UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Tytuł PROZY LIPCA
zdobyło ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee.

Serdecznie gratulujemy! :D

Ragnarok - głosowanie

Tutaj znajdują się ogłoszenia o konkursach, w których minął już termin nadsyłania prac. Nic jednak nie broni, aby sobie dalej o nich rozmawiać. :)

A zwycięzcą zostać powinien:

Czas głosowania minął 20 lutego 2014, 11:15

tekst nr 1
4
80%
tekst nr 2
1
20%
tekst nr 3
0
Brak głosów
 
Liczba głosów: 5

Awatar użytkownika
Milan
Straż! Straż!
Posty: 219
Rejestracja: 07 listopada 2012, 07:53

Ragnarok - głosowanie

Post autor: Milan » 16 lutego 2014, 11:15

Do końca świata jeszcze tydzień, ale na głosowanie już czas nadszedł :) Zapraszamy do oddania głosu w ankiecie na ten z trzech zgłoszonych tekstów, który spodobał się najbardziej. Głosowanie trwa do 20.02 rano (czwartek; ankieta zamknie się wówczas automatycznie).
:heart: :heart: :heart: TEKST nr 1

- A ten gość, to kto? - Chłopak wyjął z pudełka figurkę przedstawiającą nieco wyrośniętego, dwunogiego pancernika.
- Żukołaz. - Emdżi cierpliwie odpowiadał Nowemu na wszystkie pytania. Bardzo szybko zorientował się, że ten nie przyswoił sobie nawet najbardziej podstawowych zasad, lecz zawsze wychodził z założenia, że najłatwiej nauczyć się już w trakcie sesji. - Posiadają grubą skórę, dzięki czemu otrzymują niższe obrażenia od broni obuchowej, miotanej, oraz strzał. Ich ojczyzną jest puszcza Dandetriańską. Są bardzo blisko związani z naturą, co pozwala im na czerpanie z niej energii i stałą regeneracje punktów życia podczas walki.
- To chyba dobrze?
Nowy niepewnie rozejrzał się po pokoju, licząc na potwierdzenie ze strony któregoś z bardziej doświadczonych graczy.
- Bardzo przydatne, jeśli grasz postacią walczącą wręcz, jak rycerz czy paladyn.
- O, to ja go biorę. Tego paladyna.
Nowy, po raz pierwszy wyglądał na zadowolonego.
- Żukołaza. Paladyn to klasa postaci. Jako Żukołaz możesz też wybrać rycerza, łowcę, druida..
- Chcę paladyna.
Emdżi był przygotowany na dłuższy wywód, ale skoro Nowy podjął decyzję, nie było sensu mącić mu w głowie opisem pozostałych możliwości, zwłaszcza, że paladyn był dobrą postacią dla nowicjuszy.
- Dobrze. - Emdżi rzucił kilka razy kością, notując na kartce uzyskane wyniki. - To twoja karta postaci. Masz tutaj wszystko, co na początek musisz wiedzieć. Twoje statystyki, uzbrojenie, umiejętności. Potrzebujesz kilku minut, by przeczytać?
- Nie trzeba. Dam sobie radę.
- Możesz wybrać sobie imię, tak dla klimatu. Żukołazy zwykle mają krótkie, twardo brzmiące...
- Supek Destruktor Kapłan Przemocy.
Nagłą ciszę przerwał odgłos czyjejś dłoni, ze sporą prędkością zderzającej się z czołem swego właściciela.
- To skoro formalności mamy za sobą, możemy zaczynać. Przygotowałem dzisiaj specjalną kampanię i mam nadzieję, że się wam spodoba. Nazwałem ją Ragnarok.
Emdżi chrząknął i ze stosu notatek wygrzebał kilka, zapisanych drobnym druczkiem, kartek.
- Budzicie się przy wygasającym ognisku. Pozbawieni jego ciepła...
- Kim są pozostali?
Emdżi zmierzył Nowego wzrokiem. Bardzo nie lubił, kiedy mu przerywano, lecz obiecał sobie zachować wobec niego świętą cierpliwość.
- Za chwilę, Nowy, za chwilę. Właśnie do tego zmierzam.
- Aha. Jak tak, to ok.
- Mogę kontynuować? - Ponowne chrząknięcie. - Pozbawieni jego ciepła, zaczynacie odczuwać skutki otaczającej was, nienaturalnej zimy, która zapanowała w królestwie Walhalli po śmierci króla, Odyna Sprawiedliwego. Gnani wiatrem przygody, jeszcze nie wiecie, że czeka was największa i najniebezpieczniejsza przygoda waszego życia. Na szczęście, lub nieszczęście, wasza drużyna powiększyła o się o młodego, spotkanego na szlaku Żukołaza.

***
Świtało, kiedy grupa śmiałków przebudziła się na polanie pośrodku lasu, wyznaczającego granicę królestwa Walhalli i przylegającego do niego od południa, niewielkiego państewka zwanego Śródgrodziem. Surowa zima, panująca na tych terenach, zaskoczyła ich i odziani zbyt skromnie, jak na zastane warunki, przemarzli do szpiku kości, za jedyne źródło ogrzewania mając dogasające ognisko, nieumiejętnie podtrzymywane przez najmłodszego w gronie, Żukołaza o wdzięcznym imieniu Supek Destruktor Kapłan Przemocy, przez resztę towarzystwa, dla wygody, zwanym Nowym.
- Jak ci idzie, Nowy? - Jako pierwszy przebudził się Anno Domini, niski, zwłaszcza w porównaniu z niemal dwumetrowym olbrzymem, Skrzaci kapłan.
- Źle. Mroźny wiatr nadęty, niweczy moje próby, nanosząc śnieg i rozwiewając nasze nadzieje, na ogrzanie zmarzniętych ciał. Musim naprzód wyruszyć, by w marszu zapomnieć o głodzie i chłodzie.
- Nowy ma rację. Nie ma sensu sterczeć tu po próżnicy. Trzeba działać. Nie jesteśmy tu na wycieczce, panowie.
Konrad z Cymerii,wywodzący się z plemienia Barbarzyńców rycerz, był nieformalnym przywódcą grupy. W gorącej wodzie kąpany i zawsze chętny do bitki, nieraz sprowadzał na swych towarzyszy niepotrzebne kłopoty, lecz jego biegłość w posługiwaniu się orężem równie często ratowała im życie.
- Ludwiczek mógłby rzucić kilka ognistych kul podczas marszu. To nas rozgrzeje.
Wspomniany Dev'a, w odpowiedzi przekręcił się na drugi bok, zamiast o kulach ognia, śniąc o gorącym spagetti, polanym sosem ze świeżych prawdziwków.
- Mogę rozgrzać was pieśnią i tańcem.
Nowy dopiero teraz zauważył siedzącego na pieńku Anioła, który, co jakiś czas poprawiając opadającą mu na oczy czapkę z pawim piórem, pisał coś na skrawkach pergaminu.
- Właśnie napisałem idealny na tę okoliczność poemat. Panowie zechcą go wysłuchać, jak mniemam?
Anno Domini westchnął, wygłaszając przy okazji jedną ze swoich prawd.
- Zapisano w piśmie, że ten, kto śpiewa, modli się podwójnie, a ten, który źle śpiewa, potrójnie. Natomiast ci, co złego śpiewu słuchać zmuszeni, najpierwej zbawieni będą.
- Jeśli on zaśpiewa, spalę tę jego lutnię i wiecie, gdzie będę miał zbawienie.
Ludwiczek, przeczuwając najgorsze, obudził się na sam dźwięk głosu barda, wymownie wygrażając pięścią.
- Kiedyś świat doceni moje dzieła i kiedy zapytają was, gdzieście byli, kiedy Czerniec tworzył swoje wielkie dzieło, to co odpowiecie? Że groziliście mu pięścią, jakoby jakiemu obdartusowi ze wsi?
Wbrew pozorom, czerniec nie czuł się urażony słowami czarnoksiężnika, a groźbę potraktował z przymrużeniem oka, wiedząc, że ten nigdy nie skrzywdziłby swojego najlepszego przyjaciela. Pomimo swego nieco demonicznego wyglądu, Dev'a był łagodny jak baranek i niesprowokowany, brzydził się przemocą.
- No to, panowie, szkoda czasu na gadanie. - Konrad z Cymerii uciął wszelką dyskusję. - Jeśli się pośpieszymy, przed zachodem będziemy bogatsi o złoto i kosztowności. Idąc głównym szlakiem, wkrótce powinniśmy dojść do jakiegoś zajazdu, albo wsi i zaciągnąć nieco języka.

