Znamy zdobywcę tytułu Prozy Marca! To Heidenhainstraße 13 pierdoły saskiej. Serdecznie gratulujemy i zachęcamy do lektury!

Nasze czarowanie - tekst

Opowiadania starsze lub starawe. Takie, których autorzy nie mają już kont na forum, albo takie, których treść na prośbę autora została usunięta, a bo to na konkurs iść miało, a bo co innego.

Komentowanie w tym dziale jest wyłączone.

Awatar użytkownika
Kandara
Posty: 238
Rejestracja: 25 lipca 2012, 00:51

Nasze czarowanie - tekst

Post autor: Kandara » 21 stycznia 2013, 22:06

Pora wreszcie zacząć nasze opowiadanie. Zasady jego tworzenia znajdują się w temacie organizacyjnym (http://www.literka.info/viewtopic.php?f=15&t=3142), dlatego nie będę ich tutaj przetaczać. Zamiast tego, chciałabym was serdecznie przeprosić, za to coś pod spodem. Wybaczcie. Nie mam pojęcia co mi jest. :bag:
***
Mścigniewa zmrużyła oczy, lekko zadzierając głowę, aby dokładniej przyjrzeć się górze. Przez dłuższą chwilę stała w bezruchu, wpatrując się w garbaty, przysłaniający horyzont stożek i klęła w duchu. Nie dość, że ojciec siłą zmusił ją do zmiany szkoły, to jeszcze kazał jakieś dwa kilometry zasuwać na piechotę! To chyba jakiś ponury żart, tym bardziej, że miała na sobie ubranie zupełnie nienadające się do pieszych wycieczek. Podeszwy jej wysokich pod kolana glanów były, co prawda mocne i płaskie, ale krótka ledwo zakrywająca pośladki spódniczka w czerwono-czarną kratę oraz obcisły, skórzany gorset, stanowczo nie zaliczały się do strojów spacerowych. "A niech to cholera weźmie" - powtarzała w duchu jak mantrę. "Co to ma do stu biesów być?" Wciągnęła głęboko powietrze. Kątem oka zerknęła na wzbijający się w powietrze błękitny sterowiec, ten sam, z którego wysiadła niecałe pięć minut temu i zaklęła raz jeszcze, tym razem na głos. Oto nagle zorientowała się, że jej trzy kufry i dwie torby leżą nieopodal w trawie. Uklękła przy najmniejszym, otworzyła go i wyjęła długą, prostą pałeczkę z pachnącego drzewa różanego, leżącą pośród innych mniej i bardziej przydatnych przedmiotów: rzeźbionych, srebrnych lusterek, ozdobnych puderniczek, srebrnych pierścionków, łańcuszków i wisiorków rozmaitej maści. Zatrzasnęła wieko, wyprostowała się po czym zataczając krąg uzbrojoną w różdżkę dłonią wyszeptała zaklęcie i szybkim, nerwowym krokiem ruszyła w stronę masywu. W końcu jak mus, to mus.
Nie zdążyła jednak przejść nawet połowy dystansu, dzielącego ją od szkolnej góry, kiedy poczuła na sobie czyjś wzrok.
Obrazek Księżycowa weno, działaj!

Awatar użytkownika
A. Mo'zart
Posty: 162
Rejestracja: 05 lipca 2012, 22:07
Lokalizacja: Dom
Kontaktowanie:

Re: Nasze czarowanie

Post autor: A. Mo'zart » 21 stycznia 2013, 23:49

Wolna! Po tylu latach nieustannych, ojcowskich zakazów, który nawet siedząc w tej swojej Afryce stale próbował ją kontrolować, w końcu zdołała wyrwać się spod jego władzy. Wprawdzie szkoła z internatem nie była tym czego najbardziej pragnęła, lecz kiedy tylko dowiedziała sie o jej powstaniu, natychmiast przekonała matkę by ją zapisała, tłumacząc sie chęcią pogłębienia swoich zdolności magicznych. Nie istnieli rodzice, którzy by się na to nie nabrali. Po raz pierwszy jej los był w jej własnych rękach i musiała jedynie postarać się, by cała szkoła szybko dowiedziała sie z kim ma do czynienia, by mogła zająć należne sobie miejsce w społeczeństwie.
Z matką, nie bez trudu, pożegnała się już na początku szlaku. Bała się choćby pomyśleć o tym jakie fatalne wrażenie zrobiłaby pokazując sie pierwszego dnia z którymś z rodziców, nawet, jeśli matka była zdecydowanie mneij obciachowa z tej dwójki. W przeicwieństwie do ojca nadążała za modą i kiedy chciałą, potrafiła wyglądać naprawdę elegancko. Problem w tym, że poświęciła życie towarzyskie by zostać kurą domową, jakby ludzi o ich pozycji nie było stać na zatrudnienie choćby jednego krasnoludka.
Wyjęła starannie zapakowany bochenek chleba, przegryzajac go pożywną kiełbasą by odzyskać utracone kalorie. Ostatnie kilka metrów przebiegła truchtem, zgodnie z zaleceniami supermodelki Vicky Lemaire każdego dnia i w każdych warunkach dbajac o swoją kondycję i figurę. Wprawdzie w ostatnim roku przybrała na wadze przynajmniej kilka kilogramów, lecz winiła za to okres dojrzewania, podczas którego organizm często płata figla. Była przekonana, że prędzej czy później wysiłek przyniesie efekty.
Pokonała ledwie połowę drogi, a szkoła majaczyła w oddali niczym coś niedostępnego, kiedy zdecydowała sie na chwile odpoczynku. Trochę żałowała, że nie zdecydowała sie skorzystać z podwózki. Wzrokiem odszukała kamień nadajacy się do tego, by na nim spocząć. Rzuciła plecak na ziemię i rozsiadła się. Zdjęłą sandały by rozmasować swoje obolałe stopy. Miała nadzieję, że nie pojawia się na nich pęcherze. To mogłoby zaszkodzić jej wizerunkowi. Gdzieś nad głową dostrzegła niebieski sterowiec. Chciałaby takim przylecieć do szkoły. Niejedna by jej zazdrościła. Schowałą resztę jedzenia. Wolała nie ryzykować przedzierania się na górę bez zapasu prowiantu, nawet, jeśli juz teraz była głodna. Gdzieś z oddali dobiegły ją czyjeś jęki i utyskiwania, z każdą chwilą przybierajace na sile. Po kilku minutach zza zakrętu wyłoniła się jakaś postać.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Kanterial » 22 stycznia 2013, 01:45

