Znamy zdobywcę tytułu Prozy Marca! To Heidenhainstraße 13 pierdoły saskiej. Serdecznie gratulujemy i zachęcamy do lektury!

O drewnianym czołgu, co brzmiał jak metal - TEKST

Opowiadania starsze lub starawe. Takie, których autorzy nie mają już kont na forum, albo takie, których treść na prośbę autora została usunięta, a bo to na konkurs iść miało, a bo co innego.

Komentowanie w tym dziale jest wyłączone.

Awatar użytkownika
Prophet
Straż! Straż!
Posty: 151
Rejestracja: 28 czerwca 2013, 18:30
Lokalizacja: Wrocław

O drewnianym czołgu, co brzmiał jak metal - TEKST

Post autor: Prophet » 09 stycznia 2017, 20:42

Ktoś musi zacząć. Wychodzi, że wyciągnęłam najkrótszą zapałkę, soł... Ta-Daa~
___________________________________________

Nie tak miało być. Bardzo, bardzo nie tak. Ja pierdolę. Czemu akurat na niego wypadło odwozić do domu tego idiotę. I to czołgiem. Pomijając fakt kto mu tym czołgiem rozjechał konia. Pomijając fakt, że ta sama osoba właśnie reanimowała inne rozjechane zwierzę. Choć na zwierzę to już nie wyglądało, bardziej na kiepsko przyrządzonego tatara. Jakby kucharz był tak napruty, że było mu wszystko jedno czy mieli prosiaka, czy też jamnika sąsiadki spod trójki. Razem z sąsiadką.
− Żyj, zającu, żyj! − darł się na nieszczęsne truchło Błazen pomiędzy kolejnymi próbami reanimacji. Może i zostawiłby tego świra z jego zabawą, ale, cholera, nawet jemu chciało się wymiotować, gdy tamten stosował usta-usta. Czy raczej usta-niezidentyfikowanecoś.
− Po kiego czorta go reanimujesz - warknął Zoltan.
− Żeby żył!
No tak. Twarda logika.
− Stary − westchnął. − Przejechaliśmy go czołgiem. Dwa razy. I ni ch*ja, nawet nekromanta-desperat ci go nie ożywi!
− Ale zawsze można spróbować − skwitował z pełnym entuzjazmem Błazen, kompletnie ignorując stan rzeczywisty zwierzęcia. Mag zaś wolał zignorować fakt, że ten zlepia rozciapkanego zająca w mięsno-futrzaną kulkę. Jeśli to przypominało zająca, to on jest cycatą blondynką. A z tego, co się orientował, było mu do tego stanu bardzo daleko.
Machnął ręką i zawrócił do pojazdu, starając się ignorować wyrysowany w piasku pentagram i tańczącego dookoła Błazna. Błazna z pieprzonym berłem dzwonkowej zagłady podzwaniającego w rytm wyimaginowanej melodii. Dla niego było to po prostu jedno, długie, wkurwiające "brzrzrzdęęęęk", ale może oprócz godności odstrzelono mu też poczucie melodii. O ile kiedyś je miał. Na razie ważniejszym było nie rozjechać towarzysza, wykręcić, oddać czołg Jürgensowi i nigdy więcej nie zbliżać się do tych ludzi. Głośne brzdęknięcie tuż nad głową wybiło mu z głowy myśl o pozostawieniu świra na pustkowiu. Wyglądało na to, że jeszcze trochę się z nim pomęczy. Na wszystko, co żywe...
Coś kapnęło mu na kark. Zmełł przekleństwo.
Kapnęło znowu.
I jeszcze raz.
− Kurwa mać, jeśli to to, o czym myślę, wepchnę cię do lufy i wystrzelę do Nowosybirska!
− Po co te nerwy, Pan Zającowaty chciał się tylko zaprzyjaźnić...
Napięte do granic nerwy Zoltana właśnie widowiskowo pękły w akompaniamencie dzwoneczków.
Obrazek

Wieczornych snów mary powiewne, dziewicze
Na próżno czekały na słońca oblicze...
W dal poszły przez chmurną pustynię piaszczystą,
W dal ciemną, bezkresną, w dal szarą i mglistą...

KLIK

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: O drewnianym czołgu, co brzmiał jak metal - TEKST

Post autor: Kanterial » 10 stycznia 2017, 16:11

Robert Jürgens złożył długie, duże dłonie w długą, dużą piramidkę, tak strzelistą, że jej strzelistość dorównywała niemal strzelistości innych długich i dużych rzeczy, które posiadał, to jest, mówiąc ściślej, przykładowo katedry. Tak, Jürgens miał katedrę. Sam kazał ją zbudować. I sam wybrał, pod jakim będzie wezwaniem. I ku czyjej czci. Nikt, rzecz jasna, nie spodziewał się, że padnie akurat na przodków samego Roberta, związanych z wiarą i kościołem katolickim niemal tak bardzo, jak z Cesarstwem Bizantyjskim, Wojną trojańską i odkryciem Ameryki (warto też wspomnieć o ich nietuzinkowej roli podczas organizacji pierwszych Igrzysk olimpijskich). Ale o tym innym razem.
Aktualnie Jürgens miał na głowie o wiele ważniejsze problemy. Globalne problemy. Wielkie i potężne plany, które snuł od dawna pod zasłoną "dążeń pokojowych" i stanowiska Sekretarza Generalnego. Te plany miały niebawem zmienić cały świat i prawdziwie odbudować pozycję Wielkich Niemiec.
Czwarta Rzesza nie popełni tych samych błędów, co Trzecia – uznał Robert samotnie, pewnego dnia, gdy ze szklanką koniaku postanawiał wyruszyć na Moskwę, obserwując majestatycznie swoją tajną armię, stworzoną z czołgów i konia (jebany Zoltan) – dlatego zaatakuję zimą, gdy nikt nie będzie gotowy. Nawet ja sam.
Z jednej strony okazało się to posunięciem doskonałym, a z drugiej, całkowitą porażką.
Bo nikt nie był gotowy. Zwłaszcza ludzie Jürgensa. Trzy czwarte tego, co zwerbował, nie potrafiło nawet jeździć czołgiem. Błazen, gdy dowiedział się, że ma wziąć udział w wyprawie na Moskwę ("To doskonała okazja, cała jest skuta lodem, tylko jeden człowiek tam mieszka!") zażądał natychmiastowego powrotu do domu ("Tak, przeszedłem, prawda, mordercze szkolenie i prędzej sam zdobędę Rosję, niż stchórzę, ale bez zapasowych dzwonków nie pojadę nigdzie!"). Robert zgodził się na idiotyczny pomysł, by tego szaleńca wyprawić z innym szaleńcem, Zoltanem, i pożałował już dwie minuty później, gdy Błazen staranował czołgiem przerażonego, uwiązanego do drzewa konia, wywołując tym samym pożar dziesięć metrów dalej (Zoltan akurat spacerował, chcąc rozruszać kości przed podróżą). Jürgens stracił więc i pojazd pancerny (koń miał pancerne klapy i strzemiona) i wiarę w to, że mag z Błaznem w ogóle dotrą we wskazane miejsce.
Teraz, niemal godzinę później, siedział w swoim wygodnym fotelu przed kominkiem i prowadził trudną, skomplikowaną konwersację z czarownikiem Neanem z Czarnej Wody, tudzież Kruczarzem (Krucarzem, dop. Admin), jednocześnie skupiony dzięki piramidce z dłoni, oraz rozproszony, bo raziła go oślepiająca biel zębów.
– ...zrobiłbym to dyskretniej, może nawet pokojowo – tłumaczył – ale Rosja wyklucza wszelką dyskrecję, a moje siły zbrojne w każdej chwili mogą zostać zaatakowane. Skąd mam wiedzieć, czy Clay akurat nie skończył sprzątać? – Zadumał się nad własnym pytaniem, ignorując pobłażliwe spojrzenie czarownika. – Nie wątpię, że prekursorzy mego rodu...
– Kiedy pojmiesz, że są rzeczy istotniejsze niż historia twojej rodziny? – Irytacja Neana sięgnęła granic. – Miałeś tylko zawrzeć ze mną umowę, żebym dołożył starań o zwycięstwo. To takie trudne? Długo mam jeszcze na tym grać? – Wskazał swój metalowy kubek, na którym zdążył wybębnić "Cichą noc", główny motyw "Władcy Pierścieni", intro z serialu o Sherlocku Holmesie oraz dwa razy "Deutschland, Deutschland über alles", żeby przekabacić Jürgensa.
– Gustavie, ucisz go słoniem – rozkazał Robert bezlitośnie. Lokaj wyjął z gablotki drewnianą figurę, jedną z kilkudziesięciu, po czym upuścił zszokowanemu Kruczarzowi na głowę, nim ten zdążył zareagować. Wściekłość i niedowierzanie spowolniły jego refleks o zgubne pół sekundy, gdy słoń leciał.
Głucho i głośno jebnęło metalem.


Drzwi hangaru rozwarły się z hukiem, a echo hałasu potoczyło po wielkim polu manewrowym, aż po las. Z czeluści wyłoniła się lufa, podwozie, wreszcie cała piorunująca reszta niemal dziesięciometrowego pojazdu, ważącego blisko sześćdziesiąt ton i porażającego samym wyglądem. Ucelli z dumą wyglądał z włazu, wzruszony swoim wkładem w działanie i wyposażenie Leoparda 2 A7. Gąsienice wyściełane watą, by wygłuszać dźwięk jazdy, tysiąc pięćset koni mechanicznych stłumionych kosmicznej wielkości tłumikiem, zmodernizowany układ wydechowy, praktycznie bezszelestny. Ucelli kazał też pokryć pojazd kamuflażem oraz najnowszej generacji siatką maskującą.
A później zamontował w nadwoziu dwa wielkie grzebienie, opatrzone blachami stroikowymi, by "Niewykrywalny", jadąc, wydawał dźwięki gigantycznej harmonijki ustnej o szerokości czterech metrów.
Feliks wypełnił płuca powietrzem, gdy osiągnęli prędkość pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Muzyka poruszała go do głębi. Miał łzy w oczach. Przepełniało go oczekiwanie i ekscytacja (prawie jak wtedy, gdy poznał Nes i niedługą chwilę później spytał, czy ją zakneblować).
I nic, nawet to, że musiał pływać statkiem (jego okręt nie mógł być okrętem na rzece) nie mogło go teraz zatrzymać. O świcie ruszali. Noc, lub raczej pozostałe z niej kilka godzin, planował Ucelli poświęcić muzyce, której winien słuchać cały świat. Albo przynajmniej wszyscy ludzie w odległości do trzech kilometrów.
– Teraz zakręć z połową prędkości! Szybko, Edward! Muszę wybadać, jak tym się gra! A potem cała wstecz!
Du warst das Abbild der Vollkommenheit

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1775
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: O drewnianym czołgu, co brzmiał jak metal - TEKST

Post autor: Kruffachi » 10 stycznia 2017, 22:52

– To wspaniałe! – brzdękał Błazen z entuzjazmem. – Zoltan, zrobiłeś to!
– Eee…
– Pan Zającowaty spełnił swoje marzenie! Lata!
No tak. W pewnym sensie.
Przy pewnej dozie uporu.
Przy założeniu, że przypominający czerwony śnieg opad rozerwanych na drobiny szczątków to nadal Pan Zającowaty.
Patrząc na tańczącego w krwawym deszczu Błazna, Zoltan nie mógł powstrzymać się przed myślą o swym koledze po fachu i powiewającym czarnym i w chuj majestatycznym płaszczu.
Czy Nean nie wspominał ostatnio, że brakuje mu wyzwań w życiu?


