UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!



Zachęcamy do głosowania na TEKST WRZEŚNIA oraz w INSTANCIE

[INSTANT] na trzy słowa II

Tutaj znajdują się ogłoszenia o konkursach, w których minął już termin nadsyłania prac. Nic jednak nie broni, aby sobie dalej o nich rozmawiać. :)

Kto stawia piwo, czyli który tekst podoba sie bardziej:

Czas głosowania minął 18 października 2013, 10:51

numer I
0
Brak głosów
numer II
3
100%
 
Liczba głosów: 3

Awatar użytkownika
A. Mo'zart
Posty: 162
Rejestracja: 05 lipca 2012, 22:07
Lokalizacja: Dom
Kontaktowanie:

Re: [INSTANT] na trzy słowa II

Post autor: A. Mo'zart » 13 października 2013, 14:52

To świetnie. Kto dostanie więcej głosów ten stawia ;p

Awatar użytkownika
Milan
Straż! Straż!
Posty: 225
Rejestracja: 07 listopada 2012, 07:53

Re: [INSTANT] na trzy słowa II

Post autor: Milan » 14 października 2013, 10:54

Drodzy Użytkownicy!

Na naszych barkach spoczęło zadecydować kto komu stawia browar!


To nie jest ważka decyzja, zatem podejmujcie ją rozważnie, ale w nieprzekraczalnym terminie do 18.10
(Piątek do godziny 11 przed południem).
I
„Nazywałem się Artur. Urodziłem się w roku pańskim 1374 w chłopskiej rodzinie. Moi rodzice służyli na włościach jaśnie pana hrabiego Lonniere. Od małego wpajano mi, że należę do tej gorszej części społeczeństwa, że powinienem się cieszyć, że mogę pracować dla szlachcica. Nie walczyłem z tym, uznałem że taki po prostu jest porządek tego świata. Do czasu, gdy hrabia nie upatrzył sobie mojej młodszej siostry. Zawsze była oczkiem w głowie rodziców i moim. Miała niesamowitą urodę jak na chłopkę, ale, na boga, miała tylko 14 lat! A ten psubrat… grr, niech szczeznie w piekle…
Marie przez wiele miesięcy nie mogła pozbyć się swojego koszmaru. Musiałem jej jakoś pomóc. Wyczekałem dnia, kiedy Lonniere udał się na przejażdżkę po włościach. Zawsze wtedy przejeżdżał przez las rosnący na pograniczu. Nie miałem konkretnego planu, wiedziałem tylko, co chcę osiągnąć. Spłoszyłem jego konia i spadł. Zanim zdołał zareagować byłem już przy nim z ostrzem w ręku. Potraktowałem go tak, jak na to zasługiwał, czyli jak gotowego do uboju wieprza. Stałem i patrzyłem jak dusi go jego własna jucha, dało mi to niemałą satysfakcję, poczucie ulgi i spełnienia. Zdziwiło mnie trochę, że krew nie jest błękitna, jak wszyscy mówili, tylko szkarłatna. Zrozumiałem wtedy, że oni wcale nie różnią się od nas, że ten cały podział na klasy to stek bzdur. To był punkt zwrotny w moim życiu. Gdy wreszcie skończył rzęzić wróciłem do domu i udawałem, że wszystko jest w porządku. Właściwie to było w porządku. Nie czułem się jakoś gorzej prze to, co zrobiłem. Gdy do naszej wioski dotarła wieść o śmierci hrabiego pomyślałem, że siostra wreszcie zdoła odzyskać spokój, będzie w stanie się znów uśmiechnąć. Ale ona wciąż była smutna, wciąż męczyły ją wspomnienia tamtego wydarzenia.
Nie wiem jak ani dlaczego w moim umyśle powstała myśl o rodzinie hrabiego. Poczułem, że tylko wymazując całkowicie ślady jego istnienia uwolnię siostrę. Poszedłem więc pod byle pretekstem rozejrzeć się po dworku. Niestety, oglądając pokoje na piętrze natknąłem się na hrabinę. Kazała mnie wychłostać tylko za to, że według niej źle na nią spojrzałem. O ile wcześniej nie byłem pewien odnośnie tego, co chcę zrobić, o tyle baty, jakie otrzymałem przeważyły szalę. Ta kobieta musiała zniknąć. Ale nie od razu, najpierw miała poczuć na własnej skórze cierpienie mojej siostry. Nie, niech cierpi bardziej niż ona.
Tym razem starannie się przygotowałem. Odnalazłem w lesie jaskinię, na uboczu, doskonale ukrytą przed ciekawskimi oczami ludzi i zaniosłem tam wszystko, czego potrzebowałem. Pozostało mi tylko „zaprosić gości”.
