TEKSTEM ROKU 2018 zostało ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee :D Serdecznie gratulujemy i zapraszamy do lektury!

Demon i Kraj(alnica) w Ogniu

FANTASTYKA
W odróżnieniu od literatury realistycznej, fantastyka jest literaturą bardzo aktualną. ~ Kir Bułyczow
Awatar użytkownika
Aishikami
Posty: 18
Rejestracja: 09 grudnia 2013, 14:03
Lokalizacja: Wrocław

Demon i Kraj(alnica) w Ogniu

Post autor: Aishikami » 14 stycznia 2019, 17:42

Krótkie opko z uniwersum mojego Nano 2014. I to ono było pierwsze i zainspirowało mnie do napisania Wszystkie Moje Złe Uczynki (które pewnie prędzej czy później trafi na forum).

Demon i Kraj(alnica) w Ogniu

Ghukanulu nudził się śmiertelnie. A właściwie nieśmiertelnie, biorąc pod uwagę fakt, że nie żył już od dobrych kilkuset lat. Odstawiony na najwyższą półkę, z dala od ciekawskich małych paluszków, więdnął powoli, niczym niepodlewana bazylia.
Spojrzał w dół. Głowa rodziny dopijała swoją poranną kawę, podczas gdy jego małżonka szykowała dzieciakom kanapki. Nóż szorował po skórce świeżego chleba. Ząbki wbijały się powoli w twardą skorupę.
Ghukanulu gwizdnął cicho, kusząco, ale kobieta nie oderwała wzroku od chleba ani na chwilę. Mężczyzna zastygł z ręką wyciągniętą ku gazecie, powiódł wzrokiem dookoła, po czym spojrzał na żonę.
- Kochanie, może krajalnicą...
- Nie - przerwała mu nawet na niego nie patrząc. Ręka jej ani drgnęła.
Mąż wzruszył ramionami i otworzył gazetę na sekcji sportowej.
Ghukanulu westchnął. Ten ton nie wróżył sukcesu. Dobrze go znał. Pierwszy raz usłyszał go w dniu, w którym on i jego krajalnica pojawiły się w tym domu, jako nad wyraz romantyczny prezent z okazji dziesiątej rocznicy ślubu.
Pani domu odpakowała go z kartonu i uwolniła od nadmiaru kiczowatych kokardek, tylko po to, aby odstawić go na tę samotną półkę. I nigdy już na niego nie spojrzeć.
Nóż wylądował w zmywarce. Na chlebie po kolei pojawiały się warstwy masła, wędliny i sera. Córka dostała plasterek pomidora. Syneczek warzyw nie tykał.
Vegathulu był nieco skuteczniejszy w swym działaniu.
Kuchnia opustoszała, Ghukanulu rozprostował nogi, w stawach nieprzyjemnie strzyknęło. Z kieszeni szarego surduta wyciągnął polerkę i rozpoczął codzienny rytuał czyszczenia ostrza. Nawet teraz mógł się w nim przejrzeć, ale przynajmniej miał co robić, nim pozostali domownicy nie przywlekli się na herbatkę i ploteczki.
Kończył właśnie pucować ostrze drugi raz, kiedy Vegathulu wtoczył swoje pulchne ciało do kuchni, po czym rozpoczął mozolny proces wspinania się na szafkę po swój ulubiony kubek w renifery.
- Nie jest dobrze - mruknął, przebierając krótkimi nóżkami. - Młoda odkryła słowo dieta. Zaczyna myśleć o przerzuceniu się na warzywa.
Ghukanulu poprawił surdut, po czym z kocią gracją zeskoczył na blat. W kredensie czekało całe pudełko czekoladowych ciasteczek.
- Przynajmniej masz co robić.
- Dla mnie też weź. I nie o to chodzi. Awans miałem prawie w garści a tu młoda zaczyna się stawiać.
Ghukanulu pokręcił tylko głową. I wstawił wodę na herbatę. Saszetka zielonej jaśminowej wylądowała w kubku w czarne serduszka. Zapowiadał się kolejny spokojny dzień. Kilka minut później Urgenthulu wbiegł do kuchni, zarzuciło nim na zakręcie, ale nim zderzył się z nogą stołu, udało mu się zahamować. Jego błyszczące lakierki zostawiły ślady na linoleum.
- Bum, bang, shabeng - zaintonował, po czym wykonał dwa piruety i swój tradycyjny taniec, polegający na kołysaniu biodrami.
- Kolejny sukces? - Ghukanulu zapytał z grzeczności, starając się ukryć palącą go od środka zazdrość.
- No a jak. Nikt nie jest w stanie oprzeć się urokowi "jeszcze pięciu minut".
Spojrzenie Ghukanulu powędrowało w stronę pokrytej kurzem krajalnicy. Tylko ostrze prezentowało się w niej znakomicie. Idealnie wypolerowane, ostre i zupełnie bezużyteczne. Symbol jego porażki. Jak widać krajalnicy oprzeć się łatwo.
- Możesz mi zmniejszyć ten kubek w owieczki? Padnięty jestem.
- Kawy?
Urgenthulu przytaknął, po czym wspiął się na stół i rozłożył wygodnie w koszyku na pieczywo.