***
Emdżi przerzucił stronę, czytając dalej.
- Po dwóch godzinach docieracie do niewielkiej wioski. wasze nozdrza wyczuwają woń pieczonego na ruszcie prosiaka i na samą myśl o jedzeniu, wasze żołądki zaczynają domagać się uwagi.
***
Konrad wstrzymał konia, rozglądając się po okolicy i bezbłędnie wyczuwając źródło zapachu. Przywołał do siebie Nowego, wskazując na dym unoszący się ponad karczmą. Z mieszka wysypał na jego dłoń kilka srebrnych monet.
- Idź i zakup dla nas nieco jadła, ino żywo. I nie daj się oszukać. My w tym czasie zaciągniemy nieco języka. Tamten gość powinien coś wiedzieć.
Nie dało się przeoczyć stojącego, bez wyraźnego celu, mężczyzny, nieustannie rozglądającego się na boki. Nad jego głową lśnił widoczny z daleka wykrzyknik. Grupka mężczyzn zbliżyła się do niego i Konrad przemówił w ich imieniu.
- Pan tu rozdajesz questy?
- Witajcie w Moczyworach drogi podróżniku. Zapewne doszły was niepokojące wieści, które sprowadzają łowców nagród z całego kontynentu. Jeśli zechcecie dowiedzieć się więcej, podążajcie drogą na północ, gdzie przypadkiem przebywa królewski herold.
Mówiąc to, przez cały czas wpatrywał się w bliżej nieokreślona przestrzeń, tak, jakby stojący przed nim mężczyźni byli niewidzialni. Ludwiczek, najwyraźniej przywykły do takiego zachowania ze strony zleceniodawców, wzruszył tylko ramionami, co, jak każdy gwałtowny ruch, który wykonywał, wywołało chmurę dymu i zapaliło pobliską kępę traw.
- Przynajmniej wiadomym nam, co począć dalej. Gdzie Nowy? Głodnym.
- Niesie prosiaka. - Anno Domini pierwszy zauważył wyłaniającego się z karczmy paladyna. - Bogowie nam błogosławią. Niesie tłustego prosiaka.
Kolejne obozowisko rozbili zaraz za granicami wioski, na poboczu głównego, prowadzącego do stolicy traktu, gdzie, z zapałem skonsumowali chrupiącą i pożywną świnię, nim udali się w dalszą drogę, w celu spotkania z czekającym na nich heroldem.

***
- Też bym coś zjadł.
Nowy ponownie przerwał opowieść, gładząc się po brzuchu.
- Pizzę jakąś może?
Emdżi upewnił się, ze pozostali podzielają jego opinię i ogłosił przerwę.
- Właściwie masz rację. to jak, panowie, po jednej na osobę?
Jego propozycja spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem i, pozostawiając graczy samych, przeszedł do kuchni, by podgrzać wcześniej zakupione, mrożone pizze.
- I co Nowy, jak ci się podoba? - Grający bardem pierwszy przerwał milczenie.
- Chyba fajnie. - Nowy nie brzmiał przekonująco. - Kiedy zabijemy jakiegoś potwora?
- Cierpliwości, młody, cierpliwości. Weź najpierw przeczytaj swoją kartę, bo potwory zabiją ciebie. Nawet nie wiesz, co twoja postać potrafi.
- Ale coś fajnego, nie? Mam super miecz i w ogóle?
- No... - chłopak od barda zawahał się - masz podstawowy miecz półtoraręczny, zadający 2k6 obrażeń. Dopiero zaczynasz, więc musisz zapracować na swój ekwipunek. Ale spokojnie, początkowi przeciwnicy zawsze są słabi, a nawet z nich wypadają fajne itemki. Poza tobą nikt takiej broni nie używa, wiec wszystkie jedno i półtoraręczne miecze, są twoje.
- Aha. - Nowy wyglądał na nieco rozczarowanego.
- Skup się na tym, co naprawdę ważne. Jako paladyn, powinieneś skupiać się na osłanianiu słabej uzbrojonych postaci, głównie mnie i czarnoksiężnika. Kapłan chodzi z tarczą, więc sobie poradzi, ale ja mam na sobie tylko lniane szaty. Jeśli mnie coś zaatakuje, to po mnie. Masz taką zdolność. Popatrz. - Wskazał na jedną z pozycji na karcie postaci. - Możesz przyjąć postawę defensywną, chroniąc siebie i wybranego towarzysza przed atakami. A tutaj masz święte słowo. Zadajesz obrażenia wszystkim nieumarłym w pobliżu. Ale twoja najpotężniejsza zdolność, jest tu. Raz na dzień, możesz oddać swoje życie, by ocalić towarzysza od śmierci. Postaraj się nie zmarnować tej umiejętności. Najlepiej zachowaj ją, aż będziemy walczyć z głównym bossem.
- Ze smokiem?
- Nie wiem, czy Emdżi przewidział jakieś smoki. Ale nawet bez smoków, będzie epicko.

