UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Tytuł PROZY LIPCA
zdobyło ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee.

Serdecznie gratulujemy! :D

O drewnianym czołgu, co brzmiał jak metal - TEKST

Opowiadania starsze lub starawe. Takie, których autorzy nie mają już kont na forum, albo takie, których treść na prośbę autora została usunięta, a bo to na konkurs iść miało, a bo co innego.

Komentowanie w tym dziale jest wyłączone.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1824
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: O drewnianym czołgu, co brzmiał jak metal - TEKST

Post autor: Kruffachi » 01 lutego 2017, 16:00

Czołg Wodza Czwartej Rzeszy pruł przez pola i lasy z mocą około stu dwudziestu hektojürgensów, zwalniając tylko wówczas, gdy dla pełnego efektu potrzeba było slow motion, a skórzane buty dodawały mu epickości.
Kolejna dawka epickości – konkretnie kołysząca się przy lufie – była potrzebna, by zniwelować efekt uboczny nowego pomysłu Roberta, a mianowicie niewielką turystyczną przyczepkę, dyndającą na zakrętach dość swobodnie i w sposób wysoce niesoordynowany. Przyczepka nie wyróżniała się niczym szczególnym prócz atomowego grzyba wyrysowanego na karoserii i zawartości w postaci nowego nadwornego malarza Czwartej Rzeszy. Zdarzało się jej też entuzjastycznie i soczyście kurwować, gdy koła podskakiwały na nierównościach, czyli praktycznie bez przerwy.
Koncept ten powstał, gdy Jürgens zmuszony został uznać, że trąby jerychońskie może jednak faktycznie nie mogą konkurować z harmonijkowym Leopardem i wendi-radiem.
O różowym napisie i pieczątce z ziemniaka nadal nikt mu nie powiedział.
– Zbliżamy się do pierwszej linii – oświadczył Jürgens, o czym Gustav w gruncie rzeczy wiedział, ale wypowiedziane przez samego wodza zyskiwało jakiejś majestatycznej strzelistości.
Gdy czołg stanął (przyczepka nieco później, wyjebawszy się z gromkim „KURWA!” na bok), właz uchylił się i z czarnego Leoparda w swej pełnej chwale i szlachetności wyszedł wódz, krocząc po stopniach drabinki, jakby to były ciała wrogów.
Wówczas to zobaczył wyjebany bak jednego z czołgów.
Twarz Jürgensa złożyła się w kostkę. Była to oczywiście kostka wysoce szlachetna, równa i doskonała, a całe zjawisko trwało może z pół sekundy, jednakże nekromanckiej uwadze Neana umknąć nie mogło i na chudej, mrocznej twarzy pojawił się uśmieszek tryumfu.
– Was…
– Robercie. – Kruczarz, jak postanowił, tak zrobił i Żira zawisła w całej swej latarniowości nad głową Tkaczuka.
Wódz jednak nie współpracował. Nadal zapowietrzony, zdawał się uparcie nie zauważać ujebanego różem rękawa młodego adepta rozpierdolu.
– Was ist hier…
– Szlachetny wodzu – odchrząknął dyskretnie Gustav. – Wódz przesuwa się po spektrum ku czerwieni.
Jürgens nabrał powietrza w płuca po czym wypuścił je bardzo powoli. Zaświszczało złowieszczo między jego zaciśniętymi z wściekłości zębami. Wkładając w to całe swoje opanowanie, wódz pokonał ostatni stopień i złożył dłonie w piramidkę.
– A więc? – zagaił zimno, mierząc wzrokiem swoje wojsko. – Cóż się tu stało?
Nean znacząco potrząsnął Żirą, ale ponownie nie przyniosło to spodziewanego efektu. Odchrząknął więc teatralnie w pięść.
– Khemtkaczukkem…
– A to się stało, że ten paleolit wyjebał mną właz – warknął Wolf – o czym zresztą próbowałem zameldować, a ten z kolei niedorobiony wysadził mi malinową! Jak ja mam ich nawracać, jak to same antychrysty są?!
– Sam jesteś antyprysk, niewierny! – oburzył się Dyer.
Nean potrząsnął Żirą po raz ostatni i po raz ostatni nie przyniosło to spodziewanego efektu, bo w tym samym czasie Jürgens przymknął oczy i rozległo się ciche, ale bardzo sugestywne:
– Ein, zwei, drei, vier…
A potem pierdolnęło techno z wendi-radia.
Do Kruczarza dotarło wreszcie, że na nic tu sugestie i trzeba się uciec do prostych, troglodyckich komunikatów.
– Drogi wodzu i mój przyjacielu – zaczął zatem. – Tkaczuk.
– Co: Tkaczuk? – zdziwił się Robert, choć oczywiście jego twarz nie dała tego po sobie poznać. – Kim jest Tkaczuk.
– Twym żołnierzem, wodzu – szepnął konspiracyjnie Gustav.
– Ach, tak, to oczywiste! Co ten Tkaczuk?
– Wszystko… – oświadczył złowieszczo Nean.

*

– Ależ kochanieńki! – zacmokała Mundzia nad głową Rolfa. – Nie całe życie to zabawa.
Po czym wcisnęła jego głowę do wiadra z chlorem.
Raper zabulgotał coś, zaskwierczał i pomachał łapami. Kiedy olbrzymie jak konar ramię sprzątaczki wreszcie przestało go topić, wychynął z domestosowej kąpieli i zaczął rozpaczliwie łapać powietrze.
Clay zmierzył go krytycznym spojrzeniem.
– Względnie czysty – ocenił wreszcie. – Chociaż takiej zakały społecznej gaszone wapno nie doczyści. Teraz możemy rozmawiać.
– Rozmawiać…? – wyjęczał Rolf, odpełzając, jak najdalej się dało od tych popaprańców spod znaku WC Picker. Drżącymi rękoma pogmerał w kieszeniach dresów, wyjął, co trzeba, wyjął, co nie trzeba i zajarał rozmaryn.
– Tak – potwierdził Clay. – Trzeba opracować plan.
– No, wreszcie jakieś konkrety! – ucieszyła się Mundzia i z tej radości zatrząsały się wszystkie mopy w okolicy oraz jej niezawodna trwała.
– Posłuchajcie mnie. Trzeba będzie wyczyścić drogę.
– Jaką znowu drogę, ja w tym nie pomogę.
– Pomożesz, bo jesteś moim zakładnikiem! – Palec Claya zatrzymał się dosłownie trzy milimetry od twarzy Rolfa. Irlandczyk na pewno nie zamierzał dotykać rapsiarza, nawet świeżo po kąpieli w chlorze, bo w tak przegniłym mózgu musiały się lęgnąć niezmywalne brudy.
Stojke jęknął żałośnie i zaciągnął się rozmarynem.
– No więc, na czym to ja… A tak, trzeba będzie wyczyścić drogę, po której Jurij Sabaka sprowadza do Moskwy Wiatr z Północy.
– Co robi? – zainteresowała się Mundzia.
– Sprowadza Wiatr z Północy w kostkach – powtórzył Clay, wzbijając się na szczyty swej anielskiej cierpliwości. – Przez trzy miesiące nie mogłem tam, kurwa, posprzątać, bo nic, tylko transport za transportem i wszędzie te jebane kostki pierdolonego wiatru! – spadł ze szczytu wprost na ryj. – Nie dość, że człowiek zapierdala wolontaryjnie, to jeszcze pracować mu nie dają! Wiecie, jakie te ciężarówki mają brudne koła?! Sam syf i pożoga! A Wiatr z Północy jebie magią!

Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 134
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Re: O drewnianym czołgu, co brzmiał jak metal - TEKST

Post autor: nuklearna_wiosna » 04 lutego 2017, 01:47

- Gustavie. Ucisz ich wszystkich słoniem.
- Niestety, wasza strzelistość, żywię uzasadnioną obawę, iż jest to fizycznie niewykonalne. Dysponuję wyłącznie jednym słoniem, a żołnierzy jest wielu. Jeśli zacznę uciszać ich po kolei, gdy dojdę do ostatniego, pierwszy na nowo podniesie raban.
- TO OCZYWISTE!
- Obawiam się, że tak.
- Czego oni ode mnie chcą?!
- Trudno stwierdzić.
I w istocie – trudno było stwierdzić. Niepokonana, niewykrywalna, niezrównoważona i całkowicie niegotowa na podbój Rosji armia Jurgensa otoczyła czołg wodza Czwartej Rzeszy Niemieckiej i wszyscy mówili jednocześnie. Zaczęło się od Neana i jego skarg na Tkaczuka, chwilę później dołączył Wolfik i nagle, nie wiedzieć kiedy, wszyscy żołnierze wylegli ze swoich czołgów, albo z tego, co z czołgów zostało, by wypłakać się wodzowi w rękaw czarnego jak sama dupa munduru.
- ZAMKNĄĆ RYJE! - wrzasnął w końcu wyprowadzony z równowagi Robert. - Po kolei, jeśli mógłbym uprzejmie prosić – wycedził lodowato, gdy wszyscy w końcu zamilkli, porażeni strzelistością jego wybuchu.
- Nadciąga wiatr z północy – oznajmił Dyer w ciszy, która zapadła. - Niewierne antypryski tak zrobiły, że ze świętego drewna mojego czołgu wyrosły rogi i spotka ich za to kara. A ten brzęczący wiesza dzwonki i też go za to spotka. Kara.
- Czy ktoś chciałby coś dodać? - Jürgens czuł, że powoli i nieubłaganie zmienia się w bombę wkurwową, za chwilę eksploduje z mocą dziesięciu tysięcy megawkurwów i kara spotka nie tylko antypryski i brzęczącego, kimkolwiek oni w ogóle byli.
- Wyjebało właz księdzem – mruknął ktoś.
- I bak Tkaczukiem...
Zanim wódz zdążył zareagować, znów wszyscy zaczęli się przekrzykiwać.
- Gustavie. Ja tak nie mogę pracować.
- To oczywiste.
Jürgens zmierzył go bacznym spojrzeniem.
- Gustavie. Czy ty się ze mnie naigrawasz?
- Gdzieżbym śmiał.

- Trzeba to w końcu powiedzieć głośno. Takim sposobem nigdy w życiu nie dojedziemy do Rosji. Jeden czołg ma sarnią dupę, drugi rozwalony bak, trzeci harmonijkę, a po armii pałęta się chodząca katastrofa w postaci Tkaczuka. Nie! Po armii pałętają się same chodzące katastrofy!
- Przesadzasz, czarowniku.
Jürgens, Nean, Wolfik i Gustav siedzieli w czołgu wodza. W kąt wcisnął się nadworny malarz Ryszard, nie uczestniczył jednak w rozmowie. Wszyscy starali się ochłonąć po starciu z rozemocjonowaną armią.
Nean miał wszystkiego serdecznie dosyć i tylko podejrzenie, że Moskwa może być Białą Równiną trzymało go jeszcze w tej obłąkanej kompanii.
- Nie sądzę, abym przesadzał – warknął, bębniąc palcami po drewnianym słoniu Gustava, czym ten ostatni wydawał się łagodnie zdegustowany. - Jeśli natychmiast czegoś nie zrobimy, to to wszystko jebnie.
- Co mamy twoim zdaniem zrobić? - zainteresował się kapelan uprzejmie. Wyjął kieszeni butelkę z cytrynowym płynem do podłóg, acz ujrzawszy minę Jürgensa, schował ją z powrotem i z drugiej kieszeni wyjął wódkę, jak Pan Bóg przykazał. - Próbowałem ich nawracać. Nean, sam widziałeś. Próbowałem.
- Wylatując przez właz od czołgu?
- Nie wyleciałem! Wyjebano mną ten...
- ... właz, tak wiemy.
- Więc skoro wiecie...
- Ale co nam to daje? - Nekromanta za nic miał sobie święte oburzenie kapelana. - Wyjebało tobą właz i na tym skończyły się twoje wysiłki.
- Twoje się nawet nie zaczęły!
- O, wypraszam sobie! Przez cały czas byłem mroczny i groźny!
- Czy możemy na potrzeby niniejszej rozmowy przyjąć, że obaj zjebaliście? - zaproponował Robert zimno.
- Nie! - ryknęli jednocześnie Nean i Wolfik, patrząc na siebie wrogo.
- Że obaj zrobiliście co w waszej mocy by utrzymać morale armii...?
- Już lepiej.
- Więc zrobiliście. To oczywiste. Nic z tego nie wyszło. Co dalej? Jakieś pomysły?
- Zabić wszystkich? - zaproponował Nean niewinnie.
- A kto pójdzie na Rosję?
Na to czarownik nie znalazł odpowiedzi. Albo może znalazł, ale była zbyt mroczna dla uszu zgromadzonych więc jej nie udzielił.
- Nie – westchnął Robert. - Zabicie odpada. Inne opcje?
- Jürgens – chrząknął kapelan. - Stary. Ja cię przepraszam serdecznie, ale, kurwa, oni bez motywacji nie pociągną. To jest banda heretyków, nawet grożenie ogniem piekielnym nie pomoże. Im potrzeba coacha.
- Kołczan?- szczerze zdziwił się Jurgens. - Jesteśmy nowoczesną armią. Nie mamy takiego archaicznego sprzętu. Spytam Dyera, on najprędzej...
- Coacha! - powtórzył ksiądz. - Takiego speca od motywacji!
- Skąd im niby wezmę... - zaczął wódz, ale w połowie wypowiedzi zamilkł, kierując spojrzenie na jedyną w pomieszczeniu osobę pozornie niezainteresowaną konwersacją. - Ryszardzie?
- Zapewniam wodza, iż nie posiadam kołczanu – wymamrotał malarz znad sztalugi.
- Nie, ja nie o tym... Przypomnij mi, z łaski swojej, kim jesteś?
- Nadwornym malarzem waszej strzelistości, o ile mam aktualne informacje.
- Masz nieaktualne.
- Słucham?
- Od dziś mianuję cię coachem.
- Słucham?
- Ryszardzie. Nie żartuj ze mnie. Kiedy ostatnio coś namalowałeś?
- Pół godziny temu. Spotkanie szanownego wodza z jego wdzięczną i oddaną armią.
- COO?! KTO CI, KURWA, KAZAŁ?! Wypierdol to natychmiast i słuchaj mnie uważnie. Malujesz tak sobie, poza tym tu i tak nie ma czego malować.
Ryszard zrobił minę świadczącą o tym, że owszem, jest, aż nadto, ale wódz nie zostawił mu czasu na zwerbalizowanie tej myśli.
- Słyszałem – kontynuował bezlitośnie – że swego czasu dobrze sprawdzałeś się w pozyskiwaniu klientów. W nakłanianiu ludzi, by robili rzeczy. Myślę, że twoje umiejętności w tym zakresie mogą nam się aktualnie bardzo przydać...
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

Awatar użytkownika
Prophet
Straż! Straż!
Posty: 152
Rejestracja: 28 czerwca 2013, 18:30
Lokalizacja: Wrocław

Re: O drewnianym czołgu, co brzmiał jak metal - TEKST

Post autor: Prophet » 06 lutego 2017, 20:41

Jurij Sabaka Iwanow szczerzył kły. Może i wyglądałoby tak przerażająco i epicko jak do tej pory, ale w zestawieniu z różowymi bokserkami w sunące zające, było raczej histeryczną próbą ratowania wizerunku.
"Jebany Kai i jego jebane sierście."
Owszem.
Przynajmniej Wolborg została po jego stronie. Wierna, kochana wadera. Ona go nigdy nie opuści...
...bo nie mam jak.
"Morda."
Wolborg, miło poznać.
Zmełł przekleństwa. Jednak nadal była wkurwiająca.
W Moskwie panował niemiłosierny skwar, odkąd musiał ją dostosować do potrzeb ukochanych kulek futra Hiwatariego. Kulek teraz siedzących w grzecznym szeregu i obserwujących bacznie przechadzającego się od jednego końca do drugiego Ogara. Bokserki bynajmniej nie należały do niego, zabrał je z jakiegoś sklepu gdy jego własne nie chciały się już utrzymać na zadku, a on sam był tak wściekły, że było mu wszystko jedno co na siebie założył. Cóż. Przynajmniej były przewiewne.

