Znamy zdobywcę tytułu Prozy Marca! To Heidenhainstraße 13 pierdoły saskiej. Serdecznie gratulujemy i zachęcamy do lektury!

OZ reborn - tekst

Opowiadania starsze lub starawe. Takie, których autorzy nie mają już kont na forum, albo takie, których treść na prośbę autora została usunięta, a bo to na konkurs iść miało, a bo co innego.

Komentowanie w tym dziale jest wyłączone.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1775
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

OZ reborn - tekst

Post autor: Kruffachi » 04 marca 2014, 19:20

Grab

Wyciągnął sobie jeża z dupy.
Jeż spojrzał na niego czarnymi oczkami jak guziki, on spojrzał na jeża swoimi podkrążonymi ślepiami i w milczącym porozumieniu obaj stwierdzili, że zapomną o tym przykrym incydencie. Po czym jeż – jak to jeż – potupał w między jeżynowe apomikty.
Grab chwilę jeszcze obserwował zwierzątko, potem drgające lekko ciemne liście, aż wreszcie nieobecnym gestem pomasował zmaltretowany pośladek. Ledwie trzymające się kupy portki okazały się nie najlepszym dupochronem, za to wygrzany płaszcz stanowił najwyraźniej dla małego intruza pokusę nie do odparcia.
A wydawało się, że Obłęd nie może przywitać Graba gorzej. Nie po tym, jak drugi dzień z rzędu nie wpuszczono go do miasta. Och, no oczywiście, był przyzwyczajony do spania w rowach i do bycia niewpuszczanym tu czy tam, żadna nowość, mógł poczekać, próbować jeszcze przez tydzień – był cierpliwy. Ale mogłoby chociaż nie padać, naprawdę.
Owszem, sklecił sobie schronienie z tego, co znalazł i różnych różności z plecaka, ale tych różnych różności coraz dramatyczniej ubywało. To właśnie dla uzupełnienia zapasów podreptał w kierunku miasta.
Miasta, w którym nikt go nie znał, choć pewnie połowa mieszkańców korzystała w taki czy inny sposób z jego patentów. Ale cóż, życie. Grab nie potrzebował sławy, sława to sprawa mięczaków wymagających stałej opieki i żeby ktoś podcierał im tyłek na każdym kroku, i sznurował buciki, i w ogóle.
Zresztą Grab nie miał imienia sławnego człowieka. Bo co to za imię – Grab?
– Jak masz na imię, włóczęgo? – pytano go czasem, zwykle na posterunkach, na których lądował za włóczęgostwo.
– Grab – odpowiadał.
– O, jak to drzewo? – mówiono wtedy.
– Tak – odpowiadał.
– No dobrze, chodź, Sosno.
I tak to się kończyło. Szybko się przyzwyczaił, bo co to za różnica tak właściwie? Przynajmniej nikt się nim nie interesował, nikt go nie zagadywał i nikt mu nie mówił, co ma robić.
Nikt mu też nie płacił, ale to inna kwestia.
A do Wspaniałych to go chyba przyjęli dla żartu – tak to sobie czasem tłumaczył. No, albo dlatego, że nikt inny nie zgodziłby się za darmo naprawić im magicznej klimatyzacji w siedzibie. Czy tam przepchać kibla, różnie bywało.
– Hej, ty!
Za głosem podążył błysk podtykanej pod nos halabardy i to też nie stanowiło nowości.
– Hm? – Grab przekręcił się ostrożnie w swoim leżu w rowie, unikając niechcianego golenia.
– Długo tu jeszcze zamierzasz koczować?
Grab wzruszył ramionami. Po marszczącej się stopniowo monobrwii strażnika poznał niechybnie, że to nie była najlepsza reakcja. Nigdy tego nie rozumiał, bo przecież nikomu nie przeszkadzał, taki o, w rowie, pod jeżyną, czy w innym rowie też nie.
– Wynocha stąd! – Halabarda zatrzęsła się groźnie.
Przemiłą konwersację o poranku przerwał gwałtowny wrzask.
– MORDUUUJĄĄĄ!!! POOOMOOOCYYY!!! AGGGHHHRRR!!!
Strażnik zadziałał automatycznie, co oznacza, że wyprostował się, zacisnął dłonie na drzewcu i zgodnie z najlepszą tradycją pognał dokładnie w przeciwną stronę niż ta, z której dochodziły wrzaski.
Grab tymczasem wstał, otrzepał się, zarzucił plecak i poprawił pas z małym zestawem narzędzi, po czym spokojnie poczłapał w kierunku miejskiej bramy, po drodze myśląc sobie o tym, że chyba czas zainwestować w parę dni z łóżkiem i jedzeniem na prawdziwym talerzu. Cóż, czas się nie cofał i choć Grab nie widział sensu w liczeniu czegoś, czego nie dało się przekuć na konkrety, więc nie wiedział, ile dokładnie ma lat, kości wyraźnie domagały się lepszego traktowania.
Przetarł jeszcze mankietem szkła magiowizora – swojego największego skarbu, wyglądającego niewinnie, jak trochę wysłużone binokle – i, niezatrzymywany już przez nikogo, wkroczył do Paranoi...
– JA PIERNICZĘ!!! O RATUNEK PROSZĘ, TAK???!!!
...i wtedy wołanie o pomoc się powtórzyło.
A przecież Grab był Wspaniałym. Tym od zatkanych kibli, ale jednak.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
A. Mo'zart
Posty: 162
Rejestracja: 05 lipca 2012, 22:07
Lokalizacja: Dom
Kontaktowanie:

Re: OZ reborn - tekst

Post autor: A. Mo'zart » 04 marca 2014, 21:02

Hau hau hau hau hau.... O, przepraszam. Czasami zapominam, że wy, ludzie, nie rozumiecie mojego języka. A uważacie się za takich mądrych, zupełnie nie wiem, dlaczego. Mniejsza z tym. Skoro już zacząłem prowadzić dziennik, to chciałbym, by dało się go w przyszłości odczytać, więc zniżę się do waszego poziomu i napiszę zrozumiałym dla was językiem.
Nazywam się Kaleson, dla obcych Pan Kaleson. Zanim zaczniecie się śmiać, pozwólcie, że wyjaśnię pochodzenie mego imienia. Otóż, kiedy byłem jeszcze małym szczeniaczkiem, bardzo lubiłem gryźć. Gryzłem wszystko. Kapcie, nogi stołowe, kapcie, porzucone książki, kapcie, ale najbardziej, tak naprawdę najbardziej, lubiłem stare kalesony człowieka, u którego wówczas mieszkałem. Zabawna rzecz, wiecie, ale on siebie kazał nazywać panem. Skoro tak, to dlaczego to on pracował na moje wyżywienie, kiedy ja rozrzucałem sierść na jego dywany i wygrzewałem się przy piecu? Ale ja nie o tym. To właśnie ta moja szczenięca miłość do kalesonów, naznaczyła mnie na całe życie. Wprawdzie tatuś oponował, chciał nadać mi rodowe, przekazywane od lat tradycyjne imię Pimpuś III Junior, ale to mamusia nosiła spodnie w tej rodzinie. I tak oto zostałem Kalesonem.
To tyle wstępu. To nie moje dzieciństwo jest powodem, dla którego zacząłem pisać ten dziennik, a wydarzenia, które rozegrały się kiedy miałem, niech policzę, około czterdziestu lat. Zaczęło się od niewinnej partii pokera ulicznego.

