UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Zapraszamy do udziału w nowym INSTANCIE! :D

Zachęcamy też do głosowania na TEKST WRZEŚNIA!

Nie mów hop przed zachodem słońca

Słuchaj, jest śliczny, piekielnie dobry Wszechświat tuż obok; chodź z nami ~E. E. Cummings
Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 220
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Nie mów hop przed zachodem słońca

Post autor: MononokeGirl » 03 czerwca 2018, 18:33

KLUB "CZERWONA ROZPUSTA"

Do gabinetu BaBy wpadało migające stroboskowe światło. Poważna twarz Ras'era de Kel Hatak raz pokryta była czerwienią i wyglądał, jakby umazał się we krwi, a raz upiorną niebieską poświatą, co nadawało mu wyglądu wygłodniałego ducha. Żądnego zemsty i śmierci. Od momentu, gdy spotkali się pierwszy raz miał typową gębę bandyty, który nie marzy o niczym innym jak o podcięciu komuś gardła - to teraz było gorzej. Nie po to BaBa zainwestowała w najlepsze translatory obsługujące opcję mimiki, gestów, tonów i akcentów, aby teraz ominąć taki drobny, ale ważny szczegół. Lud Ketesh był jej stałym zleceniodawcą - lubili dobrą broń, a jeszcze bardziej sprawdzone informacje. Kiedy dowiedziała się, że Ras'er przybył na stację w poszukiwaniu Pradawnego, a zaraz potem jej ludzie zakomunikowali jej, że jednego dorwali - sądziła, że to nie może być pomyłka i zbieg okoliczności. Zapomniała o ostrożności i się głupio pośpieszyła.
Odpaliła interkom, aby połączył ją z jej asystentem... asystentką... Hermafrodytą zajmującym się asystowaniem z rasy Hermio.
- Billao?
- Tak, madame? - odezwało się Billao cienkim, chłopięcym głosikiem.
- Chce wiedzieć, kto zajmował się tym Pradawnym. Imiona i logi z kamer. Na wczoraj - powiedziała, a jej głos z translatora automatycznie zmienił się z kuszącego, seksownego Lady 8 na Bussiness Woman 3. Jak w obsługę wchodził BW 3 to nie było bata, żeby komuś się nie oberwało.
- Tak jest! - pisnęło przerażone Hermio.
Interkom zasyczał, rozłączając połączenie, a BaBa złożyła przed sobą swoje pnącza i skierowała się w kierunku Ras'era. Wpatrywał się w nią z intensywnością i... radością? Jego oczy iskrzyły się, odsłonił zęby w triumfującym uśmiechu. I nie, podpowiadał translator, nie patrzył się na BaBę, a na to co znajdowało się za nią. Veganka natychmiast skupiła się na kamerze numer 2, która obejmowała w 90 stopniach to co znajdowało się za jej "plecami".
Patrzył na ekran wiadomości. BaBa lubiła wiedzieć. Najlepiej wiedzieć wszystko - to co było na stacji, poza stacją, wszędzie we wszechświecie, bo informacje były czasami cenniejsze niż złoto, diamenty czy samo ochrynium. Ściana za jej plecami pokryta była ekranami, na których leciały wszystkie dostępne programy z wiadomościami. Na kanale 5 leciały akurat Wiadomości Codzienne z tą idiotką Amy Bass, ale cóż - gdyby nie to to nie nadawałaby z takiej zapadłej dziury jak ta stacja. Jednak BaBa wątpiła, by to widok spikerki tak wstrząsnął Keteshem. Bass relacjonowała jakieś zamieszanie na Placu Czerwonego Karła. Nagranie z kamery ulicznej w słabej jakości pokazywało Ozjankę, która latała wahadłowo przed jakąś białowłosą dziewczyną, a dookoła nich trwało isntne pandemonium - stragany bez zupełnie żadnego powodu nagle wywracały się, jakby uderzone huraganowym wiatrem.
-... Świadkowie twierdzą, że we wszytko była zamieszana owadoidalna istota, która ogłuszyła ludzi w pobliżu...
Co za czasy, żeby w wiadomościach informacyjnych puszczano fake news'y w telewizji publicznej! Gdyby nagranie pokazano jakiemukolwiek ksenologowi... a nie, wróć... co szacowany profesor z tytułem ksenologii miałby robić w takim pipidówku? Ale każdy restaurator z pięciogwiazdkowej restauracji poznałby Ozjańską robotnicę, bo ich jaja na czarnym rynku osiagały kosmiczne ceny. Rarytas klasy SS. Na planetach Sojuszu zakazany prawnie, u tych z Kompani Handlowej nie. Jednak gdyby to wszystko wiedzieli w Wiadomościach Codziennych to nie potrzebowaliby byle restauratora, żeby im to wytłumaczył. I znowu wszystko sprowadzało się do wiedzy i jej braku. Ozjanka mogła ogłuszyć tych kosmitów, ale na pewno nie dokonała takich zniszczeń, a to oznaczało...
- Madame BaBo, dziękuję za wszystko. Twoje usługi okazały się nad wyraz przydatne - powiedział Ketesh, wstając ze swojego miejsca.
- Zawsze chętnie współpracuję z Kas'iusem - odparła, mając już pnącze na przycisku interkomu. Nacisnęła go ledwo Ras'er przestąpił próg i zatrzasnęły się za nim drzwi.
- Już wysyłam logi z kamer! Posłałem też Doblety po Salkidów! Idzie sam Podkuti, ma znaleźć kogo trzeba! - zapiszczało Billao.
- Zapomnij o tym! Skoro nie ma Podkutiego to wyślij resztę... każdego, kogo tylko się da... na Plac Czerwonego Karła i do Spadającej Gwiazdy! Wysyłam ci film. Mają dorwać tą białowłosą. Najlepiej po cichu. Tak, żeby tego nie pokazywali potem w cholernych Wiadomościach Codziennych! - piekliła się głosem Bussiness Woman 3, a Billao modlił się, żeby nie zeszła na BW2.
-Dostałem, już wysyłam dalej! - odpowiedział hermafrodyta. Słyszała jak w tle stukają klawisze klawiatury. Brzmiały jak ten staromodny karabin maszynowy.
- I przyprowadźcie mi Moę! Tą z Spadającej! Jak się da to po dobroci, ale tak naprawdę to potrzebna mi jest tylko przytomna i mówiąca.
- Tak jest!
W tej samej chwili na prywatnym ekranie BaBy pojawiła się wiadomość z logami z bazy Salkidów przy dokach. Odruchowo odtworzyła nagranie. Twarz, którą zobaczyła na ekranie i charakterystyczny kapelusz sprawiły, że natychmiast nacisnęła znowu interkom.
- Tak?!
- Wszyscy Salkidzi do kwasu! W próżnię! Mają zdechnąć w mękach! Bezużyteczne graty! Podwójnie się dzisiaj przez nich ośmieszyłam!
- Tak jest!
"W co ty kurwa Logaire pogrywasz?" BaBa zapytała w myślach postać Suocanina z ekranu.

GRILLBAR SPADAJĄCA GWIAZDA

TRANSAKCJA ODRZUCONA
UWAGA! TO NIE JEST RACHUNEK
Terminal po tym jak Ziemienin przeciągnął nad nim ręką z chipem wyświetlił komunikat na czerwono i zapiszczał cicho. Moa posłała człowiekowi długie spojrzenie.
- Przykro mi, ale mam odmowę... - powiedziała, a w jej głosie wcale nie było słychać, aby to była prawda. Raczej pobrzmiewały w nim groźne nutki, a to był wyczyn przy tak przymilnym głosiku jak Lady 15.
- Ach - "łysa małpa" westchnął i przeczesał dłonią siano, które miał na głowie. Jego wzrok uciekał ciągle do siedzących przy barze białowłosej dziewczyny i jej towarzysza, tak jakby bał się stracić ich z oka. Dwójka ludzi. Możliwe, że stanowili bilet do jego powrotu do domu. Rozmarzył się trochę, ale niestety barmanka przypomniała mu o swoim istnieniu chrząknięciem. Moa nie wiedziała, czego Straceniec mógłby chcieć od Terentowicza, ale nie wróżyła tej znajomości dobrze. Siergiey zwany Sangiem był częstym gościem Spadającej. Zjawiał się w barze, gdy tylko na stacji działo się coś złego i w dodatku nic nie zamawiał. Wątpiła by Straceniec go znał od tej strony. Tymczasem Ziemianin podniósł jeden pale i z mądrą miną oznajmił: - Momencik. Już. - W tym czasie ze swojego plecaka wyciągnął tablet i zalogował się jakimś strasznie skomplikowanym ciągiem cyfr. - Macie hasło do WIFI? A zresztą nieważne... Już ogarnąłem. Hasło 12345. Serio?
Zaczął odpalać programy i setkę okien na raz. Jedno z nich było z wiadomościami, ale nie z Kanału 5. Jęknął cierpiętniczo na widok informacji tam zamieszczonych, ale Milcząca Obecność nie zdążyła podejrzeć, o co w tym chodziło, bo zbyt szybko przeleciał po nim wzrokiem i zamknął. To co zadziało się później wyglądało jak scena z filmu o hakerach. Dla Moi prawdziwa magia, bo ona wszelkie urządzenia komputerowe traktowała zawsze z dozą nieufności. Patrzyła na niego z podziwem. Poklikał, poklikał i...
- Jeszcze raz - zakomunikował nagle, ale zamiast spojrzeć na Ozjankę - zerknął przez ramię na białowłosą parę. Siergiey rozmawiał z Florem, a dziewczyna oglądała wiadomości, w których puścili na chwilę filmik z nią i Moą. Tarantowicz zauważył ich obecność na nagraniu, więc zagadał o to do nowej znajomej.
- Wzięli mnie za martwego i zamknęli mi dostęp do konta - tymczasem Polak wyjaśnił Ozjance nonszalancko, ale nijak nie rozjaśniło to dla niej sprawy.
Moa ponownie wprowadziła odpowiednią kwotę na terminalu.
- Co to jest?! - oburzył się i wskazał na sumę wyświetlającą się na urządzeniu płatniczym.
- Koszt menu 3 wraz z częścią odszkodowania za szkody wyrządzone przez twoich znajomych...
- Moich znaj... Co? Ja nie znam żadnego z nich! Posłuchaj... - Chciał jej coś wyjaśnić, ale chyba nie bardzo potrafił znaleźć odpowiednie słowa. Kiwał głową raz przecząco, raz przytakująco, burczał coś pod nosem. W końcu usiadł na stołku barowym i walnął głową o blat. - Ja tylko chce odzyskać mojego wombata! I wrócić na Ziemię... - jęknął.
Milczaca Obecność akurat to potrafiła zrozumieć. Nawet trochę było jej go żal. Ona też marzyła o powrocie na Oza. Teraz układało jej się na stacji jako tako, ale czasami jeszcze łapały ją lekkie napady lęku i samotności. Czuła się jak więzień zamknięty wśród potworów, które nie rozumiały tego co myśli, czuje i mówi. Które zachowywały się barbarzyńsko i całkiem irracjonalnie.
- Awaryjne lądowanie zostawiło cię bez środków, co? - spytała, ale uniósł tylko na nią wściekłe spojrzenie tak jakby to ona stała za wszystkimi nieszczęściami, które go ostatnio spotykały. Przywołała wspomnienie sympatii, którą czuła do niego zaledwie sekundę wcześniej, a które zostało natychmiast zabite przez jego wrogą minę. - To ty posłuchaj łysa małpo... - zaczęła stanowczo: - ...możemy zrobić inaczej. Zapłacisz tylko za menu 3 i piwo. Pomożesz mi posprzątać ten pył... - Straceniec skrzywił się niezadowolony. - A potem albo odpracujesz na zmywaku, albo usiądziesz do komputera na zapleczu i ogarniesz mi program rachunkowy, co? Właściciel średnio dbał o księgowość wcześniej. Ten, którego używam teraz do niczego się nie nadaje i tak naprawdę wszystko prowadzę ręcznie w tabelkach. Wybór należy od cie...
- Dawaj ten komputer. Takiego programu jeszcze ta stacja nie widziała! - wszedł jej w słowo. Wydawało jej się, że gdy teraz wstał to urósł o kilka centymetrów. - Ale chcę, aby Stella była ze mną - powiedział, patrząc tęsknie na swojego pasożyta, który spał sobie smacznie w kołysce z dwóch dolnych rąk Ozjanki.
- Nie będzie ci potrzebna do sprzątania, a w biurze możecie siedzieć razem. To jak? Zgadzasz się? - zapytała, a on przytaknął niezbyt entuzjastycznie. Zostawiła go na chwilę, wróciła z zaplecza bez wombata, ale za to z małym odkurzaczem i workiem. - To powodzenia - powiedziała, wręczając mu oba przedmioty. W zamian odebrała od niego jego bagaże i schowała w szatni na tyłach.
Wreszcie miała chwilę oddechu, ale nie mogła spocząć. Zbyt wiele rzeczy czekało na zrobienie. Po pierwsze zająć się niepłacącym klientem - odhaczone. Po drugie - sprawdzić dokumentację dla ubezpieczyciela. Po trzecie kontrolować pracę Bashki, którą Szefu wezwał do pomocy Florowi, gdy Moa opuściła bar. Od czasu do czasu im pomagała, pracując na zlecenie, ale Ozjanka nigdy się do niej nie przekonała. Za często goście skarżyli się na rude włosy w napojach i jedzeniu. Po czwarte... Wyliczała sobie w myślach Moa, gdy nagle usłyszała rzężenie i strzał. Odwróciła się wystraszona, a przez jej gwałtowny ruch - białowłosa dziewczyna wzdrygnęła się gwałtownie, prawie spadając z krzesła i w całym barze zaczęły drżeć szklane naczynia.
- O. C'est bien, Aria. A potrafiłabyś w ten sposób wymasować plecy? - zagadnął Siergiey z zaciekawioną miną. Gdyby Moa była tą Arią to uciekałaby od niego jak najdalej. Patrzył na nią głodnym wzrokiem, jakby miał ochotę ją ugryźć. Ozjanka zastygła w bezruchu, jednocześnie przeczesując salę w poszukiwaniu źródłą tamtego dźwięku.
- Nigdy nie próbowałam. To mogłoby być niebezpieczne... - odpowiedziała Aria Tarantowiczowi. Siedziała spięta na swoim krześle, obiema dłońmi kurczowo trzymając się siedzenia. Wzrok miała wlepiony w Milczącą Obecność, jakby spodziewała się, że Ozjanka nagle rzuci się na nią i odgryzie jej głowę. Na szczęście wyglądało na to, że znacznie lepiej radziła sobie z kontrolą, bo drżenie niemal całkiem ustało. Moa odważyła się odetchnąć z ulgą.
- Wiesz, zawsze warto próbować nowych doświadczeń - Sang kontynuował swój marny podryw i podsunął Arii szklankę z alkoholem. - A najważniejsze to się rozluźnić, devushka - dodał. Zademostrował to opierajac się łokciem na blacie i wyciągając przed siebie wygodnie długie nogi.
- Łatwo mówić - odparła cicho, ale odwróciła wzrok od owadoidki i posłusznie sięgnęła po szklankę. Pociągnęła spory łyk na raz i odstawiła naczynie z trzaskiem. Uparcie i z wielkim wysiłkiem nie patrzyła w stronę Ozjanki. Wyglądało na to, że najgorsze już minęło.
W tym samym czasie barmanka znalazła pochodzenie wcześniejszego hałasu. Polak udowodnił, że niemożliwe stało się możliwe. Zatkał w jakiś sposób odkurzacz, zdołał przełączyć go z wciągania na wydmuchiwanie, odłupał przez przypadek duży kawałek ściany, a potem sprawił, że urządzenie się przegrzało i zapaliło. I to wszystko w ciągu kilku sekund, gdy spuściła go tylko z oczu. Moa szybko wyciągnęła zza lady małą gaśnicę i ugasiła zarzewie pożaru.
- Czy ten sprzęt miał atest? - zapytał łysa małpa, a ona miała ochotę go zadusić. Stał jak uosobienie samych nieszczęść z rękami spuszczonymi po bokach. Nawet nie próbował jej pomagać, mimo że to przecież on zawinił. Właśnie, dlatego Moa nie lubiła oddawać jakichkolwiek zadań innym. Nawet najprostsze potrafili spartolić. Już maleńkie larwy na Ozie radziły sobie z takimi łatwymi czynnościami, na łaskę Nadkrólowej! Ziemianin musiał wyczytać to z jej oczu, bo wzruszył ramionami i dodał mentorskim tonem: - Tak to jest jak się zleca pracownikom zadania, do których nie zostali przeszkoleni.
- Z oddychania też musiałeś dostać szkolenie jak się urodziłeś? - zapytała poirytowana, a on się skrzywił. - Oddaj to. Jazda na zmywak. Prostsza praca chyba nie istnieje - powiedziała, wskazując mu nowe stanowisko.
Po siedemnastej zbitej szklance w ciągu dziesięciu minut kazała mu spieprzać do biura i jej więcej nie wkurwiać. Spełnił tą prośbę więcej, niż szczęśliwy.
Moa wciągnęła powietrze, wypuściła ze świstem i wróciła do swojej listy. Po pierwsze zająć się niepłacącym klientem - odhaczone. Po drugie - sprawdzić dokumentację dla ubezpieczyciela. Po trzecie kontrolować pracę Bashki. Po czwarte... Moa znowu nie dokończyła wyliczanki, bo akurat ze swoich miejsc wstali dwaj rośli Elefanci. Okazało się, że w samym rogu pokoju pomiędzy ścianami a palmą w doniczce siedzi tamta dwójka - Suoca i ziemski niedorostek. Dwójka, która wpadła do baru i od nich zaczęły się kłopoty. Przez nich Doblety zdezintegrowały jej duży kawał ściany - nie, żeby Spadającej nie przydał się remont, ale Moa wolała planować tego typu wydatki z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Już miała do nich iść i wyegzekwować płatność za szkody, ale zobaczyła, że przy ich stoliku siedzi również starsza kobieta i Ozjanka straciła pewność, czy aby na pewno te same osoby. Przykazała szeptem Florowi, aby ich obserwował, a sama poszła do biura.
Łysa małpa szalał. Po wytężonej minie człowieka owadoidka poznawała, że nie ma zielonego pojęcia o tym jak działało używane w barze oprogramowanie, co wcale nie przeszkadzało mu w waleniu w klawiaturę z szybkością stu uderzeń na sekundę. Wyglądał na tym faktem sfrustrowanego, więc jednocześnie zajmował się mizianiem gołą stopą wombata leżącego pod blatem, aby nieco się odprężyć.
- Posuń się na chwilę - rozkazała mu Moa i sama pochyliła się nad monitorem. Nieporadnie chwyciła za myszkę i powolutku nakierowała ją na odpowiednie okienko. Minutę przyglądała się otwartemu programowi zarządzania kamerami, zanim znalazła odpowiedni przycisk. Wybrała interesującą ją kamerę i zaczęła przewijać nagranie z niej. Godzina, druga, aż dotarła do wydarzeń z Suocaninem, chłopaczkiem i Dobletami. - Gdzieś tu się robiło tak... Jak to... - mruczała, próbując znaleźć opcję powiększania obrazu.
- Tu kliknij - podpowiedział jej zniecierpliwiony Ziemianin, który zdążył rozgryźć działanie tego programu, zaledwie przyglądajac się, co robi Ozjanka.
- O, działa - ucieszyła się.
Na nagraniu niestety nie widać było twarzy, ale to wcale nie było jej potrzebne. Peleryna, w którą ubrany był Suoca i pomarańczowy kombinezon z odblaskami człowieka były identyczne jak u gości baru. Innych dowodów Moa nie potrzebowała. Sekundę ważyła za i przeciw, zanim podniosła słuchawkę komu i wybrała numer do Hermio asystującego BaBie. Nie wiedziała, czy tamta trójka będzie wypłacalna. Veganka była na pewno i dobrze płaciła za istotne informacje.
:fire: :fire: :fire: PŁOŃ I PISZ! :fire: :fire: :fire:

Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Nie mów hop przed zachodem słońca

Post autor: Kruffachi » 06 czerwca 2018, 19:03

Nieco wcześniej

Salkidzi są przesądni, myślę sobie, próbując przyjąć jakąś znośną pozycję na twardym krzesełku, na którym usadził mnie pan Ras'er, ale to pan Logaire jest zbyt pewny siebie.
Nie wiem, trudno mi ocenić, czy naprawdę wierzył w powodzenie swojego planu, czy tylko wciskał mi pakuły, żebym za nim szedł i robił, co mi każe. To zresztą bez znaczenia, bo i tak bym robił – nie miałem przecież wyjścia.
To znaczy, nie tak całkiem bez znaczenia, bo zdaje się, ze jestem na niego skazany na nieco dłużej. No, z tajemnic to ja się mu raczej zwierzać nie powinienem...
Nie lubię mieć tajemnic. Są głupie i niepotrzebne. Moje siostry miały wiecznie jakieś tajemnice. Tata i babcia mieli tajemnice.
Kiedy nas rozdzielili – najpierw z panią Aparajitą, a potem mnie i pana Logaire – pomyślałem o ucieczce, to oczywiste. Gdybym tylko zdołał się wywinąć, zwiałbym do kanałów wentylacyjnych i nikt by mnie nie sięgnął. Znam je dobrze, wiem, gdzie się ukryć. Mógłbym odpocząć, mógłbym pomyśleć, może miałbym chwilę na poukładanie sobie tych wszystkich niezrozumiałych rzeczy. Ale właśnie, najpierw musiałbym się wywinąć, co ma małe szanse powodzenia. Więc dalej robię, co mi każą, a każą mi właśnie siedzieć na stołku. To zdecydowanie nie jest najgorsza z opcji.
Najpierw oglądali mnie ze wszystkich stron, sprawdzili nawet zęby, zmierzyli, a teraz chcą pobrać krew.
– Zaboli – ostrzega pan Ras'er.
Kiwam głową i na wszelki wypadek zaciskam szczęki, kiedy przykłada jakieś niewielkie urządzenie do ramienia, ale wcale nie boli tak bardzo. Właściwie to wcale.
Mała skrzynka pika, a potem pika jeszcze raz i pan Ras'er chwilę przygląda się jej ze zmarszczonymi brwiami. Potem uśmiecha się krzywo – o ile to jest uśmiech, bo nie jestem pewien. Odkłada przedmiot na jakiś kanister i odwraca się do mnie.
– Obaj wiemy, co zobaczyłem, prawda? – mówi tonem niby rozbawionym, ale słyszę wyraźnie, że głos drży mu ze złości. Z tym "obaj wiemy" to przesadził, ale przecież się domyślam, że po prostu oblałem test na Pradawnego. – Długo się znacie z Pieczarą?
– Co...? – wymyka mi się, zanim zdążę pokojarzyć fakty.
– Z Suocą.
Nie wiem, w co gramy, nie wiem, który z nich jest moim nieprzyjacielem bardziej. Nie wiem więc, czy z kłamstwa cokolwiek mi przyjdzie, choć pewnie z mówienia prawdy też nie za dużo.
Na Tantalosie się nie okłamywaliśmy. Tam przez kłamstwo mógł zginąć ktoś niewinny. Niewinny to znaczy taki, który po prostu wykonywał swoją pracę i nie chciał więcej, niż mu się należało.
Jak babcię kocham, tu chyba nie ma takich ludzi.
– Nie, właściwie to od kilku godzin – przyznaję ostatecznie.
Słyszę niezadowolone cmoknięcie.
– Szkoda.
Nie wiem, co chodziło po głowie temu mężczyźnie i chyba nie chcę wiedzieć. W każdym razie – cieszę się, że z tego zrezygnował. Odwraca się do mnie plecami, znów bierze do ręki skrzyneczkę i przez chwilę jeszcze patrzy na wynik.
– Ale nie chciałbyś, żeby stało się mu coś złego, prawda, szczurku? – Zerka na mnie kątem oka.
– Wolałbym... – Mam tak sucho w ustach. – Wolałbym, żeby nikomu nic się nie działo.
– No, to będzie trudne, bo twoja Pieczara mocno podpadła BaBie. Kiedy pokażę to – pan Ra'ser macha urządzeniem niedbale – odpowiednim ludziom, ludzie ci bardzo, ale to bardzo się wkurwią. I dobrze, bo sam też jestem wkurwiony, więc chętnie obejrzę efekty.
Przygryzam wargę. Wygląda na to, że pan Logaire ma talent do ściągania na siebie kłopotów, ale w sumie się nie dziwię. Nie da się ukryć, że sam je prowokuje i jeśli całe jego dotychczasowe życie upływało w takim tempie jak te parę ostatnich godzin, to zastanawiam się, jakim cudem jeszcze w ogóle żyje. Na Tantalosie już dawno sprawę załatwiłby Dozorca, a jeśli nie Dozorca, to strażnicy z paralizatorami.
– Do ciężkiej kurwy, czekam, aż zapytasz, co możesz w tej sprawie zrobić – niecierpliwi się Ras'er.
Mrugam ciężko.
– Ja...?
Mężczyzna przewraca oczami.
– A już zaczynałem wierzyć, że jesteś bystrym szczurkiem – mówi. Podchodzi bliżej i kuca przede mną. Teraz patrzy mi w oczy z dołu i mogę lepiej przyjrzeć się jego szerokiemu czołu przeciętemu blizną i wydatnym brwiom. – Posłuchaj mnie uważnie. Pieczara mocno sobie nagrzebał, a ty z nim. Obaj wiemy, że prawdopodobnie nie masz bladego pojęcia, z kim zadarłeś i dlaczego, ale twój kumpel ciągnął cię w to po same uszy. Wiesz, co byłoby, gdyby transakcja doszła do skutku i gdyby BaBa dopiero potem odkryła, że jesteś nędzną podróbką? – Zanim zdążę odpowiedzieć, pan Ras'er przeciąga palcem po gardle. – To w optymistycznej wersji. W mniej optymistycznej trafiłbyś na któreś piętro Czerwonej Rozpusty jako opcja dla bardzo zdesperowanych albo bardzo zboczonych.
Nie muszę rozumieć wszystkiego, żeby wiedzieć, jak źle to brzmi.
– Podsumowując, Pieczara grała bardzo ostro – mówi dalej Ras'er. – Ale ja nie jestem ani pierdolonym Dobletem, ani Do-Harrinem, żeby myśleć tylko połową mózgu. Nie muszę dostać nagrody od razu, co daje wam obu szansę, o ile dobijesz ze mną pewnego targu.
Przełykam ślinę, kiedy wstaje i łapie mnie za ramię.
– ST-89, prawda? – unosi brew.
Przełykam ślinę ponownie.
– Wnoszę, że w twoim wypadku w ustawieniach dozorcy, ale ten wszczep łatwo przerobić, jeśli się wie jak, a ja wiem. Z tym spojrzeniem szczeniaka nikt nie będzie cię podejrzewał.
– Co pan... – nie kończę, słowa grzęzną w jęku, kiedy palce pana Ras'era zaciskają się na mojej ręce z siłą maszyny. Druga dłoń chwyta mnie za głowę. Jeden zły ruch i będę miał skręcony kark.
– Robisz to, żeby nikomu nie stała się krzywda – przypomina. – Ty jesteś podróbą, ale ja ścigam potomków Pradawnych nie od wczoraj. Wiem, że jakiś tu jest, widziałem ślady. Znajdziesz go i przyprowadzisz, a ja daruję życie Pieczarce, tobie, nieszczęsnej babci i wszystkim, którzy przypadkiem będą w pobliżu.
Odruchowo próbuję się wyrwać, ale mężczyzna trzyma za mocno. Nacina skórę, żeby dostać się do panelu, którego nie wolno nam było tykać pod groźbą śmierci, i wprowadza tam cienką jak nić sondę.
– Od teraz wiem, gdzie jesteś i co robisz. Słyszę, co mówisz, więc bez numerów. – Przymyka oczy na ułamek sekundy i uśmiecha się drapieżnie. – Serce ci wali jak przerażonemu gryzoniowi, szczurku. Ostrzegam, że zejście na zawał nie uratuje nikogo. Więc dwa głębokie wdechy i słuchaj uważnie. Powiem ci, na co zwracać uwagę i kogo masz mi przyprowadzić.

