TEKSTEM ROKU 2018 zostało ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee :D Serdecznie gratulujemy i zapraszamy do lektury!

Weź wymyśl mi jakąś apokalispę

FANTASTYKA
W odróżnieniu od literatury realistycznej, fantastyka jest literaturą bardzo aktualną. ~ Kir Bułyczow
Awatar użytkownika
Starucha
Posty: 26
Rejestracja: 18 sierpnia 2015, 16:09

Weź wymyśl mi jakąś apokalispę

Post autor: Starucha » 21 stycznia 2019, 15:02

Tekst stary, średni, ale wrzucam, żeby nie było, że niczego nigdy nie wrzucam.
A poza tym odgrzebałam go po lekturze Mono, od której to lektury byłam ciągle głodna! :cookie: 🎂🍬🍭 🍫

***


Michał sięgnął po kolejny kawałek ciasta, który zamiast trafić do ust zatrzymał się w połowie drogi.

– Ej, tak sobie myślę. Ty jesteś biologiem, wymyśl mi jakąś ciekawą apokalipsę! Chciałbym napisać coś w tych klimatach. Jakieś takie szalone opowiadanie.

Ugryzł ciasto i patrzył na przyjaciółkę, oczekując jakiejś reakcji.

– Tylko nie jakieś tam zombie, bo to nudne i oklepane. Może jakiś patogen, który zrobi coś ciekawszego. Rozumiesz? Coś, o czym nikt jeszcze nie napisał. Albo przynajmniej coś mniej popularnego.

Kaśka wydęła usta w dzióbek jak to miała w zwyczaju, kiedy intensywnie myślała i popatrzyła na leżący na talerzu ostatni kawałek ciasta. Obejrzała je dokładnie z każdej strony, w końcu włożyła do ust w całości. Żując powoli, nadal myślała. Michał czekał cierpliwie.

– Kiedyś czytałam o takim przypadku kolesia… OK, więc jak się zapatrujesz na taką apokalipsę… – Kaśka zaczęła snuć historię:

Jadwiga poczuła się nieswojo już w nocy, kiedy obudziła się głodna. Rzadko jej się to zdarzało, ale tym razem czuła jakby nie jadła od kilku dni. Zwlekła się z łóżka i poczłapała do kuchni. Wnętrze lodówki nie wyglądało zachęcająco, ale w środku nocy na wpół śpiącej Jadwidze było obojętne. Wymacała kabanosa i zjadła go pospiesznie, po czym wróciła do łóżka i na szczęście bardzo szybko zasnęła.
Rano zamiast budzika zbudził ją ponownie głód. Była zdziwiona i było to dla niej bardzo podejrzane, bo wieczorem zjadła solidną kolację, a w nocy przecież kabanosa. Zjadła płatki z mlekiem, ale ubierając się wciąż czuła głód. Jakby w żołądku miała niekończącą się jamę. Po drodze w małym sklepiku kupiła kanapkę, ale zanim dotarła do pracy pożarła ją jak zdziczałe zwierzę rzucające się na rzucony mu ochłap. Zmartwiła się, bo nie miała ze sobą nic więcej. Zazwyczaj taka jedna kanapka starczała jej na cały dzień pracy. Zrobiła sobie za to kawy i usiadła za biurkiem. Petenci już czaili się w kolejce, by ja zaatakować. Głośno westchnęła i wypiła łyk. W brzuchu jej zaburczało. Do biurka podszedł niewysoki mężczyzna, ściskając w ręku jakiś druczek. Usiadł naprzeciw niej, przysunął nieśmiało w jej stronę papier i patrzył jak zbity pies. Jadwiga się skrzywiła i wzięła druczek. W brzuchu znów jej zaburczało. Zasapała głośniej i wykrzyczała w stronę petenta:

– Panie! Przecież to zły druk! I do tego w połowie wypełniony. Mam to za pana wypełniać? I jeszcze co! Jak ja nie cierpię jak mi tu przyłażą tacy jak pan!

Mężczyzna otworzył usta, ale zanim wypowiedział choć słowo Jadwiga rzuciła mu nienawistne spojrzenie. Spuścił wzrok i ruszył ku stojakowi z druczkami.

