UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Zapraszamy do udziału w nowym INSTANCIE! :D

Zachęcamy też do głosowania na TEKST WRZEŚNIA!

Instant obrazkowy II - głosowanie

Tutaj znajdują się ogłoszenia o konkursach, w których minął już termin nadsyłania prac. Nic jednak nie broni, aby sobie dalej o nich rozmawiać. :)

Instant obrazkowy II

Czas głosowania minął 13 marca 2017, 09:03

01
1
17%
02
1
17%
03
1
17%
04
2
33%
05
1
17%
 
Liczba głosów: 6

Awatar użytkownika
Milan
Straż! Straż!
Posty: 222
Rejestracja: 07 listopada 2012, 07:53

Instant obrazkowy II - głosowanie

Post autor: Milan » 06 marca 2017, 09:03

A zatem i niniejszym :u:

Dziękujemy za wszystkie nadesłane prace i zachęcamy do głosowania. Jak zawsze - zabawa trwa tydzień, każdemu przysługuje jeden głos, a zdanie można zmienić w każdej chwili. Miłej lektury ;)

Wyjątkowo ostrzegamy nieletnich użytkowników przed nieodpowiednimi treściami.

01
Paryż, 30.11.1992 r.

- Czym takim?
- Liczem. Najprawdziwszym nekromantą. Rasputinem, Faustem i Leninem.
- Żartujesz, Blaise?
- Martwi nie żartują. Pisz, nie trać czasu. Moje ciało jest sztywne od trzech godzin, szybko zacznie się psuć. Ile zanotujesz, tyle dobrego dla świata. Lub niedobrego. Poświadczysz autentyczność tym pierścieniem. - Francuz rozprostował z trudem opuchnięte dłonie i niezdarnym ruchem zdjął złotą obrączkę z serdecznego palca. Położył ją na zachlapanej sosem mapie Rosji. - Czort wie, co tamci mają we łbach i co z tym zrobią…
- Tamci?
- Pisz. Jonathana Wade’a poznałem latem sześćdziesiątego drugiego roku, gdy wybierał się na spotkanie z Zarządem Głównym KGB. Siemiczastny chciał mieć kogoś pod ręką, Wade chciał zwiać do Chin przed wywiadem Amerykańskim, a ja nie chciałem brać udziału w wojnie z Wietnamem…


Londyn, 19.05.1988 r.
Rozgłośnia radiowa HF3.30, wywiad z prof. Jonathanem Wade’em.


- Profesorze, pańskie wybitne osiągnięcia w dziedzinie psychoanalizy są z całą pewnością jednymi z najważniejszych w dwudziestym wieku. Rozwinięciu psychologii wojskowej poświęcił pan niemal pięćdziesiąt lat życia! Jakie to uczucie? Czy jest pan bohaterem?
- Redaktorze. Szanowni słuchacze HF3.30. Czy czuję się bohaterem? Przede wszystkim czuję się człowiekiem spełnionym. Człowiekiem na właściwym miejscu i we właściwym czasie. Bohaterami od zawsze byli dla mnie ludzie szczerzy, bezinteresowni i honorowi, co…
- Pan niewątpliwie się do takich zalicza!
- Przyznaję.
- Sieć instytutów badawczych i ośrodków terapeutycznych w zachodniej Europie świętuje dziś dziesięciolecie powstania. Dziewiętnasty maja nie jest datą przypadkową, zgadza się?
- Naturalnie. Święto jest umowne, związane z naszym największym odkryciem…
- Z powojennym syndromem WS-JW, czy tak?
- Znów trafił pan w sedno, redaktorze. Jak to możliwe? Zupełnie jakby pan czytał z kartki.
- …
- Zdiagnozowanie WS-JW jest wydarzeniem o tyle kluczowym dla historii, że wyjaśnia reperkusje psychiczne obserwowane u żołnierzy już ponad pół wieku temu. Każdy konflikt zbrojny, w szczególności trwająca zimna wojna, pozostawia po sobie tysiące ludzi chorych na WS-JW, nierozumianych przez społeczeństwo i wymagających leczenia. Wraz z moim zespołem naukowym, doktorem Blaise’em de Poitiers, profesorami Kenjim Nakamurą i Leonem Ochsmannem, zbadaliśmy niezliczoną ilość przypadków w państwach członkowskich ONZ.
- Jak właściwie doszło do połączenia sił? Pan, profesorze, zajmował się problemem już w latach czterdziestych, podobnie jak Kenji Nakamura. Czy przypadkowe było niemal synchroniczne rozpoczęcie badań? I to po dwóch stronach globu? Co skrzyżowało ścieżki pańskie i Japończyka?
- A co mogło je skrzyżować?
- …tak. Tak, oczywiście. Drodzy słuchacze, jak powszechnie wiadomo, doktor Jonathan Wade brał udział w ofensywie na Filipinach. Bitwa o Mindoro i nieprawdopodobna historia paktu z wrogiem w imię nauki.
- Pan nie przestaje mnie zaskakiwać, redaktorze.
- Jako że czasu antenowego może zabraknąć, przejdźmy do samej choroby. Czy doktor mógłby naświetlić słuchaczom, czym dokładnie jest WS-JW? Czy jest uleczalne? Jakie są objawy?
- Objawy są podobne u znakomitej większości żołnierzy: nocne stany lękowe, paniczne reakcje na ciemność i odosobnienie. Częste koszmary i zwiększona wrażliwość układu nerwowego w fazie REM, prawie zawsze prowadząca do wybudzenia. Skrajna narkolepsja. Zachowawczy strach przed zaśnięciem, zaburzenia słuchu, omamy wzrokowe. Należy wspomnieć, że właśnie halucynacje naprowadziły nas, naukowców, na trop WS-JW. Żołnierze śnili te same sny, dzielili urojenia i nie znając się, opowiadali te same historie.
- Nic dziwnego, że sprawa zwróciła pańską uwagę. Jakie są skutki nieleczonego WS-JW na froncie?
- Masowa niesubordynacja, samobójstwa, ucieczki, sabotaż, mylenie własnych stanowisk z pozycjami wroga. Innymi słowy ogromne i niepotrzebne straty w ludziach. Odpowiadając na wcześniejsze pana pytanie: szanse na wyjście z choroby bez szwanku są nikłe. Możliwe, że pozostanie nieuleczalna, choć zdołaliśmy mocno złagodzić jej przebieg.
- Niewiarygodne. Jak wspólny koszmar ludzkości. Niech doktor zdradzi nam jeszcze, co prześladuje żołnierzy? Co ich tak przeraża, że aż pcha ku krawędzi szaleństwa?
- Mówiąc krótko, redaktorze, zaświaty. Ubzdurane, zmyślone zaświaty.


Quelfes, 06.06.1976 r.

