UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Tytuł PROZY LIPCA
zdobyło ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee.

Serdecznie gratulujemy! :D

[instant] Konkurs na Dzień Kobiet

Tutaj znajdują się ogłoszenia o konkursach, w których minął już termin nadsyłania prac. Nic jednak nie broni, aby sobie dalej o nich rozmawiać. :)
Awatar użytkownika
wołszebnik
Posty: 1106
Rejestracja: 03 czerwca 2012, 11:09
Lokalizacja: http://www.facebook.com/joanna.gadawska?ref=tn_tnmn
Kontaktowanie:

[instant] Konkurs na Dzień Kobiet

Post autor: wołszebnik » 28 lutego 2013, 15:22

INSTANT, INSTANT, INSTANT!!!
czyli wiosenny test sprawności klawiszy, albo nowy literkowy konkurs! :D

Z okazji nadchodzącego Święta Kobiet mamy dla Was do zgarnięcia zestaw cennych nagród: zmianę barw bojowych i specjalną rangę goździka na okres dwóch tygodni!

A wszystko to za chwilę namysłu nad hasłem:

SpoilerShow
Obrazek Średni czas, przez jaki kobieta potrafi dotrzymać tajemnicy to
47 godzin i 15 minut.
... i przekucie tejże myśli w literacki tekst. :D

Śmiesznie, czy poważnie, proza, czy wiersz - pełna dowolność doboru formy. Długość - do 18 000 znaków (razem ze spacjami) tj. do ok. 6 stron maszynopisu.

Prace można wysyłać do 7 marca, jak zawsze do forumowych mend.

Powodzenia! :heart:


Ograniczenia nie mają absolutnie sztywnego charakteru, a jedynie sugerują pożądaną objętość utworów.
A tymczasem w pewnym EL (acz z pewnością nie Dorado, zbyt ubogo tamże na to), gdzie prawowstecz:
Obrazek Acz wybaczmy demokracji, Orwell rzekł, wszak nie bez racji, że to w każdej delegacji,pod gajerkiem, przy korycie, pod krawatem, pcheł poszycie...
zbieżność nazw absolutnie przypadkowa

Awatar użytkownika
wołszebnik
Posty: 1106
Rejestracja: 03 czerwca 2012, 11:09
Lokalizacja: http://www.facebook.com/joanna.gadawska?ref=tn_tnmn
Kontaktowanie:

Re: [instant] Konkurs na Dzień Kobiet

Post autor: wołszebnik » 08 marca 2013, 11:17

Zwyciężczynią konkursu jest:
Ewka

i jej tekst:

"Sekret"
. [/size]
Gratulujemy :heart: Autorkę zachęcamy do zamieszczenia utworu także w dziale z naszą twórczością oraz przesłania informacji o wybranym kolorze nicka. ;)

A wszystkich użytkowników zapraszamy do lektury:

Tytuł: Sekret. Autor: Ewka
Tego dnia Bożena obudziła się wcześnie, na długo przed tym, zanim odezwał się zaprogramowany w jej komórce alarm. Właściwie to obudziło ją wczesnowiosenne słońce. Wysłało do niej swoich emisariuszy, którzy bez żadnych skrupułów rozłożyli się na jej twarzy swoimi jasnymi, ciepłymi smugami. Przeciągnęła się, zadowolona z takiego przebudzenia. Był trzeci marca. Nareszcie! Zima wyraźnie odpuszczała i kobieta, stojąc przy oknie widziała, że z każdym dniem zaspy śnieżne, zepchnięte na skraj chodnika są coraz mniejsze. Podobnie, jak coraz krótsze były spódnice, i płaszcze kobiet na ulicach. Witała ten fakt z radością, bo jej nogi były akurat tą częścią ciała, którą bez obaw mogła eksponować. Przygotowując sobie w myślach strój na dzisiejszy dzień zawędrowała do łazienki. Po tym, jak wzięła szybki prysznic z, o dziwo, ciepłą wodą, nastawiła wodę na kawę i poszła się ubierać. Myślała, że dzisiejszy dzień z pewnością będzie szczególny. Bo to i słońce z samego rana i ciepła woda w kranie; to wszystko napełniało ją jakąś irracjonalną, prawdopodobnie bezsensowną, radością. No, ale wywołało dobry nastrój i to było najważniejsze. W pracy, gdzie spędzała normalnie osiem godzin dziennie – co najmniej osiem, nie licząc dni dyżurowych, ostatnimi czasy to było bardzo istotne.
Pijąc kawę stwierdziła, że właściwie lubi swoje zajęcie. To, co robiła miało swój cel, sens, początek i koniec. Pracowała jako asystent analityki medycznej w centralnym laboratorium dużego, wojewódzkiego szpitala. Praca nie była lekka, wymagała skrupulatnej orientacji w temacie, ciągłej uwagi, jej dużej podzielności. Poza tym była dość męcząca fizycznie – stało się godzinami przy laboratoryjnym stole lub przy maszynach – analizatorach, które, choć były w pełni zautomatyzowane, to należało ich pilnować, odczytywać bez przerwy komunikaty, w których maszyna sygnalizowała a to brak odczynnika, a to nieliniowość przebiegu badanej reakcji, to znów zanieczyszczenie rozcieńczalników, czy też błędy, wynikające z samego badanego materiału, jak lipemia*, hemoliza** i inne.
Autoryzacja wyników z analizatorów należała właśnie do asystentów, więc odpowiedzialność zobowiązywała. Bożena to lubiła. Kochała pracę na analizatorach i one też zdawały się ją kochać. Zawsze potrafiła sobie ze wszystkim poradzić – przy zawieszeniu systemu umiała tak obejść fabryczne programy, by nie narazić swojej firmy na stratę choćby pięciu mililitrów bardzo drogich odczynników. Zapisywała się na wszystkie kursy, dotyczące tej tematyki, zrobiła niedawno drugi stopień specjalizacji i właściwie pozycję w firmie miała ugruntowaną. Nikt nie próbował jej podważać. Koledzy z pracy – inni asystenci, mężczyźni(!) nieraz korzystali z jej pomocy w sytuacjach awaryjnych, czasem nawet ściągając ją z wolnego po dyżurze. Chętnie im pomagała, traktując to jako pole do nauki. Z niższymi stopniem - technikami też miała bardzo poprawne relacje. Jej solidna wiedza chroniła ją przed pułapkami, jakie na świeżo upieczonych asystentów zwykli zastawiać starsi, doświadczeni, cwani technicy, mający potem wiele uciechy z merytorycznej wpadki takiego zadufanego w sobie delikwenta. Bożenie udało się tego uniknąć i była przekonana, że jest powszechnie lubiana i szanowana a także, że każdy dobrze jej życzy. Tak w każdym razie było do dnia dzisiejszego. Tego dnia bowiem miało początek coś, co zburzyło w niej tę wiarę i napełniło goryczą, jak starą babę, choć miała zaledwie dwadzieścia siedem lat.
Ubrała się, uczesała, a raczej utargała swoje niesforne, kręcone, czarne jak heban, włosy, pewnie połowę z nich zostawiając na grzebieniu i wyszła na ulicę. Miała dużo czasu, więc postanowiła przejść się pieszo do odległego o około dwa i pół kilometra szpitala. Kiedy wyszła z osiedlowej ulicy na główną, prowadzącą do szpitala, położonego już prawie na peryferiach miasta, przyśpieszyła trochę, traktując ten spacer jako okazję do pozbycia się zbędnych kalorii, które miałyby ochotę zalęgnąć się w jej ciele w postaci tłuszczu. Szła, machając rękami, z radością witając powiewy wiosennego wiatru, który omiatał jej wysoko obnażone nogi.
- Wiosna! – myślała – nareszcie wiosna!