Przez wiele dni i nocy obserwowałem posiadłość, zapamiętywałem zwyczaje i rozkład dnia wszystkich osób, które kręciły się w pobliżu tej szmaty i jej bachora. Wreszcie, pewnej nocy, udało się. Wyczekałem momentu i zakradłem się ostrożnie do pokoju dziecięcego. Związałem i zakneblowałem na pół śpiącego dzieciaka, po czym wyniosłem go w płóciennym worku do małej furtki na tyłach ogrodu. Nikt tam nie chodził nocą, więc nie musiałem bać się, że ktoś to zobaczy. Zaniosłem go prosto do jaskini. Myślę, że spodobał mu się widok moich zabawek. Upewniłem się, że nie ucieknie, po czym wróciłem do dworku. Gdy tam dotarłem zaczynało już dnieć i służba rozpoczęła swoją codzienną krzątaninę. Tak, jak sądziłem po odkryciu, że gnojek zniknął, wybuchła panika. Musiałem być ostrożny, udawać, że nie wiem, co się stało. Zachowałem jednakże spokój, w odróżnieniu od hrabiny. Ta biegała samopas po wszystkich budynkach, szukając swojego „dziubdziusia”. To zadziałało na moją korzyść. Zaczaiłem się w stajni, wiedząc, że w końcu i tutaj przyleci. Głupia prukwa wlazła tam sama, nikogo przy niej nie było. Dopadłem ją obok stojącego tam wozu i uciszyłem. Wsadziłem ją w wór na drewno i wrzuciłem na wóz, którym miałem tego rana pojechać do lasu by przywieźć drewno na opał, więc nikogo nie zastanowiła moja obecność w stajni i krzątanie się koło wozu. Zaprzągłem konia i wyjechałem poza mury tłumacząc każdemu, kto zapytał, że nie chcę kolejnej chłosty z byle powodu i wolę już wykonać swoją pracę niż biegać za lunatykującym dzieciakiem. Teraz zostało tylko dotrzeć do jaskini.
Zwaliłem ją z wozu i sprawdziłem oddech. Wciąż żyła. Dobrze. Zaciągnąłem hrabię do środka i uwiązałem do przygotowanego specjalnie dla niej stelaża. Miała idealny widok na scenę, pierwszy rząd w mym teatrze. Przywiązując unieruchomiłem jej głowę i zakneblowałem, nie chciałem by straciła choćby odrobinę z przedstawienia, ale też nie chciałem by zagłuszała głównego aktora. Ocuciłem ją. Zaczęła się rzucać, ale to nic jej nie dało. Jeszcze lepiej. Była najwyższa pora by przygotować rekwizyty. Wyciągnąłem zasmarkanego dzieciaka z worka i przywiązałem skórzanymi pasami do stołu ustawionego na środku. Potem wyszedłem i pojechałem po drewno. Musiałem wykonać swoją pracę by nie wzbudzić niczyich podejrzeń.
Wieczorem wróciłem do jaskini. Gdy zobaczyłem moich gości na swoich miejscach ucieszyłem się. Teraz mogłem odpłacić za chłostę i pomóc siostrzyczce. Podszedłem do stołu i sięgnąłem po jedno z ostrzy leżących z boku na mniejszym stoliku. Potem rozpocząłem przedstawienie.
Skończyłem tuż przed świtem. Dzieciak, jeszcze niedawno wrzeszczący i wierzgający, był teraz wszędzie, nawet na własnej matce. Ta z kolei wyglądała zaskakująco pięknie. Kompletnie rozmazany makijaż, zakrwawiona jedwabna koszula nocna z zawisłymi gdzieniegdzie kawałkami mięsa… do pełni piękna brakowało jej tylko uśmiechu. Więc kazałem jej się śmiać, ale nie posłuchała. Nie chciała się śmiać. Szmata. Wziąłem nóż i pomogłem jej w tym. To był piękny, szeroki uśmiech…
Widząc to sam zacząłem się śmiać. Byłem zadowolony z siebie, z tego jak łatwo mi to poszło, cieszyłem się na myśl, że siostra znów będzie taka jak kiedyś. Ale tym razem coś poszło nie tak. Usłyszałem psy i nawoływania. Nie mogłem już dłużej bawić się z hrabiną. Zostawiłem nóż w jej czaszce i ruszyłem w głąb jaskini mając nadzieję, że ma ona swoje drugie wyjście, w końcu wszystkie w tej okolicy je miały. Schodziłem coraz niżej i niżej. Po może pół godziny nie było już słychać pogoni. Szedłem w kompletnych ciemnościach, tunel zakręcał co chwilę, rozgałęział się, kluczył. Nie martwiło mnie to. Wymazałem hrabiego. Moja siostra była wolna. Ja byłem wolny.