Borys za to stał nieco z boku, także obserwując Sabakę, jednak w nieco innym celu. Zwyczajnie zastanawiał się ile czasu minie nim ślady po kocich pazurach, które pokrywały chyba całą istotę obserwowanego, znikną na tyle, by tamten zrezygnował z planowania krwawej zemsty. I tak, był zdumiony, że udało się Iwanowowi opanować tę zgraję rozpuszczonych kocich arystokratów, ale fakt pozostawał faktem. A może to po prostu ten warkot z głębi piekieł miał w tym udział. Borys wolał nie wiedzieć.
Kątem oka zauważył, że jedna puchata kita, miast siedzieć w szeregu i udawać trupa, woli się zaczaić na plecy rudzielca. To się nie mogło udać. Nie, odkąd ten pozostawał czujny dwadzieścia cztery na dobę, osiem dni w tygodniu.
A jednak.
Bo Stefan Iwanowicz Petrow Trzeci nie zamierzał pozostawić nierozwiązanym kwestię władzy nad terytorium, a, jak powszechnie wiadomo, takie sprawy koty załatwiają honorowo. Pazurami.
Prosto w plecy.
Prosto na poorane już pazurami barki Sabaki, następnie łopatki i niżej, zatrzymując się gdzieś w okolicy nerek. Które, sądząc po głębokości cięcia, powinny właśnie wypaść i zadyndać z wkurwem na moczowodach ku uciesze reszty sierści. Za to Borys prawie zesrał się na myśl jak to musiało zaboleć ofiarę. Ofiarę, stojącą dziwnie sztywno i cicho, jak na swoją osobę. To było niepokojące. Bardziej niepokojący był żałosny miałk agresora. Dopiero po chwili dotarło do niego, że kocur najzwyczajniej w świecie przykleił się do pleców Jurija. Przez długie dwie sekundy próbował zrozumieć jak to możliwe. A potem do niego dotarło, że Sabaka po prostu przymroził kocura do swoich pleców.
- Borys, brzytwa.
- Chyba nie chcesz…
- Oczywiście, że nie! - warknął rudzielec z jakimś dzikim błyskiem w oku. - Ale ta zaraza zrozumie, że mnie się nie wkurwia. Ogolę go na pieprzone łyso...
Żałosny miałk przeszedł w miałk rozpaczy.
Najwyraźniej Stefan zrozumiał więcej niż by chciał zrozumieć.

***


Sam nie wiedział czemu się na to zgodził. Zaraz, wróć. Nie zgodził się tylko go zmuszono, bo nie miał innego wyboru. Bo Wielki Robert "Strzelistość" Jurgens zagroził zrobienie z jego sztalugami to samo, co Zoltan z Błaznem zrobili z zającem. A sztalug to nawet Nean nie wskrzesi. Trudno. Skoro już zmuszono go do kołczowania, to będzie kołczował. Po swojemu. Z całą swoją Ryszardowością i tego konsekwencjami. Nie wiedział tylko jakiego kija użyć do marchewki zwanej podbiciem Rosji. Siedział więc i kończył wściekły szkicowanie Błazna wieszającego dzwonki na wendi-porożu i wkurwiał się, że ten idiota śmie się ruszać. Mógłby go zabić ołówkiem. O tak, mógłby. Powoli i boleśnie. Wbić rysik prosto między oczy, przytrzymać i powoli dociskać aż wyjdzie drugą stroną, ewentualnie ofiara zesra się ze strachu. Aż w końcu go olśniło. Musiał tylko znaleźć sposób na pozyskanie dostępu do nagłośnienia. Jakiegokolwiek.

Gustav zobowiązał się do pozyskania słoniem chwili uwagi. I musiał przyznać, że uciszenie nim wendi-radia było bardzo trafionym pomysłem. Teraz, w oczekiwaniu aż wszyscy zbiorą się wokół prowizorycznej sceny, przechadzał się wzdłuż pancerza, a właściwie po pancerzu, jakby mało górował nad tłumem. Choć musiał przyznać, że jak na czołgistów sporo tu było osób o wzroście zdecydowanie nieczołgowym. Chyba, że używano ich do czyszczenia luf, wtedy to miało sens. Podobno jakieś próby były dokonywane jeszcze przed wyjazdem, ale nie dopytywał o ich rezultaty.
Dostał w łapki papierową tubę, prawdopodobnie zrobioną z mapy, sądząc po rozmiarach. Przez chwilę spoglądał naprzemiennie na nią i Gustava, próbując zrozumieć co do chuja, ale oboje byli nieczuli na sugestie, więc chyba musiał sobie odpuścić. Widać Jurgens nie zabrał ze sobą głośników. Trudno, jakoś sobie poradzi.
- Żołnierze! Towarzysze! Koledzy - zaczął uprzejmie. - Zapewne zastanawiacie się co ja najlepszego odpierdalam. Otóż ja też nie wiem, ale mam do Was przemówić, ułatwcie więc egzystencję mnie i sobie samym i... ZAMKNIJCIE RYJE TAM NA KOŃCU! ...nie przerywajcie mi. - Zaczerpnął powietrza. Miał kompletną pustkę w głowie, no cholera, jedna wielka czarna pustka niczym czarna dziura pochłonęła nikłe światełko na końcu tunelu. - Opowiem wam historię o zajączku. Lubicie zajączki? Tak, Błaźnie, wiemy że ty bardzo, nie musisz machać Panem Zającowatym. Więc, był sobie raz mały zajączek. Mały, nic nie znaczący zajączek, który miał marzenia. Niestety inne zające się na niego uwzięły i utrudniały mu spełnienie tych marzeń że ja pierdolę i jeszcze trochę. Co zrobił zajączek? Są dwie wersje. Jedna głosi, że zajączek schował się do swojej norki i przeryczał resztę swojego nędznego życia, bo nie wychodziło mu tak jak chciał żeby wychodziło. Druga zaś opowiada nam jak to zajączek zawziął się, że pokaże tym zazdrośnikom kto tu jest szefem, wziął tamte zające za mordę i rozsmarował je na asfalcie, tak jak zawsze marzył. - Zrobił pauzę. Nie za długą, nie za krótką, ot, dla efektu. - Do czego dążę? Nie bądźmy ryczącym zajączkiem! Pokażmy tym pieprzonym ruskim szarakom, że z nami się nie zadziera! I w dupie z tym, że kimś wyjebano, a drugi wyjebał, a trzeci ma sarnią dupę! Jesteśmy potęgą i żadna z tych pierdół nie ma znaczenia dopóki wiemy, ile jesteśmy warci! A wszyscy dobrze wiemy, że nieważne co nas spotka, to tylko te zazdrosne zające! Zbierajcie dupy i ruszamy. Tak, jak jesteśmy przygotowani. Tym, czym mamy. JESTEŚMY NIEZWYCIĘŻENI.
Nabrał powietrza w płuca i wypuścił je powoli, by się opanować. Po czym zwrócił się do stojących najbliżej niego Tkaczuka, Neana i Błazna:
- Jeśli myślicie, chuje, że wam się upiecze to, co tutaj odstawiliście, to się rozminęliście z prawdą niczym Dyer z mydłem. I obiecuję, jedna wpadka... Jedna! Jedno durne, pieprzone wspomnienie, jedna wzmianka o tym, co tu się działo przez ostatnie kilka dni, a zgotuję wam wszystkim takie piekło, że będziecie brali te czołgi na swoje barki i zapierdzielali tak na Moskwę, bo będzie szybciej.
Po minach dwóch z nich wywnioskował, że podziałało.

***


Sadrin miał dość. Wprawdzie nie powinien narzekać, że ma powód do narzekania, ale chyba wolałby jechać w jednej maszynie z niejakim Dyerem niż z jego krewnym. Krewnym, który najwyraźniej ustanowił sobie acziewment życiowy na sprawdzeniu ile paplania o skórach wytrzyma jego towarzystwo.
- ...prawdziwa skóra, no nie pogadasz, sam upolowałem tego bobra... - Ragnar wskazał na swoją kurtkę. O ile można nazwać to kurtką. Sadrin był bliżej zgodzenia się z określeniem "przy dobrej reanimacji może znów zacznie biegać", ale on się w końcu nie znał, prawda? Prawda. Choć jednego mógł być pewien - ktokolwiek wyszył na plecach tej kurtki różowego kurczaka i wmówił łowcy, że to orzeł, był mistrzem marketingu.
- ...Garbowanie! Garbowanie jest ważne, jak źle wygarbujesz to będzie źle wygarbowane, a jak dobrze wygarbujesz to i z wendigo zrobisz stringi...
- Mógłbyś skończyć? To się robi nieco... - urwał, słysząc hałasy na zewnątrz. No, inne hałasy niż do tej pory. - A tam co się dzieje?
Zaciekawiony postanowił wyleźć przez właz. Właz się nie otworzył. Nie był pewien, ale prawie na pewno miała w tym udział kłódka założona na blokadę włazu.
To jest jakiś koszmar.
- ej, młody, co ty... - Ragnar zatrzymał czołg, widząc jak młody mag przekopuje czołg w poszukiwaniu cholera wie czego. Choć Sadrin doskonale wiedział czego i gdy tylko pojazd się zatrzymał, spierdolił stamtąd dołem. Bo, w odróżnieniu do pewnego księdza, Sadrin wiedział, że czołgi mają wyjścia awaryjne. Nie żeby coś.
Rozejrzał się po okolicy.
Rozejrzał i się zdziwił, bo zamiast reszty jurgensowej armii dookoła miał tylko wypizdów mniejszy, zwany równiną. Niekoniecznie białą, choć było jej do tego niedaleko. wyglądało na to, że pan jaśnie wielki łowca Ragnar Garbownik, wbrew własnym zapewnieniom, nie potrafił jednak posługiwać się kompasem. Ani trzymać maleńkiej kawalkady trzydziestu ośmiu czołgów, przym jednego słyszalnego z odległości pięciu kilometrów. Szczerze pożałował, że pozwolił sobie na tę jedną dłuższą drzemkę. Punkt orientacyjny, czy jest tu punkt orientacyjny? A takiego wała. Nic charakterystycznego w zasięgu wzroku, oprócz kolesia szorującego drogę mopem.
Zaraz, co?
- Oż w pyszczek... Clay... - Było źle, bardzo bardzo źle. Jeśli Clay go zauważy, jeśli zauważy te resztki zaschniętej krwi na rękawie, Sadrin skończy w chlorowej kąpieli. Nie żeby nie była to całkiem czysta śmierć, Sadrin approves, ale nie po to wiał z czołgu, żeby tak nagle umierać. - Zawracamy...
- Mówiłeś coś kochaneczku? - W powietrzu uniósł się zapach chloru. Odwrócił się i spojrzał prosto w oczy kobiety. Kobiety, której oczy mógł pomylić z oczyma Vinary, gdyby ta była nieco wyższa i zaryzykowała trwałą. Chyba mieli przesrane.
Obrazek

Wieczornych snów mary powiewne, dziewicze
Na próżno czekały na słońca oblicze...
W dal poszły przez chmurną pustynię piaszczystą,
W dal ciemną, bezkresną, w dal szarą i mglistą...

KLIK

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: O drewnianym czołgu, co brzmiał jak metal - TEKST

Post autor: Kanterial » 17 lutego 2017, 07:30


Zanim jutro rozdziobio nas kruki.
> autor: Joa » 28 lis 2013, 16:58

Prolog: Ragnar był łowcą z Ruzdrdzdrdzrdz i miał brata Dyera. Mieszkali w chacie. Ziję wypierdoliłam.
Rozdział pierwszy: Uciekał przed wendigo i chował się za drzewem, a w ręce ściskał patyk, bo nóż wyrzucił wcześniej. Walka była nieuchronna, a krew z kolana miała kolor malinowy z trzech torebek.
Szarżował czołgiem w stronę Irlandczyka Claya, sprzątaczki Rajmundy i rapera Rolfa Stojke, a szarżował czołgiem, bo nóż wyrzucił wcześniej. Walka była nieuchronna, bo ktoś przecież musiał uratować Sadrina i wyszarpnąć go z rąk oprawców, a Ragnar był jedynym "kimś" w okolicy. Poza tym w prawdziwości nie umiał używać kompasu i bał się, że bez młodego maga straci orientację na obrzeżach Jürgensowskich Niemiec, tak samo jak stracili ją niektórzy Niemcy, w tym sam Jürgens.
On akurat, rzecz jasna, potrafił obsługiwać kompas, ale kto nie straciłby orientacji po jedenastu rozdziałach bycia Połączonym i nagle chuj?
W każdym razie łowca Ragnar jechał na spotkanie ekipie Claya. Rozpędził się do pięćdziesięciu dwóch na godzinę, postanowił walczyć na krew i życie, wspomniał w myślach zakłamane historie o kontaktach z kobietami, przeżegnał się po łowczemu, wyśmiał kretyńskie chlebaki i brodę brata, odszedł na trzy dni i wrócił po godzinie i zatrzymał czołg.
Zrobił to wszystko, chociaż w momencie startu dzieliło go od wrogów max dziesięć metrów.
A potem obrócił wieżę, wyjął procę, przystawił do lufy i strzelił kamykiem prosto w pysk Raytona Claya.
Doskonale - pomyślał. - Jeszcze się nauczę czytać i będę kurwa bezbłędny.
Mylił się, bo to nie była prawda.