Wybiła punkt dwunasta, kiedy ostatni kubek wrócił na swoje miejsce w szafie, a puszka z ciastkami znów się wypełniła. Ghukanulu stał się jednością ze swoją krajalnicą, kiedy klucz zazgrzytał w zamku i po chwili w kuchni najpierw pojawiły się siatki a zaraz za nimi stukająca obcasami pani domu.
Krajalnica zamruczała. Pogłaskał ją, po czym wbił wzrok w krzątającą się po kuchni kobietę. Wypakowywała właśnie pachnące bułeczki i bochenek owiniętego w papier chleba. Cała kuchnia szybko wypełniła się przyjemnym zapachem świeżego pieczywa.
Następnie, jak co dzień, w ruch ruszyła ścierka. Na sokowirówce nie uzbierała się jeszcze nawet cienka warstewka kurzu, blender lśnił czystością. Szafki i półki potraktowano sprayem przeciwkurzowym. Pani domu umilała sobie zadanie nuceniem. Każdemu sprzętowi okazała odrobinę czułości. Każdemu, oprócz jego krajalnicy.
Och, jakże chętnie, tak jak dawniej, zaczaiłby się na jej głowę, a nie tylko na jej palce. Zresztą kiedyś to nie musiał nawet się czaić. Przyprowadziliby ją do niego i ciach. Nie byłoby tej pustej główki.
Nie po raz pierwszy Ghukanulu zapłakał nad tym, jak skrzywdził go los.

