Tytuł Tekstu maja zdobył "Bestiariusz" MononokeGirl.

Serdecznie gratulujemy! :D

I oczywiście zachęcamy użytkowników do lektury i komentowania.

Nasze czarowanie - tekst

Opowiadania starsze lub starawe. Takie, których autorzy nie mają już kont na forum, albo takie, których treść na prośbę autora została usunięta, a bo to na konkurs iść miało, a bo co innego.

Komentowanie w tym dziale jest wyłączone.

Awatar użytkownika
Prophet
Straż! Straż!
Posty: 151
Rejestracja: 28 czerwca 2013, 18:30
Lokalizacja: Wrocław

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Prophet » 31 marca 2014, 22:02

Niedziela, wieczór
Miał dość. Miał serdecznie dość tej szkoły, wilkołaków, turnieju, nauczycieli chcących go zabić, oczowypalająco różowej Walentyny, Bii łażącej od ściany do ściany i mamroczącej do siebie, a przede wszystkim absurdalnie wesołego Kedebe, który, najpierw próbując namówić pozostałych, a z braku odzewu, samemu wypaliwszy dwa skręty, w chwili obecnej raczył ich swoim wątpliwej jakości rapem bez rymów, ogłaszając ich zwycięzcami, a samego siebie "królem łuku". Cokolwiek to znaczy. A jeszcze bardziej miał dość czekania razem z nimi na Dampa mającego im podać wyniki. Chyba tylko Wiśnia zachowywała się w miarę normalnie… O ile normalnym jest leżenie i gapienie się tępo w sufit.
- …yo, dobry flow man! Na fali, nigga zgarnia całą pulę, swag, gangsta rapy i szacun na dzieli, yolo, kolejny raz na szczycie i leszcze pozamiatane, wygrana po całości…*
- Mógłbyś się łaskawie zamknąć, do jasnej pieprzonej cholery?
- Yolo, wyluzuj ziom. – rzucił Gebre szczerząc się nadzwyczaj radośnie. Artur szczerze zastanawiał się na ile zachowanie tego kretyna to efekt wypalonego zioła, a na ile jego wrodzona głupota.
- Nie jestem twoim ziomem. – odwarknął.
- Daj spokój, kolo, mamy tu piękne panie, czego więcej chcieć?
- odrobiny rozsądku. Serio, uspokój się. Jak Damp cię zobaczy w takim stanie, to wszyscy solidarnie dostaniemy szlaban, a nie… - urwał gdy zobaczył Dampa w drzwiach. Ten z kolei stanął, zmierzył reprezentantów niekoniecznie miłym spojrzeniem, po czym podsumował:
- Ale z was pierdoły – Usiadł na biurku, właściwie na nie wskakując, a uczniowie od razu, jakby to był umówiony układ, rozsiedli się naprzeciw niego. Wszyscy, oprócz Bii, porozwalali się bez pardonu na blatach i oparli butami o oparcia.
- Zero kultury – ziewnął Rust, spoglądając na swoje najki. - No więc tak, w zadaniu otrzymaliście sześć na dziesięć punktów – zaczął, ale od razu mu przerwano:
- Yo Man, a co było nieteges, swag na dziesięć, flow na dziesięć – nie zgodził się Kedebe, wyraźnie oburzony werdyktem. – Po całości, Rust, wbrew regułom, na lajcie przeszliśmy ten etap, like a pro, yo…
- Nie przeczę – zgodził się Damp, czym chyba wszystkich zaskoczył. – Jedyne, co wam nie poszło, to starcie z pierwszym wilkołakiem, który, jak się okazało, nie byłby agresywny, gdyby go nie zaatakowano. Nieważne. Chce wam się słuchać o tym, co mogliście zrobić?
- A po co, skoro już po wszystkim? – warknął Tkaczuk. – Jakbyśmy mogli cokolwiek zmienić…
- Warto wiedzieć, na co nie wpadliśmy – podsunęła Bia.
- Nie warto, następny etap będzie zupełnie inny, znając życie znów nam wszystko utrudnią. – Wiśniowiecka brzmiała nieswojo, trochę chyba roztrzęsiona całym dzisiejszym dniem, ale przede wszystkim rozeźlona. – Ten Turniej to idiotyzm….
- Jakbym ja coś zmieniał, to bym zmienił Artura – wyznał Damp.

Zabiję pieprzonego gnoja.

- Tak naprawdę niewiele mogliście zrobić więcej. Odjęto wam punkty za bezmyślny atak Matejko, obrażenia Matejko i całościowo, za brak organizacji w grupie – oznajmił. Artur, próbując jakoś rozładować złość zaczął huśtać się na ławce. Uznał to za lepszy pomysł niż pieprznięcie jakimś paskudnym zaklęciem w losową osobę.
- A co ty na to, Rust, yo? – zainteresował się Kedebe. Damp popatrzył na każdego po kolei jakby zastanawiając się nad tym jak im bardziej dosrać.

No wyrzuć to z siebie profesorku. Daliśmy ciała, co tu kryć.

- Co ja myślę o waszym występie? – podjął. – Myślę, że mogło być gorzej.
No tego to się Tkaczuk nie spodziewał. Tak się zdziwił tą pozytywną oceną, wypowiedzianą zupełnie szczerze, że aż wychylił się trochę za mocno i wykonał efektowny obrót w tył o dziewięćdziesiąt stopni, lądując na podłodze. Sekundę później zwaliło na niego jedno z krzeseł, zachybotała rozchwiana ławka…
Damp i reszta patrzyli na to z bólem i tylko zaciskali zęby, słysząc każde kolejne „jeb”. Wreszcie Artur przestał przyciągać obiekty martwe i tylko leżał, gapiąc się szeroko otwartymi oczami w sufit.
- Ja pierdolę. – Usłyszeli od niego po minucie.
- Akrobata – skomentował Damp z uznaniem.
- Nieźle, stary, yo, gdzie się tego nauczyłeś?
- W CYRKU, GEBRE, W CYRKU - wydarł się Tkaczuk, zbierając swój obolały zezwłok z parkietu.
- Słuchajcie, nie orientuję się w tych zadaniach i nie wiem, jakie będzie kolejne – Damp zeskoczył z ławki i ruszył w stronę drzwi – więc nie umiem powiedzieć, co powinniście robić. Chyba nic. Ach, jeszcze, dzięki temu, że postanowiliście zeżr… Zjeść posiłek później – uniósł głos – będziecie mieć jakąś taryfę ulgową w następnych zadaniach, jeśli dobrze zrozumiałem. Dobrej nocy. Acha. Jak będziecie się teraz, w czasie wolnego, obijać i szwendać po szkole, to będę niepocieszony. A wiecie, to w praktyce oznacza nieprzyjemności wyłącznie dla was – uśmiechnął się paskudnie – żegnam.
- A jak poszło innym?! – zawołała za nim Bia.
- Durmstrang - 10, Hogwart - 8, wy - 6, Beauxbaton -6 i Cuzco - 5 . Pasuje? Mówiłem, mogło być gorzej.

Noc z niedzieli na poniedziałek
Obolały, zmęczony i wkurzony dowlókł się wreszcie do swojego pokoju, gdzie powitało go rytmiczne pochrapywanie Żyłki. Spojrzał tęsknie na własne łóżko, zajmowane przez pewną futrzaną kulę zwaną przez niektórych kotem, po czym, mamrocząc pod nosem, usiadł przy biurku. Przez tę całą akcję z turniejem całkiem zapomniał o pracach domowych, a wiedział, że co poniektórzy nauczyciele mu nie odpuszczą, choćby świat miał się zapaść w sobie, a z nieba spadały landrynki.
- No dobra, co tu mamy... – sięgnął po pierwszy z brzegu zeszyt - referat na historię magii na czwartek... - podręcznik poszybował malowniczym łukiem na podłogę - ...sprawdzian z astronomii na piątek... – kolejny zeszyt podzielił los poprzednika - ...przećwiczyć zaklęcia na transmutację...

Na czym ja mam niby ćwiczyć transmutację? Przecież nie mogę na Rościm…

Akysz obserwujący całą sytuację aż skurczył się w sobie napotykając wzrok Artura.
- Ech, odpuszczę to sobie… - następny podręcznik wylądował na podłodze - ...referat na demonologię na wtorek... – zamarł z zeszytem w ręku.
Co jak co, ale Takeo nie przepuści okazji żeby udupić Artura. Pomijając oczywiście chęć skręcenia mu karku. Z wrodzoną sobie niechęcią sięgnął na półkę po podręcznik, gdy rozległ się głuchy odgłos klasycznego pieprznięcia puszczykiem o szybę. Artur podszedł do okna i po otwarciu, na parapecie znalazł na pół przytomnego Świętka – swoją rodzinną sowę pocztową, wciąż trzymającego w dziobie kopertę zaadresowaną charakterystycznym, ostrym charakterem pisma. Tkaczuk, nie bez trudu wyszarpnął list od sówca, klnąc cicho na świętkowego zeza. Bo przecież normalna sowa nie wchodzi w rachubę, o niee… wysyłajmy listy zezowatym puszczykiem, bo to prezencik od babci… ja pierdolę… Wiadomość jak zwykle była bardzo zwięzła:

Główny Hol. TERAZ.

- A żeby cię tak… - Zmiął papier w małą kulkę i ignorując Rościego *swoją drogą, nie obudzić się przy takim walnięciu w okno to sztuka.* powlókł się schodami w dół. „Czy ta kobieta nie może wynajdować jakiejś normalnej pory na opieprzanie mnie? Nie wiem, może czternasta? Tak, czternasta byłaby spoko. Ale nieee, ona musi to kurwa robić o trzeciej w nocy!”
Zamarł w pół kroku napotykając znajomą sylwetkę. Co jak co ale Dampa o tej godzinie się nie spodziewał. W zasadzie to nikogo się nie spodziewał. Przecież każdy normalny człowiek o tej godzinie nie szwenda się po szkole zamiast po prostu spać. Mało tego, ten pieprznięty belfer uznał, że Arturowi „koniecznie” potrzebna jest eskorta.

Jakbym, kurna, nie potrafił zleźć ze schodów – skomentował w myślach i, dla potwierdzenia, potknął się i prawie wyrżnął o rzeczone podłoże.

Gdy dotarli na parter, Tkaczuk rozejrzał się uważnie, w poszukiwaniu drogi ucieczki. Był pewien, że jeśli jego matka i Damp się spotkają, oznacza to jego śmierć na miejscu i to nie z ręki nauczyciela.
- Będzie tego – oznajmił, chcąc się jak najszybciej pozbyć „ogona”. – Już jesteśmy. Mógłby pan…
- Arturze? – spytał kobiecy głos, a Artur zaczął żegnać się powoli z życiem. Odwrócił się tak, by stać bokiem do obojga dorosłych. Kątem oka zauważył tylko, że profesorek jakoś dziwnie się uśmiechnął, po czym, ku zaskoczeniu chłopaka, stanął tyłem do Tkaczuków.

Co jest kurna?

- Ej, profesorku, dobrze się czujesz? – spytał niepewnie, badając grunt pod złośliwość. Dziwne zachowanie Rusta warte było paru drwin. - Było ze mną tu nie przyłazić, skoro boisz się kobiet…
Nie zdążył jednak się rozkręcić, bo oto nadszedł posłaniec apokalipsy, skutecznie mu przerywając.
- Ale mamo – syknął chłopak jadowicie, gdy kobieta bardzo zdecydowanie złapała go za kołnierz.

***

- Artur – zaczęła, gdy Damp zniknął na klatce schodowej. – Mam dla ciebie zadanie w twojej dziedzinie.
- Mam pójść na wagary? – Artur założył ramiona za głowę przeciągając się. Potrzebował snu, bardzo.
- Nie. Masz sabotować Turniej.
- Zaraz, czekaj… co mam zrobić? – spytał zdezorientowany. Nie kto inny, a ona właśnie, Katarzyna Tkaczuk, wzór cnót i trzymania się reguł, chce żeby jej syn rozrabiał? To się wymykało Arturowej logice.
- Masz sabotować turniej. Nie obchodzi mnie co zrobisz, masz sprawić aby następne zadanie przesunęło się w czasie. – dodała z miną jak najbardziej poważną.

Acha. No, teraz to to zaczęło nabierać sensu.

- No dobra, ale kto mnie potem uratuje przed śmiercią z rąk kadry nauczającej? – spytał. – A tak w ogóle, to dlaczego chcesz przesunięcia imprezy? – dodał.
- Nie martw się nauczycielami, załatwię to. – Zlustrowała syna wzrokiem bazyliszka. - Otrzymaliśmy pewne informacje, więcej nie musisz wiedzieć. – Fakt, nie musiał. I chyba nawet nie chciał wiedzieć, a zapytał jedynie z przyzwyczajenia. Uznając rozmowę za zakończoną, ruszył w stronę schodów.
- Artur. – zawołała go, Odwrócił się próbując nie wrzasnąć „czego?!”. Zamiast tego zapytał:
- Tak?
- Tylko nie zrównaj tej szkoły z ziemią.
- Rany... Przecież wiem...

Poniedziałek, po południu
Tkaczuk myślał, że już doskonale wie, czego można się spodziewać po tej szkole. A jednak. Nie przewidział, że napotka różowego kota. Do tego z kokardkami na prawie każdym pasmie różowego futerka. Już myślał, że to któremuś ze spotkanych dzień wcześniej pokemonów, uciekło zwierzątko, dopóki nie poczuł znajomych pazurków na swoich plecach.
Tak, Akysz, uciekając w panice, wdrapał się na najwyższą rzecz jaką napotkał na drodze i nieszczęśliwie był to Artur. Nie mając zbytniego wyboru wyniósł kota na błonia, po drodze pozbywając się wszędobylskich wstążek i oczojebnego koloru sierści.

Wtorek, późne rano
Dzień nie zapowiadał się dobrze. Najpierw, wręcz tradycyjnie, potknął się o kota śpiącego na Arturowym stroju od Żyłki (swoją drogą, jak on go wyciągnął z szafki?), a potem prawie został przygnieciony przez jakiegoś trupa, gdy, chcąc ukryć sklątkę, otworzył drzwi składziku. W ostatniej chwili odskoczył w bok, a „trup”, z bolesnym jęknięciem, zderzył się z podłogą.
Tkaczuk ostrożnie odwrócił, za pomocą kopniaka, nieznanego mu faceta, na plecy, chcą mu się bliżej przyjrzeć. Miał szczerą nadzieję, że jakiś gówniarz niechcący unieszkodliwił Takeo, lecz z rozczarowaniem stwierdził, że to jednak nie on.
- Żyje pan? – zapytał z grzeczności. Wolał zachować ostrożność, w końcu po szkole rozeszła się plotka o jakiejś kontroli, więc cholera wie, kogo można spotkać.
W odpowiedzi dostał jedynie niewyraźne rzężenie. Niewiele mu to powiedziało, więc używając rennervate docucił jegomościa i, po zapewnieniu że nikt go tu nie próbuje zabić, wskazał mu drogę do skrzydła szpitalnego.
I oby tam został jak najdłużej, będzie mi tylko zawadzał, jak reszta…

Wtorek, przed południem
Umarł. A przynajmniej tak się czuł, wychodząc z klasy. Takeo przeciągnął go pod kile, a potem zrobił z niego piniatę. To znaczy przepytał, ale dla Tkaczuka było to jedno i to samo. Zaspany i ledwie przytomny powlókł się do biblioteki, będącej mimo wszystko bliżej niż jego własny pokój, z zamiarem przespania na jakimś blacie paru godzin.
Niestety nie było mu to dane z powodu grupki trzynastoletnich pokemonów, zwanych uczennicami, chichoczących w ich mniemaniu, a tak naprawdę rechoczących na całą salę, z wpisów na jakimś blogu. Wkurzony, zanim pomyślał, miotnął w nie pierwszym lepszym zaklęciem, jakie przyszło mu do głowy.
- Fernukulus. – wymamrotał, celując różdżką, po czym obserwował jak śmiechy zamieniają się w płacz i krzyki, po czym grupa, już teraz pryszczatych, dziewczyn, wybiega w popłochu. Oczywiście, nie byłby sobą, gdyby nie sprawdził z wrodzonej ciekawości, co też takiego zabawnego zostało wpuszczone do sieci. Nie wiedzieć czemu, treść bloga o adresie magia-z-slezy.com.pl zamiast go rozbawić, przyprawiła go o wrzenie.
- Z tej budy nie pozostanie kamień na kamieniu…przysięgam…
Chwilę później dostał przysłowiowego kopa w zadek od bibliotekarki. Jakimś niewyobrażalnym cudem skojarzyła nagłą histerię z jego osobą. Westchnąwszy tylko, wspiął się po schodach i, gdy tylko dotarł do pokoju, padł na łóżko, płosząc przy tym kocura, po czym przespał resztę dnia.

Środa, rano
Artur na pewno nie spodziewał się, że ten eliksir wybuchnie. To znaczy spodziewał się, ale nie przypuszczał, że z taką siłą. Jeszcze żadna mikstura, stworzona przez niego, nie spowodowała wysadzenia drzwi z zawiasów, które z kolei, z głośnym „KURWA!” wylądowały po drugiej stronie korytarza, prawdopodobnie z kimś między swoją materią, a materią ściany. Po krótkich oględzinach tego fenomenu oraz skojarzeniu potoku przekleństw przeplatanych życzeniami śmierci, udało mu się razem z Bią odkryć, że pod drzwiami znajduje się ich wychowawca. Ostatecznie „z własnej nieprzymuszonej woli” zaciągnęli Dampa do szkolnej pielęgniarki. Bia także tam została z powodu dość dużych poparzeń spowodowanych eliksirem. W zasadzie to Triss kazała zostać w skrzydle szpitalnym także Tkaczukowi, ale ten, wykorzystując chwilę nieuwagi wszystkich, najzwyczajniej w świecie stamtąd spierniczył.

Czwartek, czwarta rano
Zaległ na wyrku z uczuciem rosnącej satysfakcji. Całą resztę środowego dnia spędził rozstawiając pułapki i nakładając zaklęcia z opóźnionym działaniem. Musiał się starać, żeby nikt go nie przyłapał i chyba mu się to udało. No może oprócz natknięcia się na Dampa, o dziwo, na hali sportowej. No bo to przecież takie niespodziewane spotkać kogokolwiek tam w czasie popołudniowych zajęć siatkówki. Niby Arturowi udało się wykpić spóźnieniem na zajęcia, ale Damp i tak wyglądał jakby coś podejrzewał. To były ciężkie dwie godziny ćwiczeń…
W każdym razie, wszystko było gotowe i pozostało tylko wstać wcześnie i patrzeć na rosnącą panikę, a jeśli ta nie nastanie, podpalić coś. A co tam, i tak coś podpali. Bo tak.


*rap by Kanterial
SpoilerShow
Zagłada przesunięta na czwartek.
Obrazek

Wieczornych snów mary powiewne, dziewicze
Na próżno czekały na słońca oblicze...
W dal poszły przez chmurną pustynię piaszczystą,
W dal ciemną, bezkresną, w dal szarą i mglistą...

KLIK

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Kanterial » 01 kwietnia 2014, 21:28

wtorek, blady świt
Damp wpadł do pokoju nauczycielskiego.
Nigdy nie sądził, że będzie czuł się dobrze w takim miejscu. Przez wszystkie lata swojej edukacji kojarzył pomieszczenia, takie jak to, z jednym - kłopotami. Można powiedzieć, że liceum uczyniło Rusta wręcz mistrzem omijania całego piętra, na którym pokój nauczycielski się znajdował; Damp robił co mógł, byle tylko uniknąć konieczności natknięcia się na jakiegokolwiek profesora czy magistra poza lekcjami. Lekcjami, z których się notorycznie zrywał, po tym jak w wieku szesnastu lat wstąpił do Reprezentacji Kadetów z Piłce Siatkowej. Właściwie były też inne powody, ale zupełnie nieistotne. Jakieś tam akcje, wcale nie chuligańskie, jakieś uprawy roślin doniczkowych, wcale nie zawierających substancji psychoaktywnych. Później, gdy miał osiemnaście lat, jakieś kilka nieznaczących sytuacji z dziewczynami, wcale niebędącymi córkami pedagoga szkolnego i kilka, jeszcze mniej istotnych, imprez, których wcale nie zorganizował bez wiedzy dyrekcji, na sali gimnastycznej Century High School w Rochester, po tym, jak wyłamał z kumplami zamki w drzwiach i wyciął, szeroką na dwa metry, dziurę w ogrodzeniu (żeby wnieść sprzęt grający i alkohol w skrzynkach).
W każdym razie Damp, gdy już zatrzasnął za sobą drzwi z ciemnego drewna i oparł się o nie plecami, poczuł niesamowitą ulgę. Dopiero teraz, po tak długim czasie w Ślęży, dotarło do niego, że jest nauczycielem. Z jakichś nienormalnych powodów, za karę właściwie, tylko na rok i bez uprawnień, ale jednak. Nie wierzył, że Michalak tak go udupi. Kiedyś. Teraz to było normalne - to, na przykład, że spokoju i wytchnienia zaczął podświadomie szukać właśnie w pokoju nauczycielskim.
On. Nauczycielem. Gdyby nie czuł się tak fatalnie, może byłby w stanie strzelić ironicznego, podłego bitchface'a.
- Rust, czy ty się kiedykolwiek nauczysz wchodzić drzwiami jak człowiek? - spytał Termopilski, rozwalony w jednym z foteli. Damp przeszedł przez pokój, po drodze opierając się dłońmi o wszystko (łącznie ze stołem zawalonym dokumentami, planem lekcji na ścianie i obrazem, przedstawiającym Pierwszego Ministra Edukacji Magicznej). Fabian obserwował jego wysiłki z lekkim rozbawieniem, aż wreszcie uniósł brwi, zaskoczony, gdy Damp, mimo swoich epickich starań, nie zdołał trafić dokładnie we własny fotel (który jakby sam się odsunął). – Jesteś wczorajszy? – zgadł z niedowierzaniem.
- Nie!

- Nie?
- Tak?
- Tak.
- Nie!

- Tak – oznajmił Fabian dobitnie, spoglądając na niego z politowaniem.
- Nie wierzysz mi... - Damp zacisnął palce na oparciach i podciągnął się, by wreszcie usiąść w fotelu. – Ale ja nic nie piłem – wydusił. Dosłownie leżał na meblu, gapiąc się w sufit, a Termopilski milczał, nie zaprzeczając jego słowom.
- Jest dopiero piąta rano – zauważył tylko, wracając do przeglądania jakiegoś pisma o Rodeo. – Może ci przejdzie. Hmm, wczoraj pomogłem jednemu z Peruwiańczyków, fajny chłopak, chciał koniecznie porozmawiać z kimś po polsku, poleciłem mu jedno proste zaklęcie, szczerze mówiąc przydawało się już nieraz - opowiedział, a Rust miał świadomość, że robi to tylko po to, by przerwać niezręczną ciszę, nabrzmiałą od niewypowiedzianego "Upiłeś się i kłamiesz".
- Idę wczoraj błoniami – zaczął z trudem. Fabian posłał mu przeciągłe spojrzenie. – Idę, minąłem ten posąg, idę dalej, popołudnie, słońce jeszcze nie zaszło, idę, myślę o…
- …Katarzynie Tkaczuk… – mruknął Dźwiedź zgryźliwie.
- … Turnieju, i jak nie wpadłem na Ministra Magii – dokończył takim tonem, jakby opowiadał Termopilskiemu o końcu świata.
- Dosłownie?! – przeraził się Fabian.
- Sam jesteś, cholera, dosłownie – oburzył się Damp, machnąwszy ze złością (trzęsącą się dwa razy bardziej niż zazwyczaj) ręką. – Patrzę, a tam siedzi Wiśniowiecki z młodą. Ona jak zawsze – urwał, zamykając oczy, by nie powiedzieć za dużo. Wściekł się wczoraj, widząc, jak dziewczyna po raz kolejny robi tę swoją dziwaczną minę, której nie był w stanie zinterpretować – wyglądała na niezadowoloną, a on, o dziwo, też – dodał z goryczą. - Wpieprzyłem się w sam środek czegoś potwornego, jakaś rozmowa rodzic-dziecko, gorzej, jakieś rodzinne sekrety, albo jeszcze gorzej, opiernicz Ministra Magii, któremu się trafiła wybitnie trudna córka!
- No i?
- No i chciałem się zmyć, ale nie mogłem, bo się okazało, że gadają o Michalaku! Wspominałem, pamiętasz – upewnił się, rzucając pytaniem w kierunku sufitu.
- Wspominałeś, że chciałeś go „uszkodzić”? Pewnie nie – dopiekł mu Dźwiedź, nadal niezadowolony ze słabych nerwów i porywczości Dampa.
- Zostaw mnie w spokoju. Widzisz, że cierpię.
- Przepraszam. – Patron zreflektował się dość szybko, czym niezmiernie Rusta zaskoczył. Milczał chwilę i wtedy siatkarzowi przemknęło przez głowę, że Dźwiedź naprawdę mu współczuje. Wiele razem przeszli, cóż, taka była prawda. Coś z Dampie drgnęło, gdy pomyślał, że może jednak nie powinien zwracać się do patrona tak wulgarnie, jak miał w zwyczaju. – Przepraszam całe twoje skacowane dwa metry nieistniejącego cierpienia, Damp, cierpię wraz z tobą.
- Nie mam kaca! – wydarł się z wściekłością, zanim zacisnął zęby i dosłownie ugryzł się w język.
- Dobra! Spokojnie! – Fabian złożył gazetę w rękach, wzdychając. – Nic nie mówię przecież. Co z tym Michalakiem?
- Chyba nie udało mu się wykręcić od powiązań z Gloddym – burknął Rust, zażenowany sam sobą i wdzięczny za wyrozumiałą poczciwość Termopilskiego. – Ale nie mogą na razie zbyt wiele zrobić. Młoda Wiśniowiecka ma potwierdzić, że chciał szperać jej w głowie magią. A ja powinienem potwierdzić, że go widziałem tam, gdzie miał być Sir Gloddy, choć nikt go tam nie wzywał. Tylko, że ja nie mogę – jęknął – Fabian…
- Bo?
- Bo w tym samym sądzie Michalak załatwił mi pobyt tutaj – wyjaśnił dobitnie – bo sobie ubzdurał jakieś nadużycia. Jak się tam stawię, próbując go oskarżyć, to raczej nie wezmą mnie na poważnie, zwłaszcza, że mam powód, by się na Aleksie odegrać. Znam go nie od dziś. I jeszcze tak wyszło, że Wiśniowieccy mnie chyba do reszty znienawidzili, oboje, ta dziewucha miała minę, jakby chciała w kogoś rzucić krzesłem, on też, wiesz, niby milczał ale ten wzrok… – Rust pokręcił głową. – Wiesz, co powiedziała, zanim mnie zostawiła ze swoim tatusiem? Że obaj nie mamy lepszych zajęć niż niszczenie jej życia! Wspaniale – zaśmiał się – wspaniale wypadłem przed ojcem uczennicy, ja – postukał się w pierś z rosnącym gniewam – jej niszczę życie. Jak tak dalej pójdzie, to jutro znów mnie do siebie wezwie Rokosz, albo nie, mam lepszy pomysł, naślą na mnie kuratora i zamkną za znęcanie się nad nieletnimi. Rust Damp, notorycznie nieprzestrzegający praw ucznia pedo…
- Ach. I dlatego masz kaca – zrozumiał Fabian ze współczuciem.
- JA ANI TROCHĘ N... – wybuchnął Damp z furią i nie dokończył, bo na twarzy rozpłaszczyła mu się zwinięta w rulon, mugolska gazeta o Dzikim Zachodzie, z listą hitów country, spisem stylowych ostróg i kolorowym kadrem z najnowszego amerykańskiego westernu.



