jedynie kalendarz z kotami i dwa kwiatki na parapecie ocieplały to typowo biurowe, bezosobowe wnętrze.
— Proszę — Mikosza wskazała dziewczynie siedzenie obok prawego z biurek. Sama usiadła przed blatem, a później zaczęła przeglądać teczki. Wyjęła kilka kartek, przejrzała je szybkim spojrzeniem. — Zatem od początku…
Wtedy Anastazja musiała opowiedzieć swoją historię od momentu, kiedy pierwszy raz natknęła się na pięć duchów i zaklętego mężczyznę. Najbardziej szczegółowo wiedźma wypytywała o wydarzenia na moście.
— Jest coś jeszcze — dodała Anastazja, gdy zapadła chwila ciszy, a potem opowiedziała o nawiedzeniu przez jedną z marzann, tą najświeższą, w jej wannie. — Przygotowałam krąg z soli wokół mieszkania, kadzidełkiem oczyściłam atmosferę i wygoniłam…
— W tej kolejności? — zaniepokoiła się kobieta.
— To znaczy… Nie. Odwrotnie. Najpierw użyłam kadzidełka z drzewa sandałowego, później kryształowego dzwonka, a na koniec soli, którą rozsypałam po podłodze, a później zmiotłam. Wyrzuciłam zmiotkę i sól, a ścieżkę ze świeżą rozsypałam pod oknami i drzwiami… — odparła tonem uczennicy, która zdaje właśnie test. O tym, że mimo wszystkich zabezpiezeń spędziła tą noc bezsennie, płacząc z samotności i strachu w poduszkę nie wspomniała. Świt powitała z prawdziwą ulgą. Pierwszy raz w swojej nauce miała ducha, który nie był pod kontrolą, tak potężnego, mściwego i agresywnego. Pierwszy raz nie pomagał jej żaden z nauczycieli czy profesorów, nie miała pewności, że jej zabiegi są poprawne, czy skuteczne.
Łowczyni uśmiechnęła się do niej z aprobatą.
— Czyli nie pozwoliłaś sobie na walkę, ale dałaś jej jasno do zrozumienia, że nie jest mile widziana. To dobrze. Sądzisz, że będzie jeszcze próbowała się z tobą kontaktować? Nadal masz połączenie?
— Abym mogła spróbować seansu z medium? — domyśliła się. — Nie wiem — przyznała szczerze. — Dzsiaj przed wyjściem też zrobiłam sobie rytuał oczyszczenia - kąpiel z solą, ale także medytaowałam, używając dyptamu dla zwiększenia wyobraźni astralnej i pomocy przy zaklinaniu duchów, ale po opuszczeniu mieszkania nie znalazłam żadnego śladu tamtej… marzanny.
Wiedźma westchnęła rozczarowana.
— Jakaś szansa jeszcze jest, więc warto spróbować. Nie masz nic przeciwko, abym zaprowadziła cię do naszego medium po tym jak skończymy? — spytała, a studentka pokręciła przecząco głową.
— Jestem dzisiaj wolna.
— Wspaniale. Jest jeszcze jedna rzecz, która zastanawia mnie w tamtych wydarzeniach na moście. Sądzisz, że to był mag? Udało mu się ukryć trupa w kukle. Ale ona została podpalona. Sądzisz, że mógł użyć iluzji?
Anastazja zamyśliła się, odtwarzając w pamięci tamte zdarzenia.
— Trudno mi cokolwiek powiedzieć. Iluzje to moja słabość. Ledwie je zaliczałam — przyznała szczerze, lekko zawstydzona.
— Rozumiem. Teraz pokarzę ci kilka zdjęć, dobrze? — powiedziała Mikosza, wyjmując fotografie z kolejnej teczki. Rozłożyła je pieczałowicie na blacie. Przedstawiały one szóstkę młodych kobiet.
— To są… marzanny? — spytała cicho. Słowo ofiara nie chciało przejść jej przez gardło. Większość z nich wyglądała jakby były w jej wieku, a dwie może nawet na młodsze od niej.
— Tak. Poznajesz…? — jeszcze nie skończyła pytania, a dziewczyna zaczęła kiwać przecząco głową.
— Wszystkie miały maski, worki na głowie. Jak marzanny właśnie. Są topielicami.
Łowczyni pobladła i zacisnęła wąskie usta w jeszcze cieńszą, bladą linię.
— To by oznaczało, że umarły dopiero w wodzie…
— Wiem — odpowiedziała Anastazja, ledwie wyciskając to małe słówko z zaciśniętego boleśnie gardła. Oczy szczypały całkowicie suche, brakowało im już łez, które mogłaby uronić. — To znaczy, że miałam okazję uratować przynajmniej jedną z nich…
Śledcza dotknęła jej dłoni i uścisnęła mocno.
— Nie możesz tak myśleć, dziewczyno. Nie każdego da się uratować. Ale dzięki tobie mogliśmy połączyć sprawy. Nikt do tej pory nie połączył tych zniknięć. Znamy klucz działania. Mamy cały rok czasu, aby znaleźć tego zwyrodnialca. Nikt więcej dzięki tobie nie ucierpi. Na tym się skup. Nikt więcej — powiedziała z mocą i przekonaniem.
— Mam taką nadzieję, ale to wcale nie pomaga — odparła ponuro nekromantka.
…I nie mów mi, nie,
że czasem takie życie się opłaca…
Mikosza chciała cos odrzec, ale w tej samej chwili do pokoju wszedł nucący cicho mężczyzna w średnim wieku, a kobieta natychmiast zamknęła usta i zabrała swoją dłoń. Jak dzieciak przyłapany na czymś czego nie powinien robić. Wstała i wskazała na nowoprzybyłego - ciemnowłosego i ciemnookiego przystojniaka ubranego całkowicie na czarno. Zamilkł nieco zakłopotany, kiedy zauważył Anastazję.
— Mój partner w tej sprawie. Adam Ostroga. To nasz świadek, Anastazja Licz — przedstawiła ich sobie nawzajem. Skinęli sobie głowami, on zaczął grzebać wśród szuflad.
[tab=30— Z tych Ostrogów? — spytała studentka.
— Ano, tak się składa, że z tych. Studiujesz u mojego taty, prawda? Bardzo was maltretuje? — spyał, błyskając zawadiackim uśmiechem.
