Wybieramy PROZĘ LIPCA!
Czas na oddanie głosu do 17 VIII - ankieta dostępna w TEMACIE

Bez tytułu

Opowiadania starsze lub starawe. Takie, których autorzy nie mają już kont na forum, albo takie, których treść na prośbę autora została usunięta, a bo to na konkurs iść miało, a bo co innego.

Komentowanie w tym dziale jest wyłączone.

Awatar użytkownika
Grafoman
Posty: 40
Rejestracja: 20 listopada 2014, 18:00

Bez tytułu

Post autor: Grafoman » 24 listopada 2014, 17:58

Witajcie!
Z góry przepraszam za niewłaściwą lokalizację postu, ale jestem tu pierwszy raz.
Od pewnego czasu moja wyobraźnia krąży wokół czegoś, co być może ma szanse stać się dłuższym opowiadaniem lub nawet książką... :pas:
Główny mój kłopot to stworzenie ciekawej, spójnej fabuły, w związku z czym mam do Was ogromną prośbę: Oceńcie proszę ten marny kawałek szczerze i bez ogródek. Nie boję się krytyki, o ile ta posiada podstawy... :)
Z góry dziękuję za pomoc.
Grafoman

"Wstęp
Mało jest ludzi, którzy dla własnej przyjemności zwiedzają małe, zapuszczone wsie lub miasteczka, a jeszcze mniej takich, którzy dobrowolnie się tam osiedlają. Owszem, bywają tacy, którzy wracają po latach do ziemi rodzinnej, obładowani ciężko zapracowanymi w korporacjach pieniędzmi, by tu, na łonie natury, złożyć swe utrudzone życiem kości, ale czy istnieją osoby, które z własnej woli poświęcają zapadłej mieścinie najlepsze lata swojego życia? Wyobraźmy sobie, że… No właśnie: czy istnieje jednoznaczna odpowiedź, a jeśli jest odpowiedź „tak”, to na ile jest to dobrowolne?
Miejscem, w którym zaczniemy swoją wędrówkę po zagmatwanej krainie różnorakich pytań retorycznych jest małe, niepozorne miasteczko o równie niepozornej nazwie.
Migotowo już dawno miało za sobą lata świetności, kiedy to, będąc jeszcze malutką, prężnie rozwijającą się osadą fabryczną, święciło triumfy na warszawskich wystawach jako najlepszy producent tkanin w okolicy. Teraz budynki fabryki stopniowo ulegają degradacji, a niektóre z nich już dawno starto z powierzchni ziemi. Z niegdysiejszej zabudowy nienaruszony pozostał tylko kościółek pod wezwaniem św. Pawła Apostoła oraz przylegająca do niego plebania. Mieszkańcy starali się wprawdzie ocalić i inne budynki, ale nieustępliwe władze miasta z burmistrzem na czele jednogłośnie krzyczały: „Nie ma pieniędzy!”, który to okrzyk wkrótce stał się dewizą Urzędu Miasta.
Niewielki, ale zawsześ to murowany kościół z czerwonej cegły dumnie wznosi swą neogotycką wieżę wysoko ponad dachami migotowskich domów. Plebanię, też murowaną, otacza wąski a długi sad, w którym rosną jabłonie. Pod oknami pstrzą się rozmaite kwiaty, których woń wypełnia całą, tonącą w mroku kasztanów, starodawną aleję, niegdyś wiodącą wprost do parku miejskiego. Teraz można się co najwyżej przejść cienistą alejką w stronę sklepu monopolowego i z powrotem.
Skoro już mowa o plebanii, to nie sposób nie wspomnieć o jej mieszkańcach. Ze względu na małe rozmiary parafii, księży jest tylko dwóch, a nie trzech, jak nakazuje obyczaj. Patrząc z boku na wzajemne relacje proboszcza i wikarego, mamy zupełną jasność, kto kim rządzi. Podwładny, pięćdziesięciotrzyletni ks. Janusz Anioł, człowiek nierozgarnięty i całkowicie zagubiony w oceanie otaczających go spraw, zupełnie dobrowolnie, bez żadnych walk wstępnych poddał się już w pierwszej sekundzie ich znajomości, ustępując pola dużo młodszemu od siebie przełożonemu, ks. Felicjanowi Szatanowi. Nowo mianowany proboszcz, widząc ustępliwość swego podkomendnego, z miejsca zaczął ostrą, zdecydowaną musztrę, do którego to środka wychowawczego przyuczyła go długoletnia służba na stanowisku kapelana wojskowego. Takie traktowanie jeszcze bardziej pogłębiło i tak już zaawansowaną depresję wikarego, w skutek czego ten w zupełności wycofał się z życia parafii i o mało nie stracił posady.