wtorek, południe
- W tym roku jeszcze nikt nie przyszedł do mnie tylko dlatego, że... - zaczęła Triss, z zatroskaniem spoglądając w górę, na potwornie zmęczoną, bladą twarz Dampa, któremu dojście do Skrzydła Szpitalnego zajęło trzy razy więcej czasu niż powinno.
- Ja nie mam - wymówił nisko, próbując nie wpadać w złość - kaca.
- Drżenie mięśni, kłopoty z równowagą, nieprzytomny wzrok i nadwrażliwość na bodźce, spowolniona reakcja, zmęczenie - wymieniła, opierając pulchne palce na białym, świeżo wypranym kitlu, jeszcze pachnącym proszkiem. - Wątpię, kochasiu, żebyś był pod wpływem halucynogenów, więc śmiem twierdzić, że wczoraj trochę przesadziłeś. No, już, co za wzrok, nikomu nie będę przecież donosić...
- Ale ja nie piłem. - Damp zabrzmiał tak żałośnie, że prawie sam się sobą dobił.
- Dobrze - Triss pokiwała głową. - Tak.
- Kiedy Triss, kochana - jęknął, widząc jej minę, gdy obróciła się bokiem i zaczęła szperać w szafkach, jakby bardzo nie chciała okazywać mu tego, że ewidentnie nie wierzy w, powtórzoną dzisiaj po raz dziesiąty, deklarację Rusta dotyczącą niespożywania alkoholu. - Mówię poważnie...
- Mhm, wiem, wiem - potwierdziła żywo, nadal bardzo zajęta - oczywiście.
- Proszę przestać - zaapelował bezsilnie, zanim usiadł ciężko na skraju jednej z prycz. - Ja wczoraj wieczorem w ogóle...
- ...takich dwóch do mnie zawitało po zadaniu, mieli paskudne rany, całkiem sporo obrażeń w tym turnieju - zaczęła Triss rzeczowo, zbywając wyjaśnienia Dampa. Rust tak się oburzył, że przestał na moment oddychać i znów zrobiło mu się słabo.
- Dziękuję - wykrztusił, gdy pielęgniarka podała mu jakiś niebieskawy roztwór i szklankę wody dla zabicia smaku.
- Damp. Przestań się oszukiwać. To wczoraj to nie był żaden napój.
- To był Gatorade w smaku Lemon Ice - nie zgodził się Rust. - Zamówiłem go! Zamówiłem specjalnie! Odebrałem sam od Rośc... Ooo. OOOoooooo.
- Właśnie, ooo - Dźwiedź brzmiał, jakby spowolnione myślenie Dampa frustrowało go jeszcze bardziej niż fantazje na temat trzech kobiet jednocześnie.
- Kurrwa, Jeziorny. Jak w tym było jakieś... - Rust spojrzał na swoją dłoń i odsunął trochę dalej od oczu. - Jakieś LSD...

Całe szczęście, że środek od Triss był piekielnie mocny i, poza tym, że prawie wypalał oczy, działał chyba na wszystkie dolegliwości związane z szeroko pojętym zatruciem organizmu. Damp już po trzydziestu minutach stwierdził, że mu przeszło. Podniósł się (pielęgniarka zmusiła go wcześniej do położenia się na jednym z łóżek) i przesunął wzrokiem po jasnej sali. Gdzieś pod ścianą jedna z prycz była zajęta przez nieznanego Rustowi mężczyznę. Siatkarz wstał ostrożnie i z ulgą poczuł, że wszystko wróciło do normy. Miał nadzieję, że nie dosięgną go żadne konsekwencje, bo, szczerze mówiąc, nie wiedział, ile osób minął, wyglądając na wpół martwego. W sumie pamiętał, że była Matejko. Matejko, której, wbrew sobie, powiedział, że ma na siebie uważać. Co za wstyd.
Facet, na którego Damp patrzył, przejawiał niesamowitą zdolność snu beztlenowego - całą twarz miał dosłownie wciśniętą w poduszkę, a że leżał na brzuchu, to wyglądał, nie owijając w bawełnę, dość niekoniecznie na zdrowego i w pełni sił. Czarne włosy przypominały nastroszone futro rosomaka. Rust, nie myśląc, szturchnął obcego palcem w kręgosłup.
- Co ty wyprawiasz?!
- Moja wrodzona życzliwość i empatia nakazują mi sprawdzić, czy to trup, czy jeszcze nie - wyjaśnił Damp uprzejmie. - Bo taki na przykład Jeziorny, to już trup. Jeśli wiesz, co mam na myśli.
- Nie reaguje! - zawołał przez całą długość sali. - Triss!
- Cóż znowu? - zaniepokoiła się, podbiegając i stukając chodakami.
- Nie zareagował na moje... - Dampowi nagle zrobiło się głupio. - Na moje...
- Dziagnięcie.
- ...dziagnięcie.
- Kurwa, spłoń.
Dźwiedź zaśmiał się z niego tak perfidnie, że bardziej się chyba nie dało.
- Co proszę? - Triss uniosła brwi.
- Nic, pójdę już. - Rust stwierdził, że nienawidzi być nieogarnięty. Miał tak przykrą minę, że kobieta chyba poczuła się w obowiązku okazać mu nieco matczynej troski. Aż rozdziawił usta, gdy Triss poklepała go po klatce piersiowej (po nieudanym sięgnięciu w stronę ramienia) i objęła na moment, krótko i mocno. Miał ochotę zapaść się pod ziemię. Po raz pierwszy (a może i nie) w tej nienormalnej szkole, Damp nie zdołał stłumić emocji i strzelił buraka, zupełnie bezradny. Potraktowała go jak dziecko, jakby wcale nie miał tych dwudziestu kilku lat, tylko naście.
- Zabraniam ci przychodzić w takim stanie - pogroziła.
- Triss - rzucił donośnie na odchodnym - przyrzekam, że nie zobaczysz mnie tu przez najbliższy miesiąc! Obiecuję!



niecałe 24 godziny później
- Triss - wycedził wolno, tłumiąc fale nieziemskiej agresji - uczniowie chcieli zabić mnie drzwiami.
Ledwo co został wepchnięty przez Bię i Tkaczuka do Skrzydła Szpitalnego. Z jakiegoś powodu oberwanie litym drewnem w czoło, zostanie przyciśniętym do ściany, osunięcie się po niej na podłogę i pozwolenie, by wyrwane z zawiasów drzwi wolno i majestatycznie przechyliły się i upadły, z klamką na wysokości krocza, wybitnie się Dampowi udało.
- Od razu zabić - mruknął Artur nerwowo.
Rust zamachnął się w jego kierunku, prawie warcząc, rozwścieczony do granic możliwości, ale (dzięki fali uderzeniowej po wybuchu, który młody wywołał) okazało się, że nie jest w stanie Tkaczuka trafić. Nie poszło mu i tylko się zatoczył. Wiedział doskonale, że gówniarz jest zdenerwowany całą sytuacją, ale nie miał wątpliwości, że również, w pewnej mierze, rozbawiony. Tyle wystarczyło, by doprowadzić roztrzęsionego Dampa do pasji.
Po prostu szedł korytarzem. Po prostu oberwał drzwiami. Po prostu eksplozja w samym środku szkoły, nic takiego.
- Dziękujemy Arturowi Tkaczukowi za chwalebną chęć nauczenia się sztuki przyrządzania eliksirów! Zajebiście mu idzie! - złorzeczył bezsilnie, po raz kolejny leżąc na zaścielonym łóżku, pod czujnym okiem zafrasowanej Triss. -Wspaniale! Dobrze, że Shin nadal ma twarz!
Mistrz Eliksirów chyba czuł, w jakim stanie Rust dochodzi do siebie (czy raczej czeka, kiedy będzie mógł kogoś zabić, nie czując się przy tym jak po ciosie w głowę obuchem), bo cichaczem zakradł się do wyjścia, gdy tylko Triss poszła po coś, prosząc wszystkich o ciszę i (tu już spojrzała wyłącznie na Dampa) brak nowych obrażeń.
- Ej, Tkaczuk! Zrób większą eksplozję, TAK, JESZCZE WIĘKSZĄ, ZACZNIJ GOTOWAĆ W PIEPRZONYCH LOCHACH, TO MOŻE CI SIĘ UDA ZBURZYĆ CAŁY ZAMEK! - rozdarł się Damp, zanim opadł na poduszki.
Artur napiął łopatki, sztywniejąc, po czym wymaszerował z sali jakby połknął kij.
- Oni gotują w lochach.
- Och, zamknij się!



środa popołudnie późne
- JAK TO KURATOR OŚWIATY?!
- Chciałeś, to masz.
- I jesteś pewna w zupełności - rzekł wolno, panując nad pieniącą się wewnątrz umysłu lawą nienawiści i furii. Patrzył przy tym z udawanym spokojem w zielone oczy Hermenegildy Karcz.
- Na to wygląda. Tak - potwierdziła dziwnie. Damp zmrużył powieki, wyczuwając dystans, który próbowała zachować podczas rozmowy. Za chwilę miał rozpocząć zajęcia z siatkówki i bardzo nie chciał skazywać się na męczące myśli i dociekania przez całe półtora godziny, tylko dlatego, że Ruda nie była z nim szczera.
- Stało się coś? - spytał poważnie. Nie musiał, przynajmniej do tej pory, grać innej osoby podczas spotkań z tą kobietą. Przez to stawała się o wiele cenniejsza niż, na przykład, Yeneva, którą już rozpisał sobie w głowie i zaplanował wykorzystać przy sposobności.
- Nie, skąd - parsknęła. Uśmiechnęła się lekko, przerażając Dampa sztucznością, mniej wyćwiczoną niż jego własna, po czym pożegnała się zwięźle i ruszyła w stronę wyjścia na błonia. - Wiesz, ci Bułgarzy - rzuciła, nie obracając się - są podobno bardzo namiętni.
Rust długo jeszcze gapił się na zamknięte drzwi, za którymi zniknęła, i, przesuwając językiem po zębach, bezsilnie próbował opanować burzę emocji.
Tkaczuk spóźnił się. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że był już tu - na piętrze, na tym konkretnym korytarzu, pół godziny wcześniej. Damp widział go i choć zdziwił się tak wczesnym przyjściem chłopaka, zaaferowany Rudą naiwnie uznał, że młody po prostu nie chce tym razem wpierniczyć się w połowę zajęć (czego dokonał w poprzednią środę, subtelnie niczym radziecki bombowiec taktyczny, próbując na tajniaka przemknąć tyłem i wpadając w skrzynkę z metalowymi elementami sprzętu, po tym, jak wyrżnął w ławkę piszczelem). Może nawet liczył, że Artur polubił siatkówkę? Nie, zdecydowanie nie. Wcale mu na tym nie zależało, zresztą uczenie tych smarkaczy gry mijało się z celem. W każdym razie Artur spóźnił się, a Damp, podejrzliwy i nadal pamiętający sklątki w składziku, najzwyczajniej w świecie go dojechał - Tkaczuk zakładał siatkę, dostawał wszystkie piłki na skrzydło, był jedyna osobą, w którą Rust celował zagrywką ofensywną z wyskoku, niespecjalnie dbając, by zwalniać piłkę poniżej stu kilometrów na godzinę i tak dalej. I Damp był zszokowany, bo okazało się, że Artur jednak gra. A Rości rozgrywa. Całkiem nieźle się rozumieli, Tkaczuk wbił nawet kilka gwoździ i, jak nie on, zaangażował się w obronie. Tylko wyćwiczona, bezbarwna mina Dampa pozwoliła mu nie zdradzić się przed gówniarzami z irracjonalnego poczucia dumy i nieuzasadnionej, krótkotrwałej radości. Oczywiście Dźwiedź wyśmiał go w myślach.
- Ej, Mistrzu - zagadnął Rust pod sam koniec, gdy po zmianie ustawienia spotkał się z Tkaczukiem w pierwszej linii. - Jak skończysz set atakiem, nie każę ci zdejmować siatki - zaoferował złośliwie. Artur obrzucił go takim spojrzeniem, jakim, nie przymierzając, młody Skywalker obdarzył Lorda Vadera, zanim się okazało, że po pierwsze ssie w walce na miecze świetlne, a po drugie walczy z własnym tatkiem. I, oczywiście, jak można się było tego spodziewać, Damp wcale nie zmotywował go i nie wywołał sportowego zacięcia (choć chciał), tylko sprawił, że przeciwna drużyna ledwo uszła z życiem, gdy Tkaczuk-Siatkarz, po idealnie wystawionej przed Jeziornego piłce, jakimś cudem nadepnął sobie na czubek buta, wykonując nabieg, po czym wyraźnie zdziwił się niemożnością wzniesienia w powietrze, zachwiał, znokautował łokciem własnego rozgrywającego (Jeziornemu aż krew poszła z nosa), nie trafił w drugie tempo i wpadł w siatkę, a pozostali, chcąc ratować spieprzoną przez niego piłkę, poprzewracali się jeden o drugiego.



Czwartek rano
Szkoła trzęsła się w posadach. Damp nie wiedział właściwie, kiedy to się zaczęło. Wiedział, że obudził się rano, po majakach pełnych zmysłowo tańczącej Rudej, Yenevy śpiącej pod bułgarską flagą oraz skąpo odzianej Katarzyny Tkaczuk, która kończyła wszystkie ataki i grała w przeciwnej drużynie. I to by było na tyle.
Najpierw Rust przeraził się, nie widząc nikogo w pokoju nauczycielskim. Usłyszał hałas, głośne wrzaski, pełne strachu i zdziwienia, rozdzierające. Seria strzałów jak z armaty. Zbita szyba?! Damp zamarł, po ścianach i piętrach niosły się, z tępym, ogłuszającym dudnieniem, kroki uciekających tłumów. Nie wiedział, co powinien zrobić. Sam zaczynał panikować. To było niedopuszczalne! Zdecydowanie, musiał podjąć racjonalne działanie, nie zważając na oczywisty armagedon!
Co jest najważniejsze? Kobiety. NIE! Uczniowie.
- Dźwiedziu, co się dzieje?!
- Nie mam pojęcia! Na główną salę, szybko! - zakomenderował patron. Rust puścił się biegiem. Gdy mknął korytarzami, wsłuchując się w coraz głośniejsze wrzaski, huki i piski, pomyślał, że może warto by było zaprowadzić spokój. Z tego względu odetchnął kilka razy głęboko, zawiązał mocniej hawajki, włożone rano w pośpiechu, sięgnął po różdżkę i całym opanowaniem, na jakie było go stać, ruszył w dół schodów na parter...
...by w sekundę poślizgnąć się na, pokrytych w całości nieziemsko śliskim materiałem, stopniach, cudem przeżyć bombardowanie spadającymi ze ścian obrazami i na czworakach wylądować niemal piętro niżej, wśród biegających w panice uczniów i dorosłych. Gdzieś u góry brakowało kawałka sufitu, bo ktoś w strzelił w niego zaklęciem, chcąc obronić się przed zgrają biegających po szkole gargulców. Damp wpadał na uczniów, wykrzykiwał pytania, na które nikt nie odpowiadał, łowił wzrokiem znajome twarze i modlił się, by ta krew na niektórych obliczach tylko wyglądała tak źle. Tak zresztą było, ale nie miał czasu się nad tym zastanawiać. Piętro drżało w całości. Gdy Rust dotarł na salę, z sąsiedniego korytarza buchnęło czarnym, smolistym dymem, nad sufitem rozlał się duszący opar a z sali numer dziewięć wypełzło kilka sklątek, już strzelających iskrami, latających po szkole i zostawiających wszędzie wypalone ślady.
- Ruda! - zawołał bezradnie, nie mogąc dostać się do środka głównej sali (w której dzieciaki uciekały przed latającą zastawą, wściekłymi sowami pocztowymi i upierdliwymi chochlikami, które łączyły się w grupy i podnosiły w górę meble, huśtały żyrandolami i gnębiły ofiary ciskanymi weń garściami porwanego ze stołów jedzenia). Damp nie mógł interweniować. Próbował, ale nie miał nawet pojęcia, od czego zacząć. I koniecznie chciał znaleźć Rudą.
- Bezpieczni? Bezpieczni?! Idę, uważaj! - zawołał Dźwiedź, po czym opuścił umysł Rusta, pozostawiając w nim nienaturalną ciszę.
- CZEGO CIĘ UCZYŁAM CAŁE DWA DNI?!
- NIE WIEM! POMOCY!
- UŻYJ RÓŻDŻKI, IDIOTKO, OD CZEGO JĄ MASZ?!
Damp był tak poobijany, że gdy wypadł na błonia i starł ze skroni krew, pomyślał, że gorzej już być nie może. Pozrywane sznury z namiotów przyjezdnych walały się po ziemi, wiatr porwał łopoczące płachty materiału. Biegali wszyscy, nauczyciele, reprezentanci i cała reszta, dziewczyny i chłopcy wszystkich narodowości w samej bieliźnie, wyrwani ze snu. Przez sam środek błoni przegalopowało stado kroworożców, akurat w chwili, gdy Damp wypatrzył Rudą, wraz z Termopilskim, w samych bokserkach próbującym złapać oszalałe zwierzęta. Fabian biegał za nimi z lassem, Hermenegilda wykrzykiwała polecenia i machała różdżką, strzelając urokami. Rust dołączył do nich, z daleka trafiając kilka zwierząt unieruchamiającymi zaklęciami. Ściągnął na siebie uwagę największego kroworożca i udałoby mu się zapewne opanować sytuację, gdyby biegnące dziecko nie pozbawiło go różdżki, przypadkiem wytrącając ją Dampowi z rąk. W ostatniej sekundzie zgarnął gówniarza ramieniem i uskoczył przed szarżującym zwierzęciem. Zaklął najgorzej, jak się dało, podnosząc się na rękach, kilkanaście centymetrów nad Mścigniewą Wiśniowiecką, którą, podczas ratowania, przygniótł do ziemi.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Alrune
Posty: 106
Rejestracja: 29 czerwca 2013, 13:02

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Alrune » 05 kwietnia 2014, 22:58

22 października, poniedziałek, gdzieś koło południa

Bia szła szkolnym korytarzem zadowolona, że w końcu nauczyła się chociaż podstawowych zaklęć ze zwoju przesłanego przez ciotkę Asyntię. Zdawała sobie sprawę, że nie są one łatwe i wielu czarodziejów nie ma pojęcia o ich istnieniu. Taka zapomniana magia, tak stara, jak stary jest świat.
- Hej ty, głupia Mongołko. – Usłyszała gdzieś za sobą. Powoli odwróciła się aby ujrzeć stojącą kilka metrów przed nią Walentynę z uniesioną różdżką. – Tak do ciebie mówię, ty skośny ryżu. Myślisz, że ci to ujdzie płazem. Łapy precz, żółtku. – Bia stałą zszokowana. Raz, że takich obelg nikt nie rzucał nigdy w jej stronę, bo nie miał powodu. Dwa – Wal i różdżka? Chyba tylko, żeby zmienić kolor włosów.
- Do mnie mówisz? – zapytała przyjaźnie. – O co chodzi?
- Ja ci zaraz pokażę, że nie wolno mi zabierać moich rzeczy.
- O czym ty mówisz? Przecież to Wiśnia wygrała z tobą różdżkę. Nic ci nie zabrałam. Uspokój się. – podeszła bliżej. – Wszystko w porządku, czy może po wypadku z wilkołakiem jednak coś jest nie dobrze z twoją głową?
- Oż, ja ci. – uniosła różdżkę, chcąc zaatakować. - Wingardium Leviosa. – Bia uskoczyła w bok, ale to nie uchroniło jej torby, którą teraz Walentyna kontrolowała i odesłała w bok. Wyciągnęła swoją różdżkę. – Dobrze robisz wyciągając swoją różdżkę Żółtku jeden. – Walentyna ponownie unosiła swoją różdżkę, żeby rzucić czar, ale tym razem Bia była szybsza.
- Tarantallegra. – wycelowała i rzuciła czar. W ułamku sekundy Walentyna zaczęła dziwnie poruszać nogami, jakby była pijana i chciała tańczyć każdą nogą inny taniec.
- Furnunculus! – Bia poczuła, że piecze ją policzek. Dotknęła go delikatnie dłonią. Miała na nim jakiś bąbel. – Już nie wyglądasz tak dobrze, jak uważasz ty ryża chabeto. – Bia zastanawiała się skąd Walentyna bierze te swoje idiotyczne obelgi. – Ja jeszcze nie skończyłam. Densaugeo. – W ostatnim momencie Bia uskoczyła przed czarem Wal. Zastanawiała się skąd ta różowa idiotka zna w ogóle jakieś zaklęcia. Dopiero po chwili Bia zorientowała się, że większość z nich wpływa w jakiś sposób na wygląd osoby.
- Protego. – Bia stanęła przed Wal, która raz za razem próbowała ponownie rzucić to samo zaklęcie.
- Ja ci zaraz pokaże, że… – Nie zdążyła jednak powiedzieć do końca swojej kwestii, gdyż Bia przetransmutowała ją w różowego flaminga. Nie było to trudne, zważywszy na to, że miała już dawno opanowany materiał wymagany w szkole aż do egzaminów końcowych plus uczyła się innych dodatkowych zaklęć. Nie musiała też wypowiadać formułek, ale z przyzwyczajenia starała się ich używać. Teraz jednak zadziałała instynktownie.
- I nawzajem Walentyno. – powiedziała kierując swoje kroki do Skrzydła Szpitalnego. Różowy flaming pobiegł przed siebie trzepocząc przerażony skrzydłami.

22 października, poniedziałek, późne popołudnie

Triss szybko wyleczyła czyraki na twarzy Bii, że nie został po nich nawet najmniejszy ślad. Teraz siedziała w swoim pokoju i oglądała sztylet. Lubiła jego gładkość. Przesunęła palcami po ostrzu, jakby czule gładziła je. Czuła ciepło pulsujące z niego i już wiedziała co je powoduje. Zaśmiała się cicho pod nosem. Była sama w pokoju i w sumie to ją cieszyło. A gdyby tak zacząć go nosić ciągle przy sobie? Przecież to nie jest sprzeczne z regulaminem. Włożyła szybko sztylet do pochwy i przymocowała go do pasa, jednocześnie zasłaniając go marynarką mundurka. Poprawiła jeszcze kokardkę przy koszuli, przeczesała palcami włosy. Wyszła przejść się po szkole.
Wyszła na korytarz i ujrzała przezabawną scenkę. Różowy flaming, zapewne biedna Walentynka nie znalazła nikogo kto by ją odczarował, biegł za Arturem, który raz za razem odwracał się i ciskał jakąś klątwą, ale widocznie wraz ze zdobyciem ptasiego mózgu Vicky zyskała coś więcej niż miała i udawało jej się uniknąć wszystkich zaklęć. Może to był mózg? Bia zaśmiała się. Nie sądziła nigdy, że czyjaś krzywda, a tym bardziej osoby, która ją zaatakowała, wywoła u niej stan lekkiej euforii.
- Hej Artur! – krzyknęła. – Spróbuj ją spowolnić, albo zmienić w szklankę. Możesz ją później stłuc. – Walentyna usłyszawszy Bię, rzuciła się na nią, wściekle trzaskając skrzydłami, jak nie przymierzając indyk, który zobaczył czerwone wdzianko. W tym samym momencie na korytarzu pojawił się, nie wiadomo skąd i kiedy, Damp. – Mobilicorpus. – powiedziała, wskazując na ptaka.
- Co tu się dzieje? – zapytał idąc do Bii, Artur gdzieś się ulotnił. Zresztą jak zawsze. – Shin, co tu robi ten ptak?
- Lewituje, profesorze Damp. – odpowiedziała grzecznie. W tym samym momencie Wal – flaming zaczęła wydawać z siebie dziwne dźwięki, jakby chciała zwrócić na siebie uwagę Dampa. Z wyrazu jej twarzy, a raczej ptasiego dzioba, można było wywnioskować, że bardzo cierpi.
- Widzę, że lewituje – prawie wysyczał przez zęby, jakby chciał dać do zrozumienia, że nie ma najmniejszej ochoty na jakiekolwiek żarty. Nabrał powietrza, widać było, że stara się nad sobą panować. – Zadam ci dwa pytania Shin. – Bia kiwnęła głową na zgodę. – Czy wiesz skąd się ten ptak tu wziął? – Kiwnęła głową. – Skąd? – zapytał bliski pasji.
- To Walentyna Matejko. Nie wiem skąd się dokładnie wzięła w szkole, ale wiem dlaczego jest teraz flamingiem. – wyjaśniła, uśmiechając się.
- Ma… Matejko?! – Bia nie mogła się zorientować czy Damp wściekły, czy też się cieszy. – Kto? Jak?
- Zaatakowała mnie. – Flaming zaczął głośno wyrażać swoje zdanie. – Ja się tylko broniłam. Pani Triss może potwierdzić, że później byłam u niej, żeby usunęła mi bąble zrobione przez tą idio… znaczy przez Walentynę.
- Ale flaming Shin? – zapytał z nutka zawodu w głosie. – Nie mogłaś zmienić jej na przykład w kamień? – Spojrzała na niego zdziwiona, jakby zobaczyła Marsjanina. – Ech, trzeba ją odczarować. – Bia machnęła różdżką, ściągając swoje zaklęcie. Po chwili flaming ponownie się na nią rzucił.
- Drętwota. – powiedziała spokojnie. – Przepraszam panie profesorze, ale to było konieczne. Zadziobałaby mnie na śmierć.
- Idź już lepiej stąd. – Bia odeszła kawałek. – I Bia – Odwróciła się powoli. – następnym razem, jak będziesz chodziła ze sztyletem po szkole lepiej go schowaj, bo wystaje ci z pod marynarki.