- Żebyś się nie zesrał - mruknął Rust cicho, wyprzedziwszy jakiegoś chłopaczka, który mu sięgał maksymalnie do ramienia i stękał, wspinając się na górkę. Uczniowie - przekleństwo grona pedagogicznego. Jak to dzieci - małe, dziecinne, naiwne, albo przeciwnie, wyrośnięte ponad wiek i zarozumiałe. Właściwie, to nie było na świecie rzeczy, której by Rust bardziej nienawidził, niż młodzieży. Och tak, cholernie się nadawał na nauczyciela, wszyscy mu to mówili. Całe Rochester wiedziało, że tylko Sam-Nie-Wiesz-Kto byłby gorszą opcją niż Rust Damp, który swą niechęcią do nieletnich zasłynął w całym sportowym społeczeństwie Minnesoty. Nie, żeby jakoś specjalnie się starał, czy coś - po prostu, gdy któryś raz z rzędu wystawił najgorszą ocenę wszystkim uczestnikom obowiązkowych i pozalekcyjnych zajęć sportowych, które prowadził w ramach praktyki, po tym, jak ponad połowę dzieciaków zmieszał z błotem, zmusił do pożytecznej pracy (to jest pompowania piłek i spuszczania z nich powietrza na przemian, przez parę dni) albo zwyczajnie wyrzucił, ludność Rochester przylepiła mu etykietkę "nie przepadającego za uczniami". Fantastycznie. Cóż za powierzchowność.
- Na co się tak patrzysz, dziewczynko - warknął do mijanej przez siebie uczennicy. Siedziała na kamieniu, ze zdjętymi sandałami i rzuconym niedbale plecakiem. Wyglądała na rudą, ale może tylko mu się zdawało - czarodzieja nie widziałaś?
- Nie wyglądasz n - urwała, gdy Rust przechylił lekko głowę. - Nie wygląda pan na czarodzieja - sprostowała.
- Bo co, bo hawajki? Nie są dość czarodziejskie? Mam chodzić w sukience jak Sama-Nie-Wiesz-Kto i ci chorzy na mózg użytkownicy latających mioteł? By the way, miotły są pedalskie, zapamiętaj to. Nie szukaj chłopa z miotłą...
Albo miała mózg, albo nie. Albo milczała z rozsądku, albo nie wiedziała, co powiedzieć. W każdym razie dobrze, że milczała, bo krótkie spodenki Rust'a były bardzo drażliwym tematem. Tematem, którego magia nie dotyczyła, choć może, w tym konkretnym przypadku, należało rozpatrzyć wszystkie znaczenia tego słowa.
- Ja się nazywam Damp, zresztą, niedługo się spotkamy. Bo zapisałaś się na siatkówkę. Wszyscy zapisali się na siatkówkę. A mnie ściągnęli ze środka USA, żebym was uczył - jęknął Rust teatralnie - haha, przepraszam, uczyć to złe słowo - dodał złośliwie. Minął ją i skierował się w stronę szkoły. Ślęża... Tydzień temu dostał jej plany i bardzo czytelnie rozrysowaną instrukcję, zatytułowaną "Jak wejść, żeby nie wyjść jednocześnie". Pod odręcznie wykonanym rysunkiem, przedstawiającym BRAMĘ (Rust myślał, że spłonie z wściekłości, gdy zamiast labiryntu i zakrętów zobaczył coś tak banalnie prostego) widniał napis "Ps. Pozdrawiam, Dźwiedź".
Gdy całe dwa metry i trzy centymetry Rust'a dotarły pod budynek szkoły, coś na kształt irytacji wdarło się do jego umysłu. Strzelił biczfejsa, wprawiając Ślężę w niemałe zakłopotanie.
- Brama, do jasnej cholery. Bo ja nie wiem, jak przejść przez bramę. Z Minnesoty przecież. Umiem tylko polować na baribale - warknął, popychając ze złością srebrne pręty. Otworzyły się ze skrzypieniem, ułatwiając zadanie kolejnym przybywającym do placówki nieszczęśnikom.
Du warst das Abbild der Vollkommenheit

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Joa » 22 stycznia 2013, 14:57

