Szczęśliwego nowego roku 2020!!!

Złom

"Literatura fantasy to literatura która w zamierzony sposób robi użytek z tego, co jest uważane za niemożliwe."
Tom Shippley
Awatar użytkownika
Krin
Posty: 490
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie

Re: Złom

Post autor: Krin » 26 października 2019, 22:09

(Druga część rozdziału czwartego)
III
Gdy Hena nie piła, zaczynała zbyt dużo myśleć. Wspomnienie Hoba unosiło się w kłębach tytoniowego dymu – razem budowali to mieszkanie. Trzeba było wzmocnić ściany, wymieść gruz i pył, stworzyć wentylację... On oczywiście wolał, żeby została u niego, ale tam za łatwo mogli znaleźć Henę jej rodzice. Była panną, ojciec mógł ściągnąć ją do domu chociażby siłą. Poza tym od odejścia Rammy, gospodyni Hoba, było to widziane coraz gorzej nawet przez ich mało pruderyjnych sąsiadów.
No i musiała uciec przed narzeczonym.
Hob był mistrzem nekromancji, takiej w starym stylu – w niespokojnych czasach po rewolucji, gdy ciała leżały na ulicy, a gangi próbowały zagarnąć Tevir, Hob budował dla nich ożywione armie. Razem z Heną mieli podbić świat, tyle w nich było optymizmu. Ale jej protezy nie działały jedna za drugą, praca na chleb była ciężka, a pośrednicy drodzy. Hob nagle zaczął powtarzać, że jest już stary. Od tego momentu nie pił często – pił cały czas.
– Powinnaś się urodzić w innych czasach, Henno – powiedział jej któregoś wieczoru, gdy był jeszcze dość trzeźwy. – W takich, w których nie musiałabyś być silna.
Silna. Nie była dość silna.
Nie, nie. Hena poczuła, jak zalewa ją złość. Nie chodziło o to, że urodziła się zbyt słaba, że świat był zbyt okrutny. Chodziło o to, że pije. I to była jej wina od początku do końca.
Od początku do końca, Heno.
Siedziała w swoim mieszkaniu z łokciami opartymi o biurko, a wokół niej zastygał chaos. Popiół, brud, kurz. Pomięte notatki. Golemy uśpione bez rozkazu. Nieczytane książki. Nienoszone ubrania. Duchy przywiązane do fragmentów kości przechowywanych przez nią w szufladzie biurka. Dawno z nimi nie rozmawiała. O czym mieliby rozmawiać?
Powinna je oddać Koemowi, może zrobiłby z nich lepszy użytek. Nie miał umiejętności, prawdopodobnie nie miał też talentu, ale tak łatwo urodzić się z talentem, a tak trudno znaleźć siłę. Gariet podjął się niemożliwego zadania i wykonał je. A ona piła i pojedynkowała się, odnosząc łatwe zwycięstwa, podczas gdy prawdziwe wyzwania zwyczajnie ją przerastały.
Z całej siły uderzyła w stół, wydając z siebie namiastkę krzyku. Nienawidziła się. I nie, tak naprawdę nie chciała wytrzeźwieć. Chciała cofnąć czas i tym razem nie utopić go w alkoholu.
Nie da się. Musisz żyć w miejscu, w którym jesteś, Heno.
Wyciągnęła z szuflady plik luźnych kartek. Zlecenia z dokładnym opisem, od kilku różnych pośredników. Wszystkie opatrzone datą sprzed kilku miesięcy. Pewnie dawno znaleźli kogoś na jej miejsce, a wątpiła, by teraz jej zaufali. Potrzebowała czasu. Może powinna zabrać się za złom, żadna praca nie hańbi, ale nie miała na to siły, kręciło jej się w głowie na samą myśl o wchodzeniu po drabinie na powierzchnię.
Pod zleceniami leżała jeszcze jedna kartka – projekt konstrukta na tegoroczny turniej w Zaułku. Gotowy w jednej trzeciej, tej najważniejszej, która, choć niewidoczna, miała pozwolić jej na wprowadzenie odrobiny egzotyki. Bo to już nic widowiskowego wygrać po raz trzeci, musiała podnieść poprzeczkę i sprawić, że innym opadną szczęki. Konstrukt, który mógł przybierać dowolny kształt w zależności od potrzeby brzmiał jak niezły pomysł, ale zaprojektowanie na tyle wydajnego mechanizmu, by robił to odpowiednio szybko zajęło jej sporo czasu. Gdzieś miała prototyp...
Tylko po co zajmować się tym teraz? Miała rok. I dopiero za ten rok pokazać im mogła, że mylili się co do niej, że jeszcze się nie skończyła.
Więc co? Mogła iść do Mindy, Minda jeszcze jej nie skreśliła. Jak pokazała jej rozmowa z Koemem, Hena była akurat w nastroju do wymądrzania się. Ale ich wczorajsze spotkanie... Poszło w stanowczo niewłaściwym kierunku. Minda dałaby się przekonać do wszystkiego, jeśli tylko ofiarować jej w zamian odrobinę uwagi, a Hena to wykorzystała. Powinna przeprosić, nawet jeśli Minda nie zrozumie tych przeprosin. Tyle że Hena ciągle ostatnio przepraszała i nic się nie zmieniało, a takie przeprosiny były gówno warte.
Miała dosyć.
W ruch poszła kolejna szuflada. Zawierała głównie pamiątki – listy, prezenty, dyplom poświadczający przyjęcie na studia w Cesarskiej Akademii Konstruktorów. A pod tym wszystkim butelka z przezroczystym płynem. Wyrzuciła wszystkie oprócz tej jednej. Na wszelki wypadek – gdyby jej potrzebowała.
I nie miała dość siły, żeby się tej potrzebie oprzeć.