- To nie było życie - szepnęła kobieta. Na krótkiej ławce zbitej z paru desek siedziała z Jonathanem Wade’em od dziesięciu minut. Trumna z ciałem jej męża czekała w śmiesznie małym budynku pośrodku cmentarza. - Byliśmy zaszczuci i nieszczęśliwi. Niech pan nie mówi, że nie czuje ulgi. On jest teraz w lepszym miejscu.
- Z całą pewnością, Ruth.
- Mógł umrzeć już sześć lat temu. Wtedy, gdy go pobito. Nigdy nie doszedł do siebie.
- Wiem.
- Przynajmniej uwolnił się od przeszłości.
- Przecież nie był tym, za kogo go mieli - zapewnił Wade z mocą. - Nie był mordercą.
- Pan chyba źle mnie zrozumiał - wycedziła kobieta, zrzucając jego dłoń z ramienia. - Miałam na myśli uwolnienie się od wspomnień o was. O waszych wojskach idących na Berlin. O moich trzech córkach, które spodobały się waszym żołnierzom. Pan nie chce wiedzieć, jak wyglądały już zastrzelone, po kilku dniach podróży z bandą…
Wade wyprostował się sztywno, wstał i odszedł bez słowa. Nie chciał wszczynać kłótni przed pogrzebem. Głównie dlatego, że był jedyną osobą, która na niego dobrowolnie przyszła.
Dał Ruth czas i patrzył spokojnie na jej rozpacz. Z mężem żegnała się krótko. Od razu po tym skierowała kroki ku świątyni, chcąc przyśpieszyć przebieg skromnej ceremonii. Wade podszedł do trumny, korzystając z chwili samotności. Spojrzał ponuro na zwłoki i wyciągnął z kieszeni ciężki, złoty sygnet.
- Zachowałem twoją własność - wyjaśnił bezgłośnie. - Wiem, że bez tego nie mógłbyś odejść.
Spokojnym, wolnym ruchem wsunął zmarłemu pierścień na kciuk.
Gdy trumnę zamknięto i poniesiono na wyznaczone miejsce, Wade nie dał rady uciec. Bezwolnie powlókł się za czarną sylwetką Ruth. Stanął obok niej na krawędzi grobu przed zasypaniem i powiedział:
- Tak mi przykro, Kurt. Tak mi przykro.


Fuseta, 03.04.1970 r.

