Wybieramy PROZĘ LIPCA!
Czas na oddanie głosu do 17 VIII - ankieta dostępna w TEMACIE

Ozet

Opowiadania starsze lub starawe. Takie, których autorzy nie mają już kont na forum, albo takie, których treść na prośbę autora została usunięta, a bo to na konkurs iść miało, a bo co innego.

Komentowanie w tym dziale jest wyłączone.

Awatar użytkownika
Alrune
Posty: 106
Rejestracja: 29 czerwca 2013, 13:02

Ozet

Post autor: Alrune » 10 lutego 2014, 18:45

TEKST USUNIĘTY PRZEZ AUTORA

Awatar użytkownika
Alrune
Posty: 106
Rejestracja: 29 czerwca 2013, 13:02

Re: Erudycja cepa, czyli jak obsługiwać charakterograf

Post autor: Alrune » 11 lutego 2014, 20:22

***

Awatar użytkownika
A. Mo'zart
Posty: 162
Rejestracja: 05 lipca 2012, 22:07
Lokalizacja: Dom
Kontaktowanie:

Re: Erudycja cepa, czyli jak obsługiwać charakterograf

Post autor: A. Mo'zart » 11 lutego 2014, 21:42

Hau hau hau hau hau.... O, przepraszam. Czasami zapominam, że wy, ludzie, nie rozumiecie mojego języka. A uważacie się za takich mądrych, zupełnie nie wiem, dlaczego. Mniejsza z tym. Skoro już zacząłem prowadzić dziennik, to chciałbym, by dało się go w przyszłości odczytać, więc zniżę się do waszego poziomu i napiszę zrozumiałym dla was językiem.
Nazywam się Kaleson, dla obcych Pan Kaleson. Zanim zaczniecie się śmiać, pozwólcie, że wyjaśnię pochodzenie mego imienia. Otóż, kiedy byłem jeszcze małym szczeniaczkiem, bardzo lubiłem gryźć. Gryzłem wszystko. Kapcie, nogi stołowe, kapcie, porzucone książki, kapcie, ale najbardziej, tak naprawdę najbardziej, lubiłem stare kalesony człowieka, u którego wówczas mieszkałem. Zabawna rzecz, wiecie, ale on siebie kazał nazywać panem. Skoro tak, to dlaczego to on pracował na moje wyżywienie, kiedy ja rozrzucałem sierść na jego dywany i wygrzewałem się przy piecu? Ale ja nie o tym. To właśnie ta moja szczenięca miłość do kalesonów, naznaczyła mnie na całe życie. Wprawdzie tatuś oponował, chciał nadać mi rodowe, przekazywane od lat tradycyjne imię Pimpuś III Junior, ale to mamusia nosiła spodnie w tej rodzinie. I tak oto zostałem Kalesonem.
To tyle wstępu. To nie moje dzieciństwo jest powodem, dla którego zacząłem pisać ten dziennik, a wydarzenia, które rozegrały się kiedy miałem, niech policzę, około czterdziestu lat. Zaczęło się od niewinnej partii pokera ulicznego.

