UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!



Tytuł Tekstu Września otrzymało "Jak [nie] zostać bohaterem" - GRATULUJEMY! :D

Nie mów hop przed zachodem słońca

Słuchaj, jest śliczny, piekielnie dobry Wszechświat tuż obok; chodź z nami ~E. E. Cummings
Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1833
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Nie mów hop przed zachodem słońca

Post autor: Kruffachi » 19 września 2018, 20:23

Pamiętam tylko czyjeś ręce na moich ramionach prowadzące mnie pewnie korytarzem i czyjś uspokajający głos, ale nie potrafię sobie przypomnieć, do kogo należały. Może do nikogo, myślę sobie, obrócony twarzą do ściany; w tym ograniczonym sektorze dziesięciu centymetrów kwadratowych, który widzę, znam już na niej wszystkie nierówności. Może sam doszedłem do kajuty i tylko mózg podsyła mi jakieś fałszywe wspomnienia, żebym się trzymał w jednym kawałku.
To takie dziwne. Być ostatnim człowiekiem z jakiegoś miejsca na świecie.
Nie chcę nim być. Zdecydowanie nie chcę nim być, nie chcę, żeby nikt poza mną nie pamiętał Tantalosa, nie wiedział, jak wyglądały wnętrza rur i procedura ich oczyszczania, jak hałasują sita i jak wyglądają nasze klatki.
Wodzę paznokciem po ścianie, rysując z pamięci mapę kanałów, ale oczywiście nie zostaje na niej żaden ślad.
Tak jak nie został żaden ślad po Tantalosie, poza kosmicznym złomem dryfującym w kosmicznej pustce i uszkadzającym statki, który siły porządkowe pewnie niebawem się pozbędą, o ile już tego nie zrobiły.
Prowadzące do kajuty drzwi za moimi plecami syknęły cicho, ale nawet nie miałem sił, żeby się odwrócić i sprawdzić, kto to. Nawet nie miałem ochoty.
- Hej? - Głos Arii w tym konkretnym momencie sprawił, że zacisnąłem powieki i pięści, wpijając paznokcie we wnętrza dłoni, jakby mnie coś nagle zabolało. - Nie przyszedłeś do mesy na kolację...
Jej towarzystwo było od początku trudne, bo jednocześnie bardzo go chciałem i bardzo mnie krępowało. I w tamtym momencie kompletnie nie miałem do tego głowy. W ogóle nie miałem głowy, a tylko jakby chmurę kosmicznego śmiecia odbijającą się od wewnętrznych ścian czaszki.
- ... więc chciałam tylko zapytać, czy może ci czegoś nie trzeba. Albo czy zjesz tutaj.
Nie odpowiedziałem, głównie dlatego, że w gardle miałem kluchę. Nie chciałem zachowywać się niegrzecznie ani ostentacyjnie, po prostu żadne słowo nie przeszłoby mi przez gardło.
- To znaczy... To głównie Moa chciała wiedzieć, bo... - dziewczyna urwała, odchrząknęła cicho w pięść. - Nie wiem, czy mi uwierzysz, ale trochę wiem, co przechodzisz. Tego, co... - westchnęła - uważałam za dom, też już nie ma. W pewnym sensie. Nie w takim, ale w innym, więc, gdybyś, wiesz, chciał po prostu pogadać, pożalić się albo nie wiem, to przyszłam. Parę godzin temu to ty ogarniałeś mnie, więc jakby... nieważne. Po prostu wal, gdybyś miał potrzebę, dobra?
Chyba niezbyt często mówiła wcześniej takie rzeczy. Zebrałem się w sobie i zmusiłem do tego, żeby usiąść, a potem na nią spojrzeć. Przełknąłem parę razy ślinę, mając nadzieję, że wraz z nią uda mi się wreszcie przełknąć tę kluchę.
- Przykro mi - mruknąłem cicho. - Z powodu twojego domu.
Skrzywiła się nieznacznie.
- Nie to miałam...
- W porządku - przerywam jej. - Wiem, o co chodziło, tylko... - Wzdycham, bo sam nie wiem, co chciałem powiedzieć.
Nagle dziwnie przestało mnie obchodzić, co Aria sobie pomyśli, tak jak przestało mnie obchodzić, że jestem brzydki, chudy, głupi i nie mam żadnych mocy ani nie potrafię posługiwać się bronią. Opieram plecy o ścianę i patrzę na nią całkiem wprost, jak chyba jeszcze nie patrzyłem, zawsze za bardzo zawstydzony. Teraz dopiero dostrzegam, że ma oczy w niezwykłym kolorze. Nie do końca są niebieskie, bardziej fioletowe.
- W sumie to... przeżyliśmy...? - Nagle czuję silną potrzebę poszukania w tej całej beznadziei czegoś dobrego. Czegokolwiek. Po prostu nie mogę znieść tego ciężaru na barkach i zimna w piersi.
- Myślisz, że to dobrze? - Aria lekko unosi brew. Chyba nie jest pewna, do czego zmierzam i ja też nie jestem.
- Nie mam pojęcia. Ale gdybyśmy byli martwi, to niczego byśmy już nie mogli z tym zrobić, nie...? Dobra - odwracam wzrok - to brzmi głupio.
- Wcale nie. Mów dalej.
Jakiś mądrzejszy Emrys wewnątrz mnie wie, że dziewczyna zachęca mnie tylko dlatego, że mi to pomaga, ale ten zewnętrzny łapie się na przynętę.
- Moja babcia lubiła opowiadać o kosmosie. - Patrzę już nie na Arię, a w ścianę. I zamiast ściany widzę setki innych rzeczy, znajomych rzeczy, których nikt już nigdy nie zobaczy. - Chyba sama nigdy w nim nie była, ale znała wiele legend. Kiedyś mi się wydawało, że to głupie, bo przecież wszyscy wiedzieliśmy, że nikomu z nas nie wolno opuścić Tantalosa. Potem było mi jej żal, kiedy sam przypadkiem odleciałem i zobaczyłem, że kosmos to nic przyjemnego. Wiesz, u nas panuje... panował porządek, każdy znał swoje miejsce, ludzie się nie oszukiwali, nie byli dla siebie niemili bez potrzeby. Wszyscy pracowaliśmy razem dla ważnego celu i wydawało mi się, że to zasługuje na szacunek. A potem zobaczyłem, jak ludzie zabijają się i okłamują, jak ciągle coś niszczą i... i jeszcze okazało się, że z Tantalosa wszyscy się śmieją, że mówią o nas, że jesteśmy z planety-szamba. Bardzo bym nie chciał, żeby babcia się kiedykolwiek o tym dowiedziała. Ale teraz myślę sobie, że może widziałem za mało? Może jakieś inne stacje i planety, jacyś inni ludzie są tacy, jak w tych opowieściach?
- Na przykład jakich opowieściach? - Aria podciągnęła drobne kolana i objęła je rękoma. Nie byłem pewien, ale nagle przyszło mi do głowy, że może ona też potrzebuje po prostu oderwać myśli od tu i teraz i dlatego mnie pyta o te opowieści. Jasne, miała supermoc, jeśli było trzeba, to wiedziała, jak dokopać pozornie silniejszym od siebie, ale w końcu ledwie parę godzin wcześniej zaliczyła zjazd, też chyba mając dosyć tempa ostatnich dni, ciągłych pretensji i napięć.
Cóż, nie ulegało wątpliwości, że nie jesteśmy najlepiej dobraną bandą. Ja to tam tylko ja, mógłbym zniknąć i nikt by nie zauważył, ale ci silniejsi i ważniejsi ode mnie ciągle łypali na siebie podejrzliwie, ciągle patrzyli sobie na ręce, a docinki latały w powietrzu jak żyletki. Taka atmosfera każdemu jest w stanie naciągnąć strunę do granic wytrzymałości.
Wzruszyłem ramionami.
- Różnych - odparłem. - Ja już tego za bardzo nie pamiętam, ale kiedyś na Tantalosa przylatywało więcej tankowców załogowych niż bezzałogowych i marynarze przywozili różne bajki z galaktyki. Babcia bardzo lubiła taką jedną bohaterkę. Nazywali ją Zorzą. To jakaś potężna wojowniczka podróżująca po kosmosie i dokonująca wielkich czynów. Podobno jej skóra jest pokryta orichalcum i ma moc rozkazywania eterowi.
Aria roześmiała się cicho.
- Brzmi jak naprawdę odjechana bajka.
- Gdybym wcześniej słyszał o Pradawnych, też bym tak pomyślał - zauważyłem.
- Może ta Zorza to jest jakaś pradawna?
Pokręciłem głową zdecydowanie.
- Nie - powiedziałem. - Nie wydaje mi się. To znaczy nie, żebym wiedział o Pradawnych nie wiadomo ile, ale opowieści mówią, że Zorza była kiedyś zwykłym człowiekiem. Takim najzwyklejszym, jak ja i babcia. Ale została obdarzona łaską bogów kosmosu za swoje wielkie czyny. Wiesz, wyzwala niewolników, zaprowadza pokój, walczy z potworami. Ja... trochę mało wiem o historii kosmosu, nie pamiętam tych wszystkich nazw, którymi posługiwała się babcia, ale to brzmiało imponująco.
- Ty wierzysz w tę całą zorzę prawda? - Aria spojrzała na mnie uważnie spod lekko zmarszczonych brwi.
- Bardziej chcę w nią wierzyć. To nie jest lepsze? Myśleć, że jest w kosmosie taka bohaterka, a nie tylko wiecznie skłóceni dorośli? Wtedy jakby... wszystko ma więcej sensu.
Dziewczyna nie odpowiedziała. Patrzyła tylko w ścianę trochę smutnym wzrokiem. Sądzę, że ona w żadną Zorzę nie wierzyła i nigdy nie uwierzy. Potem niespodziewanie położyła mi rękę na ramieniu niby w geście pocieszenia, ale zamiast coś powiedzieć, zmarszczyła tylko lekko brwi i przez jej twarz przebiegło coś jakby cień rozczarowania.
- Co? - zdziwiłem się.
Popatrzyła na mnie uważnie.
- Ty naprawdę nie masz nic do ukrycia, co? - spytała.
Wzruszyłem ramionami.
- Teraz już na pewno.