IV
– Łatwo nie będzie. – To były pierwsze słowa Iasty po tym, jak Nared wyłuszczył jej całą sprawę. – Na twoim miejscu zastanowiłabym się, czy jest w ogóle sens zostawać w Tevirze, na wschodzie jest znacznie mniej konstruktorów, mogłabym załatwić ci lepszą robotę. Ale ty pewnie też przyrosłeś do tego miejsca.
Iasta nie opuszczała Teviru od dziesięciu lat, ale skoro pochodziła z Salomów – odległych wysp rzuconych gdzieś na środek oceanu, to pewnie miała prawo tak mówić. Nared nie do końca się orientował, gdzie Salomy leżą, ale jeśli wszyscy wyglądali tam podobnie do Iasty, musiało to być bardzo egzotyczne miejsce. Wielka, tak ciemna, że prawie czarna kobieta o twarzy wyglądającej na wiecznie opuchniętą naprawdę rzucała się w Tevirze w oczy.
– Gdybym był sam, może bym tak zrobił – odpowiedział wymijająco. Tak naprawdę nie chodziło wyłącznie o Ramela. Nie chodziło nawet o Henę, choć był niemal pewien, że gdy tylko opuści Tevir, ta uparta baba zapije się na śmierć byle tylko nie mógł się z nią pożegnać. Chodziło o Zaułek. Stary Snar wkrótce nie będzie miał sił, a interes przejmą jego synowie. Pojawią się nowe twarze, stare znikną. Jednych czeka wielki pieniądz, innych grób. Będą kolejne awantury i kolejne pojednania. Może znów ktoś zginie.
Cokolwiek miało się dziać, nie chciał by działo się bez niego. Wtedy na tym nie panował. Wtedy to nie było jego życie.
– Działając na własną rękę, musisz się liczyć z tym, że każde zlecenie może okazać się pułapką. Zwłaszcza teraz, gdy jesteś poszukiwany. Poza tym wartość twoich konstruktów gwałtownie spadnie, gdy nie będziesz miał dostępu do materiałów z Akademii.
Miał ochotę wybuchnąć, że wie, że nie musi go pouczać, bo nie jest młodzikiem, wie, jak świat wygląda, niczego innego się nie spodziewał. Ale postanowił słuchać w pokorze. Znał Iastę i wiedział, że okazanie zbytniej pewności siebie to najgorsza rzecz, jaką może teraz zrobić. Lubiła pokazywać zuchwałym, gdzie ich miejsce.
– Tak, oczywiście. Dlatego przyszedłem do ciebie.
Iasta nie była konstruktorką, a jeśli nawet, to chyba nie zbyt dobrą. Zajmowała się pośrednictwem. Zbierała zlecenia, przydzielała je zaufanym ludziom i dbała, by zostały wykonane w terminie. Na nią spadała większość ryzyka, ale w zamian pobierała sporą prowizję. Większą niż inni pośrednicy, bo też uczestniczyła w znacznie większych i ryzykowniejszych transakcjach. Dotąd Nared miał okazję pracować z nią tylko wówczas, gdy potrzebowała czegoś z materiałów akademickich, nie z tych odzyskanych na wysypisku.
– Ilu znasz w Tevirze nekromantów-konstruktorów? – spytała, odchylając się na krześle. Dłonie splotła za głową.
Dwóch. Jego i Henę.
– Co to zmienia? Możesz mi dawać i tę, i tę robotę.
– Mam bardzo dużo nekromantów i bardzo dużo konstruktorów, nie wiem, czy potrzebuję ich więcej. Za to nekromanta-konstruktor... Towar deficytowy. Ale też łatwo rozpoznawalny.
– Jeśli i tak mam być rozpoznawany, równie dobrze mogę iść do kogoś innego.
Iasta uśmiechnęła się w sposób, który sprawił, że Nared pożałował własnych słów.
– Dobrze się zastanów, czy możesz. Zwłaszcza, że nie jesteś sam. W tak młodym wieku Ramel może ciężko przeżyć egzekucję brata.
Miała rację. Iaście płaciło się za to, że nie wpadała. Nigdy.
Westchnął, pozwolił ramionom się zgarbić. Wiedziała, że jest pod ścianę, nie było sensu tego ukrywać.
– Nie mówię tego wszystkiego, by cię straszyć. Po prostu chcę byś zdawał sobie sprawę, że to będzie kosztowało. Słono.
W milczeniu wychylił swój kufel do dna i dał znak synowi Starego Snara, Iatowi, że potrzebuje kolejnego. Starał się nie zauważać, że postępuje jak Hena, więc zajął swoje myśli nieobecnością gospodarza. Pewnie znowu nie czuł się najlepiej, zły znak.
Gdy on odbierał piwo, Iasta wciąż milczała. W końcu jednak musiał spytać.
– Ile?
– Pięćdziesiąt.
– Pięćdziesiąt czego?
– Pięćdziesiąt procent od każdej transakcji.
Starał się nie panikować. Wolał uznać, że się zwyczajnie targuje, usiłując skorzystać z jego położenia. Zawsze wydawała się darzyć go pewną dozą sympatii, ale najwidoczniej nie przekładała się ona na interesy.
– To połowa – zaprotestował.
– Też umiem liczyć.
– To niewolnictwo, lichwa, zwykły wyzysk.
– Zaufaj mi, synku, że do niewolnictwa znacznie bliżej temu, co musiałeś znosić u Redaiena. Ja nie rzucam w ludzi przedmiotami ani nie wymagam od nich higieny osobistej. Nie każę im pracować szesnaście godzin dziennie, nie wymagam ciągłych udoskonaleń. Byle robota była na czas.
Trafiła w czuły punkt. Praca pod okiem Redaiena może dawała mu wiele możliwości nauki, ale nie mógł liczyć ani na prestiż, ani na dobre pieniądze – nie bez państwowej licencji, do której drogę zamykał mu brak szlachectwa i odpowiednich znajomości. Tylko skąd Iasta wiedziała, o tym wszystkim?
– Znasz Redaiena? – spytał, kierując się przeczuciem.
– Nikogo w tym mieście nie znam, dopiero przyjechałam – odpowiedziała bez mrugnięcia okiem. – Wyglądam ci na tutejszą?
Racja. Tego się mógł spodziewać.
Czy Redaien mógł mieć jakieś znajomości w magicznym półświatku Teviru? Kierownik katedry magii eksperymentalnej, trochę szaleniec, trochę geniusz, nierzadko człowiek pozbawiony skrupułów, z mocnymi plecami w postaci brata-arcyksięcia i cholera wie ilu jeszcze wysoko postawionych krewnych. Pasowałby tu. Ale pewnie taką właśnie sugestię chciała zaszczepić w jego głowie Iasta.
– Pięćdziesiąt to za dużo – Nared postanowił wrócić do tematu, zanim pośredniczka uzna, że sprawa została załatwiona. – Wolę zaryzykować, niż żyć o chlebie i wodzie. Właśnie dlatego, że nie jestem tu sam.
– Zastanów się lepiej, z jakiej kwoty ta połowa. Wiesz, ile Hena dostała od Komitetu?
Nared musiał przyznać, że nie wie. Ciekawe skąd Iasta wiedziała.
– Sześć tysięcy złotych tevirskich. Nie wiem, co ona z nimi zrobiła, bo mam nadzieję, że nie dała rady przepić.
To nie mogła być prawda. To więcej niż zarabiał przez rok u Redaiena. Za taką kwotę można było kupić niewielkie mieszkanie w Neehat.
– Ty mógłbyś zażądać znacznie więcej. I już nie od ubogich rewolucjonistów, ale od właścicieli fabryk, lordów, generałów. Który z tych starych dziadów nie chciałby być na powrót młodym i zdrowym?
Nared poczuł dreszcz. Bynajmniej nie na myśl o wielkich pieniądzach. Nie przejmowała go też wizja konsekwencji na wypadek, gdyby się nie udało. Po prostu Hob nie bez powodu wymógł na Henie obietnicę, że już nigdy więcej tego nie zrobi, a Iasta doskonale o tych powodach wiedziała.
– Ale ty wiesz, że ja nie mam pojęcia, jak to zrobić? Nie wydaje mi się nawet, żeby Hena w jakikolwiek sposób używała do tego konstruktorstwa.
– Nauczysz się i będziemy wiedzieli dokładnie. A zanim się nauczysz, możesz zająć się tysiącem innych rzeczy. Wystarczy, że znalazłbyś sposób, by protezy Heny zadziałały, a już obsypałabym cię złotem.
– Na tym też się nie znam.
– Więc czeka cię więcej nauki, niż sądziłam.
O przodkowie śniący w ramionach bezkresu... Spodziewał się, że będzie żądać rzeczy ryzykownych, ale nie takich, których w ogóle nie potrafi.
– Niby skąd?
– Od Heny.
Nared przez moment próbował to sobie wyobrazić. Pracował w życiu nad wieloma z pozoru niemożliwymi projektami, ale ta wizja przekraczała jego możliwości.
– Kiedy ją ostatnio widziałem, była trzeźwa, ale paskudny charakter to nie jest coś, co mija z czasem.
Iasta nachyliła się w jego stronę, zniżając głos do szeptu.
– Może teraz Hena jest trzeźwa, ale długo nie wytrzyma. Myślisz, że szkice będą ją interesować? – Przez moment patrzyła mu w oczy. – Wiem, że jesteś dobrym przyjacielem, Naredzie, ale ona nie jest dobrą przyjaciółką. Bez pieniędzy nie dasz rady być dla niej oparciem.
Powinien się wkurzyć, ale nie miał już siły. Nie zamierzał dać się zmanipulować troską o Henę. Czy to się naprawdę działo? Miał ochotę ukryć twarz w dłoniach i w ogóle Iaście nie odpowiadać.
– Szukasz konstruktora czy złodzieja?
– Wiem przecież, że robiłeś już gorsze rzeczy niż złodziejstwo.
Nie. Na to nie zamierzał pozwalać. Wyprostował się.
– Wiesz, jaka jest między nami różnica, Ias? Ja nie robię tych wszystkich popieprzonych rzeczy ze swojej chorej chciwości – wycedził.
– Nie, różnica między nami jest taka, że ja nie mieszam uczuć do interesów, Naredzie. – Nagle spojrzała gdzieś nad jego ramieniem. – A jeśli zastanawiałeś się, ile Hen wytrzyma, to właśnie nadchodzi odpowiedź.
Gdyby miał w tym momencie jeszcze odrobinę silnej woli, nie odwracałby się. Hena stała przy barze, w dłoni ściskając szklankę pełną obrzydliwego bimbru, którego Snar nawet by jej nie sprzedał. Nared chciał ją powstrzymać, ale to przecież nie miało sensu. Tylko zrobiłaby scenę i już każdy w Zaułku wiedziałby, gdzie spędził przedwczorajszą noc. A on w przeciwieństwie do niej jeszcze jakąś godność miał.
Patrzył, jak pije, jak jej szyja wybrzusza się podczas przełykania. Nie wytrzymała nawet jeden pieprzony dzień.
Poczuł dłoń na ramieniu.
– Zostawiam cię z refleksją – powiedziała Iasta i poszła, pewnie spotkać się z kolejnym klientem.

