UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!



Zachęcamy do głosowania na TEKST WRZEŚNIA oraz w INSTANCIE

*** [gruntowna redakcja]

Tekstów nie ma, zostały same komentarze
Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Nie po drodze

Post autor: Kruffachi » 12 czerwca 2017, 10:01

Od dobrych paru dni nie ma odzewu, więc napiszę chociaż tyle, ile zdążę do porannej herbaty, a resztę Ci po prostu powiem.

Więc tak, zdołowała mnie ta wstawka, ale zupełnie inaczej, niż się spodziewałam, choć po głębszym i dłuższym zastanowieniu w pewien sposób tak. Ale jednak nie. Tzn. spodziewałam się jakiejś analogii do najmocniejszych do tej pory scen w klubie, jakiegoś ostrego łupnia, ale nic mnie aż tak mocno nie walnęło, natomiast pewna symetria jest. Wtedy odsłoniłaś Wolfa w jego najpodlejszym wydaniu, teraz odsłaniasz Adama, choć oczywiście musi to robić inne wrażenie ze względu na narrację, bo tam było od wewnątrz, tu od zewnątrz. Widzę symptomy rozpadu tej przyjaźni i przerażające jest to, dlaczego się rozpada. Przerażające i prawdziwe, nie da się ukryć. Podchodzisz do drugiego człowieka tak blisko, jak zawsze chciałeś podejść, i nagle się okazuje, że to ktoś inny. Jasne, nie zawsze to jest takie drastyczne, ale ten mechanizm, on po prostu boli. A nawet bez niego obraz każdego z osobna jest przerażający. Jak oni mają sobie, kuźwa, pomóc? Dwóch na wskroś przeżartych chorobą ludzi? A jeszcze straszniejsza jest wizja, że gdyby dołożyć im teraz kogoś zdrowego, to pociągnęliby go za sobą. To jest po prostu wir i z jednej strony oni są sobie tak potrzebni, a z drugiej, jedynym sensownym wyjściem wydaje się rozdzielenie ich i przesadzenie na inne grządki. Mogłabym się tu powtarzać w kwestii tego, co już pisałam o sposobie portretowania przez Ciebie uzależnień i depresji. Motyw Szatana i rozmów z Szatanem mnie przygiął. I ten moment, w którym Wolf - gwałtowny, agresywny Wolf - nawet on orientuje się, że nie jest już sobą, że starły się hamulce i właściwie nie wie, jak zawrócić. Scena z gwoździami, jak dobrze, że nie napisana literalnie, że zostawiona domysłom. Nie wiem, jak zareagowałby Adam, gdyby się dowiedział - on, już teraz po prostu przerażony życiem. Już teraz bojący się Wolfa. I mam taką myśl, czy jego właśnie to do Wolfa teraz nie ciągnie - nie tyle nawet ochrona przecież, co to poczucie obcowania z niebezpiecznym, chwiania się na krawędzi. Ale tu też może się okazać, że kiedy wyjdzie na jaw, jakie jest to w istocie niebezpieczeństwo, przestanie być tak atrakcyjne i pociągające. Kurde, i Elwirka. Jej zachowanie. To, jak zmieniła koszulkę i rajtki, jak sobie po dziecięcemu, w absurdalny z punktu widzenia dorosłego sposób usiłuje radzić z sytuacją. To mi dało po nerach chyba najbardziej w tej wstawce. Nie gwoździe, nie obraz Adama, nie tracący granice Wolf, a właśnie Elwira. Kolejny szalenie intensywny kawałek tekstu, po którym mam w głowie za dużo myśli i obrazów.

Maleńki zgrzyt, bardziej odczucie może - symbole i hasła towarzyszące Wolfowi są już mocno zakorzenione, ale nadal pojawiają się z równą częstotliwością, co na początku. Chyba już trochę niepotrzebnie. Czytelnik, a przynajmniej ja, wie, dokąd powinny zmierzać skojarzenia.

Tyleż. Resztę Ci powiem, nie wahaj się pytać. Po prostu jak nie dziś, to najwcześniej po 23...

EDIT

A, zapomniałam! Tytuł! Moment, w którym pojawia się tytuł, mnie zmiótł.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 481
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Nie po drodze

Post autor: Krin » 12 czerwca 2017, 16:42

Żyjesz jeszcze tylko dlatego, że musisz skończyć ten tekst. Potem dostaniesz wyrok za zabicie Adama i ten wyrok jest już w tym momencie podwójny, bo coraz bardziej porusza mnie ta postać i ta jego autodestrukcja. Zwłaszcza gdy patrzę na niego z perspektywy Wilków jest mi smutno, bo stał się chyba tym wszystkim, co niegdyś odrzucał, swoimi rodzicami szczególnie, którzy uważali Wolfa za najgorszą mendę tak jak on będzie go uważał w Wilkach.