*

Niedługo po tej rozmowie wypełzłem wreszcie ze swojej kajuty i od razu poczułem, że na statku panuje inna atmosfera niż tuż po tym, jak się na niego zapakowaliśmy. Panował... cóż, porządek. Porządek, którego tak mi przez ostatnie dni brakowało. Takie ogólne poukładanie. I nie potrzebowałem wiele, by stwierdzić, że to w dużej mierze zasługa pani Moi, która zorganizowała tę "cywilną" część naszej egzystencji. Pilnowała posiłków i godzin snu, a także dyżurów porządkowych i żeby w łazienkach było mydło. Tę "niecywilną" część związaną z konkretnymi zadaniami ogarniała oczywiście pani Aparajita, zresztą statek - Starbuck, jeśli dobrze zapamiętałem - słuchał jej komend, co wydawało mi się w pewien sposób niesamowite. Z ulga stwierdziłem też, że kiedy każdy ma coś do roboty, jakoś mniej jest czasu na docinki i podejrzenia. Pan Siergiey opanował maszynownię (w której niestety zabroniono mi spać), pan Bohf zajmował się pokładowym oprogramowaniem, a pasożyt Stella wisiał mu u nogi. Ja i Aria robiliśmy różne rzeczy, czasem razem, częściej osobno. Zdarzało się, że pomagałem pani Moi w pracach porządkowych, niekiedy pan Siergiey wzywał mnie, żebym gdzieś się wcisnął i zakleił coś szarą taśmą. Było mi znacznie lepiej niż na stacji. Wreszcie miałem co robić i nie czułem się tak zupełnie jak kula u nogi. A kiedy pracowałem, łatwiej było nie myśleć.
Napięcie wracało niestety podczas wspólnych posiłków w mesie. Nie dało się nie zauważyć, że pan Siergiey nadal patrzy na Arię z ukosa. A nawet bardziej. Jakoś tak... nie wiem, jakby znał wszystkie jej sekrety i tylko czekał na odpowiedni moment, żeby je ujawnić. Nie podobało mi się to. Dobra, może Arii zdarzyło się parę razy zareagować nerwowo i może nawet go zwyzywała po tym, jak zabił panią porucznik, ale bez przesady. Przecież nie chciała niczego złego.
Za którymś takim pojedynkiem na miny odważyłem się szturchnąć ją lekko, żeby dać znać, że ma mnie po swojej stronie.
Czasem nadal jest mi ciężko i są takie dni, kiedy jem bardzo powoli, bo mnie mdli, chociaż przyzwyczaiłem się już do różnych rodzajów jedzenia. Podczas jednej z takich okazji niespodziewanie wylądowałem przy stole sam z panią Aparajitą, bo wszyscy inni zdążyli już zjeść, a ją na dłużej zatrzymały na mostku jakieś kapitańskie sprawy. Życzyliśmy więc sobie smacznego i tak dziabaliśmy każdy w swojej porcji papki z jakichś warzyw i mięsa.
- Dlaczego właściwie to zrobili? - spytałem w pewnym momencie, bo jakoś podskórnie czułem, że tylko pani Aparajita może mi odpowiedzieć szczerze na to pytanie. - Dlaczego mieliby zniszczyć użytkową i sprawną stację?
Przełknęła swój kęs jakoś tak powoli.
- Raporty wspominają o buntach - zauważyła, nabierając kolejną porcję mazi na łyżkę.
- To bez sensu - mruczę do swojego pojemnika. - Na Tantalosie nie było takich...
Urywam i próbuję wyprzeć ostatnie obrazy, jakie pamiętam sprzed tego, gdy wpadłem do cysterny. Kogo ja oszukuję? Coś się działo. Od dłuższego czasu coś się działo, coś wrzało pod pokrywą, ale ja zwyczajnie nie chciałem tego zauważać. Szukałem tysiąca innych wyjaśnień, ale przecież straciło to znaczenie, co sądzę o czymś, czego już nie ma.
- Na Tantalosie - poprawiłem się ostrożnie - były olbrzymie zbiorniki z wodorem i innymi gazami. Wszyscy wiedzieli, że jeśli zostaną naruszone, dojdzie do tragedii.
- Były też pewnie, jak wszędzie w takich miejscach, orbitalne działka Rady Galaktycznej wycelowane w kluczowe punkty - dodała gorzko pani Aparajita. - Z powierzchni planet wyglądają jak gwiazdy. - A potem nagle zmarszczyła czoło i przez ułamek sekundy miałem wrażenie, że dziwi się swoim własnym słowom.
- Tego tym bardziej nie rozumiem - przyznaję. - Przecież byliśmy ważną, wyspecjalizowaną stacją.
- A przy tym dość mocno przestarzałą. Nie zdziwiłoby mnie, jeśli się okaże, że gdzieś już wybudowano nowszą wersję i w dodatku dostosowaną do potrzeb Ozjan. Możliwe, że bunt tylko przyspieszył pewne sprawy.
- I tak był niepotrzebny - warknąłem na swój obiad.
- Tego bym nie powiedziała, chociaż sprawa jest... cóż, przykra.
- Wszyscy zginęli! Mieszkałem tam i zapewniam panią, że nie wszyscy chcieli się buntować. Ci, którzy się zbuntowali, mają na sumieniu też tych, którzy nie chcieli. To nie jest sprawiedliwe.
Pani Aparajita dłuższą chwilę sprawiała wrażenie, jakby całą uwagę poświęciła posiłkowi i nie zamierzała już ze mną rozmawiać. Byłem gotów uznać ten stan rzeczy, kiedy kapitan niespodziewanie znowu się odezwała.
- Może to niesprawiedliwe, ale czasem nie ma po prostu innego wyboru.
- Jak to nie ma? - Nie potrafiłem się z nią zgodzić, nie rozumiałem w ogóle, o czym mówi. - Tantalos był dobrze zorganizowany. To wszystko przez te stare opowieści o kosmosie i o jakichś wymyślonych planetach szczęśliwości. Wie pani, dla mnie to, co zobaczyłem na stacji, to był jakiś koszmar. U nas się ludzie szanowali. Każdy znał swoje miejsce, nikt nie nosił broni, nie niszczył mienia bez powodu. Ja wiem, że mówią, że nie jesteśmy wolni. Słyszałem to parę razy od porucznik Okafor i jakichś ludzi, którzy rozmawiali o robotnikach. Ale tam wszystko działało, a kiedy przybyłem do tego niby wolnego świata, to się nagle okazało, że muszę ukrywać, skąd jestem, i nawet nie mogę podjąć legalnej pracy, bo nie mam odpowiedniego chipa. To jest coś, o co warto walczyć?
- Chłopcze, 000678 to zadupie kosmosu - odpowiada mi nieco znużonym tonem kapitan. - Tę stację zamieszkują same męty.
- Próbuję sobie to wmawiać - przyznaję na wydechu. - Ale nadal. Trudno mi uwierzyć, że można ryzykować życiem nie tylko swoim, ale też wszystkich innych, żeby... żeby osiągnąć coś takiego. - Machnąłem ręką w jakimś niezrozumiałym nawet dla mnie geście.
Pani Aparajita westchnęła i wyskrobała resztki swojej paćki - u mnie nadal zalegała jedna trzecia porcji, zupełnie już wystygła.
- To zrozumiałe, że jesteś rozgoryczony - powiedziała. - Ale spójrz na siebie. Postaw się chociażby obok tej dziewczyny, Arii. Jesteście w podobnym wieku, więc powinieneś być od niej prawdopodobnie wyższy i z pewnością cięższy. Ale masz zahamowany wzrost, zero tkanki tłuszczowej i mięśniowej tyle, ile trzeba, żebyś się nie połamał. Do tego problemy skórne, matowe włosy i widziałam jak kulejesz.
- Na stacji też byli kulejący.
- I mieli za sobą z tuzin bójek. W ilu ty brałeś udział, co? Mi to raczej wygląda na jakieś zapalenie reumatyczne. Dojrzewasz z opóźnieniem, bo jesteś niedożywiony. Nie wiem na pewno, ale strzelam, że zdolności intelektualne też masz obniżone. Traktowali was jak śmieci. Jak szczotki do przepychania rur.
- Wcale nie! - Zerwałem się od stołu w zupełnie głupim odruchu.
- Dobra bogini, przejrzyj na oczy. Dowody masz na wyciągnięcie ręki.
- Wcale nie! - powtórzyłem głupio i nagle nie było mnie już w mesie, bo biegłem jednym z wąskich korytarzy, cały spanikowany, drżący i z szumem w głowie.
Zamknąłem się w kabinie prysznicowej i po prostu zacząłem ją szorować. Centymetr po centymetrze, bardzo dokładnie, aż atak histerii nie minął i nie byłem w stanie znowu oddychać normalnie. Wtedy wyszedłem i spojrzałem na siebie w lustrze. Na to wszystko, o czym mówiła pani Aparajita - na pryszcze, bladą cerę, włosy i prawie białe dziąsła. Podniosłem koszulkę i zmierzyłem spojrzeniem odbicie wklęsłego brzucha i wystających żeber.
Nagle coś podeszło mi do gardła i opadłem, oparłem się rękoma o krawędź umywalki, a potem nagle - wreszcie - wybuchnąłem płaczem. Nigdy wcześniej nie płakałem w ten sposób. Nigdy wcześniej nie miałem powodu, żeby tak płakać. Osunąłem się na kolana i oparłem czoło o ścianę. Wydało mi się takie gorące. Nie mam domu - powtarzało uparcie coś wewnątrz mnie. Nie mam dokąd iść.
Przecież nawet mnie niespecjalnie interesowało, dokąd teraz lecimy. Nie zapytałem o to nikogo, a miałem kilka niezłych okazji, chociażby parę chwil wcześniej, kiedy rozmawiałem z panią kapitan.