Jak to w Paranoi bywało, pogoda płatała figle i, chociaż większości nieba nie przesłaniała najmniejsza chmura, co jakiś czas przez centrum miasta przepływało czarne, burzowe chmurzysko, ciskając piorunami w przypadkowe budynki i zalewając deszczem głowy nieprzygotowanych przechodniów. W takich momentach, zaskoczeni gwałtowną ulewą, tłoczyli się w najbliższym możliwym schronieniu, czekając, aż rozzłoszczona chmura znudzi się czekaniem i znajdzie kolejną ofiarę. Jednym z takich miejsc był rozłożony na którymś z miejskich placów namiot, po brzegi wypełniony spłoszonymi przez burzę ludźmi wszelkiego pochodzenia. Pośrodku namiotu, przy okrągłym stole, rozgrywano partię pokera. Gracze, pomiędzy którymi znajdował się Korneliusz Kuternoga, nie zwracali uwagi na kręcącego się im pod nogami psa, sprawiającego dziwne wrażenie, jakby zaglądał grającym w karty, co zresztą było prawdą. Pies, przez najbliższych zwany Kalesonem, był telepatą, za pomocą myśli porozumiewającym się z jednym z grających. Udając zainteresowanie wielkim mieczem, przysiadł przy jednym z mężczyzn, okręcając łeb tak, by dostrzec trzymane w ręku karty.
- Trzy króle. Przebijaj.
Korneliusz wykonał polecenie, dokładając kilka monet do leżącego na stole stosu. Mężczyzna siedzący obok psa zmarszczył brwi, bawiąc się pieniążkiem. Obiecywał sobie przysiąść jedynie na chwilę, lecz gra wciągnęła go i teraz, przegrawszy większość posiadanych przy sobie pieniędzy, zastanawiał się nad możliwością odzyskania ich. Obiecał Sadze zakup jakiegoś drobiazgu i nie chciał wracać z pustymi rękoma. Po krótkim namyśle wyrównał stawkę i odkrył karty. Jego przeciwnik bez zmrużenia oka odsłonił swoje. Trzy asy. Korneliusz zgarnął całą pulę, upychając pieniądze po kieszeniach.
- Jeszcze jedno rozdanie?
Widar pokręcił głową. I tak już za dużo przegrał.
- Nie mam o co.
Pan Kaleson nie rezygnował, przesyłając Korneliuszowi dokładne instrukcje. Ten powtórzył usłyszane w głowie słowa.
- Możemy zagrać o miecz. Mógłbym go zobaczyć?
- Nie, wolałbym nie. To pamiątka.
Mężczyzna wyglądał na spokojnego, lecz na samą wzmiankę o możliwości utraty miecza, ton jego głosu nieznacznie się zmienił. Zbyt słabo, by usłyszeli go siedzący w pobliżu ludzie, lecz wystarczająco, by nie uszło to uwagi Panu Kalesonowi. Zainteresowany, postanowił bardziej nacisnąć.
- Wygląda na cenny. - Korneliusz wysypał na stół garść monet. - Czy to odpowiednia stawka? Mogę dołożyć. Wiesz, bardzo bym chciał taki miecz. Te ostrze to dzieło elfów? Tak wygląda.
Widar rzucił okiem na oparty o stół miecz. Jedynie jego rękojeść, w dodatku nie cała, była widoczna z miejsca, w którym siedział Korneliusz. To przestało mu się podobać. Delikatnie przesunął dłoń, zaciskając ją na rękojeści, kątem oka szukając ukrytych za plecami luster. Jeśli widział ostrze miecz, skąd pewność, że nie widział jego kart? Zdziwiło go, ze mężczyzna nie zareagował. Jego spojrzenie nawet nie padło na dłoń trzymającą broń. Delikatnie zaczął go unosić.
- Chodu!
W tej samej chwili Korneliusz zerwał się z krzesła, jednocześnie przewracając stolik wprost na zaskoczonego Widara i rzucił się do natychmiastowej ucieczki. Widarowi zajęło chwilę wyzwanie się od kretynów. Nigdy dotąd nie dał się okpić takiemu amatorowi. Był w połowie rzucania zaklęcia, kiedy czyjeś ostre zęby wbiły mu się w łydkę. Pies, do tej pory kręcący się pod nogami. gryzł i nie miał zamiaru puścić. Odrzucił go mocnym kopnięciem. Nie miał czasu na takie zabawy. Natychmiast ruszył za znikającym w tłumie mężczyzną, ignorując pieniądze, które wypadały z jego kieszeni. Nie zauważył, że biegnący za nimi pies natychmiast zbierał je do koszyczka, po czym, napełniwszy go po brzegi, uciekł w przeciwnym kierunku. Widar łokciami porozpychał stojących na drodze ludzi i, po krótkim pościgu, dopadł Korneliusza, zamrażając mu nogi by uniemożliwić dalszą ucieczkę. Puste oczy schwytanego mężczyzny nie wyrażały żadnych uczuć.
- Pieniądze.
Mężczyzna nie odpowiedział. Widar chwycił go za nogi, wytrząsając ostatnie monety z kieszeni. Nie było tego zbyt wiele, o wiele mniej, niż przegrał, lecz było za późno, by wrócić się po te wyrzucone na ulicę. Te już dawno musiały paść łupem przechodniów. Powoli zaczął się uspokajać. Puścił mężczyznę, który bezwładnie upadł na ulicę. Wiedział, że Saga nie będzie zadowolona.