Nie wydarzyło się wtedy nic nadzwyczajnego. Pokłócili się, jak zwykle zresztą, o błahostkę w postaci niedokładnie wyszorowanego trybularza, który pod wpływem kurzu, sadzy i dość niedbałego traktowania przez swych poprzednich właścicieli, pokrył się trudno zmywalnym, matowym nalotem. Proboszcz na swój ostry, specyficzny sposób zwrócił podwładnemu uwagę na to, że należałoby lepiej dbać o sprzęt kościelny, skoro ma on służyć następnych pokoleniom. Wikary przyjął tę informację ze zwykłą sobie obojętnością, bąknął coś pod nosem i wrócił do studiowania brewiarza.
― Panie, mów pan wyraźniej! ― były kapelan nie mógł się wciąż przyzwyczaić do mówienia per „ksiądz” do osób mu podwładnych. — Mówię panu po raz szesnasty dzisiaj, że niezależnie od tego, kim się jest, mówić należy wyraźnie, bo jak każdy będzie ględził, jak mu się podoba, to nikt nikogo nie pojmie i całe te struktury diabli wezmą. Zrozumiał pan?
— Zrozumiałem, proszę księdza proboszcza, ale prosiłem już wiele razy, żeby nie mówić w tym świętym przybytku słowa „diabeł”, bo mnie od tego głowa boli…
— „Święty przybytek”! Słyszeliście go, teologa? A mnie to pan myślisz głowa nie boli, kiedy patrzę, jak tak pan siedzisz przy tym oknie i światło zasłaniasz? Przyniósłbyś pan lepiej drewna do pieca, bo wieczorem znowu będziesz pan jęczał, że panu zimno.
― Nie rozumiem, co się ksiądz na ten piec upiera, skoro jest przecież piecyk na prąd.
― A pan to myślisz, że ja co, te pieniądze to z powietrza produkuję? Prąd kosztuje, kochany kolego. I to dużo więcej niż drewno.
― Wiem, bo wszystko w naszych czasach kosztuje, ale skoro Bóg zesłał nam takie dobrodziejstwo, to po co tkwić w średniowiecznych metodach ogrzewania?
― Idź pan do tej drewutni, bo wystawię pana za drzwi, a wtedy to zobaczymy, jak się pan będziesz w lesie prądem ogrzewał.
Wikary Anioł już wdziewał swoje ciężkie, zimowe buty i miał udać się na dwór po drewno, gdy nagle stała się rzecz dla niego samego niepojęta. Jakaś siła tajemna zatrzymała go w połowie drogi do drzwi, odwróciła i zmusiła do wyrażenia głośnego sprzeciwu wobec tak niesprawiedliwego traktowania podwładnych, jakim jest wysyłanie ich po drewno, kiedy w domu ma się piecyk i dostęp do prądu.
Proboszcz, zdziwiony buntowniczym tonem swego poddanego, podniósł oczy znad jakichś papierów, które właśnie przeglądał z kalkulatorem w ręku, i spytał cichym, spokojnym głosem:
― Coś pan powiedział?
― Ja, proszę księdza, chciałem zaznaczyć, że też jestem człowiekiem, mam swoją godność i na takie traktowanie się nie godzę!
― Upiłeś się pan?
― Nie, jestem zupełnie trzeźwy, proszę księdza proboszcza, ale… ― wikary zająknął się, przerażony swym własnym zuchwalstwem i ciągnął dalej: ― To się nie godzi, żeby wysyłać człowieka po drewno, kiedy się ma piecyk elektryczny!
― No, no, jak to technika działa… Od razu i godność się pojawia, i człowieczeństwo. To może skoro już pan taki mądry, to powiedz mi pan, czym ja mam te rachunki zapłacić, co? ― tu proboszcz z rozmachem uderzył otwartą dłonią po rozłożonych papierach, aż szklanki podskoczyły, a jedna z nich stoczyła się na podłogę i rozbiła się."

PS Nie jest to zakończenie wstępu.
Ostatnio zmieniony 24 listopada 2014, 22:20 przez Kruffachi, łącznie zmieniany 1 raz.
Powód: Post niezgodny z regulaminem. Tymczasowo zamykam temat i przenoszę do biblioteki do czasu decyzji Administrator.
"Ja "beznadziejność nadchodzących dni" -
Witam odważnym i rycerskim : "phi" !!" ;)

Awatar użytkownika
Kandara
Posty: 238
Rejestracja: 25 lipca 2012, 00:51

Re: Bez tytułu

Post autor: Kandara » 24 listopada 2014, 18:25

Sprawa pierwsza i podstawowa, bez której dalej nie pójdziemy:

Przeczytaj regulamin!
:3
Obrazek Księżycowa weno, działaj!

Zablokowany