Blaise siedział przed kawiarnią tuż obok Nakamury, w milczeniu kontentującego widok wąskich budynków i otwartych okien na Rua Miguel Bombarda. Ochsmann tymczasem ujadał na skrzyżowaniu obok, próbując obrazić posępnego, wychudłego niezdrowo mężczyznę, którego Blaise nie znał.
- Cholerny Wade - mruknął Japończyk bez intonacji. - Punktualności ma jak rozumu, wiecznie o krztę za mało.
- Krztę?
- Może dwie - szepnął Nakamura bez uśmiechu. Spławił ruchem dłoni niską, opaloną dziewczynę, gdy po raz trzeci spytała, czy dolać mu kawy. Blaise nie chciał mówić na głos, że zapewne nie robiła tego z uprzejmości i dawno już należało ponowić zamówienie, by nie wyjść na ludzi źle wychowanych.
Siedzieli w popołudniowym słońcu. Obserwowali pulchne kobiety, biedne dzieciaki rzucające monetą, mężczyzn palących cienkie cygara i mewy krążące na niebie. Blaise czuł się przez to oszustem. Wyrachowanym Europejskim bogaczem, któremu chciało się zapuszczać między tubylców i udawać zainteresowanie, by później bawić znajomych opowieściami. W ciepłym świetle łowił wzrokiem ludzkie cienie, wdychał zapach dymu, morza i wody kolońskiej Álvarez Gómez.
- Ty zawsze będziesz mordercą, von Teufel, gdzie się nie schowasz, czego nie zmienisz, o tobie nikt nie zapomni - wygrażał Ochsmann zaciekle. Zgarbione jego plecy i zwodnicze ruchy starca widział Blaise po wielokroć. I nie czuł litości. Poczuł ją raz, w sześćdziesiątym trzecim, a Ochsmann potraktował go jak rybę nabitą na haczyk wędki; wyciągnął z jeziora, ogłuszył i wypatroszył z informacji. Potem wrzucił do wody z powrotem, żeby mógł sobie Blaise podryfować brzuchem ku górze.
- Umiesz milczeć, Semito?
- Diable! - Ochsmann zacisnął pięść przed twarzą rozmówcy i zadrżała przy tym cała jego ptasia sylwetka. Mieszkańcy ściszyli głosy może o pół tonu, czujni i pozornie zajęci sobą.
- Leonie…
- Żaden Leon, dla ciebie pan Ochsmann! Ben zona!
Chudy mężczyzna wzniósł oczy ku niebu, zdjął czapkę i przeczesał siwe włosy gestem człowieka roztargnionego. Potem minął Ochsmanna ostrożnie. Wsparty na lasce pokuśtykał w stronę kawiarni. Blaise zebrał się w sobie, by mu posłać wątły uśmiech i uchylić przyjaźnie szkła ciemnych okularów. Odsunął też jedno z krzeseł.
Ochsmann skwitował tę uprzejmość prychnięciem, po czym zajął się nabijaniem fajki. Wyglądał przy tym, jakby do środka chciał upchnąć całą swoją nienawiść.
- Dziękuję - westchnął von Teufel, korzystając z niemego zaproszenia Francuza. Blaise niemal bezwiednie podsunął mu krzesło i przejął drewnianą laskę.
- Major von Teufel. Miło cię widzieć po latach. - Nakamura odezwał się głośno. - Dobrze wyglądasz.
Blaise nie mógł nie zauważyć niesmaku na twarzy schorowanego człowieka, chociaż wybitnie się starał.
- Ty też, Kenji.
- Poznaj proszę - Nakamura wskazał swoją prawicę - to Blaise de Poitiers, obecnie najmłodszy z nas.
- Chłopcze. - Von Teufel wyciągnął ku Francuzowi pomarszczoną, suchą dłoń i uśmiechnął się szczerym uśmiechem wzruszonego człowieka.
Gdzieś daleko rozbrzmiała syrena okrętowa.
Gdzieś bliżej zaczęły bić dzwony.
- Panie majorze. - Blaise wymienił z obcym krótki uścisk. Wtedy zabójczy, metaliczny tenor Jonathana Wade’a poniósł się po całej dzielnicy, płosząc ptaki, strasząc ludzi i poruszając wszystko, co dało się poruszyć, nawet jeśli było z kamienia.
- Kurt! Mój przyjaciel Kurt von Teufel! - Wade runął dosłownie na uliczkę Miguela Bombardy i cała Fuseta z pewnością się w nim zakochała, o ile nie była zakochana już gdy szedł w stronę portu. Wiatr przestał wiać, dzieciaki przestały rzucać monetą, dzwony przestały bić, a von Teufel przestał się uśmiechać. I tak oto domyślił się Blaise, że Jonathan Wade z majorem Kurtem znają się lata całe, może nawet dziesięciolecia, a więź ich jest nierozerwalna.
- Zechciałeś spotkać się z nami! - wzruszony Wade dopadł do stolika i zanim von Teufel zdążył się odezwać, przywołał niezadowolonego Ochsmanna. - Leon! Nie stercz tam, dzieci straszysz!
Ochsmann obejrzał się zdzwiony, zerknął na gromadkę małych Portugalczyków, pokręcił głową i ruszył ku towarzyszom.
- Zechciałem się spotkać. Wybaczcie, że odmówiłem podróży do Europy. Zdrowie mi na nią nie pozwoliło. Dobrze, że znowu jest nas piątka - von Teufel skrzywił się dziwnie. - Możemy w końcu mówić o względnym pokoju.
- Względny pokój - powtórzył Ochsmann z podziwem.
- Robisz postępy, Kurt. - Wade z zachwytem przysunął sobie wolne krzesło, by móc siedzieć jak najbliżej von Teufela. - Ale wyglądasz nie najlepiej. Jedno ma się do drugiego? Powiedz.
- Co się ma do czego, Jonathanie, chciałem z wami ostatecznie wyjaśnić. Nie wszystko wolno pisać w listach - rzekł major. - Tu możemy mówić otwarcie, Fuseta jest bezpieczna. Nikt zbyt dobrze nie włada angielszczyzną.
To mówiąc, skinął dwoma palcami na właścicielkę kawiarni. Kawę, ciastko i egzemplarz lokalnej gazety zamówił płynnym dialektem, jako pierwszy tego popołudnia wzbudzając portugalską sympatię.
- Porozmawiać z wami chciałem o pierścieniach, jak się domyślacie - podjął.
- Z ciebie jest służbista, Kurt! Nie wolałbyś pożartować najpierw? Powspominać z nami?
- Litości, Wade. Mój pierścień. - Major odchylił kołnierz koszuli, wymacał ozdobę i gwałtownym ruchem zerwał łańcuszek, na którym wisiała. Ten przemknął mu pod palcami, uderzył o stół i zsunął się z krawędzi. Von Teufel z namaszczeniem wsunął ogromny, ciężki sygnet na kciuk.
Blaise zamrugał i spojrzał krytycznie na własną delikatną obrączkę.
- Co z pańskim pierścieniem, majorze? - zapytał.
- Ma pierwszeństwo. Wiemy o tym wszyscy. Po to was zebrałem, by się go przy was zrzec.
Kenji Nakamura wstał gwałtownie i złapał się za serce, szokując Blaise’a reakcją. Ochsmann odchylił się w krześle, poruszając ustami, a Wade’owi drgnęła brew i na tym stanęło. Żaden nie zabrał głosu. Japończyk sięgnął po pudełko noszone w kieszeni i niepewnym ruchem wydobył z niego pierścień z misternym zdobieniem, by chwilę później wsunąć go na wskazujący palec. Blaise, Wade i Ochsmann nosili własne na co dzień. Ten ostatni nie zdejmował swojego nawet podczas kąpieli.
- O przekleństwie wiem teraz wszystko - rzekł von Teufel poważnie, gdy wymienił z Kenjim ukłon pełen szacunku. - Wiedziałem najwięcej i rolą moją było uczyć was. Historia… Historia nie pozwoliła…
- Bzdury - mruknął Leon niewyraźnie.
- …na zawiązanie lepszych stosunków. Tym niemniej! Jonathana Wade’a po wojnie informowałem listownie. O tym, o czym mu nie zdążyłem lub nie mogłem wcześniej powiedzieć. Wiedzę swoją musiałem pogłębiać aż do teraz i wiem na pewno, panowie, że oni wszyscy, tam - major wskazał chodnik - to nasi poprzednicy. Nie chcę wieczności spędzić w ich świecie, dlatego postanowiłem zrezygnować. - Tu przerwał, by zdjąć biżuterię. - Pierścień odrzucam zawczasu. Dla pewności. Wiecie, że z tym złotem na palcach nie umrzemy na dobre. Zostaniemy Liczami. Kiedy się rozpadniemy, dołączymy do armii żywych martwych w zaświatach.
- Straszysz, von Teufel! - Wade zaśmiał się zaraźliwie. - Chcesz skończyć z nekromancją? Nam też nakażesz?
- Wasza nekromancja sprowadziła na ludzkość wiele cierpienia. Masz tysiące dusz na sumieniu, Wade - odrzekł major.
- Ty masz ich setki tysięcy i to bez nekromancji - wybuchnął Ochsmann z pasją - twój naród z ludzi zrobił zwierzęta! I przejmujesz się tymi, co przez nas spać nie mogą? Zdurniałeś po wojnie, von Teufel, tchórz cię złapał i pycha, u was to wrodzone…
- Dość, Leonie. - Nakamura odezwał się pierwszy raz od blisko piętnastu minut. - Co do sprawy: Kurt nie kłamie. Wierzę mu. W swoim kraju natknąłem się na podobne informacje. Wiem, że przede mną pierścień miał między innymi Tokugawa Ieyasu. I że czeka na mnie w zaświatach, żywy po śmierci.
- Szaleństwo - podsumował Wade, świdrując Japończyka magnetycznym, dwukolorowym spojrzeniem. Przeniósł wzrok na majora. - Lecz dobrze, ja wasze decyzje uszanuję. Pierścienie zniszczcie lub zachowajcie, wasza sprawa. Sam jednak chcę mieć wybór. Zdecyduję za siebie, podobnie Leon czy Blaise. Jasne, Kurt? Żadnego przymusu. To miłe, że zechciałeś nam opowiedzieć o swoich nieprawdopodobnych, fascynujących podejrzeniach. I na tym bym temat zakończył.
- A jak byś zakończył temat „WS-JW”? - spytał von Teufel chłodno. - Zwalając winę na wojnę? Pisząc elaborat? Chcesz się bawić w naukowca?
- Pij kawę. Bo wystygnie.
- Panowie, mój samolot odlatuje za niecałą godzinę. Nie chciałem uciekać przedwcześnie. Niestety umówieni byliśmy na wcześniejszy termin i muszę was opuścić - oznajmił Nakamura, poprawiając marynarkę. - Czy tyle tylko chciałeś mi przekazać, Kurt?
- Tyle tylko.
Nakamura wstał, zasalutował majorowi, uścisnął dłonie pozostałym mężczyznom i bez słowa ruszył w dół ulicy. Blaise zamrugał, nie mogąc wyjść z podziwu nad jego szybkimi decyzjami. Ochmann, zainspirowany przez Japończyka, odsunął głośno swoje krzesło, pożegnał Blaise’a i Wade’a, po czym oddalił się również. Odginał mały palec i kręcił nerwowo pierścieniem, aż nie zniknął za rogiem Rua da Liberdade.
Zostawiony sam na sam z Wade’em i von Teufelem, Blaise poczuł się nagle całkiem zagubiony. Skąd wszyscy wiedzieli wszystko? I czemu on nadal nie wiedział niczego?
- Co to znaczy, że pański pierścień ma pierwszeństwo? - wypalił z opóźnieniem.
- Znaczy to, że mogę wam rozkazać, a wy mój rozkaz wypełnicie - rzucił von Teufel, sięgając po gazetę. - I jeśli stracę pierścień, najstarszy będzie należał do Jonathana. Gdy tylko pojawi się nowy, piąty, to pan Wade zacznie wydawać wam polecenia.
- Jak to… majorze, pan mógł nas kontrolować?
- Nie kontrolowałem. Nie mieszałem się w wasze sprawy.
- Dlaczego?
- Widzisz, de Poitiers - wtrącił Wade - my również myśleliśmy nad tym. Ja, Kenji i Leon. Wojna się przecież skończyła, Major Kurt mógł do nas dołączyć. Wyjaśnić nam wszystko, zapanować nad nami. Ale on wolał siedzieć tutaj i pisać listy na mój stary adres. On, właśnie on, wybrany w zaświatach na naszego mentora. Dlaczego tak postąpił?
- Wade - zaczął von Teufel ostro. - Nie opowiadaj kłamstw.
- To nie są kłamstwa, Kurt. Na własnej spokojnej śmierci zależy ci bardziej niż na zdrowiu zwykłych ludzi i życiu tych, za których odpowiadasz. Właśnie, odpowiadasz. Nie myśl, że pozbycie się pierścienia ochroni cię przed konsekwencjami.
- Nie rządziłem i nie poniosę kary za waszą głupotę! - Major uniósł głos, prostując się w krześle.
Jonathan uśmiechnął się pobłażliwie, zakładając ręce na piersiach.
- Bóg wie o wszystkim - powiedział. - Wie, że mogłeś coś zmienić. Coś naprawić i czemuś zapobiec. I nie zrobiłeś tego przez trzydzieści lat, a teraz zebrałeś nas, patetyczny i zakłamany, żeby zrzucić ciężar z barków. Ale zapewniam cię: nieistotne, który z nas zawinił najmocniej. Ty byłeś najstarszy. Ty odpowiesz po śmierci. Za to, że się od nas odwróciłeś, zamiast przemówić nam do rozsądku, gdy jeszcze była szansa.
- I tak byś nie zrozumiał - szepnął von Teufel.
- Rozumiem. Chodź, de Poitiers! Nie traćmy czasu.
- Ale… ale pan major - zająknął się Blaise.
- Pan Zdrajca - poprawił Wade zimno.
- On bez pierścienia…
- Zostanie tutaj i umrze jak mu się marzy. - Wade zerwał się z miejsca i nim ktokolwiek zdążył zareagować, sięgnął po laskę wpartą o stół. Odciągnął ręce, biorąc zamach.
- Nie! - ryknął Blaise równo z dźwiękiem pękającego drewna. Wade z taką siłą trafił Niemca w potylicę, że czapka wyleciała w powietrze na wysokość pierwszego piętra, a głowa runęła w przód i roztrzaskała wszystko: filiżankę, talerz oraz szklany blat. Bryznęło krwią i białymi okruchami. Von Teufel wygiął się nienaturalnie, gdy Wade zrzucił go z krzesła kopniakiem.
Blaise wytrzeszczył oczy. Przemknęło mu przez myśl, że trzeba koniecznie sprawdzić godzinę, by stwierdzić akt zgonu. Spojrzał na zegarek. Tarcza spływała czerwienią i nie widział przez to jednej ze wskazówek.
- Rusz się, durniu! - Wade złapał go za kołnierz. - Wstawaj! Już!