24 październik, środa, rano przed rozpoczęciem zajęć

Bia znów siedziała w Skrzydle Szpitalnym. W duchu przeklinała Artura i jego piromańskie zapędy. Miała tego powoli serdecznie dość. Triss sunęła różdżką po jej twarzy i ramionach, mrucząc pod nosem formułki. Bia miała ochotę zabić Tkaczuka. Raz za to, że przez tyle godzin nie nauczył się żadnego przepisu na eliksir, a dwa, że nie potrafił chyba nawet odczytać przepisu. Czy on myślał, że dwie krople to, to samo co pół butelki? Dla uspokojenia w myślach powtarzała sobie wszystkie znane jej śmiercionośne, ewentualnie bolesne, klątwy. Jak jeszcze raz wybuchnie mu ten jego zasrany kociołek, to przysięgam, że poświęcę się walnę w niego Cruciatusem. Albo od razu Avadą.
- Skończone kochanieńka. – Usłyszała głos pielęgniarki. – Lepiej uważaj na siebie. Coś za często trafiasz tu do mnie w tym tygodniu, a to dopiero środa.
- Dziękuję pani, pani Triss. – uśmiechnęła się słodko. – Postaram się nie trafić już tu w tym miesiącu.

25 październik, czwartek, rano

Obudził ją jakiś huk. Szybko zerwała się z łóżka, łapiąc przy tym różdżkę w jedną dłoń, zaś sztylet w drugą. Wyszła na korytarz. Uczniowie biegali jak oszalali a za nimi latały chochliki i inne stworki. Bia zauważyła w oddali Walentynę biegnącą za chochlikiem, który trzymał jej różdżkę i skrzeczał „Hopsaj prosiaku! Biegnij spaślaku! Ruchy grubasie!”, co bardzo rozwścieczało Matejko. Rzucała w malca wszystkimi obelgami, jakie jej przychodziły do głowy. Biegłą za nim czymś, co zapewne miało być jej piżamą, a wyglądało na kawałek różowego, prześwitującego materiału. Chybia tiulu, albo innej tkaniny. Bia rozejrzała się i powoli, zawiązując pasek od szlafroka szła w kierunku, z którego uciekali uczniowie, to jest od sali wejściowej i jadalni. Schodziła właśnie po schodach, kiedy poczuła, że te zaczynają się trząść. Po ułamku sekundy zaczęła spadać. Zamknęła oczy, gotowa na wszystko, bolesny upadek, poważne rany, nawet na śmierć, ale te nie nastąpiły. Poczuła natomiast, jak ktoś ją chwyta i unosi do góry, osłaniając przy tym.
- Nic panience nie jest, panienko Bia? – zapytał Iwan. – Ja być i panienki pilnować dzień i noc. Dobrze, że dzisiaj mialem przeczucia. Ja widzieć, że panienka mnie potrzebuje.
- Dziękuję Iwanie. – powiedziała cicho, kiedy stawiał ją na ziemi. – Co tu się dzieje? Dlaczego?
- Jakiś trzech przylazło z rana i tu te – wskazał na zwierzęta – wpuściło. Później rzucali zaklęcia. – Bia zmarszczyła brwi. – Ja szkoły nie ratuje. Moim zadaniem jest ratować panienka Bia, więc ratuje. – Bia uśmiechnęła się do Rosjanina. Był dobrym człowiekiem, mimo swojego wyglądu i kilku tysięcy niewinnych, a czasami winnych, ofiar na koncie.
- Lepiej chodźmy stąd i pomóżmy innym. – powiedziała zdecydowanie. Wyszli wspólnie na błonia. Po chwili zobaczyła, że jakieś stworki i inne ciężkie przedmioty lecą w kierunku Dampa, a Damp bohatersko zasłania swoim ciałem Wiśnię. Kilka odłamków, chyba drzewa, dość mocno uderzył belfra w plecy i głowę. – Locomotor. – krzyknęła, kierując różdżkę na duży kamień spadający na profesora i Wiśniowiecką. – Panie profesorze. – podbiegła do nich. – Wiśnia.
- Shin. Cholera jasna. – zaklął, próbując wstać. – Co ty tu…
- Proszę się nie ruszać. Ma pan obite plecy i widzę, że pan krwawi. – powiedziała szybko. – Nic ci nie jest Wiśnia? -
- W porządku, tylko pan profesor – wymówiła, a raczej prawie przeliterowała dwa ostatnie słowa – mnie przygniótł i ciężko mi oddychać. – Damp powoli zszedł z Wiśni i usiadł obok, chowając głowę między kolanami, jakby miał zamiar zaraz zwymiotować.
- Co tu się dzieje? – zapytał po chwili.
- Trzech jakiś typów tu się kręcilo z rana i oni to zrobili. – odpowiedział Iwan spokojnie, rozglądając się dokoła, jakby sprawdzał czy nic nie grozi Bii. – Ty musisz oparzeć to, bo twoja glowa źle wyglądać. Pomóc ci dojść do lekarza? – zapytał Dampa, który ku wielkiemu zdumieniu przyjął zaproponowaną pomoc, opierając się o dwumetrowego Ruska. – Szpitala nie atakowali, jest caly.
- Lepiej ruszajcie, a ja i Wiśnia poszukamy innych i pomożemy tutaj. – Wiśnia na zgodę kiwnęła głową. Damp ruszył wspólnie z Iwanem do Skrzydła Szpitalnego. – Wiesz co tu się dzieje?
- Za cholerę nie wiem co i dlaczego. – powiedziała spokojnie, kiedy we dwie szły przez korytarz, rozglądając się za innymi rannymi osobami, albo walczącymi. – Ale ja im pokażę i rozwalę ich wszystkich za zepsucie mi dnia.

Awatar użytkownika
Kandara
Posty: 238
Rejestracja: 25 lipca 2012, 00:51

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Kandara » 05 kwietnia 2014, 23:20

Jaki znowu sufit? Na błoniach? A może to niebo spadło im na głowę.
(przepraszam, musiałam)
Obrazek Księżycowa weno, działaj!

Awatar użytkownika
A. Mo'zart
Posty: 162
Rejestracja: 05 lipca 2012, 22:07
Lokalizacja: Dom
Kontaktowanie:

Re: Nasze czarowanie

Post autor: A. Mo'zart » 07 kwietnia 2014, 01:39

Sobota, 27 października. Tak wcześnie rano, że aż nieprzyzwoite.

Naprawienie szkód w szkole zajęło kadrze nauczycielskiej i pracownikom ministerstwa cały piątek, wiec odwołano zajęcia, dzięki czemu czemu miała dość czasu by poćwiczyć z Wiśnią, która chyba poważnie wzięła sobie do serca próby przekazania jej swojej wiedzy. Nigdy wcześniej nie przypuszczała, że te umiejętności mogą jej się do czegoś przydać i chociaż potrafiła zrobić cuda z czyjąś urodą i największą poczwarę przerobić na śliczną księżniczkę, nieco zaniedbała pozostałe dziedziny, czym pozbawiła swoją drużynę punktów, a sama o mało co nie przypłaciła tego życiem. Zresztą miała tez inny powód, by się podszkolić.
Grupka dziewczyn przeszła pustym korytarzem do łazienki. O tej godzinie prawie wszyscy spali, dzięki czemu nie obawiała się przypadkowych obserwatorów. Jeszcze za drzwiami słyszały fałszującą Bię, która najwyraźniej pomimo braku talentu lubiła sobie pośpiewać pod prysznicem. To był najlepszy moment do ataku. Chociaż prawie nie rozstawała się z różdżką, myjąc się musiała chociaż na chwilę odłożyć ją na bok. Skinęła głową na Anię, która niepostrzeżenie wśliznęła się do środka. Już dawno doceniła umiejętność tej dziewczyny, która potrafiła wmieszać się nawet w jednoosobowy tłum. Po chwili wyczołgała się z kabiny z różdżką azjatki w ręku. Walentyna uśmiechnęła się. Nadszedł czas zemsty.
Bia nie od razu zorientowała się, że ktoś stanął w drzwiach i odwróciła się dopiero kiedy drobne, delikatne zaklęcie przeleciało obok jej głowy.
- Barbie, pojebało cię? Wynoś się stąd. - z przerażeniem odkryła, że różdżka nie znajduje się na miejscu - Co się...
Nie dokończyła, kiedy zaklęcie rzucone przez jedną z dziewczyn ścięło ją z nóg. Nie zdążyła się podnieść, kiedy dwa kolejne unieruchomiły ją i uniosły w powietrze.
- Wysługujesz się dziećmi? Sama nic nie potrafisz?
- Och zamknij się.
Wiedząc jak łatwo wyprowadzić Walentynę z równowagi, Gabrysia rzuciła na Bię zaklęcie uciszające. Teraz z jej ust wydobywało się jedynie niezrozumiałe pomrukiwanie. Weronika i Beata powoli wyciągnęły bezwładne, lewitujące ciało dziewczyny spod prysznica, przenosząc je w stronę toalet. Julia, wyraźnie podekscytowana, uniosła wieko muszli. Bia zamknęła oczy wiedząc, co ją czeka. Pierwszy strumień wody omal jej nie utopił. Dopiero przy drugim wstrzymała oddech, by woda nie dostałą się do płuc. Przy dziesiątym przestała liczyć. Dopiero po kilkunastu minutach rzuciły nią o podłogę łazienki. Walentyna pochyliła się nad nią.
- Panna idealna już nie taka idealna? A to jeszcze nie koniec.
Vicky przyłożyła różdżkę do głowy swojej ofiary i wypowiedziała zaklęcie. Bia zamknęła oczy spodziewając się najgorszego. Nie przypuszczała, by Wal potrafiła zabić, ale już niejedno ją dzisiaj zaskoczyło. Otworzyła je dopiero po chwili, nie czując na sobie żadnych efektów zaklęcia. Dopiero kiedy zobaczyła rozrzucone po podłodze włosy zrozumiała, co się stało. Była łysa.
- Zapomnij o skrzydle szpitalnym. Moja mama wymyśliła to zaklęcie. Nikt go nie zna i nikt nie wie, jak je odwrócić. Ale same odrosną. Kiedyś. Och - dostrzegła łzy w oczach Bii - dziewczynka się popłakała. Wepchnijcie ją gdzieś w kąt. Niech sobie poleży. Dajcie mi jej różdżkę.
Dziewczynki posłusznie wykonały polecenie. Vicky przez chwilę przyglądała się różdżce Bii po czym przełamała ja na dwie części, kładąc je obok prawowitej właścicielki. Ta zaczęła się wściekle szarpać, lecz zaklęcie rzucone wspólnie przez całą grupę było zbyt silne, by zdołała je przełamać. Nie miała wyjścia. Musiała czekać, aż samo osłabnie lub ktoś ja znajdzie, co mogło potrwać nawet kilka godzin. Jeszcze nigdy nie czuła się tak bezbronna.
- Co teraz robimy?
Dziewczynki otoczyły Walentynę, czekając na dalsze polecenia. Ta uśmiechnęła się. Nadszedł czas na drugą część planu.
- Czekamy.

- Co wy zrobiły z panienka Bia!
Iwan nie panował nad sobą. Wiedziony nadnaturalnym instynktem od razu wyczuł, że córka szefa znalazła się w niebezpieczeństwie i popędził na złamanie karku do damskiej łazienki, wywarzając drzwi, kiedy te nie chciały się przed nim otworzyć. Fakt, że nigdzie jej nie widział, tylko spotęgował jego wściekłość i bezmyślnie rzucił się z pięściami na grupkę przebywających w łazience dziewczyn. Chwycił Weronikę, podnosząc ją wysoko i potrząsając nią niczym szmacianą lalką.
- Gadaj gdzie panienka Bia!
Cisnął dziewczynką o ścianę. Ta wrzasnęła z bólu, chwytając się za rękę, w której trzasnęła jakaś kość. Iwan podniósł dwie kolejne, zbyt przerażone by się bronić.
- POMOCY!
Walentyna pierwsza ocknęła się z szoku wywołanego atakiem Rosjanina. Dołączyły do nich kolejne a Ania, która sobie tylko znanym sposobem zdołała wymknąć się na korytarz, swoimi krzykami zaalarmowała wszystkich, którzy znajdowali się w pobliżu. Chwilę później obezwładniony Iwan wił się po podłodze, nieustannie wołając panienkę Bię i przeklinając każdego do kilkunastu pokoleń wstecz. Dopiero interwencja Termopilskiego zdołała go uspokoić, prawdopodobnie dzięki pomocy jakiegoś potężnego zaklęcia. Profesor Inoue, sprowadzony tam okrzykami uczniów, usunął się w cień. Miał złe przeczucia.


Sobota, około południa

- Kim pan jest do cholery?
Prawdopodobnie jeszcze nikt nigdy nie widział tak rozwścieczonej dyrektor Rokosz. Uderzyła pięścią w biurko z taką mocą, że jej osobisty krasnoludek ze strachu skulił się w sobie i deportował dwie piętra wyżej, lądując na głowie niewinnego ucznia. Iwan spuścił głowę, nie odzywając się, pozostawiając obronę Takeo, który postanowił przyjść z pomocą przyjacielowi.
- Jestem nauczycielem demonologii polskiej.
- Nauczycielem demonologii jest profesor Julienewa.
- Jestem... nowym nauczycielem demonologii.
Wiedział, że z tego nie wybrnie, ale honor nie pozwolił mu opuścić przyjaciela w potrzebie nawet, jeśli miąłby za to drogo zapłacić.
- Profesor Julienewa nie mogła dłużej pełnić swojej funkcji.
Miał nadzieję, że dyrektorka nie zapyta o szczegóły. Wolał jej nie wyjaśniać dlaczego poprzednia nauczycielka musiała zrezygnować. To mogłoby źle wpłynąć na stosunki dyplomatyczne z Japonią.
- Dlaczego ja nic o tym nie wiem? - zwróciła się do Wiśniowieckiego - Panie ministrze, to pana sprawka?
Minister pokręcił głową. Ta sprawa mu się bardzo nie podobała. Im dłużej przebywał w Ślęży, tym więcej rzeczy wymykało mu się spod kontroli. Już teraz musiał stawać na głowie, by ukryć pewne rzeczy przed gośćmi z innych szkół. Po raz pierwszy przyszło mu do głowy, ze turniej mógł być błędem, lecz wycofanie się z niego przyniosłoby obecnie jeszcze więcej szkody niż kontynuowanie i robienie dobrej miny.
- Pan Lewinski, jak rozumiem, jest pana przyjacielem?
- Tak jest.
- Jest, jak zrozumiałam, ochroniarzem panny Shin?
- Zgadza się.
Rokosz przełożyła z miejsca na miejsce kilka pustych kartek papieru. Ten nawyk pomagał jej sie koncentrować.
- Wie pan, panie Inoue co to za miejsce? - zatoczyła ręką szeroki krąg - To jest szkoła. Miejsce, w którym nasze dzieciaczki bezpiecznie mogą zdobywać wiedzę i należyte wykształcenie, by móc w przyszłości dźwigać na swych barkach nasz polski naród. Jakie niebezpieczeństwa mogą grozić naszym podopiecznym pod okiem doskonałej, wyspecjalizowanej kadry nauczycielskiej?
Takeo w ostatniej chwili powstrzymał się by nie wspomnieć o grożącym wszystkim Gloddym. Nie chciał jej denerwować bardziej niż już to zrobił.
- To polecenie jej ojca. My tylko wykonujemy rozkazy. Być może popełniliśmy błąd. Nie znamy dobrze tutejszych obyczajów i prosimy o wybaczenie.
Ukłonił się nisko. Podziałało. Jej twarz zrobiła się jakby bardziej przyjazna.
- Pański szef mógł mnie powiadomić, że obawia się o swoją córkę. Wprawdzie uczniowie powinni umieć sobie radzić sami, ale być może uzyskaliby panowie pozwolenie. Wystarczyło zapytać.
- Jeszcze raz bardzo przepraszam. Drugi raz nie popełnimy tego błędu.
Teraz nawet Iwan delikatnie się uśmiechnął. Zaczął wierzyć, że jego przyjaciel zdoła go z tego wyciągnąć. Niestety, Wiśniowiecki nie dał się tak łatwo kupić.
- Wróćmy może do dzisiejszych wydarzeń.
Takeo zacisnął pięści lecz natychmiast się pohamował. Musiał grać do końca. Minister nie był idiotą i jeśli chcieli się z tego wykręcić, musiał postarać się bardziej.
- Mojego kolegę... trochę poniosło.
- Trochę? Napadł na uczennice.
Wiśniowiecki przejął rozmowę. Zawsze wiedział, że Rokosz była zbyt miękka. Takeo zastanowił się nad odpowiedzią, lecz zanim otworzył usta, Iwan przemówił, niszcząc wszystko co do tej pory zdołali osiągnąć.
- Bo one krzywdziły panienka Bia.
Ku zaskoczeniu Japończyka, minister zachował spokój, wyraźnie artykułując każde słowo.
- Nic nie usprawiedliwia ataku na ucznia. Stworzył pan większe zagrożenie dla tych dziewczynek, niż cokolwiek, przed czym chciałby je pan bronić. Nie możemy tolerować takiego zachowanie bez względu na to, jakie pan miał motywy. Pani dyrektor - Rokosz oderwała się od sterty papierów - chyba zgodzi się pani, że pan Lewinski nie może dłużej przebywać na terenie szkoły. - dyrektorka ochoczo przytaknęła - Co do pana, panie Inoue... na razie pozostanie pan na stanowisku. Będzie pan jednak pod ciągłą obserwacją. Jeden fałszywy ruch i osobiście zapewnię panu deportację z kraju.
Takeo nie odpowiedział. Niby zyskał więcej niż się spodziewał, lecz nie zdołał wybronić Igora, z czego szef z pewnością nie będzie zadowolony. W dodatku nie spodziewał się, by udało mu się długo pozostać w szkole. Znał jednego ucznia, który z pewnością wykorzysta okazję by się go pozbyć.


Sobota, godziny wieczorne. Pora kolacji.

Artur dyskretnie zerkał na Bię, która z zakrytą głową w milczeniu dźgała widelcem w kawałek pieczeni. Słyszał trochę plotek, ale nie wiedział nic więcej, a odnaleziona dopiero po kilku godzinach Bia nie chciała niczego powiedzieć. Resztę dnia spędziła w skrzydle szpitalnym, z którego zapłakana wyszła dopiero kilka minut temu. Niestety, Walentyna miała rację. Nikt z nauczycieli nie znał odpowiedniego przeciw zaklęcia a i sama Vicky przyznała, ze nie ma pojęcia jak odczarować koleżankę. Wprawdzie Bia upierała się, że musi znać i zasugerowała napojenie Walentyny serum prawdy, lecz dyrektorka nie wyraziła na to zgody twierdząc, ze skruszona Walentyna z pewnością mówi prawdę i karząc ją jedynie codziennym, trwającym do końca roku kalendarzowego, dwugodzinnym szlabanem.
Nerwową atmosferą w głównej sali przewała pani dyrektor, podnosząc się nagle z krzesła. Na jej znak do sali wprowadzono Igora. Chrząknęła.
- Drodzy uczniowie i wy, nasi drodzy goście. Z przykrością zawiadamiam, ze w naszej szkole miały miejsce nieprzyjemne wydarzenia. Ten oto mężczyzna, pan Igor Lewinski dopuścił się karygodnego czynu, atakując kilka naszych uczennic. Na szczęście pragnę wszystkich uspokoić, że zdrowiu żadnej z nich nic nie zagraża. Czyn ten jednak, tak podstępny, musi zostać ukarany. Ten człowiek to wróg dzieci i ludu pracującego. Nie obawiajcie się jednak. Ten człowiek już nigdy nie przekroczy bram naszej szkoły. - machnęła ręką, dając znak by go wyprowadzono - Kolejna sprawa, to nauczyciel demonologii polskiej.
Takeo podniósł się niechętnie. Dzisiejsze wydarzenia na zawsze miały plamić jego honor.
- Od dnia dzisiejszego, nauczyciel demonologii pan Inoue pozostaje pod stałą obserwacją kuratora oświaty. Jeżeli któryś z uczniów dowiedziałby się o występkach tego mężczyzny, proszony jest o zgłoszenie się do mojego gabinetu. Tak, panie Tkaczuk?
Artur wstał natychmiast. To była szansa, jaka mogła się więcej nie powtórzyć. Wystarczyło trochę podkoloryzować i mógł pozbyć się znienawidzonego nauczyciela. Otworzył usta, kiedy napotkał smutne spojrzenie Bii. Nie mógł jej tego zrobić. Nie po tym co ich łączyło w ostatnich dniach.
- Ja... chciałem zapytać... czy mogę do toalety.
Sala zatrzęsła się od śmiechu uczniów a Artur, czerwony na twarzy, usiadł na krześle. Poczuł na kolanie dłoń siedzącej obok Azjatki. Spojrzała mu głęboko w oczy, wypowiadając tylko jedno słowo.
- Dziękuję.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1788
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Kruffachi » 07 kwietnia 2014, 19:23

Wtorek rano

Chłopak miał fioletowe oczy.
Fioletowe.
Oczy.
Fioletowe.
Nie fiołkowe, czy jakieś tam inne niebieskie, tylko jebitnie fioletowe.
Mościmordka dostrzegł to nawet wobec faktu, że wszystko za rozbitymi okularami rozpełzało się, zamazywało i zwielokrotniało.
Dostrzegł i zapamiętał.
Bardzo dobrze zapamiętał.
– Do końca korytarzem, a potem w prawo i schodami w dół.
Chciał powiedzieć, że dziękuje, ale stwierdził, że nie panuje nad językiem, więc tylko pokiwał głową. Nad nogami też tak do końca nie panował, ale po kilkunastu chwiejnych krokach opracował całkiem efektywną technikę człapania.

Wtorek popołudniu

– Lepiej się pan czuje?
Miły, kobiecy głos wsączył się przez jego lewe ucho, poruszył jakąś pojedynczą synapsę i wypłynął prawym.
– Mmm…
– Mógłby pan powtórzyć?
– Ktpfff… – Mościmordka odkleił usta od poduszki. – K-ktoś… mnie… dźgnął…
– Ależ nie! Zapewniam pana, kochanieńki, że nie było tak źle.
– …palcem… w… plecy… o… tu… – Wyciągnął rękę, żeby sięgnąć własnego kręgosłupa.
– Już dobrze, dobrze. – Przemiła, niska i raczej większa kobieta pogłaskała go po sterczących włosach z iście matczyną czułością.
A potem jeszcze raz, jakby nie mogła się powstrzymać.
Wcześniej przechwyciła go jakoś w progu pomieszczenia, w którym było czerwono jak – nie przymierzając – w burdelu, zdjęła z rozbitego nosa jeszcze bardziej rozbite okulary, usadziła, opatrzyła i napoiła czymś, po czym cały świat zmienił się w puchate, różowe stworzonko i zwinął w kłębek. Mościmordka przez cały ten czas dryfował sobie obok, obserwując go z bezpiecznego dystansu.
No, bezpiecznego przynajmniej przez większość czasu, póki w okolicy nie pojawiały się dźgające go w kręgosłup palce.
– …pamiętam… dobrze… - perorował dalej słabym, tłumionym przez wściekle czerwoną poduszkę głosem. – …czułem… wzrok… WZROK… a potem… podszedł… i… mnie… dźgnął…
– Pan naprawdę powinien jeszcze spać, proszę to wypić.
– …to… przetrzy… hmpf…
Łyżeczka była niewielka, czerwona jak wszystko tutaj i plastikowa, ale wzięty z zaskoczenia, Tatko nie miał z nią najmniejszych szans.
Przełknął gorzkie lekarstwo wraz z goryczą porażki.
I świat znowu zwinął się w kłębek, pomrukując melodyjki ze starych dobranocek.

Tymczasem pielęgniarka Triss zasiadła za biurkiem, wyjęła z szuflady zwój, umoczyła pióro w kałamarzu i napisała:

Kuna w kurniku. Robię, co mogę, ale nie przetrzymam go przez wieczność. Ostrzeżcie, kogo powinniście.
T.


Nie wiedziała jeszcze wówczas, że ze względu na nadciągające zamieszanie, wiadomość o kuratorze, nim dotrze do Rokosza i spółki, odbędzie pasjonującą, pełną przygód i niekrótką drogę.

