Znamy zdobywcę tytułu Prozy Marca! To Heidenhainstraße 13 pierdoły saskiej. Serdecznie gratulujemy i zachęcamy do lektury!

O drewnianym czołgu, co brzmiał jak metal - TEKST

Opowiadania starsze lub starawe. Takie, których autorzy nie mają już kont na forum, albo takie, których treść na prośbę autora została usunięta, a bo to na konkurs iść miało, a bo co innego.

Komentowanie w tym dziale jest wyłączone.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1449
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: O drewnianym czołgu, co brzmiał jak metal - TEKST

Post autor: Kanterial » 25 maja 2017, 18:12

ja też tylko scenę, tak na rozpędzenie, żeby czołg nie stał :bag:
jak nikt nie pociągnie dalej, to się zbierę i dopiszę też scenkę moskiewską i Clay'ową

Zważywszy na fakt, że prawa fizyki spierdalały przed Błaznem jak seks, którego nie było, choć chciał być, ale wiosna, nie trudno się było domyślić, że trefniś uniknie połączenia z bestią (co niestety nie udało się wcześniej Robertowi wbrew zamysłom autora). Błazen za nic w świecie nie dałby zasłonić swojej twarzy kotem. I to ruskim kotem. Łysym. Używanym. Sprowadzonym pocztą. Dlatego też po krótkiej scenie walki (och, wow, ile tu przemocy, powiedział Auric z podziwem, och, ach, dzięki, krew zawsze była obecna, odpowiedział Admin, och, bredzicie, podsumował Rei z chińskim akcentem) Błazen wytoczył się zza kwiatka cały i zdrowy, nieco tylko odrapany, a zdziczały kocur wylądował obok niego i brzdęknął.
O kurwa - pomyślał Błazen. - On brzdęknął.
- Czy on brzdęknął? - spytał Robert podejrzliwie, dla pewności zwiększając odstęp między sobą a Stefanem i siadając za biurkiem (każdy wie, że biurko oddzielało Wodza Czwartej Rzeszy od wszystkiego, ze strachem, odpowiedzialnością i Rosją włącznie).
- Brzdęknął - potwierdził Zoltan, powstrzymując się przed komentarzem na temat obecności Błazna w czołgu.
- Brzdęk! - Stefan wyprężył się i zaczął łasić do nogi trefnisia, na co ten zareagował natychmiast, łapiąc go za kark i podnosząc.
- Mały złodziej! - wykrzyknął. Nikt nie wiedział, czy strach i panika na jego twarzy były tylko udawane, czy może naprawdę przejął się straconym i pożartym dzwonkiem, ale wszyscy milczeli zgodnie i tylko Miguel naruszał tę nabrzmiałą ciszę, bo nie dostrzegł napięcia. Nie dostrzegł też niezręczności bycia przywiązanym łańcuchem do Wolfa, który próbował ograniczyć kontakt pingwinami i cierpiał katusze, dzieląc myśli pełne miłości z Szynką.
To szczegół, nieważny szczegół - myślał ksiądz uparcie - jakaś pojebana teoria na temat roztrojenia jaźni i tego, że to świnka jest mordercą, nie Adrian. Obym dostał za nią jak najwięcej ciastek.
- Won, cholero! - Błazen z rozpaczą usiłował wepchnąć syczącego Stefana w otwór lufy. - Zaraz cię wystrzelimy z Zoltanem!
- Nie, durniu, dość już...
- WYSTRZELIMY GO JAK ZAJĄCA, NIECH SIĘ ROZWALI NA MILION CZĘŚCI, ŻEBYM MÓGŁ ZNALEŹĆ SWÓJ DZWONEK!
- Nie!
- TAK! NIE KŁÓĆ SIĘ ZE MNĄ - Błazen zapowietrzył się, jakby wraz z nim zapowietrzał się cały Panopticon - BO UŻYJĘ BERŁA!
- W dupę se wsadź to swoje...
- OGNIA!
Buchnęło płomieniem.
Buchnęło we wszystkie strony, buchnęło nagle, głośno i błyskawicznie, jakby ktoś przystawił zapałkę do gazu uciekającego palnikiem kuchenki.
Robert zasłonił się swoim strzelistym, germańskim przedramieniem, Zoltan zacisnął zęby i zmrużył oczy, Błazen wepchnął rękę w lufę aż po pachę, przyduszając Stefana, a Nean, do tej pory milczący z godnością, w magiczny sposób ewakuował się włazem.
- Przepraszam - wymamrotał Miguel. - Przypadkiem. Wszyscy cali?
Wszyscy byli cali, wszyscy poza Wolfem, ale jego akurat miał Miguel głęboko w dupie. Prędzej zostałby kierowcą autobusu w Buenos Aires, niż uwierzył w to, że jego ukochana świnka miała pozostać scalona z tym spierdoleniem ludzkim odzianym w sutannę. Poza tym nawet głaskanie nie wchodziło w grę, bo futerko Szynki było krótkie i przyjemnie szorstkie, ale delikatne, a zarośnięty ryj księdza i cała jego zarośnięta reszta dawała raczej nieprzyjemne odczucie głaskania szczotki do kibla, albo ocierania się o to zjebane coś, co się kręci w myjni i czyści samochód.
Nie żeby Miguel często bywał w myjniach.
W każdym razie Wolf kaszlał i piszczał poparzony, okopciło mu rozpiętą sutannę, zaczadziło pingwiny i ogólnie dymił mu się przód kadłuba, a czołg pachniał przypaloną sierścią.
- Imperet illi Deus! - wystękał.
- Supplices deprecamur! - dokończył kapelan z zawiścią.
- KWIIK!
- Spokój tam! - zagrzmiał Robert, próbując zapanować nad chaosem i odzyskać choć trochę posłuchu, który mu odebrała drewniana sztywność i kot na mordzie. - Zoltan, zabieraj stąd tego pajaca! - Machnął ręką w stronę wygrażającego Błazna i poczekał, aż zrezygnowany mag zaciągnie go ze sobą na zewnątrz. Gdy wkurwione okrzyki i brzdękanie berłem ucichło, Jürgens złożył dłonie w piramidkę.
- Brzdęk. - Stefan zaczął pełznąć w stronę światła, chcąc opuścić lufę na zewnątrz czołgu.
- Posłuchajcie... - głos Roberta był ciężki od ciężaru władzy.
- Kwik.
- Zamknij się wreszcie, Wolfgang.
- To nie ja, to ten warchlak - wycedził kapłan przez zęby, za co prawie natychmiast został dociśnięty do stalowej ściany i zmiażdżony szerokimi, umięśnionymi i niezniszczalnymi plecami Argentyńczyka.
- Oj, potknąłem się, straciłem równowagę - wytłumaczył Miguel szybko. - Miałem wojennego flashbacka.
- Wojennego... chuja... w du... - wycharczał Wolf z policzkiem spłaszczonym na metalu, a potem przestał charczeć i zakwiczał, bo mu zabrakło tlenu.
- Posłuchajcie! Potrzebuję sprawnej, powtarzam, sprawnej jednostki latającej. Niezawodnej. Zabójczej. Wielozadaniowej. A nie chodzącego konfliktu i dynamitu. Jasne? - Robert uderzył dłonią w stół pełen planów oblodzonej Moskwy, a jeden ze szkiców wzleciał w powietrze i majestatycznie pofrunął na ziemię. Przez ułamek sekundy Miguel miał wrażenie, że widzi tam krzywo narysowany pałacyk i nabazgraną ze skillem przedszkolaka sylwetkę w płaszczu, stojącą na balkonie. Sylwetka miała czerwone włosy i dopisek "do budy głupi psie, haha idiota i tak cie zniszcze" ze strzałką. Ale pewnie Miguelowi się wydawało, bo był ślepy.
- Nie będę współpracował z tym mordercą! - oznajmił więc tylko. - On zabił moją przyjaciółkę, wchłonął ją dosłownie i w przenośni, zboczeniec, degenerat, ja bym... Jeszcze mnie mamił tymi historiami o mielonce...
- Durny kretyn - stęknął Wolf.
- Nie przyjmuję waszych zachcianek jako znaczących argumentów, żołnierzu - naprostował Miguela Robert. Zdążył zapomnieć, że Argentyńczyk pomaga mu ze zwykłej dobroci serca i po znajomości, a nie przez zwerbowanie, ale co tam, nieważne, najwyżej doda się gwiazdkę z przypisem albo coś, zawsze jest opcja "edytuj", prawda? - Oto moja wizja. Wy dwaj stworzycie niezastąpioną, niepokonaną jednostkę o nazwie „ROB1DEUTCH”...
Krone zamrugał, a farba, która mu zaschła na klacie, zakryła sutki i posklejała futro, zaczęła nieprzyjemnie swędzieć. Swędziały też niemieckie krzyże wymalowane na bicepsach i numer seryjny jebnięty przez Ryszarda ze złośliwości tuż nad pingwinami.
- ...która będzie posiadała napęd odrzutowy - tu Robert spojrzał na Miguela znacząco - i kuloodporny spód, dzięki czemu będzie odporna na ostrzał z dział przeciwlotniczych...
Lavalier jęknął załamany i było w tym jęku tyle cierpienia, że Szynka (niech ją szlag! właśnie!) szarpnęła Wolfowym korpusem i kazała mu wygiąć się nienaturalnie, żeby w akcie wsparcia przytulić policzek do argentyńskiego ramienia i otrzeć się o nie z miłością.
- Hhyghh! - Jebnęło głośno, gdy Miguel przyjebał w ten policzek łokciem i docisnął z powrotem do ściany.
- Żywię nadzieję, że wasza współpraca będzie udana - zakończył Robert uroczyście. - Daję wam pół dnia do uzyskania pełnej gotowości bojowej. Moskwa sama się nie zdobędzie, a informacje same nie pozbierają. Feliks Ucelli zaoferował pomoc w sprawie, jestem pewny, że może wam załatwić kwestie akustyczne i...
Jak na potwierdzenie z daleka zagrzmiała jebana, czterometrowa harmonijka, którą Feliks od dłuższego czasu próbował wykonać polową wersję Disturbed - "The Sound Of Silence".
Du warst das Abbild der Vollkommenheit

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1769
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: O drewnianym czołgu, co brzmiał jak metal - TEKST

Post autor: Kruffachi » 25 czerwca 2017, 23:13

Rayton Clay siedział jak ten kwiat lotosu na sterylnej podłodze czołgu i kontemplował dochodzące zza jego pleców odgłosy programu z namaczaniem, praniem wstępnym, gotowaniem i potrójnym chlorowaniem. Nie to, żeby akurat coś kręciło się w bębnie. Nie musiało. Wyobraźnia Claya wypełniała bęben kolejnymi nieczystościami, które następnie znikały w morderczym szale detergentów.
Jürgens.
Rolf.
Rajmunda.
Jürgens.
Ragnar.
Jürgens.
Sad…
– Daleko jeszcze do tej Moskwy? Tu jest tak ciasno, duszno i chcę umrzeeeć…!
Sadrin podwójne gotowanie – zarządził w myślach Clay.
– Kochanieńki – zacmokała Rajmunda mięsistymi wargami, które przyprawiały Raytona o dreszcz obrzydzenia. – Przecież ci mówiłam.
– Co?
– Że będziemy, jak dojedziemy.
Czołg pruł dzielnie naprzód, podskakując co jakiś czas na współlokatorach, zbłąkanych parafianach i innych gliwiczanach, a z rury wydechowej wypadały mu mydliny, bo admin nie ogarnął. Za sterami siedział Rolf, który już wysechł, i z zapałem godnym lepszej sprawy układał w głowie rapsiarską wersję „O mój rozmarynie”, którą to zamierzał zaprezentować Wolfowi, gdy tylko znowu się spotkają i pójdą łowić gibkie łanie. Ragnar tym czasem, jak na łowcę przystało, dybał i patrzył przez peryskop. I to on w pewnym momencie zawołał:
– STAAAAAAAAĆ!
No to Rolf stanął.
Pralka wyjebała się na Rajmundę, Rajmunda na Claya, a Clay na ścianę czołgu.
– Kruczarza noga – zaklęła pierwsza.
– MELDUJĘ, ŻE WROGIE SIŁY!!! – ryknął Ragnar nad ich głowami, chwycił procę i nim ktokolwiek zdołał go powstrzymać, wyskoczył na zewnątrz z bojowym okrzykiem.
– Kochanieńki! – zawołała za nim Rajmunda. – Załóż czapkę, bo się przeziębisz!
– Wszyscy zginiemy…! – jęknął Sadrin i pogrążył się w czarnej rozpaczy.