Z tego błogiego stanu wyrwał ją klakson samochodu. Odruchowo odwróciła się i ujrzała szarego volkswagena – garbusa. Takim jeździł jej szef – Janusz – przedmiot westchnień prawie całego żeńskiego personelu laboratorium. Istotnie on to był i już za moment garbus stał przy krawężniku z otwartymi na oścież przednimi drzwiami.
- Bożenko! Wsiadaj, zabiorę cię! – Bożena lubiła Janusza, choć denerwowała ją u niego pewna maniera lowelasa, bawidamka i podrywacza. Będąc solidnym, cenionym fachowcem mogła z powodzeniem traktować go obojętnie i tak też czyniła. Nigdy nie robiła do niego słodkich ocząt, ani nie śmiała się idiotycznie z jego wątpliwej jakości żartów. Żądała dla siebie szacunku i umiała go wyegzekwować. Choć Janusz nieraz się do niej przystawiał, to jednak jej powściągliwość zapewniała kobiecie spokój i objawy poważania z jego strony. Bożena miała świadomość, że szef ceni jej fachowość. Ona także to w nim ceniła. Znał się na pracy laboratoryjnej, jak mało kto. Zaczynał jako laborant, czyli taki posługacz do wszystkiego, niemal, jak salowa na oddziale. Potem zdobył tytuł technika, następnie magisterium, w końcu rok przed nią zaliczył drugi stopień specjalizacji. Naukowo byli sobie więc równi. Lubiła go i ceniła i, gdyby nie jego denerwujące maniery, z pewnością już dawno przyjęłaby jego zaproszenie na kolację, która nie wiadomo jak mogłaby się skończyć i z czego ona zawsze się wymigiwała.
- Dzień dobry, kochana. – Janusz, jak to on, zrobił słodkie oczy i dwornie ucałował jej dłoń. I dodał to, czego Bożena nie cierpiała – Widzę, że dziewczyny nareszcie pokazują swoje śliczne nogi. – Rzucił przy tym wymowne spojrzenie na jej uda w czarnych rajstopach, na których Bożena na wszelki wypadek już wcześniej postawiła swoją torbę. Odparowała też zaraz bezpośrednio:
- Szefie, szef patrzy przed siebie. Szef wie, co to jest molestowanie personelu? – Wiedziała, że mogła sobie pozwolić na ten ni to żart, ni przytyk. Janusz zrobił komiczną minę i westchnął teatralnie.
- Że też taka asystentka mi się trafiła! Żeby choć była brzydsza. Ale nie, ładne to takie, że nawet nagany dać nie mam serca.
- Szefie, szef da spokój. To nie ta klasa.
- Racja, racja, Bożenko. Mam nadzieję, że się nie gniewasz. W zamian za to powiem ci ekstra nowinę. Wczoraj u dyrektora słyszałem, że szykują się redukcje.
- U nas? – Zdziwiła się Bożena, bo i tak w laboratorium było już tak mało ludzi, że wszyscy robili bokami.
- No właśnie u nas też. I jeszcze szykuje się zmiana na stanowisku mojego zastępcy.
- Adaś? Nie, to niemożliwe! – Adaś był dokładnie najstarszym pracownikiem w ich gronie. Prawie czterdzieści lat temu on właśnie organizował to laboratorium. Teraz już czekał na emeryturę i decyzja dyrekcji wydała się Bożenie po prostu podła.
- A możliwe, Bożenko, na tym, najpiękniejszym ze światów, wszystko jest możliwe. Na przedostatnim dyżurze podpadł dyrektorowi. Nachuchał mu w twarz wódką i nasz wódz wezwał mundurowych. Jest protokół i Adaś ma przechlapane.
- Szkoda, bez Adasia już nie będzie to laboratorium. Nie zazdroszczę ci szefie.
- To znaczy?
- Będziesz mu musiał powiedzieć chyba?
- Na szczęście nie ja. Wódz ma to wziąć na siebie. I jeszcze Staszka planują do odstrzału.
- Staszka też? To kto tu z asystentów zostanie? Tylko ja?
- No, Staszka to może jakoś wybronię. Spróbuję. Tylko, Bożenko, to jest ściśle tajne przez poufne. Tylko tobie o tym mówię, więc wiesz…
- Szef mnie zna przecież. Jak masz wątpliwości, szefuńciu, to nie trzeba było gadać. – Bożena obruszyła się trochę, tym bardziej, że nieraz już Janusz miał okazję przekonać się o jej dyskrecji, nawet bez specjalnego napominania.
- No, dobrze już, dobrze, złotko. – Wyjął kluczyki ze stacyjki, zbierając się do wysiadania. Chwilę już stali na parkingu, kończąc tę rozmowę.
Cały dzień Bożena rozmyślała o tym, co usłyszała. Kiedy weszła do szatni, by przebrać się w służbowy fartuch, spotkała Adasia.
- Cześć, Bożenko! – Popatrzył znacząco na jej krótką spódnicę. – U ciebie już wiosna, prawda?
- Wiosna, ale po czym sądzisz w odniesieniu do mnie?
- No, bo jakoś tak skąpo już jesteś ubrana – Adaś w niczym nie przypominał Janusza. Był sympatycznym, starszym panem, który nie chciał po prostu zapomnieć o młodości. Jego żarty były delikatne i wyważone. Rozmowa z nim nastroiła Bożenę jeszcze smutniej.
