Szczęśliwego nowego roku 2020!!!

KORPOFICZEK!

Słuchaj, jest śliczny, piekielnie dobry Wszechświat tuż obok; chodź z nami ~E. E. Cummings
Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1873
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

KORPOFICZEK!

Post autor: Kruffachi » 13 marca 2020, 22:05

Wrzucam nieśmieszną słabiznę, ale bardzo chciałam już zacząć.


– Najważniejsze: nic się nie bój. – Kobieta uśmiechnęła się do niego szeroko, ukazując dwa rzędy drobnych zębów, i poklepała pokrzepiająco po ramieniu.
Była od Nady sporo niższa i z pewnością parę kilogramów szczęśliwsza. Szeroka spódnica w kwiaty wirowała przy każdym jej kroku, a niedbały kok z włosów we wszystkich kolorach tęczy podskakiwał wesoło na czubku głowy. Na pyzatej twarzy chłopak dostrzegł mimochodem kilka pierwszych zmarszczek.
Mimochodem, bo jednak większość uwagi poświęcał własnym rzeczom zapakowanym do trzech obszernych kartonów, które usiłował donieść bezpiecznie do swojego biurka.
Udając, że potakuje, najwyższy z nich przytrzymał brodą.
– Zasady są proste – szczebiotała dalej kobieta, która przedstawiła mu się jako Skowronek. Nie spytał, czy to prawdziwe imię, czy ksywa.
W ogóle nie zdołał niczego powiedzieć.
Przytrzymał karton chudym kolanem.
– Szybko je ogarniesz, wyglądasz na bystrego chłopca. – Skowron znów klepnęła go między łopatki. Lekko, ale wystarczająco, żeby z jednego z kartonów omal nie uciekła figurka psa pasterskiego, którą Nada znalazł na swoje dwunaste urodziny. Odkaszlnął lekko. – Przede wszystkim: pisz dużo maili. Do wszystkich. O wszystkim. Koniecznie ze swoim menagerem w cc. Tylko wiesz, musisz pisać tak, żeby się nie zdradzić, że chodzi o dwa kliknięcia. Nie, słonko, ty zbawiasz świat. Walczysz z głodem i ubóstwem, trzymasz na swoich barkach całą tę firmę, bez ciebie runąłby dział i jeszcze pięć sąsiednich, słońce by zaszło, a ptaki przestały śpiewać. Jasne?
– Jasne – wydukał Nada niewyraźnie, bo brodą nadal przytrzymywał kartony.
– No, a potem ci pokażę, gdzie można sobie zajarać i gdzie zwykle jest jeszcze mleko do kawy na spejsie.
Skowronek mówiła dalej, ale jej słowa zaczęły przelatywać nad głową Nady bez międzylądowań. Znacznie bardziej realna wydawała się strużka potu, która właśnie powoli spływała po jego karku na plecy. Przyciśnięty pakunkami do piersi identyfikator wpijał mu się w żebro.
– No, to będzie twoje biu… Chłopcze! Hej, chłopcze! – Skowronek musiała go dogonić i zawrócić, bo tak bardzo skupił się na zadaniu, że mógłby iść biurem dalej, aż do okna i pewnie nawet za okno.
W jednej chwili uświadomił sobie, że wszyscy na niego patrzą.
Naprawdę wszyscy, a najgorsze były gęby na pobliskiej gazetce ściennej, co do których Nada nie był pewien, czy ich właściciele wiszą na ścianie wstydu, czy w jakim celu właściwie.
– Więc, jak mówiłam, to będzie twoje biurko. Poznajcie naszego nowego kolegę! – zaszczebiotała Skowronek i jej koczek poskoczył z entuzjazmem.
Patrzenie na Nadę było wysoce niewskazane. I właściwie się nie zdarzało, bo dobrze znikał w cieniu i był niekwestionowanym mistrzem odłączania się od szkolnych wycieczek, by potem – równie niezauważenie dla wszystkich – pojawić się o odpowiedniej porze w miejscu zbiórki i załapać na wyjście do McDonalda.
Bąknął więc, że „…dzieńbry…” i zaczął bardzo ostrożnie, bardzo powoli i z ogromnym rozmysłem odstawiać kartony na blat.
Spojrzenia nie ustępowały.

Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Aishikami
Posty: 30
Rejestracja: 09 grudnia 2013, 14:03
Lokalizacja: Wrocław

Re: KORPOFICZEK!