Mój szloch urwał się w jednej chwili, kiedy pomieszczenie na moment zalało ostrzegawczo pomarańczowe światło i dźwięk jakiegoś alarmu. Pozbierałem się, przemyłem szybko twarz i skierowałem się na mostek, bo przecież jeśli ktoś wiedział, co jest grane, to zdecydowanie kobieta, która rozkazywała Starbuck i może pan Bohf. I faktycznie zastałem przy konsoli ich oboje, choć w kajucie pojawiła się już też zaniepokojona pani Moa, a przez próg zaglądała Aria.
- Wykryto jednostkę rządową w promieniu dziesięciu parseków - oświadczył komputer pokładowy.
- Chyba nie lubisz towarzystwa - zauważył pan Bohf, na moment odrywając wzrok od konsoli i zerkając z ukosa na panią Aparajitę.
- Starbuck nie lubi - odpowiedziała kapitan beznamiętnie.
- Zwłaszcza rządowego. Specjalny alarm na rządowych, proszę bardzo.
Aparajita wzruszyła tylko ramionami i coś przełączyła na kontrolkach.
- Och - odezwała się po paru sekundach napiętej ciszy. - Nadaje S.O.S.
Pan Bohf odkaszlnął cicho.
- Zawsze możemy udawać, że niczego nie słysze...
Reszta słów utonęła w potwornym wyciu kolejnego alarmu, ale tym razem światła zapaliły się nie na pomarańczowo, a na czerwono.
Nawet ja wiedziałem, że to zły znak.
Coś na panelu zabłysło i pan Bohf zmarszczył brwi.
- To maszynownia? - spytał, wskazując na mrugający czerwienią obszar, a pasożyt Stella osunął mu się nieco po kolanie.
- Kurwa mać! - zaklęła pani Aparajita i czułki pani Moi zadrżały w czymś, co mi się skojarzyło ze zgrozą. Musiały pomyśleć o czymś bardzo podobnym. - SANG! Starbuck! Raport!
- Zarejestrowano dziury w kadłubie na obszarze maszynowni. Dehermetyzacja. Obszar odcięty.
Kapitan walnęłaby pięścią w pulpit, gdyby nie pan Bohf, który złapał ją za nadgarstek i niemal natychmiast potem puścił.
- To się zwykle źle kończy - odchrząknął.
Pani Aparajita drugą ręką zdążyła już złapać komunikator.
- Sang! - warknęła. - SANG, RAPORT!
Ale odpowiedziały jej tylko trzaski.
- Czy on... - zaczęła Aria, ale zamilkła nagle.
Wtedy statkiem szarpnęło tak potężnie, że straciłem równowagę. O ile to możliwe, alarm stał się głośniejszy.
- Raport!
- Uszkodzenia napędu. Trzeci stopień zagrożenia. Obszar odcięty, stwierdzono pożar w sektorze.
- Szalupy?
- Trzy uszkodzone. Jedna sprawna.
Zgrzytnęło.
- Cztery uszkodzone.
A więc nie mogliśmy uciec.
- Jeśli to ostrzał rządowych, to...
- Niemożliwe.
- A jeśli S.O.S. to pułapka?
- Im zależałoby na logach. Na ładowni. Aria! - Pani Aparajita odwróciła się do dziewczyny. Cała jej sylwetka nabrała pewnej twardości i stanowczości. - Zgasisz pożar w napędzie.
- Jak...?
- Niskie częstotliwości, poradzisz sobie. Moa, wszystkie luźne przedmioty wyrzucić przez grodzie, musimy zmniejszyć ciężar. Jesteś najsilniejsza, najszybciej ci pójdzie. Emrys, odpalasz szalupy. Ja idę do zbrojowni, Bohf, opracowujesz procedurę swobodnego dryfu. Jazda! - Kapitan klasnęła w dłonie i rozbiegliśmy się, wykonywać swoje zadania. Serce waliło mi jak oszalałe i do głowy powoli docierały konsekwencje tego, co się dzieje. Pan Siergiey nie żył wciągnięty przez próżnię, Aria narażała życie, walcząc z pożarem, w każdej chwili mogliśmy oberwać w kolejny sektor. Bałem się, cały spływałem potem i chciało mi się wymiotować. Skupiłem się więc całkowicie na zadaniu. Dotarłem do szalup, zacząłem je odpalać jedna po drugiej, co nie było łatwe, bo faktycznie też czymś oberwały. Musiałem trochę pomóc hydraulice kopniakami i kluczem francuskim, ale udało mi się pozbyć trzech kapsuł.
Przy czwartej podwinęła mi się noga. I dosłownie, i w przenośni. Coś po prostu poszło nie tak, uszkodzenia były większe, niż sądziłem i system śluz nie zadziałał tak jak przy poprzednich. Kiedy zrozumiałem, co się dzieje, zdążyłem się tylko potwornie przerazić, a potem czułem już tylko zimno ogarniające całe puchnące błyskawicznie ciało i jak powietrze ucieka mi z płuc. Umierałem w kosmicznej próżni i to było takie dziwne.
A potem, kiedy już ledwie kontaktowałem, czyjaś ręka złapała mnie za kołnierz. Podryfowałem bezwolnie w kierunku, w którym mnie ciągnęła. Dźwięk zamykanej grodzi dotarł do mnie z dziwnym opóźnieniem. Tak jak przekleństwo w nieznanym języku.
Szarpnął mną straszliwy ból, jakby mi płonęła skóra, ale ciągnący mnie po podłodze pan Siergiey - pan Siergiey! - nie zwracał uwagi na moje wrzaski.
- Masz szczęście, że przelatywałem akurat obok - syczał. - I masz szczęście, że próżnia mi nie robi. I że sprawdziłem wcześniej wszystkie potencjalnie wrażliwe miejsca kadłuba. Sacrebleu. Chociaż chyba mi osmoliło brwi.
Puścił mnie dopiero, kiedy znaleźliśmy się daleko od grodzi. Nie byłem w stanie wstać, za bardzo bolało.
- Nic ci nie będzie - pocieszył mnie pan Siergiey. - Opuchlizna zejdzie w przeciągu paru godzin, a następnym razem będziesz bardziej uważał. Poleż tu, ja idę sprawdzić, co się jeszcze w tym złomie da skleić taśmą. I powiedzieć komuś z połową mózgu - odchrząknął w pięść - co widziałem na zewnątrz.
Patrzyłem na jego oddalające się nogi, aż nie zniknęły za śluzą. Miałem nadzieję, że mnie zamroczy, ale nic z tego. Leżałem tak i słuchałem przerażających odgłosów zupełnie bezradny. Wizgi, zgrzyty, odległe nawoływania, rumor. Czasem dolatywał do mnie swąd spalenizny. Mogłem się pocieszać jedynie myślą, że przynajmniej swoje zadanie wykonałem - nawet jeśli nie bez komplikacji.
Nie wiem, ile to trwało, bo bezruch i płonące z bólu ciało to wydłużały, to przyspieszały czas. W każdym razie w pewnym momencie wszystko ucichło. Naprawdę ucichło. Zdałem sobie sprawę, że nie słyszę tego zwyczajnego szumu, który wcześniej niósł się po korytarzach Starbuck. Co zapewne oznaczało, że nie pracuje maszynownia. Miałem tylko nadzieję, że Arii nic się nie stało i zdołała szczęśliwie ogarnąć ten pożar.
Chwilę później rozwarła się śluza i zobaczyłem w niej kolorowe skrzydła Moi. Miała trochę przybrudzone futerko i drgały jej czułki, ale poza tym wydawała się cała i zdrowa, więc odetchnąłem z ulgą i chyba nawet udało mi się do niej uśmiechnąć.
- Zabierzemy cię na mostek - popłynęło z komunikatora, kiedy Ozjanka wsuwała odnóża pod moje ramiona i podnosiła mnie z podłogi.
Nie za bardzo byłem jej w stanie pomóc, choć faktycznie ból odrobinę zelżał i opuchlizna też trochę zeszła, więc nie przypominałem już piłki, a tylko kogoś w bardzo, bardzo grubym ubraniu. Za każdym razem jestem zdziwiony, kiedy uświadamiam sobie na nowo, jak wiele jest w stanie unieść ta pozonie delikatna i krucha istota. Kiedy tak mnie prowadziła, miałem wrażenie, że nie ważę dla niej zupełnie nic.
Prawie rozpłakałem się z ulgi, kiedy zobaczyłem, że na mostku są wszyscy. W większości sponiewierani: Aria lekko osmolona i z zaróżowionymi mocno policzkami, jakby miała gorączkę, pan Siergiey z włosami w totalnym nieładzie, a pani Aparajita z brzydkim siniakiem z lewej strony twarzy. Pan Bohf przyciskał do piersi pasożyta Stellę i zdawał się mieć obłęd w oczach. Nad nimi mrugał schemat Starbuck i ilość czerwieni w tym rysunku mówiła sama za siebie.
- Nie uciekniemy temu czemuś - burczał pan Siergiey. - Nie na swobodnym dryfie. Możemy tu tkwić i czekać, aż zaatakuje znowu.
- Albo nawiązać kontakt z tą jednostką, która nadawała S.O.S. - zauważyła przytomnie Aria, patrząc bystro, jakby bardzo zależało jej na zbadaniu reakcji na te słowa.
Pani Aparajita i pan Bohf wymienili spojrzenia i w tym momencie byłem już niemal pewien, że jest między nimi jakaś komitywa. Nieważne. Ważne, że po paru sekundach napięcia kapitan westchnęła i oświadczyła:
- Nie mamy wyboru. O ile jeszcze istnieje. Bohf, do dzieła.
Potrwało to chwilę, bo okazało się, że większość elektroniki też się usmażyła i w sumie mamy szczęście, że nie siadły systemy podtrzymywania życia. Na sygnał zwrotny czekaliśmy w absolutnej ciszy, a kiedy kontrolka się zapaliła, z naszych piersi wyszło dość kolektywne westchnienie ulgi.

