TEKSTEM ROKU 2018 zostało ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee :D Serdecznie gratulujemy i zapraszamy do lektury!

Do Północy - część pierwsza

"Pomysły moich powieści kryminalnych znajduję zmywając. Jest to zajęcie tak głupie, że zawsze rodzi we mnie myśl o zabójstwie." ~ Agatha Christie
Awatar użytkownika
van Tesse

RE: Do Północy - część pierwsza

Post autor: van Tesse » 13 lutego 2012, 20:35

Dzięki za komentarz, Gorgonzol. :)
A tym czasem, kolejny fragment.

Oto kolejny rozdział :)
Zapraszam!
12 Lipca
Wędrówka i dom w puszczy
Ciemność nocy otaczała las, tak dobrze znany Elaine. A jednak nocą miejsce to było o wiele bardziej ponure, straszniejsze. Wiatr, kołując jak pijany, targał rudymi włosami małej i zawodził w zakątkach ciemnej puszczy.
Leśna ścieżka oświetlana przez promienie księżyca prowadziła coraz głębiej w las. Elaine zmęczona długim marszem usiadła pod wielkim drzewem, opierając się o jego pień. Powieki stały się ciężkie., oczy same się zamykały – jednym słowem zmęczenie dawało o sobie znać.
Elaine już prawie zasypiała, gdy zimne krople deszczu, odbijając się od soczyście zielonych liści, spadały prosto na jej buzię.
– No nie, akurat teraz musi padać? – mruknęła do siebie z poirytowaniem i wstała. W oddali majaczył jakiś kształt. Rzucał on jakąś poświatę. Zaciekawiona dziewczynka ruszyła w stronę źródła tajemniczego blasku.
Po kilku minutach marszu Elaine dotarła do małej, drewnianej chatki. W oknach paliły się lampy naftowe i łuczywa.
Dziewczynka podeszła do drzwi i zapukała. Otworzyła jej tęga kobieta o przyjaznej, zalanej rumieńcem twarzy, na której w chwili obecnej malowało się zdumienie.
– Dobry wieczór – wydukała Lani. Nie wiedząc, co więcej powiedzieć, milczała.
– Dobry, dobry panienko – odpowiedziała kobieta. – Panienka się zgubiła? Dziewczynka pokiwała twierdząco głową.
– Niech panienka wchodzi! – zaprosiła ją gestem do środka. – Akurat siadaliśmy do kolacji.
Dziewczynka skwitowała podziękowania kiwnięciem głowy i weszła do środka.
Pomieszczenie było skromnie urządzone, ale przytulne i jasne. Dębowa podłoga skrzypiała z każdym krokiem. Drewniany stół zastawiony był dla dwóch osób.
– Kochanie, mamy gościa – zakomunikowała kobieta, a siedzący przy stole mężczyzna spojrzał zza gazety na małą wątłą postać stojącej przed nim rudowłosej dziewczynki.
– Dobry wieczór – przywitała się, jak na dobrze wychowaną dziewczynkę przystało. Odpowiedziało jej pytanie.
– Skąd się tu wzięłaś? – rzeczowy ton mężczyzny mówił, że nie był on sympatykiem niezapowiedzianych odwiedzin. Zamiast Lani odpowiedziała gospodyni, która zdążyła już naszykować dodatkowe nakrycie dla niespodziewanego gościa.
– Zgubiła się, biedulka. No, a teraz zapraszam do stołu.
Wszyscy usiedli do stołu. Nawet Elaine skusił widok, co prawda niewyszukanych, ale smacznych potraw.
Posiłek przebiegał w milczeniu. Każdy zajęty był sobą.
– No, to jak? Smakowało? – spytała gospodyni, gdy już wszyscy skończyli jeść. Gdy odpowiedziały jej twierdzące skinienia głowami, zabrała brudne naczynia. W jej głowie kłębiły się setki myśli. Co ja mam zrobić z tą małą? – myślała. Najlepiej, jak u nas zostanie... Jak pomyślała, tak też zrobiła. Pozostała jeszcze kwestia, gdzie ją położyć. Najodpowiedniejszy był chyba pokój na pięterku. Zwróciła się więc do Elaine. – Kochanieńka, chodź ze mną.
Dziewczynka ruszyła za gospodynią po drewnianych schodach prowadzonych na piętro i skrzypiących na każdym kroku. U ich szczytu znajdował się mały korytarz, a na jego końcu majaczyła sofa i stolik. Kobieta wpuściła dziewczynkę do równie małego pokoiku w kształcie prostokąta. Było to czyste, przytulne pomieszczenie. Ściany koloru jasnej zieleni przywodziły na myśl kwieciste łąki. W lustrze wiszącym nad komoda odbijało się wnętrze pokoju. Pod oknem, zasłoniętym jasnymi firankami, stało łóżko.
– Jak ci na imię, dziecko?
– Elaine, proszę pani.
– O, tylko nie per proszę pani, dobrze? To strasznie oficjalne. Mów mi po prostu Lilianne. No, a teraz dam Ci moją starą koszulę nocną, a ty pójdziesz spać. Musisz być wyczerpana. – Podeszła do szafy i wyciągnęła różową, prostą koszulę nocną. Była nieco za duża na Elaine, ale do spania się nadawała. – Tylko nie zapomnij poskładać ubrań – ostrzegła Lilianne - nie lubię bałaganu.
Dziewczynka posłusznie ułożyła ubrania i wskoczyła w chłodną pościel i wtuliła się w poduszkę. Zasnęła natychmiast.
Następnego dnia Elaine obudziły promienie słońca, wpadające przed okno. Dziewczynka przetarła oczy i przeciągnęła się. Rozejrzała się po pokoju, uświadamiając sobie, że nie wie, gdzie jest. Podeszła do okna i wyjrzała przez nie. Ujrzała zalany blaskiem słońca ogród. Kwiatki uginały się pod ciężarem kropel porannej rosy. Lani urzeczona pięknem ogrodu stała tak przez dłuższą chwilę, nie mogąc nasycić oczu pięknym widokiem. Z zamyślenia wyrwało ją dotknięcie czyjejś ręki – aż podskoczyła ze strachu. Gdy się odwróciła i zobaczyła Lilianne , przypomniała sobie wydarzenia minionych dwóch dni. Oto, uciekając przed demonem z Czarnej Plagi, zawędrowała do leśnego domku, gdzie mieszkała Lilianne i jej mąż.
– O, to pani. Dzień dobry.
– Dzień dobry, kochanie. Chodź na dół, śniadanie czeka.
– Dobrze, zaraz schodzę – odpowiedziała dziewczynka, a gdy pani domu wyszła, dziewczynka ubrała się w swoją jasną sukienkę, przybrudzona błotem i buciki – innymi słowy to, w czym tu się zjawiła – i zeszła na dół. Przy stole siedział już małżonek Lilianne, Trevor.
– Dzień dobry panu – przywitała się i zasiadł do stołu. Skromne śniadanie dało jej nieco sił. Po posiłku Lani zaoferowała, że pozmywa naczynia – odpłaci się jakoś tym ludziom za ich gościnność.
I tak Elaine mieszkała u Lilianne i Trevora do szesnastego roku życia. Wiodła tam spokojne życie, pełne radości i obcowania z naturą.