Zupełnie inaczej niż Kruff diagnozuję problem niszczący ich przyjaźń. Mnie, jako czytelnika mocno emocjonalnie angażującego się w tekst, najbardziej boli ta ich wzajemna nieszczerość, szczególnie Wolfa, który udaje zupełnie innego człowieka niż jest w istocie. Bo dla mnie - choć Kruff się śmiała, proszę to zapisać - Wolf jest głęboki i tak naprawdę wewnętrznie dość delikatny. Dotknęły mnie mocno wspomnienia jego dzieciństwa, powtarzanie przez matkę, że zniszczył jej życie, uraz do pasów i historia z pisaniem kartek do babci o tym, że jest najwspanialszą osobą na świecie, pewnie pierwszą, która naprawdę go kochała. Gdyby nie był wrażliwy na tym punkcie, nie ubodłoby go tak mocno zachowanie babci, kiedy go nie rozpoznała.
Widać to też w jego związkach, które są... jakie są. Dla mnie Wolf jest mocno spaczony emocjonalnie.

Tak sobie myślę, że oni się znają dobrze, ale powierzchownie, tylko na tym poziomie na jakim są w stanie się otworzyć, a ta najgłębsza warstwa, gdzie kryją się najgorsze problemy i którą należałoby uleczyć pozostaje dla nich niedostępna. Adam niby taki mądry, taki Pan Czytam W Myślach, ale nie widzi, co się dzieje z Wolfem.

Do tego wszystkiego doszła jeszcze Babcia Krysia (jednak masz potrójny wyrok śmierci, bo zabiłaś również Babcię Krysię, a to wspaniała postać jest) i jej "tak jak z Sylwią", które utwierdza mnie w przekonaniu, że coś między tą dwójką jednak będzie. Wspominam przy tym również wypowiedzi Marii oraz strach Wolfa przed przenocowaniem u siebie Rolfa. Bo w ogóle skąd Babcia Krysia na to wpadła? Już nie wspomnę, że nieustanne seksualne aluzje tych dwóch postaci rzucane między sobą dowodzą, moim skromnym zdaniem, pewnej obsesji. Z czego rysuje się jeszcze smutniejszy obraz Adama w przyszłości, który zdaje się odrzuca również to. A i Wolf wydał się strasznie dotknięty opinią babci, bo tak to by chyba dalej cisnął bekę.

Wracając do Adama, nie wiem czy przeoczyłaś, czy może wyjaśnienie czeka na właściwy czas, ale chyba nie powiedziałaś, czemu w zasadzie przestał brać leki. To się ogólnie często zdarza podobno, że ludzie przestają brać leki, bo przecież im się wydawało/już jest dobrze/to wstyd we wsi/to niezdrowe, jednak fajnie by było wiedzieć, co na Czachowskiego tak podziałało.

I ta bezradność Wolfa też jest bardzo prawdziwa, bo niby według logiki powinien wziąć Adama za fraki i go zawlec do lekarza, nim sobie zrobi prawdziwą krzywdę, ale tak to już bywa, że ludzie się czają i czają i jak Wolf tylko obserwują rozwój wypadków.

Jak zwykle nie napisałam pewnie wszystkiego ważnego, co mi przyszło do głowy, ale pytaj, pytaj, o co zechcesz. Nie komentuję, bo ja po prostu pochłaniam ten tekst i mam problem, żeby uporządkować w głowie wszystko, co mi przyszło do głowy.

A skoro komć już gotowy, czekam na ciąg dalszy :P (I hej, nazwałam cię zbójem z miłości :heart: )
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Nie po drodze

Post autor: Siemomysła » 29 czerwca 2017, 08:57

Hej.
To ja. Mistrz głupiego zgrywu i niepotrzebnych komentarzy. Nie. Może nie. To pierwsze to chyba nawet nie ja. Uch. Piekielnie dobry tekst napisałaś/piszesz. I jest taki czysty. Człowiek musi się namęczyć zanim namierzy jakąkolwiek literówkę. Przeczytałam ciągiem. Zajęło mi to trzy dni jeśli wciąż umiem liczyć. Zastanawiam się teraz czy to nie był błąd, czy jednak nie powinnam czekać na wszystko. Wszystko.
To tekst, który robi krzywdę i nie można przestać. Uzależnienie. W pewien sposób przerażające jest jak absolutnie wiarygodnie opisujesz pewne rzeczy. Jak trafiasz. Mechanizmy, które rządzą relacją. Poszukiwanie winy/winnych dla ratowania siebie.
To jak grasz melodią tekstu, długością zdań, akapitami. Jak mnie-czytelnika topisz, wbijasz pod wodę i w odpowiedniej chwili pozwalasz dopłynąć do powierzchni, po jeden zbawienny oddech, a potem znów łeb w dół. Niby wszystko już wiem. Niemal od początku, a nawet od Wilków. Ale co z tego. Skoro i tak się cały czas boję. Boję się tego, co musi nadejść.
Dostałaś marginesy. W tej chwili naprawdę nie jestem w stanie nic z siebie wykrzesać ponad to, co napisałam. Może po wszystkim. Po całości.
Dziękuję i przepraszam.
Możemy uznać, że napisałam "komentarz", żeby dostawać powiadomienia o kolejnych wrzutkach?
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 134
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Re: Nie po drodze