Jadwiga była zła i głodna. Czuła, że nie jest sobą i dłużej nie wytrzyma, jeśli czegoś zaraz nie zje. Nie zwracając uwagi na kierowniczkę wstała od biurka i pobiegła do sklepiku po drugiej stronie ulicy. Tam wpadła niemal w trans. Rzuciła się na lodówkę i wzięła paczkę plastrów szynki, parówki jedynki, dwa jogurty o smakach, na które nawet nie spojrzała oraz serek wiejski. Obok z półki wzięła cztery kajzerki oraz pączka, który wyglądał bardzo smakowicie. Przy kasie zdążyła już wgryźć się w pączek, a czerwone nadzienie spływało po brodzie niczym krew. Do koszyka wrzuciła jeszcze pospiesznie żelki, baton oraz trzy paczki groszków.


– Hej hej, ty mi tu zakupów Lisbeth Salander nie odstawiaj! – przerwał Michał. – Co to ma do apokalipsy?

Kaśka przewróciła oczami i głośno westchnęła.

– Daj mi skończyć. Jest taka bardzo rzadka choroba genetyczna, która powoduje niepohamowany apetyt. Wiesz, cały czas myślisz, że jesteś głodny i jesz niemal wszystko. Kabanosy, nożyczki, co tam znajdziesz. Wszystko.

Michał chwycił kartkę i długopis. Pomyślał, że jest to całkiem niezły, i jeszcze nie oklepany pomysł na fabułę. Szkoda, że ciasto się skończyło, bo poczół głód.

– A dałoby się tą chorobę wywołać czymś? Grzybem? Wirusem? Szalonym naukowcem? Nanobotami zmieniającymi geny? Wiesz, to musi mieć jakąś solidną podstawę naukową. Albo poczekaj, biologia potem… Posłuchaj, co mi przyszło do głowy. – Michał napił się wody i na poczekaniu wymyślał historię:

Osiedle domków jednorodzinnych „Oaza szczęścia” wyróżniało się na tle niedalekich blokowisk. Każdy domek był biały i równy, otaczała je doskonale zielona trawa i przycięte drzewka. Na placu zabaw bawiły się głośno szczęśliwe dzieci, a Mariusz Węgrzyn wracał właśnie z pracy. Pomimo dość sytego lunchu zjedzonego cztery godziny wcześniej, nadal czuł się głodny. Wjechał na podjazd i zamiast od razu wysiąść, zadzwonił do ulubionej pizzerii. W domu natomiast ruszył prosto do lodówki i przez chwilę przyglądał się zawartości. Było mu obojętne co zje, chciał tylko zagłuszyć ten okropny głód. Dzieci za oknem krzyczały głośniej niż zazwyczaj. Mariusz wyjrzał i zobaczył jak trójka sześciolatków próbuje wyrwać młodszemu z ręki batonik.

Mariusz pokręcił głową w niezadowoleniu i padł na kanapę z resztką makaronu i piwem. Zdziwiło go, że nie czuł w ogóle smaku potrawy, choć jeszcze wczoraj sos był ostry jak cholera. Wciąż był głodny, ale na szczęście został uratowany przez pizzę. Zazwyczaj nie zjadał całej na raz, ale teraz siedział i jadł kawałek za kawałkiem, jak gdyby pierwszy raz w życiu dano mu do zjedzenia pizzę. Kiedy zjadł ostatni spojrzał na swoją koszulę. Była poplamiona sosem, walały się na niej resztki pizzy. Głośno beknął i zaklął, bo była to jego ulubiona koszula. W domu obok, młoda matka Izabela Czubaj karmiła swoją córeczkę Malwinę. Niemowlę zjadło już trzy słoiczki jedzenia i dalej domagało się więcej. Izabela uznała, że cztery słoiczki to stanowczo za dużo i próbowała uspokoić małą. Sama nie czuła się najlepiej, a pełny słoiczek dziecięcej papki wyglądał apetycznie jak nigdy. Pochłonęła zawartość w kilka sekund. Malwina zaczęła głośniej domagać się jedzenia i w końcu rzuciła się na matkę swoimi ostrymi jak brzytwa dziąsełkami.


– Nie… Stop! Nudne to… – Michałowi nie spodobała się jednak swoja fabuła.

Kaśka za to siedziała rozpromieniona.

