Strona 10 z 10

Re: Nasze czarowanie - tekst

Post: 03 lipca 2014, 19:35
autor: Kandara
Niedziela

- Młoda damo, wstawaj! - Wołanie przebiło się przez grupą warstwę pierza, ugodziło w delikatną, miękką mgiełkę wypełnioną rozmytymi kształtami, niemymi, pozbawionymi brzmienia głosami, dziwnie rozwalającymi się w głowie, przez stłumione, nienazwana uczucie. Rozdarło ją na strzępy i brutalnie wdarło się w jej miejsce. Chwilę rozbrzmiewało w czystej, pozbawionej skojarzeń przestrzeni czaszki, po czym one wypełzły ze swoich jam niczym dżdżownice z ziemi po ulewnym deszczu. A skoro wypełzły połączyły się w dziwnym zbiorowym uścisku miłosnym. Bardzo owocnym, dającym mięśniom polecenia natychmiastowego Skórczu, który spowodował nagłe podniesienie się ciała do pozycji siedzącej.
- Cholera jasna, ja pierdolę! Tato, co ty robisz? Jak tu w ogóle wszedłeś?
- Nie wyrażaj się. Wpuściła mnie twoja koleżanka.
Wiśnia rozejrzała się po pokoju. Byli sami, jedno z pozostałych łóżek, oczywiście to należące do Bii, zostało starannie pościelone, zaś legowisko Tatiany prezentowało sobą uroczy nieład.
- Acha... - Mruknęła tylko tłumiąc ziewnięcie. Szok okazał się na tyle słaby, że nawet nie zdołał wybrudzić Wiśni do końca. - Masz jakiś powód, czy tak jak ostatnio, coś ci odbiło i postanowiłeś uprzykrzyć mi życie.
Westchnął. Nie podobał mu się ton jakim się do niego zwracała, burzyła się w nim krew i jednocześnie bolało serce, kiedy słyszał słowa, które wypowiadała w rozmowie z nim. Przecież taka nie była! Nie tak ją wychował, nie takiego zachowania uczył. Nieraz zastanawiał się, czy ona tak na poważnie, czy po prostu kpi sobie z niego? A może próbuje go ukarać za śmierć matki? To wszystko zaczęło się właśnie wtedy. Tyle, że nie widział w tym swojej winy, przecież nie mógł wiedzieć, że spadnie z tej miotły? Nie posiadał daru jasnowidzenia, a żadne oznaki nie wskazywała na to, że nie powinna grać w tym meczu! Zresztą i tak by go nie posłuchała, nie w sytuacji, kiedy chodziło o specjalny pokazowy występ z okazji czarodziejskiego święta sportu. Przecież byłoby niedorzecznością, gdyby na boisku zabrakło szukającej pierwszego składu drużyny, co swego czasu zdobyła drugie miejsce na mistrzostwach świata. Fakt, że było to w dwa tysiące szóstym roku, w tym samym, w którym Nadia Izabela Felusiak-Wiśniowiecka przeszła na sportową emeryturę.
- Nie podoba mi się sposób, w jaki się do mnie zwracasz, podobnie jak nie podoba mi się, to co o tobie słyszałem. Nie wywracaj oczami! Wiem, że się wczoraj upiłaś!
- A wyglądam jak upita? Dziwne, nawet nie boli mnie głowa.
- I to z kim! - ciągnął dalej nie zważając na słowa dziewczyny - Z uczniami Dumstrangu!
- Kiedy podpisywałeś zgodzę na turniej, zgodziłeś się, że tutaj przybędą! Nie możesz, więc wyrzucać mi tego, że staram się utrzymywać przyjazne kontakty z naszymi gośćmi. Tym bardziej, że jest w śród nich mój stary znajomy. Chyba nie myślałeś, że tak po prostu udam, że nic się dzieje!
- Nie musiałaś z nimi pić. W ogóle nie musiałaś pić, nie możesz nawet jesteś za młoda.
- Ach tak! I co mi zrobisz? Dasz szlaban? Przyślesz więcej krasnali? Zabierzesz ze szkoły... a nie, przecież nie możesz, bo turniej! - Uśmiechnęła się triumfalnie. - Chociaż pewnie chętnie byś to zrobił.
Celnie. Rzeczywiście, niewiele mógł, nie miał wpływu na własną córkę, a do tego nagle zrozumiał, że dysponuje raczej ograniczonym arsenałem środków przymusu. I co niby miał teraz zrobić? Odsunął od stołu jedno z krzeseł i przysiadł na nim. Przewodzenie polskiej społeczności czarodziejów było łatwiejsze niż dogadywanie się z własną córką, a przecież ani jednego, ani drugiego nie robił na odwal! Naprawdę bardzo starał się i w jednej i drugiej sprawie, zarywał noce zamartwiając się o kontakty z Wiśnią, jak i o nominację odpowiedniej osoby na szefa tego czy innego departamentu. Potrafił trzy albo nawet cztery razy przeczytać jeden raport, aby upewnić się, że niczego nie pominął, wciąż upierał się, żeby osobiście czytać wszelką korespondencję, chociaż spokojnie mogli się tym zająć sekretarze. Poprzedni ministrowie zawsze tak robili. Jednakże on, wychowany w staroświeckim, honorowym rodzie, już od dziecka marzył o zostaniu politykiem, ale nie jakimś zwyczajnym, tylko mężem stanu, takim, co naprawdę pomaga ludziom. Naiwne, dziecięce mrzonki nie opuściły go nawet teraz. Tak... wciąż pozostał cholernym idealistą i wcale nie zamierzał niczego zmieniać.
- Powiesz mi, gdzie popełniłem błąd?
Zamrugała, jakby nie zrozumiała co do niej powiedział.
- W twoim wychowaniu, moja panno.
Wzruszyła ramionami.
- Masz do mnie coś jeszcze?
- Za tydzień pojedziesz ze mną do Warszawy. Pamiętasz, w sprawie aurora Michalaka.
- Ok.
- A i jeszcze dyrektorka chce cię widzieć. Szczerze liczę na to, że ma na ciebie większy wpływ.