- Ja pierdolę, brud! SZYBKO, SPRYSKAJ MI TWARZ AJAXEM!
- Kochanieńki...
- TERAZ, ROZUMIESZ?! JUŻ!
Wszyscy (to znaczy Stojke i pojmany Sadrin, związany sznurem na pranie) aż wstrzymali oddechy, gdy Rajmunda przystawiła wspólnikowi spray do czoła i bez wahania nacisnęła spust. Płyn rozbryznął się na wszystkie strony, zasyczał i chemiczną chmurą osiadł na wyprasowanej sześciokrotnie koszuli Raytona.
- Co.Za.Ulga - wycedziła przez zęby własność narodu niemieckiego. To nie tak, że prawie wypaliło mu skórę między oczami; żaden środek czystości nie mógł zrobić Clayowi krzywdy, bo sam Clay był tak sterylny, że można nim było odkażać detergenty.
Nawet krem po goleniu mieszał z Cifem. Na powieki, zamiast plasterków ogórka, kładł tabletki Somat Perfect.
- Jestem w niewoli, co on pierdoli - zarapował Stojke do siebie, cicho i dla otuchy, bo Irlandczyk przerażał go bardziej niż testy na obecność THC w moczu. - Już mnie boli, smoli, banderoli... Szapoba...
Leżący na ziemi Sadrin zamrugał i zapragnął umrzeć, co nie przeszkodziło mu w baniu się, że zostanie zabity przez wrogów Czwartej Rzeszy.
- Jesteś najgorszy - wyszeptał Rolfowi w najki. Prawie natychmiast oślepił go odblask. Stojke wszędzie miał odblaski: na bluzie z adidasa, na paskach z boku dresów, na złotym łańcuchu, na mózgu. Cały jego aryjski ryj był jak jeden wielki odblask, zwłaszcza, gdy cieszył się debilnie po dwóch skrętach, piątym piwie Krombacher Dunkel i niekontrolowanym zapłonie silnika katolickiego Porsche 928 zwanego Wolfikiem.
- Wyłaź z tej zasyfionej kupy złomu, brudasie! - darł się już Clay, wraz z Rajmundą szturmując Leoparda. Nieugięta właścicielka trwałej mocowała się z włazem, w czym pomagały jej techniczne uzdolnienia, a sam Rayton wisiał na lufie i wypłaszał Ragnara, gazując go chlorem (miał nadzieję, że potrzeba wyszorowania pancerza i gąsienic nie zwycięży z chęcią zemsty).
- Zaraz, chwila! - wydobyło się z czołgu. - Tylko ubiorę kurtkę!
Niestety napastnicy byli bezlitośni. Rajmunda akurat uniosła minimalnie metalową klapę, wsadziła w szczelinę czubek gumowego chodaka i z doświadczeniem absolwenta technikum zastosowała dźwignię jednostronną, prawie łamiąc kij od mopa.
- Aha! - ucieszyła się upiornie, tak upiornie, jak może się cieszyć tylko zgrzana sprzątaczka. - Mam cię!
- Jetzt hab ich dich! - przetłumaczył Stojke (naprawdę wziął sobie do serca rolę narzuconą przez Claya i czekał tylko, aż nadarzy się okazja). Z góry założył, że wszyscy, poza autorem tłumaczonej wypowiedzi, będą znali niemiecki i będzie tak aż do końca wojny. Sadrin zapłakał mu pod nogami.
- Nie, nigdy! - Ragnar nieudolnie chował butelkę bimbru w łowczy strój, jednocześnie panikując i w myślach wzywając brata. Zawsze był jednak dobry w grożeniu, więc rzucił: - Jak mnie nie zostawicie, to Dyer się wami zajmie i rozwiąże waszą zagadkę, a on nigdy nie zostawia nierozwikłanych...
-...alle Rätsel lösen, denn...
- ZAMKNIJ RYJ, STOJKE, NIE SŁYSZĘ CO ON MÓWI! - wybuchnął Clay i aż puścił lufę, co poskutkowało bolesnym lądowaniem. Rolf zamknął ryj, zdziwiony jak wszyscy ludzie, którzy na widok harmonijki reagują radością, a potem Ucelli w nią dmucha.
- Dobra, jasne. Ok. Pardon - powiedział, wzruszając ramionami i sięgając po bletki.
Gdy jarał resztki zioła zmieszanego z tymiankiem (ostało się coś po kieszeniach), Clay już wygłaszał mowę do swoich pokonanych i upokorzonych przeciwników.
- Otóż tak - gadał - najpierw was przesłucham... Gdy już wyciągnę wszystkie informacje, a uwierzcie, że to zrobię - urwał, wyciągając nie wiadomo skąd przepychacz sanitarny - i dowiem się dokładnie, gdzie, z kim i kiedy uderzy Jürgens... To obiecuję wam. Obiecuję wam, jakem Rayton Clay Pierwszy Tego Imienia, jebane śmiecie, że pole bitwy będzie czekać na waszą przegraną kurewsko czyste...
- Proponuję wyczyścić czołg, bo to mniej roboty niż czyszczenie całej drogi - wtrąciła Rajmunda zatroskanym głosem poczciwej pani po czterdziestce. Poklepała po plecach Rolfa i na odległość poklepała też Claya, a Ragnar i Sadrin patrzyli na to związani, zakneblowani i poparzeni Domestosem. - Kochani. Dojedziemy do Moskwy, zamiast iść pieszo. I tamci nas nie zaatakują, skoro jedziemy ich wozem...

Po długiej rozmowie z Feliksem, w trakcie której obiecano mu (w tajemnicy) skórzane stringi, na które z pewnością poleci i Ness, doszło wreszcie do pewnych ustaleń. Dowódca "Drapieżnego" i "Niewykrywalnego" uśmiechał się krzywo i z napięciem, z którego można się wyspowiadać, a Wolf korzystał z jego krótkofalówki, by nie musieć pielgrzymować bez przerwy z jednego pojazdu do drugiego. Zbliżali się do granicy, bowiem Armia Z Kołczem okazała się lepsza niż Armia Bez Kołcza i nagle wszyscy jechali równo, sprawnie, karnie i bez hałasu.
Tylko Ucelli, wraz z Ubermachiną Jürgensa przodujący bojowej kolumnie, nadal powodował swoim Leopardem zupełną niewykrywalność i miarowy spadek morale.
- Halo. Robciu. Odbiór. Wiatr w...
- Nie ma czegoś takiego jak wiatr w kostkach - oznajmił Robert grobowo i dosadnie.
- Jak kurwa nie, jak siedzę u Feliksa na dachu i widzę, że wieje.
Jürgens potarł brwi i odsunął od siebie krótkofalówkę.
- Mówię ci, wieje mi kostką po ryju - dobiegło znowu z słuchawki. Tłumaczenie kapelanowi, że jego kanciasta morda nie ma prawa oceniać obiektywnie kanciastości powietrza, nie miało najmniejszego sensu. Jürgens milczał chwilę, w przypływie zadumy powracając do zagadnienia rzekomej ekwiwalentności wódki i płynu do podłóg. Jak mógł polegać na swoich ludziach, gdy ci bez przerwy gadali od rzeczy?
- Ty masz cegłę zamiast mózgu, Wolfgang - zrozumiał po chwili i wszystko stało się jasne. - Nie będę cię więcej słuchał.
Pięć minut później stał przed hałdą usypanego śniegu, lodu i magicznego północnego wiatru w kostkach, wysoką na pięć metrów i blokującą dalszą drogę. Wyglądało to tak, jakby całą Syberię postanowił ktoś nagle wysypać na Polskę, tuż za granicą z Niemcami, by Jürgensowi utrudnić życie. Jakby tego było mało, w trakcie dwudziestominutowej drzemki (którą zafundował sobie zamiast przespania pełnej nocy trzeci dzień z rzędu) nawiedziła go koszmarna wizja interakcji z jakimś ruskim kotem.
I co teraz?
Miał zawrócić? Gdyby posiadał ogniste moce, cóż, nie byłoby problemu, ale jasne, po co, prawda. Lepiej być tylko Sekretarzem Generalnym.



- To nie jest dobry pomysł, artysto - mruknął Gustav niechętnie. - Ani dobry moment.
Ryszard akurat kończył szkicować wizję przegranej wojny, z wielką niezadowoloną mordą Jürgensa na tle zachodzącego słońca.
- Przyjdzie czas - wyszeptał szyderczo.
- Na co? - spytał kamerdyner podejrzliwie.
- Na rychłą... na inne obrazy - sprostował Rysiek szybko. Słyszał na zewnątrz głosy, zrozpaczone i wściekłe, załamane, ochrypłe, klnące i uzupełniane irytującym brzdękaniem. To było prawie jak muzyka. Prawie jak soundtrack do grania kołcza i potajemnego pławienia się w nieszczęściu bandy debili i oszołomów.
Bo nie doszłoby do tego, gdyby on planował i decydował, zamiast marnować swój talent na uwiecznianie kadrów najżałośniejszego widowiska w dziejach Europy.
Ale cóż. Mógł patrzeć z boku i szydzić.
Może nawet sprawiało mu to przyjemność.
Trochę.
Trochę bardziej niż trochę.[/interlina][/align]

SpoilerShow
i przyjdzie czas na kota na jurgensie, ale nie chce wybiegać w przyszłość zbyt daleko...
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1824
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: O drewnianym czołgu, co brzmiał jak metal - TEKST

Post autor: Kruffachi » 28 lutego 2017, 22:47

(przepraszam :facepalm: )


Sadrin chciał tym razem umrzeć tak bardzo, że może wręcz ostatecznie i na śmierć. Pomyślał nawet, że gdyby miał dość szczęścia, ktoś potknąłby się, idąc za trumną z nim (tanią, pewnie kartonową z odzysku, opakowań po płatkach śniadaniowych i pałertejpa, bo przecież kto by się wysilał dla takiej pierdoły), nadział kolanem na przypadkiem wystający z ziemi gwóźdź i zapłakał na jego pogrzebie. Potem jego dzieci pokazywałyby jego wnukom, że na pogrzebie ich wielkiego magicznego przodka roniono łzy rzęsiste i nawet posokę czerwoną…
Sadrin rozmarzył się.
A potem przypomniał sobie, że nie będzie miał ani dzieci, ani wnuków, bo ten pedalski elf nie miał nawet zwyczajnej fanfikarskiej macicy, i cały plan poszedł się jebać.
Najbardziej pierdołowaty mag w dziejach westchnął i jękną żałośnie.
– Kochaneczku, tak sobie nie pomagasz…
A potem przypomniał sobie jeszcze, że zwisa głową w dół, a całe jego plecy płonął od szorowania szczotką ryżową. Nie wiedział, czym umyto mu włosy, ale te zmieniły się z całkiem pierdołowatych strąków w miękkie fale i w efekcie Sadrin wyglądałby jak jakiś ogolony od szyi w dół spaniel. Gdyby oczywiście nie zwisał.
– Biedne dziecko…
Sadrin zachlipał, bo istotnie był biedny i swędział go lewy pośladek podrażniony szarym mydłem. Wielka i szorstka dłoń poklepała go ze zrozumieniem po głowie, choć musiała się przy tym nieco nagimnastykować.
– Nie wierć się tak, to szybciej skończę.
– Pani nie ma litości…! – jęknął, sam się sobie dziwiąc, że jeszcze nie rozpętał niekontrolowanej rozpierduchy na żywioły, bo przecież to wychodziło mu w życiu najlepiej. – Świat nie ma litości! Chcę umrzeć…! Chcę cierpieć w ciszy…!
W ciszy cierpiał Ragnar, który po zdjęciu kurtki stracił połowę punktów do bojowego zapału. Drugą połowę zabrało gazowanie chlorem i blant wsadzony do jego rozdziawionych ust przez Rolfa w odruchu solidarności, gdyż, jak się okazało, obaj byli spokrewnieni przez gekonie łapki.
– Dziecko drogie – perorowała tymczasem straszliwa rumiana walkiria z trwałą i lekką nadwagą – życie tak już ma, że boli. A Rayton czy nie, mroki średniowiecza trzeba z ciebie wyszorować. Kto to widział! Istne widzące ogrody Semiramidy za uszami!
– Ja powiem…! – smarkał obficie Sadrin. – Ja już wszystko powiem…!

*

Tymczasem jego czystość Rayton Clay wsuwał i wysuwał. Wsuwał i wysuwał raz za razem, nieprzerwanie, niezmordowanie, w tempie przyprawiającym o zawrót głowy nie mniejszy niż unoszące się wokół opary chemikaliów czy brzdękanie Błazna. Patyczek do uszu, który dzierżył w dłoni dzielnie penetrował zakamarki wnętrza czołgu, do których nie zdołała dotrzeć szczoteczka do zębów i usuwał zabrudzenia, którym nie podołało sprężone powietrze.
A kiedy skończył, poczuł, że jest spełniony.
No, póki nie dotarło do niego, że się spocił, a pot ten kapie wprost na wyszorowaną podłogę pojazdu. Cóż z tego, że pot Claya stanowił prawdopodobnie czysty domestos – zaklął, opadł na kolana i począł szorować.
Najważniejsze to nie pozwalać sobie na półśrodki.



– Najważniejsze, to nie pozwalać sobie na półśrodki – oświadczył Robert, który był sekretarzem generalnym i to była jego supermoc. Co właśnie postanowił i podparł dekretem oraz pieczęcią z batata, bo ziemniaki, jak mu powiedziano, wywieziono na Łotwę.
– Ni hu-hu nie przejedziemy – ocenił Dyer, który stał obok, podparłszy się pod boki. Na czym jak na czym, ale na lodzie i śniegu to on się znał. W końcu nie takie oni ze szwagrem w Rudrzrzrz odśnieżali i to przed śniadaniem. – Ale jakbym dostał porządny pień, to bym sobie wystrugał łopatę.
– Albo cały czołg – zachichotał ktoś, ale pod wpływem piorunującego spojrzenia postanowił ukryć swą tożsamość w cieniu.
– Albo gdybym miał tu Ragnara. To bym mu kazał żreć i by żarł. Ale nie, musiał, on zawsze musi.
– Sam jesteś łopata – odparł na to Nean pełnym wyższości i godnego znudzenia głosem. – A TO! TO jest magiczny wiatr w kostkach! Czy ty wiesz, z czym obcujesz?! Czy ty wiesz, jak potężne rytuały?! Jak mroczna magia?!
Dla pokraśnienia dramatyzmu rzucił nieco Żirowego blasku na barierę odgradzającą Czwartą Rzeszę od władzy nad światem. Wiedźma wyczuła chwilę i zamrugała wszystkimi kolorami tęczy, za co oczywiście nekromanta zjebał ją groźnym sykiem. Nie wyglądała jednak na zrażoną, a nawet zanuciła dyskotekowy przebój swojej ulubionej (choć skrycie) grupy (zawsze miała słabość do grzywek):

Deep, love is a burning fire
Stay, 'cause then the flames grow higher
Babe, don't let him steel your heart
It's easy, easy


Co podsunęło Robertowi pewną myśl. W końcu, jako się rzekło, nie posiadał ognistych mocy, ale posiadał moc bycia sekretarzem generalnym. Pogłaskał się po podbródku i zmrużył oczy.
Tak, to się nie mogło udać, zatem wszystko wskazywało na to, że plan jest znakomity.



– Oni…! – Sadrin wypluł kolejną porcję mydlin. – Oni nie mają planu…! – wycharczał.
Dramatycznie rzucał się przy tym po wyszorowanej na błysk błysków podłodze czołgu. Nic go do tego nie zmuszało, ale pomyślał, że to odpowiednie dla ofiary tortur, porwania i przemocy fizycznej, żeby tak tarzała się w konwulsjach po podłodze, pluła (z braku stosownych materiałów po uruchomieniu czołgu Dyera mydłem, a nie krwią) i skomlała. Och, gdyby ktoś mógł go teraz zobaczyć!
Znaczy – ktoś poza Clayem, którego wrażliwość artystyczna kończyła się na ocenie stopnia wykrochmalenia kołnierzyka, i straszliwą Rajmundą subtelną jak Wagner o drugiej w nocy.
Na Rolfa i Ragnara nie mógł już liczyć w ogóle, bo ujarali się totalnie i odkrywali nowe konstelacje na dnie pralki z wszystkimi możliwymi funkcjami świata, w tym osobnym programem do prania mózgów i pieniędzy.
– Jak to – Rayton (he, he – zaśmiał się Ragnar – Rayton! Rayton! Raymunda! Rajton! He, he! Raaaaj-ton!; Roooolf! – zawtórował Rolf) gniewnie zmarszczył brwi – nie mają planu?
– Nie mają…! – jęczał Sadrin, wciąż wdzięcznie odgrywając rolę ośmiornicy z epilepsją. – To wszystko to pierdolona prowizorka jest! A z tego Junkersa żaden generał!
(Heeeendehoh! Ratatatatata!)
(Fruuuuuu! Latający koooościóóóół!)
– Technicznie rzecz biorąc… – zaczęła Mundzia, ale podrapała się po trwałej i zrezygnowała.
Clay zmierzył ją uważnym spojrzeniem, jakby badając, czy z włosów przypadkiem nie opadł jakiś pyłek. Przelotnie pomyślał o załatwieniu wszystkim pływackich czepków. Na tak małej przestzeni, na której pojawiała się realna groźba otarć, ochuchnięć i owionięć, należało szczególnie dbać o higienę i trzymanie swoich rzeczy przy sobie.
– Wypuuuśćcie mnieee…! – zawył Sadrin, ale bardziej dla zasady, bo tu było ciepło i przytulnie, a na zewnątrz rozszalała się jakaś pizgawica.
(A to znasz? Drewniane przedszkole, wszystkie dzieci kooooochaaaaaa…!)