Wzruszyła ramionami.
— Lubię to co robię.
— Może być niezłą nekromantką. Zabezpieczyła dom przed mściwym duchem — dodała Mikosza z uśmiechem.
— Łowcy, czy bezpieczniki? Czy coś bezpieczniejszego? Nekromanta sądowy? — zapytał, wyjmując kilka teczek i wyrównując je uderzeniem o blat biurka.
— Łowca. Raczej. Ale jeszcze nie wiem.
— Polecam, jeśli chcesz osiwieć przed trzydziestką. Ubaw po pachy — odparł, ale oczy iskrzyłu mu rozbawieniem, a Mikosza spanęła poirytowana. Roześmiał się tak, jakby to był ich prywatny żart. Sam w kruczoczarnej czuprynie nie miał ani jednego jasnego włoska. — Niech panie wybaczą, ale też mam świadka — powiedział, kierując się do drzwi.
Kiedy zostały same Anastazja zapytała, myśląc o mordercy: — Czyli ktoś oprócz mnie go zauważył?
W takim razie nie byłaby to tylko jej wina…
Wiedźma pokręciła przecząco głową.
— Nikt wcześniej nie połączył tych spraw w jedną. Każda z tych dziewczyn zniknęła w dniu równonocy wiosennej, ale każda w innym nadwiślańskim mieście. Udało nam się je odnaleźć tylko, dlatego że wiedzieliśmy mniej więcej, czego szukamy — odpowiedziała smutno. Rozumiała, co dręczyło studentkę. — Przesłuchujemy osoby z rodzin, znajomych ofiar. W razie, gdyby coś zostało wcześniej przeoczone. Szukamy kolejnych powiązań. Sposobu działania. Jak typował ofiary, gdzie mogło dochodzić do ataku. Ta praca to głównie szukanie odpowiedzi na setki niby nieznaczących pytań.
Nekromantka pokręciła głową. Logiczna część jej mózgu naprawdę zdawała sobie z tego wszystkiego sprawę, ale ta emocjonalna nie potrafiła tak łatwo tego zaakceptować i uważała, że zawiodła, miała poczucie winy.
— Jest jeszcze coś, co możesz zrobić — powiedziała wiedźma z wahaniem. — Telepata. Wspominałaś, że te chwile z mostu. Patrzyłaś wprost na niego, ale nie jesteś w stanie go opisać. Rozumiem twój szok. Skażenie czarną magią robi swoje. Ale telepata mógłby ci pomóc w przypomnieniu sobie tych wspomnień.
— Oczywiście. Co tylko pani uważa za stosowne — odparła, marszcząc w zdecydowanym wyrazie brwi.
— Wiem, że sesja z medium i telepatą może być bardzo męcząca, więc proszę, abyś nie wahała się przerwać którejkolwiek, gdy…
— Rozumiem — weszła jej w słowo. Miała możliwość zrobienia czegoś pożytecznego, rehabilitacji wobec ostatniej ofiary i chciała jak najszybciej przystąpić do działania. Łowczyni jeszcze chwilę lustrowała ją oceniającym spojrzeniem, ale potem wstała ze swojego miejsca i ruszyła do drzwi. — Proszę za mną.
Przez kolejne dwie godziny Anastazja i medium starały się skontaktować z którąś z duchów ofiar. Bezowocnie. Po tak ogromnym wysiłku dziewczyna musiała pójść i zjeść obiad - na koszt komendy, więc niezbyt wykwintny, ale smakował jej wyjątkowo. Potem wróciła i zaczęła sesję z telepatą. Udało im się stworzyć rysopis w mniej niż godzinę.
***** Najpierw o szybę klapnęła gazeta, a później wrona z szumem skrzydeł usiadła obok i zastukała w okno dziobem. Anastazja właśnie się uczyła, książki porozkładała nie tylko na stoliku, ale też na podłodze dookoła siebie. Kiedy uniosła wzrok, ptak przekrzywiał głowę. Wyglądał na poirytowanego: “hej, ile mam tu jeszcze stać?!” Typowy polski listonosz do szpiku swoich pneumatycznych kości. Człowiek czeka na niego cały dzień, a jak wreszcie raczy się zjawić to zawsze pogania, bo mu się śpieszy.
— Chwila to dam ci coś — powiedziała, wstając, a on przestąpił z nogi na nogę. Poszła do kuchni i z szafki pod zlewem wyjęła paczkę pożywienia dla ptaków. Przeznaczoną głównie dla papug, ale wronie to nie przeszkadzało. Dziewczyna wysypała jej zawartość na małą miseczkę, a potem wróciła do pokoju. Otworzyła okienko i wystawiła jedzenie na chodnikową płytę na zewnątrz. Ptak zanim zabrał się do pałaszowania karmy, wyciągnął w stronę Anastazji nóżkę, do której miał przywiązany woreczek. — Tak, tak. Już płacę.
Portfel miała w kurtce, a ta jak zwykle leżała na Kostku. Wyjęła trzy złote i wrzuciła do sakiewki. Dopiero wtedy wrona dokicała do miseczki i zaczęła dziobać nasionka. Anastazja sięgnęła po gazetę zwiniętą w wąziutki rulonik i przewiązaną lnianym sznurkiem, a potem wróciła na swoje miejsce przy stoliku. Dolała sobie herbaty ze szklanego dzbanka do kubka, a jakżeby inaczej - czarnego z wypukłą, wyszczerzoną radośnie czaszką - taką jaka jest na trujących preparatach. Dopiero wtedy rozwinęła Wieszcza i ułożyła go na stole przed sobą. Prawie wypuściła kubek z dłoni, gdy przeczytała tytuł na pierwszej stronie.
JARYŁO TOPICIEL, CZYLI ŚMIERĆ W PIERWSZY DZIEŃ WIOSNY “O cholera. Facet dorobił się już własnego przydomku jak Kuba Rozpruwacz.” Zawsze uważała, że własny psychopatyczny pseudonim stawia takich o poziom wyżej w hierarchi. To już nie był jakiś tam Zbigniew R., czy inny Wacław J. Teraz to był JARYŁO TOPICIEL pisany samymi dużymi literami. “Ale skąd oni biorą pomysły na te tytuły… Naprawdę.”
Siorbnęła na uspokojenie słodkiego naparu i zagłębiła się w lekturze.