* * *

Dzień miał się już ku końcowi. Ghukanulu usadowił się wygodnie na parapecie w kuchni. Ta pora była jego ulubioną. Czerwone słońce sprawiało, że zdawało się jakby miasto płonęło. Przez chwilę czuł się jak w domu.
Na tle zachodzącego słońca, coś podskakiwało. Jakaś czerwona kulka, od czerwonej kulki odstawały kosmyki, jakby włosów. Czerwone włosy, tak Ghukanulu widział je coraz wyraźniej. Skoro to były włosy, to kulka musiała być głową. Głową należącą do patykowatego ciała, ubranego w elegancki śliwkowy surdut.
Właściciel głowy w jednej ręce ściskał melonik, w drugiej laskę wystruganą z kawałka czerwono barwionego drewna.
Ghukanulu przetarł oczy raz, drugi, trzeci, ale wizja w śliwkowych barwach nie znikała. Wręcz przeciwnie, zdawała się rosnąć, a wiatr niósł ją w stronę jego domu.
Coś zastukało.
Vegathulu wspinał się po kaloryferze, a sprzączka jego paska wystukiwała melodię na żeliwnym żeberku.
- Stary, wyglądasz jakbyś zobaczył ducha - wysapał Vega, wycierając spocone czoło w chusteczkę w wielkie grochy.
- Gorzej. - Drżąca ręka powędrowała w górę, Vega podążył spojrzeniem za wysuniętym palcem wskazującym.
- Co on tu robi? - Ghukanulu złapał towarzysza za ramiona i potrząsnął jak dorodną jabłonią. - Co on tu do licha robi?
- Ten ktoś tam? Chyba właśnie znika.
- Co?!
Coś strzyknęło mu w szyi, gdy gwałtownie obrócił głowę, ale udało mu się jeszcze zobaczyć, jak przybysz rozpływa się w powietrzu.
- Może on nie do nas.
- Kto? - Rozległo się z poziomu podłogi.
Urghentulu w niedopiętej koszuli i pomiętych spodniach wolnym krokiem kierował się w ich stronę.
- Spóźniłeś się.
- Hej, niektórzy tu pracują. Cudowna rodzinka, wszyscy w salonie oglądają odmóżdżający reality show zamiast pracować i się uczyć. Jeszcze jeden taki rok i kto wie, kto wie.
- Doprawdy? - dobiegło z progu.
Śliwkowe zjawisko stało w nim, opierając się o lasce.
- Uszanowanie panowie.
- Furingulu - wysyczał Ghuka.
- Znasz gościa? - Urgent podrapał się po brzuchu leniwie, drugą ręką wskazując na przybysza.
- Czy go znam, czy znam? Tę żmiję, tego zdrajcę, to... to... indywiduum bez honoru...
Indywiduum uniosło dłoń w proteście.
- Rozumiem, że możesz być trochę rozgoryczony...
- Trochę!
- Słuchaj, taka robota. A właśnie, gdzie tu trzymają gaśnicę?
Jego słowa nie zdążyły jeszcze przebrzmieć, kiedy rozpętało się niedosłowne piekło.