Teraz

Pożar, który chudy pan wywołał maszyną do sprzątania, na szczęście szybko udało się ugasić i nic tym razem nie wybuchło. Potem zniknął na zapleczu i nadal nic nie wybucha, więc uznaję, że jest dobrze.
No, prawie.
Wcale nie chcę o niej myśleć, wolałbym myśleć tylko o placku Powęgiersku, kimkolwiek był Powięgiersku. Ale jakoś tak, kiedy udaje mi się na moment zapomnieć o tym, gdzie jestem i w jak potworne kłopoty się wpakowałem, zawsze w końcu łapię się na tym, że znowu odtwarzam w głowie tamtą scenę. Znowu widzę nieznajomą dziewczynę w pyle i wśród śmieci z rozwalonych straganów, taką inną, taką niepasującą do tego obrazka.
Miała białe włosy (ona i ten mężczyzna, który wchodził do baru, gdzie właśnie siedzimy) i teraz wiem, że to oznacza kłopoty tak dla mnie, jak i dla niej. Ale to tylko jedna rzecz z listy, jaką wymienił pan Ras'er, uspokajam się. Tylko jedna. Wcale nie najbardziej znacząca. To na pewno pomyłka, jakiś przypadek. U nas wszyscy mieli włosy w podobnym kolorze, ale tutaj widzę ich mnóstwo. Więc może biały wcale nie jest taki rzadki? Pani Aparajita ma białe pasma i wiem, że to ze starości, bo babcia też ma. A jak się niektórym takie włosy robią od dziecka.
Muszę przestać o niej myśleć.
Przecież ja niczego o niej nie wiem! Prócz tego, że na pewno nie jest z Tantalosa, bo wszystkie dziewczyny wyglądały tam tak samo w kombinezonach i obciętych krótko włosach w tym samym burym kolorze, co moje. Jedne były ładniejsze, inne brzydsze, z każdą dało się pogadać o rurach. Z nią pewnie o rurach bym nie pogadał. Ale... Ale wcale bym nie musiał. Nie musiałbym niczego mówić. Mógłbym tylko siedzieć i słuchać. Albo patrzeć.
Prycham zły na siebie i pakuję sobie kawałek placka Powęgiersku do ust, żeby wyrzucić obraz nieznajomej z głowy. To nie jest w porządku. Pewnie nawet nie ma pojęcia, że jakiś knypek ją wypatrzył i teraz ciągle o niej myśli. Pewnie uznałaby mnie za natrętnego idiotę. Uciekłaby albo wyśmiała.
To nie jest tak, że do końca nie wiem, co jest grane, bo nie jestem już małym chłopcem. Tata wziął mnie na stronę jakieś dwa lata temu i wytłumaczył co i jak, dlaczego czasem dzieją się dziwne rzeczy. Jednocześnie obiecał lanie, jeśli coś odwalę i będę zbyt ciekawski. Ale to nigdy nie działało w taki sposób. Nigdy nie dotyczyło jednej osoby i nigdy nie było mi z tego powodu aż tak wstyd.
– W dawnych czasach w prymitywnych społecznościach nie było losowania żon – opowiadał mi ojciec. – Kobiety i mężczyźni łączyli się w pary wedle własnego uznania, a potem wynikały z tego same problemy. Walczyli między sobą, zdradzali się, rozstawali. Tak działają popędy, synu. Losowanie trzyma nas z dala od tych pułapek, ale niestety, nasze organizmy muszą się zmagać pozostałościami po starych czasach, kiedy samce w niekontrolowany sposób zapładniały samice. Nauczysz się, a jeśli nie, strażnicy dadzą ci tabletki i nie założysz rodziny, ale będziesz miał spokój.
Pan Piecza... Logaire i pani Aparajita rozmawiają nad moją głową o interesach, a ja przeżuwam jedzenie, którego jest zdecydowanie za dużo, jest za tłuste i zbyt słone. Co nie zmienia faktu, że jestem już bardzo głodny i nie powinienem kręcić nosem.
Przynajmniej wreszcie mam pełną buzię i nie paplam już jak najęty, sypiąc głupimi pytaniami. To chyba z nerwów.
Powinienem im powiedzieć o Dozorcy? Tylko jak, żeby pan Ras'er się nie dowiedział, skoro mnie słyszy? Powinienem w ogóle to rozważać? Jeśli coś zepsuję, to za to zapłacą. Wszyscy zapłacimy. Ale nie mam pojęcia, czy chcieliby pomóc i co by zrobili, gdyby się dowiedzieli. Najprościej pewnie mnie zabić, wrzucić do zsypu na śmieci i uciec, a ja jednak wolałbym się z tego jakoś wyplątać. Tymczasem chyba nie powinienem się spodziewać skrupułów po dwójce wojowników, którzy ciągle rozmawiają ze sobą półsłówkami, wymieniają znaczące spojrzenia i z całą pewnością prowadzą jakąś grę pozorów.
A może powinienem opowiedzieć o wszystkim pani porucznik Okafor? To mógłby nie być taki głupi pomysł, gdybym oczywiście znalazł sposób na to, żeby nikt tej rozmowy nie podsłuchiwał.
Może znajdę inne rozwiązanie. Może teraz jestem po prostu zbyt zdenerwowany.
Próbuję się nie rozglądać, a jeśli już, to patrzeć tylko na nich, to znaczy na panią Aparajitę i pana Logaire. Na wszelki wypadek. Gdyby miał mi wpaść w oko ktoś, kto odpowiadałby wytycznym pana Ras'era. Jest tu trochę istot, nie jakoś bardzo dużo, ale wszystko brzęczy od ich głosów, trzeszczą translatory i boję się na kogoś natknąć. Szczęśliwie ani porośnięta rudym włosiem barmanka, ani właścicielka klubu – taka kolorowa, ze skrzydłami, bardzo ładna – zupełnie nie odpowiadają rysopisowi. Trzeci obcy, którego ta pani ze skrzydłami trzyma w łapkach, też raczej się nie nadaje. To taka futrzasta kulka i chyba śpi.
Pani Aparajita kończy pogawędkę z Piecza… panem Logaire, wychyla kolejnego drinka, wyciąga nogi pod stołem i składa dłonie na brzuchu. Wygląda, jakby wreszcie przestało ją trochę boleć. Zastanawiam się, czy to jest ten moment, w którym mówię, że właściwie to zmyłbym z siebie ten cały sos.
Nie, jednak nie.
Zamieram z kolejnym kęsem nadzianym na widelec, kiedy drzwi do baru otwierają się i wchodzi przez nie jakaś grupa. Kolorowa właścicielka baru zmierza do nich i pewnie przestałbym się nimi interesować, gdyby nie to, że jeden z nich wykonuje gest w okolicach głowy, jakby rysował wokół niej kapelusz.
Niech to szlam...!
– Panie Logaire...? – chrypię, przerywając mu jakiś wywód. – Panie Logaire! – powtarzam głośniej, kiedy mnie ignoruje, i wskazuję głową wejście.
W tym samym niemal momencie pani z kolorowymi skrzydłami wskazuje nasz stolik.
Proszę, żadnych więcej wybuchów!
Nie zastanawiam się. Po prostu zdzieram z siebie tę jaskrawą kurtkę, zostawiam ją na oparciu i nim ktokolwiek zdąży mnie zatrzymać, nurkuję między krzesła. Wiem, że pan Logaire pomyśli, że jestem tchórzem i uciekam na widok kłopotów, ale to nie tak. Jeśli mnie złapią, nie będę mógł szukać Pradawnego, a wtedy i jego, i panią Aparajitę dorwie Ras'er. To tylko dlatego.
Słyszę zamieszanie za swoimi plecami, ale nie odwracam się. Nie mam czasu, nie mogę zwracać na siebie uwagi. Pełznę między stolikami i krzesłami, ostrożnie, by nikogo nie zaalarmować, choć to powoli i tak bez znaczenia, bo zamieszanie zaczyna się wzmagać. Cal po calu, byle dalej, byle nie dać się złapać... Serce mi wali, pot spływa po ciele i wbrew rozsądkowi czuję się jak zdrajca. A przecież nawet gdyby to było tak, że ratuję tylko siebie, to nie miałbym prawa się tak czuć. To miało być tylko proste zadanie, tylko połazić po placu i odciągnąć uwagę. Tymczasem nie tylko nie dostałem obiecanej zapłaty, ale pan Logaire wciągnął mnie w potworne kłopoty. Nie jestem mu niczego winien.
Nie jestem. Tylko nie chcę, żeby komuś stała się krzywda, nawet jemu.
Tłumię krzyk, kiedy moje palce wchodzą w nagły kontakt z czyimś obcasem.
– Och, pardon!
Jakaś wysoka postać pochyla się nade mną i marszczy brwi, a potem pociąga nosem.
– Niemożliwe! – komentuje. – Doprawiony!
Ledwie to słyszę, bo w głowie mam huk.
Ten mężczyzna ma białe włosy.
Białe... włosy...
Podnoszę się powoli na kolana, ręce drżą mi z przejęcia, a potem jest jeszcze gorzej.
– Proszę, niech pan nie mówi, że tu jestem… To ważne…
Bo obok niego jest ta dziewczyna.
To tylko kolor włosów, powtarzam sobie uparcie, tylko jedna rzecz z listy. Nie mam pewności.
Nie mam pewności, a pan Ras’er powiedział wyraźnie, że każdy fałszywy trop uzna za próbę wymigania się i ktoś za to zapłaci.
Nie, to na pewno nie żaden z nich.
Proszę, niech to nie będzie żaden z nich, a zwłaszcza ona.
To niemożliwe, uspokajam się, pan Ras’er mówił, że potomkowie Pradawnych to groźne potwory.

Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Alrune
Posty: 108
Rejestracja: 29 czerwca 2013, 13:02

Re: Nie mów hop przed zachodem słońca

Post autor: Alrune » 09 czerwca 2018, 09:58

Biegł przed siebie niemal w podskokach, ciesząc się jak „Murzyn z blaszki”. Czuł niesamowitą euforię. Nie potrafił powiedzieć, kiedy ostatnio miał do czynienia z Pradawnym, a tym bardziej takim. Oglądając tylko krótki filmik zdążył się zorientować, że będzie niezła zabawa. Tak, Ras’er uwielbiał takie zabawy.
Wyszedł niedaleko Spadającej Gwiazdy. Nie chciał robić zamieszania wśród postronnych osób. Zaciągnie dziewczynę w ustronne miejsce, a potem się zabawi.

- Tsk, tsk. Buahahahaha! – zaśmiał się głośno.

Przysiadł w miejscu, z którego wszystko widział. Po dłuższej chwili do grillbaru weszły Doblety.

- BaBa w co ty pogrywasz, co? Życie ci niemiłe? – uśmiechnął się krzywo. Zastanawiał się w co pogrywa ta miernota. Ta pseudoroślinka z kompleksem niższości.

***

Aria siedziała obok Sanga. Czuła się lekko niepewnie. Miała niejasne przeczucia, że mężczyzna coś kombinuje, ale nie potrafiła powiedzieć co i dlaczego. Ponadto z całych sił starała się nie narobić szkód w barze, mimo że co chwila migała jej gdzieś tam w tle Ozjanka. To nie tak, że Aria nie potrafiła panować nad swoją fobią i zawsze kończyło się to atakiem paniki oraz masą zniszczeń dookoła. Potrafiła powstrzymać się, ale tylko przy pomocy wielkiego wysiłku wkładanego w uspokojenie się, skupieniu na mniej istotnych sprawach. Ot, na przykład na biciu serca albo oddechach. Ewentualnie innych osobach. Z jednej strony dobrze, że nie była w barze sama. Obecność Sanga trochę jej pomagała. Taki „odwracacz uwagi”. Nie skupiała się na Moi i tym, że jest w pobliżu.

Ozjanka ponownie pojawiła się w zasięgu wzroku dziewczyny. A ponieważ zrobiła to zbyt szybko i gwałtownie, szklanki ponownie zadrżały. Jedna, do połowy pełna alkoholu, spadła, rozbijając się z głośnym brzdękiem.

- Trzeba się relaxion. – powiedział, opierając się o oparcie. – Widzisz? Nie narobisz przynajmniej jeszcze więcej szkód.

- Łatwo ci powiedzieć. – odpowiedziała, odwracając głowę od Ozjanki. – Idę o zakład, że nie wychowałeś się w miejscu, w którym najgorszą śmiercią dla ludzi było rozszarpanie przez robaki. Więc co możesz o tym wiedzieć. – uśmiechnęła się smutno, wspominając przeszłość.

Pamiętała, jak osoby stanowiące zagrożenie dla ładu stacji, albo buntujące się w jakikolwiek sposób, lub rodziny ukrywające młodzież tuż przed Ceremonią, były wysyłane do robali. Nie patrzono, że być może ktoś by się przydał z pośród nich na stacji, ewentualnie jego przyszli potomkowie by się przydali. „Zawinili, więc idą do robaków. Stacja da sobie radę bez nich. Znajdzie się ktoś inny na ich miejsce.” – tak mówiono.

Wiedziała też, że tortury, jakim poddawano jej matkę miały za zadanie wyciągnąć Arię z ukrycia. Ketesh już wcześniej mieli podejrzenia co do niej, ale nie mieli dowodów (wbrew powszechnej opinii starali się przestrzegać prawa, które sami narzucili, a ono stanowiło, że osoby poniżej trzynastego roku życia nie mogą być poddawane jakimkolwiek testom i egzaminom, czy mieć pobieraną krew; w ten sposób chciano pokazać Ludowi Ori, że niby nie zniewolili ich tylko uratowali, są jego wybawcami po tragicznej katastrofie). Poza tym na stacji było sporo osób z jasnymi włosami i nie było niczym dziwnym posiadanie też białych, ale one były ekstremalnie rzadkie. W czasie, kiedy tam przebywała, takie włosy jakie miała Aria, posiadały oprócz niej jeszcze dwie osoby, w tym jedna starsza pani. Drugą osobą była jej matka, ale u niej nie wykryto dostatecznie dużo genów Pradawnych, żeby uznać ją za potomka. Ilość była tak szczątkowa, że uznawano ją za zwyczajną osobę. Poza tym jej przetestowany talent był nędzny, niewarty zainteresowania. Dlatego pozostała na stacji, zamiast trafić na którąś z kolonii Ketesh, stając się dla nich wartościową jednostką, ich wojownikiem.
Co do starszej pani – nie miała ciekawego talentu, więc pozostała na stacji. Miano nadzieję, ze jej dzieci albo wnuki będą bardziej interesujące. Nie były. Zwykli ludzie. Talent poniżej przeciętnej.

- Niemożliwe! Doprawiony! – głos obok wyrwał ją z zamyślenia.

Spojrzała na Sanga, a później na chłopaka pod stołem. Wyglądał jak „trzy ćwierci od śmierci”. Chudy, zabiedowany i wystraszony. Patrzył to na nią, to na Sanga. Można by usłyszeć niemal jak chodzą mu trybiki w głowie, jakby się gorączkowo nad czymś zastanawiał. Powoli podniósł się z kolan, ciągle drżał, jakby z zimna. Aria jednak zorientowała się, że nie jest to drżenie z wychłodzenia. Chłopak był ewidentnie wystraszony.

- Proszę, niech pan nie mówi, że tu jestem… To ważne! – spojrzał z oczami zbitego psa na Sanga. Spoglądnął na Arię na ułamek sekundy, po czym odwrócił głowę jakby speszony albo zdenerwowany.

- Nic ci nie zrobi, prawda? – zapytała, opierając się na łokciu. Siergiey spojrzał dziwnie na Arię. – No przecież chyba go nie pogryziesz? - zapytała przypominając sobie, jak przez ułamek sekundy błysnęły jej przed oczami jego zęby.

- To się okażę. – powiedział poważnie. Zastanawiała się, czy by go pogryzł albo ewentualnie nie gryzł, tylko miotnął o ścianę. Tyle o ile zdążyła go poznać, to wiedziała, że Siergiey jest dosłowny. Jeśli mówił, że coś zrobi to, to na pewno wykona. Skoro rozważa jakąś opcje to istnieje spora szansa, że z niej skorzysta.

- Ja szybko zniknę, tylko niech pan nie mówi, że tu jestem. Proszę. – chudzinka lekko panikował.

Aria spojrzała na Doblety. Jeden z nich rozmawiał przez radio z kimś, a następnie rozejrzał się po barze. Jego wzrok spoczął na Arii i Siergieyu. Dziwnie się uśmiechnął i popatatał w ich kierunku. Chudy chłopak bardziej skulił się pod stołem, tak, że nie było go prawie widać.

- Ty! – wskazał na mężczyznę i dziewczynę. Aria lekko się spięła. Skupiła się na tym, aby nie zdradzić się przypadkiem. Wiedziała, że te różowe istoty są najemnikami BaBy.

- Ja? – zapytała, wskazując na siebie.

- To mój szczęśliwy dzień. – uśmiechnął się głupio. – Madame BaBa kazała przyprowadzić jednego Pradawnego, a ja znalazłem dwóch. Ha ha ha. Dwójka białowłosych.

Aria spojrzała na Sanga, a on na nią. Trochę się bała. Delikatnie uniosła dłoń pod stołem. Chciała wytworzyć taką falę, aby drgała z częstotliwością serca Dobleta. Bo jak niby inaczej miała sobie poradzić? Rozejrzała się i szybko obliczyła szanse. Kilka puchatych kucyków, postronni świadkowi. Spojrzała przez okno. Nie zauważyła, żeby ktoś był tam i czekał na swoich kompanów.

Powietrze lekko zadrgało. I kiedy już znalazła częstotliwość bicia Dobleta, Sanga złapał ją za dłoń i szarpnął, aby przestała.

- Jacy Pradawni? – zapytał. – Ani ja, ani moja kuzynka nie jesteśmy nimi. Jeśli nie wierzysz to sprawdź nasze chipy. Zobaczysz, że to nie nasza rasa. – wyszczerzył lekko kły.

Aria spojrzała na mężczyznę z miną pod tytułem „co ty pierdolisz?”. Ale postanowiła grać w jego grę. Uśmiechnęła się słodko do Dobleta. Ten chwilkę kminił, coś mu się nie zgadzało, ale nie wiedział co. Postanowił nie przeciążać swojego i tak już danego dnia nadwyrężonego mózgu.

- Skoro pan tak twierdzi. – powiedział zrezygnowany, jakby mu z przed nosa ukradziono coś.

Zaczął się oddalać, a później wyszedł razem z jakimś grzybem i starszą panią.

Kiedy drzwi trzasnęły z pod stołu wyłonił się chłopak.

- Poszli już? – rozejrzał się po sali. – O nie! Zabrali pana Longaire’a i panią Aparajitę. – usiadł zmartwiony między Arią, a Sangiem. Dziewczyna patrzyła na niego z politowaniem, a mężczyzna z irytacją.

- Chodzi o tamtą dwójkę? To twoi znajomi? – zapytała Aria od niechcenia.

- Taak. – odpowiedział spokojnie, lekko przeciągając, jakby się w tym samym momencie zastanawiał, czy aby na pewno są znajomymi. Przez moment wyglądał jakby chciał o coś zapytać, ale nie zdążył.

- Aha. – powoli wstała, wygładzając ubranie. – Dziękuję za pomoc i za drinka. Muszę już iść. Do zobaczenia.

Aria szybko wyszła z baru, jakby ją ścigało stado dzikich psów, albo sam diabeł. Coś jej mówiło, że musi zniknąć. I to szybko.

Szła między budynkami, jakby chciała kogoś zgubić. Wyczuła, że ktoś ją obserwuje. Rozejrzała się dookoła lekko spanikowana. Pobiegła w ślepą uliczkę, wiedziała, że prześladowca zrobi to samo.
Odwróciła się, gotowa do obrony.

- Brawo, brawo. – usłyszał kpiący głos, a następnie zza winkla wyłoniła się sylwetka mężczyzny. W pierwszej chwili nie bardzo widziała kto to, gdyż stał pod światło. Jednak po ułamku sekundy zorientowała się kto stoi przed nią. Stała oszołomiona.

- Ketesh. – szepnęła, przełykając głośno ślinę. – Ras’er Oprawca. – wyjąkała.

Nigdy nie walczyła, a przynajmniej nie z kimś z tej rasy. A stojący przed nią osobnik na pewno nie był pierwszym lepszym. Widać było, że to wojownik z krwi i kości. W jego oczach widać było żądzę mordu. Wiedziała, że nie będzie w stanie udawać. Zbyt dobrze znali Pradawnych. Wystarczył im jedno spojrzenie, aby zorientować się w sytuacji. Aria nie chciała skończyć jako niewolnica. Nie chciała walczyć za nich, za te plugastwo i zginąć dla ich uciechy. Uniosła dłoń, gotowa w dowolnym momencie odepchnąć napastnika.

- Miło, że się już znamy. Czyli wszelkie konwenanse są obecnie zbędne. – zaśmiał się na postawę Arii. - Cóż za charyzma. Idealny wojownik. – zaśmiał się złośliwie. – Będę miał przyjemność złapać cię. Ha ha ha!

- Lepiej nie podchodź, jeśli chcesz żyć! – warknęła. Nie blefowała. Zabiłaby tą niebieską kreaturę bez chwili zawahania. Zbyt wiele wycierpiała przez jego lud.

Mężczyzna wyciągnął nóż. Rzucił nim szybko, zanim Aria zdążyła zareagować. Przeciął jej skórę na ramieniu, tworząc ranę, z której po chwili wypłynęła krew. W tym samym momencie Ras’er natarł na dziewczynę, atakując drugim sztyletem. Działając instynktownie spróbowała go odepchnąć, wyciągając dłoń przed siebie. Jednak szybko uniknął jej ataku. Nie od wczoraj walczył z Pradawnymi i ich pomiotami. Taka młoda i niedoświadczona dziewczynka, za jaką uważał Arię, nie stanowiła dla niego problemu. Ot, przyjemna rozrywka. Nie zdążyła zareagować na czas. Złapał ją za szyję i przycisnął do ściany. Próbował wijąc się uwolnić z uścisku, łapiąc każdy oddech powietrza spazmatycznie.

- I co, mały bezwartościowy człowieczku? Jesteś nikim, jak ci wszyscy Pradawni. Słabe miernoty, że nawet nie walczyły tylko uciekły. Tchórze! I ich pomioty są takie same. Tylko uciekacie jak słabe kanalarskie szczury! – syczał. – A nie, przepraszam. Pradawni ascendowali. Żałosne. – ściskał coraz mocniej jej szyję, uśmiechając się szeroko. – Buahahahahaha!

W tym momencie Aria spojrzała w twarz Ras’era. Przestała się wyrywać, wyglądało jakby się poddawała, aby ocalić życie. Spojrzał na nią uradowany, jednak kiedy ujrzał jej oczy zdał sobie sprawę, że to być może koniec. Jego koniec. Zimne, puste fioletowe oczy patrzyły na niego bez żadnych emocji. Choćby grama nienawiści albo złości. Od lat takich nie widział. A kiedy ostatnio miał do czynienia z osobnikiem o podobnym wyrazie oczu, stracił lewę ramię (obecnie miał idealnie dopasowaną cybernetyczną protezę, że nie sposób było ją odróżnić od prawdziwego ramienia) i miał szramę przez całą twarz. Patrzyła na niego, lekko się uśmiechając.

- To koniec! – powiedziała spokojnie.

W tym samym momencie poczuł, że coś szarpnęło go w dół. Wylądował na ziemi, puszczając Arię. Upadła na kolana, łapiąc oddech. Delikatnie manipulowała dłonią, a z ust Ras’era powoli zaczęła wyciekać krew, a jego prawa dłoń i noga wygięły się pod dziwnym kątem. Powoli wstała i spojrzała na Ketesha. Nie stanowił w tym momencie dla niej zagrożenia, a jeśli teraz go zostawi tutaj to i tak umrze, a ona będzie miała jedno życie mniej na sumieniu. Szybko przekalkulowała wszystko w myślach, po czym zrezygnowała. Opuściła dłoń.

– Znaj łaskę pana, śmieciu! – powiedziała spokojnie, odchodząc. Zostawiła Ras’era na pewną śmierć.

Wyszła zza zakrętu i chciała szybko zniknąć w tłumie. Jednak nie było jej to dane. Rozejrzała się i postanowiła wskoczyć na niewysoki budynek. Tam mogła w spokoju odpocząć i nikt jej nie znajdzie przez moment. Przynajmniej zajmie się swoją raną, zatamuje krew, która delikatnie sączyła się, ściekając po ramieniu i skapując na ziemię.
Wskazała dłońmi na podłożę, wytworzyła wibrację i wskoczyła na budynek obok. Usiadła na dachu, oddychając z ulgą. Nie miała z Keteshami do czynienia od przeszło pięciu lat. Czuła zmęczenie i to potworne. Dodatkowo, mimo że nie pozwalała sobie na to, przypomniała sobie wszystkie szczęśliwe lata spędzone na stacji, kiedy mama była obok. Kiedy miała kogoś na kim może polegać, kto ją ochroni. Teraz nie miała nawet osoby, która by jej głupi bandaż założyła albo cokolwiek. Nie wiedziała nawet kiedy schowała twarz w dłoniach i cicho zapłakała. Bolała ją samotność, bolało ją wszystko i bolało to, że ciągle musiała uciekać.

Nawet nie zorientowała się kiedy obok niej ktoś stanął. Dopiero po kilku sekundach zorientowała się, że nie jest sama. Odepchnęła intruza falą uderzeniową, nie patrząc kim on jest. Taki odruch. Po ułamku sekundy zorientowała się co i komu zrobiła.