Jak to w Paranoi bywało, pogoda płatała figle i, chociaż większości nieba nie przesłaniała najmniejsza chmura, co jakiś czas przez centrum miasta przepływało czarne, burzowe chmurzysko, ciskając piorunami w przypadkowe budynki i zalewając deszczem głowy nieprzygotowanych przechodniów. W takich momentach, zaskoczeni gwałtowną ulewą, tłoczyli się w najbliższym możliwym schronieniu, czekając, aż rozzłoszczona chmura znudzi się czekaniem i znajdzie kolejną ofiarę. Jednym z takich miejsc był rozłożony na którymś z miejskich placów namiot, po brzegi wypełniony spłoszonymi przez burzę ludźmi wszelkiego pochodzenia. Pośrodku namiotu, przy okrągłym stole, rozgrywano partię pokera. Gracze, pomiędzy którymi znajdował się Korneliusz Kuternoga, nie zwracali uwagi na kręcącego się im pod nogami psa, sprawiającego dziwne wrażenie, jakby zaglądał grającym w karty, co zresztą było prawdą. Pies, przez najbliższych zwany Kalesonem, był telepatą, za pomocą myśli porozumiewającym się z jednym z grających. Udając zainteresowanie wielkim mieczem, przysiadł przy jednym z mężczyzn, okręcając łeb tak, by dostrzec trzymane w ręku karty.
- Trzy króle. Przebijaj.
Korneliusz wykonał polecenie, dokładając kilka monet do leżącego na stole stosu. Mężczyzna siedzący obok psa zmarszczył brwi, bawiąc się pieniążkiem. Obiecywał sobie przysiąść jedynie na chwilę, lecz gra wciągnęła go i teraz, przegrawszy większość posiadanych przy sobie pieniędzy, zastanawiał się nad możliwością odzyskania ich. Obiecał Sadze zakup jakiegoś drobiazgu i nie chciał wracać z pustymi rękoma. Po krótkim namyśle wyrównał stawkę i odkrył karty. Jego przeciwnik bez zmrużenia oka odsłonił swoje. Trzy asy. Korneliusz zgarnął całą pulę, upychając pieniądze po kieszeniach.
- Jeszcze jedno rozdanie?
Mężczyzna pokręcił głową. I tak już za dużo przegrał.
- Nie mam o co.
Pan Kaleson nie rezygnował, przesyłając Korneliuszowi dokładne instrukcje. Ten powtórzył usłyszane w głowie słowa.
- Możemy zagrać o miecz. Mógłbym go zobaczyć?
- Nie, wolałbym nie. To pamiątka.
Mężczyzna wyglądał na spokojnego, lecz na samą wzmiankę o możliwości utraty miecza, ton jego głosu nieznacznie się zmienił. Zbyt słabo, by usłyszeli go siedzący w pobliżu ludzie, lecz wystarczająco, by nie uszło to uwagi Panu Kalesonowi. Zainteresowany, postanowił bardziej nacisnąć.
- Wygląda na cenny. - Korneliusz wysypał na stół garść monet. - Czy to odpowiednia stawka? Mogę dołożyć. Wiesz, bardzo bym chciał taki miecz. Te ostrze to dzieło elfów? Tak wygląda.
Mężczyzna rzucił okiem na oparty o stół miecz. Jedynie jego rękojeść, w dodatku nie cała, była widoczna z miejsca, w którym siedział Korneliusz. To przestało mu się podobać. Delikatnie przesunął dłoń, zaciskając ją na rękojeści, kątem oka szukając ukrytych za plecami luster. Jeśli widział ostrze miecz, skąd pewność, że nie widział jego kart? Zdziwiło go, ze mężczyzna nie zareagował. Jego spojrzenie nawet nie padło na dłoń trzymającą broń. Delikatnie zaczął go unosić.
- Chodu!
W tej samej chwili Korneliusz zerwał się z krzesła, jednocześnie przewracając stolik wprost na zaskoczonego mężczyanę i rzucił się do natychmiastowej ucieczki. Temu zajęło chwilę wyzwanie się od kretynów. Nigdy dotąd nie dał się okpić takiemu amatorowi. Był w połowie rzucania zaklęcia, kiedy czyjeś ostre zęby wbiły mu się w łydkę. Pies, do tej pory kręcący się pod nogami. gryzł i nie miał zamiaru puścić. Odrzucił go mocnym kopnięciem. Nie miał czasu na takie zabawy. Natychmiast ruszył za znikającym w tłumie mężczyzną, ignorując pieniądze, które wypadały z jego kieszeni. Nie zauważył, że biegnący za nimi pies natychmiast zbierał je do koszyczka, po czym, napełniwszy go po brzegi, uciekł w przeciwnym kierunku. Łokciami porozpychał stojących na drodze ludzi i, po krótkim pościgu, dopadł Korneliusza, zamrażając mu nogi by uniemożliwić dalszą ucieczkę. Puste oczy schwytanego mężczyzny nie wyrażały żadnych uczuć.
- Pieniądze.
Mężczyzna nie odpowiedział. Chwycił go za nogi, wytrząsając ostatnie monety z kieszeni. Nie było tego zbyt wiele, o wiele mniej, niż przegrał, lecz było za późno, by wrócić się po te wyrzucone na ulicę. Te już dawno musiały paść łupem przechodniów. Powoli zaczął się uspokajać. Puścił mężczyznę, który bezwładnie upadł na ulicę. Już wiedział, że to nie bedzie dobry dzień.



Ledwo zdołał skupić uwagę na tyle, by Korneliusz zakupił spory kawałek świeżego mięsa. Czuł cieknącą z pyska ślinę i wiele wysiłku kosztowało go, by nie podskakiwać jak wariat przed szybą sklepu. Czasami, zwłaszcza na głodzie, odzywał się w nim młody szczeniak, a rozsądek chował się głęboko w jego podświadomości. Jak tylko Korneliusz wyszedł ze sklepu, rzucił się na niego, wyrywając mu z rak wielki płat mięsa i, radośnie merdając ogonem, podreptał ku miejskiej bramie. Pozostałe pieniążki pobrzękiwały wesoło w zawieszonym na jego szyi koszyku.

- JA PIERNICZĘ!!! O RATUNEK PROSZĘ, TAK???!!!
Jak zwykle w takich sytuacjach, zamiast zbiegowiska i mnóstwa ciekawskich gapiów, miejsce, z którego dobiegał głos, pustoszało z zastraszającym tempie, jakby wszyscy będący w okolicy nagle przypomnieli sobie o gazie pozostawionym na czajniku. Bardzo, naprawdę bardzo chciał iść za ich przykładem i, omijając krzykaczkę szerokim łukiem, udać się na swoje ulubione miejsce konsumpcji. Był głodny i nie w głowie były mu bohaterskie czyny, jednak... coś, to złośliwe, tajemnicze coś, kazało mu przyjść z pomocą. Na środku ulicy, w niewielkiej, pozostawionej przez jedną ze zdziczałych chmur kałuży, taplała się syrena. Wrzeszczała, wymachując rękoma, jednocześnie ogonem biła o ziemię, rozchlapując na boki tą odrobinę pozostałej wody. Stanął z boku, posyłając Korneliusza by zajął się problemem. Ten pochylił się nad prawie kobietą i, niepomny protestów z jej strony, wziął ją na ręce.
- MORDUJĄ!!! JA SIĘ TOPIĘ!!!
- Każ jej się zamknąć.
Pan Kaleson telepatycznie wydał polecenie, natychmiast wykonane przez Korneliusza.
- Zamknij się. - Kolejne słowo pojawiło się w jego głowie. - Głupia.
- PUŚĆ MNIE!!!
Syrena bezskutecznie próbowała wyrwać się z silnych objęć mężczyzny, który stał z głupia miną, wzrokiem błądząc po jej nagim ciele.
- WODY!!! LUUUUUDZIE!!! WODY!!!
Pan Kaleson dopiero teraz zrozumiał istotę problemu.
- Puść ją.
W tej samej sekundzie dłonie Korneliusza otworzyły się i syrena uległa wpływowi przyciągania ziemskiego. Przyglądał się jej jeszcze przez chwilę nim z jego ust wydobyły się kolejne słowa, zupełnie nie pasujące do tego, w jaki sposób poruszał wargami.
- Jak mogę tobie pomóc.
- WODY!!!
Pan Kaleson rozejrzał się Jak na złość, w pobliżu nie było nawet najmniejszej chmurki, którą można było wydoić by chociaż na chwilę ulżyć prawie kobiecie, a nawet jeśli, nie rozwiązałaby ona problemu. Potrzebował pojemnika. Ogromnego akwarium, w którym mogłaby znaleźć schronienie. Oczywiście nie mógł poprosić przechodniów o pomoc. Jeśli już jakiś pojawiał się w zasięgu wzroku, natychmiast zawracał, nie chcąc się mieszać. Syreny spadające z nieba były zwiastunem nieszczęść i pomoru bydła i choćby z tego powodu, od ponad dwudziesty lat nikt w okolicy nie zajmował się hodowlą zwierząt kopytnych. Syreny spadały zdecydowanie zbyt często.
- NO RUSZ SIĘ!!! NIE WIDZISZ, ŻE UMIERAM???!!!
- Chyba mogę pomóc.
Pan Kaleson nie od razu zwrócił uwagę na mężczyznę, który nadszedł od strony południowej bramy. Ten wyminął go i odsunął na bok Korneliusza. Pochylił się nad syreną, nie zastanawiając się zbyt długo.
- Musimy zbudować jej akwarium. Przynieście mi kłębek nici. Szybko.