Post autor: Aishikami » 14 marca 2020, 12:01

Dołączam z tym, czymkolwiek to jest XD


Wezwania na czwarte piętro przychodziły ostatnio coraz częściej. Na jego nieszczęście. Dragdan nie przepadał za ludźmi z tego działu. Zawalali lodówkę sałatkami z jakimiś egzotycznymi nasionami, których nazwy składały się z większej ilości spółgłosek niż powinno być dopuszczalne. Pili kawy, w których nie było kawy, a które kosztowały więcej niż jego tygodniowy zapas szlugów. A przede wszystkim wszystko uchodziło im na sucho. Wszystko. Wyższa sprawiedliwość omijała ich swoim wzrokiem. Jak tę rudą, której nie działała drukarka. Chyba już dziesiąty raz w tym tygodniu.
- A próbowała pani włączyć i wyłączyć?
Ruda zarzuciła puklami, przewiesiła żakiet przez oparcie krzesła, odwracając się do niego na moment plecami. Pod spodem miała bluzkę, Dragdan zwalczył odruch przetarcia oczu z niedowierzania, ale tak BEZ PLECÓW. W MIEJSCU PRACY. Po chwili znów skupiła się na nim i uśmiechnęła, niczym tygrysica odsłaniająca kły tuż przed atakiem.
- Dragdan, dziesiąty raz – acha! czyli dobrze liczył – ci mówię, że dla ciebie nie jestem żadna pani, tylko Muriel.
Dziesiąty raz przygryzł język, żeby jej czasem nie odpowiedzieć, że prędzej zje brokuł z Lidla, co było jeszcze bardziej niemożliwe niż jakieś tam zamarzanie piekła, zanim to się stanie. Czuł, jak mięśnie twarzy układają mu się w znajomy wyraz dezaprobaty, który na tę kobietę ewidentnie nie działał, bo dalej uśmiechała się drapieżnie.
Utknęli w impasie, pojedynku na spojrzenia i siłę mięśni twarzy. Sekundy mijały. Kąciki ust rudej drżały z wysiłku, mięśnie wokół oczu rozluźniały się i kurczyły, Dragdan z kolei czuł, jak pogłębia mu się bruzda między brwiami. Po szyi spływała mu kropla potu. Liczył oddechy, przekierowywał mentalne procesy do opanowania drżenia lewej powieki. Grał o zwycięstwo.
Pukanie do drzwi poderwało ich oboje. Dragdan odchrząknął, rozluźnił mięśnie twarzy, po czym spiął każdy po kolei, pokręcił nosem, poruszał ustami, już czuł nadchodzące zakwasy. Muriel tymczasem z gracją opadła na krzesło, splotła przed sobą dłonie i po chwili wyglądała profesjonalnie. O ile się da wyglądać profesjonalnie w takiej bluzce i jak się jest kobietą, tak ogólnie.
- Proszę.
Drzwi otworzyły się z lekkim skrzypnięciem, następnie w szczelinie pojawiła się najpierw lekko fioletowa, zsiniała twarz, a po chwili całe ciało, zwalające się z hukiem na podłogę. Rudej nawet powieka nie zadrżała. Dragdan przez chwilę zastanawiał się czy pomóc, ale jeśli ktoś się przewrócił, to na pewno na to zasłużył, wrócił więc do włączania i wyłączania drukarki, która za każdym razem kwitowała jego starania cichym burczeniem.
- Panie Zaifirit, zapraszam.
Siny facet pozbierał się w końcu z podłogi, otrzepał, pozbierał rozrzucone dookoła fanty. Jakiś notes, gęsie pióro umorusane atramentem, kałamarz, niecodzienne widoki, ale wzrok Dragdana zatrzymał się na dłużej dopiero na małym pluszowym kruku, zawieszonym na breloczku. Ludzie na tym piętrze naprawdę zasługiwali na pacnięcie karzącą ręką sprawiedliwości.
Pan Zaifirit opadł w końcu na krzesło przed biurkiem, zdecydowanie niższym i mniej wygodnym niż to, na którym siedziała Muriel.
- Zaif, mogę ci mówić Zaif, prawda? No więc, Zaif, nie otrzymałam jeszcze raportów z twojego teamu za ten miesiąc. Za poprzedni też nie. Właściwie, chyba nie otrzymałam jeszcze żadnego raportu.
Dragdan wcisnął guzik z nieco większą siłą niż zwykle. Żyłka na jego czole, zwykle nadaktywna w tej części budynku, teraz zaczęła pulsować. Pracę się szanowało, pracę się robiło, nawet jeśli trzeba było przeżywać skoki stresu przychodząc do takiego biura jak to. Na samą myśl wyskakiwała mu druga żyłka.
- Jak wyglądamy z wolumenem na ten tydzień?
Cisza. Ruda i fioletowy patrzyli na siebie i milczeli.
- Zaif. Wolumen?
Dragdan słyszał niemal tykanie zegara. Niemal. Tykające zegary wycofano po tym, jak HRy zalała fala skarg, że tykanie to mobbing i nieważne, że mobbingującym jest czas, który nikogo nie słucha i na nikogo nie czeka. HR podeszło do sprawy poważnie, stworzyło broszury informacyjne, procedury postępowania, wysłało kilka maili z kierownictwem w CC, po czym zegary wynieśli sami pracownicy w geście korpo protestu.
- Zaif?
- Koniec pytań.
Po czym facet wstał, odwrócił się na pięcie i wyszedł, zamykając za sobą drzwi z delikatnym kliknięciem. Przez moment, atmosfera w gabinecie zrobiła się dziwna, jakby złamano wszystkie standardowe procedury i system się zawiesił. Ale ruda miała krótki czas odzyskiwania funkcjonalności i po chwili przeniosła wzrok z zamkniętych drzwi znów nad Dragdana.
- I jak drukarka?
- Nie wiem. A próbowała pani coś drukować?
Westchnęła, pokręciła głową, kliknęła coś nie patrząc na ekran, po czym znów się uśmiechnęła. Choć tym razem wyglądało to nieco bardziej sztucznie.
- Nie pochwaliłam jeszcze dzisiaj twojego stroju. Gustowne spodnie. Ale czy nie powinny mieć trzech pasków?
Dragdan poczuł, jak kurczą mu się wszystkie mięśnie w lewej stronie twarzy, w grymasie wściekłości, który rzadko przybierał. Maksymalnie raz dziennie. Swój strój, sportową elegancję, traktował bardzo poważnie. Marynarka, koszula, prane i prasowane w galeryjnej pralni, new balansy i dresowe spodnie, kupione za bezcen na bazarku, stanowiły jego zbroję przed moralnym zepsuciem i zgnilizną korpoświata. Odpadnięty pasek odbierał niemal niczym złamane żebro, jako wewnętrzny ból i niesprawiedliwy atak losu na jedynego przyzwoitego (no niemal jedynego, bo był jeszcze Grim, Grim unosił się nad tym całym bagnem, jak na skrzydłach, nie pozwalając by to całe błoto korpo-rzeczywistości się do niego przykleiło; Dragdan chciał być jak Grim).
Jak miał wytłumaczyć tej zagubionej kobiecie, która znalazła się tutaj z nie wiadomo jakiego powodu, że igła i nitka były symbolami jej płci. I że w sumie powinna mu ten pasek przyszyć, a nie tu siedzieć i wypytywać jakiegoś gościa o wolumeny. Nie zrozumiałaby. Więc milczał.
- Mój eks – twarz jej się skrzywiła – ten cholerny kapuściany głąb, miał trzy paski, pamiętam. Oczywiście, zanim się dorobił, jak był jeszcze gołodupcem to takie nosił. Potem zrobił się na nie za dobry. I jeszcze miał pretensje, że mu je kupiłam, za ostatnie pieniądze. Może i był przystojny, jak młody bóg, ale ...
Ruda nadawała nieprzerwanie, nawet już na niego nie patrzyła, kręciła się po gabinecie, co rusz kłując go w oczy nagimi plecami, gestykulowała i opowiadała o swoim grzechu. Na szczęście, uszy Dragdana wypełnił wyczekiwany dźwięk drukarki z trudem wypluwającej kartkę. Jego robota została zakończona. Potrzebował wyjść stąd natychmiast i zapalić. Wymknął się, zamykając delikatnie drzwi za sobą, wciąż słysząc głos Muriel, wchodzący na coraz wyższe rejestry. Uciekając, powoli i z godnością, postanowił jeszcze, że musi zapytać Grima, czy ta cała sprawiedliwość w ogóle istnieje. Bo ogarniały go coraz większe wątpliwości.
*Nie mam własnej kultury, więc jem jogurt, aby mieć chociaż kulturę bakterii.*

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 201
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: KORPOFICZEK!

Post autor: Coffee » 14 marca 2020, 14:50

WTEM HAERY

9:40
- No wreszcie ktoś z was raczył zjawić się w pracy! Wiecie, że są tu ludzie, które pracują od prawie trzech godzin? Czekam tu od…
Reszta zdania utonęła w siorbnięciu. Było to profesjonalne siorbnięcie – donośne i rozłożone w czasie na dobre pół minuty, bo kiedy Remus się do czegoś naprawdę przykładał, to efekty były widoczne – i słyszalne – nawet piętro wyżej.
Ktoś z sąsiadujących z HR-ami Payrolli wychylił ostrożnie głowę, żeby sprawdzić, co się dzieje. Raya zmrużyła w ich stronę oczy i głowa zniknęła, jakby jej nigdy nie było.
Java Chip Caramel Frappuccino z podwójną bitą śmietaną i posypką zakończyło w końcu swoją przedłużoną agonię. Petent, kimkolwiek był – ulizany blondasek z pretensją wpisaną w rysy twarzy – otwierał już usta, żeby kontynuować tyradę, ale wydawało się, że głos cofa mu się z powrotem w głąb gardła, kiedy na jego ramieniu zacisnęła się czyjaś dłoń.
- Jesteś tu nowy?
Niewielu potrafiło spojrzeć prosto w oczy G’ahakk stojących w odległości niecałych trzydziestu centymetrów i nie zapomnieć, po co właściwie przyszli na drugie piętro.
I blondasek też nie potrafił.
- Yyyy… Yyyy…
- Po to właśnie wystawiliśmy skrzyneczkę – powiedział litościwie Cranik, ruchem głowy wskazując zmaltretowany, pomalowany niedomagającym flamastrem na czerwono kartonik, z którego wysypywały się kartki, formularze, listy i puste plastikowe kubki ze Starbucksa. – Jest nas tylko czwórka, a obsługujemy całe centrum, nie przyjmujemy zleceń w biegu.
- Tylko że ja wysłałem już maila dobre…
Tym razem przerwało mu beknięcie.
Remus wzruszył ramionami.
- Skoro wysłałeś maila, to znaczy, że jest na naszej to-do list. Chcesz nam mówić, jak mamy wykonywać swoją pracę?
Oczy blondaska nieuchronnie powędrowały do ogromnego whiteboarda wciśniętego gdzieś pomiędzy przeznaczone dla HR-ów biurka. Tam, pomiędzy rozegranymi do połowy grami w kółko i krzyżyk i szubienicę, rysunkami penisów i karykaturami senior managementu, faktycznie dało się dojrzeć coś w rodzaju listy.
Była pusta.
- Nie – poddał się blondie, zwieszając głowę. – Nie, oczywiście, że nie.
W czwórkę obserwowali, jak odchodzi.
- Słowo daję, biorą coraz głupszych – stwierdzili G’ahakk.
- Myślałam, że na induction week już im tłumaczą, jak należy załatwiać sprawy w firmie i że kwilenie o pomoc u każdego nie jest mile widziane? – mruknęła Raya, siadając ciężko przy swoim komputerze. Niedawno sami załatwili w firmie pilotażowy program instalacji biurek regulowanych, tak żeby pracownicy mogli pracować na stojąco, jeśli mieli taki kaprys.
Pilotaż obejmował oczywiście tylko ich cztery biurka i powstał w zasadzie tylko po to, żeby Raya nie musiała garbić się przed monitorem.
- Mieliśmy chyba im to wpisać w szkolenie.
Spojrzeli po sobie.
- No to od następnego miesiąca – westchnął Cranik.