Żyłka nie należał do osób, dziwiących się bez powodu. Można powiedzieć, że rzadko bywał zdumiony.
Dlatego nie małym, dla niego samego przede wszystkim, zaskoczeniem było, że się zdziwił. A zdziwił się ogromnie. Na początku, właściwie uważał to wszystko za wybitnie nieudany żart. Żyłka kierował się rozumiem. Wiedział przecież, że magiczne sztuczki to efekt zwinności magika, a nie żadne czary. Właśnie, czary. Czary i magia nie istnieją. Żyłka Rościsław Jeziorski nigdy nie wierzył w Mikołaja, leśne duszki, elfy i krasnoludki. Uważał to jedynie za wymysł dorosłych, którzy musieli zająć czymś swoje dzieci. Jednak po chwili uzmysłowił sobie, że to nie może być kłamstwo. Trzymał w dłoniach wielką przesyłkę z widocznym zielonym stemplem Szkoły Ślęża.
To było kilka dni temu. Teraz wierzył.
Jednak jego wiara przeżyła mały kryzys, gdy z plecakiem wchodził pod górę, ciężko dysząc. Nigdy nie lubił gór i wysiłku. Nie żeby był małym tłuściochem, którego codzienną czynnością było przejście trasy lodówka-fotel-lodówka. Żyłka był chudy niczym tyka i dość niski jak na chłopaka – metr siedemdziesiąt trzy i pół. Przekazane mu geny były jedynymi rzeczami, za które dziękował rodzicom. Nigdy nie miał okazji zrobić tego osobiście, bo był sierotą mieszkającą w domu dziecka, ale nawet gdyby taka się nadarzyła, zachowałby to prędzej dla siebie niż podzielił się z kimkolwiek. Był skrytym chłopakiem.
Był już w połowie drogi na szczyt, gdy minął go jakiś skwaszony facet. Mruknął coś pod nosem w stronę Żyłki, ale chłopak to zignorował. Zagryzł tylko mocniej zęby na wykałaczce.
Cztery minuty później był już pod bramą. Mijający go wcześniej facet właśnie przez nią przechodził. Żyłka jeszcze oglądnął się wokół. Zobaczył kilka osób, co utwierdziło go w przekonaniu, że ta cała magiczna szkoła istnieje naprawdę. A następnie przeszedł przez otwartą niemal na oścież bramę.
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
AlpenGold

Re: Nasze czarowanie

Post autor: AlpenGold » 22 stycznia 2013, 17:55

Ze zdziwieniem połączonym z zafascynowaniem i radością wymalowanymi na twarzy, Anastazja szła, dziarsko pokonując wyboistą, górską ścieżkę. Ową dziwną mieszaninę emocji wywoływali w niej ludzie, którzy tak, jak ona, zmierzali ku nowej szkole. Jedni z zadumą wpatrywali się w budynek tak, jak na przykład, zdaniem Anastazji, zbyt mrocznie i smutno ubrana dziewczyna. Inni postanowili przysiąść gdzie bądź, podobnie jak zrobiła to siedząca nieopodal na kamieniu dziewczyna w trochę za małych ciuchach. Jeszcze inni szli nerwowym krokiem, złorzecząc i wyklinając na czym świat stoi, w ten sposób dając upust zgromadzonej w duszy złości.
Byli też tacy, jak Anastazja, choć bardzo nieliczni. Właściwie grupka ta liczyła zaledwie trzy osoby. Należała do niej ona, Anastazja, a także dwie bliźniaczki, najprawdopodobniej pierwszoroczne. Szły spokojnym tempem, patrząc w niebo przesłonięte gdzieniegdzie puchowymi chmurami oraz podśpiewując jakąś wesołą melodyjkę. Niestraszna im była usłana prawie w całości kamieniami i patykami ścieżka wiodąca cały czas pod górę, choć ból nóg coraz bardziej dawał o sobie znać. Do będących jeszcze dziećmi bliźniaczek takie zachowanie jak najbardziej pasowało. Jednak, kiedy szesnastoletnią Anastazję mijali inni czarodzieje, niektórzy wprost nie mogli powstrzymać się od komentarzy z niezbyt miłym wydźwiękiem, zwłaszcza wtedy, kiedy dziewczyna zaczęła wesoło pląsać i śmiać się bez powodu. Nic sobie z tego nie robiła i nie przerywała swego zajęcia, co zasiało w niektórych ziarno niepewności, czy aby na pewno dziewczyna jest zdrowa na umyśle i rozumie, co się do niej mówi.
Kiedy w końcu Anastazja dotarła do bramy, była niemożliwie zmęczona, a mimo tego dobry humor jej nie opuszczał. Przekroczyła próg szkoły, będąc pewna, że oto przekracza bramę do spełnienia swoich marzeń i snów. Od zawsze twierdziła, że umie czarować, jednak rodzice nigdy jej nie wierzyli i poddawali ją badaniom psychiatrycznym, zupełnie przekonani o chorobie ich córki, która ślepo wierzyła. pomimo swojego wieku, w istnienie magii. Nie zdołała przekonać ich nawet wtedy, gdy pokazywała im, jak nie dotykając przedmiotu, porusza nim. Zmianę koloru oczu wytłumaczyli sobie soczewkami, zaś włosów – sporą ilością czasu spędzonego u fryzjera i wydanymi pieniędzmi, o których nawet nie chcieli myśleć. Głębokie więc było ich zdziwienie, gdy do Anastazji przyszedł list ze Ślęży, w którym to wyraźnie było napisane, iż jest ona czarodziejką i wkrótce zacznie zgłębiać tajniki magii w pierwszej polskiej szkole dla czarodziejów.
Przed gmachem szkoły roiło się od uczniów. Anastazja wzięła głęboki wdech i uśmiechnęła się, przekonana o tym, że marzenia jednak się spełniają. Wesoło ruszyła przed siebie, z iskierkami w oczach przyglądając się zebranym.

Awatar użytkownika
Kompot
Mącikompot
Posty: 421
Rejestracja: 21 sierpnia 2012, 23:40

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Kompot » 23 stycznia 2013, 01:15

