TEKSTEM ROKU 2018 zostało ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee :D Serdecznie gratulujemy i zapraszamy do lektury!

Co trzy głowy... [D&D AU]

FANFICTION
Fanfiki to literatura, która może wyglądać jakby została wynaleziona na nowo po katastrofie jądrowej przez grupę cudownych pop-kulturowych ćpunów uwięzionych w zamkniętym bunkrze. [...] Kultura mówi do nich, a oni jej odpowiadają w jej własnym języku. ~ Lev Grossman
Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1858
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Co trzy głowy... [D&D AU]

Post autor: Kruffachi » 12 lipca 2019, 19:06

Long story short: mam ochotę popisać głupotki. Rzuciłam więc laskom, z którymi gram w D&D, że przyjmuję zlecenia na krótkie scenki - maksymalnie 3 dowolne postaci z naszych gier plus jakieś standardowe AU fanfikowe. Mam świadomość, że grono odbiorców bardzo wąskie, ale, no, to dla zabawy :D

Wyzwanie od Coff - wszyscy czarodzieje/uniwersytet AU

– Kochana...? – odezwał się głos w słuchawce. – Nie wiesz może, gdzie położyłam swój telefon...? Od rana go szukam i nic.
Tikki westchnęła ciężko znad kanapki wypełnionej po brzegi sardynkami.
– Sprawdź w swojej prawej ręce, ciociu – odparła zrezygnowanym głosem.
Nastały trzy sekundy ciszy, a po nich pełne zdziwienia i ulgi:
– O–och!
– No. To jakby bym się rozłą...
– Ale dziękuję ci, kochana! No to pa, buziaczki, ściskam.
Dziewczyna jedynie przymknęła oczy.
– Pa, ciociu – powiedziała tonem bardzo znudzonej ekspedientki i wcisnęła czerwoną słuchawkę, nim było za późno. – Sorry – rzuciła do reszty towarzystwa okupującego murek przed uczelnią.
– Ciotka?
– No. Ciotka.
"Ciotka" stanowiła temat długi i skomplikowany, niejednokrotnie już przerobiony w tym towarzystwie nad trzecim piwem za piątaka w przeddzień jakiegoś egzaminu. Zwykle tuż przed tym, jak Amadea zdążyła się uruchomić i zwykle cicha i nieśmiała, znienacka rzucała wyzwanie największemu ochroniarzowi w knajpie. Potem zazwyczaj cała trójka lądowała przed drzwiami lokalu i resztę nocy spędzała na włóczeniu się po mieście i oczekiwaniu świtu.
Amadea i tak zawsze zdawała na pięć z wykrzyknikiem. Zaprzeczała, ale Zaif i tak wiedział, że już podczas pierwszego semestru zdołała wyryć na pamięć podręczniki z całych pięciu lat studiów.
Tikki nie szło tak gładko i podejrzewała, że jej solidne trójki to głównie zasługa upierdliwych telefonów od ciotki, która od czasu do czasu zmieniała się z nieogarniającej życia ciamajdy w prawdziwą i przerażającą lwicę. W dodatku nadopiekuńczą i bez kozery korzystającą ze swoich wpływów, by zapewnić siostrzenicy parasol ochronny choćby i szantażem.
Zaif po prostu chodził na poprawki.
Zaciągnął się głęboko papierosem wyżebranym gdzieś kiedyś i zachomikowanym w jednej z kieszeni. Palił, bo to pozwalało mu mówić, że na wychowaniu fizycznym dostaje zadyszki palacza i fakt, że wypluwa płuca już po rozgrzewce, nie ma absolutnie niczego wspólnego z jego kondycją.
– Za pięć minut zaczynają się labki – zauważyła Amadea bardzo cicho, zerknąwszy na zegarek.
– I spieszy ci się? – spytała Tikki, wyciągając przed siebie pokryte czerwoną łuską nogi.
Rudowłosa otworzyła usta, żeby odpowiedzieć, ale zrezygnowała i ostatecznie przycisnęła tylko mocniej do piersi piąty tom "Wstępu do bibliotekoznawstwa". Czasem trudno było uwierzyć, że to ta sama osoba, która ledwie tydzień temu znokautowała barmana ciosem w splot słoneczny. Miała szczęście, że poszkodowany uznał, iż w zeznaniach bardzo głupio by wyglądało, że został powalony słownikiem wyrazów obcych, bo pewnie zostałaby tym razem spisana.
Mimo to jednak, że nie zdecydowała się oponować, ścisnęła mocniej szelki wypełnionego po brzegi literaturą plecaka.
– Mi się spieszy – Zaif postanowił pójść jej z odsieczą. Zgasił papierosa, wstał z murka i otrzepał spodnie na tyłku. – W waszym interesie, żebym robił notatki.
Co prawda to prawda. Jakkolwiek rogacz notował, co mu się podobało i ile mu się podobało, to jeśli już zdecydował się to robić, zapewniał materiał pierwszej klasy, w dodatku opatrzony licznymi, szczegółowymi ilustracjami. Tikki była przekonana, że dzięki tym zapiskom szłaby przez egzaminy jak burza. Gdyby oczywiście dziwnym zrządzeniem losu nie lądowali na piwie w najmniej odpowiedni do tego wieczór.
– Będziesz mogła wyciszyć telefon – przekonał ją Zaif.
Tak, a potem będzie mogła poświęcić całą przerwę na odczytywanie stu trzydziestu histerycznych SMS–ów.
No ale co zrobić, takie było życie.

Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Aishikami
Posty: 29
Rejestracja: 09 grudnia 2013, 14:03
Lokalizacja: Wrocław

Re: Co trzy głowy... [D&D AU]

Post autor: Aishikami » 12 lipca 2019, 19:14

AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAaaaaaaaaaaa! Cudowne! #teamGoals #TAKBARDZO *chlip* No piękne po prostu!
*Nie mam własnej kultury, więc jem jogurt, aby mieć chociaż kulturę bakterii.*

Awatar użytkownika
Prophet
Straż! Straż!
Posty: 153
Rejestracja: 28 czerwca 2013, 18:30
Lokalizacja: Wrocław

Re: Co trzy głowy... [D&D AU]

Post autor: Prophet » 12 lipca 2019, 19:23

Palił, bo to pozwalało mu mówić, że na wychowaniu fizycznym dostaje zadyszki palacza i fakt, że wypluwa płuca już po rozgrzewce, nie ma absolutnie niczego wspólnego z jego kondycją.
Piękne podsumowanie mojej kariery szkolnej. Z tą małą różnicą, że nie paliłam. A teraz won z mojej głowy, to trochę creepy :D
Obrazek

Wieczornych snów mary powiewne, dziewicze
Na próżno czekały na słońca oblicze...
W dal poszły przez chmurną pustynię piaszczystą,
W dal ciemną, bezkresną, w dal szarą i mglistą...

KLIK

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 196
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: Co trzy głowy... [D&D AU]

Post autor: Coffee » 12 lipca 2019, 19:50

AaaaaaaaaaaaaaaAAAAAAAAaaaaaAAAAAAAAAAAA :jupi: :jupi: :jupi:
Widzę to wszystko, tak xD Pięknie ich przedestylowałaś. Dzięki!
It's not the end of the world, but you can see it from here.