– To wcale nie był zły pomysł. Mogło się udać – Pierdoła Sadrin próbował brzmieć przekonująco, ale nawet to mu w życiu nie wyszło, więc zakwilił w głębi duszy nad swym ciężkim losem.
Świeciło słońce, ale promienie nawet go nie sięgały, bo oczywiście i jak zwykle stał w cieniu. W cieniu czołgu tak konkretniej. Kolejnego kuriozum wchodzącego w skład Pancernej Brygady Robert Twierdzi, Że Jürgensa, z którego dumna byłaby tylko naprawdę niedoinwestowana armia małp.
Obok niego, również w cieniu i aurze ogólnej życiowej porażki, czaiło się jeszcze jakieś chude coś o rozwichrzonych czarnych włosach i niemożliwie fioletowych oczach. Czaiło się i machinalnie wyżerało żelki z opakowania.
– Nie mogło – powiedziało.
– Nie znasz się, Tkaczuk – prychnął człowiek z brodą (czy raczej broda z człowiekiem, bo lata mijają) i czule pogłaskał drewnianą lufę. – Dooobraaaa kłooodaaa – wymruczał. – Sama podbije tego Moskwę i wszystkie inne wendigo, a potem…
Nie do kończył, bo niebo rozdarło się od dźwięku czterometrowej harmonijki. Wraz z potwornym hałasem po zielonych wzgórzach pełzł intymnie czołg imić Ucellego, a wiatr, równie wprawiony w zdumienie i zachwyt, rozwiewał włosy imicia i złote frędzle u epoletów. Łzy wzruszenia lśniły w pełnym słońcu jak te perły na dnie Oceana.
Wszystko to obserwował z japierdolem na twarzy kapelan brygady zwany Wolfikiem lub – takie śmieszki – Czołgiem i raz po raz pociągał podejrzaną substancję z kubka (krążyły plotki, że to cytrynowy środek do podłóg, który podpierniczył Clayowi). Brygada miała swojego kapelana mimo pewnych różnic kulturowych, bo Jürgens to był katolik prawdziwy, team Ratzinger, nie żaden protestant czy tęczowy Argentyniec i powiedział, że kapelan będzie i nie byle jaki, bo Niemiec.
No to był.
Jeść dawali, to był, bo wiarę jego niosły pingwiny.
Ucelli zatoczył pełne wzniosłości kółko wokół wzgórza, a potem jeszcze jedno, a każde z nich Dyer obserwował uważnie, ale też z rosnącą zadrą w sercu, bo jego drewniany czołg nie chciał jechać, jeśli się go nie pchało.
Ale trudno, powiedział sobie w duchu, będę pchał, aż dojedzie.


Nean nie mógł tego wybaczyć. Jedno mroczne zaklęcie, jedno machnięcie bladą dłonią, jeden furkot płaszcza i jedno gniewne prychnięcie spod kaptura i tak oto okazało się, że łydki Jürgensa są strzeliste i całkiem nagie.


I wtedy dźwięk szorowania ustał.
Clay zmarszczył brwi.
– Ktoś mi podpierdolił cytrynowy płyn do podłóg – oznajmił grobowym głosem.
Na takie dictum mógł odpowiedzieć tylko jednym.

[/interlina][/align]
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 133
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Re: O drewnianym czołgu, co brzmiał jak metal - TEKST

Post autor: nuklearna_wiosna » 11 stycznia 2017, 11:58

- Ale co ty do mnie mówisz, człowieku, w ogóle?
- Czystej niemczyzny nie rozumiesz? - Jürgens mierzył zdegustowanym wzrokiem siedzącego przed nim księdza, który absolutnie nic sobie z tego nie robił, a powinien.
- Niemczyznę owszem, gorzej z pierdoleniem – odpowiedział bezczelnie.
- Smród, Krone. Czuję smród. Przywlókł się za tobą aż tutaj. Obrzydliwy odór twojej winy.
- Jürgens. To płyn do podłóg.
- Właśnie! - Sekretarz Generalny trzepnął ręką w blat biurka, ale niezbyt mocno, bo gdyby, nie daj Boże, nadwyrężył sobie nadgarstek, albo palce, nie mógłby składać dłoni w strzelistą piramidkę. - Płyn do podłóg Claya! Czy ty wiesz, co...
-Jezu, weź..
- Nie wzywaj imienia...
- Nie ucz ojca dzieci robić!
- Czy ty wiesz, coś nawyprawiał? - Jürgens zdołał w końcu przejść do sedna. - Mogłeś wziąć jakikolwiek inny płyn do podłóg. Płyn do podłóg jest wszędzie! W każdym domu, w każdym sklepie, w każdej poważnej niemieckiej instytucji. Świat ocieka wręcz płynem do podłóg. Ale nie. Nie, ty musiałeś przepijać mszalne akurat ukochanym środkiem czystości Raytona Claya i Clay teraz nie spocznie póki nie napuści na nas całej Rosji, od Kaliningradu po Kamczatkę.
- Co ma Clay do Rosji? Przecież on ma wyjebane na Rosję, on tam tylko sprząta.
- Miał wyjebane na Rosję – poprawił Jürgens. - Miał, dopóki mu nie podpierdoliłeś jego cytrynowego przedłużenia penisa. Teraz będzie sobie szukał protektorów, bo jemu obojętne, pod czyją flagą wsadzi nam mopa w dupę, byle ta flaga była świeżo wyprana i wykrochmalona na sztywno.
- I tak nie załatwiłbyś tego dyskretnie. A ja nawet chętnie zobaczyłbym, jak Clay szarżuje na czołgi z mopem i z rosyjskim hymnem na ustach. Więc teraz po prostu wrócę do swojej trzódki, a ty daj im znać, że mają się w kżdej chwili spodziewać ataku.
- Spodziewać... Krone, ty nic nie rozumiesz. To nie jest coś, na co można się przygotować. Clay i jego mop stanowią niszczycielską siłę.
- Zbombardujemy go czymś obleśnym – zaproponował kapelan z miną, jakby go bardzo ten pomysł ucieszył.
- Obleśnym?
- Na przykład martwym zającem. Brygada, jak pewnie wiesz, ma już za sobą specjalne manewry wojskowe, przygotowujące do takiej akcji.
- Czy chodzi ci o tego zająca, co Błazen z Zoltanem go...
- Manewry wojskowe, Jürgens – powtórzył z naciskiem kapelan. - Poza tym przecież nakłoniłeś do współpracy tego całego Neana z Czarnej Dupy...
- Z Czarnej Wody – poprawił Jürgens odruchowo i zamyślił się.
Wspominał, jak zaledwie parę godzin temu Kruczarz opuszczał gabinet – uciszony słoniem i spacyfikowany strzelistymi, nagimi łydkami. Prawdopodobnie musiał uzbroić się w cały mrok tego świata, żeby po czymś takim nie ochujeć natychmiastowo i nieodwracalnie. Cała nadzieja w tym, że Zoltan obiecał przedstawić mu Błazna, a Kruczarz wszak szukał w życiu wyzwań. No to będzie miał wyzwanie. A Jürgens będzie miał jego. Jak dobrze pójdzie.
- Owszem – napuszył się zatem dumnie. - Nakłoniłem do współpracy Neana z Czarnej Wody.
- No widzisz. Magiczna elita tego świata jest po twojej stronie.
- Poza tym mam czołgi.
- Poza tym masz czołgi.
- Mam także – kontynuował Jürgens już zupełnie spokojny, wręcz zadowolony z siebie – katedę. Jak również...
- To ja będę leciał. - Wolf wstał. - Niedobrze zostawiać trzódkę bez pasterza na zbyt długo. Następnym razem po prostu zadzwoń. - Wyciągnął zza pazuchy piersówkę. - To strzemiennego! Za twoją katedrę, twoje czołgi i łydki. Ku chwale strzelistości i na pohybel Rosji!
Zdjął nakrętkę. Po gabinecie rozszedł się ostry zapach cytrynowego płynu do podłóg. Ksiądz pociągnął potężny łyk, podczas gdy Sekretarz Generalny obserwował go z odrazą.
- A tak właściwie – Wolf schował piersiówkę, schylił się i podniósł leżącą wciąż na podłodze figurę słonia. - Co to tutaj robi? Po co ci to?
- Gustavie – zarządził Jurgens spokojnie - zaprezentuj księdzu dobrodziejowi.
Gustav zaprezentował.
Jebnęło metalem.
___________________________________________________________________________________________________

Pierdoła Sadrin był szczęśliwy. Był tak szczęśliwy, że chętnie skakałby z tego szczęścia, ale przezornie się powstrzymywał, gdyż był pierdołą i takie rzeczy jak skakanie, nie miały prawa mu wyjść na dobre. Przed chwilą obudził się z koszmarnego snu, w którym dostawał straszliwe zjeby od Vinary. Obudził się i poczuł ulgę. Wszystko jest dobrze, uświadomił sobie, to tylko sen, nie ma Vinary, w perspektywie jest tylko wojna z Rosją.
-Ty, rusz no się, czołg trzeba popchnąć. - Ktoś szturchnął go, nie siląc się na delikatność.
Sadrin zastanowił się głęboko.
Nie, okej, dalej wolał wojnę.
- A to czołgi nie powinny same jeździć? - zapytał.
Nie doczekał się odpowiedzi. Nic dziwnego. Wszyscy wiedzieli, że tutaj czołgi robiły, co chciały. Grały, strzelały zającami, brzmiały metalem...
- Poza tym, po co pchać? - gderał Sadrin w przestrzeń. - Przecież mówią, że Ruskie jednak same do nas przyjdą.
- No i niech przyjdą – mruknął Zostan, który przewinął się akurat obok barłogu Pierdoły. - Niech przyjdą i zabiorą ode mnie tego...
- Co mi jeszcze wystrzelisz, Zoltan? - Dziwny osobnik w dziwnym stroju truchtał za czarownikiem i brzdękał. - Wystrzel mi cooooś! No wystrzel, wystrzel, wyyyystrzeeeel!
Och, Nean, pospiesz się, pomyślał Zolatan. Pospiesz się, bo jeszcze trochę, a zamorduję to twoje wyzwanie ze szczególnym okrucieństwem.
- Sam się wystrzel! Nie! Kurwa! Nie! Ja przecież... Wyjdź z tego czołgu! Nie pakuj się, kuwa, do lufy! To jest dobra lufa, zniszczysz i co?! Swoją drogą – powiedział już normalnym tonem – to ciekawe... wyjdź, mówiłem, kurwa, ty psychopato! że wszystko miało się odbyć w głębokiej tajemnicy, a tu nagle... przypierdolę ci za chwilę! otwarta wojna. Coś się musiało wydarzyć, że nastąpił taki błyskawiczny zwrot. Nie chcę siać paranoi, ale... nie! jak żeś tam wlazł, to teraz siedź! to wygląda, jakby ktoś nas zdradził. No widzę, że się zaklinowałeś. I tak zostań. Na zawsze najlepiej! Chociaż nie, mogę potrzebować lufy... Proszę księdza? - Zoltan dostrzegł mężczyznę w koloratce, stojącego nieopodal i od dłuższej chwili najwyraźniej przysłuchującego się osobliwemu monologowi. - Proszę księdza, czy coś się stało?
Kapelan pokręcił głową i odszedł nieść pociechę duchową Dyerowi, któremu wciąż nie udało się znaleźć pomocnika do pchania czołgu.
Zoltan postał jeszcze chwilę, kontemplując dziwny wyraz twarzy duchownego, ale nic mądrego nie wymyślił. Nie potrzebował na razie lufy od czołgu, więc zostawił w niej Błazna i poszedł zażyć odrobiny świętego spokoju.
- No to przyjdą ci Ruscy w końcu, czy nie? - zajęczał Sadrin, którego dobry humor ulotnił się tak samo nagle, jak się pojawił.
Odpowiedziało mu pokwikiwanie z lufy.
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: O drewnianym czołgu, co brzmiał jak metal - TEKST

