TEKSTEM ROKU 2018 zostało ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee :D Serdecznie gratulujemy i zapraszamy do lektury!

I ty możesz zostać superbohaterem

"W odróżnieniu od literatury realistycznej, fantastyka jest literaturą bardzo aktualną." ~ Kir Bułyczow
Awatar użytkownika
A. Mo'zart
Posty: 162
Rejestracja: 05 lipca 2012, 22:07
Lokalizacja: Dom
Kontaktowanie:

I ty możesz zostać superbohaterem

Post autor: A. Mo'zart » 26 lutego 2014, 22:24

No, ten, wiem, że słabe, a logika, fizyka i inne takie wzięły urlop, ale się nudziłem. A skoro od dawna chciałem napisać coś takiego, to sobie popełniłem takiego potworka. Czytanie grozi śmiercią i nieodwracalnymi uszkodzeniami. W mózgu też.



- Problemy w szpitalu Trzech Sióstr! Wymiatacz, jesteś najbliżej, sprawdź o co chodzi. Blond Piękność, kieruj się na południe. Odbieram niepokojące sygnały znad zatoki. Hieroglif, melduj się! Hieroglif!
- Ay ay Koordynatorze. Zgłaszam się.
- Hieroglif, co się nie odzywasz. Nie jesteś na wakacjach.
Hieroglif dokładnie przeżuł kolejny kęs kebaba, nim odpowiedział z rozbrajającą szczerością.
- Zgłodniałem. Zrobiłem skok na bułę.
Wyciszył nadajnik, nie chcąc słuchać spodziewanej serii przekleństw i wrzasków. Koordynator zbyt łatwo się denerwował. Odczekał dwie minuty, nim ponownie podkręcił głośność.
- ...wibracji. Blondi będzie...
- Oczywiście, Koordynatorze. Każde słowo.
- Co? Znowu nie słuchałeś! Zostaw tę cholerną bułę i ruszaj dupę. - Gdzieś w tle oboje usłyszeli cichy, powstrzymywany śmiech. Koordynator zaklął. Zapomniał rozłączyć wcześniejsze rozmowy i cała grupa słyszała ich rozmowę. - Jak się dowiem, który to się zaśmiał, to nogi z dupy powyrywam! Hieroglif, ruszaj się. Blondyna czeka przy zatoce.
Tym razem upewnił się, że zerwał wszystkie połączenia. Noc była spokojna i zadania, które im przydzielił, nie wymagały ciągłej koordynacji. Bez konsekwencji mógł zrelaksować się przy kubku gorącej czekolady. Nie śpiesząc się, podszedł do mapy, by zaznaczyć nowe położenia całej drużyny. Wymiatacz powinien docierać do szpitala. sygnał, który odebrał, wspominał coś o niewielkim pożarze na jednym z pięter, nic, z czym Wymiatacz nie mógł poradzić sobie w pojedynkę. Bardziej niepokoił go nagły, nienaturalny o tej porze ruch w okolicach centrum biznesowego. Zazwyczaj nie było tam nikogo poza nocnym stróżem i kilkoma przypadkowymi przechodniami, wracającymi z, lub udającymi się na imprezę. Dzisiaj zebrał się tam niepokojąco spory tłum. Połączył się z Szybką Strzałą.
- Strzała, podaj swoją pozycję.
- Jestem w okolicach centrum biznesowego. Miałeś rację, Koordynatorze, ludzi jak mrówków. Na chodniku leży chyba jakieś ciało. Obniżę nieco lot.
- Potrzebujesz wsparcia?
- Poradzę sobie.
- Dobra. Melduj w razie czego.
Wrócił do mapy. Niebieską szpilkę wbił w północno-zachodniej części miasta, w spokojną dzielnicę, do której na rutynowy patrol posłał najmniej doświadczoną w całej grupie Furgonetkę. Trochę marudziła, domagając się czegoś trudniejszego, lecz wykonała polecenie, wymuszając jedynie obietnice wezwania w przypadku najmniejszych problemów. Jedna z lampek sygnalizujących połączenie zamigotała.
- Co jest, Strzała?
- Miałem rację. Mamy tu trupa. Policja jest już na miejscu, więc nie chciałem się wtrącać, ale nie wygląda to na wypadek. Poczekam, aż trochę się uspokoi i zasięgnę języka.
Szybka Strzała sam się rozłączył. Koordynator rozsiadł się, czekając na dalsze informacje. Nikt inny nie próbował się skontaktować, co było dobrą wiadomością. Bywały noce, kiedy nawet na moment nie mógł oderwać się od pracy. Na szczęście z biegiem czasu każdy pojedynczy członek drużyny radził sobie coraz lepiej i większość już dawno wyszła poza etap dzwonienia z każdym problemem, starając się, by większość spraw rozwiązywać samodzielnie. Mijało osiem lat, od kiedy rozpoczęli działalność. Z początku nieśmiało, trochę wbrew społeczeństwu i służbom publicznym, które niechętnie pozwalały innym wyręczać się w obowiązkach. Najdłużej, co nie dziwiło, opierała się policja, broniąc dostępu do akt i nawet teraz niechętnie i raczej nieoficjalnie dzieląc się swoją wiedzą, co może nie utrudniało, ale też nie ułatwiało im życia. Nie narzekał. I tak osiągnęli więcej, niż zakładał, a wdzięczność społeczeństwa napawała go dumą. Był ostatnim z założycieli, który ciągle nie zrezygnował. Zaczynali we trójkę, mając jedynie mgliste pojęcie na czym miałby polegać założony na fali młodzieńczego zapału "Projekt Ultra Alfa". W początkowym zamyśle chcieli zebrać grupkę równych sobie zapaleńców, gotowych nocami patrolować ulice i dbać o bezpieczeństwo mieszkańców wszędzie tam gdzie policja nie chciała, lub nie mogła dotrzeć. Zaczynali od własnej dzielnicy. Uzbrojeni w kije i gaz pieprzowy, przemierzali ulice, pouczając podchmieloną młodzież, wyładowującą agresję na śmietnikach i przystankach autobusowych. Pierwszy szybko zrezygnował, mając problemy z połączeniem nocnego życia z codziennymi obowiązkami. To wtedy przeszli pierwszy i jak do tej pory jedyny kryzys, kiedy poważnie zastanowili się, czy to wszystko w ogóle ma sens. Chcieli być bohaterami, a bawili się w harcerzy. Wszystko zmieniło pojawienie się Szybkiej Strzały.