Awatar użytkownika
AlpenGold

Re: Erudycja cepa, czyli jak obsługiwać charakterograf

Post autor: AlpenGold » 12 lutego 2014, 22:07

Iaris zaklęła, wcale niecicho, kiedy za żelazną bramą – która mogłaby robić za wrota do piekieł – zobaczyła Svena. Jak zawsze elegancko ubranego i trzymającego w dłoniach bukiet róż.
A więc kolejny raz przychodzi i chce się ze mną pojednać — pomyślała.
Sven przemawiał do niej zza bramy, prosił ją, obiecywał różne rzeczy, jednak nie odpowiedziały mu nawet cerbery, które o tej porze drzemały po obiedzie. Pomniki gargulców, za prośbą Iaris, posłały więc go w diabły.
Przeprowadziła się już po raz trzeci, odkąd zaczął przychodzić i błagać ją, by obdarzyła go miłością, jaką powinna żywić do niego ze względu na więzy krwi. W rzeczywistości mało mieli wspólnego – ot, jedynie matkę, którą teraz uważano za zaginioną, bowiem nie dawała znaków życia od siedemnastu lat. Iaris była zdania, że jej rodzicielka, w typowym dla siebie zwyczaju, znalazła nowego kochanka i postanowiła spędzić z nim całe – jego – życie. W końcu była jeszcze młoda – dziewięćset jedenaście lat to wcale nie tak dużo, w dodatku większość pieniędzy, jakie zarabiała, przeznaczała na zakup, wcale nie tak taniego, Eliksiru Wieczności.
Iaris nawet nie chciała myśleć, ilu jeszcze przyrodnich sióstr i braci dała jej matka. Kiedyś szczerze się zdziwi, gdy tak jak Sven odnajdą ją i będą chcieli się do niej zbliżyć.
Sven miał prawdziwy dar odnajdywania jej. Prędzej czy później, nieważne jak skrzętnie by się przed nim ukryła, on zawsze stawał przed jej domem. Przez tego idiotę musiała zrezygnować z przepięknego zamku na obrzeżach Niedorzeczności i wyjechać na południe, zatrzymując się na przedmieściach Paranoi.
Wkrótce po tym, jak gargulce kazały, lekko mówiąc, mu się wynosić, Iaris włożyła czarne, wysokie do kolan buty, trochę zbyt toporne jak na kobietę, oraz zarzuciła na siebie krwistoczerwony płaszcz i wyszła. Zaprzęgła miniaturowe smoki do karety i po pół godzinie dotarła do centrum miasta.
Trafiła w sam środek ulewy, więc przeczekała ją w środku pojazdu, śmiejąc się przy tym z ludzi, którzy, często nieskutecznie, próbowali się przed nią schować. W końcu, gdy czarna jak smoła burzowa chmura zaspokoiła swoje pragnienie zmoczenia paru osób, Iaris wysiadła, usiłując zrobić to jak najbardziej zgrabnie i po królewsku. Ale jej się to nie udało...
Wychodząc, musiała złapać się drzwiczek karety i odgarnąć włosy, które przy najmniejszym nawet pochyleniu skutecznie zasłaniały jej pole widzenia, w efekcie czego zabrakło jej rąk do podkasania sukni. Stanęła na niej i jak długa, runęła na ziemię. Tułów zamortyzowała współsprawczyni upadku, trzywarstwowa suknia, jednak twarz Iaris miała wątpliwą przyjemność bliskiego spotkania z betonem. Kilkoro ludzi odwróciło się, przyciągnięci bardziej jękami, jakie wydobywały się spod burzy czarnych i niewyobrażalnie długich włosów, niźli hukiem ciała Iaris, który nie był znowu tak głośny, jak mogłoby się wydawać. Zaraz jednak ich spojrzenia z powrotem powędrowały w stronę straganów i zabudowy miasta.
Iaris wstała z prędkością światła i rzuciła wszystkim posępne spojrzenie. Jej, wydawałoby się porcelanowa, twarz nie została uszkodzona najmniejszym nawet zadrapaniem czy rysą. Oczy Iaris ziały wściekłością.
— Gdzie pomoc?! Halo, dama jest w potrzebie! Mogłam ZGINĄĆ, a wy co?! Powinniście w mgnieniu oka położyć się na ziemi, bym mogła na was upaść! Zero szacunku dla KSIĘŻNICZKI! — wyrzucała z siebie tym podobne zdania, obwiniając wszystkich wkoło, a ludzie patrzyli na nią, jakby wpadła w obłęd albo w ogóle nie zwracali na nią uwagi.
Przestała krzyczeć i spróbowała się uspokoić. Odesłała smoki z karetą do domu, nakazując im zjawienie się w tym samym miejscu za dwie godziny. Rozejrzała się.
Znalazła się na jakimś placu pełnym straganów, budek i namiotów. Ludzie zachwalali swoje towary, przekrzykując się jeden przez drugiego, kupujący biegali od stoiska do stoiska. Panował tu istny chaos.
Iaris zdecydowała się pójść naprzód. Wiedziała, że czasy, gdy służący byli na sprzedaż, dawno minęły, mimo to miała nadzieję na zatrudnienie – jak to teraz ładnie nazywano – jakiegoś przyzwoitego lokaja – kolejna ładna nazwa – który byłby na każde jej skinienie. A najlepiej trzech.
Nie zrobiła nawet dziesięciu kroków, kiedy jakiś człowiek, pędzący tak szybko, jakby chodziło o jego życie, wprost staranował ją i niczego sobie z tego nie robiąc, pognał dalej, dopóki nie dogonił go inny. Tym razem przynajmniej ominął Iaris, która dostrzegła tylko podeszwy butów i błysk potężnego miecza, kiedy ją przeskakiwał.
Tego było za wiele. Pal licho lokaja! Ona potrzebowała ochroniarza!
Chodziła między stoiskami, jednak nie znalazła nikogo, kto oferował takie usługi. Zrezygnowana usiadła na ławce i właśnie wtedy pojawił się on. Był idealny. Ciemne okulary, czarne ciuchy i coś jeszcze – bicz. Wyglądał na kogoś, kto mógłby zostać jej ochroniarzem i mężnie walczyć w jej obronie, a przy tym nie wyróżniać się przy niej i nie przyciągać pełnych podziwu spojrzeń, które niedługo – kiedy sama ogłosi się księżniczką i stanie się najbardziej wpływową osobą w Krainie Absurdu – ludzie mieli zacząć kierować w jej stronę. Niewiele myśląc, podeszła do niego. Odrzuciła do tyłu włosy i utkwiła w nim wzrok. Wycelowała palcem w jego pierś.
— Mam dla ciebie ofertę nie do odrzucenia.