Awatar użytkownika
Maradine
Posty: 795
Rejestracja: 15 lutego 2011, 16:31
Lokalizacja: Elantris
Kontaktowanie:

Re: OZ reborn - tekst

Post autor: Maradine » 05 marca 2014, 18:19

Informator wyjął zza pazuchy skórzany notes, otworzył leniwym gestem i niedbale odhaczył jakiś punkt na długiej liście. Kolejny raz jego informacje - zdobyte bogowie jedni wiedzą gdzie i w jaki sposób, okazały się bezbłędne. Syrena na Nędznej 13 raz. Mężczyzna zamknął notes z ciężkim westchnieniem. Czemu nikt nie kupował od niego takich wiadomości? Były przecież o wiele ciekawsze niż wiedza, czy cena za drewno opałowe pójdzie w górę, czy babcia umrze w środę czy czwartek, a już na pewno ciekawsze niż to, jakiej pianki do golenia używa twój największy wróg. Z wiadomością o tym, gdzie spadnie Syrena można przecież zrobić ta wiele. I nie chodzi nawet o ratowanie jej, gdyby jakiś zbir zapytał i dobrze zapłacił, Informator z wdzięczności za tak miłą odmianę doradziłby mu, jakich noży najlepiej użyć do czyszczenia i filetowania ogona. Właściwie to akurat miał takie przy sobie...
Mężczyzna uśmiechnął się do siebie pod nosem, naciągnął kaptur niżej na twarz i zeskoczył ze szczytu latarni ulicznej na drogę, ignorując ciekawskie spojrzenia tłumu. Może i wiedzieli kim jest, ale nie wiedzieli jak wygląda - to zupełnie mu wystarczało, by nie wstydzić się swoich zwyczajów. Z resztą natychmiast wmieszał się między przechodniów, postacie w kapturach jakoś szybciej wypadały wszystkim z pamięci. Upewnił się, że nikt go nie śledzi i skierował się w stronę ulicy Nędznej, słuchając i przy okazji zapamiętując wszystko, co po drodze usłyszał. Nie żeby tego chciał, po prostu już tak było. Nieświadomie wnikało w niego każde słowo, nawet gdy nie skupiał się na tym, a później wiedza wypływała sama w razie potrzeby. O ile kiedyś dziwił się temu, teraz wydawało mu się naturalne i uznawał tę dziwną umiejętność za część tego, kim jest. Poza tym była idealną pomocą w pracy.
Przypadkiem znalazł się na miejscu dokładnie w momencie, w którym Korneliusz Kuternoga został odsunięty na bok przez dziwnego nieznajomego, prawie wpadając na swojego wiernego towarzysza Pana Kalesona, który z całą serdecznością napatoczył mu się pod nogi, czego skutkiem było całkiem głośne łupnięcie dolną częścią ciała Korneliusza o bruk. Informator uwielbiał takie spontaniczne akcje, były chyba jedynym, czego nie mógł przewidzieć ze stuprocentową dokładnością.
- Musimy zbudować jej akwarium. - Apatyczny i zachrypnięty od palenia buraków głos Graba przerwał rozmyślania Informatora. - Przynieście mi kłębek nici. Szybko - dodał mężczyzna (prawie) bez chwili namysłu. Jako że Informatorowi zdarzało się przypadkiem wiele różnych rzeczy, przypadkiem miał przy sobie takowy kłębek. Wyciągnął go z jednej z licznych kieszeni i poturlał w stronę Graba. Miał nadzieję, że soczysty odcień różu nie będzie stanowił problemu w tej kwestii.
Obrazek

Awatar użytkownika
AlpenGold

Re: OZ reborn - tekst

Post autor: AlpenGold » 05 marca 2014, 23:39

Wklejam to, co napisałam wtedy i apeluje do Prophet: weź tym razem nawiąż. ._.
Iaris zaklęła, wcale niecicho, kiedy za żelazną bramą – która mogłaby robić za wrota do piekieł – zobaczyła Svena. Jak zawsze elegancko ubranego i trzymającego w dłoniach bukiet róż.
A więc kolejny raz przychodzi i chce się ze mną pojednać — pomyślała.
Sven przemawiał do niej zza bramy, prosił ją, obiecywał różne rzeczy, jednak nie odpowiedziały mu nawet cerbery, które o tej porze drzemały po obiedzie. Pomniki gargulców, za prośbą Iaris, posłały więc go w diabły.
Przeprowadziła się już po raz trzeci, odkąd zaczął przychodzić i błagać ją, by obdarzyła go miłością, jaką powinna żywić do niego ze względu na więzy krwi. W rzeczywistości mało mieli wspólnego – ot, jedynie matkę, którą teraz uważano za zaginioną, bowiem nie dawała znaków życia od siedemnastu lat. Iaris była zdania, że jej rodzicielka, w typowym dla siebie zwyczaju, znalazła nowego kochanka i postanowiła spędzić z nim całe – jego – życie. W końcu była jeszcze młoda – dziewięćset jedenaście lat to wcale nie tak dużo, w dodatku większość pieniędzy, jakie zarabiała, przeznaczała na zakup, wcale nie tak taniego, Eliksiru Wieczności.
Iaris nawet nie chciała myśleć, ilu jeszcze przyrodnich sióstr i braci dała jej matka. Kiedyś szczerze się zdziwi, gdy tak jak Sven odnajdą ją i będą chcieli się do niej zbliżyć.
Sven miał prawdziwy dar odnajdywania jej. Prędzej czy później, nieważne jak skrzętnie by się przed nim ukryła, on zawsze stawał przed jej domem. Przez tego idiotę musiała zrezygnować z przepięknego zamku na obrzeżach Niedorzeczności i wyjechać na południe, zatrzymując się na przedmieściach Obłędu.
Wkrótce po tym, jak gargulce kazały, lekko mówiąc, mu się wynosić, Iaris włożyła czarne, wysokie do kolan buty, trochę zbyt toporne jak na kobietę, oraz zarzuciła na siebie krwistoczerwony płaszcz i wyszła. Zaprzęgła miniaturowe smoki do karety i po pół godzinie dotarła do centrum miasta.
Trafiła w sam środek ulewy, więc przeczekała ją w środku pojazdu, śmiejąc się przy tym z ludzi, którzy, często nieskutecznie, próbowali się przed nią schować. W końcu, gdy czarna jak smoła burzowa chmura zaspokoiła swoje pragnienie zmoczenia paru osób, Iaris wysiadła, usiłując zrobić to jak najbardziej zgrabnie i po królewsku. Ale jej się to nie udało...
Wychodząc, musiała złapać się drzwiczek karety i odgarnąć włosy, które przy najmniejszym nawet pochyleniu skutecznie zasłaniały jej pole widzenia, w efekcie czego zabrakło jej rąk do podkasania sukni. Stanęła na niej i jak długa, runęła na ziemię. Tułów zamortyzowała współsprawczyni upadku, trzywarstwowa suknia, jednak twarz Iaris miała wątpliwą przyjemność bliskiego spotkania z betonem. Kilkoro ludzi odwróciło się, przyciągnięci bardziej jękami, jakie wydobywały się spod burzy czarnych i niewyobrażalnie długich włosów, niźli hukiem ciała Iaris, który nie był znowu tak głośny, jak mogłoby się wydawać. Zaraz jednak ich spojrzenia z powrotem powędrowały w stronę straganów i zabudowy miasta.
Iaris wstała z prędkością światła i rzuciła wszystkim posępne spojrzenie. Jej, wydawałoby się porcelanowa, twarz nie została uszkodzona najmniejszym nawet zadrapaniem czy rysą. Oczy Iaris ziały wściekłością.
— Gdzie pomoc?! Halo, dama jest w potrzebie! Mogłam ZGINĄĆ, a wy co?! Powinniście w mgnieniu oka położyć się na ziemi, bym mogła na was upaść! Zero szacunku dla KSIĘŻNICZKI! — wyrzucała z siebie tym podobne zdania, obwiniając wszystkich wkoło, a ludzie patrzyli na nią, jakby wpadła w obłęd albo w ogóle nie zwracali na nią uwagi.
Przestała krzyczeć i spróbowała się uspokoić. Odesłała smoki z karetą do domu, nakazując im zjawienie się w tym samym miejscu za dwie godziny. Rozejrzała się.
Znalazła się na jakimś placu pełnym straganów, budek i namiotów. Ludzie zachwalali swoje towary, przekrzykując się jeden przez drugiego, kupujący biegali od stoiska do stoiska. Panował tu istny chaos.
Iaris zdecydowała się pójść naprzód. Wiedziała, że czasy, gdy służący byli na sprzedaż, dawno minęły, mimo to miała nadzieję na zatrudnienie – jak to teraz ładnie nazywano – jakiegoś przyzwoitego lokaja – kolejna ładna nazwa – który byłby na każde jej skinienie. A najlepiej trzech.
Nie zrobiła nawet dziesięciu kroków, kiedy jakiś człowiek, pędzący tak szybko, jakby chodziło o jego życie, wprost staranował ją i niczego sobie z tego nie robiąc, pognał dalej, dopóki nie dogonił go inny. Tym razem przynajmniej ominął Iaris, która dostrzegła tylko podeszwy butów i błysk potężnego miecza, kiedy ją przeskakiwał.
Tego było za wiele. Pal licho lokaja! Ona potrzebowała ochroniarza!
Chodziła między stoiskami, jednak nie znalazła nikogo, kto oferował takie usługi. Zrezygnowana usiadła na ławce i właśnie wtedy pojawił się on. Był idealny. Ciemne okulary, czarne ciuchy i coś jeszcze – bicz. Wyglądał na kogoś, kto mógłby zostać jej ochroniarzem i mężnie walczyć w jej obronie, a przy tym nie wyróżniać się przy niej i nie przyciągać pełnych podziwu spojrzeń, które niedługo – kiedy sama ogłosi się księżniczką i stanie się najbardziej wpływową osobą w Krainie Absurdu – ludzie mieli zacząć kierować w jej stronę. Niewiele myśląc, podeszła do niego. Odrzuciła do tyłu włosy i utkwiła w nim wzrok. Wycelowała palcem w jego pierś.
— Mam dla ciebie ofertę nie do odrzucenia.