Dn.22.03 br. natrafiliśmy na informację o morderstwie dokonanym w najbardziej szokujący, możliwy sposób - publiczną egzekucję. Z śledztwa przez nas przeprowadzonego, co bardziej przerażające, okazuje się, że nie pierwszą.
Dn. 21.03. w drodze do pracy zaginęła młoda zielarka - Marzena Pierwiosnek. Jej ciało odnaleziono w Wiśle już pięć godzin później, dzięki współpracy łowców z przpadkowym świadkiem całego zajścia - studentką nekromacji na Warszawskim Uniwersytecie Magicznym…
Anastazja zachłysnęła się herbatą, uderzyła w chudą pierś, aby okrztusić płyn zalegający w przewodzie oddechowym. Aż bąbelki poleciały jej nosem.
“Co?! Nie zgadzałam się, aby… Nikt się nawet ze mną nie skontaktował!” panikowała. Bycie świadkiem to jedno. Współpraca z łowcami, którzy wśród magicznych nie zawsze mieli dobrą opinię to drugie. Rozpowszechnianie jej danych bez zgody nie potrafiła zaakceptować. Wystarczyło, że sama borykała się z wyrzutami sumienia. Nie chciała teraz zostać ustawioną pod pręgierzem publicznego ostracyzmu. Nie podano imienia, ale dzinnikarka wygrzebała skądś zdjęcie, na którym uwieczniono Licz z przyjaciółką podczas pochodu z marzannami.