- Och, ty elegancie, ostatni z wymierającego gatunku. – Pogładziła go zewnętrzną stroną palców po wygolonym policzku. – Wiesz, jak Cię lubię.
- To chyba tylko ty, Bożenko. Reszta to piranie. Zjedliby żywcem, gdyby tylko ktoś się pośliznął.
- Nie przesadzasz, panie magistrze? – zażartowała, puszczając do niego oko. Adaś odpowiedział nadspodziewanie poważnie.
- Obyś się nie przekonała, młoda.
O tych jego słowach Bożena miała przypomnieć sobie po dwóch dniach. Tego dnia praca toczyła się normalnym rytmem. Bożena pilnowała aparatów na dziale morfologii krwi, sprawdzała uzyskane dane, autoryzowała wyniki. Zaabsorbowana pracą prawie całkiem zapomniała o tym, co rano mówił jej Janusz. Nie szła nawet do dyżurki na śniadanie, więc oszczędzone jej były zwykłe, codzienne ploteczki, których nie udało się uniknąć w tak dużej społeczności. Pracowało ich troje asystentów i dziewięciu techników, do tego szef i dwie pomoce laboratoryjne. Czasem przy śniadaniu w dyżurce wrzało, jak w ulu. Tego dnia Bożenę to ominęło. Po ukończonej pracy przepłukała jeszcze i wylogowała aparaty. Tak po prawdzie to była nieludzko zmęczona. Pierwszy, tak ciepły, wiosenny dzień, osłabił ją dodatkowo. W domu wyłożyła się po prostu na kanapie. Nie miała chęci nigdzie się ruszać. Toteż na telefoniczną propozycję Jolki, koleżanki z pracy, jednej ze zdolniejszych i bardziej bystrych techniczek, odmówiła pójścia do modnej w jej dzielnicy piwiarni.
- Bożena, czego taka jesteś? Posiedzimy, pogadamy, odpoczniesz. I mam ci do powiedzenia coś super ważnego!
- No to mów. Ja nigdzie nie idę.
- To nie na telefon, Bożka. I zaznaczam: dotyczy ciebie.
- Nie, Jolka, odpuszczę sobie. Poczekam do jutra, powiesz mi rano. Jak jutro pracujesz?
- No, na rano właśnie.
- No to do jutra, cześć!
Następnego dnia Bożena przypomniała sobie o rewelacji dopiero, kiedy weszła do szatni. Szukała oczami Jolki, ale wśród przebierających się techniczek jej nie było. Pod oknem w szatni stały Gośka, Magda i Ula. Bożena miała chęć podejść i zapytać o Jolkę, ale koleżanki zachowywały się dziwnie. Szeptały między sobą, popatrując na nią jakby bojaźliwie i ze zmieszaniem. Kobieta nie lubiła plotek i sensacji, więc po prostu przebrała się i wyszła na dział. Tego dnia zaplanowano dla niej nadzór nad INTEGRĄ – wspaniałym, skomputeryzowanym i w całości swoich działań zautomatyzowanym analizatorem biochemicznym. Od wirowania materiału do wydrukowania wyników pacjenta. Praca przy nim nie była łatwa, ale Bożena lubiła INTEGRĘ. Czasem miała wrażenie, że to nie maszyna, ale rozumna istota, tak to cudeńko zostało doskonale zaprojektowane. Oczywiście nie wszystko można było na INTEGRZE wykonać. Materiał biologiczny wysoce patologiczny, wymagał sprawdzenia metodą komparatywną, w ich przypadku ręczną, co należało już do techników.
Kiedy weszła na dział biochemiczny stwierdziła, że z nią razem pracować miały dwie techniczki, które były, jak to już uprzednio zauważyła, dość bystre ale i leniwe – Gośka i Magda. Dotąd nigdy nie miała z nimi żadnych zatargów. Bez uwag zazwyczaj dostosowywały się do jej wskazówek. Dlatego dzisiaj ich zachowanie najpierw zdumiało a potem zniesmaczyło Bożenę. Podczas, gdy ona uruchamiała analizator, obowiązkiem techników było zarejestrować wszystkie próbki, do księgi działu wpisując nazwiska i imiona pacjentów, oddział i rodzaje zleconych badań. Bez tego ona – Bożena nie była w stanie zaprogramować aparatu. Gdy do końcowej kalibracji INTEGRY pozostało tylko kilka minut dojrzała, że piętnaście statywów z probówkami, po dwadzieścia sztuk w każdym, stoi nie ruszone, nie wpisane, a techniczki w najlepsze plotkują o czymś zawzięcie, rzucając jej co chwilę zaciekawione spojrzenia. Zdenerwowała się, bo wiedziała z doświadczenia, że gdy nie zaczną na czas, to ona, jako odpowiedzialna za dział będzie musiała sporo pozostać po godzinach, by dokończyć pracę. Poza tym po dwunastej rozdzwonią się oddziały, pytając o wyniki. Powiedziała, lekko zdenerwowanym tonem:
- Dziewczyny, czy my dzisiaj strajkujemy? Dajcie mi książkę z wpisami, będę programować.
W odpowiedzi na to usłyszała:
- Nie pali się! Co to, obóz pracy? – Bożena usłyszała, ale nie dowierzała własnym uszom. Magda, która to powiedziała była leniwa wprawdzie, ale zawsze dobrze ułożona i raczej grzeczna, a już szczególnie do niej – do Bożeny.