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 196
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: Co trzy głowy... [D&D AU]

Post autor: Coffee » 04 sierpnia 2019, 21:11

Kruff mi dała błogosławieństwo na podczepienie się do serii i tematu, więc oto: Mir & Zojka Roommates AU :D

*

- To byłby twój pokój. Wiem, że to nic imponującego, ale, cóż, przynajmniej jest blisko do sklepu i właściciel nie podniósł czynszu od siedmiu lat. Mój były współlokator raz mu zapłacił ziołem i, no, nie było żadnego problemu.
- Ziołem?
- No. – Mirek bardzo próbował zachować neutralny wyraz twarzy. – Marihuaną. Wiesz… Narkotykami?
Tamta w skupieniu kiwnęła głową, jakby przyswajała nowe informacje, i przestąpiła próg pokoju. Po całym mieszkaniu rozglądała się z szeroko otwartymi oczami i Mirek robił się przez to coraz bardziej nerwowy. Wydawało mu się, że posprzątał. Z drugiej strony – sprzątanie mogło tylko uwydatnić wszystkie dziury, rysy i ubytki, których nie dało się zamaskować bez wycieczki do najbliższego sklepu budowlanego. Jemu samemu nędzny stan mieszkania w niczym nie przeszkadzał, ale poniewczasie zorientował się, że inni mogą mieć nieco wyższe standardy.
Dziewczyna stała teraz w jamie, którą jakiś śmieszek z administracji nazwał pokojem, i patrzyła przez okno. Gdyby uniosła i wyprostowała ręce, spokojnie dotknęłaby obu ścian.
- I jak? – spytał bezradnie. Agorafobik miałby problem z polubieniem tego pokoju, w dodatku śmierdziało tu psem po poprzedniej lokatorce.
- Och, przepraszam – odparła tamta, odwracając się od okna. – Jest super. Bardzo mi się podoba. Nigdy nie miałam tyle przestrzeni dla siebie.
- Rodzeństwo?
- Nie do końca. Mieszkałam w… internacie. – Jakiś cień przemknął przez wielkie oczy. - Tak, w internacie. Trzydzieści osób w jednym budynku. Nie za wielkim do tego. Nie miałam własnego pokoju. A żebyś widział kolejki do kuchni.
Stłumił wszystkie odpowiedzi, które natychmiast zaczęły cisnąć mu się na usta – o rozkładanym materacu w kawalerce, na którym szybko przestał się mieścić, o wiecznie zepsutym bojlerze, o parapecie w kuchni, który musiał mu służyć za biurko do odrabiania lekcji. Powiedziałby to w marnej próbie nawiązania relacji – a wyszłoby, jak zawsze, odstraszająco i egocentrycznie.
Więc zamiast tego się uśmiechnął.
- Jesteś nowa w mieście?
Wzruszyła ramionami.
- Przyjechałam ze znajomymi, ale nasze drogi się rozdzieliły. Chyba na dobre. I chyba na szczęście.
- Mówisz?
- Byliśmy razem na koncercie w bardzo, i mam na myśli BARDZO podejrzanej knajpie, rozpętali tam bójkę, wciągnęli mnie w nią i zostawili jak oberwałam od wielkiego osiłka.
- Auć.
- Tak, dosłownie. Ale szczerze mówiąc chyba i tak do nich nie pasowałam. Coach-teleewangelista, wiesz, taki oślizgły typ, który żyje z naciągania ludzi w internecie, babka, która próbowała hodować gołębie w łazience i druga, którą aresztowano za ściąganie muzyki. W 2019 roku. Tak jakby… mamy youtube’a. I spotify. I jakiś milion aplikacji z darmową muzyką. Jakim trzeba być idiotą, żeby ściągać dzisiaj muzykę? I jeszcze na tym wpaść?
- Mów mi jeszcze. Powinnaś zobaczyć ekipę, która tu mieszkała wcześniej.
- To ta od płacenia czynszu… – dziewczyna zmarszczyła brwi z namysłem – …marihuaną?
- No, gwoli ścisłości to tylko jeden z nich. Było rodzeństwo. Młodsza podkradała nam wszystkim rzeczy, a kiedy próbowaliśmy się o nie upominać, jej brat groził wszystkim pobiciem. Trzeciemu z kolei wszystko zwisało. Nie wiem, ile razy świeciłem za nich wszystkich oczami przed policją. Znam już cały posterunek z imienia.
- Zaraz – powiedziała tamta, marszcząc nagle brwi. – Ja cię znam.
O nie.
- …Tak?
- Widziałam cię na tym proteście. Tym z budową nowego aquaparku. Zbierałeś podpisy, prawda?
- Być może. – Pot spływał mu po plecach. I jak zawsze, gdy cisza przeciągała się za bardzo, desperacko spróbował ją czymś zapełnić: - To jest park krajobrazowy. I bardzo cenne pokłady geologiczne, wiem, mam znajomych ekologów, naprawdę, budowa czegokolwiek tam to jest bardzo zły…
- Biorę ten pokój – przerwała mu nagle i ku zdumieniu Mirka, zarumieniła się. Wyciągnęła rękę, którą uścisnął.
Miała bardzo, bardzo mocny uścisk.
I zaczerwienione knykcie.
- Zojka.
- Mirek. Pomóc ci przenieść rzeczy?
It's not the end of the world, but you can see it from here.

Awatar użytkownika
Aishikami
Posty: 29
Rejestracja: 09 grudnia 2013, 14:03
Lokalizacja: Wrocław

Re: Co trzy głowy... [D&D AU]

Post autor: Aishikami » 04 sierpnia 2019, 21:16

CUDOWNE XDDDDD Nie znam co prawda postaci z tej drugiej kampanii, ale ich opisy mnie spłakały. A naszą uchwyciłaś idealnie XDD Bardzo przyjemny tekst i fajne AU i wróżę im dobre wspólne mieszkanie :beer: XDDD
*Nie mam własnej kultury, więc jem jogurt, aby mieć chociaż kulturę bakterii.*

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1858
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Co trzy głowy... [D&D AU]

Post autor: Kruffachi » 04 sierpnia 2019, 21:17

Trzydzieści osób w jednym budynku. Nie za wielkim do tego. Nie miałam własnego pokoju. A żebyś widział kolejki do kuchni.
Tak XDDD

Kocham tak bardzo XD I te podsumowania obu ekip (ogromne, OGROMNE propsy za piratkę Del :DDD ), gołębie w łazience XDDD Biedny, zestresowany Mirek, ale ja myślę, że oni by się dogadali doskonale :D Prędzej czy później.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Aishikami
Posty: 29
Rejestracja: 09 grudnia 2013, 14:03
Lokalizacja: Wrocław

Re: Co trzy głowy... [D&D AU]

Post autor: Aishikami » 12 listopada 2019, 10:12

Sorry za wszystkie błędy i za nieskładność, ale mam dzisiaj dużo pracy, nie mogłam jednak odłożyć napisania tego, bo Muriel siedziała w mojej głowie i nie dała mi egzystować bez ogarnięcia tego najpierw. Wrzuciłam tutaj, mimo iż nie do końca pasuje do formuły, ale jednak fanfic fo D&D więc nie chciałam mnożyć bytów.
Wszystkie opinie wyrażone w tym ficu to opinie Muriel - just saying. Kolejna furtka w jej umysł ;)