Post autor: Joa » 13 stycznia 2017, 04:53

- Skończyłem muzeum. Znam się na tym jak mało kto. Przysięgam, mówię prawdę - próbował przekonać Dyera Krone.
I choć w tej sytuacji nawet kłoda byłaby lepszym rozmówcą niż włochaty przedstawiciel paleolitu, który zatrzymał się w dyskusji na słowie muzeum, to ksiądz nic sobie z tego nie robił i dalej pierdolił, starając się nawiązać z łowcą choć minimalny kontakt. Doskonale wiedział, że opatentowany przez niego plan ma szansę na sukces. W końcu to on był autorem porzekadła, uwaga, cytuję:
Powiem tak - raz w dupę to nie pedał, dwa do równego, a na trzecim się zeruje.
Nie ma ono nic wspólnego z wydarzeniami tutaj opisanymi, a z nocą z dwunastego na trzynastego stycznia, ale dużo mówi o zapędach kapelana, więc uznajmy to zgodnym głosem za istotną informację, godną jednego punktu komercji.
Drewniany czołg co prawda robił wrażenie, ale ni chuja nie chciał przeć naprzód. Stał, a Dyer od czasu do czasu pchał. Więcej było z tego przyjemności Łowcy niż rzeczywistego pożytku dla armii Jürgensa i część oddziałów wyrażała przekonanie, że należy oba zbędne elementy z jej szeregów usunąć.
- Łowco z Ruzrdz - zaczął ponownie Krone - znam się na tym. Widzisz, gdy byłem młody, mój znajomy czołgista, nazwijmy go Adam, dobrze? Znakomicie, więc on, Adam, czołgista z Wrocławia, też miał czołg. Nie tak drewniany jak twój, nie miał tak kunsztownie wyrytych ornamentów przedstawiających wendigo, ale...
Dyer wymruczał coś pod nosem i wyciągnął ze spodni iglaka.
Z drewnem nie pogadasz.
Tak mówili Wolfowi już w seminarium, ale z kapłańskiej przekory i dzięki cierpliwości nabytej podczas wielu, spędzonych wspólnie ze Stojkem, wieczorów, nauczył się nie poddawać tak łatwo. Było ciężko dbać o reputację, gdy Rolf próbował udowodnić całemu światu, że jest w stanie przy piętnastostopniowym mrozie iść nagi do Żabki.
Więc tak nauczył się wszystkiego, co każdy wojskowy kapelan powinien umieć.
Przynajmniej Jürgensowi nie wadził zakres jego umiejętności.
- Więc... - urwał znów, bo teraz dosiadł się do nich Nean z Czarnej Wody.
Cały spowity w czerń najdłuższego w galaktyce płaszcza i przypominający ucieleśnienie najgorszych koszmarów nekromanta, wziął i siadł. Zrobił to z taką nonszalancją, gracją i swobodą, że Wolf zaklaskał, niesiony podjarką autorki Wilków w Karkunoszach.
Nean mógłby być idealny.
Mógłby.
Ze swoim zimnym, ciemnym wizerunkiem mógłby zawojować nie tylko nekromancki świat.
Mógłby wyjmować zza poły latarnię z Żirą i nonszalancko unosić jedną brew, a Ziemia leżałaby u jego stóp.
Mógłby.
Ale miał jebanego sobowtóra, który, gdyby uczesał swoje ciemne włosy, wdział czarny strój i zarzucił na ramiona płaszcz, bez trudu mógłby uchodzić za bliźniaka Kruczarza, to jest, Tkaczuka z Czarnej Wody.
I choć Tkaczuk w dupie miał wszelkich nekromantów, a czarnej magii nie poznał, bo Rust Damp wywalił go z Ślęży na zbity pysk, to pierwiastek talentu i mroczności posiadał w głębi swojego ponurego serca od narodzin.
Nean roztoczył na całą trójkę nekromancką aurę.
- Dyerze z Ruzrdz, Panie chaty na północy i Ziji – skinął głową z udawanym szacunkiem, dając opaść kapiszonowi jeszcze niżej – kapelanie wojskowy, księdzu z Karpacza – powtórzył ruch, poprawiając siedzące na ramionach sztuczne kruki – jest mi niezmiernie miło i jestem zaszczycony. Wybaczcie za tę nagłą napaść i wątpliwą przyjemność, skoro właśnie szykujemy się do szarży, lecz jestem tu, by zawrzeć z wami umowę. Umowę z Drewnianym Czołgiem w tle. Oto ona. – Podał do rąk Wolfganga kawałek papieru ze starannie wykaligrafowanymi słowami.
Głos nekromanty obudził Dyera ze stuporu i nim Krone cokolwiek powiedział, to Łowca zdobył się na odwagę:
- Wlf.
Nean i kapelan tak samo mocno zdziwieni, odwrócili się ku Dyerowi, a ten ponownie, z wyraźnym trudem, wypisanym na prostej twarzy, próbował wymówić obce mu słowo.
- Wlf – powtórzył, gestykulując żywiołowo jak na łowcę z północy. – WYLYFY.
I choć kapelan miał słabość do Dyera (w trzeciej części staje się wendigo), to nie umiał go zrozumieć i niespecjalnie miał już ochotę. Bardziej zainteresował go układ i osoba Neana, więc skwitował odejście Łowcy szybkim znakiem krzyża, nakreślonym palcem w powietrzu.
- Doskonale. – Nean głębiej zapadł się w płaszcz. Kapelan mógłby przysiąc, że upodobnił się do swoich kruków. – Jestem nekromantą.
Mimo że ta informacja nie była dla Wolfa nowością, wzdrygnął się z mieszanką podniecenia, strachu, zaskoczenia i ekscytacji.
Szacunek ludzi ulicy, pomyślał.
- Jestem nekromantą – zaznaczył ponownie Kruczarz, poprawiając kruki, które ciągle opadały mu na klatkę piersiową jak gałązie Dyerowi na uda – i posiadam moc, której siła skłonna jest wzniecić pożar, wywołać tsunami i zatrząść ziemią. Siła ta, choć wszechpotężna, wymaga zapłaty, kapelanie. Równie wszechpotężnej. Czy rozumiesz?
Miał ochotę przyznać, że ni chuja nie rozumie, ale jak to z Kronem bywało, potrząsnął z entuzjazmem głową.
- Gdyby ta siła otrzymała, dajmy na to, krew, niedużo, zaledwie słoik lub dwa, byłaby w stanie zrobić wszystko to, o czym wspomniałem. Mogłaby nawet, choć boję się o tym myśleć, poruszyć nieporuszone... Jeśli wiesz, co mam na myśli.
Wiedział.
Wiedział i postanowił odnaleźć odpowiedni słoik.


Jürgens usiadł w swoim gabinecie. Otworzył szufladę, wyjął pióro czystej krwi niemieckiej, kałamarz i papeterię z wytłaczanym napisem:[/interlina][/align] - die Schlankheit – die Entschlusskraft – rechter Winkel – ein Reich – das viertes Reich – Otarł ze szlachetnego czoła samotną, idealną kroplę potu, pełną trosk i trwogi. Poprawił niesforny kosmyk i ujął obsadkę strzelistą dłonią. Zaczął pisać.

Clayu,
Mój oddany, wierny, pachnący świeżością Przyjacielu,

Piszę do Ciebie, by zadać kłam pewnej absolutyzowanej przez Ciebie koncepcji ścieżki, wybranej przez Twoją osobę, uznaną za intymną i osobistą, bowiem w ludziach, takoż i zatem w armii, nie ma nic osobistego.
Wiem, co myślisz, spieszę wyjaśnić; tak, to twierdzenie może wydawać się absurdalne, lecz gdybyś głębiej się namyślił, dowodnie przekonałbyś się, że jest ono aż nazbyt prawdziwe. Niemcy nie kłamią, Clay.
Jesteś tym, co wchłoniesz i co zdołasz zasymilować. Skoro więc nabierasz cech z zewnątrz, opierając się na definicji, nie możesz uznać ich za Twoje, własne, intymne. Nie ma w Tobie nic, co byłoby wyłącznie Twoją własnością. Z tej racji i skoro już zadałem kłam Tobie i obranej przez Ciebie drodze, uznaję Cię za własność narodu niemieckiego.
Nie jestem wyzuty z osobistej słabości do Ciebie, więc przyjmując maskę gruboskórnego troglodyty, czekam ze strzelistymi ramionami

Z poważaniem i nadzieją na sukces Czwartej Rzeszy Niemieckiej
Jürgens


Był zadowolony.
Odłożył pióro na bok. Dozując uśmiech, uniósł oba kąciki ust.
Rozochocony i zgrzany na łydkach, w przypływie spontaniczności i na pełnym yolo zdecydował, że napisze drugi.
W innym przypadku by sobie na to nie pozwolił, lecz zadowolenie osiągnęło maksimum.
Robert rozpoczął dzieło.

Szanowny Wolfgangu Krone,
kapelanie wojskowy,
Duchowy przywódco Armii pod wezwaniem Bojowego i Strzelistego Jürgensa,

jestem zniesmaczony do cna.
Co więcej, czuję się twoją impertynencją dotknięty. Doszły mnie słuchy, że podczas mojej nieobecności komentujesz najmniej istotne części moich planów bojowych. Znajdują one uzasadnienie jedynie wtedy, gdy spoisz je w jedną całość, ale już tego powiązania nie zdołałeś zobaczyć.
Czy na polu bitwy jestem zmuszony do tłumaczenia tak błahych i zrozumiałych dla ogółu kwestii?
Odnosząc się ponadto do incydentów z płynem do podłóg Claya, wyrażam swoje oburzenie i sygnalizuję, że przejawiasz cechy narzędzia ponadjednostkowych struktur.
Sceptycyzm nie podlega ustrukturyzowaniu.
Liczę na Twoje wyzucie się i inkrustowanie.

Z całą strzelistością
Robert


Jürgens odłożył pióro, kałamarz i pozostałą papeterię do szuflady.
Zakleił koperty.
Przesunął je, idealnie złożone w dwulistowny stosik, na skraj biurka i odchylił się w fotelu.
Świat był piękny.
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
Prophet
Straż! Straż!
Posty: 151
Rejestracja: 28 czerwca 2013, 18:30
Lokalizacja: Wrocław

Re: O drewnianym czołgu, co brzmiał jak metal - TEKST

Post autor: Prophet » 13 stycznia 2017, 22:30

W lufie było ciasno. Zdecydowanie zbyt ciasno, by zmieścić jego osobę i berło. A przecież nie może się wystrzelić bez berła. To by była profanacja bycia Błaznem. Niedopuszczalne.
- No weź, Zoltanku złoty, pomóż... - zakrzyknął jeszcze raz w nadziei, że mag jednak nigdzie nie poszedł i tylko udaje, że go nie ma.
Ale Błazen i tak wiedział swoje. Nie po to przeszedł, prawda, mordercze szkolenie, żeby utknąć w tak mało komfortowym miejscu. Jego wysiłki nie dały jednak spodziewanego efektu. Zamiast uwolnić, zaklinował się w jeszcze mniej wygodnej pozycji. O ile mało wygodną można nazwać pozycję, której nawet instruktorzy jogi uważają za przesadę. Westchnął.
- To będzie trudniejsze niż myślałem. - Wierzgnął jeszcze raz. Lufa nie ustąpiła. Ustąpiło za to coś innego. Jeden, mały, pojedynczy dzwoneczek. Ten malutki, najmniejszy z wszystkich, który był najważniejszy ze wszystkich na całym berle, postanowił właśnie teraz odpaść. Doskonale, mimo tłumienia lufy, słyszał jak upada, odbija się parokrotnie i zamilka gdzieś w kącie.
- Nożeszkurjapier... oddycham. Ommmm...
Medytacja nie pomogła. Pół godziny później pomogło za to wiadro, prawdopodobnie roztopionego masła, bo parzyło jak diabli, dzięki któremu udało mu się wreszcie wystrzelić z lufy, niczym z procy, i ignorując pytające spojrzenie MagaBezPoślada począł gorączkowo przeszukiwać zakamarki czołgu.
- Mój skarb... mój skarb! - załkał żałośnie.