środa południe

– Pani Triss, pani mnie źle nie zrozumie, ale naprawdę się niepokoję i powinienem już iść. – Chciał się podnieść, rozejrzeć i ocenić sytuację. W pierwszym przeszkodziło mu wrażenie, że jest plamą upuszczonego na kuchenną podłogę budyniu, a w drugim brak okularów, przez który to wszystko zamazywało się w jednolitą, wściekłą czerwień.
– Pan, panie Władysławie, powinien z kolei zrozumieć, że jeśli pan pójdzie, ja będę niepokoić się o pana – oświadczyła zdecydowanym, acz nadal przyjaznym głosem pielęgniarka. – Niechże więc pan nie marudzi, będzie dużym chłopcem i grzecznie leży, a ja podam panu lekarstwo. Przecież kręci się panu w głowie.
– Ale…
– Kręci się panu, prawda?
– Trochę…
– No właśnie. Zdecydowanie nie powinien pan wstawać. Ja nie wiem, co panu, dorosłemu człowiekowi, przyszło do głowy, żeby próbować wstawać? Na chwilę spuścić z oka! Nie mogę tu cały czas siedzieć! Wie pan, nauczyciele znokautowani wysadzonymi drzwiami…
– …co…?

środa późny wieczór

– Och, obudził się pan?
– A kiedy zasnąłem…? – Mościmordka zamrugał trochę nerwowo. I to była cała nerwowość, jaką zdołał chwilowo wykrzesać z rozespanego, budyniowatego jestestwa, więc zaczęła oddalać się statecznym krokiem.
– To tylko lekarstwo, proszę się nie przejmować. Acz miałam tu niedawno taką dziewczynkę z poparzonymi plecami.
– …co…?
– Oj, ta to była, panie Władysławie! – Triss zaniosła się głośnym, perlistym śmiechem. – Środki i zaklęcia kojące ból wręcz dodawały jej energii, takie dzielne dziecko…
Nerwowość nagle wykonała w tył zwrot.
– Ale: poparzone plecy?! Jak?!
– …taka dzielna Marcelinka.
– KTO?!
– Proszę nie wstawać!
Różowe zwierzątko rzeczywistości nagle rozwinęło się z kłębka, wyciągnęło pazury, pokazało kły i ryknęło z wściekłości.
– Och! Żyje pan?!

nieco później

– No dobrze, zdaje się, że po wszystkim, choć nabił pan sobie sporego guza.
Tatko nie skomentował, siedział zgaszony na brzegu pryczy i patrzył sobie na stopy. Uspokoił się nieco, dopytawszy o nazwisko poparzonej dziewczynki, ale z drugiej strony nie mógł powiedzieć, żeby to, co do tej pory widział i słyszał, napawało go optymizmem. Musiał czym prędzej znaleźć Marcelę i ją stąd zabrać.
Problem w tym, że rzeczone stopy nadal miał dziwnie zdrętwiałe i nie były w stanie utrzymać jego ciężaru nawet teraz, gdy Triss przestała poić go środkiem nasennym.
– To było niepoważne! – wyburczał, z twarzą wykrzywioną najszczerszym oburzeniem.
– Pan wybaczy pomyłkę – bąknęła w odpowiedzi, siedząca obok pielęgniarka. Nerwowo przepierała palcami opartych o uda dłoni. – Wzięłam pana za kogoś innego. Więc jest pan ojcem jednej z dziewczynek?
– Tak. Marcelina Mościmordka.
Triss zamyśliła się na moment i podrapała drugi podbródek.
– Hm, nie, nie było u mnie jeszcze takiej – zawyrokowała wreszcie.
– Chociaż jedna dobra wiadomość – warknął w odpowiedzi Tatko.
– Pomogę jutro ją panu znaleźć – zaproponowała Triss, wyraźnie skruszona i lekko zarumieniona ze wstydu. – Na ile będę mogła. Mamy tu trochę zamieszania ostatnio, wie pan, magiczny turniej…
– Magiczny! – Mościmordka prychnął z wyraźną niechęcią. – Faktycznie, niesamowicie magiczna szkoła! Kto to widział, żeby dzieciaki biegały po korytarzach z paralizatorami?!
Pielęgniarka zamrugała, ale nie skomentowała.
– Niemniej, to nie powinno być takie trudne – dokończyła urwany watek. – Zwłaszcza jeśli jest podobna do pana.
– To znaczy? – Tatko zmarszczył czoło.
– No… te włosy… Powinny być dość charakterystyczne – wyjaśniła niepewnie Triss.
– A, no tak. – Mościmordka odruchowo chwycił za jakiś kosmyk i pociągnął go z irytacją.
– Są… bardzo miłe.
– Miłe?
– W dotyku.
– Tak?
– Właściwie to bardzo, bardzo miłe. Mogę…?

czwartek rano

Mościmordka niepewnie pomacał leżący obok kształt.
Był duży – to wiedział na pewno. Znaczy… zależy w jakim sensie, bo w pewnym był uroczo malutki, sięgający ledwie do piersi, ale jednak dość… obszerny. Tak, to było dobre słowo.
I całkiem nagi, przykryty jedynie czerwonym prześcieradłem.
Mościmordka skupił się, próbując zrekonstruować fakty.
Nie, zdecydowanie nie mógł powiedzieć, że był to pijacki incydent, z którego nic nie zapamiętał. Wręcz przeciwnie – pamiętał całkiem sporo. Pamiętał urocze wałeczki i perlisty śmiech, miękkie lądowanie między nabitymi udami i bardzo, ale to bardzo dobrą zabawę. I chyba że mówił jakieś głupie rzeczy.
Triss pochrapywała sobie cichutko, leżąc na boku, z głową na ręce i jego zwiniętej w kłębek koszuli. W sumie zabawne, pomyślał, dookoła jest tyle poduszek.
I tyle łóżek, więc dlaczego podło… A tak, jasne.
Mościmordka zachichotał cicho i dźwignął się, jakoś w przelocie łapiąc za spodnie. Wkładanie nóg do rozmazanych nogawek miał akurat opracowane po latach praktyki i zostawiania okularów w najróżniejszych miejscach, więc poszło zadziwiająco dobrze. poczłapał do okna, żeby wpuścić nieco świeżego powietrza. Wydawało mu się, że podłoga lekko drży, a z oddali dobiegają jakieś dziwne dźwięki, ale wewnętrzne zadowolenie wylewało mu się uszami, więc to zignorował i złożył na karb ostatnich powidoków po środkach, jakimi faszerowała go Triss.
Przeciągnął się, uchylił okno.
I wtedy go zobaczył. Chłopaka z fioletowymi oczyma. Teraz przypominał głównie barwny kleks, ale w jego ruchach było coś… coś jakby niepowtarzalnego.
No i ten chłopak biegł przez błonia w stronę lasu.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kandara
Posty: 238
Rejestracja: 25 lipca 2012, 00:51

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Kandara » 13 kwietnia 2014, 20:19

Czwartek nad ranem

Coś zwaliło ją z nóg. Coś ciężkiego, długiego i raczej szczupłego. Coś pachnącego miętą i jeszcze czymś... Zapewne potem. Usłyszała przekleństwo wypowiedziane głosem Dampa, a potem zobaczyła twarz wychowawcy zaledwie kilkanaście centymetrów ponad własną... Tak jak się jej to tyle razy śniło, tyle, że tym razem nie był to sen. Nim jednak zrozumiała to w pełni i co za tym idzie zdążyła zareagować w jakikolwiek sposób pojawiła się istota o wiele mniej pożądana.
– Panie profesorze. Wiśnia.
"Bia, do kurwy nędzy, co ty tu jebana księżniczko robisz?!"
- Shin. Cholera jasna.
- Proszę się nie ruszać. Ma pan obite plecy i widzę, że pan krwawi. - "Jak z tobą skończę, to nawet krwawić nie będziesz dzidzia" – Nic ci nie jest Wiśnia? - "Nie udawaj, że cię to obchodzi."
- W porządku, - z trudem powstrzymała obelgę - tylko pan profesor mnie przygniótł i ciężko mi oddychać. - "Bo ty tu, niestety, jesteś. I to nie sama. Co za czorta z sobą przywlekłaś? Nie znam go!" Zmierzyła wzrokiem towarzysza Azjatki. Wysoki, prawie dorównujący wzrostem nauczycielowi, stary i jakiś taki dziwny. Mścigniewa nie umiała określić inaczej tego, co emanowało od całej jego postaci. Pewnie morderca. Albo inny podejrzany element. Co on tu robi? Kto go wpuścił?
Damp usiadł. Wiśnia podniosła się z trawy z wyjątkowo naburmuszoną miną. Tak właściwie, chyba jednak śniła, bo nigdy nie widziała, aby ich wychowawca zachowywał się w ten sposób. Żeby kulił się jak kilkuletnie dziecko, które boi się potwora z szafy. Nie i już! To zwyczajnie do niego nie pasowało. Nie wpisywało się w obrazek tego ponad dwumetrowego, stanowczego i nieco szorstkiego, ale jednak na swój sposób opiekuńczego faceta. Nie. Nie i już. Bez względu na to, co się działo, to on kontrolował sytuację, albo przynajmniej udawał, że ją kontroluję. Damp chowający głowę (nawet trochę krwawiącą głowę) między rękami w obecności uczniów! Damp niczym Walentyna pytający, co się właściwie dzieje, zdecydowanie nie mógł być sobą. Może doznał szoku? W sumie całkiem prawdopodobne. W końcu oberwał w czerp... Szlag. Cholera. Cholera. Szlag i jeszcze raz szlag. Damp grzecznie dający jakiemuś obcemu ruskowi (bo z takim akcentem to musiał być rusek) zaprowadzić się do skrzydła szpitalnego. Zostawiający uczniów...
Zamknęła oczy. Uszczypnęła się w przed ramię. Bardzo mocno i bardzo boleśnie. Nie zadziałało. Szkoła wciąż była rozwalona, ludzie: uczniowie, nauczyciele, delegacje, personel techniczny, pracownicy ministerstwa, krasnoludki, biegały w te i z powrotem, pośród, trochę bardziej niż na początku kontrolowanego chaosu, a Rust wspierany przez ruska dreptał w stronę skrzydła szpitalnego.
– Wiesz co tu się dzieje? - "Przecież to ty robisz tu za mądrą."
- Za cholerę nie wiem co i dlaczego - odpowiedziała siląc się na spokój - Ale ja im pokażę i rozwalę ich wszystkich za zepsucie mi dnia. - "Zacznę od ciebie". Już unosiła różdżkę, aby wycelować ją w Azjatkę, kiedy coś wilgotnego przyczepiło się do jej kolan.
- Panienko! Panienka żyje! Och jak dobrze.
- Jagodek! A ty skąd tutaj?!
Krasnal puścił jej nogi, spojrzał w górę.
- No to chyba nie jest czas na wyjaśnienia, ale to chyba jasne, że szukałem panienki, bo szef mi kazał. No, kiedy tak pierdyknęło, to się zmartwił bardzo i kazał mi...
- Wystarczy! Nie wiesz czasem co to tak pierdykneło?
Jagodek zamyślił się na chwilę, marząc czoło.
- Nie jestem pewien, ale musi panienka wiedzieć, że wczoraj widziałem tego Artura jak coś robi. I wiem od szkolnych krasnoludków, że on już wcześniej coś takiego robił w sali gimnastycznej, no, ale nie na tą* skalę. No i krasnale, co sprzątały szkołę, widziały go jak biegł do lasu, zanim się to zaczęło...
- Artur? - Bia zdecydowała się włączyć do rozmowy. Hipoteza krasnala wydała się jej widocznie mało sensowna. Owszem, Tkaczuk miał talent do wybuchów, ale wypadki się przecież nie liczą. Chociaż tamten incydent na sali gimnastycznej. - Ale Iwan powiedział, że kręcili się tu jacyś obcy.
- To pewnie były te hieny z kuriera. Oj jak oni bardzo chcą pisać o tym, co dzieje się w szkole. Normalnie wyłażą ze skóry.
Z kuriera?! No pięknie. Teraz zamkną szkołę jak nic. A dla Wiśni oznaczało to ni mniej, ni więcej, tylko przejście na domowe nauczanie. Domowe nauczanie pod stałą rodzicielską kontrolą. Cholera! Niech no tylko ich dorwie! Albo nie. Lepiej dorwać i zakatrupić Artura. Tkaczuk! Strzeż się, idę po ciebie!
Tymczasem zamieszanie słabło. W końcu jakimś cudem ustało, czy raczej zostało opanowane przez nauczycieli i pracowników ministerstwa. Nie na darmo byli wszakże czarodziejami.

Czwartek trochę później.

- Jak się pan czuje? - Wiśnia od kilku minut stała w skrzydle szpitalnym, obok łóżka wychowawcy, który wciąż wydawał się nieco oszołomiony. Trudno było jednak stwierdzić, czy to wciąż efekt wydarzeń mających miejsce parę godzin temu, czy może zupełnie nowych okoliczności, jakie stanowiło pojawienie się Wiśniowieckiej w skrzydle szpitalnym. Co więcej pojawienie się w celu odwiedzenia właśnie jego. Bardzo podejrzana sprawa. Po co u licha miałaby tu przychodzić i dopytywać się o jego samopoczucie?
- Jak się czuję? Jak JA się kurwa czuję?! Wspaniale! Przecież to wspaniałe uczucie być prawie stratowanym przez kroworożca! Co to w ogóle za pytanie, Wiśniowiecka?
Nie zmieszała się. Przeciwnie uśmiechnęła się szeroko, a spojrzenie jakby jej złagodniało.
- Och, oczywiście, przepraszam. Ja chciałam podziękować, gdyby nie pan, ten wściekły zwierzak, pewnie by mnie stratował. - Oczywiście nie potrafiła brzmieć jak nieporadna dama w opresji zwracająca się do swojego, trochę przypadkowego wybawcy, nawet, jeśli właśnie przed nim stała, musiała zabarwić swój ton tą irytującą pewnością siebie. - Mam coś dla pana. - Pogrzebała w zwisającej jej z ramienia torbie i wyjęła zeń ozdobną, kolorową torebkę. - Proszę. - Podała, a raczej wcisnęła Dampowi pakunek prosto w ręce, tak szybko, że nie zdążył reagować. Zrobił to chwilę później:
- Co to niby jest, Wiśniowiecka? - Zapytał zerkając nieufnie na paczuszkę. Wydało mu się, że pod papierem wyczuł coś twardego, jakby szkło, albo kryształ. Zajrzał do środka, Wiśnia wykorzystała to, aby wycelować w niego różdżką i tak na wszelki wypadek rzucić nań pewne proste, niewerbalne zaklęcie.
- Wiśniowiecka, do jasnej cholery! Co to jest?
- Nic takiego. Tylko prezent za uratowanie mi życia. Sok jabłkowy, nie lubi pan?
- W sumie... - Odkręcił butelkę. - Trochę chce mi się pić.
"No dalej, dalej wypij to" Dziewczyna aż podskakiwała w duchu. "Szybciej, szybciej." Musiała uważać, aby podniecenie nie wymalowało się na jej twarzy. Nie panowała jednak nawet w najmniejszym stopniu nad wzrokiem. Ten wbił się w niewielką, kryształową buteleczkę, a źrenice rozszerzyły się gwałtowanie, powieki uniosły, odruch mrugania zamarł.
I Damp przyłożył flaszkę do ust. Pociągnął wielki łyk. Przełknął. Widziała ruch grdyki na jego szyi. Odstawił naczynie. Poczym jakby jakaś siła wzdrygnęła całym ciałem nauczyciela, skręciła go lekko, jakby wyprostowała. Otrzepał się. Błogość na twarzy sportowca świadczyła, że zmieszany z sokiem eliksir podziałał. Wiśnia, tuż po tym jak odebrała zamówienie od Żyłki, przygotowała napój a następnie dobrze ukryła pośród swojej bielizny, gdzie mieszanka czekała na swój czas. Teraz wreszcie on nadszedł.
Przysiadła na skraju łóżka.
- Smakował panu soczek? - zapytała cicho, lekko dotykając dłoni wychowawcy, w sposób, w jaki uczennica nie powinna dotykać nauczyciela. Nigdy.

Piątek przedpołudnie

Znów mieli wolne, bo okazało się, że jeden dzień, to za mało, żeby pozbyć się szkód wyrządzonych przez eksplozję. Korytarze i błonia znów wypełniły się ludźmi. Zaklęcia naprawiające śmigały we wszystkie strony. Rozwalone sklepiania i podłogi zasklepiały się, zryta do ziemi trawa na szkolnych błoniach odrastała. Wszystkie kroworożce zostały złapane i zagonione do zagrody, podobnie jak lamy Peruwiańczyków.
W takich warunkach trudno się skupić, trudno też zająć jakąś nieużywaną klasę, bo nigdy niewiadomo, czy akurat któryś z naprawiaczy tam przypadkiem nie zajrzy. Zaklęcia zamykające też nie dawały stuprocentowej pewności, z resztą cała ta bieganina nie służyła skupieniu. Dlatego Wiśnia zabrała Walentynę do lasu, gdzie, po rzuceniu na niewielką polankę kilku dość prostych zaklęć zwodzących, mogły spokojnie oddać się nauce. Znaczy Walentyna mogła. Wiśnia po prostu ją obserwowała, od czasu do czasu rzucając jakąś wskazówką. Tym razem nie zabrały podręcznika.

Piątek wczesny wieczór

Ta szkoła od początku wydawała mu się dziwna. Położona w samym środku mugulskiego szklaku turystycznego, skryta w wnętrzu góry, nowa, a jednak pełna dziwnych jakby zapomnianych zakamarków, na swój sposób piękna. Te korytarze porośnięte bluszczem, ta jadalnia z wielkim akwarium w suficie. Te pokoje... Wiśnia mówiła mu kiedyś, że zmieniają wystrój zależnie od nastroju osoby, która ostatnia doń wejdzie. Ci dziwni nauczyciele, niespotykane nigdzie indziej przedmioty jak mugolskie sporty. Co za czubek wymyślił, aby młodych czarodziejów uczyć czegoś takiego? Przecież to absurd. Wiadomo przecież, że nigdy im się to do niczego nie przyda... Chociaż z drugiej strony ta cała siatkówka wydała mu się całkiem interesującą. Ciągle pamiętał ten dzień, kiedy przechodząc przypadkiem obok ślężaskiej sali gimnastycznej zobaczył kawałek treningu. Śmigająca w powietrzu piłka, obijająca się o palce spoconych nastolatków miała w sobie więcej uroku niż kafel, tłuczki i znicz razem wzięte. Pamiętał, że stał wtedy chwilę, zaglądał do sali przez uchylone drzwi, sam pozostając w cieniu i przez dobre kilka, może kilkanaście minut śledził lot okrągłego przedmiotu. Niesamowite, że można coś takiego osiągnąć bez żadnych czarów, czy nawet mioteł. Ta gra miała moc.
- Cześć! - Powitanie wyrwało go z zamyślenia, tak nagle, że podskoczył na siedząco.
- O, Wiśnia! Nie słyszałem jak podchodzisz...
- No, nie dziwne, przecież nie było cię tu. Co czytasz?
Spojrzał na swoje kolana i zdziwił się, kiedy zobaczył otwartą książkę. Przypomniał sobie. Przyszedł tutaj, na skraj ślężańskiego lasu, aby się uczyć. Cóż jednak mógł poradzić na to, że historia magii była taka nudna? Chociaż nie, to nie historia była nudna. To ta książka tak fatalnie ją przedstawiała.
- Mogę? - Wiśnia wsunęła dłoń pod okładkę książki, tak, żeby jej kciuk pozostał na wierzchu, delikatnym ruchem przesunęła tom w swoją stronę i zamknęła ją.
- Nie, no chłopie, poważnie? Uczysz się?
- Miałem zamiar, ale nie wiele mi z tego wyszło.
Westchnęła odkładając książkę na kocyk i samej także sadowiąc się wygodniej na skrawku niebieskiej wełny.
- Gratuluję wam zdobycia kompletu punktów.
- Pogratuluj Rozie. - Rzucił ponuro chłopak, nagle poważniejąc. Roza... jak on jej nie znosił. Mogła sobie być najlepszą uczennicą, pupilką dyrektorki i przywódczynią. Fakt, że to ona rozwiązała zagadkę, a po pojawianiu się pierwszego wilkołaka, błyskawicznie obmyśliła plan działania, którego on i reszta drużyny stali się biernymi wykonawcami, niemiłosiernie godził w jego dumę. Do dziś nie mógł się z tego otrząsnąć, tym bardziej, że na widok lykanina naprawdę się przestraszył. Serce zabiło mu mocniej, oddech przyśpieszył, adrenalina uderzyła w żyły, prawie zmąciła mu umysł. Taki wstyd...
- Nikolaj, hej, hej, patrz, co mamy! - Dymitryj darł się przez całe błonia, tak przenikliwie, że Nikolaj aż wywrócił oczami. Po co on tak wrzeszczy? Spojrzał w stronę głosu. Zobaczył dwa szybko przybliżające się kształty, machające do niego wesoło. Ten wyższy, niósł jakąś kolorową torbę z materiału i wymachiwał ją triumfalnie. Co oni znów wymyślili?
- No patrz, patrz. - Dymitryj, rozciągnął w uśmiech blade usta, na skutek, czego w lekko pulchnych policzkach utworzyły się małe dołeczki, podstawiając wciąż siedzącemu na kocu koledze torbę pod nos. Szare oczy zalśniły bezczelnymi ognikami. - O rzesz kurde przepraszamy - dodał, kiedy dostrzegł Wiśnię - nie mieliśmy pojęcia, że jesteś z panną. No, więc my chyba sobie pójdziemy, no nie Rodia? - Szturchnął łokciem w żebro swojego towarzysza, a tamten wyszczerzył zęby.
- Weźcie nie błaznujcie i powiedzcie lepiej skąd to macie?!
- No tego, tam jest takie mugolskie gospodarstwo... - Rodion poczochrał jasną czuprynę, stawiając koguta na czubku głowy. - Ale ty jesteś zupełnie niewychowany, nawet nie przedstawisz nas pięknej pani.
- Piękna pani, nazywa się Wiśnia, pamięta was z przedstawienia reprezentacji i nie lubi jak mówi się o niej w niej obecności, tak, jakby jej tu nie było. - Mścigniewa spiorunowała go wzrokiem, ale w głosie dziewczyny rozbrzmiewało rozbawienie. Wstała i podparła się pod boki.
- O! Ty mówisz po naszemu. - Rodion uśmiechnął się szerzej.
Wzruszyła ramionami.
- Uważasz, że to dziwne?
- Ona chodziła ze mną do klasy - Penczew wreszcie wcisnął się do rozmowy - Znaczy jeszcze w zeszłym roku. A wy kradniecie mugolskie wino!
- E, Dymitryj, - na twarz Rodiona wypełza udawana zgroza - Roza była na statku, jak wychodziliśmy, co? I na pewno nie ma dostępu do eliksiru wielosokowego? Bo mam kurde jakieś dziwne wrażenie, że to ona teraz przed nami stoi. Lepiej uciekajmy.
- Kretyn.
- Sam żeś kretyn. To jak idziesz z nami? Obaczaiłem wczoraj fajną polankę, nikt nas nie zobaczy. Oczywiście, panna Wiśnia też może iść. Wina starczy dla wszystkich.

Sobota, około pierwszej w nocy

Wina nie tylko starczyło, ale nawet było go zbyt wiele, jak na czwórkę radosnych nastolatków. Oczywiście, ani kropla nie mogło się zmarnować, więc nie pozostało im nic innego, jak wybić trochę za dużo. Wiśnia już przy trzeciej butelce poczuła nagły przypływ umiejętności wokalnych, a Rodion doznał nagłej iluminacji i zaczął tłumaczyć wszystkim jak działa kosmos. Nikola wytrzymał najdłużej. Może dlatego, że pił co drugą kolejkę, a może dlatego, że obok siedziała Wiśnia? Mając w pamięci oficjalną szkolną imprezę i pijackie wyczyny Mścigniewy, mocno wytężał wolę, aby zachować, choć odrobinę rozsądku. A tym czasem w ostatniej butelce pokazało się dno i uczestnicy leśnej biesiady zaczęli z trudem podnosić się mokrej trawy.
Wiśnia zrobiła pierwszy niepewny krok, zatoczyła się i upadła w ramiona Penczewa, który wzniósł oczy ku niebu. Sam odrobinę się chwiał, ale nie na tyle, aby się przewracać. Spojrzał na kolegów. Rodion i Dymitr potykali się o własne nogi, ale jakoś łapali pion. Nic im nie będzie... Ale Wiśnia? Pozwolił dziewczynie oprzeć się o siebie. Powoli wyszli z lasu.
Na błoniach napotkali pierwszą poważną przeszkodę, a raczej dwie: ponad dwumetrowego trenera siatkowi i kobietę, w której Nikolaj swoją wychowawczynię. Zaklął pod nosem, próbując wybrać inną drogę, ale było już za późno. Zostali zauważeni.

O Michalaku postaram się napisać następnym razem.
Obrazek Księżycowa weno, działaj!

Awatar użytkownika
Prophet
Straż! Straż!
Posty: 151
Rejestracja: 28 czerwca 2013, 18:30
Lokalizacja: Wrocław

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Prophet » 03 maja 2014, 20:07

Czwartek rano
Gdyby mógł, zamordowałby. Jak bardzo chciał zamordować. A mimo to, wciąż siedział na tej cholernej gałęzi, gapiąc się na polanę, na której nie było absolutnie nic, prócz nieszczęśnika napojonego eliksirem wielosokowym. Spojrzał w dół. Matka najwyraźniej zapomniała o jego obecności, zaraz po tym jak oddał jej kłaki Rościego. Nie mogła sobie o tym przypomnieć wcześniej niż o piątej nad ranem?! I dlaczego, do ciężkiej cholery, to on musiał je ściągać z jego grzebienia? Mogła wcześniej pomyśleć, ale nieeee, ona musi zawsze na ostatnią chwilę. ZAWSZE. I po kiego wała kazała mu wleźć na to drzewo, nie lepiej dla wszystkich jakby wrócił do szkoły? No ale pani "zjadłam wszystkie rozumy, oddaj mi hołd nędzny pomiocie" ma swoją własną logikę.
Wszyscy zwrócili oczy ku północnemu skrajowi polany, skąd doszedł ich dźwięk łamanej gałązki. Aurorzy unieśli różdżki. Artur zaś zaklął w duszy gdyż swoją zostawił w pokoju. Po kilku, pełnych napięcia, sekundach na polanę wyłonił się... Wełniarz. Tkaczuk prawie słyszał westchnienia ulgi i zawodu jednocześnie.
I wtedy spadł z gałęzi.
Razem z gałęzią.
Jeden z aurorów, niejaki Druciak, nowicjusz, zaczął strzelać na oślep zaklęciami, z których jedno trafiło w Arturowe drzewo. Nie poprzestał na tym i nadal posyłał zaklęcia we wszystkie kierunki, trafiając przy okazji kilku innych czarodziei i "fałszywego" Żyłkę, któremu urosło poroże. Tkaczuk, leżący w całkiem sporym krzaku jałowca, lekko się zdziwił, że auror używa zaklęć na poziomie 14-latka, ale bardziej był skupiony na wygrzebaniu się spomiędzy kolców, niż na wyborach Druciaka. Gdy już mu się to udało, wraz z kilkunastoma szpilami w plecach, wyjrzał na polanę i zobaczył czerwone światełko.
Potem nastała ciemność.