- Siergiey. – powiedziała cicho, podchodząc. – Przepraszam. Nie widziałam, że to ty. Myślałam, ż to ktoś inny. – przyklękła przy nim. Czuła się mocno zakłopotana, że potraktowała tak kogoś, kto ją uratował. Dwukrotnie na dodatek.

- Wariatka! – warknął ze złością. – Gdyby to był ktoś inny, nie ja, to byś już była mort. – podniósł się, patrząc na nią z lekkim mordem w oczach. – Ciebie naprawdę rodzice nie nauczyli niczego. A już na pewno jak traktować starsze osoby! – warknął zły. Miała wrażenie, że miał ochotę ją pogryźć.

- Przecież przeprosiłam. – odpowiedziała hardo. – Ile razy mam jeszcze to zrobić? To nie ja, tylko ty się zakradłeś.

- Kto niby? Ja się niby voler?! – odpowiedział, otrzepując spodnie. – Jak matkę kocham, przysięgam, że mam ochotę ci rozwalić ten głupi, pusty łeb!

- Że co? – stała zdezorientowana. Jeszcze nikt nie był w stosunku do niej tak niemiły.

- To niemożliwe! – usłyszeli głos obok. – To nie może być prawda! Ona nie może być Pradawną, prawda? Przecież to niemożliwe. – oboje spojrzeli w tym samym kierunku. Emerys stał zdezorientowany. Wyglądało, że stosunkowo niedawno się pojawił, ale dostatecznie długo tam przebywał. – Powiedzcie, że to nie prawda!

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 179
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: Nie mów hop przed zachodem słońca

Post autor: Coffee » 03 lipca 2018, 21:14

APARAJITA

– Masz wobec mnie dług, babciu – szepnął człowiek-grzyb, gdy po raz kolejny tego dnia ktoś próbował za Aparajitę decydować, dokąd i z kim się uda. – Więc zrobimy tak…
– Przestań. Po prostu… przestań – przerwała Suoce ze zniecierpliwieniem. – Masz niezwykły talent do wykorzystywania ludzi, dobry… osobo. Nie jestem zainteresowana takim układem.
– Och? A jakim układem byłabyś zainteresowana?
W pierwszym odruchu chciała się żachnąć i odciąć – w końcu bogowie świadkami, miała dość własnych, przytłaczających problemów, żeby jeszcze na dodatek pakować się w cudze. Widziała też, jak postępował z młodym i przywodziło jej to na myśl jedynie pasterza, który może dba i strzyże swoje owce, ale który w niedzielę jada głównie zapiekankę z baraniny.
Ale potem pomyślała o kolejce prawdopodobnie nieznajomych ciał, które wyrzuciła ze śluzy Starbuck, o kości nierozszyfrowywalnych logów ukrytych w fałdach ubrania i wielkiej dziurze we własnej pamięci. Samotność to bardzo złe towarzystwo, gdy chce się coś osiągnąć.
– Partnerstwem – odparła, trochę wbrew sobie, trochę po prostu po to, żeby zbadać reakcję. Zawiodła się: mimika Suoki nic jej nie mówiła. – Szukam kogoś. Nie konkretnej osoby, ale o konkretnych zdolnościach. Myślałam, że ta stacja mogłaby mi pomóc.
Logaire skinął głową i pochylił się nieco nad stołem: uniwersalny sygnał lekkiego zaintrygowania.
– Potrzebuję hakera – powiedziała Aparajita wprost. – Naprawdę dobrego, nie jakiegoś pierwszego lepszego chłystka.
Obok nich wychudzony ludzki chłopiec toczył nierówną walkę z odkurzaczem.
– Rozumiem – powiedział w końcu Logaire, bębniąc palcami po stole. – Kogoś takiego nie znajdziesz w takim barze.
Odkurzacz ewidentnie wygrał, i to chyba nie pierwszą bitwę.
– Kogoś takiego mogę nie znaleźć na całej tej stacji.
– Więc co tu robisz?
– A ty?
– Co ja?
Aparajita ściągnęła brwi.
– Czego ty tutaj szukasz?
– Mam pewną... rzecz do znalezienia... – poddał się Logaire. – Ale to okazuje się trudniejsze niż myślałem.
– Rzecz? Jaką?
– Nieważne... jest mi... powiedzmy, że jest mi potrzebna.
Aparajita skinęła głową, jednym łykiem skończyła drinka i zaplotła przed sobą ręce, w pozie sugerującej, że jest gotowa tak przesiedzieć następne dwanaście godzin.
– Ale ty kręcisz, Logaire.
Spojrzał na nią spod byka.
– Mam kogoś do uratowania, kogoś mi bliskiego. Nie mogę jednak pokazać się w rodzinnych stronach. Przynajmniej nie sam. Miejscowy mafioso, Kendar Bellen był... kolegą moim był w czasach, kiedy jeszcze nie był blaszakiem. Teraz jego umysł jest zamknięty w metalowym pudle. To jedyny gość, którego jako tako znam, a który może mi pomóc. Jeśli mnie pamięta, albo jeśli SI nie odebrała mu reszty klepek... Tak czy siak samo dotarcie do niego okazuje się trudniejsze, niż sądziłem.
– Cicho!
Tym razem łatwo rozpoznała na twarzy Logaire’a urażenie.
– Sama chciałaś…
– Doblety.
Odwrócił się w miejscu i zaklął tak soczyście, że translator zaprotestował przeciągłym gwizdem. Wstał, ale nie zdążył nic zrobić; owadopodobna kelnerka wskazała ich stolik od niechcenia, jakby sprzedawanie klientów na tortury było czymś, czym zajmowała się na co dzień.
– Chłopcze, powinieneś… – zaczęła Aparajita, ale Emrysa nie było przy stoliku. Kurtkę, którą za sobą zostawił, szybko ściągnęła i rzuciła pod ścianę.
Miała tylko nadzieję, że nie pójdzie ich szukać, jak już wróci z toalety.
– Wy dwoje. – Doblet, który do nich podszedł, górował nad Suoką wzrostem przynajmniej o dwadzieścia, może trzydzieści centymetrów. Do tego trzymał broń w sposób nie pozostawiający złudzeń, że wie, jak się nią posługiwać. – Pójdziecie ze mną.
– Na litość boską, przecież BaBa sama nas wysłała…
– Ja tylko mam was przyprowadzić. Szybko, zanim pozostali – wskazał ruchem głowy pozostałych dobletów, którzy w międzyczasie rozpełzli się po całej knajpie – zorientują się, że wyszliśmy.
Aparajita wymieniła z Eneko szybkie, ukradkowe spojrzenie – był równie zdumiony jak ona, ale opanował się nieporównywalnie szybciej.
– No dobrze – powiedział. – Nie chciałbym zobaczyć, jak ta lufa celuje w moją pierś, więc chodźmy.
Wychodząc, Aparajita obejrzała się jeszcze przez ramię. Po młodym ani śladu, za to bar wydawał się absolutnie nieporuszony faktem, że miejscowa bojówka wyprowadza sobie pod bronią ludzi w środku dnia.
Cała ta stacja mogłaby po prostu spaść w słońce i tym pewnie też by się nikt nie przejął.
– Teraz tędy – powiedział doblet, poganiając ich, ale – za co Aparajita była wdzięczna – nie lufą karabinu. – Przebierajcie nogami!
– Mam wrażenie, że jednak nie przysłała cię BaBa – mruknął Eneko.
– Pracuję dla BaBy – skinął doblet. – Ale nie tylko. I nie ona mnie przysłała.
– Och. – Aparajita uśmiechnęła się dobrodusznie. – Jak tajemniczo.
Przeprowadził ich między ciasnymi uliczkami w sposób, który całkowicie uniemożliwiał zapamiętanie trasy, a na końcu spaceru czekało na nich klaustrofobicznie małe i doszczętnie zrujnowane mieszkanie. Doblet wprowadził ich do środka, wyszedł, a po niecałych dziesięciu sekundach do środka wpadła zdyszana ludzka kobieta. Nie zatrzymywała się, żeby zaczerpnąć oddechu, tylko od razu wzięła się pod boki i zmierzyła ich gniewnym, nauczycielskim spojrzeniem.
Aparajita była pod wrażeniem. To było dobre, dobre spojrzenie.
– Muszę przyznać – zaczęła tamta głosem tak niskim, że przypominał warkot – że idzie wam świetnie. Średnio raz na kilka tygodni zdarza się ktoś taki jak wy, kto aktywnie próbuje doprowadzić stację do wybuchu. BaBa lub Kendar zazwyczaj detonują delikwenta odpowiednio szybko i bez zbędnych strat.
Wstęp też był dobry, należało przyznać.
– Myślałam, że po tym, co stało się na placu Czerwonego Karła, sytuacja już się jakoś uspokoi, ale ewidentnie byłam w błędzie. W jakiś sposób problemy tylko rosną i wystarczy, że przejdziecie za kolejny róg, żeby nowa banda zaczęła was ścigać. A wiecie, co się dzieje przy pościgu? – Aparajita zafascynowana pokręciła głową. – Gangi wchodzą sobie nawzajem na teren i nagle stoimy na progu pieprzonej wojny!
– Przepraszam, ale kim pani jest?
– Porucznik Nneka Okafor. A wy jesteście aresztowani.
Eneko i Aparajita roześmiali się niemal jednocześnie.
I jednocześnie przestali się śmiać, kiedy porucznik z kamienną twarzą rzuciła w nich nanoparalizatorami.
Nie były naładowane do pełnej mocy; zapewne miały jedynie ostrzegawczo połaskotać aresztantów. Jednak nawet ta dawka odebrała Aparajicie oddech i sprowadziła na niesamowicie brudną, lepką ziemię.
– To w tej chwili najbezpieczniejsze dla was i dla nas rozwiązanie – mówiła Okafor, jak gdyby nigdy nic. – Spędzicie chwilę w bezpiecznym miejscu. My w tym czasie wyłapiemy najgorszych prowodyrów i wynegocjujemy u BaBy jakiś względny spokój. Wy odlecicie przy pierwszej okazji. Wszystko wróci do normy.
– Jak to „złapiecie prowodyrów”? – zapytał Suoca ze złością, której nie zdołał ukryć nawet translator. – Chcecie nas użyć jako przynęty!
– Spokojnie, będziemy na was uważać.
– To może znaczyć dokładnie wszystko!
– I nie będziecie tam sami. – Okafor westchnęła, co Aparajicie, ciągle siedzącej na podłodze i przyciskającej dłoń do serca, wydało się cholernie szydercze. – Dobrze wiem, z kim współpracujecie.

*

– No, przynajmniej mamy herbatę.
– Wolałabym coś mocniejszego.
– A ja bym nie pogardził jakąś książką. Albo gazetą. Makao.
– Może przyniosą. Przynajmniej dostaliśmy karty.
– Łaskawcy.
Ponieważ służyli za przynętę, normalny areszt nie wchodził w grę – Aparajita zresztą wątpiła, by na całej tej stacji znalazło się cokolwiek przypominającego działające policyjne cele. Zamiast tego wylądowali więc w kolejnym zasyfionym baraku, którego wnętrze rozświetlała jedna niedomagająca żarówka.
– Nie mogło jej przecież chodzić o chłopca – powiedział zniecierpliwiony Eneko, wracając do rozgrzebanego wcześniej tematu. – Nikt przy zdrowych zmysłach nie uznałby go za prowodyra czegokolwiek.
– Próbowałeś wmówić lokalnej mafii, że to potężny Pradawny – przypomniała mu sucho Aparajita. – Makao.
Nie robiła sobie większych nadziei: to była już chyba czwarta czy piąta okazja, kiedy powiedziała „makao”. Obojgu świetnie szło blokowanie zwycięstwa temu drugiemu.
– Tak, i to nie podziałało.
– Wymyśliłeś już, jak stąd uciec?
– Wierzę, że okazja sama się nadarzy.
– Tak myślałam.
Oprócz małego stolika, kilku krzeseł i pustej – oraz niedziałającej – lodówki w norze nie było dosłownie nic. Albo porucznik Okafor spodziewała się szybkiej akcji, albo miała głęboko w dupie komfort zatrzymanych.
– Myślisz, że…
Suoce przerwał pisk zarzynanej śluzy. Doblet – być może ten sam, który zabrał ich ze „Spadającej Gwiazdy” – wprowadził do pokoju pięć osób. I… tak, był wśród nich Emrys, jak również… skrzydlata kelnerka z baru?
Pozostałej trójki Aparajita nijak nie mogła skojarzyć. Ludzie, przynajmniej na pierwszy rzut oka.
– Tutaj będziecie bezpieczni – powiedział doblet, poruszając chrapami. – Mamy kilka godzin do samej akcji, więc bądźcie cierpliwi.
Po czym wyszedł. Zapadła cisza.
Cisza trwała.
Ktoś kichnął.
Milczenie ciągnęło się jak guma do żucia.
Aparajita chrząknęła.
– Cześć – powiedziała, puszczając oko. – Podobno też chcieliście zgładzić stację?
It's not the end of the world, but you can see it from here.

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 220
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Nie mów hop przed zachodem słońca

Post autor: MononokeGirl » 10 lipca 2018, 15:20

JAKIŚ CZAS WCZEŚNIEJ, BAR "SPADAJĄCA GWIAZDA"

Głos w słuchawce komu był kuszący i hipnotyzujący jak śpiew antycznej syreny. Słodki, niczym miód zostawiony, jako wabik. Tylko Moa nie była byle muszką, aby dać się tak łatwo zwabić takiej rosiczce jak BaBa.
- Zatem, w czym mogę ci pomóc, moja droga? - zapytała BaBa, gdy Hermio jej asystujące natychmiast przełączyło rozmowę na prywatny kom.
- Ostatnio miałyśmy nieprzyjemność gościć Doblety i zastanawiamy się jak bardzo zależy ci na tych, którzy byli ich celem? - odpowiedziała barmanka od niechcenia.
- Celem? Myślałam, że masz jakąś ofertę specjalną dla moich pracowników... - ciągnęła BaBa. Znały się. Wiedziały, że to nie będą łatwe negocjacje. Veganka nie zamierzała się zdradzić przedwcześnie, bo to mogłoby jej utrudnić otrzymanie interesujących ją informacji po preferencyjnych stawkach.
- Czyli to nie z twojego rozkazu kogoś ścigali i musimy szukać dalej? - Moa westchnęła teatralnie. Gestem dłoni kazała "łysej małpie" nie podsłuchiwać tylko zająć się swoją robotą. Posłusznie odwrócił się do monitora, ale nadal nadstawiał ucha, więc musiała opuścić zaplecze i pójść do toalety. Usiadła na sedesie, profesjonalnie założyła nogę na nogę. - Szkoda. Myślałyśmy, że łatwo pójdzie, bo wyglądali na bardzo zaangażowanych. Nawet rozwalili nam ścianę, bo bardzo im zależało na złapaniu jakiegoś Suoci i człowieka - ciągnęła, oglądając paznokcie dwóch dłoni. Trzecią czyściła znaleziony pod nimi brud. - A dla twoich możemy mieć jedynie jedną ofertę. Ofertę spłaty szkody w ratach. Z minimalnymi odsetkami. Niech znają naszą hojność.
Ostatnie zdania zabrzmiały prawie groźnie. Moę rozpierała duma. Właśnie tak zachowywał się kiedyś kapitan "Złotego Strzału" - znany Sinowąsy. Największy hulaka tej części galaktyki. Spędziła miesiące na obserwowaniu tego dziwnego Oktopusanina. Zawsze go jednocześnie nie znosiła i podziwiała. Cała załoga i ich sposób myślenia wyrzutków był dla Moi całkiem niezrozumiały, lecz kapitana nie dało się porównać do kogokolwiek innego. I dlatego tym bardziej ją fascynował - oczywiście czysto naukową fascynacją. Próby wpasowania się w tamto towarzystwo zawsze spełzały na niczym, ale tym razem raczej się udało.
Cisza jaka zapadła przeciągała się.
- Zatem powinnam jedynie pokryć koszty napraw? O ile udowodnisz, że to moi podwładni je spowodowali oczywiście...
- Dobrze wiesz, że tak tanio nie sprzedamy takich informacji - zauważyła Ozjanka tylko z pozoru spokojnie. Wyprostowała się nagle. Serce biło jej szybciej, bo podekscytowana zrozumiała jak bardzo musi być to ważne skoro BaBa zgodziła się tak łatwo. Milcząca Obecność wyczuła krew jak rekin i podążała za ranną zdobyczą.
- Podaj swoją cenę - syknęła BaBa, zmieniając głos na bardziej suchy i rzeczowy Bussiness Woman 3.
Cyfry zawirowały Ozjance przed oczami. Do Prajaszczura ze ścianą! Może udałoby jej się zebrać za jednym razem brakującą sumę na rejs kosmiczny do domu?
- Pięćdziesiąt tysięcy kosmosów.
- Żartujesz! - roześmiała się sztucznie Veganka.
Nie, żeby Moa nie spodziewała się właśnie takiej reakcji. Specjalnie zawyżyła cenę. Nawet przez sekundę nie pomyślała, że mogłaby ta suma przejść. Znowu zawisła pomiędzy nimi cisza.
- Nie ma mowy - przerwała ją zirytowana BaBa. - Mogę dać góra sześćset kosmosów.
- Nie to nie. Możemy...
- Siedemset to moje ostatnie słowo.
- Czterdzieści tysięcy.
-Tysiąc i ani kosmosa więcej.
- Trzydzieści i będziemy tak miłe, że ich dopilnujemy przed przybyciem Dobletów.
- Czyli są w "Spadającej"? - przebiegle zauwżyła BaBa, ale Moa nie zamierzała dać się tak łatwo złapać.
- A, a, a.Tego nie powiedziałyśmy - skarciła rozmówczynię, przechylając głowę, chociaż Veganka nie mogła tego zobaczyć.
- Dam pięć tysięcy, ale potrzebuję jeszcze jednej informacji.
Moi zaparło dech. Pięć tysięcy! Ona zebrała zaledwie jeden, a potrzebowała trzy razy więcej, żeby opuścić stację. Z pięcioma mogłaby szukać na samych krańcach galaktyki.
- Słuchamy? - zapytała szczerze zaciekawiona Ozjanka.
- O białowłosej, którą ogłuszyłaś. Widziałam cię w "Wiadomościach"...
Przez głowę Moi przelatywały splątane myśli, aż jej czułki drżały z podniecenia. Z jednej strony Aria bez powodu przy pierwszym spotkaniu próbowała ją poturbować, ale owadoidka ją ogłuszyła, więc raczej były kwita. Z drugiej: jeśli będzie handlowała w ten sposób wypłacalnymi klientami to może w końcu ich stracić. Co innego, że dziewczyna była oddychającą bombą. W każdej chwili mogła narobić szkód. Ozjanka bardzo chętnie by się jej pozbyła z baru.
- Dwadzieścia tysięcy, a dostaniesz ją w gratisie - zdecydowała w końcu. Nie czuła się z tym najlepiej, ale cóż. Życie już takie niestety było. Nie zawsze miłe i przyjemne. Jeśli chciało się przetrwać to czasami trzeba było zwyczajnie wytrzymać takie nieprzyjemności.
- Umowa stoi - odpowiedziała BaBa zbyt szybko, a Moa domyśliła się, że była to niezbyt wygórowana cena za tak cenne informacje.
- Z przedpłatą - dodała szybko.
- Połowa teraz, a druga jak zweryfikuję twoje informacje - zgodziła się BaBa. Znowu stanowczo zbyt łatwo.
- Niezależnie czy ich złapią, czy nie. Nie odpowiadamy za niekompetencje twoich podwładnych - zastrzegła Ozjanka z przekąsem.
- Gdybyś nie była taka uparta to byłabyś jednym z nich. Twoim kamratom jest u mnie bardzo wygodnie... - zaczęła BaBa, a po jej nagle miękkszym tonie Moa poznała początek autoreklamy.
- Czekamy na przelew - przerwała jej. Kom zawibrował natychmiast, informując ją o zmianie stanu konta. Myśli Moi wirowały tak szybko jak nigdy. Nie wierzyła BaBie. Gdzieś tu musiał kryć się podstęp. Dziesięć tysięcy było bardzo rzeczywiste na jej koncie. Wyszła z toalety i skierowała się do biura, zrzuciła "łysą małpę" z fotela bez ostrzeżenia. Czas poszukać w meganecie ofert podróży. Włochaty pasożyt Ziemianina zaczął się do niej łasić, więc wzięła go na kolana. Głaskanie go po grzbiecie było naprawdę przyjemne. - Dziękuję bardzo. A teraz posłuchaj...

TROCHĘ PÓŹNIEJ, NADAL BAR "SPADAJĄCA GWIAZDA"

Do baru wchodzą Doblety. Moa widziała ich na kamerach. Wahała się, czy zostać na zapleczu, czy do nich wyjść. Jakby nie było - ona swoją rolę już wykonała i cyngle BaBy mogły dostać polecenie, żeby sprzątnąć niewygodnego świadka. Z drugiej strony, jeśli oni zawalą swoją robotę to później resztę zapłaty będzie znacznie trudniej wyegzekwować.
W końcu perfekcjonizm wygrał. Nie potrafiła pozwolić, aby przedsięwzięcie, w którym współuczestniczyła zakończyło się niepowodzeniem. No i jeśli pozwoliłaby im na samowolkę niewiadomo, jakich jeszcze szkód mogliby narobić. Tak długo jak była odpowiedzialna za bar, nie mogła pozwolić na kolejne straty.
- Suoca? - zapytał Śiodlati na jej widok, rysując charakterystyczny kapelusz wokół własnej głowy. Był jednym z niewielu Dobletów, z którymi się znała. Jak na przedstawiciela swojej rasy wyjątkowo spokojny i ułożony. Nie słyszała, żeby tracił całą pensję w kasynach czy burdelach - to był zresztą główny powód, dla którego BaBa zatrudniała Doblety. I tak pieniądze, które im wypłacała do niej wracały. Tak naprawdę to wyglądało na to, że jedynym hazardem, jaki uprawiał Śiodlati była sama praca dla burdelmamy z "Czerwonej Rozpusty".
- Tam siedzą - Moa wskazała miejsce w kącie. Przeklęła w myślach, gdy tam spojrzała.
Jednego brakowało. Gdzieś zniknął ten niepozorny chłopak. Musiał być sprytniejszy, niż wyglądał skoro zmył się tak szybko. Rozejrzała się i dostrzegła go obok Arii i Siergieya. Siedział pod stołem skulony i cichy jak mysz pod miotłą. Odetchnęła z ulgą, gdy do problematycznej trójki gości podszedł jeden z Dobletów, ale został zagadany przez Sanga, zeskanował jego chip, a potem jak gdyby nigdy nic sobie odszedł.
Tymczasem towarzysz Śiodlatiego, nie widziała go nigdy wcześniej, wskazał Moi drzwi wyjściowe. Był wyjątkowo wysoki, nawet jak na przybysza z planety Dobli. Głową prawie zahaczał o sufit, jego tęczowy irokez złamał się w pół. Oprócz tego miał żadko spotykaną kozią bródkę zaplecioną w dwa krótkie warkoczyki ozdobione czaszeczkami, a na jednym oku czarną opaskę.
- Co? - zdziwiła się Ozjanka.
- Idziesz razem z nami. Zapraszamy - powiedział dobitnie, uśmiechając się wszystkimi zębami. Błysnął złoty siekacz na samym przodzie. Chwycił ją za łokieć, ale wyrwała się i stanęli naprzeciwko siebie jak nastroszone, gotowe do walki koguty.
- Tego nie było w umowie. Nigdzie nie i... - urwała nagle. - Ssssszlag! Patrz co, żeś narobił! Pradawna znikła, imbecylu!
- Pradawna? - zdziwił się i potrząsnął łbem na boki. Prychnął gniewnie chrapami.
- Tak, ośle jeden, wyszła właśnie! Jak się pośpieszymy to ją dogonimy!
- Ej, ej! Tylko bez takich! Jestem pełnokrwistym Dobletem! Żadnym tam osłem! - oburzył się szczerze, ale podążył za nią, gdy skierowała się w stronę drzwi.
- Masz, potrzymaj - powiedziała, oddając mu trzymaną na rękach Stellę, a potem wybiegła przez drzwi.
- O' Gier Na Kopiti się nazywam, zapamiętaj to sobie dobrze - mruknął za nią Doblet, zanim ruszył w jej ślady.