11:05
- To co, idziemy na lunch?


It's not the end of the world, but you can see it from here.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1489
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: KORPOFICZEK!

Post autor: Kanterial » 15 marca 2020, 01:15

Czy dzień był udany - trudno to było Grimowi stwierdzić o ósmej rano. Na szczęście przypomniał sobie, że za każdym razem, gdy kursor w firmowym outlooku i gmailu missclickiem trafi w krzyżyk zamiast w "wyślij", Bóg Baz Danych SQL i Linuxa młodnieje o jeden dzień. Więc dzień był udany i Grim odpisał na kilka maili i przypadkiem ich nie wysłał, potwierdzając wybór "zamknij>usuń>nie zapisuj" w podwójnym okienku zabezpieczeń.
Tak naprawdę, to Grim nie odmładzał żadnego boga, po prostu nie chciał robić ludziom przykrości. A te maile jednak były przykre. Bo zwykle zawierały w sobie informację "to nie nasz zakres obowiązków" albo "my jesteśmy od software'u, Pan/Pani ma do czynienia z usterką hardware'ową" lub "prosimy o cierpliwość" ewentualnie "Szanowna Pani Managerko, aktualna instalacja sterowników dla urządzeń wyjścia w Pani gabinecie jest równie trwała, co dysk twardy, i jedynym rozpatrywanym przez nasz dział powodem problemów z Pani drukarką oficjalnie ogłaszam próbę wyrzucenia Pani komputera osobistego lub drukarki przez Pani okno na czwartym piętrze i uprzejmie upraszam Panią o odrobinę szacunku i używanie drukarki zgodnie z instrukcją używania drukarki w której to afaik zaleca się uruchomienie drukarki PRZED URUCHOMIENIEM PROCESU DRUKOWANIA WYDRUKU, Z WYRAZAMI SZACUNKU DZIAŁ IT //FWD: from Dragdan / UDW:cała ta jebana firma / RE: TICKET ID 223".
Grim zmarszczył brwi i westchnął bezgłośnie nad kolejnym bezsensownym porannym wkurwem, jednocześnie uświadamiając sobie, że to, co czuje od czterech minut, to nie przegrzany procesor w Dellu, tylko trzeci Pall Mall wyjarany przez Dragdana na korytarzu i wdmuchany prosto w wentylator.
Owszem, dostać ticketa o niedziałającej drukarce już o piątej rano, czyli godzinę przed przyjściem do pracy i dwie godziny przed przyjściem do pracy samego autora ticketa, to było coś naprawdę irytującego. I owszem, to był jedenasty ticket od zeszłego czwartku. I tak, rzeczywiście, owszem, Dragdan był najbezbronniejszym celem ataków w dziale, ze swoim pedantycznie sprawiedliwym podejściem do pracy i niezmiennie dołującą aurą sfrustrowanego prawiczka reprymendującego ludzi o każdy szczegół wszędzie tam, gdzie postanie sławetny New Balance w rozmiarze czterdzieści dziewięć.
Dlatego Grim postanowił być sobą, to znaczy - być kimś dobrym i bezinteresownie życzliwym - usunął kilka napisanych odpowiedzi na tickety i opuścił biuro z mocnym postanowieniem naprawy tego (jeszcze możlliwego do uratowania!) dnia. Prawie frunął przez korytarze, planując zrobienie kawy z ekspresu sobie i przypadkowo napotkanemu przy mikrofalówkach współpracownikowi.
Pech chciał, że przypadkową osobą był jakiś biedny, zastraszony student, który chyba szukał miejsca, żeby się schować, i tak się speszył na widok Grima, że byłby spadł z krzesełka. Z ręką na sercu wymamrotał coś, że d-bry, raszam, ta pani z tęczą na głowie i (...) ogólnie Grim zdołał wywnioskować tyle, że oto zaczął się sezon na staże piętro niżej.
Zrobil chlopcu kawę (Plain Espresso Korpo bez mleka sojowego i z kofeiną, szacuneczek, bardzo ładnie, grunt, to się wyłamać) i pofrunął dalej.
Po drodze pomógł ulubionemu koledze z odznaką "najmniej znienawidzony pracownik miesiąca!" przyznaną zgodnie przez dział IT - na tę odznakę pan Zaif zasługiwał jak nikt inny - honorującą najmniejszą ilość problemów sprawionych informatykom i technikom. Wysiłek pana Zaifa wkładany w bycie jak najbardziej niezauważalnym pracownikiem firmy urósł już niemal do rangi legendy, a mimo to Grim czuł się jakby pomagał nowicjuszowi. Razem poukładali jakieś kartony, podowiadywali się o jakichś terminach, targetach, zaległościach i planach, a potem pan Zaif zrobił się jakby nieco bardziej ciemnofioletowy i bąknął coś o "byciu zajętym", po czym zniknął.
Z czego również był już znany i za co dostał poprzednią odznakę "najbardziej znikającego pracownika według działu IT" przyznawaną przez dział HR.
Potem (w przelocie dosłownie) Grim spotkał Vaskę, przemiłą kobietę w zauważalnym z daleka i nieco mniej szarym niż wszystko inne w korpo ubraniu. Vaska akurat biegła na kolejne spotkanie w "mega ważnej sprawie, mhm mhm mhm!" (Grim mógłby przysiąc, że to był kolejny drogi lunch w mega nieważnej sprawie) a za Vaską snuł się zapach pączków, które podobno dostała w ilości hurtowej zupełnie przypadkiem (przypadkowo źle zamówiony catering, przypadkowo zabrany do siedziby korpo z myślą o coworkerach i równie przypadkowo zjedzony po drodze w całości). Grim pobłogosławił jej na drogę i obiecał zrealizować ticket, nim zniknęła za rogiem.
Jeszcze później Grim naprawił serwer (nie, nie wystarczyło wyłączyć i włączyć, oficjalnie) i wdrożył aktualizacje oprogramowania na piętrze z nowym sprzętem od współpracującej firmy, po czym wykorzystał swoją przerwę na papierosa na uratowanie Dragdana przed panią Rayą, której to Dragdan, dumnie napinając łydki i stając na palcach, miał najpewniej zamiar zwrócić uwagę, że rozsypała cukier przy ekspresie. Pani Raya należała do osób, którym się uwagi nie zwracało, przynajmniej według niezawodnej intuicji i pasywnej percepcji informatycznej Grima. Choć może, może pani Raya należała również do nielicznych osób, które by mogły przyznać się do błędu i jakoś Dragdana utwierdzić w przekonaniu, że sprawiedliwość w korporacjach istnieje.
Potem Grim nielegalnie zamówił pizzę do pracy i pizzę przywiózł dostawca z ryjem jak jaszczur, więc Grim dał mu drewnianego pieniążka z logo Linuxa na odwrocie i kazał się uśmiechać.
A gdy wreszcie stanął w progu gabinetu autorki ticketa numer 223 i wszedł, rozpromieniony i uczynny, anielsko miły, oznajmując, że może naprawić tę niesforną drukarkę, pani Muriel ze stoickim spokojem zakomunikowała mu, że nie ma takiej potrzeby, niech się nie fatyguje starszy specjalista informatyk, wystarczy jakiś świeżak i drukarka w sumie działa.
To był jednak dobry dzień.
За поворотом, в глубине
Лесного лога,
Готово будущее мне
Верней залога.