- Szkoła niby nowa, a brudno. Można by sądzić, że pajęczyny i te dziwne porosty są częścią wystroju. - Hermenegilda Karcze nie wyglądała na zadowoloną, ba, wyraz jej twarzy sugerował, iż jej właścicielka przeżywa katusze, widząc girlandy i sople z pajęczych nici, które nie tylko pokrywały szczelnie sufit, ale zaczęły już ekspansje na powierzchnie pionowe.
Akysz nie odpowiedział, co wcale nie zdziwiło Hermenegildy. Wzruszył ramionami i choć siedział w kucki na kamiennych płytach posadzki, jak narkoman na dworcu, wydawał się być pełen obojętnego samozadowolenia. Siorbał mleko trzyprocentowe przez różową słomkę. Cóż, trzeba przyznać, że zarówno wyraźnie zaznaczone kości policzkowe, ciemny wór pod okiem, jak i przepaska na oczodół z wyszytą na niej wyszczerzoną czaszką, nadawały jego postaci "majestatu" psychopaty. Nie pasował do placówki edukacyjnej. Chociaż, jako żywy eksponat i przestroga dla dzieciarni, mógł się sprawdzić w roli woźnego. Zresztą dyrekcja nie miała wielkiego wyboru i musiała zaakceptować dzikiego lokatora, który, jak mówią legendy, mieszkał tu od zarania dziejów. Wszak egzorcyzmy nie działały, co sprawdziły już pokolenia dolnośląskich księży.
- Możesz coś z tym zrobić? - Hermenegilda Karcz, nauczycielka obrony przed magicznymi stworami, przestąpiła z nogi na nogę, nie mając najmniejszej chęci używać swej różdżki do tak mało eleganckiej czynności, jaką jest usuwanie zanieczyszczeń.
Akysz milczał w sposób, który sugerował, że rozważa "propozycję". Nim pani profesor się zorientowała, mokra i śmierdząca szmata poszybowała w jej stronę, by plasnąć jej prosto w twarz. Gdy szok minął, jego miejsce na czerwonej twarzy Hermenegildy zajęła furia, lecz było za późno. Woźny przepadł i to niestety nie bez śladu. Na ziemi, tam gdzie jeszcze przed chwilą siedział "mężczyzna", leżał pusty karton mleka i kupka kolorowego konfetti, układającego się w słowo: NIE.
Obrazek

Awatar użytkownika
A..

Re: Nasze czarowanie

Post autor: A.. » 25 stycznia 2013, 22:30

Zapewne szóstym zmysłem wyczuwając czyjąś obecność, Mścigniewa obróciła się w stronę gęstych drzew i zaczęła wpatrywać w punkt między nimi. Niestety nie zdołała dostrzec obiektu (żywego lub martwego), który ją zaniepokoił. Był to jeden z tych momentów, które przytrafiają się nawet zwykłym mugolom – jakże magiczne przeczucie, które się nie sprawdza. Jak wtedy, kiedy jesteś pewien, że zostawiłeś telefon w kuchni, a znajdujesz go dopiero, gdy wypadnie z kieszeni twoich spodni.
W przeciwieństwie do tych mylnych przeczuć, obserwująca młodą czarodziejkę postać była prawdziwie realna. Na gałęzi siedział mały ptaszek, a kolor jego skrzydeł zlewał się z zielenią liści, uniemożliwiając dostrzeżenie stworzonka. Wzrok czarnych ślepi kolibra spoczął na dziewczęcej sylwetce w ciemnych ubraniach i przez chwilę opierzony zwierz siedział w bezruchu, jakby zdziwiony. Czy miał do tego prawo? Mroczna lolita wysiadająca ze sterowca może i nie była widokiem codziennym, lecz do takich nie należał również sam obserwator. Nieprzystosowany do klimatu Polski, powinien już dawno się wynieść.
Tymczasem zmierzał w stronę Ślęży.
Mścigniewa, kiedy tylko upewniła się o własnym bezpieczeństwie oraz na tyle dobrym samopoczuciu, żeby ruszyć w dalszą drogę, odwróciła się od ściany potężnych brzóz. Ten właśnie moment wykorzystał niesforny, miniaturowy ptak. Od razu wystrzelił jak z procy i – mimo niewielkiej siły mięśni – poszybował z godną podziwu prędkością. Śmignął obok ucha ukochanej córki Ministra Magii, która zdążyła zobaczyć jedynie szmaragdową plamę, i zniknął. Czy była zdziwiona czy nie, nie miała jednak szansy zareagować. Ukatrupić, obejrzeć czy choćby pomyśleć. Ot, ptak rozmył się jak we mgle.

Co się natomiast stało z zielonym kolibrem?
Otóż poleciał dalej, również kierując się w stronę Szkoły Magii i Czarodziejstwa Ślęża, być może nawet o tym nie wiedząc. Ominął jednak dróżkę i wybrał teren bardziej zalesiony. Sto metrów od głównej bramy, zaczęło dziać się z nim coś dziwnego. Tor lotu stał się nierówny, ptak opadał i wzbijał się z trudem, a po chwili wybuchnął! Nie, jednak nie wybuchnął. Wyrosły mu tylko nieforemne ludzkie ręce, zastępując skrzydła i długie nogi zamiast małych szponów. Na końcu pojawiła się głowa z czarnymi włosami, zielonymi oczami i tym wszystkim, co posiada statystyczna Kowalska. Koliber okazał się piętnastolatką. Witamy w Czarnobylu. Przepraszam, w Ślęży.
Wiwiana przekoziołkowała parę metrów, aż udało jej się usiąść w miejscu, gdzie las rzedł i zamieniał się w polanę. Na szczęście wyszła z tego bez szwanku, tylko trochę obolała i niezadowolona z siebie. Pocieszenie znajdywała w pewności, że nikt nie widział jej metamorfozy. W końcu musiała to ukrywać, przynajmniej do skończenia szesnastu lat. Pseudo-legalny animag.
„Poćwiczyć lądowanie”, przemknęło jej przez myśl, choć wiedziała, że przez najbliższy czas i tak nie będzie mogła się zmieniać. Trzeba zainwestować w miotłę.
Nastolatka podniosła się z ziemi i otrzepała spódnicę oraz bluzkę, które razem przypominały mundurek. Oczywiście nim nie były, bo przecież w jej nowej szkole taki strój nie obowiązywał. Gdzieś na ziemi leżały prostokątne okulary. Panna Lisowczyk podniosła je bez większej ekscytacji, domyślając się, że spadły, kiedy elegancko uderzyła o glebę. Bez słowa ruszyła w stronę wejścia, przy którym widziała już dwójkę czarodziejów. Jeśli się nie myliła, jej bagaże z krasnalami kuzyna niedługo powinny się pojawić. Postanowiła na nie zaczekać i przy okazji sprawdzić, kto jeszcze pojawi się w tej dziwnej placówce.