Na około dwa tygodnie po odejściu Mariusza, Adam i Dawid odkryli, że ich przyjaciel zadbał o przyszłość grupy lepiej niż oni byli w stanie to zrobić. O ogłoszeniu, które umieścił w niewielkim, dzielnicowym tygodniku Adam dowiedział się dopiero kiedy do drzwi ich ówczesnej, zapuszczonej siedziby zapukał cudacznie ubrany, niewiele od niego starszy mężczyzna, w ręku gniotąc stronę wyrwaną z gazety. Adam, wówczas jeszcze nienazywany Koordynatorem, pośpiesznie założył maskę, delikatnie uchylając drzwi, tak, by niespodziewany gość nie mógł wejść do środka. Ten, nerwowo przestępując z nogi na nogę, rozwinął kartkę.
- Ja z ogłoszenia.
- Z jakiego ogłoszenia?
- No, ten, do walki ze złem. - Chrząknął i zaczął czytać. - Masz dość przemocy na ulicach? Patrzenia na przestępców wymykających się z rąk policji? Teraz możesz to zmienić! Projekt Ultra Alfa to coś dla ciebie! Zapewniamy dyskrecję. - Opuścił kartkę. - Dobrze trafiłem?
Z każdym przeczytanym słowem Adam robił się coraz bardziej czerwony na twarzy i gdyby mógł, najprawdopodobniej już w połowie zapadłby się pod ziemię. Sam nie wiedział, czy gorsze było zamieszczenie takiego ogłoszenia, czy jego treść.
- Tak, ale... - Chciał go spławić, powiedzieć, że sprawa jest nieaktualna, ale coś w twarzy młodzieńca powstrzymywało go. - Może pan wejdzie? Nie będziemy rozmawiać przez drzwi.
Był pewien, że tego pożałuje, lecz wpuścił go do środka. Ten natychmiast, z wielkim zainteresowaniem, zaczął rozglądać się po pomieszczeniu.
- Może pan usiądzie, panie...
- Szybka Strzała. Nazywam się Szybka Strzała. - Dostrzegł wahanie na twarzy gospodarza. - Och, chodzi o moje prawdziwe imię? - Ściszył głos niemal do szeptu. - Gwarantujecie dyskrecję?
- Eee, oczywiście.
Adam był nieco zbity z tropu. Mężczyzna od początku mu się nie podobał, a swym zachowaniem tylko potwierdzał słuszność obaw.
- Paweł - mężczyzna wyciągnął dłoń - Paweł Wiśniewski. Ale proszę nazywać mnie Strzałą, sam pan wie, jak to jest, tacy jak my muszą chronić swoje personalia.
- Dobrze. Więc, panie... panie Strzało, co dokładnie pana sprowadza?
- Chciałbym się przyłączyć. - Zwątpił, widząc zaskoczenia Adama. - Och, to już nieaktualne, prawda? Już kogoś macie?
- Nie, nie. - Natychmiast zaprzeczył, nie chcąc rozczarować swego gościa. - Prawdę mówiąc, jest pan pierwszy i... znaczy... co pan w ogóle potrafi? Nie, żebym wątpił, ale sam pan rozumie.
Adam sam nie wiedział, co chce powiedzieć, ale Paweł zdawał się rozumieć go doskonale. W jego oczach dostrzegł błysk.
- Potrafię latać.
Samochód podskakiwał na nierównej, wąskiej ścieżce wiodącej w głąb lasu. Przez całą drogę Adam bił się z myślami, wypominając sobie własną głupotę. Zaintrygowany słowami tego obcego mężczyzny, wsiadł wraz z nim do samochodu, pozwalając wywieźć się daleko poza granice miasta i jedynie delikatny głos rozsądku gdzieś w jego głowie kazał mu uzbroić się przynajmniej w gaz pieprzowy, po którym i tak nie spodziewał się zbyt wiele. Mężczyzna, Paweł, mógł być uzbrojony, a zamiast fascynatem, na jakiego się zapowiadał, mógł okazać się psychopatą. Dyskretnie, starając się nie wzbudzić czujności kierowcy, wyjął telefon i wysłał wiadomość swojemu przyjacielowi.
- Już jesteśmy blisko. - Paweł nie odrywał oczu od drogi, nie czując się zbyt pewnie za kierownicą. - Trochę na odludziu, nie chciałem, żeby ktoś się dowiedział.
Zatrzymali się. Paweł wyłączył silnik samochodu.
- Jeszcze kawałek musimy się przejść. Nie widać z drogi. Tędy.
Dłonią wskazał kierunek. Nie szli zbyt długo. Po dosłownie kilku minutach wyszli na niewielką, porośniętą krzakami polanę, na której stała drewniana, niestarannie zbudowana szopa. Nawet z kilku metrów Adam dostrzegał szpary pomiędzy pokrywającymi dach deskami. Drzwi, pomimo solidnej kłódki, można było otworzyć solidnym kopnięciem, co gryzło się z przesadną ostrożnością, jaką próbował wykazać się Paweł. Jeszcze nim mężczyzna wydostał klucz zaczepiony o wewnętrzną część jednej z wielu kieszeni, Adam przez dziurę wielkości dorosłego psa zajrzał do środka. Szpary w dachu dawały dość światła, by dostrzegł leżący na środku, zakryty brezentem obiekt.
- Mamy szczęście, że ostatnio nie padało. - Strzała uporał się z kłódką, otwierając, trzymające się jedynie na pojedynczym zawiasie, drzwi. - Kiedy zamoknie, potrzebuje więcej czasu nim zadziała.
Zdjął kłódkę i delikatnie otworzył drzwi, uważając, by nie wypadły z zawiasu. Przepraszająco spojrzał na Adama.
- Majsterkowanie nie jest moją mocną stroną. Ale jakoś się trzymają.
Adam nic nie odpowiedział, zainteresowany zawartością prowizorycznej szopy. Paweł pociągnął płachtę, odsłaniając ukryte pod nią przedmioty: kask i coś, co na pierwszy rzut oka przypominało plecak. Widział rozczarowanie w oczach Adama i natychmiast, jak prawdziwy pasjonata przesadnie gestykulując, zaczął się tłumaczyć.
- Wiem, nie robi dobrego wrażenia. Muszę nad tym popracować. Ale daj mi szansę.
Nałożył kask i, z plecakiem w ręku, wyszedł z szopy, odsuwając się od niej na kilka metrów. Dopiero kiedy założył plecak, Adam zauważył zwisający z niego sznurki. Był sceptyczny, lecz, skoro już się tutaj znalazł, nie miał wyjścia, jak tylko dać mężczyźnie zakończyć swój pokaz. Bez niego nie miał jak się stąd wydostać.
- Odsuń się. Przy starcie czasami mnie odrzuca.
- Przy starcie?
Odpowiedzią na pytanie Adama był huk i gęsta, choć niewielka chmura dymu. Zaraz po tym, po okolicy rozniosło się echo radosnego okrzyku cieszącego się jak dziecko Pawła. Adam uniósł głowę, by zrokalizowac xródło dźwięku.
- Nieźle, co nie?!
Paweł, roześmiany niczym dziecko na karuzeli, krążył nad jego głową, ciągnąc za sobą smugę dymu wydobywającego się z plecaku. Mężczyzna, kręcąc młynki, znalazł się ponad koronami drzew, nieustannie się wznosząc. Kochał to. Za każdym razem, kiedy odrywał się od ziemi, czuł się naprawdę szczęśliwy. Lot trwał piętnaście minut, nim ponownie dotknął ziemi. Ciągle się uśmiechając, podszedł do zachwyconego Adama.
- I jak? Robi wrażenie, co?
- Myślałem, że takie rzeczy, to tylko w filmach. Sam to zbudowałeś?
- Sam. Jesteś pierwszy, któremu to pokazałem. Więc jak, nadaję się? Do waszej grupy?
Adam wbił wzrok w ziemię.
- Z tym jest pewien problem.
- Och. - Paweł starał się ukryć rozczarowanie, chociaż wyraźnie posmutniał, a uśmiech zniknął z jego twarzy. - Rozumiem. Nie jestem dość dobry.
- Nie, to nie to. - Adam podrapał się za uchem. - Chodzi o to, że nie ma żadnej grupy. Jesteśmy tylko we dwójkę, ja i mój znajomy.
- A to ogłoszenie?
- Stare czasy. Tak, był taki projekt, ale nie udało się. Trzeci z założycieli zrezygnował.
Paweł nie patrzył mu w oczy. Stał z boku, majstrując przy plecaku i nieumiejętnie udając, że nie przejął się słowami Adama. Sam był sobie winien. Mógł sprawdzić, upewnić się. Kiedy wpadła mu w ręce strona ze starej gazety, nawet się nie zastanawiał. Teraz entuzjazm opadł. Żałował, że zdradził przed tym młodzieńcem swoją największą tajemnicę. Wyprostował się i bez słowa schował sprzęt do szopy, starannie przysłaniając go płachtą.
- Pewnie chcesz wracać. Przepraszam, że zabrałem ci tyle czasu.
Prawie bez słowa pokonali drogę do samochodu. Adam dwa razy próbował nawiązać rozmowę, lecz Paweł zbywał go milczeniem. Odpalił silnik. Po kilku minutach wyjechali na główną, asfaltową drogę. Adam podjął kolejną próbę.
- Przepraszam. Powinienem od razu ci powiedzieć, zanim tutaj przyjechaliśmy. Ale zaciekawiłeś mnie tym lataniem.
- Nic się nie stało. Nie wiem, na co liczyłem. Byłem głupi.
Jego słowa kontrastowały z tonem głosu. Wycedził je przez zaciśnięte zęby, nawet nie siląc się na uprzejmość. Adam postanowił to zignorować. Podjął decyzję.
- To, co mówiłem o grupie, to prawda. Chcieliśmy się rozwiązać. Ale kiedy zobaczyłem twoje wyczyny... - urwał na moment, obserwując reakcję Pawła - chciałbym, byś do nas dołączył. Reaktywujemy grupę. Twój optymizm mnie zaraził i myślę, że teraz nam się uda.
Szarpnęło, kiedy Paweł gwałtownie zahamował. Spodziewał się różnych reakcji, od wyzywania po szaleńczą radość lecz ten milczał wpatrując się w drogę. Po chwili zjechał na pobocze. Dopiero wtedy obrócił się w jego stronę i Adam mógł dostrzec radość w oczach mężczyzny.
- Ja... ja nie wiem co powiedzieć.
Tego się nie spodziewał. Paweł objął go i, pociągając nosem, zaczął szlochać w jego ramię.
- To spełnienie moich marzeń. Wiesz - mężczyzna w końcu oderwał swoją twarz od ramienia Adama - zawsze chciałem pomagać, walczyć ze złem, bronić niewinnych. Teraz wreszcie będę miał okazję.
Adam uśmiechnął się w duchu. Nie wiedział, czy im się uda i nie pożałuje swojej decyzji, ale uśmiech na twarzy tego mężczyzny wynagradzał mu wszelkie wątpliwości. Był dobrej myśli.
- Pawle. Srebrna Strzało. Witam w zespole.