Awatar użytkownika
Prophet
Straż! Straż!
Posty: 151
Rejestracja: 28 czerwca 2013, 18:30
Lokalizacja: Wrocław

Re: Erudycja cepa, czyli jak obsługiwać charakterograf

Post autor: Prophet » 16 lutego 2014, 19:44

Kuole siedział nogami zanurzonymi w rzece ple-ple. w ręku trzymał wędkę i z uporem maniaka wpatrywał się w spławik radośnie podskakujący na falach. Sama rzeka była piękna w swojej istocie – mieniła się wszystkimi barwami tęczy, gdy w maleńkich bąbelkach załamywały się promienie słoneczne.
- Zdajesz sobie sprawę, że to się nie uda? – zapytało odbicie z wyraźną kpiną. Siedzieli tu od dwóch godzin zamiast, jak każdy normalny człowiek, dotrzeć na czas na spotkanie Świetlistych.
- Uda się, uda. To przecież rzeka, nie? A w każdej rzece są ryby. – odparł optymistycznie mag nadal wgapiając się w spławik z pianek.
- Tylko wiesz, rybom do życia potrzebna jest WODA. – rzekło odbicie tonem przedszkolanki tłumaczącej dziecku, dlaczego nie da się przebiec przez ścianę. Kolejna fala mydlanych baniek rozmyła go i trochę zajęło Jivanowi nim zebrał się do kupy.
Spławik zachybotał się i zniknął pod warstwą tęczowych baniek.
- Mam! Mam ją! Udało się! – Kuole poderwał się na nogi i zaczął mocować się z wędką. W sumie ciężko nazwać wędką długi patyk i kawałek sznurka z lizakiem zamiast haczyka.
- Nie wierzę... – mruknął cicho Jivan przyglądając się tym zmaganiom. Jego pojęcie logiki nie przyjmowało do wiadomości, że jakakolwiek ryba mogłaby żyć w tej rzece. I nie pomylił się. Po kilkunastu minutach zaciętej walki mag wydobył swą zdobycz z tęczowej toni. A mianowicie kaczkę. Gumową. Mało tego, gdy zdjął tylko ją z haczyka, okazała się być żywa i, na tych swoich gumowych, kaczych nóżkach, spierdzieliła do lasu.
- Ale... Ale... – Zawiedziona mina Kuole była idealnym podsumowaniem całej sytuacji.
Za to jego kopia zdawała się być całkiem z tego zadowolona.
- No, to skoro już sobie połowiłeś, rusz łaskawie swoje nieogarnięte dupsko i idziemy do Głupoty. Mamy spotkanie, pamiętasz? – przypomniał Jivan. Wampir spojrzał na niego z miną „chodź raz mógłbyś nie przynudzać” po czym zgrabnie podsumował:
- Ale nudzisz.
Widząc jednak minę swego odbicia zrozumiał, że jego cierpliwość jest na wykończeniu. Zebrał więc swoje rzeczy i narysowawszy jakiś dziwny znak na ziemi, stanął na nim.
- Co ty kombinujesz? – zaniepokoił się Jivan.
- Teleportuję się.
- CO? – Jivan aż za dobrze znał możliwości magiczne swego twórcy, by nie wiedzieć jak się to skończy. – Pocze.. – Resztę wypowiedzi zagłuszył huk zaklęcia.

Po chwili Kuole stał już na chodniku jednego z największych miast krainy. Z okna wystawowego pobliskiego sklepu patrzyło na niego jego wyraźnie wkurzony towarzysz.
- No pięknie, po prostu pięknie. Wiesz gdzie jesteśmy?
Rozejrzał się uważnie. Wysokie budynki, gwar tysiąca rozmów i pościg złożony z uciekającego z nijakim wyrazem twarzy i wkurzonego goniącego wymachującego mieczem dawały nikłe wskazówki.
- Ee... w Paranoi? – odparł niepewnie. Uznał, że skoro już tu jest to się trochę rozejrzy, więc ruszył żwawym krokiem wzdłuż szpaleru sklepów.
- A gdzie mieliśmy być? – wycedził przez zęby Jivan, zręcznie przeskakując z jednej witryny do drugiej z chęcią mordu wypisaną na twarzy. Nie znosił takich szybkich zmian położenia, były dla niego dość kłopotliwe ze względu na możliwość zagubienia się w gąszczu zwierciadeł.
- W Głupocie? – odpowiedział mag, nadal rozglądając się wokół. Pamiętał, że w tym mieście był sklep, który bardzo lubił i koniecznie chciał go odnaleźć. Wreszcie jego wzrok spoczął na szyldzie o jakże wdzięcznej treści. - Lodyyy! – Rzucił się pędem w stronę lodziarni nie zważając na to, co stoi mu na drodze. Oczywiście, jak to miał w zwyczaju, wpadł na kogoś. Kogoś małego i drobnego jak zauważył, gdyż ledwie odczuł zderzenie, a wpadnięty wylądował zadkiem na bruku. Kuole ze zdziwieniem zauważył, że obcy ma na sobie suknię. Wydało mu się to dziwne dopóki nie oberwał pacy w łeb.
Jivan, prawdopodobnie chcąc go zatrzymać, wyszedł z witryny i pobiegł za nim.
- Panienka wybaczy mojemu… bratu. – Odbicie zwróciło się do poszkodowanej. – Jest nieco nadpobudliwy. – dodał pomagając wstać dziewczynie.
Obrazek