Awatar użytkownika
Kandara
Posty: 238
Rejestracja: 25 lipca 2012, 00:51

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Kandara » 26 stycznia 2013, 02:57

Zielona smuga gdzieś znikła, ale Mścigniewa nadal czuła, że ktoś ją obserwuje. Jakieś natrętne, bystre oczka wciąż uważnie wpatrywały się w plecy dziewczyny, powodując nieznośne mrowienie tej części ciała. Odetchnęła głębiej. Przez kolejne dziesięć kroków udawała, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, a to uczucie jakby tysiąc mrówek spacerowało po jej plecach jest jedynie głupim wymysłem. Jednakże, kiedy po przejściu kolejnych kilku metrów, owo wrażenie nie ustało, zatrzymała się raptownie, uważnie taksując spojrzeniem okolicę. Jeszcze tego by brakowało, żeby przypadkiem zauważyli ją jacyś mugole! Wzdrygnęła się z obrzydzenia na samą myśl. Mało było na tym (i prawdopodobnie tamtym) świecie rzeczy, których brzydziłaby się bardziej, jeśli nie liczyć czarodziei urodzonych w nie-magicznych rodzinach oraz... Nie, to niemożliwe, na pewno tylko się jej wydaje, przecież to już permanentna inwigilacja, a także ograniczanie jej praw i wolności osobistej. Mniejsza o to, że jako niepełnoletnia czarownica ustawowo podlegała obu tym niedogodnościom. Czym innym jest przecież prawo, a czym innym rodzicielski brak zaufania. W końcu obiecała, że, nie zboczy ze ścieżki, ani nie wywinie żadnego niemoralnego numeru.
Dlaczego zatem, dlaczego kochany tatuś miałby jej to robić? Przecież rzucenie zaklęcia cruciatus na starego kreta, regularnie podkopującego korzonki nie tylko jej ulubionych czarnych róż, ale również wszystkich innych roślin rosnących w szkolnym ogrodzie, na oczach odwiedzającego ją ojca nie było niczym nagannym! W Dumstrangu robili takie rzeczy w ramach zajęć edukacyjnych. Nie rozumiała, więc reakcji mężczyzny, który rozwścieczony nie na żarty, najpierw nakrzyczał na nią, potem pobiegł do dyrektora, a niecałą godzinę później wybiegł z gabinetu przełożonego placówki oświatowej i oświadczył zdumionej dziewczynie, że ma się natychmiast pakować...
A jednak.
Wejrzenie zielono-niebieskich oczu zatrzymało się na dwóch małych, dziwnie świecących intensywnie fioletowych punkcikach. Dziewczyna stłumiła przekleństwo cisnące się na karminowe usta.
- Jagodek - rzekła cicho, z zawoalowaną groźbą - Lepiej wyłaź!
Zwolniła zaklęcie lewitacji, więc jej bagaż znów upadł w trawę, ale nie przejęła się tym wciąż wpatrzona w małe fioletowe punkty, które okazały się oczkami łysego, ubranego w fioletową liberię krasnala. Czerwona, szpiczasta czapeczka była zatknięta za czarny pas.
- A co panienka taka nerwowa? Mówiłem wiele razy, że złość piękności szkodzi, ale co ja tam wiem, jestem tylko głupim krasnoludkiem, co to powinien czuć się zaszczycony ile razy jakiś czarodziej, bądź czarownica zaszczyci go łaskawie swoim spojrzeniem. Otóż dziwna sprawa... Niespecjalnie czuję się zaszczycony, tym bardziej, że nie mam pojęcia, dlaczego te nadobne, niewinne oczęta córki mojego szefa, chcą mnie zabić. - W tym miejscu teatralnie złapał się za serce. - Oh czemusz, to czemusz? - zaśpiewał na melodię starej ludowej piosenki.
- Przestań błaznować - syknęła Mścigniewa. Podobne zachowanie ze strony czy to Jagódka, czy kogokolwiek innego, zawsze przyprawiało ją wściekłość. Teraz zaś sprawiło, że dosłownie trzęsła się ze złości i mocniej zaciskała palce różdżce.
- Ależ, oczywiście, jak sobie panienka życzy. - Ironia nie znikała z głosu krasnala.
- Ojciec kazał ci mnie śledzić, tak. - To nie było pytanie. - Chciał w ten sposób upewnić się, że na pewno trafię do tej tam... szkoły i że nie zrobię po drodze niczego głupiego. Zupełnie nie rozumiem skąd u niego ten brak zaufania. Ale teraz już możesz wracać i powiedzieć mu, że wszystko jest tak, jak obiecałam.
W jednej chwili Jagodek stał się poważny. Uniósł głowę, aby spojrzeć prosto w twarz Mścigniewy.
- Tego zrobić nie mogę - oświadczył stanowczo. - Szef powierzył mi pewne zadanie, a póki szew płaci, słowa szefa święte.
Mścigniewa wykręciła oczami. Krasnale i ich głupi krasnodkowy honor, nakazujący bezwarunkowe posłuszeństwo względem tego, kto sypnie im pieniądzem. Oczywiście słowo "sypnie" to przesada. Krasnoludek dostawał najwyżej jedną srebrną monetę miesięcznie, ale widać, to im wystarczało.
- Nie możesz trochę... Nagiąć faktów? Naprawdę trafię tam, gdzie powinnam trafić.
- To sprzeczne z krasnoludkową etyką - odparł zgorszony. - Zdecydowanie nie.
- Nawet gdybym ci zapłaciła? - Dziewczyna wciąż dygotała, ale starała się panować nad sobą.
- Zapłatę przyjmuję tylko od szefa.
Tego było już za wiele. Że też ze wszystkich pracujących w ich domu krasnali, on musiał wybrać akurat tego najbardziej porządnego i nieprzekupnego osobnika! Ponownie wróciła oczami.
- A może jednak? - Machnęła różdżką w stronę jednej z toreb. - Accio - mruknęła, a przyzwany przedmiot poszybował w jej stronę. Przewiesiła pasek przez ramię, rozsunęła zamek błyskawiczny i wyciągnęła małą, czarną portmonetkę.
- To ile chcesz? - pytała dalej Jagódka przeglądając jej zawartość. - Ała! - krzyknęła, bo portmonetka nagle wyskoczyła z rąk Mścigniewy, jakby była żywą istotą a cała jej zawartość wysypała się w trawę.
- Ty mały, wredny! - krzyknęła ostatecznie tracąc reszki kontroli nad sobą i celując w Jagódka końcem różdżki, ale zanim zdążyła wypowiedzieć zaklęcie, krasnal zniknął.
- Problemy z rodzicami? - Zapytał czyjś głos.
- Jak widać - odpowiedziała machinalnie, odwracając się w stronę głosu. Przekonała się, więc, że należał on do siedzącej na kamieniu nastolatki ubranej w przeraźliwie kusą bluzeczkę oraz spódniczkę niemal tak krótką jak jej własna.
- Długo tu jesteś? - Mścigniewa wypuściła z płuc nadmiar powietrza.
- Wystarczająco. - Padła odpowiedź.
- Znaczy się widziałaś wszystko. - Domyśliła się na głos panna Wiśniowiecka. Z pomocą magii szybko pozbierała porozrzucane monety. Wepchnęła je portmonetki, a tą z kolei wrzuciła do torby. - Jeśli wspomnisz o kimś choćby słowem, to mnie popamiętasz. - Zagrodziła jeszcze nim, wraz ze swoim na powrót lewitującym bagażem ruszyła pędem w kierunku góry. Zatrzymała się dopiero pod szkolną bramą...
"No, no, no" powtarzała w duchu, uważnie przyglądając się łukowatemu, kamiennemu, porośniętemu bluszczem portykowi, przywodzącemu na myśl gotyckie katedry. Majestatyczny, ozdobiono płaskorzeźbami przestawiającymi różne stwory z rodzimej mitologii, robił wrażenie nawet niej. Zadarła głowę, chcąc lepiej przyjrzeć się wrotom. W centralnym punkcie łuku widniał herb szkoły Ślęża - srebrny dźwieź na biało-szarej szachownicy. "Może jednak nie będzie tak źle" pomyślała przekraczając próg przybytku edukacyjnego.