* * *

- Dziękuję - Furi przyłożył zimny płat kurczaka do podbitego oka.
Ghukanulu poprawił podarty surdut, wytarł spod nosa resztki krwi, po czym przybrał najbardziej groźną pozę jak potrafił.
- Wynocha!
Furi oddał kurczaka Vedze, podniósł z ziemi zdeptany melonik i chwiejnie ruszył do wyjścia. W progu obejrzał się jeszcze.
- Wrócę tu, nie powstrzymasz mnie.
Ghuka nawet się nie ruszył. Nie zdążyłby, Furi rozpłynął się w powietrzu, pozostawiając po sobie tylko delikatny zapach spalenizny i konwalii.
- Kto to był?
- Schowaj to mięso do lodówki i zrób herbatę. Wszystko wam opowiem.
Vega miał zaprotestować, ale wyraz twarzy towarzysza przeraził go na tyle, że posłusznie wykonał polecenie. Ghukanulu wyglądał, jak połączenie nieszczęścia ze śmiercią. Równie dobrze mógł zaraz się rozpłakać lub zacząć zabijać.
Kiedy parujący kubek znalazł się w jego dłoni, Ghuka wybrał to pierwsze. Łzy, wielkie niczym ziarna fasoli, spływały mu po twarzy. W jego głosie słychać było wielki smutek i okazjonalnie wstrząsała nim czkawka.
- Przyjaźniliśmy się. Furi i ja. Ale to karierowicz, poświęci każdego, jak długo przepisy na to pozwalają.
- No, ale wiesz, o to w sumie chodzi...
Jedno spojrzenie uciszyło Vegę. Ghukanulu musiał przyznać, że miał rację, ale nie musiał robić tego głośno, więc tylko spojrzał na towarzysza jeszcze raz i mówił dalej.
- On ma specjalne zadanie, przeklina środki gaśnicze. Zaczynał od wiader z wodą, teraz widać przydzielono mu gaśnice. Kiedy już jakąś przeklnie, wybucha pożar i nikt go nie przeżywa, i nic go nie przetrwa.
Posłał smutne spojrzenie krajalnicy, ostrze drgnęło niczym przestraszone zwierzątko. Ghukanulu rozbeczał się ponownie. Vega podał mu swoją chusteczkę, bo gorące łzy zaczęły wypalać dziury w podartym surducie.
- Pozwoliłem mu spalić moją gilotynkę - wydmuchał nos, po czym schował chustkę do swojej kieszeni. - Jeśli pozwolę mu spalić te krajalnice to do czego mnie zdegradują? Do temperówki?
- I to jak będziesz miał szczęście.
Ghukanulu znów zawył żałośnie, a Urgenthulu obrzucił Vegę karcącym spojrzeniem.
- Sorry.
- Was to pewnie nie obchodzi, was nic tu nie trzyma.
Urgent poruszył się niespokojnie, jakby go w tyłek przypiekało.
- No, niby tak, ale ja ich lubię. Oni są tacy... łatwi. Nie czuję, jakbym pracował.