*

Hydrauliczne ramiona drugiego statku objęły to, co zostało ze Starbuck, i powoli, niemal delikatnie - choć z potwornym zgrzytem słyszanym wewnątrz wraku - przyciągnęły na tyle blisko, by było możliwe połączenie jednostek tunelem. Nie wiedzieliśmy, co nas czeka. Pani Aparajita i pan Bohf ewidentnie uważali, że rządowi to nie są dobre wieści. Aria też sprawiała wrażenie trochę nerwowej.
Nigdy wcześniej nie spotkałem nikogo z rządowych poza porucznik Okafor, a ją wspominałem przecież bardzo dobrze. Próbowałem wmówić więc sobie, że nie ma się czego bać. Trochę bezskutecznie i wyobraźnia podsuwała mi już obraz kilkunastu luf wycelowanych w mój nadal trochę spuchnięty nos.
Negocjacje trochę trwały. Pani Aparajita zadawała dużo pytań o stan załogi i początkowo na większość z nich nie uzyskała odpowiedzi. Dostała za to potwierdzenie, że druga jednostka jest zdolna do lotu i obrony, czego z pewnością nie można było powiedzieć o rozpadającej się w oczach Starbuck. Wreszcie po pewnych naciskach druga strona przyznała, że skład został nieco przetrzebiony i do obsługi okrętu potrzeba więcej ludzi.
Układ nagle się oczyścił. Oni mieli sprzęt, a my ręce do pracy. To była uczciwa wymiana, nawet jeśli kapitan trzy razy powtórzyła, żebyśmy mieli się na baczności.
Lufa powitalna ostatecznie była jedna. W dodatku w kaburze. Doczepiony do niej mężczyzna był postawny i miał na twarzy mieszankę zmęczenia i frustracji, ale mimo to tkwiło w niej coś, co budziło moje zaufanie. Nosił mundur, jakiego nigdy wcześniej nie widziałem.
- Major Ronald Burkett - rzucił, kiedy wyłoniliśmy się z tunelu ewakuacyjnego. - Witam na GCSS "Rossalie".
- Aparajita Mukherjee. Kapitan... była kapitan tamtego wraku. - Kobieta wykonała nieznaczny gest głową, jakby wskazywała coś za swoimi plecami, a potem zmierzyła nieznajomego i pustą przestrzeń za nim. - Skład nieco przetrzebiony, co?
Mężczyzna pozostał niewzruszony tą uszczypliwością. Może lekko zadrżała mu szczęka, kiedy zaciskał zęby, ale poza tym nie zmienił wyrazu twarzy nawet o milimetr i byłem pod wrażeniem jego opanowania. Potem my też przedstawialiśmy się w miarę sprawnie, aż nie doszło do pana Bohfa. Odkaszlnął w pięść, wypowiadając swoje imię, tak, że ledwie było je słychać. Brwi pana Burketta podjechały bardzo wysoko i zmierzył informatyka jakby z niedowierzaniem.
- Bohf? - upewnił się głosem zawieszonym gdzieś między podejrzliwością a rozbawieniem. - Od Bag Over Head Fuck...?
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Xanttis
Posty: 81
Rejestracja: 23 października 2017, 23:41

Re: Nie mów hop przed zachodem słońca

Post autor: Xanttis » 22 września 2018, 12:14

Czterdzieści pięć ziemskich lat wcześniej. Mały Obłok Magellana, korsarski okręt transportowy Drewniane Serce.

Eneko przyglądał się małej buteleczce świecącej błękitem swojej zawartości. To był już dwudziesty trzeci cykl bez należytej dawki słonecznych promieni. Dieta substytutowa zaczęła mu się przykrzyć i odczuwał jej skutki nie tylko w samopoczuciu, ale także fizycznie. On i dwóch jego suockich druhów liczyło na ziemskiego towarzysza, Gary’ego Vitka, który podczas lotu z nudów zaczął bawić się w pokładowego alchemika. Niestety byle amator nie mógł zsyntetyzować pełnowartościowego błękitu, syntetycznego pożywienia Suoców.
Czas w trakcie przemieszczania się po międzygwiezdnej pustce płynął szybciej niż na planetach, a zwłaszcza stacjach. Załoga jednak ledwie to odczuwała, właściwie jedynie za sprawą okrętowego grawitacyjnego zegara, który mierzył bezwzględny upływ czasu w odniesieniu do uniwersalnego ciążenia, jakie przyjęto dla tej części galaktyki. Bo jak uważano, ciążenie wpływa na upływ czasu.
Eneko skonsumował zawartość ostatniej buteleczki, którą następnie schował do kieszeni kurtki. Zamknął oczy jakby chciał poczuć płyn wchłaniający się w jego ciało. Prawie mu się to udało, bo miał bujną wyobraźnię. Idąc w kierunku mostka kapitańskiego w poszukiwaniu Andona Caratha Tathera, swojego przyjaciela i szefa tego okrętu, natknął się na bladoskórego Kendara Bellena.
- Jesteś pewien, Suoca?
- Nie musisz się martwić, miałem już do czynienia z ziemskimi frajerami. Są dumni jak moja rasa, ale znacznie głupsi i bardziej ślepi. Wszyscy dostaniemy co trzeba, nawet ty.
Tamten odpowiedział westchnieniem.
- Coś nie tak, Kendar?
- Trudno mi uwierzyć, że to może być prawdziwe.
Marzeniem Kendara była nieśmiertelność w ciele maszyny. Choć jego chuchrowaty wygląd tego nie sugerował, bał się tylko dwóch rzeczy - śmierci i Ketesh. Logaire załatwił mu transfer jaźni w Drodze Mlecznej. Może i było mu żal, że opuści swoje ciało z ułamkiem Pradawnego we krwi, ale możliwości jakie mogły być przed nim, były niezliczone.
- We wszechświecie są rzeczy, które się filozofom nie śniły.
- Nie jestem naiwny i wiem, że to wszystko nie jest za nic.
Suoca przytaknął, a na jego licach pojawił się uśmiech satysfakcji.
- Zgadza się. Ulokuję u ciebie kredyt.
- Kredyt?
- Tak, kredyt zaufania. Pewnego dnia, choć ten dzień może nigdy nie nadejść, poproszę cię o przysługę. Do tego czasu traktuj to jako… prezent.
- To brzmi znajomo, w każdym razie wiem, o czym mówisz. To uczciwy układ.

