TEKSTEM ROKU 2018 zostało ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee :D Serdecznie gratulujemy i zapraszamy do lektury!

Dzień pierwszy

"Science fiction istniała zawsze: mam na myśli prognozę pogody."
Peter Ustinov
Awatar użytkownika
Aishikami
Posty: 26
Rejestracja: 09 grudnia 2013, 14:03
Lokalizacja: Wrocław

Dzień pierwszy

Post autor: Aishikami » 15 lipca 2019, 17:46

Napisane na cyberiadę, krótkie sci-fi opko. Postanowiłam wrzucić bo why not ;)

Dzień pierwszy


Dzień 1
Dwadzieścia cztery godziny do lądowania. Dziesięć godzin od pobudki z hibernacji. Rob-07 przekazał mi kontrolę nad konsolą. Warunki optymalne, nastroje wśród załogi przeważająco pozytywne.

Dzień 2
Planeta majaczy na horyzoncie, ciężko powiedzieć, żeby była piękna, a przynajmniej ja nie dostrzegam w niej niczego atrakcyjnego. Brunatna, pozbawiona roślinności, do której jestem przyzwyczajony, przerażająca. Jesteśmy godzinę lotu od naszej strefy lądowania. Ten etap chciałbym mieć już za sobą. W oddali dostrzegam coś, czego być tu nie powinno. Wygląda na wzniesione ludzką ręką, choć jeszcze jesteśmy zbyt daleko, by to potwierdzić. Wygląda również bardzo znajomo, odcina się od horyzontu, jasna plama na ciemnym tle, nie sposób tego przegapić.

To nasza stacja badawcza, solidne namioty, połączone w olbrzymi kompleks labiryntem korytarzy. To, co mieliśmy tutaj wnosić przez najbliższe tygodnie. Pył osiadł na białych blatach, szyby w niektórych drzwiach zostały stłuczone, plamy w kącie stołówki, która miała być zbudowana za dwa dni od teraz, wyglądają jak zaschnięta krew, ale to przecież niemożliwe. Cała stacja wygląda, jakby stała tu od dawna, jakby nikt o nią nie dbał.
Nasza stacja, na obcej planecie.
A wylądowaliśmy tu dopiero godzinę temu.

Dzień 3
W stołówce znaleźliśmy świeże plamy krwi. Nikt z nas się nie skaleczył, sprawdziliśmy. A później sprawdziliśmy jeszcze raz. Zdejmowaliśmy nawet buty, aby obejrzeć nasze stopy. Nie pominęliśmy niczego.
To nie była nasza krew.
Logiczny wniosek nasuwał się sam, ktoś był tutaj z nami.
Wniosek ten, miał jednak jedną zasadniczą wadę – nie miał sensu. Na tej planecie nie istniało życie. Oprócz nas.
Mieliśmy teraz już dwie zagadki do rozwiązania.
Jakim cudem, nasz sprzęt znajdował się jednocześnie tutaj i na promie.
I kim był nasz tajemniczy towarzysz.

Dzień 5
Rob-07 przeanalizował próbkę znalezionej krwi.
To moja krew.
Sprawdziliśmy jeszcze raz całe moje ciało, odkładając na bok wstyd i zażenowanie. Oglądano mnie komisyjnie, jak konia na sprzedaż.
Nie znaleźliśmy nawet najmniejszej ranki.

Dzień 7
Atmosfera wśród załogi staje się coraz bardziej nerwowa.
Mikowskiemu nie ufałem nigdy. On nie ufa mi. Moja krew w stołówce działała na moją niekorzyść w jego oczach.
Kita za mną nie przepadała, ale zawsze uznawała mój autorytet. Nie widziała powodu do paniki, jej analityczny umysł poddawał się nieco w walce z absurdami tej sytuacji, ale nadal potrafiła zachować spokój.
Benton stał za mną murem. Ale i on wydawał się podminowany, był niczym mocno naciągnięty sznurek, ocierający się o ostry nóż niesprzyjających nam faktów.
Tylko Rob-07 był naprawdę po mojej stronie. Nie posiadał emocji.
Emocje stanowiły słabość, popychały nas w stronę złych decyzji.
To tylko planeta. To tylko nasz sprzęt rozstawiony przed naszym przybyciem.
Tylko tyle.

Dzień 8
Benton nie żyje. Przeżywałbym to bardziej, gdyby nie to, że to on odnalazł swoje ciało. Swoje śmierdzące, rozkładające się ciało. Ciało, które musiało leżeć tu od kilku dni, jeśli nie dłużej. Rob-07 jako przyczynę zgonu podał cios tępym narzędziem w podstawę czaszki, nie, nie cios, ciosy. Nie potrzebowaliśmy jego raportu, by to stwierdzić, przyczyna śmierci była oczywista. Ktokolwiek zabił Bentona, a przynajmniej jednego z Bentonów, musiał być naprawdę wkurzony. Tył jego głowy był tak wklęsły, że nie wiem, jakim cudem, nie odpadła mu twarz.
Więcej o tym nie napiszę, inaczej musiałbym zacząć krzyczeć, a tylko spokój może nas jeszcze uratować.
Muszę uspokoić załogę.
Muszę...