-----------
Jeśli coś pokręciłam, to przepraszam.
Obrazek Księżycowa weno, działaj!

Awatar użytkownika
wołszebnik
Posty: 1106
Rejestracja: 03 czerwca 2012, 11:09
Lokalizacja: http://www.facebook.com/joanna.gadawska?ref=tn_tnmn
Kontaktowanie:

Re: Nasze czarowanie

Post autor: wołszebnik » 26 stycznia 2013, 16:54

KOMENTARZ:

Żebyśta nie myśleli se, że nikt nie czyta, we wstępie literówki i inne takie tam:


SpoilerShow
Mo pisze: mneij obciachowa
W przeicwieństwie do ojca
za modą i kiedy chciałą
chwile odpoczynku
Zdjęłą sandały
Miała nadzieję, że nie pojawia się na nich pęcherze
Schowałą resztę jedzenia
jeśli juz teraz była głodna
przybierajace na sile.
Mo pisze:szkoła majaczyła w oddali niczym coś niedostępnego,

no więc jeśli majaczyła, no to w oddali, oczywista, oczywistość, popracowałabym nad tym porównaniem ;)


Kan pisze:nie przepadającego

nieprzepadającego

Joła pisze: nie małym, dla niego samego przede wszystkim, zaskoczeniem było,
jeszcze oglądnął się wokół

niemałym
raczej 'rozglądnął', wydaje mi się, że nie można oglądać się wokół


Goldie pisze: poddawali ją badaniom psychiatrycznym, zupełnie przekonani o chorobie psychicznej ich córki, która ślepo wierzyła w istnienie magii, pomimo swojego wieku.

skreślona fraza wynika z kontekstu, bez sensu powtarzać. Sugerowałabym przenieść 'pomimo swojego wieku' po 'ślepo wierzyła': która ślepo wierzyła, pomimo swojego wieku, w istnienie magii.


Kompotek pisze:śmierdząca szmata poszybowała w jej stronę, by plasnąć jej prosto w twarz.

plasnąć ją prosto w twarz


Alicja pisze: była prawdziwie realna
ptak opadał i wzbijał się z trudem, a po chwili wybuchł
zastępując miejsce skrzydeł
Zielonooka podniosła się z ziemi

o ile nie miało to być jakieś celowe przerysowanie, to albo prawdziwa, albo realna, bo tak mamy masło maślane
ptak raczej wybuchnął - w ten sposób odmieniamy czasownik 'wybuchnąć' dla rzeczowników ożywionych, 'wybuchł' jest formą prawidłową, ale raczej zarezerwowaną dla przedmiotów.
zastępując skrzydła
'zielonooką' wymieniam, by przypomnieć, że to takie... blogaskowe, jesteś pewna, że kcesz tego określenia?