…i tylko dzięki jej pomocy nieudolni w swoich działaniach łowcy zdołali połączyć w jedną sześć różnych zaginięć, do których doszło w różnych miastach Polski południowo-centralnej w okresie ostatnich sześciu lat. Bohaterska postawa tej młodej kobiety zasługuje na pochwałę, jest godną naśladowania, lecz podczas moich prób pozyskania wywiadu z przedstawicielem łowców nikt nawet nie wspomniał o jej udziale.
Cóż przydarzyło się tragicznie zmarłej Marzenie Pierwiosnek? Została porwana i złożona w ofierze - tak właśnie! - na widoku publicznym podczas obchodów Pierwszego Dnia Wiosny na Wybrzeżu Gdańskim…
Anastazja przeleciała wzrokiem resztę tekstu. Znała wydarzenia z mostu. Na szczęście dla niej została przedstawiona jako osoba o ponadprzeciętnych zdolnościach, która nie bała się zaryzykować własnego życia i zareagowała, nie poddając się ogólnej społecznej znieczulicy.
“Przynajmniej tyle dobrego, że nie narobili mi wstydu… Na WUMie i tak już wszyscy o tym wiedzą, więc mówi się trudno” uspokoiła się.
W tekście podano też informacje o pozostałych ofiarach. Okazało się, że najwcześniej Jaryło zaatakował na południu w małej miejscowości niedaleko źródła Wisły, a później szedł razem z rzeką coraz dalej na północ, aż trafił do Warszawy.
“Wszystkie miały na imię Marzena” zauważyła. “To znaczy, że wybiera je po imieniu. Musi je znać. Ma jakiś sposób, aby się do nich zbliżać?” zastanawiała się. Brzmiało to niepokojąco, chociaż od marzanny, która ją nawiedziła wiedziała przecież, że morderca był jej obcy. “Czyli je obserwuje…” Po plecach przeszedł jej zimny dreszcz.
Po przeczytaniu artykułu uszła z niej para. Przejrzała resztę gazety, ale nie potrafiła się skupić na zawartości. W końcu zniecierpliwiona odrzuciła ją na bok, a sama położyła się na stole. Nie miała już na nic ochoty. Ani na naukę, ani na nic innego. Najchętniej zagrzebałaby się pod kołdrą i nie wyściubiałaby nosa. Niechętnie przekręciła głowę i zerknęła na dalekoprzekaźnik. Miała dwie godziny do zajęć, a jeszcze nic nie jadła tego dnia.
“Muszę się ruszyć. Ruuuuuszyć” Westchnęła ciężko. Zamknęła oczy. Godzina się zmieniła. Minęły kolejne trzy minuty. Westchnęła ponownie. Wyprostowała się.
Podniosła się i przygotowała szybko posiłek. Miała spaghetti do odgrzania - od momentu, gdy zamieszkała sama nauczyła się robić kotlety, surówki, piekła ciasta, ale to makaron z sosem robiła najczęściej. Można się było najeść do syta, tanie i proste do zrobienia, można odgrzać. Idealne. Zabrało jej to półgodziny, na dojazd miała godzinę.
“Akurat zdążę się wyszykować w spokoju.”