Zoltan z niepokojem stwierdził, że gdzieś to już słyszał...

***

Sadrin mógł być szczęśliwy, mimo że z zasady był nieszczęśliwy. Wprawdzie nie widział nic zdrożnego w obserwowaniu jak własne osocze spływa z ramienia wąską strużką aż do nadgarstka, by stamtąd skapywać do podstawionego słoika. Było w tym coś kojącego, jak zresztą za każdym razem, gdy się ciął, lecz tym razem miał na to pełne przyzwolenie. A nawet rozkaz. Bo mimo wszelkich chęci nie można uznać stwierdzenia Błazna, że wsadzi mu w rzyć berło aż po grdykę za uprzejmą prośbę.
Przymknął oczy z wyrazem błogości na twarzy. I tylko miarowe brzdękanie przy każdym kolejnym milimetrze sześciennym zwyczajnie go irytowało.
- Musisz tym dzwonić? Nie mogę się skupić.
- Musisz się skupiać na krwawieniu do słoika?
- Wolę kiedy jesteś szczerzącym się idiotą.
- Ja też wolę być idiotą, ale nie tak mnie wyszkolono, wiesz, morderczo. - Brzdęknął. - Ale rozkaz jest rozkaz.
- No tak, z tym ciężko się kłócić - przyznał, tracąc przytomność.

***

Krone był u kresu sił. Zmówił już w myślach pięć razy koronkę do bożego miłosierdzia, dwanaście razy w duchu modlitwę o wsparcie w dążeniu do celu i w głębi serca obiecał każdemu okrutne i bolesne męki w czeluściach piekielnych, ale i to nie pomogło mu rozwiązać powstałego sporu.
- Nie, nie możesz go wystrzelić - odpowiedział po raz dwunasty podzwaniającemu nerwowo Błaznowi.
- Nie sądzę bym był zainteresowany... - próbował wtrącić się Nean, lecz jego monolog zagłuszył skutecznie dźwięk dzwonków.
- Ale ja chcę zobaczyć lecącego licza! - protestował dalej trefniś z miną obrażonego ośmiolatka.
- Nie jestem...
- Przypierdolę mu, mogę? To będzie przysługa dla świata.
- Nie możesz.
- I tak to zrobię - skwitował Zoltan.
- Chcę żeby latał!
- ZAMKNIJCIE WSZYSCY RYJ! Nie! - zakrzyknął Wolf widząc co się dzieje. - Każdy własny, nie Błazna! Chociaż to kuszące... Nie! Zostaw tą taśmę, Nean. Chciałeś wyzwania, to je masz.
- To oburzające...
- Skoro tak twie... Nie, Zoltan, zszywacz to też nie rozwiązanie! Ja pierdolę...
- Ty to nie masz czasem celibatu?
- Zamknij. Kurwa. Ryj.
Krone skapitulował, więc nic więcej niwpowiedział. Albo nic nie powiedział, bo zachciało mu się pić, a zawartość piersiówki niestety pozostawiła po sobie jedynie słaby aromat. Rozejrzał się w poszukiwaniu kogoś, kto jest na tyle niezainteresowany dyskusją by wysłać go po, choćby, herbatę i jednocześnie równie niepierdołowaty by tej herbaty nie wylać. I znalazł. A właściwie znalazł jedynie fioletowe tęczówki i paczkę krakersów, bo reszta ukryła się tymczasowo pod zarzuconym na osobnika końcem płaszcza Neana.
- Młody, weź zrób mi herbaty - polecił Tkaczukowi.
- Się robi, transie! - rzuciły fioletowe tęczówki, wyplątały resztę ciała spod materiału i, już w całości, chłopak popędził do kuchni. Chyba się tu nudził.
- Więc o czym my... - urwał widząc miny oponentów, wyrażające skrajne przerażenie.
- O kurwa...
- O jezu...
- Nie wzywaj...
- ...ja pierdolę - zakończył Zoltan. - Czy ty wiesz coś ty zrobił?
- Będą fajerwerkiiiii! - ucieszył się Błazen, machając berłem.
W tej konkretnej chwili Krone zrozumiał, że faktycznie mógł popełnić mały błąd.

***

Dyer był szczęśliwy. Jego duma, jego drewniany czołg jednak potrafił jeździć! Kto by pomyślał, że wystarczyło zamontować tu tylko ten jeden guziczek. Wprawdzie guziczek miał wymiary dwudziestu słojów i wymalowany wielki czerwony iks, ale w niczym to nie przeszkadzało w obliczu możliwej teraz prawdziwej(!) szarży na moskiewskie Wendigo! Toteż szczerzył się niczym na widok młodej sosenki i, z zamontowanego tutaj przez Tkaczuka drewnianego radia obwieszczał całej okolicy swoją radość. I nic nie burzyło jego radości, nawet jeśli radio puszczało w kółko tę samą piosenkę. Dyer po prostu ułożył do niej własne słowa i, nie potrafiąc ściszyć urządzenia, zagłuszał ją swoim śpiewem, ku uciesze jadącego z nim Wolfa.
- ...Wsiadam w czołga, wciskam iksa, mam na piersi krucyfiksa! W mojej ręce, strzelba błyszczy,
ruskie wendigo dzisiaj zniszczy! Do lasu wchodzę bez kolejki...

Wolfgang Krone miał na ten temat cokolwiek odmienne zdanie.
Obrazek

Wieczornych snów mary powiewne, dziewicze
Na próżno czekały na słońca oblicze...
W dal poszły przez chmurną pustynię piaszczystą,
W dal ciemną, bezkresną, w dal szarą i mglistą...

KLIK

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1775
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: O drewnianym czołgu, co brzmiał jak metal - TEKST

Post autor: Kruffachi » 14 stycznia 2017, 16:49

Wolf chętnie naciągnąłby sutannę na uszy, ale koloratka nieco ten proceder utrudniała. Wyjące radio i wyjący Dyer pchali go po drodze desperacji ku zrolowaniu i zaczął podejrzewać, że doskonale wie, gdzie – w czyim gardle tak konkretniej – zniknęła reszta zawartości jego manierki, przetrącając nieprzyzwyczajony do takich delicji mózg w stronę wsiurnego disco. Korzyść była z tego taka, że oddech łowcy nie pachniał już dziczą i dziewiczą pierwotnością w kwestii higieny jamy ustnej, a cytrynowym płynem do podłóg.
Tego niestety nie można było powiedzieć o reszcie człowieka z Chaty Na Północy, która zaiste woniała północą.
– Uchylę właz – uprzedził Krone, choć jego głos i tak nie byłby w stanie przebić się przez ryki bojowej pieśni z Ruzrdz. – Niech się trochę przewietrzy…
Ksiądz wyciągnął swe gibkie a włochate ciało, a potem ramię i naparł dłońmi na klapę. Ta jednak ani drgnęła.
– O, kurwa…
Naparł bardziej.
– O, kurwa bardziej…
Nieustępliwość włazu wyzwoliła w Kronem całą jego żarliwość i pamięć wszystkich ciosów stylu podwórkowego dowolnego, a także szerokie spektrum wyrazów uznawanych powszechnie za wywodzące się z języka troglodytów i ameb.
Klapa jednak wykazała się podziwu godną asertywnością w obliczu niepohamowanej agresji.
– KURWA, ZACIĘŁO SIĘ!!!
– Nie zacięło – stwierdził z całą pewnością Dyer – ono tak ma.
– Ja nie o radiu, paleolicie! Właz się zaciął!
Łowca zmarszczył brwi. To niemożliwe. Drewno by go tak nie zdradziło.
– Pokaż – polecił, ale rozszalała sutanna nad nim chyba nie zamierzała słuchać.
Zacisnął więc na niej swą szeroką jak bochen chleba pięść i pociągnął w dół. Coś trzasnęło, ale raczej nie był to kręgosłup Wolfa, więc wszystko wydawało się w porządku. Ksiądz klapną tyłkiem na drewnianą podłogę drewnianego czołgu.
– Powiedziałem: pokaż – powtórzył łowca uprzejmie, po czym ze zmarszczonymi brwiami począł się przyglądać włazowi. – Tak jak myślałem – oznajmił po chwili oszołomionemu księdzu. – W tym maczała palce jakaś zła magia…
– Co znowu?! – wykrztusił Krone. Jedyna magia bowiem, jaką znał, dotyczyła magicznego oddziaływania kosmosu, procesów destylacyjnych i zapachu młodych ciał.
– Zła magia – kontynuował ze znawstwem nabytym w perfumerii Dyer. – Klątwa. Będą trupy, będzie krew, a w trzeciej części…
– Mhm. A jesteś w stanie coś z tym zrobić, zanim się uduszę?
Łowca w skupieniu polizał palce i przytknął je do drewna.
– Wiatr wieje od północy – stwierdził.



Edward raz jeszcze zaciągnął się dymem, po czym odjął fajkę od ust i spojrzał w niebo, po którym przemykały lekkie chmurkowe baranki. Mógłby przysiąc, że przynajmniej co druga z nich ma kształt baryłki z solidną rumową zawartością.
– No powiedz coś! – Ucelli wyrwał go jednak z łagodnej zadumy nad sensem istnienia i zmusił do powrotu na ziemię, na której Edward był nieszczęśliwie przymusowym abstynentem. Za to z fajką.
– Ta wata… – zaczął więc.
– Tak, ta wata! Wspaniałe rozwiązanie, prawda? Napakujemy jeszcze kryształów i Niewykrywalny pierwszy zastuka lufą do wrót Moskwy!
Ach, młody Ucelli, jakiż on był pełen nieuleczalnego entuzjazmu i wiary w swą świętą misję i jeszcze świętszą powinność… Może więc nie było najlepszym wyjściem mówić mu, że ta wata, a poza tym harmonijka nieco fałszuje przy zakrętach w lewo. W końcu już prawie opanowali wygrywanie na niej Ody Do Zielonych Oczu Nes, z którą to na ustach, czy raczej – na czołgu młodzieniec zamierzał wjechać do Rosji, a potem paść ukochanej do stóp i ponowić pytanie o możliwość zakneblowania i podwiązania przy krokwi (no dobrze, tej krokwi za pierwszym razem nie było, ale powiedzmy, że długa rozłąka miała pewien wpływ na senne marzenia jurnego kapitana), ale tak delikatnie, żeby nie zrobić krzywdy delikatnym rąsiom.
Edward delikatnie wytrząsnął popiół z fajki.
– To może być bardzo trudne, dostać tu kryształy – zauważył.
Ucelli wzruszył jednak ramionami, gdyż dla jego wiary i prawości nie było rzeczy niemożliwych.
– No dobrze – podsumował. – Możemy zgłosić gotowość bojową. Czuję, że wszystko gra.