C.D.N

Awatar użytkownika
Lisek

RE: Do Północy - część pierwsza

Post autor: Lisek » 22 lutego 2012, 12:42

Najpierw błędy...
W prologu znalazłam jeden, wydaje mi się, że literówka
Letni wierszyk kołysał koronami drzew (wietrzyk, a nie wierszyk)
Co do części "12 Lipca" jest ich więcej, ale są to błędy interpunkcyjne, albo wynikające z niedopatrzenia ^^
A jednak nocą , miejsce to było o wiele bardziej ponure, straszniejsze.
Leśna ścieżka , oświetlana przez promienie księżyca , prowadziła coraz głębiej w las.
W oddali majaczył jakiś kształt. Rzucał on jakąś poświatę. (powtórzenie, zrób z tego jedno zdanie ;))
Dziewczynka posłusznie ułożyła ubrania i (,) wskoczyła w chłodną pościel i wtuliła się w poduszkę.
Ogólnie, to nie jest źle! Podoba mi się, chociaż czułam się przez moment, jakbym czytała jakąś skandynawską sagę ^^ Akcja płynie wartko, dużo się dzieje, to plus!
Co do bohaterki, Elaine, wydaje mi się, że jest zbyt mało opisów jej przeżyć i nie do końca możemy poznać jej charakter. Z tym bardzo ubogo tutaj, chciałabym więcej opisów przeżyć, żeby Elaine stała się bliższa czytelnikowi.
6/10
Pozdrawiam! (I czekam na ciąg dalszy! :))

Awatar użytkownika
van Tesse

RE: Do Północy - część pierwsza

Post autor: van Tesse » 22 lutego 2012, 20:28

Krótko, ale mam nadzieję, że ciekawie :)
_____
7 Czerwca
Piekielne wrota, ślady szatana i czyste zło
Nadszedł jednak dzień, w którym szesnastoletnia wówczas Elaine, podjęła decyzję o samotnym życiu. Chciała odejść z dotychczasowego domu i wyruszyć w daleki świat, by poznać nowe horyzonty, odwiedzić nieznane.
Wczesnym rankiem, gdy Lilianne i Trevor jeszcze spali, dziewczyna wymknęła się z domu. Wcześniej jednak, by jej przybrani rodzice się nie denerwowali, napisała krótki liścik:

Lilianne i Trevorze.
Jestem zmuszona Was opuścić. Chcę poznać świat, który niegdyś mnie odrzucił. Chcę wyjść naprzeciw nowym doświadczeniom. Nie zrozumcie mnie źle. Było mi u Was dobrze, w końcu mieszkałam z Wami osiem lat. Był to zdecydowanie najlepszy okres w moim życiu. Jestem Wam też wdzięczna, że mnie przygarnęliście, gdy tułałam się po zakamarkach lasu. To dzięki Waszej pomocy, opiece i miłości miałam szansę czuć się kochaną.
Żegnajcie, Elaine.