"Nie twierdzę, że było lepiej, kiedy miałem dwadzieścia lat, ale kiedy mam pięćdziesiąt, to też nie jest dobrze i to jest moje postanowienie noworoczne, postanowiłem, że nie jest dobrze."

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1873
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: KORPOFICZEK!

Post autor: Kruffachi » 15 marca 2020, 10:47

Rozpakowywanie swoich rzeczy z trzech kartonów trwało potwornie długo i zanim Nada ustawił wszystkie najważniejsze pamiątki, zdążył się już naprawdę porządnie spocić. Skowronek w tym czasie przedstawiła go ze trzydziestu osobom i pojechała do domu, bo podobno opiekunka odmówiła nagle dalszego opiekowania się jej dzieckiem, oświadczywszy, że ma już osmolone brwi i dziurę w bluzce wypaloną kwasem, a sam Nada z dziesięć razy wyjaśniał (patrząc w blat, nie na rozmówcę), co tak młoda osoba robi w dziale. Słyszał, jak za jego plecami szeptali, że w tej firmie znowu zatrudniają dzieci.
Cóż, to nie była niczyja sprawa. Skoro go przyjęli, to znaczy, że chcieli go przyjąć.
Względnie nie mieli wyjścia, bo nikt inny się na to stanowisko nie zgłosił.
Nieważne. Liczyła się wypłata, pieniądze na spłatę rodzinnego długu hipotecznego i przynajmniej kilka godzin spokoju od siostry i jej kolejnych wielkich dramatów oraz wielkich miłości. No i tych strasznych boysbandowych jęków, które puszczała na cały regulator.
Wreszcie jednak dostępna część biurka wyglądała, jak należy – to znaczy nie został na niej nawet skrawek wolnej przestrzeni. Nada zastawił swój kawałek korpoświata figurkami, zdjęciami, maskotkami, trzema pojemnikami na spinacze, pięcioma zszywaczami (powiedzieli mu, że dostanie firmowy, więc ucieszył się, że będzie miał szósty), pamiątkową butelką po winie dziadka z zeszłego roku i jeszcze masą przedmiotów, których przeciętny słownik nie obejmuje.
Potem Nada usłyszał, że w sumie to nie ma dla niego roboty, skoro Skowron poszła, zanim wyznaczyła kogokolwiek do przeszkolenia nowego, i że może pójdzie do kuchni, zobaczyć, czy go tam nie ma, a przy okazji zrobić sobie kawy i zobaczyć, co i jak.
Prawdę powiedziawszy, odetchnął głęboko, kiedy zamknęły się za nim drzwi oddzielające korytarz od open space’a. Jasne, tu też kręciło się paru ludzi, ale przynajmniej nie wiedzieli, że Nada jest nowy i nie przyglądali mu się z tym paskudnym, lepkim zaciekawieniem. Minął jakąś pachnącą pączkami koszykarkę w granatowym afro, ale już go nie zauważyła, bo był przyklejony do ściany i w pełnym trybie skradania. W kuchni musiał się poddać, bo było tu trochę ludzi, a jakiś miły dziadzio pokazał mu, jak działa automat do kawy i pomógł z niego skorzystać. Nada przyłapał się na tym, że podczas tej krótkiej konwersacji zaczyna czuć zakwasy w policzkach i że chyba się bezwiednie szczerzy.
Przestał natychmiast.
Dziadzio poczłapał w swoją stronę, tak samo albinos w dresowych spodniach z bazarku i przerażająca kobieta, która chyba była koleżanką z koszykarskiej drużyny tej od pączków. Nada przez jedną cudowną chwilę był przekonany, że oto wreszcie nastała cudowna chwila samotności, ale kiedy się odwrócił, zobaczył jeszcze jedną postać.
Chłopak siedzący przy stoliku był chyba nawet młodszy od niego. Zdawał się nie zwracać uwagi na otoczenie, kawa stygła powoli w kubku w kwiatki i brokatowe serduszka, który kurczowo ściskał, a jedno oko widoczne spod blond grzywki było szklane, nieruchome i utkwione w ściennej gazetce, na której wisiała kartka z ćwiczeniami przy biurku. Nada początkowo zamierzał wycofać się bez słowa, ale nie był bezduszny, a od nieznajomego biła aura duszy zgnębionej i przepuszczonej przez wyżymaczkę, a może nawet martwej, ostatecznie więc stażysta machnął mu ręką przed oczyma.
Zero reakcji.
– Coś się stało? – spytał niepewnie. – Potrzebujesz pomocy?
Oczy smutnego spaniela zwróciły się ku niemu powoli i Nada natychmiast pożałował swojej uprzejmości.
– Musiałem im dzisiaj powiedzieć, żeby poszli na lunch… – wyszeptał nieznajomy blondas. – Ja nawet nie jestem w ich teamie… Poznałem ich, bo jestem nowy i potrzebowałem pomocy, ale… – Westchnął. – Ale to oni mnie potrzebują…! Musiałem im pokazać, jak splitować dokumenty, a od tygodnia trzymam wszystkie ich tokeny w swoim biurku, żeby ich nie gubili… – Głos mu się załamał. – Ich TL, Zaifirith, nadal zwleka ze zrobieniem raportu, a ja jeszcze nie umiem dobrze obsługiwać pivotów i coś mi tam nie działa, żeby wysłać za niego… Co ja zrobię, jak go wyleją?! Muszę to szybko ogarnąć.
Nada postanowił, że tylko przytaknie. Najwyraźniej jednak tyle wystarczyło, żeby wywołać kolejną porcję żalu.
– A miałem siedzieć w swoim jednoosbowym dziale i miało się wyjaśnić, co będę robił, dopiero. Mama mówiła, że mam się nie martwić, tylko sobie spokojnie zbierać doświadczenie i odkładać kieszonkowe, i obserwować, jak to wszystko działa, żeby kiedyś przejąć interes. Tata mówił, że mi się spodoba i jeszcze mi wylecą z głowy te głupoty o karierze rockmena. – Znów westchnięcie. – Jestem taki zmęczony… - Nagle coś się w tej piegowatej twarzy zmieniło, do oczu szczeniaka wróciło życie, białe brwi podjechały wysoko, a kąciki ust w górę. – Ale hej! Nie widziałem cię tu wcześniej! Jak masz na imię? – spytał chłopak tak wesołym głosem, że aż było to upiorne.
– Nada…? – przedstawił się Nada.
– Fantastycznie! Gdzie pracujesz? W którym dziale? Może będziemy się częściej spotykać na korytarzu albo kawie! Podoba ci się nasze biuro? Byłeś już na piętrze z knajpkami? Pokazać ci skrót? Jesteś studentem, prawda? Co studiujesz? Gdybyś potrzebował jakiejś pomocy, to wiesz, zawsze możesz przyjść. Mówił ci już ktoś, że przycisk z cappuccino nie działa? I że jak szybko pójdziesz po owoce, kiedy przywiozą, to może nawet dorwiesz nektarynkę? Masz dziewczynę? Zwierzątko? Rodzeństwo? Jak się poznali twoi rodzice?
Nada zaczął wycofywać się bardzo powoli, ale bardzo konsekwentnie.

Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Aishikami
Posty: 30
Rejestracja: 09 grudnia 2013, 14:03
Lokalizacja: Wrocław

Re: KORPOFICZEK!

Post autor: Aishikami » 27 marca 2020, 15:21

Takie spojrzenie z zewnątrz na to korpo.

– Czy ty wiesz, że jest już za piętnaście siódma. Za piętnaście siódma, Bhaaral. Siódma. To już prawie jak dziewiąta. Dzieci trzeba ubrać, znaczy, Ygga to sama się ubierze, ale Obo ostatnio założył koszule na spodnie zamiast w spodnie, NA, Bharaal, czy ty mnie słuchasz, –
Bharal automatycznie skinął głową, po latach wspólnego życia wiedząc, że tyle Daemosowi wystarczy, po czym wrócił do sortowania kanapek. Kanapki z serem w prawym górnym rogu, kanapki z szynką w lewym dolnym, do tego niedawno włączone do repertuaru, pod wpływem nacisków największego klienta, bezglutenowe, wegańskie, bez laktozowe, jedna z samym mięsem bez żadnych warzyw czy dodatków ze spersonalizowaną nakleją „Jeśli ją zabierzesz, przysięgam na Bahamuta, że cię znajdę i KUR... [tu Bhalaar zastosował czarny pasek cenzury] nawet wi-fi ci zabiorę”.
– czasem to mam wrażenie, że jednym uchem ci wpada innym wypada. A potem na mnie Timmi się drze przez pół godziny, że jej ćwierć zysków, nie wiem za co to ćwierć tak właściwie, bo nie ona to kroi, pakuje, rozwozi, znosi te ciągłe marudzenie, że plasterki to za cienkie to za grube, to ser za łagodny, to szynka nie taka...
– Daemos.
– A tak, no i na mnie się drze, że zyski za małe, bo rozdajesz te soki za darmo. To, że ktoś kupił dwie kanapki, Bharaal, nie znaczy, że mu się należy sok. Kapitalizm, Bharaal, kapitalizm. I jest już siódma. Siódma...
– ...to prawie jak dziewiąta.
Bharaal w ostatniej chwili uchylił się przed jabłkiem rzuconym w stronę jego głowy i zabrał się za kończenie pakowania. Robiąc to przy akompaniamencie głosu swojego platonicznego partnera życiowego, który męczył się po pięciu minutach noszenia koszy, ale za to był rześki i pełen energii po całych godzinach zrzędzenia – nie zrzędzenia, Bharaal, tylko zdroworozsądkowego myślenia o życiu – zastanawiał się czy pani Tikkira znajdzie dziś czas by ich odwiedzić.
Miał nadzieję, że tak.
* * *
Korporacja, w której sprzedawali śniadania była... dziwna. Bharaal wiele w życiu widział, pracowali dla wielu klientów zanim otworzyli własny biznes, najpierw we dwójkę, potem dołączyły do nich dziewczyny, stare znajome, które od dawna prowadziły razem sad, Timmi, która głównie koncertowała i przyjeżdżała po – w słowach Daemosa – haracz, oraz Tajana, która zawsze miała najlepsze informacje z branży – gdzie i jak zdobyte, nie chciała powiedzieć. Tajana nienawidziła jabłek, sadu, nudy, marzyło jej się by znów wrócili do awanturniczego trybu życia, ale Bharaal wiedział, że nie wytrzymałby tego serce, cholesterol i wątroba Daemosa. A i sam Bharaal choć nadal był okazem fizycznej sprawności, dźwigał skrzynki z bułkami od auta do windy sam bez pomocy, ale w stawach strzykało mu coraz bardziej, prawe kolano nie zginało się ani nie prostowało całkowicie, przez co nieznacznie utykał, nie był już tak szybki jak kiedyś, a zresztą, jako ojciec i głowa – nieoficjalna głowa, Bharaal a i to jest mocno naciągane, zupełnie nie wiem skąd to przekonanie w ogóle się wzięło – rodziny, nie miał już ochoty na wybryki, jak w młodości.
A korporacja, cóż. Ludzie zmieniali tam działy, zdawałoby się z dnia na dzień i byli tam, gdzie akurat ich potrzebowano. Niektóre działy nie pracowały w ogóle, podczas gdy inne były zarządzane przez zestresowanych stażystów z warkoczami albo milczków z problemami z krążeniem, którzy zapytani o rodzaj kanapki, jaki chcą zamierali, po czym oddalali się niespiesznie w przeciwnym kierunku.
Ulubienicami Bharaala była pani Tikiki, zawsze nienagannie ubrana, z równo zawieszoną plakietką, która zawsze wiedziała czego chce i pani Vaska, dla której specjalnie przemycał ciastka z dżemem jabłkowym, które dorzucał do jej zamówienia za plecami Daemosa.
A jeśli o diable mowa, Daemos przygotowywał razem z dzieciakami ich stanowisko, tuż przy windzie, robiąc z dzieci swoistą tarczę przed nieokrzesanymi klientami, czego się wypierał każdorazowo, a co było – trzeba przyznać – dość skuteczne. Ludzie cisnęli się mniej, a tych których i to nie powstrzymywało, Bharaal odciągał za krawaty i kołnierzyki na koniec kolejki.
Daemos zwykle wychodził Bharaalowi na spotkanie, aby przypilnować, czy bułki są niesione na miejsce wystarczająco szybko i sprawnie, aby zdążyli wystartować punkt dziewiąta – tak, świat się skończy Bharaal, jeśli zaczniemy minutę po dziewiątej, w kontrakcie mamy wpisaną dziewiątą, więc musimy zacząć punktualnie, nie rozumiem czemu tego nie rozumiesz – ale tym razem Deamos stał niczym wryty przy ich stoisku, a jego normalnie niezdrowo blada twarz była jeszcze bledsza i jeszcze bardziej niezdrowa. Bharaal rozpoznawał ten wyraz twarzy i choć ostatni raz zdenerwował się trzy lata temu, kiedy 9 letnia wówczas Alla spadła ze schodów w piwnicy idąc po raz kolejny i ostatni przynieść im dzban soku do rozlania, po czym zgodnie z Daemosem dali dzieciakom bana na pracę w knajpie – bo tak nie może być, Bharaal, nie może rozumiesz, nie mów, że rozumiesz i rozumiałeś wcześniej, bo kłamiesz, dzieci nie mogą tutaj pracować, jeszcze zrobią sobie więcej krzywdy – to i on poczuł się nieswojo.
Przez chwilę liczył na fałszywy alarm, w końcu Daemos miewał pięć takich dziennie, ale nie miał takiego szczęścia. Przy stole stała ona, Kaylin, drobna, zawsze uśmiechnięta, z miniaturowym miotaczem płomieni własnej roboty w ręce.
– Dzień dobry, panie Bhaalar – przywitała go uprzejmie. Nienaganne maniery i ogień w oczach były jej znakami rozpoznawczymi. – Poprosiłabym bułkę wegetariańską.
Koszyk niemal wysunął mu się z rąk przy odkładaniu, ale Daemos w porę zareagował, zanim wszystko się rozsypało.
– Dzień dobry, pani Kaylin. Już podaję.
– Pani Kaylin, ale ja bym jednak prosił, tu są dzieci, pamięta pani co było ostatnio, jednak gdybym mógł uprzejmie, czy mogłaby pani przypiekać skórkę już u siebie przy biurku, doprawdy, jakieś BHP, o BHP, jak przyjdzie pani Tikkira i zobaczy, po co sobie robić problemy, może byśmy się dogadali w tej kwestii –
– Oczywiście. – W oczach paliły jej się iskierki. – Proszę się nie denerwować, panie Daemos. Zrobię tak, żeby było na pewno dobrze.
Bułka wylądowała w jej wolnej dłoni, a Bharaal zabrał się za wklepywanie ceny do terminala płatniczego, odrywając na chwilę wzrok od Kaylin. Pierwsze co poczuł, to zapach palonej folii, potem usłyszał krzyk Daemosa – A PRZECIEŻ PROSIŁEM! – i po chwili i on, i terminal, i wszystkie bułki, Daemos, dzieciaki i roześmiana pani Kaylin, stali oblewani strumieniami wody ze zraszaczy, moknąc do ostatniej nitki, przy akompaniamencie wyjącego alarmu.
– Ups, przepraszam, nie chciałam – stwierdziła pani Kaylin z rozbrajającą niewinnością.
Bharaal westchnął ciężko, odwrócił się i ruszył z powrotem do windy po awaryjne piwo dla jego porywczego partnera, jeśli mieli to przetrwać. I po raz kolejny zastanowił się czy nie czas zrewidować stwierdzenie, że emerytura z własnym biznesem faktycznie była bezpieczniejsze dla wątroby Daemosa i jego stawów niż dawne życie. I nie pierwszy raz nie był pewien odpowiedzi.
*Nie mam własnej kultury, więc jem jogurt, aby mieć chociaż kulturę bakterii.*