Wieczornych snów mary powiewne, dziewicze
Na próżno czekały na słońca oblicze...
W dal poszły przez chmurną pustynię piaszczystą,
W dal ciemną, bezkresną, w dal szarą i mglistą...

KLIK

Awatar użytkownika
Maradine
Posty: 795
Rejestracja: 15 lutego 2011, 16:31
Lokalizacja: Elantris
Kontaktowanie:

Re: Erudycja cepa, czyli jak obsługiwać charakterograf

Post autor: Maradine » 20 lutego 2014, 11:54

Informator lubił utrzymywać, że wiele rzeczy robi przypadkiem. Przypadkiem podsłuchuje czyjeś prywatne rozmowy, przypadkiem wchodzi na jakieś ważne przyjęcie, czy przypadkiem wpadają mu w ręce ważne dokumenty. Tak więc dziś, nie inaczej jak tylko za zrządzeniem losu, znalazł się w kuchni kryształowego zamku, należącego do członkini Ligi Niezwykłych. Dziwnym zbiegiem okoliczności w ręce wpadło mu też pyszne ciastko z suszonymi owocami.
Drogę do prywatnego biura Sagi znał, choć właściwie nie do końca zdawał sobie sprawę skąd - nieświadomie zapamiętywał wszystko, co usłyszał nawet nie skupiając się na tym, a później wiedza wypływała sama w razie potrzeby. O ile kiedyś dziwił się temu, teraz wydawało mu się naturalne i uznawał tę dziwną umiejętność za część tego, kim jest. Poza tym była idealną pomocą w pracy.
Bezszelestnie wślizgnął się do pokoju i podszedł do pięknie rzeźbionego biurka, zawalonego papierami i biżuterią. Rzucił okiem na woje dokumentów, zapamiętując natychmiast ich treść, po czym wysunął najwyższą szufladę i wyjął z niej kopertę zaadresowaną "Informator". Miał zamiar od razu ją otworzyć i przeczytać zaproszenie, z czysto formalnego względu, jednak odniósł wrażenie, że Saga zmierza do tej komnaty. Ufał swoim przeczuciom, gdyż jeszcze nigdy go nie zawiodły. Musiał jednak zadać sobie pytanie, czy chce w tej chwili spotkać się z Królową Śniegu. Może będzie chciała się czegoś od niego dowiedzieć? Nie sądził, by zdziwiła ją jego obecność tu, w końcu interesy łączyły ich nie od dziś i znała niektóre z jego nawyków. Poza tym, zostawiła zaproszenie dla niego praktycznie na wierzchu. Zdecydował, że jednak zostanie i być może wyciągnie od niej jakieś informacje dotyczące balu, by móc później... podzielić się nimi z zainteresowanymi. Schował kopertę do kieszeni kamizelki i stanął na środku pomieszczenia, przybierając najswobodniejszą pozę, potrząsając lekko głową, by bardziej ukryć twarz w cieniu kaptura.
Drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem i w wejściu ukazała się kobieca sylwetka.
- Witaj Sago - powiedział cicho Informator. - Wydaje mi się, czy ostatnie deserki poszły ci w uda?
Obrazek

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1801
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Erudycja cepa, czyli jak obsługiwać charakterograf