– Pamiętasz okładkę Alberta Rosenfielda? Jak dziecko całe we krwi je nóż? Tak mi się skojarzyło. A tak w ogóle, to dobrze, że tej matki od środka Malwina nie zjadła… Był kiedyś taki film o zombie. – trajkotała podekscytowana, do czasu gdy zobaczyła kwaśną minę Michała i wiedziała, że lepiej nie poruszać tematu oklepanych zombiaków.

– Wciąż to jest za nudne. Co z tego, że wszyscy żrą i żrą, nawet siebie nawzajem. Ile czekać trzeba żeby pomarli, a przeżyło kilka osób? To musi zainteresować czytelnika od razu! – mękolił Michał obgryzając końcówkę długopisu.

– Większość pewnie skończyłaby jako grubasy, ale część mogłaby umrzeć na przykład z powodu pęknięcia żołądka albo jelita. Zalani przez krew lub… zawartość jelit. – wyrecytowała Kaśka. –Nie wiem, czy to ci odpowiada. Ale gwarantuję ci, że takiej apokalipsy albo horroru, nazwij to jak chcesz, jeszcze nie wymyślono.

Michał zrobił zniesmaczoną minę. Ale w sumie lepsze to niż apokalipsa zombie, albo wybuch elektrowni atomowej. Przez chwilę obydwoje siedzieli w ciszy, aż w końcu chłopak nagle wstał od stołu i krzyknął podniecony:

– Mam! Mam! Mam idealną bohaterkę! Słuchaj:

Hanna patrzyła w lustro. Znów widziała grubą i obrzydliwą babę. Zdenerwowana wyszła z łazienki i postanowiła pobiegać. Może zrzuci kilka kilo. Strasznie chciało jej się jeść, ale postanowiła pohamować apetyt jeszcze przez kilka godzin. Wyjrzała przez okno, aby zobaczyć jak wygląda sytuacja na zewnątrz. Od kiedy wszyscy z niewiadomych przyczyn byli wciąż głodni miasto wyglądało jak po wojnie. W ciągu kilku godzin z półek sklepowych zniknęło wszystko, co nadawało się do zjedzenia. Restauracje, bary i budy z fast foodem na początku bombardowane głodnymi ludźmi teraz świeciły pustkami. Nie było czego gotować. Hurtownie nie nadążały z odbieraniem telefonów. Wszystkie ogródki działkowe zostały już splądrowane. Zamknięte centra handlowe i brak pokarmu najwyraźniej zamienił ludzi w zwierzęta.. Hanna pomyślała, że niedługo ludzie zaczną zjadać się nawzajem. Był wczesny letni poranek, ale szabrownicy i chuligani na pewno już wyruszyli na łowy. Policja nie mogła być w kilku miejscach jednocześnie, a ludzie byli zbyt sprytni.
Hanna spojrzała na swoje łydki i zrobiła zdegustowaną minę. Gruba, gruba, gruba, brzydka, brzydka – rozbrzmiewało w jej głowie. Chciała wyjść jak najszybciej i przebiec kilka kilometrów, ale czuła ten okropny głód. Zanim wszyscy zaczęli być głodni prawie nie jadła. Teraz czuła, że jakaś nienawistna siła przejęła jej ciało i kazała jeść. Hanna nienawidziła się jeszcze bardziej.


– No co? Nie patrz tak na mnie Kaśka. – Michał zmarszczył brwi. – Zobacz, czy to nie będzie interesujące? Laska z anoreksją łapie chorobę, która każe jej jeść. I teraz co będzie? Czy nie będzie jadła, czy nie? Czy zwycięży choroba czy zmiany w mózgu? Taki trochę dramat psychologiczny z horrorem.

Kaśka pokręciła głową.

– Wiesz, że to się nie wszystkim spodoba? A poza tym, po co pisać o czymś, o czym nie masz pojęcia. Potrzebowałbyś jakiegoś psychologa, albo psychiatry żeby to wszystko sprawdził.

– No co? Przecież to byłoby mega ciekawe! Sam bym chciał przeczytać takie opowiadanie. – Michał nie dawał za wygraną i już zaczął coś notować.

– Ludzie pragną krwi! Nie chcą czytać o rozterkach lasek. Noworodek zjadający swoją matkę jest ok, anorektyczka, która czuje nagle niepohamowaną chęć jedzenia się nie sprzeda.