ŚLEPA ULICZKA ZA PLACEM CZERWONEGO KARŁA

Ras'er Oprawca nie byłby godzien swego miana, gdyby pozwolił się tak łatwo pokonać. Płuca paliły go żywym ogniem, jakby połknął zapałkę, czuł jak tonie we własnej krwi. Dwa serca, w jakie wyposażeni byli Ketesh złapały arytmię, bo Aria próbowała zmiażdżyć jedno z nich - na szcżęście bez powodzenia. Połamała mu jedynie żebra, prawdopodobnie jedno z nich wbiło się, gdzie nie trzeba, bo płuca zalewa mu krew. Ras'er z ogromnym wysiłkiem obrócił się na bok, zwymiotował i bez sił opadł twarzą w czerwoną kałużę. Czuł, że leży w niej całą wieczność, ale w końcu zebrał się w sobie, lewą ręką wymacał kieszeń spodni i z trudem wyjął z niej małą strzykawkę ze smoliście czarnym płynem.
Mała Pradawna chciała się bawić? Nikt nie potrafił się tak zabawić jak Ras'er Oprawca.
Przytknął strzykawkę do szyi i nacisnął tłok. Źrenice uciekły mu w głąb czaszki, na twarzy pojawił się rozanielony uśmieszek, po kręgosłupie przeszedł dreszcz, który wygiął go w łuk. Na twarzy i ramionach pojawiły się nabrzmiałe żyły. Kiedy atak minął, czuł, że ciało ma lekkie i pełne czystej mocy. Mięśnie były twarde jak granit, więc jego ruchy były znacznie sztywniejsze, ale mógł się podnieść i iść.
Uciekaj. Uciekaj jak szybko potrafisz. Uciekaj i broń się wszystkimi siłami, jakie masz. Myślisz, że jesteś pierwsza, mała Pradawna? Myślisz, że będziesz ostatnia? Nie. Ras'er żył, aby was ścigać i dobrze się przy tym bawić, więc pozwól mu cię gonić, bo już dawno, naaaaaaprawdę dawno nikt nie dostarczył mu tyle rozrywki.
Urządzenie namierzające, jakie miał w zegarku na nadgarstku pikało czerwono, pokazując mu kierunek, w którym powinien iść, aby znaleźć Arię. Musiał się śpieszyć, bo niestety zasięg miało niewielki. Doszedł do końca zaułka, na jego widok pouciekali mali kosmici - gryzonie-szkodniki, albo zwyczajnie bezdomni, którzy mieli pecha - cholera ich wie. Nawigacja kazała mu skręcić w kolejną, wąską uliczkę, ale nie dotarł do końca, gdy strzałka pokazała mu, żeby zawrócił. Odwrócił się błyskawicznie, ale kiedy nie znalazł Arii za swoimi plecami, zaczął rozglądać się czujnie.
- To nie może być prawda! Ona nie może być Pradawną, prawda?! - usłyszał piskliwe zawodzenie.
Ras'er uśmiechnął się jak rekin. Rozpoznał ten cienki głosik. Kto by pomyślał, że szczurek jednak na coś się przyda? Na pewno nie Ketesh. Wątpił, aby ten śmieszny, mały człowieczek rozpoznał Pradawnego, nawet, gdyby ten walnął go między oczy. Natomiast Suoca, z którym się trzymał sprawiał wrażenie znacznie ciekawszego i to podsłuchując go, miał nadzieję natrafić na jakieś istotne informacje, a tu niespodzianka.
Ketesh powoli wszedł po schodach przeciwpożarowych na zewnątrz budynku. Skradał się. Jego kroki nie wywołały ani jednego skrzypnięcia starej, przerdzewiałej konstrukcji. Ani jednego szelestu, czy szmeru.
- Kim jesteś i czego chcesz od Pradawnych?! - Tymczasem Aria z furią natarła na Emrysa, który odczołgiwał się na skraj dachu. Wreszcie go dogoniła i butem przyszpiliła do podłogi. Białe włosy miała rozwiane, twarz jednocześnie bladą i czerwoną, oczy przekrwione od płaczu. Wyglądała jak wyjąca banshee. Albo szykująca sie do boju walkiria.
- Niczego! Przysięgam! Tak naprawdę to mam nadzieję, że żadnego nigdy nie spotkam! - Nagle z pisku głos chłopaka spoważniał i nabrał głębszej barwy.
- Co?
- No, bo to potwory, nie? Tak słyszałem. A ty jesteś taka ładna i inna, więc ty nie możesz być Pradawną, prawda? - zaczął paplać i zaczerwienił się po same cebulki włosów. - To znaczy... Nie, żeby bycie innym było nie tak. Albo bycie ładnym. To na pewno fajne, ale raczej nie potworne, a Pradawni są potworni. Ja też byłem inny, chociaż nie aż tak jak ty. Bo byłem mniejszy, mimo że już mam te siedemnaście lat. Nikt by się nie domyślił, że jestem Starszym Udrażniaczem, nie?
- Kim ty jesteś? - powiedziała nadal nieufnie, ale znacznie łagodniej. Zmiękła nagle po "ładna". Przestała po nim deptać, odsunęła się o krok.
- Emrys Mereddyd Vaughn. Hydraulik, jak mówiłem Starszy Udrażniacz. Znam się na rurach. Nikt tak nie przepycha ich jak ja - powiedział, a jej mina zrzedła. Odsunęła się jeszcze o kilka kroków, więc dodał: - I na kanałach. Ewentualnie na wentylacji...
- Nie wiem, stary, czy powinieneś się tym chwalić - mruknął Siergiey, przecierając oczy. Stacja zdążyła się obrócić. Stał na dachu baraku i patrzył na pełną glorię gwiazdy. Był już cholernie zmęczony. Miał ochotę albo na drzemkę, albo na gryza kogoś ciepłego. Jeśli Aria była Pradawną, to byłaby pierwszą, jakiej spróbował. Gdy oberwał od dziewczyny, miał już szczerze dość. To nie była gra warta świeczki, myślał. Teraz ciekawość brała górę. Może jednak nie zmarnował tego postawionego drinka.
- I całkiem niezłą dywersją - odezwał się nagle Ketesh, stając za nimi.
Aria nie zdążyła się odwrócić do Ras'era, gdy w plecy uderzył ją pocisk z pistoletu elektrycznego. Łowca Pradawnych nie używał ani dezintegratorów, ani karabinów laserowych. Nie chciał zniszczyć zdobyczy. Pistolety elektryczne idealnie nadawały się na małą zabawę bez utraty kontroli. Pocisk wbił się pod łopatkę dziewczyny, ale niezbyt głęboko. Nie służył do tego, żeby ją podziurawić, a zwyczajnie miał się o nią zahaczyć, żeby nie spaść. Ketesh nacisnął guzik, a od lufy pistoletu do pocisku-anteny przeleciała blada błyskawica. Aria krzyknęła porażona prądem i upadła na kolana.
- A ty to kto? Jej były? Jeśli tak to wiedz, że nie jestem aż tak zainteresowany - powiedział Sang, trzymając ręce w kieszeni. Szkoda mu było, ale żaden, nawet najlepszy obiad nie był wart bijatyki z ćpunem na wspomagaczach.
- Proszę przestać! Przecież ona nie może być Pradawną! Sam pan mówił, że to potwory! - krzyknął zrozpaczony Emrys. Zerwał się na równe nogi i zakrył sobą dziewczynę, która leżała i wiła się z bólu. Po jej skórze przebiegały co jakiś czas maleńkie pioruny, a ciało przechodził nagły dreszcz.
- Precz - Ras'er z łatwością posłał chłopaka jednym uderzeniem w twarz na ziemię. Aria czołgała się, starajac zwiększyć dzielący ich dystans. Ketesh nie gonił jej. Nie musiał. - Zejdź mi z oczu, szczurku. Ja dotrzymuję słowa. Mam Pradawną, więc nie jesteś mi już więcej potrzebny.
- Dlaczego pan jej to robi? - spróbował jeszcze raz Emrys, wstając na nogi z trudem i ocierając krwawiącą wargę. - Zrobiła coś złego?
- Zejdź mi z oczu, pókim miły, bo trzeci raz nie powtórzę - ostrzegł go coraz bardziej rozdrażniony Ras'er. W chwilach takich jak ta żałował jednak, że nie nosił przy sobie dezintegratora. Pstryk, nacisnąć spust i nikt mu nie przeszkadza. Nie musi znosić tego skomlenia.
Jak Ras'er sam zauważył chwilę wcześniej - Emrys potrafił odwrócić uwagę. Ketesh nie przypuszczał tylko, że będzie się to tyczyło również jego. Aria otrząsnęła się po ataku prędzej, niż podejrzewał. Podłoga pod nimi zaczęła drżeć, ale Ketesh nie zareagował wystarczająco szybko. Nagle runęli w dół, gdy podłoże się pod nimi zapadło. Na szczęście nie stali na dachu magazynu, a jedynie budynku mieszkalnego i spadli piętro niżej.
- Sacrebleu! - krzyknął Sang, ześlizgujac się po stercie gruzu.
- Jak ja mam dość wybuchów - jęknął Emrys, który miał na tyle farta, że spadł na czyjś tapczan. Gdyby upadł metr dalej mógł skończyć usmażony lampą, której żarówka się zbiła i teraz sypała iskrami.
- Nie marudźcie tylko zwijamy się stąd! - rozkazała im Aria, która za pomocą fal wibracji z gracją unosiła się kilka centymetrów nad podłogą. Opadła lekko i dopiero teraz podłoże przestało falować, a oni mogli spróbować się podnieść.
- GHAAAAAAAAAAR! - rozległ się ryk Ketesha spod rumowiska. Sterta, która go przysypała zaczęła się ruszać.
- BIEGIEM! -popędziła ich dziewczyna.
Ani jednemu, ani drugiemu nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Ona pierwsza otworzyła kopniakiem drzwi i wypadła na korytarz. Zbiegali po schodach po kilka stopni. Wpadli na siebie przy włazie frontowym budynku, bo wrota otwierały się zbyt wolno. Przepychali się jedno przez drugie, aby tylko jak najszybciej opuścić ten dom wariatów. Aria prowadziła. Opuścili zaułek, wybiegli na przecznicę drugą nazywaną Przecznicą Supernowy. Tuż nad ich głowami z piskiem przetoczyła się kolejka metra. Cała trójka została wytrąpiona przez lotauta, gdy przebiegli na oślep przez jezdnię, nie przejmując się sygnalizacją świetlną.
- Aj! - pisnęła zaskoczona dziewczyna, gdy drogę zajechała jej furgonetka. Drzwi otworzyły się nagle, a ze środka wychylił uśmiechnięty pysk Dobleta z tęczowym irokezem.
- Wsiadajcie! - zachęcił ich nieznajomy.
Zawachali się. Aria obejrzała się za siebie. Ketesh był po drugiej stronie ulicy. Wściekły i przerażający jak nigdy. Kiedy szedł przez jezdnię uderzyła w niego osobówka. Napiął mięśnie i odrzucił lotauto, a potem jakby nigdy nic ruszył ponownie w ich stronę.
- Pakuj się do środka! - Sang popchnął ją w kierunku furgonu, a Aria wskoczyła do środka, zagłuszając w głowie alarmy, które matki instalowały każdemu dziecko, aby nie wsiadało do wozu z nieznajomymi. Cokolwiek czekało na nią w środku nie mogło być dużo gorsze, niż to co zostawiała za sobą.
Zmieniła zdanie zanim jeszcze usiadła. Za kierownicą siedziała barmanka-owadoidka ze "Spadającej Gwiazdy". Znaleźć się w ciasnej przestrzeni niecałe kilkadziesiąt centymatrów od wielkiego robala dla entomofoba było torturą. Prawie zatęskniła za Keteshem.
Prawie.
- Co ona tu robi?! - krzyknęła Aria.
- Jak widać ratujemy ci życie - odpowiedziała zirytowana Milcząca Obecność. - I możesz mówić nam Moa. Za dziękuję też się nie obrazimy.
Pojazd ruszył z szarpnięciem, bo Ozjanka wcisnęła gaz do dechy. Sprawnie lawirowała pomiędzy lotautami, mieszcząc się nawet w najmniejszą szczelinę.
- Dziękuję bardzo! A teraz mnie wysadź!
- Tego niestety nie możemy zrobić - powiedziała kobieta w średnim wieku z siedzenia pasażera na przodzie.
- Pani porucznik? - zdziwił się Emrys, który dopiero teraz ją zauważył. - Co tu się dzieje?
- Ja chyba chciałabym to wiedzieć najbardziej - odpowiedziała mu ciemnoskóra funkcjonariuszka.
- A ja wcale! - przerwała im Aria. Jej wytrzymałość i samokontrola przeszły dzisiaj ciężką próbę i z każdą sekundą miała wrażenie, że kolejne nici wymykają jej się z dłoni. Trzymała je najmocniej jak umiała, ale ubywało ich bez względu na jej starania. Coraz trudniej jej było oddychać. Mroczki zaciemniały jej wzrok wystrzałami jak fajerwerki. - Zatrzymaj się natychmiast!
Szyby lotauta zaczęły drżeć. Wtedy Moa krzyknęła.
Kiedy Pani porucznik Nneka Okafor odzyskała przytomność lotauto stało w miejscu. Kobietę trochę ćmiło w głowie, jak po zbyt długim śnie, ale poza tym nie zauważyła żadnych innych urazów.
- Nie śpieszyło ci się - powiedziała do niej Moa i siorbnęła trąbką, którą trzymała w kubeczku z shakiem. Tego dnia straciła bardzo na wadze ze względu na kolejne pościgi i nie zdążyła nadrobić utraconych kalorii. Gdy wszyscy popadali jak muchy, ona podjechała do drive-in i zakupiła dwa czteropaki najsłodszego napoju, jaki był w ofercie w rozmiarze XXL. Kończyła właśnie ostatni. Zatrzymała lotauto na najwyższym poziomie parkingu z widokiem na kosmos i stację. Miło było popatrzeć na coś odprężającego po tak stresującym dniu.
- Gdzie jesteśmy? - zapytała funkcjonariuszka schrypniętym głosem.
- Strefa trzecia, trzeci pierścień koło Przecznicy Supernowy. Teren neutralny.
- Dobrze wiesz, że tu nie ma terenów neutralnych. Są tylko takie, na których łatwiej zginąć, czy łatwiej dostać się do pierdla - odparła porucznik, potrząsając głową, aby pozbyć się resztek snu z powiek. - Mogę? - zapytała, wskazując głową kubek. Moa podała go jej, a tamta upiła kilka łyków. - Toffi - skrzywiła się. Wolałaby kawę, ale nie zamierzała narzekać. - Jak ktoś tak rozsądny jak ty wmieszał się w tą kabałę? - zapytała, oddając napój.
- Wy ludzie głupsze rzeczy robicie za dwadzieścia tysięcy kosmosów - odparła urażona owadoidka i powróciła do siorbania z kubka, a Okafor zatkało dech.
- Ile?
- Tyle dla BaBy są warte ptaszki, które złapałaś. A na pewno tamta kłopotliwa - wskazała ruchem głowy na słodko śpiącą Arię. Dziewczyna leżała zwinięta jak kot z głową na kolanach Śiodlatiego, który przewiesił sie przez oparcie połową ciała i trochę ślinił. Sang zasnął oparty o Emrysa, a na samym końcu siedział Stefan ze Stellą na głowie. Po tym jak Brzózka zobaczył na kamerach jak Doblet "porywa" ze "Spadającej" wombata, oczywiście ruszył na akcję ratunkową i jakoś tak się złożyło, że wylądował w furgonetce.
Okafor zjeżyła się, patrząc na Ozjankę podejrzliwie. Dłoń funkcjonariuszki powędrowała do kabury pistoletu laserowego. Owadoidzi z Oza myśleli tylko o sobie. Nie, że byli egoistami. Nie byli. Nneka nie znała żadnej innej rasy kosmitów, która z taką łatwością potrafiłaby się poświęcać dla dobra swoich współbraci. Co innego, gdy chodziło o "obcych". Ich życie znaczyło mniej, niż pył. Skoro Moa mogła zarobić, oddając Arię, Okafor wiedziała, że owadoidka nawet nie mrugnie okiem, a to zrobi.
- Już tu jadą? - zapytała i zacisnęła gniewnie usta w wąską linię.
- Kto? - zdziwiła się Milcząca Obecność. Opróżniła kubeczek, odstawiła go na podkładkę, a potem odpaliła pojazd. - To gdzie mamy teraz jechać? - spytała, gdy nie dostała odpowiedzi na swoje poprzednie pytanie.
- Co? Poczekaj... Wiesz, ja chyba nigdy nie zrozumiem tego, o czym myślisz - westchnęła porucznik, a potem podała jej adres. - Nie masz zmiaru zarobić?
Moa machnęła ręką.
Tak naprawdę to chciała, ale nic z tego nie wyszło. W czasie jazdy skontaktowała się z BaBą, próbując otrzymać drugą część zapłaty. Wyraźnie zaznaczała przecież, że druga część wynagrodzenia powinna jej się dostać niezależnie od przebiegu obławy. Veganka myślała inaczej.
- Dziesięć już dostałyśmy - pochwaliła się i dopiero wtedy funkcjonariuszka się odprężyła. - Znasz BaBę. Więcej nie dostaniemy, choćbyśmy osobiście ich przyprowadziły na sznurku. Bardziej prawdopodobne, że wtedy same zarobiłybyśm kulkę - wyjaśniła, ale brzmiało to trochę jakby tłumaczyła się sama przed sobą. To na pewno, dlatego nie próbowała intensywniej dochodzić do swojej zapłaty przed BaBą. To, że porucznik mogłaby umrzeć w wyniku tych działań raczej nie miało nic do rzeczy. Nawet jeśli Moa zawdzięczała jej życie.

TERAZ, PASKUDNY BARAK

Pomieszczenie, w którym kazała im czekać pani porucznik było tragiczne, nawet jak na standardy umierającej stacji. Moa stanęła w kącie i starała się niczego nie dotykać, a mimo to marzyła o gorącej kąpieli.
- Cześć. Podobno też chcieliście zgładzić stację? - powiedziała po przeciągającej się chwili milczenia starsza pani, robiąc dziwną minę. Prawdopobonie miała jakiś nerwowy tik, bo translator nie potrafił go przetłumaczyć.
- Co to znowu za bzdety? - zapytała owadoidka i aż jej się czułki wyprostowały ze zdziwienia.
- Ja tu jestem tylko, dlatego, że miałem pecha. Ostatnio mam wrażenie, że bez przerwy go mam - odpowiedział Siergiey i ziewnął. Doblety ledwie go dobudziły, by mógł dojść do baraku. Jak tylko go tu doprowadzili padł na podłogę, szukając jak najwygodniejszego miejsca do spania.
- To tak jak ja - przyłączył się Stefan. Na wszelki wypadek wpakował sobie wombata pod za duży sweter, żeby tym razem nic ich nie rozdzieliło. On i Sang spojrzeli na siebie i po męsku kiwnęli sobie głowami. - Byłem sobie dobrym, miłym adminem na statku, ale wszystko się sypło i jestem tu. Chcę tylko wrócić na Ziemię.
- A ja na Tytana.
- A ja na Oza.
- A ja na Tantalosa. - Wszyscy utkwili niedowierzające spojrzenie w Emrysie. - No co?! Mam tam rodzinę i pracę, którą lubię.
- To i tak dobrze, że masz dokąd wracać - powiedziała ponuro Aria. Rodzina i praca, którą się lubiło brzmiało dla niej jak nieziszczalny sen o normalności. - Ja nie wiem, gdzie mam teraz uciekać, żeby mnie nie dorwali Ketesh. Sądziłam, że na takim krańcu wszechświata jak tu mnie nie znajdą.
- Ketesh? Te niebieskie świry z manią wielkości? - zapytała Aparajita. Coś jej ta nazwa mówiła i nie były to najprzyjemniejsze skojarzenia. Aria przytaknęła, kiwając głową, a starsza pani polała jej herbaty. Jednak w tej wymianie zdań najbardziej zaciekawiło ją co innego. - A ty to co robiłeś jako ten cały admin? - zwróciła się do Stefana. - Informatyk?
- Ba! I to jaki!
- Decyfracja zaszyfrowanych logów?
Stefan nonszalancko wzruszył ramionami.
:fire: :fire: :fire: PŁOŃ I PISZ! :fire: :fire: :fire:

Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Nie mów hop przed zachodem słońca

Post autor: Kanterial » 24 lipca 2018, 14:31


Program rachunkowy. Księgowość. Przychody, wydatki, dzienniki, tabelki, może jakieś śmieszne wykresy prognozujące, system przypominajek zsynchronizowany z kontem walutowym. Inne udogodnienia administracyjne. Zdalne sczytywanie danych z kas. Monitorowanie zasobów.
Słowem - masa pierdół do zaimplementowania.
Nieskończona lista kolejnych durnych haseł, którymi mógłby karmić i usypiać czujność wrednego robala, by zyskać cenny czas przy jednostce z jako-taką mocą obliczeniową i dostępem do sieci.
Czy naprawdę padło tu słowo „komputer”?
Nieważne.
Zapowiadało się całkiem nieźle.
Owadzi kosmita zza lady „Spadającej Gwiazdy” okazał się (wreszcie, przynajmniej w tej sprawie) dość nieporadny, a co za tym szło - potencjalnie łatwy do oszukania.
Brzózka był już niemal stuprocentowo pewny, że to samica. Początkowo sądził, że głos syntezatora stanowi jedynie kamuflaż. To było gdzieś w okolicach Tyskiego. Potem jednak wynikła cała ta chora akcja z uzbrojonymi kucykami (jasny chuj, bronies w kosmosie), człowiekiem zmienionym w muchomora, porwanym przez niego chłopcem i wybuchami i pościgami, co w prostej linii pociągnęło za sobą inne nieprzyjemności, z bliskim kontaktem i byciem przytulonym przez wspomnianego wyżej owada (Yygh!) włącznie.
Robal, mimo całkiem przyjemnej faktury odnóży, okazał się być wyjątkowo zaciekły, uparty i bezduszny (groził Stelli), co dało Brzózce do myślenia.
Samice komarów piły krew. Samice modliszek odgryzały samcom głowy. Wielkie grube samice mrówek i pszczół zakładały mrowiska i ule, żeby wpierdalać i rodzić na koszt innych, więc ogólnie świat owadów był skonstruowany tak, że samice były gorsze, więc wredny robal z kosmicznego baru musiał być samicą i Stefan doszedł do tego wniosku robiąc zwarcie w odkurzaczu.
Ostatnim, czego się wtedy spodziewał się w kosmosie, było pełne politowania spojrzenie jakiejś wymęczonej babci, prawdopodobnie kolejnej ofiary człowieka-grzyba, który formował swój emerycko-nieletni szwadron. Brzózka zmuszony był odpracować sporą sumę za jego wcześniejszy wybryk. Chciał podejść i wyjaśnić sprawę, przez chwilę ćwiczył nawet całą wypowiedź, ale korytarz stanął w płomieniach, a w korytarzu stanął robal z gaśnicą i ostatecznie nic z tego nie wyszło.
Tak w ogóle, to zwarcie było specjalnie. Stefan doskonale wmówił to sobie, specjalne tłukąc kolejne naczynia przy zlewie. Kilkanaście ostatnich oddechów Koniecznego zagłuszył hałasem pękającego szkła i wcale nie działo się tak dlatego, że przez urojony słuch kostny co rusz sztywniały mu palce.
Moa - bo tak chyba ją zwano - nie była zadowolona.
Stefan też nie był, ale to oczywiście nikogo akurat przypadkiem nie obeszło.
Więc tak, zapowiadało się całkiem nieźle, kiedy już siedział na swoim miejscu. Dodać należało, że był na swoim miejscu zawsze, jeśli to miejsce znajdowało się przed ekranem programowalnego urządzenia obliczeniowego. Kończył właśnie zmieniać rzęch w biurze „Spadającej Gwiazdy” w tymczasowy serwer, by zebrać wszelkie informacje o ziemskich lotach i połączyć się z wybranymi hostami, gdy samica rob… Moa wytrąciła go ze skupienia.
— Zastanawiamy się, jak bardzo zależy ci na tych, którzy byli ich celem — oznajmiła bez emocji. Rozmawiała przez kom tym nieznośnie sztucznym, kobiecym głosem. — Czyli to nie z twojego rozkazu kogoś ścigali i musimy szukać dalej?
Brzózka zerknął na jej długie skrzydła, teraz drżące zauważalnie, co było chyba oznaką skupienia. Przeniósł wzrok na panel zrzucający obraz z kamer i bez trudu wyłapał sprawców wcześniejszego zamieszania. Nadal tam sobie siedzieli. Jak gdyby nigdy nic. Bojówkarze grzybowi.
Ciekawe, uznał Stefan nienawistnie.
I białowłosi ludzie przy innym stoliku. Też ciekawi.
Ta cała Moa wydawała się dobrze zorientowana. Zdecydowanie dzwoniła do kogoś wpływowego, kogoś, kto miał na usługach bardzo nieprzyjemnych kosmitów i bardzo nieprzyjemną, zdelegalizowaną międzygalaktycznie broń.
I szyfrowaną linię kontaktową zabezpieczoną przed transmisją i podsłuchem, jak wywnioskował po próbie przechwycenia jej na tablet.
Zagadany robal wyszedł nagle i dobrze się stało, bo jeden z hostów wyłapał właśnie zasięg serwera.
— ID: HR6-80BHYM-902 sth;stx, -0.0973229 Микита, czyżby… Nie — sapnął Brzózka, rozpoznając numer seryjny statku należącego do Kontroli Lotów Ziemskich. — Za szybko…
Jakim cudem mieliby znaleźć się na tym kosmicznym zadupiu ledwie chwilę po tym, jak jego własny statek pełen trupów nadał ostatni sygnał i zniknął z map sieciowych?
Bezzałogowy HR6 Микита dryfował sobie nieśpiesznie, nadsyłając kolejne cyfry lokalizacji. Zapytany o cel podróży, automatyczny nawigator poinformował Brzózkę o chwilowym „martwym przebiegu” i oczekiwaniu na dalsze instrukcje. Ostatnie z planowych punktów osiągnięto kilka godzin wcześniej; opisane współrzędnymi miejsce, w którym Brzózka włamał się do systemu i zerwał kontakt z Bazą, wyglądało na ekranie aż nadto znajomo. Sektor [0.543][-09.1224][5.903].
— Lecieli za nami, Stello — zrozumiał i wytrzeszczył oczy, wbijając palce w ramiona. — Skurwysyny… Będą mnie szukać, jeśli… Chyba że…
Wklepał żądanie pełnej trasy przelotu i okazało się, że Микита wcale nie leciał za nimi.
Leciał za wyjątkowo podobnym IP transportowca bez jawnych danych seryjnych. Jednostka LWSS Starbuck przestała nadawać w [0.543][-09.1224][5.903] i tam właśnie uruchomiono martwy przebieg instytutowego HR6 Микита.
Trzasnęły drzwi toalety. Stella podniosła głowę i sapnęła radośnie (jakim cudem mogła tak polubić tego cholernego kosmicznego mrówka?!), a Stefan cudem zgasił ostatnie okno serwera, zanim zrzucono go z krzesła.
Normalnie zapewne by się obronił - w końcu od przedszkola wpajano mu, że o miejsce przy kompie ma walczyć jak pies o miskę - ale skupił się na złej parze odnóży i gdy zablokował te górne, dolne skleiły mu lepę na ryj.
— Nie skończyłem, ej — zaczął wściekle już z podłogi. Moa nawet nie spojrzała. — Ej! Wiesz, że to ten grzyb powinien ci odkurzać i robić programy, nie ja?! — wybuchnął, wskazując kamery. Robal klikał sobie i szukał jakichś tanich lotów, całkowicie skupiony na ekranie. Pewnie sprzedał ekipę grzybiarzy i nadal zamierzał wykorzystywać Bogu ducha winnych biedaków do niewolniczej pracy. Brzózka skrzywił się i spojrzał tęsknie ku klawiaturze.
Było wiele do zrobienia. Było wiele do odkrycia. I ukrycia.
Był sobie jakiś jebany kosmiczny Starbucks, który zaniepokoił ziemskie służby kontrolne i wszedł w pas kolizyjny statku Stefana, najprawdopodobniej powodując tym samym wszystkie niewytłumaczalne zniszczenia i awarie. I śmierć załogi. Może nawet…
— Ksst, au! A ty gdzie — syknął, gdy wombat przeszedł mu po dłoni i rozorał skórę jednym z pazurów. Stella ponętnie zarzuciła zadem i zaczęła się łasić do owadzich nóg. — Nie, nie wolno. Zostaw…
Dwie sekundy później tylne łapki Stelli zwisały już przewieszone przez owadzie kolana, a płaski ryjek cieszył się ze smyrania po czole. Stefan zmrużył oczy, posyłając robalowi nienawistne spojrzenie zdradzonego kochanka.
Durne samice.
Znalezionym pod biurkiem markerem wypisał na nadgarstku ID śledzonego transportowca, a kiedy skończył, w oknach kamer z sali jak na zawołanie pokazały się uzbrojone różowe kuce.

