Drodzy Literkowicze!

Trwa głosowanie na PROZĘ MAJA! Zapraszamy do udziału w ankiecie.

Przerwany pocałunek

"Nie ma psychologii. Jest tylko biografia i autobiografia." ~ Thomas Szasz
Awatar użytkownika
Zaimek
Posty: 37
Rejestracja: 11 sierpnia 2016, 17:59
Lokalizacja: Olsztyn
Kontaktowanie:

Przerwany pocałunek

Post autor: Zaimek » 02 października 2017, 21:52

Przerwany pocałunek nowela Po zajęciach ze studentami, kiedy całe popołudnie miałam już tylko dla siebie, lubiłam czasem zboczyć ze swojej codziennej trasy i udać się do przyuczelnianego parku, aby wśród wysokich rozłożystych drzew, przy akompaniamencie ptasich treli i ze wzrokiem zatopionym w kilkuletnich szkrabach, których tutaj nigdy nie brakowało, oddawać się samotnym rozmyślaniom o rzeczach mniej lub bardziej poważnych. W miniony piątek pogoda była szczególnie zachęcająca, toteż opuściwszy mury uniwersytetu skierowałam się bez namysłu w stronę mojego malowniczego azylu, w którym ze względu na porę tygodnia i bezchmurne niebo można było spodziewać się wielu ludzi. Żwirowa alejka biegnąca szpalerem okazałych, szumiących klonów zawiodła mnie w pobliże kamiennej fontanny, usytuowanej tuż przy piaskownicy, w której bawiło się kilkoro dzieci. Zajęłam wolne miejsce na jednej z ławek, w bliskim sąsiedztwie zaabsorbowanej amorami pary zakochanych.
Nic nie wskazywało na to, że mój dzisiejszy pobyt w parku będzie się różnił od wszystkich pozostałych. Słońce kładło się na ścieżce jaskrawymi plamami światła, w czystym i świeżym powietrzu rozlegały się ożywione głosy, gdzieś między konarami przemykała płochliwa wiewiórka; słowem: wszystko było tak, jak zawsze. Do czasu, aż jeden z przechodniów, mężczyzna mniej więcej dwudziestoparoletni, ubrany w rozchełstaną bluzę z kapturem i wytarte dżinsy, z miną naburmuszoną i osowiałą, z zaciśniętymi ustami, które jakby siłą wstrzymywały potok obelżywych impertynencji, przysiadł się do mnie. Niedługo kazał mi czekać na wyraźne zaznaczenie swojej obecności.
— Błeeee — parsknął — obrzydliwość!
Sądząc po kierunku, w jakim patrzył, miał na myśli całującą się parę. Wykrzywił twarz w grymasie pogardliwego obrzydzenia. Zakochani oderwali się na chwilę od siebie i zmierzyli go chłodnym wzrokiem.
— Nie zwracaj na niego uwagi — powiedział chłopak półgłosem, na powrót zbliżając usta do malinowych warg siedzącej mu na kolanach dziewczyny.
— Wstydu, kurwa, nie mają — warknął mężczyzna.
Wtedy postanowiłam zainterweniować:
— Proszę dać im spokój, co oni panu przeszkadzają.
Spojrzenie, które we mnie utkwił, przepełnione było jadem i odrazą.
— A przeszkadzają — powiedział. — Lizać to się mogą chyba w domu, nie?
— Nikt panu nie każe na nich patrzeć.
— Sami włażą mi w oczy.
Zniesmaczona para zaczęła się zbierać. Dziewczyna włożyła na siebie dżinsową katanę, chłopak zarzucił na ramiona plecak — i odeszli.
— Jest pan zadowolony?
— Jak najbardziej.
Bawiąca się w piasku dziecina porzuciła na chwilę swoją łopatkę, rozejrzała się wokół, a kiedy jej czyste, niewinne spojrzenie zetknęło się ze zgarbioną sylwetką siedzącego obok mnie mężczyzny, wzdrygnęła się swoim małym ciałkiem i wróciła do przerwanej zabawy, nie patrząc w naszą stronę już ani razu.
— Donikąd to pana nie zaprowadzi.
Zimne, oskarżycielskie spojrzenie.
— Niby co?
— Mam na myśli pana postawę.
Mężczyzna parsknął śmiechem.
— Czyżby? Bardzo dziękuję pani za troskę.
— Doskonale to rozumiem, że obecnie może się pan wzdragać przed spoglądaniem w przyszłość, ale proszę choć na chwilę porzucić tę zaślepiającą krótkowzroczność, która każe być panu takim, jakim pan jest — i pomyśleć o tym, co pan na siebie ściągnie, jeśli w dalszym ciągu będzie pan trwał z uporem przy swoich nieuzasadnionych pretensjach do całego świata.
Mój rozmówca na te słowa uniósł wysoko brwi, jak gdyby ugodzony w najczulszy punkt, po czym przeszył mnie pełnym nienawiści wzrokiem, w którym malowało się poczucie jakiejś wielkiej krzywdy.