Post autor: Kruffachi » 20 lutego 2014, 12:25

Wyciągnął sobie jeża z dupy.
Jeż spojrzał na niego czarnymi oczkami jak guziki, on spojrzał na jeża swoimi podkrążonymi ślepiami i w milczącym porozumieniu obaj stwierdzili, że zapomną o tym przykrym incydencie. Po czym jeż – jak to jeż – potupał w między jeżynowe apomikty.
Grab chwilę jeszcze obserwował zwierzątko, potem drgające lekko ciemne liście, aż wreszcie nieobecnym gestem pomasował zmaltretowany pośladek. Ledwie trzymające się kupy portki okazały się nie najlepszym dupochronem, za to wygrzany płaszcz stanowił najwyraźniej dla małego intruza pokusę nie do odparcia.
A wydawało się, że Paranoja nie może przywitać Graba gorzej. Nie po tym, jak drugi dzień z rzędu nie wpuszczono go do miasta. Och, no oczywiście, był przyzwyczajony do spania w rowach i do bycia niewpuszczanym tu czy tam, żadna nowość, mógł poczekać, próbować jeszcze przez tydzień – był cierpliwy. Ale mogłoby chociaż nie padać, naprawdę.
Owszem, sklecił sobie schronienie z tego, co znalazł i różnych różności z plecaka, ale tych różnych różności coraz dramatyczniej ubywało. To właśnie dla uzupełnienia zapasów podreptał w kierunku miasta.
Miasta, w którym nikt go nie znał, choć pewnie połowa mieszkańców korzystała w taki czy inny sposób z jego patentów. Ale cóż, życie. Grab nie potrzebował sławy, sława to sprawa mięczaków wymagających stałej opieki i żeby ktoś podcierał im tyłek na każdym kroku, i sznurował buciki, i w ogóle.
Zresztą Grab nie miał imienia sławnego człowieka. Bo co to za imię – Grab?
– Jak masz na imię, włóczęgo? – pytano go czasem, zwykle na posterunkach, na których lądował za włóczęgostwo.
– Grab – odpowiadał.
– O, jak to drzewo? – mówiono wtedy.
– Tak – odpowiadał.
– No dobrze, chodź, Sosno.
I tak to się kończyło. Szybko się przyzwyczaił, bo co to za różnica tak właściwie? Przynajmniej nikt się nim nie interesował, nikt go nie zagadywał i nikt mu nie mówił, co ma robić.
Nikt mu też nie płacił, ale to inna kwestia.
A do Świetlistych to go chyba przyjęli dla żartu – tak to sobie czasem tłumaczył. No, albo dlatego, że nikt inny nie zgodziłby się za darmo naprawić im magicznej klimatyzacji w siedzibie. Czy tam przepchać kibla, różnie bywało.
– Hej, ty!
Za głosem podążył błysk podtykanej pod nos halabardy i to też nie stanowiło nowości.
– Hm? – Grab przekręcił się ostrożnie w swoim leżu w rowie, unikając niechcianego golenia.
– Długo tu jeszcze zamierzasz koczować?
Grab wzruszył ramionami. Po marszczącej się stopniowo monobrwii strażnika poznał niechybnie, że to nie była najlepsza reakcja. Nigdy tego nie rozumiał, bo przecież nikomu nie przeszkadzał, taki o, w rowie, pod jeżyną, czy w innym rowie też nie.
– Wynocha stąd! – Halabarda zatrzęsła się groźnie.
Przemiłą konwersację o poranku przerwał gwałtowny wrzask.
– MORDUUUJĄĄĄ!!! POOOMOOOCYYY!!! AGGGHHHRRR!!!
Strażnik zadziałał automatycznie, co oznacza, że wyprostował się, zacisnął dłonie na drzewcu i zgodnie z najlepszą tradycją pognał dokładnie w przeciwną stronę niż ta, z której dochodziły wrzaski.
Grab tymczasem wstał, otrzepał się, zarzucił plecak i poprawił pas z małym zestawem narzędzi, po czym spokojnie poczłapał w kierunku miejskiej bramy, po drodze myśląc sobie o tym, że chyba czas zainwestować w parę dni z łóżkiem i jedzeniem na prawdziwym talerzu. Cóż, czas się nie cofał i choć Grab nie widział sensu w liczeniu czegoś, czego nie dało się przekuć na konkrety, więc nie wiedział, ile dokładnie ma lat, kości wyraźnie domagały się lepszego traktowania.
Przetarł jeszcze mankietem szkła magiowizora – swojego największego skarbu, wyglądającego niewinnie, jak trochę wysłużone binokle – i, niezatrzymywany już przez nikogo, wkroczył do Paranoi...
– JA PIERNICZĘ!!! O RATUNEK PROSZĘ, TAK???!!!
...i wtedy wołanie o pomoc się powtórzyło.
A przecież Grab był Świetlistym. Tym od zatkanych kibli, ale jednak.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 133
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Re: Erudycja cepa, czyli jak obsługiwać charakterograf

Post autor: nuklearna_wiosna » 20 lutego 2014, 15:53

Aida ze złością zatrzasnęła notes.
- Szlag mnie trafi! - warknęła.
Wcisnęła zeszyt do torby i zaczęła nerwowo krążyć po pokoju. W końcu stanęła przy oknie, jednak zniechęcona widokiem – a raczej jego brakiem - szybko wznowiła bezcelowy spacer po izbie.
Miała nadzieję, że z notatki demona dowie się czegokolwiek sensownego, okazało się jednak, że ten po przybyciu do nowego miejsca albo nie fatygował się zdobywaniem jakichkolwiek przydatnych informacji, albo też pofatygował się, owszem, ale z jakichś powodów nie uznał za stosowne się nimi podzielić.
- Dlaczego zawsze wszystko muszę robić sama?! - warknęła w przestrzeń.
Usiadła na sfatygowanym sienniku i ponownie wyjęła notes. Jeszcze raz przeleciała wzrokiem ostatnie zapiski sporządzone jej ręką, ale nie jej pismem.