Ich okręt podążał szlakiem innego statku, również łasego na Echo Wodospadu. Echo było narkotykiem, jednym z wielu, które miały swoich klientów w różnych częściach kosmosu. Nie sposób uświadomić sobie ile upłynęło wody w Bugu od czasu, gdy podobne do tego narkotyki stanęły na sklepowych półkach obok kawy, czy herbaty. Dla luksusowych klientów liczył się jednak luksusowy towar i nie obchodziło ich Echo Wodospadu wyprodukowane w miejscu innym, niż na planecie Cetrolix.
Eneko wszedł na mostek, gdzie znalazł swojego suockiego przyjaciela.
- Wybuchła mała afera, co nie? Giełdy szaleją – zaczął Tather, wyczuwając obecność Logaire’a.
- To dobry czas dla nas.
- O tak – Tather zatarł ręce. Odwrócił się w stronę Eneko, który apatycznie przyglądał się pustce za oknem. – Masz jeszcze błękit? Fatalnie wyglądasz.
- Dzięki, druhu – ironizował przyjacielsko. – Vitek ciągle pracuje.
- Ah, mówiłem, żeby wziąć więcej.
- Damy radę, Ando – Eneko spojrzał mu w oczy. – Stacja 13806 ma lepsze ceny błękitu jak i solarżelu. Dotrzemy tam w cztery cykle. Potem będzie już z górki.
- Twoja oszczędność i kalkulacja zawsze mnie zadziwia – rozciągnął usta w serdecznym uśmiechu.
- Ważne, by była skuteczna.

***

Stacja-farma 13806 ciepło przyjęła kosmicznych handlarzy. Obkupieni w zapasy niezbędne dla Suoców, jak i dla ludzi, z pełnymi brzuchami wyruszyli na ostatnią prostą w podróży do centrum kosmicznego przemysłu Echa Wodospadu. Jak się okazało, statek za którym podążali również się tu zatrzymał. Niektórzy handlarze lubili dużo mówić.
- Martwi mnie trochę to, co powiedział ten ślimak na straganie – powiedział Vitek do zgromadzonych na mostku.
- To, że giełdy notują spadki się przecież zdarza, tak to przecież wygląda – wtrącił Tather. – Nie przejmowałbym się tym zbyt mocno. Kupimy Echo tanio, a zanim dotrzemy do odbiorców, ceny znów podskoczą i zarobimy kupę siana, zobaczycie.
- Tak będzie – Logaire koniuszkami palców delikatnie masował krańce swojego organicznego kapelusza. Zbyt łapczywie chciał pokonać głód i chyba wystawił się na zbyt ostre działanie gwiazdy, bo zaczynał odczuwać swędzenie.
- Powinniśmy się jednak przygotować na różne scenariusze – stonowanym głosem włączył się w dyskusję Bellen. – Równie dobrze ktoś może zechcieć przejąć nasz ładunek, kiedy ceny wywindują ponownie w górę. Nie chcemy chyba, żeby przed naszym rozpłynięciem się w bezkresie kosmosu doszło do niechcianych komplikacji?
- Spokojnie, Kendar. Z Eneko na pokładzie nic nam nie grozi.
Suocki wagabunda przytakiwał macając swój kapelusz z lekkim grymasem na twarzy.
- Mam trzech kupców, którzy są gotowi zapłacić za towar sporą sumę. Przed dotarciem na Cetrolix zostanie już tylko jeden. Szukam nam również dobrych miejsc na azyl. Wszystko jest… rozwojowe – mówił niewzruszony ani na moment nie podnosząc głowy. Nie mógł im przecież powiedzieć pełnej prawdy, bo by zwariowali. I nie chodziło tylko o kwotę. Detale kosmicznych targów lepiej było zostawić dla siebie.
- Za powodzenie, przyjaciele! – podniósł swój obskurny kubek Kendar bezskutecznie szukając wzroku Logaire’a.
- Za powodzenie! – odpowiedzieli chóralnie.

***
Cztery ziemskie lata przed teraźniejszością. Prywatna asteroida wydobywcza Logaire’a na krańcu Drogi Mlecznej.

Eneko znajdował wyjście z większości sytuacji, w jakich się znajdował. Przez swoje prawie dwieście lat życia pilotował kosmiczny myśliwiec, jako korsarz handlował przeróżnymi minerałami, rudami i towarami, pracował dla suockiego kontrwywiadu w czasach, kiedy Ziemianie próbowali wcielić suockie terytoria w swoje granice. Zdobyte doświadczenie i kontakty wzdłuż i wszerz macierzystej galaktyki i jej sąsiedztwa, okazały się bardzo pomocne na wielu płaszczyznach życia. W życiu jednak nie można nauczyć się wszystkiego, ani wszystkiemu zapobiec.
Siedział przed ekranem swojego wielkiego monitora w biurze i analizował to, co się właśnie wydarzyło. Na łączu komunikacyjnym pojawiło się połączenie przychodzące. Niedługo później z głośników popłynął pytający głos, który zmroził jego chlorofilną krew w żyłach. Głos kogoś, kogo miał już nigdy nie usłyszeć. Czuł się zamknięty w tu i teraz, jak w kapsule. Nie był w stanie wyjść myślami poza to, co się właśnie działo. Wskrzeszenie tego kontaktu było złą wiadomością.
- Ando… – z trudem wykrztusił imię swojego druha.
- Człowieku, ile musiałem się naszukać, żeby w końcu do ciebie dotrzeć – westchnął jakby z ulgą.
Logaire zamknął oczy i oparł delikatnie głowę o zaciśniętą pięść.
- Dobrze wiesz, że nie oczekuję zaproszenia na wesele. Skoro dzwonisz, to…
- Jest gorzej, niż mógłbyś to sobie wyobrazić – w głosie Tathera było niedowierzanie i zarazem bezsilny śmiech.
- Nie trzymaj mnie dłużej w niepewności. Mów.
- „Kosmiczna szarańcza”. Grozi nam zagłada, na Gemmen. I chyba w ogóle w całym układzie i całym sektorze galaktyki.
Eneko podniósł głowę na tyle, by jego organiczne sombrero nie przysłaniało mu widoku twarzy wyświetlanej podczas tego połączenia. W sumie to przez większość czasu mógł je nosić zwinięte, ale z jakiegoś powodu nosił je w pełnej okazałości, podnosząc pewność siebie i dając sobie jakieś pierwotne, przyrodzone poczucie bezpieczeństwa.
- Ostatni raz o tej tak zwanej „szarańczy” słyszałem już sporo czasu temu i chyba była obiektem drwin?
- Teraz już nie. Sprawa nabrała rumieńców po ostatnich odkryciach – rozłożył ręce Tather.
- Wiem do czego zmierzasz, ale jednak naiwnie zadam to pytanie. Czego ode mnie oczekujesz, stary druhu?
- Naukowcy oficjalnie nie wiedzą czy Rzecz w ogóle istnieje. Dla nich to tylko teoria. Ale my dwaj to wiemy. I ja wiem, że ty wiesz, gdzie ona jest.
Logaire opuścił głowę. Z wolna podniósł się z fotela i zrobił kilka kroków odchodząc od monitora. Odwrócił się w stronę twarzy rozmówcy wyświetlanej na ekranie. Zbierał się w sobie jeszcze przez kilka chwil.
- Wiesz o co mnie prosisz w tej chwili?
- Eneko, ja zdaję sobie sprawę z tego wszystkiego. Wiem, co to oznacza, wiem, że złamałem umowę, ale…
- Dla tej sprawy mam poświęcić dług jaki Kendar ma u mnie? Dobrze wiesz, że nie wrócę do Gemmen. Mogę dla ciebie skrzyknąć pokaźną flotę najemników i korsarzy, żebyście odparli to kosmiczne coś, mogę dostarczyć ci broń z sąsiednich galaktyk, jakiej nie znajdziesz w Drodze Mlecznej, ale ty dzwonisz i prosisz o Rzecz. Boicie się walczyć? Boicie się zginąć? Boicie się jakiejś mitycznej szarańczy? Gdzie wasza duma? – Logaire podniósł głos i ciskał słowami jak wąż jadem krążąc przed kokpitem. – Przetrwaliśmy na tej pieprzonej pustyni zwanej naszym domem macierzystym kilkanaście milionów lat. Wykształciliśmy wspaniałą cywilizację symbiotyczną z Bliktami i Jarenami, odparliśmy Ziemian, którym wydawało się, że mogą po prostu przyjść do nas i nas anektować, „bo my być z planeta Ziemia”, a boicie się jakiejś „szarańczy”, której mityczna potęga została rozdmuchana przez grupę nawiedzonych naukowców?
- Eneko…
- I z tego powodu złamałeś pakt milczenia? Mam nadzieję, że chociaż ze swojej strony szyfrujesz to połączenie.
Tather milczał i opuścił głowę, choć nie wyglądał na skruszonego.
- Nic nie trwa wiecznie, Logaire. Połączenie szyfruję, skoro pytasz. Poza tym, to nie tylko dlatego dzwonię. Spodziewałem się twojego uniesienia i oporu, więc myślałem długo nad tym telefonem i życie samo dostarczyło jeszcze jeden powód. Znak.
Logaire założył rękę na rękę i wykrzywił minę w wiele mówiącej pozie.
- No? Słucham?