— Nieuzasadnionych? Nieuzasadnionych? — zasyczał zjadliwie. Wargi mu drgały, przez nienaturalnie wykrzywioną twarz przebiegł nerwowy skurcz. — Przez całe swoje życie przyglądałem się, jak wszyscy dookoła bawią się i cieszą, i guzik sobie robią z tego, że ja w ich zabawie nie mogę uczestniczyć. Przez całe swoje życie — powtórzył z naciskiem — widzę wszędzie naokoło piękne kobiety i przystojnych mężczyzn, wymieniających między sobą uśmiechy i flirtujących przy każdej możliwej okazji: w parku, na uczelni, w pracy, na ulicy, wszędzie, wszędzie! — Aż zapienił się z wściekłości, musiał otrzeć sobie usta dłonią. — Wszystkie kobiety, o których względy zabiegałem, wszystkie te lafiryndy patrzyły na mnie zawsze z wysoka, jak gdybym był obmierzłym gadem, w którym skupiły się najpotworniejsze przywary i ułomności tego świata. Ani jedna nie poszła ze mną nigdy do łóżka. Za każdy stosunek seksualny, który w swoim trzydziestoletnim życiu odbyłem, musiałem bulić ciężkie pieniądze. Od najwcześniejszych lat swojej nędznej egzystencji wciąż jestem bezlitośnie wyszydzany przez hojniej obdarzonych wdziękami rówieśników, którzy nie chcą mieć ze mną nic wspólnego. Mężczyźni nie ustępują mi z drogi, nie uchylają przede mną ramienia, kiedy wymagałaby tego najzwyczajniejsza w świecie grzeczność; dla kobiet nie istnieję, jestem powietrzem, a w najgorszym razie obiektem drwin. Nie wiem, co to znaczy: być przez kogoś pożądanym. Nikt się we mnie nigdy nie zakochał, nie otrzymałem ani jednego listu miłosnego, nawet w wieku, w którym tego typu rzeczy są czymś zwyczajnym i normalnym. Moje heroiczne próby wkupienia się w łaski tej czy owej dulcynei zawsze kończyły się sromotną porażką, podobnie jak wszystko, za co się tylko zabrałem. Niezależnie od tego, w jakim towarzystwie się znalazłem, zawsze, powtarzam, zawsze uchodziłem za kogoś gorszego od innych; za kogoś, komu nie należy się zbyt wiele szacunku czy względów. Moje spostrzeżenia i osądy nigdy nie były brane pod uwagę, z moimi uczuciami nie liczono się. Korzystano z każdej nadarzającej się sposobności, aby mnie upokorzyć i poniżyć, od nikogo nie usłyszałem nigdy dobrego słowa. — Jego przekrwione oczy wwiercały się we mnie z szaloną zaciekłością, która budziła mimowolny lęk. — Zawsze i wszędzie byłem ostatnim pośmiewiskiem: najpierw w szkole, potem na studiach, a następnie w pracy. A nawet w domu, bo ojciec znajdował szczególne upodobanie w systematycznym i konsekwentnym przekonywaniu mnie, że się do niczego nie nadaję. By zakorzenić we mnie to przeświadczenie możliwie najgłębiej i najskuteczniej, nie szczędził mi nigdy kąśliwych docinków ani nie omieszkał wyśmiać i wyszydzić każdej podjętej przeze mnie próby nabrania do siebie szacunku. Moje siostry, którymi wszyscy się zachwycali z powodu ich ponadprzeciętnej urody, unikały pokazywania się ze mną gdziekolwiek, wolały raczej nie pójść na przyjęcie niż zabrać mnie ze sobą. Wzrastałem więc w przekonaniu, że jestem ostatnim łamagą, i że nic dobrego mnie w życiu nie spotka. Istotnie — nic dobrego mnie dotąd nie spotkało, co jedynie potwierdza słuszność ojcowskich przewidywań. Niech pani się dobrze przyjrzy tej paskudnej, odrażającej gębie — wskazał palcem swoją twarz — niech pani się przyjrzy temu brzydactwu, z którym pani teraz łaskawie rozmawia. Która nogi przede mną rozłoży?
— Pan się myli... — zaprotestowałam nieśmiało.
— Myli?! — napadł na mnie. — Myli?! Jak pani śmie! Jak pani śmie naigrawać się z pokrzywdzonego los człowieka, który nigdy w życiu nie zaznał od nikogo życzliwości!!! — Ślina lała mu się już strugami, otarł mokre wargi ręką. Musiałam się nieco odsunąć, bo w ferworze tej oskarżycielskiej mowy przybliżył się do mnie na zbyt niebezpieczną z punktu widzenia higieny odległość.
— O, żeby pani wiedziała, jak bardzo nienawidzę życia. Jak bardzo nienawidzę ludzi, których widok przyprawia mnie nieodmiennie o chorobę. Moim jedynym pragnieniem jest, żeby ci, którzy mają lepiej, zaznali tych wszystkich cierpień, przez jakie ja musiałem przejść. Przez długi czas taiłem w sobie to uczucie, łudząc się, że jestem kimś lepszym, ale dzisiaj widzę jasno, że jest to moje najgorętsze, najbardziej intymne życzenie: aby piękni i zaradni stali się takimi samymi kalekami jak ja!
Spiorunował mnie wściekłym, nieludzkim wzrokiem, otarł zaślinione wargi, po czym poderwał się jak na sprężynie i oddalił szybko w stronę bramy.
— Proszę pana...
Ale chyba mnie już nie usłyszał.