Awatar użytkownika
Kandara
Posty: 238
Rejestracja: 25 lipca 2012, 00:51

Re: OZ reborn - tekst

Post autor: Kandara » 12 marca 2014, 02:45

Sprzedawca uśmiechał się durnie, pokazując białe zęby. Chociaż może wcale nie były białe, a tylko wydawały się takie na tle ciemnej skóry, ciemnych włosów i maślanych głupkowatych, brązowych oczu? Tego nie wiedziała i prawdę mówiąc wolała w to nie wnikać. Podobnie zresztą jak w to, z jakiego mięsa zrobiony został kebab, który właśnie kupiła. Miała tylko nadzieję, że żaden kot nie ucierpiał przy jego produkcji, bo w przeciwnym razie dopuściłaby się aktu swoistego kanibalizmu, a wtedy pewnie musiałaby zabić się plastikową łyżką, bo takiej hańby by nie zniosła. W końcu trzeba mieć jakieś zasady. Na przykład takie, żeby nie zjadać przedstawicieli własnego gatunku. Odwróciła się na pięcie, a wówczas okrągły, miedziany dzwoneczek przyczepiony do jego końca szarego ogona wydał z siebie cichy dźwięk.
Ugryzła trzymamy w dłoni rulonik. Mięso smakowało jak krowie, wiec jeszcze tym razem przeżyje. Krwawy sos też chyba został zrobiony z życiodajnego płynu jakieś krasuli. Całkiem przyjemnie rozlewał się po języku, dotykał kubków smakowych i podniebienia pieszcząc je metalicznym posmakiem. Uśmiechnęła się nieznacznie, powoli przeżuwając to, co miała w ustach. Nie wypada jeść w pośpiechu. Nawet, jeśli to tylko kebab kupiony u upośledzonego sprzedawcy z dalekiej zagranicy, co to nie umie sklecić dwóch słów po absurdaludzku. Tym bardziej, jeśli ten kebab jest dobry i (o dziwo!) świeży. A to w tej dziennicy zdarzało się nie często.
- To moje miejsce, szmato! - Jang-Won mało, co nie udławiła się kolejnym kęsem swojego dzisiejszego obiadu. Krzyk był donośny i zdecydowanie zbyt głośny, nawet jak na tak podłą okolicę, przystań wszelakiego mędziastwa i elementu społecznego. Kocia dziewczyna zerknęła w stronę skąd dochodził. Na drugiej stronie ulicy, tuz obok jakieś rozsypującej się kamienicy, tam gdzie zwykły zbierać się prostytutki stała całkiem ładna i całkiem obca dziewczyna, a obok niej Amelia. Przemknęła dokładnie przerzute ciasto i mięso i zanim ugryzła zwinięty naleśnik po raz kolejny, ponownie spojrzała w stronę nowej i Amelii. Tak jak się spodziewała, obie panie wzięły się za łby. W sumie normalna sprawa.
Bójki pomiędzy dziwkami zdarzały się na tyle często, że nikt już nie zwracał na nie większej uwagi. Jang-Won jednak nie odwróciła wzroku. Przeciwnie. Znalazła sobie wygodnie miejsce obserwacyjne, tuż pod rosnącym na samym środku chodnika drzewem skarpetkowym, tym samym, pod którym tydzień temu mafia ekoświrów urządziła jakąś niedorzeczną pikietę w obronie lasów deszczowych i jakiejś tam bioróżnorodności, czy czegoś tam... Szczegóły wyleciały jej z głowy. A tym czasem Amelia i ta nowa targały się za włosy, szarpały za ubrania, wykręcały sobie ręce i usiłowały wydrapać oczy. Nic nadzwyczajnego, ale Jang-Won zdawała się świetnie bawić, tym bardziej, że Amelia wyraźnie przegrywała. Nigdy jej nie lubiła. To znaczy, nie lubiła jej bardziej niż innych. Wręcz nienawidziła tych jej jasnych farbowanych włosów, z kilku centymetrowymi odrostami, znaczonej mocnym, ciemnym zarostem twarzy i piersi rozmiaru sporych arbuzów. Skrycie marzyła, aby pewnego dnia zanurzyć w niej jedno ze swoich ostrzy. Niestety, nigdy nie otrzymała takiego zlecenia. A Kim Jang-Won nigdy nie zabijała dla przyjemności. Ta zasada, zaraz po niezjadaniu przedstawicieli własnego gatunku, kierowała życiem kocicy.
Amelia została powalona na bruk. Musiała walnąć głową naprawdę mocno, bo wyglądała na nieprzytomną (dobrze jej tak). Nowa stała nad nią z triumfalnym uśmiechem. Jang-Won spojrzała na dziewczynę niemal życzliwie, co zdarzało się jej bardzo rzadko, i wróciła do kontynuowania spaceru. Kebaba dawno już skonsumowała.
- NO RUSZ SIĘ!!! NIE WIDZISZ, ŻE UMIERAM???!!!
Wrzask nie mógł się z niczym równać, nawet wcześniejszy wrzask Amelii wydał się nagle kojącym szeptem. Jang-Won wiedziona ciekawością przyśpieszyła kroku i wkrótce wytchnęła zza rogu ceglastego budynku, akurat żeby zobaczyć jak nad rzucającą się agonalnie syreną, pochyla się jakiś facet, gadający coś o jakiś niciach potrzebnych mu do budowy akwarium.
Obrazek Księżycowa weno, działaj!

Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 133
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Re: OZ reborn - tekst

Post autor: nuklearna_wiosna » 16 marca 2014, 13:51

Aida ze złością zatrzasnęła notes.
- Szlag mnie trafi! - warknęła.
Wcisnęła zeszyt do torby i zaczęła nerwowo krążyć po pokoju. W końcu stanęła przy oknie, jednak zniechęcona widokiem – a raczej jego brakiem - szybko wznowiła bezcelowy spacer po izbie.
Miała nadzieję, że z notatki demona dowie się czegokolwiek sensownego, okazało się jednak, że ten po przybyciu do nowego miejsca albo nie fatygował się zdobywaniem jakichkolwiek przydatnych informacji, albo też pofatygował się, owszem, ale z jakichś powodów nie uznał za stosowne się nimi podzielić.
- Dlaczego zawsze wszystko muszę robić sama?! - warknęła w przestrzeń.
Usiadła na sfatygowanym sienniku i ponownie wyjęła notes. Jeszcze raz przeleciała wzrokiem ostatnie zapiski sporządzone jej ręką, ale nie jej pismem.

„Ze względu na okoliczności nie miałem czasu wybrać konkretnego miejsca, więc wylądowaliśmy, gdzie wylądowaliśmy. Reklamacji nie przyjmuję. Rozejrzałem się trochę, ale trudno cokolwiek o tym miejscu powiedzieć. Na pierwszy rzut oka przypomina niektóre z odwiedzonych już przez nas światów, ale pewne elementy nie pasują, Doradzam ostrożność....”

„Pewne elementy nie pasują”. Nie ma to jak rzetelna informacja.
Aida, wciąż ściskając notes, ponownie podeszła do okna i stanęła, jak wryta. Przecież chwilę temu stała dokładnie w tym samym miejscu i była absolutnie pewna, że wtedy patrzyła jedynie na ślepą ścianę budynku naprzeciwko. Teraz budynek ten jakby przesunął się kawałek, zmalał, ściana zmieniła kolor z brudnoszarego na jasnożółty, pojawiło się też małe, urocze okienko z czerwoną firanką i ozdobną rośliną na parapecie.
Jako że dom nie zasłaniał już całego widoku, Aida z trudem otworzyła okno i rozejrzała się. Fragment miasta rozciągający się przed jej oczami wyglądał całkiem zwyczajnie i nawet byłaby w stanie w tę zwyczajność uwierzyć, gdyby nie to, czego świadkiem była przed chwilą.
„Pewne elementu nie pasują...”
Niewątpliwie, pomyślała. Niewątpliwie.
Powróciła do lektury.

„Nie kontaktowałem się z nikim, prócz parchatego gbura, który wynajął nam mieszkanie. Bez trudu wziął mnie za mężczyznę i sprawiał wrażenie, jakby nie pogardził zapłatą w naturze. Ostatecznie przyjął złoto, ale i tak doradzam podwójną ostrożność.”

Bo oczywiście tak trudno było znaleźć kogoś normalniejszego, skłonnego wynająć pokój!
Chociaż... Czy w świecie, w którym budynki przemieszczają się i zmieniają z minuty na minutę, mogą w ogóle istnieć normalni ludzie?
Spojrzała do notesu i przeczytała ostatnie zdanie.

„Jednocześnie melduję, że jeszcze nikogo nie zabiłem. Ale jakbym zabił, to i tak bym się nie przyznał.”

Prychnęła.
Ktoś, kto określa siebie mianem przedwiecznej istoty, doprawdy nie powinien być chyba złośliwym dupkiem z mentalnością okrutnego, rozpieszczonego dziecka.
Z drugiej strony... kto wie. Może oni nie potrafią inaczej.
Kiedyś próbowała dopytywać, ale na osobiste pytania nigdy nie odpowiadał, więc dała sobie spokój.
Rozejrzała się za czymś do pisania. Znalazła tylko skrawek ołówka. Trudno, potem poszuka czegoś lepszego.