*

Tej nocy śniło się Naredowi, że zapomniał – że wspomnienia ostatnich sześciu lat zniknęły, a on stał w progu Zaułka i dziwił się, dlaczego Hena pije. W tym śnie znów była dla niego grzeczną studentką Akademii, panną z dobrego, choć nieco zubożałego, domu, a jej jedyną osobliwość stanowiła konstruktorska pasja. Jej talię opinał gorset, nogi ukrywała szeroka spódnica. Kieliszek wódki ściskały dłonie w błękitnych rękawiczkach.
Przyjaźniła się z Hobem, więc była tutaj swoja, ale ktoś powinien zauważyć, że ona tu nie pasuje, nie w tej dystyngowanej pozie, z tą nienaganną fryzurą. Ale wtedy wychyliła kieliszek wódki jednym haustem, tak beznamiętnie, jakby robiła to setki razy wcześniej, a Nared przypomniał sobie, że faktycznie – robiła.
Wtedy się obudził i nie potrafił z powrotem zapaść w sen. Wiercił się w poszukiwaniu wygodnej pozycji, ale uwierały go pytania. Dlaczego akurat ona? To przez wzrok? Nie, oczywiście, że nie, to do niczego nie predestynuje. Więc to wina Akademii i bezlitosnych urzędników? Też nie. Zniszczyli życie wielu ludziom, ale nie każdy kończył w ten sposób. Ilekroć Nared podsumowywał wszystko, dochodził do wniosku, że to właśnie Hena musiała być problemem, ale nie potrafił się na to zgodzić. Dawna Hena, ta prawdziwa Hena, reprezentowała sobą wszystko, czego Nared zazdrościł.
Więc może on był problemem? Oni wszyscy?
Wrócił pamięcią do chwili sprzed sześciu laty. Spotykali się jak co tydzień w jego ciasnym mieszkanku na Dołach – sami mężczyźni, sami studenci Akademii o najdzikszych obyczajach. No i Hena, panna z dobrego domu. Ocaliła ich przed gniewem Redaiena, więc uznali, że może być jedną z nich. Rozpijanie jej strasznie ich bawiło – rankiem czołgała się po podłodze, złorzecząc w słowach, o których znajomość jej nie podejrzewali.
Strasznie byli wtedy głupi. Hena od przyjazdu do Teviru mieszkała z Hobem. Zdarzało jej się szukać go po rynsztokach, a oni myśleli, że wystraszą ją swoim frywolnym światem. Może – tak teraz myślał – ona dokładnie wiedziała, na co się pisze. Może już po prostu nie chciała być panną z dobrego domu.
To mógł być początek, ale przecież oni wszyscy pili tamtej. Trwało święto – całe Cesarstwo piło tamtej nocy. A Hena nie upijała się odtąd stale. Tylko z nimi. Wszystko zmieniło się tamtego dnia, gdy po raz ostatni wyszła z budynku Akademii.
Zmieniło się przez niego.
To on znalazł ją skuloną na podłodze w mieszkaniu Hoba. Był tam po raz pierwszy, oszołomiony bałaganem, oszołomiony połamanymi meblami i smrodem alkoholu. Tylko pokój Heny był czysty, tak czysty, że aż go to uderzyło. Dziesiątki konstruktorskich narzędzi leżało ułożonych jak od linijki.
Nekromantka siedziała z kolanami przyciągniętymi do piersi, oddychała jak w histerii, co jakiś czas zwyczajnie wyjąc. Nie pamiętał nawet, jak do tego doszło, że razem pili. Skąd on wziął alkohol? Przyniósł go ze sobą, czy wygrzebał z bałaganu Hoba?
– Nie myśl – powiedział jej.
Wtedy uciekła po raz pierwszy. Nauczył ją tego. Ale przecież nie wiedział, jak bardzo chciała uciec. Dlaczego chciała uciec bardziej niż inni?
Bogowie... Kiedy wspomnienia wracały, Nared znów był zakochany. Zakochany tak bezlitośnie i drażniąco, że nie potrafił wytrzymać szalejącego w duszy ognia.
Wiedział już, że nie zaśnie. Nie tak wściekły, nie tak zmęczony, nie z tymi drążącymi wnętrze czaszki powidokami myśli. Musiał wyjść, zakraść się pomiędzy śpiącymi ciałami i długo spacerować po lśniących od magii wydmach. Kiedy wreszcie uspokoił się na tyle, by wrócić, Felisa zdążyła wstać. Gdy wchodził, obrzuciła go zdziwionym spojrzeniem i zaproponowała kawy, ale odmówił, tłumacząc, że kładzie się z powrotem.
Zasnął, tym razem bez snów. Ale tym sposobem uciekł tylko na chwilę, bo po jednej czy dwóch godzinach zaczęli zbierać się pozostali, budząc i jego. Koszmar trwał dalej.[/align]
"Gdy na ramionach zamiast kruków zaczęły przysiadać mu foki, nazwano go Foczarzem. Jego moc stała się wówczas straszliwa i tylko dzielni przedstawiciele wiary katolickiej zapobiegli jego inwazji na Karpacz i zachodnie Niemcy."
- Kanterialus, "Żywot Kruczarza"

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1487
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Złom

Post autor: Kanterial » 11 grudnia 2019, 15:18

Krinu, leci analiza, mam nadzieję, że coś ci to da.

Po przeczytaniu ostatniej wstawki (dwukrotnym) postanowiłam przeczytać tekst od nowa i dopiero teraz mogę ci powiedzieć co jest według mnie nie tak. Bo dopiero w momencie rozmowy Heny z Koemem (na trzeźwo, gdy ona go zaprasza do siebie i daje książkę) ja zrozumiałam o czym jest tekst. Może to moja wina, bo wykazuję niską intuicję czytelniczą, ale jednak.
Ten tekst był dla mnie plątaniną niełączących się wątków i imion niekojarzonych z postaciami. Teraz widzę to dokładnie, więc:

Pierwsza scena jest dobra i nie mam wrażenia, że cokolwiek należy w niej poprawić. Choć info, że Salmus Dwan jest oficerem milicji (?) mogłoby być wyłożone dosadniej :bag: . I to w sumie tyle. Bo pamiętałam ją jako rozmowę dwóch ludzi o wysypisku, a nie profesora uczelni z oficerem służb. Ale to ja. A scena jest fajna. Tylko, ach, właśnie - mało czytelny ten przekrótki akapit o bracie Redaiena, dodatkowo z informacją o tevirskim arcyksięciu, i po nim nie ma szans, żeby cokolwiek wywnioskować, więc tylko komplikuje. Bo ja nawet nie wiem co to (gdzie to) Tevir, co oznacza funkcja arcyksięcia i nie znam nawet Redaiena, co dopiero miałabym zapamiętać, że ma ważnego brata… XD Ej, właśnie. Bo ta scena zdaje się mówić, że Redaien ma ważnego brata. I że nazywa arcyksięcia po imieniu, czyli Joran to arcyksiążę. Redaien mówi, że powie bratu, że arcyksiążę nie czuje się najlepiej. A POTEM SIĘ OKAZUJE SCENĘ PÓŹNIEJ, ŻE ARCYKSIĄŻĘ JEST BRATEM REDAIENA, czyli wtf, Redaien chciał napisać bratu, że rzeczony brat źle się czuje? …co? Chyba że chodzi o drugiego arcyksięcia? Ok, chyba chodzi o drugiego :facepalm:
Btw straszliwie mi głupio pisać ci takie rzeczy, kiedy właśnie kończę powieść która jest całkowicie nieczytelna i niezrozumiała, ale ja bym chciała, żeby mi ktoś tak konkretnie opisał scena po scenie, czego nie rozumie, więc ja tobie piszę :bag:
Druga scena jest pięknie napisana, ten wstęp o Henie, w ogóle jeszcze później wspomnę o tym, co myślę o języku, ale mimo tego super klimatu opisu Heny, padają szybko różne imiona (poza Hobem) i nie ma szans na ogarnięcie kim jest Nared, ani zapamiętanie tych imion tak od razu. Nawet nie ogarnęłam za pierwszym razem, że wspomniany przelotnie Nared to ta sama osoba co Nari, który odprowadza Henę do domu.
Prawie jak bohema, zakładając, że mogłaby istnieć bohema równie ponura i bezbarwna, pełna zużytych przez życie uczonych. Ich blade twarze śmiechem przykrywały troskę, głód i niewyspanie.

Takie fragmenty uderzają mnie teraz, przepięknie napisane, ale docenione dopiero kiedy wiem o czym opowiadają, czyli kiedy czytam tekst któryś raz. Wcześniej nie niosły ładunku emocjonalnego. No po prostu aż mi szkoda, ta pierwsza scena rozdziału pierwszego, nawet chwila przy Errze, jest świetna, ale widzę to dopiero czytając drugi raz i znając postacie. Nie wiem, czy ci pomagam dając takie info.
Perspektywa Nareda też dopiero nabiera sensu, dopiero uderza to, że z Heną spał…
Ogólnie no 10/10 daję rozdziałowi pierwszemu, ale wtedy był dla mnie za szybki. To tyle. Teraz go kocham. Za pierwszym razem mnie przerósł, zmęczył, niczego nie zrozumiałam.
„Piłeś” – wyrzucał mu Ramel, ale była w tym również jakaś ulga. Tylko piłeś – nie wrócisz jak kiedyś, z posiniałym ciałem, z czerwonymi rękawami koszuli i dzikim spojrzeniem.

Miliard kocham. I rozmowę z Ramelem. Cudnie poprowadzoną.
A później scena z Koemem! <3 Kiedy już go znam, omg, jaka jest świetna, no i ta przypadkowa interakcja ze skacowanym Naredem, kosmos… zaczynam się zastanawiać, czy to jednak nie mój mózg jest upośledzony, ale nie, po prostu wtedy tych postaci nie znałam, teraz się jaram bo znam…
Nie wiem, czy wspomniałam w pierwszym komciu, że szalenie mi się podoba humor przy pierwszym zetknięciu Koema z Redaienem XD
Nie żeby Koem potrafił rzucić klątwę. Chyba, że na drzewo.