*

– Ech, magiczna noc… – westchnął Miguel, machnął butelką jakiegoś półprocentowego radlerka, prawie trafił sobie w ryj i pociągnął zdrowo, połowę piwa wylewając sobie na koszulkę. A potem jeszcze się zakrztusił.
– Jako ekspert muszę zauważyć, że nie ma w niej niczego magicznego – ocenił rzeczowo siedzący obok Nean. – Gdybyś, chłopcze, choć raz widział Białą Równinę…
Jeszcze godzinę temu Wolf byłby gotów przyznać rację nekromancie, ale rozpacz i jego pchnęła ku środkom zapobiegawczym, więc uruchomił swe tajne kontakty i dyskretnie wciągnął nieco mleka w proszku. I teraz magiczne wydawało mu się wszystko, łącznie ze śpiewającym „Anielski orszak” kapelanem w jego głowie i totalnie naćpaną wieprzowiną, która nie mogła przestać pokwikiwać do rytmu.
– Jutro o tej porze będziemy w Moskwie – cieszył się dalej Argentyńczyk, kompletnie niezrażony rzeczowymi przypisami spod mrocznego kaptura. – Zawsze chciałem zobaczyć Kreml i kupić sobie tę śmieszną wiecie co, co jak się otwiera, to w środku jest mniejsza i potem jeszcze mniejsza, i jeszcze mniejsza, i tak do takiej malutkiej, w której jest jeszcze mniejsza i… – Westchnął w nagłej melancholii. – Jaka szkoda, że Szynka nie zobaczy go ze mną…
– KWIIIIK!
– Mówiłem ci, Wolf, że to nie jest śmieszne!
Nean odchrząknął dyskretnie.
Zostawił rzeźnickie rozważania obu elementom myśliwca, nasłuchując jedynie, czy przypadkiem z ust Wolfa nie pada jego imię. Był co prawda odporny na ogień – płomień nie imał się go na podobieństwo wszelkich słabości charakteru – ale jakoś tak wolał nie ryzykować osmolenia płaszcza.
– Musimy być silnego ducha, gdy staniemy naprzeciw zimnu – rzucił bez sensu, tylko po to właściwie, żeby zmienić temat. – Mówię wam, najważniejsze, to nie dać się złamać i pamiętać, że wszystko to tylko chwilowe niedogodności. Nie rozmawialibyśmy, gdybym stracił ducha, siedząc w ciemnej celi.
– Też siedziałem w celi! – ucieszył się ponownie Miguel i machnął butelką, tym razem trafiając w ryj dużo skuteczniej, tyle że nie w swój.
– Było ciemno, i zimno, i chorowałem od leżenia na cienkim sienniku, dręczyły mnie majaki, ale ani przez moment…
– Ej, a ja miałem karalucha! Nazywał się Pedro!
– …choć przychodzili szydzić ze mnie cesarscy synowie, a Żira milkła w mojej głowie…
– Masz jakieś fajne dziary, Nean?
– …nie wątpiłem, że to chwilowe niedogodności i kiedyś odbiorę zapłatę za to, co mi zrobiono.
– Bo ja mam! Admin płakał, jak rysował!
– Aż nadszedł dzień i rzuciłem klątwę na najbardziej irytującego z nich. I nigdy nie dałem się złamać.
– A. Och. Ojej – Miguel wyglądał, jakby się trochę speszył.
Wolf sfejspalmowałby, ale nie pozwalała mu na to kosmiczna próżnia.
– Trochę straciłeś – dodał jeszcze Argentyńczyk z autentycznym współczuciem. – Człowiek jest potem świrem i ma jazdy jak stąd do Neptuna.
– Neptun po prawej – wskazał usłużnie Krone. – A po lewej… Ożkurwamaćtobrokatowymotyl.
Elwirka przetoczyła się po kosmosach, wyciągnęła środkowy palec, smarknęła i zniknęła.
– Ktoś, kto przeżył kontakt z Białą Równiną, nie daje się złamać łatwo – odparł Nean z godnością.
– Się nie zesraj z tą Białą Równiną – odfuknął Wolf, trochę zły, że mu spierdolił ciekawy obiekt kosmiczny, a raczej plecak z M&M-sami na dnie.
– A to jest akurat dość ciekawy aspekt przebywania…
– Też srałem na mrozie! – Miguel trzeci już raz wybuchł tęczowym entuzjazmem.
– …w skrajnych warunkach. Wymaga to opracowania specjalnej techniki…
– No! – zarechotał Lavalier. – I jakie trzeba mieć, kurwa, tempo!
Po kosmosach przegalopowały nieco zażenowane białe owce z czarnych bokserek.
– …i wsparcia potężnej magii.
– Dwa zero dla mrocznego ultradojebuna nekromancji…
– Tę mam we krwi. Moja matka władała płomieniem i modlono się do niej.
– …trzy zero. Jestem martwy w samo serce.

*

Wrogie siły dreptały przed czołgiem w tę i z potworem, w tę i z powrotem i znów w tę i z powrotem, a Ragnar wodził za nimi wzrokiem, stojąc z procą w ręce i na wpół otwartymi ustami.
– Aaa-Ziuuum! Aaa-Ziuuum! – nadawał rytm najwyższy z elfów, zamiatając ścieżkę.
Pozostałe elfy człapały wokół, a każdy trzymał w dłoniach świeczkę zapachową. Łowca odchrząknął, usiłując zwrócić na siebie ich uwagę, ale nie przyniosło to spodziewanego efektu.
Na szczęście czy nie zza jego pleców już wyłaniał się Clay w towarzystwie blondwłowsej walkirii, pierdoły Sadrina i pralki. Za nimi pełzł Rolf i błagał, żeby go odkleić od sufitu, bo Wolf go potrzebuje i znowu zaplątał się w sutannę, więc on – Rolf – musi przyodziać dres i osiodłać Anę i ruszyć na pomoc.
– Do cholery! – wkurzył się Rayton. – Co tam znowu!
– Nie jestem pewien – przyznał łowca, mierząc elfy z ukosa.
– Och! – zmartwiła się Rajmunda. – Biedne dzieci z lasu!
– Do chloru z nimi – warknął zirytowany Clay.
– Raytonie, powściągnij się!
– Jak biedne, to nie mają na mydło i są brudne. Nie będę z nimi rozmawiał.
Elfy mniej więcej synchronicznie wykonały podskok w prawo, a potem podskok w lewo.
– A tak w ogóle to nie możemy pojechać bokiem? – jęknął Sadrin, ale nikt go nie słuchał, więc westchnął ciężko nad swoim losem.

*

Myśliwiec – ku zaskoczeniu wszystkich, w tym samego myśliwca – wzbił się na wysokość miliarda, a potem pomknął przed siebie na skrzydłach łabędzia i desperacji.
Byle dalej od tych pojebów, myślał Wolf, wkładając w lot całe serce i chwilowo ignorując fakt, że jeszcze jednego pojeba ma przytwierdzonego do siebie łańcuchem. I na pozbycie się tego balastu przyjdzie w końcu pora, a tymczasem ogrzewane powietrze całkiem się przydawało, choć towarzyszący płomieniom dziki rechot mógł nieco niepokoić.
– A wiesz, co będzie jak spadniemy? – zachichotał Argentyniec i płonienie nagle zgasły.
KUUUURWAAAAA…! – zawył Wolf, kiedy zaczęli pikować, ale tylko wewnętrznie, bo pęd wepchnął mu okrzyk z powrotem do gardła, a nawet dalej.
Szczęśliwie napęd wrócił, powietrze pod skrzydłami się ogrzało i wyrównali lot.
– Zabiję cię! – warknął Karone, ale w odpowiedzi usłyszał śmiech.
– Doprawdy, świniobójco.

– Uwaga! Pod nami granica Moskwy!
– Ratatatatatatata! – odpowiedziała granica.
Myśliwcem szarpnęło i zatrzęsło, przechylił się na lewe skrzydło.
– Halo! Kotłownia! – jęknął rozpaczliwie Krone. – Nie spać tam!
Miguel dopalił.
– KWIIIIIK!!!
A jednak nadal znosiło ich w lewo.
I wówczas do Wolfa dotarło.
– O NIE!
– Co: NIE? – zaniepokoił się Miguel.
– Oberwałem!
– Kurwa, gdzie?!
– Nadszarpnęło mi reputację! Jak ja mam teraz żyć?!
– Ale że w jaja? – Argentyńczyk prychnął. – Musiałbyś je najpierw mieć! A poza tym – kontynuował, nie zważając, że pali sobie błyskotliwą pointę – ciągle mi się wżynają w lędźwie.
– Nie w jaja! W MOJE NAJKI! – zawył Wolf. – MÓJ LEWY NAJK JEST RANNY!
– Trzymaj kurs!
– Ale mój Najk!
– Ale kurs!
– Jezu, jebniemy!

*

Jurij już z daleka słyszał ostrzał rozpoczęty przez oddział wytresowanych przez Borysa kotów. Przerwał zatem ćwiczenia z kamuflażu na śniegu, zakasał białą kiecę i udał na stanowisko. A więc stało się. Zdrajca Rayton Clay, ten żałosny zamiatacz Rosji, postanowił uderzyć na Moskwę. A proszę bardzo. Niech się zesra na koperkowo.
Sabaka wyszczerzył się okrutnie i przyjął pozycję bojową typu słowiański przykuc. Siorbnął kompotu, przeżuł i wypluł pestkę z wiśni z takim impetem, że powaliła okoliczną brzozę. Był gotów zmierzyć się ze wszystkim, co rzuci na niego Clay chociażby gołymi rękoma i w sukni ślubnej.
No, myślał, że jest gotów.
Bo w tedy niebo zapłonęło i stały się rzeczy straszne.

*

To nie było pojedyncze jebnięcie. To była cała seria jebnięć – jak kaczka na wodzie, tyle że łabędź na śniegu. Aż wreszcie Wolf miał śnieg wszędzie – w zębach, oczach i uszach, i nawet w bokserkach. Choć głównie w śniegu to miał Miguela.
– Humpffff!!! – dobiegło z zaspy.
Krone chciał zakrzyknąć tryumfalnie i zauważyć, że kto tu mówił, że nie może zginąć przy lądowaniu, ale prawda była taka, że został wytrząchany, wyrżnięty i chyba osmolony, i nie do końca ogarniał, to znaczy nie ogarniał wcale, a nawet ogarniał na minus sto i miał minę jak karp na LSD albo Kanterial po wyprawie do Żabki.
– HUMPFFF!!! – zarządził Argentyńczyk znacznie bardziej kategorycznie i całym myśliwcem znowu zatrzęsło.
A potem coś kliknęło.
Wolf myślał w pierwszej chwili, że to jego krzyż. Ale nie – gdy podniósł głowę zobaczył ciemne wnętrze lufy kałasznikowa.
– O, kurwa… – stęknął na wydechu.
– Nie ruszaj się, gnoju – syknęło z rosyjskim akcentem. – It iz jor djuti.
Ale Wolf się poruszył – to znaczy nie do końca on, a bardziej jego podwozie – i lufa ostrzegawczo dotknęła czoła, czy raczej wbiła się w nie bezceremonialnie, zmuszając szyję Kronego do potwornej ekwilibrystyki, aż poczuł potylicę na plecach.
Już, już był przekonany, że szponiasty palec rudzielca, który musiał być tym całym Sabaką, choć z sobie tylko wiadomych względów ubranym w suknię ślubną, naciśnie spust, kiedy ze śniegu pod nim – no, już nie śniegu, bo się roztopił w kontakcie z latynoskim gorącem – wypełzła ta argentyńska pedalska abominacja.
– Wolf, ja się tak… Oż, w mordę… To znaczy… OCH. Wolf…?
Sabaka odskoczył, wyraźnie zaskoczony podwójną naturą myśliwca, i lufa zjechała niżej, a potem wystrzeliło. Kula odbiła się od czoła Miguela i zrykoszetowała gdzieś w siną dal, czego chyba nawet nie zauważył, klęcząc przed Rosjaninem z bardzo głupią miną. Wolf, jak na wsparcie duchowe przystało, wykorzystał sytuację i zaczął wycofywać się na tyle dyskretnie, na ile pozwalały mu czterometrowe skrzydła i świnka wyraźnie wyczuwająca kłopoty.
Miguel tymczasem doznawał porażenia pięknem. Oto stała przed nim najwspanialsza istota, jaką w życiu widział. Biały materiał sukni tańczył wokół gibkiego ciała, a włosy powiewały na wietrze podobne do płomieni. Rysów co prawda za dobrze nie widział, bo był ślepy, chociaż nie był, ale alabastrowa cera nie pozostawiała wątpliwości – miał przed sobą najcudowniejszą kobietę Rosji, a pewnie też całego świata.
Kobietę swojego życia.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Prophet
Straż! Straż!
Posty: 150
Rejestracja: 28 czerwca 2013, 18:30
Lokalizacja: Wrocław

Re: O drewnianym czołgu, co brzmiał jak metal - TEKST

Post autor: Prophet » 14 lipca 2017, 21:23

*tymczasem, gdzieś na Wypizdowie Większym*


W malowniczych górach zachodniego skraju Mateczki Rosiji, na brzegu lodowato zimnego strumienia... zalęgły się ryby. Nie były to ryby zwykłe, lecz świeżo ofiletowane.
Pewien wkład w powstanie gatunku miał niejaki Rei, stojący pośrodku strumienia z kataną. Miał, gdyż aktualnie schował ostrze i przyglądał się swojemu towarzyszowi. Towarzysz zaś, z godną podziwu zaciętością ćwiczył się w sztuce łowienia ryb bez wędki.
- Nie, nie tak. Musisz uwzględnić rybę - poinstruował cierpliwie.
Kij z tym, że Kaiowi było daleko do uwzględnienia jakiejkolwiek ryby skoro zapomniał uwzględniać załamanie obrazu w tafli wody i właśnie snuł plany polowania na niedźwiedzie, bo w nie łatwej trafić (albo słonie, słonie byłyby dobre!).
- On nie da rady - mruknął Hiwatari, tnąc wodę. Woda, ignorantka, pozostała w jednym kawałku. Właśnie otrzymał niepokojący przekaz myślowy od jednej z bestii.
- Nie machaj jak idiota. Że niby kto?
- Iwanow. Jest w dupie. I nie macham jak idiota.
- Dał radę do tej pory, to i da radę teraz. Trochę wiary w swoich towarzyszy. I, machasz. pracuj łokciami, a nie nadgarstkami.
- Mówię ci, zginie marnie, na proch w płomieniach. Że niby czym mam kurna pracować?!
- Łokciami. Miguel przecież jest w Hiszpanii.
- No chyba jednak nie. Wolborg ma inne dane. - Pchnął wodę. Coś szarpnęło ostrzem, więc Kai szarpnął nim także.
I oto oczom zebranych ukazała się pierwsza w historii ryba upolowana przez ruska stylem japońskim, którego uczył chińczyk. Mister Worldwide, kurna nieopierzona chata.
- Nareszcie! - Rei odetchnął z ulgą. Nareszcie mógł wygramolić się na brzeg i udawać, że wcale nie odmroził sobie drugiej nogi. - Daj spokój, on prędzej zabije sam siebie niż Sabakę.
- ...
- Co?
- Nie tego powinniśmy się obawiać.
- Kurwa.
Obrazek

Wieczornych snów mary powiewne, dziewicze
Na próżno czekały na słońca oblicze...
W dal poszły przez chmurną pustynię piaszczystą,
W dal ciemną, bezkresną, w dal szarą i mglistą...