Vega obrzucony pytającymi spojrzeniami wzruszył ramionami.
- Młoda przechodzi na dietę, ale reszta to istne drapieżniki. W tej lodówce jest więcej mięsa, niż w statystycznym domu.
Ghukanulu ożywił się na te słowa.
- Musimy coś zrobić. Tylko co, skoro wybrał ten dom, to jak go powstrzymać. Nie da się bić go za każdym razem. Poza tym, nie chce mi się.
- Jest pewien sposób. - Vega wyglądał dziwnie, jakby spadła na niego nagła gorączka. Oczy mu się niemal świeciły. - Ale raczej wam się nie spodoba. Możemy wezwać Pomniejsze Zło.
- Co?! Powtórz. Powtórz, bo chyba źle cię zrozumiałem.
- Powiedziałem, że możemy...
- Przyzwać Zło z głębi piekieł! Ty chcesz przyzwać Zło, które jest jakby nie patrzeć szefem całego Szlamu?!
Vega cofnął się o krok przed szalejącym ze złości Ghukanulu. Ghuka próbował z kolei nie dać się porwać fali zalewającego go gniewu, bo przecież złe rozwiązanie to nadal rozwiązanie, chociaż brzmiało, jakby było wynikiem zderzenia się dwóch uszkodzonych szarych komórek. Vega kontynuował spokojnie, kiedy tylko znalazł się poza zasięgiem pięści towarzysza.
- To nie jest ważne, zrozum, kiedy je wezwiemy, ono będzie musiało nas posłuchać.
- Albo nas spopieli i będzie po problemie. - Urgent ziewnął. - Skończyliśmy? Bo zdrzemnąłbym się.
- Jak możesz myśleć o spaniu w takiej chwili?
- Daj mu spokój. - Vege machnął dłonią, w geście, który chybia miał być uspokajający, ale Ghuka czuł jak ciśnienie w nim rośnie. - Późno jest, im jest później, tym mniej z niego pożytku.
Urgent rozdziawił papę raz jeszcze, tak, że mogli policzyć wszystkie jego zęby, po czym nie czekając na pozwolenie ruszył do drzwi.
- Dokąd to?
- Położyć naszych gołąbeczków do snu.
Vega roześmiał się rubasznie.
- Znowu migrena?
- No ba.
I tyle go widzieli. Ghukanulu czuł jak całkiem opada z sił. Dziw, że stał jeszcze na nogach. I nawet się nie chwiał. Przypisał to swojej nieziemskiej odporności na przeciwności losu.
- Kiedy chcesz to zrobić? - Nie potrafił ukryć rezygnacji w głosie.
Vegathulu zniżył głos do konspiracyjnego szeptu.
- Teraz.
- Jak to teraz? Ale pozwoliłeś Urgentowi iść spać?!
- Csiii - Vega zatkał mu usta. - Nie krzycz, bo go obudzisz. To proste, musimy mieć przecież jakąś zapłatę za przysługę, tak?