Post autor: nuklearna_wiosna » 01 sierpnia 2017, 17:21

Myślałam nad tym komentarzem straszliwie długo, ale właściwie nic nie wymyśliłam. Przynajmniej nic, co mogłoby sprawić, że nie będzie chaotyczny i bezsensowny. Przyswoiłam naraz sporą partię tekstu, bo w sumie całego młodego Wolfa, no i też odczekałam swoje. Miałam szczery zamiar napisać komentarz od razu, nawet próbowałam się zmusić, ale nie wyszło, więc nie pozostało mi nic innego, jak dać sobie czas i poczekać cierpliwie, aż wrażenia same zechcą się łaskawie ze mnie wylać. Biorąc to wszystko pod uwagę, skupię się raczej na ogólnym odbiorze całości, nie na poszczególnych scenach, chociaż do niektórych się będę oczywiście odwoływać.
Na początek powiem Ci coś, czego nikt inny Ci o „Nie po drodze” prawdopodobnie nie powie, a mianowicie że dla mnie ten tekst jest przyjemny. To jest moja pierwsza myśl, jak go tak po tych paru tygodniach przywołuję w pamięci. I nie, jeszcze nie oczadziałam, przynajmniej nie do końca. Już wyjaśniam. Nie chodzi mi bynajmniej o fabułę i szeroko ujętą problematykę, bo tam, faktycznie, nic przyjemnego nie ma. Raczej mam na myśli to ogólne wrażenie, że dobrze mi się czytało. Czułam, że opowiadasz mi jakąś historię, a świat się wokół niej miękko układa, dopasowuje się do niej. I jakby mnie tak ktoś spytał, ni z tego, ni z owego, czy tam były w ogóle jakieś opisy, to powiedziałabym, że yyy, noo, tak właściwie, to... yyy nie wiem. A przecież jeszcze w tej chwili widzę zupełnie wyraźnie te wszystkie miejsca, ludzi, całe sceny – od zimowego ogrodu Czachowskich, poprzez klatkę, dom babci, klub, ulice, po las z choinkami i salę gimnastyczną. Specjalnie przed napisaniem tej części komentarza nie zaglądałam do tekstu, żeby mieć pewność, że wszystko to, co teraz przywołuję, to echa tamtego czytania sprzed kilku tygodni. A przecież nie miałam ani przez chwile wrażenia, że wtłaczasz mi opisy do gardła, przeciągasz prezentację scenerii.
To właśnie jako pierwsze mi przychodzi do głowy, jak myślę o „Nie po drodze”. Taka harmonia językowa, przyjemne poczucie, że Ty swobodnie opowiadasz, a obrazy w mojej głowie rozkwitają ochoczo.

Inaczej ma się sprawa z kompozycją. Tu mam trochę problem, bo sposób, w jaki prezentujesz sceny, wydaje mi się trochę chaotyczny i poszarpany. Wiem, że przedstawiasz momenty kluczowe, bo opisywanie każdego dnia, że Wolf wstał, podrapał się po jajach, poszedł kupę i tak dalej, byłoby bez sensu, ale jednocześnie ta kluczowość po pewnym czasie zaczęła mnie trochę przytłaczać. Wybierasz z życia Wolfa najmocniejsze akcenty, a to, co pomiędzy nimi, jest jak białe plamy. I cały czas mam wrażenie, że czegoś nie dostrzegam, nie mogę uchwycić całości, spójności, jakiegoś realistycznie ukazanego rytmu życia, a dostaję tylko urywki wyselekcjonowane tak, żeby jak najbardziej zagrać na emocjach.
Może mniej by mnie to waliło po oczach, gdybyś połączyła to wszystko ze sobą inaczej niż tylko osobą Wolfa. Ale niewykluczone, że tego się nie da tak zrobić ze względu właśnie na charakter bohatera, który każdy aspekt swojego życia trzyma jakby w osobnej przegródce i nie pozwala im się wymieszać – nawet we własnej głowie. Poznajemy wydarzenia z jego perspektywy, a on bardzo precyzyjnie rozdziela światy, między którymi się porusza. Kiedy zamyka za sobą drzwi domu babci, mam wrażenie, że babcia i wszystko, co z nią związane, zupełnie znika. Wolf idzie na salę gimnastyczną i w tej chwili istnieje tylko trening, ale jak się kończy, to nie ma już potem miejsca na żadną myśl o nim, sala się rozmywa i dwie sceny później o niej zapominam. Masz jakby kilka mikroświatów, które się ze sobą nie łączą, a bohater między nimi skacze. Tak to jakoś widzę od strony kompozycyjnej.
No i co z miejscami i ludźmi, do których Wolf nie wraca? Tak jak z salą, czy z akademikiem? To były pojedyncze sceny, które miały coś pokazać. Zwłaszcza trening sporo mi powiedział o Wolfie, o jego stosunku do agresji własnej i innych, ale... No właśnie, co dalej? Nawet nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek tam poszedł, a co dopiero mówić o jakimś rozwoju relacji z ludźmi z drużyny. Trochę tak, jakbyś pokazała to, co chciałaś, żeby czytelnik zobaczył, i dała sobie spokój z całym wątkiem, ot tak. Podobnie z akademikiem, choć o chłopakach stamtąd jeszcze gdzieś tam później przelotnie wspominasz, to nie odgrywają jak na razie żadnej roli.
Scenerie pojawiają się i znikają, kiedy bohater je opuszcza. Ludzie pokazują się tylko na chwilę, żeby zrobić tło i rozpływają się w niebycie, kiedy nie są już potrzebni... Zastanawiam się, na ile to postać Wolfa wymusiła taki zabieg. Bo nie wykluczam, że on może postrzegać świat i swoje życie właśnie w ten sposób, co nie zmienia faktu, że czasem mam wrażenie jakiejś takiej papierowości i czuję się, jakbyś mnie prowadziła za rękę skrótem przez najważniejsze rzeczy, które powinnam szybko zobaczyć, przyswoić i zapamiętać, bo już nie wrócą.
Mam nadzieję, że jednak wrócą.