Wolf powoli zaczynał czuć się nie jak Jonasz w brzuchu wieloryba, a jak wieloryb w brzuchu Jonasza. Nawet nie udawał, że wie, co się wokół niego dzieje i dlaczego Dyer stoi na jednej nodze, pomrukując jakieś dziwne słowa, w których dużo było rozmaitych dzrzzzrrdz. Zresztą jego głos i tak ledwie wznosił się nad przeklęte Tkaczukowe radio, które nie zamierzało zamknąć się, mimo wzywania sił niebieskich i tych mniej niebieskich na pomoc. Pewnie lepiej byłoby wezwać samego Tkaczuka, a potem wepchnąć jego mordę w głośnik, niemniej plan ten miał jedną techniczną lukę polegającą na tym, że niedorobiony czarodziej znajdował się po drugiej stronie drewnianego pancerza.
Właśnie – drewnianego.
– Może lepsza byłaby piła? – zasugerował Krone. – Albo siekiera?
Już ułamek później zrozumiał, że popełnił kolejny błąd, a dwa ułamki sam miał mordę w radiu.
– To święte drewno, idioto! – ryknął nad nim Dyer, który w trzeciej części. – Okaż mu szacunek!
– Myślałem, że etap przytulania się do brzózek mamy…
– To nie brzoza! To Wykurwiście Magiczne Drzewo z Ruzrdzrdzzz! – poprawił łowca, po czym zacisnął usta w pionową kreskę. – Trzeba je udobruchać! Przebłagać!
– Za co znowu? – wyburzał Wolf, który czuł, że kant radia zaraz przebije mu się do mózgu.
– Za ciebie, poganinie – syknął Dyer. – I najlepsza byłaby ofiara z krwi.
– Chyba nie zamierzasz…?!
– Nie – pokręcił głową łowca. – Zanim sięgnąłbym po nóż, detektyw Gust byłby na moim tropie. Muszę sobie poradzić inaczej. – Wolf z ulgą stwierdził, że nacisk na jego biedny kark wreszcie zelżał.
A potem nagle potężne ramiona Dyera uniosły go i całą mocą sutanny wyrżnął we właz.[/interlina][/align]
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: O drewnianym czołgu, co brzmiał jak metal - TEKST

Post autor: Kanterial » 14 stycznia 2017, 21:21

- Nie, naprawdę, nie mógł sobie wybrać gołębi? - Robert nadal zamartwiał się tym, że żeby wysłać swoje depesze, będzie musiał użyć kruków Neana.
- Wtedy byłby Gołębiarzem - wyjaśnił Gustav jak najtaktowniej. Jürgens zmarszczył brwi i z nostalgią podrapał się po łydce.
- Wiem. To oczywiste.
- Proponuję szanownemu wodzowi Czwartej Rzeszy, by zalakował te listy przed wysłaniem.
- Tak, tak.
Jürgens nakapał woskiem na papier i sięgnął nieśpiesznie po ziemniaka, w którym Kili wyryła pieczątkę potwierdzającą bycie gejem. Z namaszczeniem zalakował depeszę do Wolfa.
- Który z tych kruków jest głupszy? - spytał, zawahawszy się.
- Bezmyślność.
- Wiem, to oczywiste. Tylko który to?
- Ten, który dziobie szanownego wodza w łydkę.
- Dobrze zatem. Bezmyślności - rzekł Jürgens uroczyście. - Zanieś mą wiadomość właściwej osobie!
Gustav dyskretnie udał, że zajmuje się czyszczeniem słonia, bo kruk, jak się okazało, miał Roberta głęboko w dupie.
Niemiec odchrząknął. Wyprosił lokaja, po czym nie dbając już o swą nienaganną i szlachetną prezencję, porwał ptaszydło spod biurka, wepchnął mu w dziób swoją zajebiście ważną depeszę i spróbował wyrzucić przez okno.
Piętro niżej Gustav zesztywniał, sparaliżowany dźwiękiem pękającej szyby.
A później zesztywniał jeszcze bardziej, porażony strzelistym "Scheiße".

Nean siedział wciśnięty w wąską przestrzeń między miejscem ładowniczego a wzmocnieniem pancerza (serio, kto wymyślił ten model czołgu? Kierownica z prawej strony? Niemcy musieli ukraść plany, bo sami pewnie umieściliby wszystko symetrycznie i po środku i, gdyby się dało, nadali pojazdowi kształt prostopadłościanu). Co prawda nie mógł narzekać, bo lepszy czołg Zoltana i Błazna, niż to drewniane kurestwo, jadące z przodu i trąbiące Czuciem Piniądza, ale...
...ale Nean zawsze miał jakieś ale, wiecznie coś mu się nie podobało i wiecznie szukał na kimś zemsty. Gdy mu powiedziano, że ma wskrzesić pozostałości zająca, rozstrzelone na kilometrze kwadratowym pola, zaśmiał się głośno i dobitnie:
- To? To coś? Mam ożywić jebanego futrzaka? Ja potrafię przywołać zza światów całe armie umarłych naraz, co wy mi...
- A wystrzeliłeś kiedyś z lufy całą armię nieumarłych naraz, Nean? - dojebał mu mag-impotent. - Nie wpadłeś na to, że lepiej strzelać jednym zającem?
- A czy ty myślisz, kurwa, że go będę ożywiał przed każdym kolejnym strzałem? - wściekł się czarownik. Chciał wycelować w Zoltana palcem, ale palce zaplątały mu się w płaszcz, a płaszcz w uchwyt Żiry, i w efekcie tylko oślepił wszystkich swoją nieodłączną latarnią. Jakby tego było mało, Błazen wychylił się z pozycji kierowcy i brzdęknął mu w ryj berłem.
- Takie wyzwanie, to sobie możecie wsadzić nie powiem gdzie! - wybuchnął Kruczarz, do reszty wyprowadzony z równowagi. - Na co dzień mam lepsze wyzwania!
- Tak? Niby jakie?
- LEPSZE, DOBRA?
- To czego zacny Pan dokonał, niechże się pochwali z łaski swojej - zaproponował Błazen. - Tak poza wpadnięciem w przerębel?
- ODWAL SIĘ, BYŁ ŚRODEK NOCY I ŚNIEŻYCA, NIKT BY NIE ZAUWAŻYŁ JAKIEJŚ DURNEJ DZIURY W LODZIE! ZOLTAN UTKNĄŁ W LODZIE NA SETKI LAT I NIKT SIĘ GO NIE CZEPIA!
- Nie, ja utknąłem w lustrze - poprawił mag.
- A ja w lufie - pochwalił się Błazen, dzwoniąc z zadowolenia. Potem przestał dzwonić, bo mu się przypomniało, że jest zajebisty i niepokonany i umie łamać prawa fizyki, a tacy zwykle nie utykają w lufach jak ostatnie ofermy.
Wszyscy trzej zamilkli, bo wszyscy trzej byli chujowi i siedzieli tak, gapiąc się w różne strony, aż atmosfera zgęstniała dwukrotnie. Zoltan wymruczał coś o wyjściu na dach czołgu, żeby nie wpaść w psychozę. Wyszedł, rozejrzał się i zmrużył oczy. Drewniany Wendi-czołg, pełznący dziesięć metrów przed ich własnym pojazdem, dosłownie zadrżał.

Tak. Zadrżał. A potem zadrżał znowu.
Za trzecim razem wyjebało mu właz księdzem.
Zoltan wytrzeszczył oczy, gdy czarna sylwetka uderzyła o nadwozie i zsunęła się bezwładnie, cudem unikając wciągnięcia pod gąsienice. Krone zwisał, zahaczony butem o drewnianą figurkę Wendigo.
- WIATR WIEJE Z PÓŁNOCY, POWTARZAM, WIATR WIEJE Z PÓŁNOCY - zakomunikował głos Dyera, ledwo przebijając się przez trąbkę z refrenu okropnego disco.
- ...z północy? - wydobyło się zza Zoltana. Poruszony Nean wyjrzał na zewnątrz. - Każdy wiatr z północy, to wiatr z Białej Równiny...
- Mówisz o Rosji?
- Co?
- Wiesz, Moskwa wygląda całkiem jak taka Biała Równina. Tylko że jest na wschodzie.
Kruczarz zapowietrzył się na myśl o tym, że tajemnicza kraina, o której nikt (poza samym Kruczarzem) nic nie wiedział, i której poświęcił niemal cały swój czas, szukając, ucząc się i zgłębiając tajemne księgi, mogłaby być tak po prostu Moskwą.
- Nie - wyszeptał. - Tylko nie to. Ten, który tam mieszka, musi władać magią potężniejszą od naszej, Zoltan. O wiele potężniejszą.
Obydwaj spochmurnieli.
Jakby na potwierdzenie ich obaw, z nieba runął zły omen - czarny jak smoła kruk. Usiadł na zwłokach księdza, wypuścił z dzioba depeszę, zainteresował się pingwinami, wystającymi spod dresów, i skuteczniej niż jakikolwiek nekromanta obudził adresata dziobnięciem w krocze.