Sobota, popołudnie
Sufit był czerwony. Na tyle intensywnie czerwony, by Artur, na pół nieprzytomny, na pół naćpany przez Triss lekami, pomyślał, że oto trafił do przedsionka piekieł. Z niejakim trudem podniósł się i usiadł na łóżku. Spojrzał w lewo. Zobaczył Dampa na sąsiednim łóżku. Dotarło do niego, że to jednak nie piekło, a jak najbardziej pieprzona rzeczywistość.
- Ja pierdolę.
Korzystając z tego, że Triss zajęła się jakąś dziewczyną wyglądającą jakby miała „mały wypadek” z golarką, zwinął swoje rzeczy i nawiał ze skrzydła szpitalnego. Znowu. Nie żeby uważał, że nie potrzebuje pomocy medycznej. Po prostu miał awersję do niektórych metod podawania leków. A konkretniej zastrzyków, którymi tak hojnie obdarza go każdy lekarz, do którego trafia.

Sobota, wieczór
Dziewczyną od „wypadku” okazała się być Bia. Wprawdzie po szkole wędrowały mniej lub bardziej niewiarygodne plotki na temat tego, co się wydarzyło, ale Artur miał swoją, w której to ktoś po prostu nie wytrzymał przechwałek „panny idealnej” i użył maszynki. Nie pierwszy raz widział taki sposób załatwiania sporów. Zresztą, poznał tę metodę empirycznie w mugolskiej podstawówce.
Nerwową atmosferę w głównej sali przerwała pani dyrektor, podnosząc się nagle z krzesła. Dała znak i do sali wprowadzono kogoś, kogo Tkaczuk miał zamiar już nigdy nie zobaczyć, czyli ruska z imprezy powitalnej. Chrząknęła.
- Drodzy uczniowie i wy, nasi drodzy goście. Z przykrością zawiadamiam, ze w naszej szkole miały miejsce nieprzyjemne wydarzenia. Ten oto mężczyzna, pan Igor Lewinski dopuścił się karygodnego czynu, atakując kilka naszych uczennic. Na szczęście pragnę wszystkich uspokoić, że zdrowiu żadnej z nich nic nie zagraża. Czyn ten jednak, tak podstępny, musi zostać ukarany. Ten człowiek to wróg dzieci i ludu pracującego. Nie obawiajcie się jednak. Ten człowiek już nigdy nie przekroczy bram naszej szkoły. - Machnęła ręką, dając znak by go wyprowadzono. - Kolejna sprawa, to nauczyciel demonologii polskiej.
Takeo podniósł się niechętnie.
- Od dnia dzisiejszego, nauczyciel demonologii pan Inoue pozostaje pod stałą obserwacją kuratora oświaty. Jeżeli któryś z uczniów dowiedziałby się o występkach tego mężczyzny, proszony jest o zgłoszenie się do mojego gabinetu. Tak, panie Tkaczuk?
Artur wstał zanim pomyślał. Tak, to była szansa, jaka mogła się więcej nie powtórzyć, ale przecież nie tak to zwykle załatwiał. Nie mogąc znaleźć innego wyjścia z dość niezręcznej sytuacji, wypalił:
- Ja... chciałem zapytać... czy mogę do toalety.
Sala zatrzęsła się od śmiechu uczniów a Artur, czerwony na twarzy, usiadł na krześle. Poczuł na kolanie dłoń siedzącej obok Azjatki. Spojrzała mu głęboko w oczy, wypowiadając tylko jedno słowo.
- Dziękuję.
Obrazek

Wieczornych snów mary powiewne, dziewicze
Na próżno czekały na słońca oblicze...
W dal poszły przez chmurną pustynię piaszczystą,
W dal ciemną, bezkresną, w dal szarą i mglistą...

KLIK

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Nasze czarowanie - tekst

Post autor: Kanterial » 14 maja 2014, 00:39

Piątek, popołudnie, tuż po względnym opanowaniu chaosu w Ślęży

Kuna w kurniku. Robię, co mogę, ale nie przetrzymam go przez wieczność. Ostrzeżcie, kogo powinniście.
T.


- To ja się pytam, kogo mam ostrzec - oznajmił Borek cierpliwie, wymachując pomiętą, poplamioną krwią, sosem, owsianką i środkiem uspokajającym, nieszczęsną wiadomością od Triss. Nie, żeby cisnęła mu się na usta jedyna z możliwych odpowiedzi. Stał, z właściwą sobie charyzmą mierząc pozostałych profesorów lekko znużonym spojrzeniem, przesuwając nim wolno po szarych od zmęczenia i stresu twarzach. Uniósł brwi, gdy napotkał wzrok Termopilskiego, i ponownie rzucił w eter: - Bo ja się, osobiście, czuję ostrzeżony bezpodstawnie i niesłusznie. A ostrzec należy.
- Nie ma z nami tych dwóch panów, o których myślisz, Izydorze - wtrąciła Klimczukowa. Grzechocząc bransoletkami i owiewając wszystkich zebranych mocnym zapachem jaśminowej perfumy, przemknęła przez pokój, by uprzejmie wyjąć kartkę spomiędzy zgiętych palców nauczyciela eliksirów - jak sądzę. - Zamilkła na moment, wpatrując się w papier, jakby miała nadzieję dostrzec tam drugą, ukrytą wiadomość.
- Są nowi, to nie powód, by uznawać ich za kłopotliwych. - Orney leniwym ruchem wskazał na talerz z ciasteczkami, a kilka z nich uniosło się posłusznie i poszybowało w jego stronę. Damp, siedzący w fotelu po lewej, jak zawsze wychylił się, by złapać ostatnie (czekoladowe, z wanilią) i zdołał ledwie smyrnąć je palcem, tak że zatańczyło chwiejnie w powietrzu. Ta krótka scenka rozgrywała się w pokoju nauczycielskim praktycznie codziennie, od kiedy Rust, pierwszego, wrześniowego dnia pobytu w Ślęży, zabłysnął przed resztą grona pedagogicznego swoją, niezaprzeczalnie magiczną i potężną, zdolnością pochłaniania zbędnych węglowodanów (zeżarł wszystko, gdy tylko został sam). Nikodemus rozwiązał problem doraźnie, rzucając na stół ze słodyczami proste zaklęcie; nie można było zwyczajnie sięgnąć po ciastko czy kawowego dropsa, trzeba było użyć w tym celu magii. Damp oczywiście cholernie się zbulwersował, ale lenistwo szybko zwyciężyło, dlatego od dłuższego czasu nie zerował samotnie zapasów słodyczy, tylko czaił się na, latające po pokoju, czekoladowe pieguski podjadane przez historyka. Orney uśmiechnął się przelotnie i samym, oszczędnym skinieniem nadgarstka sprawił, że następnych kilka ciastek pofrunęło w kierunku zrezygnowanego Rusta.
- ...czy bym mówił o nich - dokończył Borek głośniej, przecząc zarzutom Hermenegildy.
- Więc powtórzę tylko, że ten Rosjanin mi się bardzo nie podoba, ale Takeo to zupełnie inna sprawa!
- Kochana, oni są z jednej półki, to widać...
- Więc?
- Takeo? - wstrzelił się Damp, zamierając z ciastkiem kilkanaście centymetrów od twarzy. - Jaki Takeo, jaka inna sprawa, się co podoba, co?
Nikodemus westchnął teatralnie, a Termopilski zakrył oczy dłonią i oparł się o ścianę, przybierając pozycję załamanego, zażenowanego kowboja, gdy tylko obniżony przez gniew głos Rusta został zagłuszony poirytowanymi tłumaczeniami Rudej, złośliwymi uwagami Klimczuk i sztucznie opanowanym barytonem Izydora Borka.
- Właśnie o tym mówiłam!
- Nie, mówiłaś, że ja podejrzewam nowych, czego nie potwierdziłem - pieklił się mistrz eliksirów, po raz pierwszy w tym roku szkolnym (albo i karierze) rozpinając górne guziki ubrania. - Bo akurat jeśli mowa o kuratorze, to...
- ...chyba uczysz w tej szkole tak samo jak ja, więc jak to jest, że wszyscy zauważyli dwumetrowego osiłka i demonologa - Azjatę, tylko ty nie dałeś rady?!
- Ja go DOSKONALE zauważyłem, goddamnit! - wściekł się Damp, spinając mięśnie i walcząc z potrzebą wydarcia się na Ofelię, drażniącą go swoim uniesionym, krzykliwym tonem i zapachem goździków. - I wiesz, że nie o to pytam!
- Ach tak? Takeo jest czarującym, młodym człowiekiem, to cię interesuje? - Ruda złapała się pod boki, a Rust przestał panować nad zranioną, męską dumą i przypadkiem zmiażdżył w palcach czekoladowe ciastko, sprowadzając na siebie karcący wzrok Nikodemusa.
- Hermenegildo - mruknął Fabian znacząco - proszę cię...
- Czy on jest zazdrosny? - spytała teatralnie, zwracając się do Termopilskiego i stawiając go w parszywym położeniu gdzieś pomiędzy własnymi oczekiwaniami a koleżeńskim układem z Dampem.
- ...oczywiste, że go przysłali w konkretnej sprawie, a nie ot tak, w samym środku trwania turnieju!
- Sugerujesz, że w ogóle mieli powód! - oburzyła się Klimczuk, celując w Ofelię zwiniętym liścikiem od Triss.
- Rokosz nie wspominał, a to jest ważne, nikt nie mógł przewidzieć, że...
- Nie ma kuratora bez powodu - przyznał Fabian, ale zaraz pożałował i wycofał się z zażartej dyskusji nauczycielek.
- ...skoro wszyscy wiemy, kogo ma obserwować! - wykrzyknął Borek. Z jakiegoś powodu cisza, która rozlała się po pomieszczeniu, dodatkowo wzmocniła odbijające się wyimaginowanym echem słowa, a napięcie, towarzyszące całemu zamieszaniu, zawisło nagle w niewyjaśnionych okolicznościach. I tak czekało, siejąc elektryzującą atmosferę, taką, którą da się wyczuć przed gigantyczną burzą czy uderzeniem tornada.
- ...! - Damp rzucił w Rudą ciastkiem. Zdawało się lecieć w zwolnionym tempie, zanim majestatycznie zderzyło się z jej czołem, po czym upadło na podłogę. Dopiero po chwili do Rusta dotarło, że szpikulce przeszywających spojrzeń wbijają się wyłącznie w niego. - Bo co, bo - zaczął i już wiedział, że spieprzył sprawę - bo mnie sprowokowała - pogrążył się idiotycznie. - Przepraszam, tak? Nieswo... n... źle się czuję - mruknął, wbijając wzrok w dywan.
- Kurator, Damp - dobrodusznie oświecił go Fabian - jest u nas od środy. Triss wspomniała w liściku.
- O, ach tak, słyszałem. Mogę zobaczyć ten liścik?
Klimczuk rzuciła zrolowaną kartką ponad głowami koleżanek, zmuszając Dampa do bardzo niewygodnego chwytu. Rozwinął wiadomość i przesunął martwym spojrzeniem po zgrabnych, wąskich literach, kreślonych niechybnie ręką Triss.
- Taka trochę, eghem, po przejściach ta wiadomość - zauważył Orney w nieznośnie głuchej ciszy.
- Ostrzeżcie, kogo powinniście - przeczytał Damp wolno. - Rozumiem, że powinienem się czuć - urwał, tłumiąc złość i starając się nie myśleć o nienawiści, którą darzył go świat - ostrzeżony przez was.
- Cóż, może powinieneś.
- Sam pomyśl, chłopcze, logicznie, jeśli wykluczamy z naszego grona tych dwóch niepokojących panów - rzekł Borek, używając znanego już Dampowi, akademickiego tonu, mającego na celu zniechęcenie dwudziestosześcioletnich wyrostków do kłócenia się ze starszymi - to z nas wszystkich ciebie najprędzej wzięliby sobie na cel. Mam rację?
Rust nawet nie pytał "dlaczego".
"Bo jesteś najmłodszy, nie masz dziesięcioletniego stażu, nie masz tytułu profesora, wyglądu ani cech przeciętnego nauczyciela i nie jesteś nauczycielem oraz nie masz żony; patrz hasło <<bałamut>>. Poza tym masz ponad dwa metry, oczojebne hawajki na zmianę z dresami, pretensjonalne metody wychowawcze, wyraźną niechęć do dzieci, słabość do kobiet, przeszłość młodocianego chuligana, wzrok mordercy, dziwną skłonność do dominacji i temperament właściwy nastolatkowi z buzującymi hormonami. Dlatego."

- Może rzeczywiście jestem trochę bardziej narażony na atak kuratora - przyznał niechętnie.
- Trochę - podchwycił Borek z uznaniem. Damp popatrzył na niego smutno, wkładając ogrom wysiłku w to, by wyglądać wystarczająco niewinnie i wzbudzać współczucie. Jednocześnie wyobraził sobie, że spycha profesora z dachu Ślęży i posłał mu w myślach ociekającą jadem wiązankę przekleństw i złorzeczeń.
- Trochę niesłusznie - Ruda przeszła przez pokój i dotarła do drzwi, nie obracając się - przynajmniej będzie bardziej uważał, z kim się zadaje - usłyszeli już z korytarza. Frustracja Rusta eksplodowała, a że nie mogła w tym konkretnym momencie wydostać się na zewnątrz, doszczętnie zabiła w nim dobre chęci, które dzisiejszego ranka tak mozolnie zeskrobywał ze ściany własnego egoizmu.
- Nie znoszę jej - poinformował głośno. To też go dobijało. Od kiedy nie mógł żalić się Dźwiedziowi, zaczynał odzywać się mimowolnie przy otaczających go ludziach. Narażał się i tracił bezpieczeństwo. Klimczuk i Kwiatkowska-Rąbek posłały mu identyczne, pobłażliwe spojrzenia, z których bez trudu wyczytał litościwe, kobiece "Jasne".
- Jak dziecko - oceniła nauczycielka transmutacji, potrząsając złotymi lokami. Damp zaniemówił z oburzenia.
- Po prostu jej powiedz - zaproponował Fabian.
- Niby co?
- Ach. To jest takie urocze, kiedy oni zazdroszczą. - Goździk rozmarzyła się, wzdychając. - Jestem jeszcze młoda, ale kiedy byłam młodsza...
- Nie jestem zazdrosny - szepnął Damp. - Niedoczekanie!
Musiał uciec od tych kłamliwych, godzących w jego dumę oskarżeń. To nie była żadna zazdrość, po prostu przeszkadzali mu inni mężczyźni, którzy choćby kręcili się w pobliżu Rudej, a co dopiero tacy, o których sama z siebie mówiła, używając słów "czarujący" i "młody" i "zupełnie inna sprawa"! Prawie wybiegł z pokoju, obiecując uprzednio Fabianowi, że "przemyśli jego podłe zachowanie" i dodając, że "sobie coś ubzdurał, tak samo jak Alicja i Ofelia".


Piątek, wieczór
- Dźwiedziu, nienawidzę dni wolnych! Słyszysz? Ci mali gnoje pałętają mi się pod nogami, kto im pozwolił chodzić po korytarzach? To jest szkoła czy co to jest?!
- WON! WYNOCHA NA DWÓR! - wydarł się drugoklasistów, biegających w tę i zaś podczas nieudolnych prób schwytania Akysza. Przerażone dzieci (na szczęście zawsze były przerażone, gdy wrzeszczał, chyba, że miały skończone piętnaście lat - wtedy było minimalnie trudniej) rozbiegły się w popłochu i, prawie włażąc jedno na drugie, wypadły przez otwarte szeroko drzwi, wprost na szkolne błonia. Rust najchętniej spętałby je wszystkie jednym, grubym sznurem i uwięził, przywiązując do gałęzi na skraju magicznego lasu.
- Dźwiedziu, w szkole jest kurator. Wątpię, czy z mojej winy, ale niech będzie. Ja jestem czysty. Czy ja coś robię nie tak? Nie. Nawet nie jaram w tym roku szkolnym. Przepraszam bardzo, ja się tylko poświęcam dla dobra tej pieprzonej Ślęży, a oni przysyłają kuratora. Wspaniale! Mógłbyś wrócić, nie naciskam, ale twoi mali, zafajdani uczniowie są już bezpieczni. Dźwiedziu. Bo, tak w ogóle, to ja dbam o uczniów, możesz mi zaufać. Więc?
Właściwie wiedział, że patron raczej go nie słyszy. Jednak rozmowa z nim przynosiła zawsze ulgę i głównie dlatego Damp, mimo dobijającego braku odpowiedzi, myślał jednostronnym dialogiem, chcąc się uspokoić. Bo nie był spokojny. To wszystko powinno go denerwować i trapić - kurator, obrażona, prowokująca Ruda (kobieta nim manipulowała, a nie odwrotnie!), nieznany powód wczorajszego zamieszania, widmo Gloddy'ego i Michalaka... A tymczasem Damp czuł jedynie coś na kształt niepewności. I to dziwnej. Obcej, strasznej niepewności, jakby nagle stał się inną osobą i nie był ani tak nienormalny, jak wcześniej, ani tak normalny, jak mu się wydawało.

Bez sensu?
Tak, to wszystko było bez sensu. Życie było bez sensu, bo Rust go, jakimś cudem, zgubił.
Gdzie sens?


Sobota, pora kolacji
Cały dzień spędził jak, nie przymierzając, jakieś nastoletnie "EMO". Brakowało tylko żyletki i cieniowanej grzywki. To, jak dalece Damp unikał wszystkich ludzi, migając się nawet od własnych zajęć, graniczyło z niedorzecznością. Leżał w swoim pokoju i gapił się w sufit, cierpiąc. I chyba miał alergię, bo jakoś łzawiły mu oczy, a oczywistym było, że nigdy nie płakał. Zamiast zaplanować dobranie się do Bułgarki, usiadł o czternastej (to było pierwsze, co w ogóle zrobił) i postanowił napisać wiersz.
Kiedy skończył, rozważył samobójstwo. Nie z powodu rozpaczy, tylko wiersza.
Dopiero o osiemnastej odważył się wyjść na szkolne korytarze, licząc, że większość uczniów będzie zajętych kolacją. Chodził bez celu, pogrążając się w bólu egzystencji i tak go rwało do czegoś, tak ciągnęło do kogoś, że nie sposób było wyrazić tego słowami. Gdyby tylko wiedział, co jest tym brakującym elementem jego życia...
- Dźwiedzu - zaczął błagalnie - pomocy, czuję, jakbym czegoś szukał i nie mógł znaleźć. Ruda? Nie. Mam dość Rudej. Yeneva? Ugh - wzdrygnął się z obrzydzeniem - niee... Sport? Siatkówka? Kto by chciał w to grać, ja pierdolę, Dźwiedziu, kto normalny biega po boisku za piłką jak pies za rzuconym patykiem? Wow. Poczekaj. Że niby ja to robię od dziesięciu lat?! Chyba mnie poje - nie dokończył tej potwornej, szokującej odkrywczością wypowiedzi, bo zza zakrętu wyłoniła się zaaferowana Triss. Mówiła do kogoś. Mówiła bardzo szybko, z nadzwyczajnym zaangażowaniem, a Damp, błyskawicznie obracając się w jej stronę i posyłając czarujący uśmiech, nie zwrócił nawet jednej dziesiątej jej uwagi. Trochę go to zdziwiło. A potem zobaczył tego mężczyznę, niedoszłego trupa ze Skrzydła Szpitalnego.
- ...żeby znaleźć Marcelinę, mój drogi - dokończyła pielęgniarka.
- Mam nadzieję - odparł okularnik takim tonem, jakby jednak nie miał nadziei. - To już drugi dzień!
Rust poświęcił jeszcze dwie sekundy na upewnienie się, że Triss, wbrew temu, co od początku września wyraźnie w jej zachowaniu wyczuwał, nagle przestała się nim interesować. Gorzej. Interesowała się tym przeciętnym, szarym intruzem, w pogniecionej koszuli i pod krawatem. Tak. Dwadzieścia centymetrów mniej wzrostu i dwadzieścia razy bardziej sterczące i rozwiane (mimo braku wiatru) dzieło przypadku (bo trudno nazwać dziesięciocentymetrowy chaos fryzurą) na głowie. I Triss patrzyła na to z takim uczuciem. Na takiego niemotę. W średnim wieku. Z wadą wzroku. Damp momentalnie zdecydował, że przerwie nieuzasadnioną falę zainteresowania Triss jakąś chodzącą porażką, która śmiała zamącić jej w głowie. Zastąpił pielęgniarce drogę i zwrócił na siebie uwagę dopiero, gdy na niego wpadła.
- Aj! Przepraszam, kochasiu!
- Ależ nic się nie stało - odparł natychmiast, odsłaniając zęby w radosnym uśmiechu. - To moja wina...
Triss miała rumieńce. I kitel zapięty z przesunięciem o jeden guzik. Damp wykorzystał chwilową sposobność i posłał mężczyźnie szybkie, taksujące spojrzenie, mrużąc szare oczy.

- Trzymasz się? Wyszedłeś jakiś nieswój - powiedziała. Nagle do Dampa dotarło, że jego pozycja ulubionego "kochasia" pielęgniarki, regularnie odwiedzającego oddział, jest zagrożona. To on był tym, o kogo się troszczyła, kogo darzyła maminą słabością, to jemu należała się cała jej uwaga i poczucie życzliwości, zapach proszku na białym kitlu, dźwięk chodaków, gdy kobieta podbiegała z obawą do łóżka.
Do JEGO łóżka.
Całe półtora metra Triss było zdecydowanie własnością Dampa.
- Nie pamiętam zbyt dobrze - rzekł szybko. - Może przedstawisz mnie panu...
- Władysław. Władysław Mościmordka - uściślił uprzejmie, wyciągając rękę. Rust pochylił się ostentacyjnie i zacisnął zimne palce wokół dłoni mężczyzny. Dopóki jakikolwiek nieusprawiedliwiony śmiałek wywoływał w Triss uniesienie, był przez Dampa odbierany jak hiena przez lwa, broniącego upolowanej zebry na sawannie.
- Rodzina? - strzelił z udawanym przejęciem. - Wyglądacie, jakbyście się znali.
- Jestem zbyt dociekliwy. Jestem wścibski. Nikt by się na to nie nabrał, Dźwiedziu - jęknął w panice - coś się ze mną dzieje!
Nie spuszczał wzroku z obcego, który albo nie wyczuwał jego niemych sygnałów niechęci, albo miał je w głębokim poważaniu. Istniała możliwość, że aż tak nie oddziaływał na Triss, ale Rustowi jakoś nie chciało się w to wierzyć. Zbyt dobrze umiał czytać w mowie ciała i mimice, zwłaszcza tak poczciwych i szczerych osób, do jakich niechybnie należała pielęgniarka. Wyglądała na zauroczoną. Zainteresowaną i podekscytowaną. Zadowoloną z siebie. Damp nie mógł tego znieść, lecz kiwał potakująco i uśmiechał się serdecznie, słuchając jej wyjaśnień.
- Nie, skąd! Wła... Pan Mościmordka jest ojcem jednej z uczennic, obiecałam, że pomogę mu ją znaleźć.
- A to dopiero, Triss, kochana, zadziwiasz mnie! - Nieszczera aprobata wiele Dampa kosztowała. - Od kiedy to komuś udaje się wyrwać cię ze Skrzydła Szpitalnego?
Zarumieniła się jeszcze mocniej i Rust uznał, że nie puści Mościmordce płazem wprawienia jej w taki stan.
- Tak jakoś - wymamrotała. - Ach, bo ta wiadomość, Damp, ja się trochę pospieszyłam i wyszło niezręcznie, ale...
- Czy ten posąg się poruszył? - przerwał jej, dość niespodziewanie, Pan Rosomak (Rust nie mógł pozbyć się pierwszego skojarzenia). - Przepraszam, wydawało mi się, kontynuuj - dodał pospiesznie, drapiąc się po wydatnym nosie.
- Czy on jest - wymówił Damp szyderczo - mugolem?
- Co proszę? Czym? - Mościmordka dopiero teraz skupił się na rozmowie i okazało się, że jednak nie zawsze sprawia wrażenie niedorajdy. Rust przesunął językiem po zębach.
- W każdym razie nie jest tym, za kogo go wzięłam! - Triss złapała Dampa za rękaw i pociągnęła lekko do siebie, po czym wyszeptała do ucha: - Kurator grasuje! A Władek, pomyślałam, że lepiej, by nie spanikował i...
- Świetnie. Idealnie - oznajmił Rust w odpowiedzi. - Dziękuję za za ostrzeżenie, Triss. Miałem jeszcze pytanie w sprawie turnieju magicznego...
- Przepraszam, jakiego turnieju? - Biedny, broniący się przed rzeczywistością, rozczochrany rodzic okazał swoją antymagiczność, a Triss uciszyła Dampa gwałtownym gestem i wytrzeszczyła znacząco oczy.
- Ach, przepraszam - zreflektował się ulegle, jakby palnął gafę. - Już siedzę cicho, wybacz. Triss, a jak doszło do tej pomyłki? Później pewnie wszystko sobie wyjaśniliście? No tak, mmm, pan, pan, przepraszam..?
- Mościmordka Władysław. - Tym razem brzmiał jakby oschlej. Damp dopiero się rozkręcał, próbując go sprowokować.
- O właśnie, Władek wyglądał naprawdę słabo, tak chorowicie. Pewnie musiał zostać dłużej niż inni? Tak, Triss? Całą noc spędził w Skrzydle? - Troska i niepokój o zdrowie Pana Rosomaka dosłownie lały się z Dampa, cieknąc na posadzkę i parując z sykiem, w miarę jak obserwował, przywodzący mu na myśl bardzo jednoznaczne podejrzenia, ciemniejący rumieniec na twarzy Triss. Odziany w garnitur intruz miał chyba zamiar powiedzieć coś uszczypliwego, ale nie zdążył, bo cała trójka jak jeden mąż zwróciła głowy w stronę korytarza. Odgłos, rosnący z sekundy na sekundę, przywodził na myśl biegnące zwierzę. Triss wydała z siebie zduszony okrzyk, Rust zapomniał o swojej emocjonalnej masce, a Rosomak Władek zapowietrzył się, widocznie uznając to za jedyna właściwą reakcję. Ich oczom ukazał się ciemny kształt. Z zawrotną prędkością wypadł zza zakrętu, aż nim zarzuciło, i przemknął środkiem wyszywanego dywanu, niemal ocierając się futrem o zgiętego wpół Dampa; kitel Triss poderwał się z łopotem, grzywa Mościmordki stanęła dęba, niewiele zmieniając kąt nachylenia, a czarny t-shirt z logo "Nine Inch Nails" podjechał Rustowi pod same łopatki.
- Stój! - ryknął, zapominając o wyrwaniu kobiety ze szponów Rosomaka. Nawet nie pomyślał, a już biegł za Dźwiedziem. - Wróć do mnie! CZEKAJ!
Gdzieś za sobą usłyszał echa dialogu:
- Co to było?!
- Dźwiedź...
- Niedźwiedź?!
- Nie, Dźwiedź, posłuchaj...