Gdy Elaine skończyła pisać, położyła pokrytą równym pismem kartkę na jasnej pościeli łóżka i po cichu zeszła na dół. Przeszła przez kuchnię i stanęła przed dębowymi drzwiami. Pchnęła je i wyszła na zewnątrz. Chłodny wiatr muskał jej twarz a promienie wchodzącego słońca wskazywały drogę.
Las nie wydawał się tak straszny jak nocą, gdy był ponury, ciemny i cichy. Teraz emanowało z niego życie. Ptaki świergotały, leśne zwierzęta przechadzały się po polankach, co Lani obserwowała z ukrycia, by nie spłoszyć tych pięknych stworzeń. Gdzieniegdzie rosły kwiaty, tworząc kolorowy dywan. Dziewczyna rozglądała się na około i podziwiała piękno otaczającej ją przyrody. Była tak zatopiona w myślach, że nawet nie zauważyła, kiedy znalazła się na łące. Słońce przygrzewało. Nie mogła się powstrzymać, więc położyła się na soczyście zielonej trawie, miękkiej i wilgotnej od rosy.
Gdy tak leżała, coś wyrwało ją z transu. W ciszy nocy rozległ się szelest liści i wyraźny. odgłos kroków.
– Ktoś idzie! – pisnęła przerażona. Strach przejął władzę nad ciałem i umysłem. Nie widząc innego sposobu, ukryła się w najbliższych zaroślach, obserwując bieg wydarzeń z bezpiecznej odległości. Z leśnej gęstwiny wyłonił się człekopodobny potwór. Miał czarną skórę, jakby spaloną, zakrzywione rogi i długi ogon. Był to Feral, czyli syn samego Lucyfera, władcy piekieł.
Rozejrzał się, a Elaine, w obawie, by nie odkrył jej kryjówki, schowała się głębiej, wchodząc w las, przy okazji depcząc po gałązkach, łamiących się z trzaskiem pod jej ciężarem, co zwróciło uwagę obcego stwora. Zaintrygowany spojrzał w tamtą stronę, i zobaczył ją. Wtedy ich spojrzenia na krótko się spotkały. Przestraszona dziewczyna zaczęła uciekać, a on puścił się pędem w ślad za nią. Przerażona dziewczyna miała już tysiące, jeśli nie miliony strasznych myśli na minutę. A co, jak ją złapie? Co się wtedy stanie? Zdecydowanie wolała nie przekonywać się o tym na własnej skórze.
Biegła ile sił, ale okropne monstrum było coraz bliżej. W pewnym momencie jego kroki stały się niesłyszalne. Elaine jednak zawierzyła intuicji i pędziła dalej przed siebie. Nieoczekiwanie natrafiła na jakąś przeszkodę, zderzyła się z nią. Masując zbolałe czoło, spojrzała w górę. To był on! A wokół niego zaczęły się pojawiać inne straszne monstra, zostawiając za sobą smugę ciemnego dymu. Lani nawet nie wiedziała kiedy krzyk wydobył się z jej krtani.
– Pójdziesz z nami – zakomenderował przywódca Ferali. Dziewczyna, nie bez pomocy swej magicznej siły, zdołała się uwolnić z uścisku czarnych dłoni, pokrytych liszajami.
– Nigdzie z Wami nie pójdę – krzyknęła. Cofnęła się o kilka kroków. W dłoniach utworzyła świetlistą, promieniującą dziwnym blaskiem kulę magii. Cisnęła nią w stronę odrażających stworzeń. To je na trochę zatrzyma, pomyślała i sama zaś rzuciła się do ucieczki.
Jeden z Ferali otrząsnął się z szoku spowodowanego silnym uderzeniem magii i ruszył w pogoń. Dziewczyna ciskała magicznymi kulami w jego stronę, ale zawsze chybiała o włos. Ciężko było wycelować będąc w biegu. Piekielna kreatura, wykreowana przez ogień Piekła, doganiała swoją ofiarę. Gdy pochwyciła ją w swe szpony, powalił ją na ziemię, związał grubą liną, zakneblował. Musiał czekać na decyzję przywódcy, który właśnie zmierzał w ich kierunku.
– Dobra robota, Shrailu. Pani demonów będzie z ciebie zadowolona – powiedział, po czym podszedł do wijącej się na ziemi Elaine. – A ty, moja słodka, idziesz z nami. Po chwili wszystko zatonęło w ciemnej mgle, a Ferale wraz ze swoją branką zniknęły.
Wrota piekieł otworzyły się przed sługami Lucyfera. Ściany z czerwonego kamienia, od czasu do czasu wysadzane diamentami oświetlane były przez olbrzymie pochodnie, rzucając bladą poświatę na idących korytarzem. Czarna, zimna posadzka echem odbijała kroki Ferali.
Wszyscy weszli do wielkiej komnaty. Na wysadzanym szlachetnymi kamieniami tronie siedział Lucyfer – postawny mężczyzna o jasnej karnacji, długich ciemnych włosach i ogromnych czarnych skrzydłach. Obok niego stała piękna kobieta. Jej drobną buzię otaczała burza czarnych jak noc loków, a długa, powłóczysta, aksamitna szata nadawała całej jej postaci majestatycznego wyglądu. To była Lilith – królowa demonów i partnerka samego szatana. Jej bystre spojrzenie spoczęło na nieprzytomnej dziewczynie. Srebrne oczy przeszywały wzrokiem nieruchome ciało.
– Połóżcie ją tu. – Ruchem głowy wskazała na wielki marmurowy stół. Demony wykonały polecenie, powtarzając „ tak jest pani ”, a ona pewnym, pełnym gracji krokiem ruszyła w kierunku dziewczyny. Pochyliła się nad nią i szepnęła:
– Meus es, praecipio tibi surgere. – Na dźwięk jej głosu Elaine podniosła się do pozycji siedzącej.
– Gdzie ja jestem? – spytała, rozglądając się gorączkowo. Nie znała tego miejsca.
– Spokojnie, moje dziecko. Wszystkiego dowiesz się w swoim czasie. A teraz...
– Chcę stąd wyjść! – przerwała jej Elaine.
– Stąd nie ma wyjścia – wtrącił Lucyfer.
– Spokojnie, mam nad nią kontrolę. – Lilith posłała kusicielski uśmiech pod adresem demona, lecz ten był nieubłagany.
– Jakoś tego nie widzę, najdroższa.
– Jak to nie widzisz tego?! – spytała demonica, nie kryjąc oburzenia i urazy. Na dowód swej wyższości wydała Lani polecenie. – Dziewczyno! Pokłoń się swojej pani.
Elaine padła na kolana, wykonując tym samym rozkaz władczyni demonów. Czuła się jednak bardzo dziwnie: jakby robiła coś wbrew własnej woli, pod przymusem. Szybko zdała sobie sprawę, że to da kobieta nią steruje, jest tylko marionetką w rękach królowej czystego zła, a medalion darowany jej przez matkę nie mógł jej ochronić przed tak silną mocą, jaką dysponowała Lilith.
– No i co? – naciskała demonica, dumna ze swoich wyczynów.
– Brawo, najsłodsza. Z każdym dniem coraz bardziej mnie zadziwiasz – Lucyfer podniósł się z tronu, podszedł do swojej królowej i objął ja, zamykając jej drobne ciało w namiętnym uścisku. Ciemna główka spoczęła nagim torsie upadłego. Mroczny anioł pocałował swoją wybrankę, po czym cofnął się kilka kroków, szeptając uwodzicielsko
– Zajmij się odpowiednio naszym gościem, moja słodka. Ja wrócę do swoich zajęć. – Ucałował Lilith na pożegnanie i zniknął w chmurze czarnego dymu. Zadowolona demonica zwróciła wzrok ku swojej niewolnicy.
– Moglibyście robić to mniej ostentacyjnie?
– Milcz głupia! – rozkazała Lilith – i słuchaj, co mówię. – Dziewczyna natychmiast umilkła. – Mam dla ciebie zadnie. Wrócisz do swojego domu, do opiekunów. Od wrześnie pójdziesz do liceum, gdzie będziesz miała n a oku dwie osoby: Paulę Davenport i Simona Dragona. Będziesz mi dostarczała o nich jak najwięcej informacji poprzez wisior, który masz na sobie. Podaj mi go! – zażądała, a Elaine zdjęła prezent od swej nieżyjącej matki i wręczyła go demonicy. Ta, wypowiadając słowa zaklęcia, sprawiła, że srebro medalionu przybrało czarny kolor. Gdy czerń pokryła całą powierzchnię wręczyła go Elaine, która od razu założyła go na szyję. Jej ciało pozostawało bezwolne, jednak w jej umyśle odezwały się ostrzegawcze dzwoneczki. Co ty robisz idiotko? – skarciła siebie w duchu. – Przecież ona to czyste zło! Wykorzysta kontrolę nad tobą do niecnych celów. Na pewno zaczarowała ten medalion, by móc cię kontrolować poza piekłem.
Nie wiedziała jednak, że Lilith nie potrzebowała wisiorka, by mieć nad nią kontrolę również na ziemi.
– Jesteś moja! – zakomunikowała Lilith, jakby w odpowiedzi na jej myśli, po czym wybuchnęła tryumfalnym śmiechem. W dziewczynie znów obudziła się buntownicza natura.