***
Stacja 00786, blisko teraźniejszości.

- Ufasz temu Kendarowi?
- To nie jest kwestia zaufania, ale jeśli ma cię to uspokoić, to odpowiem, że tak.
Stali otoczeni kordonem dronów. Nie były one dla nich wrogie, przeciwnie, były po ich stronie. Chroniły ich przed wrogami Kendara. Spomiędzy dronów wyłonił się w końcu sam Bellen.
- Dziękuję. Chciałem przekazać dziewczynie osobiście to, co wiem.
- Ileż w tobie kurtuazji, Kendar. Nic się nie zmieniło – odparł Eneko.
- Odczytuję to jako komplement.
- Więc… w czym rzecz panie Kendar? – nieśmiało zapytała Aria.
Bellen obrócił głowę z powrotem do niej. Mechaniczne ruchy jego ciała imitujące żywą istotę, przyprawiały Suocę o obrzydzenie. Jako organiczny nie był tak wkurzający.
- Nazywasz się Aria Heike Shaw. Córka Elisy Shaw i Danijj'ela Tealc Isfolk. Jesteś Pół-Pradawną z planety Ori. Przybyłaś tu z Andromedy.
Aria przytaknęła z rozdziawionymi ustami.
- Skoro będąc Pół-Pradawną uciekłaś z Andromedy do Drogi Mlecznej, jest możliwe, że świadomie podążyłaś drogą innych ze swojej rasy. A jeśli nieświadomie, to powinnaś to wiedzieć.
- Czyli… wiesz dokąd podążali emigranci z Ori? – cedziła jedno słowo za drugim.
- Zmierzali do układów-widmo, bo są niewidoczne dla Ketesh. Ten którego szukasz to układ-widmo gwiazdy podwójnej CGX-725. To na sąsiednim ramieniu galaktyki, bliżej jego skraju.
- Układ-widmo? – spytała.
- Układ istnieje w więcej niż jednym wszechświecie – wtrącił sucho Eneko.
- Mózg Ketesh nie potrafi poruszać się w takiej ilości wymiarów, która wymaga wytworzenia więzi między równoległymi wszechświatami. Mówiąc prostym językiem, mają zbyt prosty układ nerwowy. Można powiedzieć, że pod tym względem są na poziomie morskich mięczaków, np. głowonogów.
- I nie tylko pod tym względem! – rzuciła kąśliwie Aria. Odwróciła się do Suoci. – Musimy się tam dostać.
- Musimy? – burknął Logaire.
- Proszę...
- Kiedy dostanę to, po co przyszedłem? – zapytał ostro Kendara.
- Rzecz jest już w drodze. Najpierw jednak muszę uprzątnąć stację, razem z BaBą. Daj mi 16 cykli.
- Biorę Arię i odlatujemy ze stacji. Zapewnij nam bezpieczną eskortę do Girony, a później do portu. Jak wrócę, Rzecz ma na mnie czekać. To może zająć mniej niż 16 cykli – objął dziewczynę i obrócił się na pięcie zarzucając ostentacyjnie peleryną. Maszyny rozstępowały się przed nimi. Ostatecznie eskortowało ich sześć dronów, dwa boty i jeden android, który prowadził cały konwój.
- Logaire… dokąd polecimy?
- Polecimy za starą ekipą.
- To oni już odlecieli?
- Najwyraźniej.
- Skąd wiesz?
Eneko sięgnął za pazuchę płaszcza i pokazał małe urządzenie mieszczące się w jego dłoni.
- To sprzęt Dobletów. Aparajita ma taki drugi. Problem w tym, że stacja zagłusza łączność ze światem zewnętrznym.
- Czyli oni nie wiedzą o… ?
- Nie. Nie wiedzą.

***
Prywatny statek Logaire’a. Prawie teraźniejszość.

Eneko poluźnił swoje cieniutkie pnącza skupione wokół obojczyka, które trzymały otwierany medalik ze zdjęciem. Ścisnął go w dłoni i zamknął oczy, a po twarzy ozdobionej kamienną miną spłynęła jedna łza.
Z łazienki wróciła Aria i wkroczyła ostrożnie do kokpitu, gdzie siedział Eneko. Ten powoli „odłożył” wisiorek na miejsce i krótkim, niegwałtownym ruchem wytarł łzę. We dwójkę odlecieli z 00786 i podążyli za Starbuck. Nie podobał mu się plan Kendara. Swym siódmym instynktem wyczuwał, że koniec końców jego sztuczna inteligencja zwróci go przeciwko niemu. Świat organiczny rządził się nieco innymi prawami niż świat syntetyczny i wolał mieć na niego szczególną uwagę, nawet jeśli Bellen jako organiczny był uczciwą bestią. Jeśli prawdą było to co mówił, że Rzecz, Generator Tymczasowego Stabilnego Tunelu Czasoprzestrzennego, był dopiero w drodze, a nie na stacji, to byłoby to dosyć zaskakujące, choć logiczne. Rozsądniej swoje skarby i łupy chować w różnych miejscach. Może jednak klucz do niego rzeczywiście znajdował się ciągle na stacji poza jego zasięgiem, stąd ta mobilizacja maszyn.
- Żeby z kimś skutecznie walczyć, muszę wiedzieć kim jest. Opowiedz mi więcej o Widmie.
- Wiem tyle, że jest jedną z Pradawnych. Słyszałam różne pogłoski na jej temat. Kilka lat temu, na Ori natknęłam się na zapiski sugerujące, że zespół Pradawnych prowadził na kilku planetach w Galaktyce Andromedy pewne eksperymenty.
- Eksperymenty?
- Od wielu lat je robili. Widmo była jednym z głównych naukowców w projekcie. Być może nadzorowała wszystko, ale nie jestem pewna. Zapiski były mało czytelne, mocno fragmentaryczne. Poza tym języka Pradawnych nie zdążyłam opanować w zaawansowanym stopniu, więc nie wszystkie szczegóły byłam w stanie zrozumieć. Miała wysokie stanowisko w Imperium, więc miała zapewne wiedzę na różne tematy. A jeśli pochodziła z kręgu najważniejszych ludzi w Imperium, to można by przypuszczać, że mogła przekazać swoją wiedzę Keteshom, a stąd wiadomo już dlaczego te prymitywy tak szybko się rozwinęły.
- Sprzedała Pradawnych dla Ketesh? Dlaczego?
- Dwa lata temu trafiłam na zapiski odnośnie planu Keteshów. Chcieli zrobić z Ori coś jakby fabrykę niewolników. Ludzie stamtąd mieli im służyć jako rozrywka, wojownicy i tak dalej. Nie udało mi się odszyfrować części danych, ale myślę, że tam był szczegółowy plan zniszczenia planety, a następnie wystąpienie w roli zbawców. Ciekawi mnie w jaki sposób to zrobili. Musieliby użyć bardzo silnych wstrząsów na jądrze planety, albo zmniejszyć grawitację… ale wiem, jestem pewna, że przede mną na Ori nie urodziła się osoba o podobnych zdolnościach.
Logaire patrzył na nią z politowaniem.
- Jesteś strasznie nakręcona. Wyluzuj trochę.
- Przepraszam – odparła smutnie. – Po prostu… tyle lat szukałam ojca i odpowiedzi… a teraz mogą być tak blisko.
- Trochę cię rozumiem – odwrócił wzrok.
- Mój ojciec – kontynuowała – był na Ori zanim została zniszczona. Był zamieszany w te eksperymenty. Nie wiem czy nadzorował tylko, czy może sam prowadził badania. Po prostu nie wiem… . Pochodził z Kheb. Szukałam tej planety przez trzy lata, a gdy już ją znalazłam to okazało się, że zamieszkiwali ją zwyczajni ludzie. Ich stopień rozwoju był bardzo niski. Nie uzyskałam od nich żadnych przydatnych informacji. Tylko tyle, że Pradawni zniknęli. I że ostatniego widziano cztery lata wcześniej. Ha ha ha! Wielu myślało, że jestem Pradawną, bo wyglądałam jak oni. Myśleli, że oni wrócili. Dla tych ludzi Pradawni byli jak bogowie.
Odpowiedziało jej milczenie. Eneko bez emocji nawigował statkiem i szukał sygnałów Starbuck. Shaw obserwowała go z siedzenia obok.
- A ty? Co robisz w tym skrawku kosmosu? – przemogła się wreszcie.
- Gdy cię uwolnimy z tego urządzenia, dostarczę cię do CGX-725. Tam nasze drogi się rozejdą.
Eneko wyciągnął urządzenie zabrane Dobletom usiłując namierzyć Aparajitę i resztę ekipy.
- Nie chcesz o tym rozmawiać? – zapytała raz jeszcze półgłosem nie chcąc, żeby Suoca zmienił nagle zdanie w kontekście jej wycieczki.
- Nie interesuje to ciebie, widzę to. Pytasz, bo tak wypada.
Zatkało ją.
- Ależ skąd! Ja…
Trzaski z urządzenia przerwały jej w pół słowa. Po kilku minutach manewrowania pokrętłami urządzenia oraz korygowaniem kierunku lotu statku, udało się w końcu oczyścić połączenie z szumu.
- Szybko się zabraliście ze stacji - zaczął Eneko.
- Poczekaj udam się w bezpieczniejsze miejsce – przez kilka chwil słyszeli tylko stukot butów o posadzkę. Dźwięki jakie dochodziły z komunikatora sugerowały, że Aparajita weszła do kajuty lub czegoś podobnego. – Mogę rozmawiać.
- Co się działo?
- Niedawno zaatakowało nas coś dziwnego, może flota lub inna rzecz. Nie wiemy. Nawiązaliśmy też kontakt z ziemskim statkiem. Mój statek jest w ruinie i prawdopodobnie będziemy musieli opuścić Starbuck – skończyła z wyczuwalnym żalem.
- Dokąd w ogóle zamierzaliście lecieć?
Cisza.
- Odkąd okazało się, że Tantalos nie istnieje, nie mieliśmy celu.
Suoca westchnął.
- Mamy jeszcze jeden problem. Czy jest z wami Aria?
- Tak, cały czas była. W czym rzecz?
Eneko spojrzał na dziewczynę siedzącą obok, z którą wymienił spojrzenia.
- Rzecz w tym, że Aria jest ze mną.
W głębi ciszy jaka nastała, można było usłyszeć generatory napędowe w statku Logaire’a gdzieś na drugim jego końcu.
- Jak to?
- Z wami prawdopodobnie jest Zjawa.
- Widmo – poprawiła go głośno Aria.
- Tak, właśnie, Widmo. Dziewczyna mówi, że to jakaś świrnięta Pradawna, która potrafi stworzyć idealną wersję oryginalnej postaci mając czyjąś krew i wspomnienia.
- To niemożliwe – rzuciła Aparajita. – Skąd pewność, że to u ciebie nie jest to Widmo?
- Uratowałem ją z rąk Ras’era. Widziałem to dziwne stworzenie. Nie rozumiem tylko, dlaczego Widmo podążyło za wami.
Ponownie zapanowała cisza. Logaire’owi zdawało się, jak usłyszał przełknięcie śliny przez jasnowłosą.
- Interesujące… odezwę się później.
Rozłączyła się. Logaire spojrzał na urządzenie, jakby było w jakikolwiek sposób odpowiedzialne za zakończenie połączenia.
- Zastanawiające – skwitował.
- Nieznany obiekt w zasięgu radaru – bezosobowy głos rozbrzmiał w głośnikach. Eneko rzucił okiem na zielony ekran.
- Może to jest to coś, o czym mówiła Aparajita. Wygląda jakby skręcał, ale… strasznie powoli. To jakiś większy okręt. Tylko, że bardzo szybki. Dziwne. To nie jest statek ziemskiego imperium. Komputer, raport.
- Klasa statku nieznana. Uzbrojenie nieznane. Załoga nieznana. Destynacja nieokreślona. Bandera obcej galaktyki. Skanowanie… Wyszukiwanie informacji… Bandera Sojuszu Ketesh z Galaktyki Andromeda. Trwa aktualizacja danych…
Aria pobladła.
- Wygląda na to, że Widmo zawezwała twoich „przyjaciół” z Andromedy. I wygląda też na to, że biorą na nich nawrót.
- Musimy ich powstrzymać!
Logaire teatralnie pomału obrócił do niej głowę.
- Sami? Nie masz nawet swojej mocy. Twój instynkt samozachowawczy jest doprawdy szczątkowy.
Shaw obrzuciła go gniewnym, choć trochę bezsilnym spojrzeniem.
"Wszyscy muszą być podobni jeden do drugiego. Każdy człowiek wizerunkiem innego człowieka. Wtedy wszyscy są szczęśliwi, bo nie ma gór, by się przed nimi zginać ze strachu i porównywać się z nimi" ~ 451 stopni Fahrenheita, Ray Bradbury