Bezruch.
Muriel obserwowała, jak wszystko ustaje. Miarowe unoszenie się klatki piersiowej, ruchy oczu pod powiekami, delikatne drganie dłoni, których zdecydowany, silny dotyk jej skóra nadal pamiętała.
Kappa nie żył. I to ona go zabiła. Ona, Hunter, Vaska, Fergal każde z nich miało w tym udział, każde z nich było winne temu, że Kappa leżał na brudnych, przegniłych deskach, nieruchomy, stygnący, zamierający powoli w nienaturalnej pozycji, z otwartymi szeroko, pustymi oczami. Chciała krzyczeć, ale nie mogła, w sąsiednim pokoju nadal trwała walka, Vaska wołała Huntera, ale ten nie odpowiadał. Słyszała, jak zderzały się ze sobą ciała mięsnej marionetki Fergala i golema. Spojrzała jeszcze raz na Kappę, przesunęła dłonią po jego policzku, podniosła kuszę, którą odrzuciła, gdy tylko odciągnęła go nieprzytomnego w bezpieczne miejsce i ruszyła do walki.
Nie wiedziała czy bardziej napędzała ją złość czy rozpacz. Nie rozumiała uczucia, które w niej się kotłowało. To był tylko Kappa, tylko jedna wspólna noc, ale wtedy w ich pokoju, kiedy jej słuchał, kiedy ją zrozumiał, poczuła coś, czego jeszcze nie umiała nazwać. A jeśli to była ta cała miłość? A jeśli miała wreszcie na nią szansę, aby ją stracić z własnej winy? Z winy Huntera, bo ich zostawił, bo nie dał jej nic czym mogłaby uratować Kappę, choć mógł. Bo mógł. Z winy Vaski, bo nie odpowiedziała na jej błaganie, na jej rozpaczliwą prośbę o pomoc. Przez Fergala, który przyszedł tutaj taki nieprzygotowany, choć obiecał jej wsparcie. Przez nią wreszcie, bo była zbyt wolna, zbyt słaba. Ale ona przynajmniej próbowała, ona zrobiła wszystko, co mogła.
Golem stanowił duży cel, nawet z całym wzburzeniem, które rozgrzewało jej ciało od wewnątrz, trafiła. Bełt przebił płat zszytej skóry i wbił się w mięśnie, ale przeciwnik nawet tego nie zauważył. Bezgłowe ciało madam Pinkot zamachnęło się mięsistymi łapami wyrywając z przeciwnika wielkie ochłapy, z dłoni Vaski wystrzelił płomień, rzucając olbrzymim cielskiem golema o ścianę i nagle wszystko ustało.
Madam Pinkot upadła, jak stała, w kałużę swojej własnej, tryskającej z szyi, krwi. Vaska rzuciła się ku Hunterowi, który leżał nieprzytomny, Fergal schował rapier, z jego młodzieńczej twarzy biła duma, zupełnie, jakby nikogo tutaj nie stracili, zupełnie, jakby jej Kappa nie leżał tuż za drzwiami, martwy.
Zacisnęła dłonie w pięści, i czekała. Nikt się nie ruszył ani ku niej, ani ku Kappie. Vaska zaczęła przeszukiwać ciała, z radością wymalowaną na twarzy, chowając kolejne klejnoty do kieszeni, Fergal stał i przyglądał się pobojowisku. Hunter zaś, po wstaniu na nogi, wypił miksturę i zaczął rozglądać się po pokoju. Zaglądać do szuflad, szafek. Nikt o nic nie pytał, nikt się nie zainteresował tym, co wydarzyło się w sali obok. Nikogo nie obchodziła jej rozpacz. W mgnieniu oka, w czasie potrzebnym na jedno uderzenie serca, Muriel podjęła decyzję. Momentalnie ogarnął ją spokój. Wiedziała, co zrobić.
– Znaleźliśmy ten cały amulet? – zdziwiła się, że głos jej nie zadrżał, nie wyrażał zupełnie żadnych emocji. Nie budził podejrzeń.
– Tak – Hunter nawet na nią nie spojrzał, nie oderwał wzroku od przeszukiwanego mebla, który niemal rozpadał się pod dotykiem jego palców.
Muriel była dobra w swoim fachu, widziała więcej niż świadomie pokazywał jej cel, więc i teraz widziała, jak Hunter nieznacznie napiął ciało, jak bezwiednym gestem przesunął po kieszeni, zdradzając swój sekret. Jak ludzie klepiący się po właściwych kieszeniach słysząc ostrzegawczy okrzyk. Muriel rejestrowała każdy ruch i czekała cierpliwie. Miała czas. Nie mogła pozwolić, aby emocje wzięły górę, inaczej nie odzyska Kappy. Madam Pinkot nie potrafiła zapanować na ożywioną córką, ale to było dziecko, z natury kapryśne, trudne do okiełznania, bezmyślne. Pinkot była też słaba, stara, żałosna. Kappa był silny, a drużyna doświadczona. Nie było porównania. Nie było odwrotu.
W końcu, kiedy już myślała, że przyjdzie jej stać w progu w nieskończoność, Hunter uznał, że więcej już nic nie znajdzie. Wyminął ją niespiesznie, nieświadomy zagrożenia. Niczym mucha, przefrunął koło pająka, nie czując dotyku, delikatnego muśnięcia jej palców. Kiedyś zdjęła naszyjnik z szyi kobiety, z którą rozmawiała, ukradła miksturę patrząc sklepikarzowi w oczy. To było dla niej równie naturalne, jak oddychanie. Niczego nieświadoma ofiara oddalała się, a ona zaciskała dłoń na chusteczce, wyczuwając pod nią zimno i twarde krawędzie amuletu.
Spokój opadł z niej i nie wiedziała, czy dopadła ją świadomość tego, co za chwilę miało się wydarzyć czy to amulet tak na nią działał, ale serce biło jej coraz szybciej, pot spływał jej po szyi, czuła, jak drętwieje jej kark, barki. Zdawało jej się, że jej przyspieszony, głośny oddech słyszalny jest w całym domu. Ale nadal nikt nie zwracał na nią uwagi. Wycofała się z progu niespiesznie. Nie przyspieszała kroku, ale sztywno, powoli wracała tam, gdzie leżał Kappa. Za jej plecami słyszała kroki, rozpoznała ciężki, miarowy chód Vaski. Czas jej uciekał. Przyspieszyła. Dopadła Kappy, rzuciła spojrzeniem za siebie. Vaska przekraczała dopiero próg. Zdąży. Odwinęła kryształ i drżącymi dłońmi założyła go Kappie na szyje. Ktoś na nią krzyczał. Pewnie Vaska, ale Muriel nie interesował nikt i nic, oprócz leżącego przed nią mężczyzny. Czyjeś dłonie ją odciągnęły, szarpała się, ale nie była w stanie nic zrobić, trzymały ją dwie osoby. Vaska i Hunter, z twarzami wykrzywionymi gniewem, strachem, krzyczeli, ale ich nie słyszała. Czekała, na oddech, na bicie serca. Sama krzyczała, kiedy Fergal wyciągał dłoń po kryształ.
Nie zdążył. Dłoń Kappy złapała go za rękę. Muriel uśmiechnęła się, chciała zakrzyknąć triumfalnie, ale dźwięk ugrzęznął jej w gardle. Krzyczał Fergal, rozpaczliwie próbując się wyrwać, ale Kappa trzymał go w uścisku, jak w imadle. Skóra elfa czerniała, cały wysychał, kurczył się, aby po chwili paść na ziemię, rozpadając się w proch.
Cała trójka, Vaska, Hunter i Muriel, zamarli pod czarnym, wgryzającym się w ich umysły i ciała spojrzeniem ożywionego Kappy. Ziemia pod ich nogami zadrżała, otoczyły ich ciemne, gęste kłęby dymu. Muriel nie mogła się ruszyć, patrząc teraz na Kappę, z sercem w gardle, z adrenaliną kursującą w jej żyłach, w tym najbardziej klarownym momencie, rozpoznała go. Rozpoznała jego sylwetkę z jej snu. To on stał obok Roderrika, na tym ciemnym wzgórzu. Bała się go. Być może po raz pierwszy w swoim życiu, poczuła paraliżujący, wszechogarniający, odbierający rozum strach przed innym człowiekiem.
Chciała, coś powiedzieć, ale żadne słowa się nie pojawiły, poczuła za to, jak dłonie Vaski i Huntera ześlizgują się po jej ciele, słyszała ich krzyki, coraz cichsze, aż wreszcie zamilkły. Zostali sami. Ona i Kappa, a raczej ona i to co z Kappy zostało. To, co ona z niego zrobiła. Czas stanął w miejscu. Wydawało jej się przez chwilę, że widzi jak spojrzenie Kappy łagodnieje, że uśmiech na jego twarzy staje się przyjaźniejszy. Chciała postąpić ku niemu, ale nie mogła zrobić kroku. Nie mogła się ruszyć, nie chciała patrzeć w dół, wiedziała, co tam zobaczy. Pamiętała, czarne dłonie ze swojego koszmaru, jak zimne były, jak mocno ją trzymały.
– Kappa – wydarło się jej z spomiędzy zaciśniętych szczęk.
– Nie, już nie – odpowiedział, ochrypłym, oślizgłym głosem, który niemal fizycznie przesunął się po jej ciele.
Potem nie słyszała już nic poza swoim krzykiem, i nie widziała już nic, poza ciemnością, kiedy czarne dłonie wciągnęły ją pod ziemię.
*Nie mam własnej kultury, więc jem jogurt, aby mieć chociaż kulturę bakterii.*