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1873
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: KORPOFICZEK!

Post autor: Kruffachi » 27 marca 2020, 20:43

Zaifirith opadł plecami na ścianę, przymknął oczy i wypuścił powoli calusieńkie powietrze z płuc przez nos, aż zaświszczało. To nie był jego dzień. Nie, żeby pozostałe dni w tygodniu były jego, ale ten nie był jego wybitnie i do kwadratu.
Zaczęło się od tego, że wpakował się…
A, nie, zaczęło się od tego, że idioci strzelali się gumkami przez szafę z tym dzieciakiem, któremu się wydawało, że ogarnia, i jedna wylądowała mu w świeżo zrobionej kawie.
To potem – już mocno poirytowany – wpakował się do gabinetu szefowej, żeby nie oddać jej raportu akurat w momencie, w którym ta wcale nie podrywała tego albinosa z IT, o którym krążyły plotki, że wyrzucili go z seminarium za nadmierną gorliwość. Nie, żeby to samo w sobie było zdarzeniem jakoś głęboko dramatycznym: Dragdan nie był pierwszym i z pewnością nie ostatnim, starzy bywalcy – jak Zaif – dawno się przyzwyczaili i nawet ostatni skandal wokół romansu Muriel z wrogim CEO, niejakim Kapustą czy innym Ogórkiem, nie zrobił na nich takiego wrażenia, jak zapewne powinien. Ale mężczyznę nadal nieco bolały kolana po tym, jak potknął się o zdradziecką nierówność wykładziny (którą, rzecz jasna, wcześniej zauważył, bo ogólnie zauważał rzeczy, tylko ich nie praktykował), w sposób zupełnie niezamierzony uklęknął przed Jej Nagą Plecowością i giermkiem od niewłączonej drukarki.
Pozbierawszy swoje rzeczy, powiedział, co miał do powiedzenia, i czym prędzej się ewakuował. Miał w końcu ważne sprawy do załatwienia z haerami.
Których to nie załatwił, bo kiedy wszedł do ich biura, zastał G’ahakk pochylonych nad wielką jak pień drzewa i niepokojąco umięśnioną łydką Rayi, którą golili rozmontowaną gilotyną do papieru. Tego było już dla niego za wiele. No jak mamcię kochał, zatrudnili go w domu wariatów, w dodatku wybitnie nieogarniających i nierozumiejących, że pisanie bezsensownych raportów jest bezsensowne, tym bardziej, że można w tym czasie robić rzeczy sensowne, na przykład czytanie książki pod biurkiem albo szukanie odrobiny prywatności w tym przepełnionym mrowisku.
Zresztą po to właśnie wybrał się do haerów – zamierzał zgłosić im, że jego biurko stoi zdecydowanie za blisko innych biurek i on, Zaifirith, stanowczo domaga się poszanowania swojej przestrzeni osobistej. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie dodać też zakazu spożywania przed monitorem, ale wszystko to wyparowało z jego głowy w ułamku sekundy, kiedy zobaczył scenę jak ze Spa dla psychopatów. A potem G’ahakk i Raya jednocześnie obrócili ku niemu mordercze spojrzenia i natychmiast przypomniał sobie, do czego służy skrzynka na petycje przed wejściem do ich biura.
Tyle dobrego, że tym razem przynajmniej nie potknął się o wykładzinę.
Powoli, starannie uspokoiwszy oddech, oderwał plecy od ściany.
Otworzył oczy właśnie w odpowiedniej chwili, by zobaczyć, jak Yorgen – człowiek od sprawdzania drożności rur i ogólnego serwisu – próbuje objąć ramieniem ochroniarza, uśmiechając się przy tym jak kot na widok tłustej myszy. Yorg ochroniarzy upodobał sobie szczególnie, a ci, choć większość początkowo zgrywała niedostępnych, upodobali sobie Yorga.
Nieopodal kolebała się z nogi na nogę zupełnie niewzruszona tą sceną ruda dziewczyna i nucąc pod nosem „Kolorowe kredki” usiłowała przykleić do szyby jakąś kartkę. Zaifir zmrużył oczy, chcąc się jej lepiej przyjrzeć. Dostrzegł duże brązowe kółka, w których były mniejsze czerwone kółka, a poniżej krzywy, ręcznie wypisany flamastrami napis:


Obrazek
ZBIURKA NA BIEDNE PIESKI
I niżej:
KUP CIASTKO ZA PIEŃĆ ZŁ
HAV FUN!!! :D :D :D

Obrazek

Po okruszkach na koszulce umięśnionej pieguski można było wywnioskować, że ciastek za dużo już nie zostało, ale pies na plakacie miał cztery nogi, ogon i głowę w odpowiednim miejscu, co stanowiło spory postęp i Zaifirith musiał przyznać, że plakaty autorstwa Kukuri z akcji na akcję robią się… może jeszcze nie to, że lepsze. Ale wykazują tendencję wzrostową.
Tymczasem Yorg i ochroniarz zniknęli w pokoju dla matek karmiących.

Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 201
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: KORPOFICZEK!

Post autor: Coffee » 27 marca 2020, 20:43

Ten fragment sponsoruje każde korpo ever.