Lubił przechadzać się po swoim gabinecie. Zawsze wtedy wracał myślami do ich pierwszej siedziby. Mieściła się na piętrze opuszczonego budynku, którego właściciel zbankrutował na długo przed zakończeniem budowy, a do własności którego nikt się nie przyznawał, w obawie przed ciążącymi na posesji długami. Całość składała się z zaledwie pojedynczego pomieszczenia, mniejszego niż jego obecny gabinet, będący zaledwie jednym z wielu, które mieli do swojej dyspozycji. Kiedy już zaakceptowano ich obecność na ulicach, łatwo przekonali radę miasta, by ta przekazała im nową siedzibę. Część obywateli oczywiście kręciła nosami, lecz statystyki przemawiały na ich korzyść. Ulice były bezpieczniejsze niż kiedykolwiek, a odciążona policja mogła przeznaczyć więcej środków na prawdziwe zbrodnie, zamiast ganiać za grupą nastoletnich chuliganów. Wprawdzie jemu również marzyło się starcie z prawdziwym geniuszem zła, lecz potrafił zadowolić się tym, co miał. Jedyna, która nie popierała jego nocnego hobby, była żona, kręcąca nosem za każdym razem, kiedy nocne życie kolidowało z jego codziennymi obowiązkami. Nie było tygodnia, by przynajmniej raz nie pokłócili się, wytykając sobie wzajemnie wszystkie popełnione przez trzy lata małżeństwa błędy. Zamyślony nie od razu zauważył świecącą się na czerwono lampkę. Blondyna rzadko dzwoniła, co mogło oznaczać złe wieści. Już w pierwszych słowach potwierdziła jego obawy.
- Mamy problem. Poważny.