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1858
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Co trzy głowy... [D&D AU]

Post autor: Kruffachi » 12 listopada 2019, 10:18

:jupi: :jupi: :jupi: :jupi: :jupi: :jupi: :jupi: :jupi:
:la: :la: :la: :la: :la: :la: :la: :la: :la: :la: :la:
:tanczy: :tanczy: :tanczy: :tanczy: :tanczy: :tanczy: :tanczy:

TAKA JESTEM WZRUSZONA! <3 </3 <3
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 196
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: Co trzy głowy... [D&D AU]

Post autor: Coffee » 12 listopada 2019, 10:19

:la: :la: :la: :la: :la: :la: :la: :la:
W pelni rozumiem potrzebe zutylizowania angstu po sesji <3 Cudowne!
It's not the end of the world, but you can see it from here.

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 196
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: Co trzy głowy... [D&D AU]

Post autor: Coffee » 13 listopada 2019, 19:16

Hej, zgadnijcie co xD
Prompt od Aish: Nada, Kukuri, Ariel i Vaska w karczmie Szczęście Głupców



Karczma nazywała się Szczęście Głupców i Arielowi przyszło do głowy, że jest to najlepiej dobrana nazwa, jaką słyszał w życiu.
- Uhm – spróbował. – Pomocy?
Kukuri ciążyła mu na ramieniu jak worek ziemniaków. Powłóczyła jeszcze nogami, ale nie było w tym prawie żadnej siły – tylko legendarna półorcza wytrzymałość powstrzymywała dziewczynę przed zwaleniem się prosto w błoto. I mimo że niby trzymała się w pionie, to opierała cały ciężar na Arielu i przez to czuł, jak stopy zapadają mu się w rozmiękłym gruncie.
- Dziwna pora na rozkopywanie grządek – mruknął do siebie, z głośnym mlaskiem wyjmując stopę z błocka. – Jesienią?
Sądząc po odgłosach, impreza w karczmie rozkręcała się w najlepsze, chociaż co specjalnego było w tej konkretnej nocy, Ariel nie wiedział. Gwar rozmów i czyjś piękny – choć bardzo niecodzienny – śpiew dobiegał ich aż tutaj. Nie było szans, żeby ktoś ich stamtąd dosłyszał.
- Potrzebujesz pomocy, chłopcze?
Obejrzałby się, gdyby miał taką możliwość, ale ledwo utrzymywał równowagę z ciężarem półorczycy na ramieniu. Ten jednak po chwili zmalał, chociaż nie znikł całkowicie: ktoś podszedł do nich i wsparł nieprzytomną z drugiej strony.
O tym, jak zła była sytuacja, świadczył fakt, że Kukuri na to w żaden sposób nie zareagowała.
- Dziękuję – wydyszał Ariel. – Nie dałbym rady…
- Lepiej wejdźmy do środka. Co to za miejsce?
To było dziwne pytanie, ale mogło poczekać, zwłaszcza że bardowi zaczynało brakować tchu. Jego niespodziewany wybawca – albo wybawczyni, sądząc po głosie – stawiała długie kroki, a drzwi karczmy otworzyły się przed nimi, gdy pstryknęła palcami. Muzyka, światło i ciepło zalały ich jak kąpiel.
- Nie wiem, czy znajdziemy tu miejsce.
Karczma była zapakowana pod sam sufit, ale udało im się upolować nieprzypilnowany stolik. Ariel z ulgą zrzucił z siebie Kukuri na niczego niepodejrzewające krzesło i w końcu pozwolił sobie na jęk.
- To nie wygląda najlepiej.
- Nie, w porządku, mogę jej pomóc, potrzebowałem tylko wolnych rąk…
Dopiero teraz miał okazję przyjrzeć się bliżej kobiecie, która im pomogła. Była wyższa od niego o głowę, a długie uszy i niemal gigantyczna budowa zdradzały firbolskie pochodzenie.
- Nie rozumiem, co się stało – przyznał. – Walczyliśmy, była tam reszta naszej drużyny, Kukuri oberwała, próbowałem jej pomóc… a kiedy się podniosłem, ich nie było, nasi przeciwnicy zniknęli, i zamiast w jaskini byłem tutaj na drodze.
- Mhm – powiedziała firbolżka. – Taki psikus.
Nie wydawała się szczególnie wzruszona ich historią.
- Za barem na pewno mają bandaże i coś na wzmocnienie.
- Nie trzeba, teraz mogę się tym zająć.
- Doskonale, ale ja i tak pójdę po coś na wzmocnienie.
- Zaraz! Ja… dziękuję bardzo pani za pomoc.
- Nie ma za co. Nazywam się Vaska i możesz mi postawić drinka.
Wróciła z trzema kuflami piwa akurat, gdy Ariel kończył nucić uzdrawiającą przyśpiewkę, a Kukuri otwierała oczy.
- Tak się składa, że też zabłądziłam, ale nie zakładałam, że tak daleko – powiedziała Vaska, siadając. – Rzucałam proste zaklęcie, a w rezultacie dzień zmienił się w noc, a moi towarzysze w strachy na wróble. To im akurat pewnie dobrze zrobi na jedną noc, a ta jest chyba specjalna. Jesienna równonoc, z tego co słyszałam przy barze.
Ariel zmarszczył brwi: to się nie zgadzało. Kukuri nie przejmowała się szczególnie pytaniami egzystencjonalnymi, tylko golnęła sobie od razu pół z największego kufla i dopiero wtedy spojrzała pytająco na Ariela. Mógł tylko rozłożyć ręce.
- To jest pani Vaska – powiedział. Firbolżka uśmiechnęła się z nieco nieobecnym wyrazem twarzy. – I chyba chce nam powiedzieć, że zabłądziliśmy między wymiarami.
- Albo między historiami. To się zdarza.
- …Aha – stwierdziła Kukuri. – A jak wrócimy?
- Podejrzewam, że jak noc się skończy, każde z nas wróci do siebie.
Jednocześnie potoczyli wzrokiem po zatłoczonej karczmie. Nie wyglądało na to, żeby inni goście odczuwali to samo zagubienie; pili, jedli, bawili się i tańczyli do granej z niewielkiej sceny melodii.
Wszyscy poza jednym.
Tiefling nie wydawał się szczególnie zainteresowany niczym, co zajmowało innych klientów. Rozglądał się dookoła niepewnym wzrokiem i próbował schodzić z drogi każdemu, na czyjej drodze przez przypadek stawał, co w wypadku zapełnionej po brzegi tawerny zupełnie mijało się z celem. W końcu zrezygnował z prób podpierania ściany i podjął próbę dotarcia do paleniska, gdzie… wisiał… wielki… kocioł…