– No, to nie będzie łatwe – ocenił przysłany z podręcznego sztabu sekretarza generalnego ekspert.
– KWIIIK! – dobiegło potwierdzenie z okolicy jego kolan.
Ryszard, siedząc na drewnianym czołgu i szkicując, co popadnie (naprawdę, wszystko mogło posłużyć do szantażu), zmierzył wzrokiem nowo przybyłego. Plotki głosiły, że ostatnie z ostatnich pół życia spędził w pierdlu sąsiadującym z szafą Błazna, ale Maślak stawiał, że to ściema i blondas zwiał z planu niosącej odpowiednie przesłanie propagandowe latynoskiej telenoweli finansowanej przez Roberta, którego prywatna firma musiała prać pieniądze i zacierać ślady po zakupie uzbrojenia, żeby wywiad rosyjski nie zorientował się, że czołgi już powstają. Do tego samego służyło ukrywanie gąsienic w tulipanach sprowadzanych z Holandii przez Edwarda, niby że na ślub Ucellego oraz świec zapłonowych – oficjalnie wyposażenia parafii imić Wolfganga Krone. Wszystko wreszcie zaczynało składać się w całość.
Malarz nie był tym faktem szczególnie zachwycony, bo to oznaczało kolejną zmienną, a on już, już wiedział, jak dyskretnie pchnąć Neana w kierunku próby zamachu stanu.
Tyle dobrego, że nowy przyniósł prowiant.
– Dobra, odsunąć się!
– KWIIIK!
– Odsunąć się bardziej!
– KWI-KWIIIK!
Jebnęło płomieniem zaiste wykurwistym. Pierdnęło solidnie jak wybuchającą cysterną. Osmoliło, przypiekło, ale – co najważniejsze – roztopiło. Wiatr w kostkach rozjechał się u stóp Jürgensa na lśniących w dogasającym ogniu falach błota. I on musiał w końcu złożyć pokłon Czwartej Rzeszy.
– Wunderbar – powiedział Robert raczej godnie niż entuzjastycznie. – Niniejszym za twe godne czyny…
– KWIIIK!
– …uznaję cię własnością…
Ale, co Ryszard zauważył z niejaką satysfakcją, ani blondie, ani jego samobieżny prowiant nie słuchali, wykonując właśnie synchroniczny błotny ślizg na brzuchu.


W ten sposób nikt nie zauważył, jak do wendi-czołgu powoli podkrada się dziki Ikava z lasu.
– Mam cię! – sapną tryumfalnie, chwytając za sarni ogonek.[/align][/interlina]
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: O drewnianym czołgu, co brzmiał jak metal - TEKST

Post autor: Siemomysła » 18 marca 2017, 10:57

Dzień dobry, Szanownemu Państwu!
Zdaję sobie sprawę, jak wielkim jestem rozczarowaniem w tym miejscu. Lecieliście na pewno, nie bacząc na przeszkody, z ryjami ucieszonymi kolejną odsłoną, a to tylko Siem, która nie chce już Czołgów przegapiać, więc wpadła na POMYSŁ.
Mam nadzieję, że te kilka urokliwych zdjęć osłodzi Wam rozczarowanie :u:

Obrazek

Komentarz zbędny.

Obrazek

Powyżej Gunterstaw ze swoimi dwoma Wolfami (plansze do gry "Scythe"). Jako że jakoś słabawa podaję linkasa do dzieła Jakuba Różalskiego, który te cudeńka rysuje: https://stonemaiergames.com/wp-content/ ... _small.jpg <3

Obrazek

RoboKrowa na ostatniej foci wykonana ręcami Fryy i Ulva.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: O drewnianym czołgu, co brzmiał jak metal - TEKST

Post autor: Kanterial » 18 marca 2017, 15:43

Rysiek dawno już postanowił, że sabotaż to będzie jego drugie imię, chociaż przez chwilę wahał się, czy jednak nie lepiej byłoby mieć "sabotaż" na nazwisko. Potem jednak przypomniał sobie, że wcale nie nazywa się już Maślak, więc nie jest aż tak żałosny, a poza tym znał człowieka o nazwisku Żelazko i to nazwisko było jeszcze gorsze od Maślaka i prawie tak złe jak twarz po spotkaniu ze stopą prawdziwego żelazka, ale taką twarz miał tylko Jürgens w dowodzie i nikt nawet o tym nie wiedział. Dlatego Ryszard, gdy już uspokoił się i postanowił zostać sabotażystą, miał na głowie tylko jeden problem - jak rozpierdolić armię Czwartej Rzeszy od środka.
I choć pomysł na podpuszczenie Neana i użycie jego mrocznych mocy był całkiem niezły, Rysiek nie mógł wcielić go w życie. Nie, bo pojawił się ten cholerny argentyński blondas rodem z planu filmowego, po czym okazało się, że włada płomieniem i ot tak roztapia na zawołanie pół Syberii.
Cała radość, którą Ryszard czuł, patrząc na tony śniegu, rozpłynęła się żałośnie w zwały błota.
Ale nie miał zamiaru się poddawać.
Nie.
Bo każde gówno da się wcisnąć klientowi. I każde gówno da się wykorzystać podczas sabotażu. Jak nie śnieg, to błoto, proszę bardzo, a tych, co będą mi stali na drodze, najpewniej rozjedzie tramwaj - postanowił Rysiek zawistnie (nikt nie wiedział, że Elka mu kiedyś podpadła).
Siedział na czołgu Dyera i bazgrał zawzięcie coraz dramatyczniejsze szkice. W tle wielki wódz Robert przemawiał do swoich ludzi i udawał, że wcale mu nie wadzi brak posłuchu. Błoto trochę jeszcze kipiało, ktoś tam wydawał jakieś dziwne dźwięki z tyłu czołgu (Rysiek postanowił nie sprawdzać, o co chodzi) i ogólnie wszędzie panował chaos. Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie zapach... kadzidła zalanego alkoholem?
- Że niby ja bym tak nie umiał? - Wolf pojawił się znikąd i prawie zepchnął Ryśka z nadwozia, siadając bliżej niż powinien. Artysta dostał zawału. Szkicownik wypadł mu z rąk, z mlaśnięciem wpadł w błoto i poszedł się jebać wraz ze wszystkimi szkicami przegrywającego Roberta, Roberta-żelazka i Roberta-nawet-nie-sekretarza-generalnego. Był też rysunek Sadrina, który wcale nie wyglądał jak Sadrin, ale to tajemnica.
- Do cholery - wycedził Ryszard przez zęby.
- Serio? Kurwa mać? Musiał sobie sprowadzać jakiegoś... co to w ogóle, kto to ma być, co? Moje płomienie już nie wystarczą? A nie mówiłem "Robert, czołgi to za mało, daj nam miotacze ognia"? Nie? Nie można było po staremu tego załatwić? A w ogóle to jak teraz niby przejedziemy? Co? Co ten palant narobił? Wszędzie jest błoto? Tak, wszędzie jest błoto - pieklił się kapelan, do głębi (do cna) zraniony decyzją Roberta i płomieniami Miguela - i niby jak przejedziemy przez błoto? Ruscy by mogli, jasne, oni mieli T-34, dobry na błoto, szerokie gąsienice, ALE MY NIE MAMY T-34, HA, ROBERT, CHYBA CZEGOŚ NIE PRZEMYŚLAŁEŚ. Ja bym osobiście nie polegał na jakimś typie z więzienia, kto wie, co on robił w przeszłości. A jak brał narkotyki? A jak upuszczał mydełko? A CO JAK ON JEST NIEWIERZĄCY.
- Stój. - Ryszard uniósł dłoń uzbrojoną w ołówek. - Powiedziałeś "T-34"?
- W Polsce się mówi "Rudy Sto Dwa", przepraszam, faux pas. Gdybyśmy mieli, to byśmy przejechali. Ja bym był Hansem Kosem, ty byś był Gruzinem, a tego prosiaka bym nazwał "Szarik", wiesz - Krone wskazał na świnkę trzymaną przez Miguela. Argentyńczyk akurat wypinał pierś, by mu na nią przypięto Krzyż Żelazny. Jürgens z zaciśniętymi ustami babrał sobie palce błotem, próbując złapać objeżdżające zapięcie i przytwierdzić odznaczenie do ociekającej gęstą mazią koszuli.
- Księże - rzekł Ryszard uroczyście. - Jesteś genialny.

- Tak sądzisz? - zadumał się Jürgens.
- Nie mówię, że wszyscy powinni się przesiąść z Leopardów - ciągnął Rysiek konspiracyjnie - jednak gdybyśmy mieli kilka mniejszych czołgów, sprawniejszych, lepszych na... błoto, na przykład. Rozumie wódz.
- Rozumiem. Chciałbyś wysyłać zwiad. Rozeznawać teren.
- Otóż to.
Siedzieli we dwójkę w pustym pojeździe Jürgensa. Ryszard zażyczył sobie spotkania w cztery oczy chwilę po tym, jak Robert ogłosił, że jego Armia dostaje czas wolny aż do zastygnięcia błota. Wcześniej przeprowadzono próbę szturmu, jednak skończyła się ona zatkaniem jeżdżącej harmonijki Feliksa i wielką awanturą o to, czym ją należy przedmuchać.
- O jakich więc czołgach myślałeś? - spytał Robert, składając dłonie w piramidkę (co też pewnie było jego super mocą?) i sadowiąc się w legendarnie niewygodnym, jak na standardy wodza, siedzeniu.
- O tych, które pokonały błoto w latach czterdziestych.
Jürgens zmrużył oczy, wspominając ciężkie losy swoich przodków walczących w Rosji.
- Tych - rzekł.
- Tych.
- I skąd ja ci wezmę T-34, Meyer.
- Wódz ma na głowie wiele ważniejszych spraw. Tę proszę zostawić mnie. Jak obaj wiemy - Rysiek uśmiechnął się ze złośliwością godną prawdziwego Posenera - znam się na perswazji.
To, że właśnie uzyskiwał zgodę na napisanie do Rosjan z prośbą o pożyczenie czołgów na czas wojny z Rosją, by wsypać Jürgensa, wcale nie było szczytem jego złośliwości.
I wtedy ziemia zatrzęsła się od dźwięków niechybnie płynących z Wendi-Radia; muzyka przeszła wibracją przez wszystkie metalowe części Leoparda i wybuchła na zewnątrz hitem Yeah Yeah Yeahs - "Heads Will Roll".
- Popełniłem błąd - szepnął Jürgens ze zgrozą.

Czas wolny istotnie nie był najlepszym pomysłem, na jaki mógł wpaść wódz Wielkich Niemiec.
- Dajesz! Dawaj! Leć!
- Szarik! DO NOGI!
- Weź rozbieg, rozbieg!
Obok grupy praktykującej ślizgi błotne w ślad za Miguelem i jego świnką zebrało się paru kibiców. Błazen brzdękał z pasją, dopingując Dyera, który postanowił pobić rekord Argentyńczyka i właśnie szykował się do pierwszej z trzech prób. Jako mieszkaniec Ruzrdzdrudz miał doświadczenie w podobnych warunkach (w końcu kto polował na wendigo, zakamuflowany warstwą rozmokłej ziemi i gałęzi?).
- Pamiętaj, rób to z uczuciem, włóż w to całe serce! - darł się Miguel, bo z natury był altruistą i nawet nie wpadł na to, że może stracić tytuł błotnego mistrza. W traceniu różnych rzeczy był, nie chwaląc się, całkiem niezły. Dla przykładu - stracił między innymi skrzydła. A reszta? Co oni niby stracili? Trzeźwość albo, w porywach, dziewictwo. Nic wielkiego.
- Och! A gdybyśmy go wystrzelili z lufy, Zoltan, co, co ty na to? Pobiłby ten rekord! - zachwycony Błazen zamachał berłem i uwiesił się błagalnie na magu, co Zoltan przyjął ze stoickim spokojem, z którego słynął na wszystkich mostach, które zdążył spalić w swoim długim i burzliwym życiu.
- Nie. Nie wystrzelimy Dyera.
- To może chociaż Tkaczuka...?
Gdzieś dalej Nean z Wolfem pastwili się nad świnką Miguela, bo zdążyli rozpalić ognisko i nie mieli czego wrzucić na ruszt. Nekromanta w skupieniu pochylał się nad swoim przenośnym zestawem do nekromancenia i fundował zwierzęciu makabryczny tor przeszkód; martwe dłonie wystrzeliwały spod ziemi i próbowały chwycić ofiarę. Oszalała świnka nakurwiała driftami i slalomem, wyskakiwała w powietrze jak na zawodach Red Bull X Fighters i tak uparcie nie dawała się pojmać, że Krone postanowił odprawić nad nią egzorcyzm.
- Patrz, kurwa, takie krótkie nóżki! A jak spierdala! - irytował się, nie mogąc nawet nakreślić prawilnego krzyża na ruchomym targecie.
- Spokojnie, nie takim wyzwaniom sprostałem - zapewniał Nean. - Raz nawet była taka scena, że leżałem bez koszuli i...
- Dobra, zajmij się świnką. Już wymyśliłem, jaki kit o ascendencji pocisnę temu całemu... Jak mu tam, nieważne, kurwa mać... Feliks! WARA OD KROPIDŁA!
Ucelli przyśpieszył, wrzucając szósty bieg z dopiskiem "Ness" i zniknął za rzędem zaparkowanych równo Leopardów.
- Nie martw się, Edward - wydyszał chwilę później, dotarłszy do swojej maszyny. - Już wiem, czym go wyczyszczę. Znowu będziemy brzmieć. Znowu będziemy niewykrywalni! Myślałem właściwie ostatnio, czy nie ulepszyć Drapieżnego, w końcu na wodzie element zaskoczenia też jest istotny. Nie sądzisz?
Edward ukrył twarz w dłoniach.