***
Napełniwszy brzuchy, bohaterowie ruszyli dalej. Już po kilku krokach, ich oczom ukazała się oberża Pod Świńskim Łbem, w której spotkali ,wspomnianego wcześniej Hajmdala, królewskiego herolda. Trzymając w dłoni nigdy nie opróżniający się kufel piwa, zdawał się ignorować zawieszony nad swoją głową, świecący znak, podobnie zresztą jak i pozostali, stali bywalcy oberży, chodzący z miejsca na miejsce i w kółko prowadzący te same rozmowy.
- O ja nieszczęsny, o ja nieszczęsny. Tragedia. Król nie żyje.
Nikt poza nimi nie zainteresował się zrozpaczonym heroldem. Otoczyli go, gotowi wysłuchać jego opowieści.
- Pewnie panowie już słyszeli. Nasz król, dobrodziej, nie żyje, a królestwo jest w rozsypce.
- Co dokładnie, się wydarzyło? Jak umarł król? - Konrad przemówił w imieniu całej grupy.
- Zamordowali go! Ci cholerni bandyci! Och, gdybym ja dostał ich w swoje ręce. Powinienem walczyć, zamiast siedzieć w tej dziurze i zlecać brudną robotę przypadkowym przechodniom. Ach, gdyby znalazł się kto godzien, by podjąć wyzwanie, pomścić króla i ocalić królewskie dzieci.
- Co możesz mi powiedzieć, o tych bandytach?
Konrad, kątem oka, dostrzegł, że Nowy zabrał zajętemu rozmową heroldowi kubek z piwem, naiwnie próbując wlać sobie jego zawartość do gardła. Uśmiechnął się do siebie, litując się nad naiwnością młodzieńca, który nie krył swojego rozczarowania.
- To nie jest prawdziwe piwo.
- Sami siebie nazywają Lodowymi Olbrzymami. Ich przywódcą jest Loki Olbrzymson. Chytry jak żyd i przebiegły jak lis. Kiedyś doradzał królowi Odynowi, lecz popadł w niełaskę. Wypędzony, poprzysiągł zemstę. I teraz wypełniło się. Król nie żyje. Dzieci przepadły. Wszystko stracone. Ach, gdyby znalazł się kto godzien, by podjąć wyzwanie, pomścić króla i ocalić królewskie dzieci.
- Możesz coś powiedzieć o dzieciach?
- Sol i Luna. Urocze dzieci, były oczkiem w głowie całego królestwa. A teraz przepadły. Kiedy Loki podstępnie mordował króla, jego prawa ręka, Fenrir Krwiożerczy, uprowadził królewskie dzieci i przetrzymuje je w jednej z jaskiń, broniąc dostępu do Lokiego. Ach, gdyby znalazł się kto godzien, by podjąć wyzwanie, pomścić króla i ocalić królewskie dzieci.
- Ostatnie pytanie. Czy wiesz, gdzie możemy znaleźć bandytów?
- Kryją się w pobliskich lasach. Ich tajna, główna siedziba znajduje się o pół dnia drogi stąd. Niestety, dobrze strzegą swojego terenu i zabiją każdego obcego, który nie zna hasła. Ach, gdyby znalazł się kto godzien, by podjąć wyzwanie, pomścić króla i ocalić królewskie dzieci.
- Dziękuję. To wszystko, co potrzebujemy wiedzieć.
Konrad powstał i pozostali podążyli za nim do wyjścia, naradzając się zaraz po opuszczeniu oberży.
- No, młody - Czerniec szturchnął Nowego, uśmiechając się przyjaźnie - będziesz miał swoją akcję, tak, jak chciałeś. Gotowy, by ubić paru bandziorów?

***
Emdżi zamilkł, sięgając po butelkę wody, by nieco zwilżyć zaschnięte gardło. Długa narracja bywała męcząca, lecz na szczęście zbliżał się do momentu, w którym będzie mógł przekazać pałeczkę graczom. Miał nadzieję, że fabuła się nie posypie i wrócą do domów zadowoleni.
- Przepraszam. Zaschło mi w gardle. Gdzie skończyłem? - Przesunął wzrokiem po kartce. - Już mam. Droga jest daleka, lecz umilany pieśniami Czerńca podróż szybko mija i już po kilku godzinach docieracie na skraj wspomnianego lasu.

***
Jadący na czele Ludwiczek zwolnił, a następnie zjechał z odbijającego w prawo traktu i skierował się w stronę omijanego przez wszystkich lasu. Przystanął dopiero na skraju.
- Trzeba by zasięgnąć języka. Przejedźmy się wzdłuż lasu. Zawsze zostawiają mały, słabo uzbrojony oddział, który nosi ze sobą kartki z hasłami. Trzymaj broń w pogotowiu, Nowy, za chwilę nią pomachasz.
Na oddzialik natknęli się dość szybko. Zaskoczeni bandyci nie mieli żadnych szans. Konrad dobił ostatniego i otarł pot z czoła.
- Przeszukajcie ciała, ja się rozejrzę za skrzynią z łupami. Powinna gdzieś tu być.
Po kolei sprawdził namioty, z jednego z nich wyciągając ciężką, mosiężną skrzynię. Anno Domini podał mu znaleziony przy jednym z ciał, srebrny klucz.
- I co my tu mamy.
Barbarzyńca uchylił wieko. Tak jak przypuszczał, wewnątrz, oprócz sporej ilości ekwipunku, znalazł przydatne dokumenty, oraz nowe, nieużywane zestawy przebrań, pozwalające całej drużynie upodobnić się do bandytów i przebrnąć niepostrzeżenie przez przednie straże.
- Jakiś ciekawy sprzęt?
Zapoznawszy się z dokumentami, wrócił do towarzyszy, zachwycających się nowym, zdobycznym ekwipunkiem.
- Mam nowe pierścienie. - Ludwiczek natychmiast pochwalił się zdobyczą, dumnie prezentując nowe ozdoby. - Ten podnosi moją inteligencję, a ten zwiększa siłę moich czarów opartych na ogniu. Młody ma nowy miecz. Nazywają go pogromcą goblinów. Jego pierwszy właściciel zabił nim jakiegoś goblina i od tej pory wszystkie uciekają na jego widok, nawet, jeśli dzierży go niemowlę, albo leży na trawie.
- Wolałbym pogromcę bandytów.
- Nie narzekaj, Nowy. - Anno Domini był w wyśmienitym humorze. - Mieczyk ładny, a jak ci się znudzi, to go sprzedasz. Obwoźni handlarze kupią każdą ilość żelastwa. Z ostatniej wyprawy tyle przynieśliśmy, że po sprzedaży wystarczyło na nowe buty dla Konrada. Dodają mu dwa punkty do ataku.
- Cały łup wymieniliście na buty?
Kapłan wzruszył ramionami.
- Takie życie. Tanio kupują, drogo sprzedają. A handlarz i tak powiedział, że gardło sobie podrzyna. Kiedyś przypadkiem sprzedałem swój hełm zwiększający zręczność. Za odkupienie zapłaciłem pięć razy więcej, niż za niego dostałem. Ale warto było. Dzięki niemu szybciej biegam.
Jeszcze chwilę spędzili na zmianie ekwipunku, po czym, przebrani za bandytów, ruszyli przez las. Prawie nie niepokojeni, idąc śladem prowadzącego ich światła, podświetlającego właściwą drogę, po niecałej godzinie dotarli pod wrota wykutej w skale, nieudolnie zamaskowanej twierdzy Lokiego.
- Widywałem bardziej okazałe. Emdżi się nie popisał. - Czerniec był wyraźnie rozczarowany. - Tak na oko to ma jakieś trzy piętra. Wybijemy wszystko w godzinę.
- Może są podziemia. Fenrir i dzieci na górze, a Loki na dole. - Ludwiczek wykazywał więcej optymizmu. - Pamiętacie te lochy, kiedy walczyliśmy z wampirami? Dwa dni nam to zajęło, a cholerstwa się nawet nie odradzały.
- Lochy, czy nie, ja wchodzę. - Konrad kopnięciem otworzył drzwi, dając tym sygnał do ataku.