Al-Alamajn, 24.10.1942 r.

Kolaborantów nienawidził Kurt bardziej nawet niż przegranych bitew i nieodpowiedzialnych decyzji dowództwa. Ten Angol, wyszarpnięty cudem spomiędzy tłustych paluchów Winstona Churchilla, był nie tylko kolaborantem. Był najgorszym co mogło przytrafić się Erwinowi Rommelowi i jego oddziałom w Afryce.
- Raz jeszcze - powtórzył Kurt. - Mógłby pan powtórzyć, co obiecał Rommelowi przed wyjazdem? Dla pewności.
Przerażony dwudziestoletni chłopak wcisnął się w fotel.
- Zwycięstwo? - spytał żałośnie. Pod bladą jego skórą widać było wszystkie żyły. Wypukłe, pokrzyżowane aż do przedramion i ohydnie niebieskie.
- I praktyki pańskie, mam na myśli te… ze zwłokami - podjął Kurt, po raz trzeci od godziny słodząc kawę z braku pomysłów na zajęcie rąk - mają nam to zwycięstwo umożliwić?
- Tak, ja… tylko, tylko gdybym miał bardziej komfortowe warunki, ja…
- Czy pan uważa obecne swoje warunki za niekomfortowe, Wade? Pan ma osobną celę i dwa posiłki dziennie. Pan ma możliwość wymiany garderoby raz w tygodniu. Dla przykładu, ja również mam pewien komfort. Mój komfort to czysta, biała porcelana. - Kurt wskazał na filiżanki, swoją i tę drugą, którą jeńcowi przeznaczył z dobroci serca, dekompletując zestaw. - Mój komfort to otwarte okno, butelka rumu i trzy cygara. Pan rozumie, komfort różny jest dla różnych ludzi. Co wiec ma pan na myśli, mówiąc „bardziej komfortowe”? Słucham. I proszę pić kawę. Bo wystygnie.
Anglik sięgnął po filiżankę i połowę zawartości wylał sobie na spodnie. Spojrzał na Kurta dziko, bardziej dziko niż tubylcy. Oni, choć ciemni i cofnięci w rozwoju, nie mieli tęczówek w dwóch różnych kolorach.
- Więc? - Kurt von Teufel czekał cierpliwie i przechadzał się z godnością człowieka, który przechadzanie się ma we krwi. - Rozumiem, że pan się przejęzyczył.
- Po prostu chciałbym, żeby mi nikt nie przeszkadzał. Żeby mi nikt nie groził. Żeby mnie nikt nie kopał, kiedy szukam martwych…
- Doprawdy, pan szuka ich jeszcze? Są wszędzie! - zaśmiał się Kurt. - I pewny jestem, że na kopniaka trzeba zasłużyć. Kontakt z więźniem nie jest marzeniem żadnego szanującego się człowieka, zgodzi się pan chyba? Ale o tym innym razem. Pan widzi, Wade, metody pańskie są bardzo… bardzo niewygodne. Nie zwiększają wcale naszych szans na zwycięstwo. Przeciwnie. Pan straszy nam żołnierzy trupami i wskrzesza zwłoki w najgorszym nawet stanie. Pan, nie chcę niczego sugerować, momentami działa wręcz na korzyść wroga…
- Nie - wyszeptał chłopak. - Nie, przysięgam!
- Bądźmy szczerzy, Wade. Rommel zaufał panu, bo mu pan naopowiadał o nieśmiertelnej armii. Tymczasem jedynym, co nazwać można pańską zasługą, jest rosnąca liczba dezerterów. Sprawa robi się niejasna. Moi żołnierze boją się własnego cienia i zasypiają podczas jazdy czołgiem.
- Zapewniam…
- Dobrze. Skoro już spotkaliśmy się osobiście, jako że Rommel jest nieobecny, poruszyć chciałem też inną sprawę. Otóż, Wade, od dwóch miesięcy dręczy mnie pewien koszmar. Koszmar? Sen prędzej. Noc w noc. - Von Teufel przystanął w zadumie, obserwując piaszczyste wydmy za oknem. - Widzisz, śnią mi się martwe konie. Przepraszam najmocniej, może przejdziemy na ty? Dziękuję. Tak więc śnię o martwych koniach. Nie nazwałbym tych snów przyjemnymi.
- Nie mam pojęcia, o czym pan mówi, Herr…
- Wyjaśnię. - Kurt usiadł na biurku, zdjął czapkę i przeczesał jasne włosy gestem człowieka roztargnionego. - Przez ciebie przegramy tę bitwę, Wade. Kilkuset żołnierzy widziało żywe trupy i tych kilkuset będę musiał wraz z Rommelem odesłać do Niemiec. Bezzwłocznie. Ciebie samego chciałem stąd usunąć, jednak twoje zdolności ewidentnie zaślepiły dowództwo. Oto jestem bezradny. Przecież cię nie zastrzelę.
Jonathan Wade podkurczył kolana. Palce zdążył niemalże wbić sobie w uda, mokre od potu i drżące coraz mocniej.
- Nie - wykrztusił.
- Uznam, że nie wiedziałeś o skutkach masowego wskrzeszania, a ofertę złożyłeś nam w obawie o własne życie - orzekł von Teufel wielkodusznie. - Rozkażę ci… nie, poproszę cię uprzejmie, byś wrócił do swojego kraju. Przypadkowo napotkasz dziś w nocy doskonałą okazję.
Wade wyraźnie nie uwierzył w niedorzeczność tych słów i tylko skulił się w sobie. Ludzi z przykurczonymi tak mięśniami i szaleństwem w oczach widział Kurt zbyt wiele razy, by się pomylić: chłopak właśnie godził się ze śmiercią. Jakby na potwierdzenie zdołał się jeszcze rozpłakać.
- Nie rozumiem - zaskowytał.
Kurt nie miał wobec tego wyboru.
- Spójrz tutaj - nakazał chłodno. Posłuszne spojrzenie wbiło się w jego uniesioną dłoń. Wskazał pierścień i postukał znacząco w płaską, toporną część. - Widzisz?
Twarz Wade’a wydłużyła się, oczy prawie wyszły z orbit.
- To… czyli…
- Czyli proszę cię: wróć do Wielkiej Brytanii, ukryj się i pod żadnym pozorem nie mieszaj w wojnę. Nam nie wolno mieszać się w wojny. I jeszcze…
Rozległo się pukanie do drzwi.
- Bitte warten Się noch! I jeszcze, Wade, chciałem ci powiedzieć - Kurt zawahał się w skupieniu - że liczyłem… że wyobrażałem sobie, że to wszystko… że spotkamy się we właściwym czasie - stracił wątek, rozzłoszczony własnym niepewnym tonem - we właściwym miejscu. Myślałem, że będę mógł ci więcej powiedzieć. Nie mogę. Trwa wojna. Tak się stało i tak musi być. Zrozum. I proszę, nie mieszaj się więcej.