- Jak to? - zdziwił się Jurij. Akurat opędził się od zgrai kotów i skończył mierzyć na spojrzenia ze znienawidzonym Stefanem Iwanowiczem Petrowem Trzecim. - Od kogo ten list?
- Mówię, że nie bardzo rozumiem - odburknął Borys. Kolejny raz próbował pojąć, o co chodzi w tajnej wiadomości adresowanej na Moskwę. Kopertę dzisiejszego ranka przywiała mu Falborg (wraz z resztkami błota i Zachodnio-Europejskim wiatrem). - To uważaj, czytam od początku.
- Już uważam.
- Nie, nie uważasz, dalej rozmyślasz o tej sukience.
Jurij zacisnął zęby, bo istotnie planował poćwiczyć sztukę kamuflażu i wybrać się w białej sukni na obrzeża Moskwy.
- Więc tak - Borys odchrząknął - czytam: wielce szanowni mieszkańcy oblodzonego miasta. Zwracam się z prośbą o pomoc. Planuję zdobyć wasze miasto, ale brakuje mi czołgów. Przyślijcie. Najlepiej rudego. Gorące pozdrowienia z Polski. Podpisano, niepołączony sekretarz. Pe-es, mam obiad atomowy.
- Że co?! - zapluł się Jurij. Podłoga wokoło zaczęła pokrywać się szronem, podobnie jak kanapa, na której Sabaka siedział. Jeden z kotów objechał po zamarzniętej poduszce i jebnął o panele.
- Widzę to tak, Jura - westchnął Borys ciężko. - Ktoś próbuje wrobić Jürgensa w wojnę z Rosją i liczy, że się na to nabierzemy.
- Ale... Co, jak, nie, bez sensu...
- Wiem. Na dodatek chcą, żebyś przyjechał.
- Kurwa! Nie tylko ja jestem rudy w Moskwie, idioto!
- ...
- Dobra, wiem. Jesteśmy tu sami.
- Właśnie.
- Niech to Dziadek Mróz spizga...
I właśnie wtedy przez okno wleciał wyszorowany do białości, wygotowany i wykrochmalony gołąb pocztowy. Ledwo wylądował i wyciągnął posłusznie nóżkę, a wszystkie koty jak na gwizdek rzuciły się w jego kierunku. Z ponurego (ale czystego) kłębowiska latających piór i krwi cuchnącej chlorem, Borys nie bez trudu wyszarpnął ptasie odnóże i przytwierdzoną do niego wiadomość.
- Ja jebię, dobra, mam. Uwaga, skup się. Skup się, Jurij, kamuflaż kiedy indziej! No. Czytam: wielce szanowni mieszkańcy oblodzonego miasta. Na Moskwę ruszyła ofensywa niemiecka. Brzmi to niedorzecznie, jednak Robert Jürgens zebrał armię i postanowił uderzyć zimą. Aktualnie przebywa na terenach Polski. W ramach waszej wdzięczności za tę poufną informację wagi państwowej, przyjmę ofertę pracy na pełen etat i zgodzę się na połączenie sił. Oferuję usługi porządkowe, odkażanie, sprzątanie zwłok, czyszczenie parą, pranie dywanów etc. Jednocześnie zaznaczam, że przejrzałem plany Jürgensa i wraz z moimi zakładnikami planujemy wziąć udział w starciu o Moskwę po waszej stronie. Podpisano, Rayton Clay, czystość przede wszystkim, nie tylko rasowa.
Zapadła napięta cisza, przerywana tylko cichym brzęczeniem utworu "КАТЮШA" ze zdezelowanego, odmrożonego radia.
- Borys, miałeś rację.
- Dokładnie. Tak podejrzewałem. Żałosna próba podszycia się pod Niemców i zaraz potem oferta współpracy.
- Wiesz, co zrobimy? - Jurij wstał zamaszyście i porwał z podłogi nieco poturbowanego i pozbawionego futra Stefana (...) Trzeciego. - Wyślemy im to! Z prześmiewczym dopiskiem, że jest rudy.
- Ale Kai...
- Jebać Kaia! Tu chodzi o honor Rosji! Nas nie da się oszukać! Niech tylko ten cały Rayton Clay się pokaże...[/align][/interlina]
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1824
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: O drewnianym czołgu, co brzmiał jak metal - TEKST

Post autor: Kruffachi » 27 marca 2017, 18:21

Trudno jest być mrocznym i zajebistym ze smalcem ściekającym po brodzie, ale Nean potrafił nawet to, bo wszak potrafił wszystko. Wydobył z czeluści czarnego płaszcza czarną chusteczkę w małe jeszcze czarniejsze czaszki wyszywane włosami matkobójców gotowanych w oleju, wskrzeszonych, nadzianych na pal i wskrzeszonych raz jeszcze, po czym pełnym nekromanckiej godności ruchem otarł swą niby chudą, niby skóra i kości, ale jednak wykurwiście przystojną twarz.
– Delikatne mięso, zaiste – ocenił ze znawstwem, pozbywszy się tłuszczu także z ust.
– Zawsze powtarzam – mlasnął ukontentowany Wolf, który akurat godność miał tam, gdzie pingwina, tylko z drugiej strony – że młódki są najlepsze.
Kluczem do sytej kolacji okazała się współpraca. Krone miotał się, kreśląc w powietrzu rozpaczliwe krzyże, aż do Neana dotarło, że to jak „X”, tylko przekręcone i użył kapelana jako celownika dla morderczego zaklęcia. Raz dwa, zamotał sutanną, obezwładnił ofiarę i oparł jej brodę o kamień, a krocze o swoje kolano, nim egzorcyzmująca ręka zdążyła się zorientować, co jest grane, i przestała wymachiwać. Bezbłędnie trafiona w locie świnka zastygła, zamachała raciczkami, wykręciła ogonkiem, a potem szybko zamieniła się w pieczyste, którego zapach ściągnął jeszcze Tkaczuka. Choć możliwe, że wcale nie ściągnął, a młody adept rozpierdolu znów zaplątał się niby przypadkiem w Neanowy płaszcz i przeczekał, aż Błaznowi przejdzie ochota na wystrzelenie go z lufy.
Wolf beknął z czułością i oblizał kosteczkę, na co Nean uśmiechnął się pod nosem z mroczną satysfakcją. Był wielkim i potężnym magiem, jedynym, który wrócił z Północnej Równiny bez odmrożonej dupy (czy jakiejkolwiek dupy poza swoją, ale cicho, sza, tragiczne backstory o tym, jak nie zaliczył, jesteśmy zbyt trzeźwi), więc nie zniżyłby się do myślenia jedynie w perspektywie kolacji. O, nie. Miał plan. I jeśli się nie mylił, ten cały El Rodriguez de Jalapieno będzie go teraz na kolanach błagał o odrobinę wieprzowej nekromancji i wyjawienie, kto dopuścił się tak potwornego czynu. Dwie pieczenie na jednym ogniu – otwarta droga do dilu z napalmem i uzależniającego długu, tfu!, życia u Wolfa, o którym powszechnie wiedziano, że przez niemieckość ma specjalne względy u Jürgensa. A może nawet – Nean uśmiechnął się pół nekromanckiego milimetra szerzej – jeszcze zabawniej będzie przyjąć przysięgi i nie dotrzymać obietnic.
Och, naprawdę nie musiał być wodzem. Byleby wszyscy robili to, co im każe. Mistrz najczarniejszej z ciemnych sztuk myślał o tym i wieczór byłby zaiste piękny, gdyby nie dochodzące z oddali wrzaski i uciążliwa muzyka, ale i na to znajdzie się sposób. Kiedy już wszyscy będą robili, co im się każe, rozkaże się im zamknąć mordy. Na zawsze.
– Żem się obżarł – westchnął Wolf, rozciągając się na trawie. Bezbłędnym ruchem pomacał się po boku i wydobył piersiówkę z kieszeni sutanny. Pociągnął i uśmiechnął się jak pedofil u bram przedszkola. – Musimy robić to częściej.
I wtedy nagle Nean to poczuł. Coś w jego głowie zaświergotało. Chwycił się za gardło i wciągnął gwałtownie powietrze.
– Zdradzono nas! – wycharczał dramatycznie. – Otruto! Świnia była na speedzie…!

*

Pół palca! Jebane pół palca i byłoby po sprawie!
Dyer wiedział, że musi się skupić. Została mu ostatnia próba na pobicie rekordu i obronę honoru Rudrz. Więc skupił się bardzo mocno, skupił się jak admin nad panelem albo Czachowski nad pisownią „kórwa”, wziął rozbieg i runął przed siebie przez błotną ślizgawkę.
Jeb! – jebnął szeroką klatą o podłoże.
Plask! – rozplasnęło się błoto i wszyscy stojący wokół oberwali mazią.
– Woooooow…!
Dyer leciał i leciał, desperacja, honor łowcy i dyskretnie i tajniacko wygolona klata niosły go hen!, aż nie wyrżnął głową w drewno. Taka historia życia. Taki styl, wszystko pod kontrolą, to było zamierzone.
Jęknął głucho i wyjął ryj z błota. Na głowę osypało mu się nieco kory i liści. To była dobra kora i Dyer poczuł dreszcz zadowolenia, choć możliwe też, że pomylił zadowolenie ze wstrząsem mózgu.
Wyjął maź z oczu i zobaczył buty. Bynajmniej nie skórzane i nie epickie.
– Ekhm, przepraszam… Pan Dyer Łowca z armii Wodza Czwartej Rzeszy…? – spytały buty. – Młodszy podupośledzony I Panzerkompanii?
– Humpf.
– Jestem listonoszem – wyjaśniły buty. – Mam przesyłkę dla Wodza do rąk własnych. Którędy?
– Humpf – Dyer wskazał kierunek.
Niemal w tym samym momencie Błazen brzdęknął tryumfalnie nad jego głową.
– Nowy rekord! – oznajmił radośnie. – W nagrodę możesz być wystrzelony!!! Wystrzelooonyyy…!
– No już, już – przewrócił oczyma Zoltan. – Wszyscy wiemy.
– Ale z tego Wodza to jednak równy gość – cieszył się dalej Błazen. – Przecież wystarczyło, żeby raz jeszcze dmuchnąć ogniem i mielibyśmy piękną glinianą drogę! Ale nie! Pozwolił nam zrobić zawody! Ja go chyba lubię.

*

Robert zmrużył oczy i przyjrzał się paczce podejrzliwie.

J.p.r.d.l. R. R. V. S. G. L. Jürgens Wódz Czwartej Rzeszy
Czarny Leopard „Love&KurwaPeace”
66-666 Bagno


- głosiła naklejka z adresem.
– Hm.
– Piszą, że w środku jest „Rudy” – zauważył Wolf, zaglądając krajanowi przez ramię, a potem roześmiał się gromko, zakasał sutannę i poszedł biegać wokół świerku, na którym siedział Nean i śpiewał piosenki z nekromanckich musicali bez płaszcza i koszuli, choć co dokładnie było bez płaszcza i koszuli godność nie pozwala napisać.
– A mój czołg wydaje dziwne dźwięki – dodarł Dyer.
– A ja zgubiłem szynkę – dodał Miguel.
– A moja mama jest policjantem i wsadzi was wszystkich do więzienia – brzdęknął Błazen.
– Nie jestem pewien, czy powinieneś otwierać tę przesyłkę, panie – zasugerował konspiracyjnie Gustav, bo przecież dla wszystkich było oczywiste, że taka myśl postała w umyśle Roberta samoistnie – to może być pułapka.
– Wiem! – warknął Jürgens.
– Przecież napisali, że „Rudy” – żachnął się Ryszard, już zajmując odpowiednią pozycję do uwiecznienia momentu rozerwania Wodza przez ukrytą w paczce bombę.
– Coś mały – mruknął Zoltan.
– Może rozłożyli na części. Albo jest dmuchany.
– Gustawie. Nóż – warknął Jürgens, mając dość tych czczych dyskusji za swoimi strzelistymi plecami.
– Panie…
– Gustawie. Nóż. Powiedziałem.
Kamerdyner nawet nie westchnął. Upewnił się jedynie mentalnie, że wie, gdzie zostawił apteczkę i podał rzeczone narzędzie. Robert przeciął taśmę z niemiecką precyzją i wieczko pudełka odskoczyło.
Rozległ się wrzask, pisk, rozpaczliwy miauk i nagle Wódz Czwartej rzeszy nie miał twarzy, tylko kota. Cztery komplety małych, ostrych jak igły pazurów wbiły się w skórę, gdy przerażony do cna Stefan Ivanowicz postanowił bronić swego życia, za cenę dowolnej ilości cudzej krwi. Robert odruchowo chwycił go oburącz za ogolone cielsko i usiłował usunąć, co wywołało jeszcze więcej pisków i wrzasków.
– Niech wódz nie ciągnie! – usiłował instruować Gustav, ale bezskutecznie.
– ZDRAAADAAA! – wył Robert spod kota.
– ZDRAAADAAA! – zawtórował mu Miguel, który odkrył resztki ogniska i kolacji.
– ZDRAAADAAA! – potwierdził Zoltan, zły, że nikt nie podzielił się z nim pieczystym.
– ZDRAAADAAA! – wrzasnął Dyer, gdy zobaczył, że jego wendi-czołg, jego kochane drewno zabawia się z jakimś jebanym albinosem.
– ZDRAAADAAA! – zawtórował Błazen tak dla zasady i brzdęknął entuzjastycznie.
Rysiek szkicował z takim zapałem, że aż mu dym poszedł spod ołówka.
– Taaaak… Dooobrzeeee… – mruczał do siebie, patrząc, jak Jürgens pada na kolana pokonany. A ponieważ na każdy towar znajdzie się kupiec, już rozważał, której ze stron sprzeda szkice.

*

Nie wszystko poszło tak, jak Nean założył, ale z czystym sumieniem składał to na karb zdradzieckiej nafaszerowanej wieprzowiny. Kiedy odzyskał jako taką władzę nad własnym mózgiem było już zdecydowanie za późno.
– Wiesz, stary – Wolf siedział obok zgaszonego Miguela i klepał go po łopatce – tak to już jest. Ludzie przychodzą i odchodzą. Świnki też. Krąg życia, macybeniabatakikibaba, te sprawy. Ale coś ci powiem. Tak od serca – zatchnął się dramatycznie. – Ona jest teraz w lepszym świecie.
– Była moją przyjaciółką – smarknął Argentyńczyk. – Nikt mnie tak nie rozumiał jak ona! Nikt!
Nean przewrócił oczyma.
– Tak, była wspaniałą świnką – przyznał Wolf ze współczuciem. – Najlepszą, jaką znałem. Pełną niepowtarzalnych cnót. Kruchutką. Ciut rozmarynu i… Ale nie możesz wiecznie trwać w żałobie, stary. Ile to już?
– Trzy godziny – smarknął Miguel ponownie.
– To strasznie długo! Nie możesz spędzić życia na opłakiwaniu kotle… przyjaciółki! Ona z pewnością by tego nie chciała.
– Dziękuję, Wolf… – Kapelan z przerażeniem skonstatował unoszenie się sutanny, a potem wydmuchiwanie nosa. – Jesteś prawdziwym duchowym wsparciem…
– Zresztą powiem ci coś jeszcze, coś, czego nikt inny ci nie powie, bo to wielka tajemnica. Świnki po śmierci ascencen… dentują…
– Co robią? – Argentyńczyk spojrzał na kapelana bez zrozumienia.
– Ascendementują, Ramirez.
– Miguel. Ramirez mam na czwarte.
– No. To znaczy, wiesz, przechodzą na wyższe stadium istnienia.
– Jakie…?
– No wiesz… Na przykład, o – Krone wydobył zanadrza puszkę po konserwie – w mielonkę. Albo pieczyste. Mmm, taki pieczony nad ogniem prosiaczek, mówię ci, delicje. Trzeba tylko pilnować, żeby się opiekł na złoto i żeby odpowiednio wytopić tłuszczyk, wiem, Rolf mnie nauczył i…
Nean sfejspalnował, aż poszło echo.
– Co.
– W mielonkę. To bardzo szlachetne i pożyteczne…
– Nie to. To o pieczonym nad ogniem prosiaku.
– Ach, to! – Wolf machnął ręką. – Nie bądź zły, wojna to nie jest dobry czas dla małych świnek, jestem pewien, że to zrozumiesz, że głodująca armia…
Krone nie dokończył, bo grzmotnął plecami o bok Leoparda.
- Nie w szczepionkę!
– Ciekaw jestem – wysyczał Miguel – co powie głodująca armia na pieczonego kapłona.
– Mówi się „kapłana”.
– Wiem, co mówię.
– Jestem kanciasty! – zastrzegł Wolf, czując, że sutanna zaczyna mu się rolować od gorąca. – Stanę ci w gardle trzy razy!
I pewnie byłby zrolował się cały, gdyby nie Nean.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Prophet
Straż! Straż!
Posty: 152
Rejestracja: 28 czerwca 2013, 18:30
Lokalizacja: Wrocław