***
- ...gdzie czekał na was sam Loki, najbardziej podstępny opryszek, z jakim kiedykolwiek przyszło wam się zmierzyć.
Emdźi na bezdechu wyrzucił z siebie dwustronicowy opis całej twierdzy, po czym opadł bez sił na fotel, łamiącym się głosem prosząc o szklankę wody, którą łapczywie opróżnił.
- Dziękuję. Pierwsze wyzwanie, czeka na was zaraz za drzwiami...

***
- Motyla noga!
Anno Domini skrzywił się, na dźwięk wypowiedzianego przez Konrada przekleństwa, poznawszy jego przyczynę, powstrzymał się od komentarza. Za drzwiami leżał blisko dziesięciometrowy wąż. Migający nad jego głową napis głosił "Jormungand", a pasek życia zapowiadał długą walkę.
- Ma zamknięte oczy. Może nas nie zauważył.
Nowy, na widok węża, stracił cały swój zapał i nagle perspektywa popijania piwa przed kominkiem wydała mu się atrakcyjniejsza, od machania mieczem na prawo i lewo.
- To jeden z tych bossów, które nie ruszą się, jeśli pierwsi nie zaatakujemy.
- Więc może go ominiemy?
Paladyn, kierując się własną sugestią, zrobił dwa kroki w tył, gotów rzucić się do ucieczki, gdyby Jormungand choćby odrobinę się poruszył.
- Nie możemy. - Ludwiczek szybko pozbawił nowego złudzeń. - Ten klucz na jego szyi z pewnością otwiera drzwi, przez które musimy przejść. Może nawet komnatę, w której zamknął się Loki.
- On wie, że po niego idziemy?
- Nie.
- To dlaczego się zamknął?
Nowy był lekko skołowany. Ludwiczek zastanowił się, zanim udzielił odpowiedzi.
- Główny boss zawsze się zamyka. Jakby chodził po korytarzu, moglibyśmy się na niego natknąć nieprzygotowani. A gdyby przyłączył się do innej walki, mógłby nas łatwo pokonać. Kiedy jest zamknięty, mamy większą szansę, ale za to musimy walczyć z mniejszymi bestiami, takimi jak ten wąż.
Nowy z niepokojem przyglądał się śpiącemu potworowi.
- Damy sobie z nim radę? Jest olbrzymi.
- Pierwszy boss zwykle jest słaby. Nie ma więcej niż trzy lub cztery ataki i raczej żaden nie jest śmiertelny. Nawet nie potrzeba strategii. Wystarczy bić tym, co się ma i czekać, aż padnie.
- Skoro tak mówisz...
Nim zdążyli zareagować, Nowy, z okrzykiem "na pohybel" rzuci się na węża, który natychmiast, przy dźwiękach złowrogiej muzyki, otworzył oczy i zaatakował, próbując wbić w paladyna swoje ociekające jadem zęby. Konrad pierwszy otrząsnął się z szoku i, zachowując resztki zimnej krwi, zaczął wydawać polecenia.
- Czerniec, pieśń bojowa. Ludwiczek, płonąca strzała. Anno, weź chroń tego debila.
Sam ruszył na węża, tnąc i siekąc na oślep, wspierany ognistymi pociskami. Nowy, po pierwszym uniku zbyt przerażony, by się ruszyć, stał z boku, przyglądając się bezczynnie swoim towarzyszom, którzy, ocierając się o śmierć, po pół godzinnej walce zdołali pozbawić bestię życia. Konrad, wyczerpany, pierwszy osunął się na podłogę, sapiąc, dysząc i zipiąc.
- To był, motyla noga, najmocniejszy boss jakiego widziałem. Jak mnie trzepnął ogonem to myślałem, że już po mnie.
Anno Domini, nie mniej zziajany, z trudem łapał oddech.
- Bóg nam błogosławił. Skończyły mi się czary. Jeszcze chwila i nie dalibyśmy rady.
- Nowy - Czerńcowi, chociaż starał się zachować pogodną twarz, daleko było do śmiechu - przy następnej walce rusz zadek i zrób coś. Cokolwiek. Jak nie wiesz co, to wal tarczą po łbie.
- Przepraszam. Zupełnie nie wiedziałem, co robić.
- Następnym razem będzie lepiej. Ważne, że wszyscy żyjemy. - Czerniec powoli odzyskiwał dobry humor. - Przydałoby się odnowić zaklęcia. Ktoś skoczy po kilka gałęzi?

***
- Jak już odpoczywamy, to ja chcę zmienić jeden czar swojemu bardowi.
Emdżi sięgnął po kartę postaci Czerńca.
- Tak?
- Wywalamy wojnę i pokój, a na jej miejsce biorę piekielną pożogę świętego Stanisława. I do tego zakładam czerwoną pelerynę marszu niepodległości, która daje mi plus trzy do rzutów kością, kiedy używam czarów nazwanych imionami świętych.
Konrad zaprotestował.
- Zostaw wojnę i pokój. Zdejmuje buffy z przeciwnika i debuffy z drużyny. Przyda się.
- I tak nie ma kiedy użyć. Jeśli Loki i Fenrir są silniejsi, od tego węża, będę zbyt zajęty, by się tym bawić.
- Tylko, jeśli Nowy znowu nawali. Lepiej skasuj pieśń miłosierdzia gminy. I tak działa tylko przez pięć minut.
- Ale dwukrotni zwiększa moc pierścieni wszystkich członków drużyny i przywołuje stado białych gołębic, które dziobią przeciwnika po oczach.
- Ale gołębice maja jeden punkt życia. Każda obszarówka je unicestwia.
- Dobra. To kasuję pieśń miłosierdzia gminy i wstawiam świętego Stanisława. Ale Anno Domini musi założyć inne spodnie. Obecne dają mu niewidzialność, kiedy ktoś przywołuje zwierzęta, a gdyby założył portki blaszanego drwala, miałby zwiększoną charyzmę za każdym razem, kiedy z przeciwnika wypada przynajmniej jedna sztuka złota.
- Już ich nie mamy. Wymieniliśmy je za kurę znoszącą złote jajka. Pamiętasz? Z tego questa, za który dostaliśmy uścisk dłoni prezesa, dozgonną wdzięczność mieszkańców Zadrzewia i miecz po pradziadku.