..Sama dobrze wiesz,
że co dzień tracisz coś,
co już nie wraca…
Dwadzieścia minut później odezwał się jej dalekoprzekaźnik. Koleżanka ze studiów obawiała się odpytywania na ćwiczeniach i chciała spotkać się wcześniej, aby razem zrobiły sobie powtórkę.
— …dobra. Ja już wychodzę — powiedziała, biorąc kurtkę i wrzucając do szarej, à la wojskowej torby zeszyty i dwa podręczniki, które miała rozłożone na stoliku. Wyszła z mieszkania, zamknęła je na klucz, ale też sprawdziła magiczne zabezpieczenia. Były na swoim miejscu. — Niedługo będę — pożegnała się i rozłączyła.
Uspokojona wbiegła na parter po schodach i wyszła przez podwórko - tam była druga brama. Ulica była cicha i pusta. Za blokami widać było łunę zachodzącego słońca, która złociła ciemnogranatowe chmury. Ruszyła w stronę Niemcewicza. Szła ku przystankowi tramwajowemu przed Ratuszem Ochoty, ale skręciła wcześniej w Tarczyńską, aby zajść na stację benzynową. Tu miała najbliżej, a chciała kupić sobie energetyka. Przez ostatnie stresy nie mogła zasnąć, więc teraz też czuła się śnięta. Mijała rząd aut zaparkowanych przy chodniku, doszła do większego busika…
…i wtedy światła zgasły. Dostała w głowę i padła bez czucia na ziemię.
****** Szczypały ją oczy. Były zaschnięte, a powieki ciężkie jak z ołowiu. Czuła pod nimi maleńki drobinki piasku, które utkwiły pomiędzy powieką a gałką i przy każdym ruchu podierału o nią jak papier ścierny. Nie otwierała ich, pozwalała, aby ciemność ją otulała. Głowa bolała, tętniła bólem. W ustach czuła metal, ślina gęsta była jak syrop. Powoli docierały do niej dźwięki. Najpierw zniekształcone, jakby znajdowała się pod wodą. Później bardziej wyostrzone, ale nadal niewyraźne. Skrzypienie i podzwanianie. Jęk. Jeden i drugi. Przeciągłe syknięcie. Przy trzecim stęknięciu zdała sobie sprawę, że wszystkie te dźwięki wydaje ona sama.
— Obudziłaś się. Szkoda. Lepiej by było, gdybyś to przespała — westchnął ktoś.
Spróbowała odemknąć powieki, ale udało jej się to tylko do połowy. Widziała migające światła. Ciemno, żółty błysk latarni, ciemno, latarnia… Jechali samochodem, ona na tylnim siedzeniu. Teraz poczuła wstrząsy. Brali zakręt, a jej żołądek się zbuntował. Krztusiła się, mnąc w ustach knebel. Próbowała się okręcić, bo leżała na boku z rękoma wykręconymi do tyłu i jedna strona jej ciała całkiem zdrętwiała. Czuła jakby miała ramię z gumy, powoli od jego strony wraz z powracającym krążeniem nadchodziły stada mrówek o tysiącach palących odnóży.
— Hy huhu! Umm-my hy nn-nn! — wycharczała buńczucznie. Rzuciła się, ale nie udało jej się nawet usiąść. Była spętana sznurami, a na dłoniach i nogach miała dodatkowo kajdanki, które boleśnie wrzynały jej się w nadgarstki i kostki. Ponownie westchnął ciężko.
— Jeśli będziesz się wiercić to będę musiał cię uderzyć. Nie lubię bić… zwłaszcza kobiet. Uwierz mi, że również bardzo nie podoba mi się ta sytuacja, ale nie mam wyboru. Ktoś musi poświęcać się w tej walce… Ktoś musi ją toczyć. Inaczej zapanowałaby wieczna zima, chaos i ciemność. Rozumiesz to, prawda? — powiedział, uspokajającym, niemalże racjonalnym głosem.
Ze swojego miejsca widziała jedynie jego profil. Krótkie, przylizane włosy, haczykowaty nos, kozia bródka. Wystająca jak u sępa grdyka. Nie potrzebowała na niego lepszego widoku, bo dzięki sesji z telepatą pamiętała każdy szczegół jego żałosnej fizjonomii. Piwne oczy o zbyt szeroki rozstawie, a w nich spokój. Twarz, jaką mógł mieć każdy Kowalski czy Nowak. Patykowate, żylaste ciało w koszuli i za dużym swetrze. Na nogach mokasyny. Pamiętała i nigdy już nie miała zapomnieć tamtej sceny, kiedy spotkały się ich spojrzenia, a on podpalił ciało ukryte w marzannie. I zrzucił je do wody, aby zgniło w mule, pożerane powoli przez robactwo i ryby. Nigdy nie doczekawszy się ceremonii żałobnej, bez trumny, bez pożegnania z rodziną, bez grobu. Nie tylko odbierał życie, ale także ich godność - biorąc pod uwagę, że te duchy nie znalazły spokoju i wciąż przebywały na ziemi to chyba wciąż można było mówić o ich pogwałconej godności, jaka należy się każdemu człowiekowi. Anastazja nienawidziła go za to każdym centymetrem swojego czarnego, nekromanckiego serca. Zmarłym należy się szacunek. Należy im się też święty spokój.