//kilkadziesiąt minut później, po bohaterskiej szarży na dwumetrowego kuca z gnatem i równie bohaterskiej walce o Stellę//

— A ja na Tytana — sapnął dziwny według Stefana koleś z dziwnym akcentem.
— A ja na Oza — wtrącił znienawidzony przez Stefana robal.
— A ja na Tantalosa — oznajmił ten biedny porwany chłopaczek umazany jedzeniem i Stefan nie był pewny, czy faktycznie chodzi mu o tę gównianą część galaktyki, czy może jest jakiś inny Tantalos.
Taki na przykład Tantalos After - planeta zrobiona z łatwo rozpuszczalnej celulozy.
— A ty to co robiłeś jako ten cały admin? Informatyk? — spytała babcia, wyrywając Brzózkę z rozmyślań o planecie-spłuczce i planecie-odświeżaczu.
— Ba — parsknął z przyzwyczajenia. — I to jaki!
— Decyfracja zaszyfrowanych logów?
Oho.
Czas zabłysnąć.
— Banał — rzucił wyżej, zwracając na siebie uwagę zebranych. Białowłosy facet zrobił jakąś dziwną minę, która miała chyba oznaczać zaciekawienie. Zaciekawienie to niestety nie było wycelowane w Stefana, a raczej w Stellę wiercącą się pod swetrem. — Gdybym robił swoje, a nie zajmował się niewolniczą pracą za darmo, to bardzo chętnie bym…
— Przepraszamy? — wcięła się Moa. — Czym się zajmował?
Starsza pani wykonała sugestywną imitację odkurzania, za co Brzózka był jej poniekąd wdzięczny, choć z drugiej strony nie do końca. Chudy chłopiec popatrzył na niego ze współczuciem, a dziewczyna obok przytknęła dłoń do czoła. Sprawiała wrażenie skrajnie wyczerpanej.
— Więc po to ci haker — zadudniło coś nisko i głęboko z kąta, w którym ten zuchwały grzyb tasował karty i chował się przed wzrokiem Stefana (pewnie z zakłopotania) pod rozłożystym kapeluszem. — No ładnie…
Babcia wymamrotała coś pod nosem.
— Logi są niebezpieczne?
— Nie, Emrys.
— To dobrze.
Brzózka przez chwilę liczył jeszcze, że Moa podejmie temat zniszczeń i zacznie się układać z grzybowatym kosmitą, ale ta milczała jak grób. Po raz pierwszy (co nieco go zaskoczyło) był w stanie odczytać bez problemu jej emocje. Barwne skrzydła złożyła blisko przy tułowiu, trąbkę zwinęła jakoś ciaśniej - była zniesmaczona. Obrzydzona najpewniej całym tym towarzystwem i brudną szopą, w której ich zamknięto.
Skoro nie miała zamiaru walczyć o swoje i wyjaśniać sprawy z grzybem-przestępcą, był gotowy zrobić to za nią.
Wyłącznie we własnym interesie, jasna rzecz.
— My sobie mamy do pogadania — oznajmił więc na tyle groźnie, na ile mu pozwalał wombat na przeponie, po czym zaczął się zbierać z podłogi. Kosmita zerknął przelotnie i ponownie skupił się na kartach. — Nie wiem, czy wiesz, ale twoje hobbystyczne ucieczki przed… przed tymi, tym…
— Doblety, łysa małpo.
— Dziękuję, tak, więc kiedy tak sobie ganiacie po stacji, która, przypominam, nie jest tylko waszą stacją i są tu inni, normalni i uczciwi mieszkańcy kosmosu, tacy jak Ziemianie — tu Brzózka wskazał na siebie, a spod swetra wysunęło mu się trochę Stelli — to mógłbyś zwracać uwagę na to, co po drodze niszczysz i wysadzasz w powietrze!
Zrobiło się jakby cicho, chociaż ktoś chichotał. Ten dziwny białowłosy typ. Stefan ani trochę nie przejmował się resztą, bo od dobrych kilkunastu godzin nie miał niczego do stracenia, a w takich chwilach nawet strach nie był w stanie spuścić mu powietrza z brawurowego balonika porywczości.
— Dotarło? Czy mam coś nie tak z translacją? — wściekł się, bezwiednie dotykając kości za uchem. Grzyb milczał. — Rozwaliłeś tej tutaj pół baru, a ja mam to teraz sprzątać, czujesz?! JESTEM WINNY ZA ZIELONY SCHAB I TYSKIE, A NIE ZA TWOJE PÓŁ ŚCIANY I DRZWI! — wydarł się. Przestraszona Stella sapnęła i wyrwała mu się z rąk. Rozcięła lewą nogawkę, zjeżdżając, i pognała ku robalowi.
— Ale — zaczął chłopaczek nazwany Emrysem i Brzózka spojrzał na niego dziko, zaciskając pięści — my wcale nie…
— Co wy wcale, smarku? Rozmawiam z tobą?
— Zostaw go — poradziła starsza pani. Nawet nie musiała podnosić głosu, by Stefan uznał, że jej posłucha. Odsunęła się nieco i chrząknęła teatralnie, próbując zwrócić uwagę towarzysza. Szturchnęła go stopą.
Brzózka prawie się zagotował, obserwując nieśpieszny ruch kapelusza.
— Hm? — mruknął człowiek-grzyb. — Makao?
Stefan był kiedyś na szkoleniu z Instytutu. Wystawiono mu tam certyfikat stabilności poziomu agresji na stanowisku administratora i nauczono panowania nad emocjami w stresie, ale nie zdołał przypomnieć sobie na czas żadnej z przydatnych technik tu, na końcu zasranej galaktyki. Na kosmitę nie chciał się rzucać z pięściami; co najwyżej wytrącić karty i zdzielić na płasko po kapeluszu (informatyczny bóg-Root świadkiem, kusiło, żeby mu pierdolnąć jak w ten talerz od perkusji), ale nawet tego nie zrobił, bo drogę zastąpiła mu emerytka.
Tak, ona. I spojrzała tak jakoś, że nie wiedział jak.
— Potem to wyjaśnicie.
— Nie, teraz to wyjaśnimy — sprzeciwił się Stefan, ale nie zabrzmiał ani pewnie, ani w ogóle jak zawsze, i od razu poczuł się całkiem bezsilny.
— Jest strasznie uparty — wyjaśniła Moa uprzejmie, zwracając się do starszej kobiety — trzeba być stanowczym.
I ty, robalu Brutusie?
Brzózka uznał sytuację za beznadziejną. Zerknął pod ścianę cholernego obskurnego baraku, gdzie ściszonymi głosami szeptali coś tamci - dziwaczne rodzeństwo i chłopak umazany sosem. O ile zrozumiał, rozważali jadalność i śmiercionośność Stelli.
— Twoje imię? Hej, posłuchaj. Imię. — Komunikaty tej kobiety brzmiały jak rozkazy nawet wtedy, gdy udawały pytania.
— Bofh — rzucił zrezygnowany. Nad ramieniem rozmówczyni spojrzał w oczy milczącemu kosmicie i tak się na siebie gapili, wymieniając negatywną energię i nieme samcze groźby, aż Brzózka nie został klepnięty w twarz.
— Aparajita — powtórzyła babcia oschle.
— Zgadzamy się z Aparajitą. Potem pogadacie, bo widzisz, tam — Moa wskazała ukradkiem i Stefan znów obejrzał się na resztę — siedzi tykająca bomba tektoniczna. Lepiej nie zagęszczać atmosfery.
— Co? — Starsza pani uniosła brwi. — Ach. Aach…
— Spokojnie. Mamy ją pod nadzorem. — W sztucznie generowanym głosie owadziej barmanki brzmiała delikatna nutka samozadowolenia.
— To o? — zapytał Brzózka, dźgając powietrze w kierunku najchudszego i najbrudniejszego dzieciaka, jakiego kiedykolwiek widziała skazańcza stacja 00786. — Bomba? To już nie przetykają rur na Tantalosie w miarę humanitarnie?
Babcia spojrzała w sposób trudny do zinterpretowania.
— Nie o nim mowa — rzuciła półgębkiem. — Obok.
— Ten z akcentem — zrozumiał Stefan.
— Nie.
— Nie?
— Na litość wszechświata…
— Na Ziemi nie uczy się was o Pradawnych, co? — Grzyb w końcu raczył się odezwać, i choć mówił spokojnie, znów podniósł Brzózce ciśnienie. — Nic dziwnego, że łączy nas tylko handel…
— Nie jadam grzybów, są trujące.
— Moc Pradawnych…
— Nawet nie próbuj mu tłumaczyć, Suoko, prędzej jego pasożyt cię zrozumie. — Moa uniosła Stellę górną parą odnóży.
— PASOŻYT?! — zapowietrzył się Emrys. Oczy okrągłe jak spodki utkwione były w zwisających fałdkach tłuszczu i przykrótkich łapkach. — Ten mały kosmita żywi się ludźmi?! Z jakiej jest planety?
— Z Kryptonu, smarku — syknął Brzózka — lasery ma w oczach, nie widzisz?
— Pan zawsze taki miły? — wypaliła dziewczyna obok. — Czy tylko pod publikę?
— Uspokój się — poradziła Moa, prostując czułki.
— Chcę stąd natychmiast wyjść!
Stefan uniósł brwi i postanowił się zaśmiać, uprzednio wyzywając ją w wybitnie obraźliwy sposób. Nabrał powietrza.

//pół godziny później//

Połowa planu została zrealizowana. Stefan obraził młodszą o dziesięć lat dziewczynkę, a potem zaczął się dusić i prawie dostał zawału w trakcie tych kilkunastu sekund, zanim się uspokoiła.
Wszystko drżało. Wszystko. Nawet powietrze.
Zaczęło się jakieś straszne zamieszanie, w którym Moa chciała spacyfikować wyprowadzoną z równowagi dziewczynę, Aparajita Moę, a Emrys Stellę, mimo że wombat wcale nie próbował go pożreć i stał tyłem, obserwując ścianę podczas gdy inni walczyli o życie. Koleś Grzyb wglądał na załamanego, a Siergiej na zainteresowanego sosem na Emrysie i dopiero interwencja porucznik Okafor zaprowadziła jako taki porządek.
Poczciwa kobieta okazała się całkiem dobra w pacyfikowaniu burdelów na kółkach. Co prawda Stefan niewiele z całej akcji kojarzył, bo po wszystkim został wyniesiony na zewnątrz z arytmią, ale cóż.
Przynajmniej był dalej od owadów i grzybów.
— Co za idiota — westchnęła czuwająca obok Aparajita. Porucznik Okafor oddaliła się tylko nieznacznie, by ustalić coś z pilnującym baraku kucem. — Trzeba uważać, bo wylecimy w powietrze. I tak, Bofh, owszem, wiedzą to wszyscy poza tobą.
Stefan jęknął.
— Że ta Aria? Że ona jest jakaś Dawna coś?
— Pradawna jakaś coś, tak — zirytowana starsza pani potarła pomarszczone dłonie. — Takie coś, że każdy ma w tym interes.
— Było powiedzieć — wysapał Stefan. — To bym wiedział.
Ściągnęła usta w prostą, długą linię i zamrugała, ostentacyjnie patrząc w przestrzeń.
— Też wolałabym wiedzieć wcześniej. To wiele wyjaśnia.
— Hej, wy tam! Spokój! Dlaczego mnie to spotyka, hm? Nie możecie ich upilnować przez kilka minut? — Okafor piekliła się, szkalując Dobleta i najprawdopodobniej szkalowała go słusznie, bo wyglądał na zakłopotanego.
A może zawsze tak wyglądał, bo miał łeb konia i nie mógł wyglądać inaczej.
Brzózka uniósł się na rękach i szybko ocenił swoje szanse na ucieczkę. Były zerowe. Barak-więzienie czekał tuż obok, porucznik wciąż zerkała czujnie, a kilku milczących podwładnych kręciło się na jej rozkaz między sąsiednimi budynkami. Gdzieś w tle bliżej centrum stacji jarzył się na czerwono billboard wzywający do oszczędzania wody.
Też coś.
Zrobi się drugi Tantalos i tyle.
— Straciłam cenny czas — wymamrotała Aparajita, pocierając skronie. — A teraz siedzę i robię za marchewkę na kiju. Te logi…
— Co masz na nadgarstku? — Brzózka dopiero teraz dostrzegł, jak okropne szramy zdobią gęsto posiniaczoną skórę kobiety. Dziwnie równe wydawały się nacięcia za dłońmi. — Wygląda jak…
— A ty co masz na nadgarstku? — ucięła ostro, broniąc się przed odpowiedzią. Brzózka obejrzał wypisane markerem ID i przekręcił rękę, żeby widziała.
Wpatrzyła się w numer i zastygła.
Dosłownie zastygła. Aż nieludzko. Na całe dziesięć sekund.
Stefan nie potrzebował potwierdzenia ani zachęty.
— Jak to się mówi: coś świta? — zasugerował, wodząc wzrokiem po śniadej skórze. Im dłużej patrzył, tym więcej widział. Więcej sińców i ran. — Daj mi te logi.
— Nie przemyślałam jednego: czy ci zaufam.
— Będziesz musiała.
— I wcale nie wiem, czy… nie wiem, czy znam ten numer — zasłoniła się asekuracyjnie. — Nie twierdzę, że cokolwiek świta.
— Daj mi odcztać te logi.
— Nadal ci nie ufam.
— Odczytam za darmo.
— Tym bardziej nie ufam.
— Więc może…
Coś zagrzmiało jak darte na strzępy blachy, zadudniło potwornie i przetoczyło się po stacji z rykiem pękających zbrojeń.
— To nie mogła być BaBa, prędzej rozsierdzony Kendar, niczego nie rozumiem… Och, kurwa. — Okafor zaklęła tak, jak się klnie naprawdę rzadko. Brzózka zdążył tylko spojrzeć w kierunku, który wskazywał wyczesany Doblet.
— Moa… Zawołajcie ją…
Słup gęstego pyłu unosił się nad poziomem placu handlowego i kwitnącym powybuchowym bąblem pęczniał coraz wyraźniej.
— MÓJ BAR! — krzyknęła Moa rozdzierająco.
— Mój tablet — wyszeptał Stefan.
— Moje kolano, uch — sapnęła babcia i wstała z ziemi. — Och — dodała, zadzierając głowę.

dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Xanttis
Posty: 79
Rejestracja: 23 października 2017, 23:41

Re: Nie mów hop przed zachodem słońca

Post autor: Xanttis » 04 sierpnia 2018, 16:17


- Głód? – rzekł ponuro Eneko, siedząc oparty o ścianę. Wyglądał jak Meksykanin na Dzikim Zachodzie z nieodłącznym sombrero.
- Hę? Co tam brzęczysz? – odpowiedział Sang.
- Przecież widzę jak patrzysz na krwistych. Wampir, co?
- Bystrzacha – zakpił.
- Dawno nie miałeś w ustach smaku krwi, prawda?
Sang zwrócił na niego swój wzrok.
- Nie byłbyś taki mądry, jakbyś sam miał krew, grzybie.
- Oszczędzaj oddech. Tylko zagajam rozmowę – podniósł głowę na tyle, że Sang mógł teraz zobaczyć jego twarz z wymalowanym szyderczym uśmiechem.
Tymczasem na zewnątrz baraku, trwało poruszenie.
- Straciłyśmy swój bar i większość dobytku. Nic nas już nie trzyma na tej stacji. Chcemy odejść.
Porucznik spojrzała na Moę z jakąś niewymówioną troską.
- Jesteś tego pewna?
Przytaknęła.
- Twoja sprawa, ale nie wypuszczę cię do momentu uspokojenia sytuacji, jasne?
Okafor zawróciła wszystkich do baraku, by – jak sama mówiła – przeczekać moment ataku Kendara. Oczekiwanie nie każdemu się podobało.
- Długo tak będzie łamana nasza wolność? – odezwał się Sang.
- Jesteście zatrzymani w charakterze świadka.
- Więc przesłuchaj nas i puść wolno.
- To nie jest dobry pomysł. W sektorze piątym są oznaki pojawienia się Kendara. Dostaję meldunki, że Kendar wkracza także na inne sektory. Powinniśmy to przeczekać.
- Mam w dupie to czekanie.
- Kim jest Kendar i co on właściwie teraz robi, skoro się tu ukrywamy? – wtrąciła się Aparajita.
- Kendar to… można powiedzieć, że zarządca stacji. Przetransferował swoją jaźń do zaawansowanego robota. Z czasem opanował stację, a właściwie jej fundamenty takie jak systemy, zabezpieczenia itp. podczas, gdy nikt tego nie zauważył. Zrobił to w cieniu, z ukrycia. Nikt na stacji nie odczuł tego co się wydarzyło. Większość populacji nie wie, że istnieje ktoś taki jak Kendar. Stąd jest nazywany Królem Podziemi. Mówi się, że siedzi gdzieś w niższych poziomach, przy rdzeniu, ale nikt tamtędy nie chodzi.
- A te huki i trzaski? Co to jest? – dopytywała Aria.
- Kendar wyprowadził swoje drony i boty na rekonesans. Ostatni raz zdarzyło się to jakieś czterdzieści lat temu. Jeszcze wtedy mnie tu nie było, a nikt o tym nie rozmawiał. Większość miejscowych po prostu chciała o tym zapomnieć. Wierzyła, że to tylko legenda lub jakiś błąd systemu, albo zły sen. Ale chyba jednak nie.
Aparajita spoglądała na Eneko, który siedział ciągle bez ruchu jak ten Meksykanin czy inny kowboj. Nie wierzyła, by pod jego kopułą było tak samo spokojnie, jak okazywał to na zewnątrz. Tam na pewno zachodził jakiś ważny myślowy proces.
Tymczasem Eneko spokojnie sobie fotosyntezował korzystając ze zwiększonego stężenia dwutlenku węgla w baraku. Oczywiście jednym uchem słuchał opowieści o Kendarze, węsząc jakiejś cennej informacji, jednak ważniejsze dla niego było wyrwanie się z tego przeklętego miejsca.
Brzózka zazdrosny o kolejną kochankę Stelli, która tym razem – jak na złość – dawała się pieścić Arii, strugał w myślach kije na rożen. Nie mógł się jeszcze tylko zdecydować kogo usmaży pierwszego. Może wszystkich na raz? Ah, gdyby tak mieć ze sobą benzynę i zapałki, albo chociaż jakiegoś flammenwerfera.
- Sang – szepnął Eneko widząc skupionego wampira. – Nie wstydź się, działaj.
Eneko wyciągnął z wewnętrznej części swojej peleryny manierkę, którą powoli odkręcił i przechylił, skupiając na sobie wzrok Aparajity.
- Odwal się, koleś! – rzucił Sang ze złością.
- Trzęsą ci się ręce – spostrzegł Suoca.
Sang schował je pod stół mając coraz bardziej zmieszaną minę. Aparajita obserwowała rozmowę, choć mówili zbyt cicho, by ich zrozumiała. Grzybokształtna roślina i wampir konspiracyjnie nie patrzeli nawet w swoim kierunku podczas rozmowy.
- Po coś nas tu wszystkich złapała. Nie bądź naiwny, nie wypuści nas.
- Masz jakiś plan, grzybie?
- Mam myśleć za ciebie? Nie obchodzi mnie kim jesteś, ani co tu robisz. Obchodzi mnie tylko to, że gnijemy tutaj bez większego sensu, a może i nawet ryzykujemy, że bez walki zaprowadzą nas do jakiegoś herszta gangu, lub kto wie – do BaBy. Ta młoda dziewczyna na pewno jest na celowniku tego przerośniętego kwiatka. Chcesz mieć przez nią kłopoty?
- Jasne, że nie.
- Oczywiście, że nie – wręcz przeliterował. – Nikt nie chce. Więc uwolnij nas, wampirze.
- A dlaczego ty tego nie zrobisz?
- Bo z twojego punktu widzenia byłoby to bardziej użyteczne. To twój pokarm. Większość uzna, że dopadł cię poważny głód i raczej ci wybaczy, o ile w ogóle przejmie się losem policjantki. Gdybym zrobił to ja, lub ktokolwiek inny… sam rozumiesz.
- A Doblety?
- Spieprzą na widok posilającego się wampira.
- Taki pewny jesteś?
- Jeśli ci to pomoże, to będę osłaniał ci tyły.
Milczeli przez moment, a Eneko dostrzegł, że Aparajita przysunęła się bliżej nich nadstawiając ucha.
- Od tego pieprzenia już mi się odechciało, masz alkohol w tej manierce?
- Przecież widzę, jak oczy ci się świecą. Działasz czy nie?
- Chce się napić.
- To nie jest alkohol.
- Nieważne, daj.
- Co wy kombinujecie? – wtrąciła się Aparajita.
Nikt nie zauważył, ani nie usłyszał świstu małej strzały wystrzelonej ze świstuły. Okafor przerwała słowotok, krew trysnęła na posadzkę.
- Co do… - Okafor nie dokończyła. Sangowi nie pozwolił zbyt dużej ilości krwi zatracić się w niebycie podłogi i oddał się instynktowi, choć może zwyczajnie po prostu nie chciał, żeby krew poszła na zmarnowanie. Tak czy inaczej, bynajmniej nie pomógł funkcjonariuszce zatamować krwotoku. Chyba, że picie krwi z uszkodzonej tętnicy szyjnej nazwiemy pierwszą pomocą.
Wombat, przez gwałtowne poderwanie się Siergieya wyrwał się Arii, więc Brzózka od razu rzucił się na ratunek swojej żywej przytulance, nie dostrzegając w pierwszej chwili, że obok niego wampir miał właśnie porę karmienia. Większość wpadła w konsternację i tkwiła w bezruchu oprócz Moi. Moa zachodziła w głowę, co się właśnie wydarzyło i rozglądała się po twarzach obecnych ze zdziwieniem, co takiego strasznego zrobił Sang, że wszyscy zamilkli i zbierali szczęki z podłogi.
Po kilku chwilach wampir wstał i było już po wszystkim.
- Kurwa. Nie żyje.
Emrys zamienił pozycję siedzącą na leżącą w towarzystwie głuchego huknięcia.
- Czy ty właśnie wyssałeś z niej krew? – z lekkim obrzydzeniem stwierdził Brzózka trzymając Stellę na rękach.
- Kim ty, kurwa, jesteś? – jeden z Dobletów wstał i sięgał za pas, by po chwili legnąć po wystrzale z wielkiego, suockiego rewolweru. Po kilku kolejnych okaforowe Doblety ułożyły się jeden obok drugiego jak bale drewna.
- Jesteśmy wolni – powiedział Eneko stojąc z dymiącym rewolwerem. – Wychodzimy. Aparajita, weź młodego.
Szok oraz psychologia tłumu zadziałały i gromadka prędko opuściła barak. Przemierzyli biegiem kilka przecznic wśród blaszanych zabudowań, zanim zaczęli odzyskiwać zmysły.
- Zaraz – przystanęła Aparajita. – A gdzie jest Logaire?
- No tak! Narobił bajzlu to i uciekł, hultaj! Destruent jeden!
- O ile pamiętam to mówił, że wykorzystuje fotosyntezę. Więc jest chyba producentem. Tak tylko… – wtrąciła Aparajita.
Brzózka naburmuszył się na moment.
- Producentem kłopotów… – wycedził przez zęby.
*** Eneko korzystając z zamieszania ulotnił się, jak to miał w swojej naturze. Wyruszył w przeciwnym kierunku niż reszta bandy zmierzając w stronę Placu Czerwonego Karła. Ulice były przeraźliwie puste i pozornie ciche. Wszyscy w popłochu pochowali się, lub bogowie wiedzą co się z nimi stało. Obok swoich kroków słyszał jedynie odległe trzaski konstrukcji stacji i przytłumione dźwięki.
Skrył się prędko za kubłami na śmieci przed domkiem, gdy z naprzeciwka z bocznej uliczki wyleciał dron z kilkoma mackami jak u ośmiornicy. Powoli złożył swój kapelusz, aby przypadkiem jego kawałkiem nie wystawać poza niezauważalną strefę. Robot nie dostrzegł go i leciał powoli dalej. Eneko rozejrzał się po okolicy i zaczął podążać za maszyną. Co rusz oglądał się za siebie i patrzył po oknach i dachach zabudowań, choć nikogo ani niczego tam nie znajdował.
Maszyna doprowadziła go Placu, jednak nieco bardziej okrężną drogą, niż sobie zakładał. Ukrył się na jego skraju obserwując z daleka to, co się działo. Na opustoszałym targu grupowały się różne drony i boty, gdzieniegdzie nawet te bardziej zaawansowane, czyli androidy. Zachowywali się całkiem jak normalni żywi. Przy największym z reflektorów toczyła się jakaś debata dwóch z nich i jednego drona. Przez chwilę miał wrażenie, że jeden z nich patrzy wprost na jego kryjówkę.
- Psst! Hej, ty! – obok jego schronienia był jakiś stragan, choć trochę naruszony przez kolejne wydarzenia jakie przetaczały się po okolicy w ostatnich godzinach.
- Ktoś ty? – szepnął Logaire.
- A moje trzy żony mówiły, że to kiepski pomysł przylatywać na tą zapomnianą przez Allaha stację. Jestem Abd al-Wali Ammar, handlarz bakłażanami.
- Co ty tu u diabła robisz, człowieku?! Życie ci nie miłe?!
- Jakie to życie, jak miejscowi w ogóle nie wiedzą co to znaczy się targować. Kiedyś to było! Wyglądasz mi na gościa w moim wieku, więc zapewne wiesz o czym mówię.
Nie sądził, by ludzie dożywali takiego wieku, w jaki był on teraz. Na pępkowym ojca Ammara mógłby być zaproszony jako daleki kumpel jego pradziadka. Tak czy inaczej, osobliwy rozmówca rozproszył nieco jego uwagę od robotów tłoczących się na Placu.
- Wiesz, co się tu dzieje?
- Kiedy wszyscy zaczęli uciekać, ja schowałem się pod swój stragan. Szczęśliwie nic nam się nie stało.
- Nam?
- Mi i moim bakłażanom, oczywiście! To oczywiście tylko niewielka garść tego, czym dysponuję. Mam pokaźną plantację bakłażanów na naszej arabskiej planecie.
Eneko westchnął. Raczej nie wyciągnąłby od niego za wiele informacji. Zaczął myśleć nad kolejnym krokiem.
- Hej, może chcesz kupić?
- Co? – spytał z niedowierzaniem.
- No zobacz, jaki piękny!
Suoca zaczął gotować się w środku.
- Człowieku, daj mi spokój…
- Kupże, dobry kosmito. Tylko tysiąc oort. Dla ciebie nawet osiemset. To jak będzie?
- Nie chcę. Żywię się zgoła czym innym.
- Ah! To w takim razie mam tutaj amulet szczęścia z bakłażanem! Moja czwarta córka zrobiła ich kilka, co by wesprzeć biznes swojego starego ojca.
Logaire bacznie obserwował Plac, oraz czy przypadkiem wesołkowaty Arab nie przyciągał uwagi, ale kryjówka spełniała swoją funkcję znakomicie. Chyba, że cała ta zgraja nie przybyła w celu eksterminacji życia na stacji.
- To jak, bierzesz pan, czy nie?
- Dawaj pan – odparł zrezygnowany.
- Sześćset oort.
- Ile?! Za kawałek sznurka z drewnianym warzywem?!
- Ręcznie robiony, panie! Jak pan go nie chcesz, to znajdę innego kupca!
- Ciszej, człowieku! – syknął przez zęby. – Dam ci czterysta za wisiorek i dwieście, żebyś stulił już dziób! Nie chcemy chyba przenieść się na tamten świat.
- Eh… niech będzie. Liczyłem, że się potargujemy… - odparł zawiedziony i wyjął terminal płatniczy.
- Masz genialne wyczucie czasu na targowanie się, człowieku. Normalnie rekin biznesu – podsunął swój zegarkowy model do terminalu, po czym odebrał wisiorek na rzemyku. Nie spuszczając oczu z robotów, założył go na szyję.
- Niech ci los sprzyja… wybacz, nie przedsta…
- Logaire – odparł szorstko.
- Zatem niech ci los sprzyja, panie Logaire.
Obok jego nóg przeszedł pająk. Jednak nie był to zwykły pająk. To był mini robocik z czymś w nogogłaszczkach. Nie dawał się złapać przez moment, aż w końcu Logaire pochwycił karteczkę od robo-pajączka. Kartka była jednak pusta.
- Eneko Puneet Logaire – jak spod ziemi wyrósł przed nim humanoidalny android w towarzystwie drona i innego androida.
- We własnej osobie - podniósł się na nogach. Był nieco niższy od androida.
Robot przekrzywił swoją mechaniczną głowę, naśladując ludzkie odruchy. Tymczasem dron uprosił Araba, by opuścił to miejsce. Ammar szarpał się przez chwilę, jednak oddalił się ostatecznie ze swoim mobilnym straganem w stronę zabudowań.
- Nie obliczyłem w twoim zachowaniu nawet ułamka strachu.
- Tylko kłamcy odczuwają strach.
- Moja sztuczna inteligencja znalazła dla mnie wspomnienia związane z Tobą, Suoca. Mam przed sobą wszystkie nasze rozmowy i zdarzenia, jakie nas łączyły.
- A więc to ty jesteś Kendar?
- Tak – ciemnobłękitna powłoka androida zalśniła w odbitym świetle.
- Zatem wiesz, po co przychodzę.
Robot stał w bezruchu patrząc w nieokreśloną dal przez kilka chwil. Poruszył się z nagła i badawczo spojrzał na twarz przybysza.
- Oczywiście. Zamieniam się w słuch.
*** Eneko nie straszne były niespodzianki. Dostosowywał się do nich jak bezkształtny kisiel do foremki. Gdyby nawet wpadł w dwa zaciskające się tłoki, wypłynąłby bokami i szczelinami jak woda, choć może nie dosłownie. Suoca był gotowy na każdą ewentualność, nawet na to, by odwiedzić BaBę.
Ale nie musiał. Przynajmniej na razie.
Ku ogromnemu zdumieniu Logaire’a, który przybył do Kendara po rachunek za dawną przysługę, blaszany typ poprosił Suocę o kolejną. Nie do końca ufał wyjaśnieniom, jakie wypluła mu sztuczna inteligencja. Przeczuwał, że to był jednak kawałek ludzkiej świadomości, który przebił się na zewnątrz. Eneko był świadomy, że Kendar będzie potrzebować czasu na spłatę swojego długu, i może właśnie tym wybiegiem sobie ten czas zapewnił.
Lub go zwodził. Powątpiewał w to jednak, ale na takie ewentualności Eneko także był przygotowany. Nie posiadał planu. Miał po prostu wyczucie i doświadczenie kosmicznego wagabundy. Może to tylko robotyczna świadomość, ale Kendar nie mówił o Pół-Pradawnej w taki sposób, w jaki mówił każdy barbarzyński Ketesh, lub inny łasy na cokolwiek związanego z Pradawnymi. Mówił z sensem, bo ciężko powiedzieć o robocie, żeby był autentyczny. Wiedział coś, co mogło być przydatne dla Arii.
- Skąd o niej w ogóle wiesz?
Bellen wygenerował groteskowy uśmiech.
- Wiem o wszystkim co się dzieje na stacji. Wiem kto na nią przybywa, jak i kto odlatuje. Cała wewnętrzna sieć jest moim układem krwionośny, wszystkie podsieci, jak naczynia włosowate. Beze mnie stacja pójdzie w drzazgi. To ja ją utrzymuję na stabilnym kursie. Jestem serwerem, mobilnym rdzeniem stacji. Te wszystkie roboty są moim dziełem. To ja tego dokonałem. Odkąd zdobyłem się na nieśmiertelność wchodząc w ciało androida, stałem się pół-bogiem. Widzę, słyszę i czuję więcej, bo osiągnąłem poziom percepcji niedostępny dla śmiertelników. Mogę prawie wszystko.
- Jak na blaszaka masz całkiem przerośnięte ego.
- To nie ego, Logaire. To fakty.
- Czyli wiedziałeś od samego początku o moim przybyciu?
- Tak. Tak samo, jak o przybyciu Łowcy Pradawnych.
- Chyba wiem do czego zmierzasz.
- Ras’er de Kel.
- To mi wystarczy.
"Wszyscy muszą być podobni jeden do drugiego. Każdy człowiek wizerunkiem innego człowieka. Wtedy wszyscy są szczęśliwi, bo nie ma gór, by się przed nimi zginać ze strachu i porównywać się z nimi" ~ 451 stopni Fahrenheita, Ray Bradbury