No uwielbiam go XD chyba ta nocna bestia rozkopująca i kradnąca kołdrę na to wpłynęła XD

Czytam dalej, dopiero się rozjaśnia rdzeń opowieści, czyli wskrzeszenie Medivariusa, dopiero teraz widzę hinty, nawet info o tym, że Koem rozpytuje o Henę i zatrzymał się u gościa z milicji, że ma kontakty z arystokracją… Jest tyle składowych które przemycasz i ten obraz ma sens, ale dopiero kiedy się już to wszystko wie i wywnioskuje albo dostanie na tacy kilka rozdziałów później >__________< żałuję, że nie rozumiałam za pierwszym razem, teraz jakby inna powieść. Lubię tę rozkminę Nareda o podwójnym życiu, nawet walki Erry lubię, ogólnie Zaułek mnie interesuje, choć wcześniej nie miał kształtu i wypełniali go nieznani ludzie do których nie miałam stosunku. Dopiero dociera do mnie, że Nared i Hena razem studiowali, choć to napisane było…
Chyba wychodzi mi esej zamiast komentarza, ale już zaczęłam, to skończę.
No i tak, Erra z Ramelem, ta scena miażdży, ale na pewno ci to napisałam. Jest świetna, zachęca i do Erry i do Ramela, naprawdę masz pole do popisu przy tych dwóch postaciach. Cały wątek Erry jest smutny i świetny, ciekawy. Przegadana relacja Heny z Naredem blednie przy nim totalnie.
Ok, pominę to, co dalej, bo już zapewne piałam o scenie pościgu i tym, jak Koem wyskakuje z łopatą XDDD JESTEM JEGO WIELKĄ FANKĄ, no, ale przejdę dalej.
(kiedy jest scena już z Koemem i Naredem w zaułku, ja nadal nie wiem, kim jest Essai. Ani Elik, o którym Koem wspomina w myślach, nie mam pewności, że chodzi o arcyksięcia. Ani Tian. A momentami Snar, Granavind i „profesor” wydają się być jedną osobą przez zapis, choć rozumiem, że Granavind jest profesorem, a Snar Snarem)
W ogóle. Historia o małej Linth jest tak potwornie smutna. Okropnie. Drugi raz w samo serce. Mam nadzieję, że rozwiniesz i wyjaśnisz wątek, czyham na to.
…o co chodzi z relacją Koema i Elika? Taki sobie Koem z arcyksięciem? Wygląda na coś zagmatwanego, ale też jakby na zażyłość, skoro byli razem w operze, chyba nie do końca ogarniam życie Koema i jego relacje z ludźmi p_______p
Z nowych wstawek:
Jak wspaniale się czyta o trzeźwiejącej Henie - od razu część niechęci znika. Nie, chcę powiedzieć - niechęć znika. Od razu jej kibicuję, czuję dziwne szczęście i zajar. Wielka przyjemność sprawił mi początek tej wstawki, spotkanie Nareda z Heną i właśnie motyw trzeźwienia.
No i rozmowa Heny z Koemem! Cud! Nie dość, że takie emocje, kiedy on odkrywa tę książkę, to jeszcze Hena zyskuje lawinowo, jej konstrukty, które Koem podziwia, jej wiedza, również zachowanie, sposób mówienia, odbudowujesz ją i to mnie mega cieszyło. I jak pisałam wyżej, scena w jej mieszkaniu to moment, kiedy ja skumałam co w ogóle czytam i o czym. I wtedy przeczytałam jeszcze raz. Więc liczę, że już jestem specjalistką (na swoją miarę). Wspaniała scena, obfita w informacje, wreszcie jest o Medivariusie. Należy jednak dodać, że gdybym nie czytała „Jednostek” to nie miałabym pojęcia o legendzie i sławie Medivariusa, bo o niej tu nie wspominasz. Myślę, że to błąd.
Nawet to „Koemie” w ustach Heny sprawia, że zaczynam jej ufać. I końcówka sceny jest cudna, wytłumaczenie, połączenie magicznych sztuk. Cu-do-wne.
Tylko tu miałam takie…
Obnażał Koema warstwa po warstwie, a atmosfera wokół gęstniała. We śnie miał pewność, że to już koniec, że zginie z rąk tłumu, nawet jeśli na trzeźwo wiedział, że jego grzechy tego nie usprawiedliwiały.

…zawahanie - co on ukrywa? Koem? O co chodzi? Czego się bał? Czegoś, o czym jeszcze nie wiem? Jakie grzechy?
Nie da się. Musisz żyć w miejscu, w którym jesteś, Heno.

Wreszcie. Nareszcie. Kibicuję jej. A zdanie piękne.
I nie miała dość siły, żeby się tej potrzebie oprzeć.

I pękło.
a nie rzucam w ludzi przedmiotami ani nie wymagam od nich higieny osobistej.

Iasto, wygrałaś tę wstawkę. 10/10
I o niebiosa, ostatnia scena. Ta z Naredem, z jego snem, myślami. Dopiero teraz uchylaz rąbka tajemnicy i dopiero teraz relacja Nareda z Heną zaczyna być dla mnie porażająco dobrym i smutnym motywem, wcześniejsze ciągłe zapewnienia nie wystarczyły, wręcz mnie od tej relacji odrzucały. Tu wreszcie widać, o co chodzi, jak to się stało, jak zaczęło. Mocne, rozwala. Nared jest po części winny, choć przecież nieumyślnie, ale tak, jest winny, nauczył ją, nie był rozsądny, nie przewidział wszystkiego. Nie użył wyobraźni. To, że jest w niej zakochany i ją pośrednio zniszczył (choć może i nie, może to tylko nabrzmiałe poczucie winy, przesadzone) masakrycznie podkręca dramatyzm. Nie wiem, co z tym zrobisz, ale licze, że tylko lepiej będzie. Teraz ta możliwość, by Nared Henę jeszcze okradł, wyrwał jej wiedzę, która czyni wyjątkową… Mega. Świetne, gratuluję. Teraz będę to śledzić z zapartym tchem. Bardzo, bardzo dobre dwie najnowsze wstawki. I też cieszę się, że scena Narda z Iastą to był konkret, dane, że zrozumiałam, jak on pracuje, dla kogo, za co. I jakie ma plany.

Potrafisz bezbłędnie trafić w moją wrażliwość, umiesz pisać tak, że zazdroszczę. Zdań pojedynczych, czasem akapitu. To przebłyski, ale za nie kocham twoje teksty. To, że tekst jest dla mnie nieczytelny, całkowicie tę magię zabiło, ale teraz magia wraca, bo poświęciłam dużo czasu, żeby każdą scenę przepracować i przeczytać parokrotnie. Więc... nie wiem co jeszcze chciałam napisać

Czekam, pisz, wrzucaj. Proszę.

За поворотом, в глубине
Лесного лога,
Готово будущее мне
Верней залога.


"Nie twierdzę, że było lepiej, kiedy miałem dwadzieścia lat, ale kiedy mam pięćdziesiąt, to też nie jest dobrze i to jest moje postanowienie noworoczne, postanowiłem, że nie jest dobrze."

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 490
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie

Re: Złom

Post autor: Krin » 25 grudnia 2019, 00:27

Rozdział piąty

I

Erra myślała, że kiedy już przegra, szybko wróci do Ladanny, do swojej klitki, w której ludzie nie zaszczycali jej swoją obecnością. W końcu czekała tam na nią zagadka – zagadka zabójstwa. A razem z zagadką czekała kość udowa szesnastoletniego Ravina, która miała umożliwić jej kontakt z duszą chłopaka. Takie sprawy nie były dobrze płatne, w końcu rodzina co do zasady musiała wierzyć nekromantce na słowo, tym razem jednak Erra miała dodatkową motywację – podejrzewała, że w sprawę zamieszana jest milicja i z wielką chęcią by to potwierdziła.
Tak dla zasady.
A gdyby miała szczęście, prawdziwe szczęście, odkryłaby twarde dowody. Albo ciało. Udało jej się to kilka razy i wówczas nie tylko mogła liczyć na poważne pieniądze, ale również chwilowy napływ klientów. To były dobre dni, mogła sobie pozwolić na nowe ubrania, nawet na porządny płaszcz zimowy, na spłatę zaległego czynszu... czy na wezwanie lekarza do Riny, gdy ta straciła dłoń w wypadku.
Jednakże Erra nie wróciła do Ladanny. Po pierwsze, wciąż liczyła na jakiś interes do zrobienia. Po drugie, rozłąka z Ramelem zaczęła budzić w niej niespodziewany niepokój. Już za młodu miała problem ze znalezieniem towarzystwa, a teraz, wśród ludzi wychowanych w tak odmienny sposób, bynajmniej nie było łatwiej. Opuszczanie kogoś, kto okazał jej sympatię, wydawało się nieomal grzechem.
Ramel był wprawdzie jeszcze trochę dzieckiem, a więc teoretycznie nie najciekawszym kompanem, a jednak był czarujący. Nie tak czarujący jak uwodziciel, którym mógł stać się dopiero za kilka lat, ale czarujący jako chłopiec – szczery i ciepły. Nawet jeśli czasem zdarzało mu się odpływać myślami w ponure miejsca.
Tamto popołudnie, prawdopodobnie najbardziej brzemienne w skutki popołudnie jej życia, spędzali razem w Zaułku. Erra chętnie usiadłaby na dworze, ale już robiło się ciemno, więc w pokorze znosili tytoniową chmurę i wrzaski podekscytowanego starciami tłumu. Sami się zawodami nie interesowali, bo Ramel dawno zdążył przegrać – z niezłym jak na młodzika wynikiem, ale jednak.
– Posortowałam je według głównego nastroju – mówiła Erra, otwierając jeden z ponad tuzina woreczków. Na stół wysypało się kilkanaście zielonych rdzeni, niektóre gdzieniegdzie przechodziły w błękit. – Zielone od nastroju neeh.
Twarz młodego nekromanty zmarszczyła się na moment.
– Neeh brzmi jak Neehat.
– Tam jest najstarszy dworzec. A rdzeni neeh używa się czasem na pociągach.
Ramel w milczeniu oglądał kolekcję. Do gustu szczególnie przypadł mu ten najbardziej jaskrawy. Erra głowiła się nad nim już od pewnego czasu, nie wiedząc czy ten dziwaczny kolor, to dobry czy raczej zły znak.
– Ty je robiłaś? – spytał chłopak.
– Nie. To znaczy... Tylko nieliczne. Skupuję je głównie.
– Po co?
Wzruszyła ramionami.
– By sprzedać je tym, którzy potrzebują ich dużo po korzystnej cenie.
– Są kradzione, prawda?
Na jego młodej niewinnej twarzy nie zobaczyła ani śladu zmieszania. To było w sumie bardzo rozsądne pytanie. Komuś, kto handlował rdzeniami z odzysku nie opłacało się mieszkać poza wysypiskiem, a już na pewno nie opłacało mu się tu z nimi przyjeżdżać.
– W większości – przyznała. – Nie przeze mnie – dodała szybko. – Głównie przez pracujących z maszynami robotników. Albo przy okazji, niejako przypadkiem, można rzecz. Albo czasem coś odpada z milicyjnych golemów. – Tu wskazała na soczyście zielony rdzeń w jego rękach. – Większymi interesami co do zasady się nie zajmuję, za duże ryzyko. Wolę liczyć drobniaki z nekromancji.
Nie miała bynajmniej na myśli niebezpieczeństwa ze strony milicji. Po prostu bandyci włamujący się do bogatych konstruktorskich domów wzbudzali w niej znacznie większy niepokój niż drobni złodzieje uwalniający się od kłopotliwego łupu.
– Czasem znajdują je też przy rabowaniu grobów – dodała bez sensu, nim zdążyła się zastanowić. – Wielu konstruktorów z nimi chowano. Taki symbol.
Jednakże wzmianka o rabowaniu grobów również nie zrobiła na Ramelu najmniejszego wrażenia.
– Byłem kiedyś z Heną kupować zwłoki – oznajmił i zamyślił się na dłuższą chwilę. – To dziwne, bo... Kiedy mieszkałem w Llonde, nigdy nie widziałem zwłok. A tamten handlarz miał ich cały sklep, do wyboru. I zarzekał się, że żadne nie są starsze niż dwa dni.
Erra nie odpowiedziała, bo nie miała pojęcia, co mogłaby na to odpowiedzieć. Oczywiście, wiedziała wcześniej, że tacy handlarze istnieją i nie dziwiło jej korzystanie z ich usług przez Henę. Tym niemniej czuła się źle z myślą, że ktoś może reklamować zwłoki tak, jak reklamuje się wędlinę.
– Ludzie umierają codziennie – ciągnął chłopak – a w Llonde to jakby tajemnica. Tylko na Dołach to normalne. Na przykład widziałem kiedyś prostytutkę przejechaną przez wóz. Wyglądała jakby ktoś przekroił ją na pół. Jej wnętrzności...
Erra nie słuchała o wnętrznościach rozczłonkowanej przez wóz prostytutki, dostatecznie napatrzyła się już na atrakcje Dołów. Jej myśli zajęło co innego – Ramel mieszkał w Llonde? To była dobra dzielnica. Nie arystokratyczna ani burżuazyjna, ale z pewnością dzielnica ludzi, którym powiodło się w życiu.
– Co się stało z twoimi rodzicami? – spytała pod wpływem impulsu, przerywając Ramelowi barwny opis.
Chłopak wyraźnie się speszył. Przez chwilę nie patrzył na nią, tylko błądził spojrzeniem dookoła.
– Nic – przyznał cicho. – Nie są małżeństwem. Nigdy nie byli.
Czyli nie byli z Naredem rodzonymi braćmi. Faktycznie, przyznała, nie byli zbyt podobni.
– Dużo osób wiedziało? – spytała świadoma, że stąpa teraz po delikatnym gruncie, tym niemniej nie potrafiła się powstrzymać.
Prychnął. Całe ciepło i słodycz Ramela na moment wyparowały.
– Wszyscy. Stary Abaloth wyjechał na dwa lata.
Ach. To tego rodzaju skandal...
– Ale moja babka miała po mężu duży majątek – ciągnął chłopak ponuro. – Abalothowi zależało na jej przychylności, więc matka długo mogła się upierać, żebym mieszkał z nimi. Zresztą ona jest gwałtowna, Abaloth nie lubi jej denerwować. Ale dwa lata temu... Tylko nie rozpowiadaj tego nikomu, dobra?
– Jasne.
Nachylił się w jej stronę, a ona nachyliła się w jego. Niemal stykali się czołami.
– Większość majątku miał po babce odziedziczyć wuj, ale Abaloth poszedł do sądu i...
Erra nie dowiedziała się jednak, co takiego zrobił w sądzie ojciec Nareda, bo w tym momencie pojawił się sam Nared, ciągnąc za sobą Koema.
– Będziemy przeszkadzać? – spytał, wyraźnie uznając to za formalność, bo nie czekał nawet na jej odpowiedź. – Wszystko już zajęte.
Erra rozejrzała się. Miał rację, większość gości uznała, że pora na obiad. Nared i Koem zresztą też, każdy z nich ściskał po misce czegoś, co, sądząc po zapachu, musiało zawierać kapustę. I choć ich prośba była w opinii Erry jak najbardziej słuszna, to jednak połowę jej stolika zajmował konstrukt. Musiała schować skrzynkę z rdzeniami pod krzesło, a konstruktem zasłonić sobie widok na Ramela.
Zrobiło się trochę niezręcznie. Ramel nie chciał kontynuować rozmowy w towarzystwie brata, a Nared i Koem musieli wyczuć jego irytację, bo sami też nic nie mówili. Jako pierwszy postanowił przerwać ciszę Abaloth. Nieporadnie, ale zawsze.
– Ten wątek nie jest do wymiany? – zwrócił jej uwagę, wskazując na konstrukt.
Erra nie miała pojęcia, który wątek ma na myśli i chętnie posłuchałaby w tym temacie rady bardziej doświadczonego nekromanty. W ogóle ten dzień mógł się skończyć całkiem miło. Ale wtedy usłyszała ten cholerny głos:
– Powiedziałabym, że do wymiany jest cały konstrukt – stwierdziła Hena.
Powiedziałabym, że do wymiany jesteś ty, warknęła Erra w duchu.
– Ale i tak masz szczęście. Byłam pewna, że rozpadnie się w całości.
Nared odłożył łyżkę. Hena stała za jego plecami, więc musiał odwrócić się na krześle, by na nią spojrzeć.
– Czemu ty się uwzięłaś? Nie możesz...
Nie skończył. Gdy Hena wyciągnęła rękę, by dotknąć konstrukta, Erra chciała krzyknąć, ale nie zdążyła. To było lekkie muśnięcie – przez sekundę, może mniej. Tyle wystarczyło, by to, nad czym pracowała miesiącami, rozpadło się na nieskończoną ilość części. Spajające całość wiązki rozwiązały się, wątki zaczęły topnieć, nastroje przestały utrzymywać moc. Kości rozsypały się po stole w akompaniamencie serii stuknięć.
Erra nawet nie zauważyła, gdy z jej piersi wydobył się wrzask.
Zaułek ucichł.
Miano właśnie ogłaszać początek kolejnego pojedynku, ale nie ogłaszano, bo wszyscy patrzyli na Errę zakrywającą usta dłonią, na rozsypującego się konstrukta i na chwiejącą się Henę.
– Ups? – Hena wyglądała na lekko zdziwioną, ale na pewno nie na przejętą. – To nie ja. Ledwo go dotknęłam.
Erra poczuła jak zalewa ją gniew. Niczym lawa spopielająca wnętrzności, ogromna masa napierająca ze wszystkich sił na każdy centymetr ciała. Chciała ją uderzyć, rzucić w nią czymś, zabić tę sukę! Ale nie mogła, nie umiała, nigdy w życiu nie biła się z nikim. Wiedziała, jak pozbyć się gniewu, wiedziała, że gdy stanie do walki, uspokoi eksplodujące wewnątrz emocje, ale jej ciało odmawiało posłuszeństwa.
A jednak obiecała sobie, że nikt więcej nie będzie jej upokarzał. Może walczyć, będzie walczyć, musi walczyć. Musi się postawić, odpowiedzieć na tę bezczelne wzruszenie ramion, na tę zalegająca wokół ciszę oczekiwania.
– Ty, dziwko... – wydusiła.
A potem wyciągnęła z kieszeni rewolwer, odbezpieczyła go i wycelowała w Henę.
Okrzyk zaskoczenia przetoczył się po Zaułku, ale nim ktokolwiek zdążył zareagować, rozbroić Errę i rozdzielić je, Hena miała już w ręku własną broń – tak jakby ta zmaterializowała się w jej dłoni. Stały naprzeciw siebie, w odległości zaledwie paru kroków. Nie było szans, by którakolwiek chybiła.
– Zabiję cię – wyszeptała Erra, ale w zaległej ciszy wciąż było ją słychać. – Zabiję cię...