Nie wiem ile czasu spędziłem pod ziemią, może były to dni, może tygodnie. Napotykałem podziemne jeziora pełne dziwnie zdeformowanych ryb, kolejne jaskinie, żywiłem się grzybami i stworzeniami, które nieopatrznie zabłąkały się do tuneli. Ale to mi nie wystarczało, potrzebowałem lepszej strawy. W końcu udało mi się dotrzeć do jednego z wyjść. Nie powiem, to było przyjemne móc poczuć promienie słoneczne i powiew wiatru na swojej twarzy. U wylotu jaskini rozpościerała się mała polana, a dalej sosnowy las. Ruszyłem przed siebie chcąc dowiedzieć się gdzie tak właściwie jestem. Pomiędzy drzewami zobaczyłem jakiegoś człowieka. Chciałem go tylko zapytać czyje to ziemie, ale ten na mój widok zaczął krzyczeć i uciekł. Nie widząc innej możliwości udałem się w tym samym kierunku, w który on pobiegł. Po drodze napotkałem strumień, postanowiłem więc chwilę odpocząć i złowić wreszcie jakieś normalne ryby. Nachyliłem się nad wodą i zobaczyłem swoje odbicie. Już wiedziałem, co tak przeraziło tamtego. Byłem strasznie zarośnięty i cały ubabrany stęchłą krwią. Pobyt pod ziemią też nie przyczynił się mojej urodzie. Myślałem, że to chwilowe. Pożyję trochę na świeżym powietrzu, wykąpię się, i wrócę do normy. Znalazłem jakiś ostry kamień i ogoliłem się nim. Wykorzystałem znaleziony strumień i wyprałem w nim ciuchy. Potem upolowałem jakąś sarnę, upiekłem i zjadłem połowę z myślą, że rano nie będę musiał polować.
Ranek nie był jednak taki radosny jak myślałem. Wstałem i sięgnąłem po pozostały kawałek sarny. Spojrzałem na swoje dłonie i przeraziłem się. Paznokcie, które tak starannie dzień wcześniej przyciąłem znów były niewiarygodnie długie. Wystraszony dotknąłem swojej twarzy. Znów pokrywała ją broda, tym razem jeszcze dłuższa niż poprzednio. Dopiero wtedy dotarło do mnie to, czego wcześniej nie zarejestrowałem. Jak, tak właściwie, upolowałem sarnę? Dogoniłem ją, co nigdy mi wcześniej się nie zdarzyło i skręciłem jej kark, a to przecież nie jest taka łatwa sprawa... Sprawdziłem dokładnie swoje ciało. W niczym nie przypominało ciała, jakie wcześniej miałem. Było obrzydliwie zdeformowane. Zrozumiałem. Świat postanowił ukarać mnie za moje czyny. Ale nie czułem żalu czy smutku, wręcz przeciwnie. Czułem radość i podniecenie na myśl, że teraz będzie mi łatwiej kogoś dopaść. Tak, podobało mi się zabijanie, było dla mnie jak hobby. Ale ludzie wiedzieli, że jestem w lesie i nie przychodzili. Wróciłem więc do jaskini i po pewnym czasie odnalazłem pozostałe wyjścia z tuneli. Zaczajałem się przy jednym z nich i czekałem aż jakiś głupek zbliży się i wejdzie do środka. Zwabiałem ich głębiej i tam dawałem upust swojemu instynktowi. Wiesz, że każdy z tych kretynów dał się skusić zwykłym odgłosem pukania? Tak, jakby myśleli, że to dobra wróżka ich woła.
W pewnym momencie pomyślałem – czemu by nie? To w końcu takie samo mięso jak każde inne, a i łatwiej jest ich upolować. Kości zakopywałem nocą w okolicznych lasach. To były piękne czasy, naprawdę piękne. Z czasem stałem się widać zbyt nieostrożny i dlatego teraz tu siedzę. Ale możesz być pewien, że drugiego takiego nie popełnię...”
Dalszą część nagrania zajmowały odgłos tłuczonego szkła i paniczne krzyki o pomoc. Gdy nagranie dobiegło końca w sali zaległa cisza. Mężczyźni siedzący dookoła długiego stołu patrzyli po sobie, jedni przerażeni, inni niedowierzający. Po dłuższej chwili jeden z nich, wyglądający jak podróżny żul w długim połatanym płaszczu o nieokreślonym kolorze, wstał powoli i rzekł:
- Teraz już wiecie z kim mamy do czynienia i czego właściwie mamy szukać. Idźcie i nie wracajcie mi tu bez jego truchła!
Po tych słowach wszyscy pośpiesznie wyszli z Sali, by zwołać oddziały i ruszyć w pogoń. Dowódca-Żul pozostał w sali, przeglądając, a następnie zbierając do pudła opasłe tomy akt opatrzone napisem "Pukacz". Gdy już kończył gdzieś z boku dotarł do niego cichy odgłos z korytarza. Puk, puk, puk…
II
Kiedy tylko zmierzch nastanie
Pukacz zjada swe śniadanie
Pukacz głodny jest i zły
Ma pazury, długie kły
Ostrzy zęby na dziewuszkę
Schowaj głowę pod poduszkę
Echo niesie jego kroki
Puk Puk
Stuk Stuk
Bum Bum
Bęc