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Nie mów hop przed zachodem słońca

Post autor: Kruffachi » 05 sierpnia 2018, 16:40

- Hej, młody, wstawaj! To nie jest dobry moment na drzemkę.
Krótki, ostry ból na policzku przerwał niekończące się spadanie w otchłań otwartego za wcześnie kanału i oto znowu siedziałem tyłkiem na stabilnym gruncie. Zamrugałem, próbując pozbyć się rozmazanego obrazu, dłońmi macałem powierzchnię wokół siebie, żeby znaleźć oparcie, bo wszystko nadal strasznie wirowało i właściwie to bym chętnie zwymiotował.
- No już - mówiła pani Aparajita i to uświadomiło mi, że nie mogę wymiotować, bo w sumie to nieładnie wymiotować na kolana komuś, kto cię cuci. - Baza do Emrysa!
Potrząsnąłem głową i obraz wreszcie zaczął się stabilizować.
- Emrys do bazy...? Nic mi nie jest - burknąłem odruchowo, chociaż dobrze wiem, jakie to zawsze głupie. Tylko że mi naprawdę nic nie było, nie miałem pojęcia dlaczego właściwie... - Och... - dotarło do mnie nagle. - Zemdlałem.
- Tyłek w górę - rozkazała starsza pani i jakoś tak ochoczo spełniłem jej polecenie, chociaż podłoga pod nogami nadal wydawała mi się dziwnie miękka. - Nie mamy czasu.
- Czasu na co? - zdziwiłem się.
Dziwnie pachniało. Żelazem. Ale inaczej niż pachnie rdza. Odnosiłem silne wrażenie, że wiem, co to za woń, ale jednak bardzo nie chcę wiedzieć. Coś mówiło mi też, żebym nie obracał głowy w lewo.
Obrócenie jej w prawo okazało się interesujące. To było chyba coś w rodzaju impasu...?
- Ty - usłyszałem warkot, w którym z trudem rozpoznałem ładny głos Arii, teraz drżący od powstrzymywanej furii. - Jeśli zrobisz... cokolwiek... takiego... raz jeszcze, ostrzegam, że tak cię zrezonuję, że wysrasz mózg przez dupę!
Pan Sang uniósł ręce w obronnym geście.
- Ależ panien...
- Nie panienkuj mi tu! - głos jej skoczył i przeszedł w pisk, od którego mogły popękać bębenki w uszach. - Po prostu trzymaj swoje kły przy sobie, jasne?!
I wtedy jakaś mucha przeleciała mi przy uchu, i spojrzałem w lewo.
Przez chwilę myślałem, że znowu zemdleję albo po postu zwymiotuję. Zrobiłem to drugie, ale na szczęście nikt nie zwrócił uwagi, wszyscy wydawali się zajęci sceną za moimi plecami. Słyszałem głos Bhofa, jakieś słowa płynące z translatora, ale nie mogłem niczego zrozumieć. Wszystko było tylko szumem. Wyprostowałem się powoli. Ciało miałem jakieś dziwne, jakieś obce - ciężkie i lekkie w zupełnie przypadkowych miejscach.
Obrazy sprzed tego, jak straciłem przytomność, zalały mi oczy.
- Porucznik Okafor...?
Jakoś tak smętnie zwieszone czułki Moi powiedziały mi, że pytam na darmo i może nie powinienem się bardziej zbliżać.
Zacząłem wrzeszczeć.
Sam w pierwszym momencie pomyślałem, że to ze strachu, ale w miarę, jak wrzeszczałem, dotarło do mnie, że wcale nie. To było coś innego. Coś, czego dotąd nie czułem zbyt często. Zaczynało się jakoś w dole pleców i kończyło w dłoniach. Czułem, jakbym ramiona i nadgarstki miał wypełnione potłuczonym szkłem.
- Zabił ją pan! - darłem się nie swoim głosem. Cały drżałem. Było mi jednocześnie zimno i gorąco, żołądek miałem ciężki jak z ołowiu i zupełnie straciłem panowanie nad tym, co mówię. - Tak po prostu ją pan zabił! Była dobra! Nikogo nie chciała skrzywdzić! I była... - uświadomiłem sobie to nagle i zalała mnie potężna fala przerażenia. Dopiero teraz. - BYŁA JEDYNĄ OSOBĄ, KTÓRA MNIE MOGŁA ODESŁAĆ DO DOMU! - wrzasnąłem, aż rozbolały mnie płuca. A potem nagle poczułem się tak, jakbym był balonikiem i jakby mnie ktoś przekuł. Całe powietrze uciekło między zębami z cichym sykiem, ramiona mi się zwiesiły, głowa zakołysała. - Może mnie ktoś po prostu stąd zabrać? - spytałem cicho.
- Zabrać - powtórzyła Moa. - Też chętnie byśmy się stąd zabrały. I to jak najszybciej. - Aż drgnęły jej smutno zwieszone czułki, kiedy to mówiła.
- A ja bym po prostu chętnie pożyła jeszcze parę lat - burknęła Aria, wciąż z zarumienionymi ze złości policzkami, z którymi wyglądała ślicznie. - Co, w sumie, oznacza, że też wolałabym zostawić tę spierdoloną stację za sobą.
- Ja, prawdę mówiąc, też - odchrząknął Bohf, ten biedny człowiek objadany przez pasożyta, który tym razem chyba rozpuszczał mu nogę w miejscu, gdzie wcześniej rozerwał ubranie. - Wolałabym nie przebywać dłużej na stacji opanowanej przez jakiegoś cybernetycznego świra. Nie to, żebym nie potrafił sobie poradzić z jakimś wirusem - prychnął. - Dalibyście mi godzinę i zapas kawy, to bym się z tym rozprawił raz dwa, tylko niestety jakiś Don Pierdo El Muchomorro ZROBIŁ WSZYSTKO, ŻEBYM...
- Zaraz... - pani Aparajita zmarszczyła brwi i rozejrzała się po okolicy. - A Logaire gdzie?
- Zwiał - warknęła Aria. Próbowała oddychać równo i się uspokajać, ale chyba potrzebowała na to więcej czasu.
- Z moją ostatnią talią kart... No to wygląda na to, że mamy wspólny cel - podsumowała starsza pani. - I przynajmniej jeden wspólny problem.
- Jaki problem? - spytał wampir.
- Pana Eneko Logaire'a... - powiedziałem na wydechu, a wszystko w mojej głowie zaczęło się nagle układać.
- Zdemolował nam bar.
- Ma coś wspólnego z Ras'erem.
- Ma jakiś interes do BaBy.
- I wspominał o Kendarze.
- I ma grzyba na głowie. Wszyscy wiedzą, że grzyby są podstępne. Wszystkie wyglądają na jadalne.
- Próbował mnie sprzedać.
- Zabijał ludzi bez mrugnięcia okiem.
- A teraz zwiał.
Popatrzyliśmy po sobie.
- Co znaczy, że zaraz może wrócić - Bohf wypowiedział myśli chyba nas wszystkich. - A za nim większa armia piekielnych kucyków.
- Albo ktoś powiąże nas z tymi zwłokami - dodał Sang, co ściągnęło na niego kolekcję znaczących spojrzeń.
Napięcie osiągnęło zenit i ktoś sapnął.
- Wiem, jak się stąd wydostać niezauważonym - powiedziałem, zanim zdążyłem to przemyśleć. - Poprowadzę was wentylacją do doków. Niektóre korytarze są szerokie. Wszyscy się zmieszczą. Nawet pan Bohf z pasożytem.

*

Najpierw każdy chciał iść w swoją stronę, jak tylko wydostaniemy się z plątaniny wąskich korytarzy i rur, przez które tylko ja znałem drogę - zwłaszcza teraz, gdy grodzie zamykały się i otwierały w przypadkowy sposób, bo jakaś cyfrowa zaraza pochłaniała kolejne systemy stacji. To chyba naturalny odruch, bo może tak, może mieliśmy nawet podobne plany na przyszłość i podobne odczucia względem pana Logaire'a, który mógł wrócić w każdej chwili z nową porcją kłopotów i próbować nas znowu w coś wrobić albo komuś sprzedać, ale na swoje towarzystwo też nie do końca mieliśmy ochotę.
Wszyscy patrzyli na wszystkich nieufnie - no, prawie wszyscy na prawie wszystkich. Albo morderczo. Albo jedno i drugie. W każdym razie było jasne, że gdyby nie to, że ścigała nas już pewnie armia BaBy, armia Kendara i policja, a połowa rzeczy, za które nas ścigali, wcale nie była naszą winą, byłbym świadkiem paru kolejnych bójek, a potem burzliwych rozstań.
Ale wtedy podziały się rzeczy.
No dobra, czasem jednak szybciej mówię, niż myślę.
- Może powinniśmy uciec razem? - rzuciłem, a rura wzmocniła mój głos w całkiem śmieszny sposób.
Ściągnąłem niezręczne milczenie i jakieś chrząkniecie, i dopiero to mi uświadomiło, że wypowiedziałem na głos jakąś nie do końca opracowaną w głowie myśl. Ale jeśli o mnie chodzi, to właśnie tego potrzebowałem, żeby uchwycić to dziwne wrażenie, które pęczniało mi na tyłach mózgu już od jakiegoś czasu. Otóż byłem tu najmłodszy. Jakbym tego nie obracał, to nie działało na moją korzyść, zwłaszcza że moje umiejętności chyba nie robiły na nikim wrażenia. Oni wszyscy zdawali się poruszać po tym świecie lepiej niż ja, bo ja nadal nie wiedziałem, kim są BaBa, Kendar, Pradawni, Administratorzy i jak się bronić przed pasożytami. Jeśli byśmy się rozeszli w swoje strony, wylądowałbym sam na stacji, która już kompletnie nie przypominała tej, na którą przyleciałem.
Dawałbym sobie w takich warunkach najwyżej tydzień. I ujemne szanse na powrót do domu, zwłaszcza teraz, gdy porucznik Okafor nie żyła, wyssana ot tak przez... przez to coś, co pełzło na czworakach tuż za mną, robiąc mi gęsią skórkę na karku.
- To znaczy... no... - trochę się zacząłem plątać, ale zacisnąłem mocno szczęki i na moment oczy, żeby przywołać się do porządku. Musiałem ogarnąć. Musiałem to jakoś ogarnąć. - Bo jakby wszyscy mamy kłopoty. Ten cały Kendar opanowuje stację i jeśli dobrze zrozumiałem, jest czymś w rodzaju programu. Jeśli tak, to może dotrzeć wszędzie, do systemu doków też. Pan Bohf zna się na programach. Pani Aparajita i Aria znają się na walce. Pani Moa ma kontakty i umie rozmawiać z ludźmi. A ja, jak widać, wiem, jak się ulotnić.
- Ja jestem mechanikiem.
Plecy oblał mi zimny dreszcz, kiedy usłyszałem ten głos.
- Co...?
- Jestem mechanikiem - powtórzył Sang. - Bez mechanika i tak nigdzie nie dolecicie.
- Ty - syknęła Aria - idioto, zabiłeś porucznik Okafor i pogorszyłeś sytuację sto razy.
- Grzyb mnie podpuścił - odparł wampir jakby urażony.
- Znowu on - mruknęła pani Aparajita bardziej do siebie i mruknęła coś jeszcze, czego nie dosłyszałem. Chyba się nad czymś zastanawiała.
I dobrze. Po cichu miałem najwięcej wiary właśnie w nią i w Moę, bo obie wydawały mi się stosunkowo rozsądne. To zwłaszcza je dwie chciałem mieć jakoś przy sobie. Choć po tym, co zrobił pan Logaire, obiecałem sobie, że nie będę wierzył w nic, co mi powiedzą. W nic i nikomu nie będę już wierzył.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 220
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Nie mów hop przed zachodem słońca