Ten poniedziałek trwał już trzeci rok, z czego toczące się obecnie cotygodniowe spotkanie managementu samodzielnie rozciągnęło się w co najmniej dwadzieścia miesięcy. Monotonny głos senior client service directora wypełniał nie tylko cztery ściany board rooma, ale też świat, czas i pustkę, która powiększała się w duszach zebranych z każdym kolejnym jego słowem. Tu i ówdzie na dzielnie imitującą dąb okleinę stołu konferencyjnego padały krople śliny z uchylonych bezwiednie ust.
- …i to chyba wszystko, co mieliśmy na dzisiaj do omówienia. Proszę was wszystkich o raporty do COB w czwartek, żebyśmy mieli jeszcze czas na riwju i ewentualne propozycje impruwmentów.
Życie wróciło do szklących się oczu dookoła stołu. Mięśnie się napięły, gotowe, by ponieść właścicielu w kierunku sklepiku z bułkami. Nadzieja wezbrała.
I wtedy przy końcu stołu ktoś chrząknął.
- Przepraszam bardzo – odezwała się zimno jakaś kobieta z końca sali, ewidentnie niewrażliwa na klątwy, którymi solidarnie ciskało w nią w myślach ponad trzydzieści osób. – Mam kilka pytań na folołap. Czy możemy jeszcze zostać pięć minut? Jestem przekonana, że lancz nam wszystkim nie ucieknie.

***


Niecałą godzinę później ta sama kobieta czekała, aż jej podwładni wrócą z lanczu, dla przyjemności sprawdzając kolejne kolumny w Excelu. Przed nią stało puste opakowanie po naturalnym jogurcie i złożony na cztery papierek po bezglutenowym, bezcukrowym, ekologicznym batoniku bio z żurawiną i guaraną. Tikkira normalnie poszłaby po bułkę od panów z kanapkami, ale spotkanie się przeciągnęło. Szkoda; to był jedyny catering, którego standardów higieny była absolutnie pewna, bo osobiście sprawdziła ich w sanepidzie.
Jej team wrócił dokładnie 30 sekund przed formalnym końcem przerwy lanczowej. Znali swoją szefową.
- Mam świetną wiadomość – powiedziała Tikkira zamiast powitania. – Weźcie laptopy do Portu Kalira.
Innym team leaderom pewnie zajęłoby to dużo dłużej – podłączenie, strata połączenia z siecią w krytycznym momencie, potknięcie o porzucone zdradziecko kable na podłodze, odmowa współpracy ze strony rzutnika, obowiązkowe dwie minuty przypominania sobie, jak dać pełny ekran. Ale nie Tikkira; kiedy Zoja, Umer i Amadea weszli do konferencyjnej, wszystko już było przygotowane, a ich przełożona zgasiła światła wkraczając za nimi.
- Udało mi się wynegocjować, żebyśmy to my byli teamem, który przetestuje i zaimplementuje jako pierwszy nowe rozwiązanie dla impruwmentu dejta integriti – powiedziała Tikkira, a oczom jej teamu ukazała się ciasna siatka kratek z co najmniej dziesięcioma osadzonymi kolumnami. – Od jutra wprowadzamy prodaktiwiti trakery dla naszej czwórki. To tul, który pozwoli nam zidentyfikować, na co przeznaczamy czas firmy, a menedżmentowi zwiększyć efektywność na niższych szczeblach firmy. Założenie jest takie, że będziemy wpisywać w log każde nasze aktiwiti z podaniem, ile zajmuje nam czasu.
Zojka pobladła, co było widoczne nawet w przyćmionym świetle salki konferencyjnej, a Umer złapał się poręczy krzesła. Był zaledwie stażystą – nie na to się pisał. Ale mimo spędzonych tu zaledwie kilku tygodni już dobrze wiedział, że słowo „tracker” nigdy nie oznacza niczego dobrego.
Amadea zachowała kamienną twarz, ale zdradzały ją lekko drżące dłonie.
Była w teamie najkrócej i Zoi było jej nawet trochę żal. Sama – wiedziała to dobrze – miała w sobie za mało buntowniczości, żeby samodzielnie próbować uciec do innego teamu, a jednocześnie była wystarczająco elastyczna, żeby cierpliwie znosić pedantyzm Tikkiry. Umer – cóż, Umer to dzieciak, który musiał po prostu odbębnić okres stażu, żeby móc sobie potem w cefałkę wpisać wielką piątkę. Ale Amadea przyszła tu z innego działu, zarabiając przy tym awans, „lead” w tytule i skromną podwyżkę za jakieś szczególne osiągnięcie w skali roku. Oczekiwała zapewne, że w tym dziale w końcu porządnie rozwinie tu skrzydła.
Spotkanie z Tikkirą musiało być jak zderzenie ze ścianą.
- To dla was świetne oportuniti na kontinius impruwment: jeśli zobaczycie, że jednego tygodnia zrobienie raportu zajmuje wam więcej niż godzinę, to następnego będziecie się pilnować, by nie przekroczyć tego czasu. – Tikkira pozwoliła sobie na lekki uśmiech, co generalnie było rzadkim i nieodmiennie paskudnym widokiem. – Sama przekonałam do tego soluszyn nasz menedżment i, cóż, zdradzę wam, że przyjęli moją propozycję z entuzjazmem. Jeśli to się sprawdzi, to wdrożymy to kampany łajd. Jakieś pytania?
Przez chwilę trwała grobowa cisza.
Skądś dobiegał ich zapach palonego tytoniu.
- Ja mam jedno, jeśli można. – Umer potarł podbródek, na którym od kilku tygodni starał się wyhodować zarost. – Czy uzupełnianie trakera też mamy wpisać do trakera?
- Oczywiście, to obowiązek służbowy.
- A jeśli będzie akurat luźniejszy dzień? – odważyła się zapytać Zoja. Wszyscy przecież o tym myślą, powtarzała sobie. Ktoś musi zapytać.
Tikkira zmarszczyła brwi.
- Co masz na myśli?
- No, akurat przyjdzie mniej…
- Wszyscy wypełniliście przecież swoje aniual performens dewelopment plany. Jeśli chcecie mieć riwju na poziomie bijond ekspektejszyn na koniec roku, to kiedyś musicie zacząć pracować nad swoimi gołls. Od tego zależą bonusy w przyszłym roku. – Tikkira zastanowiła się. – Oczywiście to też powinno pojawić się w trakerze.
Zojka wróciła spojrzeniem na wyświetlany roboczy template nowego trackera. Czas pisania maila liczył z dokładnością do pół minuty. Był też licznik wyjść do toalety i osobny na spacery po kawę. Była kolumna, która nazywała się „uzupełnianie trackerów” i inna, ochrzczona „uzupełnianie productivity trackera”.
Trackowanie trackowania trackowania…
Mówiąc krótko, patrzyła na dzieło szaleńca – lub geniusza okrucieństwa.
- A co, jeśli… - głos Amadei jakby zgubił drogę, ale wzięła się w garść, odchrząknęła i kontynuowała: - A co, jeśli akurat będę poświęcała czas na rzeczy nieujęte w tabeli? – Zaryzykowała nawet uśmiech. – Jako lead mam w końcu elastyczne obowiązki i odpowiadam za też za deeskelacje i emerdżensi…
Wow, pomyślała Zoja, napięcie jest takie, że aż mi skręca włosy. Spojrzenie Tikkiry kontra uśmiech Amadei; jeśli coś zrykoszetuje, Umer może tego nie przeżyć. Jest za młody, nie wyrobił sobie odporności.
- Doskonała uwaga – stwierdziła w końcu team leaderka. – W końcu jesteśmy na etapie testowania. Notuj każdą… ale absolutnie KAŻDĄ… aktiwiti, która zajmuje ci czas. I w przyszłym tygodniu wspólnie spróbujemy to skompilować i pokategoryzować.
Tikkira zapaliła światło i oczom zespołu ukazał się uśmiech prawdziwego szczęścia.
- To tyle – powiedziała. – Nie zabieram wam więcej czasu.
Kiedy wychodzili, usłyszeli jeszcze za sobą:
- A, i wysłałam wam wszystkim uwagi do waszych performens dewelopmentów. Wprowadźcie poprawki i odeślijcie mi do końca tygodnia. W końcu – powiedziała ciszej już tylko do siebie i uciekających pleców Umera – porządek musi być.