Ich podróż potrwała jeszcze kilka minut. Zjechali z drogi szybkiego ruchu, na węższą, pełną dziur, a potem - na pooraną utwardzaną, polną dróżkę, bo autem kołysało jak statkiem, gdy morze było wzburzone. Dziewczyna ślizgała się na skaju - raz uderzała głową w drzwiczki, co powodowało nagły ból, który rozlewał się z czoła po całym ciele; raz prawie spadała z siedzenia. Brzuch bolał ją coraz bardziej, w klatce piersiowej czuła skurcze, zwiastujące wymioty, ale nadal jakoś udało jej się to opanować. Gdyby zadusiła się własnymi wymiocinami to byłaby najbardziej żałosna śmierć. Nie zamierzała ułatwiać zadania cholernemu psychopacie, więc skupiła całą swoją silną wolę na tym, aby powstrzymać mdłości.
W końcu się zatrzymali. Panowała ciemność absolutna. Nie było latarni, a jedynie naturalne księżycowe światło, które co chwila skrywało się z chmurami. Mężczyzna wysiadł z auta. Usłyszała trzask i podzwanianie metalowej bramy, rozbłysło pojedyńcze światło. Gdyby mogła się podnieść, porwać samochód… Ale leżała słaba, związana jak owca niesiona na rzeź. Chciało jej się płakać, lecz nie były to łzy strachu - była to bezsilna furia. Przez całą drogę próbowała oswobodzić dłonie, ale zaowocowało to tylko krwawymi obtarciami. Jedyne, co udało jej się osiągnąć przez ten czas to przywrócenie krążenia w zesztywniałej części ciała i wyplucie knebla.
“Udawać słabszą niż jestem. Czekać na okazję…” zbierała w sobie odwagę. Myśli: a co jeśli nie będzie okazji i po prostu poderżnie ci gardło i zakopie w ogródku? starała się do siebie nie dopuszczać.
Jaryło wrócił do szoferki. Przejechali kilka metrów i wjechali do garażu. Tam zostawił ją na dłuższą chwilę.
— Niegrzeczna jesteś, co? — spytał, gdy wrócił.
— Wal się popieprzeńcu! — warknęła jak wściekła suka.
Udało jej się podnieść i powciskać guziki zabezpieczające od środka. Samoistnie wyskoczyły do góry.
— Jestem telekinetykiem, telepatą i iluzjonistą. Magia umysłu. A teraz nie utrudniaj, bo będzie bolało, a tego wolałabyś uniknąć, prawda? — przekonywał, otwierając drzwi.
Anastazja skuliła się, podciągając kolana pod brodę. Miała tylko jedną szansę… Gdy pochylił się nad nią, aby wyciągnąć ją na zewnątrz wyprostowała się nagle jak atakująca kobra, stopy wystrzeliły w jego kierunku. Celowała w twarz. Gdyby szczęście było po jej stronie, znokautowałaby go i może zyskała wystarczająco dużo czasu, aby się wyswobodzić.
Była spętana w garażu mordercy posługującego się magią. Jak w ogóle mogła odwoływać się do szczęścia?
Pochwycił jej kostkę, zanim go trafiła, a potem pociągnął i wyrzucił z samochodu jak worek ziemniaków. Znowu uderzyła się w głowę, a przed oczami rozlała jej się pajęczynka białych światełek. Rozmigotanych bardziej niż iluminacja na Krakowskim Przedmieściu. Wraz z nimi pod czaską zaczęły wybuchać ogniska bólu. Małżowina nosowa i oczodoły zapłonęły, fala lawy przelała się przez skroń, dalej pod kością potyliczną, klinową, ciemieniową. Jej ciało zwiotczało. Tak spacyfikowaną wziął na ręce i poniósł - wyszedł z garażu, przeszedł kawałek po żwirowanym podwórku i wszedł do otwartej stodoły. Położył ją na twardym blacie, a potem zaczął zmieniać pętające ją kajdanki na takie, przymocowane do stołu, na którym leżała. Jej świadomość krzyczała ostatkiem sił, że to jest moment, na który czekała. Wrzeszczała piskliwym głosem aktorki horrorów, ile pary w jej mentalnych płucach. Zdało się to tylko na tyle, że kiedy rozkuł dłonie Anastazji walczyła chwilę, próbując mu je wyrwać, a z jej ust wyrywały się bełkotliwe słowa i stóżki śliny, ale z łatwością ją popchnął i mimo wszystko skuł kajdanami.
Szansa, na którą powinna poczekać przepadła, bo wcześniej spanikowała. To był koniec. Leżała unieruchomiona na ofiarnym ołtarzu. Nie było już nic, co mogłaby zrobić więcej. Kiedy to do niej dotarło to po policzkach stoczyły jej się łzy strachu. Trzęsła się i wiła. Serca walało jej oszalałe. W pewnej chwili panika zniwelowała nawet ból, który ją wcześniej ogłuszył, więc zdawała sobie ze wszystkiego sprawę z nadnaturalną ostrością i szczegółowością.
— Nie rób tego… Nie musisz tego robić… Błagam, nie rób mi krzywdy… — skowyczała, a on tylko pokręcił ze smutkiem - ze smutkiem popierdolony skurwiel! - głową.
— Zmiany nadeszły. Morowa Pani sięga po władzę nad światem i tylko ja zauważyłem jej zakusy. Trzeba ją powstrzymać, ale to wymaga ofiar. Przykro mi. Jesteś jedyną, która mnie potrafi rozpoznać. Najcenniejszym świadkiem. Nie dałaś mi wyboru — westchnął, ostrząc nóż o sześciu zbiegających się na czubku ostrzach. Pocierał o ostrzałkę z taką siłą, że aż skrzesał białe iskry. Przestał zwracać uwagę na swoją ofiarę. Pozapalał świece dookoła ołtarza, do płonących zniczy wrzucił pachnących ziół. Dym kręcił Anastazję w nosie, drapał w gardle, powodując duszący kaszel.