Tyle z czepialstwa :D Poza tym rzec kciałam, że wszyscy spisali się wyśmienicie, fragmenty ociekają epickością, wręcz same się czytają. Tak trzymać! :heart:
A tymczasem w pewnym EL (acz z pewnością nie Dorado, zbyt ubogo tamże na to), gdzie prawowstecz:
Obrazek Acz wybaczmy demokracji, Orwell rzekł, wszak nie bez racji, że to w każdej delegacji,pod gajerkiem, przy korycie, pod krawatem, pcheł poszycie...
zbieżność nazw absolutnie przypadkowa

Awatar użytkownika
A. Mo'zart
Posty: 162
Rejestracja: 05 lipca 2012, 22:07
Lokalizacja: Dom
Kontaktowanie:

Re: Nasze czarowanie

Post autor: A. Mo'zart » 26 stycznia 2013, 17:05

Genialnie Kand. Epicki Krasnoludek :)

-----------------------------------------------------------

Z wielki trudem i po wielu postojach, ocierając pot z czoła przekroczyła bramę szkoły. Sądząc po ilości zgromadzonych na głównym placu i tych, którzy mijali ją na trasie, przybyła jako jedna z ostatnich. Fakt, że główna impreza powitalna, czy co tam władze szkoły planowały urządzić, jeszcze się nie zaczęła, utwierdził ją w przekonaniu o własnej wartości i wyższości. Minęła grupkę wyraźnie przestraszonych dzieciaków jak w obrazek wpatrujących się w tłumaczącą im coś starszą wiedźmę. Pierwsze kroki skierowała ku stoisku z darmową prasą, prenumerowaną przez szkołę. Wybór nie był duży, zaledwie dwa najpopularniejsze w kraju tytułu, lecz póki posiadali "Blage" nie mogła narzekać. Szybko przekartkowała szukając jakichkolwiek informacji o Vicky Lemaire. Wkrótce miała adoptować trzecie dziecko i światowe media wręcz rywalizowały o pierwszeństwo by opublikować zdjęcie szczęśliwego dziecka w objęciach nowej mamy. Zaczytana nie zauważyła kiedy jakieś małe, góra trzymastoletnie coś wpadło na nią, odbijajac się od niej niczym od ściany i z płaczem lądując na ziemi.
Przed szkołą panował chaos. Niedoświadczona kadra nauczycielska nie bardzo potrafiła poradzić sobie z zagubionymi, błąkającymi się po całym terenie uczniami, a ich próby nawoływania i prośby o zachowanie spokoju wszyscy całkowicie ignorowali. Nie pomyślono o ustawieniu jakichkolwiek punktów informacyjnych, wiec nikt nie miał bladego pojęcia za kim czy w którą stronę się udać. Dyrektora, znanego jej wyłącznie ze zdjęć, nigdzie nie było widać. Z ciekawości sprawdziła czy zdoła wejść do środka, lecz drzwi budynku okazały się magicznie zaknięte. To oznaczało, że faktycznie czeka ich impreza powitalna, na co jej żołądek bardzo się ucieszył. Już dobre pół godziny temu zjadła resztki swoich zapasów. Spróbowała zaczepić któregoś z nauczycieli by dowiedzieć sie czgokolwiek, lecz żaden z nich nie zwrócil na nią uwagi, jeszcze nie wiedząc z kim mają do czynienia. Na szczęście miała dobrą pamięć, co pewnego dnia mogło sie skończyć skargą lamentującym tonem napisaną do ojca, który zawsze był gotów poruszyć niebo i ziemię dla dobra swej ukochanej córeczki. W końcu z tłumu wyłoniło się coś co przypominało siostrę bliźniaczkę dyektora. Machnęła różdżką i wyczarowała coś w rodzeju mównicy. Chrząknęła licząc, że zwróci tym na siebie uwagę. Niezrażona brakiem efektów wyjęła zdecydowanie zbyt długi rulon papieru i monotonnym głosem zaczęła czytać przygotowane wcześniej pzemówienie.
- Towarzysze, towarzyszki i wy nasze drogie dzieci...
Walentyna już po dwóch zdaniach zdecydowała sie znaleźć dla siebie ciekawsze zajęcie niż słuchanie tych bredni.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Kanterial » 28 stycznia 2013, 22:50