Zaświaty, piętro trzecie, 06.06.1936 r.

- Uratowałem? Naprawdę?
- Właśnie tak. Na twoje przybycie czekaliśmy całe wieki! Tu inaczej płynie czas. I tylko żywi ludzie, tylko ludzie szczerzy, bezinteresowni i honorowi mogą w zaświatach przywracać równowagę.
- Mówiłeś wcześniej, że nie jestem pierwszy ani ostatni.
- Prawda. Znów będzie was piątka. Gdy wrócisz, ten pierścień - szkielet uniósł złoty sygnet - noszony na kciuku pozwoli ci władać naszymi mocami. Twoich czterech jeźdźców wybierzemy we właściwym czasie. Znajdź ich i poprowadź. Możesz, póki będziesz najstarszym.
- Rozumiem. Panie Faust?
- Tak?
- Te duchy. Te ślepe. W stajniach.
- Tak?
- Czym są?
- Kurt, dziecko, i tak byś nie zrozumiał...
02
Szlag! Artur zdążył już zapomnieć, skąd wzięło się przezwisko Kpiarza. Głupi kurdupel wpakował go prosto do jakiejś śmierdzącej babciną garderobą czarnej dziury, ciasnej i dusznej niczym tajemno-nietajemna skrytka wujka Stasia – starego degenerata szmuglującego wódkę z Ukrainy.
Przez chwilę Arturowi stanął przed oczami ten straszny moment, gdy razem z kuzynem czekali w niej dwadzieścia godzin na granicy. Bo chcieli za granicę i się schowali – tacy byli zmyślni. Też mu się wtedy chciało rzygać. I srać. I jeszcze umrzeć. Wcielił w czyn tylko dwa pierwsze. Trzecie połowicznie, bo wujek akurat był trzeźwy i zawiózł odwodnionego Artura do szpitala.
Nieszczęsny kuzyn nigdy mu nie wybaczył.
Tym razem przynajmniej nie było tego wrzynającego się w mózg warkotu wiekowej ciężarówki, Artur głowę by dał, że podwędzonej szwabom w czterdziestym piątym. Za to napadło go cuchnące naftaliną futro, wyłysiałe jak sam wujek Stasiu i wyżarte przez mole. Wiło się jak wąż z parkinsonem, że zaraz miał kłaki w gardle, a jeśli wcześniej wydawało mu się, że coś widzi, to teraz nie widział już nic.
Przeklęte futro zdawało się nieskończone, lecz w porę skończyła się ziemia.
Wyczołgał się z tego ohydztwa na podłodze własnego salonu. I tak, prosto z babcinej szafy, która po dziesięciu latach od śmierci staruszki pozostawała nieuprzątnięta. A Mama oglądająca właśnie w telewizji brazylijską telenowelę spojrzała na niego bez szczególnego zdziwienia.
– Kurr... – W porę przypomniał sobie, że Mama słyszy. – Kurczaki! – wysapał.
Musiał zrzucić na podłogę zbroję i miecz, niemal dziurawiąc podłogę, by zwróciła na niego większą uwagę.
– Byłeś na konwencie? – spytała.
– Tia... – postanowił nie wchodzić w szczegóły, póki nie zauważyła jeszcze, że ślady smoczych pazurów na jego piersi nie są wcale namalowane.
– Dlaczego nie uprzedziłeś? Na obiad cię wołałam. I wczoraj to samo. Przedwczoraj też... Jak siedzisz przed komputerem, za zamkniętymi drzwiami i ze słuchawkami na uszach, to nie miej pretensji, że cię nie zawołałam...
Tak się zaczęło. Jak się skończyło, Artur nie słyszał, bo czym prędzej zbiegł do swojego pokoju, by ogarnąć sytuację. Kpiarz wciągnął go w wojnę na prawie dwa lata, ale wspomniał coś, że tutaj minie znacznie mniej czasu. Taką Artur miał nadzieję, bo nie chciał, żeby minęła go matura, do której został przecież niecały rok.
Ale Mama by zauważyła, gdyby nie było go rok, prawda?
Po spojrzeniu w kalendarz zaczął mieć wątpliwości.
Miesiąc. Przez miesiąc nie zorientowała się, że wcale nie siedzi na kompie w swojej klitce. Dokładnie miesiąc, bo przecież pieprzony Kpiarz zaczepił go, kiedy wracał po zakończeniu roku. Właśnie... Nie wziął ze sobą cholernego świadectwa. I biała koszula gdzieś została. Cholera, przehandlował ją goblinom za tego długowłosego elfa... Mama się zdenerwuje i będzie trzeba jechać do sklepu po nową.
A przecież nie pójdzie na rozpoczęcie roku bez białej koszuli. Mama powie, że nie wypada i, cholera, pożyczy od wujka Stasia ten kawałek wypłowiałej firanki co zawsze.
Otrząsnął się. Czy on właśnie nie wrócił z Bitwy Czterdziestu Czterech I Dwudziestu Dwóch Setnych Armii? Jego nagą klatkę piersiową zdobiły teraz mięśnie, na widok których głupie dresy z dzielni zielony chuj zazdrości strzeli i będą dopytywać, jakie prochy brał. A jak jeszcze raz spróbują go uderzyć, to im dupy wykręci na drugą stronę, aż będą uciekać rycząc falsetem Odę do radości.
Bo Artur wolał muzykę klasyczną od rapsów i chuj im do tego.
– Tak – powiedział z uznaniem do swojego odbicia w lustrze. – Dziś jest nowy, dobry dzień – zacytował słowa Kpiarza, które jeszcze godzinę temu wydawały mu się nazbyt pompatyczne.
Jak go zacząć? Zastanowił się. Zazwyczaj w wakacje zaczynał dzień od meczu w CS'a. Budził się późno, więc kończył akurat na obiad. Potem błądził po internecie, pisał do Rafała, który podsyłał mu jakieś kołczowe bzdury. Patrzył na nie, kiwał mądrze głową i szedł dalej nabijać level. Wieczorem, gdy Mama już spała, oglądał pornosy, które przecież wcale nie są pornosami, tylko tak wyglądają.
Teraz nie miał ochoty. Wybrałby się na konną przejażdżkę, może na polowanie z Czarnym Zębem. Przynajmniej do Wielkiej Biblioteki popatrzeć, co znowu wymyślili nadworni magowie. Szkoda, że większość z nich zginęła w ostatnich dniach wojny przy wcielaniu swoich pomysłów w życie...
Tak, w porównaniu do prawdziwego polowania gry były nudne jak krasnoludzkie ballady o złocie. A pornosów oglądać mu nie wypadało. Spojrzał na złotą obrączkę na palcu. Nie, kiedy miał księżniczkę za żonę.
Zastanawiał się tylko, jak wytłumaczy Mamie, że został ojcem.
03