***
Sześć godzin snu minęło w mgnieniu oka i, wypoczęci, ruszyli ciemnym korytarzem, rozbijając w pył kilka nieprzyjaznych grup bandytów, póki nie stanęli przed wiodącymi na kolejne piętro schodami, zatrzymując się, by podsłuchać przypadkiem prowadzoną w tym momencie rozmowę dwójki strażników, żywo dyskutujących o miejscu przetrzymywania królewskich dzieci. Wstrzymali oddechy, nie chcąc zdradzić swojej pozycji. Dopiero, kiedy strażnicy oddalili się, wspięli się na górę, od razu skręcając w pierwszą, wiodącą w prawo, odnogę korytarz. Z każdym pokonanym metrem, rozświetlały się kolejne, umocowane na ścianach, zapalane niewidzialną siłą świeczki, gasnąc wkrótce po ich przejściu, tak, że zarówno przed, jak przed i za nimi, korytarz ogarniały ciemności. Mniej więcej w połowie drogi, do ich uszu dotarło z początku ciche, lecz głośniejsze z każdym krokiem warczenie. Tuż przed końcem korytarza dostrzegli dwie pary świecących w ciemnościach oczu, a w powietrzu zamigotała zielona strzałka z imieniem potwora. Dopiero teraz korytarz rozświetlił się w pełni, ukazując z kim mieli do czynienia. Fenrir uśmiechnął się, kiedy dwa, towarzyszące mu wilki, zawyły.
- A kogóż to, kogóż widzą moje śliczne oczęta. - Mężczyzna zerknął na kartkę, nie chcąc pomylić tekstu przemowy. - Tchórzliwy król Odyn przysłał pachołków na śmierć? Odeślę mu wasze głowy podane na srebrnej tacy. Muhuhaha.
Nieustraszony Konrad z Cymerii wystąpił przed szereg.
- Co zrobiłeś z królewskimi dziećmi.
- Nigdy ich nie dostaniecie! Nigdy! Już wkrótce... - kolejne, szybkie zerknięcie w notatki - Loki zawładnie całym światem i nie będzie królestw, ni ludzi ciemiężonych!
- Są za tymi drzwiami?
Konrad palcem wskazał na pomieszczenie za plecami Fenrira.
- Nie wejdziecie tam! Po moim trupie! Muhuhaha!
Rycerz odwrócił się do swoich towarzyszy.
- Anno i Ludwiczek biorę tego z prawej, Nowy i Czerniez z lewej. Ja ściągam na siebie Fenrira. Jasne?
Nie doczekał się odpowiedzi. Fenrir dokończył swoją wypowiedź i bez ostrzeżenia posłał swoje wilki do walki, samemu przyglądając się z boku. Wbrew jego oczekiwaniom, Skoll i Hati okazali się niewielkim wyzwaniem. Ludwiczek, nawet odrobinę nie zmęczony, stanął na ciałach martwych wrogów.
- Teraz ty.
- To jeszcze nie koniec!
Na oczach zebranych, Fenrin zdarł z siebie koszulę, po cyzm zaczął obrastać sierścią, przemieniając się w wygłodniałego wilkołaka. Nowy próbował zainterweniować, atakując zanim transformacja dobiegła końca, lecz silne ramię Anno Domini zatrzymało go w miejscu. Dopiero kiedy Fenrir zakończył przemianę, za jego plecami zmaterializowała się skrzynia ze skarbem, a pasek życia potwora podwoił swoją wartość. Fenrir warknął. Dopiero teraz, chwytając oburącz ociekający krwią miecz, Konrad dał sygnał do ataku.

***
- ...ostatkiem sił unosisz miecz i wbijasz go w miękkie podbrzusze człowieka-wilka. Ten zaczyna się wić w przedśmiertnych konwulsjach, po czym teatralnie umiera. Ocieracie pot z czół i uśmiechacie się niepewnie, nie mając siły by cieszyć się z odniesionego zwycięstwa. Dopiero po chwili, upewniwszy się, że Fenrir naprawdę nie żyje, skupiacie się na skrzyni.
***
- Miecz, miecz, miecz, miecz. - Ludwiczek wyrzucał na podłogę kolejne, wyjmowane ze skrzyni przedmioty, szukając czegoś dla siebie. - Aha! Błękitna peleryna kontroli, szukałem takiej od lat. I jakieś buty, trochę niewyraźne. Ma ktoś zwój identyfikacji?
Anno Domini przeszukał kieszenie, wyjmując z jednej z nich skrawek papieru. Podszedł do skrzyni i położył go na butach, które natychmiast nabrały koloru. Kapłan pochylił się nad nimi, dokładnie im się przyglądając.
- Skórzane buty pięćdziesięciu rozbójników. Zwiększają szansę na udane otwarcie skomplikowanych zamków i rozbrajanie prostych pułapek. Dla nas bezużyteczne. Coś jeszcze?
- Mnóstwo bezwartościowego, losowego żelastwa. Nic, co by się nadawało do użytku.
Ludwiczek, rozczarowany nagrodą za Fenrira, zatrzasnął wieko.
- Oby Loki był wart zachodu, bo na rękę księżniczki nie możemy liczyć.
Poprawiwszy ekwipunek, pchnęli wrota na końcu korytarza. Otworzyły się, skrzypieniem przywołując na myśl sceny z filmów grozy. Ich oczom ukazała się przestronna, dobrze oświetlona komnata. Pod przeciwległą ścianą, na kamiennym tronie siedział Loki. Po jego obu stronach dostrzegli małe, ciasne klatki, w których zamknięto nieprzytomne, lecz ciągle żywe, królewskie dzieci. Spodziewając się zasadzki, Konrad położył dłoń na rękojeści miecza.
- Witajcie w moich progach, o spragnieni, zmęczeni wędrowcy. Pozwólcie, że was ugoszczę.
Loki, nie wstając z miejsca, klasnął w dłonie, i za plecami grupy zmaterializowały się wykute w lodzie krzesła. Nowy natychmiast, nie pomny niebezpieczeństwa, rozsiadł się wygodnie. Pozostali, nieco bardziej sceptycznie, kolejno poszli za jego przykładem. Krzesła, chociaż zimne, były zadziwiająco wygodne i, pomimo panującej wewnątrz dodatniej temperatury, nie topniały, nawet ogrzewane ciepłem ich ciał.
- Czekałem na was. Mam nadzieję, że te drobne przeszkody, które postawiłem na waszej drodze, zbytnio nie utrudniły wam marszu? Zabicie rannych, wyczerpanych podróżników nie sprawiłoby mi przyjemności.
Konrad zerwał się, wiedząc, do czego zmierza monolog Lokiego, lecz przywódca bandytów gesten nakazał mu wrócić na krzesło.
- Jeszcze nie skończyłem. Jestem głównym bossem, nie zaatakuję, póki nie powiem wszystkiego, co mi leży na sercu. Powinniście to uszanować.
Rycerz posłusznie wrócił na miejsce.
- Dziękuję. Odyn był dobrym królem i nie zasłużył na śmierć. Karmił głodnych, pocieszał zmartwionych, a kiedy wychodził na spacer, trawa robiła się bardziej zielona. Ludzie go kochali. Nie zapytacie, dlaczego go zabiłem? Może pan rycerz chce wiedzieć?
- Dlaczego go zabiłeś?
- Bo jestem zły i pozbawiony wszelkich uczuć. Bo lubię, kiedy ludzie cierpią. Wolelibyście usłyszeć, że miałem wyższe cele? zazdrość? Wpojona w dzieciństwie nienawiść? Chęć nieśmiertelności? To wszystko kłamstwo. Zabiłem, bo mogłem. Bo to takie łatwe. I was spotka to samo. Zauważył, że Konrad znowu podniósł się z krzesła. - Jeszcze nie skończyłem. Nie zależy mi na tronie. Proszę, oto królewskie dzieci. - Wskazał na umieszczone w klatkach ciała. - Mógłbym je wypuścić i pozwolić im rządzić krajem, nie chcę tronu dla siebie. Pozwolę im żyć, dorosnąć, podejmować pierwsze samodzielne decyzje, po czym je zabiję. Przybędę pod osłoną nocy i uśmiercę, by cykl trwał. Życie i śmierć. Świat, jaki stworzą, skończy się tak samo, jak skończył się świat Odyna. To, co zbudował, legło w gruzach. I nikt, ani nic, nie może mnie powstrzymać. Stawajcie do walki. Jestem gotowy.