Teraz powoli do najważniejszej kwestii, o czym to właściwie jest. Dla mnie ten tekst jest o ludzkiej słabości ukazanej na tak wielu poziomach, że to aż przerażające. Nie ma tam ani jednej osoby, która miałaby wystarczająco dużo siły, żeby zrobić coś dobrego, coś, w gruncie rzeczy, prostego – otworzyć się, porozmawiać, wyciągnąć rękę, powiedzieć prawdę. To się wszystko łatwo mówi, ale zrobić znacznie trudniej, tutaj to widać. Prościej jest kłamać, ranić, milczeć. A konsekwencje bywają opłakane.
To jest też tekst o okrucieństwie, będącym konsekwencją słabości. Bohaterowie nie umieją normalnie się ze sobą komunikować. Ranią się i obrażają, mówią sobie rzeczy, po których w zasadzie nie powinni już wcale chcieć ze sobą gadać. To mnie zresztą trochę dziwi. Że te mocne słowa, które między nimi padają – między Wolfem a babcią, między Wolfem a Adamem - nie mają później żadnych konsekwencji, relacja trwają tak, jak trwały. Adam mówi Wolfowi, że się go brzydzi i idą wybierać choinkę. To jest dla mnie trochę abstrakcyjne. Ale może o to chodzi. Może tylko w ten sposób są w stanie ze sobą rozmawiać. Nawet „dobre uczynki” są tutaj okrutne. Wolf broniąc Adama, poważnie okalecza ludzi, chcąc chronić swoich bliskich brnie coraz głębiej w bagno. Łatwiej mu w taki sposób okazać uczucia, niż cokolwiek powiedzieć wprost, szczerze i na poważnie.
Wszystko to jest tragiczne, a im bardziej „głupkowata” i pozornie komiczna scena, tym zimniejszy dreszcz mi przechodzi po plecach, bo wiem, że to się nie powinno dziać, że to jakiś upiorny teatr, w którym maski przyrosły aktorom do twarzy i już żadna ludzka siła ich stamtąd nie zdejmie.