Dzień 9
Jeszcze dwa dni temu było dobrze, nic nie zapowiadało tego wybuchu.
Zakryliśmy ciało Bentona, ale teraz, kiedy leży tak blisko, nic nie maskuje jego zapachu.
Kita miała atak paniki.
Obawiam się buntu.
Nie poradzę sobie z nimi, Benton krzyczy najgłośniej, groził mi od rana już dziesięć razy. Ich nastrojów nie poprawia fakt, że tylko ja mam dostęp do konsoli. Ja i Rob-07, ale nie umieją go przeprogramować.
Nic nie jadłem od siedmiu godzin, nie piłem od dwunastu.
Głowa pęka mi od tych krzyków.
Sam zaczynam się zastanawiać, dlaczego tak właściwie chcę tu zostać.

Dzień 10
Nie chcę tu zostawać.
Nie spałem od wczoraj, Benson i Kita dobijali się do moich drzwi, nie czuję się tu bezpieczny.
To moja załoga. To mój przyjaciel, zarazem żywy i martwy.
To ta planeta.
Nie czuję się tu bezpieczny.

Dzień 11
Wracamy, Rob-07 walczył z nowymi poleceniami, ale Mikowski zaaplikował mu solidną dawkę ręcznej perswazji, jeśli tak można określić rytmiczne okładanie humanoidalnej maszyny metalową rurą. Nie wiem, czy zadziałało to, czy też może Rob-07 po prostu przetrawił w końcu wklepane komendy.
Najważniejsze, że się stąd wynosimy.
Wracamy do domu.

Dzień 1
Dwadzieścia cztery godziny do lądowania. Dziesięć godzin od pobudki z hibernacji. Rob-07 przekazał mi kontrolę nad konsolą. Warunki optymalne, nastroje wśród załogo przeważająco pozytywne.

Dzień 2
Nie wiem, jak to możliwe, ale już z oddali widzieliśmy nasz sprzęt, rozstawiony na nieodwiedzonej, niezbadanej i, według wszelkiego prawdopodobieństwa, niezamieszkanej planecie. Zakurzony, nieco zużyty, zakrwawiony, ale zdecydowanie nasz sprzęt.
Powiedzieć, że nastroje wśród załogi uległy pogorszeniu, to powiedzieć za mało.
Nie spodziewałem się po nich tak gwałtownej reakcji, jakby gotowało się w nich od dłuższego czasu i nagle dostali okazję do spuszczenia pary.
Tyle, że każda para w końcu się rozwiewa, woda powoli stygnie. Wrzątkiem jest tylko przez chwilę.
Ich gniew natomiast zachowywał stałą wysoką wartość.
Niepokojąco wysoką.

Dzień 3
Znaleźliśmy ciało Bensona, zakryte prześcieradłem, zakrwawione, z czaszką tak zniekształconą, że nie przypominała ludzkiej.
Znaleźliśmy je, kiedy Benson stał tuż obok. Żywy, nietknięty. Równie przerażony, co my wszyscy, ale to nie on zniósł to najgorzej.
Kita...
Kita uciekła i nie możemy jej znaleźć. Obawiam się o nią.
Obawiam się, że nie jesteśmy tu sami.

Dzień 4
Mikowski zapytał mnie, co się tu wyprawia. Nie wiem, dlaczego podejrzewa, że mógłbym cokolwiek wiedzieć. Nie wiem, co tu się dzieje. Nie uwierzył mi. Nigdy mi nie wierzył. Nie wiem, czemu teraz miałby zacząć. Nie wiem, czemu zgodziłem się, by był częścią tej misji. Może dlatego, że w tym co robi, zawsze był dobry.
Kita nadal nie wróciła. Przez sen wydawało mi się, że słyszałem krzyki. Nie wstałem by to sprawdzić.
To na pewno nie była ona.
Podejrzewam, że już jej nie zobaczymy.
Musiało mi się przyśnić, że słyszę, jak krzyczy.
To tylko przeczucie.
Nie mogę się go pozbyć.

Dzień 10
Nikt nie chce tu zostać. Nikt nie chce szukać Kity. Jestem zmęczony, nie zamierzam się z nimi kłócić. Benson oglądał swoje na wpół zgniłe zwłoki. Z nim mam najmniejszą ochotę się kłócić.
Wynosimy się stąd. Rob-07 zaakceptował nowe komendy z oporem, przełamanym łagodną perswazją Mikowskiego. Patrząc, jak tłumaczy maszynie, dlaczego nie powinniśmy tu zostawać, zastanawiam się czy mnie też próbowałby przekonać.
Cieszę się, że tego nie sprawdziłem.
Cieszę się, że to nie ja tu zostałem.
Wracamy do domu.


Dzień 1
Dwadzieścia cztery godziny do lądowania. Dziesięć godzin od pobudki z hibernacji. Rob-07 przekazał mi kontrolę nad konsolą. Warunki optymalne, nastroje wśród załogi przeważająco pozytywne.