KLIK

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1449
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: O drewnianym czołgu, co brzmiał jak metal - TEKST

Post autor: Kanterial » 13 sierpnia 2017, 21:22


To było jasne jak włosy Stojkego. Od razu się domyślił. Od razu wiedział - wystarczyło, że wywlekli go z czołgu.
Dwie sekundy kontaktu wzrokowego z szefem elfów dopełniły w głowie Rolfa porażającego obrazu, tak jak kiedyś tamten diler z Dortmundu dopełnił mu pięć gramów zielnego dwoma gramami mchu, bo okazał się być Dyerem, choć to nie był Dyer, bo Rolf nie znał Dyera, ale opowieść Ragnara z pralki wyraźnie dawała do zrozumienia, że koleś handlował mchem, a jeśli handlował, to miał kontakty, tak jak pralka miała kontakt do gniazdka, a Ragnar procę do strzelania, stąd kontakt Dyera musiał znajdować się w lesie, a elfy musiały być tym kontaktem, jak Dyer był gniazdkiem i jednocześnie towarzyszem broni Ragnara, a więc i Rolfa, a więc i Wolfa i Jürgensa, a skoro elfy współpracowały z Dyerem, a Dyer współpracował z Ragnarem i Rolfem, a Rolf z Wolfem i Jürgensem, to znaczy, że Jürgens i Wolf współpracowali z Raytonem Clayem, bo Rolf i Ragnar też współpracowali z Clayem, a współpracowali też z Wolfem i Jürgensem i Dyerem, co oznaczało, że Dyer współpracuje z elfami, a Clay z Dyerem, a więc elfy współpracują z Clayem.
Rolfowi zagotował się mózg. Zerknął w lewo, a tam stała Rajmunda, a Rajmunda była kobietą i ten wniosek totalnie przegrzał Stojkemu obwody. Raper zemdlał i osunął się na zamiecioną szosę w akompaniamencie barokowej muzyczki z elfiego głośnika.
- Nie wiadomo, z kim współpracują - ocenił Sadrin głośno, przerywając zaciętą kłótnię Rajmundy i coraz bardziej rozgniewanego Raytona. - Nie możemy prać oddziałów wroga...
Fakt - pomyślał Clay - szkoda chloru i mydła na przeciwników.
Chlor i mydło, to było jedyne, co miał do zaoferowania swoim sojusznikom.
- Racja - przyznał więc niechętnie.
- No to ich omińmy! Mały łuk, gaz do dechy i będą sobie zamiatać za nami! - jęczał Sadrin irytująco, dla zwiększenia dramatycznego efektu wskazując na elfy szerokim gestem. Te tupnęły papciami o ziemię (pac), kicnęły asynchronicznie (hop), po czym trzymając się za ręce wykonały coś na kształt ukłonu, choć bardziej wyglądało to na grupową kontuzję kolana (dyg). Gdzieś daleko ktoś zrobił chrumk i dab i przestał być adminem, i przyszedł czas, i nastał lepszy admin jak w mordę strzelił (pucz monachijski 2017) który nie robił fopa na każdym kroku i było w jego pisaniu życie.
- Odwrót! - zarządził Clay stanowczo. - Wracać do czołgu! Manewr wymijający, wykonać!
Wszyscy zrobili odwrót do czołgu, wszyscy poza Rolfem, który wypełzł wcześniej jako ostatni i zdołał stracić przytomność w najmniej widocznym miejscu między gąsienicami.
Kiedy ocknął się, myląc warkot silnika z poranną audycją WDR Radio, Leopard akurat znikał między drzewami na ścieżce pięćset metrów dalej.
I zanim do Rolfa dotarło, że został sam tuż przed rosyjską granicą, bez łączności, środków do życia, jarania i bananów, jakaś elfia kobieta zaczęła piszczeć ze strachu. Piszczała przeraźliwie, zaraz dołączyła do niej reszta, nawet szef elfów (szacun, stary, pomyślał Rolf raperską częścią mózgu, tyle loszek i ty jeden, szapoba) zląkł się i oniemiał, a powodem tego, jak się okazało, był potworny widok nadciągającej śmierci - stado wygłodniałych lisów, z zabójczą prędkością szarżujących na bezbronne taneczne zgrupowanie.
Posypały się doklejane uszy, trzasnęło kilka obcisłych sukienek, zgubił się sandał i elfy już spierdalały do lasu.
A Stojke spierdalał w przeciwną stronę.
Kurwa, nie mogę - myślał zrozpaczony - te małe bestie rozszarpią mnie na kawałki, zapałki, zawsze chciałem mieć takiego małego puchatego liska z reklamy Foxy, tamtą lisiczkę, ale miałem tylko tego chuja Wolfika, gdyby tu był mój kot, moja Ana, kochana, oddana, ona by im pogoniła lisa, ja pierdolę, muszę się z nią skontaktować, z nią albo z niemiecką armią, niemiecka armia ZAWSZE RATOWAŁA LUDZI W POTRZEBIE.
Rozpłakał się, biegnąc, a gang ujadających, puchatych lisków wielkości jego stopy nakurwiał tuż za nim epicką pogoń. Stojke mógłby przysiąc, że gdy obrócił się przez ramię, zobaczył formację bojową Breitkeil. Największy lisek pokazał mu fakasa.
...iiii wszystkie liski udają samoloty, wzzzziiiiąąą... ...tak to wygląda, proszę państwa...
- Mały skurwylis! Nie dostaniecie mnie! - Rolf zawziął się i postanowił, że nigdy nie zostanie złapany, tak samo jak morderca Adrian i jego jaki. - Jak tylko znajdę jakąś wieś, jakiś dom, użyję mikrofalówki i...
...i wtedy zrozumiał, że atak zarówno elfów, jak i lisów, był doskonale przemyślanym manewrem taktycznym Elronda, a jeśli nie Elronda, to przynajmniej Jürgensa. Tak! To oczywiste! Niemiecka armia chciała go odbić z rąk nieprzyjaciół, był przecież szpiegiem i tłumaczem, cennym zakładnikiem i kolaborantem, a takich ratuje się w pierwszej kolejności!
Już dwa dni temu coś mu nie grało, coś było nie tak. Ta cholerna mikrofalówka, którą Clay miał w czołgu razem z pralką, suszarką i żelazkiem. Tak. Ona. Ciągle do Rolfa mówiła. I nikt mu nie wierzył. Nikt się nie przejął. Nikt nie zareagował, kiedy Stojke oznajmił, że wydano mu przez nią polecenie oddalenia się, co odebrał jako osobistą urazę i ciężko przeżył w samotności podwójnego wirowania. Być może nie wierzono mu, bo mówił też, że pralka to Saturn V, a Rajmunda to Gagarin, ale do jasnej cholery, był Niemcem, a Niemcy nie kłamią, nawet Jürgens tak pisał w liście do Raytona. Sam Rayton to był kłamliwy krętacz i psotnik, Rolf od razu o tym wiedział, bo rzeczy takie jak klej na plastrach do depilacji nie pojawiają się przypadkiem (nawiasem mówiąc nadal bolał go ryj, a jeden z plastrów zachował, żeby go przykleić Wolfowi pod pępkiem). W każdym razie Niemcy nadchodzili, mikrofalówka naprawdę mówiła (choć nieco szorstko i ze szkockim akcentem) a Stojke najwyraźniej po raz pierwszy od trzech lat był zupełnie niezjarany, co, jak sądził, mogło przyśpieszyć tę całą pojebaną akcję ratowniczą.
Nie żeby nie był wdzięczny, bo był, ale w sztafecie nigdy nie biegał zbyt dobrze, a przez płotki przechodził dołem, pełzając, więc bał się, że lisy kiedyś go dogonią.
Całe szczęście gdzieś na horyzoncie zamajaczył dach budynku.
Wystarczyło dostać się do środka, wezwać pomoc na mikro-falach i poczekać na samolot rodaków.



- Niestety...
- Co niestety?
- Niestety ZAMKNIJ MORDĘ BO JA MÓWIĘ - wybuchnął Nadworny Malarz IV Rzeszy Niemieckiej, co Błazen przyjął z ogromną trwogą i przejęciem (brzdęknął).
- Niestety - zaczął Ryszard raz jeszcze - nie mamy nadal wieści od jednostki specjalnej ROBDEUTCH1, co w obecnej sytuacji niszczy większość naszych planów i obniża nadzieje na zwycięstwo. Pragnę jednak zaznaczyć, że wraz ze startem wspomnianego myśliwca nasze szeregi odzyskały nieco stabilności psychicznej i nadziei na to, że wystarczy im jedzenia na okres trudnej ofensywy. Ten właśnie fakt, niezaprzeczalnie pozytywny, powinien towarzyszyć naszym rozmyślaniom o niepożałowanej stracie, jaką byłaby śmierć naszych dzielnych kompanów, którzy bez wahania zgodzili się przekroczyć linię obrony wroga, by...
- ...by kilometr później zawrócić i polecieć na Lesbos - mamrotał Tkaczuk pod nosem - spedalona argentyńska lufthansa, matka się dowie i stąd też mnie wyrzucą, gdzie ja skończę edukację, kuźwa, może mnie zatrudnią w prosektorium? Do CV dodam rysunek jeża, jebnę parę zaklęć, wybuch tu, wybuch tam, choć w sumie może nadaję się na żołnierza, może bym mógł jak w Hiroszmie pieprznąć, gdyby mi dali większy kociołek... - Dawno już przestał słuchać Ryszarda i wyłączył się z kolejnej sesji "zajęć z kołczem", którą Jürgens zarządził załamany stanem armii.
Należało jednak przyznać, że motywujące przemówienia malarza nie przechodziły zupełnie bez echa, dzięki czemu klucz Leopardów w miarę sprawnie pokonywał kolejne kilometry. Już od dwóch dni, a więc od kiedy wysłano zwiad.
To były trudne dwa dni.
To był test niemieckiej woli Jürgensa.
Aż w końcu, trzeciego dnia zmartwychwstał dotarli do Witebska. I niewiele zostało drogi, by wkroczyć do Rosji, gdzie widmo Moskwy stawało się wszechobecne. Robert miał nadzieję, że Rayton Clay nie wyprzedzi go i nie zawiąże trwałego sojuszu z Rosjanami, ale nadzieje te były płonne, płonne jak mosty, po których przechadzał się Zoltan i równie rzeczywiste, co czołg Ucellego niewykrywalny.
Ucelli, swoją drogą, jako jedyny bawił się doskonale, przodując jadącej kolumnie, bowiem niemrawe zrywy wiatru w kostkach (tak bardzo irytujące resztę armii) od czasu do czasu zatykały mu grzebienie w harmonijkach i zmieniały tonację Niewykrywalnego.
- Do stu beczek prochu! - zaklął w zachwycie pierwszego dnia. - Teraz brzmi jak syrena!
Nikt nie wiedział, o jaką syrenę chodzi, a skromnym zdaniem Roberta chodziło prędzej o jakiś jebany dziesięciometrowy czajnik, ale nikt też nie kłócił się z kapitanem, więc sprawa, mówiąc potocznie, uchichła.
- Teraz hałasuje nawet gdy stoimy w miejscu - żalił się Zoltan. Siedział przy wodzu IV Rzeszy i zaniepokojony rozglądał się po okolicy. - Ten wiatr... Czuć w nim magię. Rozmawiałem z Neanem. Nie wiemy, czego się spodziewać na Białej Równinie, Moskwa może nas powitać czymś więcej niż siłą ognia...
- Siła ognia - powtórzył Jürgens w zadumie.
Mógłby mieć lepszą siłę ognia, tymczasem jedyna siła ognia, jaką miał, połączyła się i zniknęła wraz z siłą duchową i najprawdopodobniej dawno już została zestrzelona jakimś ruskim działem rozmiaru XXL, bo wiadomo, że inne działo nie dałoby sobie z nią rady.
- Wodzu, melduję, że moja motywująca przemowa przyniosła zadowalające rezultaty - wyrecytował Rysiek, wdrapując się na czarnego Leoparda.
- Zadowalające rezultaty - powtórzył Jürgens w zadumie.
Zadumę miał wypisaną na czole jak wszyscy poza niektórymi, gdy ktoś wracał z Żabki.
- Dobrze, że hałasuje, Zoltan - Göring-Meyer zwrócił się do maga - jeśli jednak mają zamiar wrócić, przynajmniej nie będzie problemu ze znalezieniem nas...
- Tak. To na pewno - warknął Zoltan z niesmakiem.