Rust zaklął i z całej siły kopnął cholerną, magiczną bramę. Wchodził już siódmy raz. Na przekór rozsądkowi i korcącej potrzebie, nie zerknął na złożoną w kieszeni hawajek mapę z wiadomością od Dźwiedzia. To godziłoby w ponurą, cholernie egoistyczną i skrywaną przed światem pychę, czy może raczej honor Damp'a. Zacisnął dłoń na prętach.
- To był sarkazm - wycedził. - Naprawdę wiem jak wejść, żeby nie wyjść. I jestem uprzejmy. Po prostu chcę wejść, grzecznie i w pokojowych zamiarach.
Spróbował raz jeszcze, a gdy otworzył oczy znajdował się po tej samej stronie bramy, tyle, że odwrócony o trzysta sześćdziesiąt stopni.
- SPŁOŃ! SPŁOŃ DO CHOLERY! - zawył. Sięgnął po list i spojrzał na niego raz jeszcze, z furią, ignorując kilkoro uczniów, którzy przeszli przez bramę ot tak, bez problemu. Rysunek nadal przedstawiał wejście do Ślęży, tyle, że na dole pojawiło się koślawe "he he". Rust zmrużył oczy.
- No dobra - rzekł spokojnie. - Chcę tam wejść. Chcę. Nie muszę, tylko chcę.
Tym razem mu się udało. Damp nie ucieszył się jednak, jedynie rozzłościł na to, jak został potraktowany. Obiecał sobie, że gdy spotka Dźwiedzia, czymkolwiek był, skopie mu dupę. Korytarz wydawał się pusty, lecz już za zakrętem czekał na Rust'a tłok, ścisk, dorośli i uczniowie. Większość miała na sobie zwykłe ubrania, co trochę go zaskoczyło. Uczniowie powinni nosić mundurki, albo nawet te żałosne sukienki, jak na przykład ten cholerny profesor, który właśnie minął się z Damp'em.
- Towarzysze, towarzyszki i wy nasze drogie dzieci - mówiła jakaś kobieta, bezskutecznie próbując zapanować nad tłumem bachorów. - Zapraszamy wszystkich do głównej sali, to ta z morskim dnem zamiast sufitu, po powitalnej uczcie i odczytaniu regulaminu będziecie mogli rozejść się do swoich...
Rust podszedł do niej wolno, po drodze pozbywając się swojej zirytowanej miny.
- Przepraszam - powiedział, uśmiechając się czarująco. - Czy mógłbym coś wtrącić?
- Pan Damp, jak mniemam! Przedstawimy pana dopiero, uczniowie mogą nie znać nowych - zaczęła szybko.
- Ach, nic nie szkodzi - odparł Rust uprzejmie, przysuwając się do niej i nachylając nad mównicą. Czarownica chciała chyba zaprotestować, ale zrezygnowała, bo nawet zgarbiony, siatkarz był od niej znacznie wyższy. Damp popatrzył na nią, a gdy zrobiła krok w tył odsłonił zęby w przepięknym uśmiechu. Zarumieniła się, zamrugała i stanęła za nim.
- Taak - zaczął Rust wolno, po czym obrócił się przodem do kluczących po korytarzu dzieciaków. - EJ WY! - ryknął ze złością, powracając do zwykłego, ostrego tonu. Uczniowie zamarli, a jakiś wyjątkowo niski chłopczyk wpadł z przerażenia w swój kufer, co spowodowało niemałe zamieszanie. - Trochę szacunku do grona pedagogicznego, ktoś coś do was mówi, tłumaczy wam coś, a wy pałętacie się jak jakieś... Jak... - Rust zmarszczył nos, rezygnując z tego, co miał zamiar powiedzieć. - Jak niedojrzała młodzież - syknął mściwie, a przez tłum przetoczyła się fala niezadowolonych pomruków. Nic tak nie złości smarkaczy, jak powiedzenie im, że są niedojrzali. Rust odsunął się od mównicy i obrócił w stronę tej brzydkiej kobiety, która o dziwo miała strój przypominający szatę dyrektora.
- Proszę, dziękuję, do zobaczenia, a zobaczymy się napewno - zanucił Damp gardłowo, kłaniając się przed nią i wykonując zapraszający gest. Ruszył w stronę sali, ignorując patrzące na niego w szoku, nieletnie okazy czarodziejów, pół-czarodziejów i mugoli, którzy jakimś cudem dostali się do Ślęży. Kilka minut później, po zwiedzeniu sporej części komnat, Rust zbliżył się do głównej auli. Jakiś łaciaty, jednooki kot spacerował po dywanie, panosząc się i unosząc wysoko ogon. Damp rozejrzał się, po czym spróbował go kopnąć, niestety nie trafiając za pierwszym razem, co oznaczało walkę albo ucieczkę ze strony wielkiego kocura.
Du warst das Abbild der Vollkommenheit

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Joa » 03 lutego 2013, 14:55

Żyłka wsunął dłonie w bluzę na widok tłumu uczniów. Było ich wielu. Dziewczyny, chłopcy, starsi, młodsi, pryszczaci i piegowaci. Niektórzy z okularami posklejanymi na wysokości nosa, inni z szalikami zawiniętymi niemalże do brwi. Jakaś grupka kłóciła się, która różdżka jest najlepsza, para uczniów w najlepsze obściskiwała się koło jakiejś ściany. Właśnie, ściany! Ściany w tej szkole były niesamowite – cegła w kolorze jasnej pomarańczy w wielu miejscach pokryta była zielonym bluszczem, który oplatał balustrady, a nawet wielkie żyrandole zawieszone u sufitu. Na podłodze leżały ciężkie dywany, po których chodziło się jak po najmilszym w dotyku piasku.
Gdy Żyłka przyglądał się z ukrytym zafascynowaniem całemu wystrojowi, ktoś zdążył już wygłosić przemowę. Do uszu chłopaka doleciały tylko strzępki słów, bo gwar był tak okropny, że nie dało się usłyszeć wszystkiego. Na jednym ze stoisk leżały stosy gazet z kolorowymi twarzami, które przyglądały się każdemu ruchowi wykonanemu przez Żyłkę. Widząc, że inni uczniowie zabierają po kilka sztuk, chłopak zrobił to samo. Zamierzał je sprzedać jakiemuś wybitnie znudzonemu uczniowi, w któryś dzień.
Żyłka uwielbiał sprzedawać niepotrzebne mu rzeczy. Gdy znalazł coś zepsutego, od razu znajdował się klient, któremu dany przedmiot był okropnie potrzebny. Miał „żyłkę” do interesów.
Chłopak widząc napływające zewsząd tłumy, ruszył tam, gdzie wydawało mu się, że nikogo nie spotka. Rzeczywiście, gdy wyszedł za róg, zobaczył niemalże pusty korytarz. Pod ścianą po prawej stronie stał jedynie jakiś człowiek. Podszedł do niego.
- Przepraszam, którędy do pokoi dla uczniów? – Postać wyciągnęła z długiego, czarnego płaszcza pomarszczoną dłoń i palcem wskazała koniec korytarza. W świetle żyrandoli błysnęły liczne pierścionki. Żyłka rozpoznał szmaragdy, opale, a nawet małe diamenty, umieszczone w oczkach. Podziękował i ruszył w kierunku, który mu wskazano. Na końcu hallu miał do wyboru dwie drogi – w lewo lub prawo.
- Przeprasz… - powiedział, odwracając się do tajemniczej postaci. Najprawdopodobniej dokończyłby słowo, a nawet zdanie, ale niestety zdziwienie odebrało mu mowę. Postać zniknęła. Po prostu rozpłynęła się w powietrzu. Albo może wtopiła się w bluszcz na ścianie? Żyłka nie wiedział, ale było to bardzo dziwne.
Nie miał czasu bardziej się nad tym zastanowić, bo po chwili usłyszał kroki na korytarzu. Ktoś szedł w jego kierunku.
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Zablokowany