„Ze względu na okoliczności nie miałem czasu wybrać konkretnego miejsca, więc wylądowaliśmy, gdzie wylądowaliśmy. Reklamacji nie przyjmuję. Rozejrzałem się trochę, ale trudno cokolwiek o tym miejscu powiedzieć. Na pierwszy rzut oka przypomina niektóre z odwiedzonych już przez nas światów, ale pewne elementy nie pasują, Doradzam ostrożność....”

„Pewne elementy nie pasują”. Nie ma to jak rzetelna informacja.
Aida, wciąż ściskając notes, ponownie podeszła do okna i stanęła, jak wryta. Przecież chwilę temu stała dokładnie w tym samym miejscu i była absolutnie pewna, że wtedy patrzyła jedynie na ślepą ścianę budynku naprzeciwko. Teraz budynek ten jakby przesunął się kawałek, zmalał, ściana zmieniła kolor z brudnoszarego na jasnożółty, pojawiło się też małe, urocze okienko z czerwoną firanką i ozdobną rośliną na parapecie.
Jako że dom nie zasłaniał już całego widoku, Aida z trudem otworzyła okno i rozejrzała się. Fragment miasta rozciągający się przed jej oczami wyglądał całkiem zwyczajnie i nawet byłaby w stanie w tę zwyczajność uwierzyć, gdyby nie to, czego świadkiem była przed chwilą.
„Pewne elementu nie pasują...”
Niewątpliwie, pomyślała. Niewątpliwie.
Powróciła do lektury.

„Nie kontaktowałem się z nikim, prócz parchatego gbura, który wynajął nam mieszkanie. Bez trudu wziął mnie za mężczyznę i sprawiał wrażenie, jakby nie pogardził zapłatą w naturze. Ostatecznie przyjął złoto, ale i tak doradzam podwójną ostrożność.”

Bo oczywiście tak trudno było znaleźć kogoś normalniejszego, skłonnego wynająć pokój!
Chociaż... Czy w świecie, w którym budynki przemieszczają się i zmieniają z minuty na minutę, mogą w ogóle istnieć normalni ludzie?
Spojrzała do notesu i przeczytała ostatnie zdanie.

„Jednocześnie melduję, że jeszcze nikogo nie zabiłem. Ale jakbym zabił, to i tak bym się nie przyznał.”

Prychnęła.
Ktoś, kto określa siebie mianem przedwiecznej istoty, doprawdy nie powinien być chyba złośliwym dupkiem z mentalnością okrutnego, rozpieszczonego dziecka.
Z drugiej strony... kto wie. Może oni nie potrafią inaczej.
Kiedyś próbowała dopytywać, ale na osobiste pytania nigdy nie odpowiadał, więc dała sobie spokój.
Rozejrzała się za czymś do pisania. Znalazła tylko skrawek ołówka. Trudno, potem poszuka czegoś lepszego.

Dzięki, cholera, za rzetelną informację - nabazgrała szybko. Idę się czegoś dowiedzieć. W przeciwieństwie do ciebie mam lepsze rzeczy do roboty, niż uwodzenie parchatego gbura!.

Ciemna i śmierdząca klatka schodowa sprawiała ponure wrażenie, na całe szczęście jednak wzmiankowanego gbura na niej nie było. Aida wymknęła się niezauważona i z pewną obawą wyszła na ulicę.
Pierwszym, co rzuciło jej się w oczy, była majacząca na horyzoncie nieduża, ale bardzo ciemna chmura, wściekle plująca deszczem i poruszająca się wbrew wszelkiej logice, niezależnie od wiatru, jakby była obdarzona własną świadomością. Co ciekawe – reszta nieba była idealnie czysta i pogodna.
Aida wmieszała się w tłum, co okazało się pomysłem nie najlepszym, jako że chwile później zapanowało dziwne poruszenie. Ktoś kogoś gonił, ktoś krzyczał, część ludzi wycofywała się, część przeciwnie – pchała się, żeby popatrzeć.
Aida uwielbiała tłumy, ale tylko te, którymi można sterować z bezpiecznej odległości. W ludzkiej ciżbie czuła się nieswojo. Usiłowała wyrwać się z kłębowiska ciał, jednak bezskutecznie.
Jakiś dzieciak z całej siły szturchnął ją z bara, przepychając się bezczelnie. Zatoczyła się i sama na kogoś wpadła.
- Co to za koszmarne miejsce?! - zwołała zrozpaczona, pewna, że i tak nikt nie usłyszy jej w tym hałasie.
Dzieciak usłyszał. Odwrócił się ku niej rozpromieniony.
- Paranoja! - odkrzyknął.
- O tak – jęknęła słabo. - To na pewno!
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