Awatar użytkownika
Aishikami
Posty: 11
Rejestracja: 09 grudnia 2013, 14:03
Lokalizacja: Wrocław

Re: Nie mów hop przed zachodem słońca

Post autor: Aishikami » 04 października 2018, 16:05

Major Ronald Burkett nigdy nie czuł się mały i nic nieznaczący wobec wielkości znanego i nieznanego wszechświata. Pustka, od której dzieliły go tylko wzmocnione ściany „Rossalie”, nigdy go nie przerażała. Nie budziła w nim również zachwytu. Uciekł w nią, kiedy ziemia stała się zbyt mała, aby pomieścić jego żałobę, nie dlatego, że go przyciągała, ale dlatego, że była jego jedyną opcją. Za ziemią nie tęsknił, dawno już się pogodził z tym, że jego domem nie było miejsce, tylko czas. Czas przeszły, miniony, nie do odzyskania.
Jego załoga nie podzielała tego podejścia do otoczenia, Ronnie z kolei nie podzielał ich entuzjazmu, ale go rozumiał. Lorrie ekscytowała się kosmosem tak jak oni, ale w odróżnieniu od Ronniego, nie miała szans znaleźć się wśród gwiazd, które oglądała co wieczór przez teleskop, kupiony za pierwszą prawdziwą wypłatę Ronniego. Siadała owinięta grubym wełnianym kocem, z kubkiem gorącego kakao w dłoni i opowiadała mu o gwiazdach, kometach i odległych planetach. A Ronnie słuchał, zapamiętywał i zakochiwał się w jej entuzjazmie coraz bardziej.
Ale nigdy się nim nie zaraził, i teraz fakt, że znajdował się na pokładzie jednostki przemierzającej zimną pustkę budził w nim raczej mieszkającą płytko pod skórą, nieznośną irytację. Irytację, która zmieniała się powoli we frustrację, każdego dnia, kiedy nie udało mu się zbliżyć do celu choćby o krok. Jakby tego było mało, Mira, jego nawigatorka i spec od komunikacji poinformowała go, że stracili bezzałogowca.
Będzie musiał to jakoś wytłumaczyć swoim przełożonym, którzy, jak i on, coraz bardziej zmęczeni byli brakiem sukcesów. Ronnie nie wiedział, czego tak naprawdę się spodziewali, w końcu wysłali go w pościg za legendą powtarzaną szeptem, za symbolem, który na razie nie miał uchwytnej postaci. Ronald zapuszczał macki w zakątki kosmosu, do których udawało mu się dotrzeć, nasłuchiwał, gromadził wiedzę, miał w tym doświadczenie.
Ale nic to nie dawało. A teraz jeszcze tak kosztowna strata.
Nie łudził się, że jest niezastąpiony, prędzej czy później i on przekroczy ten jeden most za daleko, straci zbyt wiele, zbyt długo będzie błąkać się w z pustymi rękami. A wtedy czekają go cztery ściany, w otoczeniu których odbiorą mu medale, zedrą naramienniki a następnie wyślą za biurko do przekazywania rozkazów bardziej kompetentnym agentom.
Tak, gdzieś tam czekał na niego obrotowy fotel i ciepła, przeraźliwie nudna posadka. Jedyne pytanie, jakie pozostawało to, kiedy. Ile jeszcze pozwolą mu stracić, ile jeszcze może przegrać, zanim wycofają go z tej gry.