Post autor: MononokeGirl » 12 sierpnia 2018, 17:16

Przewody wentylacyjne ciągnęły się w nieskończoność. Za każdym razem jak widzieli, gdzieś w oddali światełko, Emrys nagle skręcał, twierdząc, że to jeszcze nie tu. To on pierwszy wyszedł z pomysłem połączenia sił i wydostania się ze stacji wspólnie. Moi przeszedł przez myśl pomysł, że może robił to specjalnie. Krążył, by dać im więcej czasu na przemyślenie tego pomysłu. Jednak owadoidka szybko porzuciła te rozważania. Ten chłopak był przerażony. W szoku. Miotał się jak szczur w labiryncie.
Wszyscy się miotali. Widziała to w kącikach ich oczu. Czające się szaleństwo. Strach. Niepewność.
No, może poza Sangiem. On się najadł, wyglądał na dość zadowolonego z życia i zwyczajnie kombinował.
Moi trudno to było przyznać samej przed sobą, ale trudno jej było na niego patrzeć. Nie rozumiała do końca dlaczego, ale wzbudzał w niej obrzydzenie. I gniew. Zwłaszcza gniew.
Pierwszy szedł Emrys, później Sang (jakoś nikt nie miał ochoty mieć go za swoimi plecami, mimo że uparcie powtarzał, że się najadł), za nim Aria, jako pierwsza siła rażenia. Za nią Stefan, bo oczywiście entomofobka starała się być od owadoidki jak najdalej. Za nim dopiero Moa i pochód zamykała Aparajita, jako straż tylnia. Jako jedyna miała tyle oleju w głowie, żeby przed ucieczką z baraku zabrać ze sobą broń. Doprawdy niesamowite z nich było komando.
Ich kroki huczały w wąskim korytarzu zwielokrotniane przez echo. Konstrukcja trzeszczała, piszczała i grzechotała. Śmierdziała stęchlizną i brudem, bobkami gryzoni. Co jakiś czas tuż pod ich palcami, kolanami przebiegały owady, jednak większość trzymała się z daleka.
Ten chrzęst, gdy jakiegoś zgnietli był obrzydliwy. I wywoływał falę trzęsienia, bo bardzo nie podobał się Arii.
¬– Mam nadzieję, że to nie była jakaś twoja kuzynka? – zapytał Bohf, odwracając się do Moi przez ramię z wrednym uśmieszkiem na swojej mordzie.
Szturchnęła go w plecy,a on syknął i przyśpieszył pełzanie.
– Wredny robal!
– Łysa małpa!
Czułki Moi zakołysały się radośnie. Zabawne. Zirytował ją, ale jednocześnie poprawił jej humor. Nie spodziewała się tego.
Jednak poprawa nie trwała długo. Znowu spuściła oczy i poruszała się jak robot. Prawa ręka i noga do przodu, lewa do przodu, prawa, lewa. Dwiema innymi dłońmi przeglądała oferty podróży na komie. Wszystko zostało poblokowane. Nawet lot shuttlem na najbliższą planetę Dobli odwołano. Nic. Kompletenie nic.
Powinna myśleć szybciej. Straciła miejsce pracy. Musiała natychmiast opuścić stację. Iść przed siebie. Jak zawsze. Tymczasem była zupełnie otumaniona. Miała wrażenie, że używa jedynie połowy mózgu, bo druga uparcie wracała do tamtej czerwonej plamy i sinego, nieruchomego ciała.
Na wszystkie plagi Prajaszczura! Jak do tego mogło dojść? Jak? Kiedy? Zupełnie tego nie rozumiała.
Widziała już przytulajacych się ludzi. W ten sposób okazywali sobie czułość, dodawali otuchy. Było to też częścią ich rytuałów godowych. Trochę mało profesjonalne tak nagle w samym środku przesłuchań i akcji, ale ludzie byli dziwni i Moa wiedziała, że nigdy ich nie zrozumie do końca...
"Wiesz, ja chyba nigdy nie zrozumiem tego, o czym myślisz" westchnęła porucznik Okafor jeszcze dwie godziny temu. Po jej ciemnej skórze ślizgały się granatowe refleksy z neonu za jej plecami. W tle migotały światła stacji. Kobieta uśmiechała się niedowierzająco, zmrużonymi oczami przyglądała swojej rozmówczyni.
To nie był pierwszy raz, kiedy Moa usłyszała od niej takie słowa. Nagle stało się dla niej bardzo ważne, żeby sobie przypomnieć, kiedy i dlaczego.
Ostatnim razem jak szukała przemytników loweiny? Przyszła wtedy do baru popytać o załogi statków, które bawiły się w Spadającej. Moa udzielała informacji podsłuchanych u podchmielonych klientów.
Nie, nie wtedy. Okafor wypiła piwo, pogadały, pożartowały. To było inne wspomnienie. Pełne gniewu tak jak Moa teraz.
Czyżby wtedy, gdy porucznik ją ocaliła? Po tym jak w dokach okazało się, że Złota Strzała nadaje się tylko do zezłomowania i kapitan Sinowąsy postanowił układać się z BaBą? Gdy Veganka zażądała w tym układzie Moi - sprzedał ją, nawet nie mrugnąwszy okiem. Mackowaty skurwysyn. Mimo to Ozjanka miała niewysłowione szczęście, bo ledwie została przetransportowana na targ, gdzie miał ją kupić na swoją prywatną niewolnicę kolejny palant, a spędziła tam tylko jeden dzień, nim porucznik ją uratowała. Okafor handel istotami inteligentnymi rozpracowywała od jakiegoś czasu. Szybka akcja, więźniowie uwolnieni. Niektórzy mieli gdzie wrócić, inni nie. Funkcjonariuszka nie przestała interesować się ich losem, nawet na długo jak udało im się znaleźć swój własny kąt.
To też nie wtedy. Moa była ofiarą, Okafor niesamowitą wybawicielką i obrończynią. Jedna przerażona, druga władcza i opiekuńcza. Żadna gniewna.
Czyli nie to, a jeszcze wcześniej. Tuż po tym jak wylądowali na stacji. Wtedy Sinowąsy nimi jeszcze dowodził. Wpadli do pierwszego baru i zrobili rozróbę. Trochę im się popiło. Zwłaszcza kapitanowi, bo rozpaczał po swoim statku. Nawet Moa dała sobie dzień wolnego od zdrowego rozsądku. Nektar, wino - i to z owoców, i to z owoców.
"Co wy sobie myślicie?!" porucznik nawrzeszczała na nich, wyprowadzając w kajdankach. Przesiedzieli dwadzieścia cztery w areszcie. Okafor była wściekła, oczy jej błyszczały, włosy wymykały się z koka i rozwiewały dookoła. Jeszcze się wtedy nie znały, a mimo to zrobiła na Ozjance takie wrażenie, że zapamiętała ją bardzo dokładnie. Zapisała ją jako osobę, z którą należy się liczyć na stacji.
Czy to było teraz ważne? Z jakiegoś powodu dla owadoidki cholernie ważne. Tak bardzo, że Moa zupełnie nie potrafiła się skupić na tym co powinno być najważniejsze. Na własnym bezpieczeństwie.
Ceremonia pogrzebowa Ozjan. Zapisywanie wspomnień. To było to.
"Przecież ona nie była Ozjanką" pomyślała zaskoczona. "Nie powinnam tego zapisywać. Nawet jeśli to wspomnienie przetrwa to nikt inny go nie zrozumie." Przepełniało ją to smutkiem.
Ozjanie jako gatunek mieli dwa rodzaje pamięci. Jedną, prywatną, gdzie kumulowali swoje wspomnienia. Rozmowy z koleżankami, widok ładnego zachodu słońca, umówione spotkania. Drugą, pamięć roju, przekazywało się dalej i oddawało do użytku publicznego. Zapisywanie prywatnych wspomnień w publicznej pamięci było zakazane. Liczyła się przydatność, więc notowały tam dane naukowe, historię, zdolności mechaniczno-techniczne, czy przepisy kulinarne. Istniał jeden wyjątek od reguły - ceremonia pogrzebowa. Umierający mógł zapisać w pamięci ogółu jedno swoje najwartościowsze wspomnienie. Jako, że czasu na decyzję było niewiele rodzina i przyjaciele również dzielili się swoimi wspomnieniami o odchodzącym towarzyszu. Moa odruchowo próbowała zrobić to samo dla porucznik Okafor. Potraktowała ją jak siostrę i chciała zatrzymać na wieczność.
"Ucieszyłaby się? To honor. Dla nas. Zostać zapamiętanym. Chyba byłoby jej miło" ciągnęła tą myśl. Jednak w głębi serca wiedziała, że pani porucznik chciałaby czegoś bardziej konkretnego. Ludzie nazywali to chyba ostatnim życzeniem. Chciałaby, żeby na stacji zapanował spokój, a mąciwody odeszli. Z drugą częścią Moa mogła trochę pomóc, bo pokrywało się w dużym stopniu z jej własnym planem.
– Daleko jeszcze? – nieco płaczliwie zapytała Aria. Głos drżał jej raczej ze zmęczenia, chociaż może trochę też strachu. Chwilę wcześniej znowu wywołała falę wstrząsów, bo zobaczyła pająka.
– Nie, niiiiie... – powiedział Emrys i zawahał się, jakby chciał dodać coś jeszcze tylko nie wiedział co. Dobry chłopak. Moa domyśliła się, że chciał jakoś pocieszyć Arię, ale nie wiedział jak. Miał zatroskany wyraz na bladej twarzy, która mignęła owadoidce nim zniknął za zakrętem. – Tak naprawdę już jesteśmy w dokach, ale idziemy do mniej uczęszczanej alejki.
– Koło Tulipanny? – zapytała Ozjanka. – Mieszka tam ktoś, kto mógłby nam pomóc z wyjściem z doków.
– Nie lubię tego miejsca – przyznał nieco wstydliwie chłopak.
– Nie zdzierają i mają porządne pokoje – powiedział znawca Siergiey, broniąc honoru love hotelu.
– My też nie lubimy – przytaknęła mu Ozjanka. – Ale takie menty jak on niestety lubią, więc musimy się przemęczyć, jeśli chcemy opuścić stację.
Wampir sapnął oburzony, ale nijak tego nie skomentował.
– Czyli już się zdecydowałaś? – zapytała Aparajita. – Szybko.
– Na opuszczenie stacji byłyśmy zdecydowane od zawsze. Na to, żeby zrobić to w waszym towarzystwie? Czemu nie? Bywałyśmy już w gorszym – powiedziała, ale pomyślała o Sangu i dodała: – Raczej.
Miała straszną ochotę zachować się bardzo nielogicznie i postawić warunek, że jeśli on z nimi leci to ona nie. Byłoby to głupie, zwłaszcza, że miał rację. Jeśli wampir był mechanikiem mógł się okazać nieoceniony na statku w czasie podróży. Moa często pomagała technikowi ze Złotego Strzału. Wiedziała jak się nazywają poszczególne klucze, umiała dokręcać śruby,a także za którą wajchę pociągnąć, gdy rdzeń główny zaczyna się świecić na fioletowo. Jednak jej wiedza ograniczała się jedynie do tego samego modelu statków. Gdyby wsadzić ją do innego to pewnie nie mogłaby nawet znaleźć maszynowni.
Tymczasem Emrys wykopał przerdzewiałą kratkę i jako pierwszy zeskoczył na chodnik. Kiedy wszyscy znaleźli się na zewnątrz, skrupulatnie umieścił ją z powrotem na miejscu. Cała grupa trzymała się blisko ściany. Aparajita podeszła do węgła i wyjrzała na ulicę, oglądając rozmieszczenie kamer i ruchy dronów.
– Strasznie ich dużo – przekazała im. – Nie da rady przejść na drugą stronę? – zapytała Emrysa, a on pokręcił przecząco głową.
– Ja bym przeszedł, ale tam przewody są znacznie węższe, więc pani Moa, czy pan Bohf nie dadzą rady – oznajmił przepraszającym tonem, bezradnie rozkładając ręce.
Słysząc to Stefan zrobił minę, którą można było przetłumaczyć, jako: "Ja nie dam rady?! Jak będę chciał to się w pudełko po zapałkach zmieszczę! O!" Tylko najwidoczniej nie chciał, bo się nie odezwał.
Aparajita skinęła głową. Sprawdziła naładowanie broni. Zaczęła klikać na panelu z boku dezintegratora.
– Cholerstwo, gdzie tu przestawia się z opcji falowej na krótkiego, wąskiego strumienia? – mruczała pod nosem, palcem przesuwając po ekraniku. Marszczyła przy tym czoło jeszcze bardziej upodobniając się do zamyślonej rodzynki.
W tym czasie Brzózka wyjął swój nierozłączny tablet. Tak, wybiegł ze "Spadającej" w panice, biegnąc na ratunek Stelli, ale były trzy rzeczy, z którymi się nie rozstawał: Stella, sandały i tablet właśnie. Prawa ręka od nadużywania myszki, nabawiła się fantomowego skurczu i zwyczajnie musiał co jakiś czas coś pocisnąć. Normalni ludzie kupowali sobie gumowe piłeczki w kształcie piersi - on uznał, że to głupota tak marnować czas i nosił ze sobą tablet. W ramach ćwiczeń dodatkowych cisnął współpracowników i na ból ręki nie narzekał. Jedny problem, że w Spadającej zostawił ładowarkę do niego, więc musiał szybko znaleźć nową albo jakieś nowe inne urządzenie, na które mógłby pozgrywać swoje programy. Inaczej znajdzie się w bardzo ciemnej du... dziurze. Na samą myśl, że mógłby przestać być online czuł zalążki paniki.
Przez bluetooth włamał się na koma Moi, żeby skorzystać z ekstranetu (tak jak się spodziewał wredny robal nie posiadał dosłownie żadnych zabezpieczeń, więc było to dziecinnie proste), połączył się z siecią - znalezienie w niej dronów zajęło mu jakieś cztery sekundy. O trzy za długo, bo była to obca technologia. Chociaż z tanimi komponentami z Chin. Ominięcie zabezpieczeń stworzonych przez SI Kendara było wyzwaniem. Poświęcił na to aż pięćdziesiąt pięć i trzy setne sekundy.
To prawie minuta. Stefan rozczarował sam siebie.
– Wreszcie mam! – ucieszyła się Aparajita i wycelowała broń w najbliższy cel. Najchętniej zanlazłaby lepsze miejsce dla strzałów snajperskich, ale stanowczo była za stara już, żeby włóczyć się po dachach. Obecne musiało jej wystarczyć...
Jednak zanim nacisnęła spust, drony popadały jak muchy.
– Możemy iść – powiedział Bohf, ruszając jako pierwszy. Stella wlazła mu do kaptura bluzy, przednie łapki oparła mężczyźnie na czubku głowy - wyglądała jak Napoleon Bonaparte, szykujący się do bitwy ma swoim poczciwym siwku.
– Ale kamery! – zaprotestowała Aria. Już szykowała w dłoniach fale wstrząsowe, aby je rozwalić! A on tak bezczelnie wszedł jej w kompetencje!
W odpowiedzi informatyk prychnął pogardliwie i dalej dziarsko maszerował. Moa musiała mu delikatnie skorygować kurs, bo zamiast do love hotelu wszedłby do międzygalaktycznego spożywczaka Droga Mleczna.
– Że to niby jest tulipan? – oburzył się, patrząc na neon nad wejściem do Tulipanny. Obrazek bardziej przypominał policyjnego lizaka, niż kwiatek. Właścicielowi to prawdopodobnie nie robiło żadnej różnicy, bo jedyne czego potrzebował to czerwona latarnia - o dziwo, znak uniwersalny w całym kosmosie.
– Zamknięte – poinformowała Stefana Moa, patrząc na niego jak na wszechmocnego. Skoro w jakiś magiczny i tajemniczy sposób poradził sobie z dronami i kamerami to może z zamkiem do drzwi też by dał radę.
– To nie jest zamek elektroniczny – powiadomił owadoidkę. Nadal miała oczekujący wyraz pyszczka, bo kompletnie nie rozumiała, w czym rzecz.
– I bardzo dobrze. – Do rozmowy wtrąciła się Aria, przechodząc obok nich. Kiedy nie musiała, nie zbliżała się, ani nie patrzyła w stronę Ozjanki, ale z biegiem czasu, chyba zaczęła przyzwyczajać się do jej obecności. Może zdała sobie sprawę, że Moa nawet gdyby bardzo chciała i tak nie dałaby rady jej ugryźć swoją trąbką?
Tymczasem Aria uwolniła nagromadzoną między dłońmi energię - drzwi wyleciały z zawiasów i z hukiem pogiętej nienaturalnie blachy upadły na sam środek holu. Shaw nie zaczekała na nikogo tylko weszła pierwsza do środka.
– Uważ... – chciała ją zestrofować Aparajita, bo miejsce to wyglądało na typową wylęgarnię ment społecznych. A w takich spelunach nikt nie lubił wyważania drzwi siłą. Zazwyczaj gdzieś niedaleko nich siedział wikidajło ukryty z bronią i nie wahał się, aby z tej broni skorzystać.
Tu wyskoczył znienacka shushusshuriański drzewiec. Orianka machnęła w jego stronę ręką, a gość rozpadł się na drzazgi. Na ściany chlapnęło trochę żywicy, w powietrzu uniósł się zapach jak ze świerkowego odświeżacza. Laserowy pistolet, który trzymał ochroniarz, z cichym stukotem spadł na podłogę. Końcówka mu rozbłysła, ale na sekundę tylko nim zgasła.
– Nie ważne – mruknęła bojowa staruszka. Emrys i Aria oboje wyglądali na bardzo młodych i niewinnych. Chłopak swoją nieporadnością i nieznajomością świata wywoływał u Aparajity instynkt opiekuńczy. Bezbłędnie naciskał wszystkie odpowiednie klawisze, a zanim się spostrzegła, zaczęła mu matkować. Albo nawet babciować. Tymczasem w wypadku panny Shaw delikatność była jedynie pozorem, a opieka całkiem zbędna.
– Ojej – jęknął Emrys, wchodząc do holu i widząc pobojowisko. Fala uderzeniowa oprócz drzewca, rozbiła w drobny mak szybę przy kontuarze, wazon, monitor komputera. Wszystko oblepiała rdzawożółta żywica. Chłopak patrzył na Arię z miną dziecka, któremu ktoś uświadomił, że Święty Mikołaj nie istnieje.
Na samym końcu do środka weszła Moa - natychmiast podniosła drzwi, naprostowała je na tyle na ile mogła (półpradawnej Oriance ten pokaz nadludzkiej siły średnio się spodobał, bo odsunęła się aż pod samą ścianę), a potem wstawiła je z powrotem we framugę.
– Lepiej nie zwracać uwagi z zewnątrz jak długo się da – wyjaśniła owadoidka. – Mamy rozumieć, że wszyscy są chętni, aby razem opuścić stację? – odpowiedziały jej pomruki i skinienia głową. Jednak Stefan wlepiał wzrok w Siergieya, a po chwili za jego przykładem poszli wszyscy inni. Nawet Emrys, trochę niechętnie, ale mimo to, spoglądał na niego spode łba.
– No, nie wiem jak wy, ale ja mam pewne... obiekcje – powiedział Bofh.
– Jakieś wąty? – zapytał Sang, mrużąc leniwie oczy. Jak kot, któremu tuż przed pyszczkiem przemaszerowała bezczelnie mysz, ale nie chce mu się ruszyć, aby ją za tą zachwałość ukarać.
– W gruncie rzeczy to tak. Nawet spore. Jestem porządnym obywatelem i nie wiem, czy jestem chętny do dzielenia statku, zamkniętej puszki pośrodku kosmicznej pustki, z krwiożerczym mordercą – odpowiedział buńczucznie, jakoś zapominając o Koniecznym, Primovie i reszcie załogi, która przez jego własną decyzję poleciała w Wiekuisty Niebyt.
– Jest mechanikiem – przemówiła w obronie wampira Moa tonem, który ucinał wszelkie dyskusje.
– Phi, tobie to łatwo gadać wredny robalu, bo pewnie nawet nie masz krwi, którą ta pijawka mogłaby chcieć! – oburzył się Stefan, postępując krok w stronę owadoidki.
Drogę zastąpił mu Terentowicz, a Brzózka tylko dzięki uporowi i całemu swojemu administracyjnemu autorytetowi wypracowanemu przez lata doświadczeń nie ustąpił i nie cofnął się przed nim. Gdyby wzrok Sangsue mógł zabijać, Ziemianin padłby martwy. Jednak Siergiey pogroził mu tylko palcem.
– Po pierwsze, i zapamiętaj to sobie do końca swojego zafajdanego la vie, nigdy, ale to NIGDY nie waż się mnie nazywać pijawką – wysyczał, błyskając kłami. Stefan bardzo teatralnie przełknął ślinę, aż mu jabłko Adama podskoczyło. Sang kontynuował nieco spokojniej, pokazał drugi palce: – Po drugie, ty blyat, z niejednego pieca chleb się jadło i nie jednego kosmitę się wysączyło. Na tych kły łapie próchnica jak cholera, bo to słodkim się tylko żywi, jako deser są niezłe tylko od czasu do czasu.
Moa stężała jak słup soli. – Chcesz nam powiedzieć, że zagryzłeś nas... takich jak my? – spytała. Dziwne, bo przed oczami nie widziała ciał swoich ziomków, a scenę śmierci porucznik Okafor. Ozjance zrobiło się jednocześnie gorąco - ciepło biło z piersi i ściskało w klatce; i zimno - chłodny pot zraszał jej skronie, dłonie, lodowatą kroplą spłynął po karku. Gdyby Milcząca Obecność nie urodziła się jako robotnica, a wojownik - wampir już miałby tętnicę przebitą żądłem. Na jego szczęście owadoidka była kim była, więc zamiast kierować się instynktem walki i obrony, ona stosowała się do żelaznych zasad logiki. – Jest mechanikiem. Potrzebujemy mechanika – powtórzyła nagle jak mantrę, zanim jeszcze udało mu się odpowiedzieć, a głos z głośnika dobiegł zduszony i drżący.
To było naprawdę proste i logiczne. Bez mechanika możliwości opuszczenia stacji 00786 malały do sześćdziesięciu dwóch procent. Z mechanikiem wzrastały do osiemdziesięciu sześciu. Nie wiedziała, czy Sangsue zabił jakąkolwiek inną Ozjankę. A jeśli nawet to na pewno nieświadomą drapieżnika. Ona już zdawała sobie sprawę, z czym na do czynienia i nie zamierzała pozwolić sobie na spuszczenie gardy. A nawet jak jakaś umarła z rąk wampira to co Moa mogła na to poradzić? Nie zwróci im życia, gdyby zostawili Siergieya na stacji. Za to wzięcie go mogło obecnie pomóc w uratowaniu skóry Milczącej Obecności.
A jeśli zrobi się niebezpiecznie to zawsze mogła go ogłuszyć i wyrzucić przez luk.
Myśl ta była jej wyjątkowo miła.
Tymczasem Tarantowicz kontynuował swoją wyliczankę: – Po trzecie robaczek ma rację: jestem mechanikiem. I po czwarte wcale nie mam zamiaru pożywiać się czymś tak malsaine jak wy. Tamten mały wygląda jakby miał anemię, może jakieś choroby. Babcia dawno straciła przydatność do spożycia. W tobie pewnie więcej chemii niż elementów spożywczych. Także bardzo wam dziękuję za ofertę, ale pardon wolę już paczkowaną i sprawdzoną – Siergiey uniósł się honorem. Miał skrzyżowane na piersi ręce i dumnie zadarty podródek. – Wpadnę w jedno miejsce i zgarnę zapas na podróż.
– Czy on nas obraża? – Emrys konspiracyjnie zapytał Aparajity. – Bo jakoś tak mam wrażenie, że tak.
– No trochę tak – odpowiedziała starsza kobieta. Miała wyjątkowo wrogi i grożący wyraz twarzy, gdy zwróciła się do Sangsue. Podeszła do niego i spojrzała mu prosto w oczy. Przypominała trochę szczerzącego zęby buldoga. – Dobrze, żeśmy to sobie wyjaśnili. I teraz ty posłuchasz. Na moim statku będą obowiązywać moje zasady. A jedna z nich będzie stworzona specjalnie dla ciebie. Niech zobaczę, że ktoś jest nadrzyziony. Że kogoś skrzywdziłeś. Wylecisz. I to bynajmniej nie na kolejnej stacji czy planecie, a natychmiast. Zrozumieliśmy się?
Siergiey nonszalancko wzruszył ramionami.
– Pytałam czy się zrozumieliśmy? – powtórzyła Aparajita znacznie bardziej warkotliwie.
Moa przyglądała się im zafascynowana. Wśród Ozjan nie było walki o władzę. Królowa musiała urodzić się Królową, wojownik wojownikiem, a robotnica robotnicą. Nie było możliwości przejścia z jednej grupy do drugiej, więc nikt nie próbował robić podobnych przewrotów. Natomiast z tego co zaobserwowała - ludzie sami musieli dogadać się między sobą. Ich rytuały związane z walką o dominację silniejszych osobników w stadzie były skomplikowane, czasami siłowe, a czasami bardzo subtelne. Nie spodziewała się tego po Mukherjee, ale zachowywała się ona właśnie jak rasowy pirat. Sinowąsy też używał podobnych argumentów, gdy ktokolwiek mu się sprzeciwiał. Nie trudno się domyślić, że w tym przypadku Moa kibicowała Aparajicie.
Jako, że kiedyś Milcząca Obecność dostała za zadanie badania antropologicznego kosmitów od swojej Królowej, poświęciła teraz połowę procesów myślowych na analizę i zapamiętanie zachowań okazów, które się przed nią znajdowały. Druga połowa opracowywała scenariusze ucieczki ze stacji i teraz musiała zmienić kilka z nich.
– Zatem mamy rozumieć, że masz swój statek? – owadoidka zapytała starszą kobietę. Po złych spojrzeniach, jakie posłali jej wspólnie Siergiey i Aparajita zrozumiała, że ich pojedynek jeszcze się nie zakończył.
– Tak, mam. Tak jakby – odpowiedziała, nieco tracąc na pewności siebie. Potem wskazała palcem na Stefana. – Ten tu mi się przyda. Nie mam haseł kapitańskich, a poprzedni kapitan nie żyje...
Powinno to zmartwić Ozjankę, ale ta tylko machneła wesoło trąbką.
– To znacznie wszystko ułatwi! Bardzo się cieszymy, że nie będzie trzeba kraść pojazdu! Co za ulga!
– Chciałaś... – zaczęła Aria, bo nie mieściło jej się to w głowie.
– Teraz to już nieważne – przerwała jej Moa. – Na szczęście. Bo jego usługi byłyby znacznie droższe.
– I to jedyne, co cię martwiło? – zdziwił się Stefan. Po wcześniejszym zachowaniu Ozjanki sądził, że ma hopla na punkcie przestrzegania zasad. Najwidoczniej wybierała tylko te, które jej pasowały w danym momencie.
– Na Ozie nie ma własności prywatnej. Wszystko co jest stworzone jest stworzone z myślą o pożytku całej społeczności. Nie ma zatem kradzieży. Wy ludzie ją piętnujecie, ale są też grupy, które traktują to piętno bardzo lekko. Tak jakbyście nie mogli się zdecydować, czy to źle czy nie. W zależności od waszych potrzeb. W tej chwili potrzebny nam statek, więc to nie jest źle, prawda?
– Nie. To jest źle niezależnie od tego, czy go potrzebujemy czy nie – westchnęła Aparajita. – Wyjaśnię ci to później. Teraz prowadź do tego ktosia, który ma nam pomóc.
Czułki Ozjanki rozjechały się bezradnie na boki, bo odpowiedź kobiety namieszała jej w głowie, ale nie oponowała.
Ludzie byli dziwni.


***

Wszystkie drzwi na korytarzu na trzecim piętrze były inne. Jedne wyglądały jak sklejone z kartonu, inne blaszane jak z bunkra, inne jak wyjęte ze śluzy, a jeszcze inne zwijane w harmonijkę. O dziwo było bardzo cicho i nikt więcej nie próbował im już stawać na drodze. Te drzwi, przed którymi zatrzymała się Ozjanka zapewne pochodziły z bogatego statku pasażerskiego, bo wyglądały jak drewniane, białe ze złotymi ornamentami, ale gdyby uderzyć w nie pięścią to słychać było ten metaliczny podźwięk sugerujący drzwi pancerne.
– Panie kapitanie Sinowąsy? To my. Milcząca Obecność, sir.
Cisza.
– Proszę otworzyć. Potrzebujemy pańskiej pomocy.
Cisza.
– Zapłacimy czterysta kosmosów.
Za drzwiami odezwało się chrząknięcie. Moa westchnęła.
– Czterysta pięćdziesiąt. I nie obiję pańskich głowonóg za to, że próbował mnie pan sprzedać BaBie – dodała hardo, chociaż wcale się tak nie czuła.
Pierwsze wspomnienia, jakie miała dotyczyły Sinowąsego. Była malutką larwą, gdy obudziła się i zobaczyła jego dziwną twarz z tymi wyłupiastymi oczami i ruchliwymi mackami wyrastającymi wokół ust. Oczywiście pierwsze co zrobiła to wyciągnęła rękę i pociągnęła go za jedną z nich. O dziwo zamiast się na nią rozzłościć, on się tylko roześmiał.
Trudno jej było pogodzić to wspomnienie ze starszymi, gdy jako dojrzała Ozjanka klęczała przed Królową przyjmując swoją misję. Gdy podróżowała na statku Sojuszu, wśród oficerów, jako antropolog i ambasadorka.
Któreś musiały być kłamliwe. Z żadnych nie chciała zrezygnować, mimo że bolały.
Skrzypnął rygiel odblokowujący wejście. Drzwi zostały uchylone, przez szparę łypnęło na nich jedno ślepie.
– A oni to kto?
– Przyjaciele – odpowiedziała za nią Aparajita, a Sinowąsy prychnął.
– Moja nowa załoga – wyjaśniła Moa, a on skinął głową.
Kapitan odstąpił od drzwi i rozchylił je mocniej. Wyglądał jak bladoniebieska ośmiornica, której wykształciło się pięć dłuższych macek - dwie "ręce" i trzy "nogi". Na każdej miał po kilka metalowych, złotych i srebrnych, obręczy. Ci, którzy znali jego gatunek wiedzieli, że jest niepełnosprawny i powinien mieć jeszcze jedną "nożną" mackę.
Wszyscy weszli do pokoju, który wyglądał jak wnętrze skorupki małża. Ściany opalizowały perłowo, ozdbiały je ornamenty przypominające ziemskie rocaille. Podłogę pokrywał bardzo miękki i gładki dywan, który chyba był skórą jakiegoś stworzenia, bo nie widać było na nim żadnych węzłów czy ściegów. We wnętrzu dominowało ogromne łóżko wodne zrobione z podobnego materiału, co dywan. Wśród pościeli coś smyrgnęło, prześcieradło odchyliło się i zobaczyli twarz meduziej kosmitki. Trwało to tylko sekundę, bo natychmiast ukryła się z powrotem.
– Czyli masz nową załogę – Sinowąsy odezwał się pierwszy, siadając na łóżku, które zafalowało całe pod jego ciężarem. Oczy miał ruchliwe, podążały od jedngo do drugiego członka grupy, oceniając ich siłę. W końcu skłonił głowę przed Aparajitą, jako równą sobie - głównie, dlatego, że jako jedyna miała broń. Teraz już nawet dwie sztuki, bo pistolet laserowy wykidajły też przygarnęła. – A co ja mam z tym wspólnego? – zapytał i sięgnął po uchwyt fajki wodnej stojącej przy łóżku. Zaciągnął się porządnie kilka razy i popiół rozżarzył się na nowo. Puścił w ich stronę chmurę dymu.
– Będziemy potrzebowali kogoś, kto otworzy nam grodzie i pomoże odbić od portu – powiedziała. Potem spojrzała kolejno na Siergieya i Aparajitę. Wzrok miała pytający: – Poza tym musimy uzupełnić zapasy.
– Przepustki dla wszystkich. I całkiem nowa tożsamość dla tej dwójki – dodała Aparajita, wskazując kciukiem na Arię i Emrysa. – Potrzebują nowych imion, nowych kont bankowych, ubezpieczenia, paszportów Sojuszu.
Oktopusanin pokręcił głową.
– No nie wiem...
– Po starej znajomości – powiedziała szybko Moa, gdy Murkherjee już otwierała usta, aby podbić stawkę. – Oboje doskonale wiemy, że czterysta do dobra cena. Ale my jesteśmy hojne. Prawda?
– Skończyłem z piractwem...
– Tylko dlatego że nie masz statku, panie kapitanie. My dobrze cię znamy. Nic nie jest dla ciebie ważniejsze i nigdy nie skończysz z piractwem, sir.
– Normalnie to by była dobra cena. Ale teraz Pan z Podziemii szaleje. Stan alarmowy, te sprawy. Będzie trudniej.
– Dlatego dorzuciłyśmy pięćdziesiąt – przytaknęła mu Moa, a on się roześmiał.
– Za dobrze cię wyszkoliłem. Ale trochę siedziałaś poza bussinesem Mojcia. Pięćset. Albo szukaj pomocy gdzie indziej.
– Wspaniale. Połowa teraz, a połowa po zadaniu – zgodziła się natychmiast Ozjanka i dopiero wtedy Sinowąsy zrozumiał, że nie, wcale nie straciła kontaktu z przemytnikami. Świetnie znała ceny. Specjalnie je zaniżyła, żeby ułatwić sobie negocjacje. Wyciągnęła do Oktopusanina rękę z czipem.
– Stanowczo za dobrze – burknął, ale też wyciągnął mackę i dobili targu.
:fire: :fire: :fire: PŁOŃ I PISZ! :fire: :fire: :fire:

Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
Prophet
Straż! Straż!
Posty: 152
Rejestracja: 28 czerwca 2013, 18:30
Lokalizacja: Wrocław

Re: Nie mów hop przed zachodem słońca

Post autor: Prophet » 27 sierpnia 2018, 23:10

Po jakże “uroczym” dniu pełnym “pozytywnych” wrażeń Siergiey mógł śmiało stwierdzić, że jest w czarnej dupie. Z jednej strony miał swoje towarzystwo za bandę idiotów, a z drugiej byli obecnie jedyną drogą ze stacji. Musiał choć spróbować wyglądać jakby wcale nie miał ich dosyć.
Bo co, bo się pożywił na Okafor? I tak była martwa. No dobra, nie martwa, ale kompletnie nieświadoma tego, co robił, więc w czym rzecz? Woleli żeby krew się zmarnowała, czy może chcieli sobie w niej popływać? Chociaż, pamiętając z jaką lubością ludzie, ta zakała kosmosu, prowadzili wojny i mordowali ludzi i zwierzęta w imię bogów, nie powinien się temu dziwić. I teraz jeszcze to niższe stadium ewolucji śmiało mu dyktować warunki! Niedoczekanie wasze. Okej, zdarzało mu się latać pod ludzkim kapitanem, ale to było całkiem co innego, wtedy przynajmniej mu płacili.
A wszystkiemu winny ten pieprzony grzyb...
Przez niego utknął w burdelu z bandą dzieci. No i Moą.

