UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Tytuł PROZY LIPCA
zdobyło ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee.

Serdecznie gratulujemy! :D

Andrzej Mularczyk - "Co się komu śni. I inne historie"

PUBLICYSTYKA
A kto powiedział, że publicystyka ma być nudna? Nudną robią ci, którzy nie potrafią robić interesującej. ~ Irena Dziedzic
Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Andrzej Mularczyk - "Co się komu śni. I inne historie"

Post autor: Siemomysła » 26 stycznia 2017, 13:38

Obrazek Autor: Andrzej Mularczyk
Tytuł: Co się komu śni. I inne historie
Rok pierwszego wydania: 1968 (Co się komu śni) i 1983 (Czyim ja żyłem życiem)
Wydawnictwo: Dowody na Istnienie, Imprint Fundacji Instytut Reportażu, Warszawa 2015
Liczba stron: 424

"Smakujcie te reportaże, pławcie się w obfitości słów; bo tak właśnie czyta się teksty Mularczyka: płynie się przez nie, a jeśli ktoś nie umie pływać, niech kroczy, a będzie iść krokiem tanecznym. To nie są teksty poszatkowane na krótkie, szybkie akapity, porwane jak liście sałaty, wystrzelane zdaniami: co kropka, to pocisk, co puenta, to mała śmierć. Tak jak on już się nie pisze, nie ma na to miejsca w gazetach, nie ma czasu, pieniędzy. Reportaż? O miłości? Na pięćdziesiąt tysięcy znaków ze spacjami?"

Autorką powyższych słów jest Julianna Jonek. Pochodzą ze wstępu, który ułożyła do wydanego w 2015 roku wznowienia reportaży Andrzeja Mularczyka wybranych z dwóch wcześniejszych tomów: "Co się komu śni" i "Czyim ja żyłem życiem". Przytaczam je, bo uznaję, iż lepiej niż moje zachęcą do sięgnięcia po teksty, które powstały pięćdziesiąt lat temu, korzeniami sięgają do czasów wojny, a ja – czytelnik dzisiejszy – nadal jestem w stanie podczas lektury czuć więź z bohaterami.

Tak się jakoś złożyło, że nigdy nie dogoniło mnie nazwisko Andrzeja Mularczyka. A przecież jego twórczość – jak chyba wszystkich w Polsce – wielokrotnie. "Sami swoi", "Dom", czy nawet powieść radiowa "W Jezioranach", której co prawda nie wysłuchałam nigdy żadnego odcinka, ale przecież słyszałam o niej niejeden raz, tak mocno wrosła w polską rzeczywistość kulturową. Jak to jest, że człowiek zapamiętuje nazwisko reżysera, a na człowieka, który napisał scenariusz uwagę zwraca znacznie, znacznie mniejszą, jeśli w ogóle? Dobra lekcja dla mnie. Uważniejszym odbiorcą chcę być w przyszłości.

Tym większa też moja wdzięczność dla tego, kto wrzucił do mego Słoika Podrzutków tę pozycję i wzywam tego kogoś do ujawnienia się, bym mogła wdzięczność wyrazić osobiście i gorąco. Zaiste dobry to był pomysł poprosić znajomków o niespodzianki do czytania.

O czym to właściwie jest?

"– ... I kiedy po tym tyfusie na oczy przejrzał, rękę wyciągnął i mnie po włosach pogłaskał, i kiedy ten list jeden jedyny w życiu od niego dostałam, i kiedy po pięciu latach niewidzenia, budząc się, przeczułam, że to jest dzień, który mi go znów pozwoli przywitać, i kiedy mnie drugi raz w życiu onże sam do ślubu prowadził, i kiedy ten pierścionek podarował za urodzenie Roberta, a nawet i wtedy, jak znalazłam psa sztywnego przy budzie, czymś zatrutego, co było znakiem, że on jest, że krąży gdzieś blisko, i teraz też, kiedy się dowiedziałam, że jest w tym domu bez klamek nałogiem całkiem oczumaniony – to jakbym się na nowo narodziła."