Niedziela troszkę później

Dawno już nauczyła się wyłączać, kiedy ktoś ciosał jej kołki na głowie. Musiała tylko uważać na jedno, mianowicie na to, aby przytakiwać odpowiednich momentach. Ewentualnie wyłapywać te pytania, które wymagały nieco obszerniejszej odpowiedzi lub nawet wyjaśnienia. W sumie nic trudnego, dla ktoś, kto ma wprawę.
-... no to jak teraz to wyjaśnisz?! - Babo-chłop zawiesił głos. W powietrzu wyczuwało się napięcie. Znaczy wyczuwałoby się, gdyby Wiśnia robiła sobie cokolwiek z przemowy Rokosza(ki)
- Ja... piłam. - Mścigniewa opuściła głowę i wbiła wzrok w dywan, pozorując w ten sposób skruchę. - Tak jakoś chciałam tylko spróbować, bo mówili, że dobre no i ten, mieli rację, no to piłam dalej i tak jakoś wyszło. Przepraszam. Właściwie to nie ma nic na swoje usprawiedliwienie, proszę pani dyrektor - głos lekko jej zadrżał na słowie "pani", jakby nie miała pewności, jak tytułować stojącą przed nią osobę.
- Tak, tak. Przepraszam, przepraszam, a to nie był twój pierwszy raz, dziewczyno. Ja nie rozumiem, jak to możliwe, że...
Reszta jej słów utonęła w niebycie, zgrabnie omijając mózg adresatki. Oczywiście, oczywiście, słowa musiały teraz w jakiś sposób zahaczyć o jej "kochanego tatusia". Zawsze zahaczały, zupełnie jakby miało to jakieś znaczenie. W końcu stanowili dwie oddzielne istoty z własną świadomością i poglądami. Dlatego zupełnie nie rozumiała dziwienia, jakie ogarniało większość ludzi na wieść o tym jak bardzo córka ministra nie przypomina ojca i to zarówno pod względem fizycznym, jak i charakteru.
Ostatecznie skończyło się całkiem nieźle. Dostała jedynie szlaban, podczas którego miała odkurzyć i poukładać wedle działów i alfabetycznie wszystkie książki w bibliotece szkolnej... I to miała być według nich kara? Zabawne. Jedyny przykry aspekt kary stanowił fakt, że aż do jej zakończenia nie zobaczy Dampa, a działanie eliksiru miłosnego było niestety ograniczone w czasie. No nic. Trzeba szybko uprać się z robotą, a potem zająć się przyjemnościami. Ostatecznie istniało jeszcze zaklęcie imperius. Wersja może mało romantyczna, ale za to skuteczna.

Poniedziałek

- Napisała do moich rodziców. - Oświadczył ponuro Nikolaj, kiedy późnym południem spacerował z Wiśnią po szkolnych błoniach - No i dostałem Wyjca. Ok, oni też, ale tylko mój wybuch. Założę się, że wszarski mojego starego słyszano na całych błoniach.
- Wątpię, żeby ktoś z tych tam Peruwiańców, Angoli czy Francuzów znał bułgarski - Zauważyła Mścigniewa rzeczowym tonem - Serio, chłopie nie rozumiem, czym się tak przejmujesz.
- No, może słów nie rozumieli, ale kurcze mógłby ktoś pomyśleć, że przyczyniłem się do zatrzymania ziemi w miejscu i strącenia nam nieba na głowę. A to przecież nic takiego nie było, no... Zupełnie nie, że co? Napiłem się troszkę, znacznie mniej niż wy i już trzeba było na mnie nawrzeszczeć w taki sposób? A mówię ci, mój stary to naprawę umie wrzeszczeć.
- Oj przestań. Użalasz się nad sobą jak stara panna, bo tatuś napisał ci przykry liścik, który przypadkiem wybuch i co z tego? - Wzruszyła ramionami - Czy ja ci się żalę, że mój ojciec siedzi sobie w mojej własnej szkole i najwyraźniej jakoś udało mu się znaleźć czas, żeby spędzić ze mną te kilka chwil? Mówiłam ci, że wczoraj jakimś cudem obudził mnie rano? Nie...
- No, teraz już tak. Swoją drogą ten twój ojciec, zamierza siedzieć tu przez cały turniej? To dość dziwne, że wciąż jest tutaj. Myślałem, że politycy są trochę bardziej zajęci.
- A kto go tam wie. - Lekko przyśpieszyła - W sumie pewnie siedzi tu przez te dziwne wypadki. Przyznasz chyba, że to wszystko nie jest normalne nawet w szkole magii.
Słońce powoli zachodziło, barwiąc chmury na kolor lodów truskawko-jagodowych, okraszonych polewą o smaku adwokata.
- Zupełnie nie. A jak tam ta sprawa z Gloodym?
- Z kim? A tak... Wiesz zdaje się, że wszyscy już zdążyli zapomnieć... Tylko ten Michalak. No cóż mówiłam cię już, że wyznaczyli datę procesu?
- Nie przypominam sobie.
- No to wyznaczyli, na przyszły ponie...
Urwała, bo nagle to zobaczyła. Zbliżało się z prędkością wkurzonego nosorożca i z równym wdziękiem taranowało trawę na swojej drodze, sprawiając, że z gardeł szwendających się po błoniach dzieciaków wydobyły się okrzyki dzikiego przerażenia, przechodzącego w równie dziki śmiech. Tym czasem owo coś zbliżało się i zbliżało, a w miarę jak się zbliżało rosło w oczach, nabierało kształtów. Tak oto z chmury kurzu uformowało się coś, co wyglądało jak wełniarz... ze skulonym, mocno trzymającym się jego szyi jeźdźcem. Do tego niemal nagim jeźdźcem, bo odzianym jedynie w czarną pelerynę, malowniczo powiewającą za plecami delikwenta oraz okularową maskę wenecką z wielkim dziobem. I wtedy Wiśnia go poznała. O pomyłce nie mogło być mowy, bo ta skulona sylwetka, te poskręcane jasne włosy, na tyle długie, aby lekko poruszać się z każdym wydłużonym krokiem stworzonka stanowiły doskonały identyfikator.
- Nikalaj, uszczypnij mnie... - wydusiła do równie oniemiałego Bułgara, ale ten właśnie wszedł w fazę rechotu i chyba jej nie usłyszał, więc i ona w uległa w końcu presji, a z głębi brzucha dziewczyny wydobył się piszczący dźwięk.
- ... rany, żebym ja musiał ratować tego... - Przy akompaniamencie takiegoż złowieszczego okrzyku bojowego, absolutnie niespodziewanie pojawił się na scenie Artur Tkaczuk. Biegnąc za nieszczęsnym, unoszonym przez wełniarza Żyłką, raz po raz wystrzeliwał z trzymanej w ręku różdżki snopy różnokolorowych iskier. Ani jedna nie dosięgła celu, ale klasowy mistrz eliksirów nie poddawał się i przebierając nóżkami coraz szybciej, wciąż miotał zaklęciami w stronę oddalającego się zwierzęcego zadka, co wywoływało u zebranych kolejne salwy śmiechu. Niektóre, miej odporne jednostki dosłownie tarzały się już po ziemi. Także Wiśnia zgięła się w pół i przykucnęła targana potężnymi skurczami mięśni brzucha.
Artur potknął się o coś, zamachał rozpaczliwie rękami, co poskutkowało posłaniem kilku iskier w niebo, po czym runął tak nieszczęśliwie, że zarył twarzą w ziemi. Jednocześnie rozległ się wielki łoskot, jakby księżyc spadł na ziemię i wełniarz zatrzymał się w miejscu, tak gwałtownie, że siedzący na nim Żyłka po prostu wyleciał w powietrze.
- Virgadium leviosa! - Wiśnia wreszcie opanować śmiech. Różdżka błyskawicznie znalazła się w jej dłoni, usta wypowiedziały zaklęcie, które sprawiło, że Żyłka zawisł kilka metrów nad ziemią. Wiśnia delikatnie machnęła różdżką, a Żyłka powoli opadł na trawę, akurat w tym samym momencie, w którym podniósł się z niej Artur.
- Tak właściwie, dowiem się, co się stało? - Wiśnia podążała wzrokiem od jednego klasowego kolegi do drugiego.
- Jak to, co? Nie widać? Ten kretyn przegrał jakiś durny zakład.