- I żyli długi i szczęśliwie. Koniec.
Opiekunka zamknęła książkę i podniosła się z łóżka. Sześcioletnia Karolinka leżała na boku, oddychając miarowo z głową wciśniętą w poduszkę. Odstawiła książkę na półkę i delikatnie, nie chcąc zbudzić dziewczynki, na palcach wyszła z pokoju, delikatnie zamykając za sobą drzwi.
- Potwory.
Westchnęła i wróciła do pokoju. Karolinka siedziała na łóżku z kołdrą podciągniętą pod samą brodę.
- Zapomniałaś przegonić potwory.
Lęk przed czającymi się pod łóżkiem, za ścianą i w piwnicy stworzeniami był spuścizną po babci, która przez pierwsze pięć lat karmiła swoja wnuczkę tego typu historiami, czerpiąc dziwna satysfakcję kiedy przerażona miała problemy z zaśnięciem. Dopiero śmierć babki i zatrudnienie opiekunki nie tylko położyło kres nocnemu moczeniu się, ale i pozwoliło Karolince na spokojny, niezakłócony sen.
- Zapomniałam, przepraszam. A wszystkie potwory co się czają pod łóżkiem niech odejdą precz. A kysz, a kysz, a kysz. Spij dobrze.
Dziewczynka położyła się, tuląc do siebie szmaciana, pozbawioną oka lalkę. Małgosia ponownie przymknęła drzwi, schodząc do salonu. Miała jeszcze godzinę do powrotu rodziców Karolinki. Przygotowała miskę popcornu i rozsiadła się na kanapie, jedną ręką wybierając numer swojego chłopaka.
- Cześć kochanie... dobrze... mała już śpi... tak, za godzinę kończę... o dziewiątej pod Owcą, jak zwykle?... kocham cię... pa.
Włączyła telewizor i przerzuciła kilka kanałów, szukając czegoś na czym dałoby się zawiesić oko. Lubiła tę pracę. Wprawdzie rodzice Karolinki nie należeli do najprzyjemniejszych ludzi jakich poznała, ale płacili dobrze i regularnie, a ich córka, choć nieco zbyt strachliwa, była najbardziej uroczym stworzeniem na świecie. Chociaż nikt tego nie doceniał, była dumna z pracy, którą z nią wykonała. Kiedy trafiła tu pierwszy raz, Karolinka bała się wyjść jej na spotkanie, a kiedy już, pod naciskiem rodziców wpuściła ja do swojego pokoju, cały dzień spędziła siedząc na łóżku i nie odzywając się nawet słowem. Dopiero po kilku dniach udało jej się przełamać pierwsze lody i nawiązać z nią jakikolwiek kontakt, by z czasem odkrywać jej kolejne, coraz straszniejsze sekrety. Nie mogła uwierzyć w to, co jej babcia, osoba teoretycznie bliska i kochająca, wsadziła jej do głowy. Według niej, potwory czaiły się dosłownie na każdym kroku i najmniejszy moment nieuwagi mógł skończyć się utratą zdrowia lub życia. Początkowo była przekonana, że te opowieści są wytworem bujnej, dość makabrycznej wyobraźni dziewczynki, lecz zmieniła zdanie kiedy, w pełnym zaufaniu, Karolinka pokazała jej książeczkę pozostawioną jej przez babcię. Wierszyki, tak ja nazywała. Już pierwszy wierszyk sprawił, że jej serce zaczęło walić jak oszalałe. Rymowana historyjka, prawdopodobnie napisana przez sama babcię, opowiadała o šišmišu, pokrytym szlamem stworzeniu żyjącym w lodówce, które urywało głowy dzieciom podjadającym nocami. W pierwszym odruchu chciała wyrzucić książeczkę, co spotkało się z histeryczną reakcją dziewczynki. Zgodnie ze słowami babci, codziennie musiała czytać wszystkie wierszyki by opisywane w nich potwory nie przyszły po nią i chociaż nie potrafiła czytać, przed zaśnięciem recytowała je z pamięci na tyle, na ile zdołała je zapamiętać. Była pierwszą osobą, której o tym powiedziała. Rodzice nigdy nie byli zainteresowani nią na tyle, by mogła im powiedzieć coś takiego, a nawet jeśli, nie zrobiliby nic by pomóc jej uporać się z koszmarami.
Najbardziej ze wszystkich bała się pukacza.