O ludziach. Jak to w reportażach. O miejscach, w których żyją. O tym, jak żyją, o tym po co. O radościach i dramatach rozciągniętych na lata, skondensowanych na kilkunastu/kilkudziesięciu stronach. O faktach. Prawdzie. Takiej, która czasem nie mieści się w głowie, w którą nieraz trudno uwierzyć, ale się wierzy, bo to reportaż. Wierzy się w to, co się czyta, bo ufa się temu, co do ludzi dotarł, wysłuchał, spisał ich słowa. Nadał im (i słowom i ludziom) znaczenie tym właśnie, że się ku nim pochylił, okazał zainteresowanie, ciekawość zwykłą i nie oceniał. Po prostu słuchał, a potem podał dalej opakowane w piękny język literatury. Bo poszczególne opowieści, poza tym, że przejmujące same w sobie, są też napisane w taki sposób, że mocniej jeszcze uderzają, mocniej ściskają i lepiej się je zapamiętuje.

"W zaciśniętych kurczowo dłoniach zdusiłem wyrwane zielsko. Dziś wiem, że to była macierzanka, ale wtedy tylko ten skurcz i zapach. Ten zapach. Ten zapach. Czy odczuwa się ból od śmiertelnego pocisku? Czy usłyszę jeszcze huk, czy tylko coś przetnie ten drgający słup powietrza i świat przestanie istnieć? Jak się pada? Na twarz? Na plecy? Nie, to nie było myślenie, to było pocenie się, pot oblepiał, spływał, rozmiękczał kości."

To nie są łatwe opowieści. To wojenne powidoki. Historie ludzi, którym wojna i czas powojenny wiele zabrały, ale bywało też – jakby wbrew, jakby w dowód oporu – że coś dawały. Przyznam, że boję się takich historii. Unikam ich. Jeśli wiem, że coś będzie dla mnie trudne, że wywoła smutek, żal, wściekłość, bezsilność – i to takie, z którymi nie można sobie poradzić prostym: to tylko książka! – omijam to. Widzę w tym swoiste tchórzostwo i wstydzę się tego. I jeśli już odważę się wreszcie sięgnąć – jak sięgnęłam po reportaże Andrzeja Mularczyka – nie żałuję.

Nie żałuję bo to są teksty tak bardzo warte przeczytania! Historie ludzi, których opisują są tak bardzo warte pamiętania! Wyłuskane spośród tylu innych. Zdobyte z wysiłkiem – to nie tak, że można było napisać maila, umówić się na kawę w dogodnej porze. To był czas listów w kopertach i podróży na końce świata, czas – bo bywało i tak – niezapowiedzianych wizyt. I nie ukrywam, dla mnie ma to dodatkowy wymiar, nadaje reportażom opisującym podwórko, które przecież uważam za własne, smaku przygody, romantycznego porywu. Ale nie dlatego kiedy już zaczęłam czytać, to nie mogłam przestać (co doprowadziło na przykład do wyskakiwania z autobusu w ostatniej chwili, bo cudem tylko wychwyciłam nazwę przystanku w nieznośnym szumie tła). Nie mogłam przestać, bo nie byłam w stanie zostawić tych, o których czytałam, nie dowiedziawszy się o nich wszystkiego. Czytałam i czułam się z nimi związana. Z każdym. Porównywałam siebie z nimi. Bałam się o nich. Chciałam dla nich jak najlepiej. Złościłam się z nim. Byłam tam, gdzie oni. Czułam zapachy, wsłuchiwałam się w dźwięki, bolały mnie zdarte na murze kostki palców. To aż dziwne. Bohaterów i mnie dzielą dziesiątki lat. W innych światach żyjemy. A przecież to, co najważniejsze dla mnie i dla nich wciąż jest takie samo.

"– Spotykam cię, bo to jest nasze przeznaczenie – powiedział. – Teraz już nie możemy się rozminąć.
Przestaje opowiadać. Majewska czeka i wreszcie słyszy:
– No i się nie rozminęliśmy. To było jak elektryczne wyładowanie wielkiej mocy. Od tamtej nocy jesteśmy razem do dziś."