Damp zatrzymał się dopiero minutę później, gdy już stracił nadzieję, że dogoni patrona. Rozpacz targnęła nim z taką mocą, że aż usiadł na ławce pod ścianą.
- Nie zostawiaj mnie samego, błagam, niee...
- Wszystko w porządku? - spytał ktoś głośno. Rust podniósł głowę i spojrzał prosto w oczy niskiego, korpulentnego jegomościa w czarnej szacie. Brakowało mu tylko naszywki ze słowem "KURATOR", ale tym już zajęła się spanikowana wyobraźnia Dampa.
- Taaak - odparł przeciągle.
- Cudownie. Pan nie jada kolacji? - Czarodziej posłał mu przyjacielski uśmiech.
- Jakoś tak wyszło - wydusił roztrzęsiony.
- A było ciekawie, działo się, działo! Jeden z nauczycieli został wydalony ze Ślęży. Fascynująca placówka, muszę przyznać, bardzo dynamiczna. - Skończył i, jak gdyby nigdy nic, oddalił się spacerowym krokiem, podziwiając mijane obrazy.

Sobota, północ
- Jezu, nie. Nie, nie nie! - myślał Damp z rozpaczą. - To koniec!
Siedział na skraju kamiennego parapetu, z nogami poza krawędzią okna, i czwarty raz tej nocy rozważał, czy nie powinien jednak skoczyć. Jak dobrze, że miał pokój na piętrze, ci życzliwi ludzie pomyśleli o wszystkim. Rustowi tak bardzo trzęsły się dłonie, że kiedy podniósł kartkę, zapisaną w całości jego nieczytelnym, rozstrzelonym pismem, na wysokość oczu, zaczęła dosłownie łopotać, uniemożliwiając skupienie się na tekście. Właściwie nie było się na czym skupiać. Nawet dwudziesty wiersz Dampa nie wyglądał lepiej niż ten pierwszy.
Fatalny. Okropny. Wiersz o cierpieniu.
Później był wiersz o tęsknocie, wiersz o bólu serca, wiersz o księżycu i romantycznych spacerach nocą (Damp płakał, pisząc, więc tego konkretnego dzieła nie dało się już odczytać), wiersz o kobiecie, wiersz o mroku i udręce, a później jeszcze (nieco lepszy, choć nadal niemożliwie niepoetycki) wiersz o rozpalonej żądzy i rozgrywkach NBA.
Rust miał na sobie tylko dres. Od jakiegoś czasu, bo kiedy dopadła go kolejna fala gigantycznej, rozbijającej depresji, postanowił sprawdzić, jak wysoko jest nad ziemią i pozbył się ulubionych (bardzo) japonek. Co to w ogóle za miejsce? Ślęża? Co on tu robił?
- Muszę iść za głosem serca, bo serce nie daje spokoju i krwawi jak... ukoronowane cierniem albo... albo jak, krwawi jak... - Damp zacisnął zęby i wydał z siebie przeciągły, wysoki dźwięk, resztkami sił próbując się opanować. - ...jak krew.
Łzy pociekły mu z oczu i znów trząsł się cały, spazmatycznie wypuszczając powietrze w bezgłośnym szlochu.
- Booże - jęknął przez zęby - bo-oże je-esteem jak Mickie-ewicz. - Wstrząsana gwałtownymi oddechami klatka piersiowa nie pozwoliła mu na więcej. Już wiedział. Wiedział, że to prawda. Tragizm. Romantyzm. Wielkopolskie dwory. Coś niewytłumaczalnego natchnęło Dampa ponownie i, mimo, że ledwo był w stanie utrzymać się w pionie, postanowił pisać o... Zamarł, gdy doznał olśnienia. Tak. To było to. Nieszczęśliwa miłość. Chciał napisać znamienne słowo, ale wbił długopis w kartkę kreśląc "M" i dał za wygraną. A więc to była miłość. To było to potworne uczucie, natchnienie tysięcy, wena poetów i zmora romantyków, największa zagadka w ludzkim życiu.

Damp nigdy nie kochał kobiety. Nie w taki sposób, nie tak, jak na filmach i w książkach. Właściwie kochał wszystkie, ale to nijak miało się do tego, co czuł teraz. Wcześniej kochał za coś, za korzyści, za przyjemności. Za łydki. Teraz kochał ot tak.
- Nie sądziłem, że kiedykolwiek do tego dojdzie. Jednak się myliłem. Miłość istnieje. Tyle lat w błędzie. Prawdziwa, ślepa cudowna miłość, nie żadne ubzdurane zauroczenie. Dwadzieścia sześć lat w niewiedzy, a jednak potrafię! Stało się! Chcę dawać, nie brać! - wzruszył się Damp-Mickiewicz.
- Brać też - pomyślał Damp-Damp.
Musiał znaleźć tę jedyną, porwać ją, nie, poprosić o rękę, o pozwolenie, zabrać gdzieś daleko, najdalej, gdzie nie sięgną niczyje oczy, i uwolnić od tego nędznego życia, jakim było wypalanie się się w okrojonym z jedynej prawdy, zakłamanym świecie, tak, musiał mieć ją tylko dla siebie, wyzwolić, zniewolić, uszczęśliwić, uzupełnić, posiąść na każdy z możliwych sposobów, w płomieniach żądzy i w popiołach zahamowań, ochronić przed złem, wzrokiem niegodnych, przyziemnością i jednakowością, tylko on i tylko ona, tylko z nią i tylko dla niej, zawsze, wszędzie, teraz, już!
I gdyby ktoś powiedział mu, że to nie jest prawdziwe uczucie, tylko, dajmy na to, opóźniony efekt działania jakiegoś miłosnego eliksiru, który, dzięki zbiegowi okoliczności, zaczął działać z pełną mocą dopiero po zetknięciu się z wybranym celem, przez co zakochany do szaleństwa Damp nie był w stanie przypomnieć sobie, kogo tak kocha... to z całą pewnością by w to nie uwierzył.
- Rust? - zawołał ktoś ściszonym głosem. - Co ty wyprawiasz? - Jakaś postać w dole zatrzymała się i w świetle Ślężańskich latarni zadzierała głowę, patrząc na Dampa. Nie rozpoznał kobiecego głosu, ale to nie miało znaczenia. Może to była ona? W pierwszej chwili chciał zeskoczyć, ale opamiętał się, w kilka sekund splądrował pokój w poszukiwaniu bluzy, po czym z prędkością błyskawicy wypadł na korytarz, z najkami w ręce. Prawie leciał szkolnymi korytarzami, jednocześnie podekscytowany, nieszczęśliwy, wzruszony i zaniepokojony, ale pamiętający o zachowaniu ciszy. Nawet nie oddychał. Doskoczył do drzwi i znalazł się na pogrążonych w ciemnościach błoniach. Od razu namierzył wzrokiem kobiecą postać.
Z jakiegoś powodu zaczęła uciekać.
Rust ocenił kierunek, poświęcił dwie sekundy na ubranie butów i ruszył w pogoń. Nie miała szans, nie z nim. W tej konkretnej chwili mógłby ścigać się z Boltem, gdyby od tego zależało powodzenie. I rzeczywiście, dopadł przestraszoną kobietę prawie natychmiast. Zdążył tylko dostrzec jej przerażone spojrzenie, gdy obejrzała się w panice. Krzyknęła. Damp nawet nie próbował wyhamowywać. Z pełną prędkością, zachłannie wyciągnął ręce. Właściwie rzucił się na kobietę. Przelecieli razem parę metrów. Rust przeraził się i próbował ratować sytuację, biorąc na siebie cały impet upadku, tak, że gdy wreszcie skończyli zdzierać trawnik, trzymał uciekinierkę w mocnym uścisku. I wszystkiego by się spodziewał, poza tym, że tą uciekinierką może okazać się Yeneva.
Sądził, że skopie go w akompaniamencie wiązanki bułgarskich przekleństw, a potem potraktuje magią i obieca zemstę. Zamiast tego, Yeneva po prostu zaniemówiła. Usiadła, gdy ją o to poprosił, kiwnęła głową, gdy wytłumaczył (nieudolnie) że zaszła pomyłka. Nigdy nie widział Bułgarki w takim stanie. Z rozdziawionymi ustami wysłuchała jego nieskładnych przeprosin, a zapytana o to, dlaczego uciekała, zamrugała tylko - Damp przemilczał fakt, że pewnie sam by przed sobą uciekał - i lakonicznie stwierdziła, że spanikowała na jego widok. Wstali, Rust zrozpaczony, że się pomylił, Yeneva oniemiała i drżącą ręką sięgająca po różdżkę, w celu oczyszczenia im ubrań.
- Ja właściwie - zaczął Damp.
- Nic nie mów - poprosiła. - Od pewnego czasu... - urwała, zbliżając się nagle. Czy tak zdobywało się kobiece serca? Mylnym wrażeniem, przywodzeniem na myśl gwałciciela w akcji? Damp był w takim stanie, że kiedy Yeneva, z wypiekami na twarzy i podwyższonym tętnem, wyznała mu coś niepoprawnego, nie zareagował. On? Miałby spędzić z nią resztę nocy? Chyba zwariowała, Damp-Mickiewicz miał o wiele lepsze plany. Chciał szukać miłości, ale prawdziwej, takiej romantycznej i filmowej, a nie - jak ona w ogóle śmiała mu to zaproponować - jakiejś jednorazowej przygody. I właśnie wtedy, gdy chciał ją wyśmiać, usłyszał głosy. Jakaś grupa przedzierała się przez gąszcz, wychodząc na błonia. O tej porze! Rust obejrzał się i zesztywniał, widząc trójkę pijanych gówniarzy w towarzystwie, równie pijanej, Mścigniewy Wiśniowieckiej. Lodowate poczucie triumfu jak gdyby wypełniło mu trzewia. Ruszył w stronę młodych, nie zważając na protest Yenevy. Dwadzieścia metrów. Piętnaście. Dziesięć.
- DAMP. W TYŁ ZWROT. - Głos Dźwiedzia zabrzmiał groźniej niż zabrzmiałoby tysiąc odbezpieczanych spustów wycelowanej w Rusta broni. Więc posłuchał. Bez wahania. Bezmyślnie. - ODDECH. RĘCE W KIESZENIE. TERAZ. OBIE. - Poczekał, aż siatkarz wykona polecenie. - SPRÓBUJESZ WYCIĄGNĄĆ, POŻAŁUJESZ. - Widział, że Damp nie okazuje sprzeciwu, więc nieco spuścił z tonu: - Bułgarka zajmie się swoimi. A ty każesz Wiśniowieckiej wracać do sypialni. Sama wróci, bez ciebie. Acha. I wyprostuj kciuki.
- Co?
- Profilaktycznie.
Rust z niedowierzaniem naparł kciukami na wewnętrzną stronę kieszeni, choć dawno już pozbył się tego nawyku.
Cała ta nienormalna historia skończyła się tak, że Yeneva, zawstydzona i obrażona na Dampa, nieznoszącym sprzeciwu tonem rozkazała swoim uczniom biec w trymiga do łóżek. Obiecała rozmowę z dyrekcją, postraszyła i opuściła błonia, wcześniej okazując sparaliżowanemu Rustowi, jak mocno go nienawidzi (wystarczyło jedno spojrzenie). I został sam. Z pijaną Wiśniowiecką, która usiadła na trawie i, czkając, zaczęła zawodzić cicho jakieś bułgarskie pieśni.
- Zajmę się tym - walczył, tłumiąc rosnącą potrzebę wyznania dziewczynie miłości. - Pozwól mi. Błagam. Nie wytrzymam.
- Ani się waż! Ręce przy sobie! Jasne? Widzę cię - wywarczał patron. - Czas na magię, której nie pojmujesz. Ja, Dźwiedź, przysięgałem chronić uczniów tej szkoły. I ja się zajmę transportem tej, bardzo teraz zagrożonej, uczennicy.
- Jest wstawiona - zauważył Damp chrapliwie. - Może wezmę ją gdzieś, zanim, może, żeby wytrz...
- Nie ma mowy. - Dźwiedź wyłonił się wreszcie spomiędzy krzaków. Bez słów sprawił, że na wpół śpiąca Wiśniowiecka uniosła się w powietrze i, jak zjawa z rozwianymi włosami, zaczęła sunąć w stronę szkoły. Patron oczywiście eskortował ją, uprzednio zakazując Rustowi zbliżania się na odległość mniejszą niż pięć metrów.


Niedziela, popołudnie.
Jakimś cudem Dźwiedź, bladym świtem, zmusił Dampa do wizyty w skrzydle szpitalnym (nie ruszyły go pełne bólu wyznania Rusta, który miał dość przebywania tam niemal codziennie). Wystarczyła minuta i jakieś proste badanie. I tak służba zdrowia wzięła go w niewolę, bez zbędnych ceregieli i bawienia się w rozmowy z chorym na miłość człowiekiem.
- Tyle godzin i nic - szepnęła Triss z niedowierzaniem. Gdzieś w tle mruknął coś niewyraźnie pan Rosomak. Damp zacisnął palce na materacu, czując wzbierające roztrzęsienie.
- Proszę pani, lekarstwo się wylało, mam teraz dziurę w poduszce - zawołało jakieś dziecko.
- Już biegnę! - odkrzyknęła. - Podobno córka ministra od dwóch godzin jest na dywaniku u Rokosza. Jakaś grubsza sprawa - dodała ściszonym głosem.
- Myślicie - wyszeptał Damp - że na nią krzyczy? Czy on ją kara? Nie!
- Leż! A zresztą, i tak nie możesz... - mruknęła pielęgniarka współczująco. Zatroskana pobiegła po nową porcję leku i zajęła się młodszym pacjentem. Rust tymczasem cierpiał katusze. Jedynym pocieszeniem był fakt, że nadal nie wiedzieli kogo darzy uczuciem, a Dźwiedź obiecał wrócić do jego umysłu, gdy tylko ten umysł będzie gotowy. Bo, jak na razie, Damp przestał być sobą.
- Ciekawe - rzekł Mościmordka ze szczerym zainteresowaniem. Podszedł i obejrzał magiczne pasy na nadgarstkach siatkarza, mocujące go na stałe do szpitalnego łóżka.
- Ja ci dam ciekawe - wściekł się Damp, odsłaniając zęby i zrywając się na tyle, na ile pozwalały mu środki bezpieczeństwa (czyli raczej niewiele). Pan Rosomak uniósł brwi, zaskoczony. Chyba się wyrabiał. Ilość magii, którą zobaczył, przekonałaby każdego normalnego mugola, że coś jest nie tak. - Wy nic nie rozumiecie - cedził Rust, spinając mięśnie i całą siłą walcząc z więzami, aż doprowadził do stanu, w którym każda kolejna próba skutkowała drżeniem bicepsów i całego tułowia. Zrezygnował, załamany. - Wypuść mnie Triss, nic mi nie jest!
- Już już, porozmawiaj sobie z Władkiem, ja muszę jeszcze...
- Nie uwierzycie - oznajmił ktoś, zaglądając przez uchylone drzwi. Wszyscy obecni spojrzeli w stronę zdenerwowanego Termopilskiego. - Jacyś ludzie z kuriera piszą podobno artykuł o tym, że szansa na bezpieczne ukończenie edukacji w Ślęży wynosi mniej niż szesnaście procent...
- Niech to szlag. - Głos Dźwiedzia był nadzwyczajnie załamany.
- Że co proszę?! - wybuchnął Mościmordka, zdejmując okulary.
- Ale nie to jest dziwne! - Fabian wbił wzrok w Dampa. - Kurator właśnie ogłosił, że ma zamiar to naprostować, bo Ślęża to wspaniałe, pełne dzieł sztuki miejsce, gdzie młodzi mają szansę...
- Jakiś lewy ten kurator.
Damp jęknął, zniecierpliwiony.
- Może to nie jest wcale kurator? A wyjaśnili już, kto maczał palce w czwartkowym zamieszaniu? - przeraziła się Triss.
- Rokosz wspomniał, że chwilowo mamy nie mieszać się w sprawy, które wyjaśnia ministerstwo. Aurorzy...
- Triss, Fabianie - Damp przerwał wypowiedź Termopilskiego, bo nie mógł już dłużej wytrzymać - wy chyba nie wiecie, co w życiu jest ważne! Przepraszam, ale nie mówcie o takich głupotach, kiedy ja odchodzę od zmysłów! Proszę mnie natychmiast puścić! TERAZ!
- Wiedziałem, że wysłanie tutaj Marceliny będzie błędem - poinformował ich Pan Mościmordka, kryjąc twarz w dłoniach.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Alrune
Posty: 106
Rejestracja: 29 czerwca 2013, 13:02

Re: Nasze czarowanie - tekst

Post autor: Alrune » 18 maja 2014, 00:15

28 październik, niedziela przed południem, rezydencja Rodu Shin

- Mistrzu Woo Bin. – Mężczyzna siedzący niedaleko okna odwrócił się spoglądając na posłańca, który trzymał w ręku zwinięty rulonik z wiadomością. – Mam list od panienki Bii i pan Iwan czeka na posłuchanie u pana mistrzu.
Shin Woo Bin, sześćdziesiąty dziewiąty mistrz Klanu Shin, licząc od założyciela rodu, Yoo Beaka - prawie czterdziestoletni mężczyzna o ostrych rysach twarzy, którego włosy kiedyś były czarne, jak skrzydła kruka, teraz gdzie nie gdzie zdobiły pojedyncze srebrne pasma. Starość nikogo nie ominie, nawet jego, jak miał w zwyczaju mówić. Jedynie szare oczy Woo Bina nigdy nie wyglądały staro i bystrze spoglądały na każdego, przenikając na wskroś duszę osoby stojącej na przeciwko go. Od kiedy stanął na czele Rodu Shin i zajmował się prowadzeniem wszelkich poczynań grupy miał coraz więcej zmartwień.
- Daj mi najpierw list od córki. Przeczytam go zanim porozmawiam z Iwanem. – wziął list od chłopaka. – Dziękuję ci Min – Min. Możesz odejść.

Drogi Ojcze,
Wszystko u Ciebie układa się dobrze? Jesteś zdrowy? Słyszałam, że ostatnio mieliście dość ciężko, ale sytuacja została opanowana. Znowu pan Jung? Tak, zapewne to on, mam racje? Powinieneś być bardziej stanowczy Ojcze. To tylko mugolak, który stara się dojść do władzy, moim zdaniem dość nieudolnie. Powinien znać swoje miejsce i jego się trzymać, bo ktoś może go w przyszłości zabić.
Ciotka Asyntia pisała do mnie kilka razy i przesłała mi fragment Zwoju. Wiem, że byłeś przeciwny i ciągle uważasz mnie za zbyt młodą, aby go studiować. Zdaję sobie sprawę, że przede mną są jeszcze lata nauki zanim pozwolisz mi czynnie brać udział w życiu Rodu. Wiem też, że mimo to gdzieś tam w głębi duszy odczuwasz dumę ze mnie i jesteś zawiedziony, że nie możesz być obok. Chyba każdy ojciec tak ma, prawda? Troszczy się o córkę, nawet jak ona jest daleko.
Ale nie o panie Jungu chciałam z Tobą rozmawiać. Ani o twojej troskliwości i przysłaniu Iwana z Takeem do szkoły, chociaż mój list łączy się w pewnym stopniu z osobą Iwana.
Iwan został wyrzucony z terenu szkoły dzisiaj wieczorem. Powodem było jego napaść na uczennice mojej szkoły. I nie Ojcze, nie zrobił tego z powodu kaprysu. Coraz lepiej panuje nad swoimi morderczymi zapędami, ale tym razem nie byłby w stanie go powstrzymać nawet Takeo. Ojcze, Iwan mnie bronił i dlatego poniósł karę. Nie karz go za to.
Pamiętasz, jak prosiłam Cię, abyś nie wysyłał za mną swoich ludzi, bo sprawią mi tylko kłopoty? Myliłam się i przepraszam, że nie słuchałam Twoich rad.
Mam pewną prośbę do Ciebie Ojcze(…)
Kocham Was bardzo Ojcze, Ciebie i Mamę.
Ucałuj ją ode mnie i proszę, żebyś łaskawie rozpatrzył moją prośbę.
Twoja córka,
Bia.


Do pomieszczenia wszedł po cichu Iwan. Woo Bin zmiął pergamin od córki. Poruszyły i zaniepokoiły go jej słowa. Wiedział, że musi działać.
- Mistrzu. – Iwan skłonił się. – Wybacz mi niesubordynację i opuszczenie panienka Bia. Ja nie chciał…
- Już dobrze Iwanie. – uciszył Rosjanina, unosząc dłoń. – Bia mi o wszystkim napisała i wyjaśniła . – sytuacje. Wszystko rozumiem już. – zamyślił się na moment, spoglądając prze okno. – Iwanie, pamiętasz Smitha z Johannesburga? – Iwan kiwnął zgodą. – Jutro udasz się do niego z listem ode mnie. Mam nadzieje, że użyjesz wszelkich środków by wspólnie z nim załatwić pewną sprawę. – Uśmiechnął się szeroko, jakby sama myśl go bawiła. – Ale bez mordowania. Naszymi sposobami, ale bez mordowania.
- Tak jest, mistrzu. – skłonił się z szerokim uśmiechem na ustach. – Czy coś jeszcze, mistrzu?
- Niech pan Jiang Yao Ming przygotuje różdżkę dla Bii. Ma być taka sama jak poprzednia. – wstał powoli. – Kiedy wrócisz, wyruszysz razem ze mną do Polski. – uśmiechnął się złośliwie. – Nie mogę się doczekać wizyty w tym cudownym kraju.
Iwan uśmiechnął się najpiękniej, jak potrafił, co mogło wywołać w obserwującym scenę tylko jedną myśl „planuje kogoś zamordować”.

28 październik, niedziela, wieczór, szkolna jadalnia

Bia siedziała przy stole. Ciągle zakrywała głowę, nie chcąc aby ktoś ja oglądał. Wstydziła się swojej łysiny i miała ochotę zamordować Walentynę. Chciała ją potraktować Cruciatusem, torturować kilka godzin. Coś, zapewne spowodowane to przynależnością do klanu Shin, mówiło jej, że takie rozwiązanie problemu jest jak najbardziej właściwe, ale pod warunkiem, że nikt jej nie udowodni później winy. Zaczynała nie lubić szkoły, uczniów, ba, nawet miała dość Turnieju.
Niemrawo grzebała widelcem w swoim talerzu, nie zwracając uwagi na innych. Nie miała apetytu, a wszelkie próby wmuszenia w siebie choćby odrobiny czegokolwiek kończyły się wymiotami. Zapewne to przez stres.
Nawet nie zauważyła kiedy koło niej pojawił się krasnoludek w czerwonej czapeczce i pociągnął ją za rękaw. Spojrzała na niego zapuchniętymi od płaczu oczami.
- Tak? – zapytała uprzejmie. – O co chodzi?
- Dla panienki. – zapiszczał, wręczając Bii kopertę.
- Dziękuję. - spojrzała na napis na wierzchu. – Nie spodziewałam się tak szybkiej odpowiedzi.
Rozerwała papier i ku jej zdumieniu nie znalazła w środku listu od ojca, tylko czystą kartkę papieru. Obejrzała ją kilka razy, odsuwając przy tym talerz z jedzeniem na bok, aby krasnoludek mógł go zabrać. Kto mógł to wysłać? Co oznaczało? Przetarła dłonią kilka razy papier, myśląc przy tym intensywnie o rozwiązaniu tej zagadki, bo za taką uważała wysłaną czystą kartkę papieru. Po kilku sekundach spostrzegła, że na czystej do tej pory kartce zaczęły pojawiać się słowa. Spojrzała na nią, szybko przy tym czytając wiadomość. Tego nie spodziewała się. Skąd ktoś mógł wiedzieć, a na dodatek głupawy wierszyk.

Przy Księżycu dźwiedź liczy:
Czwórka uczniów, troje nauczycieli,
jedna panienka, co nos zadziera wysoko.
Mówię czule, szepczę do ucha
Tyś mój Wybraniec jest walcz ze Złem.
Trójka uczniów, dwoje nauczycieli
Zaginęła panienka, co zna każdą odpowiedź.
Mówię czule, szepczę do ucha
Tyś zaginęła, ale znajdę Cię.
Dwójka uczniów, jeden nauczyciel
pół martwa panienka, co przeszłość ma tysiącletnią.
Mówię czule, szepczę do ucha
Uciekaj póki możesz.
Jeden uczeń, martwy nauczyciel
duch panienki, co kiedyś umarła.
Mówię czule, szepczę do ucha
Gdzie ja jestem?