Różne oblicza piękna

– Sterowiec mknął wysoko, ponad chmurami, a dzielny kapitan postanowił, iż dotrzyma obietnicy danej pięknej snajperce. Wspinaczka na wypełnione gazem cygaro unoszące statek w przestworzach nie należała do łatwych, ale kapitan wiedział, że Amandina sobie poradzi. Pokazał jej jak należy wykorzystywać węzły w siatce oplatającej czaszę i puścił ją przodem, by móc czuwać nad jej bezpieczeństwem.
– I zajrzeć jej pod spódnicę – zarechotał chudy Romek, a dziadek rozkaszlał się i to Marcysia musiała pacnąć dowcipnisia, by przestał przeszkadzać.
– Wspinali się pośpiesznie, niemal na wyścigi, a gdy dotarli na szczyt, stanęli na niewielkim drewnianym podeście otoczonym dla bezpieczeństwa galeryjką. Amandina zdziwiła się, że ktoś pomyślał o takim udogodnieniu, a kapitan wyjaśnił jej, że kosz obserwacyjny zamontowano na prośbę królewskiego drakologa, prowadzącego obserwację i ewidencję smoków zamieszkujących królestwo. Z góry rozciągał się cudowny widok, słońce zbliżało się ku zachodowi…
Marcysia widziała to wszystko, tak dokładnie, jakby to ona przyglądała się zmieniającemu kolor niebu. Jakby to ona pędziła na wprost kłębiących się różowo-czerwonych chmur. Jakby jej oczy wypełniały się łzami na widok niezwykłego piękna biegnącego ku horyzontowi słońca. Serce dziewczynki biło mocno, wiedziała, że dziadek zbliża się właśnie do jej ulubionego fragmentu opowieści.
– Była oczarowana widokiem, a dzielny kapitan był oczarowany nią. Taka piękna! Powiewające jasne włosy, w których grały ostatnie promienie słońca. Oczy jak gwiazdy, usta, takie słodkie. Kapitan wiedział, że dżentelmeni nie robią takich rzeczy, ale nie mógł się powstrzymać. Nachylił się i ich usta się zetknęły. Nie musieli nic mówić, oboje wiedzieli, że odtąd będę razem, dopóki los im pozwoli…
Stary Grzela zamilkł. Dzieci pozwoliły mu na chwilę ciszy, lecz szybko zaczęły prosić o ciąg dalszy, a kiedy prośby nie skutkowały chudy Romek dźgnął dziadka paluchem w kolano. Stary popatrzył na niego gniewnie.
– A poszli, co mnie tu będziesz paluchem pukał, smarkaczu! Nie będzie dziś dalej opowieści!
Dzieciaki nie miały ochoty odchodzić, ale znały już ten ton dziadka. Romek przesadził, bywało, choć nigdy nie było wiadomo, co starego wyprowadzi z równowagi. W sumie wielkiej straty nie było – historię każde z nich znało na pamięć i każde mogło opowiedzieć, tyle, że jakoś w dziadkowych ustach, w jego chropawym tonie lepiej brzmiała.
Marcysia najdłużej stała w otwartych drzwiach. Ze zmarszczonym czołem patrzyła jak dziadek ociera twarz pomarszczoną dłonią, pokrytą zbiorem brązowych plamek. Najdłużej tarł oczy i dziewczynka poczuła się, jakby zrobiła coś złego, gdy dostrzegła, że stary ma mokre oczy. Stała w bezruchu, ukryta w cieniu i patrzyła jak dziadek Grzela płacze. Drgnęła wystraszona, gdy zaczął mruczeć do siebie:
– Piękna! Ech. Jasne, że była piękna, bo zawsze była, ale nie tam, tam to jej z nosa ciekło i z oczu, bo jak głupki niczegośmy nie ubrali, żadnych głupich gogli, żadnych masek, a wiatr wiał, jak wściekły w górze. Zimno było i gówno widać, bo czasza wszystko zasłaniała…
Dziewczynka wstrzymała oddech.