* * *

Czerwony krąg u ich stóp pokrywała różowa maź. Nie udało im się zdobyć żadnego zwierzęcia, więc Vegathulu poświęcił cztery polędwiczki i dwie dorodne golonki.
- Zaufaj mi. Będzie dobrze.
W szacie, naprędce zrobionej ze ścierki do naczyń, Vega prezentował się wyjątkowo niekorzystnie, ale Ghuka nie zamierzał mu tego mówić.
- Zaczynaj zatem.
Vega wymalowało sobie na twarzy kreski krwią z polędwiczki, po czym stanął tuż przed granicą kręgu.
- Ba khata sun labana kar, ja Veganthulu wzywam cię, sługo ciemności. Posłuchaj mego głosu, wstąp w te progi. Przybądź aby mi służyć.
Po czym odtańczył rytualny taniec przyzwania, depcząc niemal po ścierce. Powietrze w kuchni zafalowało, temperatura podnosiła się gwałtownie, aż Ghukanulu poczuł się, jak w domu. Podłoga wewnątrz kręgu najpierw sczerniała, po czym powoli zaczął się z niej wyłaniać ciemny kształt. Vega wciąż tańczył jak opętany, sapiąc ciężko. Jego brzuch falował, a ścierka nasiąkała potem. Kształt materializował się, widać było już zarys twarzy, jakby kociej, całe ciało pokrywały łuski, a na głowie rosły baranie rogi.
Pomniejsze Zło stanęło na środku kręgu, spojrzało na tych, co je przyzwali i wyraźnie zdębiało.
- Że jak? - wychrypiało.
Vegathulu zaprzestał tańców, zgiął się w pół, aby złapać oddech. Po czym odważnie stanął twarzą w twarz ze Złem.
- Wezwaliśmy cię, byś nam służył i mamy dla ciebie zadanie.
Zło wyglądało, jakby nie rozumiało, co się do niego mówi. Jakby mówili do niego w jakimś obcym języku. Co byłoby trudne do osiągnięcia, bo Piekielni znali wszystkie możliwe języki.
- Wy mnie wezwaliście? Wy, szlam piekielny? Mnie?
- Sprawdziłem regulacje prawne, paragraf trzeci wyraźnie określa ilość członków wymaganych do wezwania Pomniejszego Zła i zapłatę za jego usługi. Nie określa natomiast z jakiego gatunku mają się wywodzić wzywający.
- To zwykła luka prawna - Zło parsknęło. - I tak za to odpowiecie.
- Luka nie luka, póki nie zatkają, to przez nią przeleziemy. Właściwie, ty przez nią przelazłeś.
Vega roześmiał się ze swojego żartu, ale szybko zamilkł, kiedy nikt inny się nie roześmiał. Zło wbiło w Vegę swoje kaprawe oczka.
- Zatem, mów Panie, czego żądasz - w każdym słowie czaił się jad.
Ghukanulu bał się nawet oddychać, na wypadek, gdyby udało im się zatruć powietrze, które niosło je do ich uszu.
- Chcemy uniemożliwić pewnemu 'szlamowi' spalenie tego domu. I ty nam w tym pomożesz.
Spojrzenie Zła stało się jeszcze bardziej złowrogie, Ghuka głośno przełknął ślinę.
- A zapłata?
- Standardowa. Jedna dusza.
- Wiecie, że dusza musi się zgodzić? Siłą duszyczkę może zabrać tylko Średnie Zło.
- Wiemy, zgodzi się.
Vega posłał Ghukanulu znaczące spojrzenie. Przynajmniej Ghukanulu wydawało się, że coś ma znaczyć.
- Chwila, chodzi ci o Urgenta?
Vega wykonał gwałtowny gest, mający go uciszyć, ale było już za późno. Zło usłyszało.
- Zaraz, zaraz. Chcecie mi oddać duszę potępioną? Tak zupełnie prywatnie i niezobowiązująco muszę zapytać, pogrzało was?! W co wy się bawicie do dia… do licha?!
Vega, choć trząsł się nieco w swojej ścierce, twardo trzymał się swych racji.
- Potępiona, czy nie, dusza to dusza. Paragraf trzeci…
- W porządku, wezmę tę duszę. A jak wrócę do piekła, to utnę sobie długą i ciekawą pogawędkę z naszymi prawnikami!
Ghukanulu odetchnął z ulgą. Kiedy Vega skinął na niego, wyciągnął z surduta polerkę i starł nią część linii kręgu. Zło wkroczyło do kuchni a wraz z nim swąd smoły i spalonego mięsa.
- Jaki to szlam wam bruździ zatem?
- Ma na imię Furingulu i to zakała społeczna, zdrajca…
Ghukanulu rozkręcał się dopiero, kiedy Vega odepchnął go i skomentował jego zachowanie wymownym popukaniem się w czoło.
- Furingulu, demon przeklinający sprzęt gaśniczy. Nie wolno mu spalić tego domu.
- Zgoda, jak tylko dusza zostanie zaklepana, Furingulu zniknie.