***
Lucyfer siedział na dachu jednego z wieżowców i z góry obserwował idących przed siebie przechodniów. Cieszył go fakt, że był niewidoczny dla ludzkich oczu, zwłaszcza w tej postaci. Jeśli o niego chodzi,wolał nie zwracać na siebie uwagi.
Nieśmiertelny wzbił się w powietrze. Lecia nad miastem, to znikając o ciemnej chmurze, to na powrót wyłaniając się z niej.
Gładko wylądował w jednym z zaułków. Rozbłysk światła był znakiem, że Lucyfer przybrał ludzką powłokę i stał się widzialny dla oczu śmiertelnych. W postaci olśniewającego bruneta o brązowych oczach wyszedł z cienia, wtapiając się w tłum. Teraz musiał znaleźć ofiarę, omamić ją i sprowadzić na manowce.


Tym czasem Elaine wracała do Lilianne i Trevora. Zapach świeżo skoszonej trawy przypominał dziewczynie szczęśliwe lata dzieciństwa, jakie tu spędziła. Zaraz się jednak otrząsnęła. Wraca tu, bo taka jest wola jej pani. Nie tracąc więcej czasu podeszła do drzwi. Zapukała, nie mając śmiałości, by wejść do chatki, tak jak dawniej. Tak jak kilka lat temu, otworzyła jej Lilianne.
– Elaine, kochanie! Wróciłaś! – Kobieta niemal nie popłakała się ze szczęścia. Zprosiła dziewczynę do środka. – Trevorze, nasza Elaine wróciła! – Radosny okrzyk gospodyni sprawił, że mężczyzna oderwał się od gazety i wybiegł na spotkanie. On również się cieszył z powrotu swej podopiecznej. W głębi duszy wiedział, że jego mała dziewczynka wróci, gdy zrozumie, że lepiej mieć dach nad głową. Na zwiedzanie świata miała jeszcze czas.
Gdy przeczytał list napisany jej drobną rączką rozpłakał się, myśląc, że ją straci. Jednak jego dusza wiedziała, że Lani pójdzie po rozum do głowy i wróci. Czas pokazał, że miał rację. Jego ukochana dziewczynka wróciła. Cała i zdrowa.