- Słuchajcie, pogadać można, ale najpierw robota. Zapomniałyście? Potem będę przez was siedziała do piątej.
Odpowiedź znowu ją zdumiała.
- Może już niedługo, pani magister. – Tym razem Gośka wysiliła się na odpowiedź.
Obie dziewczyny zachichotały i z ociąganiem przystąpiły do rejestrowania. Słuchając ich Bożena jednocześnie programowała INTEGRĘ, żeby nie tracić czasu. Nie lubiła tak tego robić. Łatwo wtedy było o pomyłkę i trudno wychwycić błąd. To nie był koniec niespodzianek na dzisiejszy dzień. Kiedy wyszła po chusteczki higieniczne do szatni, już z daleka posłyszała przeciągłe wycie aparatu. Tak zazwyczaj sygnalizował jakiś błąd. Wróciła do pracowni biegiem. INTEGRA sygnalizowała błąd próbki. Beata zapauzowała na moment aparat i wyjęła z zasobnika surowicę o wskazanym w komunikacie numerze. Sprawa była jasna: silna lipemia.
- Gosiu, rzuć to na rękę, z kompensacją – powiedziała spokojnie, podając techniczce naczyńko z surowicą. – Tylko szybciutko, żebym zdążyła jej jeszcze podstawić.
- I co, może na wczoraj? Mam tylko dwie ręce. A nie może pani magister rozcieńczyć? Tylko nam roboty dokładać?
Bożenę zatkało. To było coś niesłychanego. Nie dość, że niegrzeczne, to zupełnie nieprofesjonalne! Nie chcąc zbyt długo wstrzymywać analizatora, sama odebrała pół centymetra białej, jak mleko surowicy do osobnej, czystej probówki i wznowiła pracę aparatu. Probówkę podała Gośce z krótką uwagą:
- Przy rozcieńczaniu wyniki są nieliniowe. Proszę tu oznaczyć lipidy*** z kompensacją. – I tyle, ani słowa komentarza na temat zachowania koleżanki. Bożena nawet nie wiedziała, co mogłaby powiedzieć.
Czuła, że coś się tu działo, nie miała tylko pojęcia, że działo się wokół niej. Te ranne chichoty w szatni, potem ta niesubordynacja na dziale, to zaczynało być coraz bardziej zagadkowe. Ponieważ pracy w dniu dzisiejszym było dużo, Bożena musiała przystopować z myśleniem o wszystkim, poza badaniami. Obserwowała z niesmakiem wściekłe spojrzenia Magdy i Gośki, gdy dostawiała im kolejne próbki wysoce patologicznego materiału do wykonania metodą ręczną. Podsłyszała też kilka zagadkowych komentarzy, z którymi jej współpracownice nawet nie próbowały się kryć:
- Jaka ważna! Już zresztą niedługo będzie się szarogęsić! Ani jej ta specjalizacja nie pomoże. Paniusia jedna! A do INTEGRY to każdy może się przyuczyć. – Bożena nie wierzyła własnym uszom, tyle było jadu i złości w tych słowach. A najgorsze, że nie wiedziała, czemu to przypisać, z czym ma związek. W końcu przypomniała sobie wczorajszy telefon Jolki. Zajrzała do dyżurki. Jolka siedziała z kilkoma koleżankami z innych działów. Były pogrążone w jakiejś zajmującej rozmowie. Na widok Bożeny wszystkie zamilkły.
- Jolu, przed wyjściem zajrzyj do mnie na BIO, dobrze?
- Jak nie zapomnę. – Bożena przysięgłaby, że dosłyszała w głosie przyjaciółki irytację i zniecierpliwienie. Nie miała jednak czasu nad tym się zastanawiać, bo INTEGRA znów wyła.
Jolka jednak przyszła na dział przed wyjściem. Mogły więc chwilę porozmawiać, bo oczywiście Gośka i Magda poszły już do szatni, aby się przebrać do wyjścia – piętnasta wybiła pięć minut temu. Zostawiły Bożenę z nie skończoną pracą, nie porejestrowanymi wynikami i mnóstwem telefonów, co chwilę, z oddziałów.
- Jolka, powiedz mi co tu się dzisiaj dzieje?
- A te dwie gdzie?
- No, jak to gdzie? Poszły do domu. Od rana guzdrały się z robotą i widzisz, co jest. Jola, odbierz ten telefon, bo mnie szlag trafi. Znowu się zawiesiła – powiedziała Bożena, mając na myśli analizator.
- Bożena, noworodki pytają o bilirubinę**** tej małej, co mają ją dać pod lampę. Masz już?
- No nie! Właśnie na niej się zawiesiła. Powiedz, że mocno zażółcona surowica i muszę nastawić ręcznie. Za dziesięć minut podam im wynik. – pędziła już do lodówki po odczynniki. Następny telefon.
- Interna chce wyniki cukrów.
- Powiedz im, że zrobione, tylko nie wpisane. Niech kogoś przyślą po to. Zaraz wpiszę.
- Chcą przez telefon.
- Przez telefon? Trzydzieści cukrów? Nie mam czasu.
- To chcą chociaż ten Zagórnego Bolesława.
- Niech czekają, już szukam. O, jest. Siedemdziesiąt trzy.
- Bożenka, dyżurny z interny chce z kierownikiem pracowni.