Awatar użytkownika
Kompot
Mącikompot
Posty: 423
Rejestracja: 21 sierpnia 2012, 23:40

Re: Przerwany pocałunek

Post autor: Kompot » 03 października 2017, 09:37

Hej. Nie jestem pewna czy to tekst skończony, czy nie, a jest to dość istotne w tym przypadku. Jeśli to jest tylko fragment tekstu, to jest dobrym startem do historii od zera do bohatera, przemiany wewnętrznej itd.. Jeśli jednak to koniec, to tekst jest bez zakończenia. Kompletnie. Nie będę go więc oceniała, bo nie wiem co planujesz. Jedyne co mogę powiedzieć to, że sporo tam powtórzeń. Nie są strasznym błędem kiedy pojawiają się w dialogach, ale u ciebie w pierwszym akapicie jest tyle i, że byś cztery zdania obdzielił.
Powodzenia.
Obrazek

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1785
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Przerwany pocałunek

Post autor: Kruffachi » 03 października 2017, 10:37

Hm.

Nie skomentowałam dotąd "Pani Lulu", gdyż obawiałam się, że moje zarzuty mogą mieć wymiar zbyt subiektywny, że może czegoś tam nie pojęłam, nie poczułam i zwyczajnie nie jestem odpowiednim czytelnikiem dla tego tekstu. Tu jednak - wydaje mi się - problemy mam natury nieco bardziej obiektywnej.

Przede wszystkim trudno mi przełknąć nachalny dydaktyzm tekstu. Sztuczność scenki i sztuczność języka, czytelne wskazanie, kto tu ma rację, a kto jest tylko zaślepionym frustratem, w dodatku pokazane głównie w dialogu, dla którego czynności są jedynie przyczynkiem. Nie, choć bardzo chcę, nie, nie potrafię przyjąć takiej formy i uznać za artystycznie literacką. Przy czym wyczuwam, że tekst nie jest de facto o "niej", a o "nim" i jego... tu kusi wulgarne określenie, ale napiszę: życiowej frustracji. Przy czym nie sposób uniknąć pytania, dlaczego ma mnie ona obchodzić? Dlaczego ma obchodzić narratorkę? Po takim wykładzie i wyliczeniu żalów nie czuję ani współczucia, ani zadumy, a tylko irytację impertynencją i zwyczajne ludzkie zmęczenie. Zresztą jak w utworach dydaktycznych całe otoczenie reaguje odpowiednio - oburza się, zawstydza, daje obraz stosunku świata przedstawionego do zachowania bohatera i przez to de facto je potępia.

Jeśli z kolei o samo oburzanie się na całujące się pary w parku chodzi, to sprawa też nie jest tak oczywista przecież. Do tego pana tu mi daleko ze wszech miar, a jednak - jako mizofonik - zwyczajnie nie lubię odgłosu ciamkania i cmokania, obrzydza mnie i wywołuje fizjologiczną reakcję w postaci uruchomienia pewnych ośrodków w mózgu, co jest ode mnie niezależne i wynika z budowy tego ostatniego. Jeśli też jadę z taką parką autobusem i oni, zamiast trzymać się poręczy, trzymają się siebie, całują i wpadają po kolei na wszystkich stojących w pobliżu, to też nie jest zachowanie kulturalne czy odpowiedzialne. Piszę o tym tylko dlatego, że narratorka zakłada jedną możliwą opcję, co oczywiście jest widocznym narzędziem służącym temu, by sfrustrowany bohater mógł wybuchnąć jadem i wpaść w monolog.

Potwornie - używam tego słowa z premedytacją - sztuczny jest też język i to nie tylko narracji, która mogłaby zostać poddana po prostu stylizacji.
Doskonale to rozumiem, że obecnie może się pan wzdragać przed spoglądaniem w przyszłość, ale proszę choć na chwilę porzucić tę zaślepiającą krótkowzroczność, która każe być panu takim, jakim pan jest
Kto mówi w ten sposób? No ale dobrze, pomyślałam sobie, pani jest wykształcona, kulturalna, może chciałeś to oddać, nawet jeśli przesadziłeś i nie brzmi to jak wypowiedź, a napisanie zdanie, przez co sprawia wrażenie nieomal karykaturalnego.

Ale zaraz wypowiada się pan i mówi tak (pomijam długość i retoryczność monologu jako ogólny problem):
patrzyły na mnie zawsze z wysoka, jak gdybym był obmierzłym gadem, w którym skupiły się najpotworniejsze przywary i ułomności tego świata.
Jednocześnie - nie wiem, dla skontrastowania z narratorką? - wplatasz w ten monolog słowa takie jak "lafirynda" czy "bulić", które przy "najpotworniejszych przywarach" brzmią bardzo fałszywie.

Wszystko to - cała ta sztuczność - sprawiało, że tekst chrzęścił mi jak piasek między zębami. Cóż, nie podobało się.

Chyba że przeciwnie - cały ten dydaktyzm jest przykrywką, a w istocie chodzi o dramat sfrustrowanego jegomościa i to, jak bardzo cały świat jest przeciwko niemu. Wtedy chrzęści jeszcze bardziej.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Zaimek
Posty: 37
Rejestracja: 11 sierpnia 2016, 17:59
Lokalizacja: Olsztyn
Kontaktowanie:

Re: Przerwany pocałunek

Post autor: Zaimek » 03 października 2017, 18:01

Dziękuję za komentarze. Zasiały one we mnie pewne wątpliwości dotyczące wartości artystycznej mojego "dziełka" i skłoniły do krytycznej nad nim refleksji. Poniżej ustosunkuję się po kolei do wszystkich spostrzeżeń i wytknięć - zarówno tych, które uważam za słuszne, jak również tych, z którymi nie do końca mogę się zgodzić.

Jest to cały, skończony tekst, a spinająca go klamra kompozycyjna wydawała mi się na tyle wyraźna, że zarzut dotyczący jej braku przyjmuję z niejaką konsternacją. Byłem przekonany, że lepszego zakończenia ta nowelka mieć nie może. Moja pewność w tym względzie została jednak poważnie podkopana. Byłbym wdzięczny pozostałym Komentującym, gdyby również zabrali głos w tym przedmiocie i rozproszyli moje wątpliwości. Jak już wspomniałem, miała to być nowela, w którym to gatunku literackim trudno o pogłębioną charakterystykę psychologiczną czy aranżowanie przemian wewnętrznych. Nasuwa się również wątpliwość, czy taka przemiana pozostawałaby w sferze realnych możliwości głównego bohatera. Z całą jednak pewnością nie byłaby zgodna z zamysłem autorskim.