Dzień 3
Kita twierdzi, że słyszała, jak krzyczy.
Nadal nie wiem, co jeszcze mam jej na to odpowiedzieć, poza tym, żeby wzięła się w garść. Musiało jej się to przyśnić. Zdarza się.
Nie brzmię przekonująco. Brzmię słabo. Boję się, co będzie, kiedy pójdę spać.
A co, jeśli ja też usłyszę, jak krzyczę?

Dzień 5
Zrobiliśmy obchód, pierwszy od lądowania, pierwszy od odkrycia naszego sprzętu.
Wszędzie jest pełno krwi.
Wszędzie.
Mikowski stwierdził, że jeśli się stąd nie wyniesiemy, natychmiast, to użyje innych metod perswazji. Nie mam broni. Nie śpię od dwóch dób. Wracamy do domu.

Dzień 1
Dwadzieścia cztery godziny do lądowania. Dziesięć godzin od pobudki z hibernacji. Rob-07 przekazał mi kontrolę nad konsolą. Warunki optymalne, nastroje wśród załogi przeważająco pozytywne.

Dzień 3
Kita znalazła swoje ciało.
Nie.
Kita znalazło dwa swoje ciała.
To tłumaczyłoby, jak to możliwe, że ściany pomalowane są na krwawy czerwony. Nie krwisty, krwawy. Zadziwiające jest to, że ciała są w różnym stopniu rozkładu. Jedno z nich jest podejrzanie świeże.
To fascynujące.
W rozmowie z załogą używam innego słowa.

Dzień 4
Zabarykadowaliśmy się w kuchni. Zakurzonej kuchni, z rysami na białych blatach, które mieliśmy sami rozłożyć, a które musiały tu stać od tygodni.
Mamy prowiant, wodę, leki.
Nie mamy dostępu do toalety i prysznica, musimy improwizować.
Kita nic nie mówi, prawie się nie rusza. Benson twierdzi, że to szok. Że gdyby zobaczył swoje ciało, pewnie też by się tak zachował. Mikowski nic nie mówi, ściska w dłoniach metalowy pręt, z którym nie rozstaje się ani na chwilę.
Nie mogę zasnąć.
Nie mogę jeść.
Czuje zmęczenie w kościach. A przecież dopiero jesteśmy tutaj czwarty dzień.
Dopiero czwarty dzień.

Dzień 7
Nie wiem, co wykurzyło nas stąd bardziej. Smród, strach, brak snu, frustracja, przygnębiające poczucie, że nasza obecność tu nie ma sensu, że i tak wszystko stracone?
Misja zakończona niepowodzeniem. Pierwsza w mojej karierze. Na samą myśl ogarnia mnie złość, ale nie mam siły tego analizować.
Wracamy do domu.
Nie chcę walczyć z własną załogą.

Dzień 1
Dwadzieścia cztery godziny do lądowania. Dziesięć godzin od pobudki z hibernacji. Rob-07 przekazał mi kontrolę nad konsolą. Warunki optymalne, nastroje wśród załogi przeważająco pozytywne.

Dzień 8
Zwariowałem.
Straciłem rozum.
Urwał mi się kontakt z rzeczywistością.
Nie ma innego wytłumaczenia.
Nie ma, bo przecież to niemożliwe, żebym widział siebie. Oddzielał nas długi korytarz, trwało to ułamek sekundy, ale poznałem siebie. Poznałem siebie w tej zarośniętej gęstą brodą twarzy, w tym samym ubraniu, które miałem na sobie, tyle, że tamto było bardziej znoszone, brudne.
Poznałem siebie.
Tyle, że to się nie wydarzyło.
Ja po prostu oszalałem.

Dzień 10
Ujrzałem zło. I ono miało moją twarz. Ból mnie otrzeźwia, pozwala mi myśleć jasno.
Tak bardzo boli.
Umieram.
Ja to sobie zrobiłem.
Patrzyłem na siebie swoimi oczami, ogarniętymi szaleństwem. To moje brudne dłonie, z połamanymi paznokciami, wbiły we mnie nóż. To morderstwo, ale to ja siebie zabiłem. Nie da się tego wytłumaczyć, ból pozwala mi to opisać, ale nie pozwala mi myśleć.
Wydałem Rob-07wi ostatnie polecenie, kiedy jeszcze mogłem. Jedno proste polecenie. Kiedy mnie już nie będzie, wróci do domu.
Razem z moim ciałem.
Ciałem Kity.
Ciałem Bensona.
Ciałem Mikowskiego.
Zostawi to przeklęte miejsce daleko za sobą.
Może i tu umrę, ale nie zamierzam tu zostać.
Nie zamierzam tu zostać.
Nie…

Dzień 1
Dwadzieścia cztery godziny do lądowania. Dziesięć godzin od pobudki z hibernacji. Rob-07 przekazał mi kontrolę nad konsolą. Warunki optymalne, nastroje wśród załogi przeważająco pozytywne.
*Nie mam własnej kultury, więc jem jogurt, aby mieć chociaż kulturę bakterii.*

ODPOWIEDZ