Może dlatego bohaterowie tam dla mnie jedna wielka niewiadoma i często mam wrażenie, że permanentnie przeczą sami sobie i zachowują się strasznie dziwnie i nielogicznie – bo grają, zmieniają się, jak kameleony, dopasowując się do konkretnej sytuacji.
Robi tak Adam, gdy krzyczy na Bogu ducha winną panią Łucję, gdy ukrywa swoją rozpacz pod maską creepowatej upiorności (ten toast za przyjaźń!), nawet, gdy mówi Wolfowi te wszystkie okropne rzeczy. Nic z tego nie jest prawdziwe. Prawdziwa jest choroba, o której Adam wspomina niewiele, Wolf nie dopytuje, nie podejmuje tematu, nawet, jeśli coś tam sobie myśli, to nic z tego nie wynika, udaje, że nie widzi. Raczej oczywiste, że przyjaciel tak by się nie zachował. W drugą stronę to działa podobnie – Adam jest świadomy tego, co się dzieje z Wolfem, ale unika tych kwestii, a kiedy już coś wypłynie, Wolf natychmiast ucina konwersację. Dlatego ich wszystkie sceny z nimi - rozmowy, picie, akcja z choinką, czy wspólne święta, wydają mi się sztuczne. Nie bo je sztucznie napisałaś, ale dlatego, że to tylko taka bańka, nadmuchana nad tym, co najważniejsze, żeby to się czasem z tej bańki nie mogło wydostać.
Co mnie prowadzi do wniosku, że ci dwaj bohaterowie nie są przyjaciółmi. Ich relacja nawet się nie zbliżyła do tego, co się powszechnie uznaje za przyjaźń. Żaden nie wpuszcza drugiego do swojego świata. Obserwują się wzajemnie, coś tam może i widzą, ale niewiele wiedzą, a już na pewno nie chcą nic z tą wiedzą robić. Za to powiedziałabym, że Wolf ma na punkcie Adama dość silną obsesję i trudno mi powiedzieć, skąd się ona wzięła. Może to zresztą nieważne, obsesja nie musi brać się skądś, po prostu się rodzi i trwa. I tak to tutaj wygląda. Ta obsesja pcha Wolfa coraz głębiej w świat przemocy – nie dość, że boi się odejść z przestępczych kręgów, bo ktoś mógłby skrzywdzić babcię i Adama, to przecież jest tylu ludzi, których trzeba skatować w zemście za Czachowskiego... Samo przebywanie z kolegą też mu szkodzi. Musi słuchać tych wszystkich przykrych słów, których Adam mu nie szczędzi, a do tego jeszcze pogrąża się razem z nim w otchłani jego szaleństwa. Wydaje mi się, że Wolf nie rozumie choroby Adama i może, przynajmniej po części, stąd ta jego fascynacja właśnie wynika. Inne rzeczy w swoim otoczeniu Wolf jako tako pojmuje, nie są zresztą zbyt skomplikowane, tylko Adama nie może rozgryźć do końca i to go pociąga. Kruff, pisząc o tym, jak Wolf miał wreszcie okazję zobaczyć Adama takiego, jakim jest naprawdę, odczuła to tak, że się zawiódł, że liczył na coś innego – na kogoś innego. Ja nie miałam takiego wrażenia, wręcz przeciwnie. Nowe obserwacje pomogły mu po prostu wznieść tę relację na jeszcze wyższy poziom posrania. Im jest trudniej i dziwniej, tym on się bardziej wkręca – w picie, ćpanie, w przemoc, w Adama – we wszystko.
W tym momencie chyba zaczynam rozumieć, dlaczego został księdzem. W końcu dochodzi się do miejsca, skąd nie ma już „normalnego” odwrotu, ot tak, po prostu. Potrzeba czegoś więcej. No i powoli też widzę, czemu to ich spotkanie po latach było takie tragiczne, jakie emocje mogło w każdym z nich wyzwolić i dlaczego.

Innych postaci nie ma tutaj zbyt wiele. Nawet, jeśli się przewijają, to tylko przelotnie, jak już pisałam na początku. Chociaż wydają się dobrze zarysowane i całkiem obiecujące, to po chwili gdzieś się rozmywają.
Na pewno zwraca uwagę babcia Krysia, której jest mi, jako czytelnikowi, po prostu żal. Potrafię sobie wyobrazić jej strach o Wolfa i smutek związany z tym, że traci jedyną bliską sobie osobę. Bo co z tego, że Wolf zapewnia, że nie odejdzie, skoro przecież odchodzi. Nie trzeba się wcale oddalić fizycznie, żeby odejść. Myślę, że babcia chciałaby mu jakoś pomóc, ale przecież nie ma szans, skoro zupełnie nie wie, co się z nim dzieje.
Natomiast największymi enigmami tego tekstu są dla mnie w tej chwili Remik i Elwirka. Remika zupełnie nie rozumiem, bo wydaje się być w tym wszystkim pozytywną postacią, troszczyć się o Wolfa, a jednak też nie widzi (czy nie chce widzieć?), co i jak. Przecież sam moment, gdy poznał dwunastoletniego Wolfa łojącego piwo w parku, powinien mu zapalić lampkę alarmową, że oho, oto nie ma do czynienia z grzecznym chłopcem. I jeśli przez cały okres dorastania Wolfa faktycznie gdzieś tam był, miał go na oku, to nie ma możliwości, żeby tak zupełnie, totalnie o niczym nie wiedział. A zakładając, że coś tam wie, można się oczywiście zastanawiać, czemu nie próbuje pomóc, ale to da się wyjaśnić na milion sposobów – może wie za mało, może nie czuje się aż tak za Wolfa odpowiedzialny, może, jak ktoś tu wcześniej sugerował, nie jest wcale dobrym gliną. Okej, tylko czemu, na litość boską, powierza mu własną córkę? Jeśli jest świadomy, że coś niedobrego dzieje się z Wolfem, czy nie powinien być bardziej ostrożny? Rozumiem, że chce mu okazać zaufanie, al czy musi to robić kosztem swojego dziecka? Troszkę go nie ogarniam i bardzo jestem ciekawa, kim on właściwie jest, co wie i o co mu chodzi.
Co do samej Elwiry, ja tu trochę widzę dwie Elwiry – tę paskudną małą parówę z palcu zabaw i względnie normalne dziecko ze sceny w mieszkaniu. Nie do końca ten zabieg rozumiem. Z początku Elwira jest faktycznie koszmarna i wydaje się, że Wolf jej nie trawi, a potem cała ta relacja, którą zbudowałaś, bierze w łeb, bo okazuje się, że właściwie to wcale nie tak i w sumie to się całkiem lubią i nieźle się razem bawią, oczywiście dopóki Wolfowi nie zaczyna odwalać. Nie umiem sobie wyjaśnić, czemu to tak. Jeszcze gdybym okropność Elwiry znała tylko z relacji Wolfa, pomyślałabym, że może miał zły dzień, czy coś, ale przecież ją pokazujesz i widzę, że ona naprawdę jest okropna. A potem już nie jest. Dziwne. Dalej w ogóle okazuje się, że od dawna byli ze sobą blisko, Wolf jej czytał na dobranoc, spał z nią w łóżku, pocieszał i w ogóle. Więc po co ten pierwszy mocny akcent z tym całym „nienawidzę jej, od kiedy się urodziła”?