- KUKURI, NIE!
Nie zdążył; ich stolik wyleciał w powietrze, a w ślad za nim nietknięte jeszcze piwo Ariela – Vaska zdążyła zgarnąć swój kufel. Piana pojawiła się w ustach barbarzynki, chociaż czy był to wynik bitewnego szału, czy raczej pozostałość przyzwoitego lokalnego ale, ciężko było osądzić. Z braku maczugi zamachnęła się krzesłem i zdawało jej się nie przeszkadzać, że cios wylądował na ścianie, a wynikła z niego chmura drzazg – w jej włosach.
- KUKURI!
- Zapytałabym, czy nie lubi tieflingów – zagaiła konwersacyjnym tonem Vaska, patrząc jak półorczyca wjeżdża w niczego nie spodziewający się tłum niczym lawina. – Ale wiesz, sądząc po twoich rogach, to nie to…
- Kukuri nie lubi kotłów – jęknął Ariel. – I ich zawartości, o ile jest płynna.
Ruszył za nią: zadanie było o tyle ułatwione, że jak Kukuri kogoś powaliła, to ten ktoś zostawał już powalony. Z reguły było więc łatwo podążać jej śladem, chociaż trochę spowalniał go fakt, że Ariel próbował przepraszać wszystkich, nad którymi przeskakiwał.
Wyglądało jednak na to, że chociaż kocioł nie mógł uchronić się przez krucjatą półorczycy, to sięgający do niego właśnie tiefling zareagował w porę. Odskoczył, po czym – tak jakby – zniknął, a kiedy pojawił się ponownie, klepnął Ariela w ramię.
- Znajoma? – spytał tylko trochę nerwowym tonem.
- Przepraszam!
- Nie ma za co. Nauczyłem się, że takie rzeczy lepiej zostawiać profesjonalistom. I ludziom, którym szczególnie powinno zależeć.
Skinął głową, a Ariel podążył za jego wzrokiem i zobaczył trzeciego tieflinga – chyba właściciela oberży – który w błysku pomroczności i deszczu padających znikąd kruczych piór zaklęciem przytrzymał Kukuri w miejscu. Z odległości widział jeszcze, jak barbarzynka próbowała chyba polizać biało-czerwony róg karczmarza, a potem inni zasłonili mu widok.
- Dopiero co ją poskładałem.
- Najlepiej będzie poczekać, aż zrobią swoje i za dziesięć minut zabrać ją z powrotem z dworu.
- Byłeś tu już kiedyś?
- A skąd. Ale wiem, jak działają karczmy.
- Czyli… jesteś tu pierwszy...
- Nie mam pojęcia, co tu robię i skąd się tu wziąłem.
- Aha. No to zapraszamy do stolika.
W międzyczasie Vaska zdążyła uzupełnić zapasy, a także zaopatrzyć się w coś, co wyglądało jak talia bardzo zgranych, bardzo lepkich kart.
- Czwórka to tak akurat na partyjkę pokera – powiedziała. – A miałam się podszkolić, jeszcze nie do końca łapię zasady. Pomożecie mi?
- Nigdy w życiu nie grałem w pokera – przyznał Ariel i w przeciwieństwie do Vaski mówił szczerze.
Wytłumaczyli mu zasady, a po dwudziestu minutach zgodnie z planem szaroskórego tieflinga – Nady – przyprowadzili z powrotem Kukuri, której odeszła ochota na walki z żeliwnym sprzętem kuchennym.
Po godzinie Vaska była hipotetyczną właścicielką już wszystkich ich ubrań. Ostatnim bastionem godności okazał się właśnie Nada, ale w końcu i on uległ.
- Chciałbym tylko powiedzieć – mruknął – że powinniście docenić fakt, że nie oszukiwałem. Chociaż bym mógł.
- Brawo ty.
- To jeszcze raz, kim wy właściwie jesteście?
- Zgubionymi wędrowcami, jak ty.
- Nie wędrowałem od lat, jeśli nie liczyć weekendu za miastem, a i to było w delegacji. Nie żebym miał przesadną wiarę we własne możliwości, ale nawet ja nie umiem zgubić się w drodze z pokoju do stołówki.
- Masz stołówkę w domu?
- Gorzej, mieszkam ze swoimi współpracownikami, szefową i małym dzieckiem. Gildia Sprzątaczy, polecamy się.
- A może nawet coś bym dla was miała – zamruczała Vaska, tasując karty ze zręcznością krupiera. – Stary zarośnięty dworek, przydałby się remont.
- Nie ten rodzaj sprzątania.
- Ach… Aha.
- I starych dworków to akurat mam potąd. W ostatnim, w którym byłem, próbował zabić mnie daleki wujek.
- Tak bywa.
- Rodzina, co?
Cała czwórka zapatrzyła się smętnie w swoje kufle. Byli jednymi z ostatnich gości, którzy zachowali tę możliwość – zdecydowana większość albo przysypiała w różnych stanach upojenia na podłodze i krzesłach, albo przeżywała swój brak umiarkowania w głośnych konwulsjach na dworze.
Arielowi przyszło do głowy, że teraz ziemia będzie jeszcze bardziej rozmiękła.
- Chyba zaczyna świtać.
- Mhm.
- No cóż, jeśli dobrze przewiduję, to niedługo wszyscy wrócimy do siebie – powiedziała Vaska. – Jeśli źle przewiduję, to proponuję wspólnie wyruszyć w stronę najbliższego miasta. Mam wrażenie, że dobrze byśmy się wszyscy bawili.
Wyglądało jednak na to, że dobrze przewidywała, bo gdy wyszła szukać wygódki, to już nie wróciła. Powoli wschodziło słońce.
- No to co? – zapytał Nada, dopijając piwo. – Do następnej?
- Następnej?
- Równonocy?
Kukuri uśmiechnęła się, a Ariel wzruszył ramionami.
- Byle w mniej dramatycznych okolicznościach.
Uścisnęli sobie dłonie. Dłoń Nady już teraz wydawała się lekka, jakby nierzeczywista.
- Chodź, Ariel.
Tym razem to on wsparł się na niej; wypity alkohol stanowił o wiele większe wyzwanie niż się spodziewał i teraz złośliwie plątały mu się nogi. Wyprowadziła go na zewnątrz i dalej, do drogi, a gdy się odwrócili, karczmy już tam nie było.
- Huh – powiedziała Kukuri.
- Tak. Tak właśnie.
- Myślisz, że to były duchy?
- Myślę, że chce mi się spać. Chodź, chyba poznaję tę ścieżkę.
Poznawał. Na jej końcu czekało ognisko, jedzenie, posłanie i sny, z których nic nie zapamiętali.
It's not the end of the world, but you can see it from here.