Awatar użytkownika
Lisek

RE: Do Północy - część pierwsza

Post autor: Lisek » 24 lutego 2012, 21:47

Po pierwsze, droga autorko, chciałabym, żebyś odpowiadała na moje komentarze, bo wtedy czuję, że moja praca nie jest bezowocna ^^
Po drugie, błędzioooryyyy (me gusta błędziory):
Dziewczyna rozglądała się na około (jeśli już to naokoło, lepiej jednak byłoby wokół) i podziwiała piękno otaczającej ją przyrody.
W ciszy nocy rozległ się szelest liści i wyraźny odgłos kroków. (błąd logiczny, wcześniej było coś o słońcu, a tutaj nagle noc :))
Przestraszona dziewczyna zaczęła uciekać, a on puścił się pędem w ślad za nią. Przerażona dziewczyna miała już tysiące, jeśli nie miliony strasznych myśli na minutę. (powtórka, zdania zaczynają się podobnie)
– Pójdziesz z nami – zakomenderował przywódca Ferali. (wydaje mi się, że Ferali jako rodzaj stworzenia, powinno być małą literą)
To je na trochę zatrzyma, pomyślała, a sama zaś rzuciła się do ucieczki.
Piekielna kreatura, wykreowana przez ogień Piekła, doganiała swoją ofiarę. (mało maślane)
Gdy pochwyciła ją w swe szpony, powaliła ją na ziemię, związał grubą liną, zakneblował.
– Dobra robota, Shrailu. Pani demonów będzie z ciebie zadowolona – powiedział, po czym podszedł do wijącej się na ziemi Elaine. – A ty, moja słodka, idziesz z nami.
(enter) Po chwili wszystko zatonęło w ciemnej mgle, a Ferale wraz ze swoją branką zniknęły.
Ściany z czerwonego kamienia, od czasu do czasu wysadzane diamentami , oświetlane były przez olbrzymie pochodnie, rzucające bladą poświatę na idących korytarzem.
– Spokojnie, mam nad nią kontrolę. – Lilith posłała kusicielski (nie pasuje, kuszący byłoby lepsze) uśmiech pod adresem demona, lecz ten był nieubłagany.
Wrócisz do swojego domu, do opiekunów. Od wrześnie pójdziesz do liceum, gdzie będziesz miała na oku dwie osoby: Paulę Davenport i Simona Dragona.
Leciał nad miastem, to znikając o ciemnej chmurze, to na powrót wyłaniając się z niej.
Nie tracąc więcej czasu , podeszła do drzwi.
Ufff, przebrnęłam. Jak już wcześniej powiedziałam - więcej opisów przeżyć, pomoże to czytelnikowi zrozumieć bohatera i zbliżyć się do niego. Nie wyobrażam sobie tego, że Elaine po prostu wyszła z domu, gdzie mieszkała przez osiem lat, bez żadnych emocji, żalu, może nawet płaczu.
Ogólnie, to robi się dosyć ciekawie, ale błagam, więcej opisów przeżyć! :) Z miłą chęcią przeczytam ciąg dalszy, oczywiście jeżeli poprawisz niektóre rzeczy.
Pozdrawiam! :)

Awatar użytkownika
van Tesse

Re: Do Północy - część pierwsza

Post autor: van Tesse » 02 listopada 2012, 16:21

Hej. Wracam z nowym zapałem. Obym miała z czym wracać. :))


---------------------------


Prolog Kathleen Jesienny poranek był dla mnie bardzo pracowity. Musiałam zrobić zapasy na zimę — zwłaszcza, że dużymi krokami zbliżał się czas rozwiązania. Nazbierałam więc drewna na opał, trochę owoców do ususzenia, liście, by wyłożyć nimi posłanie. Przyniosłam też sporo wody z pobliskiego źródełka. Musiałam przecież jakoś zapewnić byt sobie i dziecku.
Miesiące mijały. Czas pędził nieubłaganie, a ja dalej byłam zmuszona ukrywać się w górskiej jaskini przed swoją rodziną. Musiałam uciekać i ukryć swoją ciążę, by nie okryć hańbą siebie i rodu. Gdyby prawda wyszła na jaw, mogłabym zginąć. Byłam głupia i dałam się zwieść. Oddałam się Charlesowi Claytowi, najprzystojniejszemu mężczyźnie w wiosce, tylko dlatego, że prawił mi komplementy i obiecywał piękne życie. A on skazał mnie i dziecko na poniewierkę. Nie chciał mnie… Udaje, że jestem dla niego obcą osobą. Zresztą, nie tylko z powodu ciąży mogłam stracić życie. Byłam też czarownicą, a za posiadanie magicznej wiedzy mogłam spłonąć na stosie…