29 październik,poniedziałek, noc, gdzieś w Ślęży

Szła cicho, nie chcąc aby jakiś nauczyciel nakrył ją na szwendaniu się w nocy po szkole. Nie miała jeszcze różdżki, więc nie mogła rzucić żadnego zaklęcia, aby stać się niewidoczną dla osób postronnych. Gdyby mogła stać się jednością ze ścianą to na bank by w tamtym momencie nią była. Szła cichutko, raz po raz oglądając się za siebie i sprawdzając czy za rogiem nie idzie ktoś.
W końcu dotarła do posagu dźwiedzia. Obeszła go dokoła, sprawdzając czy czegoś, jakiegoś może listu lub czegokolwiek nie ma w pobliżu.
- A więc przyszłaś. – Odwróciła się, wyciągając sztylet. Była gotowa do ataku. – Odłóż to. Nie mamy zamiaru zrobić ci krzywdy. – Powoli opuściła ostrze. Chłopak powoli ściągnął kaptur. Oczom Bii ukazał się jeden z jej kolegów z klasy. Nie pamiętała dokładnie jak się nazywał, ale kojarzyła go z zaklęć. Przeczesał dłonią białe włosy i spojrzał na Bię. – Porozmawiamy gdzie indziej. Chodź za mną i na razie nie zadawaj pytań.

29 październik, poniedziałek rano, sala szkolna, śniadanie

Bia siedziała przy stoliku, niemrawo grzebiąc widelcem w swojej jajecznicy. Nie miała ochoty jeść. Nie miała ochoty na nic poza powrotem do domu. Nie mogła uwierzyć w to co słyszała w nocy. Skąd oni wiedzieli? Nikt nigdy o tym nie mówił. Nawet w rodzinie jest to temat tabu.
Przed Bią wylądowała śnieżna sowa. Od razu poznała, że jest od Jiang Yao Minga, wytwórczy różdżek jej rodziny. Rozwinęła papier i na stół upadła nowiutka różdżka. Wzięła ją do ręki i od razu poczuła falę gorąca – różdżka ją zaakceptowała. Machnęła nią i w myślach wypowiedziała zaklęcie. Solniczka zaczęła tańczyć po stole. Bia uśmiechnęła się. Teraz miała z powrotem różdżkę i nie czuła wahania w środku. Wiedziała co musi zrobić. Uśmiechnęła się pod nosem, wstając od stołu. Skierowała swoje kroki do sypialni. Musiała zabrać swój sztylet i medalion. Tak, właśnie w tym momencie poczuła się w końcu sobą – Shin Bią. Nie tylko idealną uczennicą, córką, następczynią. Poczuła, że teraz może wszystko. Nie chciała zmarnować czasu. Pobiegła do pokoju, a później do sowiarni. Na skrawku pergaminu napisała dwa słowa, po czym wzięła pierwszego lepszego ptaka i przywiązała mu karteczkę do nogi.
Patrzyła, jak sowa wylatuje przez okno. Bia czuła, że w tym momencie na nowo się narodziła. Oczywiście chciała podziękować odpowiedni Walentynie za przysługę, ale postanowiła to odłożyć. Ważniejsze rzeczy miała na głowie.

29 październik, poniedziałek, późne popołudnie

Po raz kolejny Bia zastanawiała się jakim cudem Artur zdawał z klasy do klasy, skoro podczas każdych korepetycji przynajmniej raz jego kociołek musiał albo eksplodować, albo zrobić się papką o nieokreślonych właściwościach.
- To proste. Musisz bardzo dokładnie czytać instrukcje i skupić się. – szturchnęła Tkaczuka, bo zauważyła, że ten jednak jej nie słucha.
- Tak, tak. Instrukcje. Skupienie. Rozumiem.
- Chyba nie bardzo rozumiesz. – powiedziała, wstając od stołu. – Lepiej skończmy na dzisiaj, dobra? – spojrzała na swój zegarek. – I tak już jestem spóźniona. Do zobaczenia. – Zostawiła Artura samego w szkolnej sali, wychodząc bez tłumaczenia.

30 październik, wtorek, rano
magia-z-slezy.com.pl
Witajcie moi milusińscy. Czy zastanawialiście się kiedyś co robią nauczyciele, kiedy akurat nie mają zajęć? Ja też, ale ja w przeciwieństwie do Was doskonale wiem… i się z Wami tym podzielę. Zacznijmy naszą bajeczkę moje mordeczki.

HEJ DZIECI JEŚLI CHCECIE ZOBACZYĆ SMERFÓW LAS…

Solidarność to podstawa, a szczególnie między spiskowcami. Tri stara się ile tylko ma siły, aby kuna nie uciekła z kurnika i nie zamordowała kilku kur. N nadużywa magii denerwując tym D, który miał ochotę na ciasteczko. Nie ładnie tak zabierać ciasteczko ciasteczkowemu potworowi. D nie daj się i pokaż, że umiesz walczyć. Niech żyje czekolada i wanilia! Za ciastko! Szpady… znaczy różdżki w dłoń i niech poleje się krew.
Swoją drogą, D, mógłby bardziej ogarniać co się dzieje w szkole. To nie miejsce i pora chodzić z głową w chmurach, marząc o krainie czekoladowych piegusków z haszem. Po szkole szaleje Lesiu i węszy, a Ty tylko ciastka? Wstydź się D. A poza tym nie zauważyłeś nowych kolegów po fachu? F powinieneś bardziej dbać o przyjaciela i zapisywać mu ważne informacje. Hasło na dziś: spiskujmy i dbajmy o siebie, żeby kurator nie wylał nas na zbity pysk.

UWAGA SMERFY! KRYJCIE SIĘ, TO GARGAMEL!

Wiecie już, że mamy kuratora w szkole? Nie, to się teraz dowiecie. Na razie Ladislaus ma tylko dwa zmartwienia w szkole. Swoją ukochaną M, dla której gotowy jest zabić oraz napaloną Tri. Kogo wybierze: obowiązki czy chwilą zachciankę? Ladislaus pamiętaj po co tu jesteś! Broń M przed napalonymi nauczycielami. Swoją drogą, dlaczego jeszcze jej nie odnalazłeś? Biegnij i ratuj niewinne dzieci. D strzeż się, nadciąga kurator.

THEY’RE PINKY & THE BRAIN. THEIR TWILIGHT CAMPAIGN IS EASY TO EXPLAIN. TO PROVE THEIR MOSEY WORTH, THEY’LL OVERTROW THE EARTH.

A jak przystało na idealnego syna, ucznia czy człowieka, wie co jest najlepszym rozwiązaniem. Oczywiście chodzi tu o przetrwanie i nie zabrudzenie sobą, a raczej swoimi wnętrznościami, wszystkiego dokoła. Z racji swoich nadzwyczajnym umiejętności siania chaosu oraz zapędów piromańskich, połączonych z niskim instynktem samozachowawczym, A to idealny osobnik do wykonania brudnej roboty, jaką jest zniszczenie turnieju. Nie ładnie A. Obiecałeś przecież B. Co z Ciebie za mężczyzna, jak obietnicy nie dotrzymujesz? Tchórzu! Nie zrównaj szkoły z ziemią.
Swoją drogą czy nikogo nie zastanawia obecność R w szkole? A może to zaginiona córka dyrektorki? R witaj w szkolnych progach i postaraj się bardziej nie mieszać. Już i tak mamy problem z płcią Twojego tatusia. A może to genialny plan przejęcia magicznego świata przez gender. Nie dajmy się mordeczki. Walczmy! Powiedzmy stop narzucaniu nam cudzej woli. Zawładnijmy światem pierwsi, zanim to zrobią inni.

FIGLOWAĆ, BZIKOWAĆ, GDY TRZEBA TO ZWARIOWAĆ. BO WIEDZ, ŻE TEN SZALONY ŚWIAT JUŻ NIE UZDROWI SIĘ.

Kiedy już wszyscy myślą, że Ślęża jest normalną, przeciętną placówką edukacyjną, coś nagle dzieje się. Ot, dźwiedź we własnej osobie pojawia się w materialnej postaci i odnosi W do pokoju zanim D zrealizuje swoje chore pragnienia. Uf, dobrze, że zdążył. Swoją drogą, ciekawe jak on wytrzymuje w głowie D. Na jego miejscu dawno już bym rzucił posadę szkolnej maskotki i uciekł daleko, ale cóż. Widocznie dźwiedź jest mocno związany ze szkołą. Uważajcie niegodziwcy chcący zagrozić naszej wspaniałej uczelni. Drżyjcie przed jego kłami i łapami.
Wiecie, że mamy w szkole wielkiego poetę? Nikt z Was nie zgadnie kim on jest. Podpowiem Wam, że jest wysoki i gra w mugolską grę. Wiecie już kto to? Doskonale, to D. Brawo chłopie, w końcu pokazałeś swoją „delikatność”, miejmy tylko nadzieje, że to jakoś Ci pomoże i nie popełnisz samobójstwa, jak to mieli w zwyczaju robić w okresie romantyzmu. Jak się zdecydujesz to przynajmniej nie spartol roboty, jak Kordian, ok? I lepiej nie na terenie szkoły, bo im więcej aurorów tym gorzej dla uczniów. Jeszcze któryś będzie próbował namieszać im w głowach. D dbaj o głowy swoich podopiecznych. Swoją drogą, kiedy ostatnio słyszałeś Głos?

Na koniec apel do wszystkich czytelników. Pomóżmy Ladislausowi odnaleźć córkę póki ta żyje. Nie bądźmy obojętnie. Do roboty moje mordeczki.

Wiem, że mnie kochacie.
XOXO
Wasza agent Leszek.
30 października, wtorek, wieczór

Bia została wezwana przez dyrektora do gabinetu. Nie bardzo wiedziała co się stało i jaki miałby on w tym cel. Nic nie zrobiła, na zajęcia uczęszczała – idealna uczennica, a takich nie wzywa się na dywanik. Stanęła przed drzwiami gabinetu. Zapukała dwa razy, a po usłyszeniu „wejść”, otworzyła drzwi i ujrzała osoby, których tam się nie spodziewała. Dużym zaskoczeniem było ujrzenie ojca, Iwana i Dampa w jednym pomieszczeniu.
- Bia. – odezwał się ojciec, podchodząc do córki. – Wejdź. – powoli, lekko zszokowana Bia weszła do środka. Nie chciała opuszczać szkoły. Nie teraz. – Pani Matejko chciała coś dla ciebie zrobić. Twoje włosy. – westchnął. Bia zauważyła bardzo piękną jej zdaniem kobietę siedzącą naprzeciwko Rokosza. To musiała być Józefina Matejko, swego czasu znana modelka. – Zna odpowiednie przeciwzaklęcie.
- Ale po co tu jest pan profesor? – zapytała, bo jakoś nie mogła dopasować Dampa do reszty układanki. Iwan jako ochroniarz jej ojca. Dyrektor, bo to jego gabinet. A pani Matejko miała jej pomóc. Po co Rust?
- Pan Damp jest tutaj ponieważ sprawa dotyczyła ciebie, a on jest twoim wychowawcą i chciałem z nim też przy okazji porozmawiać. – wyjaśnił Woo Bin. – Tak jak mówiłem, zanim przyszła Bia, pani dyrektor. Iwan nie stanowi zagrożenia i myślę, że dobrym pomysłem byłoby jednak, aby wrócił on do szkoły. – Dyrektor wyglądał jakby chciał się nie zgodzić. – Oczywiście nie skrzywdzi nikogo z uczniów. Ma na to pan moje słowo. – Rokosz chciał przerwać. – Oczywiście możemy to załatwić przez ministra magii i innych urzędników. Z tego co wiem, panu Wiśniowieckiemu nie spodobałoby się gdyby nagle kilka państw odmówiło współpracy, rozumie pan? Dobre stosunki międzynarodowe. – Rokosz zaczerwienił się, przełknął głośno ślinę i lekko zatrząsnął się ze złości. – Czyli sprawa załatwiona. Iwan zostaje i nie krzywdzi uczniów. Nie bije ich, nie okalecza. Ostatecznie doprowadza ich do pana, jak to się mówi, na dywanik, tak? – Iwan wyglądał na lekko niepocieszonego, zaś Bia zastanawiała się dlaczego ojciec to robi i jaki ma w tym motyw. Nic nie rozumiała, ale wiedziała, że ojciec jest w stanie tak zmanipulować ludźmi, że każdy zrobi to, czego żąda. Miał władzę, wpływy i pieniądze. Idealny przywódca rodu Shin. – A teraz pani Matejko. – Kobieta powoli wstała, widać było, że trochę niechętnie. – Czy byłaby pani łaskawa pomóc mojej córce? – zapytał spokojnie.
- Tak. – wyciągnęła różdżkę, szepnęła kilka słów pod nosem i po chwili Bia poczuła, że włosy jej odrastają. – Powiedz jakiej były długości.
- Do kolan pani Matejko. – Józefina machnęła różdżką i Bia znów miała swoje włosy. – Dziękuję bardzo za pomoc. – powiedziała z uśmiechem. – I przepraszam, że się pani fatygowała do szkoły, żeby mi pomóc.
- To… to był drobiazg. Twój tato jest bardzo – na chwilkę zamilkła, jakby szukała odpowiedniego zamiennika na słowa „zaszantażował mnie” – przekonującym człowiekiem. Jeśli panowie pozwolą pójdę, bo nie mam czasu na pogawędki. Żona ambasadora ma wiele obowiązków. – Wygładziła jedwabną bluzkę. – Do widzenia panom i mam nadzieje – spojrzała na Woo Bina – że nie będziemy musieli więcej się spotykać.
- To była dla mnie przyjemność, pani Matejko. – Woo Bin uśmiechnął się, że aż ciarki mogły postronnemu obserwatorowi przejść po plecach. – Do widzenia. – Józefina wyszła z gabinetu. – Na mnie już czas. Bia, ucz się pilnie i pisz często. – Bia kiwnęła głową na zgodę. – Ty Iwanie masz być grzeczny. – Kątem oka Bia zauważyła, że Damp chyba próbuje nie wybuchnąć śmiechem na mówienie o byciu grzecznym do osoby mierzącej dwa metry. – Panie dyrektorze. Panie Damp. – podszedł do drzwi, ale po chwili odwrócił się i powiedział: - Gdyby pan, panie Damp, zrezygnował z nauczycielstwa to z chęcią widziałbym pana u nas.
- Nie sądzę, żebym w najbliższej przyszłości zakończył karierę, panie Shin. – zaśmiał się.
- Nigdy nie wiadomo, a znając pana przeszłość wszystko jest możliwe, nie sądzi pan, panie Damp? – zaśmiał się pod nosem, wychodząc z pomieszczenia i zostawiając pozostałą czwórkę w środku.
- Mogę iść do siebie? – zapytała Bia, a po skinięciu dyrektorki stwierdziła, że może. Wyszła z gabinetu i pobiegła na umówione spotkanie.

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Nasze czarowanie - tekst

Post autor: Joa » 23 czerwca 2014, 15:43

Czwartek, ranek


Władze szkoły Ślęży oraz całkiem niezłe zbiorowisko Aurorów nalegało, by Żyłka, w ich otoczeniu jak i Żyłki nieprawdziwego, udał się w bezpieczne miejsce. Niestety, jak się okazało, nikt z obecnych nie wiedział, gdzie bezpieczne miejsce się znajduje. Albo wiedzieli lecz skutecznie unikali odpowiedzi na pytania chłopaka, który zadawał je w trosce o swoje bezpieczeństwo i przyszłość.
Był bardzo zdenerwowany po ostatnich wydarzeniach. Właściwie nie ukrywał, że kilka wcześniejszych dni stanowiło dla niego czarną dziurę w pamięci. Gdyby ktoś zapytał, co w tamtym czasie się działo, nie zdołałby odpowiedzieć. Nie wiedział. Mógł spać całe dnie, równie dobrze z furią biegać po szkolnych korytarzach, szukając Niszczyciela Swetrów. Nic jednak nie wskazywało na to, by przypadała mu w udziale jakaś krzywa, nienormalna lub po prostu nieodpowiednia akcja.
Może rzeczywiście przespał te kilka dni.
Tożsamość klona, napojonego uprzednio eliksirem wielosokowym, niezwykle go zastanawiała. Był identyczny – co do tego nie było wątpliwości. Jasne, kręcone włosy, szare oczy, drobna budowa ciała… Ale kim w rzeczywistości był klon, tego Żyłka się nie dowiedział. Chciał nawet nieśmiało podpytać towarzyszy i sam przedmiot dociekań, ale odburkiwali tylko niemiło i przyspieszali kroku.
Więc dreptał za nimi, dziwiąc się całym tym przedsięwzięciem, cyrkowym namiotem, którego śledzie wbito z dnia na dzień, gwałtownie, szybko, ale zauważalnie. Obserwując nienormalne parady władz, które na przekór wszystkim chciały udowodnić, że Ślęża nigdy nie miała problemów z zabezpieczeniami i utrzymaniem w ryzach bandy nastolatków, a każdy członek grona pedagogicznego to niesamowicie oddany i ogromnie potrzebny filar, podpora, podstawa szkoły.
Całą śmieszność Ślęży ilustrowała sytuacja, która rozegrała się kilka chwil po wybiciu godziny piątej nad ranem. Kierując się w bezpieczne miejsce, cała gromadka nagle przystanęła, przerażona cichym, ale obezwładniającym dźwiękiem łamanych gałązek.
Ktoś się zbliżał…
Powoli…
Drepcząc…
Pełznąc…
Aurorzy cicho zajęli pozycje za drzewami, z przylgniętymi ciałami do kor, w ciemności próbując złowić nieuchwytne dla oczu kształty. Zapomnieli jednak o Żyłce. Tym prawdziwym, który stanął na środku błoni i nie ogarniając, co się dzieje, upatrzył sobie jeden punkt w szarawych krzakach, które leniwie ruszały się, jakby wiał wiatr.
A wiatru nie było.
Powoli…
Bardzo powoli…
…z krzaków wyłonił się…
…wełniarz.
Skrzywił mordę, pokręcił łbem i zarżał jak koń.
Wszyscy odetchnęli z ulgą…
No prawie. Niektórzy nie zdążyli, bo tuż za ich plecami z głuchym trzaskiem coś spadło na ziemię. Rozmazany kształt poddany sile grawitacji wydał z siebie niemalże wojenny okrzyk, gdy jeden z nowicjuszy w szeregach Aurorów, przejęty swoją rolą, zupełnie na oślep i znienacka, zaczął raz za razem rzucać zaklęciami – jedno z nich, na nieszczęście Artura, trafiło w lipę, na której konarze leżał.
W całym tym zamieszaniu prawdziwy Żyłka i Żyłka Nędzna Podróba chyba się ubezpieczającym ich ludziom pomylili, bo prawdziwy Jeziorny pozostał bez ochrony.
W pewnym momencie, po prostu, bez ostrzeżenia, został ugodzony kolorowym strumieniem zaklęcia. W efekcie już po chwili leżał z czymś wyrastającym mu z czaszki, niechybnie odpływając.
Nieprzytomny nie mógł być naocznym świadkiem tego, co już po chwili wydarzyło się na polanie.





Wtorek, rano

Okazało się, że Jeziorny stracił przytomność nie tylko na wskutek zaklęcia, po którym wzbogacił się o poroże, ale przez kilka innych, rzuconych przez narwanego nowicjusza. Reasumując, chłopak nie tylko nie mógł zostać przetransportowany przez drzwi do skrzydła szpitalnego (dwa sterczące badyle wystawały za framugę dobre trzy metry), ale jego twarz nie mogła zostać tak szybko rozpoznana. Tym samym został wzięty za podrobionego Żyłkę, a klona odesłano w bezpieczne miejsce. Tożsamość poszkodowanego, którego po kilku godzinach udało się umieścić na szpitalnym łóżku, poznana została dopiero we wtorek rano, gdy cała opuchlizna, liczne szramy, rany, bąble i ropiejące krosty znikła za sprawą niesamowitych specyfików Triss.

*

Klon zaś stracił mowę, trafiony zaklęciem na polanie. Po całej zadymie nikt nie zwracał uwagi na jego nerwowe gesty. Został całkowicie zignorowany i w ciągu kilku chwil odstawiony w bezpieczne miejsce. Tym bezpiecznym miejscem okazała się dziupla – niezwykle dobrze chroniona i zaopatrzona we wszystko, co było potrzebne szesnastolatkowi. Zanim działanie napoju się skończyło, Aurorzy zdążyli opuścić dziuplę lipy. Zabezpieczenia i żywność miały starczyć na jakiś czas nim całe zamieszanie ucichnie.

*

We wtorek rano, gdy Triss zawiadomiła każdego, kogo tylko się dało o Żyłce, tuż przy jego łóżku zebrało się kilkanaście osób, żywo rozprawiających o tym, co się w czwartkowy ranek wydarzyło. Nim dano dojść do głosu Jeziornemu, padło tak wiele różnych tłumaczeń – od grasujących w tych terenach smoków, przez trickstery, wiedźmy, po iluzje – że temat zagalopował się tak daleko, że niechybnie niedługo po ostatniej propozycji miał paść pomysł, mówiący o tym, że nikogo zwanego Żyłką Rościsławem Jeziornym w szkole nigdy nie było.
Gdy cała sprawa została wyjaśniona, Żyłka został nareszcie sam.
Wieczorem miała czekać go rozmowa z Dampem, z uwagi na niebezpieczeństwo, czyhające na młody, zdrowy umysł Żyłki, poddany tak niebezpiecznym dla niego przeżyciom.



Wtorek, wieczór


- Mościmordka – przedstawił się mężczyzna, przez nieuwagę mocząc krawat w prążki w eliksirze i potrząsając głową w takt hopsającej grzywy. Nie lwiej – ludzkiej raczej, choć naturę pewnie miała po trosze zwierzęcą, zważywszy na podobieństwo do kociego futra. – Emm… - zaczął niepewnie, odrywając dłoń od dłoni zmieszanego Żyłki, i przysiadł na krańcu szpitalnego łóżka. Nie tego samego, w którym leżał chłopak, co to to nie. Wybrał to sąsiednie, stojące w bezpiecznej odległości metra i dziewięćdziesięciu trzech centymetrów.
Żyłka w duchu odetchnął z ulgą. Te kilka dni przekonały go, że nie należy ufać ludziom, szczególnie tym, którzy wydają się być w porządku. A Mościryjek wyglądał na bardzo w porządku – no… to za dużo powiedziane. Wyglądał trochę na nienormalnego, ale przyjemnego i sympatycznego. Żyłka postanowił, że nieufnym pozostanie do momentu, gdy rozwieje wszelkie wątpliwości.
- Wybacz – rzekł w końcu Mościmordka, po umoszczeniu się na szpitalnym łóżku – za to… - dokończył, ramieniem nieśmiało wskazując potłuczone szklane butelki na podłodze i zerwane zasłony. Żyłka pokiwał głową, w geście odpuszczenia winy.
Kilka minut wcześniej, Mościmordka przekonany o tym, że poroże Żyłki to atrapa, zaczepił się o nie garniturem, zakręcił wokół własnej osi, próbując się oswobodzić, zaplątał się krawatem, biodrem zaczepił o stojące niedaleko butelki, wpadł w zasłonę i pokonując kilka kroków w tył, pośliznął się na rozlanym eliksirze. Zwabiona hałasem Triss natychmiast do ładu doprowadziła szamoczącego się mężczyznę i kazała mu w spokoju czekać, aż wróci z mopem i wiadrem, a także czystymi ciuchami.
- No… - przerwał nieprzyjemne milczenie Żyłka, obserwując powoli rozlewającą się na koszuli plamę zieleni. Mościmordka zabełkotał coś pod nosem.
Obaj czuli nieprzyjemną powinność powiedzenia czegokolwiek, ale żaden z nich kolejnych słów nie wypowiedział.
Mościmordka gładził długimi palcami mokrą plamę na ramieniu, a Żyłka w myślach tworzył monolog o swetrach, którym chciał, ale coś go w duchu powstrzymywało, podzielić się z towarzyszem. Chciał opowiedzieć o różnych kolorach, sposobach produkcji, typach swetrów, opowiedzieć o historii, ale żadne słowo nie chciało przejść mu przez gardło.
Trochę chciał, żeby Triss w końcu wróciła.
A za niedługo miał wpaść Damp...
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1788
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Nasze czarowanie - tekst

Post autor: Kruffachi » 24 czerwca 2014, 22:15

To mój pierwszy dłuższy wpis i pierwszy z interakcjami z postaciami głównymi, więc proszę o wyrozumiałość :bag: Wszelkie uwagi przyjmuję, co trzeba będzie poprawić - poprawię. I wybaczcie, że tak długo, chciałam to ostatecznie ogarnąć.