Wtorek

Wtorkowe lekcje ciągnęły się niczym flaki z makaronem i były tak samo niestrawne. Najpierw na eliksirach Artur sprawił, że jego niedokończenie antidotum wyleciało w powietrze, obryzgując wszystko w zasiągu dwóch metrów, w tym stolik, krzesła, podłogę, sufit i kilku uczniów, którzy okazali się na tyle nieroztropni, że rozłożyli się ze swoją pracą obok Tkaczuka. Na historii magii nauczyciel postanowił zrobić im prezent w postaci niezapowiedzianej kartkówki z ostatniej lekcji, a że w obliczu ostatnich wydarzeń prawie nikt nie miał głowy do nauki, większość klasy dostała jedynki. Wiśni cudem udało się napisać na trzy (i to tylko dlatego, że potrafiła przypomnieć sobie cześć poprzedniego wykładu) a Bia... Bia zrobiła wielką tragedią, bo piątka z minusem jest przecież równoznaczna z wybuchem wulkanu, trzęsieniem ziemi i katastrową Titanica razem wziętymi. Na transmutacji zmienili meble w kucyki, a przynajmniej usiłowali to robić. Wiśni udało się stworzyć... kulawego ratlerka, co osobiście uznała za spory sukces. Za to na demonologii polskiej...
- Kłobuki są bardzo ciekawymi demonami. Zgodnie z ludowymi wierzeniami przyjmowały postać zmokłej kury i opiekowały się ogniskiem domowym i trzymały pieczę nad majątkiem swojego gospodarza, jednakże nie przeszkadzało im to okradać sąsiadów. No dobrze, ktoś może wie jak wyhodować kłobuka? - Takeo powiódł wzrokiem po klasie. Podniosło się kilka rąk w tym ta należąca do Wiśni. - Panna Wiśniowiecka?
- Och! To takie urocze stworzonka, wystarczy zakopać pod progiem poroniony ludzki płód i troszkę poczekać. Są różne wersje legendy o tym ile, ale wszystkie łączy liczba siedem. Może, więc to być siedem dni, siedem miesięcy, albo siedem lat. A przynajmniej tak wierzyli mugule, ale czarodzieje wiedzą, że każda z tych wersji jest prawdziwa, tyle, że kłobuki siedmiodniowe są najsłabsze, a siedmioletnie najsilniejsze. Ach, zapomniałam, te stworzonka można też ukraść sąsiadowi, bezczelnie przekabacić na swoją stronę, wystarczy trzy razy powiedzieć takiemu: "Pokarz swego pana", a on już spali mu chałupę i przeniesie się do podżegacza. Urocze, prawda? - Wyszczerzyła zęby w uśmiechu. - A ja mogę zadać panu pytanie? - Zaczęła zanim ugryzła się w język i zanim Takeo zdążył zareagować - Nie uważa pan, że to dziwne, że azjata uczy polaków o ich rodzimych demonach? No przecież pana własna ziemia jest tak bogata w różnego rodzaju stwory. O takie tengu, czy nie są ciekawsze od jakiś tam kłobuków, a takie Oni, czy nie są lepsze od Boruty? Albo Yuki-ona, czy to nie ciekawsze od rusałek? A Kitsune, Tanuki i inne takie nie lepsze od lich i smętków?
- Ale kiedy tak właśnie jest, możesz mi wierzyć, że zajmuje mnie wasza mitologia. A teraz siadaj, to mam wam coś jeszcze o nich do powiedzenia.
Usiadła, a kiedy to zrobiła, wydało się jej, że poczuła na sobie rozwieszony wzrok Bii, a więc jednak... Obecność tego głupka ma z nią coś wspólnego. Co to ma kurde być? Jej prywatne ranczo? Przypomniała sobie tego wielkiego Ruska... Ech, paranoja. Paranoja i już.

Wtorek wieczór, prawie noc.

- Ratunku, pomocy! Atakują nas! - Krzyk niósł się przez korytarz - Mamusi ratuj!
Wiśnia podniosła głowę z nad "Tajemnic największych czarnoksiężników, tom trzeci - Lord Voldemort i ostrożnie uchylając drzwi, wyjrzała na korytarz, a tam panowało istne pandemonium. Uczniowie, nauczyciele, aurorzy szybkimi krokami przemarzali korytarz, wszędzie fruwały wiązki iskierek. Wiśnia westchnęła ciężko wydając przy tym dźwięk dziwnie podobny do: "O nie znowu?" i nie namyślając się wiele przyłączyła się do ogólnego zamieszania. A ponieważ nie miała pojęcia, co się właściwie dzieje, w kogo walić, tak na wszelki wypadek waliła w każdego, kto się nawinął. Torując sobie w ten sposób drogę dobiegła do schodów i zbiegła po nich, tak na wszelki wypadek, jakby szkoła znów miała się zawalić. Kluczyła, przeskakiwała, wpadała na ludzi, tworzących teraz coś na kształt lawy wylewającej się z wulkanu i pokrywającej sobą wszystkie kondygnacje. Nikt nie wiedział co się dzieje, za to każdy wrzeszczał w niebogłosy. Nawet ktoś się przewrócił, bo oberwał zaklęciem, coś gdzieś się zapaliło, bo korytarz nagle wypełnił się dymem... Wiśnia zbiegła na parter, tam, jakimś cudem wydostając się z morza histeryków, dopadła drzwi i wyszła na zewnątrz, gdzie jednak panowało podobne zamieszanie.
Wtem poczuła jak coś ciągnie ją za nogę. Próbowała się wyszperać, ale sidła nagle przemówiły...
- Wiśnia? Możesz mi pomóc? Chyba złamałem kostkę... I zgubiłem różdżkę.
Spojrzała. U jej stóp leżał Nikolaj.
- Oj człowieku... - Wyciągnęła do niego rękę - Zabiorę cię do skrzydła szpitalnego, ale spróbuj wstać. Posłuchał, chociaż nie obyło się bez skrzywień i wrzasków. - Możesz się oprzeć, ale nie za mocno.
Złapał ją talii, bezcelnie uwieszając się na kruchym ciele. Wiśnia zaklęła w duchu, no, ale przecież nie mogła go tak zostawić. Starając się utrzymać równowagę ruszyli w wyznaczonym kierunku. I po dłuższej chwili nawet udało się im dotrzeć w miejsce przeznaczenia, tyle, że jeśli spodziewali się tam znaleźć odrobinę spokoju to się milili...
- Eee, dlaczego pani profesor jest naga? - Wypalił chłopak w swej ojczystej mowie, jak tylko otworzyli ciężkie drzwi sali szpitalnej. - Dlaczego wszyscy są nadzy?
- Weź ty się lepiej zamknij... - Szepnęła Wiśnia jednocześnie nadeptując mu na bolącą stopę. Zawył z bólu. - Dzień dobry państwu. - Dodała swobodnym tonem, jakby codziennie widywała nagich nauczycieli, ale ten osobnik ma chorą nogę.

Re: Nasze czarowanie - tekst

Post: 24 listopada 2014, 18:56
autor: StuGraMP
Jak zwykle ogromne zaległości w komentowaniu tekstów.
Co wy byście zrobili, gdybym tu raz na jakiś czas nie zaglądał?

Zatem zabieram się do pracy:
Kandara pisze:A skoro wypełzły (przecinek) połączyły się w dziwnym zbiorowym uścisku miłosnym.

Bardzo owocnym, dającym mięśniom polecenia natychmiastowego Skórczu (małą literą), który spowodował nagłe podniesienie się ciała do pozycji siedzącej.