- Słucham, Bożena Klonowicz. Tak, magister Bożena Klonowicz. Pomyłka mało prawdopodobna, ale zaraz puszczę jeszcze raz. Wiem, że czas nagli… A… no to może zasypia, bo ma za niski. Nie dostał dwa razy insuliny? Ten pacjent zawsze ma bardzo wysokie cukry, to może siedemdziesiąt trzy to dla niego za mało, wpadł w hipo***** i dlatego śpi. Proszę nie krzyczeć, ja też pana lubię. A teraz żegnam, proszę za pięć minut, będzie powtórne oznaczenie.
Jolka słuchała przemowy Bożeny śmiejąc się w kułak.
- Czemuś mu powiedziała, że go lubisz? Ty, co tu tak bulgocze?
- Bo nazwał mnie idiotką. Oż, cholera, przelewa się ze zbiornika na odpadki! Gośka nie opróżniła! Jolka dawaj tą miednicę spod biurka!
- Lecę po mopa!.
- Dobra, potem zetrzemy. Czekaj, jest wynik! Znowu siedemdziesiąt trzy u pana Zagórnego. I co, dupowaty doktorku?
Zadzwonił telefon i Jolka oddała od razu słuchawkę Bożenie. Słuchała jej odpowiedzi.
- Dokładnie tyle samo. W porządku, przebaczam panu, nie chciał pan, rozumiem. Na kawę? Nie, dziękuję. Bo już pana nie lubię. Do widzenia, bo mam moc roboty. – A do Jolki dodała:
- Zaraz pewnie się zes…
- Pomogę ci, Bożenko.
- Jola, twój mały w przedszkolu czeka, idź, jakoś poradzę.
- Zadzwonię do Zdzicha, żeby go odebrał. Zaraz wracam, bo ty sama tu będziesz siedziała do ósmej. – Bożena wiedziała, że Jolka ma rację i nie była aż tak wspaniałomyślna, by odrzucić jej propozycję. Poza tym lubiła pracować z Jolką. Przyjaciółka była bystra i zorganizowana.
Za moment zjawiła się z powrotem i obie jakoś w miarę sprawnie, tylko z dwugodzinnym poślizgiem skończyły pracę. Potem jeszcze czterdzieści minut obdzwaniały oddziały, podając wyniki.
Kiedy w końcu, zupełnie oszołomione wyszły ze szpitala, Bożenie nawet nie chciało się zaczynać żadnej rozmowy. Czuła się, jak wyciśnięta cytryna.
Jolka sama zaczęła temat.
- Pytałaś mnie, co się dzieje, tak?
- No. – Mało inteligentnie odpowiedziała Beata.
- Myślałam, że wiesz, bo jesteś w układach z Januszem.
- Jolka, nie denerwuj mnie! Nie jestem w żadnych układach! I nic nie wiem. Kumasz coś, to gadaj!
- Bożena, nie wściekaj się. Wiem tyle, co i wszyscy. Zresztą dziwne, że ty nic nie wiesz. Jak to od magistrów wyszło.
- Ale co wyszło?
- No, o tych zwolnieniach. I że tym masz polecieć pierwsza. – Jolka dokończyła cicho, z żalem patrząc na Bożenę.
- Cooo?
- Nie co, tylko tak. To one dlatego tak z tobą dzisiaj pogrywały. Jak masz iść na odstrzał, to czują się już bezkarne. Jarzysz?
- Nie, nie jarzę. A kto wam to mówił? To o mnie. Janusz?
- Nie, Janusz sam się dopytywał, o co chodzi. I od kogo to wiemy.
- A od kogo wiecie?
- Ale nie chlapniesz, że to ja ci nadałam?
- Nie chlapnę. Od kogo?
- Od Staszka. Wczoraj przyszedł do nas na dział rozanielony i tak ciebie żałował! Mówił, że jesteś najporządniejsza dziewczyna i w ogóle, że szkoda. A te małpy to zaraz podłapały i cały dzień w dyżurce wrzało. Byłam pewna, że coś słyszałaś i już do ciebie nie szłam.
- Nic nie wiedziałam, Jolka.
- I co zrobisz?
- A co mogę? Nic. Jutro rano jeszcze dorwę Janusza, może już coś będzie wiedział. – W ostatniej chwili Bożena powstrzymała się, żeby nie powiedzieć Jolce o swojej rozmowie z szefem. Jednak uznała, że najpierw porozmawia z nim sama i obsobaczy go jak sto diabłów. Tak ją wypuścić! A zresztą może on sam też nic nie wiedział? Staszek, romansujący z kadrową, może mieć lepsze informacje. Głowa jej pękała i nogi właziły w d… .
- Bożena, nie martw się. Z twoim wykształceniem znajdziesz pracę szybko, o ile to wszystko prawda, bo ja coś nie bardzo wierzę. - Bożena też nie wierzyła. Podziękowała koleżance za pomoc i pożegnała się z nią na najbliższym rozwidleniu ich dróg.
Z domu kilkakrotnie próbowała zadzwonić do Janusza, ale najpierw nie odbierał od niej połączenia, a potem, przez resztę wieczoru już był niedostępny. Zakładając, że coś wiedział o kulisach całej sprawy, Bożena nawet nie bardzo mu się dziwiła.
Następny dzień – czwartek – niewiele różnił się od środy. No, może tym tylko, że było jeszcze gorzej. Chichoty na jej widok, nagle milknące gwałtowne dyskusje, krnąbrność, niesubordynacja i brak koleżeństwa ze strony podległych jej techniczek; to wszystko trwało prawie przez cały dzień. Kiedy ubierała się w szatni do jej podłego nastroju dołożył się jeszcze Adaś.
- Bożenko, tak mi przykro.
- Czemu, Adasiu?