***
- Aaaaaaa! Zginęliśmy! Wszyscy zginęlismy!
Nowy wrzeszczał jak opętany, biegając po pokoju i obijając się o ściany, zrzucając z półek wszystko, co napotkały jego dłonie. Emdżi bezskutecznie próbował go uspokoić.
- Siadaj. To tylko światło zgasło. Prąd wysiadł.
- Nie! To Loki! On nas pozabijał!
- Trzymajcie go. Chłopak za bardzo się wczuł w rolę
Pozostała czwórka wspólnymi siłami zdołała rzucić Nowego na dywan, przytrzymując go dopóki się nie uspokoił.
- Już dobrze, chłopaki. Trochę spanikowałem. Gramy dalej? Mamy Lokiego do ubicia.
- Ciężko będzie rzucać kością - Emdżi potrzebował chwili do namysłu - ale coś wymyślę.

***
Nastała ciemność, a kiedy znów ujrzeli światło, sala, w której jeszcze przed chwilą stali, zniknęła i znaleźli się na otwartym terenie, na kołyszącym się na wietrze moście, zawieszonym nad przepaścią bez dna. Na jednym końcu, blokując drogę ucieczki, stało kilkunastu, uzbrojonych po zęby bandytów, dopingujących swojego wodza, na drugim, kolejna grupa, ustawiła się po bokach, tworząc szpaler, którym maszerował Loki. Kroczył dumnie, wymachując berłem. Drugą, wolną dłonią, niczym król podczas parady pozdrawiał swoich poddanych. Kiedy zbliżył się na odległość dwóch mieczy, zdjął rękawiczkę i rzucił ją pod nogi Konrada. Ten dobył miecza, nakazując swoim towarzyszom pilnowanie tyłów, na wypadek, gdyby ludzie Lokiego postanowili wspomóc swojego przywódcę. Końcówka berła Lokiego oderwała się, a z rękojeści wyłonił się miecz świetlny. Przywódca bandytów zaszarżował.
Jak tylko miecze Lokiego i Konrada skrzyżowały się, czekający po drugiej stronie bandyci rzucili się do ataku. Pozostała czwórka, kryjąc się za tarczą Nowego, przyjęła pozycje bojowe. Dłonie Ludwiczka zapłonęły, Anno Domini uniósł nad głową medalion w kształcie łasicy, a pieśń Czerńca echem rozlała się po okolicy, zagrzewając ich do walki. Rozbójnicy byli w połowie drogi, kiedy nad ich głowami przeleciał pierwszy ognisty pocisk. Przy kolejnym, biegnący w pierwszym szeregu zdołali pochylić głowy, lecz ci za ich plecami nie wykazali się wystarczającym refleksem i kilkoro z nich, próbując ugasić płonące włosy, spadło w dół, z głośnym pluskiem wpadając do przepływającej na dnie przepaści rzeki. Pierwsi z ludzi Lokiego dotarli do czekającej na nich grupki. Nowy mocniej chwycił tarczę, skupiając się na odpieraniu nacierających bandytów, przy każdej nadarzającej się okazji zadając ciosy mieczem, ścinając przy tym kilka głów.
- Wytrzymaj jeszcze trochę. - Czerniec, pomiędzy kolejnymi czarami leczącymi, pozwalającymi na natychmiastowe zaleczenie dowolnej rany, włącznie z odrośnięciem nóg i głowy, znalazł chwilę, by wesprzeć moralnie swego towarzysza. - Loki ledwo zipie. Damy radę.
Konrad, słysząc odgłosy bitwy za plecami, mógł jedynie mieć nadzieję, że jego towarzysze zdołają poradzić sobie z nacierającym wrogiem. Loki okazał się znakomitym szermierzem i, chociaż zdołał uzyskać przewagę, nie mógł pozwolić sobie nawet na moment dekoncentracji. Chociaż zepchnął go do defensywy, rywal przez cały czas czekał na błąd, w każdej chwili mogąc wykonać jedno, śmiertelne pchnięcie. Wreszcie Loki opadł na kolana. Odrzucił miecz i uniósł dłonie w błagalnym geście.
- Poddaję się.
Ci z jego ludzi, którzy zdołali utrzymać się przy życiu, idąc za jego przykładem, także odrzucili broń, zdając się na łaskę piątki wojowników.
- Co z nimi zrobimy?
Anno Domini pytająco spojrzał na Konrada.
- Zwykli bandyci mogą odejść, a Loki... - Zawiesił głos. Nigdy jeszcze główny przeciwnik nie zachował się tak jak on i nie bardzo wiedział, co zrobić. - Może zagłosujemy?
- Nie możemy puścić go wolno. Jest zbyt niebezpieczny.
Ludwiczek nie maił wątpliwości, lecz kapłan nie podzielał jego opinii.
- Bóg kazał wybaczać, jako on nam wybacza.
- Ale loot by się przydał. - Czerńcowi rozbłysły oczy na samą myśl o nagrodach za pokonanie Lokiego. - I królewskie dzieci przydałoby się uwolnić.
- Oddam loot. Oddam dzieci. Weźcie co chcecie.
Loki był gotów na wszystko, byle ujść z życiem, chociaż jego przeciwnicy nie wyglądani na przekonanych. Zwłaszcza Ludwiczek pozostawał sceptyczny.
- Co, jeśli on kłamie?
Chcąc potwierdzić swoje słowa, przywódca bandytów wyjął z kieszeni srebrny kluczy i rzucił go pod nogi czarnoksiężnika.
- To otwiera klatki. Skrzynia jest za tajnymi drzwiami. Otworzą się, jeśli powiecie "sezamie, otwórz się".
Konrad zdecydował za wszystkich.
- Dobrze. Ale idziesz z nami. Jeśli hasło zadziała, jesteś wolny.