Dzięki, cholera, za rzetelną informację - nabazgrała szybko. Idę się czegoś dowiedzieć. W przeciwieństwie do ciebie mam lepsze rzeczy do roboty, niż uwodzenie parchatego gbura!

Ciemna i śmierdząca klatka schodowa sprawiała ponure wrażenie, na całe szczęście jednak wzmiankowanego gbura na niej nie było. Aida wymknęła się niezauważona i z pewną obawą wyszła na ulicę.
Pierwszym, co rzuciło jej się w oczy, była majacząca na horyzoncie nieduża, ale bardzo ciemna chmura, wściekle plująca deszczem i poruszająca się wbrew wszelkiej logice, niezależnie od wiatru, jakby była obdarzona własną świadomością. Co ciekawe – reszta nieba była idealnie czysta i pogodna.
Aida wmieszała się w tłum, co okazało się pomysłem nie najlepszym, jako że chwile później zapanowało dziwne poruszenie. Ktoś kogoś gonił, ktoś krzyczał, część ludzi wycofywała się, część przeciwnie – pchała się, żeby popatrzeć. Z oddali dobiegł rozdzierający wrzask, będący, jeśli dobrze usłyszała, pełnym wściekłości i rozpaczy wołaniem o pomoc.
Aida uwielbiała tłumy, ale tylko te, którymi można sterować z bezpiecznej odległości. W ludzkiej ciżbie czuła się nieswojo. Usiłowała wyrwać się z kłębowiska ciał, jednak bezskutecznie.
Jakiś dzieciak z całej siły szturchnął ją z bara, przepychając się bezczelnie. Zatoczyła się i sama na kogoś wpadła.
- Co to za koszmarne miejsce?! - zwołała zrozpaczona, pewna, że i tak nikt nie usłyszy jej w tym hałasie.
Dzieciak usłyszał. Odwrócił się ku niej rozpromieniony.
- Paranoja! - odkrzyknął.
- O tak – jęknęła słabo. - To na pewno!
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1775
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: OZ reborn - tekst

Post autor: Kruffachi » 17 marca 2014, 11:47

Wszelkie zastrzeżenia w kwestii wykorzystania postaci przyjmę na klatę ;)

– …kuję.
Grab w skupieniu zlustrował kłębek różowej nici, podrapał się po szczecinie, a następnie sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza, skąd dobył fajkę.
Zawsze podczas pracy palił buraka.
– Możesz z łaski swojej ruszyć zawszony, dwunogi tyłek?! – darła się syrena rozpaczliwie, kiedy zaczął ładować buraki do główki. – Topię się!
Grab przytaknął, w zamyśleniu pocierając cybuch. Zsunął binokle na nos i pochylił się nad ofiarą lokalnej kapryśnej pogody.
Syrena prychnęła z niezadowoleniem i skrzyżowała ręce na piersi, co męska część rosnącej widowni przyjęła jękiem zawodu, a jakaś dziunia z kocimi uszami – ironicznym uśmieszkiem.
– Doprawdy! – piekliła się dalej syrena. – Co to za miasto?! Co za ludzie?! Nie można nawet spokojnie spaść i mieć nadzieję, że ktoś ci z dobrego serca pomoże!
Grab zaciągnął się dymem, przysiadł na ziemi i zaczął rozwijać nić…
– Nie! Uciekać! Tak! Uciekać to każdy potrafi! Bo co?! Bo nie moja sprawa, bo mam dwugłowego kota i żelazko na gazie?!
…od czasu do czasu zaplatając na niej supełki…
– Niewdzięcznicy! Skamieniałe kreatury bez serca!
…i zupełnie nie zwracając uwagi na rosnący tłumek ciekawskich. Teraz, gdy okazało się, że jednak nie, nie dochodzi tu do żadnej rzezi, wychynęli zza murów i wypełzli z uliczek. Graba mało zresztą obchodzili jako tacy, bo miał konkretne, trochę cuchnące mułem zadanie do wykonania.
Liczyło się tylko to, co mieli do zaoferowania jako części zamienne.
– Pani wybaczy – burknął, wyciągając szpikulce z misternego koka półkociej dziuni. – Oddam.
Zamrugała zaskoczona, otworzyła usta, a na jej twarz powoli wypełzał wyraz najszczerszego oburzenia, ale Grab nie przejął się tym szczególnie, już odwracając się do niej plecami i zaplatając różową nić na improwizowanych drutach.
– Na demony, czy to musi tyle trwać?! – ryknęła syrena.
Grab przytaknął.
– Co tak stoicie! – rozległ się jakiś kobiecy głos za jego plecami. – Niech ktoś ją poleje wodą!
A potem jeszcze zirytowane: „Och!”, kiedy nie ruszył się nikt, poza jakimś kundlem – trudno było zresztą orzec, czy ruszył się po wodę czy nie. Grab kątem oka dostrzegł rudą czuprynę, absolutnym skrawkiem świadomości zarejestrował jakiś ruch, błysk, a potem plusk wody i kolejny wrzask syreny.
– Nie z mydlinami, idioci!
Zmarszczył brwi i mocniej skupił się na oczkach dzierganego akwarium, a kiedy uznał, że ma już dość plecionki, klęknął obok plecaka i zaczął pospiesznie przetrząsać jego zawartość.
– Dwa w prawo… potem jeden do tyłu… – mamrotał do siebie półgębkiem, drugi półgębek zajmując buraczaną fajką. – Kalafior… nieprzepuszczalny… ka… jest. Korkociąg…
Reszta wywodu, choć trwał nadal, zupełnie już zlała się w jeden, monotonny pomruk.
O dziwo jednak różowe, dziergane i uszczelnione… czymś akwarium rosło w oczach, coraz bardziej zasłaniając ponętne widoki i stopniowo napełniając się wodą. Ta ostatnia nieco się pieniła, to prawda, ale za to dostarczał ją całkiem sprawnie zorganizowany oddział, dowodzony przez drobną, rudą postać, stojącą na przewróconej do góry dnem skrzynce.
– Doskonale, panowie! Raz! Dwa! Raz! Dwa!
– Och! – Syrena przestała wreszcie agonalnie jęczeć, ale okrzyk jaki z siebie wydała niewiele miał wspólnego z ulgą czy wdzięcznością. – To teraz będę musiała spełnić trzy zawszone życzenia, tak?! Och! – Wydęła usta i przewróciła oczyma.
Grab popatrzył na nią w skupieniu, po czym wzruszył obojętnie ramionami, uznawszy, że to, czego teraz najbardziej pragnie, czyli gorąca kąpiel z bąbelkami, miękkie łóżko i krwisty stek, niekoniecznie nadaje się na tę okazję.
– No dalej! Trzy życzenia i miejmy tę żenującą sprawę za sobą!
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
A. Mo'zart
Posty: 162
Rejestracja: 05 lipca 2012, 22:07
Lokalizacja: Dom
Kontaktowanie:

Re: OZ reborn - tekst

Post autor: A. Mo'zart » 19 marca 2014, 18:42

wybaczcie. często mam problemy na początku. rozkręcę się za kilka kolejek.


Powinien być pierwszy. To on zainteresował się syreną, kiedy reszta chowała się po kątach, lecz nie pozwolili mu nawet na jedno życzenie. Zanim zdążył poprosić o miesiąc darmowej kiełbasy u rzeźnika, było już po wszystkim. Żeby szlag trafił tą głupią zdzirę - to było pierwsze życzenie. Nawet nie wiedział, kto je wypowiedział, ludzie zbyt się przekrzykiwali by zdołał rozróżnić głosy. Nie, żeby go to szczególnie obchodziło tak jak i to, co później stało się z syreną. Ktoś w tłumie ostrzył nóż, w czyjejś dłoni mignął widelec. Ale nie wołała o pomoc, więc chyba nie zrobili jej krzywdy. Chyba. Miał swoje sprawy na głowie.
Opuścił mury miasta i skręcił w biegnąca w prawo ścieżkę. Już jakiś czas temu odkrył to miejsce. Widoczny z daleka pagórek tylko sprawiał wrażenie zwyczajnego. Dopiero po wspięciu się na szczyt, można było odkryć jego właściwości. Patrząc ze szczytu, był ponad dwukrotnie wyższy niż kiedy stało się u podnóża, a to, co znajdowało się na szczycie, z dołu było całkowicie niewidoczne, dzięki czemu nikt nie widział w którym miejscu zakopywał swoje skarby. Wprawdzie każdy bez trudu mógł przekopać całą powierzchnię, lecz nikt nie wiedział, ze było tu cokolwiek wartego szukanie. zajął się posiłkiem, kiedy Korneliusz zakopał pozostałe monety. Oceniając psim rozumem, zebrał już całkiem sporo, co najmniej dwa pełne koszyczki i zastanawiał się, czy starczyłoby, żeby wykupić sklep rzeźnika na własność. Wtedy wystarczyłoby odkryć w jaki sposób pojawia się w nim mięso, by już do końca życia nie musieć nikogo oszukiwać.
U podnóża pagórka kręciły się tajemnicze postaci, nieświadome, że z góry słychać było każde ich słowo. Co jakiś czas rozglądały się nerwowo. Nie podsłuchiwał, nie interesowało go o czym rozmawiają, lecz i tak do jego uszu docierały szczątki rozmowy, a jedno, najczęściej powtarzane nazwisko nawet on znał. Flores Grozmoł. Miejscowy filantrop, któremu niektórzy gotowi byli stawiać pomnik jeszcze za jego życia. Dorobił się na handlu lodem do lodówek i stołami do stołówek czy czymś takim. Pan Kaleson nigdy nie znał się na tych ludzkich wynalazkach. Zresztą nie przepadał za Gryzmołem. Wpadł kiedyś na niego, a konkretniej to pod jego but. Okazało się, że facet miał alergię na psią sierść. Też coś. Pan Kaleson nie mógł zaufać komuś takiemu. Nie przejął się więc tym, co usłyszał. Coś o zamachu. Niech im będzie.
Dopiero kiedy się rozeszli, Pan Kaleson mógł w pełni cieszyć się kończącym się dniem. Bardzo lubił tę porę dnia, kiedy na niebie pojawiało się to drugie słońce. Miało taki fajny kształt. Wyglądało jak kiełbasa.