Re: O drewnianym czołgu, co brzmiał jak metal - TEKST

Post autor: Prophet » 02 kwietnia 2017, 16:07

SpoilerShow
Za odcinek podziękujmy Siem i Kanterial, bo mi podsunęły pomysł :3
Wolfgang Amadeus Krone, Naczelny Kapelan Czwartej Rzeszy i Niekoniecznie Żywe Pieczyste ocknęli się jednocześnie, z całą masą pytań zawisłych bez odpowiedzi niczym zdrowie psychiczne Błazna po spotkaniu ze złodziejem dzwonków kilka lat temu. Nie mieli jednak szansy zdziwić się tym spotkaniem, bo chwilę później jakieś siwe skrzyżowanie człowieka z gołębiem (zapewne pozostałość po krochmalonym gołębiu Raytona) pieprznęło im w twarze (i ryjki) światłem równie jasnym i czystym jak uśmiech kolesia z reklamy Wiziru. Wtem otworzyły się niebiosa... wróć. Niebiosa, jak był przekonany Krone, były raczej z drugiej strony i na pewno nie było tam wideł, zaparł się więc rękoma i nogami o ściany pomieszczenia zawisając nad przepaścią w dość niewygodnym szpagacie. Pieczyste zakwiczało przeraźliwie, próbując zniknąć z pola rażenia i w efekcie znalazło się na głowie Kapelana, uczepionego Wolfowego paska od pingwina, który nie wyglądał na zbyt tego faktu zadowolonego. Nie trzeba chyba uświadamiać, że nieubłagane prawa fizyki działały także w wymiarze duchowym, więc osobliwa konstrukcja poczęła powolutku i nieubłaganie zsuwać się coraz niżej. I niżej. Wolf już, już widział siebie nabitego na widły, albo i jakiś piekielny rożen i demony po raz odkrawające z niego co mięciejsze kawałeczki, ocierające pyski czarnymi chusteczkami w czarne czaszki i mlaskające z zadowoleniem, gdy znów pieprznęło mu w ryj światłem i stracił przytomność w akompaniamencie dzikiego kwiku sprzeciwu.
*dwie godziny wcześniej*
A przecież to było tak proste, prawda? Zejść z cholernego drzewa i uratować kapłana przed upieczeniem. Ale nie, kurwa, musiało stać się inaczej, bo przecież świat go nienawidził tylko trochę mniej niż Sadrina, a to zobowiązuje. Najpierw wyrżnął nekromancko tyłkiem w najgłębszą kałużę, a potem, biegnąc na pomoc, oberwał nisko lecącym Tkaczukiem. W efekcie zamiast znaleźć się bliżej, znalazł się o wiele dalej od celu niż zamierzał.
- JA PIER... - stęknął, gramoląc się spod ogłuszonego dzieciaka. - Może być jeszcze gorzej?
Jakby w odpowiedzi na pytanie okolicę rozświetliło ogromne ognisko emanujące czystą nienawiścią i chęcią opieczenia Wolfa na chrupko. Co się chyba udało sądząc po okrzykach radości wśród obserwatorów. Szlag by ich.
- Co tu się dzieje?
Nean spojrzał w bok, wprost na Jego Strzelistość Jurgensa Z Kotem Na Ryju. I jakoś nagle zaschło mu w gardle. Zakaszlał nerwowo.
- Więc?
- Em... robią pieczyste.
Robert spojrzał na nekromantę podejrzliwie. Choć mogło to mu po prostu wejść w krew po całym dniu obserwowania nie-rudego kota z Moskwy. - Z czego?
- Co z czego? - spytał naiwnie licząc, że nie będzie musiał odpowiadać.
- Z czego pieczyste - wysyczał dowódca.
- Z kapłana?
- Co... - Jurgens w jednej chwili zrobił się zarówno czerwony jak cegła (rozgrzany jak pieeec!~) i blady niczym dupa Neana. Po czym odetchnął głęboko i wrócił do normalniejszej kolorystyki. - Cóż. Nean, będziesz w stanie wskrzesić tego idiotę?
Jego Mhroczność spojrzał na odległe zbiegowisko. W jego głowie zakiełkowała pewna myśl i miał zamiar wcielić ją w rzeczywistość, czy tego chce, czy nie.
- Nigdy mi się to nie udało z pieczystym - odparł udając niepewnego. - Mogę spróbować, ale nie gwar...
- Dość - przerwał mu Robert. - W takim razie weź go pochowaj, nie wiem, zakop gdzieś z boku żeby nie przeszkadzał... - westchnął z rezygnacją. To był jeszcze całkiem dobry kapłan, nawet jeśli miał nierówno pod sufitem. - Weź Błazna do pomocy.
- Oczywiście.

***
Błazen okazał się nieco zbyt rozmownym towarzystwem, ku rozpaczy nekromanty.
- A tak właściwie czemu to robimy? - spytał trefniś, pomagając zebrać resztki pieczonego kapłana po hiszpańsku.
- Bo Jurgens chce mieć kapelana.
- Ale...
- Jeszcze jedno "ale" i to ciebie będzie trzeba wskrzeszać - wysyczał Nean.
- Rety, coś ty taki nerwowy dzisiaj?
- Bo ktoś we mnie jebnął nieletnim magiem!
- Było nie wchodzić na linię strzału.
- Było nie strzelać... - wziął głęboki oddech. - A właściwie czemu wystrzeliliście akurat tego idiotę?
- Bo Dyer nie chciał się zmieścić do lufy. - Trefniś wzruszył ramionami, jakby to było oczywiste. W sumie Nean nie zamierzał bardziej w to wnikać. Właściwie powinien podziękować, bo po oberwaniu łowcą pewnie sam potrzebowałby nekromanty.
- No dobrze, uznajmy to za wyjaśnienie. A wyjaśnisz mi może czemu nie powstrzymaliście Dyera i tego jego bladego kumpla przez ZEŻARCIEM pieczeni z Wolfa?
- Ja tam nie wiem, byłem zajęty. Ale podobno... o, jeszcze jedna kostka... - podniósł z błota jedno z żeber - podobno powiedział, że pieczyste to pieczyste i nie takie rzeczy ze szwagrem się jadało kiedy zwierzyna nie dopisywała... Więc nikt nie chciał podzielić losu biedaka. - Brzdęknął smutno wyjętym jak spod magicznej pelerynki berłem. Tylko bez pelerynki. Gdzie on do diaska trzymał to diabelstwo, Nean nie chciał wiedzieć.
- Mhmm... - skwitował, w skupieniu szukając brakujących palców. Całkiem możliwe, że zostały zjedzone razem z kośćmi i już się nie odnajdą, ale zawsze warto spróbować.

*dwie godziny później*
Dzielny Główny Nekromanta Czwartej Rzeszy zebrał to, co pozostało po kompanie w świecie doczesnym. Starannie ułożył resztki na ziemi, uzupełniając ubytki tym, co pozostało po wieprzku. Nadał brakowało kilku małych kostek, ale i to udało się załatwić, wysyłając Błazna na najbliższy staw, by przyniósł mu szkielet łabędzia. Wprawdzie jeszcze nigdy nie próbował łączenia bytów, ale wszystkiego kiedyś trzeba spróbować, prawda? Zwłaszcza, że teorię jako tako znał. To znaczy czytał o tym. To znaczy oglądał obrazki. A właściwie obejrzał okładkę księgi. Wiedział więc co robi, łącząc wszystko w całość, a był to iście szatański plan dowalenia Jurgensowi za przymusowe obcowanie z tą bandą kretynów, zwaną przez nich samych armią.
Wyrysował dookoła truchła losowo wybrane symbole, bardziej dla obserwującego to dziwaka, niż z potrzeby ich wykorzystania. Wyciągnął chude ramiona nad kośćmi i przywołał moc. I wtedy poczuł, że to nie będzie takie proste jak się spodziewał. Dopiero po godzinie Krone łaskawie dał się na powrót wcisnąć we własne odrośnięte ciało. Jakby nagle było go za dużo. Ważne, że zadziałało i kapelan otworzył przerażone oczy.
- Widziałem RZECZY. - pomyślał Wolf.
- No, wreszcie. Już myślałem, że mi braknie koperku - westchnął zmęczony nekromanta. - Strasznie ciężko było cię ściągnąć z powrotem, coś ty tam wyprawiał?
- Kwik? - spytał Wolf i natychmiast pożałował.
- O kurwa. - Blada twarz Neana stała się jeszcze bledsza. - Tego nie przewidziałem.
- KWIIIIK?! - zawył przerażony kapelan. - Kwi-kwiiiik!
- Nie da się odkręcić. Musicie się dogadać.
- No chyba cię pojebało.
- KWIK!
- Zgadzam się z wieprzowinką.
- Kwiiik.
- Pardon. Szynką.
- Może spróbuj... spróbujcie najpierw wstać?
Kapelan spróbował i było to złe. Poderwał się bowiem zbyt gwałtownie, przyrżnął głową o nisko zwisającą gałąź, zahaczył skrzydłem o drugą, poślizgnął na wciąż mokrym błocie i wylądował twarzą wprost w tym ostatnim. A przynajmniej taką miał nadzieję, pachniało bowiem dość osobliwie.
- To może jednak nie wstawaj...
Obrazek

Wieczornych snów mary powiewne, dziewicze
Na próżno czekały na słońca oblicze...
W dal poszły przez chmurną pustynię piaszczystą,
W dal ciemną, bezkresną, w dal szarą i mglistą...

KLIK

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: O drewnianym czołgu, co brzmiał jak metal - TEKST

Post autor: Kanterial » 05 kwietnia 2017, 20:05

- Nie, zapewniam, nie miałem pojęcia...
- Słyszysz, Gustavie? - zapytał Jürgens lodowato. - Nie miał pojęcia.
- Nie miałem z tym nic wspólnego! - Rysiek wpadł w desperację.
- Słyszałeś? On nie miał z tym nic wspólnego. On...
- On chce jednak cole.
- Jednak poprosze cole.
- O ja cie pindole. O jacie.
- On może kłamać, wodzu - wymówił Gustav prawie bezgłośnie, co okazało się złym pomysłem, bo Jürgens miał kota na mordzie i ten kot zawężał mu odbiór do naprawdę wąskiego pasma (gdy już rozorał skronie, postanowił zaczepić pazury tuż za uszami i poza wzrokiem pozbawić ofiarę słuchu).
- Przysięgam!
- On przysięga, Gustavie.
- Dobrze, nieistotne zatem - mruknął kamerdyner, po czym zasiadł za sterami czarnego Leoparda i po raz pierwszy w życiu załamał się nad losem rodu Jürgensów.
- Wierzę ci, Meyer - orzekł Robert z taką władczością i wspaniałomyślnością, na jaką mu pozwolił Stefan. - Tę zniewagę należy w całości przypisać nadawcom paczki. Usiądź proszę, porozmawiajmy - dodał, obracając kota w stronę Ryszarda. Malarz zacisnął usta, próbując powstrzymać rozbawienie. Potem jednak uznał, że nie musi, więc wyszczerzył się szyderczo i usiadł za stołem pełnym planów i szkiców, gdzie Robert (kiedy jeszcze mógł) rozpracowywał linię moskiewskiej obrony na wzór Joi rozpracowującej linię fabuły Czołga.
- Słucham, wodzu.
- Widzisz... - Jürgens westchnął i w zamyśleniu oparł dłoń na kociej dupie. - Martwi mnie parę spraw.
- Tak?
- Tak. Wszędzie pełno impertynenckiej troglodycji, świat ocieka nienawiścią. I po co nam ta agresja, Meyer? Po co tyle gniewu? Czy wszystko trzeba rozwiązywać przemocą?
- Właśnie - westchnął Rysiek, wspinając się na wyżyny aktorskiego skilla. - To potworne. Ludzkość chyli się ku upadkowi. Nawet wojny nie można wywołać pokojowo.
- Otóż to.
- Chciałem pomóc. Poprosiłem o czołgi. Nie wiem, czy dla naszej armii da się zrobić więcej.
- Oczywiście... Mam tylko jedno pytanie. - Robert usiadł ciężko, bowiem przytłaczał go ciężar myślenia o przejęciu władzy nad światem. Splótł palce na kocie. - Do kogo wystosowałeś tę prośbę?
Zrobiło się jakoś cicho.
Rysiek co prawda czuł się pewnie, manipulując wodzem Czwartej Rzeszy, ale coś... Coś w tym świdrującym, przeszywającym tyle kota sprawiało, że stracił nagle część wiary w swój epicki plan.
- Ja, tak, no - zająknął się.
- Może do Moskwy? - podsunął Gustav z jadowitą uprzejmością.
- A skąd! Nie. Bardziej, bardziej, napisałem w tej sprawie do muzeum. Tak.
- Do jakiego muzeum? - nie odpuszczał Gustav.
Do tego, w którym powinieneś gnić!, pomyślał Rysiek wściekle.
- Do tego we Wrocławiu - odpyskował kamerdynerowi.
- Ach tak.
- Wrocław, niemieckie miasto - wtrącił Jürgens z ożywieniem. - To znaczy, chwilowo nie. Kwestia czasu. Bardzo dobre miasto. Ufam temu miastu, ufam jego muzeom. Ufam jego mieszkańcom.
- Wysłali ci zwierzę w kartonie, najdroższy wodzu...
- Też bym tak zrobił, gdybym miał być wysiedlony w przeciągu roku. - Jürgens lekceważąco machnął dłonią i pokiwał kotem. - No tak. Zapomniałem wspomnieć swoim ludziom i tobie, Meyer, że Polskę też zajmiemy. Nic dziwnego, że zaszło nieporozumienie. Następnym razem mów mi, gdzie posyłasz depesze. Czy wyrażam się jasno?
- Jasno jak reflektor przeciwlotniczy. Jeśli choć jeden list opuści nasze terytorium bez wiedzy wodza, będę się nazywał Göring, nie Meyer.
- Doskonale.
Gdzieś w tle Gustav spazmatycznie wypuścił powietrze i przywarł czołem do stalowej obudowy, zazdroszcząc Japończykom tradycji ratowania honoru poprzez Seppuku. Kto wie? Może nadszedł już czas, by napisać jakieś żałośnie krótkie trzy zdania o życiu i śmierci, wetknąć je między kota a żelazko i odejść na wieczność?

"Moje słońce zaszło
wstają nowe Niemcy
To oczywiste"


Nie.
Nie, jednak nie.

Tymczasem Rayton Clay był już dawno za Grodnem na swojej drodze ku Moskwie i zemście. I znów męczyły go te cholerne ataki paranoi. Siedział na wyszorowanym nadwoziu błyszczącym jak ortalion Rolfa i cierpiał. Brud. Brud, brud, brud - myślał. - Syf. Brud. Bakterie. Drobnoustroje, brud, syf, kurz, błoto, wiatr w kostkach, syf, brud, Robert w deszczu profil lewy, Robert w deszczu profil prawy, brud, błoto, bakterie...
- Hej, kochanieńki! - dobiegło zza włazu i Rayton skrzywił się, bo głos Rajmundy wcale nie był specjalnie czysty.
- Słucham! - odkrzyknął najsterylniej jak potrafił.
- A długo tak będziesz czekał na odpowiedź z Rosji?
Cóż, sprzątaczka trafiła w sedno. I to dosłownie, bo Clay czuł się jak osedniony wyjątkowo brudnym siodłem koń, na którym jechał jakiś wyjątkowo gruby i brudny Słowianin. Gdyby marszałek Piłsudski był gruby i brudny, to Rayton czułby się jak pierdolona Kasztanka. Chyba nawet coś go bolało w kręgach szyjnych, moment...
- Będę czekał, aż się doczekam! - zawołał, po czym zamknął właz i oddał się dalszemu cierpieniu. To samo powiedział kiedyś pewnej kobiecie, kiedy poczuł, że brakuje mu dalszej części siebie, ale ta kobieta miała go w dupie i tylko puściła piosenkę o żabce i prawie go zajebała drewnianym kołkiem na wampiry, bo akurat miała napad nienawidzenia ludzi na wiosnę. Rayton czasem podejrzewał, że właśnie przez nią jest chory psychicznie i już nigdy się z nikim nie prześpi.
- No masz. Zatrzasnął się tam - westchnęła Rajmunda wewnątrz czołgu.
Stojke wymamrotał coś niewyraźnie, wiercąc się w kącie.
- NEIN! - wyrwało mu się jeszcze. Akurat odsypiał ostatnie dwadzieścia godzin spędzonych w towarzystwie Ragnara, jego leśnego bimbru pędzonego na korze jodły i gęstych oparów z haszkomory, którą urządzili w pralce.
Skąd pralka w czołgu, Ragnar? Nie wiem, Rolf, spytaj admina.
Sam Ragnar próbował polować na zewnątrz, bo okazało się, że trudno nakarmić pięć osób jednym garnkiem zupy z mrożonki (niesamowite, proszę pani, niesamowite, co jeszcze pan potrafi?, pytał Sadrin, zanim Rajmunda przypierdoliła mu chochlą w pysk). Problem polegał na tym, że ciężko się Ragnarowi polowało, będąc przywiązanym do jadącego czołgu. Na dodatek uzbrojony był tylko w procę i szyszki (weź je, bracie, one będą cię chronić, powiedział kiedyś Dyer, zanim spadł z drzewa i poranił się o własne szyszki trzymane pod koszulą). W efekcie łowca szorował dupą po ziemi, ciągnięty bezlitośnie za Leopardem, i kiedy już udało mu się zebrać z ziemi kolejny kamyk, strzelał nim w bliżej nieokreślonym kierunku, licząc, że trafi zwierzynę.
Tak.
Gdyby Rosjanie wiedzieli, z jak potężnymi sojusznikami postanowili się nie sprzymierzać, z pewnością by żałowali.