Bardzo jestem ciekawa, co będzie dalej. Bo wyraźnie Wolf jest w złym stanie, nie panuje nad sobą, wrócił do pomagania bandytom w załatwianiu porachunków, traci kontakt z babcią, prawdopodobnie ma przesrane u Remika... Czy to to dno, od którego podobno trzeba się odbić, żeby było lepiej? Adam za to coraz bardziej pogrąża się w chorobie, towarzystwo Wolfa mu nie pomaga, a innej bliskiej osoby wydaje się nie mieć. Wszystko nieuchronnie pędzi ku katastrofie. Tej, która nastąpi dwadzieścia lat później, to na pewno, ale mam wrażenie, że po drodze będzie jeszcze dużo różnych katastrof.
Nie powiedziałabym, że lubię Twoich bohaterów, bo nie wzbudzają we mnie sympatii, ale są tak po ludzku pogubieni, mam takie poczucie, że to może być ktokolwiek, ludzie z bloku obok, ktoś, kogo mijam codziennie w drzwiach klatki, może ktoś, kogo przelotnie znam i przez to w takim oczywistym odruchu im kibicuję. Chciałabym, żeby się z tych swoich toksycznych uwikłań wyplątali i mogli wreszcie spokojnie odetchnąć.
Czasem mam wrażenie, że trochę za bardzo walisz po oczach całą tą ciężkością, okrucieństwem i cierpieniem i momentami wpadasz w patetyczny ton, jakbyś koniecznie chciała nadać różnym rzeczom Znaczenie (takie właśnie, przez duże „Z”), jak choćby ostatnie zdanie wypowiedziane przez Elwirkę, którego normalnie żadne dziecko nie zakończyłoby wyliczanką, bo to zbyt gorzko-ironiczne, jak na sześciolatkę. Ona już zapomniała o tej zabawie „w języki”, teraz się chowa, boi, i raczej ostatnią rzeczą, o której myśli, jest wbicie Wolfowi takiej całkiem dorosłej szpili. Że jej brat go zabije, okej, mogła powiedzieć, ale już końcowe „ein zwei drei” brzmi jak zupełnie niedziecięca okrutna, zimna złośliwość. To puenta, kropka nad „i”, której potrzebowałaś bo ładnie zamyka scenę i nadaje jej większy ciężar. Miałam jeszcze parę takich miejsc, ale nie będę ich tu może wszystkich wypisywać, bo nigdy nie skończę, a Ty skiśniesz zupełnie w oczekiwaniu.

Dla mnie „Nie po drodze” to dobry kawał obyczaju, który jest dobry, bo Ty go piszesz. Normalnie sama historia by mnie nie urzekła, ale, tak, jak wspomniałam na początku, lubię sposób, w jaki malujesz słowami. Odbieram ten tekst wszystkimi zmysłami, wsiąkam w świat i płynę przez niego, nie mając nawet potrzeby zastanawiać się nad środkami, jakich używasz. Wydaje się, że przekazujesz mi obraz telepatycznie i nie czuję się wcale, jakbym czytała, nie wkładam w to czytanie żadnego wysiłku, nie zmuszam się, by widzieć. Bardziej to przypomina oglądanie filmu, gdzie obrazy po prostu się pojawiają, a ja je śledzę. Ta plastyczność jest, w moim odczuciu, największą zaletą tego tekstu.
Jeśli chodzi o emocje, najbardziej chyba działa na mnie relacja Adama i Wolfa rozumiana właśnie nie jako przyjaźń, a jako obsesja i uzależnienie, zwłaszcza ze strony Wolfa. Cały brud, okrucieństwo i plugastwo ukazane w tym tekście, traktuję jak wszystkie inne brudy, okrucieństwa i plugastwa. Takie rzeczy się dzieją i musiałam się nauczyć z tą myślą żyć, żeby nie umrzeć z rozpaczy. Takie rzeczy się dzieją i nie są przyjemne, więc akurat dosadność scen w klubie, czy w ogóle scen przemocy, nie sieka mnie chyba tak, jak powinna, bo po prostu wiem, że tak to właśnie wszystko wygląda i nie pokazujesz mi niczego, czego nie byłabym świadoma. Natomiast problemy z komunikacją, z wzajemnym porozumieniem, wydają mi się ciekawsze, bo bardziej indywidualne. Oczywiście nie sposób ich rozpatrywać całkowicie w oderwaniu od tych scen, które mi „nie robią”, w każdym razie bardziej działa na mnie to, co pokazane subtelniej, albo nie pokazane wcale, a jedynie zasygnalizowane.
No i oczywiście brawa za doskonałe sportretowanie uzależnienia od narkotyków i stanów z tym związanych. Ciśniesz przez cały tekst bardzo mocno, Wolf jest ciągle naćpany, albo ma zjazd i go telepie i powiem Ci, że czułam się wykończona razem z nim, w tym dobrym znaczeniu tego słowa.