Co do powtórzeń - to prawda, trochę za dużo tam "spojrzeń" w rozmaitych wariantach deklinacyjnych, ale poza tym jednym wyrazem nie jestem w stanie zidentyfikować żadnych innych, zwłaszcza w pierwszym akapicie. Byłbym wdzięczny za wskazanie konkretnych miejsc, przynajmniej klilku. W dialogach, jak trafnie zauważyłaś, powtórzenia są czymś naturalnym, czymś jak najbardziej charakterystycznym dla języka mówionego. Co prawda język mówiony w obrębie tekstu literackiego powiwinien być należycie "obrobiony", poddany uprzyjemniającym lekturę zabiegom stylizacyjnym i zbytnie nagromadzenie powtórzeń czy innych, znamiennych dlań ułomności należy uznać zawsze za błąd, jednak nie wydaje mi się, abym tymi paroma powtórzeniami zgrzeszył przeciwko estetyce, choć oczywiście mogę się mylić.

Niemałym zaskoczeniem okazały się dla mnie również niektóre spostrzeżenia Kruffachi. Np. to dotyczące rzekomego dydaktyzmu. Absolutnie nie było moim zamiarem pouczanie kogolwiek. Być może zwiódł Cię kontrast zaznaczający się między głównym, jak odgadłaś, bohaterem a resztą świata przedstawionego. Ale kontrast ten, przynajmniej w założeniu, miał pełnić funkcję zgoła inną niż ta, która go uzasadnia w utworach dydaktycznych. Chodziło mi raczej o wyeksponowanie udręki, której doświadcza protagonista.
Przy czym wyczuwam, że tekst nie jest de facto o "niej", a o "nim" i jego... tu kusi wulgarne określenie, ale napiszę: życiowej frustracji. Przy czym nie sposób uniknąć pytania, dlaczego ma mnie ona obchodzić? Dlaczego ma obchodzić narratorkę?
Przedstawiona w tekście scenka jest raczej dość nietypowa. Czy nie zdarzyło Ci się nigdy opowiadać komuś o czymś, co odbiegało od Twoich codziennych, prozaicznych doświadczeń? Czy osobliwość takiego wydarzenia nie stanowi wystarczającej motywacji? Zresztą widzę tutaj pomięszanie dwóch oddzielnych porządków: narracji jako immanentego elementu świata przedstawionego oraz narracji jako sfery literackich zabiegów, zmierzających do wywołania u odbiorcy określonego efektu estetycznego. Twoje wątpliwości odnośnie do pierwszego spośród tych porządków już, mam nadzieję, zażegnałem; zaś co do pytania o Czytelnika... takim pytaniem można skwitować każdą próbę podjęcia dialogu. Co mnie może obchodzić, co ty, taki i owaki, tam mruczysz, mam cię w nosie, nie rozmawiam z tobą. Skoro autor włożył w napisanie tekstu energię i zadał sobie trud, aby nadać mu możliwie najdoskonalszy kształt językowy i edytorski, można wnosić, że nie zrobił tego dla hecy, bo mu się nudziło. Skoro mówię do Ciebie, i to w sposób intymny, korzystając z najdoskonalszego medium do wyrażania najistotniejszych aspektów ludzkiej osobowości, jakim jest literatura, to znaczy, że uznaję Twoją podmiotowość i spodziewam się przerzucić most porozumienia między naszymi odrębnościami. Każdy tekst jest - a przynajmniej powinien być, jeśli literatura ma być czymś więcej niż tylko sekwencją wyprutych z życia znaków językowych - skierowanym do drugiego człowieka apelem, wołaniem, artystyczną obiektywizacją najintymniejszych poruszeń wewnętrznych. To oczywiście nie znaczy, że podpisałbym się pod każdą wypowiedzią włożoną w usta moich bohaterów. Naiwnością byłoby przypuszczać, że np. Dostojewski był o krok od zamordowania Bogu ducha winnej kobiety ze względów ideologicznych. Raskolnikow nie jest stuprocentową kopią swojego twórcy, ale można domniemywać, że dręczące go konflikty wewnętrzne nie były temu ostatniemu obce, zwłaszcza że oddał je z takim znawstwem. Zaaranżowane w utworze sytruacje pozwoliły mu je należycie uwypuklić.

Po takim wykładzie i wyliczeniu żalów nie czuję ani współczucia, ani zadumy, a tylko irytację impertynencją i zwyczajne ludzkie zmęczenie.
Ja rozumiem, że kalectwo, brzydota, starość i śmierć raczej się nie sprzedają, ale bądź co bądź są integralną częścią naszego życia i nie sposób im zaprzeczyć. Jeśli odwracamy z odrazą wzrok na widok kogoś, komu natura, delikatnie mówiąc, spłatała figla, to tak jakbyśmy zaprzeczali jego istnieniu.
Piszę o tym tylko dlatego, że narratorka zakłada jedną możliwą opcję, co oczywiście jest widocznym narzędziem służącym temu, by sfrustrowany bohater mógł wybuchnąć jadem i wpaść w monolog.
Ale przecież nie ma nic nieprawdopodobnego w zakładaniu tylko jednej opcji. Ważny jest też kontekst: bohater swoją nonszalancką postawą, uwidaczniającą się już chociażby w wyrazie twarzy, nie dawał powodów do odmiennej interpretacji.
Potwornie - używam tego słowa z premedytacją - sztuczny jest też język i to nie tylko narracji, która mogłaby zostać poddana po prostu stylizacji
.