- No bo wiesz, to granda. Że mnie chcą wylać, to i nie dziwota. Zalałem pałę i wpadłem. Ale że ciebie chcą się pozbyć, to już zupełny idiotyzm. To ktoż tu teraz będzie pracował?
Bożena spojrzała na kolegę z wdzięcznością.
- Dzięki, Ci, Adam. Wiesz, że nie ma ludzi niezastąpionych.
- Ano nie ma.
Bożena czuła się całkiem rozbita. Zasłyszana plotka obrastała z każdą godziną w gęściejsze pozory prawdy i przyprawiała ją niemal o rozpacz. Gdyby choć tak bardzo nie oddawała się tej pracy, wtedy nie miałaby takiego żalu. Położyła się spać, niepewna, czy na drugi dzień będzie w stanie zwlec się z łóżka i pójść do laboratorium.
Rano zmusiła się jednak do tego. Zmobilizowała się, by zadbać o swój wygląd i nie przedstawiać sobą takiego całkowitego obrazu nędzy i rozpaczy. Modnie uczesana i starannie umalowana wkroczyła rankiem do dyżurki. Już od drzwi Gośka powiadomiła ją ze złośliwym uśmiechem.
- Chcesz napić się kawy, to rób, bo za pół godziny ma być generalne zebranie u szefa. – konspiracyjnie dodała z radością w oczach:
- Słyszałam, że dzisiaj mają czystki robić. Chowaj się, kto może! – Bożena zignorowała tę zaczepkę, podobnie jak i śmiech Ulki, przysłuchującej się wywodowi Gośki. Popatrzyła na grafik rozdziału pracy i poszła kalibrować INTEGRĘ, żeby nie tracić czasu.
Pół godziny minęło jej szybko i tyle, co oderwała wydruk kalibracyjny, jak Janusz zajrzał do pracowni.
- Bożenko, chodź już. Zaczynajmy, żeby nie przedłużać.
- Janusz, moment. Słuchaj, wyjaśnij mi coś.
Szef w odpowiedzi zamachał rękami i powiedział, idąc do swego gabinetu, gdzie już mieli być zgromadzeni wszyscy.
- Bożenko, nie teraz. Zaraz wszystko wyjaśnimy.
- Ale… - Nie dał jej dokończyć Bożena chciała wspomnieć, że przecież to wszystko miało być tajne przez poufne, więc co szef ma zamiar wyjaśniać przy całym gremium. Nic jednak nie powiedziała, tylko zrezygnowana udała się za nim. Spodziewała się, co usłyszy i zbierała w sobie wszystkie siły, by w miarę godnie to znieść.
Przysiadła w kąciku, na oparciu fotela, na którym siedziała Jolka. Słowa Janusza zdumiały niepomiernie nie tylko ją, ale i wszystkich zebranych.
- Moi drodzy. Na początek wspomnę o czymś, o czym wszyscy pewnie już wiecie. Słyszeliście, że w naszym zakładzie szykują się redukcje. – Janusz mówił powoli, dobitnie. Po jego pierwszych zdaniach wszystkie oczy, jak na komendę obróciły się na Bożenę. Wbrew swoim postanowieniom, skuliła się w sobie.
- Niestety, jedna osoba z naszego grona jest już zaakceptowana do zwolnienia. Nie będę mówił, która, bo nasz naczelny sobie zastrzegł to prawo. Powiem o czym innym. Otóż na ostatnim posiedzeniu Rady Szpitala ustaliliśmy, że w dzisiejszej dobie, jak sami wiecie, wciąż rosnącej konkurencji na rynku pracy, tego wyścigu szczurów, jak to ostatnio potocznie nazywają, potrzeba nam, gdy pragniemy dobić do unijnych standardów, pracowników oddanych, lojalnych i zaufanych. Nie śmiejcie się. To nie takie zwyczajne ple ple ple. Jak można wyłonić takich pracowników? Otóż to zadanie dyrektor powierzył szefom poszczególnych działów. Tu u nas padło na mnie. I przyznam się wam, że wymyśliłem pewien podstęp. Osoby, które odczuły jego skutki na sobie z góry przepraszam, ale musicie zrozumieć, że to było konieczne. Ponieważ niedługo pojawi się u nas wakat na mojego zastępcę, więc musiałem wybrać kandydata na to stanowisko. Dwie tylko osoby z naszego grona spełniały warunki: magister Bożena Klonowicz i magister Stanisław Dubajło. Oboje mają te same stopnie naukowe, podobny staż pracy i umiejętności. Musiałem więc wynaleźć inne kryterium, by ich ocenić. Myślałem długo i wymyśliłem. W mojej współpracy z zastępcą odnośnie kierowania takim molochem, pod względem przerobu, jak nasze laboratorium, bardzo ważna zdała mi się lojalność i dyskrecja. Szczególnie, że jednym z kandydatów była kobieta. Przepraszam cię, Bożenko za ten akcent szowinistyczny, ale tak myślałem, nie ukrywam tego. Mój podstęp miał na celu z tych dwojga wyłonić osobę bardziej dyskretną. Przedstawię wam teraz na rysunku, co wymyśliłem.
Janusz na kartce papieru napisał kilka liter:
S - B
A - S
B – S A