Gdyby nie to, że Stojke miał dwadzieścia trzy lata, pewnie zachowywałby się dojrzalej, ale od kiedy dwadzieścia trzy lata skończył, jarał zioło 24/na dobę, żeby przypadkiem nie ogarnąć, kiedy zrobi się starszy. Żywił nadzieję, że na zawsze już zachowa swój wiek, jeśli po osiągnięciu go wprowadzi się w permanentną psychozę i dożywotni stań pełnej bani. Dwadzieścia trzy lata miał blisko od trzech lat.
Dzisiejszego ranka ściągnął nieco zbyt dużą chmurę ze swojego bongo wielkości XXL, toteż było mu jeszcze przyjemniej niż zwykle. Nawet nie zauważył, jak z Dortmundu przemieścił się do Irlandii i dopiero dźwięk drzwi, otwieranych tuż przed nim, wyrwał go z transu pełnego zieleni, flambirowanych bananów, pingwinów, rapsów i ośmiorniczek.
- Ty skurwielu, ty... - Clay osiągnął stan graniczący z momentem tuż przed eksplozją wulkanu. - CHCIAŁEŚ MI OBESZCZAĆ KLATKĘ SCHODOWĄ, CO?! GADAJ!
Jebnął Stojkemu mopem w kolano, aż ten poślizgnął się na świeżo umytych schodach i wykonał swoją popisową gwiazdę oraz szpagat (które wychodziły mu do tej pory tylko w Karpaczu). Wylądował dwa metry niżej, kończąc akrobację. Clay tylko uniósł brwi, ściągając pośpiesznie gumowe rękawiczki i planując morderstwo.
- Hej, yo, bez spiny - zaciągnął Rolf po niemiecku - to nie z mojej winy... Szukałem dziewczyny...
- Niemcy! - wypluł Clay z nienawiścią. - On cię tu przysłał? Właśnie dostałem depeszę, w której... w której uznano mnie za własność obcego narodu! Was wszystkich powinienem wrzucić do wiadra z chlorem! Wyszorować wam wasze szwabskie ryje szczotką ryżową z Cifem, żeby z nich zeszłą skóra, aż do czaszki! Zrobiłbym to swoim środkiem cytrynowym, gdybym go nie zgubił...
- A ja ostatnio jeden znalazłem - rzucił Stojke szybko, nadal robiąc szpagat w swoich najbardziej wyjściowych dresach. Blond wiatrak, który miał na głowie, sterczał sztywno jak zawsze i przykuwał uwagę Claya (byłby tak idealny do czyszczenia sufitów z pajęczyn, och, kurwa). - U mojego znajomego. Z irlandzką etykietką taki. Sobie stał.
- Co? - syknął Clay podejrzliwie.
- Przysięgam, mówię prawdę. Mój znajomy priester go miał.
Odległe wspomnienie nawiedziło głowę Irlandczyka i przywołało obraz z poprzedniego tygodnia, gdy pewien nieproszony ksiądz włamał mu się do mieszkania, twierdząc, że "chodzi po kolędzie". Gówno prawda. Clay napisał "K+M+B" i zmył ten napis cztery minuty później, bo tylko tyle wytrzymał z myślą, że ma brudną zewnętrzną stronę drzwi wejściowych. Ten cholerny, brodaty kaznodzieja...
- Kutas zabrał mi płyn? - wyszeptał.
- Tak. Tak, to jego wina - przekonywał Stojke żarliwie (widok strzelającej gumowej rękawiczki wprawił go w permanentne przerażenie, i gdyby nie fakt, że nie umiał się podnieść po zrobieniu szpagatu, pewnie już by spierdalał). - Naprawdę. On knuje z Jürgensem. Wczoraj z nim... Wczoraj - urwał, żeby nie wyszło na jaw, co wczoraj - rozmawiałem z nim przez telefon, akurat wsiadał do czołgu. Jest kapelanem Armii Jürgensa - dodał jeszcze, żeby przedstawić Wolfika w choć trochę korzystniejszym świetle.
- Och, ty - wycedził Clay, wbijając niewidzące spojrzenie w swój mop - już ja zrobię z ciebie użytek. Od dziś będziesz moim zakładnikiem, wspólnikiem, niemieckim tłumaczem i szpiegiem. Rozumiesz? Możesz się nie zgodzić, żebym ci wepchnął kij od miotły w dupę - przedstawił sytuację dosadnie.
Stojke przełknął ślinę i rapując przystał na ten układ (miał nadzieję, że gdy zejdzie mu bania, okaże się on tylko halucynacją). Po raz kolejny podjął próbę wstania i akurat, gdy chwycił się klamki, ktoś przyjebał mu z całej siły drzwiami frontowymi.
Rajmunda wpakowała się do środka, zadowolona, rumiana i pełna zapału.
- No! Widzę, że ktoś już za mnie zaczął te scho... A tobie co się stało, chłopcze? - spytała ze szczerą troską, ignorując przekleństwa Claya i pochylając się nad nieprzytomnym Rolfem. - Ej, ty! U góry! Nie stój tak, trzeba go ocucić![/interlina][/align]
Du warst das Abbild der Vollkommenheit

Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 133
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Re: O drewnianym czołgu, co brzmiał jak metal - TEKST

Post autor: nuklearna_wiosna » 15 stycznia 2017, 23:04

- Jeśli chcesz być moim zakładnikiem, musisz spełnić kilka warunków...
- Ale stary, ej...
- Po pierwsze...
- Stary!
- … kąpiel w chlorze trzy razy dziennie.
- Kurwa żeż mać!
- Po drugie...
- Nie chcę być żadnym zakładnikiem!
- … użyczanie fryzury do wymiatania pajęczyn...
- Słuchaj no, ty pojebie...
- Zabiorą mi dupska z tych schodów! Rozsiedli się, jak paniska jakie! Tu ludzie pracują!
Clay i jego kandydat na zakładnika podnieśli się posłusznie i przemaszerowali w miejsce, w którym podłoga zdążyła już wyschnąć. Rajmunda odprowadziła ich ponurym spojrzeniem.
- Dopiero tam wycierałam! - sarknęła. - Jak naniesiecie błota...
- Ależ dobra kobieto, gdybym odkrył na swoim obuwiu chociaż ślad błota, musiałbym obciąć sobie nogi przy samej szyi – obruszył się Clay.
- Ja ci dam dobrą kobietę, ty pawianie! - Rajmunda cisnęła w Claya szmatą, jednakże nie trafiła.
Gdyby wycelowała nieco lepiej, mogłaby go zabić, bo przecież nie przeżyłby bezpośredniego kontaktu z obrzydliwym, brudnym kawałkiem materiału, pomyślał Stojke zaskakująco trzeźwo. Chętnie podsunąłby jej ten pomysł. Ba! Chętnie sam wziąłby szmatę i wytrzaskał nią szaleńca po pysku, ale wbijający mu się w żebra kij od mopa skutecznie łagodził jego zapał, podobnie zresztą jak guz na głowie od walnięcia drzwiami i obolałe po szpagacie krocze.
- Czy ty się, chłopcze, dobrze czujesz? - zainteresowała się Rajmunda, widząc wyraz jego twarzy.
- Nie jestem żadnym chłopcem, jestem raperem – wymamrotał, na co Clay mocniej szturchnął go kijem.
- A co to znowu za trzecia płeć? Już wam się w głowie od tego dżęderu przewraca! Mnie tam wszystko jedno, co ty jesteś. Pytałam, czy się dobrze czujesz.
- Nie. Ałaa! Stary, ej, ty weź uważaj z tym kijem trochę, co?
- Po trzecie, żeby zostać moim zakładnikiem...
- Kurwa, ej, stary, dobra, starczy tych jaj. Słuchaj no. Słuchasz mnie teraz? Dobra, słuchaj. Ej, ja nie chcę być twoim zakładnikiem, jarzysz Nie chcę. Powiedziałem ci o płynie, tak, dobra, niech będzie, ale to se załatwcie między sobą, okej? Ja w to nie wnikam, ja mam inne sprawy, ważne sprawy mam, bo rapsy się same nie zrobią, nie?
- Wiedziałem! - wykrzyknął Clay, nagle szaleńczo uradowany.
- Ale że co?
- Że mi się przydasz! Wiedziałem, że mi się przydasz w walce z tym szwabskim ścierwem, ale nie spodziewałem się, że robisz rapsy!
Rolf wytrzeszczył gały. Clay nie wyglądał mu na miłośnika rapsów. Ale jeśli nim był, istniała szansa na nawiązanie nici porozumienia.
- Ehe – przytaknął niepewnie. - No, robię. Znam się na tym, serio. A co?
Tym razem to Clay spojrzał na niego jak na wariata.
- Jak to, kurwa, co?! Rapsy, człowieku! Rapsy! To najlepsza tajna broń przeciwko armii Jürgensa! Nawet jego pierdolona strzelistość załamie się pod naporem rapsów!
Stojke nic kompletnie z tego nie rozumiał. Z rapsami na czołgi? Okej, w sumie. Czemu nie.
- Ale skołujesz zioło? - zapytał.
- Młodzieńcze! - huknęła mu nagle tuż nad uchem oburzona dozorczyni, o obecności której Rolf dawno zdążył już zapomnieć.
- No coo? - jęknął.
Jezu. Już nawet zioła człowiekowi żałują!
- Mam estragon – powiedział Clay po namyśle.
- Ja pierdolę...
- Gardzisz moim estragonem?!
Nie, to się nie dzieje naprawdę. Jezu. Co było w tym bongu? Takiego haju to jeszcze nie miałem, myślał gorączkowo Stojke. Clay szturchnął go ponownie kijem od mopa. Ból był nieco zbyt realny jak na halucynacje.
- Zbieraj się. Od teraz jesteś moim zakładnikiem, wspólnikiem, niemieckim tłumaczem, szpiegiem i rapsiarzem!
- Raperem!
-I rapsiarzem – powtórzył z naciskiem Clay. - Więc ruszaj się. Mam brać ten estragon?
- Estragon, tymianek, cokolwiek. Ja muszę zajarać.
Clay zniknął na chwilę w mieszkaniu i wrócił z paczką pakowanego próżniowo estragonu wygotowanego we wrzątku. Rolf miał pomysł, by spierdolić podczas jego nieobecności, ale krocze nie wyraziło na to zgody. Szpagat, kurwa.
- Stojke, pani Rajmundo – ogłosił Clay uroczyście. - Ruszamy do Rosji!
- Ja? A ja tam po co? - zdziwiła się Rajmunda.
- Jak to? Przecież w ogniu bitwy nie zdołam sam dopilnować, żeby mój rapsiarz trzy razy dziennie kąpał się w chlorze.

* * *
- A na chuj nam właściwie ta Rosja? - rzucił Zoltan w przestrzeń, byle tylko coś powiedzieć.
- A nie wiem, mnie niepotrzebna – odparł niefrasobliwie Błazen.
- Nean?
- Mnie też nie.
- Nie o to pytam. Jak ci idzie?
- A jak ma mi iść twoim zdaniem, co? Idzie mi wspaniale, bo jestem mroczny i potężny i na co dzień robię takie rzeczy, że ojapierdole, więc wyobraź sobie, że wskrzeszanie pieprzonego futrzaka idzie mi całkiem...
- Zajączek! - Błazen zerwał się z miejsca i porwał zwierzę w ramiona.
- Kurwa, debilu, co ty...
- On żyje!
- Wracaj za kierownicę, idioto! - Zoltan próbował szybko usiąść na miejscu kierowcy, ale zaplątał się w mroczny płaszcz Neana i wyrżnął ryjem w oparcie siedzenia.
- Nie, nie, nie nienienieeee... - bełkotał, nie zwracając uwagi, że krew zalewa mu twarz. - Tylko nie toooo...
Ale to niestety było to.
Jebnęło metalem, gdy w pełnym pędzie grzmotnęli w tył Wendi-czołgu.
- No to koniec – powiedział głucho Nean. - Dyer nas zamorduje.
Jakby na potwierdzenie tych proroczych słów, od strony drewnianej konstrukcji czołgopodobnej rozległ się dziki ryk.

* * *
- Clay jedzie do Rosji.
- Wyjebano mną właz od czołgu.
Wolfgang Krone odseparował się od tego szaleńca Dyera i lizał rany w Niewykrywalnym, jednym uchem słuchając fantazji Ucellego dotyczących kneblowania, a drugim – telefonicznych wywodów Roberta Jürgensa
- Wolf? Dociera do ciebie, co powiedziałem?
- Nie. Chyba się przeliczyłeś, jeśli chodzi o moje wyzucie się i inkrustowanie.
- Ty ciągle o tej depeszy? - Głos Jürgensa zdradzał jedynie lekką irytację.
- I sam przejawiasz cechy narzędzia.
- Dałbyś już spokój. Clay jedzie do Rosji sprzymierzyć się z tymi, których zamierzamy podbić.
- I co z tego? Masz do zdobycia całą Rosję. Jeden facet w tę czy we w tę robi ci różnicę?
- Tak, robi mi! - zniecierpliwił się Jürgens. - Robi mi, ponieważ osobiście ogłosiłem go własnością narodu niemieckiego i nie mogę teraz pozwolić, by własność narodu niemieckiego szlajała się samowolnie gdzie popadnie! Poza tym w Rosji działa potężna magia...
- Taa, wiem. Wiatr z północy.
- Co?
- O, chyba właśnie słychać. - Wolfgang Krone wytężył słuch. - Zdaje się, że Dyer znowu postanowił oznajmić wszystkim, że... Nie, czekaj... Co on krzyczy?
- Krone? - zaniepokoił się Robert. - Co tam się dzieje?
- O kurwa, czekaj...
- Krone?
- Oddzwonię, muszę lecieć. Ktoś może za chwilę potrzebować ostatniego namaszczenia!
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1775
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: O drewnianym czołgu, co brzmiał jak metal - TEKST