04
Herbata naciągała jakby w spowolnionym tempie. Wprawdzie powinien raczej parzyć sobie jakieś ziółka, by popić nimi swoje leki, ale miał to głęboko w dupie. Nikt i nic nie przekona starca, by po trzydziestu latach zmienił swoje upodobania smakowe. Więc, herbata i trzy łyżeczki cukru, zastąpione jeszcze słodszym słodzikiem, bo przecież reszta rodziny była równie uparta, co on, i najzwyczajniej w świecie cukru nie kupowali. A może po prostu zaniechano jego produkcji? To już go nie obchodziło. To nie jego epoka. Zasiadł w swoim fotelu i zapatrzył w płomienie migoczące w interaktywnym kominku. Nagranie archiwalne, głosił maleńki podpis w rogu ekranu. On sam nie byłby już w stanie go odczytać, nie potrzebował jednak tego. Wątpił, by ludzie jeszcze pamiętali jak rozniecić ogień bez użycia technologii. Technologii, która przez lata zastępowała społeczeństwu rzeczywistość, powoli wypierając z ogólnej świadomości dawno nabyte umiejętności. Teraz to elektroniczna wiązarka wiązała dzieciom sznurówki, by nie musiały się tego uczyć. Choć i wiązanych butów teraz nie można spotkać. Wszędzie, jeśli nie najtańsze rzepy, to elektroniczne zapięcia. Wszędzie, dosłownie wszędzie AI było obecne. A on, zwykły starzec, cóż mógł zrobić jak tylko dostosować się?
Pamiętał jak, będąc małym brzdącem, gdy tylko słońce wstało i obudziło go swoimi promieniami, podbiegał do okna, otwierał je na oścież i wdychał ciężki zapach lata spędzonego u dziadków w gospodarstwie. Nikt wtedy nie mówił głośno o zanieczyszczeniach, smogu i tym podobnych. Jeśli kichnął, nikt nie biegł z nim do lekarza z paniką w oczach. Nikt nie podejrzewał nawet, że powstaną tak powszechne teraz wirusy, zabijające w ciągu kilku dni całe rodziny. I tak było dobrze.
Jak pomagał babci znosić bańki z mlekiem z pola, gdzie pasły się krowy i jak w zamian za to mógł napić się jeszcze ciepłego po dojeniu mleka bez strachu przed zarazkami. A jeśli wdepnął w krowi placek, to umył buty, albo i nie, i chodził w nich dalej, a nie spalał od razu w piecu hutniczym, bo pasożyty. Jak zaraz potem szedł do kurnika zebrać jajka i kilka z nich wyssać od razu bez strachu przed salmonellą. Tymczasem, z biegiem lat powstało społeczeństwo hipochondryków, uzależnionych od medykamentów i wciśniętych w ramy zdrowego stylu życia jak w lateksowy kombinezon, który stał się ich drugą skórą.
Jak wiele razy był podziobany przez zaczepnego koguta i nikt nie żądał uśpienia zwierzaka "bo jest niebezpieczny". Jak za każdym razem odgryzał się kurowi solidnym kopniakiem i nikt nie bał się, że wyrośnie na psychopatę. Tak po prostu było, zdarzało się. I nikt nie zganiał ewentualnych problemów wychowawczych na gry komputerowe, czy telewizję, bo dzieciaki jednak więcej czasu spędzały na świeżym powietrzu, niż w “bezpiecznych” czterech ścianach własnych domów.
Jak szedł z dziadkiem do sadu i pomagał mu pielęgnować drzewa lub zbierać owoce. Wtedy nikt nie mówił, że jest wykorzystywany i nie spieszył alarmować kilkunastu różnych instytucji, że “o ten tutaj mały chłopiec był zmuszony podnieść z ziemi patyk”. Po prostu nie.
Jak podjadał owoce prosto z drzewa czy krzaka i nikt nie grzmiał o szkodliwości oprysków i tych całych pestycydach. Po prostu wycierało się o spodnie czy płukało w beczce z deszczówką i było dobrze.
Jak po wielkiej ulewie szedł z psem, olbrzymim wilczurem, na pastwisko i tam szaleli obaj, wracając na obiad cali utytłani błotem i nie tylko. W końcu były tam krowy. Babcia nigdy nie pozwaliła mu takim wejść do chałupy, więc dziadek odkręcał szlaucha i opłukiwali się pod nim obaj. znaczy on i pies, dziadek jakoś nigdy nie chciał się przyłączyć. Albo po prostu szedł za dom, gdzie stała wielka balia z uzbieraną deszczówką, podgrzana przez letnie słońce. I nikt, o dziwo, nie martwił się o kwaśne deszcze. W każdym razie on się nie martwił.
Jak w wieku lat szesnastu został wciągnięty przez magiczny portal do świata pełnego magii, gdzie podobno odnalazł swoje "ja". Podobno, bo przecież po powrocie nikt mu nie uwierzył, ba, zamknęli go w zakładzie dla obłąkanych, gdzie spędził kilka ładnych lat, dopóki tamci, mroczne istoty zepchnięte "na zawsze" do wymiaru nokturnu, nie przedostały się na ziemię.
Jak siły rządowe, światowej klasy wojskowe maszyny i wszędobylska elektronika okazały się być bezsilne w obliczu najeźdźców. Najeźdźców wymykających się wszelkim normom i postępujących wedle innego schematu niż ten przyjęty przez ludzkie wojska, bo przecież nasi stratedzy byli nieomylni. Cóż. Tym razem mylili się raz z a razem, a wrogowie posuwali się naprzód z coraz większą zapalczywścią, niesieni siłą rozpędu i zasianego strachu. Jak po kolejnych klęskach tamci dotarli także do miejsca, gdzie go zamknięto. Jak zburzyli mury szpitala i on sam wydostał się korzystając z ogólnego zamieszania i za pomocą pierścienia przedostał znów do wyzwolonej przez siebie krainy.
Jak błagał ówczesnego władcę o pomoc. Nie znał go, musiało upłynąć naprawdę wiele lat wedle tamtej rachuby czasu. Może dlatego tamten nie uwierzył, że ten stojący przed nim mizerny człowiek, w istocie jest legendarnym wojownikiem. Jak, nie wierząc, że cokolwiek mogło znów wydostać się z nokturnu, kazał go wychłostać za głupie żarty i wyrzucić poza zamkowe mury jak ostatniego śmiecia. Tak, wtedy naprawdę odnalazł swoje "ja". Swoje miejsce na ziemi. Wrócił do domu.
Domu i rodziny, których już nie było. Jedynie głęboka jama w ziemi, miejsce gdzie jeszcze niedawno stał, straszyło nieuchronną klęską. I to wtedy naprawdę się poddał. Nie był w stanie myśleć o walce, o proteście. Nie miał dla kogo. Nie liczył się. Był tylko wariatem, jaki wielu, ze swoim wyimaginowanym światem.
Jak najeźdźcy zniszczyli kompletnie życie na powierzchni. Na tyle, że jedynie ci, którzy dostąpili zaszczytu ukrycia się w rządowych bunkrach, przeżyli. Przeżyli i, pomni tego, co działo się ponad nimi, drążyli planetę coraz to nowymi tunelami, podziemnymi traktami, by z czasem pomieścić coraz większą populację.
A tymczasem świat górny, jak zaczęto nazywać powierzchnię, całkowicie pochłonęła ciemność, która, wedle jego wiedzy, wkrótce pochłonęła także pozostałe wymiary. Łącznie z władcą, który nie uwierzył w “głupie żarty”.
To było sześćdziesiąt lat temu.

Rozmyślania przerwały mu odgłosy z przedpokoju. To jego wnuczek wrócił ze szkoły. Łupnął plecak rzucony na ziemię, a po chwili zadźwięczały charakterystyczne odgłosy rozruchu domowych maszyn. Zastanawiał się, czy jego wnuczek umiałby bawić się jak on będąc w jego wieku.
Wnuczek nigdy nie wyglądał przez okno.
Może dlatego, że okien nie było?
05
– Zbyś, musimy coś zrobić z twoim ojcem.
Słyszał to zdanie średnio dwa razy dziennie. Było o tyle irytujące, że zupełnie i niepodważalnie prawdziwe.
– Co tym razem? – spytał z westchnieniem, odkładając gazetę.
– To, co ostatnio – jęknęła Ola i usiadła obok. Na chwilę ukryła twarz w dłoniach, a potem przetarła nimi, naruszając dotąd nieskazitelną kompozycję makijażu.
Fakt, że jęknęła, był niepokojący. Ola bowiem nie należała do żon jęczących. Ani nawet specjalnie marudnych. Nie. Na ogół trzymała kształt kobiety wesołej i ogarniętej, zupełnie bezproblemowej z punktu widzenia dalszego i bliższego, a ponadto głęboko użytecznej. Nie narzekała bez powodu, niemniej powód się w końcu znalazł nieszukany, rozsiadł na fotelu i szybko podbił serca wnuków.
Ku zgrozie ich rodziców.
Jeszcze przez kilka lat po śmierci matki Zbigniewa, Ksawery, głowa rodu Krostków, trzymał się znakomicie. Ostatnio jednak zaczął lekko niedomagać i w końcu jego jedyny syn przy zgodzie małżonki i dwóch pociech podjął decyzję o przygarnięciu dziadka pod swój dach. Dom jest spory – uznali – i nikt nikomu nie będzie właził w drogę. Tak też przez pierwsze miesiące było.
Owszem, wszyscy wiedzieli, że Ksawery Krostek to, delikatnie mówiąc, ekscentryk. Interesował się teoriami spiskowymi, ezoteryką, koncepcjami Däinikena, króliczymi norami i drugą stroną luster. Wydawało się jednak, że są to dziwactwa stosunkowo niegroźne i trzymane głównie w zamykanej na klucz szafie. Zbyś pamiętał z dzieciństwa barwne opowieści ojca. Dużo było w nich czarnoksiężników, smoków i jakiejś Amandaleny uczulonej na gwiezdne rzodkiewki, ale zawsze czujna rozsądniejsza połowa Ksawerego dbała, by nie namieszał on zbytnio pociesze we łbie. Dlatego też Krostek junior, odkąd pamiętał, wiedział, że opowieści tatka to tylko bujdy na kiju. Jego własne dzieci okazały się z jakiegoś powodu mniej odporne, a poza tym wydawało się, że coraz mniej sprawny umysł seniora przestaje się kontrolować i bajki zaczynają obrastać w pewne… szczegóły.
– Jednorożec…? – spytał zrezygnowany Zbyś.
– Tak.
– Jezusie drogi…