dzień wcześniej

To nie było największe marzenie Kronego. Miał, ogólnie, niewiele marzeń, jedno czy dwa, może cztery, w porywach siedem, ale to były proste marzenia, proste jak lufa czołgu, tanie jak Nutella, naiwne jak pięciolatek i niewinne jak sam Wolf. A nie. Takie o.
No bo czy prosił się, żeby mieć te durne skrzydła? Żeby mieć jakąś świnię w mózgu?
- Kwik...
- Och, no dobrze, moja droga, nie chodzi o ciebie...
Żeby umieć latać i polecieć właśnie tu, pod Moskwę? Z tym niestabilnym gościem z więzienia?
- KWIK.
- Przecież wiesz, że go lubię, tak tylko narzekam...
Nie. Nie tak miało być. Miał być kapelanem - bezpiecznym, najedzonym i siedzącym w czołgu, podczas gdy inni mogli tam sobie robić co chcieli, oddawać życie i tak dalej. Pomagałby im, udzielał ostatniego namaszczenia.
Jürgens obiecał, że będzie fajnie.
Nie było fajnie.
Nie było, kurwa, fajnie.
- Kwik!
- Cicho, myślę.
- KWIK-KWIK!
- Cholera jasna, jestem zajęty! Jak ja będę z tobą pisał kazania, dobry Panie, jak mi zaczniesz kwiczeć na ambonie, co ja zrobię...
Świnka wpadła w szał i zaczęła chrumkać tak dziko, że Wolf po krótkiej chwili też wpadł w szał, a jak byli w szale obydwoje, to zaczęło się prawdziwe piekło. Tajga nie pomagała. Najki grzęzły w śniegu, skrzydła haczyły o iglaki, jakiś facet stał obok i przeładowywał cekaem, koty miauczały, coś jakby...
Coś... chyba...
- Руки Вверх! Stać! - zagrzmiało. Dosłownie zagrzmiało, a chmury skłębiły się nagle i wypełniły niebo grafitem.
Wolf miał odpowiednią reakcję we krwi, więc uniósł ręce, uniósł skrzydła, zamknął ryj i zapadł się w śnieg po pas.
Wbrew wszelkim prawom natury i badaniom naukowców, pingwiny nie były z tego powodu szczęśliwe.
Z opóźnieniem stwierdził, że Szynka próbowała ostrzec go przed niebezpieczeństwem, ale nie było czasu na przepraszanie i czułości, zwłaszcza że przerażający Rosjanin rozkazał coś swoim kotom, a sam zaczął podchodzić do Wolfa (z Typem 56 wycelowanym w jego czoło).
Krone w przerażeniu połączył wszystkie fakty: od wyglądu wroga (który przypominał podstarzałego punka o grzywie w kolorze stali, zaczynającego dzień od tysiąca pompek i dziesięciu okrążeń wokół lasu), poprzez jego minę ("Zdechniesz, haraszo!"), towarzyszące warunki atmosferyczne (wiatr zdawał się kroić w kostki, w oddali jebało gradem) i własne położenie (#opadające_), po czym zebrał się w sobie i z całą mocą swojego wieloletniego doświadczenia, dziedzictwem historycznym, sprytem, wiarą, płomieniem i niemiecką wolą Jürgensa, wziął był i przypomniał sobie podstawy Rosyjskiego, które opanował jeszcze w seminarium:
- Хочешь поплавать со мной?
Wiatr ucichł.
Typ 56 drgnął.
- Мороженое? Печенье? - próbował Wolf dalej.
Cisza.
Świnka zrobiła facehoofa, wiatr zrobił "Whoooh Whoooh! ANDEYO!", a pingwiny zrobiły dab.
- Наркотики? - dojebał ksiądz. - Nie strzelaj! Wszystko powiem, jestem swój, сука Блять!
- Idioto! Oflagowali cię!
- Boże, umrę taki niewyjściowy, w samych gaciach, nawet się, kurwa, nie uczesałem, wyglądam jak Czterej Pancerni na wietrze...
- Kwiiiiiiiiiiiiiik!
Wolf zacisnął powieki i czekał na śmierć. Ale śmierć nie nadchodziła.
Gdy odważył się otworzyć jedno oko, ujrzał tuż przed swoim ryjem otwartą dłoń w grubej rękawicy.
- Borys Kuzniecow - przedstawił się Rosjanin.


też dzień wcześniej

- Pójdziesz ze mną - warknął Jurij groźnie. Na tyle groźnie, na ile mu pozwalał szok wymalowany na mordzie. Nie miał, co prawda, mimiki bogatej jak Plac Czerwony w Moskwie (bardziej prędzej mu było bliżej do ducha monumentalizmu i ogórka), ale kula odbijająca się od czoła opalonego blondyna w środku Rosji, i to blondyna, który wcześniej spadł z nieba, podczepiony do faceta ze skrzydłami, to nie było coś, co Ivanow widywał codziennie.
- Pójdę - sapnął ewenement - pójdę za tobą wszędzie! Na koniec świata!
Oho, pomyślał Jurij, znaczy jebnięty.
Jednocześnie nie zdołał pomyśleć o tym, że sam oczekiwał ataku kucając pod drzewem w sukni ślubnej, z dwoma paczkami słonecznika wetkniętymi w niewypełnioną niczym przestrzeń między swoją piersią a usztywnieniem na biust.
Kurwa, jakie praktyczne - cieszył się jeszcze pół godziny temu, sięgając po ziarenka.
Wiedział, że obiekt, z którym miał do czynienia, odziany w granatowe pumpy, uśmiechnięty w kretyński sposób i świecący białymi zębami na tle ciemnej karnacji, nie może być tylko przypadkowym pomyleńcem, który wylądował pod Moskwą. Tamten drugi (który niestety zwiał, korzystając z chwilowego oszołomienia Sabaki) z całą pewnością miał coś wspólnego z obozem wroga, bo wysmarował sobie na ciele szwabskie hasła i dorysował krzyżyki.
Ale ten...
Jurij spojrzał w niebieskie oczy.
...ten był jakiś inny. Może Szwab porwał go jako zakładnika? A może ta niby-niewinna morda miała tylko wzbudzać mylące uczucia i usypiać koncentrację przeciwnika! Tak! Na pewno tak!
NA PEWNO TAK - potwierdziła Wolborg.
Ale jednak to rozmydlone, rozmazane spojrzenie... Ta błogość na latynoskiej facjacie...
Nie! To tylko pozory!
Jurij zacisnął zęby z taką siłą, że trochę za bardzo i coś mu gdzieś pękło (szkliwo na trójce? nie, moment, tę już złamałem, mogli mi wstawić metalowe...).
- Przestań ze mną pogrywać! - wydarł się wściekły. - Nie gap się tak! W ziemię patrz!
Obiekt, choć zdawało się to niemożliwe, rozciągnął swój bezbłędny, otumaniony uśmiech jeszcze szerzej, pochylił głowę, docisnął brodę do mostka i czekał tak, a śnieg topniał dookoła w coraz bardziej niepokojącym tempie.
- To twoja robota? - Jurij cofnął się o krok, nie tracąc czujności i nie rozluźniając uchwytu na broni. Temperatura powyżej minus dziesięciu ścinała mu mózg i rozmrażała wilczycę. - Lepiej przestań. Przestań!
No więc tamten przestał.
- Wstawaj. Pokaż się, obróć się, nie masz broni? A tam co masz? NIE UŚMIECHAJ SIĘ TAK! - wkurw Jurija sięgał granic, a cała Rosja wiedziała, że poziom jego wkurwu, mierzony jedyną odpowiednią skalą, wynosił odpowiednio:
1 - wkurwiony, 2 - wkurwiony w chuj, 3 - furia smoka dzika foka. Wskazówka miernika niechybnie przesuwała się ku dzikiej foce. - Mówię, nie ciesz ryja! Myślisz, że to są żarty?! AJ MAST PROTEKT MADERLAND, PAJACU, JAZDA NAPRZÓD! Już!

No więc tamten ruszył naprzód. To znaczy - do Moskwy (nie żeby robił to pierwszy raz).
I poszli.
Miguel Lavalier (zupełnie incognito i en amor), otępiały i fantazjujący o charyzmatycznej Rosjance (ach! gdybyś ją widziała, Szynko! To taka trochę chłopczyca, trochę taka ostra, ale ja lubię, mi nie przeszkadza, ach, maldita sea, mogłem się ogolić, co za niesprzyjające okoliczności, uhm, coś mi się tu pali, a nie, to ja, ja!), oraz Jurij, wściekły, zdezorientowany i, co chyba najbardziej go wpieniało, lekko zaniepokojony.

#

- Dokąd zmierzamy? Gdzie prowadzi nas...
- Pysk! - uciął Jurij głośno. Po dwóch godzinach napiętego marszu stracił zupełnie zamysł działania, a opalone, szerokie plecy z przodu, co pewien czas podskakujące (gdy jeniec zbytnio się rozkręcał, zaczynał nucić i machał pirueciki, poklaskując jak przy fado) zaczynały wręcz napawać go przerażeniem.
Próbował dialogu. A dialog nie miał sensu.
Koleś gadał od rzeczy o jakimś przeznaczeniu, jakimś piekle, w którym miał być, zanim się spotkali, w ogóle odbiegał od tematu wojny i niewiele brakowało, by ciągnęła się za nim smuga brokatu i małych serduszek z facebooka.
Dlatego Sabaka postanowił, że przesłuchiwaniem go zajmie się Borys. Borys na pewno był już w Moskwie i czekał zdenerwowany na towarzysza.
Tak, tak będzie najlepiej, Kuzniecow pomęczy idiotę, wyciągnie cenne informacje, a...
...ale jak, nie, zaraz, jakie tortury, przecież ten pomyleniec był zupełnie nieszkodliwy.
Co z tobą, Jura - syczała Wolborg co pół kilometra. - Nie wkręcaj sobie, że ten lej po bombie to nadal twoje sumienie, nie dawaj się wciągnąć w jego gierki! To wróg!
- Tu estás livre e eu estou livre, e há uma noite para passaaaaar!
- Cicho tam! - ryknął Jurij na całe gardło.
- Vem que o amor, não é o tempo, nem é o tempooo!
- DOŚĆ!
Niebo przecięła seria z kałasznikowa. Ostrzegawcza seria puszczona w kosmos, ale jednak kończąca wszelkie dyskusje.
Latynos zassał powietrze i zatkał się jak odkurzacz, którym ktoś przypadkiem wciągnie zbyt dużo koca lub firanki. Obrócił się raz. Tylko raz. W jego spojrzeniu dostrzegł Jurij urazę i ból. Tak wielkie były to emocje i tak szczere, że monumentalny ogórek, który Sabaka miał zamiast serca, drgnął odrobinę. Zakłuło go w piersi.
- No. Bo nie będziesz mi tu wył, nie lubię śpiewania, jasne - burknął.
Nie pomogło.
- Już. Się nie obruszaj.
Też nie pomogło.
- Nie mówiłem ci, gdzie idziemy, a pytałeś. No to ci powiem - zaoferował Jurij przez zęby, ledwo panując nad autocenzurą. - Idziemy do Moskwy.
Tęczowy pomyleniec obejrzał się wreszcie i tym razem na jego twarzy malował się strach.
- Po co do Moskwy? - zapytał.
Ivanow otworzył usta, a potem je zamknął i zachmurzył się na pól minuty. Trybiki w jego głowie pracowały z prędkością przekraczającą parokrotnie drugą prędkość kosmiczną w skali rosyjskiej. Zacisnął palce na kałasznikowie.
Wyciągniemy z ciebie informacje! - podpowiedziała Wolborg zawistnie.
- Ten. No - zaczął Jurij elokwentnie. Zrobił minę pod tytułem "groźna foka", zmarszczył rude brwi, odwrócił wzrok i z najwyższym trudem, grzebiąc butem w śniegu, zmusił się do dokończenia - pokażę ci... mogę ci w Moskwie... zobaczysz mój piec.

[/interlina][/align]
Du warst das Abbild der Vollkommenheit

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1769
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: O drewnianym czołgu, co brzmiał jak metal - TEKST

Post autor: Kruffachi » 17 sierpnia 2017, 18:02

W tym odcinku w roli głównej zagięcia czasoprzestrzenne
Czytał Andrzej Matul



– Tak zatem – głosił Robert z majestatycznej wysokości swego Leoparda – ogłaszam Witebsk miastem wolnym od rosyjskich wpływów i z radością otaczam to malownicze i pełne dzielnych ludzi miejsce, a także całą Białoruś, żeby to nie ulegało wątpliwości, ojcowską opieką narodu niemieckiego.
– Iii… poszły konie po betonie – skomentował Zoltan, wywracając oczami.
Prócz tego panowała cisza, a tłumek miejscowych zgromadzonych wokół czołgów wpatrywał się w wodza bez zrozumienia, za to – prawdopodobnie – z dozą pewnego swoistego współczucia, jakie zwykle widuje się za wysokim murem Drewnicy albo innych Tworków.
Aż Ryszard nie klasnął raz. A potem drugi raz. A potem trzeci, unosząc brew i przeciągając bardzo sugestywnym spojrzeniem po reszcie brygady i lekko już przerzedzonych gapiach. Klaskaj, szmato, mówiło spojrzenie, albo cię tak sportretuję, że przez tydzień srać będziesz gwoździami.
Klaśnięcia, z początku niemrawe i jakby niepewne, już po chwili zamieniły się w prawdziwą oklaskową burzę z pomrukami ogólnej aprobaty i okresowymi kiwnięciami głową – swoją lub, dla bezpieczeństwa, sąsiada. Błazen kiwał berłem, Nean kiwał mrocznością. Ktoś zaoferował, że pójdzie po wódkę.
– No nieee… – skrzywił się Zoltan. – Tak się tego nie robi. Trzeba było czekać na zachód słońca albo co. Tkaczuk, daj jakiegoś fajerwerka. – Obejrzał się w poszukiwaniu młodego adepta rozpierdolu.
Ale nim Tkaczuk zdołał zawrócić umysł z potoku złorzeczenia i czarnych wizji oraz zaparzyć herbatę, fajerwerki zapewnił Niewykrywalny, wydając z siebie dźwięk tak głęboki i od serca, że zapewne usłyszano go w samym sercu Rosji.

Czym was karmią w tej jebanej Moskwie?! Ich gebe keinen Fick darauf! Nie płynę tam!

A lud Witebska padł na płasko i solidarnie, jak jeden zaiste mąż, twarzami w beton.
Uśmiechnął się Robert do siebie.
Uśmiechnął się też Ryszard.