Post autor: Kruffachi » 17 stycznia 2017, 20:11

Podobno jest tak, że na chwilę przed śmiercią na człowieka spada olśnienie i staje w prawdzie o sobie, ale prawda o Błaznie była tak skomplikowana, że jedyne, co zobaczył, to błysk Żiry, która z impetem wpierdoliła mu się w zdzwioną twarz. Chlipnął i smarknął zającem. Niczego więcej zrobić nie zdołał, bo oto właz nad jego głową otworzył się z wściekłym zgrzytem i w okrągłym otworze pojawiła się brodata twarz łowcy, a potem jego ubermęsko włochate ramię, które chwyciło trefnisia za kołnierz i wyciągnęło na zewnątrz.
– Ty… – zawarczał Dyer ledwie trzy centymetry od jego twarzy.
– Ja? – spytał uprzejmie Błazen.
– Ktoś tu chyba trafi na cmentarz – skomentował wypełzający z czołgu Zoltan, który nigdy nie mógł oprzeć się oglądaniu jatki. Oczywiście wolałby wielką i krwawą bitwę, ale na tę, takie odnosił wrażenie, mógł jeszcze poczekać. O ile w ogóle się doczeka. No bo krew zalewająca jego własny ryj nie dawała aż takiej satysfakcji.
– Zasadniczo jestem Błaznem cmentarnym – powiedział Błazen, przez magiczne trzy sekundy slow motion wisząc na końcu pięści Dyera, a potem z impetem wystrzelił ku przestworzom i wylądował na trawie kilka metrów dalej.
– Au.
– No, tego to ja wskrzeszać nie będę – stwierdził Nean, którego głowa także wychynęła z włazu. – Swoją godność mam.
Ale Błazen, choć upadł w pozycji bardzo zwichrowanej szmacianej zabawki, pozbierał się niespodziewanie, pomachał rękoma, pomachał karkiem (!), po czym wstał i brzdęknął.
– Mechanik to tu, kurwa, nie pomoże – skomentował tymczasem kwaśno Zoltan, patrząc na połamaną tylną osłonę Wendi-czołgu. – I, jeśli mam być szczery, Dyer, pancerz z dykty też nie, jak już wjebiemy na tą Moskwę.
– Tę – poprawił machinalnie Nean.
– Kurwa, przecież wiem, co powiedziałem! – zapieklił się Straszliwy.
– Wiatr wieje z Północy – przypomniał Dyer, jakby to wyjaśniało wszystko i w sumie tak, wyjaśniało. A przynajmniej bardzo się starało, podobnie jak Błazen, który jednak po zebraniu się z trawy wciąż miał jedną nóżkę bardziej. – Dobra, dość pierdolenia – stwierdził łowca – naprawcie, co zepsuliście.
– Na moje, to on jest całkiem martwy, stary.
– No właśnie.
– Nigdy nie nekromanciłem czołgu – wyznał Nean, po czym ogarnął, co powiedział, więc dodał natychmiast pełnym głosem: – Co oczywiście nie oznacza, że się na tym nie znam.
Nie chciał przecież, żeby ktoś pomyślał, że mogłoby mu się nie udać. Był Neanem z Czarnej Wody, znawcą Białej Równiny, nawet jeśli ta leżała w Moskwie, a nie na Północy, o której tylko on miał jakieś pojęcie i – do cholery! – wszystko mu się udawało!
– ODSUNĄĆ SIĘ! – zagrzmiał i wyjebał Żirą piruet tak epicki, że sam Jewgienij Pluszenko ze swoim Biellmanem dostałby depresji.
Zapachniało zgniłym ziemniorem, podłoże poruszyło się i zaczęły wypełzać z niego nieco nadpsute, kończące się w okolicach łokcia, ale najwyraźniej dość sprawne ręce.
– Ej, ej, stary, ale ty się nie rozpędzaj – upomniał Zoltan, jednak został zignorowany.
Ręce podpełzły tymczasem do Wendi-czołgu i zaczęły go macać.
– Na wszystkie moce chaosu… – sfejspalmował Mag Bez Dupy. – Spierdalam do Ucellego…
A potem pierdnęło, szurnęło i Wendi-czołg dorobił się ślicznego tyłeczka z sarnim ogonkiem, podczas gdy z wieżyczki wyjebało rozłożyste poroże.
– Cóż – skwitował Nean. – Będzie teraz bardziej wendi.
A Błazen już podskakiwał radośnie na myśl o tym, jak cudnie będzie przyozdobić poroże dzwonkami.

*

– Do trzeeech odlicz!
– RAZ! DWA! TRZY! – odliczył posłusznie Gustav, obawiając się, że zadanie to mogłoby przerosnąć rekrutów i na szlachetnym czole Wodza Czwartej Rzeszy znów pojawiłaby się zmarszczka niezadowolenia.
– Doskonale – pochwalił Jürgens swoją pancerną brygadę tonem dumnego ojca.
Wypiął pierś i wszystkie polerowane od tygodnia guziki oraz medale i odznaczenia zalśniły na tle czarnego munduru. Z niejakim, choć oczywiście skrzętnie skrywanym wzruszeniem Robert ogarnął wzrokiem swoją armię. Tak, zdecydowanie nie byli gotowi na podbój Moskwy zimą. To się mogło udać.
– Gustavie – kątem oka zerknął na swego kamerdynera, a ten natychmiast dobył składanej drabinki i przystawił ją do najbardziej über śmiertelnej i majestatycznej machiny ze wszystkich, czarnej jak samo piekło, do którego trafi cała Moskwa, gdy tylko nadejdzie godzina starcia.
Na prawym boku czołg Jürgensa wypisane miał złotym gotykiem GRYFFOLYON ZYGFRYD I, na lewym, czego sekretarz generalny nie miał świadomości, różowym sprayem LOVE & KURWA PEACE. Robert wspiął się po stopniach na wieżyczkę i spojrzał w niebo, ku wschodowi, gdzie czekał jego tryumf.
VORAUS!!! – rozkazał, wyciągając przed siebie ramię.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: O drewnianym czołgu, co brzmiał jak metal - TEKST

Post autor: Kanterial » 18 stycznia 2017, 21:38


...jedna, jedyna osada, zamieszkała przez nieugiętych Germanów, wciąż stawia opór najeźdźcom i uprzykrza życie legionom wroga stacjonującym w obozach...
...wojownik Germanix, obdarzony wrodzonym sprytem, oraz jego najlepszy przyjaciel - wspaniały i charyzmatyczny Jürgenix, który, gdy był mały, wpadł do kociołka ze szlachetnością. Pewnego dnia...
...magiczny eliksir, dzięki któremu można było wywołać wojnę, co Germanix wraz z Panzeramixem planowali zrobić co najmniej dwa razy...



- Nie, nie, nie, bez sensu, bez sensu - mamrotał Robert pod nosem, kreśląc kolejne zdania. Jego tajny i osobisty notatnik, w którym spisywał swoje wizje, sny i pomysły do opowiadań o przodkach, coraz częściej zapełniał się wściekłymi bazgrołami i dziurami po wbitej stalówce. Może była to wina niepokoju przed najazdem na Moskwę, a może Gustava, który co chwilę proponował mu napar z melisy - jakby Jürgens w ogóle go potrzebował - co stawało się jeszcze bardziej wkurwiające niż fakt, że faktycznie był wkurwiony i tylko udawał, że nie jest.
Jedno nie ulegało wątpliwości. Ta wojna obniżała jego zdolności twórcze.
- Sądzę, że szanowny wódz poświęca na to zbyt wiele czasu. - Uprzejmy głos wybrzmiał zza metalowej przesłony.
- Sądzę, że mogłeś jednak zabrać tego słonia, bo żal mi go zastępować wyposażeniem GFL-Z-I, i tylko dlatego nie zostaniesz uciszony - zagrzmiał Jürgens swoim najagresywniejszym wydaniem rodzimego języka. Odkaszlnął.



...bowiem Gajusz R.J. Cezar właśnie przekroczył Rubikon, mówiąc: "Alea iacta est, und wer nicht streiten will in dieser Welt des ewigen Ringens, verdient das Leben nicht!"...
...a kiedy wiedział już, że padł ofiarą spisku, rozpacz jego była ogromna. Jakże mogli nie chcieć, by ogłosił się wodzem? U kresu przybyli uzbrojeni w sztylety, a on pozostał bezbronny, zdradzony, zdradzony jak naród niemiecki dyktatem wersalskim!
"I ty, Wolfik, chuju niedojebany przeciwko mnie?" ...



- To zupełnie nie tak, zupełnie... - Jürgens naprawdę tracił już nadzieję, że cokolwiek, co znajdzie na następnych stronach (budził się całą noc przed wyjazdem, półprzytomny zapisując przypadkowe zdania) wyda mu się warte umieszczenia zbiorze FanFiction - "Meine Vorfahren". Wcześniej dosłownie wyrwał garść papieru ze swojego drogocennego notatnika, bo znalazł tam niewyraźne, dopisane ołówkiem majaki na temat jakiegoś Jürgensa sprzed tysięcy lat, który nadszedł z północy, a wieść niosła i tak dalej, a na jego ramionach siedziały dwa żelazne orły niemieckie i kaptur miał tak wielki, że to był drugi płaszcz.
Ten dzień zdecydowanie nie należał do udanych literacko. I nawet depesza zwrotna od Claya, przyniesiona przez Zapomnienie, nie poprawiła Robertowi humoru. Liczył na większą inicjatywę, niż pusty list z przylepionym pośrodku żelowym krążkiem do toalet Duck "Fresh Discs" o zapachu cytrynowym.
- Gustavie, trąci mi to cytryną - skomentował zaraz po dostaniu koperty.
- To trąci zemstą, najwyższy wodzu.
- Wiem. - Niemiec przyłożył dłoń do czoła, zażenowany opóźnionym zapłonem lokaja. - Oczywiste...
Nie mógł pozbyć się wrażenia, że Clay zakpił z niego, a zapachu nie wybrał przypadkowo.
Tak. To mogło mieć związek z tamtym płynem.
Rayton pewnie pomylił czołgi, bo nie wiedział, którym jedzie kapelan.
Strapiony, umęczony wódz Czwartej Rzeszy Niemieckiej spojrzał raz jeszcze do swego notesu.




...ruszyła zatwierdzona przez firmę Jürgens & Co. Warmwasser-Apparatefabrik produkcja Jürgensa Ju 87 (Sturzkampfflugzeuge) wyposażonego w syreny akustyczne...


...i natychmiast pojął, że zapomniał o czymś istotnym.
- Gustavie! - zawołał. - Trąby jerychońskie! Mieliśmy zastosować atak psychologiczny, ten cholerny Jurij Sabaka musi się bać! Umierać ze strachu!
- W mojej opinii - zaczął kamerdyner cicho, chcąc wspomnieć o czołgu-harmonijce i wendi-drewnie z radiem, ale Jürgens już wykręcał numer Wolfika.
- Sechs sechs sechs - szeptał gorączkowo - sechs sechs sechs, sechs sechs neun, schneller!
- Jaaa? Mein lieber, ej, stul się, Führer, STUL PYSK, FELIKS, GADAM Z ROBERTEM!
- Zapomniałem o nagłośnieniu! - oznajmił Jürgens dramatycznie. - Zapomniałem o megafonach i hałasie, moja armia jest zbyt cicha!
- Cóż, może... wodzu, armia jest niewykrywalna, nie-wy-kry-wal-na, mój czołg ma... może nie będzie trzeba tego zakładać, Robert, i tak robimy sporo hałasu, zawsze mogę puścić "Nazis auf speed" - wybrnął Wolf nerwowo, co chwilę przekrzykiwany przez Ucellego, zachwalającego swój jeżdżący instrument.
Jürgens zagryzł wargi. Niedługo miał zamiar dogonić resztę swoich ludzi, bo jego czołg był najszybszy. Może faktycznie uzbroili się wystarczająco we własnym zakresie, gdy tylko spuścił ich z oczu?
- Przekonam się, będę na wysokości pierwszej linii za jakichś pięć godzin - zapowiedział. Po drugiej stronie Wolf dostał ataku kaszlu z niewiadomych przyczyn i rozłączył się, bo nokia prawdopodobnie wypadła mu z rąk po "Nie, Feliks, NIE!" i tępym dźwięku uderzenia kapitańskim butem w plecy.