Boję się, że nie potrafię wyjaśnić, co mnie w tej książce aż tak zachwyciło. Po prostu każdemu polecam, niech się sam przekona. Czuję, że wszystko, co chcę powiedzieć jest miałkie i jakieś takie nijakie w porównaniu z tym, z czym się zetknęłam. Ja się zwyczajnie cieszę, że czytałam i chcę do tych tekstów wracać, nawet jeśli własne pisanie wydaje mi się teraz jakieś mdłe i niepotrzebne. Wstyd po prostu wymyślać te fikcyjne zdarzenia, które muszą być prawdopodobne i którym tak łatwo zarzucić kicz i zbytnią naiwność, a na dodatek nigdy nie będą w stanie tak poruszyć czytelnika, jak te najbardziej zdałoby się niewiarygodne, niewyobrażalne, a nieraz może i odrobiną banału trącące historie żywych ludzi. Ci, którzy tworzą fikcję to tylko naśladowcy życia. Twórcy reportażu, życiem oddychają. I tylko tuż przed rozstaniem, gdy czytałam wywiad z autorem zamieszczony na końcu zbioru, gorzko mi się zrobiło, kiedy powiedział, że dziś już nie ma takich historii, nie ma się czym emocjonować. Nie wierzę w to. Historie są różne, bo każdy czas ma własne, ale każdy ma.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Andrzej Mularczyk - "Co się komu śni. I inne historie"

Post autor: Joa » 05 lutego 2017, 13:47

Są takie historie, są. Zmieniły się czasy, pojawiły nowe problemy, z którymi niezmiennie musimy się zmierzać. Nie jest nam w życiu łatwiej, dokładamy sobie kolejne kłopoty, nie nauczyliśmy się ze sobą żyć. Szkoda.

Namawiałam Cię bardzo do wrzucenia, bo mnie ta recenzja zachęciła. Nie wiem, ile ma w sobie recenzji, prawie ich nie czytam, więc w tym aspekcie Ci nie pomogę, ale sprawiłaś, że zachciałam od razu Mularczyka przeczytać. To ogromny plus. Nie miałam go co prawda przy sobie, wciąż nie mam, ale momentalnie zapragnęłam, by przeczytać po prostu reportaż, poczuć określone emocje, wzruszyć się, poczuć źle. Masochistyczna chęć cierpienia, zdobywania wiedzy, przeżywania. Otwierania oczu.
Rozmawiałyśmy o tym, jak ciężko się czyta reportaże; z jak wielkim trudem przychodzi uświadomienie sobie, że to nie jest fikcja, że świat jet okropny, a skala zła poraża. Ono jest wszędzie - za ścianą, koło nas, przechodząc ulicami możemy się na nie natknąć, nieważne czy jest ukryte, czy w ogóle się nie kamufluje, ale w tym pośpiechu traktujemy je jak element krajobrazu. Nie widać tego w skondensowanej formie jak w reportażach. Ale ja namawiam Ciebie i innych, by czytać ten gatunek. Jasne, to boli jak szlag (chociaż pewnie nie każdego), ale czy nas w jakiś sposób nie uwrażliwia? Nie zmienia? Nie rozszerza naszych horyzontów? Odpowiada na pytania, uczy, pokazuje?
Tak długo nie napisałam dla Ciebie komentarza, bo ciężko jest cokolwiek o tej recenzji napisać poza emocjami i kilkoma bzdurami. Płynęłam przez nią za pierwszym razem, jak już wspomniałam, nabrałam ochoty na reportaż i wzruszyłam. Świetnie dobrałaś cytaty - nie zdradzają za wiele, ale są rozłożone w punkt. I są świetną wizytówką.
Jeśli coś sobie jeszcze przypomnę, to wpadnę, dopiszę. Póki co, zostawiam Cię jedynie ze strzępkiem odczuć, przemyśleń, pochwał. Niewiele, ale co poradzę? Ciężej się komentuje, gdy się podoba.

:c[]:
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

ODPOWIEDZ