– Mikrofalówka! – zawył Stojke, wpadając do budynku z gracją świnki morskiej skaczącej przez płotki. – Stówka! Podkówka! Świeża parówka! O ja jebię, moja sznurówka!
A sznurówka była rozwiązana. A jak się ma rozwiązaną taką sznurówkę przy najku numer czterdzieści kurwa osiem, to taka sznurówka jest jak lina holownicza albo sznurek do trzymania, tylko że sznurek trzyma się gekonią łapką, a nie drugim najkiem. Tej jednak części Rolf jeszcze nie opanował, bo była małym druczkiem i w ogóle to przysypał ją sobie ścieżką, więc jednak chwycił sznurówkę butem i – slow mo proszę raz – wyrżnął aryjskim ryjem w kwieciste kafle przedpokoju.
– Aaa…! – jęknął, a potem przypomniał sobie, że rapsy, więc dodał: – Kotki dwa…
– Zboczeniec! – zawyło coś nad nim.
I natychmiast poczuł obcas na czole.
Uniósł głowę i zaiste zobaczył kotki dwa, które zaraz stały się kotkiem jednym, a dokładniej to raczej niezłą loszką, ale w ubranku kotka. Nic się z tym Rolfowi nie rymowało, więc trochę wymiękł.
– Eee… – powiedział z pełnym przekonaniem.
Stała przed nim zaiste kotka, czy też Czarna Kotka, superbohaterka tak na co dzień, a tak teraz na tajnej misji wybadania dziwnych ruchów na wschodzie i kontroli jakości wysyłanego do Moskwy majonezu i hodowanych tam ogórków, bo krążyły plotki, że są monumentalne, a wiadomo, że taki monumentalny ogórek to śmiertelne zagrożenie i mocny argument. I co, jeśli Niszczyciel dostałby takiego ogórka w swoje ręce?
– Eee…? – spytała, nie zdejmując obcasa z Rolfa.
– Eee – potwierdził, a potem się zawiesił. – Mikrofalówka! – przypomniał sobie. – Potrzebuję mikrofalówki! Piesiówki, żeby wezwać posiłki i mrówki!
– Ach, z głodu ci się we łbie pomieszało. No tak – oceniła Kotka i wyciągnęła ku Stojkemu rękę. – Zbieraj gnaty, mają tu jakąś mikrofalówkę i jakąś lodówkę. Coś się odgrzeje, może zaczniesz gadać z sensem – (bo może wiesz coś o jakości majonezu i ogórków) – a ja to później ureguluję jakoś.
I poszli do kuchni, gdzie zaiste stała mikrofalówka. Rolf dopadł do niej gnany nadzieją i otworzył drzwiczki.
– Ratunku! RATUNKU! – ryknął, pakując szwabski ryj do środka. – Halo, czy tu niemieckie samoloty?! Bo Rolf Stojke ma kłopoty! Krążą tu lisy wredoty, robią psoty! Czerwone galoty!
– Nie przejmuj się, moja śliczna – odpowiedziała niespodziewanie mikrofalówka i Kotka odskoczyła. Byłaby się potknęła o krzesło, gdyby nie Pech, który postanowił zachować to dla tego olśniewającego gnojka. – Tak to już w życiu bywa, że nawet jak nie spieprzę, to spieprzę później, i wiem, że wiedziałaś, gdybyś tylko mogła mówić, to byś mi powiedziała na swój paprotkowy sposób, Larsie Thorvaldsenie, spieprzysz to, wszystko spieprzysz, bo za co się nie weźmiesz, to spieprzysz, nawet jak to są tylko tosty z dżemem truskawkowym z osiedlowego spożywczaka, ale nie przejmuj się, Mello, ja sobie jakoś dam radę, jakoś to ogarniemy, ja i paprotka, tak, tak sądzę…
Kotka wychyliła się ostrożnie, zajrzała do salonu i zobaczyła… nogi. A nieco wyżej chyba – oż w mordę! – gospodarza przybytku, w którym przeprowadzała swoje szpiegowskie manewry!
– A powiedziałabyś, gdybyś mogła mówić, nie, Lasse, reklamy bielizny to nie dla ciebie, nie pakuj się w to – perorował dalej element dekonspirujący pochylony nad paprotką. – To nie twój świat, nie twoje progi, gdzie ci tam do kariery, ty sobie żyj spokojnie, ty się na Islandię wyprowadź, tam ci będzie dobrze, tam sobie będziesz wodę podgrzewał kichnięciem i gasił światło też kichnięciem, i nic nikomu do tego…
Kotka spojrzała na wykurwiście długie nogi blondyna z łbem w mikrofali, potem na wykurwiściej długie nogi blondyna nad paprotką, potem znów na mikrofalę, potem znów na paprotkę…
– Hej, ty! – tyrpnęła konspiracyjnie w plecy blondyna numer jeden. – Werbuję cię do tajnej misji. Musisz mi pomóc uprowadzić tego tam, bo nas zdekonspiruje!



– A teraz kraulem! Proszę państwa, nakurwia mistrz z Rosji! Fik, fik, fik!
Wolf nie wiedział, co to było, moskiewski kwas, wiatr w kostkach, czysta epickość, biała ścieżka w kosmos, czyste szczęście, kryształy olśnienia, ale ożeszwmordę! To była JAAAAZDAAAAAA, że Dortmund takiej nie pamiętał.
– I grzbiecik!
Pognieciesz mi sutannę!
Ale Wolf nie słuchał, prując delfinem przez czystą zajebistość wraz ze swym nowym przyjacielem, Borysem Kuzniecowem, co był mu wiatrem pod skrzydła w przenośni i dosłownie.
Ja chyba nawet polubię to latanie.
Kwiiik!
Nie znasz się.
Kwii-kwiiik!
Jakie pod wpływem?! Jakie pod wpływem?! Sama jesteś pod wpływem! Galaretka ci się robi!
– Ty! Niemra! – podniecił się Rosjanin i pizgnął wichurą. – Imprezę zróbmy! Ja mam jeszcze takie rzeczy pokitrane, że ho ho! Pingwin ci zjedzie do kolan!



Piec, pfff. Co niby piec? Piec jak piec. Gdzie tu piec, a gdzie złamane serce? Złamane, akurat! Rozstrzelane! Rozniesione serią z kałasznikowa w drobny mak! Zniszczone i pogrzebane pod wieczną zmarzliną!
Poza tym Moskwa – alarm! – Moskwa!
Czego taka piękna choć okrutna kobieta miałaby szukać w Moskwie? Przecież wszyscy wiedzą, że tam mieszka zły i dziki Sabaka. A on już widział takich dzikich, jak ten dziki Ikava z lasu!
A co jeśli on ją skrzywdzi? Albo więzi?
O, nie! Nie można na to pozwolić!
– Uratuję cię – obiecał Miguel z zapałem. – I twój piec też!
– Eee…
Może to jednak było przeznaczenie? Co tam jedna seria z kałacha, każdemu się zdarza, o! Jednemu seria z kałacha, innemu osmolić brwi, bywa. Tak to jest między ludźmi. Nic wielkiego. Miłość jest wielka. I monumentalne ogórki. Takie rzeczy to się nie zdarzają codziennie, taka miłość. O nie, nie, proszę pana.
A taki piec to na pewno jest cieplutki. Bo w sumie to jakoś zimno w tej Rosji, że niby magiczny piździec i Biała Równina w kostkach czy jakoś tak – chociaż bardziej to do kostek, co stwierdził Miguel, mierząc rudowłosą piękność wzrokiem. Ale zaplątać się można, że ho ho i Buenos Aires.
– Czego się tak trzęsiesz? – szczeknęła piękność, lekko grzechocąc biustem. – Tylko mi tu nie zamarzaj!
– To z emocji! – oświadczył Lavalier. Ciągle był jednak troszeczkę, ale tak troszeczkę obrażony, więc oświadczył bez piruecika, chociaż z odrobiną brokatu.
– A to co, do kurwy nędzy…?
– To moje serce.
– No to chyba masz poważny problem kardiologiczny. Po mojemu to Borys. Lepiej trzymaj się z tyłu.
– Kim jest Borys? Czy on ci zagraża? Albo piecowi? Mogę go upiec na chrupko i rzucić do twych stóp!
– Ani mi się, kurwa, waż, pojebańcu! – warknęła piękność, ale zaraz się zreflektowała, westchnęła i strzeliła oczyma w bok. – Po prostu trzymaj się z tyłu, OK? A nikomu nie stanie się krzywda. Raczej. No, po prostu się tak nie zapalaj, co? Dosłownie też się nie zapalaj. To niezdrowo. Jeszcze coś przyjarzysz.
Miguel posłusznie ugasił łydki.
– Przepraszam – speszył się. – To taka depilacja. Chyba że wolisz włochate? Bo ja się nie miałem kiedy ogolić, tak szybko lecieliśmy, i…
Piękność zakrztusiła się słonecznikiem.



Hard Bass.
Można go rozpoznać po tempie 160 BPM oraz metalicznym bassie nazywanym Donkiem.
Oraz po tym, że drżał od niego cały Kreml.
Wolf go pokochał. Całym sobą. Trochę najmniej kapelanem, bo kapelan twierdził, że się od tego spoci, ale tak poza tym to totalnie i całkowicie. I już ciało samo wchodziło w rytm, ręka, noga, łup, łup, łup, noga, ręka, ręka. Industrial trance 2017, czarne rękawiczki, bluza z kapturem i pingwiny, a na ryju skupienie razy milion. Bass w żyłach, rozpieranie w nosie, kosmosy.
– Ja cię chyba kocham, Borys. Станьте мою цветная капуста.
Borys uśmiechnął się jak rzeźnik nad tuszą i dolał wódki do szklanek.
Wtem otworzyły się drzwi i powiało chłodem, aż nawet Donek trochę ucichł.
– Kuzniecow do raportu! – ryknął Sabaka, ale zaraz zmrużył oczy i zaczął węszyć. – Czuję dobro – zawyrokował grobowym głosem.
– No to nie świruj, tylko niuchaj! – polecił Borys.
Zza jego pleców wyłonił się blondyn w granatowych gaciach.
– WOLF! – zakrzyknął.
– O, żyjesz? Cze, mordeczko! – odparł Krone, bo w tym ujaraniu był gotów pokochać nawet swoje podwozie. A może to była tylko świnka. Nie czekając, przytransował bliżej i wcisnął Argentyńczykowi drinka w łapę. – Twoje zdrowie!



Trochę bardziej na północny-zachód od Moskwy

– Czekali na nas! – ucieszył się Błazen i brzdęknął. – Zrobili przyjęcie powitalne!
Zaiste, Robert często rozmyślał o tryumfalnym wjeździe do Moskwy, ale w najśmielszych, najbardziej koszmarnych wizjach nie przewidział takiej jarmarczności. Tymczasem miasto już z daleka rozbłyskiwało stroboskopami i drżało od jakiegoś koszmarnego łupania.
– Może przynajmniej będzie coś do żarcia – mruknął Tkaczuk.
– HALT! – ryknął wódz, widząc, że armia mu się rozjeżdża… – To może być pułapka! – …ale było za późno, bo Niewykrywalny ruszył przed siebie, to przyspieszając, to hamując, by zgrać harmonijki z Donkiem.



– Powiedz, że jest piękna. Jest najpiękniejsza! Powiedziała, że pokaże mi swój piec. To coś znaczy? Jak myślisz? Może mnie trochę lubi, co? Chociaż to strzelanie… Ale może…? Może ona też mnie pokocha? – ekscytował się dalej Argentyniec, zalany już w sztok, chociaż zdawało się, że ledwie powąchał. – I wtedy, wiesz… – nachylił się, zniżył głos do konspiracyjnego szeptu i oblał rumieńcem jak świąteczny barszcz. – Będziemy robić Te Rzeczy.
Wolfik poczuł, jak coś się w nim wzdryga, i był niemal pewien, że to nie Kapelan ani świnka.
– Kumasz, trzymać się za ręce, oglądać razem filmy, a potem może nawet… – Miguel zrobił wielkie oczy. – Pić. Razem. Alkohol – wysapał, zakrywając usta dłonią.
HARDBASSADIDAS! – ryknął w tle Borys, a Krone zamrugał.
Obaj Rosjanie szaleli tymczasem na parkiecie. Ich nogi wyczyniały rzeczy nieziemskie i niesamowite i nawet jedna stopa Kronego do nich dołączała, ale reszta była trochę zasapana i musiała powciągać dobra, co zaowocowało rozmową o miłości, uczuciach i dżenderze. Suknia Jurija majtała się mu wokół kolan jak sztandar zwycięstwa, słonecznikowe cycki podskakiwały rytmicznie i stopniowo traciły objętość.
– Albo nie – zreflektował się po chwili Lavalier i nawet trochę zasępił. Zakręcił w zamyśleniu palemką w drinku z lodu i czystego spirytu. Chuj wiedział, skąd wziął palemkę. – To już chyba za bardzo perwersyjne, jak myślisz?
I pojął wnet Wolfik, że ma do czynienia z rzeką nieskalaną i lasem dziewiczym.
Zaiste, powiedział do siebie, Kapelana i świnki, a nawet trochę do łabędzia, miłość jest ślepa.
Poklepał Miguela po łopatce ze szczerym współczuciem, choć współczucie to sięgało tak w dziewiczą przeszłość, jak i w przyszłość, która roiła się też od złowieszczych uśmieszków Kronego.
– Nooo wieeesz… – zaczął. – Niektóre kobiety to wolą takich bardziej zdecydowanych.
Lavalier westchnął i umoczył się w drinku.
– Ale ona taka… – pokręcił głową. – Taka niby ostra, ale dusza wrażliwa, ja ci mówię, ja to wyczułem od początku, jak na mnie spojrzała. Tak mi… drgnęło. O, o, tutaj mi drgnęło.
Krone przezornie nie spojrzał.
– Idź z nią zatańczyć – podpowiedział. – Najgorzej to stać w kącie i samotnie. We dwoje jest znacznie zabawniej, uwierz mi. – Rozciągnął usta w paskudnym uśmiechu.



Trochę bardziej na południowy-zachód od Moskwy

– Szybciej! – ponaglał Clay. – Nie słyszycie?! Atak się zaczął! Musimy wesprzeć naszych sojuszników!
Spięli się wszyscy – czołg, pralka, mikrofalówka, a nawet Mundzia, Ragnar ze swoją procą oraz zestawem kostek do kibla w ramach pocisków i Sadrin usłużnie ładujący chlorowe pociski do lufy.