Michał chodził dookoła stołu w ciszy i co chwila zerkał na pusty talerz. Może rzeczywiście był to zbyt niszowy temat. Może resztki ludzkości zjadające siebie nawzajem są lepsze. A może w ogóle powinien sobie podarować apokalipsę.

– Może powinienem napisać romans? – rzucił w końcu zrezygnowany.

– Może powinieneś napisać cokolwiek. Dawno nic nie napisałeś, a ludzie lubią twoje dziwne opowiadania. A w ogóle to robi się późno. Chyba powinnam iść do domu. – Kaśka próbowała wygramolić się zza zastawionego jakimiś słojami i skrzyniami stołu. – Za godzinę zrobi się niebezpiecznie.

Ubrała buty i ciepłą kurtkę. Sprawdziła kieszenie czy latarka dalej była na swoim miejscu. Przy drzwiach stał jej nabijany gwoździami kij. Zanim go wzięła i wyszła, przytuliła przyjaciela.

– Mam nadzieję, że niedługo się spotkamy. Napisz coś koniecznie!

Wyszła naciągając na głowę kaptur i ściskając w dłoniach kij. Zombiaki mogły czaić się wszędzie.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1468
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Weź wymyśl mi jakąś apokalispę

Post autor: Kanterial » 27 lutego 2019, 11:34

Jestem :bag:

To będzie krótki komentarz, ale mam nadzieję, że nie zostanie źle odebrany, zwłaszcza że tekst, jak wspomniałaś we wstępie, jest już stary, no i to szorcik, więc nie zniszczę planów na kontynuację czy rozwinięcie :D

Muszę się przyznać - nie zrozumiałam. Nie zrozumiałam totalnie o czym ten tekst jest, do czego się odnosi, jeśli zawiera faktycznie jakąś warstwę poza tą powierzchowną, czyli treść 100% dosłownie rozumianą podczas czytania. Miałam co prawda taki przebłysk, że to może takie "mmm, wymyślmy coś nowego" i coś nowego będzie się stawać rzeczywistością w momencie wymyślenia (jak wtedy, gdy sugerujesz, że Michała dopada głód, do tego stopnia że gryzie długopis, chwilę po tym, jak pada pomysł na chorobębudzącą apetyt), ale to chyba jednak nie to.
Więc widzę tylko powłokę - dwójka ludzi w totalnie oderwanej rozmowie, w którą wchodzę nagle i bez kontekstu. Gadają o pomysłach na fabułę - spoko. Taka tam przyjacielska pogawędka, poza tym koleś chce pisać o jakiejś apokalipsie, więc automatycznie przyjmuję, że akurat żadna apokalipsa się aktualnie nie wydarza za oknem jego domu. Zombie nie, bo oklepane, jakiś patogen może, spoko.

Więc jak, czemu, WHY końcówka wygląda tak, a nie inaczej? Wyjście z kijem nabitym gwoździami na spotkanie zombiaków?
Jak mam to rozumieć, Kaśka jest szajbnięta, czy w tym świecie po prostu są zombie?
Opcja numer dwa wydaje się bardziej racjonalna, bo każdego człowieka z czymś takim w ręku inaczej zatrzymałaby policja albo zostałby uznany za psychopatę XDD

Dlatego nie wiem, mam wrażenie, że całkowicie się minęłam z przekazem :bag: i głupio mi, ale nawet po 3 czytaniu to odczucie się nie zmieniło.

Tak abstrahując od fabuły: nie wiem jak stary jest tekst, ale zdecydowanie widać tu ten styl pisania, do jakiego przywykłam u ciebie, czytając Lucy np, albo inne teksty, więc zgaduję, że sprzed kilku lat :3 Źle mi się patrzyło na wyenterowane odstępy między akapitami, wolałabym interlinę, ale to takie tylko marudzenie.

wkradł ci się tam ort gdzieś w połowie - Michał poczół głód, innych błędów nie widziałam

Jest jeden plus tego tekstu, zaintrygował mnie, choć głównie dlatego, że niczego nie zrozumiałam :bag: wolę cię w dłuższej formie i ostrzę zęby na coś forumowego, bo muszę się w końcu zabrać za nadrabianie :D
За поворотом, в глубине
Лесного лога,
Готово будущее мне
Верней залога.


"Minę miał poważną, nieomal posągową, a twarz, choć przystojną, dającą do zrozumienia, że jej właściciel został przejechany pociągiem towarowym życia."

ODPOWIEDZ