Awatar użytkownika
Stwór
Posty: 31
Rejestracja: 21 lutego 2014, 00:32

Re: I ty możesz zostać superbohaterem

Post autor: Stwór » 27 lutego 2014, 21:48

Stwór wsadził łeb do tematu, ostrożnie rozglądając się na boki i strosząc wąsy.
- Potworek... czuć tu Potworkiem...
Przymknął drzwi, niezdecydowany, czy chce zapoznać się z Potworkiem. Wbrew pozorom Stwór miał niewiele wspólnego z potworkami wszelkiej maści. Po dłuższym namyśle jednak wziął się w garść i otworzył szeroko drzwi do tematu.


Jak sam zareklamowałeś swoje maleństwo, jest to mały potworek pełną gębą. Po przeczytaniu fragmentu, pierwsze co przyszło mi do głowy to "Marvel junior", dopiero potem okazało się, że Strzała nie lata sam z siebie, a inni pewnie też mają supermoce jedynie dzięki "wspomaganiu". No cóż, sam pomysł nie jest najgorszy, a potworek może być fajnym projektem na odstresowanie się. ;)
Pozostawiając jednak fakt, że nie jest to do końca poważne dzieło literackie: mam wrażenie, że nawet raz nie przeczytałeś tego po napisaniu. Rzuciło mi się w oczy coś na początku (literówka? chyba literówka), gdzieś w połowie tekstu była zjedzona wielka litera. Coś mi też nie pasowało z przecinkami w pewnym momencie. Szczerze nie chce mi się ponownie przeglądać, szukając błędów, ale jeśli będziesz chciał wstawić kolejną część, to chociaż przeleć ją wzrokiem najpierw. Nie rzucaj dziewicy na pożarcie.

Awatar użytkownika
Kandara
Posty: 240
Rejestracja: 25 lipca 2012, 00:51

Re: I ty możesz zostać superbohaterem

Post autor: Kandara » 28 lutego 2014, 02:22

Ja się tam "logiką, fizyką i innymi takimi" mało przejmuję. Mało mnie obchodzą, bo mało się na nich znam, a do tego dopuszczam istnienie komiksowej logiki, komiksowej fizyki i komiksowych innych takich. Literówkami też się generalnie mało przejmuję, ale w kwestii przecinków, to zdaje się, udało ci się wejść na wyższy poziom (czyt nawet ja zauważyłam niektóre braki, jednak wolę o nich nie mówić. Bo to z pewnością nie wszystko).
Hummm wiesz co mi się w tym podobało? Humor mi się podobał, taka jakaś ironia, taki jakiś dystans. Na prawdę uśmiechnęłam się czytając to. OO i pomysł mi się spodobał. Czasem w krótkich przebłyskach nie wiadomo czego zdarzało mi się myśleć o podobnym projekcie, więc fajnie w sumie, że ktoś to zrobił. A i wiesz, że ta końcówka była wredna? Wiesz? No to teraz musisz napisać ciąg dalszy :D
Obrazek Księżycowa weno, działaj!

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: I ty możesz zostać superbohaterem