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 196
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: Co trzy głowy... [D&D AU]

Post autor: Coffee » 14 listopada 2019, 22:39

Prompt od Kruff - coś z udziałem paladynów, a więc Mir, Umer i Bhalaar.
Nie ma w tym żadnego sensu - tylko kilka rozpoznawalnych klisz xD


Jeden jest czterdziestoletnim emerytem, który ponad noclegi w dziczy preferuje prowadzenie własnej karczmy, a ostatni raz zdjął miecz znad kominka, by pogrzebać nim w palenisku. Drugi to zadziorny nastolatek z PTSD, którego przez życie prowadzi antysmocza krucjata, a walka z demonami idzie mu łatwiej niż ta z pryszczami na twarzy.

RAZEM WALCZĄ Z PRZESTĘPCZOŚCIĄ

#
Ze specjalnej loży w Szczęściu Głupców Bharaal rzadko miał okazję korzystać. Owszem, zdarzało mu się ją sprzątać albo osobiście przynosić zamówienia specjalnym gościom, ale nieczęsto sam w niej zasiadał. Jego życie przez ostatnie pięć lat nie obfitowało w tajemnice ani kwestie, które wymagały przedyskutowania na osobności.
– Ostrzegałam cię, że to się zmieni – stwierdziła Jezemen. – A to jest ważna misja. Potrzebujemy kogoś z doświadczeniem. Kogoś, kto nie da się zwieść fałszywym tropom. Kogoś, kto osiąga rezultaty. Potrzebujemy ciebie, Bharaal.
– Nie robiłem tego od lat – burknął Bharaal, ale wziął zapieczętowaną kopertę od Jezemen i zaczął obracać ją w dłoniach. – Dobrze mi tutaj.
– Własny biznes, trójka dzieci? To niepodobne do ciebie.
– Chcesz mi powiedzieć, że zrobiłem się miękki?
– Chcę powiedzieć, że nie zaszkodzi ci, jeśli znowu wsiądziesz na konia.
– Może powinniście poszukać kogoś młodszego. Kogoś, kto jest na bieżąco. – Pazurem złamał pieczęć i rozwinął list. – Ja wypadłem z obiegu.
– Och, bez obaw. Znaleźliśmy ci odpowiedniego partnera. Spotkasz się z nim na briefingu.
Bharaal machinalnie skinął głową, doczytał list do końca, a potem uszy dogoniły mózg i gwałtownie szarpnął głową.
– Znaleźliście mi kogo?!

#
– Usiądź, Umerze. Słyszałem o tobie… same dobre rzeczy.
Umer usiadł. Nie znał tego inkwizytora, ale prawdę mówiąc nie znał ich zbyt wielu – wiedział tylko, że jeśli kiedykolwiek dostanie od jakiegoś polecenie, ma je bezzwłocznie wykonać. Ten tutaj nosił na szyi symbol Ilmatera, pod oczami sine kręgi, a na głowie – co było pewnym zaskoczeniem – długie, proste rogi.
– Cieszę się, inkwizytorze.
– Gildia niechętnie cię nam wypożyczyła – powiedział tamten. – Ale poprosiliśmy bardzo, bardzo ładnie. Mamy nadzieję, że uwiniemy się ze sprawą tak szybko, jak to możliwe. Powiedz mi… – Inkwizytor nie siadał; przysiadł jedynie na szerokim parapecie i przyglądał się Umerowi z miną, której młody paladyn nie do końca potrafił odczytać. – Podobno znasz drakoniczny.
– Tak.
– Płynnie?
– Jakbym sam był smokiem. Oczywiście nie jestem – zapewnił od razu. – Smoki to podstępne kreatury, którym nie można ufać.
– Mhm. – To właściwie nie brzmiało jak „mhm”. Burknięcie, które wydał z siebie inkwizytor, mogło oznaczać wiele różnych rzeczy, z czego jako nieostatnie kojarzyło się rozdrażnienie, zwłaszcza w połączeniu z taksującym spojrzeniem czarnych jak węgle oczu. – Zdaje się, że współpracujesz z drakonką.
– Ale uważnie się jej przyglądam – zapewnił gorliwie Umer. – Mam wrażenie, że coś przede mną ukrywa. Ona i ta druga, niziołka. Są w spisku.
Twarz inkwizytora znieruchomiała, jakby liczył coś w myślach. Umer nie dosłyszał, co tiefling mruknął do siebie; wyłapał tylko coś, co brzmiało jak „lepiej nie będzie”.
– Mamy dla ciebie zadanie, Umerze. Wymaga pewnej… elastyczności i szybkiego myślenia. A także, i to bardzo ważne, dyskrecji i umiejętności cichego działania.
– Tak jest!
– W mieście coraz częściej można natknąć się na fałszywe mikstury leczenia. Dotąd było to marginalne zjawisko, bo zawsze znajdą się niedoświadczeni alchemicy albo zwyczajni skąpcy oszczędzający na składnikach, ale ostatnio to prawdziwa plaga. Jednocześnie od kilku tygodni w mieście znajdujemy martwe krasnoludy. Mamy powody sądzić, że te dwa zjawiska są powiązane.
Umer urósł o co najmniej dziesięć centymetrów, co było o tyle bardziej imponujące, że ciągle siedział.
– Nie zawiodę, sir!
– Potrzebujemy agentów, których półświatek nie będzie kojarzył z aktywnej służby. Osoby, które będą w stanie łatwo wmieszać się w tłum. Jesteś naturalnym wyborem, tak jak twój partner. Ściągamy go z emerytury. Zna się na tej robocie. I… przyjmij dobrą radę: postaraj się z nim zaprzyjaźnić.
Umer tak bardzo wibrował entuzjazmem i chęcią wykazania się, że jego nowy szef musiał zasłonić sobie oczy.
– Zaczniecie w dokach. To tam znaleziono ostatnie ciało. Radziłbym zacząć od kostnicy.
Wibracje ustały.
– Wysyłacie mnie gdzie???