Awatar użytkownika
Alrune
Posty: 106
Rejestracja: 29 czerwca 2013, 13:02

Re: Erudycja cepa, czyli jak obsługiwać charakterograf

Post autor: Alrune » 22 lutego 2014, 22:17

***

Awatar użytkownika
A. Mo'zart
Posty: 162
Rejestracja: 05 lipca 2012, 22:07
Lokalizacja: Dom
Kontaktowanie:

Re: Erudycja cepa, czyli jak obsługiwać charakterograf

Post autor: A. Mo'zart » 25 lutego 2014, 15:18

Ledwo zdołał skupić uwagę na tyle, by Korneliusz zakupił spory kawałek świeżego mięsa. Czuł cieknącą z pyska ślinę i wiele wysiłku kosztowało go, by nie podskakiwać jak wariat przed szybą sklepu. Czasami, zwłaszcza na głodzie, odzywał się w nim młody szczeniak, a rozsądek chował się głęboko w jego podświadomości. Jak tylko Korneliusz wyszedł ze sklepu, rzucił się na niego, wyrywając mu z rak wielki płat mięsa i, radośnie merdając ogonem, podreptał ku miejskiej bramie. Pozostałe pieniążki pobrzękiwały wesoło w zawieszonym na jego szyi koszyku.

- JA PIERNICZĘ!!! O RATUNEK PROSZĘ, TAK???!!!
Jak zwykle w takich sytuacjach, zamiast zbiegowiska i mnóstwa ciekawskich gapiów, miejsce, z którego dobiegał głos, pustoszało z zastraszającym tempie, jakby wszyscy będący w okolicy nagle przypomnieli sobie o gazie pozostawionym na czajniku. Bardzo, naprawdę bardzo chciał iść za ich przykładem i, omijając krzykaczkę szerokim łukiem, udać się na swoje ulubione miejsce konsumpcji. Był głodny i nie w głowie były mu bohaterskie czyny, jednak... coś, to złośliwe, tajemnicze coś, kazało mu przyjść z pomocą. Na środku ulicy, w niewielkiej, pozostawionej przez jedną ze zdziczałych chmur kałuży, taplała się syrena. Wrzeszczała, wymachując rękoma, jednocześnie ogonem biła o ziemię, rozchlapując na boki tą odrobinę pozostałej wody. Stanął z boku, posyłając Korneliusza by zajął się problemem. Ten pochylił się nad prawie kobietą i, niepomny protestów z jej strony, wziął ją na ręce.
- MORDUJĄ!!! JA SIĘ TOPIĘ!!!
- Każ jej się zamknąć.
Pan Kaleson telepatycznie wydał polecenie, natychmiast wykonane przez Korneliusza.
- Zamknij się. - Kolejne słowo pojawiło się w jego głowie. - Głupia.
- PUŚĆ MNIE!!!
Syrena bezskutecznie próbowała wyrwać się z silnych objęć mężczyzny, który stał z głupia miną, wzrokiem błądząc po jej nagim ciele.
- WODY!!! LUUUUUDZIE!!! WODY!!!
Pan Kaleson dopiero teraz zrozumiał istotę problemu.
- Puść ją.
W tej samej sekundzie dłonie Korneliusza otworzyły się i syrena uległa wpływowi przyciągania ziemskiego. Przyglądał się jej jeszcze przez chwilę nim z jego ust wydobyły się kolejne słowa, zupełnie nie pasujące do tego, w jaki sposób poruszał wargami.
- Jak mogę tobie pomóc.
- WODY!!!
Pan Kaleson rozejrzał się Jak na złość, w pobliżu nie było nawet najmniejszej chmurki, którą można było wydoić by chociaż na chwilę ulżyć prawie kobiecie, a nawet jeśli, nie rozwiązałaby ona problemu. Potrzebował pojemnika. Ogromnego akwarium, w którym mogłaby znaleźć schronienie. Oczywiście nie mógł poprosić przechodniów o pomoc. Jeśli już jakiś pojawiał się w zasięgu wzroku, natychmiast zawracał, nie chcąc się mieszać. Syreny spadające z nieba były zwiastunem nieszczęść i pomoru bydła i choćby z tego powodu, od ponad dwudziesty lat nikt w okolicy nie zajmował się hodowlą zwierząt kopytnych. Syreny spadały zdecydowanie zbyt często.
- NO RUSZ SIĘ!!! NIE WIDZISZ, ŻE UMIERAM???!!!
- Chyba mogę pomóc.
Pan Kaleson nie od razu zwrócił uwagę na mężczyznę, który nadszedł od strony południowej bramy. Ten wyminął go i odsunął na bok Korneliusza. Pochylił się nad syreną, nie zastanawiając się zbyt długo.
- Musimy zbudować jej akwarium. Przynieście mi kłębek nici. Szybko.

Zablokowany