Według słów babci, pukacz dzieciożerca był potworem najgorszym z wszystkich. Rodził się w sercach złych ludzi. Każdej nocy, kiedy jej pijany ojciec wszczynał awantury, bijąc swoją żonę i tłukąc talerze, roztrzęsiona chowała się pod pierzynę bojąc się, że którejś nocy ojciec przemieni się w demona i przyjdzie pożreć jej serce. Dygotała, praktycznie nie oddychając, by niczym nie zdradzić swojej obecności i z ulgą witając wschody słońca, podczas których pukacz zasypiał w swojej podziemnej grocie. Małgosi do tej pory nie udało się wyrzucić go z jej świadomości. Usypianie jej było ciężka pracą. Mała nie chciała spać, żeby móc uciec przed potworem kiedy się pojawi. Rozmowy i perswazje nic nie dawały. Kończyła swoją pracę, z poczuciem porażki zostawiając zmęczoną, lecz ciągle w pełni rozbudzoną dziewczynkę, czasem błagającą by została z nią na noc. Wiele razy zbierała się w sobie by porozmawiać o tym z jej rodzicami i za każdym razem, kiedy wracali nietrzeźwi, odkładała to na później, nie chcąc stracić pracy i kontaktu z Karolinką. Matka była niewiele lepsza. Fizycznie słabsza, co mogło sprawić wrażenie, iż to ona jest ofiarą, w rzeczywistości równie agresywna co jej mąż, nieraz sama wszczynała wojnę domową o byle błahostkę. Zdarzało się, że kiedy przyjeżdżała zająć się mała, zastawała salon w opłakanym stanie i wraz z Karolinka pół dnia spędzały na doprowadzaniu go do ładu. Paradoksalnie, to były jedne z lepszych dni. Zajęta sprzątaniem potłuczonych talerzy nie miała czasu na rozmyślanie o czyhających za każdym rogiem okropnościach i zdawało się nawet, że doskonale się przy tym bawiła. Szkoda tylko, że kosztem kolejnej pełnej stresu nocy. Dzisiaj było podobnie. Kolejna, całkiem nowa zastawa trafiła na śmietnik. W weekend, jak prawie w każdy, czeka ich ponowna wycieczka po supermarketach i już niedługo następne, użyte może ze dwa razy talerze podzielą los swych poprzedników. Po raz kolejny podjęła decyzję o rozmowie, nawet jeśli miała po tym dostać zakaz zbliżania się. Wprawdzie trochę się niepokoiła o Karolinkę, o tym jak zniesie rozłąkę, lecz praca jaką z nią wykonała zaczęła dawać dobre rezultaty i była spora szansa, że nawet bez jej pomocy babcine demony nie powrócą. Spóźniali się, co zdarzyło im się po raz pierwszy. To nie by,l dobry znak. Prawdopodobnie mogła zapomnieć. o tym, by przybyli w na tyle dobrym stanie, by dało się z nimi o czymkolwiek porozmawiać. Telefon wyświetlił imię jej chłopaka, lecz rozłączył się zanim zdążyła odebrać. Będzie musiała wytłumaczyć mu swoje spóźnienie. Upłynęło kolejnych pięć minut zanim usłyszała szczęk klucza w zamku. Mężczyzna nie wyglądał najlepiej. Dotychczas nawet po alkoholu dość schludny, dzisiaj ubrany był w mocno zniszczona, dziurawą marynarkę. Krawat, urwany w połowie, zwisał bezładnie na plecach. Na rękawach marynarki dostrzegła plamy, prawdopodobnie z błota. Spodnie były w opłakanym stanie. Oberwane kieszenie, dziurawe kolana, jedna nogawka została rozdarta i wlekła się za nim po chodniku.
- Co się panu stało?
Nie odpowiedział. Zamiast tego wyjął plik banknotów i wcisnął jej w dłoń, drugą ręką wypychając ja za drzwi, kończąc rozmowę zanim zdążyła ją zacząć. Nie miała zamiaru się sprzeciwiać. Wcisnęła pieniądze za dekolt i podbiegła do swego, zaparkowanego po drugiej stronie ulicy samochodu.
Karolinka nie spała. Stojąc w oknie obserwowała odjeżdżająca opiekunkę. Wróciła do łóżka i wyjęła ukrytą pod poduszką książeczkę babci. Już od kilku dni zaniedbywała wierszyki i obawiała się, ze potwory mogą stracić cierpliwość. Otworzyła na stronie o pukaczu i zaczęła recytować.
Pukacz zjada swe śniadanie
Na dole ktoś, prawdopodobnie tata grzebał w lodówce, napychając się pustymi, niezdrowymi kaloriami, głośno przy tym mlaszcząc. Słyszała jak niezdarnie upuszcza butelkę wina, rozbijając ją o podłogę.
Pukacz głodny jest i zły
Znowu wrzeszczał bez powodu. Mamy ciągle nie było, więc prawdopodobnie krzyczał na nią. Znowu będzie bił. Zamilkła nie chcąc go denerwować. Zaczął się wspinać po schodach. Zakryła się kołdrą mając nadzieję, ze w ten sposób go zniechęci. Drzwi do jej pokoju powoli się uchyliły, a na łóżko padł długi cień. Nie chciała krzyczeć. W duchu modliła się, by odszedł, by stał się cud i uspokoił się, żeby znowu był taki kochający jak za dnia, kiedy robi jej tosty z masłem orzechowym, by był tatą jakiego kochała, a nie potworem w jakiego zmieniał się nocami. Powoli, lekko się zataczając, podszedł do łóżka, tupiąc przy tym tak, ze nawet umarłego wyrwałby ze snu.
Puk Puk
Stuk Stuk
Bum Bum