- Acha... - Mruknęła (małą literą) tylko (przecinek) tłumiąc ziewnięcie. Szok okazał się na tyle słaby, że nawet nie zdołał wybrudzić (a nie miało być "wybudzić"?) Wiśni do końca. - Masz jakiś powód, (zbędny przecinek) czy (przecinek) tak jak ostatnio, coś ci odbiło i postanowiłeś uprzykrzyć mi życie.

Nie podobał mu się ton (przecinek) jakim się do niego zwracała, burzyła się w nim krew i jednocześnie bolało serce, kiedy słyszał słowa, które wypowiadała w rozmowie z nim.

Tyle, (zbędny przecinek) że nie widział w tym swojej winy, przecież nie mógł wiedzieć, że spadnie z tej miotły?

- Nie podoba mi się sposób, w jaki się do mnie zwracasz, podobnie jak nie podoba mi się, (zbędny przecinek) to(przecinek) co o tobie słyszałem.

- I to z kim! - ciągnął dalej (przecinek) nie zważając na słowa dziewczyny (kropka) - Z uczniami Dumstrangu!

Nie możesz, (zbędny przecinek) więc wyrzucać mi tego, że staram się utrzymywać przyjazne kontakty z naszymi gośćmi.

W ogóle nie musiałaś pić, nie możesz nawet (przecinek - albo tu, albo przed "nawet") jesteś za młoda.

Naprawdę bardzo starał się i w jednej (przecinek) i drugiej sprawie, zarywał noce (przecinek) zamartwiając się o kontakty z Wiśnią, jak i o nominację odpowiedniej osoby na szefa tego czy innego departamentu. Potrafił trzy albo nawet cztery razy przeczytać jeden raport, aby upewnić się, że niczego nie pominął, (raczej kropka - budujesz zbyt rozbudowane zdania) wciąż upierał się, żeby osobiście czytać wszelką korespondencję, chociaż spokojnie mogli się tym zająć sekretarze.

Zamrugała, jakby nie zrozumiała (przecinek) co do niej powiedział.

Musiała tylko uważać na jedno, mianowicie na to, aby przytakiwać (w) odpowiednich momentach.

W sumie nic trudnego, (zbędny przecinek) dla ktoś (kogoś), kto ma wprawę.
-(spacja)... no to jak teraz to wyjaśnisz?! - Babo-chłop zawiesił głos. W powietrzu wyczuwało się napięcie. Znaczy wyczuwałoby się, gdyby Wiśnia robiła sobie cokolwiek z przemowy Rokosza(ki) (kropka)

Przepraszam. Właściwie to nie ma (mam) nic na swoje usprawiedliwienie, proszę pani dyrektor (kropka i po myślniku dużą literą) - głos lekko jej zadrżał na słowie "pani", jakby nie miała pewności, jak tytułować stojącą przed nią osobę.

Dlatego zupełnie nie rozumiała dziwienia, jakie ogarniało większość ludzi na wieść o tym (przecinek) jak bardzo córka ministra nie przypomina ojca i to zarówno pod względem fizycznym, jak i charakteru.

- Napisała do moich rodziców. (zbędna kropka i po myślniku małą literą) - Oświadczył ponuro Nikolaj, kiedy późnym południem spacerował z Wiśnią po szkolnych błoniach (kropka) - No i dostałem Wyjca. Ok, oni też, ale tylko mój wybuch (wybuchł). Założę się, że wszarski (że co?) mojego starego słyszano na całych błoniach.

- Wątpię, żeby ktoś z tych tam Peruwiańców, Angoli czy Francuzów znał bułgarski - Zauważyła (małą literą) Mścigniewa rzeczowym tonem (kropka) - Serio, chłopie nie rozumiem, czym się tak przejmujesz.

- No, może słów nie rozumieli, ale (przecinek) kurcze (przecinek) mógłby ktoś pomyśleć, że przyczyniłem się do zatrzymania ziemi w miejscu i strącenia nam nieba na głowę.

Użalasz się nad sobą jak stara panna, bo tatuś napisał ci przykry liścik, który przypadkiem wybuch (wybuchł) (przecinek) i co z tego? - Wzruszyła ramionami (kropka) - Czy ja ci się żalę, że mój ojciec siedzi sobie w mojej własnej szkole (przecież nie jest w jej wyłącznym posiadaniu) i najwyraźniej jakoś udało mu się znaleźć czas, żeby spędzić ze mną te kilka chwil?

Swoją drogą (przecinek) ten twój ojciec, (zbędny przecinek) zamierza siedzieć tu przez cały turniej?

- A kto go tam wie. - Lekko przyśpieszyła (kropka) - W sumie pewnie siedzi tu przez te dziwne wypadki.

Słońce powoli zachodziło, barwiąc chmury na kolor lodów truskawko-jagodowych (truskawkowo-jagodowych), okraszonych polewą o smaku adwokata. (ja rozumiem, że chmury mogą mieć kolor lodów, ale żeby dodać do tego smak adwokata?... chmury mają smak? piszesz o kolorach czy smakach?)

Wiesz (przecinek) zdaje się, że wszyscy już zdążyli zapomnieć... Tylko ten Michalak. No cóż (przecinek) mówiłam cię (ci) już, że wyznaczyli datę procesu?

Tym czasem owo coś zbliżało się i zbliżało, a w miarę jak się zbliżało (przecinek) rosło w oczach, nabierało kształtów.

Do tego niemal nagim jeźdźcem, bo odzianym jedynie w czarną pelerynę, malowniczo powiewającą za plecami delikwenta (przecinek) oraz okularową maskę wenecką z wielkim dziobem.

O pomyłce nie mogło być mowy, bo ta skulona sylwetka, te poskręcane jasne włosy, na tyle długie, aby lekko poruszać się z każdym wydłużonym krokiem stworzonka (przecinek) stanowiły doskonały identyfikator.

(...) ale ten właśnie wszedł w fazę rechotu i chyba jej nie usłyszał, więc i ona w (zbędne) uległa w końcu presji, a z głębi brzucha dziewczyny wydobył się piszczący dźwięk.

Przy akompaniamencie takiegoż złowieszczego okrzyku bojowego, (zbędny przecinek) absolutnie niespodziewanie pojawił się na scenie Artur Tkaczuk.

Jednocześnie rozległ się wielki łoskot, jakby księżyc spadł na ziemię (przecinek) i wełniarz zatrzymał się w miejscu, (zbędny przecinek) tak gwałtownie, że siedzący na nim Żyłka po prostu wyleciał w powietrze.

- Virgadium leviosa! - Wiśnia (zdołała) wreszcie opanować śmiech.

- Jak to, (zbędny przecinek) co? Nie widać?

Najpierw na eliksirach Artur sprawił, że jego niedokończenie (niedokończone) antidotum wyleciało w powietrze, obryzgując wszystko w zasiągu (zasięgu) dwóch metrów, w tym stolik, krzesła, podłogę, sufit i kilku uczniów, którzy okazali się na tyle nieroztropni, że rozłożyli się ze swoją pracą obok Tkaczuka.