Kiedy on chodził po pomieszczeniu, przygotowując się do rytuału, przy stole ofiarnym pojawiły się one. Topielice. Marzanny otoczyły ją szczelnym kręgiem, płacząc czarnymi łzami nad jej losem. Były duchami, były klątwą, były energią śmierci - pożywką dla nekromanty. Anastazja połknęła swoje łzy.
— Jeśli chcecie zemsty to ją wam dam. Ale wy musicie oddać mi siebie — wyszeptała. Język skołowaciał jej w ustach, a miała go teraz potrzebować. Duchy przytaknęły i chwyciły się za ręce. Nekromantka wzięła głęboki oddech, zakłuło ją w piersi, ale to zignorowała. Zaczęła cichutko szeptać inkantację, która miała przemienić te zbłąkne dusze w czystą magię. Oznaczało to ich unicestwienie, bez dostępowania zbawienia, ale to była jej jedyna szansa.
Psychopata podszedł do niej, nie zauważając duchów.
— Mam nadzieję, że pocieszy cię fakt, że twoja śmierć nie pójdzie na marne i przysłużysz się w tej walce o światło i ciepło. O zmartwychwstanie — powiedział Jaryło, teraz już chyba nie tylko Topiciel, a potem rozpoczął swój własny rytuał, nie doczekawszy się żadnej odpowiedzi. Wykonał jakiś taniec z nożem, przeciągając go przez dym znad zniczy i ogień świec.
Wzniósł sztylet nad piersią Anastazji. Oczy dziewczyny zaświeciły białkami, ale nie przerwała recytacji zaklęcia. Marzanny rozmigotały się, a potem zmieniły w wiązki fioletowo-zielonego światła, które zaczęły wnikać w ciało dziewczyny. Targnęły nią spazmy, gdy pożywiała się tak ogromną mocą.
W następnej chwili zdarzyły się dwie rzeczy na raz.
Nóż spadł, wnikając w pierś Anastazji i zostawiając tam ranę w kształcie sześcioramiennej gwiazdy. Rozdarł serce, chlusnęła czarna krew.
Przez to miejsce przeszedł nekro-impuls i poddał się zaklęciu nekromantki, potęgując jej siły. Pożywiała się nawet czarną magią, która powstawała, kiedy z niej wraz z coraz jaśniejszą posoką uciekało życie. Jej oczy zaiskrzyły się zielonym, nieśmiertelnym ogniem tuż przed tym jak opadła martwa na blat stołu.
Jaryło zmówił modlitwę nad jej trupem, ocierając ostrze z juchy. A potem odwrócił się plecami.
Mordercę przeszedł zimny dreszcz, gdy usłyszał za sobą szaleńczy, zimny śmiech. Za kostkę chwyciła go dłoń kościotrupa. Z kątów stodoły wychodziły, wijąc się martwe robaki, poszczękując szkieletami maszerowały w jego stronę trupki zwierzątek - myszy, kotów, ptaków. Uciekał, szarpał się, biegał, skakał, depcząc po napastnikach, ale ich było zbyt wielu. Całe mrowie, o wygłodniałych ząbkach i szczękoczułkach. Spadały na niego z belek, chwytały się jego ubrania, wpełzały pod nie i kąsały. Spod ubitej ziemi z trudem wydostawała się jego pierwsza ofiara. Nadgniła skóra wciąż pokrywała jej kości. Na jej widok z wrzaskiem wypadł na zewnątrz, ale oswobodzony zombie okazał się nadzwyczaj szybki. Dopadł swoją ofiarę tuż za drzwiami.
Tymczasem Anastazja z wciąż gorejącymi zielonymi ślepiami siadała właśnie na stole i rozcierała nadgarstki. Kilkoro z jej małych, martwych sług ją oswobodziło, choć nie bez problemu. Pazurzaste łapki nie były stworzone do otwierania zamków. Dobiegł do jej uszu mrożący krew w żyłach wrzask. Agonia w okropnych męczarniach.
— Rozszarpcie. Zbeszczeście tak samo jak on nie potrafił uszanować. Rozwleczcie na cztery strony świata, aby nigdy nie zaznał spokoju w zaświatach — rozkazała swoim poddanym wypranym z emocji głosem.
Zeskoczyła lekko na ziemię, ominęła dziurę, jaką wykopał umarlak i nucąc, ruszyła na zewnątrz. Przed stodołą nie został ślad po Jaryle Topicielu. Może poza rdzawami plamami, które wsiąkały powoli w glebę.
…Samotność to pies
Co kąsa tak bez uprzedzenia
Ja wiem jak to jest...
Znam to przecież, znam,
aż do znudzenia…
Czekała ją daleka droga do domu, ale nie traciła humoru.
*******
…Tacy sami,
a ściana między nami
Tacy sami
Tacy sami,
a ściana między nami
Tacy sami…
Melodia umilkła, gdy w dalekoprzekaźnik uderzyła dłoń Anastazji. Studentka wsytawiła niepewnie spod kołdry pół twarzy, przysunęła przed oczy ekran.
24 połączenie nieodebrane
Zaspała. Niech to szlag… Jęknęła. Wszystko ją bolało. Przekręciła się na plecy, przeciągnęła słodko, aż chrupnęły jej kości. Lepiej. Zanim miała zmierzyć się z rzeczywistością, musiała się odświeżyć. Wyszła spod kołdry, z niezadowoleniem zauważając, że spała we wczorajszych ubraniach. Przeczesała włosy dłonią, bo ze starannie ułożonej fryzury zrobiło jej się siano i poczłapała do łazienki. Pierwsze co zrobiła to przepłukanie ust, bo czuła jak zabija ją nieświeżość własnego oddechu. Splunęła wodą dwa razy, potem przepłukała twarz. Wtedy uniosła wzrok i spojrzała w lusterko.
Jej oczy płonęły.
Już nie była taka sama.
[/align]