- Nie wierzę, że to zrobiłeś, Tkaczuk - mruczał Nean. - Nie wierzę...
- Ale niby co - spytał młody zaczepnie. - Mógłbyś mnie w końcu nauczyć kilku zaklęć, zamiast tak gadać o wszystkim i niczym?
Czarownik nie był pewny, czy wykazywanie Tkaczukowi, że całe lewe przedramię ma upierdolone różowym sprayem, przyniesie jakiekolwiek efekty. Gorzej, w głębi serca czuł, że nie przyniesie żadnych. Miał już kiedyś ucznia, a może raczej towarzysza, takiego tam Rina, chłopak rzygał przy każdej okazji i słabo jeździł konno... ale wyglądało na to, że Tkaczuk jest na jeszcze niższym poziomie. Jedyne, co potrafił, to sianie zniszczenia tam, gdzie chciał lub nie chciał go zasiać. I o ile herbata malinowa, wybuchająca w ulubionym kubku Kronego, była jeszcze do zniesienia, o tyle wybuchający bak czołgu, który Tkaczuk postanowił poprowadzić samodzielnie (zostawiwszy tę porażkę, Sadrina z jakimś naprutym łowcą Ragnarem w innym Leopardzie) okazał się klęską.
- Chciałem tylko dolać paliwa - usprawiedliwiał się Artur. Nean już miał go dość. Został wysłany, by opanować sytuację (tamci pewnie nie zdołają utrzymać jebanego zająca przy życiu - łudził się w duchu) u Tkaczuka, nauczyć go sterować pojazdem i podszkolić w byciu czarodziejem.
Jebany nonsens.
Prędzej Moskwa podda się przed ich przyjazdem, niż ten dzieciak pojmie jakiekolwiek zasady rządzące magią.
Dlatego Nean postanowił, że najzwyczajniej w świecie zatłucze Tkaczuka Żirą, gdy ten go wystarczająco wkurwi. Potem przywoła trupa z zaświatów, takiego idealnie martwego, posadzi na miejscu kierowcy, zostawi w spokoju, każe jechać przed siebie... i nikt już nie będzie cierpiał.
Albo...
- Och, Tkaczuk - rzekł z błogością, przerywając młodemu wpół zdania. Artur obruszył się, bo akurat wspominał swoje przejścia z magicznej sali gimnastycznej. - Tkaczuk, jak mi teraz dobrze...
- A to czemu?
- Nie mogę ci powiedzieć.
- No weź, czarna wdowo, powiedz.
- Nie, nie... - Kruczarz odsłonił swoje idealnie białe zęby, opierając się o siedzenie i od niechcenia zwiększając prędkość Leoparda. Był szczęśliwy. Doznał olśnienia.
Przecież Jürgens sam się zajmie tym chodzącym chaosem i destrukcją. Tak. Taak, dogoni ich swoim super-szybkim czołgiem, zostanie wyśmiany przez wszystkich mężczyzn za swój pedalski, różowy napis i pieczątkę z ziemniaka, o której nikt nie wie, a później... później spyta, kto jest winny i wszyscy wskażą Tkaczuka! Sam Nean go wskaże, och, oświetli Żirą, wypierdoli na pole i bez pardonu pośle na gniew wodza. Dla świętego spokoju.
Nie mógł opędzić się od wizji chłopaka zamkniętego w klatce i śpiewającego Jürgensowi niemieckie piosenki przez resztę wyprawy.
- Nauczę cię jednego zaklęcia, chłopcze - rzekł z lubością - takiego, które cię obdarzy słuchem muzycznym.
Nie wiedział, że tylko brak słuchu muzycznego ratuje całą armię przed śmiercią w męczarniach, powodowaną potwornymi dźwiękami o wielu źródłach. Tkaczuk wyciągnął różdżkę ze złośliwym uśmieszkiem.
- Ucz mnie - szepnął - mistrzu.
Du warst das Abbild der Vollkommenheit

Awatar użytkownika
Prophet
Straż! Straż!
Posty: 151
Rejestracja: 28 czerwca 2013, 18:30
Lokalizacja: Wrocław

Re: O drewnianym czołgu, co brzmiał jak metal - TEKST

Post autor: Prophet » 19 stycznia 2017, 17:35

Nic tak nie raduje jak widok jeńców zamarzających o poranku. Zwłaszcza, gdy można poprawić ich wykrzywione bólem mordy z pomocą dłuta, a z braku tegoż, choćby solidnym sierpowym, po którym z głowy zamarzniętego nie zostawało nic prócz garstki okruchów.
Jurij Sabaka Iwanow był przywódcą srogim, ale sprawiedliwym. Właśnie przechadzał się po swoich moskiewskich włościach z uśmiechem na ustach. Uśmiech ten, od niedawna nowiusieńki dzięki wszczepom zasponsorowanym przez Kaia, wyglądał nieco dziwnie zważywszy na, w mniemaniu jeńców mających przyjemność stanąć z nim twarzą w twarz, nieco zbyt długie kły,.
Wspaniały Ogar Wodza szczerzył kły. Szczerzył aż wyjebał twarzą w lód.
- Kurwa mać, trzeba tu chyba rozmrozić - wymamrotał nie do końca wyraźnie, gdyż twarz powoli przymarzała mu do podłoża.
Nie trzeba.
- Nie pyskuj.
To ty nie pyskuj.
- Ja pierdolę...
Marzyciel.
Warknął i zebrał się z ziemi, poprawiając swój naszyjnik z zębów. Dwa rzędy równo nawleczonych wedle kolejności zębów szczerzyło się na piersi Jurija niczym sam Jurij, gdy zęby te były jeszcze w jego własnej paszczy. Naszyjnik ten, wedle wiedzy bliskiego kręgu znajomych Sabaki, składał się z trzydziestu dwóch trofeów zdobytych na co znamienitszych przeciwnikach. I tylko Wolborg, a za jej sprawą też Kai, wiedzieli, że w głębi swego skutego lodem czarnego serduszka żywił nadzieję, że Wróżka Zębuszka wreszcie podpierdzieli sanie Dziadkowi Mrozowi i się do niego pofatyguje. Bo skrzydełka pewnie jej odmarzły gdzieś w okolicach Nogińska.
Teraz jednak nie miał czasu zastanawiać się jakim cudem Zębuszka namówi renifery do współpracy. Pewna kupka nieszczęścia vel. Wielki Wódz vel. Kai Hiwatari vel. pieprzony skurwysyn OCZEKIWAŁ go w ratuszu. Czy bardziej tym, co pozostało po ratuszu i dało się rozmrozić do paskudnych minus dziesięciu stopni celsjusza.
Po dotarciu na miejsce zarejestrował, że zamiast oczekiwanych męk w ukropie zafundowano mu dziś wizytę w piekle. W pomieszczeniu ustawiono osiem nagrzewnic sprawiając, że temperatura urosła do niebotycznych PLUS dziesięciu stopni.
- Chcesz mnie kurna ugotować?
- Nie chcę żeby moje towarzystwo zamarzło.
Po tych słowach coś obitego futrem, syczącego i uzbrojonego w cztery komplety ostrych jak diabli pazurów, znalazło się na jego twarzy. No, drugiego ataku na swoją facjatę jednego dnia Iwanow nie zdzierżył. Tylko obecność Kaia powstrzymała go od rzucenia kocurem przez okno i patrzenia jak roztrzaskuje się w pył trzy piętra niżej.
- Po cholerę przywiozłeś tutaj sierściucha?
- Wypraszam sobie. Stefan Iwanowicz Petrow Trzeci to najczystszej krwi pers. I chciałeś powiedzieć “koty”.
- Co kurwa?
- KOTY. K-O-T-Y. Weź z łaski swojej rozmroź czasem kran i umyj uszy. Będę wdzięczny.
- Słyszę kurwa, tylko nie wierzę, że przywlokłeś tu swoje panienki.
- Moje PANIENKI tu zostaną.
- Pierdolisz.
- Częściej od ciebie.
Powstrzymał się od zapytania, o której kotce mówi.
- Muszę wyjechać na dłużej, a że ostatnio ktoś próbował moje koty otruć, będą potrzebowały ochrony. I tu wchodzisz ty, cały na biało… znaczy, masz się nimi zająć. Mają być całe i w komplecie, kiedy je będę odbierać, jasne, Jurij?
Zmilczał. Bo i co miał powiedzieć? Zabierz sierście zanim Wolborg zeżre je w ramach obiadu? To raczej nie poskutkuje.
- A. Borys też zostaje. Będzie pilnował żebyś nie próbował przerobić jednego na kotlet, pieczyste czy inny kisiel.
Czasami go tak bardzo…
- Ta. - Jak widać nawet wadera ma czasem takie samo zdanie.
Borys, dotychczas niezauważony, gdyż obsiadło go blisko dziesięć kotów, zamachał nieśmiało spod ogona.
- Zajebiście…
- No, to do zobaczenia za dwa tygodnie! - rzucił prawie że wesoło Hiwatari.
Za to Sabaka chętnie rzuciłby Hiwatarim. Spojrzał na Kuzniecowa.
- Skoro te mendy mają tu zostać, to przydaj się na coś i pomóż mi trochę odtajać ten burdel.
- Ratusz.
- No przecież mówię. Resztę miasta też możesz.
- Niby kurna jak?
- Niby kurna jakąś ciepłą bryzą albo nie wiem, powietrzem znad Czarnobyla? To ty tu jesteś od wiatrów.
- No dobra…

Borys Kuzniecow wdrapał się na dach ratusza. Jak okiem sięgnął widział tylko jeden wielki jebany śnieg i lód. Rozpostarł ramiona z wciąż uwieszonymi na nich Księżniczce Nataszy oraz Swydrygajłowem Pierwszym Wąsatym i Falborg jebnęła z całą siłą w ulice krusząc, topiąc i zawiewając zwały śniegu w stronę Niemiec.

***

Na pograniczu Białorusi i Polski ogłoszono stan klęski żywiołowej. Nikt nie spodziewał się śnieżyc w lutym. Drogowcy gorączkowo kursowali pomiędzy zajezdniami a pobliskimi piaskownicami i plażami (pozdrawiamy Trójmiasto) w poszukiwaniu piasku. Co bardziej przedsiębiorcze jednostki zatrudniły do kopania okoliczne psy, które jeszcze nie zamarzły z powodu mrozów.
Co bardziej przezorni obywatele złożyli podania o azyl w cieplejszych krajach, m.in. Szwecji.
Obrazek

Wieczornych snów mary powiewne, dziewicze
Na próżno czekały na słońca oblicze...
W dal poszły przez chmurną pustynię piaszczystą,
W dal ciemną, bezkresną, w dal szarą i mglistą...

KLIK

Zablokowany