Także pisz nam dalej i wrzucaj, bo będę czytać!
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Nie po drodze

Post autor: Kanterial » 01 sierpnia 2017, 22:39

Odpisuję, bo czuję, że muszę odpisać.

Tak na wstępie, zanim zacznę esej, chciałam cholernie, cholernie podziękować. W pierwszej kolejności Joi, dla której pisałam ten tekst przez dziesięć miesięcy, bo była moim jedynym odbiorcą i tak naprawdę nie doradzała niczego - jedynie mnie chwaliła. Dzięki temu nie wpłynęła na "Nie po drodze", nie wstrzymała lawiny emocji i pozwoliła mi wylać się totalnie, co z jednej strony doceniam, z drugiej przeklinam. Ten tekst powstawał zupełnie bez jej uwag czy krytyki, a jednak go czytała, dopingowała mnie i była jedynym powodem, by pisać. Więc dziękuję za każde "kiedy dostanę Wolfa?" na gg co trzy dni od września 2016. Dalej: dziękuję wam, laski, które z prędkością błyskawicy rzucały się na wstawki, które zamieszczałam. Kruffachi, tobie zwłaszcza za natychmiastowy odzew (pewnie wiesz, jak źle znoszę brak odzewu i jak się bez sensu nim dobijam), w sumie trochę mi wstyd, że może stwarzałam na tobie jakąś presję mimowolnie i bezwiednie. Dawałyście mi sygnały, że od początku czytacie, Kili, Krin, Wiosno, Siemomysło, a ty, Mono, dołączyłaś później i bardzo mnie zmotywowałaś, nie umiem opisać jak. Jestem wdzięczna za wszystkie rzeczy, które miałyście siłę mi wypisać (zwłaszcza doceniam to, co może wydawało się oczywiste, ale czego nie pominęłyście) i za uwagi, choć było ich tak niewiele, myślę, że przez moją żałosną psychikę, która sobie z uwagami średnio radzi pod zasłoną pozera i swagu, a o czym pewnie większość z was i tak wie. Może nie wszystkie zwróciłyście uwagę, ale jest ogromny rozstrzał w waszym odbiorze - co cieszy mnie niezmiernie, jara i trochę nakręca - od takiej wręcz pobłażliwości dla chłopaków (Siem) przez branie ich z miłością (Krin, Mono) próby rozgryzienia i zrozumienia na chłodno w wykonaniu Kili czy takiego charakterystycznego, nastawionego na logiczne aspekty patrzenia Wiosny. Więc raz jeszcze oznajmiam, dziękuję, kocham was za to.