Loki natychmiast pokiwał głową, godząc się na ten warunek. Opuścili i most i poprowadził ich krętą drogą, wiodącą do tylnego wejścia jego siedziby. Gestem przegonił strażników. Drzwi, którymi przeszli, doprowadziły ich bezpośrednio do pomieszczenia, w którym spotkali go po raz pierwszy. Nowy wziął klucz i po kilku zgrzytach, klatki stanęły otworem.
- Gdzie te ukryte drzwi?
- O tam, pod ścianą.
Konrad pociągnął go ze sobą. Stanął we wskazanym miejscu.
- Sezamie, otwórz się.
Coś trzasnęło i huknęło, a całą sala zatrzęsła się. Po chwili, ściana, powoli, zaczęła się rozstępować, odsłaniając ukrytą komnatę skarbów. Na samym środku stała okuta złotem skrzynia. Całą piątka weszła do środka, ignorując Lokiego, który stanął za ich plecami.
- Mogę odejść?
Nie zwrócili na niego większej uwagi, spławiając go machnięciem ręki. Uśmiechnął się. Wymamrotał zaklęcie i, przez nikogo nie niepokojony, rozpłynął się w powietrzu.
Powoli uchylili wieko skrzyni, zacierając ręce na myśl o ukrytych w niej skarbach. Nie rozczarowali się. Oprócz sporej ilości złota, po brzegi wypełniona była cennymi, potężnymi artefaktami. Dopiero kiedy wyjęli całą zawartość, znaleźli niewielki, łatwy do przeoczenia młoteczek. Jak tylko go podnieśli, kolejna ściana rozsunęła się, ukazując ukryty za szybą ognisty miecz. Wygrawerowany napis na szkle głosił "w razie końca świata, zbić szybkę". Nowy nie myślał zbyt długo. Oburącz chwycił młotek i, zamachnąwszy się, rozbił szybę w drobny mak. Sięgnął po leżący za nią miecz, odrywając przyczepioną do niego karteczkę. Oświetlił ją przy pomocy zapałki.
- Płomienny Miecz Zemsty. Instrukcja obsługi. Jeden, podnieść miecz. Dwa, wbić miecz w ziemię. Trzy, obserwować Ragnarok.
- Pokaż to.
Konrad próbował przejąć miecz, lecz jego dłoń przeniknęła go na wylot, podobnie jak ręce wszystkich pozostałych.
- Wygląda na to, że jest twój.
- Ale co ja mam zrobić? Jest coś o Ragnaroku. Mam go wbić w ziemię?
- Na to wygląda.
Konrad ruszył przodem. Nie śpiesząc się, ciągnąc za sobą złotą skrzynię, wyszli na zewnątrz. Opuszczone korytarze siedziby Lokiego sprawiały ponure wrażenie, jakby przez ostatnią godzinę postarzały się o kilkaset lat. Zatrzymali się zaraz za główną bramą.
- No młody, wbija. Zobaczymy, co się stanie.
Nowy uniósł miecz i uderzył nim o ziemię. Ostrze, natrafiwszy na ukrytą pod śniegiem skałę, pękło na pół. Zapadło kłopotliwe milczenie. Dopiero po chwili, Nowy odezwał się jako pierwszy.
- Chyba coś popsułem.
- Może spróbuj jeszcze raz?
Młody chwycił obie połówki miecz, tym razem z łatwością wbijając je w ziemię.
- Nic się nie stało.
Konrad zamyślił się.
- Myślicie, że to jakiś bug?
- Pewnie tak. Ktoś mógłby dopracować scenariusze. - Po chwili wzruszył ramionami. - Ale skarb mamy, nie chłopaki? Trzeba to oblać.

Pięć męskich sylwetek zniknęło za wzniesieniem, kiedy pod bramą zmaterializował się Loki. Kręcąc z niedowierzaniem głową, pochylił się nad szczątkami miecza. Przyjrzał się im uważnie, po czym wrzucił do przewieszonej przez ramię torby bez dna i ruszył przed siebie. Wyjął niewielkie pudełko i, zgodnie z jego wskazaniem, zmienił kierunek. Czekał go długi marsz, lecz miał czas. Surtr, jedyny, który mógł połączyć miecz w całość, nigdzie się nie wybierał. Ragnarok został jedynie przesunięty.

***
Emdżi wygrzebał z szuflady dwie świece, które rozświetliły pokój na tyle, by mogli dokończyć grę. Rozsiedli się w mniejszym niż dotychczas kółeczku.
- Dlaczego właściwie nazwałeś to Ragnarok.
- Tak jakoś. Wziąłem imiona z mitologii, a ta nazwa gdzieś tam się pojawiła. Nawet nie wiem do końca co to jest. To co, gracie dalej?
Przytaknęli.
- Dobra. Loki ma pięć tysięcy punktów życia. Jego głównym atakiem...



TEKST nr 2


Salmo salar. Łosoś szlachetny.
Bardzo.
Ryba anadromiczna.
To teraz główny problem szlachetnego łososia szlachetnego. Szlachetnie wetkać się z powrotem do rzeki. Na głodniaka, taka ich mać. Żeby na końcu umrzeć z miłości.
To bardzo szlachetna śmierć. Śmierć w imię. Wygląda się po tym wszystkim trochę niekorzystnie, ale jak taką szlachetną istotę mogłoby to w ogóle obchodzić?

I stało się.
Nie było już dnia.
Nie było nocy.
Dwa wilki pożarły czas.
Krew pierwszych bogów spadła deszczem na skutą lodem ziemię.


A tak w ogóle, to kto to widział, taką śmieszną wodę, twardą jak kamień? Teraz? Tutaj?
No doprawdy, bardzo śmieszne. Ha, ha, ha.
No, nie to, żeby łosoś był szczególnie doświadczonym łososiem, ale z całą mocą może zaświadczyć, że ostatnio żadnej takiej wody tu nie było. Była całkiem normalna, chociaż płynęła w tę gorszą stronę.
Łosoś podpływa w górę, zbliżając pyszczek do powierzchni. Nieomal zanurza się w powietrzu.
Nie no, to już jakiś obłęd.