Sobota popołudnie

Mordka, siedząc na łóżku i obracając w dłoniach obity kubek z herbatą, obserwował kolejne wydarzenia przez niedomknięte drzwi do izolatki.
Izolatek było to zaskakująco dużo i zaskakująco często się ponoć przydawały, ale Triss uznała, że to nie problem urządzić z jednej z nich przechowalnię na zbłąkanych tatusiów i nim Władysław zdążył pisnąć słówko, już miał swój własny czerwony pokój z czerwonymi meblami i czerwoną pościelą na czerwonym łóżku. Kojarzyło się jednoznacznie, ale starał się odsuwać od siebie te skojarzenia i pamiętać raczej o tym, że ma jednak do czynienia ze służbą zdrowia, a strój pielęgniarki, który nosi Triss, nie jest frywolnym rekwizytem.
Poprawił posklejane plastrem okulary.
Widział, jak na łóżku ląduje chłopak z fioletowymi oczyma i widział chlipiącą żałośnie łysą dziewczynkę o egzotycznej urodzie oraz towarzyszącą jej przez chwilę komisję złożoną z kręcących głowami w wyrazie bezradności dorosłych. Cóż, obity tyłek jeszcze, ale nagłe wyłysienie chyba nie mieściło się w przedziale urazów, z jakimi zwykle zmagały się szkolne pielęgniarki. Co to było? Tajna baza jeszcze bardziej tajnych służb, szkoląca małolaty na tajnych agentów? Wtedy by go tu przecież nie wpuścili.
No, chyba że nie zamierzali wypuszczać.
Mordka utopił dreszcz w łyku herbaty.
Nie, nie, to było głupie, było absurdalne i niemądre. Zresztą Marcelina chciała zostać archeologiem.
A wcześniej astronautą. I strażakiem. I rzeźnikiem. I pracownikiem na platformie wiertniczej.
Dobra, to jednak miało sens.
Władysław dopił herbatę i wstał ze swojego czerwonego łóżka. Ostrożnie wychylił się z izolatki, szukając wzrokiem Triss – swojej ostoi, jedynego stałego punktu w tym morzu szaleństwa. To było trochę dziwne, tak, przyznawał to nawet przed sobą, ale chociaż znali się ledwie parę dni… i nocy, ta wesoła buzia, te krągłości i rude, falujące włosy…
– Stary – powiedział do siebie. – Spokojnie. To tylko chemia. Minie.
A kiedy minie, to co?
Triss obróciła się w jego kierunku, więc przywołał na twarz uśmiech.
A kiedy minie, to trzeba się będzie zastanowić. Nie, nie, już trzeba się zastanowić. Nigdy niczego nie wiadomo, a było nie było, cała ta historia zaczęła się z wysokiego C. Żadne z nich nie było już w wieku, w którym zaczyna się z wysokiego C, czy raczej – Mordka spojrzał na Triss – z niskiego F, a po tygodniu zapomina o sprawie. I nawet dwadzieścia lat temu przecież to nie było tak, że…
Mordka westchnął, dla własnego dobra ucinając wewnętrzny monolog.
Ściągnął łopatki i ruszył w kierunku pielęgniarki. Uwijała się nad łysą dziewczynką, usiłując ją chyba uspokoić, a potem napoić ziółkami na uspokojenie, więc zatrzymał się w odległości kilku metrów i poczekał na swoją kolej. Z kim jak z kim, ale nie zamierzał walczyć o uwagę z dzieckiem na chemioterapii.
– Triss, możemy? – spytał cicho, kiedy uznał, że skończyła i wskazał na izolatkę.

Sobota, pora kolacji

– Mieliśmy…
– Tak, tak, wiem… Która jest?
Mordka wymacał zegarek, zorientował się, że nie ma na nosie okularów, nieco speszył i ostatecznie podał czasomierz Triss.
– Dziewiętnasta. Świetnie – stwierdziła, drugą ręką wciąż pospiesznie zapinając kitel. – Pora kolacji, dzieciaczki będą mniej więcej w jednym miejscu. Twoje okulary, Władziu.
– Dziękuję. – Odebrał od niej zapasowe oczy. – To… prowadź?
– Jeszcze tylko zwolnię Artura i Bię.
– Ta dziewczynka po chemii? – spytał Mordka, otwierając przed nią drzwi.
– C-co…?
– No, ta bez włosów. Myślałem…
– A, tak, tak! – Triss chwilę wydawała się jakaś nieswoja. – Nie przejmuj się, wszystko będzie z nią dobrze. Najgorsze za nami.
– Skoro tak twierdzisz?
Poczekał na nią grzecznie w korytarzu. Była tak uroczo nieogarnięta, taka jakby trzy centymetry wyższa, że aż się do siebie uśmiechnął.
– No to chodź. – Nawet jej chodaki stukotały jakoś tak… radośniej.
Podreptał więc za nimi.
Ledwie opuścili Skrzyło Szpitalne, Triss zaczęła bardzo żywiołowo opowiadać o swojej pracy, gestykulując przy tym i nawet demonstrując to i owo, aż Mordka odniósł dziwne wrażenie, że pielęgniarka po prostu nie chce, żeby się za bardzo rozglądał.
Może jednak nie powinien jej ufać…? Właściwie…
– I idziemy do tej sali wspólnej? – Chyba wpadł jej w słowo.
– To niezawodny sposób, żeby znaleźć Marcelinę, mój drogi – odpowiedziała Triss.
– Mam nadzieję. To już drugi dzień!
I wtedy na ich drodze stanął Pantagruel we własnej osobie i gaciach w jakieś krzykliwe plamy. Mordka trafił wzrokiem na bez wątpienia betonową pierś i szybko przesunął go ku górze na… twarz. Przy tym określeniu postanowił zostać.
– Aj! Przepraszam, kochasiu! – usłyszał Triss.
– Ależ nic się nie stało. – Wielkolud wyszczerzył się potwornie. – To moja wina…
– Trzymasz się? – spytała go pielęgniarka. Chyba znali się dobrze. – Wyszedłeś jakiś nieswój.
– Nie pamiętam zbyt dobrze. Może przedstawisz mnie panu…
To chyba był moment, w którym należało przejść od fascynującej obserwacji zjawiska do jakiegoś działania.
– Władysław. Władysław Mościmordka.
To nie był uprzejmy uścisk dłoni. To było wyzwanie.
Wyzwanie rzucone przez chłoptasia w kolorowych gaciach. Zabawne. Mordka ograniczył się więc do poprawienia okularów, które po sklejeniu jakoś gorzej trzymały się na nosie.
– Rodzina? – rzucał się dalej wielkolud. W sumie niedziwne, taka kobieta jak Triss… – Wyglądacie, jakbyście się znali.
…z pewnością miała lepszy gust.
Konwersacja rozpoczęła się na nowo, ale Mordka puścił ją mimo uszu. Coś przykuło jego uwagę i nie był do końca pewien, czy to refleks na poprawianych szkłach, czy może grubsza sprawa. Wytężył wzrok.
– Czy ten posąg się poruszył? – zapytał z naukową ciekawością. - Przepraszam, wydawało mi się, kontynuuj – dodał szybko, widząc ich wzrok i podrapał się po nosie z lekkim zażenowaniem.
– Czy on jest mugolem?
Władysław zrozumiał, że chyba o nim mowa. I chyba szyderczo mowa.
– Co proszę? Czym? – Zmarszczył brwi.
– W każdym razie nie jest tym, za kogo go wzięłam! – Triss szarpnęła King Konga za rękaw i coś mu szepnęła do ucha. Wyglądała na mocno zdenerwowaną i Mordka znów poczuł nieprzyjemny chłód podejrzeń w żołądku.
– Świetnie. Idealnie. Dziękuję za ostrzeżenie, Triss. Miałem jeszcze pytanie w sprawie turnieju magicznego…
– Przepraszam, jakiego turnieju? – Nie przeoczył kolejnych nerwowych gestów pielęgniarki.
– Ach, przepraszam – teatralność tonu dzieciaka aż kleiła się do kręgosłupa. - Już siedzę cicho, wybacz. Triss, a jak doszło do tej pomyłki? Później pewnie wszystko sobie wyjaśniliście? No tak, mmm, pan, pan, przepraszam…?
Mężczyzna zagryzł zęby.
– Mościmordka Władysław – powtórzył.
– O, właśnie, Władek wyglądał naprawdę słabo, tak chorowicie – trajkotał goryl w za długich bokserkach. – Pewnie musiał zostać dłużej niż inni? Tak, Triss? Całą noc spędził w Skrzydle?
Mordka już otwierał usta, kiedy nagle jego oczom ukazało się… coś. Wielkiego. Wściekle szybkiego. Niewyglądającego z pewnością na coś, co chciałby widzieć w szkole, do której uczęszczała jego pociecha.
– C-co…
– Stój! – ryknął Pantagruel i puścił się za tym w pogoń. - Wróć do mnie! CZEKAJ!
– Co to było?! – Władysław pozbierał się na tyle, by wydusić z siebie coś więcej niż na pół nieartykułowany jęk.
– Dźwiedź… – odparła Triss, wiercąc chodakiem nerwowo.
– Niedźwiedź?!
– Nie, Dźwiedź, posłuchaj, chyba musimy porozmawiać.
Spojrzał na nią. Wyglądała na bardzo zmartwioną.

Sobota. Po kolacji.

– Tam wychodzą. Któraś z nich to Marcelina?
– Nie.
– Nadal mi nie wierzysz?
– Nie.
– Przestań się boczyć.
– Nie.
– Włodek…
– Nie.
Triss westchnęła, przewróciła oczyma, ale odpuściła.
– A teraz wybacz, ale idę znaleźć córkę. – Mordka wypiął pierś i poprawił buńczucznie marynarkę.
– Oszalałeś?!
– Nie powinnaś być w skrzydle szpitalnym? Ten duży mówił, że rzadko je opuszczasz.
– Włodek, przestań! – Jeden z chodaczków ze złością tupnął o posadzkę. – Jesteś niesprawiedliwy!
– Ja tylko chcę odnaleźć Marcelinę i zabrać ją z tego wariatkowa, a wy mi to uniemożliwiacie! – burknął Mordka w odpowiedzi i ruszył korytarzem.

Niedziela wcześnie rano

– Tato…?
Mordka z trudem uniósł powiekę. Coś całkiem znajomego zamajaczyło wśród raczej ciemnych i niewyraźnych plam. Ciemne włosy rozpaczliwie wiązane tak, by nie otaczały głowy nieskoordynowaną chmurą, jasna, trójkątna twarz i cienkie, patyczkowate nogi.
– Tato, dlaczego śpisz za szafą…? W… w mojej szkole…?
– Marcelina?
Władysław otworzył również drugie oko, zlustrował otoczenie i stwierdził, że istotnie – zasnął w kącie za szafą i teraz płaci za to zdecydowanie wygórowaną cenę. Próbował się podnieść, zachować nieco godności, ale ostatecznie nie obyło się bez stęknięcia i dźwignięcia na ramieniu córki.
– Co ty wyprawiasz…
– Nic ci nie jest, dziecko? – Zmierzył ją uważnym spojrzeniem znawcy.
– Nie.
– Żadnych poparzeń? Porażeń? Nie wyłysiałaś? Nie potłukłaś się?
– Nie. Tato, co tu robisz? Albo nie – rozmyśliła się Marcelina, kiedy już otwierał usta. – Potem mi powiesz. Chodź, zrobię ci herbaty albo coś… Wyglądasz tragicznie.

Niedziela rano

– Więc to twój pokój?
– No. – Marcelina rzuciła się na łóżko i oparła plecami o ojcowskie ramię.
– Ładny.
– Wiedziałam, że ci się spodoba.
– Światło pada na biurko z lewej, to zdrowo.
– Tak wiem. To powiesz mi wreszcie, co tu robisz? I to w garniaku? Bo chyba nie zamierzasz tu uczyć, nie? – Dziewczyna zaśmiała się nieco nerwowo.
– Raczej nie. – Mordka wziął łyka zupełnie już wystygłej herbaty. – Chyba nie macie tu dużo polskiego, co?
– No, bez szaleństw – przyznała Marcelina, pocierając odruchowo duży nos.
– Szukałem cię.
– Tak?
– Tak, jestem tu od środy. Nigdzie cię nie było.
– No tak… – Czarek Wiedźmak pomachał do Marceliny z wiszącego nad łóżkiem plakatu, ale jej ojciec chyba tego nie widział. – Ale nie powiesz nikomu?
– Wiesz przecież.
– Byłam na małych wagarach. Wiesz, najpierw to zamieszanie, potem sprzątanie i wolne…
– Marcelino!
– No przepraszam – bąknęła.
– Chociaż jak na to patrzę, to może lepiej… – westchnął Mordka. – Założę się, że byłaś bezpieczniejsza.
– Przesadzasz. – Dziewczyna poprawiła nieco pierwotnie męskie, za szerokie, własnoręcznie ucięte powyżej kolan i wybitnie niemodne w tym sezonie ogrodniczki. – Moja współ chce sobie zrobić labę do wieczora, więc jak coś, możesz się przekimać nie za szafą.
– Dzięki.
– Od środy śpisz za tą szafą?
Mordka poczuł się nagle bardzo zażenowany.
– Nie. Właściwie to nie. Spałem… w Skrzydle Szpitalnym. – Zdecydował, że na razie nie będzie wchodził w szczegóły.
Poczuł, jak jego córka zawierciła się niespokojnie.
– Ale wszystko git?
– Jak zawsze. Tylko jakiś gnojek mnie potraktował paralizatorem, a potem tak wyszło.
– A! – Marcela zmieniła pozycję i usiadła tak, żeby widzieć ojca. – To poznałeś pielęgniarkę Triss! Fajna nie? – Uśmiechnęła się szeroko.
Zdradziecki rumieniec zaczaił się pod kołnierzem.
– Trochę za bardzo lubi bajki.
– Bajki?
– O czarodziejach i takich tam.
Marcelina rozkaszlała się gwałtownie.

Niedziela popołudnie

To wszystko było absolutnie niepojmowalne.
Marcelina oczywiście nie chciała słyszeć o powrocie – to było do przewidzenia, ale skoro tak, Mordka również nie zamierzał wracać. Nawet jeśli zirytowała go do głębi, twierdząc, że Triss nie zmyśliła sobie magików, zaklęć i szkoły dla czarodziei. Nawet jeśli dał się wrobić w obietnicę, że wróci do Skrzydła Szpitalnego i wyjaśni sobie wszystko z pielęgniarką. Nawet jeśli herbata była tu naprawdę paskudna.
Jego mały, krągły, rudowłosy promyk radości, który stał się nagle rozjeżdżającym uporządkowany świat buldożerem, pochylał się teraz w dodatku nad Gać Kongiem.
Który… chorował na miłość, jeśli Mościmordka dobrze zrozumiał, a nie był już pewien niczego.
– Tyle godzin i nic. – Triss pokręciła głową z niedowierzaniem.
– Takim nic nie pomoże – burknął Władysław i ulokował się na wolnym czerwonym oczywiście i raczej dziecięcym krzesełku.
– Proszę pani, lekarstwo się wylało, mam teraz dziurę w poduszce – dobiegło jakoś z prawej.
Boże…
– Już biegnę! – zapewniła Triss, ale najpierw postanowiła podzielić się plotką z wielkoludem. Wuefistą, jak wyjaśniła w międzyczasie. No tak, na intelektualistę toto nie wyglądało. - Podobno córka ministra od dwóch godzin jest na dywaniku u Rokosza. Jakaś grubsza sprawa.
– Myślicie, że na nią krzyczy? – Damp, ten duży, Boże, co za imię, był chyba szczerze zaniepokojony. – Czy on ją kara? Nie!
Zaraz, zaraz…
– Leż! A zresztą, i tak nie możesz…
…to coś, co oplatało nadgarstki Gać Konga…
– Ciekawe… – Mordka dźwignął się ze swojego siedziska.
– Ja ci dam ciekawe – warknął duży, szczerząc zęby jak wściekłe zwierzę. – Wy nic nie rozumiecie. Wypuść mnie Triss, nic mi nie jest!
Jakieś metr pięćdziesiąt i siedemdziesiąt kilo łagodności spojrzało na niego ze współczuciem.
– Już już, porozmawiaj sobie z Władkiem, ja muszę jeszcze...
– Nie uwierzycie. – Przez drzwi zajrzał nagle… kowboj. - Jacyś ludzie z kuriera piszą podobno artykuł o tym, że szansa na bezpieczne ukończenie edukacji w Ślęży wynosi mniej niż szesnaście procent...
– Że co proszę?! – Zdenerwowanie Mordki poszło w rękę, która machinalnie sięgnęła do okularów.
– Ale nie to jest dziwne! Kurator właśnie ogłosił, że ma zamiar to naprostować, bo Ślęża to wspaniałe, pełne dzieł sztuki miejsce, gdzie młodzi mają szansę...
- Jakiś lewy ten kurator.
- Może to nie jest wcale kurator? A wyjaśnili już, kto maczał palce w czwartkowym zamieszaniu? - przeraziła się Triss.
- Rokosz wspomniał, że chwilowo mamy nie mieszać się w sprawy, które wyjaśnia ministerstwo. Aurorzy...
- Triss, Fabianie, wy chyba nie wiecie, co w życiu jest ważne! Przepraszam, ale nie mówcie o takich głupotach, kiedy ja odchodzę od zmysłów! Proszę mnie natychmiast puścić! TERAZ!
Cokolwiek nerwowa wymiana zdań przeleciała nad głową załamanego Władysława.
– Wiedziałem, że wysłanie tutaj Marceliny będzie błędem – jęknął i ukrył twarz w dłoniach.

Wtorek rano

Bułka z grubą warstwą truskawkowego dżemu nie rozwiązała może wszystkich problemów tego świata, ale przynajmniej odrobinę pomogła na zgryzoty.
– Nie spałeś w nocy – zauważyła Triss, wchodząc do dyżurki z wielką tacą, wcześniej wypełnioną porannymi porcjami leków.
– Hm…?
– Słyszałam, jak spacerujesz.
– Yhm. Triss?
– Tak, Władziu?
Mordka podrapał się po nosie.
– A właściwie to nic – stwierdził. Poczuł na sobie uważne spojrzenie, ale je zignorował.
To chyba nie była odpowiednia osoba, z którą powinien na ten temat rozmawiać. Skoro wcześniej robiła tyle, żeby nie znalazł córki, to raczej nie powinien oczekiwać, że teraz pomoże mu przekonać ją do opuszczenia szkoły. Zwłaszcza że ta musiała wydawać się nastolatce rajem na ziemi i miejscem stokroć atrakcyjniejszym niż zwykłe gimnazjum i mieszkanie w kamienicy. Co z tego, że uczono tu bzdur, a cały personel wydawał się w różny sposób świrnięty i najwyraźniej wierzył we wróżki. Było zabawnie.
Mościmordka myślał nad tym całą noc i nie znalazł niczego, co dawałoby mu przewagę. Chociaż cień szansy. Z kolei wzięcie córki pod pachę wydawało się co najmniej nie w porządku.
Położenie wydawało się fatalne.

Wtorek wieczór

Chłopak z porożem. Tego jeszcze brakowało, naprawdę. Władysław czuł, że tańczy na krawędzi i lada chwila runie w przepaść obłędu i rozpaczy. To się naprawdę nie mogło dziać naprawdę, to naprawdę musiał być naprawdę kiepski, ale nieźle zmontowany żart.
Poroże było sztuczne. Doprawione. Basta.
Tylko że to sztuczne poroże sprowadziło na Skrzydło Szpitalne pandemonium, doprowadziło do podarcia, rozlania i odsłonięcia, a na końcu efektownego klapnięcia tyłkiem na posadzkę.
A od głowy się bynajmniej nie oderwało.
– Mościmordka – przedstawił się i oczywiście, zaaferowany własnymi myślami, trafił krawatem w kubek z lekarstwem. – Emm…
Nie miał bladego pojęcia, co powiedzieć, więc wycofał się na sąsiednie łóżko. Triss miała wrócić w każdej chwili, więc wystarczyło chyba przeczekać – nigdy nie był dobry w te klocki, a teraz było jeszcze jakby gorzej, bo wir niespokojnych myśli wciągał mężczyznę w środek.
– Wybacz za to… - bąknął, machając ręką.
Nastąpiła chwila ciszy.
– No… – odparł chudy chłopak, który przedstawił się jako Żyłka.
– Mam nadzieję, że nie bolało… – szepnął Mordka tak cicho, że właściwie nie miał nadziei, że zostanie dosłyszany. Machinalnie gładził zmoczone ramię.
Było niezręcznie. Tak bardzo niezręcznie…
– Więc… jesteśmy w magicznej szkole?
Poroże poruszyło się lekko w przytakującym geście.
– Yhm. Tak, tak… – Tatko podrapał się po wieczornym zaroście.
Więc albo wszyscy ulegali zbiorowej delirce, albo… Mordka tak bardzo nie chciał o tym myśleć. I tak bardzo musiał, jeśli zamierzał ocalić Marcelinę przed niebezpieczeństwem. Przed wypadkami, wyłysieniem, wyrastaniem poroża, poparzeniem, porażeniem, zamknięciem w schowku na miotły, potłuczeniem, pedofilskimi kowbojami z hollywoodzkim uśmiechem, pedofilskimi Gać Kongami z zakazanym uśmiechem i całą czeredą.
– A powiedz mi, jeśli można spytać… co to takiego „mugol”?
– Niemagiczny. Zwykły człowiek – odparł chłopak szybko, nieśmiało i bardzo cicho.
– Słyszałem, jak wasz wuefista tak mówi – Mordka postanowił odrobinę podrążyć. – Ten duży w kolorowych majtach. Brzmiało jak przekleństwo.
– W maj…
– W majtach?!
Obaj odwrócili się równocześnie.
– To są hawajki! – grzmiały dwa metry świętego oburzenia. – Ha-waj-ki! – Damp przesadził salę jednym krokiem i spojrzał na wciąż siedzącego Mordkę z góry; nie, żeby pozycja cokolwiek w tym układzie zmieniała. – Zapamiętaj to sobie dobrze, bo chyba nie chcielibyśmy, żeby coś stało się w inne… majty – wuefista wypluł to słowo z odrazą – prawda?
Mordka zamrugał, zadzierając głowę. Zmierzył klatę nad sobą, ocenił swoje szanse i wewnętrznie gorzko zapłakał, ale coś bardzo wyraźnie buntowało się w nim przeciw takiemu atakowi.
– Nie wiem, czy będę intersubiektywnie komunikowalny – zaczął – i czy przypadkiem nie skonfunduję pana tą uwagą, ale, między nami nauczycielami, przyznać muszę, że nomenklatura nie ma szczególnego znaczenia przy fakcie mojego ambiwalentnego stosunku do przedmiotowej, ordynarnej części garderoby, gdyż zwyczajnie nie przystoi naszej profesji.
Tym razem to Damp zamrugał. Zamrugała też żyłka na jego czole. I zaciśnięta w pięć dłoń.
– Ty gnoju…
– Przepraszam, czy szanowny pan zamierza mnie zdefektować? – syknął Mordka, mrużąc oczy. – Może zatem zdejmę okulary, żeby było bardziej jak równy z równym?
Twarz wuefisty stała się ciemnoczerwona.
– A z tego – odezwał się nagle Żyłka, wskazując na czuprynę Władysława – dałoby się zrobić sweter?

Wtorek, późniejszy wieczór

– Nie wiem, czy to rozsądne, tak zostawiać ucznia z tym szaleńcem.
– To nauczyciel, Władku – zauważyła Triss. – I tak naprawdę dobry, szczery człowiek o gołębim sercu, uwierz mi.
– Chciałbym – westchnął Mordka, spuszczając głowę. – Ale jakby wszystko sprzysięgło się przeciwko temu – szepnął bardzo cicho. – Niemniej – dodał głośniej – jest raczej agresywny. Dziecinny. Niedojrzały. I chyba… zazdrosny?
– E, wydaje ci się. – Pielęgniarka uśmiechnęła się szeroko, ale grymas natychmiast spełzł z jej twarzy, kiedy spojrzała na zgaszonego Tatkę. – A tobie co? – spytała z troską.
– Sam nie wiem. – Wzruszył ramionami. – Mam mętlik w głowie. To… nie jest łatwe.
Triss pokręciła głową z troską i usiadła obok na łóżku.
– Władek – położyła pulchną łapkę na jego dłoni – wszystko będzie dobrze.
– To nie moje tempo.
– Przyzwyczaisz się. Jak to było? Są na ziemi cuda, o których nie śniło się filozofom?
– Mniej więcej – przyznał Mordka i objął Triss ramieniem. – Tylko to trochę przesada, kiedy okazuje się, że filozofom nie śniło się o twojej własnej córce…
Pielęgniarka chciała odpowiedzieć, ale przeszkodziło jej potężne łupnięcie, a za oknem przeleciała jakaś kolorowa błyskawica. Za nią kolejna. I jeszcze jedna, aż nocne niebo rozbłysło jak podczas pokazu fajerwerków. Ktoś krzyczał. Nie, nie ktoś – dużo ktosiów.
– Co tam się znowu dzieje…? – jęknął Tatko, zrywając się na równe nogi.
– Poczekaj… – Triss ostrożnie podeszła do okna, ale wtedy coś huknęło, wybiło szybę i omal nie trafiło jej w głowę, rozbijając się na ścianie rozetą z sadzy.
– Aurorzy! – krzyknęła przerażona. – Aurorzy się biją! Z… Z Rokoszem! I nauczycielami!
Mordka nie czekał. Odciągnął ją od szyby.
– Wielki! – wrzasnął, wypadając na korytarz. – Jak ci, Boże…! Damp!
Kolejny hałas nadciągnął już ze szpitalnego korytarza i przez drzwi wpadł ten kowboj, a za nim jakaś kobieta. Niczego sobie, ale daleko było jej jednak do Triss. Za wysoka.
– BIIITWAAA!!! – zagrzmiał. – KTO ŻYW NA WROGA!!!
A potem wypalił z różdżki prosto w czyjeś czoło.
– Yeneva… – To chyba był Damp.
– Boże! MARCELINA! – zawył Mordka i już miał wbiec w środek piekła, kiedy zawahał się i spojrzał na Triss. Jak mógł ją zostawić?
JAK MIAŁ SIĘ ROZDWOIĆ?!
Cofnął się i stanął w rozkroku przed Dampem, zadzierając głowę.
– Pilnuj jej – zarządził twardo. Sam nie poznawał swojego głosu i raczej nie zauważał dość specyficznego i jednoznacznego spojrzenia, jakim został obdarzony. – I jeśli coś się je…
– SMOOOOOOK!!!
– Dobra, nie, zmieniłem zdanie. Triss idzie ze mną.
Buchnął ogień. Zadziwiający, z pewnością magiczny ogień. Owiał postaci kowboja i jego towarzyszki. Oboje zniknęli za przerażającą chmurą i Mordka poczuł, jak wszystko wywraca mu się w żołądku w oczekiwaniu na swąd palonych zwłok i widok dwóch zwęglonych ciał, ale nie. Spłonęły… głównie ubrania.
– Yyy… Yeneva… – To znowu był Damp. Brzmiał bardzo nieswojo. – Osmoliłaś się.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Zablokowany