Awatar użytkownika
Maradine
Posty: 795
Rejestracja: 15 lutego 2011, 16:31
Lokalizacja: Elantris
Kontaktowanie:

Re: OZ reborn - tekst

Post autor: Maradine » 19 marca 2014, 19:37

Informator nie bardzo wiedział, co sądzić o tym całym zamieszaniu związanym z Syreną. Niby wszystko było w porządku, zbiegowisko jak zbiegowisko. Tylko czemu, do Świętego Bobra, składało się ono przeważnie z najdziwniejszych, najmroczniejszych, tudzież najbardziej tajemniczych indywiduów w całym Obłedzie? Nie żeby posądzał o to Przeznaczenie, czy inne takie. Po prostu z naukowego punktu widzenia szansa na owe zrządzenie losu wynosiła marną jedną tysięczną procenta. Mniej więcej tyle samo, ile miała Syrena na urodzenie się wielorybem.
Informator westchnął pod nosem i wycofał się do jakiegoś ciemnego zakamarka, by stamtąd oglądać dalszy rozwój wypadków. Niesamowite poruszenie tłumu wywołała teza zaprezentowana przez Graba o tym, że kalafior jest nieprzepuszczalny. Niedługo potem zaczęto, jak to w wypadkach, kiedy jeden człowiek próbuje walczyć z żywiołem, a inni przyjmują rolę gapiów, robić zakłady o to, czy Wspaniałemu uda się uratować morską pannę, czy też prędzej wspomniana padnie trupem i będzie można ją zjeść. W końcu ogon to jakieś osiemdziesiąt kilo świeżego rybiego mięsa!
Operacja "Zrób to sam - Akwarium" nie trwała długo, jednak tłumek ciekawskich dosyć prędko zaczął się przerzedzać, czego przyczyną mógł być... na przykład zapaszek charakterystyczny dla ludzi, nie wskazując palcem, sypiających w przydrożnych rowach. Wkrótce w pobliżu pozostali jedynie najwytrwalsi weterani życia ulicy, a Syrena bezpiecznie wylądowała w akwarium szczelnym jak bobrowa tama.
- No dalej, trzy życzenia i miejmy tę żenującą sprawę za sobą! - zawołała niedoszła ofiara tlenu, azotu i promieni UV. Trzeba jej było przyznać, że mimo iż była głupia, to uczciwa.
Jeden z mężczyzn, którzy pomagali umieszczać ogoniastą w wodzie, natychmiast otworzył usta, by wypowiedzieć życzenie, zapewne coś związanego z bogactwem, ewentualnie sławą, jednak nie dane mu było skończyć. Jakiś cień, szybki niczym błyskawica zwalił się na niego i, leżącego już, użył jako podwyższenia. Wszystko stało się prawie bezgłośnie, jedynym dźwiękiem, który rozległ się w powietrzu było ciche brzdąknięcie kociego dzwoneczka. Jang Won ustawiła się trochę wygodniej, by złapać lepszą równowagę, po czym nachyliła się i oparła dłońmi o ściankę z różowej włóczki. Wlepiła roziskrzony wzrok w Panią Rybę i oblizała wargi niczym kot przed posiłkiem.
- Mam jedno życzenie - zamruczała.
Obrazek

Awatar użytkownika
Prophet
Straż! Straż!
Posty: 151
Rejestracja: 28 czerwca 2013, 18:30
Lokalizacja: Wrocław

Re: OZ reborn - tekst

Post autor: Prophet » 23 marca 2014, 19:14

SpoilerShow
Tak, wiem, kochacie mnie za to :u:
Kuole siedział nogami zanurzonymi w rzece Potok. W ręku trzymał wędkę i z uporem maniaka wpatrywał się w spławik radośnie podskakujący na falach. Sama rzeka była piękna w swojej istocie – mieniła się wszystkimi barwami tęczy, gdy w maleńkich bąbelkach załamywały się promienie słoneczne.
- Zdajesz sobie sprawę, że to się nie uda? – zapytało odbicie z wyraźną kpiną. Siedzieli tu od dwóch godzin zamiast, jak każdy normalny człowiek, dotrzeć na czas na umówione spotkanie.
- Uda się, uda. To przecież rzeka, nie? A w każdej rzece są ryby – odparł optymistycznie mag nadal wgapiając się w spławik z pianek.
- Tylko wiesz, rybom do życia potrzebna jest WODA. – rzekło odbicie tonem przedszkolanki tłumaczącej dziecku, dlaczego nie da się przebiec przez ścianę. Kolejna fala mydlanych baniek rozmyła go i trochę zajęło Jivanowi nim zebrał się do kupy.
Spławik zachybotał się i zniknął pod warstwą tęczowych baniek.
- Mam! Mam ją! Udało się! – Kuole poderwał się na nogi i zaczął mocować się z wędką. W sumie ciężko nazwać wędką długi patyk i kawałek sznurka z lizakiem zamiast haczyka.
- Nie wierzę... – mruknął cicho Jivan przyglądając się tym zmaganiom. Jego pojęcie logiki nie przyjmowało do wiadomości, że jakakolwiek ryba mogłaby żyć w tej rzece. I nie pomylił się. Po kilkunastu minutach zaciętej walki mag wydobył swą zdobycz z tęczowej toni. A mianowicie kaczkę. Gumową. Mało tego, gdy tylko zdjął ją z haczyka, okazała się być żywa i, na tych swoich gumowych, kaczych nóżkach, spierdzieliła do lasu.
- Ale... Ale... – Zawiedziona mina Kuole była idealnym podsumowaniem całej sytuacji.
Za to jego kopia zdawała się być całkiem z tego zadowolona.
- No, to skoro już sobie połowiłeś, rusz łaskawie swoje nieogarnięte dupsko i idziemy do Głupoty. Mamy spotkanie, pamiętasz? – przypomniał Jivan. Wampir spojrzał na niego z miną „chodź raz mógłbyś nie przynudzać” po czym zgrabnie podsumował:
- Ale nudzisz.
Widząc jednak minę swego odbicia zrozumiał, że jego cierpliwość jest na wykończeniu. Zebrał więc swoje rzeczy i narysowawszy jakiś dziwny znak na ziemi, stanął na nim.
- Co ty kombinujesz? – zaniepokoił się Jivan.
- Teleportuję się.
- CO? – Jivan aż za dobrze znał możliwości magiczne swego twórcy, by wiedzieć jak się to skończy. – Pocze... – Resztę wypowiedzi zagłuszył huk zaklęcia.

Po chwili Kuole stał już na chodniku jednego z największych miast krainy. Z okna wystawowego pobliskiego sklepu patrzył na niego jego wyraźnie wkurzony towarzysz.
- No pięknie, po prostu pięknie. Wiesz gdzie jesteśmy?
Rozejrzał się uważnie. Wysokie budynki, gwar tysiąca rozmów i pościg złożony z uciekającego z nijakim wyrazem twarzy i wkurzonego goniącego wymachującego mieczem dawały nikłe wskazówki.
- Ee... w Obłędzie? – odparł niepewnie. Uznał, że skoro już tu jest to się trochę rozejrzy, więc ruszył żwawym krokiem wzdłuż szpaleru sklepów.
- A gdzie mieliśmy być? – wycedził przez zęby Jivan, zręcznie przeskakując z jednej witryny do drugiej z chęcią mordu wypisaną na twarzy. Nie znosił takich szybkich zmian położenia, były dla niego dość kłopotliwe ze względu na możliwość zagubienia się w gąszczu zwierciadeł.
- W Głupocie? – odpowiedział mag, nadal rozglądając się wokół. Pamiętał, że w tym mieście był sklep, który bardzo lubił i koniecznie chciał go odnaleźć. Wreszcie jego wzrok spoczął na szyldzie o jakże wdzięcznej treści. - Lodyyy! – Rzucił się pędem w stronę lodziarni nie zważając na to, co stoi mu na drodze.
- Nosz do jasnej… - mruknęło do siebie odbicie próbując nadążyć za magiem.