Jeśli przez sztuczność rozumieć literackość, to się zgodzę. Ale jeśli co innego, to już nie. Nie rozumiem, dlaczego niby miałbym pisać tak, jak się mówi. Mówi się byle jak, mówi się to, co akurat ślina na język przyniesie. W literaturze na taką niedłabłość nie powinno być chyba miejsca? Na tym polega urok języka literackiego, że odrywa nas od językowych automatyzmów charakterystycznych dla mowy potocznej. Obcowanie ze słowami wyszukanymi, ściślej przylegającymi do desygnatów, daje nam rozkosz estetyczną i intelektualną. NIe rozumiem, dlaczego mielibyśmy się tej rozkoszy wyzbywać. Co zaś do języka dialogów - odsyłam do Kafki. Przecież tam u niego jedna wypowiedź zajmuje nieraz całą stronę, jeśli nie więcej, a w dodatku jest tak skonstruowana, że nikt by o niej nie powiedział, iż stanowi wierny analogon rzeczywistych wypowiedzi ustnych.
Jednocześnie - nie wiem, dla skontrastowania z narratorką? - wplatasz w ten monolog słowa takie jak "lafirynda" czy "bulić", które przy "najpotworniejszych przywarach" brzmią bardzo fałszywie.
A czy nie jest tak, że kolokwializmy odzwierciedlają napięcie towarzyszące wypowiadaniu tej płomiennej kwestii? Wyrazy potoczne czy nawet wulgaryzmy nie są chyba zarezerwowane wyłącznie dla najniższych warstw społeczeństwa?

Nawiasem mówiąc, chętnie poznałbym Twoją opinię na temat mojego poprzedniego tekstu, choć oczywiście do niczego nie zmuszam.

Awatar użytkownika
Kompot
Mącikompot
Posty: 423
Rejestracja: 21 sierpnia 2012, 23:40

Re: Przerwany pocałunek

Post autor: Kompot » 03 października 2017, 18:47

Hej ponownie. No to teraz mogę coś powiedzieć więcej, wiedząc na czym stoję. Nie zauważyłam nic co można by uznać za klamrę. Przypomnę,że klamra to coś co występuje na początku tekstu (czyli w tym przypadku opis upodobań/zwyczajów bohaterki) i na końcu tekstu (czyli bohaterka, która próbuje jeszcze nawiązać kontakt z mężczyzną) i te dwa fragmenty mają scalić utwór i go zamknąć. Nie widzę związku między nimi, który cokolwiek by wyjaśniał/zamykał.
Dlaczego uważam tekst za niedokończony. Całe zajście nie ma żadnych konsekwencji, które mogłyby wróżyć, że ta scena cokolwiek wniosła czy zmieniła w życiu bohaterki lub bohatera, czy że jest jakąś głęboką analizą czegokolwiek. Po prostu to się wydarzyło i tyle. Równie dobrze można by opisać scenę, w której do stolika w knajpie dosiada się ktoś obcy, pogada o tym, że go zdradza żona/mąż, po czym znika i tyle go widzieli. Nie ma tu moralnej oceny, nie ma jak mówiłam konsekwencji. Tekst więc nie wnosi żadnych nowych informacji do życia czytelnika, ani opinii nad którymi mógłby się zastanowić.
Gość powiedział, że ma źle w życiu. Świetnie, tylko my nie wiem czy ma źle bo świat jest zły, czy dlatego, że sam jest sobie winny. Nie wiemy czy bohaterka miała jakiekolwiek nastawienie do ludzi jego pokroju. Więc brakuje tu ekspozycji. Nie ma punktu wyjścia, który mógłby zapoznać mnie z problemami i postaciami w twoim tekście.
To wszystko sprawia, że problem mężczyzny jest mi obojętny w takim samym stopniu, jak to dlaczego kobieta wybiera plac zabaw jako miejsce odpoczynku po pracy. A mogłoby być inaczej, gdyby właśnie w ekspozycji autor powiedział nam, że ona tęskni za beztroskim dzieciństwem albo boi się że macierzyństwo nigdy nie nadejdzie, albo cokolwiek co nadałoby charakteru, a jeszcze lepiej kontrastowało lub wspierało problem mężczyzny.

Co do powtórzeń, to wierzę, że jak nie ty to ogarniesz, to ktoś się jeszcze znajdzie, żeby je wytknąć. Na etapie tamtego komentarza, to była jedyna rzecz, jaką mogłam powiedzieć na temat tekstu.
Obrazek

Awatar użytkownika
Zaimek
Posty: 37
Rejestracja: 11 sierpnia 2016, 17:59
Lokalizacja: Olsztyn
Kontaktowanie:

Re: Przerwany pocałunek

Post autor: Zaimek » 03 października 2017, 22:56

Co zaś do języka dialogów - odsyłam do Kafki. Przecież tam u niego (....)
Chciałbym jeszcze dodać, że nie wydaje mi się rzeczą nieprawdopodobną to, że w kimś kumuluje się negatywna energia i w pewnym momencie znajduje ujście w reakcji nieproporcjonalnej do wywołującego ją bodźca. To a propos objętości monologu.