It's not the end of the world, but you can see it from here.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1873
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: KORPOFICZEK!

Post autor: Kruffachi » 31 marca 2020, 20:02

Miejsce za fikusem było bardzo dobre z wielu różnych przyczyn. Po pierwsze i w sumie najważniejsze – to znaczy takie, z którego wynikały inne przyczyny – było to, że większość pracowników biurowca uważała to miejsce za trudny teren i się tu nie zapuszczała. Och, Hunter nie był wcale największym samotnikiem w biurze i nie ukrywał się przed ludźmi tak po prostu z potrzeby serca. Kierowała nim raczej potrzeba rozsądku. Otóż Hunter od wielu lat bardzo usilnie starał się nie zwracać na siebie uwagi i nie awansować. Po prostu nie pchać się przed oczy ludziom, którzy mogliby powiązać jego nazwisko z nazwiskiem jego wujków – obecnie trzech czwartych zarządu konkurencyjnej korporacji. Wolał nie myśleć o konsekwencjach.
Tymczasem było mu dobrze na tym pułapie, na którym żył – miał na siebie i na karmę dla psów, a utrzymanie przyczepy kempingowej w lesie na zdziczałym polu namiotowym też dużo nie kosztowało. Podwyżki cen benzyny nie imały się ani roweru, ani wysłużonych traperów. Ogrzewanie załatwiały sierściuchy. Poza tym fikus dawał przyjemny cień, a towarzystwo z biurka obok – choć trochę dziwne – było też interesujące. Przynajmniej przez te osiem godzin kieratu dziennie.
Ivalice swoją pracę wykonywał, jak należy, ale bez zaangażowania. Znacznie więcej uwagi niż słupkom w Excellu poświęcał forom dotyczącym teorii spiskowych. To od niego Hunter dowiedział się, że światem rządzi tajna sekta czcząca rekiny, a grupa krwi ma bezpośrednie przełożenie na procentową szansę bycia porwanym przez kosmitów.
– Jestem w grupie ryzyka – wyznał pewnego dnia szeptem. – Jeśli zniknę, będzie to znaczyło, że zostałem uprowadzony do innego wymiaru.
Poza tym Ivalice tropił w firmie Reptilian i twierdził, że znalazł już dwóch – jedną team leaderkę i jednego dostawcę kanapek.
– Jestem przekonany, że gdzieś jest trzeci… Reptilianie zawsze pojawiają się trójkami… Nie spodziewasz się nawet, a oni pewnego dnia pojawiają się za tobą i, bach! – Mężczyzna dźgnął powietrze długopisem. – Pakują ci widelec między łopatki.
Hunter wzdrygnął się mimowolnie.
Towarzystwo zza fikusa też było całkiem interesujące. Za fikusem mianowicie siedziało CRC. Trzech gniewnych ludzi w słuchawkach.
– Nie, nie mogę powtusyć – seplenił jeden głos, kobiecy, mocno zniszczony papierosami. – Powtasałam jus cy razy.
– Drogi kliencie – mówił drugi, niski i głęboki, jakby facet miał beczkę zamiast klatki piersiowej. – Nie wiem, jak wyobraża sobie pan moją pracę, ale jeśli sądzi pan, że przez osiem godzin siedzę zmartwiony i rozważam nad pańskimi problemami, jest pan w głębokim błędzie. Takich jak pan obsługuję codziennie stu pięćdziesięciu według danych z trackera za marzec. Jeśli czuje pan potrzebę rozmowy, sugeruję zadzwonić na linię zaufania.
Trzeci, kobiecy, cichy i zimny jak zdechła ryba dodawał:
– Czy chciałaby pani porozmawiać o Pożeraczu?
Tak, Nisa. Nisa nawet w towarzystwie koleżeństwa z działu – brodatej kobiety Sigrid i mrukliwego Yannisa o rzęsach dłuższych niż pół żeńskiego korpoluda razem wziętego – wyróżniała się na swój własny, niegłośny sposób. W biurze słynęła głównie z rozsypywania tu i ówdzie religijnych ulotek z kusząco brzmiącymi tytułami: „Czy wiesz, dlaczego twoje ciało składa się w 70% z wody?” albo „Dlaczego większość powierzchni Ziemi to oceany?”.
– Ona jest od nich – burczał Ivalice, chowając się przed nią za fikusem i garbiąc ramiona. – Widziałeś, jak na mnie patrzy?
„Może jej się podobasz?” – kusiło powiedzieć, ale Hunter nigdy się nie odważył. Zresztą nie widział w tym celu.
Zamiast wdawać się w dyskusje z pomylonym kolegą, po prostu robił swoje – to znaczy nie za dużo, żeby nikt przypadkiem nie zauważył nieoszlifowanego diamentu gotowego do zajechania, i nie za mało, żeby nikt nie musiał się interesować, kto odpowiada za fuszerkę.
Ivalice, jeśli nie buszował po forach, patrzył smutnym wzrokiem za okno, ale to akurat zdarzało się też Hunterowi, bo za coś trzeba było żyć, ale jednak tęsknił do psiaków.
Zdjął nieco sierści z ramienia marynarki.
– Idę do kuchni. Herbaty? – zagadał do towarzysza.
– Nie. – Ten pokręcił głową. – Uważaj na Reptilian.
Hunter przyjął uwagę spokojnym skinieniem głowy. Dawno już pogodził się z faktem, że w tym konkretnym przypadku nie pomoże bardziej, jak tylko donosząc herbaty nawet wówczas, kiedy Ivalice twierdzi, że jej nie chce.
I tak potem wypijał. Raz nawet zaproponował, że po cichu kropnie piołunówki, ale Hunter odmówił, bo potrafił się zrobić samym zapachem czekolady z likierem.
Tak, że też to paskudne wspomnienie musiało go dopaść akurat w chwili, w której stał w kuchni i czekał, aż zagrzeje się woda w elektrycznym czajniku. To były urodziny Skowrona…? Nie, chyba nie urodziny. Chyba po prostu uznała, że jest cudowny dzień, trzeba się cieszyć i to świetna okazja do świętowania. Powinien był wiedzieć, że Skowron nie przyniesie takiej zwykłej bombonierki. To musiały być baryłki.
Odwrócił się do ściany, żeby ukryć rumieniec wstydu, dla lepszego efektu jeszcze przetarł dłonią po twarzy, jakby był zirytowany powolną grzałką. Nie był – ta grzałka była tak samo powolna od pięciu lat, od których siedział za swoim fikusem, który w tym czasie przeszedł dwa przesadzania do większej doniczki i wyrósł na całkiem porządne drzewko.
Ukłucie między łopatkami przyszło nagle i niespodziewanie – wraz z trzaskiem spadającego talerzyka. Hunter obrócił się gwałtownie, przyjmując odruchowo zgiętą pozę. Był bezszelestny, był szybki, był jak wilk na polowaniu…
A za nim stała ta dziewczyna z atopowym zapaleniem skóry – Irga – z przerażoną miną i wyciągniętym w jego stronę widelcem.
– Przepraszam! – Uniosła drugą dłoń do ust. – Chciałam tylko wyjąć talerzyk i jakoś tak się zachwiałam!
Jestem przekonany, że gdzieś jest trzeci… Reptilianie zawsze pojawiają się trójkami… Nie spodziewasz się nawet, a oni pewnego dnia pojawiają się za tobą i, bach. Pakują ci widelec między łopatki, wyszeptał głos Ivalice’a na tyłach głowy Huntera.

Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

ODPOWIEDZ