Było ich czterech (w tym jeden w trzech osobach) i parę kotów z kałachami, a jakby tańczyła cała Moskwa.
No, w sumie to była cała Moskwa.
Nieważne.
Ogólnie, że rozkurwiście. Gopnik impra tysiąclecia.
I ten tyłek.
Miguel zrobił, jak mu wsparcie duchowe poradziło, i poszedł tańczyć. A ruchy miał tak kocie, że dwa sierściuchy się obraziły i opuściły bibę naburmuszone.
– No jakby mu ktoś zawiasy w dziwne miejsca wkręcił. Te geje, to one inaczej robione są, mówię wam – skomentował Borys, ale trochę w powietrze, bo, co stwierdził lekko skonsternowany, ani Wolf, ani Jurij go nie słuchali.
Co się gapisz, mówiło spojrzenie Sabaki, podczas gdy on sam intensyfikował gopniko-wykopy.
Sam się gapisz, pedale, odpowiadało spojrzenie Kronego, a łokcie pracowały z industrialowym zaangażowaniem.
Lekki przykuc, ale nie słowiański, nad tym trzeba będzie popracować. Dwie piąstki z przodu, dwie piąstki z tyłu. Kolanka do środka, kolanka na zewnątrz.
Wykop trafił w niemieckie kolano, łokieć w rosyjskie żebro. Pośladki w granatowych pumpach zatwerkowały radośnie i ochoczo.
– To ja idę po popcorn – zadecydował Borys, nie wiedząc, że to dopiero początek imprezy, bo goście czekają u bram.



Jeszcze trochę bardziej na południowy-zachód od Moskwy, ale nie za bardzo

Wypełniony słoikami z majonezem TIR podskoczył lekko na dziurze w podmoskiewskiej drodze, a wraz z nim podskoczyli ukryci w cennym towarze tajni szpiedzy – Czarna Kotka, Pech i świeżo zwerbowany Rolf Stojke, pseudonim Merci Woku.
Podskoczył też związany i zakneblowany element dekonspirujący w postaci Szweda w długich jak „Moda na sukces” pończochach oraz paprotki.
[/interlina][/align]
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 202
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: O drewnianym czołgu, co brzmiał jak metal - TEKST

Post autor: MononokeGirl » 13 grudnia 2017, 13:53

Wymyśliłam ciąg dalszy, bo nikt się nie kwapił, ale uznałam, że jest "za poważnie", więc...


"O drewnianym czołgu, co brzmiał jak metal - odcinek specjalny, wersja musicalowa" :D

Poranki po takiej bibie bywały ciężkie nawet jak się było rudym i modyfikowanym genetycznie Ruskiem, a szczególnie, gdy w imprezie brały same genetycznie modyfikowane mutanty z kotami i Borysem (Borys nie potrzebował żadnych modyfikacji, wystarczyły mu lata praktyki). Kiedy Jura odemknął powieki i zaatakowała go niebiańska jasność, która wdarła się natychmiast pod powiekę i rozpaliła gałki oczne - jęknął szpetnie po słowiańsku, rzucając słowami na k, p i kilka innych nieprzywoitych liter, których nie przytoczę, bo admin da mi bana i tak się skończy mój debiut. Jako, że Mateczka Rosija była Imperium Zła, a pod dowodzeniem Kaia Imperium Zła i Kotów - to głównym jej generał też to istot świętych się nie zaliczał. Także ból od tej jasności ogarnął go, ale wiadomo - Sabaka nie na takie rzeczy jako elitarny żołnierz był przygotowany. Przekręcił się na brzuch, a potem zaczął macać ręką w poszukiwaniu szafki. Wymacał poduszkę, a na tej poduszce czyjść anielsko uśmiechnięty pysk. Podejrzewając, że to on może być źródłem blasku - taktycznie zakrył go poduszką i macał dalej. Okazało się, że gęba ma również ciąg dalszy w postaci klatki piersiowej, brzucha i dalej Jura nie sprawdzał, albo sprawdzał, a się nie przyznaje. W każdym razie spod przykrycia dobiegło kilka zadowolonych dźwięków i chichot, więc Sabaka zakończył rekonesans.

Na swoje szczęście tuż za podejrzanym idywiduum namierzył szafkę. Przeczołgał się z gracją elite force, wbijając nieznajomemu łokcie w strategiczne punkty witalne, a potem chwycił za flaszkę, która stała na meblu i wychylił jej zawartość na raz, aby zabić klina. Potem również na ślepo zaczął przegrzebywać zawartość szafki w poszukiwaniu Nięzbędnika Kacownika numer dwa, czyli okularów z przyciemnianymi szybkami. Nałożył je na nos i od razu było lepiej.

Po pierwsze powinien zidentyfikować trupa, który zalegał mu na łóżku, ale uznał, że trup nie zając, nie ucieknie. W dodatku miał twarz zakrytą podszuką, co utrudniało sprawę. Po drugie natura go wzywała, więc jak uczą poradniki dla menadżerów stworzył sobie priorytety i stwierdził, że lepiej pójść na zawiad.

- Chyba popełniełem błąąąąąąd... Na-na-na... - zaczął chrapliwie w tonacji a-dur, nie rozumiejąc, czemu śpiewa i skąd dochodzi smętny dźwięk gitary. Białe drzwi na korytarzyku odemknęły się, wychyliły się z nich cztery głowy chórzystek, które powtórzyły za nim rytmicznie "błąąąąąądd" i schowały się znowu.

- Chyba coś poszło nie taaaak... Na-na-na...

"Taaaak" powtórzył chórek, a Sabaka zaczął rozglądać się za kałachem. Ta bardziej trzeźwa część jego mózgu uznała, że to ten pieprzony Niemiec musiał mieć jakiś feralny towar i zapisał w pamięci, aby nigdy nie kupować od Niemców. Niemiecka solidność. Sratatata. Tak się kończy ufanie marce. Ta bardziej naćpana część mózgu nie widziała nic dziwnego, że stepując, przeszedł do bardziej energetycznej zwrotki. Chórzystki przestały się chować za drzwiami - w ogóle to chyba był kibel i jak one wszystkie się tam zmieściły? - wyskoczyły na zewnątrz i machając spódnicami, powtarzały jak echo każde jego ostatnie słowo.

Było to tak wkurzające, że Sabaka przeszedł na killing mode i znokautował trzy, a czwarta, co uciekała dostała head shot butem. Jura otrzepał ręce i skierował się do toalety. Tam poznał kolejne zalety jego maskującego kamuflażu. Wystarczyło podciągnąć spódnicę, a po zakończonej akcji ją opuścić. I tyle. Żadnej walki z rozporkiem i ryzykowania, że się nim zatnie. Coraz bardziej lubił ten strój. Ciekawe, czy dostępny był w kolorze moro, albo pustynnej żółci. Tak w razie, gdyby musiał przeprowadzić akcję gdzieś poza Moskwą i okolicami.

- Wiesz, że chyba nie? - usłyszał nagle za sobą Jura. Pytanie przeszło nagle na takt "Małgośki" Marylki. Rusek odgarnął zasłonkę w groszki przy wannie i zobaczył zrobionego Niemca, który kulił się pod prysznicem i prowadził śpiewny dialog z wyimaginowanym karpiem. Cała empatia i głęboko skrywane pokłady uczuć Jury zjeżyły się i uznały, że w tak głębokie związki jak Wolfa z karpiem nie warto ingerować, więc wycofał się na z góry upatrzoną pozycję, czyli za drzwi łazienki.

- A weź go kaaaaarp, weź go kaaarp!!! - Ruska ścigało wycie Kronego.

Gwałtownie zatrzasnął za sobą drzwi, bo czuł mrowienie w stopach i był bardzo bliski kolejnego ataku pląsania. Jeszcze chwila a odwaliłby kujawiaka albo inną polkę. Nie miał czasu na takie pierdoły, bo na podłodze wciąż leżały nieprzytomne ciała chórzystek, które jakoś trzeba było posprzątać. Plując sobie w brodę, że pozwolił na infiltrację jego tajnej bazy, którą wzorował na lodowym zamku Elsy, bo bardzo lubił "Krainę lodu", ale o tym nikt nie mógł się dowiedzieć, bo straciłby swoją straszną reputację. Na razie mu się to udawało. Borys miał dziwny gust i zamiast Dinseya oglądał jakiegoś Rambo, czy innego Rockyego i zatrzymał się na latach 90. Z tego, co Jura zauważył to naćpany Niemiec był naćpany, więc nawet jeśli znał się na współczesnej, ambitnej kinematografii to zawsze mógł mu wmówić, że ma halucynacje. Największe zagrożenie stanowił tamten Blondyn. Chociaż... Blondyn był ślepy i przygłupi, więc mroczny sekret Sabaki pozostawał na razie bezpieczny. Zatem musiał pozbyć się tylko tych tutaj czterech gospel-szpiegów. Jak zawsze, kiedy potrzebował kotów to się gdzieś sierściuchy zadekowały i nie sposób ich było znaleźć. Zatem własnoręcznie związał, zakneblował i jedna po drugiej zatargał chórzystki do piwnicy.

Wrócił do sypialni po ostatniego trupa, ale okazało się, że jak go próbuje ruszyć to ten chichocze i sypie brokatem. Jako, że pierwszy raz zdarzyło się, aby Jura natrafił na takiego nieboszczyka - zaciekawiony sięgnął po poduszkę. Trup pisnął zawstydzony i zakrył pół twarzy kołdrą. Drugie pół stanowiła rozwichrzona, blond czupryna i błyszczące już-nie-dziwiczą niewinnością oczka.

- O żesz **** ja ******* - zauważył elokwentnie Sabaka. Chyba jednak będzie musiał zabić tego Blondie.

Nie zdążył, bo coś wzięło i jebło okrutnie. Zapachem sosny i morskiej bryzy.





Tymczasem na drodze południowy-zachód od Moskwy tyrpał się TIR z majonezem. Szło im to bardzo powoli, bo kierowca przechodził już czwartą odprawę celną, mimo że znajdowali się kilkadziesiąt kilometrów od granicy z Białorusią. Jednak milicja widząc podejrzanie szlaczkującą ciężarówkę zatrzymywała ich trzy razy. Za każdym razem w ruch szła ćwiarteczka, śledziki i dowody wdzięczności w postaci słoików majonezu. Czarna Kotka podejrzewała, że w tym czasie dwa razy zdążyłaby dojść na miejsce na piechotę, ale przetransportowanie Szweda i rapsującego Merci Woku stanowiłoby większy problem. Poza tym znajdowała się na terytorium wroga, więc nie należało się wychylać.

- Nie mógłbyś może zrobić czegoś z tymi patrolami? -westchnęła Frynia do Pecha.

On prychnął gniewnie. I tak właśnie nadwyrężał wszystkie swoje umiejętności, aby samochód nie wylądował widowiskowo na drzewie czy latarni, a ta śmie jeszcze prosić o coś jeszcze?! A to robił nową dziurę w jezdni, żeby nakierować koła znowu na trakt. A to wywrócił kubek z gorącą kawą, żeby obudzić przysypiajacego kierowcę, który w ostatniej chwili szarpnął kierownicą, unikając czołowgo zderzenia. Był Pechem do jasnej ciasnej, a nie Szczęściem i powoli kończyły mu się sztuczki.

- To zależy - mruknął. - Wiesz, święta się zbliżają i ten strój mi...

- NIE.

Nie, żeby Pech narzekał na czarny, lateksowy strój kotki, jaki nosiła Frynia na codzień, ale ostatnio zobaczył w telewizji reklamę Coca-coli, gdzie Święty Uśmiechniety jechał saniami w towarzystwie naprawdę gorących Śnieżynek. Wizja ta tak bardzo spodobała się Pechowi, że od tamtej pory groził swojej wspólniczce strajkiem. Przecież korona jej z głowy nie spadnie... To była taka tyci-tyci fantazyjka...

- NIE - powtórzyła Czarna Kotka, aby dobrze zrozumiał.

Pech cmoknął niezadowolony. - Jeszcze zobaczymy - mruknął sam do siebie. Rozległy się dźwięki fortepianu. - Czemu ona jest taka zimna i zła? A-a-aaa.

Do pianina dołączyła gitara, skrzypce i perkusja.

- Czemu taki wkurzające jest on? O-o-ooo.

- Co się wyrabia tu? U-u-uuu - dodał mało rapsiarsko Stojke. Czuł, że adidas na jego bluzie i najk na bucie zostały sprofanowane balladowo.

- Czemu związany jestem ja? A-a-aaa - wybełkotał zza knebla Szwed, a paprotki mu przytaknęły, szumiąc listkami na makarenę.

- Po cholerę pchamy się tam, gdzie nie chce nas nikt~ sia-la-la. La-la~ - na końcu Rolf zakrztusił się, bo mu tonacja b-dur nie chciała przejść przez gardło. Psując efekt, dodał: - Nie chce nikt, marny wikt. Sam majonez, co za polonez. Dziura na dziurze, spaliny w rurze. Joł, joł. Hej.