#
Jego partner nie tylko był człowiekiem, nie tylko miał herb rodowy na tarczy, nie tylko wyraźnie wzdrygnął się na widok drakona w paladyńskiej zbroi, ale do tego miał więcej pryszczy na twarzy niż lat.
Bharaal przewidywał, że to będzie ciężkie kilka dni.
– Krasnoludy mają z natury wyższą odporność na toksyny, które ciebie powaliłyby w półtorej sekundy – powiedział Bharaal, gdy oglądali ciało. – Jadłeś kiedyś jakieś krasnoludzkie danie? Nie, bo składniki, których używają na co dzień, są dla ciebie trucizną, a obcym serwują głównie gotowane ziemniaki, tak na wszelki wypadek. Dlatego też są beznadziejnymi alchemikami i bardzo dobrymi technikami laboratoryjnymi. Jak dla mnie, te trupy świadczą o jednym: ktoś się pozbywa personelu z nielegalnej kuchni.
– Na to wygląda. Po mojemu to zakończyli produkcję. Cokolwiek robili, było jednym dużym rzutem.
– Nie tak operują narkotykowe syndykaty, młody.
– Skąd niby wiesz – prychnął Umer. – Podobno nie widziałeś akcji od pięciu lat. Zasiedziałeś się.
– W swoim czasie rozbiłem niejeden taki gang.
– Powinniśmy zrobić rajd.
Bharaal wzniósł oczy ku niebu, ale ono wbrew nadziejom nie strzeliło gromem prosto w jego partnera.
– Nie ma mowy. Spłoszysz wszystkich winnych.
– Ale według procedur…
– Procedury są na inne misje, rozumiesz? Takie, które nie zaczynają się od tajnych spotkań w cichych miejscach. Czasem trzeba zrobić ruch, którego nikt się nie spodziewa. Tego się po nas oczekuje.
– Skąd wiesz?
– Stąd – stwierdził z głęboką satysfakcją Bharaal – że ściągnęli tutaj mnie.

#
Nic nie poszło tak, jak powinno, ale to w gruncie rzeczy nie stanowiło żadnego problemu, bo plan Bharaala i tak nie wykraczał poza wkręcenie się do wewnętrznego kręgu – tam, gdzie obsługiwano ważnych klientów. Młodemu trzeba było oddać przynajmniej tyle, że dobrze wychodziła mu arogancka mina i grymaszenie na proponowany towar. Nosił się jak wymagające panisko, świecił pieniądzem niby przypadkowo i to w ekspresowy sposób załatwiło im drogę do grubych dilerów.
A potem na całą scenę wkroczył Ilia „Jebawka” Deadron, którego Bharaal kiedyś ścigał przez dwa lata i trzy kontynenty, i cała inscenizacja posypała się jak domek z kart.
– Ale nie musiałeś atakować go pierwszy! – krzyczał Umer, gdy chronili się za tajemniczymi, ciężkimi beczkami. – Może by cię nie rozpoznał!
– Nie zamierzałem ryzykować!
– Stary dureń!
Umer kopniakiem posłał jedną z beczek w stronę nadciągających przeciwników, a gdy ta całkiem niesprowokowana eksplodowała, obaj zamrugali zdziwieni.
– W nogi!
– Nie – zadyszał młody, unosząc miecz. – Teraz mamy szansę!
Bharaal westchnął, zdzielił go przez łeb i zarzucił sobie bezwładne ciało chłopca na ramię.
– Za stary jestem na to wszystko – mruknął do siebie i ruszył przed siebie biegiem.

#
Inkwizytor Mir nie wyglądał na szczęśliwego. Ogon chodził mu na boki w sposób, który Umerowi przywodził na myśl Nadę, a Bharaalowi – Daemosa w jego trudniejszych momentach.
– Wy dwaj – warknął Mir. – Moje biuro. W TEJ CHWILI.
Przynajmniej żaden z nich nie stanął w płomieniach.
– Możecie mi wyjaśnić jak to się stało, że wysłałem was na tajną misję, a niecałe pół dnia później mam niewytłumaczalne eksplozje w dokach?!
– Sprawy potoczyły się nieco szybciej niż…
– Mieliście podejść do sprawy delikatnie! Nikt was tam nie znał! Teraz spaliliście wszystkie tropy, a szefowie całej operacji pochowają się po mysich dziurach i nigdy ich nie znajdziemy!
Inkwizytor odwrócił się do okna. Umer spróbował jeszcze raz:
– Chcieliśmy skorzystać ze starych kontaktów Bhalaara. Plan był…
– Dość. Zabieram wam sprawę.
Tym razem to Bhalaar, dotąd dość podchodzący do służbowego opierdolu z dość sardonicznym uśmiechem i nieobecnym spojrzeniem, gwałtownie uniósł głowę.
– Nie możesz tego zrobić!
– Nie mogę?
– Prawie ich mieliśmy! Mam nazwiska! Nie po to jechałem pieprzone trzydzieści mil, żebyś mnie spławił po niecałym dniu!
– To moje ostatnio słowo – powiedział inkwizytor. Złość, którą do tej pory emanował, skrystalizowała się w zimną, uprzejmą obojętność. – Możecie zgłosić się do sekretariatu po oficjalne zwolnienie. Żegnam.

#
Złość drakona robiła większe wrażenie niż Umer byłby skłonny przyznać. Tikkira nigdy się nie wściekała, a w chwilach nadmiernego stresu szła spać, ale Bhalaar ewidentnie miał krótszy lont i zdecydował wyżyć się na otoczeniu, do którego szczęśliwie nie zaliczał Umera. Teraz zostawiał za sobą nie tylko sterty podartego, zgniecionego i – w paru przypadkach – przeżartego kwasem papieru, ale też szereg pustych butelek.
– To nie ma sensu! Parę nędznych eksplozji i już nas ściągają z akcji? Za moich czasów to wyglądało inaczej! Liczyły się wyniki, a nie czy wystarczająco grzecznie poprosiliśmy przestępców o dowody winy!
– To na nic – odpowiedział Umer. – Zabrali nam sprawę. Nic z tym już nie zrobimy.
– Po moim trupie! Żaden rogaty wypierdek nie będzie mi mówić, kogo mogę, a kogo nie mogę ścigać. – Przemyślał sprawę. – Żaden rogaty wypierdek poza moim rogatym wypierdkiem, znaczy się. A jego tu nie ma. Ty – wskazał Umera palcem, który zataczał niewielkie ósemki w powietrzu. – Składałeś przysięgę zemsty, zgadza się?
Umer powoli skinął głową.
– I to jest jedyny regulamin, na który powinieneś uważać. Jedyne zasady, które mają dla nas znaczenie! Walczyć z większym złem każdym możliwym sposobem i nigdy nie okazywać łaski!
Serce Umera biło gdzieś w przełyku.
– Co sugerujesz?
– Wiesz, co sugeruję.