Wiśni cudem udało się napisać na trzy (i to tylko dlatego, że potrafiła przypomnieć sobie cześć poprzedniego wykładu) (przecinek) a Bia... Bia zrobiła wielką tragedią, bo piątka z minusem jest przecież równoznaczna z wybuchem wulkanu, trzęsieniem ziemi i katastrową (katastrofą) Titanica razem wziętymi.

Zgodnie z ludowymi wierzeniami przyjmowały postać zmokłej kury i opiekowały się ogniskiem domowym (przecinek) i trzymały pieczę nad majątkiem swojego gospodarza, jednakże nie przeszkadzało im to okradać sąsiadów. No dobrze, ktoś może wie ( przecinek) jak wyhodować kłobuka? - Takeo powiódł wzrokiem po klasie. Podniosło się kilka rąk (przecinek) w tym ta należąca do Wiśni. - Panna Wiśniowiecka?

Może, (zbędny przecinek) więc to być siedem dni, siedem miesięcy, (zbędny przecinek) albo siedem lat. A przynajmniej tak wierzyli mugule (mugole), ale czarodzieje wiedzą, że każda z tych wersji jest prawdziwa, tyle, (zbędny przecinek) że kłobuki siedmiodniowe są najsłabsze, a siedmioletnie najsilniejsze.

Zaczęła (przecinek) zanim ugryzła się w język i zanim Takeo zdążył zareagować (kropka) - Nie uważa pan, że to dziwne, że azjata (dużą literą) uczy polaków o ich rodzimych demonach?

O takie tengu, czy nie są ciekawsze od jakiś (jakichś) tam kłobuków, a takie Oni, czy nie są lepsze od Boruty?

A teraz siadaj, to (raczej 'bo') mam wam coś jeszcze o nich do powiedzenia.

Usiadła, a kiedy to zrobiła, wydało się jej, że poczuła na sobie rozwieszony ('zawieszony' albo 'rozwścieczony') wzrok Bii, (raczej kropka) a więc jednak...

- Ratunku, pomocy! Atakują nas! - Krzyk niósł się przez korytarz (kropka) - Mamusi ratuj! (Mamusiu, ratuj!)

Wiśnia podniosła głowę z nad "Tajemnic największych czarnoksiężników, tom trzeci - Lord Voldemort (zamknąć cudzysłów) i ostrożnie uchylając drzwi, wyjrzała na korytarz, a tam panowało istne pandemonium.

Wiśnia westchnęła ciężko (przecinek) wydając przy tym dźwięk dziwnie podobny do: "O nie znowu?" i nie namyślając się wiele (przecinek) przyłączyła się do ogólnego zamieszania. A ponieważ nie miała pojęcia, co się właściwie dzieje, w kogo walić, tak na wszelki wypadek waliła w każdego, kto się nawinął. (zbędny odstęp) Torując sobie w ten sposób drogę (przecinek) dobiegła do schodów i zbiegła po nich, tak na wszelki wypadek, jakby szkoła znów miała się zawalić.

Nikt nie wiedział (przecinek) co się dzieje, za to każdy wrzeszczał w niebogłosy (wniebogłosy).

Wtem poczuła (przecinek) jak coś ciągnie ją za nogę. Próbowała się wyszperać (że co? a nie czasem 'wyszarpnąć'?), ale sidła nagle przemówiły...
- Wiśnia? Możesz mi pomóc? Chyba złamałem kostkę... I zgubiłem różdżkę.
(wcięcie) Spojrzała. U jej stóp leżał Nikolaj.
- Oj (przecinek) człowieku... - Wyciągnęła do niego rękę (kropkak) - Zabiorę cię do skrzydła szpitalnego, ale spróbuj wstać. (myślnik) Posłuchał, chociaż nie obyło się bez skrzywień i wrzasków.

Złapał ją (w) talii, bezcelnie (Że co?) uwieszając się na kruchym ciele.

Starając się utrzymać równowagę (przecinek) ruszyli w wyznaczonym kierunku. I po dłuższej chwili nawet udało się im dotrzeć w miejsce przeznaczenia, tyle, (zbędny przecinek) że jeśli spodziewali się tam znaleźć odrobinę spokoju (przecinek) to się milili...

- Weź ty się lepiej zamknij... - Szepnęła (małą literą) Wiśnia (przecinek) jednocześnie nadeptując mu na bolącą stopę. Zawył z bólu. - Dzień dobry państwu. (zbędna kropka i po myślniku małą literą) - Dodała swobodnym tonem, jakby codziennie widywała nagich nauczycieli, (raczej myślnik) ale ten osobnik ma chorą nogę.


To jakiś remake Harrego Pottera? Nie porwało mnie.
Sporo problemów z zapisem dialogów i interpunkcją. Literówki. Są też błędy ortograficzne - od czego jest edytor?
Po napisaniu tekstu odłóż go na tydzień, aby wywietrzał z głowy, i po tym okresie przeczytaj go ponownie - wyłapiesz wiele błędów.

Re: Nasze czarowanie - tekst

Post: 24 listopada 2014, 19:04
autor: Kandara
Odłożenie na tydzień wstawki opowiadania zbiorowego skutkuje opóźnianiem całej zabawy.

Re: Nasze czarowanie - tekst

Post: 18 grudnia 2014, 12:33
autor: Kruffachi
wtorek, już prawie noc
Ja śnię… – myślał Mordka rozpaczliwie, obserwując osłupiały to, co się wokół niego wyczyniało, i ocierając zroszone nerwowym potem czoło.
Sytuacja zmieniła się po raz kolejny, kiedy w przedsionku skrzydła szpitalnego stanęła para nastolatków. Chłopiec wyburczał coś w jakimś słowiańskim języku, a ciemnowłosa dziewczyna w odpowiedzi nadepnęła go na stopę, aż ciarki przeszły Mordce po plecach.
- Dzień dobry państwu – zagaiła, jakby zamierzała porozmawiać o pogodzie – ale ten osobnik ma chorą nogę.
– Kochanieńki! – Triss, nie zważając ani na smoka, ani na ogólny koniec świata, niesiona swym pielęgniarskim powołaniem, już rzuciła się chłopakowi na pomoc. – Jak ci na imię? – zapytała tym słodkim tonem, w którym starzy wyjadacze bez trudu rozpoznają „będzie bolało”.
– Nico… AUĆ!
Nic jednak nie sprawiło, że smok zniknął. Wręcz przeciwnie – stał tu nadal, z głową i przednią łapą wetkniętą przez dziurę w suficie. Patrzył, jakby nie rozumiał, dlaczego jedyne, co uczynił jego magiczny oddech, to striptiz dla ubogich.
Nauczyciel-kowboj nie dał się zbić z tropu, krzyknął coś, w jego rękach zmaterializowało się lasso i już po chwili sznur oplatał szyję gada, a dzielny, choć roznegliżowany mężczyzna wskakiwał na jego grzbiet.
– DO BOOOJU!!! – wrzasnął.
Smok machnął ogonem, burząc resztę ściany, a potem zniknął.
Mordka po raz kolejny rozejrzał się bezradnie.
Damp pognał za owiniętą czerwoną zasłoną Jenevą… Jenenevą… Jenenenevą… jakkolwiek. Triss wydawała się do reszty pochłonięta opatrywaniem rannego chłopca, ciemnowłosa dziewczyna za to stała obok z obojętną miną, jakby wrażenia nie robił na niej ani smok, ani ogólne pandemonium.
– Hej – Mordka uchwycił się jej jak ostatniej deski ratunku. – Nie widziałaś gdzieś może mojej córki? – spytał z nadzieją. – Taka drobna, niewysoka, z burzą czarnych włosów…
Nieznajoma spojrzała na niego wzrokiem bystrym, ale też stanowiącym kwintesencję niezaangażowania.
– Nie – odparła po prostu.
– No nic… – westchnął żałośnie Władysław i spojrzał na dziurę w murze. – W takim razie…
Zacisnął zęby i ruszył przed siebie.