- Co robią czołgi tu. U-u-u - ponurym barytonem dodał kierowca i zwolnił, bo tuż przed nim po autostradzie jechał równym, ślimaczym tempem drewniany czołg. W oddali na horyzoncie nad Moskwą wybuchały kolorowe fajerwerki.
Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1769
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: O drewnianym czołgu, co brzmiał jak metal - TEKST

Post autor: Kruffachi » 16 grudnia 2017, 20:48

1. Wyszłam z wprawy.
2. Nie wiem, czy kogoś nie pominęłam, ale...

A więc jednak – wbrew wszelkim malkontentom i wbrew czarnowidztwu Gustava, który teraz stał obok z rozpiętą nad głową wodza parasolką (zaczął prószyć śnieg) i próbował nie zamarznąć oraz nie stepować, Moskwa została zinfiltrowana.
Robert wzniósł swe źrenice w szlachetnym kolorze wenge (TęczóóówkiIIIiiiIII! – zawył jakiś chórek z kąta, ale został zignorowany, bo przecież wódz Czwartej Rzeszy doskonale wiedział, co i gdzie ma w kolorze wenge i nie potrzebował przypisów), przeczesał strzelistą alabastrową dłonią połyskujące palisandrowo włosy i uśmiechnął się z dumą. Oto stało się. Jego wrodzony zmysł taktyczno-strategiczny po raz kolejny okazał się całkowicie bezbłędny i miał absolutną, stuprocentową i totalną jak władza rację, wysyłając na pierwsze uderzenie rodaka.
Co Niemiec, to jednak Niemiec – pomyślał Robert i postanowił, że jeszcze wieczorem wyda specjalny dekret czyniący z Wolfganga Kronego prymasa albo lepiej papieża, bo nikomu jeszcze nic dobrego nie przyszło z półśrodków.
– Wjedziemy taaam o świiicieee! – zaintonował i się zdziwił.
Uniósł lekko swe szlachetne brwi i powiódł wzrokiem po swojej brygadzie, ale nikt najwyraźniej nie zamierzał na ten wzrok odpowiadać.
– Ryszardzieee, dlaaaczegoo ja śpieeewaaam? – zapytał swego nadwornego malarza, bezbłędnie trafiając w tonację F–dur, bo ten, ustawiając sztalugę, nie zdążył uciec przed rzeczonym spojrzeniem.
– Niiieee wieeem – wycharczał Ryszard, potwornie fałszując nawet te dwie nutki, ale tak naprawdę wiedział doskonale.
Uznał jednak, że dla jego kariery nie jest wskazane, żeby wyjaśniał wodzowi, że jego działania są tak żałosne, że kolejno wycofały się wszystkie ekipy realizacyjne i na liście mogących ich przygarnąć zostali tylko producenci od musicali, a ci stwierdzili, że trudno, muszą być chórki, bo oni się znają głównie na chórkach. A jak komuś nie pasują do obrazów wojennych i szpiegowskich, to niech spierdala, oni tu są od ratowania budżetu i oglądalności.
Więc Ryszard ostatecznie nie spierdolił, za to postanowił się zemścić jakimś odpowiednim monologiem w odpowiednim miejscu, gdzie będzie odpowiednio dużo ludzi do popękania im bębenków w uszach i odpowiednio dużo szyb do wybicia swoim niepowtarzalnym tremolo.
– Tirlitirli–tiiiii! – zakwilił tymczasem Błazen i brzdęknął, chyba jako jedyny zachwycony nową koncepcją produkcji, a na pewno zachwycony swoim dźwięcznym tenorem, który zaiste robił wrażenie, niosąc się po Białej Równinie.
Tak zatem od tryumfalnego wjazdu do Moskwy i zatknięcia głowy Sabaki na widzowskiej włóczni oddzielała Roberta już tylko ona – owa legendarna producentka magicznego wiatru w kostkach. Ponieważ jednak był wojennym geniuszem, przewidział to doskonale i dlatego w jego niezwyciężonej brygadzie znalazł się tłumacz.
– Neeeaaan – zaiste, było to bardzo musicalowe imię – co ro-ro-roooobisz?
Spod czarnego kaptura dobiegło niezadowolone fuknięcie pełne obietnic mąk piekielnych i wypiekanych z nich ciasteczek śmierci.
– Rozmawia z Biaałą Róóówniną – odśpiewał Tkaczukowi Zoltan, po czym stwierdził, że ma naprawdę zacny baryton i właściwie to się marnuje jako niewątpliwy talent wokalny, więc powtórzył linijkę jeszcze parę razy, żeby go na pewno usłyszano i zauważono (a także po to, by sprawić sobie niewątpliwą przyjemność słuchaniem prawdziwie dobrej muzyki i doskonałego wykonania), sypnął śniegiem i zapalił reflektorem, używając do tego ostatniego Żiry, a przy ostatnim powtórzeniu dodał autorską modyfikację i włożył we frazowanie całego siebie, a nawet upchnął tam kawałek Erzsi i tego pośladka, którego nie miał. – No – stwierdził ukontentowany, pewien, że wytwórnie muzyczne już biją się o jego prywatny numer i zatrudniają kompozytorów.
Tkaczuk – ten troglodyta i ignorant – kompletnie olał występ, pochylając się nad skupionym, kucającym nekromantą, choć jego lewy trampek w sposób uparty i niekontrolowany usiłował wybijać rytm, co utrudniało zachowanie równowagi.
– I coo onaaa mówiii? – dopytywał z pewną dozą chorej fascynacji, choć ktoś, kto przypadkiem pęknął ziemię tak, że wyleciały z niej jednorożce, chyba nie powinien nawet sugestią kwestionować niczyjej poczytalności.
Nean odchrząknął raz, potem drugi, a potem jeszcze trzeci dla pewności, że nie dołączy do tego idiotycznego chórku idiotów. Jednak wszystkie wysiłki poszły na nic.
– Że was posraaałooo – zaintonował mrocznym basem jakąś bardzo funeralną melodię i zaklął w myślach.
Tymczasem Biała Równina faktycznie mówiła, że was posrało, ale was w sensie, że Neana też, ale o tym nikt nie musiał wiedzieć, utrzymanie image'u wymaga poświęceń, na które jestem gotów i te sprawy, świadkami mi Bezmyślność i ta druga, kuźwa, nie pamiętam.
A dokładniej Równina szła w te mniej więcej słowa, że ja nie wiem, co ty odpierdalasz, Nean, i dlaczego przywlokłeś tu tę bandę śpiewających głupoli, ale was posrało. Moskwa? Stary, Moskwa? Ty wiesz, co tam się w nocy odpierdalało? Jakiem Biała Równina, czegoś takiego nie widziałam. Jakbym mogła, to bym spierdoliła od tego spierdolenia, ale nie mogę, bo gdzie ja mam nogi. Nean, o kurwa, gdzie ja mam nogi?! Dobra, nieważne, se jakieś ogarnę. Ja ci mówię po starej znajomości, słuchaj Równiny, co ci dupę odmroziła, ty się tam nie pchaj. Niech ci idioci jadą, proszę bardzo, zapasy w lodówce mi się kończą, ale ty nie jedź, bo tobą i tak się zadławię, a tak to wiesz, przynajmniej czasem jest z kim pogadać, chociaż pieprzysz, aż uszy bolą.
Dobrze miała ta Równina, że nie musiała śpiewać i Nean pomyślał, że w sumie po co mu takie życie z do re mi fasola, że dałby się chętnie zamrozić z resztą i już tego nie słuchać, ale Biała Równina wywróciła oczyma, pogroziła palcem i przypomniała, że się z nią nie zadziera, a w ogóle do Rosji wpadła tylko z wycieczką i chyba będzie składać reklamację, bo ten Sabaka jakiś używany.
Wtem od strony drewnianej ariergardy dało się słyszeć dźwięk rogu pękającego na pół, wyrosła jakaś sosna, zaświeciło i Dyer ryknął, że uprowadził armię słoików.



Wolfik Karpone pożegnał się wreszcie z karpiem, obiecał, że następne spotkanie na Wielkanoc najpóźniej, a potem ogarnął, że znowu schudł i że to pewnie dlatego, że się naćpał.
– Wszyyystkie tasieeemcee to są pa-so-ży-tyyy! – zawył na melodię psalmu standardowego numer jeden vel pierwsza komunia, a siostra kazała, będę miała szóstkę z religii.
Właściwie nie był pewien, dlaczego to zrobił. Nie był też pewien, co robią cztery ciała w korytarzu i czy ma z ich powstaniem cokolwiek wspólnego. Podrapał się po głowie, podrapał się po brodzie i stwierdził, że taktycznie spierdoli.
Ale ledwie się odwrócił i zobaczył ryj mordercy, a nie stało za nim lustro ani nie był to pociąg linii Wrocław Główny–Kanterialowo Mniej Główne. Zresztą ryj był doskonale ogolony i wyszorowany szczotką ryżową aż do połysku. I walił chlorem.
– O kuuurwa! – wykrzyknął Krone, ale jakoś tak bardziej jakby Zadok w wersji Liga Mistrzów.
A potem oberwał domestosem w ryj, aż zakwiliły pingwiny. Zapachniało też Lenorem i Jestem w raju stwierdził kapelan, ale nie był, a wręcz przeciwnie.
– Ręce do góry, skrzydła po sobie! – ryknął nachlorowany typ stanowczo i groźnie, aż Kronemu stanęły dęba wszystkie włoski na placach.
– Nie mam niczego wspólnego z wrogami! – zawył Wolfgang, posłusznie wykonując polecenia i całkowicie zmieniając się w wyraz poddania. – Jestem tylko skromnym kapelanem brygady Jürgensa!
Powietrze zgęstniało do konsystencji i zapachu kostki od kibla.
– Brygady Jürgensa, powiadasz… – słowa zabrzmiały jak przeciąganie nożem po ceramice, ot, na przykład muszli klozetowej, która leżała u wiosny w kawałkach.
Krone pouczył, jak zmieniają się wiatry.
– Ale tak ogólnie to jestem przeciwny wojnie! – zapewnił szybko i rozkaszlał się religijnie, czy też od nadmiaru chloru w powietrzu. – Absolutnie pacyfistyczny! Od dziecka byłem przeciwny zabijaniu, podbojom i produkcji broni, a z klocków budowałem tylko domki!
– Ależ może ten młody człowiek nam pomoże? – Zamrugał załzawionymi oczyma i zobaczył widok, jakiego nie widział od czasów nocowania na klatce schodowej po pijaku, czyli w sumie jakby od wczoraj. Aż nastawił posłusznie ryja, żeby mu po nim przejechać pachnącą cytrynowym płynem do podłóg szmatą.
– Pomoże! – oświadczył usłużnie, czując, że śmierć jest blisko. – Wszystko powiem! Jestem niewinny!



Paprotka Mella była bliska samouschnięcia, gdy zorientowała się, że TIR z majonezem został uprowadzony przez czołg z rogami. Wszystko, czego chciała od życia, to w końcu stać na parapecie w półcieniu, odpowiedniej wilgotności, odrobiny nawozu i żeby Lasse dużo mówił, bo jej to dobrze robiło na chlorofil. Jej stan był jednak niczym wobec furii zdekonspirowanej Czarnej Kotki, teraz rozbrojonej i przywiązanej do jednego z rogów. Obok dyndał również przywiązany Stojke i tylko Lars mógł być o tyle zadowolony, że ona akurat związany był wcześniej, choć niestety wszyscy dowiedzieli się, jak wymawiać jego imię i oberwał modem minus dwadzieścia do lansu.
Przed Rolfem stanął jakiś koleś o palisandrowych włosach i oczach w kolorze wenge, marszczył czoło i ogólnie wyglądał jak ktoś, kto ma z kolei wysokie statsy w rzutach na majestat, ale nie ma szczęścia do gier ani do parasolek, bo ta, którą trzymał nad jego głową starszy człowiek w stroju kamerdynera, była może i szlachetnie czarna w niemieckie krzyże, ale ktoś ubrudził ją różowym sprayem. Tym samym, którym ubrudził mu czołg.
– Rolfie Stojke – wycedził zimno, patrząc w oczy (chabrowe) wierzgającego bezradnie rapera. – Zdradziłeś naród niemiecki, a co gorsze, chciałeś zaatakować moje tyły armią majonezów.
– Niczego nie zdradziłem! Ja w lesie zabłądziłem! Jestem niewinny jak olej roślinny!
– Pewnie ten z majonezu – odchrząknął chudy chłopak w trampkach i resztkami brokatu we włosach.
– Gdzie jest Wolfgang Krone! Piersią go osłonię! Maki są czerwone! Merci woku szapoba!
– Wolfgang Krone – mężczyzna pod parasolką wymówił te personalia bardzo powoli i wyraźnie, zwężając nieco oczy – otóż Wolfgang Krone w przeciwieństwie do ciebie, zakało narodu niemieckiego, okazał się bohaterem i zinfiltrował Moskwę w bohaterskiej, nieomal samobójczej akcji elitarnego oddziału latającego.
Chabrowe oczy Stojkego osiągnęły wielkość tenisowych piłek.
– Wolfik bohaterem! Okrętem i sterem! – zakrzyknął z entuzjazmem.
Wiedział, zawsze wiedział, że Krone to jest ktoś. Rozmaryn mu to mówił wiele razy i była to prawda, bo była prawdziwa.
– Dyerze z Rurdz – zaparasolkowany zwrócił się do brodatego troglodyty, który wcześniej nadział ich na rogi swojego czołgu – niniejszym odznaczam cię Krzyżem Robertowym Drugiego Stopnia za ujęcie groźnych szpiegów i dywersantów oraz przechwyt śmiertelnie groźnego strategicznego ładunku. Gustavie, order.
– Skończyły się, wasza wodzowatość – odparł kamerdyner frasobliwie.
Jürgens zmarszczył brwi.
– Jak to: się skończyły? – spytał podejrzliwie.
– Kazał wódz zarezerwować czterdzieści sześć dla kapelana i trzydzieści dwa dla jego podwozia.