#
Generalnie mogło pójść gorzej. Owszem, był środek nocy, konie ledwo co widziały, obaj byli pod ostrzałem, a pościg nieuchronnie naganiał ich w stronę wąskich i wybitnie nieprzejezdnych uliczek, ale cóż, operacja z grubsza się udała. Wiedzieli, kto był mózgiem operacji.
Ta myśl musiała jednak poczekać. Pościg zmniejszał dystans, a przed nimi rosła kuta, żelazna brama, która oddzielała zamkniętą strefę wyładunkową od reszty miasta. Żaden koń nie miał szans nad nią przeskoczyć – chyba że wyhodowałby skrzydła.
– Schyl się niżej! – krzyknął Bhalaar. – Bo ustrzelą ten twój durny łeb, młody!
Umer zastosował się do tej rady. Bhalaar – niestety – nie.
– Kurwa mać – mruknął do siebie, gdy pierwsza strzała dosięgła jego ramienia. To jeszcze było nic, z czym nie poradziłby sobie najprostszy rytuał uleczenia, ale za pierwszą podążyły kolejne, a niektóre z nich trafiły też jego konia.
– Bhalaar! – wrzasnął Umer.
– Nng – odparł Bhalaar i bezwładnie zwalił się na ziemię.
Umer wyhamował konia tak gwałtownie, że prawie sam przewalił się przez łeb wierzchowca. Zdołał o własnych siłach zeskoczyć z siodła i klęknąć przy partnerze.
– No dalej, smoku. Dalej, dalej, nie jesteś taki stary…
Ale jego poklepywanie dało tylko tyle, że głowa Bhalaara przetaczała się bezwolnie w jedną i drugą stronę.
Umer zagryzł wargę. Kolejna strzała przeleciała mu ze świstem ponad głową. Nie było czasu, by się zastanawiać nad możliwymi konsekwencjami ani za bardzo roztrząsać faktu, że czary nigdy mu za bardzo nie wychodziły; po prostu złapał pokryte łuską ramię, wyrecytował formułę zaklęcia i…
…i świst strzał ustał, a w płuca uderzyła go nadmorska bryza.
Czar przeniósł ich niecałe 10 metrów – prosto na zamkniętą strefę załadunkową, gdzie żaden konny pościg nie mógł ich już dogonić.
Umer nie puszczał dłoni Bhalaara – uleczył go na tyle, na ile mógł, zanim sam poczuł zawroty głowy. Wystarczyło, by drakon otworzył oczy i z chrapliwym jękiem uniósł się do pionu.
– Ćśśśśśś. Zejdźmy z widoku.
Wstał, kopniakiem otworzył drzwi najbliższego magazynu i obaj weszli do środka akurat, gdy zaczynały dosięgać ich gniewne okrzyki.

#
– To jest… to jest…
– Z całą pewnością niepodrobione.
– Czyli co? Winny jest ratusz?
Stali nad workami, z których wysypywał się proszek zakazany w całym cywilizowanym świecie – poza podziemnymi metropoliami krasnoludów. Wszystkie worki, co do jednego, były opatrzone miejskim herbem, a w księgach portowych widniały jako zamówienia rady miejskiej.
– Jak głęboko sięga konspiracja?
– Do samej góry – stwierdził ponuro Bhalaar, trącając nogą jeden z worków. Zakazał Umerowi choćby zbliżać się do trucizny. – To miasto jest przeżarte zgnilizną.
Nerwowa myśl nieśmiało próbowała zwrócić na siebie uwagę Umera.
– Myślisz, że inkwizytor wie?
– Albo wie i ich kryje, albo czeka go przykra niespodzianka. Tak czy tak, myślę, że czas, byśmy złożyli mu wizytę.

#
Tymczasowa baza Inkwizycji stała w płomieniach, na co Bhalaar zareagował jedynie znużonym westchnieniem.
– Wygląda na to, że inkwizycja nie jest tu tak mile widziana, jak im się wydawało.
– Musimy coś zrobić!
– Prawdopodobnie.
– Myślisz o tym, co ja?
– Wątpliwe. – Zmiękł trochę pod spojrzeniem Umera. – Z cukru ich nie lepią, nawet tych od Ilmatera. Miał szansę przeżyć. Ale tutaj już go nie ma. Chodź, młody: czas skończyć z tym raz na zawsze.

#
– Proszę, proszę, proszę. – Szydercze, powolne klaskanie rozbrzmiało w niemal śmiertelnej ciszy. Umer dyszałby z wściekłości, gdyby nie miecz przykładany mu do gardła. W człowieku, który w tej chwili zbliżał się do leżącego na ziemi Bhalaara, rozpoznawał jednego z miejskich rajców, niedawno mianowanego miejskim skarbnikiem. – Pofatygował się do nas sam Bhalaar Mściciel. Wiedziałem, że nie odpuścisz, jeśli uwierzysz, że mamy zakładnika.
Inkwizytor Mir tkwił po drugiej stronie hali magazynowej, która chwilowo pełniła funkcję siedziby zła oraz skutecznej pułapki na trójkę naiwnych paladynów. Nie tylko miał ostrze przy gardle, ale też chyba złamaną rękę i krew lejącą się strumieniem z nosa. Wyglądałby na nieprzytomnego, gdyby nie fakt, że stał o własnych siłach – zamykał oczy i drżał lekko, a po skroniach spływały mu strużki potu.
To mimo wszystko było bardzo miłe, pomyślał Umer, że też rzucił im się na ratunek, gdy myślał, że przez swoją decyzję skazał ich na śmierć.
Naprawdę szkoda, że się wszyscy minęli.
Generalnie wszyscy trzej wykazali się dzisiaj popisową głupotą.
– I co ja mam z wami zrobić? – Skarbnik oraz, jak się okazało, główny miejski truciciel, pochylił się nad powalonym drakonem. – Przyznaję, przez chwilę byłem zaniepokojony, ale szybko się okazało, że w takim składzie nie potrafilibyście nawet porządnie wyczyścić mi kibli.
Splunął.
A w odpowiedzi Bhalaar ruszył się szybciej niż Umer uznawał za możliwe – ciężki drakoński ogon podciął radcy nogi, a gdy ten zwalił się na ziemię, stary paladyn już przyciskał go całym ciężarem ciała do ziemi.
– Niech nikt się nawet nie waży ruszyć – warknął Bhalaar, nie spuszczając wzroku z człowieka. – Wiem, nad czym się zastanawiasz. Czy wystrzelałem się już ze wszystkiego? Czy może zostało mi jeszcze trochę magii? I wiesz… Sam się nad tym zastanawiam.
Pstryknął palcami.
I nic się nie stało.
Pstryknął nimi jeszcze kilkakrotnie, a każda próba odbijała się echem w pustej sali.
– Brać go!
Kilka rzeczy stało się jednocześnie. Ktoś rzucił się na Bhalaara – Umerowi ciężko było ocenić, kto i w jakiej liczbie, bo sam wbrew wszelkim instynktom przetrwania runął do przodu, prosto na grożący mu miecz, licząc że zaklęcie leczące zadziała tak szybko, jak na to liczył. Zadziałało, ale to też nagle przestało mieć znaczenie, bo w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą stał inkwizytor Mir, górował ogromny biały niedźwiedź.
– CO DO KURWY.
Od tego momentu walka już naprawdę nie trwała długo.

#
Wziąwszy wszystko pod uwagę, Umer uważał, że poradził sobie całkiem nieźle – nawet jeśli grad ciosów pod koniec wyłączył go na ostatnią część starcia. Ocknął się w czystym łóżku, a widokiem, który go przywitał, był Bhalaar drzemiący w fotelu obok jego łóżka.
Umer uśmiechnął się do siebie.
– Dobrze cię widzieć, staruszku.
Bhalaar udawał, że wcale nie spał.
– Nie poradziłeś sobie najgorzej, synku – mruknął, poprawiając się w fotelu. Odchrząknął. – Chociaż mógłbyś popracować trochę nad zaklęciami. I prawym prostym.
Umer wiedział, co zaraz usłyszy.
– W wolnej chwili mógłbym ci pokazać, jak to się robi.
– Czemu nie – odparł. – Partnerze.
It's not the end of the world, but you can see it from here.

ODPOWIEDZ