wtorek, środek nocy

– Marceeeliiinaaa! Maaarceeeliiinaaa…!
Władysław zdążył już całkiem ochrypnąć od ciągłego nawoływania i unoszących się na korytarzach dymów, pewnie równie niewinnych, co po wybuchu w wojskowych zakładach chemicznych. Niewiele widział, bo w zamieszaniu stracił okulary. Brnął na oślep, usiłując jedynie nie dać się przewrócić napierającym zewsząd masom i nie zadeptać. W tych warunkach jego szanse na znalezienie córki spadały niemalże do zera.
Myślał gorączkowo, próbując też nie oszaleć.
Ale wojna? Jaka wojna? Z kim wojna? Czy w Rosji mają smoki…?
Mordka czuł się całkowicie skołowany i bezradny, co w połączeniu z szaleńczą determinacją mogło skutkować tylko jednym – obudzeniem ukrytego w niepozornym ciele demona. Wydał z siebie gardłowy, bojowy pomruk, dopadł do jednego z eksponatów pod ścianą i wymacał coś – nawet nie wiedział co – ciężkiego i nadającego się na broń.
– Z drogi!!! – zawył, wymachując… halabardą…? Lancą…? W każdym razie czymś długim i ważącym dość, żeby miotało nim na boki.
Tłum zaczął się rozstępować, na ile to możliwe, pisk się wzmógł. Nic nie mogło powstrzymać Mordki przed uratowaniem Marceliny – ani smoki, ani fajerwerki, ani stuknięci dorośli udający, że są czarodziejami, ani horda zmanipulowanych dzieci! Musiał ją stąd wyciągnąć! Zabrać jak najszybciej, nie bawiąc się w tłumaczenia i przekonywanie!
Nic innego się już nie liczyło. Nawet Triss. Nie, kiedy Marcelinie groziło tak jawne niebezpieczeństwo.
Mordka, pchany desperacją i wspomagany drągiem w rękach, zdołał przemierzyć całkiem sporo, nim wreszcie jakaś niebieska błyskawica trafiła go prosto w zdziwione jestestwo.

Re: Nasze czarowanie - tekst

Post: 21 stycznia 2015, 21:06
autor: A. Mo'zart
30 października, wtorek
Walentyna poprawiła bluzkę, w lustrze zerkając na naciągającego spodnie Nestora. Według planu powinna się już szykować do kolejnego zadania, jednak z czyjejś winy wszystko sie opóźniło. Nie, żeby wieczór spędzony z przystojnym peruwiańczykiem był kiepskim zastępstwem. Na początku parę osób dobijało się do drzwi toalety, lecz po pewnym czasie znudzeni i wściekli udawali się na inne piętra, pozostawiajac ich w spokoju. Tym bardziej przeraziło ich kiedy drzwi wyskoczyły z zawiasów, a do środka wtargnął churagan w ludzkiej postaci, od razu kierując się ku Walentynie.
- Po całej szkole cię szukam, a ty gzisz się z jakimś bękartem!
- Co... - Nie od razu zdała sobei sprawę z tego, co sie właśnie stało i z kim rozmawia. Kiedy doszła do siebie ciężko było powiedizeć czy była bardziej zaskoczona, czy przerażona. - Mama? Co tu robisz?
- Chodź ze mną.
Chwyciła dziewczynę za ręke i z o wiele większą niż było potrzeba siłą wyciągnęła ją na korytarz.
- Poczekaj, muszę...
- Nie leciałam taki kawął drogi by czekać. Dość czasu przez ciebie zmarnowałam. A teraz się zamknij i chodź.
Nie przejmujac się obserwującymi ich, ciekawskimi uczniami, przeciągnęła córkę przez szkolne korytarze do jednej z pustych o tej porze sal lekcyjnych. Wepchnęła ją do środka, potężnym zaklęciem pieczętujac drzwi przed uszami ciekawskich. Zaraz po ich wejściu siedzący w środku mężczyzna podniósł się.
- To ojciec twojej koleżanki, Bianci.
- Bii.
- Wszystko jedno. - Zwróciła się do córki. - Ma tobie coś ważnego do powiedzenia.
- Tak... - mężczyzna nie wiedizał jak zacząć - doszły mnie słuchy, że pomiędzy panienką i moją córką doszło do pewnych... nieporozumień. Rozumiem że moja córka potrafi być kłopotliwa. Przyzwyczaiła się żew wszystko kręci się w okół niej i ciężko znosi sprzeciw. Dlatego trochę ją poniosło. Nie powinna uzywac transmutacji i miała panienka pełne prawo się odegrac. Dlatego w imieniu mojej córki przepraszam, proszę o wybaczenie i mam nadzieję, że od teraz wszystko bedzie się już pomiędzy wami układałao. Moi ludzie przypilnują by nie nadużywała magii i mam nadzieję, że panienka również nie planuje szukać zaczepki.
- Nie wiem co powiedzieć.
Walentynie brakowało słów. Kiedy zobacyzła mamę spodziewała się wszystkiego, ale nie tego, że japoński mafiozo będzie ją błagał o rpzebaczenie. Tak bardzo żałowała, z durna Bia tego nie widzi i to nie ona się rpzed nią płaszczy. Dopiero kuksaniec od matki wyrwał ją z zamyślenia.
- Oczywiscie. Ja już dawno jej wybaczyłam. - Nie była to prawda, ale co innego mogła powiedizeć? Zresztą nie planowała ponownie się mścić, więc w pewnym sensie nie kłamała.
- Bardzo mnie to cieszy. Na pewno panienka ma sporo zajęć, wiec nie będę dłuzej panienki zatrzymywał.
Otworzył drzwi. Dopieor kiedy Walentyna wyszła., odetchnął z ulgą.
- Chyba nam się udało.
- Tak myślę. Znakomicie odegrał pan swoją rolę.
- Pani również. Moja córka wyglądała na zadowoloną. Jest pani znakomita aktorką.
- Lata doświadczeń. Mając córkę, człowiek uczy się z nimi rozmawiać tak by postawić na swoim, a one były zadowolone.
- Tak czy inaczej, przyjemnością było panią poznać.
- I wzajemnie.
Ich rozmowę przerwał rozlegajacy się po całej szkole, pełen przerażenia wrzask.
- SMOOOOK!

Re: Nasze czarowanie - tekst

Post: 31 stycznia 2015, 01:04
autor: Kandara
Wciąż ten sam wtorek.