Post autor: Joa » 28 lutego 2014, 14:44

SpoilerShow
Hieroglif dokładnie przeżył kolejny kęs kebaba, nim odpowiedział z rozbrajającą szczerością.
Literówka i ja zastanowiłabym się nad zamienieniem kropki na dwukropek.
Zostaw cholerną bułę
"Tę".
Noc byłą spokojna i zadania,
Bez konsekwencji mógł zrelaksować się przy kubku gorącej czekolady. Bez pośpiechu
Powtórzenie.
sygnał, który odebrał,
Od dużej.
- Strzała, podaj swoja pozycję.
Niebieską szpilkę wbił w północno-zachodniej części miasta, w spokojnej dzielnicy, do której, na rutynowy patrol, posłał najmniej doświadczoną w całej grupie Furgonetkę
"wbił w północno-zachodnią część miasta, w spokojną dzielnicę, do której na rutynowy patrol posłał..."
Jedna z lampek sygnalizujących połączenie, zamigotała.
Bez tego przecinka.
W początkowym zamyśle, chcieli zebrać grupkę równych sobie zapaleńców, gotowych nocami patrolować ulice i dbać o bezpieczeństwo mieszkańców wszędzie tam, gdzie policja nie chciała, lub nie mogła dotrzeć.
Bez tych przecinków.
Dawno zapomnieli o ogłoszeniu, które umieścili w niewielkim, dzielnicowym tygodniku, kiedy do drzwi ich ówczesnej, zapuszczonej siedziby zapukał cudacznie ubrany, niewiele od niego starszy mężczyzna, w ręku gniotąc stronę wyrwaną z gazety.
Do niego, czyli do kogo? Mówisz najpierw o grupie, a potem o kimś do kogo zapukano. Niby wiem, że chodzi o Adama, ale nie jest to skonkretyzowane, a jednocześnie we wcześniejszej części zdania mówisz o Adamie i, jak mniemam, jego koledze.
Chciał go spławić, powiedzieć, ze
Był pewien, ze tego
- Eee, oczywiście.
Brakujący przecinek.
- Nie, nie - natychmiast zaprzeczył, nie chcąc rozczarować swego gościa. - prawdę mówiąc,
Kropka i duża litera.
- Mamy szczęście, ze ostatnio
Paweł pociągnął płachtę, odsłaniając ukryte pod nią kas
"Ukryty" i "kask".
Bez niego, nie miał jak się stąd wydostać.
Niepotrzebny.
Adam uniósł głowę, by zlokalizować źródło dźwięku.
Potrzebny.
Lot trwał piętnaście minut, nim ponownie dotknął ziemi.
To, co wyżej.
- Myślałem, ze takie rzeczy, to tylko w filmach.
Tak, był taki projekt, ale nie udało się. trzeci z założycieli zrezygnował.
Teraz entuzjazm opał.
Żałował, ze zdradził
Przepraszam, ze zabrałem ci tyle czasu.
chwilę urwał, obserwując reakcję Pawła
"Urwał na chwilę".
Spodziewał się, różnych reakcji, od wyzwania, po szaleńczą radość, lecz ten milczał, wpatrując się w drogę.
Niepotrzebne przecinki i zamiast "wyzwania" dałabym "wyzywania".
łatwo przekonali radę miasta, by ta przekazała im nową siedzibę.
Zgubiony przecinek.
mogła przeznaczyć więcej środków na prawdziwe zbrodnia,
Spojlera nie będę komentować, mam nadzieję, że poprawisz, bo w sumie trochę spędziłam nad nim czasu.
Jeśli chodzi o bohaterów: zazwyczaj mam problem. Twój styl i sposób narracji, operowania słowem uniemożliwia mi polubienie Twoich bohaterów i czuję do nich jakąś niechęć. W jakiś sposób ich przerysowujesz, są dla mnie tak dziwni, że nie wiem, co o nich myśleć i stać mnie tylko na bycie wobec nich niechętną. Jedynie w "Amber Mozart nie żyje" udało Ci się wzbudzić we mnie sympatię do bohaterów, ale to był naprawdę Twój dobry tekst.
To pierwszy fragment dopiero, więc nie chcę za bardzo na nich narzekać, przejdę dalej.
Ta retrospekcja jest ok, poprzedzona teraźniejszością i późniejszym powrotem do niej, wypada naprawdę fajnie. Zaciekawia. Mnie zaciekawiła, więc będę czekać na dalszy ciąg. Chcę się dowiedzieć o tym, jak działa ta ich grupa, bez wyjaśniania narratora, chcę to sprawdzić przez akcję, więc pisz, Mo.
Chcę wiedzieć, jak opiszesz tych superbohaterów.
I jeszcze jedna rzecz: akapity, Mo. To, że wstawisz na początku sceny wcięcie, nie oznacza, że możesz sobie dać z nimi spokój. Przeniesienie nowej myśli do nowej linijki też nie oznacza akapitu. Zrób coś z tym, to uprzyjemni czytanie.
Było absurdalnie, całkiem przyjemnie, ciekawie. Czekam na dalszy ciąg.
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
A. Mo'zart
Posty: 162
Rejestracja: 05 lipca 2012, 22:07
Lokalizacja: Dom
Kontaktowanie:

Re: I ty możesz zostać superbohaterem

Post autor: A. Mo'zart » 15 marca 2014, 22:51

Po kolei.
Przecinków, jak wiecie, stawiać nie umiem. Już nawet nie obiecuję poprawy, bo pewnei nigdy się tego nie nauczę :( I tak, wiem, ze to mnei nie usprawiedliwia. Za nic nie potrafię sobei wbić przecinkowych zasad do głowy, a stawianie na czuja wygląda jak wygląda. Czyli przez okno. Co do akapitów to macie niestety rację. Mam nadzieję, że teraz już jest lepiej.
O treści za dużo mówić nie chcę, jedynie tyle, ze nie będzie to tak komiksowo-superbohatersko. Trafi się parę osób potrafiących trochę więcej, ale myślę, ze nic, co by było przegięciem. Tak szczerze mówiac to to z załozenia ma być bardizje obyczajówka, niż fantasy i, rpzynajmneij według planów, tekst ma być raczej dłuższy, niż krótszy, wiec mam nadzieję, że jednak nie okażą się przerysowani, bo akurat tutaj nie to jest moją intencją. A co do lubienia ich... *nabiera wodę w usta*