Trzydziesty pierwszy dzień grudnia — jedyny taki dzień w roku, kiedy kończy się stare a zaczyna nowe, a więc wyjątkowy, szczególny. Ktoś, kto w tym dniu przyszedł na świat, może być pewien, że czeka go życie barwne, pełne rozmaitych przygód i perypetii.
Góry lśniły w świetle zachodzącego słońca i wyglądały, jakby jakiś hojny bóg obsypał je diamentami. Szczyty łagodnie wznosiły się ku błękitowi firmamentu, po którym leniwie płynęły małe, puchate chmurki. Od czasu do czasu klucz czarnych ptaków przecinał niebo, lecąc w sobie tylko znanym kierunku.
Wysoko w górach znajdowała się ciemna grota, dość ponura, ale wystarczająca, bym wraz ze swym maleństwem mogła się tam zatrzymać.
Mrok w jaskini rozświetliły płomienie ogniska, przy którym ogrzewałam skostniałe z zimna dłonie, nie mając pojęcia, że poza jaskinią zapada najczarniejsza z nocy. Noc, w którą księżyc całkowicie zniknie z nieboskłonu, zasłonięty cieniem Ziemi. W chwili, gdy w ciszę wdarł się cichy płacz nowo narodzonego niemowlęcia, srebrna tarcza zniknęła całkowicie. Ja, nieświadoma niczego, owinęłam córeczkę — najcenniejsze, co w tej chwili posiadałam — w wyświechtany szal i przytuliłam do serca, szeptając:
— Już dobrze, maleńka. Nie płacz, Elodie, mamusia jest przy tobie.
*** Minęło kilka lat od tego pamiętnego lutowego wieczora. Moja najukochańsza córeczka dorastała, piękniała z każdym dniem. Mieszkaliśmy (ja, Elodie i mój mąż, Fred) w pięknym domku, w cudownej okolicy. Łąki obfitowały w kwiaty, strumień szemrał wesoło, snując opowieści. Letni wietrzyk kołysał koronami drzew, dając ukojenie i ochłodę w upalne, lipcowe dni.
— Mamo, mogę iść do lasu czarować? — zagadnęła mała.
— Nie, skarbie.
— Ale… — Na znak protestu zaczęła tupać nóżkami. — Ale ja chcę do lasu!
— Kochanie, wiesz, że mamy niebezpieczne czasy. Ludzie… lubią się szwendać tam, gdzie nie powinni. A jeśli ktoś cię nakryje? Jak się wytłumaczysz? Wiesz przecież, że nie wiedzą o istnieniu czarownic. Poza tym w lesie są dzikie zwierzęta… Mogą ci zrobić krzywdę.
— Proszę, mamo! Będę uważać! — Elie była głucha na wszelkie protesty, a ja byłam pełna obaw. Nie chciałam puścić swojej córki samej. Byłoby to zbyt duże ryzyko. Jednak czułam, że i na naszej farmie nie jest bezpiecznie, a jeśli nie wyrażę zgody, może spotkać ją coś złego. Była tez kwestia niedawnej wizji, która mnie nawiedziła. Była w niej krew, martwe ciała i demon. Miałam jakieś niejasne przeczucie, że to może się wydarzyć… i to już niedługo. Jednym ruchem ręki wyjęłam z kieszeni sukienki mały przedmiot.
— No dobrze… ale weź ten naszyjnik. Niech cię chroni.— Nałożyłam córce na szyję mały wisiorek w kształcie gwiazdy. — Tylko pamiętaj, wróć przed zmrokiem!
Ucieszona dziewczynka przytaknęła i pobiegła w stronę wielkiej puszczy, trzymając w rękach swój tobołek. Ja zaś wróciłam do szycia.
*** Ciemne chmury przysłaniały granatowe niebo. Kłęby czarnego dymu spowijały przepięknego mężczyznę o łagodnych rysach twarzy i śnieżnobiałych włosach. Jego oczy miały barwę lilii, mimo to były demoniczne i złowrogie. To był jeden z wojowników Czarnej Plagi. Odwieczni wrogowie czarownic, mordercze demony o wyglądzie aniołów. Jak bardzo mylna była ich postać…
Demon przekrzywił głowę, jakby chcąc ocenić swoje szanse, a po chwili rzucił się na mnie, obalając mnie na ziemię. Jego szatański śmiech niósł się echem, a długie palce z wolna zaciskały się wokół mojej szyi. Nie wątpliwie koniec był już bliski. W duchu cieszyłam się, że moja córka jest bezpieczna i nieświadoma rozgrywającej się tu sceny.
Powoli zaczynało brakować mi tchu. Dusiłam się. Na twarzy mojego przeciwnika pojawił się tryumfalny uśmiech, jednak ten czarci pomiot nie spodziewał się ataku, więc Fred wykorzystał element zaskoczenia i uderzył. Rozjuszony demon ruszył na niego, rycząc wściekle. Ja chciałam skorzystać z okazji i uciec, schronić się. Podniosłam się więc i zaczęłam biec ile sił w nogach, jednak wojowniczy stwór nie odpuścił. Odepchnął mojego męża i w kilku susach dopadł do mnie.
— Nie uciekniessssssz mi— wysyczał z furią głosie i wymierzył mi cios w policzek. — Dziwka. — Złapał mnie wpół i rzucił mną o ziemię z takim impetem, że uderzając w twarde podłoże nie mogłam złapać tchu. Jednym szybkim ruchem rozciął mi gardło swoim ostrym szponem.
Czułam jak ciepła krew spływa mi po szyi, zostawiając czerwoną smugę. Powoli odpływałam w niebyt, moje oczy gasły. Mój duch odpływał gdzieś daleko, zostawiając martwe ciało. W końcu wydałam ostatnie tchnienie, zrozpaczona, że nie dane mi będzie widzieć jak mój mąż pokonuje demona, jak Elodie dorasta, stając się piękną kobietą. Straciłam wszystko w jednej sekundzie. Ale tak to jest. Na każdy dzień dostajemy kredyt w wysokości dwudziestu czterech godzin. Niewykorzystany czas nie przejdzie na kolejny dzień. To, czego nie przeżyliśmy zostanie pochłonięte przez wczoraj. A los bywa przewrotny. Nie wiadomo, kiedy zgasi naszą świeczkę a moja właśnie przestała płonąć, zdmuchnięta przez panią Śmierć, która przyjęła mnie w swe objęcia i skryła pod swoim całunem.

Awatar użytkownika
wołszebnik
Posty: 1106
Rejestracja: 03 czerwca 2012, 11:09
Lokalizacja: http://www.facebook.com/joanna.gadawska?ref=tn_tnmn
Kontaktowanie:

Re: Do Północy - część pierwsza

Post autor: wołszebnik » 02 listopada 2012, 19:25

Hmmm, nowy kęsek... z góry uprzedzam, czytam tylko świeży fragment, jeśli mnie chwyci, to uzupełnię wcześniejsze odsłony :D
Uwaga: gryzę! :D

SpoilerShow
Byłam też czarownicą, a za posiadanie magicznej wiedzy mogłam spłonąć na stosie…
Nie podoba mi się podanie tej informacji w taki sposób. W taki, czyli w jaki? No wprost, no :roll: jak instrukcja.