Zasłonięta kołdrą i z zamkniętymi oczami nie zauważyła noża d dłoni ojca. Pochylił się nad łóżkiem dysząc ciężko. Uderzył.
Bęc

Policja niczego nie chciała powiedzieć, lecz po długich namowach i obietnicy milczenia udało jej się poznać kilka faktów. Wczoraj wieczorem, ponownie przesadzając z alkoholem, Janusz Król wcześniej niż zwykle pokłócił się z żoną. Zamiast poczekać z awanturą aż znajdą się wśród własnych czterech ścian, urządził jej awanturę na środku ulicy. Zawstydzona i chyba doprowadzona do ostateczności, wykrzyczała w jego kierunku kilka obelg po czym, grożąc rozwodem, wsiadła do taksówki i odjechała w kierunku domu swoich rodziców. Kilkanaście minut później, kiedy już wyładował swoja złość na przystanku autobusowym, pojechał za nią. Kiedy nie chcieli go wpuścić, jakimś sposobem zdołał wyłamać drzwi i wściekle wpadł do ich mieszkania. Nie mieli szans. W amoku, nie panując nad sobą, wymordował wszystkich. Wtedy chyba zdał sobie sprawę z tego co zrobił, gdyż natychmiast wrócił do domu. Jakby nigdy nic odprawił opiekunkę i przeszedł do realizacji dalszej części planu. Po zamordowaniu córki, wiedząc, ze życie jakie znał jest już skończone, powiesił się na rosnącym w ogrodzie dębie. Ciało znalazła sąsiadka. Pod nim, na trawniku, znaleziono wyrwaną z dziecięcej książeczki kartkę z wierszykiem.

Awatar użytkownika
Milan
Straż! Straż!
Posty: 225
Rejestracja: 07 listopada 2012, 07:53

Re: [INSTANT] na trzy słowa II

Post autor: Milan » 20 października 2013, 10:21

To niniejszym pragnę poinformować,
że wygrał tekst numer dwa,
czyli ten autorstwa Mo.

GRATULACYJE!












czyli Mo stawia browarka :P

ODPOWIEDZ