+++

Z Blond Pięknością spotkali się wyłącznie dzięki opatrzności, za co, nawet jeśli starała się to ukrywać, do tej pory była im wdzięczna. Pomimo entuzjazmu Strzały, nadal nie mieli dość czasu by wychodzić na ulice każdej nocy, a jeśli już wyruszali na patrol, niemal zawsze trzymali się jednej dzielnicy, w najlepszym wypadku zahaczając o przyległe ulice sąsiednich. Ich działalność zaczęła jednak przynosić efekty i coraz częściej na ulicach panował spokój na tyle, że postanowili na próbę rozszerzyć działalność.
Tamtego wieczoru, jak w każdy piątek, Weronika wróciła do domu tuż po zapadnięciu zmroku, już w drodze ciesząc się z nadchodzącego weekendu. O ile lubiła wszystkie dodatkowe, wieczorne zajęcia, o tyle szkoła irytowała ją i każdy dzień spędzony w ścianach pobliskiego liceum zdawał się nie mieć końca. Z ulgą witała koniec dnia.
- Cześć mamo!
Podpierając się o ścianę, drugą ręką zdjęła przemoczone buty. Padający od rana deszcz nie nastrajał pozytywnie i dopiero przed godziną, kiedy pogodziła się już z rezygnacją z dzisiejszej przebieżki, chmury rozstąpiły się, przepuszczając nieśmiałe promyki zachodzącego słońca. Wsunęła stopy w ciepłe, domowe kapcie i odganiając skaczącego wokół niej psa, nęcona zapachem odgrzanego obiadu przeszła do jadalni.
- Cześć tato.
Pochyliła się nad siedzącym w fotelu ojcem i pocałowała go w czoło. Ten, nie odrywając oczu od telewizora tylko odmruknął w odpowiedzi, przeganiając ją sprzed ekranu.
- Jak w szkole?
Pani Przybyś jak zawsze doskonale przygotowane, wniosła talerz gorących, jeszcze parujących ziemniaków i postawiła go na stole pod nosem wygłodniałej córki.
- Spoko.
- Miałaś ten sprawdzian z historii?
- No. - Weronika przeżyła gorącego ziemniaka. - Miałam. Niestety.
- I jak poszło?
- Chyba dobrze. Nie wiem. Historia jest do bani.
- Marlena pewnie dostanie piątkę.
- Mamo!
Nienawidziła, kiedy mama poruszała temat Marleny, wiecznie przyrównując ich osiągnięcia. Mieszkając na sąsiednich ulicach, znały się od dziecka, co już w pierwszych dniach szkoły zaowocowało rywalizacją rodziców, porównujących ich wyniki w nauce. Niestety dla Weroniki, pod tym względem już od dawna nie mogła się równać z Marleną, co mama wypominała jej przy okazji każdej wywiadówki, opowiadając o wstydzie i upokorzeniu, jakiego doznaje wysłuchując jej ocen.
- Mogłabyś się poprawić, gdybyś się przyłożyła. Wiem, że cię na to stać.
Na to Weronika nie odpowiedziała, w milczeniu pochłaniając resztę obiadu.
- Chcesz dokładkę?
Pani Przybyś chwyciła pusty talerz i ruszyła z nim w stronę kuchni
- Nie, dzięki. Śpieszę się.
- Znowu idziesz biegać? Lekcje odrób.
- Jutro. Zawody już za tydzień, muszę trenować.
To zawsze na nią działało. Wystarczyło powiedzieć, że chce, by byli z niej dumni, a od razu pozwalali jej na więcej. Częściowo była to prawda. Chciała wygrać, a jeśli dzięki temu przynajmniej na jakiś czas nie poruszaliby tematu Marleny, tym lepiej. Miała wyrzuty, że nie powiedziała im o jakie bieganie chodzi, lecz usprawiedliwiała się, że wówczas nie byłoby żadnych szans, by wypuścili ją z domu. Przebrała się w pośpiechu. Dni były coraz krótsze, a nie lubiła biegać w zupełnych ciemnościach, nawet znając trasę na pamięć. Już teraz widoczność była zbyt niska. Postanowiła ograniczyć się do zaledwie jednej rundy.
- Kurtkę weź!
Słowa mamy dogoniły ją nim zatrzasnęła za sobą drzwi i, niechętnie, wróciła po zbędne odzienie.
Truchtem przebiegła chodnikiem do najbliższego zakrętu i jak tylko znalazła się poza zasięgiem wzroku rodziców, wcisnęła kurtkę w żywopłot otaczający dom jednego z sąsiadów. Przyśpieszyła, chcąc jak najszybciej znaleźć się na swojej ulubionej trasie. Znała ją tak dobrze, że z powodzeniem mogła pokonać ją nawet w środku nocy i jedyne, czego się obawiała, to śliskie po niedawnym deszczu krawędzie. Skierowała się w stronę niewielkiego podwórka, wciśniętego pomiędzy dwa stare, niskie budynki. W pełnym biegu skoczyła na oparcie porzuconej przed kilkoma miesiącami sofy, odbiła się i wylądowała na szczycie śmietnika. Z tego miejsca droga była łatwa. Przebiegła po dachu i przeskoczyła przez niewielki mur oddzielający dwa podwórza, a stamtąd na drugą stronę ulicy, gdzie czekało na nią prawdziwe wyzwanie.
Była w połowie treningu, kiedy jej uwagę zwróciło wołanie o pomoc. Przykucnęła na krawędzi dachu. Na chodniku, tuż pod jej nosem, troje mężczyzn kopało młodego chłopaka, który desperacko próbował osłonić twarz przed spadającymi na niego ze wszystkich stron ciosami. Kolejny, najwyraźniej nieprzytomny, siedział oparty o szybę przystanku. Nienawidziła czegoś takiego i chociaż wiedziała, że nie powinna się wtrącać, nie mogła przejść obok obojętnie, nawet kosztem kilku blizn i siniaków. Miała nadzieję, że lekcje samoobrony nie pójdą na marne i zdoła sobie poradzić z trzema przeciwnikami naraz.
- Ej! Zostawicie go!
Najbardziej żałowała, że nie miała przy sobie telefonu, przez co zdana była wyłącznie na siebie. Nie liczyła na pomoc z zewnątrz. Młodzieniec krzyczał na tyle głośno, że gdyby ktoś chciał zainterweniować, już dawno by to zrobił. Prawdopodobnie wszyscy woleli udawać, że nic się nie działo, czy to ze strachu, czy z powodu zwykłej, ludzkiej znieczulicy. Jak gdyby na potwierdzenie jej słów, zza rogu wyłonił się jakiś mężczyzna. Nim zdążyła poprosić go o pomoc, odwrócił się i wrócił tam skąd przyszedł.
- Wezwałam policję. Zaraz tu będą.
Starała się mówić spokojnie, by nie okazać strachu i nerwów. Ciągle miała szansę rozwiązać problem pokojowo i wyjść z tej sytuacji bez szwanku. Napastnicy spojrzeli w jej stronę. Spod naciągniętych na ich twarze kominiarek widziała jedynie oczy i usta.
- Lepiej się od niego odsuńcie. Pozwólcie mu odejść.
Jeden z mężczyzn uniósł rękę w pokojowym geście.
- To nie tak jak myślisz. - Odsunął się od ofiary. - Nie mamy złych zamiarów.
Nawet gdyby chciała w to uwierzyć, błagania skopanego chłopaka nie pozwoliłby na to.
- Pomóż. Proszę.
Po raz kolejny próbował się wyrwać, lecz osłabiony natychmiast osunął się na ziemię. Drugi z napastników uciszył go dobrze wymierzonym kopniakiem. Mężczyzna przestał się poruszać i ciche jęki, które wydobywał, były jedyną oznaką życia. Weronika czuła, jak serce podchodzi jej do gardła. Powinna była uciekać, lecz coś, strach lub odwaga, trzymało ją w miejscu. Pierwszy mężczyzna, ten najmniej agresywny, zbliżył się przez cały czas trzymając ręce przed sobą by widziała, że nie był uzbrojony. Kątem oka zauważyła kolejnego, przesuwającego się z drugiej strony.
- Nie podchodźcie! Zacznę krzyczeć!