@Wiosno, na świeżo, skoro dziś skomentowałaś: cenne uwagi mi poczyniłaś. Wszystkie przyjmuję bez zastrzeżeń i na klatę, lecz jedną jedyną rzecz muszę wyjaśnić (nie w formie obrony, bardziej dla spokoju swojego i twojego). Chodzi o pojawianie się i znikanie postaci. Wiem, że odczucia tu twoje są i na nie nie wpłynę, jednak chcę zaznaczyć, że tekst rozrósł mi się mocno. Mam go teraz 113 kafli (70 wrzuconych) i pisząc miałam świadomość, że jeśli pozwolę sobie na odskakiwanie od głównego wątku, będzie źle. Stąd ostrożnie dobierałam i tworzyłam postacie. Zapewnić mogę jedynie, że te, które zarysowałam choć odrobinę mocniej, są mi potrzebne fabularnie i ich rola jest dla mnie jasna. Nie mogłam jednak wspominać o nich często (głównie myślę tu o chłopakach z akademika/treningu), właściwie usunęłam kilka napisanych scen z tych miejsc, bo ilość tekstu zaczęła przerastać moje plany. I uwagę twoją, o tym znikaniu, przyjmę dopiero pod koniec tekstu. Wtedy będę pewna, że tak to odebrałaś. Bo teraz - ze świadomością, że mam napisane w pliku sceny zarówno z kumplami-studentami jak i z Albertem, Eweliną, Sylwią, nawet sprzątaczką Stasią - czuję tylko lekki gniew, że nie zdążyłam tych scen wrzucić, zanim skomentowałaś. Wiele kosztowało mnie wykrojenie z tego tekstu zbędnych wątków i wydarzeń, ale postaci porzucać nie zamierzam. Dlatego pragnę cię uspokoić i mówię: daj mi jeszcze szansę. Jeszcze sporo przede mną, jeszcze niczego nie zamknęłam, nikogo nie zniknęłam.
Jeśli chodzi o postać Wolfa i to, że oddziela wszystkie sfery życia od siebie - chciałabym, żeby to było bardziej widoczne niż jest, ale myślę, że będzie widoczne dopiero, gdy dotrę do kapłaństwa. Cieszy mnie cholernie info o tym, że wyczuwasz tendencję. Do tej pory udało mi się to osiągnąć chyba tylko wyraźnym rozdziałem między dilerkę a codzienność. Dużo pracy przede mną.
Ogromnie boli mnie ten komentarz i jestem po nim złamana, tak jak byłam złamana po warsztatach Kili. Dla mnie i mojej próżności info o schemacie Blue/Red to był cios w policzek. Myślałam, że się po tym nie pozbieram, co dość dobitnie o mnie świadczy. Na szczęście mam też inną część w mózgu, bardziej racjonalną, która z czasem pozwoliła mi zrozumieć, że warto pracować nad pokorą i warto umieć spojrzeć na swoją pracę krytycznie, a także próbować z każdej przeszkody uczynić okazję do progresu. W twoim komentarzu policzkiem jest dla mnie Znaczenie. A boli tak bardzo dlatego, że wiedziałam od początku, że ten policzek mi ktoś wymierzy. Wiedziałam pisząc, wiedziałam poprawiając, tnąc, wrzucając na forum i czekając na komentarze. Liczyłam co prawda, że oberwę od Kili albo obcego forumowicza, bo w to, że TY w ogóle zechcesz tknąć mój tekst kijem (po tym zawodzie w Wilkach) było nierealne. Czasem nadal się łapię na niedowierzaniu. Więc tak, boli. Boli jeszcze bardziej, bo poniekąd wiem, kiedy przeginam. Kiedy jest już o krok za daleko i kiedy tekst zaczyna trącić patetycznością, wyciskaniem łez na siłę, przesadą. Wierz lub nie, to jedno zdanie z "Ein zwei drei" kasowałam i dopisywałam ze dwadzieścia razy. Wiedziałam że mi to wytkniesz, tak jak spodziewałabym się, że wytkniesz "Dobrze, że mnie nie widzisz" czy inne momenty, było ich około czterech. Mimo wszystko przez te miesiące walki ze sobą nie dałam rady wszystkich takich miejsc poprawić. Ale wierz mi, wszystkie wierzcie, było ich o wiele więcej. Joa potwierdzi, jeśli kiedyś przeczyta nową wersję (tę na forum). Ona miała patetyczność 100%, wy macie w tej publikacji jakieś 70%. Nie wiem, czemu to, czego się spodziewamy i o czym wiemy, wypowiedziane na głos boli tak mocno. Jeśli masz nadal jakieś wątpliwości, czemu srałam żarem przez miesiąc, czekając na twój komentarz, Wiosno, rozwiewam je. Bałam się jak ubierzesz w słowa ten zarzut, że przeginam i czy zrobisz to na tyle delikatnie, żebym nie rzuciła tekstu. Postanowiłam tę porażkę (podobnie jak Blue i Red) przekuć w cokolwiek pozytywnego. Choćby w dumę z siebie - że faktycznie widzę, które miejsca są do poprawy, bo jedno potwierdzenie z Elwirką mi wystarczy. Trochę to pewnie zajmie, bo chwilowo znoszę ciężko krytykę twojego komentarza i wręcz ciężko mi się logować na forum ze wstydu, a SB pewnie odłożę na tydzień, bo na widok waszych nicków mam ochotę spuścić wzrok i zrobić się przeźroczysta. Ale! Chcę, bardzo chcę, żeby jak najwięcej krytyki w tym wątku było - tu się zwracam do wszystkich komentujących. Owszem, źle mi, ale wiem, że za jakiś czas pozostanie tylko zadowolenie i wdzięczność, a ja sama w końcu zrobię jakiś krok naprzód.
Dlatego po raz enty dziękuję :tul:

+
SpoilerShow
Wiosno, moja droga, chyba sobie trochę przeczysz. Tak się starasz nam wmówić, że nie masz emocji i jesteś taka nienormalna, a tymczasem właśnie o emocjach i uczuciach i pospolitym, ludzkim, normalnym podejściu napisałaś mi więcej niż kiedykolwiek ja napisałam w swoich komentarzach na tym forum, do tego wchodząc w temat tak głęboko i interpretując relacje. Czy muszę mówić coś więcej?


:yaaay:
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Nie po drodze

Post autor: Siemomysła » 02 sierpnia 2017, 09:39

I ja muszę:
Że jej brat go zabije, okej, mogła powiedzieć, ale już końcowe „ein zwei drei” brzmi jak zupełnie niedziecięca okrutna, zimna złośliwość.
Zupełnie tego tak nie odebrałam. Ja widzę próbę wciągnięcia się w zabawę, zasłonę, udawanie, że ten brat już jest.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Zablokowany