II
Gdy tylko Nared usłyszał głos Heny, przeczuwał już, że będzie źle, ale nie spodziewał się, że aż tak. Nigdy wcześniej nie widział, żeby nekromantka-konstruktorka niszczyła czyjąkolwiek pracę, jakiegokolwiek konstrukta. To tak jakby bibliofil niszczył cudzy księgozbiór.
Zrozumiałby, gdyby zrobiła to z zazdrości. Nie zaakceptowałby, ale zrozumiał. To do niej pasowało, nawet jeśli wcześniej nie uciekała się do tak niskich zagrań. Tak mogłoby wyglądać kolejne stadium jej obsesji – Hena chciała być najlepsza, a jeśli nie mogła być w inny sposób, zniszczenie konkurencji wydawało się całkiem logicznym posunięciem.
Jednakże Erra nie stanowiła najmniejszego zagrożenia, nawet gdyby Hena miała spędzić na piciu kolejny rok. Albo i kolejną dekadę. Więc po co jej to było? Z czystej złośliwości? Wymierzonej w niego czy w Errę? A może w Snara, którego twarz przybierała właśnie odcień purpury? Pewnie zastanawiałby się też, jakim cudem konstrukt może rozpaść się tak po prostu, niby domek z kart, ale Hena zdobyła sobie już u niego status diabła.
Dlatego zdziwił się, że to nie ona wykonała pierwszy krok w kierunku katastrofy.
– Zabiję cię, zabiję cię... – powtarzała Erra. Broń trzymała w sztywno wysuniętych przed siebie rękach, twarz zalewały jej łzy. Nared odruchowo chciał położyć jej dłoń na ramieniu, ale powstrzymał się w pół ruchu. Lepiej, żeby nie wystrzeliła zaskoczona.
Spojrzał na Ramela, szukając wsparcia, ale chłopak wpatrywał się w scenę tępo, jakby zupełnie nie rozumiał, co się dzieje.
Szkoda, że Hena nie była tak przejęta jak wszyscy wokół. Trzymała broń zupełnie luźno i niby to obserwowała swoją oponentkę, ale tak jakby od niechcenia i trochę z pobłażaniem.
– Będziemy się strzelać? – spytała tak dziarsko, że równie dobrze mogłaby sobie napisać na czole „zabij mnie”.
– Załatwiajcie swoje sprawy na zewnątrz – próbował protestować Stary Snar, ale żadna z kobiet nie zwróciła na niego uwagi. Stojąca tuż obok niego Essai sięgnęła po własną broń, najwyraźniej gotowa się wtrącić, ale gospodarz natychmiast zgromił ją spojrzeniem. Święta racja, jeszcze by tego brakowało, żeby każdy się zaczął bawić w milicjanta.
– A co, boisz się? – odszczeknęła jej Erra. Ciepłe uczucia, którymi dotąd darzył ją Nared zaczęły się szybko ulatniać.
– O ile wiem, pojedynki to ze trzydziestu, a nie pięciu kroków.
– Może być ze trzydziestu.
– Na zewnątrz! – nie dawał za wygraną Stary Snar. Był przerażony. – Na zewnątrz!
Tym razem gospodarz doczekał się minimalnego zainteresowania. Hena i Erra jednocześnie odwróciły głowy, by natychmiast, znów jednocześnie, wrócić do mierzenia się wzrokiem.
– Na cmentarzu przy rzece? – zaproponowała Hena słodkim głosem.
Cmentarz leżał w pobliżu wysypiska i Nared odruchowo zastanowił się, czy w mieście będzie słychać strzały. Dopiero potem jego rozum, uderzony skalą absurdu, odmówił posłuszeństwa.
– Jutro o zmierzchu – odparła Erra.
– Zgoda.
– A sekundanci?
Hena przewróciła oczami.
– Po co ci sekundanci?
– Pojedynek nie może odbyć się bez sekundantów – zaprotestował Koem zupełnie poważnie. Nared nawet nie zauważył, gdy znalazł się za plecami Heny. – To byłaby zwykła strzelanina.
Nie pomagasz – powiedział do niego Nared samym ruchem warg. Alchemik widział, ale jego ton nie stracił nic ze zdecydowania.
– Sekundanci ustalają warunki pojedynku, ażeby strony... Nie musiały się wzajemnie oglądać.
– Więc moim sekundantem będzie Koem Gariet – oświadczyła Hena.
Koem wyraźnie chciał zaprotestować. Nared widział, jak otwiera usta, ale w tym momencie spojrzenia jego i Heny spotkały się. To wystarczyło, żeby Gariet zamilkł i na potwierdzenie skinął głową.
Ku przerażeniu nekromanty-konstruktora spojrzenia wymienili także Erra z jego bratem.
– Moim sekundantem będzie Ramel – oświadczyła nekromantka, a wspomniany skwapliwie potwierdził.
Nared poczuł, że zaraz go szlag trafi. Nie zamierzał pozwolić Ramelowi brać w tym udziału. W ten sposób załatwiali swoje sprawy kryminaliści na Dołach, kiedy chcieli zyskać respekt wśród gawiedzi. Albo nawiedzeni szlachcice. Naprawdę chciały, żeby oglądał, jak się wzajemnie mordują?
– Nie ma mowy – warknął.
– Bo co? – spytał Ramel buńczucznie. – Co ci do tego?
– Jesteś moim bratem, pod moją opieką, na moim utrzymaniu i to ja za ciebie odpowiadam. Nie będziesz brał udziału w żadnym głupim pojedynku. Nie jesteś zbirem! Gdybym chciał, żebyś został zbirem, zostawiłbym cię na ulicy!
Przesadził. Od razu wiedział, że przesadził. Ramel wyglądał, jakby go spoliczkował.
– Jeśli taki ze mnie problem, to mogę na nią wrócić – powiedział bardzo cicho.
– Ramel...
W powietrzu zastygła niezręczna cisza. Nared do tej pory nie sądził, że kiedykolwiek przyjdzie mu urządzać publicznie podobne sceny.
– W końcu nie jestem twoim prawdziwym bratem, jestem cholernym bękartem i możesz się mnie pozbyć w cholerę!
– Ramel...
Dobrze, że Nared nie miał żony. Gdyby miał żonę, miałby pewnie również dzieci. A on się do tego nie nadawał.
Głośno wypuścił powietrze.
– Erro, jeśli chcesz – zaczął powoli – mogę być twoim sekundantem.
Nie patrz na Henę, powtarzał sobie, nie patrz na Henę...
Erra przez chwilę wyglądała, jakby miała się roześmiać, ale potem się zastanowiła. Bardzo długo się zastanawiała. Oboje wiedzieli, że to byłby z jej strony ryzykowny krok i przez moment Nared miał nawet nadzieję, że się nie zgodzi. I że jakimś cudem nie zgodzi się nikt inny. A Ramel... Coś z Ramelem zrobi.
– Dobrze.
Nie patrz na Henę...
Spojrzał na Henę. Nekromantka-konstruktorka nie okazywała już drwiny. Jej twarz zastygła w kamienną maskę.
– Więc skoro macie już wszystko załatwione, możecie się wynieść! – Stary Snar skorzystał z okazji.
Tak też zrobili, a on, Nared szedł przedostatni, Hena zamykała pochód. Była przy wyjściu, gdy Snar zawołał za nią. Zatrzymała się, ale nie odwróciła.
– Heno... – Głos Starego Snara był bardzo cichy, bardzo spokojny, a jednak przygniatał swym ciężarem cały Zaułek. Nared nigdy wcześniej nie słyszał go mówiącego w ten sposób. – Nie chcę cię tu więcej widzieć. Jeśli przyjdziesz, każę moim synom cię wyrzucić. To samo przekaż Errze.