***

Gdy dotarli do lodziarni i Kuole, z miną szczeniaczka na widok serdelka, zajął miejsce w kolejce, Jivan postanowił przejść w trójwymiar i pójść na pocztę by nadać świniogram, że przybędą z opóźnieniem. Dużym opóźnieniem. Jak zwykle.
Nie pamiętał, gdzie dokładnie znajduje się poczta, ale po co to pamiętać? Jest w mieście gdzie wszystko zmienia położenie. Dlatego tak go nie znosił. Zbyt wyraźnie pamiętał gdy przeniósł się do lustra mającego wisieć w kantorze, a znalazł się w sypialni jakiegoś grubasa. To nie był przyjemny widok…
Z zamyślenia wyrwał go głos dochodzący gdzieś z okolic jego pępka.
- Mam dla ciebie ofertę nie do odrzucenia.
Jivan spojrzał na źródło dźwięku. Małe, drobne, z twarzy przypominające dziecko… Uznał więc, że nie warto zajmować sobie głowy, jak stwierdził, rozpuszczonym dzieciakiem.
- Panienka wybaczy, ale odrzucam propozycję – rzekł, kłaniając się nisko i, nie czekając na odpowiedź, wyminął dziewczynkę i poszedł dalej.

***

Kuole siedział przed lodziarnią z ogromną porcją lodów o smaku krwistym, gdy obok niego przebiegło Coś. Coś wyglądało jak człowiek i zapewne człowiekiem było, ale jego zapach, mimo że tylko chwilowo wyczuwalny, przyprawił go o mdłości. Na tyle, żeby zapomniał przez chwilę o lodach i zauważył brak swojego odbicia. Pewnie wydałoby mu się to dziwne gdyby nie fakt, że zdarzało się to po kilka razy dziennie. W końcu przecież zrzucił na Jivana prawie wszystkie obowiązki Wspaniałego. Wzruszył tylko ramionami i zabrał się za konsumpcję łakoci, obserwując z odległości próby ratowania wrzeszczącej syreny. Nie miał najmniejszego zamiaru się wtrącać, włóczęga radził sobie aż za dobrze, ale wrzaski pół-rybiego babsztyla zaczęły go drażnić. Gdy ta zaczęła wrzeszczeć coś o życzeniach nie wytrzymał i odkrzyknął:
- Żeby szlag trafił tą głupią zdzirę!
- Komu tak pięknie życzysz? – spytało odbicie.
Obrazek

Wieczornych snów mary powiewne, dziewicze
Na próżno czekały na słońca oblicze...
W dal poszły przez chmurną pustynię piaszczystą,
W dal ciemną, bezkresną, w dal szarą i mglistą...

KLIK

Awatar użytkownika
Kandara
Posty: 238
Rejestracja: 25 lipca 2012, 00:51

Re: OZ reborn - tekst

Post autor: Kandara » 24 marca 2014, 15:47

Wybaczcie mi to, co znajduje się niżej... Mam nadzieję, że nie przesadziłam.


- Żeby szlag trafił tą głupią zdzirę. - Słowa nie pochodziły z ust Jang-Won, bo wypowiedział je ktoś całkiem inny, ktoś kto nawet nie raczył wmieszać się w tłumek, bo krzyk, który dotarł do uszu kotowatej, zdawał się być lekko przytłumiony przez odległość. Nie zbyt wielką co prawda, zaledwie kilkudziesięciometrową, ale jednak. A przynajmniej dziewczynie tak się zdawało, chociaż niezaprzątana sobie tym głowy.
- Chciałabym - ciągnęła dalej swoją wypowiedź, wciąż stojąc na powalonym jegomościu, jakby nigdy nic - Aby...
- Wszyyystkie psy w mieeście zdechły - To zdanie także nie wydobyło się z gardła dziwki.
Właściciel niskiego, miękkiego, łamiącego się lekko, przeciągającego sylaby głosu nienachalnie wypełniającego powietrze zaskoczył Jang-Won. Stał za plecami dziewczyny, tak blisko, że czuła na karku jego oddech.
"Cholera jasna, jak?!"
Niezauważalnym ruchem włożyła rękę pod fałdy czerwonej spódnicy i z pochwy na udzie wyciągnęła nóż. Zgięła łokieć, jednocześnie obracając się na pięcie i unosząc dłoń z ostrzem na wysokość ust i celując sztychem w tego, kto stał za nią.
- Dzień dobry panno Kim. - Opuściła nóż. Patrzyła na nieznaną jej twarz, należącą, bez żadnych wątpliwości, do pośledniego demona. W prawdzie postawę miał ludzką, posiadał, pokryte burum futrem, ale jednak pięciopalczaste dłonie, na stopach nosił skórzane buty, ponad nimi zielone spodnie, a na grzbiecie czarną kurtkę z czerwonym emblematem, jednak umieszone pod niskim, płaskim czołem oczy, zupełnie nie przypominały człowieczych - pozbawione białek, żółte o pionowych źrenicach - Czy nie tego właśnie panienka sobie życzy?
Tłumek wciąż był spory, chociaż znacznie mniejszy niż wtedy, kiedy tu dotarła. Cuchnący niemiłosiernie mężczyzna ten sam, który zabrał jej szpilki z koka (swoją drogą ciekawe, kiedy zorientuje się, że są zatrute) wciąż stał w pobliżu swego różowego dzieła, a pozostali popychali się i krzyczeli, tak, ze ich głosy mieszały się ze sobą. Mimo to, wokół kotowatej i demona zostało trochę wolnego miejsca. Bariera? Możliwe, że jej użył.
Wzruszyła ramionami. Chociaż opuściła ostrze, spojrzenie fioletowych oczu, wciąż utkwionych w twarzy nieznajomego nie należało do łagodnych. Przeciwnie. Jang-Won wpatrywała się weń spod przymkniętych powiek, ponad którymi widniały ściągnięte brwi. Dodatkowo usta dziewczyny unosiły się lekko, odsłaniając kły i czubek języka ostrzegawczo przybierający do podniebienia.
- Gdzie twój pan? - Rozpoznała emblemat, ale to nie znaczyło, że nagle stanie się miła. Wystarczyło, że schowała nóż. Demon musiał to zrozumieć, bo szybko zmienił postawę z niedbałej, na pokorną. Jego ton także brzmiał inaczej, kiedy odpowiedział:
- Czeka na ulicy Landrynkowych Rzeźników.

Pan Hwang rzeczywiście czekał na ulicy Ladrynkowych Rzeźników, rozwalony w ogromnej, złoconej lektyce, otoczony zgrają swych demonicznych sług, zupełnie nie przejmując się szybko powierzającym się korkiem, którego uczestnicy pomstowali i złorzeczyli mu głośno. Bo i dlaczego miałby się przejmować? Był wielkim demonem. I miał przy sobie straż. Nikt ze śmiertelników nie odważy się podnieść na niego ręki. I rzeczywiście, nikt się nie ważył. Ludzie, chociaż krzyczeli, nikt nawet nie wziął w dłoń kamienia i nie cisnął nim w orszak. I to bynajmniej nie dlatego, że żadnych kamieni tutaj nie było.
Jang-Won przeszła przez szpaler jego prywatnej gwardii, nie zatrzymując się ani razu, jakby przez całe życie, nie robiła nic innego. Zatrzymała się dwa kroki przed lektyką i zgodnie z jakimś durnym protokołem przyklękła na lewe kolano, lewą dłonią dotykając ziemi.
- O panna Kim, jak miło - Pan demonów ucieszył się na jej widok. - No nie, nie trzeba być takim formalnym - uśmiechnął się szeroko, a w dużych, zielonych oczach błysnęło rozbawienie. - Proszę wstać, ba! - Wyprężył się w iście koci sposób, proszę wejść tu do mnie i usiać sobie wygodnie. - I nagle sam usiadł, zwalniając nieco miejsca na siedzeniu. - Zapraszam, zapraszam.
Wstała. Z obojętną miną wsiadła do lektyki, a Hwang kazał zasunąć zasłony.
- No więc, mam zadanie - rzekł wciąż się uśmiechaj, co sprawiało, że skóra na szczupłych policzkach unosiła się, przez co sprawiały wrażenie nieco pulchniejszych. - Słyszałem, że w mieście zamieszkał jakiś obcy demon. Chciałbym, abyś odszukała go i usunęła.
- Dlaczego nie wyślesz swoich siepaczy? - Zapytała. Jak zawsze, gdy byli sami mówiła do niego "na ty". - Wątpię, abyś potrzebował do tego skrytobójcy.
- Ależ kochana ty moja, bardzo bym nie chciał, aby ktoś przypadkiem połączył mnie z czymś takim. Zresztą - machnął ręką, tak, że przed nosem Jang-Won zamajaczył rodowy sygnet Hwangów - Ty jesteś od nich lepsza.
Obrazek Księżycowa weno, działaj!

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1775
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: OZ reborn - tekst

Post autor: Kruffachi » 01 kwietnia 2014, 16:39

Chyba niczego nie pomyliłam... Jeśli tak - krzyczcie.