* * *

Kiedy Urgenthulu przeciągnął się i otworzył oczy, oni już tam byli. Vega uśmiechał się, jakoś tak drapieżnie i Ghukanulu chciał zwrócić mu na to uwagę, ale nie wiedział jak zrobić to dyskretnie. Siedział zatem cicho i liczył na to, że Urgent niczego nie zauważy. Ten jednak był chyba zbyt zaspany, by zwrócić na to uwagę.
- Czołem chłopaki, co tam, zaspałem?
- Nie, Urgent, spokojnie, wiesz, myśleliśmy o tym, co stało się, no wiesz...
- Furingulu - wtrącił Ghuka. - I to całe zamieszanie, i jak on nam chce spalić dom.
Urgenthulu usiadł na posłaniu, które wymościł sobie w budziku.
- No pamiętam, straszny koleś, a co?
- Powiedz, zezłościł cię, prawda?
- No zezłościł.
- A wiele byś dał, żeby się go pozbyć? Dużo?
Urgent podrapał się po głowie. Chyba myślał.
- No, dużo - odpowiedział w końcu.
- A taka powiedzmy duszę byś oddał?
- Duszę?
Ghukanulu zaczął panikować, ale Vega zachował spokój najwidoczniej, bo jego głos był spokojny.
- No duszę, wiesz, to co cię tak piecze w środku.
- Zabawne, ha ha. No, ale w sumie, oddałbym, czemu nie.
Powietrze znów zafalowało, po czym za ich plecami pojawiło się Zło.
- Zapłata przyjęta.
Urgentulu wyskoczył z łóżka, jak oparzony.
- Co wy zrobiliście?!
- Nie krzycz. - Vegathulu uśmiechnął się, tym razem bardziej przyjaźnie. - Twoja dusza należy teraz do piekła.
Urgent zastygł w pół kroku.
- Chwila, ale przecież ona już do niego należy.
- No właśnie - syknęło Zło. - Durne przepisy.
- No to, jak będzie? Dogadaliśmy się?
Zło skinęło głową z niechęcią. Nie miało jednak wyboru.
- Furigulu to już historia.
Ghukanulu uśmiechnął się wreszcie. Nasłanie na byłego przyjaciela Zła wydawało się okrutnym czynem, ale ta gnida na nic lepszego nie zasłużyła.
Kubek herbaty i cztery ciasteczka później, trójka demonów wypatrywała przez okno nadciągającego przeciwnika. Księżyc powoli przesuwał się po widnokręgu, a czerwonej główki nigdzie nie było widać.
- W sumie, nie powiedział, że wróci właśnie dzisiaj.
Zło tymczasem kończyło pokrywać runami ostatnie wejście do domu. Nałożone znikały i nawet demony nie były w stanie ich dostrzec. Noc mijała spokojnie, na grach w Bingo i rozmowach.
Kiedy czerwone poranne słońce wdarło się przez okno do kuchni, na horyzoncie pojawiła się chuda sylwetka. Zło rozciągnęło paszczę w uśmiechu, po czym zniknęło. Ghukanulu nerwowo wyłamywał sobie palce, wpatrując się w okno. Sylwetka rozmyła się na tle nieba. Już za chwilę, za chwileczkę, Ghukanulu czekał, na rychły koniec swojego rywala.
Cień przeniknął przez drzwi kuchenne, nim jednak zmaterializował się na posadzce, otoczył go krąg ognia. Cień płonął w ciszy, bez krzyków i wrzasków, aby po chwili zamienić się w kupkę popiołu.
- I to już? - Ghukanulu nie potrafił ukryć rozczarowania.
Zło pojawiło się po jego prawicy.
- Czego więcej oczekiwałeś?
Ghuka sam nie wiedział, czego oczekiwał tak właściwie, więc się nie odezwał. Odezwała się za to kupka popiołu. Z której powoli wyłaniał się kształt, uwolniony z surduta.
- No pięknie, lubiłem ten surdut. Myślicie, że łatwo o materiał w takim kolorze?
- Na szczęście raczej nie. - Vegathulu rzucił automatycznie niemal dziwnie bezbarwnym głosem.
- Oczy mam tutaj - warknął Furi.
Ghuka zatrząsł się z gniewu, dłonie zacisnął w pięści.
- Jak to możliwe? - wysyczał.
Zło wzruszyło ramionami.
- Trzeba było powiedzieć, że to demon spalenia. No nic, znikam.
- Chwila! - Vega zerwał się z miejsca. - Przecież on tu nadal jest.
- Nie moja wina, że nie podaliście wszystkich informacji. Zapłata była za zniszczenie. Nie za zniszczenie permanentne.
- To oszustwo!
- Raczej luka w prawie - Zło uśmiechnęło się, niemal niewinnie.
- Hej Vega, nie oddałbyś duszy, żeby je zmusić do zniszczenia gostka.
- Oddałbym - warknął Vega, nim dotarło do niego, w jakie maliny wpuścił go Urgent.
Uśmiech nie znikał z twarzy Zła.
- Zapłata przyjęta.
W kuchni słychać było tylko dźwięk głośno przełykanej śliny. Furi pokryty popiołem i całkiem nagi stał na kafelku niczym skazaniec na szafocie.
- Może się dogadamy, przecież ten dom nie musi spłonąć.
Kafelek zabulgotał. Ghukanulu patrzył jak podłoga otwiera się i wzburzone fale porywają Furigulu. Po chwili po wodzie nie było śladu, kafelki były suchutkie i czyściutkie.
- Do usług - Zło skłoniło się przesadnie.
Ghukanulu już miał podziękować, całkiem szczerze, kiedy podłoga otworzyła się i wypluła Furingulu, którego skóra zdawała się płonąć, a włosy przylepione do twarzy nadały mu wygląd zmokniętego kota. Po czym woda zasyczała gniewnie, buchnęła parą i zniknęła.
Zło wybałuszyło ślepia.
- Co do licha?