Kompot, cóż. Takim prostym streszczeniem można strywializować każdą fabułę. Gość sobie ponarzekał, no i co? Ale takie streszczenie nie oddaje przecież tego, o co właśnie w literaturze chodzi: atmosfery, nienazywalnej słowami aury towarzyszącej zaistniałej sytuacji, różnych imponderabiliów. Ingarden to bardzo uczenie nazywał jakościami metafizycznymi. Pozostaje mi jedynie wyrazić ubolewanie nad własną nieudolnością artystyczną, wskutek której moje przedsięwzięcie zakończyło się fiaskiem (skoro nikt się nie zachwycił). Ale co kompozycji, to nadal uważam, jak ten osioł, że moja nowelka ładnie się zaczyna i ładnie kończy. Już abstrahując od jej wartości arystycznej. Głupio mi tak łopatologicznie wykładać sens zakończenia, no ale niech tam. Newralgiczna jest tutaj i kulminacja (napięcia psychicznego), i brama (park/ludzie=locus amoneus), i odruch litości ("proszę pana"), no i przede wszystkim, że gość "nie usłyszał". Bo zaślepiony jadem, nienawiścią i czym tam jeszcze - i nic już doń nie dociera. Głupio brzmi, prawda? No ale musi brzmieć głupio, bo literatura jest nieprzetłumaczalna na język pojęciowy.
A mogłoby być inaczej, gdyby właśnie w ekspozycji autor powiedział nam, że ona tęskni za beztroskim dzieciństwem albo boi się że macierzyństwo nigdy nie nadejdzie
Kobieta ma tu najmniej do gadania, nie o nią mi chodzi :) Ja nie konstruuję w ten sposób fabuły, obce jest mi takie chłodne, kalkulujące podejście. Dla mnie opowieść musi iść niejako sama, bez nadmiernej ingerencji intelektu. To taka jakby mowa nieświadomości. Nie wiem, dokąd mnie zaprowadzi.

Awatar użytkownika
Zaimek
Posty: 37
Rejestracja: 11 sierpnia 2016, 17:59
Lokalizacja: Olsztyn
Kontaktowanie:

Re: Przerwany pocałunek

Post autor: Zaimek » 04 października 2017, 00:22

Przeczytałem swoje wypociny na zimno i rzeczywiście muszę przyznać Wam rację: sztuczne to i nierealne, tekst się nie broni.

Awatar użytkownika
Zaimek
Posty: 37
Rejestracja: 11 sierpnia 2016, 17:59
Lokalizacja: Olsztyn
Kontaktowanie:

Re: Przerwany pocałunek

Post autor: Zaimek » 04 października 2017, 09:17

Przeczytałem powtórnie i odwołuję. To doprawdy zadziwiające, jak dalece można ulec czyimś sugestiom. Rażący wydał mi się tylko ten fragment:
Doskonale to rozumiem, że obecnie może się pan wzdragać przed spoglądaniem w przyszłość, ale proszę choć na chwilę porzucić tę zaślepiającą krótkowzroczność, która każe być panu takim, jakim pan jest — i pomyśleć o tym, co pan na siebie ściągnie, jeśli w dalszym ciągu będzie pan trwał z uporem przy swoich nieuzasadnionych pretensjach do całego świata.
To tutaj zawiera się cały ten dydaktyzm.

Chcialbym jeszcze tylko rozstrzygnąć wątpliwość dotycząca bliskiego sąsiedztwa kolokwializmow ze słownictwem książkowym, dlatego byłbym Ci, Kruffachi, wdzięczny za ustosunkowanie się do moich kontrargumentow. Czy jest nieprawdopodobne, że człowiek elokwentny, mający codziennie do czynienia z językiem literackim, w paroksyzmie złości zacznie przeplatac swoje ksiazkowe skądinąd wypowiedzi słowami potocznymi? Czy w starszych utworach, pochodzących chociazby z XIX w., taka retorycznosc nie jest czymś zwyczajnym? A chociażby i u Schulza albo Witkacego, gdzie monolog przeobraza się w minitraktat filozoficzny. Proszę o odzew, chciałbym dojść do jakiejś konkluzji.

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Przerwany pocałunek

Post autor: pierdoła saska » 06 grudnia 2017, 07:58

Realizm rzecz względna niekiedy, tu bardzo, bo ja jakoś nie widzę, aby para chcąca się nieco nacieszyć swoim towarzystwem wybrała do tego akurat ławkę blisko piaskownicy pełnej dzieci, a nie jakieś bardziej zaciszne miejsce, ale co kto lubi. Tu: czego fabuła wymaga.


Mam pewne wewnętrzne i prywatne "ale" do zdań typu "Nic nie wskazywało na to, że mój dzisiejszy pobyt w parku będzie się różnił od wszystkich pozostałych." I chodzi mi nie o to konkretne, a o taki zabieg, że podkreśla się, jak wszystko było normalne i przecież nic nie może się wydarzyć, tylko że jeśli naprawdę miałoby się nic nie wydarzyć to po pierwsze, narrator by o tym w ogóle nie wspominał, po drugie: tekst raczej by nie powstał. Pewnikiem jest gdzieś autor, który napisał coś takiego, a potem faktycznie nic się nie wydarzyło, choć czytelnik czytał jak na szpilkach w oczekiwaniu na to coś, ale... No ten tekst taki nie jest i nie wiem czy ten pseudo foreshadowing jest tu potrzebny, czy wnosi coś, czy raczej przeszkadza.