*

Skrzące się w blasku księżyca kopyta jednorożca wybijały równy rytm, miękko uderzając o strawę. W tym samym rytmie podskakiwało na jego grzbiecie nagie i nieomal świetliste ciało Amandaleny Raspullii, księżniczki Gwerogrodu, a zwłaszcza podskakiwały jej pełne obnażone piersi o sutkach jak płatki róż otulone brzaskiem.
– Och, Ksawery… – zamruczała, gdy zdecydowanie ujął je swymi silnymi dłońmi, które przez ostatnie miesiące nie wypuszczały miecza.
Czuł się nieomal zawstydzony ich szorstkością niegodną jedwabiów jej skóry, ale szafirowo-amestytowe oczy patrzyły na niego błagalnie spod półprzymkniętych powiek, a na rozchylonych pełnych ustach zamarł jęk rozkoszy. Rozchyliła uda i wszedł w jej ciepłe, wilgotne wnętrze jak w ogród pełen najpiękniejszych, egzotycznych roślin. Zacisnęła się na nim z namiętnością mogącą podpalać całe miasta, zamki i królestwa, gorętszą od samego smoczego ognia. Zamknęła i uwięziła w pułapce swej rozedrganej kobiecości, a wiatr rozwiewał jej miedziane włosy, plącząc je z mieniącymi się srebrem pasmami grzywy jednorożca.
Tętent kopyt rozchodził się po ciele Ksawerego wraz z pulsowaniem jej wnętrza i kolejnymi pchnięciami, jęki i westchnienia brzmiały w uszach jak najpiękniejsza muzyka i poczuł wreszcie, jak zanurza się w kwiecie jej miłości cały – wraz z sercem i umysłem.
– Jestem twój… – wyszeptał chrapliwie.
I wtedy jednorożec wybił się do skoku.
Twardy do granic możliwości miecz pchnął miękkie wnętrze kwiatu rozkoszy i po jego płatkach spłynęły słodkie soki. Wody ich miłości zmieszały się w cudowną miksturę. Ciało Amandaleny wygięło się w łuk i krzyknęła na całe gardło, gdy smukłe, białe ciało jednorożca przelatywało nad przepaścią, zostawiając za sobą roziskrzoną tęczę.
Jednorożec wylądował miękko. Kopyta wzbiły lekkie obłoczki kwiatowego pyłu.
Piękna księżniczka jęknęła raz jeszcze, po czym przeciągnęła się rozkosznie i zaszczyciła go uśmiechem, który do reszty roztopił jego serce.
Gdzieś w innym świecie był pryszczatym, chudym nastolatkiem, z którego śmiały się wszystkie dzieci, ale tu, w magicznej krainie Pallorant, w krainie, którą własnymi rękoma, odwagą i honorem odbił z rąk okrutnego czarnoksiężnika i jego armii smoków, stał się silnym i prężnym mężczyzną, najdzielniejszym wojownikiem, jakiego nosiła ziemia.

*

– …tak oto wasz dziadek wszedł w posiadanie…
– Tato.
Obrócił się z westchnieniem irytacji i zmierzył swego syna spojrzeniem pełnym dezaprobaty. Ten chuderlawy mężczyzna w sweterku w serek tak bardzo przypominał mu jego samego sprzed Pallorantu, że aż żal ściskał starcze serce. Ksawery wielokrotnie myślał z nadzieją o tym, że może magiczne wrota otworzą się i dla młodszego Krostka, ale albo piękna Amandalena radziła sobie jako królowa wyśmienicie, albo nikt po tamtej stronie nie dostrzegł w Zbysiu nawet krzty bohaterskiego potencjału.
Senior rodu z przykrością stwierdzał, że ta druga opcja wydaje mu się bardziej prawdopodobna. Bo Zbyś był, no… Zbysiem po prostu.
– Nie teraz – warknął, niezadowolony, że przerywa mu się opowieść. A przecież jeszcze nie doszedł do wydarzeń w pałacu, kiedy to król Lombar wydał na jego cześć wielkie przyjęcie. Lało się wino, kobiety przyszły pięknie wystrojone, miecze stawały w godnych salutach, a kwiaty miłości rozwijały płatki i ho, ho!
– Właśnie teraz – powiedział z zaskakującą jak na siebie stanowczością Zbyś. – Dzieci idą jutro do szkoły.
– Ale tatooo…! – Bartek i Amelka zajęczeli niemal jednocześnie.
– Bez dyskusji. Kto was będzie jutro budził?
Dwie najmłodsze Krostki wymaszerowały z pokoju dziadka ze zwieszonymi głowami.

*

– Tato, to nie może tak być – westchnął Zbyś, przecierając twarz dłonią. – Nie możesz im tak mieszać w głowach.
– A tam, mieszać! – oburzył się Krostek senior. – Opowiadam im o prawdziwym męstwie! O honorze! – Uniósł rękę, jakby trzymał w niej miecz, ale efekt zdecydowanie psuło lekkie drżenie. – O tym, czym jest prawdziwa…
– …jurność – odkaszlnął młodszy mężczyzna. – O to ostatnie mi chodzi, tato. Nie o smoki, tylko o… księżniczki, no.
– Kiedy to…
– Tatku, proszę cię. Oni są na to po prostu za młodzi. I to jednak trochę… żenujące.
Ksawery ponownie zmierzył potomka wzrokiem pełnym dezaprobaty.
– Wyczyny prawdziwego wojownika nigdy nie są żenujące – oświadczył z całą stanowczością weterana wojen ze smokami. – Nieważne na jakim polu.
– Ale…
– Synu! – Senior pogroził młodszemu palcem. – Gdyby płynęła w tobie choć krztyna bohaterskiej krwi, rozumiałbyś! Ale nie! Ty tylko te swoje cyferki i sweterki! Tylko miękkie kapciuszki! Tylko sojowe latte! A za moich czasów…
Zbyś jęknął cicho i oklapł.

*

Do sypialni wsunął się zmarnowany i cichy.
– Och, Zbigniewie – dobiegło go jednak mruczenie z ciemności i dostrzegł jasny kontur pośladków nad czarnymi pończoszkami – a teraz opowiedz mi, proszę, raz jeszcze, jak to było z tym Pallorantem i walką z okrutną uzurpatorką Amalandaleną… mrrr… ze szczegółami. Zwłaszcza tymi dotyczącymi cudownego miecza…

Awatar użytkownika
Milan
Straż! Straż!
Posty: 222
Rejestracja: 07 listopada 2012, 07:53

Re: Instant obrazkowy II - głosowanie

Post autor: Milan » 13 marca 2017, 21:15

Ogłaszamy wszem i wobec, że zwycięzcą II instantu obrazkowego jeeeeest...

Prophet

:yaaay: Gratulujemy :yaaay:

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Instant obrazkowy II - głosowanie

Post autor: Joa » 13 marca 2017, 22:25

G R A T U L A C J E! <3 :c[]:
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Instant obrazkowy II - głosowanie

Post autor: pierdoła saska » 14 marca 2017, 07:08

Gratulejszyns, Profeś!
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

ODPOWIEDZ