* * *

Furi uciekł tak szybko, że aż się za nim kurzyło. Dosłownie. Zło, przybite niepowodzeniami, wyjadało tygodniowy zapas czekoladowych lodów. Ponoć przyjemnie łaskotały w gardło. Vegathulu spacerował po parapecie, niczym generał po przegranej bitwie. Urgent zwinął się w kłębek.
Ghukanulu czuł na sobie spojrzenie krajalnicy. Jej ostrze kręciło się nerwowo, słyszał szybkie bicie jej serca. Bała się. On też się bał.
- Spróbuj jeszcze raz.
Zło podniosło wzrok znad kubełka lodów.
- Że jak?
- Jeszcze raz. Możesz… Możesz mieć moją duszę.
- Niech licho to wszystko strzeli. Wam wszystkim odbiło. Co mi po twojej duszy? Mam już dwie bezużyteczne.
Ghukanulu poprawił strzępy surduta.
- Może i jesteśmy szlam, może i należymy do piekła. Ale swój honor mamy. Kiedyś tam wrócimy, kiedy skończy się nasz czas tutaj będziemy ci służyć. Wiernie. Czy to naprawdę nic?
Zło przesunęło po nim wzrokiem. Ghukanulu wiedział jak się prezentuje, ale stał dumnie wyprostowany. W końcu Zło skinęło głową.
- Zgoda. Skoro chcesz mi służyć, przyjmuję zapłatę. Powiedz mi tylko, dlaczego? Dlaczego godzisz się oddać mi duszę z własnej woli, podczas gdy od nich trzeba je było odebrać podstępem? Dla tych… ludzi?
Ghukanulu skrzywił się na samą myśl.
- A w życiu. Tej babie to bym chętnie… Nie ważne. Robię to dla niej.
Zło spojrzało na krajalnice, na jej błyszczące ostrze, jedyną jej część niepokrytą warstwą kurzu.
- Robisz to dla krajalnicy? Naprawdę?
- To coś więcej niż krajalnica. Ona jest moją odpowiedzialnością. To moja przyjaciółka, część mnie. Straciłem już kiedyś przyjaciela, przez Furiego. Nie pozwolę na to kolejny raz.
Zło nie wyglądało na przekonane, ale to się nie liczyło. Jego dusza ocali krajalnicę. Zostaną razem, jeszcze przynajmniej na kilka dekad.
Zło tymczasem wyrysowało na dłoni runy.
- Ten cały Furi jest sprytny, ale Zła się nie ustrzeże.
Uniosło dłoń i wyrecytowało zaklęcie. Okno otwarło się z hukiem, wiatr przywiewał do środka liście, unosił zasłony. Nagle jakiś cień wpadł przez nie i uderzył z całej siły o posadzkę. Furingulu dorobił się nowego surduta, we wściekło czerwonym kolorze. W jego włosach pełno było liści i gałęzi, policzki miał podrapane, dłonie miał ciemne od ziemi. Rozglądał się wokół nieprzytomnym wzrokiem.
Zło wyrysowało na dłoni kolejną runę.
- Technika skuteczna, choć prostacka i nieprzyjemna, zwykle jej nie używam, ale kolega sam się prosił.
Zło przyłożyło dłoń do twarzy Furiego. Ten przez chwilę siedział spokojnie. Ghukanulu czekał, wszystkie mięśnie miał napięte, serce mu waliło. Nic więcej nie mieli, musiało się udać, ale nic się nie działo. Już miał się odezwać, ale wtedy zauważył zmianę. Była tak subtelna, że nic dziwnego, że nie dostrzegł jej od razu. Blask w oczach Furiego zgasł. Tęczówki stały się matowe. Włosy traciły swoją ognistą barwę, kolor blaknął coraz bardziej. Skóra stawała się coraz bardziej popielata, potem czarna, tak, że Furi przypominał bardziej zło, niż demona najniższego kręgu.
Prawdę mówiąc, stawał się dokładnie taki, jak Zło, jak przedłużenie jego ręki. Całe jego ciało stało się bezwładne, po czym wykręciło się, jak wyżymane pranie. Kawałek po kawałku dłoń Zła pochłaniało Furiego, aż nic nie zostało. W końcu oblizało się ze smakiem.
- Załatwione. Do zobaczenia.
Po czym zniknęło, zostawiając po sobie obłok dymu i trzy zniesmaczone demony.
- Czy ono właśnie…?
- Zjadło go?
- No…
Ghukanulu otrząsnął się pierwszy.
- Dobrze chłopaki, najważniejsze teraz to zapomnieć, zapomnieć i jeszcze raz zapomnieć.

* * *

Zapadł zmrok i Ghukanulu udał się na spoczynek. Zmęczony, ale szczęśliwy ułożył się do snu w krajalnicy.
- Jesteśmy bezpieczni kochana - szepnął.
Ghukanulu przytulił się do jej bijącego serca i zasnął. A we śnie słyszał tylko śmiech Pomniejszego Zła i jego słowa „ale tylko na chwilę, tylko na chwilę”.
*Nie mam własnej kultury, więc jem jogurt, aby mieć chociaż kulturę bakterii.*

ODPOWIEDZ