- Dobrze, to może należałoby tu posprzątać? - zaproponował Termopilski jednocześnie machając różdżką i uśmiechając się szeroko, jakby nigdy nic. - Ktoś chętny do pomocy? - Przejechał wzrokiem po obecnych i przekonał się, że Triss wciąż zajmuje się nogą chłopaka, który, sądząc po wydawanych prze zeń odgłosach cierpi iście piekielne męki. Damp, Jeleva i mugol zniknęli, a przynajmniej nigdzie ich nie widział. Została, więc tylko stojąca po środku sali i przyglądająca się wszystkiemu obojętnym wzrokiem Wiśnia. Tyle, że trudno było nie zauważyć jak bardzo trzęsły się jej ręce, jak poruszały się gałki oczne i jak dygotało całe ciało. Mimowolnie uśmiechnął się szerzej, nastolatki. Czy im się wydaje, że kogokolwiek oszukają?
- Wiśniowiecka! - Dziewczyna spojrzała w stronę nauczyciela dziwnie nieobecnym wzrokiem, jakby dopiero teraz odkryła jego obecność. - Pomożesz mi dziewczyno? Znasz to zaklęcie, prawda?
- Co? Och tak, oczywiście proszę pana - odpowiedziała pośpiesznie, jak osoba wyrwana z głębokiego zamyślenia, obróciła się i podeszła do nauczyciela-kowboja.
- No to na trzy - znów błysnął żółtymi zębami, na co Wiśnia tylko wykręciła oczami, zupełnie nie przejmując się tym, że ma przed sobą nauczyciela. - Raz, dwa i trzy.
Machnęli różdżkami wypowiadając jednocześnie inkantację, na co, sterta gruzu uniosła się w powietrze i niczym puzzle przestrzenne na powrót złożyła w ścianę i sufit, jakby nigdy nic się nie wydarzyło. Termopilski uśmiechnął się szerzej, patrząc przy tym w kierunku Wiśni i wypowiadając coś, co brzmiało jak słowa podziękowania, które dziewczyna skwitowała lekkim skinieniem głowy, mogącym nawet uchodzić za uprzejme, gdyby nie towarzyszyło mu lekkie wzruszenie ramion, gdy tylko nauczyciel się odwrócił.
Właściwie nie musiała tutaj przebywać, mogła wyjść, ale z jakiegoś niezrozumiałego nawet dla niej samej powodu wciąż tkwiła w przejściu pomiędzy łóżkami i beznamiętnie patrzyła na otoczenie, nie przyglądając mu się jednak, ani nie myśląc. Smok, zbiorowe szaleństwo wszystkich dokoła, rozwalona i odbudowana naprędce sala szpitalna... To wszystko odbiło się od niej, jakby wydarzyło się miliony lat i kilometrów od niej i wcale, ale to wcale jej nie dotyczyło, nie obejmowało w żaden sposób. Przecież takie rzeczy się nie dzieją, nie zdarzają się nawet w szkołach magii! Nie i już! Przeniosła ciężar ciała z jednej nogi na drugą i zamarła, bo oto ujrzała przed sobą masywną, ale zarazem delikatną, jakby utkaną ze srebrnej mgły postać żubra.
- Łosz cholera! - W jednym momencie zapomniała o nauczycielach, Triss, Nikolaju. Co więcej nagle zorientowała się, że zaciska pieści i wstrzymuje oddech. Co u licha? Patronus poruszył lekko głową. Rozluźniła mięśnie, odetchnęła. Nie rozumiała reakcji własnego organizmu, ten mglisty zwierzak nie powinien jej obejść! I tak w zasadzie to jej nie obchodzi! Odwróciła się plecami do żubra, ale nie mogła długo go ignorować.
- Czyj to patronus i czego tu chce? - zaćwierkotała Triss na wpół z zaciekawieniem, na wpół z trwogą. Wiśnia drgnęła gwałtownie.
- Zdaje się, że mojego taty - Aj! Znów nie zapanowała nad językiem, słowa same wyrwały się z jej ust zanim zdała sobie sprawę z faktu, że je wypowiada! A niech to szlag! - Ale - dodała już świadomie, - Nie mam zielonego pojęcia, co on tutaj robi. Patronus przestąpił z nogi na nogę, potrząsając jednocześnie łbem i machając ogonem.
- To dziwne, zdaje się, że chce, żeby za nim pójść.
- Chyba tak... - Spojrzała przez ramię. Czuła się dziwnie skołowana, zbombardowana uczuciami i myślami. Coś w piersi dziewczyny wiło jak mały, głodny gryzoń, od czasu do czasu zapuszczający swoje ostre ząbki w duszy Wiśni. Zupełnie jakby nagle obudziło się w niej nie tylko sumienie, ale też... Nie! Przecież go nie lubi, nie ma przecież powodu, aby tak się czuć. To oczywiste, że powinna zachować spokój i chłodną obojętność. Zresztą... sądząc po tym, że patronus wciąż tu stoi z pewnością nic mu nie jest... Tylko dlaczego wysłał patronusa? Nie, to nie ma sensu... Nie to, żeby on nigdy nie robił rzeczy, które nie miały sensu, ale to, zahacza o skrajne kretyństwo! "Tak jak turniej?" - zaśmiał się jakiś głosik w jej głowie. Przyznała mu rację, ale dalej coś nie pasowało. Zwierzaczek w piersi ugryzł mocniej. "Ale jeśli on ma rację, tym bardziej nie powinnaś." I tym razem zgodziła się z głosem, jednakże duchowy szczurek miał na ten temat inne zdanie i aby je zamanifestować, poruszył się tak gwałtownie, że aż zabolało. A srebrny żubr nie zniknął. Wciąż stał na swoim miejscu, poruszając poruszał nogami, głową i ogonem dokładnie w taki sam sposób jak przed paroma minutami. Przyjrzała się mu dokładnie i zrobiła krok na przód.

***
Potknęła się o coś, a to coś syknęło, krzyknęło i przyczepiło się jej do nogi pomiędzy kostką, a kolanem. Znów krzyknęło, tym razem bezpośrednio do niej.
- Jagodek?! - Przestała szamotać kończyną, celem pozbycia się natręta.
- No to dobrze, że panienkę widzę - wydyszał jednocześnie samemu puszczając nogę dziewczyny i spoglądając niespokojnie to na nią, to na patronusa. - Ale to nie możliwe - mruknął z wyraźnym przestrachem, który odmalował się na jego twarzy. - To nie może być... Widziałem... Dobrze, że panienkę znalazłem.
- Ale co? - Podążyła wzrokiem za spojrzeniem krasnala.
- No ten patronos, to on - wciągnął głęboko powietrze - Bo ja widziałem widziałem...
- Co? - Irytacja mieszała się z ciekawością i... tym samym uczuciem, które dopadło ją w sali szpitalnej, wówczas gdy pojawił się srebrny żubr. Teraz już wiedziała, że to strach.
- Porwanie, zaklęcie imperius, szef... Oni. - Złapał się za głowę.
W pierwszej chwili wiadomość do niej nie dotarła. Zresztą krasnoludek Mówił tak nieskładnie, że to równie dobrze mogło oznaczać, co innego. Jednakże wystarczyło na niego spojrzeć, aby informacja została odczytana w sposób właściwy.
- Szlag jasny i co teraz? Ktoś jeszcze wie? I kto to zrobił?
Pokręcił głową.
- Ja spanikowałem i poszedłem szukać panienki, bo... tak sobie myślałem, że...
- To na co czekasz? Idź!
- Ale panienko...
- Idź! Poradzę sobie.
Zniknął. Wiśnia rozejrzała się po korytarzu, w którym stała. I tutaj skutki szaleństwa zostały już usunięte, podłoga była czysta, a wzdłuż ściany wiła się zielona gałąź winorośli. Dziewczyna westchnęła cicho. No to naprawdę zrobił się niezły burdel.