Trzydziesty pierwszy dzień grudnia — jedyny taki dzień w roku, kiedy kończy się stare a zaczyna nowe, a więc wyjątkowy, szczególny. Ktoś, kto w tym dniu przyszedł na świat, może być pewien, że czeka go życie barwne, pełne rozmaitych przygód i perypetii.
śmiem wątpić... :roll:
Góry lśniły w świetle zachodzącego słońca i wyglądały,
Nie wiem, czy góry jako takie mogą lśnić. Może mogą, ale nie wiem. Spotkałam się z opisami, iż szczyty gór coś tam i ten teges, ale żeby całe góry, to nie. Z tym się nie spotkałam.

w wyświechtany szal i przytuliłam do serca, szeptając:[/p]

szepcząc
Letni wietrzyk kołysał koronami drzew, dając ukojenie i ochłodę w upalne, lipcowe dni.[/p]
— Mamo, mogę iść do lasu czarować? — zagadnęła mała.
Słabe jest to przejście. Opisujesz okolicę i nagle łup!, ni z tego, ni z owego "mamo mogę iść do lasu czarować?"
Ja wiem, że w wielu mainstreamowych czytadłach takie rozwiązania stoją, ja wiem :none2: ale to nie są dobre książki.

— Proszę, mamo! Będę uważać! — Elie była głucha na wszelkie protesty, a ja byłam pełna obaw
.
nie za dużo tego bycia w tym zdaniu? ;)


Nie chciałam puścić swojej córki samej. Byłoby to zbyt duże ryzyko. Jednak czułam, że i na naszej farmie nie jest bezpiecznie, a jeśli nie wyrażę zgody, może spotkać ją coś złego. Była tez kwestia niedawnej wizji, która mnie nawiedziła. Była w niej krew, martwe ciała i demon.

replay
Ucieszona dziewczynka przytaknęła i pobiegła w stronę wielkiej puszczy, trzymając w rękach swój tobołek. Ja zaś wróciłam do szycia.
tyaaa, narrator w pierwszej osobie, matka... matka powiedziałaby o swojej córce, w zaprezentowanym kontekście, "ucieszona dziewczynka"? No... mi to nie pasuje.

Ciemne chmury przysłaniały granatowe niebo. Kłęby czarnego dymu spowijały przepięknego mężczyznę o łagodnych rysach twarzy i śnieżnobiałych włosach. Jego oczy miały barwę lilii, mimo to były demoniczne i złowrogie. To był jeden z wojowników Czarnej Plagi. Odwieczni wrogowie czarownic, mordercze demony o wyglądzie aniołów. Jak bardzo mylna była ich postać…
Demon przekrzywił głowę, jakby chcąc ocenić swoje szanse, a po chwili rzucił się na mnie, obalając mnie na ziemię. Jego szatański śmiech niósł się echem, a długie palce z wolna zaciskały się wokół mojej szyi. Nie wątpliwie koniec był już bliski. W duchu cieszyłam się, że moja córka jest bezpieczna i nieświadoma rozgrywającej się tu sceny.
Zgodnie z tym, co było wcześniej i tym, co zapisałaś w drugim akapicie tutaj, mamy narratora w pierwszej osobie. Z tym, że akapit pierwszy nie brzmi jak relacja z pierwszej osoby. Prześladowana czarownica nie opisałaby w ten sposób swojego prześladowcy. Jeśli piszesz pierwszoosobówką musisz liczyć się z pewnymi ograniczeniami, nie możesz nagle (i tylko na chwilę :roll: ) oddać głosu narratorowi, nie bez usprawiedliwienia w tekście

— Nie uciekniessssssz mi— wysyczał z furią głosie i wymierzył mi cios w policzek.

Ok, napisałaś 'dopadł'... ale jednak: ofiara ucieka, siłą rzeczy jest z przodu, za nią biegnie napastnik. Logicznie napastnik łapie ofiarę od tyłu, popycha by przewrócić, szarpie za ubranie, przyciąga ku sobie (w tył, nie? O.o). Nawet zakładając sytuację, że ofiara chwilę nim napastnik ją dopadł, zaczęła się odwracać... ciężko wyobrazić sobie w takiej sytuacji klasycznego plaskacza O.o tak mi się wydaje. Najpierw dopada, robi: "grrrrrrrrr!!!!', popycha, przewraca, szarpie, odwraca i dopiero potem PLASK! w buziala, nie? O.o


Czułam jak ciepła krew spływa mi po szyi, zostawiając czerwoną smugę.

po rozcięciu gardła? tak se powolutku grzecznie spływa? ta krew?


No więc, zakończenie mi się kompletnie nie podoba. Nie cierpię opowieści z ust trupa. Skoro umarła, to kto to opowiada? Duch niespokojny? Nie, no, nie! Nie zgadzam się.
Niemniej narrację masz sprawną, sugerowałbym Ci pracę nad dynamizacją akcji, u Ciebie jest to stałe jedno tempo. Nie złe, niemniej manipulowanie tempem to także środek wyrazu, którym możesz operować, wzbogacając swój warsztat.
Generalnie, mimo że "dreszczowce", no to przyjemna czytanka, mimo iż śmierć i takie tam.
W każdym razie widzę w Tobie potencjał Tess, acz sugeruję jeszcze byś mierzyła się z inną tematyką, nieco mniej oklepaną, przewidywalną. Nie powtarzaj tego, co już napisano. Jak powiedziała jedna z bohaterek Stephena Kinga (chyba se wstawię to w podpis): Zacznij od tego co znasz i WYMYŚL TO NA NOWO.
Pierwszą część masz opanowaną, umiesz pisać o motywach, z którymi się zetknęłaś, ale Ty je powtarzasz. Zacznij wymyślać, dodawać coś od siebie. Wejdź na następny twórczy poziom.
Powodzenia!
A tymczasem w pewnym EL (acz z pewnością nie Dorado, zbyt ubogo tamże na to), gdzie prawowstecz:
Obrazek Acz wybaczmy demokracji, Orwell rzekł, wszak nie bez racji, że to w każdej delegacji,pod gajerkiem, przy korycie, pod krawatem, pcheł poszycie...
zbieżność nazw absolutnie przypadkowa

Awatar użytkownika
van Tesse

Re: Do Północy - część pierwsza

Post autor: van Tesse » 02 listopada 2012, 19:31

Wołsz, Bóg Ci zapłać za taki komentarz. Aż miło się czyta takie słowa. Cieszę się, żę widzisz potencjał w mojej pracy - to podbudowuje.