Za to bohaterka, która nazywa dzieci dziecinami (strasznie pretensjonalnie wypowiada się zarówno w narracji i dialogu, ale OK, może z niej jest taka pretensjonalna, wydumana osóbka, jestem skłonna ja taka zaakceptować), obcym ludziom robi wykłady o ich psychice... nie mam problemu z krótkimi rozmowami z obcymi na ulicy, z takim zagadywaniem się w sklepie, autobusie itd. u mnie w mieście takie rzeczy się dzieją, ludzie są raczej otwarci, ale tutaj... skojarzył mi się pan od świadków Jehowy, który zaczepił mnie w Hiszpanii i nie chciał się odczepić, choć mówiłam, że ni w ząb nie rozumiem hiszpańskiego czy katalońskiego, nawet nie wiem w którym do mnie mówił. I ona też taka jest. Mówi. Wie. Nie ma pojęcia co się stało. Czy dziewczyna facetowi powiesiła się na lampie, rzuciła go, czy nigdy żadnej nie miał, ale robi mu wykład o tym jak ma żyć. W sumie jest cholernie bezczelna i krótkowzroczna w tym — albo, co tu jest bardziej prawdziwe, pcha ją imperatyw fabularny, musi to powiedzieć, by mężczyzna zaczął swoją litanię. To źle, gdy widać imperatyw :/

Finalnie więc z tekstu wyciągnęłam, że świat pełen jest domorosłych moralizatorów i pełnych frustracji ludzi, co jest z pewnością prawdą i pozostaje mi mieć nadzieję, że kiedyś nie znajdę się pomiędzy nimi.

Zgadzam się z tym, co wcześniej napisano, że to przypomina scenkę, a nie skończony tekst. Zakończenie z tym, jak ona mówi w ślad za odchodzącym mężczyzną jest tak otwarte, że jakbym nie doczytała w komentarzach, że jest to skończony tekst, to spodziewałabym się ciągu dalszego, jakiegoś podsumowania, przemyślenia, tego co się zdarzyło. Cienia uwagi poświęconej temu, co ta rozmowa wniosła do życia bohaterki-narratorki, bo z jakiegoś powodu ona opowiedziała mi-czytelnikowi tę historię. Brak tego zamknięcia sprawia wrażenie niedokończenia. :/
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo
na starą pannę to się nie zachowujesz
CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Zaimek
Posty: 37
Rejestracja: 11 sierpnia 2016, 17:59
Lokalizacja: Olsztyn
Kontaktowanie:

Re: Przerwany pocałunek

Post autor: Zaimek » 06 stycznia 2018, 13:07

pierdoła saska, dziękuję za komentarz i przepraszam, że dotąd nie odpisywałem, ale nie było mnie dość długo na forum. Wróciłem do tego tekstu po upływie pewnego czasu i rzeczywiście biję się w pierś, przyznaję słuszność Waszym argumentom. Wezmę je sobie do serca. Tymczasem dla sprawdzenia czegoś wkleję coś jeszcze, aby sprawdzić, czy we wszystkich moich tekstach pojawia się pewien poważny błąd.