Re: Nasze czarowanie - tekst

Post: 21 lutego 2015, 22:32
autor: Prophet
Wtorek, wieczór

Nie tego się spodziewał.
Stanowczo nie spodziewał się zobaczyć swojego nauczyciela ujeżdżającego smoka. Nago.
PERUNIE
Gdy minął pierwszy szok, zastanowiło go skąd właściwie wziął się w Ślęży Norweski Monoziew Zielony. I dlaczego, do jasnej cholery, szkoła wygląda jak po najechaniu przez grupę zmutowanych nosorożców.
Nie miał jednak czasu się nad tym głębiej zastanowić, ze względu na swoje własne rozpaczliwe próby do stania się do środka, przy jednoczesnym nie oberwaniu ani ogonem, ani przypadkowym zaklęciem. Wreszcie, po kilkunastu lądowaniach na trawie, dotarł do drzwi wejściowych i wszedł do środka. Nie żeby to zmieniało jakoś sytuację, po prostu wolał ryzyko oberwania zaklęciem od uczniowskiej tłuszczy, niż od aurora. A jeśli mowa o aurorach... czy oni czasem nie atakowali NAUCZYCIELI?
Co tu się do cholery dzieje?!
Spojrzał na sufit, oceniając czy, i kiedy, zawali się im na głowy.
- Że też matka akurat dziś pojechała z raportem - westchnął zrezygnowany, po czym ruszył wzdłuż ściany, chcąc dostać się na wyższe piętra by z ich poziomu przyjrzeć się sytuacji.

***

Trzecie piętro było prawie całkowicie wyludnione, zaryzykował więc poruszanie się "bardziej środkiem" korytarza. To był błąd.
- TKACZUK!!!
Artur odwrócił się i zamarł. W jego kierunku zmierzała czysta furia w postaci Dampa. Niewiele myśląc rzucił się do ucieczki, ale po chwili wylądował na podłodze, z kostkami owiniętymi sznurem.
Wygląda, że ten dupek jednak umie rzucać zaklęcia.

Środa, bladym świtem

Smok spał na Ślęży, przytulając Termopilskiego niczym pluszowego misia i żadna z prób oswobodzenia nauczyciela nie odnosiła skutku. Artur zaś zastanawiał się jak doszło do tego, że uczestniczy w tych próbach, w towarzystwie co najmniej niepożądanym, czyli razem z Rustem i Takeo. Fakt , że cała reszta kadry nauczycielskiej zajęta była „ważniejszymi” sprawami nie był dla niego wytłumaczeniem. Miał przeczucie, iż ci dwaj po prostu szukali okazji by mu dopiec i teraz właśnie to robili, wykorzystując go do komunikacji w uwięzionym.
Bo przecież żaden z nich nie podejdzie do śpiącego smoka, norma…
Właśnie wykonywał czwarte podejście, tym razem ze szmacianą atrapą mającą zająć miejsce Termopilskiego, gdy poczuł na sobie czyjeś uważne spojrzenie. Spojrzał w stronę łba. Intensywnie czerwone smocze oczy wpatrywały się prosto w niego.
Okurwakurwakurwa…

Re: Nasze czarowanie - tekst

Post: 08 marca 2015, 20:16
autor: Kruffachi
Środa, okolice południa

– Tato? Kurde, tato, musisz mnie tak straszyć?!
Mordka powoli otworzył oczy. Czuł spaleniznę.
I chipsy serowe.
– Marce…
– Nie wstawaj. Chyba… Chyba nie jesteś cały.
– Co?
– No… Po prostu leż, OK?
Władysław, mając ograniczone pole widzenia, wyciągnął rękę, by zbadać otoczenie palpacyjnie. Tak jak podejrzewał, wstępny rekonesans sugerował nieco za krótkie łóżko z różową pościelą w… coś.
– Wyjedź stąd.
Mordka przeniósł pozbawiony wsparcia okularów wzrok na skupisko ciemnych i jasnych plam, które według wszelkich danych było jego córką.
– Marcelino – zaczął stanowczo, ale nie pozwoliła mu dokończyć.
– Jak tylko poczujesz się lepiej, wyjedź stąd natychmiast. Daj sobie spokój. Nie widzisz, co się dzieje?! Który raz wyciągam cię z tarapatów?! Pewnego dnia nie zdążę i tyle! To nie jest twój świat, tato! Tu nawet nie ma polskiego w planie!
– Córciu, uspokój się – zmienił ton, widząc… słysząc, że jego taktyka zawodzi.
– Jak mam być spokojna?! Potykasz się tu o własne sznurówki! – Mordka nadal nie widział wiele, ale po gwałtownych ruchach kolorowych plam poznał, że dziewczyna jest naprawdę wzburzona. – I ja wiem! Wiem, przecież cię znam, tato, ale to naprawdę nie jest twoja bajka! Nie wiem, co sobie myślał ten, co cię tu wpuścił…
Mordka, tak po prawdzie, też już nie wiedział. Niczego nie wiedział.
– Marcelino – podjął kolejną próbę dyskusji z córką. – O niczym innym nie myślę, jak o tym, żeby stąd wyjechać, wierz mi. Ale nie mogę, wiedząc, że ty…
– Ja z tobą zwariuję! – Dziewczyna załamała ręce i opadła na krzesło. – Przed czym chcesz mnie bronić, co?! Bo na razie to ja muszę bronić ciebie! I tak się składa, że nie mam nawet kiedy odrobić lekcji! To… To… – Marcelina chwilę szukała odpowiednich słów. – Tato, jesteś Mugolem. Nieczarodziejem. A to jest szkoła dla czarodziejów.
– Twoja matka nigdy by…
– Moja matka też była czarodziejką! – wydarła się zdesperowana nastolatka.
– Myślę, że bym wiedział, gdyby…
– Przestała zajmować się magią, bo poznała ciebie, tato! Mugola! Ale była czarodziejką! Ciotka jest! i babcia! I dziadek też był czarodziejem, jeśli chcesz wiedzieć!
Mordka nie wiedział, co powiedzieć. Patrzył na kolorowe plamy skołowany, smutny, zły i bezradny. Dawno nie czuł się tak podle, jak teraz. Jego Marcelina, jego oczko w głowie właśnie oświadczało mu, że nie ma tu czego szukać, bo są z innych światów. I że jego żona była z innego świata. I że w ogóle.
Co gorsze, argumenty Marceliny naprawdę miały sens. Teraz, leżąc w różowej pościeli, Władysław miał szansę podsumować wydarzenia ostatnich dni i widział to doskonale. Był tu bezużyteczny. Tylko przeszkadzał. Plątał się pod nogami i ładował w tarapaty.
– Tato? Tato, co masz taką minę? – głos Marceliny zmienił się nie do poznania.
– Masz rację – bąknął w odpowiedzi i z konsternacją stwierdził, że jego własny drży. – Tak będzie chyba lepiej.
Obrócił się na bok i nakrył kocem po czubek głowy, chcąc pobyć sam ze sobą.
– Odrób lekcje. I „kto”.
– Co?
– „Ten, kto cię tu wpuścił”. Nie „co” cię wpuścił.