Panika dała o sobie znać. Jak mogła wierzyć, że poradzi sobie z trzema mężczyznami? Jak wytłumaczy rodzicom swoje rany? Czy w ogóle będzie miała możliwość wytłumaczenia czegokolwiek? Nie widziała, by mieli ostre narzędzia, ale równie dobrze mogli ją skopać na śmierć. Chłopak oparty o szybę nie wyglądał na przytomnego, być może już był martwy, a i ten na chodniku wyraźnie dogorywał. Nie widziała ich twarzy, gdyby zostawili ją w spokoju i tak nie mogłaby ich opisać, lecz to nie musiało ich powstrzymać, a wręcz przeciwnie, mogło ich zachęcić. Bezkarność potrafiła nawet porządnego człowieka zmienić w zwierzę.
- Nic ci nie grozi. Przy nas jesteś bezpieczna. Uspokój się, a nikomu nie stanie się krzywda. - Pierwszy z napastników rozłożył ręce w pokojowym geście. - Nie musisz się bać.
Zdjął kominiarkę i popatrzył na nią błękitnymi oczami. Jego twarz budziła zaufanie i sprawiała, że nie potrafiła mu nie uwierzyć nawet w oczywiste kłamstwo. Miał całkiem przyjemny, ciepły głos, któremu ciężko było się oprzeć i wbrew zdrowemu rozsądkowi czuła, że zaczęła mu ulegać. Nie chciała z nimi walczyć. Opuściła ręce, przyjmując mniej obronną postawę. Pozwoliła mu podejść bliżej. Objął ją ramieniem. Poczuła się wyjątkowo bezpiecznie, jakby świat wokół niej nagle zmienił się na lepsze. Złe myśli powoli odpływały, a ich miejsce zajmowały wspomnienia najlepszych chwil jej krótkiego życia. Jeszcze nigdy nie była tak szczęśliwa. Wpatrywała się w jego oczy, czując jak miękną jej kolana. Nogi odmówiły jej posłuszeństwa i zaczęła osuwać się na ziemię, oczy powoli zachodziły mgłą. W ostatnim odruchu świadomości pomyślała, że przynajmniej już nigdy nie usłyszy o Marlenie.
Weronika otworzyła oczy. Kręciło jej się w głowie, a zawartość żołądka podchodziła niebezpiecznie blisko gardła. Oparta plecami o uliczna latarnię, z wielki trudem uniosła się odrobinę, po czym, wyciągnąwszy szyję najdalej jak zdołała, ozdobiła chodnik niedawnym obiadem. Powoli dochodziła do siebie, a szczegóły otoczenia zaczęły wracać na swoje miejsce, układając się w logiczną całość. Nie miała pojęcia ile czasu była nieprzytomna. Ulica nie była już pusta jak poprzednio, a mijający ją starszy pan popatrzył krzywo, mamrocząc pod nosami o tej dzisiejszej, naćpanej młodzieży. Spróbowała wstać, lecz osłabione nogi rozjechały się i boleśnie klapnęła tyłkiem o chodnik.
- Nareszcie się obudziłaś. Pomóc ci wstać?
Uniosła głowę, spoglądając na stojącą nad nią ludzką sylwetkę. W męskim głosie pobrzmiewała nuta troski, chociaż po wcześniejszej przygodzie nie zamierzała ufać własnym odczuciom. Drugi raz nie mogła dać się tak łatwo podejść. Zebrała resztkę energii i, ku zaskoczeniu chłopaka, błyskawicznie uniosła nogę, czubkiem buta trafiając idealnie w jego krocze. Stęknął, a do jego oczu napłynęły łzy. Chwycił oburącz za obolałe miejsce, zwijając się z bólu. Jego dwaj koledzy, siedzący na pobliskiej ławce, natychmiast podbiegli, krzycząc coś do niej i wymachując rękoma. Niestety nie miała dość sił, by z nimi walczyć. Jeden z nich chwycił Weroniką za bluzę, pociągając ją w górę.
- Pojebało cię? Co on ci zrobił?
- Zostawcie... mnie. Proszę.
- Puść ją. - Adam pochylił się nad skręcającym się na chodniku przyjacielem. - Jest w szoku. Nie wiedziała, co robi.
Uśmiechnął się, zwracając się do dziewczyny.
- Jak się czujesz? Wezwaliśmy pogotowie.
Ciągle oszołomiona, w końcu zdołała samodzielnie utrzymać się na nogach. Powoli odzyskiwała pamięć, a w raz z nią twarz tego, który ją zaatakował. Z ulgą odkryła, że nie należała do żadnego z obecnej trójki. Zauważyła nieprzytomnego wcześniej chłopaka. Ulżyło jej widząc, że żył i chociaż nie wyglądał najlepiej, prawdopodobnie nic mu nie zagrażało. Ten, który leżał na chodniku, zniknął, tak samo jak jej oprawcy.
- Nie chcę karetki. Chcę do domu.
Adam nie odpowiedział od razu, w zamyśleniu kiwając głową.
- Daleko mieszkasz? Oni mogą wrócić.
- Nieda... - W ostatniej chwili ugryzła się w język. Narobiła dzisiaj dość głupot, by dodatkowo podawać swój adres trójce nieznajomych. - Poradzę sobie.
Adam nie sprzeciwiał się. Nie dziwił się, że nie chciała im zaufać. Sam po czymś takim w każdym widziałby potencjalnego napastnika. Wymienił szybkie spojrzenie z Dawidem, który najwyraźniej myślał podobnie.
- W porządku. - Wyciągnął do niej dłoń. - Adam. Przepraszam za kolegę - wskazał na wyjącego z bólu Strzałę - pewnie cię przestraszył.
Z dużym wahaniem chwyciła jego dłoń. Ostatni, który ją dotknął pozbawił ją tym przytomności, lecz tym razem nic takiego się nie zdarzyło. Spróbowała się uśmiechnąć, choć obawiała się, że na jej twarzy pojawił się jedynie bliżej niezidentyfikowany grymas. Pożegnała się szybko, by nie dać mu możliwości kontynuowania rozmowy. Nie oglądając się za siebie, na tyle szybko ile mogła oddaliła się w kierunku przeciwnym do zamieszkania. Dopiero kilkanaście minut później, kiedy całkowicie doszła do siebie, odważyła się wrócić do domu, co jakiś czas upewniając się czy nikt jej nie śledził.
Obserwowali ją przez chwilę. Dopiero, kiedy znalazła się wystarczająco daleko, Strzała założył okulary i przygotował plecak do lotu. Ona mogła nie chcieć ich pomocy, jednak oni nie zamierzali pozostawić jej bez opieki. Adam ostatni oderwał wzrok.
- Nie daj się zauważyć. Nie chcemy jej spłoszyć. Dowiedz się, gdzie mieszka i wracaj.
- Nie mam zamiaru. Ta dziewczyna ma kopyto. Myślałem, że jaja mi urwało. Nie chciałbym być w skórze kolesia, który z nią zadrze.
- Tym lepiej. Przyda się.
- Naprawdę liczysz, że się do nas przyłączy? To tylko nastolatka. Będzie zawadzała.
- Słyszałeś co powiedział ten koleś. Uratowała go. Jako jedyna zareagowała na wołanie. Gdyby się nie wtrąciła, byłby martwy.
- Czyli jest głupia i odważna. To nic nie znaczy.
Strzała pozostał sceptyczny. Gdyby to od niego zależało, nigdy nie spróbowaliby zrekrutować kogoś, kto jeszcze kilkanaście minut wcześniej otarł się o śmierć. Tak, uratowała chłopaka interweniując kiedy cała reszta przechodniów udawała, że nic się nie działo, lecz jednocześnie była na tyle lekkomyślna, że dała się podejść jak amator. Niestety, Adam i Dawid nie podzielali jego opinii. Przypuszczał, że całkiem ładna buźka dziewczyny zawróciła im w głowach. Jeśli miał rację, mogło to przynieść tylko kłopoty.
- Znaczy tyle, że warto spróbować. - Adam pozostał nieugięty. - Nie jest obojętna, a to coś od czego można zacząć. Wszystko jest możliwe. Jeszcze miesiąc temu chcieliśmy to porzucić. Jeśli dalej chcemy się bawić, potrzebujemy więcej ludzi.
Strzała westchnął. Wiedział, że i tak pozostaną ślepi na jego argumenty.
- Jak chcesz. Nie ja będę się za nią włóczył. Kiedy naśle na ciebie policję, sam będziesz się tłumaczył.
Chwilę później, ku zdumieniu przechodniów, unosił się nad miastem.