Awatar użytkownika
Milan
Straż! Straż!
Posty: 219
Rejestracja: 07 listopada 2012, 07:53

Re: Instantowe topienie Marzanny - głosowanie

Post autor: Milan » 18 kwietnia 2017, 10:07

02

Utopienie Marzenny

Była niska. Taka malutka i zaokrąglona, ale nie pulchna. Miała szeroki żabi uśmiech i takie duże oczy z długimi rzęsami. Tuszowała je tak bardzo mocno, że można było podziwiać grudki. Bo chciała być modna i ładna – ot, zwykła dziewczyna.
Miała na imię Marzenna, nie Marzena – bo miało być niezwyczajnie zwykłe. Więc wpychała na siłę to dodatkowe N, bo mogła się wyróżniać. Wszystko w niej krzyczało: makijaż, sukieneczki w wielkie i kolorowe kwiaty, za duże kolczyki i to nietypowe imię.
Lubiła wodę. Miała bzika na punkcie morza. Co jakiś czas rzucała chwilowo studia, a dokładniej to udawanie, że chodzi na zajęcia, wsiadła w pociąg i uciekała nad morze. Godzinami stała po kostki w wodzie i gapiła się na fale. A potem wracała do swojego miasta, gdzie ginęłą w tłumie większych od siebie ludzi i budynków z rudej cegły.

Był wysoki i miał niezwykłe oczy. Takie niebiesko-zielone, jak wody oceanu. I rozmarzone spojrzenie – takie, którego nie da się zapomnieć; takie, w którym zakochujesz się od pierwszego wejrzenia. Jego blond włosy igrały z wiatrem, nawet gdy w było bezwietrznie. Ale przecież zawsze wieje od morza...
Marzenna spotkała go na samym końcu mole, podczas jednej ze swoich „miejskich ucieczek”. Stał tam samotnie, wpatrzony w dal, zamyślony. Dłonie zwinięte w pieści wciskał głęboko w kieszenie za szerokiego płaszcza, a jego włosy tańczyły na wietrze.
Stanęła tuż przy nim, nie sięgała mu nawet do ramion. Wiatr targał jej sukienką w kwiaty, kiedy ona nieśmiało i ukradkiem zerkała na twarz chłopca. Uśmiechała się patrząc w dal, a jej serduszko zwykłej niezwykłej dziewczyny biło nieco szybciej.
Vanen, tak się przedstawił kiedy siedzieli wieczorem na ławce popijając kawę z papierowych kubków. Księżyc był jasny i duży. Marzenna nie widziała jeszcze takiej pełni; fale na morzu wydawały się tańczyć.
Prawie nie rozmawiali, nie potrzebowali słów. On – bo ich nie znał, ona – bo to takie romantyczne. Tajemniczy nieznajomy o urodzie anioła, romantyczna schadzka w blasku księżyca – czego więcej może chcieć serce niewinnej dziewczyny?

Ciało dryfowało na brzegu, fale szarpały sukienka w wielkie kwiaty, tusz do rzęs spływał po wzdętych od wody policzkach. W dużych oczach Marzenny zapisał się ostatni piękny obraz jej życia: twarz anioła, którego blond włosy igrały z wiatrem, a rozmarzone oczy wpatrywały się w uchodzące z niej życie.[/size][/align]



03

[test skasowany na prośbę autora]

Awatar użytkownika
Milan
Straż! Straż!
Posty: 219
Rejestracja: 07 listopada 2012, 07:53

Re: Instantowe topienie Marzanny - głosowanie

Post autor: Milan » 26 kwietnia 2017, 17:41

Niniejszym ogłaszamy, że najskuteczniejsza w topieniu Marzanny okazała się

Marša

Serdecznie gratulujemy!
:D

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Instantowe topienie Marzanny - głosowanie

Post autor: pierdoła saska » 26 kwietnia 2017, 18:13

*skuon* KUJAM <3 :D
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

ODPOWIEDZ