Za zgrzyty zabiorę się jutro.

Awatar użytkownika
Kompot
Mącikompot
Posty: 430
Rejestracja: 21 sierpnia 2012, 23:40

Re: Do Północy - część pierwsza

Post autor: Kompot » 19 lutego 2013, 14:17

Pierwszy fragment:
Do poprawki:
SpoilerShow
Reaw czaił się w pobliskim lesie. W jego czarnych oczach jarzyła się żądza krwi. Czekał tylko na odpowiedni moment – moment, w którym pojawi się ona. Potrzebował jej, by wypełnić powierzone mu zadanie. Wiedział bowiem, że miała tędy przechodzić, wracając ze szkoły. A on będzie czekał…
Ale kim w ogóle był Reaw? Był wampirem, który miał pojmać i przemienić Elaine w bezdusznego krwiopijcę.

***


Szkolny dziedziniec skąpany był w promieniach słońca, a w powietrzu unosił się aromat świeżo skoszonej trawy. Ciszę przerwał ostatni, tego dnia, dzwonek. W jednej chwili ze szkoły wysypały się dziesiątki uczniów, śpieszących się do domu. Jednak jej wcale nie było tak śpieszno. Błękitne oczy bystro przypatrywały się przechodzącym uczniom spod rudych kosmyków. (To brzmi jakby uczniowie przechodzili pod kosmykami włosów) Z tajemniczym uśmiechem przycupnęła przy gargulcu na gzymsie, machając w powietrzu nogami obutymi w wypolerowane i wygodne glany. Czerwony żakiet, czerwono-czarne pończochy w paski i czarna spódniczka dodawały jej dziewczęcego, kokieteryjnego uroku.
Na widok wysokiej blondyneczki, ubranej na różowo, idącej ze swoją grupką rozchichotanych koleżanek, wywróciła teatralnie oczyma, zarzuciła torbę na ramię i ruszyła w kierunku szkolnej bramy. Chciała jak najszybciej ulotnić się z tego miejsca. (kobieta zmienną jest. Parę linijek wcześniej nie śpieszno jej było do domu. Btw już nie lubię tej laski. Typowa Marysia Sójkówna) Jednak chyba nie było jej to pisane, gdyż zaczepił ją Arthur – ostatnia osoba, z którą chciałaby zamienić choć słówko.
– Hej, Lani – zagadnął, pokazując swoje białe zęby w uśmiechu. – Poszłabyś ze mną dziś wieczorem do tej nowej restauracji na rogu?
Dziewczyna zlustrowała go wzrokiem (zbędne. Wiadomo, że nie dotykiem.), skrzyżowała ręce pod biustem i skrzywiła się. Arthur nie był w jej typie; nie lubiła blondynów, zwłaszcza jeśli mieli niebieskie oczy i za grosz rozumu. (Wiadomo. Blondyn z niebieskimi oczami z pewnością musi być głupi. Już nie będę dużo gadać o tym wedle jakiej skali bohaterka ocenia ludzi. Cóż pustak z niej.)
– Nie – fuknęła na odchodne. – I nie nazywaj mnie Lani! Tak mogą mówić tylko moi przyjaciele, a ty nim nie jesteś! – Odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę wyjścia, zostawiając rozczarowanego chłopaka samego, patrzącego tęsknie za jej oddalającą się sylwetką. Dlaczego odmówiła? Co jest ze mną nie tak? Może jednak wróci, porozmawia? – takie właśnie myśli kłębiły się w głowie siedemnastolatka. Jednak Elaine się nie odwróciła. Gdy zatrzasnęła się za nią żelazna furtka, Art zacisnął pięści. Jego twarz wyrażała wewnętrzną walkę z samym sobą. A ona potraktowała go jak jakieś ścierwo! A może jednak nim był? (biedny. Za grosz pewności siebie)

***


Do domu wracała przez las, tak jak zwykle. Gałązki łamały się pod naporem jej stóp, liście szeleściły przy każdym kroku. Nieświadoma kompletnie niczego, szła dziarsko ścieżką, myśląc o dzisiejszej sytuacji. Dlaczego Arthur zachował się tak infantylnie, myślała(Taaaaa. To on się zachowuje infantylnie. Przecież taki pętak nie ma prawa choćby zerknąć na wspaniałą Marysię Sójkiewiczównę). Co go skłoniło, by zaproponować jej, Elaine Foggs, coś takiego? Skąd, do licha, u niego taka śmiałość?
Jej rozmyślania zakłóciło głuche warczenie. Elaine przystanęła, bacznie się rozglądając.
Potem wszystko rozegrało się błyskawicznie. Reaw, obnażając swoje wampirze kły, rzucił się na dziewczynę. Ciszę przerwał wrzask bólu, gdy wampir wpijał się w delikatną szyję nastolatki. Z wolna wszystkie siły ją opuszczały, pochłaniała ją ciemność. Palący ból, który promieniował w całym ciele, był nie do zniesienia. W końcu ciało dziewczyny opadło bezwładnie, a krwiopijca ułożył ją na ziemi. Wypełnił swoje zadanie; zostawił w niej trochę życia, by mogła się przemienić. Wkrótce powinna się obudzić, a zanim to nastąpi, musi ją zabrać w inne, bezpieczniejsze miejsce.
No cóż historia rzeczywiście banalna, ale nie zniechęcaj się. Na naukę masz dużo czasu.
Obrazek

ODPOWIEDZ