Bryza i świerk miały postać dzikusa z lasu w starannie i wielokrotnie pranym surducie o kieszeniach wypchanych szyszkami, groźnym spojrzeniem oraz bojową procą wycelowaną w sam środek piersi Sabaki.
- Ręce do góry! - zarządził kategorycznie młodszy łowca z Rudrz i ostrzegawczo humpfnął. Chciał rzucić szyszką na szczęście i dodanie sobie animuszu w walce, ale zapomniał, że trzyma procę, a trzeciej ręki jeszcze nie wyhodował.
Pocisk pomknął w kierunku Sabaki, zwalniając w slow mo, podczas gdy muzyka na tle zintensyfikowała się i sekcja smyczkowa zaczęła lekko dymić. I już zdawało się, że władca Moskwy zostanie ugodzony, gdy sparklący trup wyrwał się spod kołdry i stanął na drodze śmierci.
Śmierć plasknęła dość niedramatycznie i za kulisami postanowiono, że trzeba będzie dograć efekt dźwiękowy.
- Kobietę atakujesz?! - ryknął popierdolony i Jurij aż się obrócił odruchowo, szukając, o jakiej kobiecie mowa, ale żadnej nie znalazł i nawet go to nieco zaniepokoiło.
- Zginiemy...! - zajęczał Sadrin, ogarnąwszy, że te dwa egzemplarze zastane jeden w sukni a drugi półnago (przy czym owo "pół" występowało w funkcji mocno umownej) to nic, jak tylko mutanty, a sparkle i tęcza jakby się rozpływają, dryfując ku małym znakom wykrzyknienia w ostrzegawczych kolorach. Adept magii postanowił więc, że najlepiej będzie przyjąć pozycję strategiczną. Padł na płask, obrócił się na plecy i skrzyżował ręce na piersi. - Ragnarze, to straszliwy Sabaka, uciekaj! Poświęcę się dla ciebie i będę kłodą pod nogami, i tak jestem martwy i do niczego więcej się nie nadaję!
Łowca, który bardzo lubił kłody, zakrzyknął bojowo i rzucił szyszką.
- Co - zamrugał Argentyniec.
- Nie próbuj mnie pocieszać! - jęczał Sadrin z poziomu podłogi. - Wiem, że do niczego się nie nadaję! Bądź dla mnie łaskawy i zabij mnie szybko! Jeśli można, wolałbym też za bardzo nie krwawić i jako tako wyglądać w trumnie.
- Ale... Sabaka...? - Blondie odwrócił się w kierunku Rosjanina z twarzą przeoraną szokiem. Kolejna szyszka trafiła go w potylicę, nie wywołując żadnego widocznego efektu. - Ty jesteś ten straszny Sabaka...? - Nagłe zrozumienie zmroziło rysy i rozszerzyło oczy (baby blue). - TEN Sabaka?!
Jurij nie przetrwałby jednak tyle czasu wśród spierdolenia i idiotów, gdyby nie doskonała umiejętność zarządzania kryzysowego.
- Później! - zarządził. - Teraz trzeba powstrzymać wroga! Mamy najazd, jakbyś nie zauważył! Na raz, dwa, trzy!
Skoczyli, nim oddział z Rudrz zdołał zaatakować kolejną szyszką.



– Ludu Moskwy! – zaczął strzeliście Robert strzelistym barytonem, gdy w tle grały trąby i rogi, gdy grzmiały werble, a Rysiek malował jak szalony, wkładając cały swój rzekomo nieistniejący talent w oddanie niepowtarzalnej żenady sceny z wodzem krzyczącym na mury miasta całkowicie pustego, jeśli nie liczyć trzech polarnych wiewiórek, które chyba miały nadzieję na ciasteczka. – Biorę to miejsce w posiadanie i przyłączam niniejszym do terytorium imperium światłości i ładu! Rozpoczęła się dla was nowa era dobrobytu i praworządności, przez którą poprowadzę was z całym swoim oddaniem i majestatem! Przybyłem, zobaczyłem, zwyciężyłem i wyzwoliłem was spod władzy okrutnego Sabaki!
– No ale wodzuniu – zniecierpliwił się Tkaczuk z rockowym pazurem– dupa mi odmarza.
Robert odcharknął.
– Zepsułeś mi scenę, Tkaczuk – oświadczył z godnością. – Robimy powtórkę! – zarządził szybko, poprawiając mundur na piersi.
Naprawdę, jakby to mogło popsuć scenę. Jakby nie wystarczył już Ucelli jeżdżący w kółko i zachwycony nowymi musicalowymi możliwościami swojego Niewykrywalnego i Nean ku własnemu zażenowaniu majtający czarnym płaszczem w nekromanckim kankanie.
Robert spojrzał na niego i zmarszczył brwi, tknięty nagłą i głęboką myślą, że oto coś z jego wkroczeniem na Kreml jest nie tak.



– Wiesz, to się stało wszystko tak szybko – bełkotał dalej sparklący pomyleniec, związując nieprzytomnego Ragnara (Sadrin przezornie związał się sam), i wydawało się, że jego spojrzenie zaraz zacznie wypalać dziury w podłodze, co wcale nie było takie metaforyczne i śmieszne, bo centymetrowa warstwa na niej już się jakby zaczęła roztapiać i Jurij klął w duchu strumieniem ciągłym a nieprzerwanym. Jeszcze nie zdołał wyrzucić z pamięci porażających widoków ognistej depilacji i naprawdę nie potrzebował więcej. – Nie zrozum mnie źle, to nie tak, że żałuję, bo twój piec... twój piec... – tu nastąpiła seria hiszpańskich dyrdymałów, które brzmiały coraz dziwniej i dziwniej, aż w końcu zajęczał rzewnie bandoneon, ktoś wyskoczył zza rogu i nim Sabaka zdążył mu przyjebać, wcisnął Argentyńcowi różę w zęby, bo ten skwitował zaskoczonym "hompf!" i oczyma jak talarki.
A potem rzeczy potoczyły się szybko i Jurij ani się obejrzał. kiedy został porwany do tanga przez równie zszokowanego tym faktem, co on, latynoskiego pojebańca.
– Zabieraj te łapy, zboczeńcu! – zawarczał nieomal w takt muzyki.
– Humpf uf uf fuuu! – zaprotestował Argentyniec z zielskiem w zębach.
Ruszyli dziarsko przez salę raz i drugi, by potem wygiąć ciało Sabaki w tył w niemożliwej pozycji (był pewien, że coś mu poszło w krzyżu), wyprostować, obrócić, góra, dół, lewo, prawo i jeb, bo jednak cała podłoga była pokryta uczciwie lodem, w dodatku nadtopionym przez entuzjazm pojebańca. Sabaka wykorzystał okazję, żeby odpełznąć jak najdalej, ale z przeklinania zrezygnował, bo znowu włączyło mu się śpiewanie.



Robert nie był pewien, kogo powinien odznaczyć za ścieżkę dźwiękową do jego wjazdu do Moskwy (jak już przyjdzie dostawa medali), ale postanowił, że się dowie. Początkowo nieco sceptyczny, czy to na pewno koniecznie i wskazane i czy jednak nie nadszarpnie nieco jego majestatu, z czasem uznał, że jego wspaniała armia prezentuje się całkiem do rzeczy w monumentalnym układzie choreograficznym (zdawało się, że nawet czołgi jadą do rytmu i tak jakby trochę machają lufami), a kiedy gruchnęła chóralna pieśń o podboju Rosji i czci wodza, gotów był przyznać, że jest niewątpliwym geniuszem.
- Doskonale to zaplanowałem, Gustavie - ocenił rzeczowo - muszę pamiętać, żeby poświęcić temu osobny podrozdział w rozdziale o podboju Rosji.
Kamerdyner westchnął nad tymi słowami, ale tylko bardzo w środku, żeby nie zrobić przykrości wodzowi, ale też nade wszystko, żeby nie zrobić przykrości sobie, bo zaiste byłoby mu przykro, gdyby na przykład stracił pracę albo głowę - wiedział, że prawo wojenne jest okrutne.
Ale jednak czoło Roberta wciąż było lekko zmarszczone. Zmarszczone jak tafla krystalicznie czystego jeziora zmącona delikatnie przez poranny wiatr ze wschodu. Myśli jego bowiem krążyły nieustannie wokół tego przedziwnego niepokoju, który zdjął go parę chwil wcześniej i nie puszczał nawet teraz, gdy jechał swym czarnym Leopardem na czele kolumny zwycięskich czołgów.
- Gustavie, czy ja również nie powinienem tańczyć? - spytał, ściągając brwi i wpatrując się podejrzliwie w coraz bliższą bryłę kremla.
- Cóż, wodzu, jestem przekonany, że...
- Tak - zgodził się Robert - to oczywiste. Więcej. Ja powinienem dawać przykład nienaganną prezencją, doskonałą ramą i wyczuciem rytmu.
Zastanowił się przez moment, pogłaskał szlachetnie germański podbródek w zadumie, a potem wenge jego oczu rozbłysło od podjętej genialnej decyzji.
- Wiem - oświadczył. - Zatańczę pełen dramatyzmu i ekspresji taniec zwycięstwa, gdy stanę przed Sabaką. A potem strzelę mu w prosto serce.
- Sądzę, wodzu, że...
- I tu się z tobą zgadzam, Gustavie.
Kamerdyner westchnął ponownie, jeszcze głębiej niż poprzednio w sobie, bo jednak trochę żal byłoby, gdyby Jurij Ivanow - niepomny na epokowy występ może tak po prawdzie i całkiem szczerze nie najwspanialszego z Jurgensów, ale z pewnością najbliższego sercu Gustava - postanowił na ten przykład nie zaczekać łaskawie, aż się do niego strzeli.



Borys już trzy razy próbował dać znać Jurijowi, że ma biec ku niemu, ale co próbował, to z jego gardła zaczynały wydobywać się jakieś potworne dźwięki bulgoczącego kranu, więc ostatecznie zrezygnował, wparował na salę, chwycił Sabakę za spódnicę i zaczął ciągnąć po lodzie. Tango przeszło w ścieżkę dźwiękową z telenoweli, a potem w coś a la Frodo na Górze Przeznaczenia, gdy buchnęło płomieniem i rozległ się ryk nieziemski.
– ŁAPY PRECZ OD MOJEJ UKOCHANEJegoEJ, ROSYJSKI GNOJU!
Orkiestra zaczęła szybko przestrajać instrumenty na okoliczność wykonania marszu pogrzebowego, ale się nie przydało, bo pożar prawdziwej miłości roztopił połowę lodu, spadł ze ścian i sufitu potężną ulewą, zgasił płomienie i runął potężną falą po schodach.



Robert wiedział, że jest niekwestionowanym, choć niedoszłym mistrzem estrady i gdyby jego życie potoczyło się inaczej, byłby dziś znanym tancerzem - prawie tak znanym, jak był znanym wodzem. Robert bowiem taniec miał we krwi tak jak władzę, naturalną mądrość, majestat i jeszcze setkę innych wspaniałych rzeczy, których przez wrodzoną skromność - która też płynęła w jego żyłach - postanowił nie wymieniać i pozostawić w domyśle potomnym. Był też naturalnie uzdolnionym choreografem i wyobraźnia już podsuwała mu wizję odpowiednich kroków idealnie współgrających ze ścieżką dźwiękowa produkcji oraz wyrażających cały dramatyzm sytuacji.
Udał się więc majestatycznie konspiracyjnym krokiem do jednej z mniejszych sal, by na uboczu wykonać próbę generalną tańca swego życia - tak trochę i nie za bardzo, żeby się nadto nie spocić i nie pognieść munduru, ale tak ogólnie, żeby wiedzieć co i jak. Wydawała się ku temu doskonała, nawet jeśli nieco zamrożona. Zresztą lód wyglądał - co Robert musiał przyznać niechętnie, bo w końcu był to lód jego największego wroga - całkiem majestatycznie. Chociaż nie, zaraz, zreflektował się wódz. Jeśli podbiłem Moskwę, to to teraz mój lód.
O tak, z tą myślą było mu znacznie lepiej.
Przymknął oczy i rozluźnił mięśnie, pozwalając, by rytm płynął przez jego ciało. O tak, czuł bo całym sobą. Szlachetne sześć ósmych czy tam jedna trzecia, w sumie co za różnica, Robert i tak był pewien, że doskonale się w nim odnajdzie. Zaczął uginać palec. A potem kiwać głową. Panował nad tym. Należało tylko wprowadzić pewnie niezbędne, jakkolwiek drobne poprawki, żeby zsynchronizować obie części ciała. Palec trochę wolniej. O. Jürgens poczuł się gotów, by dołożyć ugięcie kolan. Raz i dwa. Raz i... Raz. Dwa. Trzy. Dwa. Dwa. Raz. Spokojnie, spokojnie, to tylko trema. Palec znów przyspiesza. Zapominasz o brodzie, Robert.
- Na wszystkie nieczystości...
Jürgens zamarł wpół ruchu i otworzył oczy.
I spojrzał w twarz wcielonego do Rzeszy Raytona Claya. Za Raytonem stał niemiecki bohater narodowy z uniesionymi poddańczo rękoma ewidentnie i jakby wzięty do niewoli przez wielką Słowiankę w trwałej i z mopem w dłoni.
Hm.
Chyba zaszła jakaś pomyłka.
- Proszę, proszę - zacmokał Clay biorąc się pod boki. - Przyznaję, że wielokrotnie wyobrażałem sobie ten dzień, gdy wreszcie stanę z tobą twarzą w twarz, ale nigdy... przenigdy...
A potem Rayton wybuchł śmiechem. Dzikim, niekontrolowanym i przechodzącym w kwik uciechy, aż wreszcie pierwszy zamiatacz Rosji zgiął się w pół, upadł i zaczął turlać po posadzce wstrząsany drgawkami dzikiej radości.




– Doskonale – zatarł dłonie Rysiek, z lubością nasłuchując krzyków i dźwięków konania dochodzących z Kremla.
I wtedy, gdy oto zdawało się, że zwycięstwo bezsprzecznie należy już do Maślaka i ułożyło się u jego stóp z jabłkiem w zębach, a armia czeka na przejęcie i nadszedł czas, Moskwa przypuściła kontratak. Zadrżała ziemia, rozległ się potworny huk i z Kremla ruszyła na czołgi Czwartej Rzeszy oraz wzięty do niewoli majonez fala uderzeniowa, prawdziwe tsunami niosące ze sobą wszelkie wypłukane po drodze z sal i korytarzy abominacje tej produkcji.
Błazen brzęknął nadzwyczaj smętnie i postanowił, że jednak lufa.
[/interlina][/align]
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Zablokowany