Awatar użytkownika
Kandara
Posty: 240
Rejestracja: 25 lipca 2012, 00:51

Re: I ty możesz zostać superbohaterem

Post autor: Kandara » 16 marca 2014, 00:09

Mo... ja tak sobie myślę, że przy twoim stylu, to nie ma opcji, żeby bohaterowie nie wydawali się w pewnym stopniu przerysowali. :bag: Bo widzisz... Tak jakoś to jest wszystko opisane, że najpoważniejsza scena, każda poważna sytuacja wydaje się ironiczna i prześmiewcza. Nie wiem jak to wyrazić, no ale masz takie dziwne coś w stylu i już.
I tak sobie też myślę o tym dzisiejszym fragmencie. I Myślę sobie podoba ta sytuacja, sposób w jaki została opisana, podoba mi się (nawet) Weronika. Tylko no właśnie za mądra to ona nie jest XD
SpoilerShow
Chwycił oburącz za obolałe miejsce, zwijając się z bólu.

obolałe, z bólu... no wiesz

Ostatni, który ją dotknął pozbawił ją tym przytomności, lecz tym razem nic takiego się nie zdarzyło.


jedno bym usunęła
Obrazek Księżycowa weno, działaj!

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 489
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie

Re: I ty możesz zostać superbohaterem

Post autor: Krin » 28 marca 2014, 21:42

Zazwyczaj jest tak, że pomysł jest dobry ale wykonanie słabe. Moim zdaniem to tutaj jest inaczej. Ogólnie dobrze piszesz. Raczej nie masz problemów z przelaniem myśli na papier. Niektóre fragmenty się wyróżniają pod tym względem. Na samym początku, w tych pierwszych dialogach, na samym początku powinno być chyba trochę więcej wykrzykników, bo jakoś takie dziwne się wydają bez nich te zdania. Przecinki to nie moja bajka co pewnie widać w tym komentarzu...
Ale pomysł... Mogłoby to być opowiadanie humorystyczne, ale jest napisane zbyt poważnym językiem. W ogóle takie ni poważne, ni śmieszne. To przelanie na polski grunt amerykańskiego komiksu. Wszystko podobne tyle, że z polskimi nazwami i zupełnie oderwane. Grupa młodych ludzi ze śmiesznymi przezwiskami ugania się po ulicach za pijaną młodzieżą. Hmm... Może inaczej - grupa ludzi ze śmiesznymi nazwiskami próbuję przenieść amerykański komiks na polską rzeczywistość.
Trochę bardziej mi się podobał ten fragment z Weroniką.
Niektórzy pewnie lubią takie klimaty, ale myślę, że przeciętny Kowalski raczej nie. Nie znam innych twoich opowiadań, ale w każdym razie życzę sukcesów.
"Gdy na ramionach zamiast kruków zaczęły przysiadać mu foki, nazwano go Foczarzem. Jego moc stała się wówczas straszliwa i tylko dzielni przedstawiciele wiary katolickiej zapobiegli jego inwazji na Karpacz i zachodnie Niemcy."
- Kanterialus, "Żywot Kruczarza"

Zablokowany