Grab nie lubił hałasu. Hałas i tłum go onieśmielały, sprawiały, że stawał się niewidoczny w inny niż zwykle sposób – nie dlatego, że tak wyszło, tylko dlatego, że z całej siły chciał zniknąć. Kulił ramiona, garbił się mocniej i odruchowo ściągał poły płaszcza, jeśli go akurat miał, a teraz miał. Analityczny umysł nie pozwalał zapomnieć, że obiektywnie niczego to nie daje, ale odruch był zakorzeniony głęboko.
Kiedy więc kolejni ludzie zaczęli wykrzykiwać swoje życzenia, natychmiast uświadomił sobie, ilu ich stoi wokół, skulił się i poczuł, jak ogarnia go paraliż. Niemal nie zarejestrował już sceny, w której pół-kocia dama wskoczyła na plecy jakiegoś nieszczęśnika. Niemal.
To go trochę otrzeźwiło. No, na tyle, żeby uświadomił sobie, że zaciska na czymś palce i że są to jego zaimprowizowane druty, które obiecał po wszystkim rzeczonej damie oddać. Nim jednak ogarnął się na tyle, by wykonać w tym kierunku jakiś krok, rudowłosej już nie było. Został po niej tylko trup.
Więc to tak, zasępił się Grab, biedna, upadła młoda dama.
Może powinien ją odszukać i szczerze z nią porozmawiać, tylko że by nie potrafił, przecież się znał. Bąknąłby parę półsłówek, z których i tak niewiele by pewnie wywnioskowała, speszył i podreptał w swoją stronę. Szkoda, wielka szkoda, że nie było tu kogoś bardziej od niego wygadanego, kogo kojarzyłby z siedziby Wspa-
Zaraz.
Zaraz, zaraz.
Kuole!
Tak, ten błysk w ciemnych okularach, to musiał być Kuole, ten urwis! Świetnie. Nada się.
Grab nie krzyczał. Nie, jeśli nie rozrywano go akurat końmi albo nie łamano mu kości na kole, więc zamiast drzeć się do Wspaniałego, zaczął dreptać w jego kierunku.
– …ej, młody…
Ledwie jednak zdołał się zbliżyć i zignorować kompletnie fakt, że pół-wampir zatyka sobie nos, a ze strony akwarium dobiegł ich kolejny wrzask.
Było gorzej niż ostatnio.
Miliardy miliardów razy gorzej.
Syrena toczyła pianę z ust i wywijała ogonem, rozchlapując wodę we wszystkie strony, a każdy, kto oberwał kroplą, zaczynał wrzeszczeć także i pokrywać się niebieskimi bąblami. Nie myśląc wiele, Grab chwycił Kuole za kołnierz i pociągnął w zaułek, a wraz z nim zrobiła to też inna ręka – ręka Jivana.
– O, ja pierdolę!
Syrena rozbiła wreszcie ogonem delikatną strukturę niciowego akwarium i z jakiegoś powodu żrąca woda, pieniąc się od mydlin, chlusnęła o bruk. Wrzaski się wzmogły, ludzie zaczęli biegać w popłochu, a panowie salwowali się ucieczką na pobliski murek.
– No ja pierdolę, nie wierzę! – sapnął Kuole, oglądając pandemonium z miną, która chyba bardziej wyrażała fascynację niż przerażenie.
– …pałeczki… – szepnął Grab, wgapiając się w rzeczony przedmiot.
– C-co?
– Coś musiało być na pałeczkach… i… – Mężczyzna podrapał się po zaroście, po czym w zamyśleniu spojrzał na resztki różowego akwarium – I zareagowało z mydlinami, i… i…
– I? – Kuole uniósł brew nad czerwonym okiem.
– …i chyba nie wiem, jak to zneutralizować… – Grab zwiesił smętnie ramiona, gdy tymczasem niebieska piana kończyła dzieło zniszczenia.
Kuole chciał jeszcze coś powiedzieć, ale Jivan stuknął go w ramię i pokazał coś w górze. Mgnienie oka później padł na nich cień ornitoptera patrolowego i trzasnęła spuszczana w dół drabinka.
– Chyba mamy kłopoty…
Grab pokręcił smętnie głową.
– Ja mam – poprawił równie rzeczowo jak zawsze, wyrywając się najwyraźniej z chwilowego załamania.
Dźwignął się, stanął na murku, osłonił oczy dłonią i skinął uprzejmie głową, gdy poinformowano go, że ma udać się na pokład, gdyż albowiem ponieważ jest zatrzymany pod zarzutem dokonania zbiorowego mordu na syrenie i niewinnych cywilach, obywatelach Obłędu. Posłusznie wspiął się po drabince i usiadł na drewnianej ławce w ornitopterze własnego projektu (o czym nikt z obsługujących go oczywiście nie wiedział) i dał się powieźć, jedynie marginesem świadomości rejestrując, że wokół niego szybko pojawiło się coś na kształt martwej sfery.
Ruda! – przypomniał sobie nagle. Zapomniałem powiedzieć Kuole o rudej!

*

Nawet kiełbasiane słońce chyliło się już ku zachodowi, kiedy wylądowali na szczycie Wieży Wszelkiego Podłego i Niewybaczalnego Występku, a zdążyło schować za horyzontem, kiedy wreszcie Grab wylądował w celi. Plusy całej sytuacji znalazł bardzo szybko – wreszcie miał dostęp do wody i mydła. Raz na trzy dni, ale to i tak częściej niż ostatnio bywało. No i jedzenie. Polewka z konserwy ze szczura z kiszoną najwyraźniej całe wieki kapustą nie zajmowała może zaszytego miejsca na liście frykasów, ale była pożywniejsza niż jagody i korzonki. Albo powietrze. Graba martwiło jedynie, że zabrano mu ekwipunek i nie wystawiono kwitka (z kwitkiem nie byłoby problemu, kwitek to kwitek), ale cóż mógł zrobić? W swoim nowym, pasiastym ubranku dał się poprowadzić do celi.
Oczywiście wyjaśnił na wstępie, choć bardzo cicho, że jest Wspaniałym i że po prostu ratował syrenę, która spadła z nieba, a zatrute szpile wcale nie należą do niego. Śledczy pokiwali głowami, popatrzyli po sobie, coś tam zanotowali i oświadczyli:
– Lista zarzutów powiększyła się o trzydzieści cztery ofiary.
– Co…? – zdołał tylko wykrztusić Grab.
– Po uprzątnięciu terenu grupa mieszkańców postanowiła zutylizować syrenę i przyrządziła sobie łososia z warzywami pod beszamelem. Wszyscy zmarli na niebieskie bąble w brzuchu.
– Oj…
– A zatem – ciągnęli śledczy – liczba całkowita pana ofiar wynosi już sto czterdzieści dwie. Nie liczymy oczywiście strat materialnych, bo w tej chwili to bez znaczenia. I tak zawiśnie pan jutro o świcie. Ma pan jeszcze coś do dodania?
Grab zastanowił się i podrapał po zaroście.
– Kotlet – powiedział w końcu.
– Co?
– Na ostatni posiłek chciałbym kotleta. I fasolkę.

*

Grab spojrzał na swoich towarzyszy niedoli. Dwie ewidentnie zakazane mordy. I on – no tak, miał tego świadomość – z trzecią.
Łypali na niego, on starał się nie łypać na nich i tak siedzieli sobie razem na małej przestrzeni, błyskając zębami, spluwając, smarkając w palce, pierdząc i bekając, a Grab odczuwał coraz wyraźniejszą potrzebę zajęcia czymś dłoni. Mógłby coś skonstruować. Coś malutkiego, takiego tyci-tyci, tylko dla zbicia czasu, dla odwrócenia uwagi…
Aż wreszcie dwie zakazane mordy usnęły i mógł nieco odetchnąć.
– Hmpf… – sapnęła przez sen Pierwsza Morda. – Hmpf, hmpf… Grozmoł…
Grab nadstawił uszu.
Oczywiście, że słyszał o Floresie Grozmole, bo każdy słyszał! Wielki filantrop, ostatnio ufundował nawet w siedzibie Wspaniałych nowy wybieg dla Świetlistych Królików Mocy i… no dobrze, wtedy Grab usłyszał o nim po raz pierwszy. Przy okazji tego, że trzeba było poprawić kilka technicznych szczegółów całej konstrukcji, tak żeby moc królików nie wyciekała na rosnące nieopodal nasturcje, które mutowały od niej w niekontrolowany sposób.
– Humpf… Zabić… Grozmoła… Zabić…
Grab zamarł na swojej pryczy, rozumiejąc nagle, z kim przyszło mu odsiadywać niezbyt długą karę i czego jest świadkiem.
– Zabić… Musimy… Grozmoł…
A jeśli jest ich więcej? – przemknęło mu przez myśl. Jeśli to zorganizowana siatka? Jeśli niewinnemu człowiekowi coś grozi?
Grab zrozumiał, że nie może dać się spokojnie powiesić, musi odszukać i ostrzec zainteresowanego. Odruchowo pomacał się w okolicy pasa i ramion – no tak, nie miał ani paska z narzędziami, ani swojego plecaka.
Jedyne, co miał, to kotlet i fasolka, które przyniosą mu na ostatni posiłek.
Kotlet i fasolka.
Kotlet i fasolka…
Kotlet… i… fasolka…
Hm.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Zablokowany