* * *

Są takie sekrety, które zabiera się ze sobą do grobu. Ronnie nie miał takich wiele, ale ich pula powiększyła się, kiedy alarm obejmujący cały statek złapał go na przysłowiowym porcelanowym tronie. Wiedział, że nikomu nie opowie, jak zmagał się ze spodniami, kiedy całą kabinę zalało czerwone światło i przenikliwy dźwięk, którego uczą się zanim wyślą cię w kosmos. Kontaminacja, po dehermetyzacji, jedno z najbardziej przerażających słów w jego słowniku. Ronnie czekał, aż zadziałają zabezpieczenia, stosowane od czasów, kiedy podróże w kosmos jeszcze raczkowały. Zabezpieczenia, mające zmienić to zagrożenie z dzikiej bestii, w oswojone zwierzątko. Ronald nigdy nie widział ich w akcji poza symulatorem, ale im ufał, musiał im ufać. Mijały sekundy, udało mu się zapiąć pasek w biegu ku mostkowi. Korytarze nadal straszyły czerwienią a nieustanne wycie wgryzało mu się w mózg przez uszy. Co z tymi cholernymi zabezpieczeniami?!
Śluza wejściowa na mostek była zamknięta. Blokada antykontaminacyjna zadziałała, dlaczego więc nie zadziałały inne systemy. Odcięty od mostku Ronnie po raz pierwszy od włączenia się alarmu poczuł prawdziwy strach. Czy on właśnie umierał, czy jego załoga? Czy naruszona została struktura jednostki i będą dryfować aż nie umrą?
Głęboki oddech, jeden, drugi, i strach, który groził przez chwilę zamianą w panikę wrócił do poziomu, w którym był tylko peryferyjną niedogodnścią. Nadal żył, statek nadal poruszał się po wyznaczonym kursie, mieli zasilanie, to mógł być fałszywy alarm, musiał się tylko dostać na mostek. Tylko tyle.
- Majorze?
Ronnie odwrócił się na dźwięk głosu Scotta. Mechanik Rossalie, i naczelny entuzjasta kosmosu, wpatrywał się w Ronniego, jakby dziwił się dlaczego go widzi. Ronnie zrzuciłby to na szok albo strach, gdyby nie to, że rozpoznawał to spojrzenie, tak patrzył na niego siostrzeniec, kiedy Ronnie przyłapał go na rozpalaniu ogniska w mrowisku, tak patrzyli na niego kadeci, kiedy przyłapywał ich na paleniu, tak patrzy ktoś, kto zrobił coś czego robić nie powinien i został na tym złapany.
Poczuł ciężar w żołądku, mięśnie spięły się, jak do skoku, szum w uszach zagłuszył nawet wycie alarmu. Jego ciało przygotowało się do walki, zanim nawet jego umysł zdał sobie sprawę, że do takiej dojdzie.
Scott zaatakował pierwszy, ale musiał zdać sobie sprawę, że stracił jakikolwiek element zaskoczenia, że przeciwnik jest na niego przygotowany. Zaatakował nisko, celując w brzuch, ale Ronnie to przewidział, sam tak by zrobił. Kolano trafiło w nos, Ronnie poczuł z satysfakcją, jak kość ustępuje.
Scott odskoczył, krew skapywała mu z nosa do ust, twarz wykrzywiał grymas bólu, ale i wściekłości. Ronnie nie walczył teraz z człowiekiem, ale ze zranionym zwierzęciem, które było bardziej niebezpieczne, ale też i głupsze, działające instynktownie. Ronnie musiał to zakończyć, jak najszybciej. Walka w zwarciu nie opierała się na honorze, tylko na sprycie i sile, a tego miał zdecydowanie więcej.
- Ronnie... stoisz na drodze czegoś znacznie potężniejszego niż ty, niż ja. - wycharczał Scott. - Rewolucja...
Ronnie nie dał mu dokończyć.
- Dla ciebie to będzie panie majorze. A rewolucja ci teraz nie pomoże. - Rzucił się do przodu, kiedy tylko skończył wypowiadać to zdanie, używając całego ciała niczym tarana, Scott padł na ziemię, Ronnie przycisnął go do niej, jednocześnie zaciskając dłonie na jego krtani. Ścisnął mocno, obejmując i ściskając Scotta udami, dobrze przewidując, że zacznie rzucać się niczym węgorz, próbując wyślizgnąć się z uchwytu.
Ale Ronnie mu na to nie pozwolił, Scott otwierał i zamykał usta próbując bezradnie łapać powietrze, przy mocniejszym podrygu udało mu się uwolnić z uścisku dłoni Ronniego na moment, ale nie miał już dość siły, aby uciec.
Spojrzał Ronniemu prosto w oczy.
- Krwawa Aurora rozleje swój blask na zimnym sklepieniu świata. - wycharczał.
- Cokolwiek - Ronnie założył uścisk ścisnął mocniej, wreszcie skutecznie odcinając Scottowi dopływ powietrza. - Jeśli tak chcesz zmarnować swoje ostatnie słowa, to Twoja sprawa.
Nie miał pojęcia, jak długo tak leżeli, on na górze, trzymając Scotta w żelaznym uścisku i Scott pod nim, charczący niemal bezgłośnie, z siniejącymi ustami i językiem, który zwisał bezwładnie z wciąż teraz otwartych ust, z oczami wpatrującymi się już w bramy zaświatów, z ciałem jeszcze chwilę walczącym, wpadającym w drgawki z braku tlenu. Aż wreszcie wszystko się skończyło. Oczy Scotta zaszły bielmem, ciało stało się wiotkie, a wokół unosił się ostry zapach moczu.
Ronnie musiał walczyć z własnymi mięśniami aby w końcu zwolnić uścisk, aby wstać. Nie zdawał sobie nawet sprawy, że alarm ucichł, korytarze znów wypełniało delikatne żółte światło, a śluza na mostek stała otworem.
Jego załoga padła tam gdzie się znajdowała. Jedni nadal siedzieli w swoich fotelach, inni leżeli na podłodze przed swoimi konsolami. Cokolwiek ich zabiło było szybkie i, sądząc po ich twarzach, bezbolesne.
Spojrzał na ciało Scotta u stóp, na białe oczy, siny język, zasychającą krew. Na Scotta, który potrafił nazwać niemal każdą gwiazdę na nieboskłonie, który rozbawiał załogę żonglerką, w najnudniejsze wieczory. Na Scotta, który zamordował tych samych ludzi, którym opowiadał o swoim domu, za którym tęsknił, ale do którego nie mógł wrócić.
To robiła z ,ludźmi rewolucja, zabijała pośrednio, rękami takich ludzi jak Scott, rękami takich ludzi, jak Ronnie.
Opadł ciężko w fotel tuż obok ciała Miry i rozpoczął nadawanie sygnału SOS.

* * *

- Bohf? Od Bag Over Head Fuck...?
Odpowiedź była krótka, zwięzła i przepełniona niejakim oburzeniem, a przynajmniej tak Ronnie to odczytał.
- Nie.
Momentalnie porzucił ten temat i raz jeszcze ogarnął wzrokiem zebrane przed sobą towarzystwo. Cywile, i jeśli Ronnie obawiał się, że będą dla niego zagrożeniem, to przynajmniej częściowo porzucił to przekonanie.
- Jako kapitan tej jednostki, zapraszam na pokład.
Zaprowadził ich na mostek, nie zwracając uwagi na ich reakcje, chociaż niewiele miał do ignorowania. Zgryźliwa kapitan wraku i dzieciak zachowywali się, jakby widok martwych ludzi był dla nich codziennością, hipster, którego Ronnie zdążył obrazić na wstępie wyglądał na nerwowego, blondyn szykował się chyba do rzucenia jakimś tekstem, a piąta osoba, dziewczyna podobna do blondyna, po prostu patrzyła.
Ronnie postanowił wyprzedzić, jakiekolwiek reakcje.
- Moja załoga, była załoga, zanim zrobimy cokolwiek, zanim pozwolę wam zrobić cokolwiek, musimy ich - przełknął niespodziewaną gulę, która stanęła mu w gardle - musimy ich odprawić w ostatnią drogę. Ty - wskazał dzieciaka, na końcu tego korytarza, jest śluza, prowadzi do magazynu. Znajdziesz tam prześcieradła, przynieś pięć, nie, czekaj, - spojrzał na Scotta - sześć.
- No leć - dodał wkładając w głos nieco więcej rozkazu, kiedy młody się nie ruszył.
- Emrys nie jest... - zaczęła Aparajita, ale Ronnie nie zamierzał tego słuchać.
- Jesteście moimi gośćmi, ja jestem gospodarzem. I chyba nie muszę tłumaczyć, dlaczego nie zostawię was samych na mostku mojego statku.
Po tym, nie padło już ani słowo. Czekali, aż Emrys wrócił z prześcieradłami, po czym Ronnie zapędził ich do roboty. Patrzył, jak owijają Mirę, która zaręczyła się miesiąc temu, jej narzeczony był radiooperatorem podobnej jednostki, Ronnie wiedział, że czasem wysyłali sobie romantyczne wiadomości oficjalnymi kanałami, i choć nie było to zbyt zgodne z przepisami, zupełnie to ignorował.
Owijali Shena, który dołączył do jego załogi niedawno, ale był ambitny, ciężko pracował, znał się na tym co robi, i szybko zdobył zaufanie Ronniego.
Milczącego, ale pomocnego Deantre, Trish, która najgłośniej się śmiała z dowcipów Scotta, i która nie miała do kogo wysyłać wiadomości, i w końcu Jeana, który miał w kajucie złotą rybkę, Ronnie nie raz kazał mu ją oddać, mówiąc, że wojskowa jednostka to nie miejsce dla zwierząt, żadnych zwierząt. Ale Złotko zadomowiło się na „Rossalie” na dobre. Ronnie nie zdążył zapytać, jak często się ją karmi. Będzie musiał rozgryźć to teraz sam.
Ciało Scotta owinął sam, jako ostatnie.
Kosmos nie pozwalał na wiele, pozwalał odesłać ciała w swoje objęcia, ale odzierał ostatnie pożegnanie z wszelkiego majestatu, z całej otoczki. Z płaczących przyjaciół i rodziny, z dźwięków spuszczania trumny do wykopanego specjalnie dla niej i tylko dla niej dołu, szumu piasku uderzającego o jej wieko, z zimnego wiatru osuszającego łzy, z morza kwiatów złożonych na świeżo skopanej ziemi.
Kosmos nawet pogrzeb czynił pustym, zimnym doświadczeniem.
Ronnie patrzył, jak najpierw śluza, a potem bezosobowe macki próżni pochłaniają jego załogę. Czuł na oczekujące spojrzenia, więc zmusił się, żeby coś powiedzieć.
- To byli dobrzy ludzie, niechaj odnajdą spokój w takich zaświatach w jakie wierzyli.
- Nieco zwięzła ta przemowa.
Ton Aparajity tym razem zagrał mu na odsłoniętych nerwach, ale w ostatniej chwili się opanował. Nie miał sił na walkę, choćby tylko słowną.
- Można powiedzieć tysiąc słów a to i tak nie zmieni faktu, że nie żyją. Dużo bardziej interesuje mnie co się stało z waszym statkiem. Nieźle oberwał.
Aparajita spoważniała.
- Coś nas zaatakowało, nadal nie wiemy co to było. A co gorsza, nie wiemy, gdzie teraz jest. Ale mam takie wrażenie, nazwij to jak chcesz, że nadal nie jesteśmy bezpieczni.
*Nie mam własnej kultury, więc jem jogurt, aby mieć chociaż kulturę bakterii.*

ODPOWIEDZ