Bogowie walczyli.
Ich mięśnie napinały się w morderczych uściskach.
Ich miecze cięły święte ciała.
Ich umysły pogrążały się w bratobójczych pojedynkach.
Nieśmiertelnych – jednego po drugim – pochłaniała śmierć.
Aż padł ostatni z nich i zbudził się ogień.


Łosoś wie już, że nie jest dobrze. Nie wie, co dokładnie jest niedobrze, ale coś z pewnością. Jakoś tak… ciepławo. Bardzo ciepło nawet. Gorąco.
I dużo wody, co nie powinno łososiowi przeszkadzać, gdyby nie fakt, że interesuje go konkretna woda i konkretny kierunek.
Coś nie tak z kierunkiem. Oszalał jakby.
Coraz goręcej…!

Zemsta ognistego miecza spadła na świat.
Płomienie pożarły życie.
Płomienie stopiły lody.
Woda podniosła się i zawrzała, pochłaniając wielkie drzewo.
Nicość zamarła w oczekiwaniu na nowy początek.

Gotowany łosoś to danie łatwe i szybkie w przygotowaniu. Do wody polecamy dodać włoszczyznę, co zapewni intensywniejszy smak rybnego mięsa. Doskonałym komponentem do tak przygotowanego łososia może być sos koperkowy lub cytrynowy. Przepisy oraz propozycje podania znajdują się pod linkiem.

Życzymy smacznego!



TEKST nr 3
No, ej, ale rozumiesz? No posłuchaj do cholery jasnej, a nie odwracaj się jak jakiś cymbał na środku drogi, gdy wołają Krzyśka czy innego takiego, a on się odwraca, choć nazywa się Józef. Pierdolnęło, rozumiesz co do ciebie mówię? Zupełnie jakby GUI zdechło i ze świata ściągnięto śliczną nakładkę okienek czy pingwinowego klona i został surowy kod. Fortranowski bełkot, pascalowska kaszana Beginów, endów, i spierniczonych pętli; rozumiesz? Wszystko, co wiedzieliśmy, to był jakiś śmiechu warty żart, gówno unurzane mlecznej czekoladzie i nadziane na szaszłykowy patyczek, by wyglądało jak smakołyki ze świątecznego jarmarku. Bo my byliśmy tacy mądrzy! Tacy wyrachowani i pozamykani w okrągłych nawiasach wzorów matematycznych. Żeśmy sobie wszechświat na dwudziestu sześciu wymiarach opisali, wyśmialiśmy sfery niebieskie i epicykle, a na deser zatańczyliśmy kankana na nosie kreacjonistów i wiesz co? Wiesz? I byliśmy skończonymi debilami! Bo te piękne równania były po pietruszkę i nasze ładne geoidy i elipsy stanowiły jedynie durną nakładkę stworzoną po to, by zaspokoić nasze wrażenia… estetyczne. Bo słońce ma być gwiazdą – G2V – taką jak wiele innych – nothin’ slpecial at all – a my w tym wszechświecie pył marny i żadna nowość - równanie Drake’a? what the heck? Panspermia?
Słońce jedną z milionów gwiazd i jeszcze może my na jej orbicie? Nie patrz tak na mnie! Sieje…
Boru!
Śmieję się. Tak, śmieję się, bo nic innego mi nie pozostało jak wyśmiewać własną głupotę. Własną zaparzenie w ideały. Czemu świat miałby być idealny? Bo tak sobie wymarzyliśmy? Bo tak jest miło? Bo czemu?
Bo synteza helu brzmi lepiej niż dwa wilki goniące w piętkę? Bo ładniej? Bo klarowniej? Bo PRZEWIDYWALNIEJ?
Oczywiście! Bo jesteśmy skończonymi kreaturami wszechświata trzy plus jeden i musi być pod nas. Nie opiszesz i nie usystematyzujesz świata gdzie słońce goni księżyc, a księżyc słońce goni, nie narzucisz mu swych praw, gdy dzika natura pcha je do przodu, a musisz spisać, musisz wyjaśnić i przewidzieć, aby czuć się swojsko – być panem świata…
…więc GUI.
Rozumiesz już?
Zafundowali nam naszą fizykę kwantową, abyśmy się nie nudzili! Byśmy mieli zajęcie, próbując połączyć Razgłaza z mechaniką kwantową, byśmy mnożyli wymiary, tworzyli struny i upierali się przy stanie stacjonarnym czy wielkim wybuchu! Jesteśmy debilami! Śmiej się. Śmiej w niezrozumieniu swoim.
Patrz i patrz, co ci świat mówi póki możesz, bo o to kres.
Ot koniec. Już nic nie znaczymy. Wielka waga ludzkiego życia, humanitaryzm wart nie więcej niż żwir na podjeździe, jakie to ma znaczenie? Jaki sens w opieraniu się, w walce i forsowaniu swojej wizji, gdy wszystko się wali? Nikt na nas nie czekał. Wyzwolili się z więzów wiecznych ci, co mieli po wieki zostać spętani. Rozszalał się sztorm. Rozszalała się zawierucha.
A my tu – widzisz? – malutcy i zadufani. Wierzymy w nasz wszechświat, w stałą Hubbla i inne dziwa empiryczne. Opanowaliśmy świat naginając się do niego. Wielki wąż nie istnieje w równaniach. Nie ma wilka, który niszczy naszą planetę…
… a jednak. Widzisz? Jest on, a my jesteśmy żałośni.
Umyka tlen – jak to ładnie brzmi, jak naukowo!
Umieramy w równaniach i nie ma już niczego, co miałoby jakąś wartość.
Przyjdzie ogień, bo zawsze się go spodziewaliśmy. W każdej religii i poza nimi.
Naiwni.
Do ostatniej chwili rozpieszczani.
Ave my!
A na koniec ognisty olbrzym Surtr, władca Muspelheimu, używając płomiennego miecza zemsty, podpali Asgard i pozostałe światy. Wtedy wszystko zostanie zniszczone - rzekła wikipedia i nic na to nie poradzą nasze naviery-stoksy i prawa fizyki jądrowej. Spłoniemy.
Das ende.

Awatar użytkownika
Milan
Straż! Straż!
Posty: 219
Rejestracja: 07 listopada 2012, 07:53

Re: Ragnarok - głosowanie

Post autor: Milan » 20 lutego 2014, 12:45

Ta-da-da-da!


Czas na głosowanie się skończył, do końca świata jeszcze kilka dni, a zwycięzca konkursu został:
A. Mo'zart
Brawa! :tanczy:



A samego zwyciezce uprasza się o podrzucenie info o kolorze i randze [url=fttp://literka.info/ucp.php?i=pm&mode=compose&u=714]tu[/url] :)

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1824
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Ragnarok - głosowanie

Post autor: Kruffachi » 20 lutego 2014, 12:48

Gratulacyje! :c[]: :D Naprawdę bardzo, bardzo fajny tekst, się ubawiłam :D
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

ODPOWIEDZ