Czy naprawdę został wybrany, by usłyszeć ten głos? On? Rolf Stojke, dwudziestosześtrzy latek z Dortmundu, raper, młody gniewny Adonis Niemiecki Aryjczyk 300% JP na 100%?
On?
I co, może jeszcze miał wyprowadzić swój lud z niewoli Irlandzkiej i przywdziać sandały zamiast najków?
- Rolf... - powiedział głos dobitnie.
- NEIN! - wyrwało się Stojkemu. Gdzieś daleko słyszał Rajmundę i hałas silnika, ale żadna siła nie była w stanie wyrwać go z wtórnej gastro-fazy, którą przesypiał od dekady po każdym jaraniu.
- ...Rolf! - wkurwił się głos. Tym razem raper tak się przeraził, że aż pomyślał o swoich grzechach i te grzechy zdublowały mu się w głowie jak wiadomości na SB.
- Błagam, nie karz mnie! Odejdź! PRECZ! - zawył, chociaż był ateistą i kiedyś nawet nie przeżegnał się obok kapliczki, jadąc rowerem.
- Rolf, pedale, do kurwy nędzy! - Głos zakipiał katolicką wściekłością, rozbrzmiał perwersją i pokrył się wzorkiem w pingwiny. I pojął wnet Stojke, że gada z Wolfikiem.
Od razu mu przeszła chęć na spowiedź.
- Po chuj się drzesz, ptysiu - pomyślał z ulgą.
- Rolf, ja jestem martwy, rozumiesz, martwy, wołam cię od kwadransa, kurwa, tu jest jakiś tunel ze światełkiem, nie chcę tam iść na trzeźwo!
- Napij się - zaproponował Stojke przytomnie. Potem ogarnął, że w zaświatach może nie być alkoholu i trochę nawet zląkł się, że może też nie być tam zielska i lufek. Postanowił nigdy nie umrzeć i zrobiło mu się lżej.
- JA PIERDOLĘ, WIDZIAŁEM PIEKŁO, STOJKE - przeszkadzał mu Wolf. Jak zawsze był przewrażliwiony nawet po śmierci. Co za kretyn, serio. - DLACZEGO NIE CHCIELI MNIE W CZYŚĆCU?! TA ŚWINIA ZA MNĄ BIEGA, TEN KAPELAN MNIE... A nie, on jest nawet spoko, chociaż ryj jak pedofil ALE STARY, MÓW DO MNIE, ZRÓB COŚ, JA NIE CHCĘ IŚĆ W STRONĘ ŚWIATŁA!
Rolf zebrał się w sobie i złapał sznurek, żeby pomóc Wolfowi, ale to nic nie dało. No trudno.
- Pogadamy później, ok? - rzucił. - Mersi woku.
- KURWA!
- Wpadnę do Karpacza, yo, papatki.
- NIE! NIE! SPŁOŃ ŁABĘDZIU! NIE, NEAN! KWIIIIIIIK!

- Wypierdalaj, zboczeńcu - pomyślał Krone z nienawiścią. - Pedoberze jebany.
- Jestem kapelanem - uściślił Kapelan równie chamsko. - Zapita pało.
- KWIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIK - dojebała Szynka, z najwyższym trudem rozdzielając warczących na siebie mężczyzn. Doprawdy, że też zawsze musiała ingerować. Byli tacy niedojrzali. - Kwi-kwiik. Kwik. Chrum chrum.
Potrójnemu Wolfowi zrobiło się nagle tak ciemno przed oczami, że pomyślał, że to z głodu, ale to nie było z głodu tylko z Neana, bo Nean przypadkiem zarzucił mu na ryj skrawek płaszcza.
- Wybacz - jęknął zrozpaczony nekromanta. Nieudany eksperyment z użyciem mieszanych szczątków może i dowodził, że Kruczarz w istocie jest wszechpotężny, ale jednocześnie groził zagładą wszechświata. Dlatego Nean wcale nie miał dobrego humoru. Liczył, że Wolf przynajmniej nauczy się poruszać w swoim nowym ciele. Cóż, jakby nie patrzeć, mógł trafić gorzej. Na przykład mieć głowę łabędzia zamiast skrzydeł. Chociaż... Nie, nie, jednak gorzej być nie mogło, skoro zachował swój germański ryj. Zdecydowanie.
- Kurwa, mam chyba roztrojenie jaźni. - Wolf rozkleił się, strzepując błoto z białych piór. - Teraz już żaden parafianin mi nie zaufa...
- Coś się zmieni, brzdęk? - brzdęknął Błazen z zaciekawieniem.
- Odwal się - zaszlochał Krone. Klapnął w błoto i rozłożyło mu skrzydła jak w odrzutowcach, tak że Błazen oberwał w krocze i tylko zadzwonił dramatycznie, próbując zleźć z powrotem na ziemię.
- Ja kurwię, ale ty jesteś żałosny - ocenił Kapelan.
- A ty masz wadę zgryzu - odpyskował Krone.
- Kwik... - spasowała Szynka.
Błaznowi wreszcie udało się zejść.
- Kwi-kwiik - zapłakał Potrójny Wolf i raz jeszcze złożył potężna skrzydła, przy okazji ścinając go z nóg bezbłędnym ciosem w zgięcie kolan.
- Nie no, mogło być gorzej, przynajmniej są proporcjonalne... - ocenił Nean dobijająco, próbując sobie wyobrazić, że Krone odlatuje gdzieś daleko i już nigdy nie wraca. - Oj - dodał, kiedy na horyzoncie zamajaczyła sylwetka Miguela.
- SZYNKA! TY ŻYJESZ! - ryknął Argentyńczyk zwabiony pokwikiwaniem Wolfika. - Gdzie ją ukryliście, sadyści?!
Błazen czmychnął z miejsca zbrodni przeciw ludzkości (czy też niedawnego rytuału wskrzeszenia, w sumie na jedno wychodzi) i złamał prawa fizyki, wchodząc w nadświetlną. Jakimś cudem nie zwiało mu czapki, gdy spierdalał do swojego Leoparda i ukochanego (z pełną wzajemnością) Zoltana.
Nean chciał zareagować, ale ostatecznie spojrzał tylko na przerażonego Wolfa i wściekłego Miguela (który nawet pięćset metrów dalej wyglądał zabójczo, bo tworzył wokół siebie fatamorganę gorąca), po czym zwiał jak na nekromantę przystało, dostojnie i epicko, ale jednak skutecznie.
Wolf zaklął. "Wstanę", postanowił. "Spierdalaj", postanowiły skrzydła. "Ha ha ha ha haaa eghe egh egh ehe e kaszel", zakaszlał Kapelan.
- KWIK KWIK KWIIIK CHRU-CHRUM KWIK! - Na głos ucieszyła się Szynka i Wolf całym sobą poczuł, że ciągnie go w stronę Argentyńczyka.
- Szynka! - zawołał Miguel!
- Kwik! - kwiknął Wolf, zanim zatkał sobie usta dłonią.
- Moja świnka! - Piromanta zerwał się do sprintu. I już biegł przez błotniste rozdroże, przeskakując nad kałużami, już ratował Szynkę w myślach, już...!
Nie żeby był ślepy, bo nie był, tylko jakoś tak średnio widział, gdzie Szynka jest i ogólnie...
- O KURWA, STARTUJ, WOLF, STRATUJ! - zawył Kapelan w myślach.
- O KURWA, NIE MOGĘ! - odpowiedział Wolf. Wdarł palce w błoto i z całej siły wybił się przed siebie. Skrzydła przeważyły mu środek ciężkości w przód i chwilę jeszcze sadził susy na czterech kończynach (nareszcie wolny! zew krwi! znów jestem wilkiem! Kwik!), zanim zarył mordą w sadzawkę.
Miguel był już tak blisko, że dostrzegł w końcu cztero-metrowe łabędzie skrzydła i pomyślał "O chuj" ale biegł dalej, bo świnka. Wystawił przed siebie ręce władające płomieniem.
- Oddawaj ją! - ryknął.
- Kwik! - Wolf wybił się z krawędzi i wpadł do wody, a tam łabędź.
- Rozpędź się, trzymaj pion, wiatr pod skrzydła i leć! - poradził Wolfowi jak ziomek ziomkowi.
- Dzięki! - rzucił Wolf. Rozpędził się, złapał pion, wiatr pod skrzydła i nie poleciał, kurwa mać, co teraz?!
- Schowaj podwozie!
- Dzięki!
- Wyżej!
- Dzięki dzięki, mój dziadek był w luftwaffe, poradzę sobie!
- Nie, twój dziadek był w SS!
- Aha, ok!
- ODDAWAJ SZYNKĘ!
- MESSERSCHMITT ME 262 SCHWALBE... - zaczął Wolf w ekstazie, pięć metrów nad ziemią osiągając prędkość ośmiu dych na godzinę - ...STURMVOGEL TURBO JUMO... - I rozwaliło go jak Tupolewa na brzozie, o którą wyjebał czołem.
Oplótł pień, wywaliło mu skrzydła na przód i tak już został, a Miguel bez problemu wypatrzył go w lesie i płonąc nienawiścią postanowił sprowadzić na ziemię.

- Słychać strzały - powiedział ktoś trzy kilometry dalej.[/align][/interlina]
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1824
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: O drewnianym czołgu, co brzmiał jak metal - TEKST

Post autor: Kruffachi » 10 kwietnia 2017, 14:47

Ryszard Meyer nie nazywał się już Meyer tylko Göring, bo oto Dyer postanowił skreślić do porwanego brata krótki list (słyszał, że tak się robi w epickich powieściach fantasy), w związku z czym oderwał kawałek pokiereszowanej brzozy i wyrył na nim kilka krzywych kresek, że niby jakiś ludzik i kilka innych kresek, że niby jakiś inny ludzik, a potem kreskę między nimi, a potem puścił swą zaszyfrowaną po łowczemu wiadomość rzeką, wierząc, że ludźmi są nie tylko ludzie i nawet głaz, a kolorowy wiatr wraz z Babcią Wierzbą. Oraz że jego brat odczyta ostrzeżenie. Jakimś cudem. Może wiewiórki mu podpowiedzą (a wiewiórki już czmychnęły, widząc to leśne porno).
Spełniwszy swą powinność, łowca wrócił do żałosnego płaczu nad powalonym drzewem, a potem ogarnął, że to brzoza, więc właściwie chwast i się trochę uspokoił, chociaż nie do końca, bo drewno to drewno i każde trzeba kochać. Inaczej rosną z nich wendigo i potem trzeba je ganiać po lesie do trzeciej części i z powrotem.
Pod kawałkami połamanej w ferworze walki i częściowo nadpalonej brzozy leżał Wolfiko-kapelano-prosiak, a jebitne skrzydła rozłożyły się po obu jego bokach, wyglądając niby to epicko, ale jednak dość żałośnie, trochę jak te wiejskie zmiotki z kury, ale takie mocno spracowane.
No kurwa... – pomyślał Wolf, ale powiedział tylko: – Kwik... – bo świnka była dobrze wychowana i nie przeklinała. I nie było tajemnicą, że tylko dzięki jej niewinności zsuwali się do piekielnej otchłani tak powoli.
– Szynka! – Miguel wreszcie ogarnął, że ściągnął pierdolonego kidnapera niżej, ale świnki nie widzi dalej.
Zajrzał pod lewe ramię oszołomionego upadkiem Wolfa – nic. Zajrzał pod prawe – nic. Zajrzał pod lewą i prawą nogę...
– Pierdolona sutanna…
Mógłbyś mnie z łaski swojej nie obmacywać, pedale?! – pomyśleli jednocześnie Wolf i kapelan, ale świnka na to: – KWIIIK!
– O, nieee... – wkurzył się Argentyńczyk nie na żarty i złapał znekromanconego Krone'a za kołnierz sutanny, po czym zaczął ciągnąć za sobą przez brzezinę. – Jak tak to tak, to pogadamy inaczej i dopiero zobaczysz! Będę cię podpiekał powoli i dokładnie, aż wszystko wyskwierczysz. I ja pierdolę, co te skrzydła – zagotował się (całkiem nawet dosłownie, bo Wolf poczuł, jak pięść parzy go w kark. KWIIIK! – zaprotestował, ale to tylko wzmogło szuranie), bo ogarnął, że te czepiają się o krzaczory i drzewa, utrudniając ciągnięcie. – Skrzydła, pfff. Skrzydła wyszły z mody w zeszłym sezonie. Nie mieć skrzydeł! Znaczy mieć, a potem nie mieć, to się w życiu liczy, leserze. Skrzydła są głupie, a takie zwłaszcza. Mam nadzieję, że jesteś uczulony na pierze, fagasie, i się zasmarkasz na śmierć. Że się udusisz własnymi glutami. Rosół sobie ugotuj z tych skrzydełek. I się udław. Trzy razy. Człowiek się męczy, świat ratuje. Raz, drugi, trzeci i co z tego ma, skrzydła ujebane, lata w pierdlu, sraczka i ogólnie nędza, a ten tu co. Płyn do podłóg, pfff. Że niby taka mocna głowa. Ja znam takie mocne głowy, rozcieńczacie, cholery jedne, oszukiści, a potem, że taki macho, i co? I skrzydła! Tak z dupy! Z pleców, ale z dupy.
Bo, jak powszechnie wiadomo, Miguel był człowiekiem absolutnie i stuprocentowo pewnym swojej wartości i nigdy niczego nikomu nie zazdrościł, a już na pewno nie skrzydeł, bo to przecież poniżej godności żelaznej dziewicy. Znacznie poniżej. W kolanach. Albo nawet w kostkach.
abońć abońć – zakwiliły skrzydła.
Tymczasem Dyer został za nimi i rozpaczliwie próbował poskładać brzozę w całość, ale jakoś nie chciała się trzymać. A próbował już i na ślinę i na smarki. Na szczęście przypomniał sobie, że ma szyszki. Wyjął trzy spod koszuli i rzucił je na kawałki brzozy, po czym zatańczył na jednej nodze.
– To ci pomoże – powiedział i odszedł z poczuciem spełnionego obowiązku.
I wtedy usłyszał strzały. Był niemal pewien, że to nie strzały z procy.
Nie były, bo to strzeliła zaczepiona o korzeń guma w pingwinach.