Popatrzcie, moi drodzy. Na osobności, oczywiście w wielkiej tajemnicy, powierzyłem każdemu wielki sekret. Staszkowi, że Bożenka ma iść do zwolnienia, Adasiowi, że Staszek, a Bożence, że Staszek i Adaś. I co się okazało? Otóż bardzo pilnie obserwowałem wasze reakcje przez ostatnie dwa dni i słuchałem rozmów – nie wypieram się tego. Jedyną osobą, która została z tej układanki niejako „wytypowana” do zwolnienia była Bożenka. Wiecie, że tak było, prawda? – Chętnych do potwierdzenia było niewielu, jednak większość obecnych spuściła wzrok. Bożena słuchała z otwartymi ustami. Była tak wściekła na Janusza, że miała ochotę go zabić. On jednak kontynuował:
- Jaki stąd wniosek? Bożenka nie wypaplała, bo wtedy plotkowalibyście nie o niej, a o Staszku i Adasiu. O tych bowiem wiedziała. Adaś też nie wiedział o Bożence, a tylko o Staszku, o którym do końca nie pisnął ani słowa. Któż zatem wiedział o Bożence? Tylko Staszek. Przykro mi, Staszku, nie będziemy współpracować. Nie mogę pozwolić sobie na gadatliwego zastępcę. Tym samym, pragnę poinformować wszystkich, że zgodnie z moją propozycją kandydatem na stanowisko zastępcy kierownika laboratorium zostaje niniejszym pani magister Bożena Klonowicz.
Janusz podszedł do Bożeny i złożywszy jej gratulacje, szarmancko ucałował dłoń. Po mistrzowsku udawał przy tym, że nie widzi jej wściekłego spojrzenia. Dodał jeszcze:
- A ponieważ układy z naszym wodzem mam, jakie mam, to od dzisiaj możesz już czuć się moim zastępcą, Bożenko.
Bożena po tym przemówieniu osłabła całkiem. Siedziała na poręczy fotela oparta o ścianę i patrzyła na ten cały cyrk, który rozpętał się po tym, jak Janusz przestał mówić. Teraz każdy mówił, przekrzykiwali się, po kolei składali jej gratulacje i to najgorętsze ci właśnie, którzy najbardziej jej dokuczali ostatnimi dniami. Ona obojętnie je przyjmowała, niezdolna nawet do tego, by cieszyć się z odniesionego sukcesu. Tylko przy okazji przyjmowania gratulacji od Gośki nie umiała odmówić sobie odrobiny uszczypliwości.
- Pani magister! Serdecznie gratuluję! Bardzo, bardzo się cieszę, że pani zostaje z nami. – powiedziała egzaltowanym tonem techniczka, nachylając się do Bożeny i całując ją w policzek. Ta, przytrzymawszy Gośkę za rękę, wyszeptała jej do ucha:
- Ja też, Małgosiu. Nie wiesz nawet, jak bardzo. – Gośka w odpowiedzi spiekła raka i wycofała się czym prędzej.
Kiedy Janusz ogłosił zakończenie zebrania i wszyscy się rozeszli, Bożena jeszcze chwilę siedziała na swoim miejscu bez sił. W końcu podniosła się, także zamierzając wyjść. Janusz ją zatrzymał.
- Bożenko, to co? Zadowolona? Wszystko się wyjaśniło, prawda? Jak już jesteśmy sami, to powiem ci w sekrecie, że szykuje mi się znaczny awans w bliskim czasie, więc może będziesz mogła wskoczyć na moje miejsce. Bożenko, może dasz się dziś zaprosić na kolację? W końcu jest co świętować. No i właśnie, chciałaś mi przed zebraniem coś powiedzieć. Cóż to było? Może omówimy to wieczorem? – Widząc, że Bożena bez żadnej reakcji wychodzi po prostu z gabinetu, zawołał za nią:
- Bożenko, to co z tą kolacją?
Nie wytrzymała. Odwróciła się gwałtownie i ze złością spojrzała mu w oczy.
- Powiem ci coś w największym sekrecie, szefie. Spadaj! - Wyszła z gabinetu dziarskim krokiem. Nie była tylko pewna, czy Janusz dojrzał jej wystawiony środkowy palec w opuszczonej ręce.
Przypisy:
*lipemia tu: surowica pacjenta, przesycona ponad normalny zakres związkami tłuszczowymi, w wyglądzie, jak mleko, czy nawet gęsta śmietana
**hemoliza - uszkodzenie (przeważnie mechaniczne) krwinek czerwonych, najczęściej przy obróbce materiału badanego typu: wirowanie
***lipidy - wielkocząsteczkowe związki tłuszczowe w surowicy krwi
****bilirubina -pomarańczowoczerwony barwnik żółciowy ssaków, składnik surowicy krwi
*****hipo - tu: hipoglikemia, niedocukrzenie - za niski poziom glukozy we krwi
A tymczasem w pewnym EL (acz z pewnością nie Dorado, zbyt ubogo tamże na to), gdzie prawowstecz:
Obrazek Acz wybaczmy demokracji, Orwell rzekł, wszak nie bez racji, że to w każdej delegacji,pod gajerkiem, przy korycie, pod krawatem, pcheł poszycie...
zbieżność nazw absolutnie przypadkowa

Awatar użytkownika
czarownica

Re: [instant] Konkurs na Dzień Kobiet

Post autor: czarownica » 08 marca 2013, 12:28

Bardzo, bardzo wszystkim dziękuję! można rzec, że czuję się niezwykle zaszczycona *kłania się nisko i :tanczy:
Pozdrawiam serdecznie :heart:

ODPOWIEDZ