***

Oczywistym było, że nawet coś tak z pozoru błahego jak tworzenie nowej tożsamości musi swoje zająć, więc nie zostało im nic innego jak czekać. To albo zająć się załatwianiem pozostałych spraw. Miał nawet z początku zamiar w tym uczestniczyć, ale jak na razie wszyscy patrzyli na niego jak na zło konieczne i, tak właściwie, było mu na rękę, że go tam nie chcieli. Był cholernie śpiący i w tym stanie wolał nie szwendać się po stacji, więc po wykonaniu telefonu do "znajomej" postanowił się zdrzemnąć, stwierdziwszy, że nocą łatwiej będzie przewieźć mu lodówki z krwią na statek, a i wyspany będzie miał mniejszą chęć kogoś zamordować. A skoro i tak nie odlecą przed nocą, bo jednak załatwianie papierów trwa, to czemu nie spożytkować tych kilku godzin na czymś przydatnym. Zaanektował więc kanapę w kącie głównej sali, żeby mogli go sobie obchodzić szerokim łukiem ile chcą i wyciągnął jak długi.
- I co, tak po prostu idziesz sobie spać? Morderco?
Westchnął. I tyle było ze spokoju. Aria najwyraźniej nie znała umiaru w niczym. Rozpieszczony, głupi bachor po raz pierwszy poza domem. Normalnie rzuciłby nią o ścianę, bo go najzwyczajniej i po ludzku wkurwiała, ale staruszka wciąż miała go pod obserwacją. Ale młodej to on tym razem nie odpuści i, jak mamę kocha, zrobi jej piekło za życia.
- Po pierwsze, spierdalaj - warknął, siadając. - Po drugie, spierdalaj bardziej. Po trzecie, jeśli ktoś tu jest mordercą, to ty.
Dał jej całe dziesięć sekund na przetrawienie sytuacji. Nie dał jej jednak dojść do słowa.
- Pozwól, że ci wyjaśnię, zanim znów zaczniesz mielić jęzorem bez zastanowienia. Okafor miała rozwaloną tętnicę i to była kwestia skrócenia agonii albo poczekania tych pięciu minut, aż się wykrwawi na śmierć. Bo jakoś tak wątpię żeby któreś z was umiało w chirurgię polową. - Ziewnął. Naprawdę chciał tylko się przespać. Trochę świętego spokoju, chyba nie wymagał zbyt wiele. - Za to ty, panno mądralińska, wpadasz tutaj razem z drzwiami i mordujesz z zimną krwią kosmitę, którego PRACĄ było pilnowanie żeby żadna smarkula im tych drzwi nie rozwalała. Pomyślałaś choć przez sekundę? Może on miał tutaj rodzinę. Dzieci, do których nie wróci. Nadal uważasz, że wolno ci nazywać mnie mordercą?
- Zostaw dziewczynę w spokoju.
"A oto babcia Apa w natarciu. Niedoczekanie twoje."
- Nie. Niech odpowie. Chcę wiedzieć co siedzi w tym pseudopradawnym móżdżku. Czy uważa, że wolno jej samej decydować o życiu innych. Przypomnę ci, że prawie zabiła mnie i Emrysa, ściga ją półrobotyczny świr i prawie wysadziła pół stacji, bo wystraszyła się Moi. Moi, najbardziej ugodowego stworzenia w tym miejscu wszechświata. To przez nią obudził się Kendar i prawdopodobnie wszyscy umrzemy, o ile sama nas nie zabije dla własnego kaprysu. Naprawdę tylko ja widzę, że to rozpuszczony bachor bez moralnych zahamowań?
- Chyba trochę przesadzasz.
- Może, ale nie chcę składać mechanicznych puzzli za każdym razem jak panienkę zaswędzi w nosie warknął, na powrót układając się na kanapie. - A teraz żegnam. Widzimy się po zachodzie.

***

Co jak co, ale panią doktor poniósł nieco entuzjazm i Sang musiał zrobić trzy dość problematyczne kursy, w tym dwa z pomocą Emrysa, zanim przewiózł cały przygotowany dla niego zapas z przychodni w okolice statku. Osobiście wolałby zabrać ze sobą kogoś silniejszego, ale Moa za bardzo rzuca się w oczy, a Bohf… cóż. To melepeta, której elektronika zeżarła mózg. Smarkuli i babci Apy nawet nie brał pod uwagę. Więc został Emrys, który z kolei przez cały ten czas wyglądał jakby miał zaraz umrzeć ze strachu, nawet mimo powtarzania co przysłowiowe pięć minut, że wcale nikt go tu zjeść nie chce. Po prawdzie Siergiey prędzej wypiłby olej silnikowy, mniej w tym syfu, niż spróbował ugryźć chłopaka, no ale nie przetłumaczysz.
W dodatku babcia Apa nie pozwolała mu wejść na pokład statku bez nadzoru, jakby się bała, że odleci bez nich. Nie żeby już kiedyś to zrobił, bo nie zrobił - rozbił się tuż po starcie, ale kto by się przejmował takimi błahostkami. W sumie, ostatni statek z kolei wysadził… ale tego nie musieli wiedzieć. No i wciąż czekali na nowe dokumenty, to była kwestia “zasadnicza”, jak to określiła. Ech, biurokracja kiedyś wykończy wszystkich. Durni ludzie i ich dziwne zachcianki. A przecież trzeba było zatankować, no jak on ma zatankować i sprawdzić, czy wszystko jest sprawne, jak mu na statek nie wolno wejść? Oby na pokładzie było dużo taśmy i smarów, bo inaczej mogą się srogo przejechać. A wolałby nie zostać w przestrzeni kosmicznej ze zdychającymi z głodu ludźmi, żadnego z nich pożytku...
Obrazek

Wieczornych snów mary powiewne, dziewicze
Na próżno czekały na słońca oblicze...
W dal poszły przez chmurną pustynię piaszczystą,
W dal ciemną, bezkresną, w dal szarą i mglistą...

KLIK

Awatar użytkownika
Alrune
Posty: 108
Rejestracja: 29 czerwca 2013, 13:02

Re: Nie mów hop przed zachodem słońca

Post autor: Alrune » 28 sierpnia 2018, 21:51

Pokój był schludnie posprzątany, o ile pomieszczenie w trzeciorzędnym hotelu mogło być kiedykolwiek czyste, chyba, że zaraz po otworzeniu przybytku. Z łazienki dochodził szum wody, ktoś był na tyle odważny, że postanowił się obmyć. Albo głupi.
Do pokoju wszedł zirytowany Ketesh. Nie spodziewał się takich komplikacji podczas polowania. Tym bardziej na tak młodego osobnika. Usiadł w fotelu nieopodal dużego okna i zaczął się intensywnie zastanawiać. Fakt, że na pierwszy rzut oka Ras’er de Kel nie wyglądał na osobę, która byłaby w stanie dodać dwa do dwóch bez użycia kalkulatora. Po prostu posiadał wygląd typowego osiłka, takiego nie myślącego samodzielnie. Ale prawda była inna. Był niezwykle inteligentny, przebiegły i nie miał w zwyczaju atakować bez uprzedniego przemyślenia i planu. Nie był pierwszym lepszym Keteshem. On był Ras’er de Kel z Hatak, prawa ręka Kas’iusa. Więc siłą rzeczy musiał myśleć, bo ten nie ścierpiałby półgłówka w swoim otoczeniu, i to tym najbliższym.

- Bo ile mogła mieć lat? Maksymalnie 18, może 19. - myślał, obracając w palcach żeton. - Gdyby była czystokrwistą Pradawną to od urodzenia posiadałaby zdolności, jednak była tylko mieszańcem, a co za tym idzie umiejętności pojawiły się w pewnym momencie życia. - spojrzał przez okno. - Nie, na pewno jest mieszańcem. Możliwe, że nie zna swoich możliwości i tylko na chybił-trafił działa. - oparł się o oparcie, rozcierając sobie czoło. - Z której planety pochodzi? Białe włosy, białe włosy. - mruczał pod nosem. - Kheb? To byłoby logiczne. Duża siła i śnieżnobiałe włosy. I te oczy. Identyczne jak u tego mężczyzny. Czy możliwe, że ma jakieś z nim powiązania? - zastanowił się, podrzucając żeton. - Nie, nawet nie znamy dokładnej lokalizacji planety, więc nie stamtąd. Ale jest mieszańcem to pewne. Hmm… - i nagle doznał olśnienia. - Ori! Tak, to musi być Ori. Czyli musiała jakoś uciec ze stacji. Tylko jak i kiedy? Przecież jest mocno chroniona, nawet karaluch bez naszej wiedzy się nie prześliźnie. - chwycił butelkę piwa na stoliku obok, otworzył ją szybko i upił łyk. - Chyba, że ktoś zatuszował kilka rzeczy, ale to niemożliwe, żeby ją wypuścili. Nie, nikt nie byłby na tyle głupi.

Ludzie z Ori posiadali zdolności przydatne Keteshom. Byli pożyteczni, w większości lojalni wobec swoich wybawicieli, więc logiczne byłoby, że nikt nie zdradziłby swoich panów.
Woda przestała lecieć. Usłyszał plaśnięcie mokrej stopy o wykafelkowaną podłogę. Uśmiechnął się, odsłaniając zęby. Podszedł i zgasił światło w pomieszczeniu. Panował półmrok, kiedy ten ktoś, kto się kąpał wszedł do pokoju. Był niemal jak cień. Sunął w kierunku Ketesha powoli, mogłoby się wydawać, że unosi się i płynie w powietrzu, jak duch.

- Mała nam uciekła. - warknął Ras’er zirytowany. - Ale mam coś co nam pomoże. - wyciągnął igłę od paralizatora. - Mam nadzieje, moja droga, że to ci wystarczy. To niewiele, ale z mniejszej ilości udawało ci się coś stworzyć.

Cień chwycił igłę i wyglądało, jakby się zastanawiał przez moment, a następnie oblizał ją bardzo dokładnie, mlaskając przy tym. Zapanowała nieznośna cisza.

- Potrzebuję chwili. - zaskrzeczał cień. - Gdzie ją znajdę? - zapytał po chwili.

***

Wybiegli z baraku. Aria nie chciała już dłużej z nimi przebywać, więc odłączyła się, skręcając w najbliższą uliczkę, niezauważona. Rozejrzała się dookoła – nikogo nie było. Odetchnęła z ulgą. Miała dość pasożyta tulącego się (jakby na to nie patrzeć troszkę ważył), wysysających z ludzi krew kosmitów i irytujących kolesi w sweterkach w paski. Nie wspominając już o Moi. Może i nie była groźna, może i by nie oderwała Arii głowy i nie skonsumowała jej, ale dziewczyna wolała nie ryzykować. Z całej gromadki przypadła jej do gustu jedynie Aparajita. Silna, ale czuła od niej coś takiego, czego nie czuła od wielu lat. Spokój i ciepło.

Usłyszała warkot nad swoją głową. To był dron Kendara. Wyciągnęła dłoń i go strąciła na ziemię, zanim ten zdążył przesłać obraz z kamery gdziekolwiek.

Powoli zmierzała do centrum. Nie miała planu jako takiego. Nie znała tej stacji na tyle dobrze, żeby coś zaplanować. Pierwszy raz od dłuższego czasu bała się. Tak po prostu. Jedyne co ją napędzało to, to żeby przetrwać. Takie pierwotne uczucie – przetrwanie. Nie chciała umrzeć teraz. Biegła przed siebie, słysząc z oddali wybuchy, krzyki ludności cywilnej i własne kroki. Zatrzymała się, leciutko wychylając się zza zakrętu, aby sprawdzić drogę. Zauważyła kilka dronów i androida. Rozmawiał nie z kim innym jak z Grzybem. Zaciekawiło to Arię. Domyśliła się, że to musiał być Kendar. Ten Kendar. Ale nie potrafiła wymyślić co Eneko chciałby od niego. Schowała się za rozwalonym stołem, żeby jej nie zobaczyli. Po chwili, kiedy wyjrzała ponownie – nikogo nie było na placu. Nawet jednego drona. Jedynie okrąglutki męzczyzna, który jej sprzedał bakłażany biadolił w swoim języku zbierając resztki straganu. Nigdzie nie widziała Longaira, ani androida.

- Nie ma ich. - mruknęła.

- A kogo kochaniutka szukasz? - usłyszała za sobą złośliwy głos. Od razu go poznała. Powoli odwróciła się, mimo że nie chciała tego zrobić. - Cześć malutka. - Ras’er uśmiechnął się złośliwie, udając miłego.

Za nim stała osoba, jednak jej twarzy Aria nie mogła dostrzec, gdyż była w cieniu. Dziewczyna zaczęła się powoli cofać, pilnując się aby nie użyć mocy. W końcu Kendar był w pobliżu, a o nim wiedziała tylko tyle, że zarządza stacją.

- Przyprowadziłem tu kogoś. - mówił Ras’er. Aria spojrzała na osobę za Keteshem.

Powoli wychodziła z cienia, a oczy Arii robiły się coraz większe i bardziej zszokowane. Nigdy nie pomyślałaby, że Ras’er sprowadziłby tego kogoś. Wiedziała doskonale, że nie będzie w stanie sobie poradzić, ani tym bardziej pokonać jej. Najwyżej umrze dzisiaj.

- Widmo zajmie twoje miejsce. Twoi nowo poznani towarzysze będą nam przydatni. - zaśmiał się złośliwie.

Osoba za nim stanęła w pełni światła. Wyglądała identycznie jak Aria. Jak siostra bliźniaczka. Błyskawicznie rzuciła się na Arię, przykładając dłoń do czoła dziewczyny. Białowłosa wrzasnęła z bólu. Czuła się jakby zaraz miała jej głowa eksplodować.

- Nic ci nie zrobi, musi tylko troszkę rzeczy się dowiedzieć, a resztę, czego już ty, maleńka nie wiesz, ona już wie. - Aria opadła wyczerpana na ziemię, spojrzała wyzywająco na Ras’era, oddychając ciężko przy tym. Miała ochotę go zabić. Uniosła dłoń, żeby zaatakować, ale poczuła niesamowity ból. Skuliła się. - Widzisz mała, Widmo nie kopiuje tylko wyglądu. Skopiowała cię całą ze wszystkimi umiejętnościami już wcześniej, ale bez wspomnień. Ale to już nie problem. Wspomnienia mamy już. - odwrócił się do podwładnej. - Wracaj do reszty niech myślą, że ty to ona. Doprowadź do mnie ich wszystkich. Szczególnie tego Sangsue i staruszkę. Za nich sporo dostaniemy. Jest kilka osób bardzo zainteresowanych nimi, w tym najbliższa rodzina. - zaśmiał się złośliwie. - Z resztą możesz zrobić co tylko chcesz.

- Tak jest. - odwróciła się i pobiegła „z powrotem do baraku”.

- A wracając do ciebie – odwrócił się powoli do Arii. - mam coś specjalnego.

Chwycił dziewczynę za kark i szybkim ruchem ręki założył jej za uchem urządzenie. Wrzask dziewczyny rozniósł się dookoła, jakby ktoś ją obdzierał ze skóry.


- To powinno stłumić wszystko. Ha ha ha. Teraz grzecznie pójdziesz ze mną. W końcu nie masz wyboru.

Aria próbowała się opierać, ale odczuwała ciągle ból. Chwycił ją za ramiona, podnosząc jak szmacianą lalkę i ciągnąc za sobą. Próbował się wyrywać. Wolała umrzeć niż dotrzeć do przestrzeni Keteshów i dla nich być rozrywką.

- Bądź grzeczna to nie będzie boleć. - Ras’er skupił się na Arii na tyle, że nie zauważył, jak kilka metrów dalej stał Pan Pieczara ze swoim rewolwerem wymierzonym w jego skroń.

Logaire bez słowa oddał strzał, po którym Ketesh głucho plasknął o ziemię zalewając się krwią. Kilka kropel spadło na twarz i włosy Arii. Eneko podszedł do nich. Jednym kopnięciem odwrócił Ketesha na plecy i wycelował ponownie. Krew trysnęła, a na dźwięk wystrzału dziewczyna wzdrygnęła się. Suoca nałożył rękawiczki i przeszukał denata chowając pod pelerynę dwie, małe rzeczy, w tym coś papierowego. Aria siedziała i tępo wpatrywała się w Ras’era. Nie mogła uwierzyć, że komuś udało się go zabić.

Eneko w końcu wstał powoli i spojrzał na białowłosą. Popatrzyła na niego z lekkim lękiem, ale też wdzięcznością w oczach. Już w myślach widziała siebie na arenie albo na polu bitwy. A tutaj takie coś.

- Dziękuję - opuściła głowę, żeby nie zauważył łzy ulgi.

- Gdzie reszta? - zapytał szybko, nie zauważając, albo nie chcąc zauważyć łez.

- Ostatnio widziałam ich, kiedy uciekaliśmy z baraku. Odłączyłam się od nich. - wstała, otrzepując ubranie. - Nie wiem co z nimi, ale może być im ciężko. Szczególnie Aparajicie i Sangowi. Bo widzisz – nabrała powietrza i powoli wypuściła – Ras’er wezwał Widmo. - Spojrzał pytająco. - To zdrajca Pradawnych.

- Nigdy o kimś takim nie słyszałem. - powiedział niepewnie.

- Nie dziwi mnie to. Mało osób zna tą historię, bo i niewielu wie co się tak dokładnie z Pradawnymi stało. - nabrała powietrza i wypuściła. - W każdym razie Widmo zdradziło ich, pomogło Keteshom w niemal doszczętnym wyrżnięciu całej rasy. Niektórym udało się uciec, albo ascendować. A później była na usługach tych barbarzyńców. - prychnęła. - Jest gorszym świrem niż Ras’er i Kas’ius razem wzięci. - podeszła do trupa i zaczęła go przeszukiwać, licząc, że ma przy sobie pilota do urządzenia założonego Arii. Nie miał. - Kurwa. - warknęła zirytowana.

- A jej zdolności? - schował rewolwer i poprawił płaszcz.

- Oprócz zwykłych dla Pradawnych? - zapytała, na co Logair skinął głową. - Mając czyjąś krew i wspomnienia zmienia się niemal w idealnego sobowtóra. Coś jak doppelganger z ziemskich wierzeń. - i zanim zdążył zapytać, dodała: - Ma moją krew, moje wspomnienia. Moce też. Idealny sobowtór. - zaśmiała się gorzko. - A ja – odsłoniła włosy i urządzenie za uchem, pokazując je Pieczarze – nawet nie mogę używać swojej siły. Jestem jak zwykły człowiek, przeciętny i słaby.

- Rozumiem. Co zamierzasz?

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 179
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: Nie mów hop przed zachodem słońca

Post autor: Coffee » 11 września 2018, 22:30

APARAJITA

Twarz w lustrze niczego jej nie mówiła, nie budziła żadnych skojarzeń ani nawet nie poruszała wspomnień. Patrzyła na nią z wyrazem zdegustowania słabo ukrytego wśród sieci zmarszczek i blizn. Tych pierwszych było szczególnie dużo wokół oczu, tych drugich – dookoła warg. Aparajita sięgnęła do ust i ostrożnie dotknęła zęba, lewej dolnej piątki, który chwiał się niebezpiecznie od kiedy obudziła się bez pamięci na pokładzie statku.
Ktoś zapukał w drzwi – cicho i nierówno, jakby próbował zachować dyskrecję, co było zupełnie bez sensu, bo łazienka znajdowała się w kapitańskiej kajucie, do której dostęp poza Aparajitą miała jedna osoba.
– Możesz wejść, Stefan.
Przeszedł przez próg, dał się przytrzasnąć za szybkiej śluzie, sklął statek, statek odpowiedział buchnięciem pary spod prysznica, Aparajita chrząknęła, figle ustały.
– Masz tę autoryzację, możemy lecieć, pani babciu.
Aparajita uniosła brwi.
– Mam? Ja sama, jedyna? Nie zostawiłeś sobie jakiejś furtki, żeby w razie potrzeby przejąć kontrolę?
– Nawet jak powiem „nie”, to mi przecież nie uwierzysz.
– Skąd się wziąłeś na stacji, Bohf?
– Chyba będziemy musieli sobie po prostu zaufać.
– Nie – powiedziała Aparajita. – Zaufanie zawsze musi być wyborem.
Dała mu te logi, oczywiście. W tej kwestii nie miała wyboru, ale przynajmniej zaczekała, aż reszta tej bandy pomyleńców będzie daleko od ich obojga. Zanim zapanował nad twarzą, zobaczyła na niej dziecięcy uśmiech szczęścia i pomyślała, że potencjalna kolejka do śluzy właśnie się wydłużyła. Ale tę część potrzebną do odzyskania kontroli nad statkiem rozszyfrował błyskawicznie, i to z daleka od wścibskich oczu.
– Wiem, skąd się wzięłaś na stacji – powiedział Brzózka i Aparajita nie mogła uwierzyć w jego zaczepny ton, tak jak nie mogłaby uwierzyć w wombata Stellę przemawiającego ludzkim głosem. – Jeszcze nie wszystko składa się tam do kupy, ale…
– Ale?
– Jak przeżyłaś atak?
Miała nadzieję, że jej twarz dalej wyraża tylko lekkie zdegustowanie.
– Ktoś was zhackował – powiedział Bohf, wyraźnie niezdolny do zatrzymania się, gdy już raz zaczął. – I jestem prawie pewien kto. Uruchomił hardreset statku, mieli zginąć wszyscy na pokładzie, a statek w trybie awaryjnym zadokować do najbliższego portu, czyli na stację 00786. Ale AI odczytało oznaki życia jednej osoby i automatycznie przepisało na nią, na ciebie, autoryzacje pe o kapitana. Tyle że ty i tak poleciałaś na stację, czyli tam, gdzie chciał was mieć napastnik. Czemu?
No przecież mu nie powie.
– Napastnik.
– No tak, to właśnie powiedziałem.
– Że jesteś prawie pewien kto. Więc kto?
– Ale odlatujemy, tak? Bez względu na to, co usłyszysz?
– Tak. Więc?
– Kendar.
Zacisnęła mocniej palce na śliskim, obłym urządzeniu, które zwinęła z kieszeni dobleta jeszcze w baraku na stacji. W porządku, pomyślała.
– Starbuck, szykuj nas do startu.
– Super! Czyli jednak zostawiamy pana borowika za plecami? – dopytał z udawaną nonszalancją Brzózka, gdy Aparajita ruszyła w kierunku głównego pokładu.
Jej milczenie było za długie może o jakieś dwie sekundy.
– To jego życzeniem było oddzielić się od grupy, będzie musiał żyć z konsekwencjami.
A ja najchętniej to bym zostawiła was wszystkich za plecami, gdyby nie to, że, cóż, że wtedy znajdowalibyście się za moimi plecami.
Brzózka wyglądał, jakby chciał powiedzieć coś jeszcze, ale na końcu korytarza pojawił się Emrys i Bohf tylko pokręcił głową.
– Po prostu lećmy, im szybciej tym lepiej.

*

Jakoś się pomieścili w małej przestrzeni statku. Zdołali uniknąć pierwszego wypadku – młody ze swoim niewielkim tobołkiem w ręku zapytał, gdzie jest maszynownia, a Aparajita, niczego nie podejrzewając, odpowiedziała. Dopiero Moa przytomnie powstrzymała Emrysa przed próbą zrobienia sobie legowiska w miejscu, w którym zabić go mogło z sześćdziesiąt różnych przyczyn. Aria sprawiała zaskakująco niewiele problemów, bo siedziała skulona w kłębek w mesie i chyba sobie płakała.
Aparajita myślała, że Sang jeszcze śpi. Myliła się.
– Zabiłaś ich?
Zareagowała odruchowo, mimo że – a raczej dlatego że – wampir trzymał jej rękę w bolesnym uścisku. Gdy popchnął, popchnęła mocniej, co zadziałało chyba tylko dlatego, że się nie spodziewał.
– Nie – warknęła, bo nie było sensu robić głupiej miny i udawać, że czterech trupów na pokładzie Starbuck nigdy nie było. – Puść mnie.
Puścił, o dziwo.
– To kto zabił?
– Dlaczego w ogóle o to pytasz?
– Dlaczego nie?
– Nie wyglądasz, jakbyś dbał o życie innych.
– Może pozory mylą.
– A może ty nie potrafisz ich utrzymać. – I nagle sytuacja się odwróciła, to ona ściskała jego ramię i chociaż siłą nie mogła się równać z Sangiem, to widziała, jak rozszerzają mu się nozdrza i jak wyginają kąciki ust w zaskoczeniu i nieukrywanym wstręcie. – Aria jest dzieckiem. Co niby chcesz osiągnąć, obrzucając ją wyzwiskami?
– Och, nie mów, że sama nie miałaś ochoty doprowadzić ją do porządku.
– Przez nękanie? Ty się po prostu na niej wyżyłeś, na dziecku. Są skuteczniejsze metody.
– Na pewno są szybsze. Naliczyłem na tym statku szesnaście zewnętrznych śluz.
Spojrzeli oboje przez świetlik dzielący mesę od korytarza. Koło Arii stał teraz odratowany od niechybnej śmierci Emrys, chyba przez dziewczynę niezauważony. Przestępował z nogi na nogę i raz to wyciągał, raz cofał rękę, jakby bał się, że może mu odpaść, jeśli tylko odważy się poklepać Arię po ramieniu.
No nie.
Aparajita dała sobie spokój i poszła w końcu na główny pokład. Sang, sarkając coś pod nosem, po chwili namysłu ruszył za nią.

*

– Ile jeszcze, Starbuck? Tam na stacji chyba podnosi się temperatura.
– Będziemy gotowi do startu w przeciągu kwadransa – odpowiedział Stefan zanim zdążyło to zrobić AI. Siedział na podłodze przy głównym panelu, tym samym, na którym Aparajita obudziła się zaledwie kilka dni temu, i przesuwał na osobistym ekranie jakieś wskaźniki, które nic jej nie mówiły. Na jego lewej nodze umościła się Stella. – Kończę rebootować systemy komunikacji.
– Nie działały?
– Martwe jak rozbite jajka, z jednym żyjącym kanałem.
– Tym na kontrolę lotów stacji?
– Mhm.
Nigdy nie dałaby rady opuścić tej stacji sama. Jak, kim, w ile pułapek by weszła po drodze. To dobra myśl; powinna się jej trzymać w chwilach kryzysu.
– Możemy odpalać silniki?
– Możemy – powiedział statek. – Mamy zgodę z doków.
– To odpalaj.
Statek zadrżał i zaraz się uspokoił, gdy włączyły się dampery. Patrzyli, jak brudne, rdzawoszare baraki, które na tej przeklętej stacji uchodziły za doki powoli maleją i w końcu zlewają się w jedną brudną plamę.
– Działa – powiedział Brzózka. – Dokąd właściwie lecimy?
– Póki co „daleko stąd” nam wystarczy.
– Ja bym chciał na Tantalosa – bąknął głos za nimi. Emrys pojawił się na mostku razem z Arią, której oczy ciągle były czerwone i zapuchnięte.
– Stacja uzdatniania wody Tantalos – powiedziała Starbuck znudzonym głosem. – Potwierdź.
– Eee… Potwierdzam.
– Szukam. Czekaj.
– Nie wiem, czy Tantalos jest takim dobrym pomysłem – zaczął Sang, jakby nie do końca wiedział, do kogo kierować te słowa. – To jest…
– Destynacji nie odnaleziono.
Aparajita poczuła, jak głos więźnie gdzieś w gardle. Mimo zmęczenia coś – może cynizm, może zapomniane doświadczenie – mówiło jej, co to oznacza, ale Emrys tylko zmarszczył brwi.
– Jak to nie odnaleziono? To nie było tak daleko!
– Stacja Tantalos, komunikaty z ostatniego tygodnia. Ostrzeżenie dla wszystkich zbliżających się statków: sektor znajduje się pod ścisłą kwarantanną, odradza się zbliżanie jednostkom bez sprecyzowanego glejtu Rady Międzygalaktycznej ze względu na dużą ilość luźnych odłamków w przestrzeni.
Wszyscy patrzyli na młodego, i jakoś nikt nic nie mówił.
– Stacja Tantalos, komunikaty z poprzedniego tygodnia. Zarząd utracił kontrolę. Komunikacja z sektorem wstrzymana. Ewakuacja zakończona niepowodzeniem. Interwencja zakończona powodzeniem. Stacja Tantalos przestaje istnieć.

It's not the end of the world, but you can see it from here.

ODPOWIEDZ