III
– Powiedz, że miałeś jakiś powód – warknął Nared, gdy tylko znaleźli się sam na sam. Miejsce wybrał Abaloth. Było to niewielkie wzniesienie, z którego rozciągał się widok na rozłożone wokół Zaułka namioty.
– Narzuciliśmy im własne zasady – odparł Koem. – Dzięki temu ta awantura nie zmieni się w bezładną strzelaninę.
– Tylko umocniłeś je w postanowieniu! Może do jutra wywietrzałoby im z głowy! Albo nie mogąc się porozumieć, musiałyby zrezygnować!
– Albo wyszłyby same z Zaułka i w emocjach jedna strzeliłaby drugiej w łeb. Profilaktycznie.
– Nie wiesz tego!
– A ty tak?
Nared uniósł ręce w geście poddania.
– Więc jaki jest twój genialny plan? – spytał takim tonem, że z pewnością wiele mniej cierpliwych osób wolałoby odwrócić się na pięcie.
Koem wziął wdech i już chciał zacząć tłumaczyć, ale zawahał się. Może Abaloth miał rację? Znał tych ludzi lepiej od niego. A nawet, jeśli nie miał racji, to i tak nie wyglądał w tej chwili na kogoś, kogo da się do czegokolwiek przekonać.
– Czekam – ponaglił go Nared.
Koem na wszelki wypadek patrzył w niebo, by nie musieć oglądać jego niezadowolonej miny.
– Po pierwsze – niestety nie potrafił się powstrzymać od odliczania na palcach – zmierzch to zła pora na pojedynek. Nic nie będzie widać.
– O to właśnie chodzi! Żeby nie trafiły.
– A jeśli w okolice zaplącze się ktoś przypadkowy? Nie zauważymy go. Nie chcemu chyba ani donosu, ani trupów.
Nared rozważał przez chwilę jego słowa.
– Boisz się, że do zmierzchu Hena będzie już pijana? – Prychnął. – Rankiem może jeszcze nie wytrzeźwieć.
Koem prawdopodobnie powinien zignorować tę uwagę. A jednak to był dobry moment, aby napomknąć o pewnej możliwości... Z gruntu nieuczciwej.
– Naprawdę będziesz kibicował Errze?
Widział, jak mięśnie na twarzy Abalotha napinają się.
– A co ci do tego?
– Jesteś jej sekundantem. – Koem urwał, zastanawiając się nad właściwym doborem słów. – Będziesz miał różne możliwości. Mógłbyś sprawić, że śmierć Heny stanie się nieco mniej prawdopodobna.
Koem, mówiąc, z trudem powstrzymał drżenie głosu. Najwyraźniej jednak trafił do Nareda, bo ten nie odzywał się przez parę długich chwil. W dłoniach nerwowo obracał kawałek roztrzaskanego rdzenia.
– Nie jestem skurwysynem – rzekł w końcu. – Nie zrobiłbym Ramelowi czegoś takiego. – Z nagłą złością cisnął kawałkiem rdzenia o ziemię. – Co to w ogóle za pomysł, że mógłbym kupić jedno życie za drugie? Żadna z nich nie może zginąć!
Koem spokojnie przetrzymał jego wybuch.
– Nie chodzi o to, by zginęła, ale o to, by nikogo nie zabiła – tłumaczył spokojnie, choć tak naprawdę miał na myśli dokładnie tak skrajne rozwiązania, jakie przypisywał mu Nared. – Nie każdy pojedynek musi się kończyć śmiercią. Trzy strzały zazwyczaj wystarczą.
– One się na to nie zgodzą.
– One nie są głupie. Żadna z nich nie chce zginąć.
– Hena wręcz przeciwnie, a Errze wydaje się chyba, że jest nieśmiertelna.
– Brałem kiedyś udział w pojedynku. Zaufaj mi, już po pierwszym strzale będą miały serdecznie dosyć.
Niepotrzebnie się przyznawał. Nared spojrzał na niego jak na szaleńca.
– W jakim pojedynku? Z kim?
– Przyjmij po prostu, że wiem na ten temat więcej od ciebie. A Erra jest z pochodzenia szlachcianką, prawda?
Już od rana co i rusz przyciągała uwagę Koema. Nie mówiła jak arystokratka, słowa wylewały się z jej ust dość bezładnie, ale zdradzały ją jej ruchy, jej postawa. Nigdy się nie garbiła, nigdy nie opierała rąk na stole. Gdy kogoś przepraszała, dostrzegał w jej ruchach ślad dygnięcia. Była perfekcyjna, jak ktoś, kto nieustannie kontroluje najdrobniejszy gest, a przecież wcale nie wydawała się skupiona. Damy tresowane od najmłodszych lat do bycia ozdobą salonu nie musiały skupiać się na podobnych drobiazgach.
– Erra Shellou.
Uch. Koem skrzywił się. Jak na pannę Shellou, to Erra była akurat wyjątkowo źle wychowana.
– Więc na pewno ma w rodzinie oficerów i wie, jak wygląda pojedynek. Zgodzi się.
– Ale nie zamierzam sabotować jej działań, truć jej ani cokolwiek. Nie jestem... Nie wbijam ludziom noża w plecy. Jak ty możesz tak... myśleć o takich rzeczach?
Czyli Nared miał skrupuły. Ciekawe, nie wyglądał na takiego. Koem, widząc jego postawę, poczuł się zepsuty – na miejscu konstruktora sam zastrzeliłby Errę, zanim do pojedynku w ogóle by doszło. Kto by jej szukał? Ramel? No chyba, że Hena nie była Naredowi w istocie tak bliska, jak to sugerowano w Zaułku – wówczas mógłby nie mieć dostatecznej motywacji.
– Więc sprawmy, że obie nie będą miały szansy trafić – zaproponował. – Wyjdzie sprawiedliwie.
– Niby jak? Będą strzelać z zawiązanymi oczami?
– Powinny strzelać z identycznej broni. Znajdziemy coś tak niecelnego, że nawet boska interwencja nie pomoże.
– A stać cię na jakąkolwiek broń? Bo mnie nie. A nawet jeśli, szansa nigdy nie jest zerowa. Możemy mieć pecha.
– Znajdę dwóch medyków. Na wszelki wypadek.
– Masz pewnie kolejkę chętnych!
Owszem, Koem miał kilka przysług do wykorzystania. Posiadał też parę informacji, które nie powinny wyjść na światło dzienne. A nawet jeśli nie da rady z nich skorzystać, zawsze mógł samemu zaciągnąć dług. Drugiej Heny nie znajdzie.
– Nie szukaj problemów tam, gdzie ich nie ma. – Udał zniecierpliwienie. – Poradzę sobie z tym.
Nared prychnął.
– Ani trochę mi się to nie podoba – poinformował.
– Obawiam się, że nikt cię o to nie pyta.
Milczeli. Nared wyciągnął skądś fragment wiekowego golema obronnego, jeszcze glinianego, i kruszył go z uporem godnym lepszej sprawy. Koem zaś poczuł, że jego ręka bezwiednie zbłądziła w kierunku żeber – tam gdzie niegdyś weszła kula.
– Czy każda ze stron nie powinna mieć dwóch sekundantów? – odezwał się w końcu Nared.
– A masz jakąś kandydaturę?
– O to właśnie chodzi! – W Abalotha wstąpiły nowe siły. – Będę ich bardzo, bardzo długo szukał! Tak długo, aż obie pójdą po rozum do głowy!
Tym razem to Koem musiał okazać sceptycyzm.
– Prędzej uznają, że to bez znaczenia.
– Nie wymyślaj problemów!
Odezwał się...
– Cóż, masz czas do świtu... pojutrze?
– Tak szybko? Nie możemy dać sobie... nie wiem, tygodnia? Emocje opadną.
– Może od razu miesiąc? – Koem pokręcił głową z niedowierzaniem. – Naprawdę chcesz je drażnić? Będzie dobrze, jeśli zgodzą się na pojutrze, a nie uprą się na jutrzejszy ranek.
Sam też wolałby już mieć to za sobą. Będzie, jak musi być, uznał. Chociaż tak na przykład trzy dni... Potrząsnął głową. Przecież się nie przeproszą, a on ich nie pogodzi. Hena nie ucieknie przed konfrontacją, bo nie ma dokąd, a Erra... Zastanowił się. Nie, Erra ma przewagę. I ma motywację. Nie zrezygnuje, chyba że ktoś ją do tego nakłoni. Jedyną bliską jej osobą wydawał się Ramel. Ramela mógłby przekonać Nared, ale na Nareda chłopak był akurat obrażony. Bez sensu.
– Nie, ten pojedynek nie może się odbyć – stwierdził twardo konstruktor. – Powiemy, że potrzeba jeszcze dwóch osób. Takich, które się na tym znają. – Niespodziewanie chwycił Koema za ramiona i przyciągnął do siebie. – Obiecaj, że zrobisz wszystko, co w twojej mocy, żeby przekonać Henę.
– Obiecuję – powiedział Koem, próbując delikatnie wyswobodzić się z uścisku.
Ale Nared ani myślał puścić.
– Obiecaj tak, jakby ci zależało.
W głosie Abalotha pobrzmiewało teraz tyle pasji, że gdyby zdecydował się poprowadzić lud Teviru na barykady, zostawiłby Medivariusa bez zajęcia.
– Ymm. – Koem położył rękę na sercu. – Przysięgam, że uczynię wszystko, co w mojej mocy. I przysięgam, że mi zależy.
Nared nie wydawał się do końca zadowolony, ale dał mu spokój. Nie żegnając się, ruszył w stronę Zaułka i czekającej na niego Erry.
Wysypisko powoli spowijał mrok.

IV
Nared nie miał racji. Hena zgodziła się na wszystko. Koem tylko wymieniał kolejne żądania, a ona, pochylona nad kartką papieru, w lewej dłoni ściskająca szklankę, przytakiwała, pomrukując niewyraźnie. Tak jakby w ogóle ją to nie interesowało. Tylko przy propozycji znalezienia drugiego sekundanta ożywiła się na moment, twierdząc, że nikogo takiego nie zna. Koem obiecał jej, że zajmie się tą sprawą. Nie wspomniał kiedy.
Jako ostatnią nekromanta poruszył sprawę broni. Ona także nie spotkała się jednak z wielkimi emocjami.
– Trafię z każdej – zadeklarowała Hena.
Uśmiechnęła się przy tym dziwnie i Koem poczuł się niezręcznie – miał wrażenie, że nekromantka-konstruktorka z niego kpi. Nie wiedział tylko, w jaki sposób.