Awatar użytkownika
kreSka
Posty: 10
Rejestracja: 01 marca 2018, 20:50

Re: Przerwany pocałunek

Post autor: kreSka » 05 kwietnia 2018, 18:36

Zaimek pisze:
02 października 2017, 21:52

— Doskonale to rozumiem, że obecnie może się pan wzdragać przed spoglądaniem w przyszłość, ale proszę choć na chwilę porzucić tę zaślepiającą krótkowzroczność, która każe być panu takim, jakim pan jest — i pomyśleć o tym, co pan na siebie ściągnie, jeśli w dalszym ciągu będzie pan trwał z uporem przy swoich nieuzasadnionych pretensjach do całego świata.
Mój rozmówca na te słowa uniósł wysoko brwi, jak gdyby ugodzony w najczulszy punkt, po czym przeszył mnie pełnym nienawiści wzrokiem, w którym malowało się poczucie jakiejś wielkiej krzywdy.
— Nieuzasadnionych? Nieuzasadnionych? — zasyczał zjadliwie. Wargi mu drgały, przez nienaturalnie wykrzywioną twarz przebiegł nerwowy skurcz. — Przez całe swoje życie przyglądałem się, jak wszyscy dookoła bawią się i cieszą, i guzik sobie robią z tego, że ja w ich zabawie nie mogę uczestniczyć. Przez całe swoje życie — powtórzył z naciskiem — widzę wszędzie naokoło piękne kobiety i przystojnych mężczyzn, wymieniających między sobą uśmiechy i flirtujących przy każdej możliwej okazji: w parku, na uczelni, w pracy, na ulicy, wszędzie, wszędzie! — Aż zapienił się z wściekłości, musiał otrzeć sobie usta dłonią. — Wszystkie kobiety, o których względy zabiegałem, wszystkie te lafiryndy patrzyły na mnie zawsze z wysoka, jak gdybym był obmierzłym gadem, w którym skupiły się najpotworniejsze przywary i ułomności tego świata. Ani jedna nie poszła ze mną nigdy do łóżka. Za każdy stosunek seksualny, który w swoim trzydziestoletnim życiu odbyłem, musiałem bulić ciężkie pieniądze. Od najwcześniejszych lat swojej nędznej egzystencji wciąż jestem bezlitośnie wyszydzany przez hojniej obdarzonych wdziękami rówieśników, którzy nie chcą mieć ze mną nic wspólnego. Mężczyźni nie ustępują mi z drogi, nie uchylają przede mną ramienia, kiedy wymagałaby tego najzwyczajniejsza w świecie grzeczność; dla kobiet nie istnieję, jestem powietrzem, a w najgorszym razie obiektem drwin. Nie wiem, co to znaczy: być przez kogoś pożądanym. Nikt się we mnie nigdy nie zakochał, nie otrzymałem ani jednego listu miłosnego, nawet w wieku, w którym tego typu rzeczy są czymś zwyczajnym i normalnym. Moje heroiczne próby wkupienia się w łaski tej czy owej dulcynei zawsze kończyły się sromotną porażką, podobnie jak wszystko, za co się tylko zabrałem. Niezależnie od tego, w jakim towarzystwie się znalazłem, zawsze, powtarzam, zawsze uchodziłem za kogoś gorszego od innych; za kogoś, komu nie należy się zbyt wiele szacunku czy względów. Moje spostrzeżenia i osądy nigdy nie były brane pod uwagę, z moimi uczuciami nie liczono się. Korzystano z każdej nadarzającej się sposobności, aby mnie upokorzyć i poniżyć, od nikogo nie usłyszałem nigdy dobrego słowa. — Jego przekrwione oczy wwiercały się we mnie z szaloną zaciekłością, która budziła mimowolny lęk. — Zawsze i wszędzie byłem ostatnim pośmiewiskiem: najpierw w szkole, potem na studiach, a następnie w pracy. A nawet w domu, bo ojciec znajdował szczególne upodobanie w systematycznym i konsekwentnym przekonywaniu mnie, że się do niczego nie nadaję. By zakorzenić we mnie to przeświadczenie możliwie najgłębiej i najskuteczniej, nie szczędził mi nigdy kąśliwych docinków ani nie omieszkał wyśmiać i wyszydzić każdej podjętej przeze mnie próby nabrania do siebie szacunku. Moje siostry, którymi wszyscy się zachwycali z powodu ich ponadprzeciętnej urody, unikały pokazywania się ze mną gdziekolwiek, wolały raczej nie pójść na przyjęcie niż zabrać mnie ze sobą. Wzrastałem więc w przekonaniu, że jestem ostatnim łamagą, i że nic dobrego mnie w życiu nie spotka. Istotnie — nic dobrego mnie dotąd nie spotkało, co jedynie potwierdza słuszność ojcowskich przewidywań. Niech pani się dobrze przyjrzy tej paskudnej, odrażającej gębie — wskazał palcem swoją twarz — niech pani się przyjrzy temu brzydactwu, z którym pani teraz łaskawie rozmawia. Która nogi przede mną rozłoży?
— Pan się myli... — zaprotestowałam nieśmiało.
— Myli?! — napadł na mnie. — Myli?! Jak pani śmie! Jak pani śmie naigrawać się z pokrzywdzonego los człowieka, który nigdy w życiu nie zaznał od nikogo życzliwości!!! — Ślina lała mu się już strugami, otarł mokre wargi ręką. Musiałam się nieco odsunąć, bo w ferworze tej oskarżycielskiej mowy przybliżył się do mnie na zbyt niebezpieczną z punktu widzenia higieny odległość.
— O, żeby pani wiedziała, jak bardzo nienawidzę życia. Jak bardzo nienawidzę ludzi, których widok przyprawia mnie nieodmiennie o chorobę. Moim jedynym pragnieniem jest, żeby ci, którzy mają lepiej, zaznali tych wszystkich cierpień, przez jakie ja musiałem przejść. Przez długi czas taiłem w sobie to uczucie, łudząc się, że jestem kimś lepszym, ale dzisiaj widzę jasno, że jest to moje najgorętsze, najbardziej intymne życzenie: aby piękni i zaradni stali się takimi samymi kalekami jak ja!
Spiorunował mnie wściekłym, nieludzkim wzrokiem, otarł zaślinione wargi, po czym poderwał się jak na sprężynie i oddalił szybko w stronę bramy.
— Proszę pana...
Ale chyba mnie już nie usłyszał.[/align]

Ty...Najbardziej mi się podoba ten fragment w którym gość mówi żeby Ci którzy są szczęśliwi żeby zaznali cierpienia... jak to nazywają ? Zawiść ? Jakoś tak . Facet se cos zawalił, i będzie specjalnie unieszczęśliwiał innych by czyjeś łzy go cieszyły.... chyba nikt nie lubi takich ludzi. Jeśli taka osoba jest starsza i oczekuje od mnie szacunku - to sorrry. Sam Wiek nie upoważnia do szacunku, na tenże trzeba sobie zasłużyć. WDW nikt też zapewne nie lubi ( wdw - tł: wdupowłastwo, lizusostwo) więc zapewne dlatego nikt faceta nie lubił. Co do kobiet - Facet musi je szanować,, przytulic gdy kobieta warczy, dać jej trochę "wolności " i ploteczek, kobieta musi czuć się bezpieczna itd. jeśli facet z kobietą traktuje ją z wyższością lub na zasadzie " seks jak najszybciej" lub zmienia je jak rękawiczki " on wielki pan i władca: to w pewnym momencie wieść szybko się rozniesie. Która kobieta lubi jak sie ją traktuję jak skarpetę ? żadna...I osoba niepełnosprawna może kochać i byc kochaną( jak ja np ) - poza tym kiedyś widziałam młode małżeństwo (bo późniejsza moja sąsiadka) - dziewczynina na wózku facet ok - i byli po ślubie klika lat " zatem " jestem kaleką" - nic nie tłumaczy - facet albo był megalomanem albo uprawiał Wdw . Jedno z dwojga
 ! Wiadomość z: Kruffachi
Uprzejmie proszę o przestrzeganie zasad języka polskiego.
Dodano po 1 godzinie 45 minutach 12 sekundach:
tzn ? bo z tego co widzę wszystko jest po polsku i cytaty i przecinki i bez błędów...

Awatar użytkownika
Zaimek
Posty: 37
Rejestracja: 11 sierpnia 2016, 17:59
Lokalizacja: Olsztyn
Kontaktowanie:

Re: Przerwany pocałunek

Post autor: Zaimek » 15 kwietnia 2018, 07:41

Dziękuję za komentarz choć niewiele mi on pomógł. Moderację proszę o zarchiwizowanie wątku.

Zablokowany