*

Rysiek krążył nad błotem i myślał intensywnie. Nie było dobrze. Nie było dobrze, bo nieszczęśliwie słońce świeciło jak pojebane, jak w jakimś globalnym ociepleniu i teren zaczynał powoli wysychać, a to mogło oznaczać, że armia Jürgensa będzie niedługo zdolna przekroczyć kałuże po magicznym wietrze. A to z kolei oznaczało, że ma coraz mniej czasu na knucie. Sprawa była poważna, a w dodatku ta kamerdynerska mumia, ta geriatryczna abominacja zdołała go przejrzeć i miała wysuszonym na oku. Należało więc działać szybo i dyskretnie, czyli tak ja lubił najbardziej.
– Hej, ty! – zawołał malarz w kierunku nastoletniego chłystka, który zaczaił się właśnie koło czarnego Leoparda.
– No? – Tkaczuk łypnął niepewnie fioletowym okiem.
– Co ty tu właściwie robisz? – spytał Ryszard, marszcząc brwi.
– Sikam – odparł Artur zgodnie z prawdą, bo zaiste zraszał właśnie wodzowską gąsienicę.
– Mhm. A mógłbyś, nie wiem… sikać bardziej na wschód? Jeszcze trochę bardziej na wschód.
– Ale że tak na widoku? – skonsternował się Tkaczuk.
Meyer-Göring nie dyskutował dłużej, bo nie miał do młodzieży cierpliwości, jebane małe gnojki. Po prostu chwycił dzieciaka w pasie i przestawił tak, by lał prosto na wysychające błoto. Nie było to może wiele, ale zawsze coś.
Malarz nie przewidział jedna jednego – że to Tkaczuk. I że jakikolwiek jego kontakt nawet z roztopionym magicznym wiatrem może wywołać doprawdy tragiczne konsekwencje.
Zabulgotało, zasyczało i jebło. Tak najkrócej można by opisać to, co się wydarzyło. A potem roziskrzyło się tęczą i stadem jednorożców.
– O, kurwa.
I Ryszard zrozumiał, że nie ma brwi i już nigdy nie zagra na skrzypcach. Nie, żeby to drugie w ogóle planował, ale jakoś tak, móc a nie móc to dwa móce. Sam Tkaczuk wierzgnął, ryknął i zarył całym sobą w Kempę trawy pięćdziesiąt metrów dalej, a potem okazało się, że nie trawy, tylko rekolekcje.



Clay zamknął oczy i wsłuchał się w uspokajający szum pralki za swoimi plecami. Wyobrażał sobie, jak dzielne cząsteczki enzymów Vanisha All in One pieczołowicie rozpuszczają brud i to przynosiło mu niewysłowioną ulgę. Wyszczerzone aryjskie zęby Rolfa raz po raz uderzały o szybkę, niekiedy z bębna dochodził jakiś bulgot, ale w uszach Raytona brzmiało to jak najpiękniejsza muzyka.
– Czy to mu na pewno nie zaszkodzi? – zmartwiła się Rajmunda zza pancernej osłony.
Clay nie odpowiedział. Doprawdy, jakby odkażanie kiedykolwiek zrobiło komukolwiek krzywdę. Zresztą Rolf sam domagał się chlorowania, błagał wręcz, bredząc coś o tym, że jego mózg wymaga czyszczenia, bo miał objawienie i japierdolękurwamaćniepalęwięcejjestemzamłodynawizje. Raytona nie trzeba było prosić dwa razy, jeśli ktoś się pchał pod szczotę.
Zaczęło się wirowanie, czołg podskoczył, gdy gąsienice przejechały po współlokatorach (cholera, znowu będą do czyszczenia), polujący Ragnar oberwał w czoło kawałkiem kory z leśnym porno, wirowanie się skończyło.
– Czy już? – spytała Mundzia swym najuprzejmiejszym i jednocześnie najbardziej lepkim głosem.
– Już – burknął Clay i niechętnie wpuścił sprzątaczkę na swój sterylny teren.
Ta otworzyła pralkę i wywlekła oszołomionego Rolfa na zewnątrz, a potem przepchnęła go przez właz czołgu z zamiarem rozwieszenia prania na lufie.
– Ragnar, kochanieńki – rzuciła w stronę łowcy – załóż czapkę, bo się przeziębisz od tego pędu.
Zgrabnie pizgnęła Stojkem przez lufę.
– Pilnuj, żeby nie spadł! – rozkazała Sadrinowi, po czym wytarła spracowane dłonie w fartuch i spojrzała w kierunku Moskwy. Mimowolnie pomyślała o tym, ile będzie musiała nagotować zupy, żeby wykarmić całe broniące się miasto. Policzyła szybko w głowie ilość mrożonek, pomnożyła przez kostki rosołowe i uznała, że będą jednak naleśniki.



– Szanowny wodzu, melduję, że nie ma już błota! Brzdęk!
Jürgens skinął kotem z pełną powagą. Proces usuwania sierściucha miał odbyć się wieczorem przy użyciu magii Zoltana, ale ten stwierdził, że potrzebuje czasu, żeby się przygotować, co oznaczało w praktyce ogarnięcie się na tyle, żeby przestać rżeć przy każdym kontakcie wzrokowym z kocią dupą.
– Doskonale – ocenił Robert. – Zatem możemy jechać dalej.
– Ale mamy inny problem – odchrząknął Gustav.
– Tak?
– Zamiast błota jest tam... dziura. Duża dziura, szanowny wodzu. Dziura pełna tęczy i jednorożców. Czołgi nie przejadą. I mam pewne podejrzenia, że to może nie być przy…
– Brzdęk! – Brzdęknął Błazen całkiem przypadkiem.
Spod Stefana doszło ciężkie westchnienie.
– Możemy objechać. Przy okazji zajmę Breslau.
– Możemy, ale jest lepsze rozwiązanie – odezwał się Nean dumnym półgłosem z najciemniejszego kąta obozowiska. – Tak się składa, że za moją skromną sprawą, znajcie mą łaskawość, twoja armia zyskała jednostki latające.
– Tak? – zdziwił się Robert, ale zaraz się zreflektował, że on tu dowodzi. – Ach, tak, oczywiście, przecież jednostki lotnictwa, bombowce, myśliwce...
– W tym momencie bardziej myślę o transportowcu – przyznał nekromanta. – Pozornie to niewielka jednostka i może ma pewne problemy... ze sterowaniem, ale jestem pewien, że udźwig będzie odpowiedni, jeśli go... dobrze zmotywować. Tylko trzeba go – Nean odchrząknął z właściwą dawką epickości – znaleźć, bo się zagubił w brzezince wedle trzech buczków.

*

– I po co ci to, kurwa, było, Tkaczuk? – mruczał Artur do siebie, kołysząc się na piętach i wysłuchując rekolekcji o życiu na ulicy od Kempy z trawy. – Mówiła ci matka, że misje pokojowe to nie dla ciebie?
A mógł się trzymać pierdolniętej polskiej szkoły dla czarodziejów, skoro jakimś cudem jeszcze go stamtąd nie wywalili. Mógł, ale wywalił się z niej sam.
Tym razem chciał tylko ugotować parówki w czajniku elektrycznym, bo gastrofaza w środku nocy. Pierdykło mu tak przepotężnie, że aż zgubił trampki, wyleciał ze skarpetek, trzasnęło mu coś w krzyżu i piękną trajektorią zawitał w sam środek tego gówna, zaplątał się w jakąś czarną szmatę, a potem okazało się, że szmata to płaszcz jakiegoś jebanego nekromanty.
No dobra, pomyślał wtedy Tkaczuk ze stoickim spokojem, to będę nekromantą.
W każdym razie, nie chciał sprawdzać, z czego były te parówki, bo chyba nie z kurczaka. Wiedział, jak eksplodują kurczaki.
Wtem w potok rekolekcyjnych pouczeń wbił się dziki kwik.
– KWIIIIIIIIK!!!
A potem wrzaski różnej treści i maści.
– Jakem Miguel Ruiz Diego Rodriguez de la Santa Maria Dominguez Torres de Hernandez Otero…
– KWIIIK!
NEIN!
Łapy precz!
– …Iglesias Morales Lorenzo WIEM, CO CHOWASZ POD SUTANNĄ, GNOJU!
Tkaczuk zerknął.
I uznał, że woli rekolekcje.

*

Nie było jej…
Do cholery, nie było jej, była tylko paskudna, porośnięta czarnym kłakiem germańska pierś Wojtka lat 12.
– Szynka… – Miguel opadł na kolana przed obnażonym Wolfikiem, a pingwiny szczerzyły się w jego kierunku szyderczo mimo pękniętej gumy.
– Tu jesteś, Krone! – rozległ się głos Neana, który wcześniej oddalił się przecież przypadkiem, ot, miał ważniejsze sprawy na głowie.
Po czym wzrok jego ogarnął konfigurację skrzydeł, nerwowo zgarniającego poły sutanny księdza i klęczącego przed nim blondyna.
– O, przepraszam. Przeszkodziłem.
– Kwik! – zaprotestował Wolfik, po czym sfejspalmował na samego siebie.
– Nie, nie, chłopaki, serio.
– I dupa. – Miguel klapnął tyłkiem na ziemię i zgasł.
Nean odcharknął, ale nie zdążył powiedzieć niczego, bo dogonił go orszak złożony z Ryszarda, Neana, Błazna i oczywiście wodza w asyście Gustava.
– Doskonale – ucieszył się malarz, taksując Wolfa spojrzeniem znawcy. – To ja skoczę po farby.
– Po farby? – zapytał podejrzliwie kamerdyner.
– Żeby wymalować numer seryjny na podwoziu. „ROB1DEUTCH” proponuję.
– Kwik? – Uniósł brwi Krone.
Ale nie miał niczego do gadania. Czy do kwiczenia.
– Oczywiście – zgodził się Robert. – To doskonała myśl. Dodajmy też oznaczenia, żeby Rosjanie wiedzieli, kto desantuje się na ich terytorium i ukorzyli się przed wielkimi Niemcami.
– O tak, wodzu, świetnie. Właśnie o to mi chodzi. Cieszę się, że myślimy podobnie – powiedział Rysiek i skoczył po farby.
[/align][/interlina]
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Prophet
Straż! Straż!
Posty: 152
Rejestracja: 28 czerwca 2013, 18:30
Lokalizacja: Wrocław

Re: O drewnianym czołgu, co brzmiał jak metal - TEKST

Post autor: Prophet » 30 kwietnia 2017, 19:33

Po kawałku, bo to mnie trochę przerastać zaczyna... :bag:
_______________________________________________________________________

- Że. Co. Kurwa. - Zoltan słuchał z coraz większym stuporem wymalowanym na ryju. Wiedział, miał świadomość, że wyobraźnia Błazna działa abstrakcyjniej niż najbardziej abstrakcyjnie myślącego człowieka naćpanego halucygennymi grzybkami w sosie maryśkowym z odrobiną LSD popitymi wódką rodem prosto z bezkresnej Syberii, ale tego to nawet on nie zdołałby wymyślić. Przecież sam widział jak z Wolfa zostają same skwarki, nikt by tego nie odwrócił, a tu jeszcze jakiś prosiak, jakiś łabędź... Im dłużej o tym myślał, tym gorzej widział swoją rolę w tym całym szaleństwie. W dodatku wyobraźnia ustawicznie podsuwała mu obraz księdza ze świńskim ryjkiem, choć według Błazna nic takiego nie miało miejsca, ale kto by mu tam wierzył.
- A jeszcze, Nean przekonał Roberta, że teraz Krone jest jednostką latającą, czy jakoś tak, kazał mu wymalować oznaczenia...
- Odznaczenia - sprostował odruchowo mag.
- Oznaczenia - sprostował sprostowanie trefniś.
Zoltan zatrzymał się wpół kroku, zatrzymany ogromem absurdu, z jakim przyjdzie mu się za chwilę zmierzyć. Już kot był przegięciem, ale teraz... Stanął przed Leopardem jak ta żona Lota i nie wiedział jak zachować powagę. A musiał ją zachować, inaczej całkiem pogrąży swój majestat (jakby strata połowy zadka była niewystarczającym powodem utraty majestatu, ale kto zrozumie magów z Czornej Wody). Zrobił kilka głębokich wdechów i wszedł do maszyny odprowadzany nerwowym pobrzękiwaniem Błazna.

***

Błazen za żadne skarby świata, no może ewentualnie za inkrustowany diamentami dzwoneczek z białego złota brzmiący czyściej niż jego ukochany malutki dzwoneczek na berle, nie przepuściłby takiego przedstawienia, więc, gdy nie udało mu się przejść obok Gustava, wszedł do czołgu przez lufę. Miał już w końcu pewną wprawę w przebywaniu w lufach i nie stanowiło to dla niego zbytniego problemu. Zaraz też ukrył się za stojącą w kącie paprotką i dumny ze swojej niewykrywalności obserwował rozwój wydarzeń.
Zoltan dusił się ze śmiechu, zgięty wpół, a raczej piętnaście po. Przed nim stał jakże majestatycznie skulony w sobie Wolfo-Szynko-Kapelan nie wiedzieć czemu przywiązany do Ogniomistrza grubym łańcuchem. Robert nerwowo merdający kocim ogonem wcale mu nie pomagał.
- Jeszcze chwilę, szefie - wykrztusił mag, ukrywając rozbawienie. - Zaraz to ogarnę.
- Byle szybko, trochę tu cuchnie pierzem - dobiegło spod kota.
Nieszczęsny ratownik Jego Strzelistości został uratowany przez Neana. Właściwie to nekromanta wepchnął mu do ust połę swojego płaszcza.
- Ten Nean to się jednak do czegoś przydaje - mruknął prawie bezgłośnie Błazen, bardziej do siebie niż do kogokolwiek, bo słuchała go tylko paprotka, ale kto wie, może to myśląca magiczna paproć, która potem wyśle wiadomość w świat? Powinni pomyśleć nad przesłuchaniem jej. Tak, to będzie następne, co zrobi.
Tymczasem Zoltan wyciągnął z kieszeni zawiniątko. Mokre zawiniątko. Prawie z nabożną czcią odwinął papierek, w którym Błazen rozpoznał swój akt urodzenia, choć nie pamiętał, by zabierał go ze sobą na wyprawę, i oczom prawie wszystkich ukazała się płoć. Zwykła, niezbyt wyrośnięta rybka.
- Złowiłem ją niedaleko, powinna pomóc. Jeszcze świeża - zakomunikował uroczyście mag i podsunął ją kotu pod nos.
Stefan zawęszył i połknął haczyk. A dokładniej, jako że już dawno minęła pora posiłku był piekielnie głodny i rzucił się na rybę niczym Tkaczuk po ostatniego krakersa... Tylko nie trafił. Znaczy, trafił i zawisł wprost na wyciągniętym ramieniu Zoltana, wbijając komplet pazurów w rękaw i w ten sposób, zwisając głową w dół, przemieszczał się w stronę zdobyczy. Na szczęście mag okazał się być na tyle przewidujący, by rzucić rybą daleko od siebie. Prosto w twarz Błazna. Nietrudno się domyślić, co zrobił w tej sytuacji Stefan.
Błazen, padając, usłyszał tylko przerażony okrzyk Roberta, nim świat przesłoniły mu zęby, pazury i przeraźliwy syk wściekłego kota, któremu ktoś próbuje zabrać zdobycz. To nie był dobry dzień.
Obrazek

Wieczornych snów mary powiewne, dziewicze
Na próżno czekały na słońca oblicze...
W dal poszły przez chmurną pustynię piaszczystą,
W dal ciemną, bezkresną, w dal szarą i mglistą...

KLIK

Zablokowany