***
Tej nocy Koem przyjął zaproszenie Heny. Tłumaczył sobie, że musi dopilnować jej – względnej oczywiście – trzeźwości, ale tak naprawdę miał już dosyć nocowania na brudnej i twardej podłodze Felisy. Zwłaszcza, że zrezygnował z tego również Nared, którego, zapewne w akcie wdzięczności, Erra zdecydowała się ugościć w swoim niewielkim namiocie, i tak już ledwo mieszczącym dwie osoby.
Miał też już chyba dosyć konwenansów. Wpoił je sobie jak prawdę objawioną, bo tego na ogół wymagały od niego okoliczności – kiedy ktoś z ludu chciał brylować wśród arystokracji, sam musiał być bardziej arystokratyczny niż oni sami. Teraz czuł, że musi wreszcie odpocząć, zaszyć się tu z obojętną wszystkiemu Heną i rozluźnić tę nieustannie naciągniętą, nieustannie grożącą pęknięciem strunę.
Na początku nie chciał oczywiście słyszeć, że miałby spać z Heną na jednym łóżku i nie pomagały zapewnienia, że gości tak każdego, z Medivariusem włącznie, bo tak robią przecież ubodzy całego świata, nie przejmując się wymysłami bogaczy. Mówiąc to, Hena z wyrzutem patrzyła przy tym na drogi surdut Koema.
– Kto płaci ogrodnikom tyle pieniędzy, że cię stać na takie fatałaszki? – spytała. – I złote zegarki?
Owszem, Koem miał złoty zegarek – na łańcuszku, od przybycia na wysypisko dobrze ukryty w kieszeni. Albo któregoś razu wyciągnął go bezwiednie, albo grzebała w jego rzeczach. Tylko po co? I kiedy?
– To prezent – wyznał, zanim zdążył ugryźć się w język.
Hena powstrzymała się na moment od grzebania w szafie.
– Ja nie dostaję takich prezentów.
Nie drążyła dalej. Przynajmniej raz wykazała nieco przyzwoitości, choć Koem obawiał się, że zapamięta to na przyszłość.
– Masz koc. – Rzuciła mu wygrzebany z szafy kawałek ciężkiego materiału. Pachniał trawą, ale był czysty. – Nie będziesz spał na podłodze, bo tam biegają szczury. Poza tym musiałbyś spać na samym kocu.
Koem nie wiedział, czy mówi poważnie z tymi szczurami, ale co do posłania... Zrobił się wygodnicki przez ostatnie lata i nie zamierzał kolejnej nocy spędzić w niewygodzie kierowany wyłącznie konwenansem, którego przecież chciał w tym miejscu uniknąć.
Tak więc skończył w łóżku z Heną.
Ona zasnęła bardzo szybko, choć sen miała niespokojny i raz na jakiś czas poruszała się gwałtownie. Koem zaś nie mógł się przyzwyczaić do jej obecności. Wstydził się – ale nie tego, że znalazł się w równie niewłaściwej sytuacji. Wiedział po prostu, że jego sen jest jeszcze gwałtowniejszy niż Heny. Czułby się źle, budząc ją albo pakując się na drugą stronę łóżka.
Albo nawet zrzucając ją – to też mu się zdarzało.
Już prawie zasypiał, gdy z kolei to ona się obudziła i zaczęła mówić coś do niego. Miał głowę prawie pod kocem, więc nie zrozumiał co, ale domyślił się, kiedy jej ręce niespodziewanie objęły jego klatkę piersiową. Z początku przestraszył się, ale tylko się przytuliła.
Myśli Koema powlekły przez zaspaną głowę. To z całą pewnością niewybaczalne przytulać się do obcej kobiety, ale odmawianie chcącej się do niego przytulić damie wydawało się nieco w złym tonie. Ostatecznie stwierdził, że wyrywanie się z uścisku i tłumaczenie pannie Urettel naganności jej zachowania jest nieco ponad jego aktualne możliwości – zapadał w sen i nawet poruszenie ręką wydawało się zbyt trudne.
Więc już się nie odzywał. Spał twardo aż do rana.
"Gdy na ramionach zamiast kruków zaczęły przysiadać mu foki, nazwano go Foczarzem. Jego moc stała się wówczas straszliwa i tylko dzielni przedstawiciele wiary katolickiej zapobiegli jego inwazji na Karpacz i zachodnie Niemcy."
- Kanterialus, "Żywot Kruczarza"

Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 211
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Re: Złom

Post autor: Kimchee » 25 grudnia 2019, 18:30

Moja wina, że nie skomentowałam przedostatniej wstawki od razu i potem zapomniałam... A przecież tamten rozdział był o wiele lepszy niż jego poprzednik. Nie spieszyłaś się tak bardzo z opisywaniem akcji (a nawet, w trakcie bodaj rozmowy Heny z Koemem, miałam wrażenie, że tak bardzo wzięłaś sobie do serca krytykę, iż ta scena nigdy się nei skończy). Pamiętam jeszcze, że zwróciłam uwagę na Winchesteryzm Heny, ale o jednej sprawie chyba nie wspominałam.

W którymś momencie tamtej wstawki uzmysłowiłam sobie jak bardzo dla mnie osobiście niepotrzebną postacią stał się Nared, chociaż może "niepotrzebny" to nie jest odpowiednie słowo - postaram się wytłumaczyć dalej. I ten ostatni rozdział jakby mnie w tym upewnił.

Ja po prostu widzę Nareda nie jesko samodzielną postać, tylko hmmm... jako postać satelitę Heny. O właśnie, Nared jest postacią satelicką! Jego rola fabularna została w moim mniemaniu zdominowana przez jego relacje z Heną. Nawet jeśli wchodzi w relację z innymi bohaterami, to i tak te relacje są jakby zdominowane przez jego "związek" z Heną. Jego inne wątki są albo zarzucone (uniwersytet), albo marginalne (Ramel), a szkoda, bo moim zdaniem o wiele lepiej radzisz sobie z pisaniem Nareda-brata niż Nareda zakochanego w Henie.

Niestety, w ostatnim rozdziale powrócił problem skrótowości. Akcja biegnie szybko, dzieje się i dla mnie to trochę szybko. W na przestrzeni zaledwie 16 stron mojego wydruku jest kłótnia, przygotowania do pojedynku i rozwój relacji Komea i Heny (która to relacja jest o niebo lepsza i fajniejsza do czytania niż relacja Henty i Nareda) Cieszyłabym się, gdybyś nieco więcej weszła w głowę postaci przez tym co je czeka - pojedynkiem, ale z drugiej strony jeszcze trochę czasu do tego pojedynku zostało.

Ostatnią sprawą jest Erra. To postać, z którą mam największy problem, bo widzę w niej wyraźne wątki autobiograficzne i zwyczajnie mam problem z jej odbiorem, ale tym razem idzie mi o coś innego - o to że Erra jest ponoć arystokratką. Na to, że nie mówi jak osoba dobrze urodzona, zwrócili już uwagę sami bohaterowie, ale nie kupuję tego, że ponoć zachowuje się jak osoba z manierami. Może coś mi umknęło, może powinnam jeszcze raz przeczytać o niej z tą wiedza i wyłapać hinty, ale jak teraz próbuję sobie przypomnieć Errę z wcześniejszych rozdziałów to ona wypada jak zastraszona i zahukana nieśmiała dziewczyna.

Tekst nadal jednak dobrze się czyta i płynnie i znów było kilka momentów, gdzie po przeczytaniu jakiego zdania albo fragmentu miałam poczucie "dobrze powiedziane".

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1487
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Złom

Post autor: Kanterial » 12 stycznia 2020, 18:28

Przeczytałam jeszcze przed wyjazdem w góry, ale potem nie było czasu i trochę wyleciało mi z głowy, więc teraz przejrzałam wstawkę jeszcze raz. Wydaje mi się, że większość powiedziałam ci w drodze do chińczyka - kiedy szłyśmy z Mono - zwłaszcza to, że tempo uważam za dobrze dobrane, nie było dla mnie za szybko, no i Koem zdziwił mnie mocno tak trochę negatywnie, swoją postawą wobec nagłego sporu. No i rzecz jasna - że brał udział w pojedynku, to też był waży dla mnie moment, bo jestem trochę psychofanką XD
WIĘC CZYM ZAJMOWAŁ SIĘ KOEM? I NIE, NIE DAŁAŚ WCALE ŻADNYCH HINTÓW.

Ta wstawka bardzo mi się podobała i nie mam czego się czepić, więc to będzie naprawdę krótki, zwięzły komentarz, tylko po to, żebyś pamiętała, że czytałam dzień po wrzuceniu i czekam na kolejne. Jestem przjemnie zaskoczona wydźwiękiem ostatniego akapitu, tego z przytuleniem się Heny do Koema, ale narazie nie chcę wyciągać pochopnych wniosków. Nadal Heny nie rozgryzłam, nie wiem, jakie są jej motywacje i czego się spodziewać. No i, jak się okazuje, nie do końca znam też Koema. Wcale go nie znam >_____< choć mnie fascynuje.

Rozwijająca się relacja Erry z Ramelem to bardzo przyjemny wątek, spokojniejszy chwilowo niż ten z głównymi bohaterami, więc będę wypatrywać rozwoju :D no i może Ramel dokońćzy historię o ojcu *----* bo byłam niepocieszona, że ją tak brutalnie przerwano.

Nie spięła mi tak mocno nerwów sytuacja w Zaułku, kiedy doszło do wyciągnięcia broni. W sumie nie wiem dlaczego, bo była to dobrze napisana scena, chyba po prostu wiem, że można się wiele spodziewać po tych postaciach i aż tak się nie dałam zaskoczyć XD ale na pewno mocno mnie ruszył fakt, że Snar Henę wyrzucił tzn. chyba na dobre wyrzucił i nie ma już wstępu do lokalu O___________O trochę szok i smutno. Trochę. Bo jednak Hena.
Która nie wytrzymała pół dnia.

Czekam! Bardzo. Przepraszam za lakoniczność.
За поворотом, в глубине
Лесного лога,
Готово будущее мне
Верней залога.


"Nie twierdzę, że było lepiej, kiedy miałem dwadzieścia lat, ale kiedy mam pięćdziesiąt, to też nie jest dobrze i to jest moje postanowienie noworoczne, postanowiłem, że nie jest dobrze."

ODPOWIEDZ